Czeska lekcja - Marek Migalski

Kup ebooka

33.50 zł
26.80 zł (19,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PIERSI NA SPARCIE

To wydarzyło się podczas mojej pierwszej podróży do Czech. Stop! Nie, nie powinienem zaczynać tej książki od kłamstwa, w dodatku podwójnego. Po pierwsze bowiem, nie była to wizyta w Czechach, lecz w Czechosłowacji - rzecz miała wszak miejsce latem 1990 roku. Po drugie, i ważniejsze, nie był to mój pierwszy pobyt w tym kraju. Wcześniej odwiedziłem go już po trzykroć.

Pierwszy raz pojechaliśmy z kolegami pociągiem z Raciborza do Chałupek. Wysiedliśmy na stacji i z buta przeszliśmy do Bohumína po drugiej stronie granicy. Nie mieliśmy paszportów, ale jako mieszkańcy strefy przygranicznej mogliśmy od niedawna jeździć do południowych sąsiadów na dowód osobisty. Skorzystaliśmy z tego ochoczo. Zaraz po przekroczeniu granicy weszliśmy do pierwszej napotkanej hospody i tam nawaliliśmy się do nieprzytomności czeskim piwem (to chyba był Ostravar, ale nikt z uczestników tamtej wyprawy nie ma dziś jasności w tej materii). Po kilku godzinach odnaleźliśmy (z trudem) drogę powrotną na stację kolejową do Chałupek i wróciliśmy do domów.

Spodobało nam się to podróżowanie. Więc kilka tygodni później dotarliśmy do Ostrawy (jakieś dziesięć kilometrów od granicy), a po kilku miesiącach zapuściliśmy się nawet do Opawy, czyli dwadzieścia kilometrów od słupków wyznaczających ojczyzny łono. Za każdym razem przebieg zwiedzania nowo odkrywanego świata wyglądał podobnie: dotarcie do restauracji, zamówienie zestawu obowiązkowego (smažený sýr, hranolky, tatarská omáčka, czyli ser w panierce, frytki i sos tatarski) oraz uchlanie się pysznym i tanim czeskim piwem.

Ale przyszedł czas, że - zachęceni naszymi dotychczasowymi dokonaniami podróżniczymi - postanowiliśmy, iż odwiedzimy stolicę tego pięknego i gościnnego kraju. Było lato 1990 roku, za oknem płynął kapitalizm, a my ruszyliśmy na podbój Pragi. I tu wracamy do początku opowieści.

Z powodu ograniczonych funduszy postanowiliśmy nocować na stadionie Sparty, gdzie na czas wakacji można było rozbijać namioty. Gdzieś obok była stacja metra (metra, słyszycie?!! Oni mieli już wtedy metro! Do dziś pamiętam frazę płynącą z głośników zainstalowanych w wagonach: Ukončete výstup a nástup, dveře se zavírají, příští stanice Florenc). Wszędzie można się było dostać bez problemu i w miarę szybko. Byłem wtedy krótko po obronie pracy dyplomowej o twórczości Bohumila Hrabala (w studium nauczycielskim w Raciborzu), więc robiłem za przewodnika. Prowadzałem kolegów, będących wciąż jeszcze nieco na rauszu, po uliczkach Malej Strany, po Hradčanach, do piwiarni U Zlatého Tygra.

Ale najważniejsze wydarzenie tego tygodniowego pobytu miało nastąpić na basenie stadionu Sparty, jakieś dwieście metrów od naszych namiotów. Pewnego ranka poszliśmy popływać i gdy siedzieliśmy na kamiennych schodach, które w czasie zawodów pełniły chyba funkcję trybun, podeszły do nas dwie Czeszki. Bardzo ładne Czeszki. I zapytały, czy mogą się położyć na stopniach poniżej nas.

Oczywiście szybko zrobiliśmy im miejsce. Ja zacząłem zagadywać moją kaleką czeszczyzną, koledzy prężyli muskuły i pokazywali zęby w szczerych uśmiechach. Słowem - początek podrywania, z którego coś mogło wyjść. I właśnie w momencie, gdy każdy z nas robił, co tylko mógł, by wypaść jak najkorzystniej na tle kolegów, Czeszki zdjęły biustonosze.

Naszym oczom ukazały się ich przepiękne, kształtne i obfite piersi. Zamarliśmy. Ja przestałem trajkotać, koledzy już się nie uśmiechali. Patrzyliśmy w milczeniu, przełykaliśmy ślinę i podziwialiśmy. Dziewczyny dostrzegły to i grzecznie zapytały, czy wszystko okej i czy nie mamy nic przeciwko. Kumple milczeli. Ja wydobyłem z siebie jedynie, że tak, że samozřejmě, všechno v pohode, czyli że oczywiście wszystko w porządku.

Uśmiechnęły się i wróciły do opalania u naszych stóp. Oczywiście na wznak. Patrzyliśmy w dal - oczarowani, oszołomieni, zmieszani, milczący. Wtedy postanowiłem, że muszę poznać ten egzotyczny kraj pełen dziwnych ludzi. Z tego ślubowania wzięło się kilka moich książek o czeskiej polityce i z niego także bierze się chęć napisania tej, którą mają państwo w rękach.

Zanim pożyczę państwu miłej lektury, chciałbym jeszcze dodać kilka słów o strukturze tego tekstu i jego celach. To nie jest książka naukowa, lecz raczej swobodny esej, niestroniący od osobistych wtrętów i uwag (co już pewnie państwo zauważyliście). Nie jest to także kompendium wiedzy o Czechach czy czeskiej historii. Ktoś szukający tutaj źródła informacji o kraju naszych południowych sąsiadów srodze się zawiedzie, bo dostanie jedynie pewien wycinek tejże. Moje zadanie jest bowiem skromne: zaprezentowanie polskiemu czytelnikowi tych fragmentów z dziejów Pepików oraz charakterystycznych dla nich sposobów reagowania na wydarzenia polityczne, które pomogą zrozumieć, dlaczego przy ograniczonych środkach i możliwościach Czesi potrafili bardzo często ugrać nieporównanie więcej niż my. Moim celem jest naświetlenie ich realizmu politycznego i skonfrontowanie go z polskim modus operandi. Chciałbym pokazać rodakom, że "inna polityka jest możliwa", a nawet że jest bardziej opłacalna; że na ataki historii spuszczanej z łańcucha można reagować inaczej; że można reagować lepiej.

Czechom naświetlone tu epizody z ich historii mogą się wydawać banalne i oczywiste. Gdyby kiedyś sięgnęli po tę książkę, pewnie westchnęliby: "No i co w tym interesującego?". Ale dla polskiego czytelnika konfrontacja metod prowadzenia polityki przez czeskich liderów może okazać się nie tylko szokująca, ale nawet - bogowie starzy i nowi, dopomóżcie! - pożyteczna. Dla tego efektu zadaję sobie trud napisania tego eseju, w nadziei, że kolejne pokolenia moich rodaków nie będą popełniać wciąż tych samych błędów, tkwiąc w toposach wtłoczonych do ich głów przez przodków, literaturę, panią od polskiego i pana od historii. Że mając wiedzę o tym, jak radzą sobie z polityką nasi bliscy sąsiedzi, zadadzą sobie pytanie: a może tym razem moglibyśmy postąpić po czesku?

Wiem, to naiwne, ale bez tej wiary pisanie poniższych zdań nie miałoby sensu. Zapraszam zatem do lektury. I życzę pożytków z niej płynących.

O TYM, ŻE CZESI NIE ISTNIELI. POLACY ZRESZTĄ TEŻ NIE

Rozważania o Czechach i Polakach rozpoczniemy od XIX wieku. Dlaczego dopiero od tego okresu? Bo wcześniej ich nie było. Myślę, że wielu oburzy się na takie stwierdzenie, pytając: co z Mieszkiem I, Dobrawą, Rzeszą Wielkomorawską, chrztem Polski i innymi wydarzeniami oraz osobami, które bez żadnych wątpliwości wskazują, iż już przed tysiącem lat nasze dumne narody istniały i zadziwiały okoliczne ludy swoją kulturą? Problem w tym, że o ile z całą pewnością istniały wówczas państwa polskie i czeskie, o tyle jest oczywiste, że nie zamieszkiwali ich Polacy ani Czesi. Poddani Mieszka I czy Bolesława Chrobrego należeli do różnych plemion, mówili odmiennymi językami, wyznawali różnych bogów i na pewno nie byli jednym narodem. Trudno nawet orzec, czy mieli świadomość podległości polskiemu księciu czy królowi. Raczej unikali kontaktów z jego wysłannikami, głównym bowiem źródłem dochodów państwa pierwszych Piastów był handel niewolnikami. Wielu nieszczęśników sprzedawano do państw arabskich, które wówczas były najbardziej cywilizowanymi obszarami naszego świata. Na południu Europy opanowanym przez muzułmanów oraz w rejonie dzisiejszego Iraku czy Syrii funkcjonowały miasta, których liczba mieszkańców czasami się zbliżała do miliona, a czasami go przekraczała; działały w nich uniwersytety, biblioteki, publiczne łaźnie. Na ich tle chrześcijańska część naszego kontynentu była zapchloną i brudną dziurą, zaludnioną przez niepiśmiennych w swej masie i zaniedbanych dzikusów. Arabowie potrzebowali niewolników i bez problemu znajdowali się ci, którzy z radością ich dostarczali. Najczęściej polując na... poddanych.

Dokładnie tak robili pierwszy polski książę i pierwszy polski król. Łapali swoich poddanych, po czym dostarczali ich jako niewolnych na arabskie rynki do Bagdadu, Kordoby czy Samarkandy, pobierając za to sute wynagrodzenie. Gdyby wówczas istniało pojęcie narodu, na pewno by tego nie robili. Wszak niepojęte jest, by członków własnej nacji oddawać w niewolę do innych państw. A Mieszko i Chrobry nie mieli z tym żadnych problemów. Właśnie dlatego, że nie czuli związku ze swoimi poddanymi. A nie czuli go, bo pojęcie narodu pojawiło się dopiero kilkaset lat później.

Wbrew powszechnej opinii to państwa tworzą narody, a nie narody państwa (choć pewnie w szkołach większość z nas uczono inaczej). Dosłownie na palcach jednej ręki można wymienić te nacje, które ukształtowały się bez swojego państwa (na przykład Żydzi, Słowacy, Kurdowie), ale cała reszta powstała w wyniku ciężkiej narodowotwórczej pracy państw, które były zainteresowane wytworzeniem pewnej więzi swych poddanych (lub później obywateli) ze sobą. Miało to zapewniać większą lojalność ludności wobec swojego państwa i zachęcać ją do pracy na jego rzecz, a nawet - ostatecznie - do oddania za nie życia. Proces ten udał się znakomicie i dziś uczucia patriotyczne są jednymi z podstawowych wśród Ziemian. Prawie każdy mieszkaniec naszej planety zapytany o to, za co warto umrzeć lub dla czego warto żyć, w pierwszej kolejności wymieni patrię, czyli ojczyznę. Trzeba jednak pamiętać, że nie zawsze tak było, bo wynalazek narodu ma niewiele więcej niż dwa wieki tradycji. I na pewno nie istniał w czasach, gdy powstawały pierwsze państwa polskie i czeskie.

Nie wiem, czy zdołałem wszystkich przekonać do tej tezy. Na jej upowszechnienie wśród polskich odbiorców poświęciłem moje dwie książki (Naród urojony oraz Budowanie narodu), ale na potrzeby niniejszego eseju pozwolę sobie na skrótowe jej ponowne udowodnienie.

Zacznijmy od tego, że słowo "międzynarodowy" ma niewiele więcej niż dwieście lat i po raz pierwszy użył go Jeremy Bentham. Nie stosowano go wcześniej, bo nie było takiej potrzeby - nie istniały narody, więc nie miało sensu wynajdowanie słowa "międzynarodowy". Przed "odkryciem" Ameryki nie było tam żadnych Chilijczyków, Kanadyjczyków, Meksykanów, Brazylijczyków czy Argentyńczyków. Obie Ameryki zamieszkiwali Indianie, dziś określani jako "pierwsze narody", co jest absurdem językowym. Podobnie było w Afryce: nie było tam żadnej nacji, były tylko plemiona. W Australii mieszkali tylko Aborygeni.

Do tej pory chyba pełna zgoda, prawda? Sprawa nieco się komplikuje, gdy rzecz dotyczy Europy czy Azji. Zwłaszcza ten pierwszy kontynent interesuje nas z punktu widzenia tematu książki. Wszak już od tysiąca lat mówimy o Francuzach, Niemcach, Włochach czy Polakach i Czechach właśnie. I to jest bardzo poważny błąd. Mógłbym każdą z tych nacji analizować odrębnie, ale skupimy się w dalszej części na nas i na naszych południowych sąsiadach.

W tym miejscu warto jedynie powiedzieć, że w czasach rewolucji francuskiej oraz późniejszego panowania Napoleona jedynie kilka procent tamtejszych żołnierzy mówiło po francusku, reszta posługiwała się dialektami. We współczesnych Włoszech tylko około połowy mieszkańców mówi standardowym językiem włoskim, opartym na dialekcie toskańskim, a druga połowa nadal posługuje się lokalnymi i regionalnymi dialektami. Niemcy zjednoczone są dopiero od półtora wieku - wcześniej były związkiem dziesiątek odrębnych księstw i państewek, bez poczucia narodowej więzi.

Przed XIX wiekiem narody nie istniały. Owszem, pojawiała się tożsamość wśród pewnych wąskich grup, zwanych przez etnosymbolistów etniami, ale narodów w dzisiejszym znaczeniu tego słowa nie było. Inaczej w Polsce nie byłoby wolnej elekcji! Pomyślmy chwilę - czy dziś byłoby możliwe, żeby w wyborach prezydenckich startowali obcokrajowcy: Rosjanie, Włosi czy Czesi? A przecież dokładnie tak od śmierci ostatniego Jagiellona (czyli Litwina, jeśliby stosować kryterium narodowe) panowie szlachta osadzali na polskim tronie Francuzów, Sasów, Węgrów, Szwedów (tak, tak, nasz kochany Jan Kazimierz, broniący w czasie potopu szwedzkiego Częstochowy, był kuzynem króla Karola Gustawa, który najeżdżał Rzeczpospolitą) oraz... Czechów. Gdyby wówczas obowiązywał paradygmat narodowy, nigdy by do czegoś takiego nie doszło.

Musimy zrozumieć, że świat do początków XIX wieku nie był narodowy. Władcami państw byli monarchowie mający mało wspólnego z zamieszkującą państwo populacją. Rosją rządziła Niemka ze Szczecina, Habsburgowie władali połową Europy - od Hiszpanii po Bałkany - a u Anglików panowała dynastia hanowerska. Żeby było zabawnie, do dziś królami Wielkiej Brytanii są... Niemcy, konkretnie dynastia sasko-koburska (rządząca niegdyś księstwem Saksonii-Coburga-Gothy). Tak, to ci kochani na całym świecie Windsorowie, którzy zmienili swoje nazwisko na to pięknie i brytyjsko brzmiące dopiero w 1917 roku, w czasie wojny z Niemcami, bo jakoś niezręcznie było, że na czele sojuszu walczącego z Berlinem stoi państwo, którego król jest Niemcem.