Czik - Wolfgang Herrndorf

Reflow text when sidebars are open.
O szpitalach dużo by można mówić, ale na pewno nie da się powiedzieć, że nie jest w nich fajnie. Strasznie lubię być w szpitalu. Cały dzień nic się nie robi, a jeszcze przychodzą pielęgniarki. Siostry są zawsze supermłode i supermiłe. I noszą te cieniutkie białe fartuchy, które są super, bo od razu widać, jaką siostry mają bieliznę. Dlaczego to mi się tak podoba, nie mam pojęcia. Gdyby mianowicie ktoś latał w takim fartuszku po ulicy, uznałbym, że to idiotyczne. Ale w szpitalu mi się podoba. To trochę tak, jak w filmach o mafii, kiedy gangsterzy przez minutę przyglądają się człowiekowi w milczeniu, zanim odpowiedzą. "Hej". Minuta milczenia. "Spójrz mi w oczy!" Pięć minut milczenia. W prawdziwym życiu to idiotyczne. Ale jak się jest w mafii, to mniej.
Moja ulubiona pielęgniarka pochodzi z Libanu i nazywa się Hanna. Hanna ma krótkie czarne włosy i nosi normalną bieliznę. I to też jest super: normalna bielizna. Ta inna bielizna wygląda zawsze jakoś tak trochę smutno. U większości. Kiedy się przypadkiem nie ma figury Megan Fox, może to wyglądać dość rozpaczliwie. Nie wiem zresztą. Może jestem zboczeńcem: mnie się podoba normalna bielizna.
Hanna jest właściwie jeszcze uczennicą, praktykantką czy czymś takim, i kiedy wchodzi do mojego pokoju, najpierw wsadza tylko głowę i puka dwoma palcami we framugę, uważam, że to bardzo, bardzo grzeczne, i codziennie wymyśla dla mnie nowe imię. Najpierw nazywałem się Maik, potem Maiki, później Maikipaiki, i już w tym momencie myślałem sobie, no nieźle. Ale to jeszcze nie był koniec. Potem nazywałem się Michael Schumacher, potem Attyla, wódz Hunów, potem morderca świń, a na koniec nawet chory kotek. Już choćby dlatego chętnie bym został w tym szpitalu jeszcze z rok.
Hanna zmienia mi codziennie opatrunek. Trochę boli, Hannę też boli, widać to po jej twarzy.
"Grunt, to żebyś miał ubaw", mówi zawsze potem, jak już skończy, a ja za każdym razem odpowiadam, że kiedyś się chyba z nią ożenię czy coś w tym stylu. Ale ona niestety ma już chłopaka. Czasem wpada tak sobie i siada przy moim łóżku, bo praktycznie nikt mnie poza tym nie odwiedza, i rozmowy, które prowadzimy, są naprawdę fajne. Prawdziwe dorosłe rozmowy. Z kobietami takimi jak Hanna rozmawia się o niebo łatwiej niż z dziewczynami w moim wieku. Gdyby ktoś swoją drogą potrafił mi wytłumaczyć, dlaczego tak jest, może do mnie zadzwonić, bo ja tego nie rozumiem.
Lekarz otwiera i zamyka usta jak karp. Mija parę sekund, zanim wydobędą się z nich słowa. Lekarz krzyczy. Dlaczego ten lekarz krzyczy? Krzyczy na tę małą kobietę. Na to wtrąca się człowiek w mundurze. Tego policjanta jeszcze nie znam. Upomina lekarza. Skąd w ogóle wiem, że to lekarz? Ma biały kitel. Przecież równie dobrze mógłby być piekarzem. Ale w kieszeni kitla ma metalową latarkę i to coś do słuchania. Co piekarz miałby osłuchiwać, bułki? Jednak pewnie lekarz. I ten lekarz wskazuje teraz na moją głowę i wrzeszczy. Macam pod kołdrą w miejscu, gdzie są moje nogi. Są nagie. Ale już nie obsikane czy zakrwawione. Gdzie ja jestem?
Leżę na plecach. Na górze wszystko żółte. Spojrzenie w bok - duże ciemne okna. W drugą stronę - zasłona z białej ceraty. Powiedziałbym, że to szpital. Pasuje też do lekarza. Jasne, niska kobieta też ma biały kitel i blok do notatek. A jaki szpital, może Charité? Ach nie, nie mam pojęcia. Przecież nie jestem w Berlinie. Zapytajmy, myślę, ale nikt nie zwraca na mnie uwagi. Policjantowi nie podoba się mianowicie, że lekarz na niego krzyczy, więc mu odwrzaskuje, ale lekarz drze się wtedy jeszcze głośniej - ciekawe, jak to od razu widać, kto tu rządzi. Rządzi tu zdecydowanie lekarz, nie policjant, a ja jestem tak wyczerpany, a przy tym jakoś szczęśliwy i zmęczony, jakby wyłożony od środka szczęściem, i znów zasypiam bez słowa. Szczęście, dowiem się potem, nazywa się relanium. Rozdawane jest przy pomocy wielkich strzykawek.
Kiedy budzę się następnym razem, jest jasno. Przez wielkie okna świeci słońce. Ktoś mnie drapie w stopę od spodu. Aha, znów jakiś lekarz, tym razem inny, i znów asystuje mu pielęgniarka. Policjantów nie widać. Tylko to drapanie po stopach jest nieprzyjemne. Co on tak drapie?
- Obudził się - zauważyła pielęgniarka. Nieszczególnie błyskotliwie.
- A, aha. - Lekarz patrzy na mnie. - Jak się czujesz?
Chcę coś powiedzieć, ale z ust wychodzi mi tylko "pff".
- Jak się czujesz? Wiesz, jak się nazywasz?
- Pff-fe?
Co to w ogóle za pytanie? Myślą, że mi odbiło? Przyglądam się lekarzowi, on przygląda się mnie, a potem świeci mi w oczy latarką. Czy to przesłuchanie? Mam się przyznać do swojego nazwiska czy jak? Czy to jest szpital tortur? A jeśli tak, czy mógłby na chwilę przestać ciągnąć mnie za powieki albo przynajmniej udawać, że interesuje go odpowiedź?
Zresztą ja wcale nie odpowiadam. Bo kiedy się właśnie zastanawiam, czy powiedzieć Maik Klingenberg, czy po prostu tylko Maik lub Klinge albo może Attyla, wódz Hunów - tak mówi ojciec zawsze, kiedy jest zestresowany, gdyż cały dzień wysłuchiwał hiobowych wieści, potem pije dwa sznapsy i zgłasza się przez telefon jako Attyla, wódz Hunów - no więc, kiedy się jeszcze zastanawiam, czy w ogóle coś powiedzieć, czy też może dać sobie spokój w tej sytuacji, lekarz już mówi "cztery te" i "trzy tamte", a ja znów zasypiam.
I wciąż nie wyjaśniłem, czemu nazwali mnie Psychol. Bo jak już mówiłem, przez krótki czas nazywałem się Psychol. Nie mam pojęcia, co to miało być. No wiem, jasne, miało to znaczyć, że jestem trochę nie tego. Ale w takim razie paru innych tym bardziej powinno się tak nazywać. Frank mógłby się tak nazywać, albo Stöbke ze swoją zapalniczką, tych dwóch na pewno ma bardziej zryte berety niż ja. Albo Naziol. Ale Naziol już nazywał się Naziol, więc nie potrzebował przezwiska. I oczywiście to, że się tak nazywałem, miało konkretną przyczynę. Było nią wypracowanie z niemieckiego u Schürmanna, w szóstej klasie. Temat dowolny - historia z podanymi wyrazami. Gdyby ktoś nie wiedział, co to jest historia z podanymi wyrazami, to leci tak: dostajesz cztery słowa, na przykład "zoo", "małpa", "dozorca" i "czapka", i masz napisać historię, w której występują zoo, małpa, dozorca i czapka. Niesamowicie oryginalne. Czysta głupota. Schürmann wymyślił takie słowa: "wakacje", "woda", "ratunek" i "Bóg". Co było już zdecydowanie trudniejsze niż zoo i małpy, a główną trudnością był oczywiście Bóg. U nas była tylko etyka, a w klasie było szesnastu ateistów, łącznie ze mną, ale nawet ci, którzy byli protestantami, nie wierzyli tak naprawdę w Boga. Tak mi się wydaje. W każdym razie nie tak, jak wierzą ludzie, którzy naprawdę wierzą w Boga, którzy nie tkną nawet mrówki albo strasznie się cieszą, gdy ktoś umrze, bo to znaczy, że pójdzie do nieba. Albo którzy ładują się samolotem w World Trade Center. Oni rzeczywiście wierzą w Boga. I dlatego to wypracowanie było dość trudne. Większość rozpisała się przede wszystkim przy słowie "wakacje". Rodzina pływa gdzieś na Lazurowym Wybrzeżu łódką, nagle zupełnie niespodziewanie nadciąga straszna burza i wszyscy wołają "O Boże!", a potem nadchodzi ratunek i tak dalej. I ja coś takiego też oczywiście mogłem napisać. Ale kiedy usiadłem nad wypracowaniem, uświadomiłem sobie na początek, że już od trzech lat nie byliśmy na wakacjach, bo ojciec cały czas przygotowywał się do ogłoszenia bankructwa. Co mi wcale nie przeszkadzało, aż tak bardzo chętnie z rodzicami nie wyjeżdżałem.
Zamiast tego całe ostatnie lato przesiedziałem w piwnicy i wycinałem bumerangi. Jeden nauczyciel z podstawówki mnie tego nauczył. To był prawdziwy spec w dziedzinie bumerangów. Nazywał się Bretfeld, Wilhelm Bretfeld. Napisał o tym książkę. A nawet dwie książki. Ale dowiedziałem się o tym już po podstawówce. Spotkałem kiedyś starego Bretfelda na łące. Stał właściwie zaraz za naszym domem na krowiej łączce i rzucał bumerangami własnej roboty. I to była jedna z tych rzeczy, o których nawet nie wiedziałem, że naprawdę istnieją. Myślałem, że takie rzeczy dzieją się tylko w filmach - no to, że one rzeczywiście wracają. Ale Bretfeld to profesjonalista całą gębą i mi to pokazał. Bardzo mi zaimponował. Także tym, że sam wycinał swoje bumerangi i sam je malował.
- Wszystko, co z przodu jest okrągłe, a z tyłu spiczaste, lata - powiedział Bretfeld. A potem przyjrzał mi się sponad okularów i zapytał: - Jak się właściwie nazywasz? Nie pamiętam cię.
Ale najbardziej mnie zwalił z nóg ten bumerang daleko latający. Był to bumerang skonstruowany przez niego osobiście, potrafił latać przez wiele minut, i on sam go wynalazł. Dziś na całym świecie, kiedy ktoś rzuca bumerangiem daleko latającym, a ten zostaje w powietrzu dłużej niż pięć minut, robią zdjęcie, a pod nim zawsze jest napisane: według projektu Wilhelma Bretfelda. Można powiedzieć, że ten Bretfeld jest znany na całym świecie. No więc zeszłego lata stoi sobie na łące za naszym domem i pokazuje mi to wszystko. Naprawdę dobry z niego nauczyciel. W podstawówce wcale tego nie zauważyłem.
W każdym razie przez całe wakacje siedziałem w piwnicy i wycinałem. I to były wspaniałe wakacje, o niebo lepsze niż wyjazd. Rodziców prawie nigdy nie było w domu. Ojciec jeździł od wierzyciela do wierzyciela, a matka była na farmie piękności. No i właśnie o tym napisałem to wypracowanie: Mama na farmie piękności. Wypracowanie z podanymi wyrazami. Autor: Maik Klingenberg.
Na najbliższej lekcji miałem je przeczytać. Czy też musiałem. Bo raczej nie chciałem. Svenja była przede mną i odczytała te bzdury o Lazurowym Wybrzeżu, które Schürmannowi strasznie się spodobały, potem Kevin przeczytał to samo, tyle że Lazurowe Wybrzeże było u niego Morzem Północnym, a potem była moja kolej. Mama na farmie piękności. Która niezupełnie była farmą piękności. Choć matka rzeczywiście zawsze wyglądała trochę lepiej po powrocie stamtąd. Ale tak właściwie jest to klinika. Bo matka jest alkoholiczką. Piła, odkąd pamiętam, ale z tą różnicą, że kiedyś to było zabawniejsze. Normalnie ludzie są po alkoholu zabawni, ale po przekroczeniu pewnej granicy robią się zmęczeni albo agresywni, i jak któregoś razu matka znowu biegała po mieszkaniu z nożem kuchennym, stałem z ojcem na szczycie schodów i ojciec spytał: "Może pojechałabyś znów na farmę piękności?". Tak zaczęło się to lato, kiedy przeszedłem do szóstej klasy.
Lubię moją mamę. Muszę to podkreślić, bo to, co teraz napiszę, nie rzuca na nią być może superdobrego światła. Ale ja zawsze ją lubiłem, i nadal lubię. Nie jest taka jak inne matki. To mi się zawsze najbardziej podobało. Potrafi być na przykład bardzo dowcipna. A tego nie da się powiedzieć niestety o zbyt wielu matkach. I to, że mówimy "farma piękności", to też był jeden z żartów mamy.
Kiedyś mama dużo grała w tenisa. Ojciec też, ale nie tak dobrze. Prawdziwym czempionem w naszej rodzinie była mama. Kiedy miała jeszcze dobrą kondycję, wygrywała co roku mistrzostwa klubowe. Nawet po całej butelce wódki potrafiła je wygrać, ale to zupełnie inna historia. W każdym razie już od dziecka bywałem z nią na korcie. Matka siedziała na tarasie klubowym i piła koktajle z panią Weber i z panią Osterthun, i z panem Schubackiem, i z całą resztą. A ja siedziałem pod stołem i bawiłem się samochodami, a słońce świeciło. W moich wspomnieniach o klubie zawsze świeci słońce. Przyglądam się czerwonemu kurzowi na pięciu parach białych tenisówek, widzę bieliznę pod kusymi spódniczkami tenisowymi i zbieram spadające z góry kapsle, w których da się rysować długopisem. Wolno mi zjeść pięć lodów i wypić pięć szklanek coli, i wszystko to kazać zapisać barmanowi w zeszycie. Wreszcie pani Weber mówi gdzieś z góry:
- W przyszłym tygodniu znów o siódmej, pani Klingenberg?
A moja mama na to:
- Oczywiście.
Na co pani Weber:
- Przyniosę piłki, moja kolej.
Na co mama:
- Oczywiście.
I tak dalej, i tak dalej. Zawsze ta sama rozmowa. Cały dowcip polegał zresztą na tym, że pani Weber nigdy nie przynosiła piłek, była na to zbyt skąpa.
Ale od czasu do czasu rozmowa przebiegała inaczej. Brzmiała tak:
- W przyszłym tygodniu znów w sobotę, pani Klingenberg?
- W sobotę nie mogę. Wyjeżdżam.
- A mąż nie ma przypadkiem turnieju?
- Tak, ale on nie wyjeżdża. To ja wyjeżdżam.
- Ach, a dokąd?
- Na farmę piękności.
I w tym momencie zawsze, ale to zawsze ktoś z towarzystwa przy stole, kto jeszcze nie wiedział, o co chodzi, rzucał niesamowicie błyskotliwą uwagę:
- Ale to pani zupełnie niepotrzebne, pani Klingenberg!
A mama wychylała do końca swoją brandy alexander i mówiła:
- To był żart, panie Schuback. Jadę na odwyk.
Potem, trzymając się za ręce, wychodziliśmy z kortu i szliśmy do domu na piechotę, bo mama nie mogła prowadzić. Niosłem jej ciężką torbę sportową, a ona mówiła:
- Niewielu rzeczy możesz się nauczyć od swojej matki. Ale jednego możesz. Po pierwsze, da się mówić o wszystkim. A po drugie, kichaj na to, co sobie ludzie pomyślą.
Od razu zrozumiałem, co ma na myśli. Mówić o wszystkim. I kichać na ludzi. Wątpliwości dopadły mnie dopiero potem. Nie co do zasady. Ale co do tego, że naprawdę na wszystko kichała.
No więc - ta farma. Jak to się tam dokładnie odbywało, nie wiem. Bo nie wolno jej było odwiedzać, nie życzyła sobie. Ale zawsze jak stamtąd wracała, opowiadała zwariowane historie. Terapia polegała najwyraźniej na braku alkoholu i gadaniu. I hydroterapii. Czasem gimnastyce. Ale gimnastykować się potrafiło już niewielu. Przeważnie gadali, siedząc w kręgu i rzucając sobie przy tym kłębek wełny. Bo zawsze mógł mówić tylko ten, kto miał akurat w ręku kłębek. Musiałem dopytywać się z pięć razy, czy dobrze zrozumiałem, czy był to może dowcip z tym kłębkiem. Ale to nie był dowcip. Matka zresztą nie uważała, żeby to było jakieś szczególnie śmieszne czy interesujące, ale ja tak, mówiąc szczerze. Wyobraźmy to sobie tylko: dziesięcioro dorosłych ludzi siedzi w kręgu i rzuca kłębkiem. Sala była potem zamotana wełną, ale nie to było celem rzucania, nawet jeśli z początku można tak było pomyśleć. Sens całej akcji polegał na tym, że powstawała siatka rozmowy. Po czym łatwo poznać, że moja mama nie była jeszcze w tej instytucji osobą najbardziej zwariowaną. Najwidoczniej byli tam o wiele bardziej zwariowani od niej.
Ale kto myśli, że kłębek wełny to już hit, ten nie słyszał jeszcze o tekturowym pudełku. Każdy pacjent kliniki miał w swoim pokoju pudełko. Wisiało ono tuż pod sufitem, otworem do góry. I do tego pudełka trzeba było zawsze wrzucać kartki jak do kosza do koszykówki. Na kartkach notowało się swoje marzenia, życzenia, postanowienia, modlitwy czy co tam. Zawsze kiedy matka miała jakieś postanowienie albo kiedy robiła sobie wyrzuty, zapisywała to wszystko, składała kartkę i - wsad! - jak jakiś Dirk Nowitzki. A najbardziej odjechane było w tym wszystkim to, że nikt nigdy nie czytał tych kartek. Bo nie o to chodziło. Chodziło o to, żeby wszystko zapisać i żeby to po prostu było, i żeby było widać: tam, w tym tekturowym pudełku wiszą moje pragnienia i tęsknoty, i cały ten szajs. A ponieważ te pudełka były takie ważne, trzeba im było nadać imiona. Imię pudełka zapisywało się na nim flamastrem i każdy pijak miał w pokoju wiszące pod sufitem pudełko o nazwie "Bóg", i tam były wszystkie jego pragnienia. No bo większość nazywała swoje pudełko "Bóg". Była to propozycja terapeuty. Żeby nazwać pudełko Bogiem. Ale można je było nazwać, jak się chciało. Jedna starsza pani nazwała swoje "Ozyrys", a ktoś inny "Wielki Duch".
Pudełko mojej mamy nazywało się "Karl-Heinz". Terapeuta przyszedł do niej i zaczął jej wiercić dziurę w brzuchu. Najpierw był ciekaw, czy to jej ojciec.
- Kto? - spytała mama, a terapeuta wskazał na pudełko.
Mama pokręciła głową. Więc terapeuta zapytał, kto to w takim razie ma być, ten Karl-Heinz, na co mama:
- No to pudełko.
Terapeuta chciał więc wiedzieć, jak się w takim razie nazywał ojciec mamy.
- Gottlieb1 - powiedziała mama, a terapeuta na to:
- Aha! - I to "aha" zabrzmiało tak, jakby terapeuta dowiedział się niesamowitej rzeczy. Gottlieb - aha!
Ale mama nie wiedziała, czego dowiedział się terapeuta, a on jej nie powiedział. I tak było podobno cały czas. Wszyscy wyglądali stale tak, jakby wiedzieli o człowieku niesamowite rzeczy, ale nie zdradzali jakie. Kiedy ojciec usłyszał historię z pudełkiem, omal nie spadł z krzesła ze śmiechu. Powtarzał nieustannie:
- Mój Boże, jakie to smutne. - Ale śmiał się i ja też się przez cały czas śmiałem. A mama i tak cały czas uważała, że to wszystko było strasznie zabawne, w każdym razie po fakcie.
I o tym wszystkim napisałem w wypracowaniu. Żeby użyć gdzieś słowa "ratunek", dołożyłem epizod z nożem kuchennym, a że akurat tak dobrze mi szło, jeszcze i to, jak mama zeszła rano po schodach i pomyliła mnie z ojcem. Było to najdłuższe wypracowanie, jakie kiedykolwiek napisałem, co najmniej osiem stron, i prawdopodobnie byłbym w stanie napisać część drugą, i trzecią, i czwartą, gdybym chciał, ale jak się okazało, część pierwsza wystarczyła w zupełności.
Klasa oszalała z zachwytu. Schürmann poprosił o spokój i powiedział:
- No dobrze. Dobrze. Dużo tam jeszcze masz? Ach, jeszcze tyle? Sądzę, że to na razie wystarczy.
I nie musiałem czytać reszty. Schürmann kazał mi zostać na przerwie, bo chciał obejrzeć zeszyt, a ja stałem koło niego strasznie dumny, że odniosłem taki sukces i że teraz Schürmann chce nawet osobiście przeczytać wypracowanie do końca. Maik Klingenberg, pisarz. A Schürmann nagle zamknął zeszyt i przyjrzał mi się, i pokręcił głową, a ja pomyślałem, że kręcenie głową wyraża uznanie i zdziwienie: jakim cudem szóstoklasista mógł napisać takie ekstrawypracowanie? Ale potem on powiedział:
- Co się tak głupio uśmiechasz? Uważasz, że to zabawne?
I nagle uświadomiłem sobie, że nie był to może aż taki sukces. W każdym razie nie w oczach Schürmanna.
Wstał od biurka, podszedł do okna i spojrzał na podwórko.
- Maik - powiedział, po czym odwrócił się do mnie. - To twoja matka. Pomyślałeś o tym przez chwilę?
Najwyraźniej popełniłem wielki błąd. Nie wiedziałem wprawdzie jaki. Ale po Schürmannie było po prostu widać, że tym wypracowaniem popełniłem gigantyczny błąd. I było najzupełniej jasne, że w jego oczach było to najbardziej żenujące wypracowanie świata. Tylko dlaczego tak było, nie wiedziałem, nie powiedział mi, i szczerze mówiąc, nie wiem tego do dziś. Powtarzał tylko cały czas, że to moja matka, a ja mówiłem, że zdaję sobie sprawę z tego, że moja matka to moja matka, aż nagle on podniósł głos i oznajmił, że to wypracowanie jest najobrzydliwszym, najbardziej odrażającym i bezwstydnym wypracowaniem, z jakim miał do czynienia w ciągu piętnastu lat pracy w oświacie i tak dalej, i mam natychmiast wyrwać te dziesięć stron z zeszytu. Byłem kompletnie załamany i oczywiście, jak ten głupek, chwyciłem od razu zeszyt, żeby wyrwać z niego te strony, ale Schürmann złapał mnie za rękę i wrzasnął:
- Nie masz wyrywać ich naprawdę! Nie rozumiesz? Masz się nad tym zastanowić. Zastanów się!
Zastanawiałem się przez minutę, i szczerze mówiąc, nic nie rozumiałem. Do dziś nie zrozumiałem. Przecież sobie tego nie zmyśliłem czy coś w tym rodzaju.
Nigdy nie miałem przezwiska, to znaczy nigdy w szkole. Ale poza tym też nie. Nazywam się Maik Klingenberg. Maik. Nie Maiki, nie Michael, nie Jackson, czy jakoś tam jeszcze, zawsze tylko Maik. Poza szóstą klasą - wtedy przez jakiś czas nazywałem się Psychol. Ale to niekoniecznie jest szczyt kariery, kiedy mówią na ciebie Psychol. Nie trwało to jednak zbyt długo i dziś znów nazywam się Maik.
Nieposiadanie przezwiska może mieć dwa powody. Albo jest się strasznym nudziarzem i dlatego się nie dostaje ksywy, albo nie ma się kumpli. Gdybym musiał zdecydować się na jedno albo na drugie, szczerze mówiąc, wolałbym nie mieć kumpli niż być strasznym nudziarzem. Bo jak jesteś nudziarzem, automatycznie masz przyjaciół, którzy są jeszcze nudniejsi od ciebie.
Ale jest jeszcze trzecia możliwość. Może się zdarzyć, że jesteś nudny i nie masz przyjaciół. Obawiam się, że to właśnie mój problem. W każdym razie od kiedy wyprowadził się Paul. Paul był moim przyjacielem od przedszkola i spotykaliśmy się prawie codziennie, póki jego porypana matka nie uznała, że woli mieszkać na łonie natury.
Było to mniej więcej w tym czasie, kiedy przeszedłem do gimnazjum, i moje życie niekoniecznie stało się przez to łatwiejsze. Prawie przestałem widywać Paula. Widywanie się z nim oznaczało podróż przez pół globu kolejką miejską, potem jeszcze sześć kilometrów rowerem. Poza tym Paul zmienił się tam, na przedmieściu.
Jego rodzice się rozwiedli, a jemu odbiło. Tak porządnie odbiło. Paul mieszka ze swoją matką w lesie i marnuje się dosłownie w oczach. Zawsze miał tendencję do marnowania się. Trzeba go było odrobinę poganiać. Ale tam za miastem nie miał go kto poganiać i zmarniał do końca. Jeśli dobrze pamiętam, odwiedziłem go najwyżej ze trzy razy. Za każdym razem było to tak przygnębiające, że nie chciałem tam wracać. Paul pokazał mi dom i ogród, i las, i swój domek na drzewie, w którym siedział cały czas i obserwował zwierzęta. Tylko że oczywiście tam nie było żadnych zwierząt. Raz na dwie godziny przelatywał wróbel. I on prowadził na ten temat skrupulatne notatki. To było tej wiosny, kiedy wyszedł GTA IV, ale to Paula już w ogóle nie interesowało. Tylko te gady. Cały dzień musiałem siedzieć z nim na tej jego ambonie, ale ostatecznie mnie to wykończyło. Raz nawet przekartkowałem ukradkiem jego notatki, żeby zobaczyć, co tam jeszcze powypisywał, bo było tam strasznie dużo napisane. Były tam rzeczy o jego matce i coś tam zaszyfrowanym pismem, i były rysunki nagich kobiet, straszne rysunki. Nie mam nic przeciwko gołym babkom, nagie kobiety są wspaniałe. Ale te rysunki nie były wspaniałe, były porąbane, a pomiędzy nimi ślicznie wykaligrafowane obserwacje na temat zwierząt i pogody. Na koniec Paul widział dziki i rysie i wilki, wilki ze znakiem zapytania, więc mu mówię:
- Tu są przedmieścia Berlina. Rysie i wilki? Jesteś pewien?
A on wyrwał mi zeszyt z ręki i spojrzał na mnie, jakbym to ja był stuknięty. I potem już się tak często nie widywaliśmy. Trzy lata minęły. Kiedyś to był mój najlepszy przyjaciel.
W gimnazjum jakoś z nikim się na początku nie zapoznałem. Nie jestem najlepszy w zapoznawaniu się. Zresztą nie był to dla mnie jakiś straszny problem, jak dotąd. Dopóki nie pojawiła się Tatjana Cosic. Albo raczej dopóki jej nie zauważyłem. Bo Tatjana była oczywiście cały czas w mojej klasie. Ale zauważyłem ją dopiero w siódmej. Nie wiem dlaczego. Ale w siódmej jakby nagle pojawiła mi się w całej okazałości na ekranie, wtedy zaczęła się ta cała bryndza. I teraz chyba powinienem zacząć wreszcie opisywać Tatjanę. Bo inaczej wszystko, co powiem później, będzie niezrozumiałe.
Tatjana ma na imię Tatjana, a na nazwisko Cosic. Ma czternaście lat, jej rodzice też mają na nazwisko Cosic. Jakie mają imiona, nie wiem. Pochodzą z Serbii czy Chorwacji, w każdym razie nazwisko jest stamtąd, i mieszkają w białym bloku o wielu oknach - trututu tuuu. Wszystko jasne: mogę jeszcze długo tak gadać, ale najdziwniejsze jest to, że nie mam pojęcia, o czym mówię. Bo tak naprawdę w ogóle nie znam Tatjany. Wiem o niej to, co wiedzą wszyscy, którzy chodzą z nią do klasy. Wiem, jak wygląda, jak się nazywa i że jest dobra ze sportu i z angielskiego. I tak dalej. To, że ma metr sześćdziesiąt pięć, wiem od dnia badań szkolnych. To, gdzie mieszka, wiem z książki telefonicznej, więcej w zasadzie nie wiem. I oczywiście mógłbym jeszcze dokładnie opisać jej wygląd i jej głos, i włosy, i wszystko. Ale wydaje mi się, że to zbędne. Bo każdy sobie może wyobrazić, jak wygląda: wygląda super. Głos też ma super. W ogóle cała jest super. Tak to sobie należy wyobrazić.
Najpierw jest zapach krwi i kawy. Automat do kawy stoi na stole, a krew mam w butach. Szczerze mówiąc, to nie tylko krew. Kiedy starszy powiedział "czternaście", zsikałem się w gacie. Cały czas wisiałem bokiem na stołku i starałem się nie ruszać. Kręciło mi się w głowie. Próbowałem wyglądać tak, jak myślałem, że musi wyglądać Czik, kiedy ktoś do niego mówi "czternaście", a zaraz potem ze strachu zsikałem się w spodnie. Maik Klingenberg, bohater. A przy tym zupełnie nie rozumiem, skąd teraz te nerwy. Cały czas było wiadomo, że to się tak skończy. Czik na pewno nie zsikał się w gacie.
Gdzie w ogóle jest Czik? Na autostradzie jeszcze go widziałem, jak podskakując na jednej nodze, znika w krzakach, ale czuję, że jego też złapali. Na jednej nodze daleko nie uciekł. Policjantów raczej nie spytam. Bo logiczne, że jeśli go jednak nie zauważyli, lepiej z tym nie wyjeżdżać. Może nie zauważyli. A ode mnie na pewno się nie dowiedzą. Mogą mnie wziąć na tortury. Choć wydaje mi się, że w niemieckiej policji nie wolno torturować. Torturować wolno tylko w telewizji i w Turcji.
Ale siedzenie w zasikanych i zakrwawionych ciuchach na komisariacie policji autostradowej i odpowiadanie na pytania o rodziców też jest średnio wystrzałowe. Może tortury byłyby zresztą całkiem przyjemne, miałbym przynajmniej jakiś powód do zdenerwowania.
Najlepiej trzymać gębę na kłódkę, powiedział Czik. Jestem tego samego zdania. Teraz, kiedy i tak jest już wszystko jedno i nic mnie nie obchodzi. No, prawie nic. Tatjana Cosic oczywiście mnie obchodzi. Choć długo już o niej nie myślałem. Ale jak tu tak siedzę na tym stołku, na zewnątrz szumi autostrada, a starszy z policjantów stoi od pięciu minut przy automacie i nalewa wodę, potem ją wylewa, naciska guzik i zagląda do sprzętu od dołu, gdy każdy głupek widzi, że wtyczka od przedłużacza nie siedzi w gniazdku, znowu myślę o Tatjanie. Dokładnie rzecz biorąc, nie byłoby mnie tutaj, gdyby nie Tatjana. Chociaż nie ma z całą historią nic wspólnego. Niejasne, co mówię? No, sorry. Potem jeszcze raz spróbuję wytłumaczyć. Tatjana w ogóle nie występuje w tej opowieści. Najpiękniejsza dziewczyna świata nie występuje w mojej opowieści. Podczas całej podróży wyobrażałem sobie, że nas widzi. Jak siedzimy w zbożu. Jak stoimy na wysypisku z kłębem gumowych rurek w ręku, niczym jacyś skończeni idioci... Wyobrażałem sobie cały czas, jak Tatjana stoi nam za plecami i widzi to co my, i cieszy się tak samo jak my. Ale teraz cieszę się, że tylko to sobie wyobrażałem.
Policjant wyciąga zielony papierowy ręcznik z dozownika i podaje mi go. Co mam niby z tym zrobić? Wytrzeć podłogę? Dotyka swojego nosa dwoma palcami, patrząc na mnie. Aha. Wytrzeć nos. Wycieram, on patrzy przyjaźnie. O torturach mogę zapomnieć. Ale co zrobić z papierem? Rozglądam się pytającym wzrokiem po podłodze. Cały posterunek wyłożony jest zielonym linoleum, dokładnie takim samym jak korytarze w szkole. Podobnie tu nawet pachnie. Siki, pot i linoleum. Przed oczami mam jak żywego Wolkowa, naszego wuefistę, siedemdziesiątka na karku, wysportowana sylwetka, jak sunie korytarzem w dresie: "no, chłopaki, jazda! Hop hop!". Słyszę plaskanie jego kroków, dobiegające z przebieralni dziewczyn chichoty i spojrzenie Wolkowa w tamtą stronę. Widzę wysokie okna, ławki, kółka gimnastyczne pod sufitem, na których nigdy nie ćwiczymy. Widzę wchodzące bocznym wejściem Natalie i Lenę, i Kimberley. I Tatjanę w tym jej zielonym dresie. Widzę jej rozmyte lustrzane odbicie na podłodze sali gimnastycznej, błyszczące spodnie, jakie teraz noszą dziewczyny, topy. Tylko że ostatnio połowa z nich ćwiczy w grubych swetrach, a co najmniej trzy mają zwolnienie lekarskie. Gimnazjum imienia Hageciusa, Berlin, klasa ósma.
- Myślałem, że piętnaście? - mówię, a policjant kręci głową.
- Nie, czternaście. Czternaście. Co z tą kawą, Horst?
- Kawa się zepsuła - mówi Horst.
Chcę rozmawiać z moim adwokatem.
To chyba jest zdanie, które powinienem teraz wypowiedzieć. Odpowiednie zdanie w odpowiedniej sytuacji, jak każdy wie z telewizji. Ale to się tak łatwo mówi: chcę rozmawiać z moim adwokatem. Ci tutaj pewnie by pękli ze śmiechu. Cały problem w tym, że nie mam pojęcia, co to zdanie znaczy. Kiedy powiem: "Chcę rozmawiać z moim adwokatem", a oni spytają: "Z kim chcesz rozmawiać? Z twoim adwokatem?", to co mam im odpowiedzieć? W życiu nie widziałem adwokata i nie wiem, do czego miałby mi być potrzebny. Nie wiem nawet, czy adwokat to to samo co mecenas. Czy prokurator. Chyba ktoś w rodzaju sędziego, wydaje mi się, tyle że jest po mojej stronie i zna się na prawie lepiej ode mnie. Ale lepiej ode mnie zna się na prawie praktycznie każdy w tym pomieszczeniu. Zwłaszcza każdy policjant. I mógłbym ich oczywiście zapytać. Ale zakład, że jak spytam tego młodszego, czy potrzebuję teraz kogoś w rodzaju adwokata, to odwróci się do kolegi i zawoła: "Hej, Horst. Chodź tu na chwilę! Nasz bohater chce wiedzieć, czy potrzebuje adwokata! Popatrz na niego. Zakrwawił całą podłogę, obsikał gacie w hollywoodzkim stylu i - chce rozmawiać ze swoim adwokatem! Ha ha ha". Oczywiście pękną ze śmiechu. A ja doszedłem do wniosku, że czuję się już dostatecznie podle, żeby nie robić z siebie pajaca. Co się stało, to się nie odstanie. Nic się nie da zrobić. Adwokat niewiele tu zmieni. Bo co do tego, że narozrabialiśmy, miałby wątpliwości co najwyżej ktoś mocno skrzywiony umysłowo. Co mam powiedzieć? Że cały tydzień przeleżałem w domu przy basenie, proszę spytać naszą sprzątaczkę? Że połówki świniaków spadły z nieba jak manna? Teraz już naprawdę niewiele mogę zrobić. Mógłbym się jeszcze pomodlić zwrócony w stronę Mekki i narobić w gacie na twardo, więcej opcji nie mam.
Młodszy, który właściwie wygląda sympatycznie, potrząsa głową i powtarza:
- Jakie piętnaście. Czternaście. Jesteś zdolny do odpowiedzialności karnej od czternastego roku życia.
Prawdopodobnie powinienem teraz mieć poczucie winy i żałować swego czynu i tak dalej, ale szczerze mówiąc, nie czuję zupełnie nic. Po prostu strasznie mi się kręci w głowie. Drapię się po łydce. Tylko że tam, gdzie kiedyś była moja łydka, teraz nic nie ma. Do ręki klei mi się fioletowy śluz. To nie moja krew, mówiłem wcześniej, kiedy mnie spytali. Bo na szosie leżało dostatecznie dużo innego śluzu, którym należało się zająć, zresztą naprawdę myślałem, że to nie moja krew. Ale jeśli to nie moja krew, to gdzie, przepraszam, jest teraz moja łydka?
Podciągam nogawkę i spoglądam w dół. I mam dokładnie jedną sekundę na zdziwienie. Gdybym musiał patrzeć na to w filmie, zrobiłoby mi się na bank niedobrze, myślę, i rzeczywiście robi mi się niedobrze, tu, na komisariacie policji autostradowej, co mnie jakoś uspokaja. Przez moment widzę jeszcze, jak zbliża się do mnie moje odbicie lustrzane na linoleum, a potem bum, i nie ma mnie.
Lekarz jest o wiele mniej zabawny.
- To tylko kawałek mięsa - mówi. - Mięsień - mówi. - Nic takiego, odrośnie. Zostanie może małe wklęśnięcie czy blizna - mówi. - Będzie sexy wyglądało. - I mówi tak codziennie. Codziennie sprawdza opatrunek i opowiada dokładnie to samo, że zostanie blizna, że to nic takiego i że będzie później wyglądało, jakbym był na wojnie. - Jakbyś był na wojnie, młody człowieku. Kobietom się to podoba - mówi i to ma brzmieć jakoś głęboko filozoficznie, ale nie rozumiem tej głębi, a potem puszcza do mnie oko, a ja najczęściej też puszczam do niego oko, choć nic nie rozumiem. W końcu facet mi pomógł, to ja pomogę jemu.
Z czasem nasze rozmowy będą lepsze, przede wszystkim poważniejsze. A właściwie będzie to tylko jedna rozmowa. Kiedy już potrafię kuśtykać, zabiera mnie do swojego gabinetu, w którym wyjątkowo stoi biurko, a nie jakiś sprzęt medyczny, i zasiadamy naprzeciwko siebie niczym szefowie firm, którzy dobijają kolejnego interesu. Na biurku stoi ludzki tors z plastiku, z którego można wyjmować organy. Jelito grube wygląda jak mózg, a z żołądka odłazi farba.
- Muszę z tobą porozmawiać - mówi lekarz i to jest oczywiście najgłupsze zagajenie rozmowy, jakie znam. No więc czekam, żeby zaczął, ale niestety zasadą tego zagajenia jest, że się mówi "muszę z tobą porozmawiać" i najpierw się nic nie mówi. No więc lekarz wpatruje się we mnie, potem opuszcza wzrok i otwiera zielony tekturowy segregator. Ale nie podnosi po prostu okładki, tylko otwiera go takim gestem, jakby - tak to sobie wyobrażam - rozcinał brzuch pacjentowi. Z namysłem, ze skupieniem, z powagą. Ten człowiek jest chirurgiem. Gratulacje.
To, co następuje potem, jest już mniej ciekawe. W gruncie rzeczy chce tylko wiedzieć, skąd się wzięła moja rana głowy, z przodu po prawej stronie. I pozostałe rany - z autostrady, jak już mówiłem, okej, tyle sam wiedział - ale rana głowy to dlatego, że na komisariacie policji spadłem z krzesła.
Lekarz styka czubki palców jednej i drugiej dłoni. Tak, tak ma napisane w raporcie: spadł z krzesła. Na komisariacie.
Kiwa głową. Tak.
Też kiwam głową.
- Jesteśmy tu sami - mówi po chwili.
- Jasne - odpowiadam jak ostatni przygłup i najpierw puszczam oko do lekarza, a potem dla pewności jeszcze do plastikowego torsu.
- Możesz mi mówić o wszystkim. Jestem twoim lekarzem. A w tym wypadku oznacza to, że obowiązuje mnie tajemnica lekarska.
- Dobrze - mówię. Coś w tym guście zasugerował mi już parę dni temu, teraz to do mnie dotarło. Ten człowiek jest zobowiązany do zachowania milczenia i oczekuje ode mnie, żebym mu coś opowiedział, po to żeby on mógł na ten temat milczeć. Ale co? Jak sensacyjnie jest zsikać się w gacie?
- Tu nie chodzi tylko o procedurę. Tu chodzi o naruszenie obowiązku nadzoru. Nie wolno im było zdawać się na twoje informacje, rozumiesz? Powinni byli sprawdzić i natychmiast wezwać lekarza. Wiesz, jak krytyczny był twój stan? I mówisz, że spadłeś z krzesła?
- Tak.
- Przepraszam, ale my lekarze jesteśmy podejrzliwymi ludźmi. No przecież żądali od ciebie strasznie dużo. A ja jako twój lekarz prowadzący...
Tak, tak, dobry Boże. Tajemnica lekarska. Już wiemy. Ale co on chce wiedzieć? Jak się spada z krzesła? Ślizg bokiem, a potem ryms?
Najpierw długo potrząsa głową, potem robi nieznaczny gest ręką - i dopiero teraz dociera do mnie, o co mu chodzi. Jak rany, ale ja ciężko łapię. Prawdziwy obciach. Czemu nie mówi wprost?
- Nie, nie! - wołam i wymachuję rękami w powietrzu, jakbym odganiał szwadrony much. - Wszystko w porządku! Siedziałem na krześle i podwinąłem nogawkę, i zobaczyłem to, i zakręciło mi się w głowie, i ryms. Nie ma mowy o udziale osób trzecich. - Dobry zwrot. Znam z kryminałów.
- Na pewno?
- Na pewno. Tak. Policjanci strasznie mili. Dostałem nawet wodę i chusteczkę. Tylko zakręciło mi się w głowie i rymsnąłem na bok. - Odsuwam się od biurka i niczym zawodowy aktor dwa razy na wpół opadam na prawą stronę.
- Dobrze - mówi lekarz. Smaruje coś w notatkach. - Chciałem tylko wiedzieć. Mimo wszystko to nieodpowiedzialne. Utrata krwi... trzeba było naprawdę... nie wygląda też na to. - Zamyka zielony segregator i długo mi się przygląda. - Nie wiem też, i właściwie może nie powinno mnie to obchodzić, ale pytam z ciekawości. Nie musisz odpowiadać, jeśli nie chcesz. Ale co wy właściwie robiliście? Dokąd się wybieraliście?
- Bo ja wiem.
- Jak już mówiłem, nie musisz odpowiadać. Po prostu mnie to ciekawi.
- Powiedziałbym panu. Ale jak panu powiem, to pan i tak nie uwierzy, tak mi się wydaje.
- Uwierzę, uwierzę. - Uśmiecha się przyjaźnie. Po kumpelsku.
- To głupie.
- Co znaczy głupie?
- To jest... no dobra. Chcieliśmy do Siedmiogrodu. Widzi pan, pan uważa, że to głupie.
- Nie uważam, że głupie, tylko nie zrozumiałem. Dokąd?
- Do Siedmiogrodu.
- Gdzie to w ogóle jest? - Przygląda mi się z zainteresowaniem, a ja czuję, że się czerwienię. Nie zagłębiamy się w temat.
Na koniec podajemy sobie ręce, jak dorośli ludzie, a ja się cieszę, że nie musiałem wystawiać na próbę jego tajemnicy lekarskiej.