Czik - Wolfgang Herrndorf

-
Proszę czekać

3

O szpi­ta­lach dużo by moż­na mó­wić, ale na pew­no nie da się po­wie­dzieć, że nie jest w nich faj­nie. Strasz­nie lu­bię być w szpi­ta­lu. Cały dzień nic się nie robi, a jesz­cze przy­cho­dzą pie­lę­gniar­ki. Sio­stry są za­wsze su­per­m­ło­de i su­per­mi­łe. I no­szą te cie­niut­kie bia­łe far­tu­chy, któ­re są su­per, bo od razu wi­dać, jaką sio­stry mają bie­li­znę. Dla­cze­go to mi się tak po­do­ba, nie mam po­ję­cia. Gdy­by mia­no­wi­cie ktoś la­tał w ta­kim far­tusz­ku po uli­cy, uznał­bym, że to idio­tycz­ne. Ale w szpi­ta­lu mi się po­do­ba. To tro­chę tak, jak w fil­mach o ma­fii, kie­dy gang­ste­rzy przez mi­nu­tę przy­glą­da­ją się czło­wie­ko­wi w mil­cze­niu, za­nim od­po­wie­dzą. "Hej". Mi­nu­ta mil­cze­nia. "Spójrz mi w oczy!" Pięć mi­nut mil­cze­nia. W praw­dzi­wym ży­ciu to idio­tycz­ne. Ale jak się jest w ma­fii, to mniej.

Moja ulu­bio­na pie­lę­gniar­ka po­cho­dzi z Li­ba­nu i na­zy­wa się Han­na. Han­na ma krót­kie czar­ne wło­sy i nosi nor­mal­ną bie­li­znę. I to też jest su­per: nor­mal­na bie­li­zna. Ta inna bie­li­zna wy­glą­da za­wsze ja­koś tak tro­chę smut­no. U więk­szo­ści. Kie­dy się przy­pad­kiem nie ma fi­gu­ry Me­gan Fox, może to wy­glą­dać dość roz­pacz­li­wie. Nie wiem zresz­tą. Może je­stem zbo­czeń­cem: mnie się po­do­ba nor­mal­na bie­li­zna.

Han­na jest wła­ści­wie jesz­cze uczen­ni­cą, prak­ty­kant­ką czy czymś ta­kim, i kie­dy wcho­dzi do mo­je­go po­ko­ju, naj­pierw wsa­dza tyl­ko gło­wę i puka dwo­ma pal­ca­mi we fra­mu­gę, uwa­żam, że to bar­dzo, bar­dzo grzecz­ne, i co­dzien­nie wy­my­śla dla mnie nowe imię. Naj­pierw na­zy­wa­łem się Maik, po­tem Ma­iki, póź­niej Ma­iki­pa­iki, i już w tym mo­men­cie my­śla­łem so­bie, no nie­źle. Ale to jesz­cze nie był ko­niec. Po­tem na­zy­wa­łem się Mi­cha­el Schu­ma­cher, po­tem At­ty­la, wódz Hu­nów, po­tem mor­der­ca świń, a na ko­niec na­wet cho­ry ko­tek. Już choć­by dla­te­go chęt­nie bym zo­stał w tym szpi­ta­lu jesz­cze z rok.

Han­na zmie­nia mi co­dzien­nie opa­tru­nek. Tro­chę boli, Han­nę też boli, wi­dać to po jej twa­rzy.

"Grunt, to że­byś miał ubaw", mówi za­wsze po­tem, jak już skoń­czy, a ja za każ­dym ra­zem od­po­wia­dam, że kie­dyś się chy­ba z nią oże­nię czy coś w tym sty­lu. Ale ona nie­ste­ty ma już chło­pa­ka. Cza­sem wpa­da tak so­bie i sia­da przy moim łóż­ku, bo prak­tycz­nie nikt mnie poza tym nie od­wie­dza, i roz­mo­wy, któ­re pro­wa­dzi­my, są na­praw­dę faj­ne. Praw­dzi­we do­ro­słe roz­mo­wy. Z ko­bie­ta­mi ta­ki­mi jak Han­na roz­ma­wia się o nie­bo ła­twiej niż z dziew­czy­na­mi w moim wie­ku. Gdy­by ktoś swo­ją dro­gą po­tra­fił mi wy­tłu­ma­czyć, dla­cze­go tak jest, może do mnie za­dzwo­nić, bo ja tego nie ro­zu­miem.

2

Le­karz otwie­ra i za­my­ka usta jak karp. Mija parę se­kund, za­nim wy­do­bę­dą się z nich sło­wa. Le­karz krzy­czy. Dla­cze­go ten le­karz krzy­czy? Krzy­czy na tę małą ko­bie­tę. Na to wtrą­ca się czło­wiek w mun­du­rze. Tego po­li­cjan­ta jesz­cze nie znam. Upo­mi­na le­ka­rza. Skąd w ogó­le wiem, że to le­karz? Ma bia­ły ki­tel. Prze­cież rów­nie do­brze mógł­by być pie­ka­rzem. Ale w kie­sze­ni ki­tla ma me­ta­lo­wą la­tar­kę i to coś do słu­cha­nia. Co pie­karz miał­by osłu­chi­wać, buł­ki? Jed­nak pew­nie le­karz. I ten le­karz wska­zu­je te­raz na moją gło­wę i wrzesz­czy. Ma­cam pod koł­drą w miej­scu, gdzie są moje nogi. Są na­gie. Ale już nie ob­si­ka­ne czy za­krwa­wio­ne. Gdzie ja je­stem?

Leżę na ple­cach. Na gó­rze wszyst­ko żół­te. Spoj­rze­nie w bok - duże ciem­ne okna. W dru­gą stro­nę - za­sło­na z bia­łej ce­ra­ty. Po­wie­dział­bym, że to szpi­tal. Pa­su­je też do le­ka­rza. Ja­sne, ni­ska ko­bie­ta też ma bia­ły ki­tel i blok do no­ta­tek. A jaki szpi­tal, może Cha­ri­té? Ach nie, nie mam po­ję­cia. Prze­cież nie je­stem w Ber­li­nie. Za­py­taj­my, my­ślę, ale nikt nie zwra­ca na mnie uwa­gi. Po­li­cjan­to­wi nie po­do­ba się mia­no­wi­cie, że le­karz na nie­go krzy­czy, więc mu od­wrza­sku­je, ale le­karz drze się wte­dy jesz­cze gło­śniej - cie­ka­we, jak to od razu wi­dać, kto tu rzą­dzi. Rzą­dzi tu zde­cy­do­wa­nie le­karz, nie po­li­cjant, a ja je­stem tak wy­czer­pa­ny, a przy tym ja­koś szczę­śli­wy i zmę­czo­ny, jak­by wy­ło­żo­ny od środ­ka szczę­ściem, i znów za­sy­piam bez sło­wa. Szczę­ście, do­wiem się po­tem, na­zy­wa się re­la­nium. Roz­da­wa­ne jest przy po­mo­cy wiel­kich strzy­ka­wek.

Kie­dy bu­dzę się na­stęp­nym ra­zem, jest ja­sno. Przez wiel­kie okna świe­ci słoń­ce. Ktoś mnie dra­pie w sto­pę od spodu. Aha, znów ja­kiś le­karz, tym ra­zem inny, i znów asy­stu­je mu pie­lę­gniar­ka. Po­li­cjan­tów nie wi­dać. Tyl­ko to dra­pa­nie po sto­pach jest nie­przy­jem­ne. Co on tak dra­pie?

- Obu­dził się - za­uwa­ży­ła pie­lę­gniar­ka. Nie­szcze­gól­nie bły­sko­tli­wie.

- A, aha. - Le­karz pa­trzy na mnie. - Jak się czu­jesz?

Chcę coś po­wie­dzieć, ale z ust wy­cho­dzi mi tyl­ko "pff".

- Jak się czu­jesz? Wiesz, jak się na­zy­wasz?

- Pff-fe?

Co to w ogó­le za py­ta­nie? My­ślą, że mi od­bi­ło? Przy­glą­dam się le­ka­rzo­wi, on przy­glą­da się mnie, a po­tem świe­ci mi w oczy la­tar­ką. Czy to prze­słu­cha­nie? Mam się przy­znać do swo­je­go na­zwi­ska czy jak? Czy to jest szpi­tal tor­tur? A je­śli tak, czy mógł­by na chwi­lę prze­stać cią­gnąć mnie za po­wie­ki albo przy­najm­niej uda­wać, że in­te­re­su­je go od­po­wiedź?

Zresz­tą ja wca­le nie od­po­wia­dam. Bo kie­dy się wła­śnie za­sta­na­wiam, czy po­wie­dzieć Maik Klin­gen­berg, czy po pro­stu tyl­ko Maik lub Klin­ge albo może At­ty­la, wódz Hu­nów - tak mówi oj­ciec za­wsze, kie­dy jest ze­stre­so­wa­ny, gdyż cały dzień wy­słu­chi­wał hio­bo­wych wie­ści, po­tem pije dwa sznap­sy i zgła­sza się przez te­le­fon jako At­ty­la, wódz Hu­nów - no więc, kie­dy się jesz­cze za­sta­na­wiam, czy w ogó­le coś po­wie­dzieć, czy też może dać so­bie spo­kój w tej sy­tu­acji, le­karz już mówi "czte­ry te" i "trzy tam­te", a ja znów za­sy­piam.

6

I wciąż nie wy­ja­śni­łem, cze­mu na­zwa­li mnie Psy­chol. Bo jak już mó­wi­łem, przez krót­ki czas na­zy­wa­łem się Psy­chol. Nie mam po­ję­cia, co to mia­ło być. No wiem, ja­sne, mia­ło to zna­czyć, że je­stem tro­chę nie tego. Ale w ta­kim ra­zie paru in­nych tym bar­dziej po­win­no się tak na­zy­wać. Frank mógł­by się tak na­zy­wać, albo Stöb­ke ze swo­ją za­pal­nicz­ką, tych dwóch na pew­no ma bar­dziej zry­te be­re­ty niż ja. Albo Na­ziol. Ale Na­ziol już na­zy­wał się Na­ziol, więc nie po­trze­bo­wał prze­zwi­ska. I oczy­wi­ście to, że się tak na­zy­wa­łem, mia­ło kon­kret­ną przy­czy­nę. Było nią wy­pra­co­wa­nie z nie­miec­kie­go u Schür­man­na, w szó­stej kla­sie. Te­mat do­wol­ny - hi­sto­ria z po­da­ny­mi wy­ra­za­mi. Gdy­by ktoś nie wie­dział, co to jest hi­sto­ria z po­da­ny­mi wy­ra­za­mi, to leci tak: do­sta­jesz czte­ry sło­wa, na przy­kład "zoo", "mał­pa", "do­zor­ca" i "czap­ka", i masz na­pi­sać hi­sto­rię, w któ­rej wy­stę­pu­ją zoo, mał­pa, do­zor­ca i czap­ka. Nie­sa­mo­wi­cie ory­gi­nal­ne. Czy­sta głu­po­ta. Schür­mann wy­my­ślił ta­kie sło­wa: "wa­ka­cje", "woda", "ra­tu­nek" i "Bóg". Co było już zde­cy­do­wa­nie trud­niej­sze niż zoo i mał­py, a głów­ną trud­no­ścią był oczy­wi­ście Bóg. U nas była tyl­ko ety­ka, a w kla­sie było szes­na­stu ate­istów, łącz­nie ze mną, ale na­wet ci, któ­rzy byli pro­te­stan­ta­mi, nie wie­rzy­li tak na­praw­dę w Boga. Tak mi się wy­da­je. W każ­dym ra­zie nie tak, jak wie­rzą lu­dzie, któ­rzy na­praw­dę wie­rzą w Boga, któ­rzy nie tkną na­wet mrów­ki albo strasz­nie się cie­szą, gdy ktoś umrze, bo to zna­czy, że pój­dzie do nie­ba. Albo któ­rzy ła­du­ją się sa­mo­lo­tem w World Tra­de Cen­ter. Oni rze­czy­wi­ście wie­rzą w Boga. I dla­te­go to wy­pra­co­wa­nie było dość trud­ne. Więk­szość roz­pi­sa­ła się przede wszyst­kim przy sło­wie "wa­ka­cje". Ro­dzi­na pły­wa gdzieś na La­zu­ro­wym Wy­brze­żu łód­ką, na­gle zu­peł­nie nie­spo­dzie­wa­nie nad­cią­ga strasz­na bu­rza i wszy­scy wo­ła­ją "O Boże!", a po­tem nad­cho­dzi ra­tu­nek i tak da­lej. I ja coś ta­kie­go też oczy­wi­ście mo­głem na­pi­sać. Ale kie­dy usia­dłem nad wy­pra­co­wa­niem, uświa­do­mi­łem so­bie na po­czą­tek, że już od trzech lat nie by­li­śmy na wa­ka­cjach, bo oj­ciec cały czas przy­go­to­wy­wał się do ogło­sze­nia ban­kruc­twa. Co mi wca­le nie prze­szka­dza­ło, aż tak bar­dzo chęt­nie z ro­dzi­ca­mi nie wy­jeż­dża­łem.

Za­miast tego całe ostat­nie lato prze­sie­dzia­łem w piw­ni­cy i wy­ci­na­łem bu­me­ran­gi. Je­den na­uczy­ciel z pod­sta­wów­ki mnie tego na­uczył. To był praw­dzi­wy spec w dzie­dzi­nie bu­me­ran­gów. Na­zy­wał się Bret­feld, Wil­helm Bret­feld. Na­pi­sał o tym książ­kę. A na­wet dwie książ­ki. Ale do­wie­dzia­łem się o tym już po pod­sta­wów­ce. Spo­tka­łem kie­dyś sta­re­go Bret­fel­da na łące. Stał wła­ści­wie za­raz za na­szym do­mem na kro­wiej łącz­ce i rzu­cał bu­me­ran­ga­mi wła­snej ro­bo­ty. I to była jed­na z tych rze­czy, o któ­rych na­wet nie wie­dzia­łem, że na­praw­dę ist­nie­ją. My­śla­łem, że ta­kie rze­czy dzie­ją się tyl­ko w fil­mach - no to, że one rze­czy­wi­ście wra­ca­ją. Ale Bret­feld to pro­fe­sjo­na­li­sta całą gębą i mi to po­ka­zał. Bar­dzo mi za­im­po­no­wał. Tak­że tym, że sam wy­ci­nał swo­je bu­me­ran­gi i sam je ma­lo­wał.

- Wszyst­ko, co z przo­du jest okrą­głe, a z tyłu spi­cza­ste, lata - po­wie­dział Bret­feld. A po­tem przyj­rzał mi się spo­nad oku­la­rów i za­py­tał: - Jak się wła­ści­wie na­zy­wasz? Nie pa­mię­tam cię.

Ale naj­bar­dziej mnie zwa­lił z nóg ten bu­me­rang da­le­ko la­ta­ją­cy. Był to bu­me­rang skon­stru­owa­ny przez nie­go oso­bi­ście, po­tra­fił la­tać przez wie­le mi­nut, i on sam go wy­na­lazł. Dziś na ca­łym świe­cie, kie­dy ktoś rzu­ca bu­me­ran­giem da­le­ko la­ta­ją­cym, a ten zo­sta­je w po­wie­trzu dłu­żej niż pięć mi­nut, ro­bią zdję­cie, a pod nim za­wsze jest na­pi­sa­ne: we­dług pro­jek­tu Wil­hel­ma Bret­fel­da. Moż­na po­wie­dzieć, że ten Bret­feld jest zna­ny na ca­łym świe­cie. No więc ze­szłe­go lata stoi so­bie na łące za na­szym do­mem i po­ka­zu­je mi to wszyst­ko. Na­praw­dę do­bry z nie­go na­uczy­ciel. W pod­sta­wów­ce wca­le tego nie za­uwa­ży­łem.

W każ­dym ra­zie przez całe wa­ka­cje sie­dzia­łem w piw­ni­cy i wy­ci­na­łem. I to były wspa­nia­łe wa­ka­cje, o nie­bo lep­sze niż wy­jazd. Ro­dzi­ców pra­wie nig­dy nie było w domu. Oj­ciec jeź­dził od wie­rzy­cie­la do wie­rzy­cie­la, a mat­ka była na far­mie pięk­no­ści. No i wła­śnie o tym na­pi­sa­łem to wy­pra­co­wa­nie: Mama na far­mie pięk­no­ści. Wy­pra­co­wa­nie z po­da­ny­mi wy­ra­za­mi. Au­tor: Maik Klin­gen­berg.

Na naj­bliż­szej lek­cji mia­łem je prze­czy­tać. Czy też mu­sia­łem. Bo ra­czej nie chcia­łem. Sven­ja była przede mną i od­czy­ta­ła te bzdu­ry o La­zu­ro­wym Wy­brze­żu, któ­re Schür­man­no­wi strasz­nie się spodo­ba­ły, po­tem Ke­vin prze­czy­tał to samo, tyle że La­zu­ro­we Wy­brze­że było u nie­go Mo­rzem Pół­noc­nym, a po­tem była moja ko­lej. Mama na far­mie pięk­no­ści. Któ­ra nie­zu­peł­nie była far­mą pięk­no­ści. Choć mat­ka rze­czy­wi­ście za­wsze wy­glą­da­ła tro­chę le­piej po po­wro­cie stam­tąd. Ale tak wła­ści­wie jest to kli­ni­ka. Bo mat­ka jest al­ko­ho­licz­ką. Piła, od­kąd pa­mię­tam, ale z tą róż­ni­cą, że kie­dyś to było za­baw­niej­sze. Nor­mal­nie lu­dzie są po al­ko­ho­lu za­baw­ni, ale po prze­kro­cze­niu pew­nej gra­ni­cy ro­bią się zmę­cze­ni albo agre­syw­ni, i jak któ­re­goś razu mat­ka zno­wu bie­ga­ła po miesz­ka­niu z no­żem ku­chen­nym, sta­łem z oj­cem na szczy­cie scho­dów i oj­ciec spy­tał: "Może po­je­cha­ła­byś znów na far­mę pięk­no­ści?". Tak za­czę­ło się to lato, kie­dy prze­sze­dłem do szó­stej kla­sy.

Lu­bię moją mamę. Mu­szę to pod­kre­ślić, bo to, co te­raz na­pi­szę, nie rzu­ca na nią być może su­per­do­bre­go świa­tła. Ale ja za­wsze ją lu­bi­łem, i nadal lu­bię. Nie jest taka jak inne mat­ki. To mi się za­wsze naj­bar­dziej po­do­ba­ło. Po­tra­fi być na przy­kład bar­dzo dow­cip­na. A tego nie da się po­wie­dzieć nie­ste­ty o zbyt wie­lu mat­kach. I to, że mó­wi­my "far­ma pięk­no­ści", to też był je­den z żar­tów mamy.

Kie­dyś mama dużo gra­ła w te­ni­sa. Oj­ciec też, ale nie tak do­brze. Praw­dzi­wym czem­pio­nem w na­szej ro­dzi­nie była mama. Kie­dy mia­ła jesz­cze do­brą kon­dy­cję, wy­gry­wa­ła co roku mi­strzo­stwa klu­bo­we. Na­wet po ca­łej bu­tel­ce wód­ki po­tra­fi­ła je wy­grać, ale to zu­peł­nie inna hi­sto­ria. W każ­dym ra­zie już od dziec­ka by­wa­łem z nią na kor­cie. Mat­ka sie­dzia­ła na ta­ra­sie klu­bo­wym i piła kok­taj­le z pa­nią We­ber i z pa­nią Oster­thun, i z pa­nem Schu­bac­kiem, i z całą resz­tą. A ja sie­dzia­łem pod sto­łem i ba­wi­łem się sa­mo­cho­da­mi, a słoń­ce świe­ci­ło. W mo­ich wspo­mnie­niach o klu­bie za­wsze świe­ci słoń­ce. Przy­glą­dam się czer­wo­ne­mu ku­rzo­wi na pię­ciu pa­rach bia­łych te­ni­só­wek, wi­dzę bie­li­znę pod ku­sy­mi spód­nicz­ka­mi te­ni­so­wy­mi i zbie­ram spa­da­ją­ce z góry kap­sle, w któ­rych da się ry­so­wać dłu­go­pi­sem. Wol­no mi zjeść pięć lo­dów i wy­pić pięć szkla­nek coli, i wszyst­ko to ka­zać za­pi­sać bar­ma­no­wi w ze­szy­cie. Wresz­cie pani We­ber mówi gdzieś z góry:

- W przy­szłym ty­go­dniu znów o siód­mej, pani Klin­gen­berg?

A moja mama na to:

- Oczy­wi­ście.

Na co pani We­ber:

- Przy­nio­sę pił­ki, moja ko­lej.

Na co mama:

- Oczy­wi­ście.

I tak da­lej, i tak da­lej. Za­wsze ta sama roz­mo­wa. Cały dow­cip po­le­gał zresz­tą na tym, że pani We­ber nig­dy nie przy­no­si­ła pi­łek, była na to zbyt ską­pa.

Ale od cza­su do cza­su roz­mo­wa prze­bie­ga­ła in­a­czej. Brzmia­ła tak:

- W przy­szłym ty­go­dniu znów w so­bo­tę, pani Klin­gen­berg?

- W so­bo­tę nie mogę. Wy­jeż­dżam.

- A mąż nie ma przy­pad­kiem tur­nie­ju?

- Tak, ale on nie wy­jeż­dża. To ja wy­jeż­dżam.

- Ach, a do­kąd?

- Na far­mę pięk­no­ści.

I w tym mo­men­cie za­wsze, ale to za­wsze ktoś z to­wa­rzy­stwa przy sto­le, kto jesz­cze nie wie­dział, o co cho­dzi, rzu­cał nie­sa­mo­wi­cie bły­sko­tli­wą uwa­gę:

- Ale to pani zu­peł­nie nie­po­trzeb­ne, pani Klin­gen­berg!

A mama wy­chy­la­ła do koń­ca swo­ją bran­dy ale­xan­der i mó­wi­ła:

- To był żart, pa­nie Schu­back. Jadę na od­wyk.

Po­tem, trzy­ma­jąc się za ręce, wy­cho­dzi­li­śmy z kor­tu i szli­śmy do domu na pie­cho­tę, bo mama nie mo­gła pro­wa­dzić. Nio­słem jej cięż­ką tor­bę spor­to­wą, a ona mó­wi­ła:

- Nie­wie­lu rze­czy mo­żesz się na­uczyć od swo­jej mat­ki. Ale jed­ne­go mo­żesz. Po pierw­sze, da się mó­wić o wszyst­kim. A po dru­gie, ki­chaj na to, co so­bie lu­dzie po­my­ślą.

Od razu zro­zu­mia­łem, co ma na my­śli. Mó­wić o wszyst­kim. I ki­chać na lu­dzi. Wąt­pli­wo­ści do­pa­dły mnie do­pie­ro po­tem. Nie co do za­sa­dy. Ale co do tego, że na­praw­dę na wszyst­ko ki­cha­ła.

No więc - ta far­ma. Jak to się tam do­kład­nie od­by­wa­ło, nie wiem. Bo nie wol­no jej było od­wie­dzać, nie ży­czy­ła so­bie. Ale za­wsze jak stam­tąd wra­ca­ła, opo­wia­da­ła zwa­rio­wa­ne hi­sto­rie. Te­ra­pia po­le­ga­ła naj­wy­raź­niej na bra­ku al­ko­ho­lu i ga­da­niu. I hy­dro­te­ra­pii. Cza­sem gim­na­sty­ce. Ale gim­na­sty­ko­wać się po­tra­fi­ło już nie­wie­lu. Prze­waż­nie ga­da­li, sie­dząc w krę­gu i rzu­ca­jąc so­bie przy tym kłę­bek weł­ny. Bo za­wsze mógł mó­wić tyl­ko ten, kto miał aku­rat w ręku kłę­bek. Mu­sia­łem do­py­ty­wać się z pięć razy, czy do­brze zro­zu­mia­łem, czy był to może dow­cip z tym kłęb­kiem. Ale to nie był dow­cip. Mat­ka zresz­tą nie uwa­ża­ła, żeby to było ja­kieś szcze­gól­nie śmiesz­ne czy in­te­re­su­ją­ce, ale ja tak, mó­wiąc szcze­rze. Wy­obraź­my to so­bie tyl­ko: dzie­się­cio­ro do­ro­słych lu­dzi sie­dzi w krę­gu i rzu­ca kłęb­kiem. Sala była po­tem za­mo­ta­na weł­ną, ale nie to było ce­lem rzu­ca­nia, na­wet je­śli z po­cząt­ku moż­na tak było po­my­śleć. Sens ca­łej ak­cji po­le­gał na tym, że po­wsta­wa­ła siat­ka roz­mo­wy. Po czym ła­two po­znać, że moja mama nie była jesz­cze w tej in­sty­tu­cji oso­bą naj­bar­dziej zwa­rio­wa­ną. Naj­wi­docz­niej byli tam o wie­le bar­dziej zwa­rio­wa­ni od niej.

Ale kto my­śli, że kłę­bek weł­ny to już hit, ten nie sły­szał jesz­cze o tek­tu­ro­wym pu­deł­ku. Każ­dy pa­cjent kli­ni­ki miał w swo­im po­ko­ju pu­deł­ko. Wi­sia­ło ono tuż pod su­fi­tem, otwo­rem do góry. I do tego pu­deł­ka trze­ba było za­wsze wrzu­cać kart­ki jak do ko­sza do ko­szy­ków­ki. Na kart­kach no­to­wa­ło się swo­je ma­rze­nia, ży­cze­nia, po­sta­no­wie­nia, mo­dli­twy czy co tam. Za­wsze kie­dy mat­ka mia­ła ja­kieś po­sta­no­wie­nie albo kie­dy ro­bi­ła so­bie wy­rzu­ty, za­pi­sy­wa­ła to wszyst­ko, skła­da­ła kart­kę i - wsad! - jak ja­kiś Dirk No­witz­ki. A naj­bar­dziej od­je­cha­ne było w tym wszyst­kim to, że nikt nig­dy nie czy­tał tych kar­tek. Bo nie o to cho­dzi­ło. Cho­dzi­ło o to, żeby wszyst­ko za­pi­sać i żeby to po pro­stu było, i żeby było wi­dać: tam, w tym tek­tu­ro­wym pu­deł­ku wi­szą moje pra­gnie­nia i tę­sk­no­ty, i cały ten szajs. A po­nie­waż te pu­deł­ka były ta­kie waż­ne, trze­ba im było nadać imio­na. Imię pu­deł­ka za­pi­sy­wa­ło się na nim fla­ma­strem i każ­dy pi­jak miał w po­ko­ju wi­szą­ce pod su­fi­tem pu­deł­ko o na­zwie "Bóg", i tam były wszyst­kie jego pra­gnie­nia. No bo więk­szość na­zy­wa­ła swo­je pu­deł­ko "Bóg". Była to pro­po­zy­cja te­ra­peu­ty. Żeby na­zwać pu­deł­ko Bo­giem. Ale moż­na je było na­zwać, jak się chcia­ło. Jed­na star­sza pani na­zwa­ła swo­je "Ozy­rys", a ktoś inny "Wiel­ki Duch".

Pu­deł­ko mo­jej mamy na­zy­wa­ło się "Karl-He­inz". Te­ra­peu­ta przy­szedł do niej i za­czął jej wier­cić dziu­rę w brzu­chu. Naj­pierw był cie­kaw, czy to jej oj­ciec.

- Kto? - spy­ta­ła mama, a te­ra­peu­ta wska­zał na pu­deł­ko.

Mama po­krę­ci­ła gło­wą. Więc te­ra­peu­ta za­py­tał, kto to w ta­kim ra­zie ma być, ten Karl-He­inz, na co mama:

- No to pu­deł­ko.

Te­ra­peu­ta chciał więc wie­dzieć, jak się w ta­kim ra­zie na­zy­wał oj­ciec mamy.

- Got­tlieb1 - po­wie­dzia­ła mama, a te­ra­peu­ta na to:

- Aha! - I to "aha" za­brzmia­ło tak, jak­by te­ra­peu­ta do­wie­dział się nie­sa­mo­wi­tej rze­czy. Got­tlieb - aha!

Ale mama nie wie­dzia­ła, cze­go do­wie­dział się te­ra­peu­ta, a on jej nie po­wie­dział. I tak było po­dob­no cały czas. Wszy­scy wy­glą­da­li sta­le tak, jak­by wie­dzie­li o czło­wie­ku nie­sa­mo­wi­te rze­czy, ale nie zdra­dza­li ja­kie. Kie­dy oj­ciec usły­szał hi­sto­rię z pu­deł­kiem, omal nie spadł z krze­sła ze śmie­chu. Po­wta­rzał nie­ustan­nie:

- Mój Boże, ja­kie to smut­ne. - Ale śmiał się i ja też się przez cały czas śmia­łem. A mama i tak cały czas uwa­ża­ła, że to wszyst­ko było strasz­nie za­baw­ne, w każ­dym ra­zie po fak­cie.

I o tym wszyst­kim na­pi­sa­łem w wy­pra­co­wa­niu. Żeby użyć gdzieś sło­wa "ra­tu­nek", do­ło­ży­łem epi­zod z no­żem ku­chen­nym, a że aku­rat tak do­brze mi szło, jesz­cze i to, jak mama ze­szła rano po scho­dach i po­my­li­ła mnie z oj­cem. Było to naj­dłuż­sze wy­pra­co­wa­nie, ja­kie kie­dy­kol­wiek na­pi­sa­łem, co naj­mniej osiem stron, i praw­do­po­dob­nie był­bym w sta­nie na­pi­sać część dru­gą, i trze­cią, i czwar­tą, gdy­bym chciał, ale jak się oka­za­ło, część pierw­sza wy­star­czy­ła w zu­peł­no­ści.

Kla­sa osza­la­ła z za­chwy­tu. Schür­mann po­pro­sił o spo­kój i po­wie­dział:

- No do­brze. Do­brze. Dużo tam jesz­cze masz? Ach, jesz­cze tyle? Są­dzę, że to na ra­zie wy­star­czy.

I nie mu­sia­łem czy­tać resz­ty. Schür­mann ka­zał mi zo­stać na prze­rwie, bo chciał obej­rzeć ze­szyt, a ja sta­łem koło nie­go strasz­nie dum­ny, że od­nio­słem taki suk­ces i że te­raz Schür­mann chce na­wet oso­bi­ście prze­czy­tać wy­pra­co­wa­nie do koń­ca. Maik Klin­gen­berg, pi­sarz. A Schür­mann na­gle za­mknął ze­szyt i przyj­rzał mi się, i po­krę­cił gło­wą, a ja po­my­śla­łem, że krę­ce­nie gło­wą wy­ra­ża uzna­nie i zdzi­wie­nie: ja­kim cu­dem szó­sto­kla­si­sta mógł na­pi­sać ta­kie eks­tra­wy­pra­co­wa­nie? Ale po­tem on po­wie­dział:

- Co się tak głu­pio uśmie­chasz? Uwa­żasz, że to za­baw­ne?

I na­gle uświa­do­mi­łem so­bie, że nie był to może aż taki suk­ces. W każ­dym ra­zie nie w oczach Schür­man­na.

Wstał od biur­ka, pod­szedł do okna i spoj­rzał na po­dwór­ko.

- Maik - po­wie­dział, po czym od­wró­cił się do mnie. - To two­ja mat­ka. Po­my­śla­łeś o tym przez chwi­lę?

Naj­wy­raź­niej po­peł­ni­łem wiel­ki błąd. Nie wie­dzia­łem wpraw­dzie jaki. Ale po Schür­man­nie było po pro­stu wi­dać, że tym wy­pra­co­wa­niem po­peł­ni­łem gi­gan­tycz­ny błąd. I było naj­zu­peł­niej ja­sne, że w jego oczach było to naj­bar­dziej że­nu­ją­ce wy­pra­co­wa­nie świa­ta. Tyl­ko dla­cze­go tak było, nie wie­dzia­łem, nie po­wie­dział mi, i szcze­rze mó­wiąc, nie wiem tego do dziś. Po­wta­rzał tyl­ko cały czas, że to moja mat­ka, a ja mó­wi­łem, że zda­ję so­bie spra­wę z tego, że moja mat­ka to moja mat­ka, aż na­gle on pod­niósł głos i oznaj­mił, że to wy­pra­co­wa­nie jest naj­obrzy­dliw­szym, naj­bar­dziej od­ra­ża­ją­cym i bez­wstyd­nym wy­pra­co­wa­niem, z ja­kim miał do czy­nie­nia w cią­gu pięt­na­stu lat pra­cy w oświa­cie i tak da­lej, i mam na­tych­miast wy­rwać te dzie­sięć stron z ze­szy­tu. By­łem kom­plet­nie za­ła­ma­ny i oczy­wi­ście, jak ten głu­pek, chwy­ci­łem od razu ze­szyt, żeby wy­rwać z nie­go te stro­ny, ale Schür­mann zła­pał mnie za rękę i wrza­snął:

- Nie masz wy­ry­wać ich na­praw­dę! Nie ro­zu­miesz? Masz się nad tym za­sta­no­wić. Za­sta­nów się!

Za­sta­na­wia­łem się przez mi­nu­tę, i szcze­rze mó­wiąc, nic nie ro­zu­mia­łem. Do dziś nie zro­zu­mia­łem. Prze­cież so­bie tego nie zmy­śli­łem czy coś w tym ro­dza­ju.

5

Nig­dy nie mia­łem prze­zwi­ska, to zna­czy nig­dy w szko­le. Ale poza tym też nie. Na­zy­wam się Maik Klin­gen­berg. Maik. Nie Ma­iki, nie Mi­cha­el, nie Jack­son, czy ja­koś tam jesz­cze, za­wsze tyl­ko Maik. Poza szó­stą kla­są - wte­dy przez ja­kiś czas na­zy­wa­łem się Psy­chol. Ale to nie­ko­niecz­nie jest szczyt ka­rie­ry, kie­dy mó­wią na cie­bie Psy­chol. Nie trwa­ło to jed­nak zbyt dłu­go i dziś znów na­zy­wam się Maik.

Nie­po­sia­da­nie prze­zwi­ska może mieć dwa po­wo­dy. Albo jest się strasz­nym nu­dzia­rzem i dla­te­go się nie do­sta­je ksy­wy, albo nie ma się kum­pli. Gdy­bym mu­siał zde­cy­do­wać się na jed­no albo na dru­gie, szcze­rze mó­wiąc, wo­lał­bym nie mieć kum­pli niż być strasz­nym nu­dzia­rzem. Bo jak je­steś nu­dzia­rzem, au­to­ma­tycz­nie masz przy­ja­ciół, któ­rzy są jesz­cze nud­niej­si od cie­bie.

Ale jest jesz­cze trze­cia moż­li­wość. Może się zda­rzyć, że je­steś nud­ny i nie masz przy­ja­ciół. Oba­wiam się, że to wła­śnie mój pro­blem. W każ­dym ra­zie od kie­dy wy­pro­wa­dził się Paul. Paul był moim przy­ja­cie­lem od przed­szko­la i spo­ty­ka­li­śmy się pra­wie co­dzien­nie, póki jego po­ry­pa­na mat­ka nie uzna­ła, że woli miesz­kać na ło­nie na­tu­ry.

Było to mniej wię­cej w tym cza­sie, kie­dy prze­sze­dłem do gim­na­zjum, i moje ży­cie nie­ko­niecz­nie sta­ło się przez to ła­twiej­sze. Pra­wie prze­sta­łem wi­dy­wać Pau­la. Wi­dy­wa­nie się z nim ozna­cza­ło po­dróż przez pół glo­bu ko­lej­ką miej­ską, po­tem jesz­cze sześć ki­lo­me­trów ro­we­rem. Poza tym Paul zmie­nił się tam, na przed­mie­ściu.

Jego ro­dzi­ce się roz­wie­dli, a jemu od­bi­ło. Tak po­rząd­nie od­bi­ło. Paul miesz­ka ze swo­ją mat­ką w le­sie i mar­nu­je się do­słow­nie w oczach. Za­wsze miał ten­den­cję do mar­no­wa­nia się. Trze­ba go było odro­bi­nę po­ga­niać. Ale tam za mia­stem nie miał go kto po­ga­niać i zmar­niał do koń­ca. Je­śli do­brze pa­mię­tam, od­wie­dzi­łem go naj­wy­żej ze trzy razy. Za każ­dym ra­zem było to tak przy­gnę­bia­ją­ce, że nie chcia­łem tam wra­cać. Paul po­ka­zał mi dom i ogród, i las, i swój do­mek na drze­wie, w któ­rym sie­dział cały czas i ob­ser­wo­wał zwie­rzę­ta. Tyl­ko że oczy­wi­ście tam nie było żad­nych zwie­rząt. Raz na dwie go­dzi­ny prze­la­ty­wał wró­bel. I on pro­wa­dził na ten te­mat skru­pu­lat­ne no­tat­ki. To było tej wio­sny, kie­dy wy­szedł GTA IV, ale to Pau­la już w ogó­le nie in­te­re­so­wa­ło. Tyl­ko te gady. Cały dzień mu­sia­łem sie­dzieć z nim na tej jego am­bo­nie, ale osta­tecz­nie mnie to wy­koń­czy­ło. Raz na­wet prze­kart­ko­wa­łem ukrad­kiem jego no­tat­ki, żeby zo­ba­czyć, co tam jesz­cze po­wy­pi­sy­wał, bo było tam strasz­nie dużo na­pi­sa­ne. Były tam rze­czy o jego mat­ce i coś tam za­szy­fro­wa­nym pi­smem, i były ry­sun­ki na­gich ko­biet, strasz­ne ry­sun­ki. Nie mam nic prze­ciw­ko go­łym bab­kom, na­gie ko­bie­ty są wspa­nia­łe. Ale te ry­sun­ki nie były wspa­nia­łe, były po­rą­ba­ne, a po­mię­dzy nimi ślicz­nie wy­ka­li­gra­fo­wa­ne ob­ser­wa­cje na te­mat zwie­rząt i po­go­dy. Na ko­niec Paul wi­dział dzi­ki i ry­sie i wil­ki, wil­ki ze zna­kiem za­py­ta­nia, więc mu mó­wię:

- Tu są przed­mie­ścia Ber­li­na. Ry­sie i wil­ki? Je­steś pe­wien?

A on wy­rwał mi ze­szyt z ręki i spoj­rzał na mnie, jak­bym to ja był stuk­nię­ty. I po­tem już się tak czę­sto nie wi­dy­wa­li­śmy. Trzy lata mi­nę­ły. Kie­dyś to był mój naj­lep­szy przy­ja­ciel.

W gim­na­zjum ja­koś z ni­kim się na po­cząt­ku nie za­po­zna­łem. Nie je­stem naj­lep­szy w za­po­zna­wa­niu się. Zresz­tą nie był to dla mnie ja­kiś strasz­ny pro­blem, jak do­tąd. Do­pó­ki nie po­ja­wi­ła się Ta­tja­na Co­sic. Albo ra­czej do­pó­ki jej nie za­uwa­ży­łem. Bo Ta­tja­na była oczy­wi­ście cały czas w mo­jej kla­sie. Ale za­uwa­ży­łem ją do­pie­ro w siód­mej. Nie wiem dla­cze­go. Ale w siód­mej jak­by na­gle po­ja­wi­ła mi się w ca­łej oka­za­ło­ści na ekra­nie, wte­dy za­czę­ła się ta cała bryn­dza. I te­raz chy­ba po­wi­nie­nem za­cząć wresz­cie opi­sy­wać Ta­tja­nę. Bo in­a­czej wszyst­ko, co po­wiem póź­niej, bę­dzie nie­zro­zu­mia­łe.

Ta­tja­na ma na imię Ta­tja­na, a na na­zwi­sko Co­sic. Ma czter­na­ście lat, jej ro­dzi­ce też mają na na­zwi­sko Co­sic. Ja­kie mają imio­na, nie wiem. Po­cho­dzą z Ser­bii czy Chor­wa­cji, w każ­dym ra­zie na­zwi­sko jest stam­tąd, i miesz­ka­ją w bia­łym blo­ku o wie­lu oknach - tru­tu­tu tuuu. Wszyst­ko ja­sne: mogę jesz­cze dłu­go tak ga­dać, ale naj­dziw­niej­sze jest to, że nie mam po­ję­cia, o czym mó­wię. Bo tak na­praw­dę w ogó­le nie znam Ta­tja­ny. Wiem o niej to, co wie­dzą wszy­scy, któ­rzy cho­dzą z nią do kla­sy. Wiem, jak wy­glą­da, jak się na­zy­wa i że jest do­bra ze spor­tu i z an­giel­skie­go. I tak da­lej. To, że ma metr sześć­dzie­siąt pięć, wiem od dnia ba­dań szkol­nych. To, gdzie miesz­ka, wiem z książ­ki te­le­fo­nicz­nej, wię­cej w za­sa­dzie nie wiem. I oczy­wi­ście mógł­bym jesz­cze do­kład­nie opi­sać jej wy­gląd i jej głos, i wło­sy, i wszyst­ko. Ale wy­da­je mi się, że to zbęd­ne. Bo każ­dy so­bie może wy­obra­zić, jak wy­glą­da: wy­glą­da su­per. Głos też ma su­per. W ogó­le cała jest su­per. Tak to so­bie na­le­ży wy­obra­zić.

1

Naj­pierw jest za­pach krwi i kawy. Au­to­mat do kawy stoi na sto­le, a krew mam w bu­tach. Szcze­rze mó­wiąc, to nie tyl­ko krew. Kie­dy star­szy po­wie­dział "czter­na­ście", zsi­ka­łem się w ga­cie. Cały czas wi­sia­łem bo­kiem na stoł­ku i sta­ra­łem się nie ru­szać. Krę­ci­ło mi się w gło­wie. Pró­bo­wa­łem wy­glą­dać tak, jak my­śla­łem, że musi wy­glą­dać Czik, kie­dy ktoś do nie­go mówi "czter­na­ście", a za­raz po­tem ze stra­chu zsi­ka­łem się w spodnie. Maik Klin­gen­berg, bo­ha­ter. A przy tym zu­peł­nie nie ro­zu­miem, skąd te­raz te ner­wy. Cały czas było wia­do­mo, że to się tak skoń­czy. Czik na pew­no nie zsi­kał się w ga­cie.

Gdzie w ogó­le jest Czik? Na au­to­stra­dzie jesz­cze go wi­dzia­łem, jak pod­ska­ku­jąc na jed­nej no­dze, zni­ka w krza­kach, ale czu­ję, że jego też zła­pa­li. Na jed­nej no­dze da­le­ko nie uciekł. Po­li­cjan­tów ra­czej nie spy­tam. Bo lo­gicz­ne, że je­śli go jed­nak nie za­uwa­ży­li, le­piej z tym nie wy­jeż­dżać. Może nie za­uwa­ży­li. A ode mnie na pew­no się nie do­wie­dzą. Mogą mnie wziąć na tor­tu­ry. Choć wy­da­je mi się, że w nie­miec­kiej po­li­cji nie wol­no tor­tu­ro­wać. Tor­tu­ro­wać wol­no tyl­ko w te­le­wi­zji i w Tur­cji.

Ale sie­dze­nie w za­si­ka­nych i za­krwa­wio­nych ciu­chach na ko­mi­sa­ria­cie po­li­cji au­to­stra­do­wej i od­po­wia­da­nie na py­ta­nia o ro­dzi­ców też jest śred­nio wy­strza­ło­we. Może tor­tu­ry by­ły­by zresz­tą cał­kiem przy­jem­ne, miał­bym przy­najm­niej ja­kiś po­wód do zde­ner­wo­wa­nia.

Naj­le­piej trzy­mać gębę na kłód­kę, po­wie­dział Czik. Je­stem tego sa­me­go zda­nia. Te­raz, kie­dy i tak jest już wszyst­ko jed­no i nic mnie nie ob­cho­dzi. No, pra­wie nic. Ta­tja­na Co­sic oczy­wi­ście mnie ob­cho­dzi. Choć dłu­go już o niej nie my­śla­łem. Ale jak tu tak sie­dzę na tym stoł­ku, na ze­wnątrz szu­mi au­to­stra­da, a star­szy z po­li­cjan­tów stoi od pię­ciu mi­nut przy au­to­ma­cie i na­le­wa wodę, po­tem ją wy­le­wa, na­ci­ska gu­zik i za­glą­da do sprzę­tu od dołu, gdy każ­dy głu­pek wi­dzi, że wtycz­ka od prze­dłu­ża­cza nie sie­dzi w gniazd­ku, zno­wu my­ślę o Ta­tja­nie. Do­kład­nie rzecz bio­rąc, nie by­ło­by mnie tu­taj, gdy­by nie Ta­tja­na. Cho­ciaż nie ma z całą hi­sto­rią nic wspól­ne­go. Nie­ja­sne, co mó­wię? No, sor­ry. Po­tem jesz­cze raz spró­bu­ję wy­tłu­ma­czyć. Ta­tja­na w ogó­le nie wy­stę­pu­je w tej opo­wie­ści. Naj­pięk­niej­sza dziew­czy­na świa­ta nie wy­stę­pu­je w mo­jej opo­wie­ści. Pod­czas ca­łej po­dró­ży wy­obra­ża­łem so­bie, że nas wi­dzi. Jak sie­dzi­my w zbo­żu. Jak sto­imy na wy­sy­pi­sku z kłę­bem gu­mo­wych ru­rek w ręku, ni­czym ja­cyś skoń­cze­ni idio­ci... Wy­obra­ża­łem so­bie cały czas, jak Ta­tja­na stoi nam za ple­ca­mi i wi­dzi to co my, i cie­szy się tak samo jak my. Ale te­raz cie­szę się, że tyl­ko to so­bie wy­obra­ża­łem.

Po­li­cjant wy­cią­ga zie­lo­ny pa­pie­ro­wy ręcz­nik z do­zow­ni­ka i po­da­je mi go. Co mam niby z tym zro­bić? Wy­trzeć pod­ło­gę? Do­ty­ka swo­je­go nosa dwo­ma pal­ca­mi, pa­trząc na mnie. Aha. Wy­trzeć nos. Wy­cie­ram, on pa­trzy przy­jaź­nie. O tor­tu­rach mogę za­po­mnieć. Ale co zro­bić z pa­pie­rem? Roz­glą­dam się py­ta­ją­cym wzro­kiem po pod­ło­dze. Cały po­ste­ru­nek wy­ło­żo­ny jest zie­lo­nym li­no­leum, do­kład­nie ta­kim sa­mym jak ko­ry­ta­rze w szko­le. Po­dob­nie tu na­wet pach­nie. Siki, pot i li­no­leum. Przed ocza­mi mam jak ży­we­go Wol­ko­wa, na­sze­go wu­efi­stę, sie­dem­dzie­siąt­ka na kar­ku, wy­spor­to­wa­na syl­wet­ka, jak su­nie ko­ry­ta­rzem w dre­sie: "no, chło­pa­ki, jaz­da! Hop hop!". Sły­szę pla­ska­nie jego kro­ków, do­bie­ga­ją­ce z prze­bie­ral­ni dziew­czyn chi­cho­ty i spoj­rze­nie Wol­ko­wa w tam­tą stro­nę. Wi­dzę wy­so­kie okna, ław­ki, kół­ka gim­na­stycz­ne pod su­fi­tem, na któ­rych nig­dy nie ćwi­czy­my. Wi­dzę wcho­dzą­ce bocz­nym wej­ściem Na­ta­lie i Lenę, i Kim­ber­ley. I Ta­tja­nę w tym jej zie­lo­nym dre­sie. Wi­dzę jej roz­my­te lu­strza­ne od­bi­cie na pod­ło­dze sali gim­na­stycz­nej, błysz­czą­ce spodnie, ja­kie te­raz no­szą dziew­czy­ny, topy. Tyl­ko że ostat­nio po­ło­wa z nich ćwi­czy w gru­bych swe­trach, a co naj­mniej trzy mają zwol­nie­nie le­kar­skie. Gim­na­zjum imie­nia Ha­ge­ciu­sa, Ber­lin, kla­sa ósma.

- My­śla­łem, że pięt­na­ście? - mó­wię, a po­li­cjant krę­ci gło­wą.

- Nie, czter­na­ście. Czter­na­ście. Co z tą kawą, Horst?

- Kawa się ze­psu­ła - mówi Horst.

Chcę roz­ma­wiać z moim ad­wo­ka­tem.

To chy­ba jest zda­nie, któ­re po­wi­nie­nem te­raz wy­po­wie­dzieć. Od­po­wied­nie zda­nie w od­po­wied­niej sy­tu­acji, jak każ­dy wie z te­le­wi­zji. Ale to się tak ła­two mówi: chcę roz­ma­wiać z moim ad­wo­ka­tem. Ci tu­taj pew­nie by pę­kli ze śmie­chu. Cały pro­blem w tym, że nie mam po­ję­cia, co to zda­nie zna­czy. Kie­dy po­wiem: "Chcę roz­ma­wiać z moim ad­wo­ka­tem", a oni spy­ta­ją: "Z kim chcesz roz­ma­wiać? Z two­im ad­wo­ka­tem?", to co mam im od­po­wie­dzieć? W ży­ciu nie wi­dzia­łem ad­wo­ka­ta i nie wiem, do cze­go miał­by mi być po­trzeb­ny. Nie wiem na­wet, czy ad­wo­kat to to samo co me­ce­nas. Czy pro­ku­ra­tor. Chy­ba ktoś w ro­dza­ju sę­dzie­go, wy­da­je mi się, tyle że jest po mo­jej stro­nie i zna się na pra­wie le­piej ode mnie. Ale le­piej ode mnie zna się na pra­wie prak­tycz­nie każ­dy w tym po­miesz­cze­niu. Zwłasz­cza każ­dy po­li­cjant. I mógł­bym ich oczy­wi­ście za­py­tać. Ale za­kład, że jak spy­tam tego młod­sze­go, czy po­trze­bu­ję te­raz ko­goś w ro­dza­ju ad­wo­ka­ta, to od­wró­ci się do ko­le­gi i za­wo­ła: "Hej, Horst. Chodź tu na chwi­lę! Nasz bo­ha­ter chce wie­dzieć, czy po­trze­bu­je ad­wo­ka­ta! Po­patrz na nie­go. Za­krwa­wił całą pod­ło­gę, ob­si­kał ga­cie w hol­ly­wo­odz­kim sty­lu i - chce roz­ma­wiać ze swo­im ad­wo­ka­tem! Ha ha ha". Oczy­wi­ście pęk­ną ze śmie­chu. A ja do­sze­dłem do wnio­sku, że czu­ję się już do­sta­tecz­nie pod­le, żeby nie ro­bić z sie­bie pa­ja­ca. Co się sta­ło, to się nie od­sta­nie. Nic się nie da zro­bić. Ad­wo­kat nie­wie­le tu zmie­ni. Bo co do tego, że na­roz­ra­bia­li­śmy, miał­by wąt­pli­wo­ści co naj­wy­żej ktoś moc­no skrzy­wio­ny umy­sło­wo. Co mam po­wie­dzieć? Że cały ty­dzień prze­le­ża­łem w domu przy ba­se­nie, pro­szę spy­tać na­szą sprzą­tacz­kę? Że po­łów­ki świ­nia­ków spa­dły z nie­ba jak man­na? Te­raz już na­praw­dę nie­wie­le mogę zro­bić. Mógł­bym się jesz­cze po­mo­dlić zwró­co­ny w stro­nę Mek­ki i na­ro­bić w ga­cie na twar­do, wię­cej opcji nie mam.

Młod­szy, któ­ry wła­ści­wie wy­glą­da sym­pa­tycz­nie, po­trzą­sa gło­wą i po­wta­rza:

- Ja­kie pięt­na­ście. Czter­na­ście. Je­steś zdol­ny do od­po­wie­dzial­no­ści kar­nej od czter­na­ste­go roku ży­cia.

Praw­do­po­dob­nie po­wi­nie­nem te­raz mieć po­czu­cie winy i ża­ło­wać swe­go czy­nu i tak da­lej, ale szcze­rze mó­wiąc, nie czu­ję zu­peł­nie nic. Po pro­stu strasz­nie mi się krę­ci w gło­wie. Dra­pię się po łyd­ce. Tyl­ko że tam, gdzie kie­dyś była moja łyd­ka, te­raz nic nie ma. Do ręki klei mi się fio­le­to­wy śluz. To nie moja krew, mó­wi­łem wcze­śniej, kie­dy mnie spy­ta­li. Bo na szo­sie le­ża­ło do­sta­tecz­nie dużo in­ne­go ślu­zu, któ­rym na­le­ża­ło się za­jąć, zresz­tą na­praw­dę my­śla­łem, że to nie moja krew. Ale je­śli to nie moja krew, to gdzie, prze­pra­szam, jest te­raz moja łyd­ka?

Pod­cią­gam no­gaw­kę i spo­glą­dam w dół. I mam do­kład­nie jed­ną se­kun­dę na zdzi­wie­nie. Gdy­bym mu­siał pa­trzeć na to w fil­mie, zro­bi­ło­by mi się na bank nie­do­brze, my­ślę, i rze­czy­wi­ście robi mi się nie­do­brze, tu, na ko­mi­sa­ria­cie po­li­cji au­to­stra­do­wej, co mnie ja­koś uspo­ka­ja. Przez mo­ment wi­dzę jesz­cze, jak zbli­ża się do mnie moje od­bi­cie lu­strza­ne na li­no­leum, a po­tem bum, i nie ma mnie.

4

Le­karz jest o wie­le mniej za­baw­ny.

- To tyl­ko ka­wa­łek mię­sa - mówi. - Mię­sień - mówi. - Nic ta­kie­go, od­ro­śnie. Zo­sta­nie może małe wklę­śnię­cie czy bli­zna - mówi. - Bę­dzie sexy wy­glą­da­ło. - I mówi tak co­dzien­nie. Co­dzien­nie spraw­dza opa­tru­nek i opo­wia­da do­kład­nie to samo, że zo­sta­nie bli­zna, że to nic ta­kie­go i że bę­dzie póź­niej wy­glą­da­ło, jak­bym był na woj­nie. - Jak­byś był na woj­nie, mło­dy czło­wie­ku. Ko­bie­tom się to po­do­ba - mówi i to ma brzmieć ja­koś głę­bo­ko fi­lo­zo­ficz­nie, ale nie ro­zu­miem tej głę­bi, a po­tem pusz­cza do mnie oko, a ja naj­czę­ściej też pusz­czam do nie­go oko, choć nic nie ro­zu­miem. W koń­cu fa­cet mi po­mógł, to ja po­mo­gę jemu.

Z cza­sem na­sze roz­mo­wy będą lep­sze, przede wszyst­kim po­waż­niej­sze. A wła­ści­wie bę­dzie to tyl­ko jed­na roz­mo­wa. Kie­dy już po­tra­fię kuś­ty­kać, za­bie­ra mnie do swo­je­go ga­bi­ne­tu, w któ­rym wy­jąt­ko­wo stoi biur­ko, a nie ja­kiś sprzęt me­dycz­ny, i za­sia­da­my na­prze­ciw­ko sie­bie ni­czym sze­fo­wie firm, któ­rzy do­bi­ja­ją ko­lej­ne­go in­te­re­su. Na biur­ku stoi ludz­ki tors z pla­sti­ku, z któ­re­go moż­na wyj­mo­wać or­ga­ny. Je­li­to gru­be wy­glą­da jak mózg, a z żo­łąd­ka odła­zi far­ba.

- Mu­szę z tobą po­roz­ma­wiać - mówi le­karz i to jest oczy­wi­ście naj­głup­sze za­ga­je­nie roz­mo­wy, ja­kie znam. No więc cze­kam, żeby za­czął, ale nie­ste­ty za­sa­dą tego za­ga­je­nia jest, że się mówi "mu­szę z tobą po­roz­ma­wiać" i naj­pierw się nic nie mówi. No więc le­karz wpa­tru­je się we mnie, po­tem opusz­cza wzrok i otwie­ra zie­lo­ny tek­tu­ro­wy se­gre­ga­tor. Ale nie pod­no­si po pro­stu okład­ki, tyl­ko otwie­ra go ta­kim ge­stem, jak­by - tak to so­bie wy­obra­żam - roz­ci­nał brzuch pa­cjen­to­wi. Z na­my­słem, ze sku­pie­niem, z po­wa­gą. Ten czło­wiek jest chi­rur­giem. Gra­tu­la­cje.

To, co na­stę­pu­je po­tem, jest już mniej cie­ka­we. W grun­cie rze­czy chce tyl­ko wie­dzieć, skąd się wzię­ła moja rana gło­wy, z przo­du po pra­wej stro­nie. I po­zo­sta­łe rany - z au­to­stra­dy, jak już mó­wi­łem, okej, tyle sam wie­dział - ale rana gło­wy to dla­te­go, że na ko­mi­sa­ria­cie po­li­cji spa­dłem z krze­sła.

Le­karz sty­ka czub­ki pal­ców jed­nej i dru­giej dło­ni. Tak, tak ma na­pi­sa­ne w ra­por­cie: spadł z krze­sła. Na ko­mi­sa­ria­cie.

Kiwa gło­wą. Tak.

Też ki­wam gło­wą.

- Je­ste­śmy tu sami - mówi po chwi­li.

- Ja­sne - od­po­wia­dam jak ostat­ni przy­głup i naj­pierw pusz­czam oko do le­ka­rza, a po­tem dla pew­no­ści jesz­cze do pla­sti­ko­we­go tor­su.

- Mo­żesz mi mó­wić o wszyst­kim. Je­stem two­im le­ka­rzem. A w tym wy­pad­ku ozna­cza to, że obo­wią­zu­je mnie ta­jem­ni­ca le­kar­ska.

- Do­brze - mó­wię. Coś w tym gu­ście za­su­ge­ro­wał mi już parę dni temu, te­raz to do mnie do­tar­ło. Ten czło­wiek jest zo­bo­wią­za­ny do za­cho­wa­nia mil­cze­nia i ocze­ku­je ode mnie, że­bym mu coś opo­wie­dział, po to żeby on mógł na ten te­mat mil­czeć. Ale co? Jak sen­sa­cyj­nie jest zsi­kać się w ga­cie?

- Tu nie cho­dzi tyl­ko o pro­ce­du­rę. Tu cho­dzi o na­ru­sze­nie obo­wiąz­ku nad­zo­ru. Nie wol­no im było zda­wać się na two­je in­for­ma­cje, ro­zu­miesz? Po­win­ni byli spraw­dzić i na­tych­miast we­zwać le­ka­rza. Wiesz, jak kry­tycz­ny był twój stan? I mó­wisz, że spa­dłeś z krze­sła?

- Tak.

- Prze­pra­szam, ale my le­ka­rze je­ste­śmy po­dejrz­li­wy­mi ludź­mi. No prze­cież żą­da­li od cie­bie strasz­nie dużo. A ja jako twój le­karz pro­wa­dzą­cy...

Tak, tak, do­bry Boże. Ta­jem­ni­ca le­kar­ska. Już wie­my. Ale co on chce wie­dzieć? Jak się spa­da z krze­sła? Ślizg bo­kiem, a po­tem ryms?

Naj­pierw dłu­go po­trzą­sa gło­wą, po­tem robi nie­znacz­ny gest ręką - i do­pie­ro te­raz do­cie­ra do mnie, o co mu cho­dzi. Jak rany, ale ja cięż­ko ła­pię. Praw­dzi­wy ob­ciach. Cze­mu nie mówi wprost?

- Nie, nie! - wo­łam i wy­ma­chu­ję rę­ka­mi w po­wie­trzu, jak­bym od­ga­niał szwa­dro­ny much. - Wszyst­ko w po­rząd­ku! Sie­dzia­łem na krze­śle i pod­wi­ną­łem no­gaw­kę, i zo­ba­czy­łem to, i za­krę­ci­ło mi się w gło­wie, i ryms. Nie ma mowy o udzia­le osób trze­cich. - Do­bry zwrot. Znam z kry­mi­na­łów.

- Na pew­no?

- Na pew­no. Tak. Po­li­cjan­ci strasz­nie mili. Do­sta­łem na­wet wodę i chu­s­tecz­kę. Tyl­ko za­krę­ci­ło mi się w gło­wie i rym­sną­łem na bok. - Od­su­wam się od biur­ka i ni­czym za­wo­do­wy ak­tor dwa razy na wpół opa­dam na pra­wą stro­nę.

- Do­brze - mówi le­karz. Sma­ru­je coś w no­tat­kach. - Chcia­łem tyl­ko wie­dzieć. Mimo wszyst­ko to nie­od­po­wie­dzial­ne. Utra­ta krwi... trze­ba było na­praw­dę... nie wy­glą­da też na to. - Za­my­ka zie­lo­ny se­gre­ga­tor i dłu­go mi się przy­glą­da. - Nie wiem też, i wła­ści­wie może nie po­win­no mnie to ob­cho­dzić, ale py­tam z cie­ka­wo­ści. Nie mu­sisz od­po­wia­dać, je­śli nie chcesz. Ale co wy wła­ści­wie ro­bi­li­ście? Do­kąd się wy­bie­ra­li­ście?

- Bo ja wiem.

- Jak już mó­wi­łem, nie mu­sisz od­po­wia­dać. Po pro­stu mnie to cie­ka­wi.

- Po­wie­dział­bym panu. Ale jak panu po­wiem, to pan i tak nie uwie­rzy, tak mi się wy­da­je.

- Uwie­rzę, uwie­rzę. - Uśmie­cha się przy­jaź­nie. Po kum­pel­sku.

- To głu­pie.

- Co zna­czy głu­pie?

- To jest... no do­bra. Chcie­li­śmy do Sied­mio­gro­du. Wi­dzi pan, pan uwa­ża, że to głu­pie.

- Nie uwa­żam, że głu­pie, tyl­ko nie zro­zu­mia­łem. Do­kąd?

- Do Sied­mio­gro­du.

- Gdzie to w ogó­le jest? - Przy­glą­da mi się z za­in­te­re­so­wa­niem, a ja czu­ję, że się czer­wie­nię. Nie za­głę­bia­my się w te­mat.

Na ko­niec po­da­je­my so­bie ręce, jak do­ro­śli lu­dzie, a ja się cie­szę, że nie mu­sia­łem wy­sta­wiać na pró­bę jego ta­jem­ni­cy le­kar­skiej.