DWA
Lucille Pryce zdjęła jeden ze swoich jaskraworóżowych antypoślizgowych chodaków, potem sięgnęła po drugiego i rzuciła nim o ścianę.
- Dlaczego światła są wyłączone, Marcus! - krzyknęła, zatrzaskując za sobą frontowe drzwi. Spróbowała ponownie włączyć światło. I jeszcze raz. Potem uderzyła otwartą dłonią w ścianę. - Marcus!
Kolekcja łyżek jej matki grzechotała w drewnianej skrzynce na ścianie.
Kiedy wchodziła do salonu, linoleum lepiło się do jej bosych stóp. Linoleum zawsze się lepiło, niezależnie od tego, ile razy Lucille wstawała przed szkołą, żeby je przetrzeć mopem. Nie chciała patrzeć na matkę, która po wejściu do mieszkania, upuszczeniu torebki i powolnym mrugnięciu wciąż nie do-wierzałaby, że to jej życie. Było wiele powodów, dla których Lucille myła podłogi, szorowała prysznic, pracowała na dwie zmiany w restauracji i targowała się o skradzione steki z supermarketu, które pan Jessup sprzedawał z bagażnika swojego El Camino, żeby jej mama nie musiała jeść czegoś z puszki w swoje cholerne urodziny. Ale to był główny powód. To mrugnięcie, jakby całe okropne życie jej mamy utkwiło jej w oku w tej jednej chwili.
Nie robiło to żadnego wrażenia na jej starszym bracie. Zero efektu.
- Wypisałam czek w zeszły weekend - powiedziała do postaci zgarbionej na sofie. - Włożyłam go do koperty. Brakowało tylko znaczka. Znaczka! Dałam ci pieniądze, żebyś poszedł do Meijera i go kupił!
Marcus zakaszlał.
- Meijer to sklep spożywczy, idiotko.
- Sprzedają tam znaczki - powiedziała Lucille - przy kasie. I co, nie zapłaciłeś i po prostu zostawiłeś rachunek za prąd? Gdzie on jest?
Wzruszył ramionami. Nawet w ciemności dostrzegła, jak to zrobił.
- Do cholery - powiedziała i podniosła słuchawkę telefonu stacjonarnego z widełek na ścianie, po czym ją upuściła, bo bez prądu telefon był, oczywiście, martwy.
Z warknięciem wyjęła smartfona z torebki. Był to używany iPhone cztery z pękniętym ekranem i poważną niezdolnością do pracy. Nie mogła znaleźć adresu firmy energetycznej, więc wysłała SMS-a do Winony i czekała. Nie napisałaby do mamy. Jej mama nie musi się tym martwić.
Marcus nadal pochylał się nad swoją komórką, jakby po przejściu do kolejnego levelu w Candy Crush mieli z niej wyskoczyć anielscy posłańcy z przesłaniem od samego Boga. Nie poprosiła go o pomoc. Wiedziała, że to nie było tego warte. Zamiast tego zapytała od niechcenia:
- Ile ci zostało baterii?
Konieczność naładowania telefonu powinna pobudzić go do działania.
- Dwanaście procent. Ale mam powerbank. Nie martw się o mnie. - Powiedział to bez cienia ironii.
Lucille wzięła głęboki oddech i przeciągnęła dłońmi po splątanych włosach. Była ósma trzydzieści. Tego wieczoru to ona otwierała restaurację, ale jej mama miała być tam do dziesiątej. Potem zamknie drzwi i skoro pozwoliła Lucille zabrać samochód, pójdzie pieszo czternaście przecznic do domu. Był jeszcze czas, żeby to naprawić.
Jeśli tylko zakład energetyczny odbiera telefony po godzinach pracy. Gdyby udało im się ponownie włączyć zasilanie przed jutrem.
Różowo-zielone światło jego telefonu zmieniło twarz Marcusa w oblicze obłąkanego Troskliwego Misia. Nogę w niebieskiej opasce gipsowej jak zawsze miał opartą na otomanie, którą kupił sobie na Craigsliście sześć miesięcy temu. Tą stopą usprawiedliwiał wszystko. Brak pracy. Niechodzenie do szkoły. Niejedzenie niczego poza oreo i wymykanie się tylko w nocy, żeby kupić piwo korzenne w 7-Eleven o północy, jakby był jakimś uzależnionym od napojów gazowanych wilkołakiem, który zostawał uzdrowiony dopiero wraz z wybiciem dwunastej. Wcześniej to było oparzenie na lewej ręce, spowodowane używaniem fajki wodnej. Marcus miał dwadzieścia lat, ale jeśli chodzi o priorytety, zachowywał się jak czterolatek, który nie widzi nic poza basenem z kulkami w McDonaldzie.
Kiedy Lucille na niego spojrzała, poczuła, jak coś w jej klatce piersiowej gwałtownie zaskwierczało. Była pewna, że pewnego dnia jej matka to usłyszy i dowie się, jaką Lucille jest suką.
"On po prostu musi dorosnąć, Lucy" - mówiła jej mama, przeczesując dłonią gęste blond włosy córki, podczas gdy ta miała pretensje o konsolę PlayStation 4 Deluxe Bullshit Edition, którą Marcus właśnie kupił, a mama musiała pracować do późna, żeby zapłacić za jej strój gimnastyczny.
"Tak?" - zapytała. "Więc dlaczego ja musiałam dorosnąć najpierw?"
Lucille włożyła swoje robocze chodaki, wyszła przez frontowe drzwi i usiadła na schodku przed domem, żeby poczekać na odpowiedź Winony. Już dawno zapadł zmrok, ale tutaj zawsze tak było, sto kilometrów na północ donikąd. Słońce należało do ludzi żyjących w mniej zapomnianych przez Boga miejscach.
Na ganku sąsiadów paliły się światła. Kiedy Lucille ponownie wyciągnęła telefon, Kuzynka Tammy z sąsiedztwa wychyliła głowę przez wiecznie otwarte okno.
- Wszystko w porządku?
- Wszystko w porządku! - zawołała Lucille i podniosła rękę. - Tylko czekam na telefon.
- Dbaj o siebie, kochanie. Pozdrów ode mnie Bonnie.
Fakt, że Kuzynka Tammy z sąsiedztwa nie przesyłała pozdrowień dla Marcusa, wywołał uśmiech na twarzy Lucille.
- Pozdrów Boomera i Sticksa - powiedziała, chociaż tricolorki Tammy były małymi podłymi palantami.
Tammy skinęła głową i zatrzasnęła okno. Telefon Lucille zabrzęczał.
Oto numer do Kingsville Electric, napisała Winona i załączyła go. Czy Marcus schrzanił sprawę?
A czy papież jest katolikiem?
Kiedy Winona nie odpowiedziała od razu, Lucille napisała: U Ciebie w porządku?
Właśnie wtedy padł jej telefon. Przeklęła raz, za chwilę drugi. Okno Kuzynki Tammy z sąsiedztwa lekko się uchyliło i Lucille zamilkła. Ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowali ich sąsiedzi, było usłyszeć więcej o ich problemach finansowych, nawet jeśli byli rodziną. Całe Kingsville wiedziało, że rodzina Lucille to śmieci, tak samo jak wiedzieli, że za zabicie kogoś idzie się do piekła.
Lucille wierzyła w piekło. Wierzyła też w swoją mamę. Wierzyła, że musi wydostać się z Kingsville, zanim to miejsce wyssie z niej ostatnie kropelki sików i octu.
Nie mając nic innego do roboty, przeszła się na koniec podjazdu i otworzyła skrzynkę pocztową. Kupony na Targi Żywności, do Meijera, oferty kart kredytowych na nazwisko brata, które natychmiast podarła na kawałki i zostawiła na trawniku. Ulotka z nowiutkiego Targetu, który był otwarty całą noc. Przypomniało jej to, że miała zamiar udać się tam z Winoną i kupić cukierkowe naszyjniki z alejki z towarami na wagę. Więcej rachunków, za wodę, kartę Visa mamy i kablówkę. Lucille przeprowadziła obliczenia w głowie.
Oszczędzała na jej i Winony Przygodę w Chicago (czasem w sekrecie myślała o tym jak o przejażdżce do Disneylandu, tylko bardziej Dorosłej i Alkoholowej) od miesięcy, ale nie udawało jej się zbliżyć do pożądanej sumy. Nie miała wystarczającej ilości pieniędzy na ich podróż i na rachunki, szczególnie teraz, kiedy będą musieli zapłacić dodatkowo za przywrócenie elektryczności. Gdyby tylko Lucille nadal miała skrytkę, którą ukrywała, odkąd skończyła czternaście lat...
Powstrzymała się stanowczo. Nie miała. Marcus jej ją odebrał. Zabrał jej pieniądze, a tamtej nocy na komisariacie policji świat dał jej Winonę w zamian.
Zdecydowanie była to spłata z odsetkami.
Kiedy tak stała, grzebiąc stopami w brudzie i wpatrując się w dal (z doświadczenia Lucille tam, gdzie zwykle trzymano prawidłowe odpowiedzi na matmę), jej wzrok skupił się na fordzie crown vic po drugiej stronie ulicy. Trochę poobijany, trochę zardzewiały, szczególnie w okolicach wgniecenia na klamce drzwi kierowcy.
Lucille nie znała tego wgniecenia ani tego samochodu, a to nie byłoby dziwne poza Kingsville. Ale Lucille była w połowie Pryce, w połowie Folgarelli i co najmniej w osiemdziesięciu procentach spokrewniona z każdą duszą w okolicy. I nikt z nich nie prowadził samochodu, który wyglądał, jakby wyjechał prosto z aukcji charytatywnej dla gliniarzy.
Przechyliła głowę - starała się tego nie robić, wiedziała, że przez to wygląda jak golden retriever - i zmrużyła oczy, a on tam był, mężczyzna przyczajony na siedzeniu kierowcy i piszący SMS-y, jakby był aktorem w mało popularnym serialu. Policjant w cywilu. Kto kiedykolwiek pisał SMS-y z łokciami opartymi na kierownicy? Ktoś, kto chciał, żebyś zobaczył jego telefon, ot kto. Ktoś, kto chciał, żebyś myślał, że robi coś innego niż obserwowanie twojego domu.
Lucille przeklinała przez dobrą minutę, po czym wpadła jak burza do domu.
- Marcus - krzyknęła. - Marcus!
Ku jej zaskoczeniu przykuśtykał z salonu. Jego twarz była ziemista od diety opartej na białym cukrze i widocznej alergii na światło słoneczne.
- Na zewnątrz jest policjant - powiedziała. - Ma lornetkę na szyi, jakby był leśniczym, a ty Misiem Smokey.
Marcus wzruszył ramionami i odwrócił się, żeby wrócić na kanapę.
- Och, więc to nie jest dla ciebie nowość? Oczywiście, że nie - powiedziała Lucille i pobiegła za nim. W kuchni przyparła go do blatu.
- Znowu handlujesz?
Patrzył na nią, jakby była hologramem na Super Bowl albo duchem.
- Czy jestem żywa? Czy wyśniłam sobie tę rozmowę? Czy. Ty. Znowu. Dilujesz? - Spojrzała ostentacyjnie na jego stopę. - Znowu handlujesz z naszego domu?
Marcus spędził ostatni rok, rozprowadzając Molly* dla jednego z najlepszych baronów narkotykowych na Górnym Półwyspie, który był megalomanem i nazywał siebie Candy Man. (Lucille była prawie pewna, że musiał mieć na imię Shawn). Ale pod koniec ubiegłego roku Marcus zaczął pracę jako zmywacz naczyń u Denny'ego i założyła - naiwnie - że przestał handlować.
Następnie "złamał nogę", upuszczając na nią pudełko ścierek.
- Nie mogę się teraz poruszać - powiedział w końcu Mar-cus. - Czemu więc nie mógłbym pracować z domu?
- Praca z... - Lucille zacisnęła dłonie i wepchnęła je do kieszeni. - Więc po prostu zarabiasz pieniądze i ukrywasz je...
Skrzywił się.
- Co ty możesz wiedzieć? Nigdy nie zrobiłem niczego, co naraziłoby na niebezpieczeństwo ciebie i mamę!
- Boże, Marcus, oni wiedzą, że handlujesz, są tam teraz. Musisz przestać. Wiesz, że musisz przestać.
W kuchni było ciemno i gorąco bez działających wentylatorów. Pod koniec maja Michigan zaczynało grzać jak piec, a w pomieszczeniach zawsze było gorzej. Na skroniach Marcusa pojawiły się drobne strużki potu. Wyglądał jak ryba. Spocona ryba.
- Jeśli tak bardzo mnie nienawidzisz - powiedział - to dlaczego mnie po prostu nie wydasz?
- Ponieważ - odpowiedziała mu Lucille - mama nigdy nie pozwoliłaby twojemu drogocennemu tyłkowi siedzieć miesiącami w celi w oczekiwaniu na rozprawę. Opróżniłaby więc swoje konta bankowe, czyli miałaby jakieś dwieście dolarów. Kuzyni Pryce i kuzyni Folgarelli także otworzyliby swoje portfele, bo nikt nie chce, żeby któreś z nas gniło w kiciu, a całe miasto się z tego śmiało, więc wszyscy zaglądają pod materace. Uzbierałoby się może kolejne pięćset dolarów. Może. Co pozostawia, nie wiem, jeszcze dwa tysiące dolarów, więc poręczenia majątkowe i kolejna hipoteka na dom...
Marcus mrugnął.
- Nie myślisz o tym wszystkim, prawda? - zapytała. - A jakże. Nigdy nie musiałeś. A co z tą częścią, w której muszę przepracować kolejne dwadzieścia lat, żeby to spłacić, podczas gdy ty kończysz studia prawnicze i robisz sześciopak w więzieniu? Nie. Przestań handlować. Przestań natychmiast.
Mimo że skończyła mówić, Marcus napierał na nią, a jego gips uderzał głucho o podłogę.
- Co powiesz na to: może zejdziesz mi z oczu? Moja mała pieprzona siostra wydaje mi rozkazy. Święta Lucille. A jeśli to ja wydam ci rozkaz? Zrób coś, żeby schrzanić moją ustawkę, a powiem gliniarzom, że byłaś w tym razem ze mną.
Wpatrywała się w niego z wściekłością, próbując wymyślić jakąś kontrgroźbę, kiedy przechylił głowę lekko na bok.
W ten sam sposób, w jaki to robiła, gdy próbowała rozwiązać problem.
Był jej bratem. Krew z krwi. Byli zbudowani z tych samych podstawowych komponentów - byli po prostu maszynami z przestawionymi częściami.
Lucille odepchnęła go, wstrzymując oddech.
- Przegrałaś, Lucy - powiedział, ale ona już biegła w stronę drzwi, chora i roztrzęsiona.
Na schodach prawie potknęła się o swoje robocze chodaki i podłączony telefon. Zebrała wszystko drżącymi rękami.
- Tammy! - wrzasnęła.
Kuzynka wychyliła głowę przez okno; prawdopodobnie słyszała całą tę cholerną aferę.
- Będziesz miała coś przeciwko, jeśli przyjdę i przywitam się z twoimi kotkami osobiście? I może uda mi się też trochę naładować telefon.