Czerwony wilk - Jen Williams

-
Proszę czekać

1

Wcze­śniej

Świa­tło z kory­ta­rza padło na twarz chłopca, który po raz pierw­szy się od niego nie odwró­cił: jego ramiona i nogi były zbyt cięż­kie, obroża na gar­dle zbyt masywna, zbyt mocno zaci­śnięta. Zresztą odwra­ca­nie głowy ni­gdy go przed niczym nie uchro­niło.

Postać, która sta­nęła w drzwiach, na chwilę się zatrzy­mała - jakby zauwa­ża­jąc zmianę - po czym uklę­kła, by gwał­tow­nymi szarp­nię­ciami uwol­nić go z uści­sku skó­rza­nego paska. Gdy obroża opa­dła, postać wycią­gnęła rękę i chwy­ciła garść jego czar­nych wło­sów tuż przy skó­rze.

Nawet wiele lat póź­niej nie umiałby powie­dzieć, czym ten kon­kretny moment róż­nił się od innych. Był zagło­dzony i wyczer­pany, czuł cię­żar wła­snych kości i zmal­tre­to­wa­nego, posi­nia­czo­nego ciała, i od dawna był prze­ko­nany, że każ­dym cen­ty­me­trem sie­bie pogo­dził się już z tym, jak wygląda jego życie, ale wtedy, kiedy jej palce wkrę­ciły mu się we włosy, a paznok­cie bole­śnie podra­pały czaszkę, coś się w nim obu­dziło.

- Ty małe bydlę - powie­działa nie­obec­nym tonem. Zasło­niła sobą nie­mal całe przej­ście, odci­na­jąc więk­szość świa­tła. - Ty małe, brudne bydlę. Cuch­niesz, wiesz o tym? Małe cuch­nące gówno.

Być może w ostat­niej chwili zorien­to­wała się, co obu­dziła. Przez uła­mek sekundy błysk jakiejś emo­cji oży­wił jej bladą, nalaną twarz; może dostrze­gła w jego oczach coś, czego wcze­śniej nie zauwa­żyła. Wyraź­nie widział spa­ni­ko­wane spoj­rze­nie, jakie posłała w stronę obroży.

Ale było za późno. Chło­piec sko­czył na równe nogi z sze­roko otwar­tymi ustami i pal­cami zakrzy­wio­nymi w szpony. Odsko­czyła z krzy­kiem. Tuż za nią zaczy­nały się schody pro­wa­dzące na pół­pię­tro - pamię­tał to mgli­ście jesz­cze z cza­sów sprzed schowka - i teraz spa­dali z nich oboje: wyjące dziecko i wrzesz­cząca kobieta. Upa­dek trwał mgnie­nie oka, ale przez całe lata będzie pamię­tał kilka ostrych prze­bły­sków z tej chwili: dotkliwy, pie­kący ból, kiedy wyrwała mu ze skroni trzy­mane w gar­ści włosy, wra­że­nie spa­da­nia w zie­jącą prze­paść i dziki szał towa­rzy­szący roz­ry­wa­niu jej skóry pazu­rami. Paznok­ciami.

Ude­rzyli o pod­łogę. Zapa­no­wała cisza. Chło­piec zdał sobie sprawę, że poza nimi w domu nikogo nie ma: żad­nych pod­nie­sio­nych gło­sów, żad­nych dłu­gich, ostrych pal­ców, żad­nych alar­mu­ją­cych prze­bły­sków czer­wieni. Kobieta, jego matka, leżała pod nim powy­krę­cana pod dziw­nymi kątami, ze skie­ro­wa­nym ku niemu i obna­żo­nym gar­dłem, jakby pró­bo­wała go udo­bru­chać. Kość wysta­jąca ze zła­ma­nego wpół przed­ra­mie­nia, ude­rza­jąco biała na tle sza­ra­wej skóry, mie­rzyła w okno. Zaplą­tał się w nią rękaw żół­tej podomki.

- Mami?

Z nosa i ust sączyły jej się cien­kie strużki krwi, a jej oczy - zie­lone, jak jego - wpa­try­wały się w jakiś punkt nad ich gło­wami. Ostroż­nie zasło­nił dło­nią jej usta i nos i naci­snął, z fascy­na­cją obser­wu­jąc, jak jej ciało gnie­cie się i śli­zga. Przy­ci­snął moc­niej, całym swoim cię­ża­rem: czuł, jak jej wargi zmie­niają się w papkę, roz­jeż­dżają się na zębach i...

Prze­stał. Musiał wyjść na zewnątrz.

Był zimny, szary pora­nek; jesień, jak przy­pusz­czał. Świa­tło raziło go w oczy, ale nie tak bar­dzo, jak się spo­dzie­wał. Tak naprawdę wprost się nim upi­jał, roz­glą­da­jąc się po ponu­rym kra­jo­bra­zie i nie­bie z coraz więk­szym spo­ko­jem. Widział las - raz się tam bawił - liście robiły się już czer­wone i brą­zowe. Widział pola, teraz ciemne od nie­daw­nego desz­czu, i stare budynki gospo­dar­cze, które ojciec dopro­wa­dził do ruiny. Gdzieś daleko za nimi wiła się utwar­dzona droga. Ciało matki, które zacią­gnął tu ze sobą po zaro­śnię­tej tra­wie, wyglą­dało już pięk­niej - poza domem była czymś innym. Chwy­ciw­szy za kostki, prze­cią­gnął ją nieco dalej, na ugór po dru­giej stro­nie polnej drogi.

- Tutaj. - Otwo­rzył usta, żeby powie­dzieć coś jesz­cze, ale nie był w sta­nie. Mokra trawa oto­czyła jego matkę i otu­liła ją. Czuł peł­za­jące w niej życie; maleń­kie muszki i żuczki - żywe zain­te­re­so­wa­nie robacz­ków. Chło­piec prze­su­nął się; klę­czał teraz tuż przy niej. Poczuł, jak wypeł­nia go gniew, tak bez­na­miętny i bez­gra­niczny, że roz­po­ście­rał się w nim jak cały kra­jo­braz; wście­kłość roz­le­wała się w nim aż po wid­no­krąg. Na jakiś czas zupeł­nie wyszedł z sie­bie, nie widząc nic poza zimną, czer­woną furią i nie sły­sząc nic poza hukiem gromu. Powró­cił dopiero, gdy uprzejme chrząk­nię­cie dobie­ga­jące zza ple­ców kazało mu się pode­rwać z zasko­cze­nia. Ręce miał po łok­cie unu­rzane we krwi, a w ustach pełno meta­licz­nego posmaku. Coś utkwiło mu mię­dzy zębami.

- A cóż to? Co my tu mamy?

Pośród traw stał męż­czy­zna, wysoki i kości­sty. Nosił kape­lusz i przy­glą­dał się chłopcu z rodza­jem łagod­nej cie­ka­wo­ści, zupeł­nie jakby natknął się na kogoś pusz­cza­ją­cego latawce albo gra­ją­cego w kap­sle. Chło­piec cał­ko­wi­cie znie­ru­cho­miał. Męż­czy­zna nie miesz­kał w domu, ale to nie ozna­cza, że chłopca omi­nie kara. Oczy­wi­ście że zosta­nie uka­rany. Spoj­rzał w dół, żeby zoba­czyć, co zro­bił wła­snej matce: kra­wę­dzie jego pola widze­nia posza­rzały.

- No, już dobrze. Nie przej­muj się tym tak. - Męż­czy­zna zro­bił krok w jego stronę i po raz pierw­szy chło­piec spo­strzegł, że ma ze sobą psa, olbrzy­miego psa pokry­tego kudłatą czarną sier­ścią, który przy­glą­dał mu się żół­to­brą­zo­wymi oczami. W chłod­nym powie­trzu poranka uno­sił się nad nim obłok pary. - Wiesz, zupeł­nie zapo­mnia­łem, że Reave'owie mieli syna, ale pro­szę, oto jesteś. Jesteś, mimo wszystko.

Chło­piec otwo­rzył usta i ponow­nie je zamknął. Reave'owie, Reave'owie to była jego rodzina, i będą na niego źli.

- Ależ z cie­bie zwie­rzątko. - Chło­piec skrzy­wił się, przy­po­mi­na­jąc sobie, jak matka nazy­wała go zwie­rzę­ciem, ohydz­twem i bydlę­ciem, ale męż­czy­zna wyda­wał się zado­wo­lony i kiedy mały pod­niósł na niego wzrok, tylko lekko potrzą­sał głową. - Chyba pój­dziesz ze mną, mój mały wilku. Mój mały bar­ghe­ście.

Pies otwo­rzył pysk, wywa­la­jąc długi, różowy język. Po chwili zaczął zli­zy­wać krew z trawy.

2

Heather zmu­siła się do uśmie­chu - zmę­czona i zzięb­nięta, kom­plet­nie nie była w nastroju na wymianę nie­zręcz­nych uprzej­mo­ści. Chwilę póź­niej zmie­niła zda­nie i, w spo­sób rów­nie wymu­szony, zmyła go z twa­rzy: uśmie­cha­nie się w jej sytu­acji mogło zostać ode­brane jako nie­sto­sowne, a nawet bez tego, jak dosko­nale zda­wała sobie sprawę, jej obec­ność tutaj była rów­nie mile widziana jak psia kupa na środku traw­nika.

- Dzię­kuję, że pan na mnie zacze­kał, panie Ram­sey. To bar­dzo miłe z pana strony.

Ram­sey patrzył na nią spode łba.

- Cóż, gdy­byś czę­ściej zaglą­dała do matki, może doro­bi­ła­byś się wła­snego kom­pletu klu­czy. - Pocią­gnął nosem, w jed­nym gar­dło­wym dźwięku zamy­ka­jąc wszystko, co sądził na temat Heather Evans. - Twoja biedna matka. To... cóż, to z pew­no­ścią bar­dzo smutne. Z pew­no­ścią. Okropna sytu­acja.

- Tak. Zde­cy­do­wa­nie. - Heather ważyła w dłoni pęk klu­czy, patrząc na impo­nu­jące krzewy i drzewa osła­nia­jące dom matki od strony drogi. - Nie chcia­ła­bym pana zatrzy­my­wać, panie Ram­sey.

Zesztyw­niał, a sine worki pod oczami pociem­niały mu jesz­cze bar­dziej. Nie odzy­wała się, pozwa­la­jąc, by mil­cze­nie oplo­tło ten pochmurny pora­nek. Widziała, jak zasta­na­wia się, czy nie powie­dzieć jej, co myśli; w końcu jed­nak odwró­cił się i odszedł w stronę wła­snego domu.

Heather postała jesz­cze przez chwilę, oddy­cha­jąc i wsłu­chu­jąc się w ciszę. Bales­ford, zabu­do­wane luźno i cha­otycz­nie, pełne było dom­ków jed­no­ro­dzin­nych, wyso­kich ogro­dzeń i prze­dziw­nie jed­na­ko­wych twa­rzy ludzi mówią­cych z takim samym akcen­tem. Poło­żone przy samej gra­nicy hrab­stwa Kent, teo­re­tycz­nie sta­no­wiło część Lon­dynu - jego bar­dzo ane­miczne, bez­barwne i pozba­wione życia wyda­nie.

Wes­tchnęła, brzę­cząc klu­czami, po czym wzięła głę­boki wdech i pode­szła do furtki, w poło­wie zasło­nię­tej przez roz­ło­ży­ste zimo­zie­lone krzewy. Po dru­giej stro­nie cze­kały na nią dobrze utrzy­many traw­nik i nieco zaro­śnięte klomby kwia­towe oraz pro­wa­dząca do domu żwi­rowa alejka. Nie było w tym nic spe­cjal­nego, a już z pew­no­ścią nic nie­zwy­kłego, a mimo to z każ­dym kro­kiem Heather czuła w żołądku nara­sta­jący skurcz. Nie był to przy­ja­zny budy­nek, ani teraz, ani ni­gdy wcze­śniej; Ponury tynk i puste okna spra­wiały wra­że­nie, że miej­sce to zostało zamknięte i takie pozo­sta­nie na zawsze. Obok drzwi poma­lo­wa­nych na mdły odcień bla­dego różu stała wielka tera­ko­towa donica, pełna czar­nej ziemi. Na jej gład­kiej, rdza­wej powierzchni ktoś nie­po­rad­nie wydra­pał kształt serca: linie two­rzące kon­tur rysunku były nie­równe i nacho­dziły na sie­bie. Heather zmarsz­czyła brwi: ni­gdy nie posą­dzała matki o rusty­kalne cią­goty, a poza tym - dla­czego donica była pusta? Zosta­wie­nie cze­goś nie­do­koń­czo­nego było bar­dzo nie w stylu jej matki... co zakra­wało na iro­nię, jeśli się wzięło pod uwagę finał całej sprawy. Przez długą, roze­dr­ganą chwilę Heather myślała, że się roz­pła­cze, wła­śnie tam, na samym progu, ale zamiast tego szybko uszczyp­nęła się w ramię i łzy ustą­piły. Nie ma na to czasu. U jej stóp leżało kilka sza­rych, praw­do­po­dob­nie gołę­bich, piór. Krzy­wiąc się, Heather odsu­nęła je czub­kiem teni­sówki i wycią­gnęła z pęku wła­ściwy klucz.

Wcho­dząc do kory­ta­rza gęstego od ciszy i kurzu, prze­su­nęła drzwiami śli­ską, zło­żoną z kilku listów i mnó­stwa ulo­tek stertę. Choć na zewnątrz był już późny pora­nek, zasę­pione wrze­śniowe niebo i wyso­kie drzewa rosnące wokół domu spra­wiały, że cały hol tonął w mroku. Pospiesz­nie prze­krę­ciła wszyst­kie włącz­niki świa­tła w zasięgu wzroku, mru­żąc oczy na widok tan­det­nego, per­ka­lo­wego klo­sza nagle peł­nego paste­lo­wego życia.

Salon był schludny i przy­ku­rzony: żad­nych brud­nych fili­ża­nek, żad­nych porzu­co­nych na kana­pie na wpół prze­czy­ta­nych ksią­żek. Stary czer­wony płaszcz leżał prze­wie­szony przez opar­cie krze­sła; gruba wełna mecha­ciła się już na ręka­wach. Kuch­nia wyglą­dała podob­nie: wszystko umyte i odło­żone na miej­sce. Heather zauwa­żyła, że matka prze­wró­ciła nawet kartkę w kalen­da­rzu: wska­zy­wał wrze­sień, choć wie­działa, że nie będzie jej dane oglą­dać reszty mie­siąca.

- Po co to wszystko, mamo? - Zastu­kała pal­cami w lakie­ro­wany papier: małe kwa­dra­ciki pozo­stały nie­za­pi­sane, żad­nego "odwo­łać mle­cza­rza / zabić się".

Heather ciężko weszła na schody. Gruba wykła­dzina tłu­miła odgłos jej kro­ków. W głów­nej sypialni pano­wał taki sam wzo­rowy porzą­dek jak w całym małym domku. Toa­letka matki była czy­sta i schludna: szklane sło­iczki z kre­mami i fla­ko­niki per­fum usta­wiono w rów­nych sze­re­gach, jak żoł­nie­rzy, obok szczo­tek do wło­sów poło­żo­nych na bla­cie przy sta­ro­mod­nym ręcz­nym lusterku. Heather usia­dła i spoj­rzała na szczotki. Tu jej matka oka­zała się mniej skru­pu­latna, nie tak pedan­tyczna: wciąż tkwiły w nich zaplą­tane we wło­sie pasma, blond kosmyki poprze­ty­kane gdzie­nie­gdzie szorstką sza­ro­ścią.

Mate­ria orga­niczna, pomy­ślała Heather. Z jakie­goś powodu fraza ta zagnieź­dziła się w jej piersi, ciężka i zja­dliwa. Zosta­wi­łaś po sobie mate­ria orga­niczna. Zro­bi­łaś to celowo?

Jedyną rze­czą nie­pa­su­jącą do ładu panu­ją­cego na toa­letce była zgnie­ciona w kulkę, gęsto zadru­ko­wana kartka lekko pożół­kłego papieru. Usi­łu­jąc odwró­cić uwagę od szczo­tek, Heather pod­nio­sła ją i roz­pro­sto­wała: gdzieś w głębi duszy spo­dzie­wała się, że zoba­czy frag­ment jed­nego ze swo­ich arty­ku­łów (matka może nie odzy­wała się zbyt czę­sto, ale Heather była pewna, że wciąż kry­tycz­nym okiem śle­dzi jej karierę), jed­nak szybko zdała sobie sprawę, że to strona z książki, sądząc po fak­tu­rze papieru i kroju czcionki, jakiejś sta­rej. Z początku nie potra­fiła zro­zu­mieć, na co patrzy: stary drze­wo­ryt przed­sta­wiał coś, co wyglą­dało na kozę, czy raczej jagnię, sto­jące na innym zwie­rzę­ciu. Może na psie? Pies miał roz­cięty brzuch, a mniej­sze kózki wpy­chały kamie­nie w podej­rza­nie czy­sty otwór. Heather prze­bie­gła wzro­kiem tekst, który poin­for­mo­wał ją, że kiedy wilk się obu­dził, poczuł się bar­dzo spra­gniony, więc poszedł do rzeki się napić...

To była strona z książki z baj­kami dla dzieci, ale Heather nie miała poję­cia, co matka z nią robiła. Col­leen ni­gdy nie prze­pa­dała za sta­rymi, krwa­wymi baśniami; kiedy Heather była mała, kar­miono ją wyłącz­nie opo­wie­ściami o szczę­śli­wych kucy­kach i dziew­czyn­kach uczęsz­cza­ją­cych do szkół z inter­na­tem. Poczuła się nie­swojo; strona z dziwną ilu­stra­cją, spo­sób, w jaki została zmięta i porzu­cona na sto­liku. Czy matka chciała, żeby ją zna­la­zła?

- Kto wie, co sobie myśla­łaś, prawda? Musia­łaś... Musia­łaś stra­cić rozum, sama nie wiem...

Nagle pokój wydał jej się gorący i cia­sny, a cisza zbyt gło­śna. Heather wstała, chwie­jąc się nieco, i oparła się o toa­letkę - na tyle mocno, że jedna z bute­le­czek per­fum prze­wró­ciła się i zgu­biła korek, co jesz­cze bar­dziej ją zde­pry­mo­wało.

- Szlag.

Duszny, kwia­towy zapach wypeł­nił pomiesz­cze­nie. Przy­wiódł jej na myśl kost­nicę, a kon­kret­nie jej pocze­kal­nię ude­ko­ro­waną kil­koma gustow­nymi kom­po­zy­cjami kwia­towymi - zupeł­nie jakby mogły one odwró­cić czy­jąś uwagę od tego, co za chwilę ma zoba­czyć. Potrzą­snęła głową. Ważne, żeby się na tym nie sku­piać; tak mówił Terry, jej współ­lo­ka­tor. Nie myśleć o zapa­chu, nie myśleć o wie­trze sma­ga­ją­cym odludne klify, a już z pew­no­ścią nie myśleć o szcze­gól­nym wpły­wie upadku z bar­dzo dużej wyso­ko­ści na mate­rię orga­niczną ciała...

- Cho­lera. Potrze­buję tlenu.

Heather wepchnęła pognie­ciony papier do szu­flady, żeby znik­nął jej z oczu, i zeszła z powro­tem na dół. Zmie­rzała wła­śnie w kie­runku tyl­nych drzwi, kiedy po domu roz­niósł się dźwięk dzwonka.

Mdlący ucisk w piersi natych­miast ustą­pił miej­sca wście­kło­ści. To pew­nie domo­krążca, ktoś ze zbiórką cha­ry­ta­tywną albo któ­ryś z tych papla­ją­cych o Bogu. Albo cho­lerny pan Ram­sey. Ruszyła do drzwi, zawczasu delek­tu­jąc się wyra­zem twa­rzy natręta, kiedy rzuci mu: "Jak pan śmie, nie widzi pan, że jestem w żało­bie?". Widok wyso­kiej, ele­gancko ubra­nej star­szej kobiety w progu był dla niej zasko­cze­niem. Nie miała ze sobą żad­nych doku­men­tów ani puszki na datki, miała za to zamknięte naczy­nie żaro­od­porne w dło­niach i wyraz współ­czu­cia na twa­rzy.

- W czym mogę pani pomóc?

- Heather? Oczy­wi­ście, że tak. - Kobieta uśmiech­nęła się, a Heather poczuła, jak jej gniew roz­wiewa się w nicość. Miała bar­dzo krót­kie siwe włosy; wiele osób wyglą­da­łoby nie­ko­rzyst­nie w tej fry­zu­rze, ale kości policz­kowe były ude­rza­jąco kształtne, a twarz ładna i pocią­gła. Heather nie była w sta­nie odgad­nąć jej wieku; z pew­no­ścią była stara, star­sza niż jej matka, ale skórę wciąż miała w dużej mie­rze nie­po­zna­czoną zmarszcz­kami, a szare oczy patrzyły jasno i bystro. Mary Pop­pins, ze zdzi­wie­niem pomy­ślała Heather. Przy­po­mina mi Mary Pop­pins. - Jestem Lilian, skar­bie, miesz­kam nie­da­leko. Wpa­dłam tylko, żeby upew­nić się, jak dajesz sobie radę. - Pod­nio­sła naczy­nie, w razie gdyby Heather dotąd go nie zauwa­żyła. - Mogę to gdzieś odło­żyć?

Heather odsko­czyła od drzwi.

- Jasne, prze­pra­szam. Wejdź.

Kobieta płyn­nie prze­szła przez kory­tarz i skie­ro­wała się wprost do kuchni - pew­ność, z jaką się poru­szała, wska­zy­wała, że dobrze zna to miej­sce.

- To tylko gulasz - oznaj­miła, odkła­da­jąc naczy­nie na blat. - Jagnię­cina, mar­chew, cebula i tak dalej. Nie jesteś aby wege­ta­rianką, skar­bie? Nie jesteś, tak wła­śnie myśla­łam. Dobrze. Pod­grzej to powoli w pie­kar­niku. - Zauwa­żyła wyraz twa­rzy Heather i znów się uśmiech­nęła. - Wiem, jak to jest, kiedy trzeba sobie radzić z czymś takim. Bar­dzo łatwo zapo­mnieć o wła­ści­wym jedze­niu, a to niczemu dobremu nie służy. Pamię­taj, żeby co wie­czór mieć coś cie­płego w żołądku. Col­leen była dobrą przy­ja­ciółką. Rwa­łaby sobie włosy z głowy, gdyby wie­działa, że przez nią mar­nie­jesz w oczach.

Heather przy­tak­nęła, sta­ra­jąc się nadą­żyć za kon­wer­sa­cją.

- To bar­dzo miłe, że o mnie pomy­śla­łaś... Lil­lian. Dobrze zna­łaś moją mamę? Col­leen? Mówi­łaś, że miesz­kasz tu gdzieś w pobliżu? Pew­nie prze­pro­wa­dzi­łaś się w ostat­nich latach? - Usi­ło­wała umiej­sco­wić Lil­lian gdzieś w cza­sach wła­snego dzie­ciń­stwa albo przy­po­mnieć ją sobie z jed­nej z nie­czę­stych póź­niej­szych wizyt w domu, ale nie była w sta­nie.

- Tuż za rogiem. - Lil­lian roz­glą­dała się po kuchni, jakby umiała dostrzec każdy pyłek, który przy­pra­wiłby Col­leen o pal­pi­ta­cje. O ile pan Ram­sey natych­miast wzbu­dził w Heather uczu­cie lek­ce­wa­żą­cej pogardy, już sama moż­li­wość roz­cza­ro­wa­nia Lil­lian wydała się jej oso­bli­wie nie­po­ko­jąca.

- Cza­sem spę­dza­ły­śmy razem popo­łu­dnia, popi­ja­jąc her­batę i roz­ma­wia­jąc o róż­nych spra­wach star­szych pań.

Heather ski­nęła głową, choć dziw­nie jej było myśleć o swo­jej matce jako o "star­szej pani".

- Jaka była ostat­nio? Tak przez zeszły mie­siąc? - Sły­sząc to pyta­nie, Lil­lian wzdry­gnęła się, więc Heather roz­krzy­żo­wała ramiona i posta­rała się wyglą­dać na mniej spiętą. - Nie widy­wa­łam się z nią tak czę­sto, jak powin­nam. To wszystko jest dla mnie szo­kiem.

- Twoja matka była silną kobietą. Zaska­ku­jąco silną. Ale widzisz, to kwe­stia poko­le­nia. Ludzie w moim wieku, cóż... nie roz­ma­wiają zbyt wiele o uczu­ciach. - Lil­lian uśmiech­nęła się blado. - Tak się po pro­stu nie robi. Oba­wiam się, że jeśli Col­leen się z czymś zma­gała, nie mia­łam o tym poję­cia.

Heather pomy­ślała o zmię­tej kartce leżą­cej na toa­letce i zbo­la­łej twa­rzy poli­cjanta, który poda­wał jej obrączkę matki.

- Więc nic nie ude­rzyło cię w jej zacho­wa­niu? Nie powie­działa niczego dziw­nego?

- Jezu. - Lil­lian opu­ściła wzrok na blat, jakby Heather wła­śnie powie­działa brzyd­kie słowo w obec­no­ści pro­bosz­cza. - Col­leen wspo­mi­nała, że jesteś dzien­ni­karką, ale...

- Prze­pra­szam, ja... - Heather odwró­ciła wzrok, uśmie­cha­jąc się pod nosem. Nie wycho­dzą mi nawet sąsiedz­kie poga­wędki. Mama pew­nie uzna­łaby to za zabawne. - Może napi­jesz się her­baty?

- Nie, dzię­kuję, skar­bie. - Lil­lian mach­nęła ręką. - Nie mam zamiaru prze­szka­dzać, nie teraz. Chcia­łam to tylko pod­rzu­cić i zer­k­nąć na cie­bie. Col­leen bez prze­rwy o tobie mówiła.

- Doprawdy? - Heather znów się uśmiech­nęła, ale tym razem był to uśmiech wymu­szony. - Nie zawsze się mię­dzy nami ukła­dało. Za dzie­ciaka byłam wrzo­dem na tyłku, musiała ci o tym opo­wia­dać.

- Nic podob­nego. - Lil­lian strzep­nęła jakiś kła­czek z rękawa. - Wyłącz­nie chwa­liła swoją złotą dziew­czynę.

Heather odnio­sła nagłe wra­że­nie, że Lil­lian kła­mie, ale i tak przy­tak­nęła. Kobieta ruszyła do wyj­ścia, w prze­lo­cie lekko ści­ska­jąc jej ramię.

- Gdy­byś cze­goś potrze­bo­wała, skar­bie, daj mi znać. Jak mówi­łam, jestem tuż obok, zawsze z chę­cią coś ci upiekę czy ugo­tuję, czy nawet zro­bię pra­nie, gdy­byś czuła się przy­tło­czona... - Heather podrep­tała za nią kory­ta­rzem jak zagu­biony uczniak; podej­rze­wała, że ludzie czę­sto masze­rują za Lil­lian w ten spo­sób.

- Och, popatrz tylko. - Lil­lian zatrzy­mała się przy małym sto­liczku w holu, na który Col­leen codzien­nie odkła­dała klu­cze i pocztę. Stała na nim opra­wiona w ramkę foto­gra­fia Heather: miała tu kil­ka­na­ście lat i sie­działa na łóżku w swoim sta­rym pokoju. Wysoka i tycz­ko­wata, z ciem­nymi wło­sami opa­da­ją­cymi jej na oczy, trzy­mała w rękach dyplom, który dostała w szkole za jakiś esej czy opo­wia­da­nie, nie mogła sobie przy­po­mnieć. Patrząc na zdję­cie, znowu poczuła ucisk w piersi - zro­biono je na kilka tygo­dni przed tym, jak tata umarł i mię­dzy nią a matkę zaczęła się wsą­czać tru­ci­zna.

- To moje ulu­bione twoje zdję­cie - powie­działa Lil­lian, naj­wy­raź­niej zado­wo­lona, choć Heather nie umiała zgad­nąć, co mogło być tego powo­dem. - Czyż nie jest uro­cze?

Heather otwo­rzyła usta, nie wie­dząc, co powie­dzieć. Na foto­gra­fii miała na sobie czarną, zbyt luźną koszulkę Z archi­wum X i wyglą­dała na nadą­saną. Nie miała poję­cia, dla­czego jej matka w ogóle ją opra­wiła, nie mówiąc już o tym, dla­czego ta obca kobieta jest nią tak zachwy­cona.

- Zosta­wię cię już. - Wyszła, jej schludne białe buty chrzę­ściły na żwi­rze. - Pamię­taj, skar­bie, jeśli będziesz cze­goś potrze­bo­wała, po pro­stu daj mi znać.

Heather zebrała pocztę z wykła­dziny w holu i cisnęła ją na blat w kuchni. Pełno lśnią­cych ulo­tek, kilka rachun­ków, parę menu na wynos. Marsz­cząc brwi, wybrała ze sterty to, co wyma­gało jej uwagi, i wyrzu­ciła resztę. Na dnie kosza coś się zepsuło - jakieś jedze­nie, praw­do­po­dob­nie resztki z ostat­niej kola­cji matki. Ude­rze­nie woni gni­ją­cego mięsa spra­wiło, że poczuła skręt w żołądku. Nie­spo­dzie­wa­nie bli­ska wymio­tów, ruszyła w kie­runku tyl­nych drzwi, pewna, że tro­chę tlenu dobrze jej zrobi.

Wyso­kie, wiecz­nie zie­lone drzewa zasła­niały widok na sąsia­dów. Kiedy była dziec­kiem - i kiedy tu miesz­kała, plą­cząc się mamie pod nogami - te drzewa były niż­sze, jakby przy­jaź­niej­sze. Teraz ogród tonął w ich cie­niu, ukry­wa­jąc Heather przed nie­po­wo­ła­nym wzro­kiem i zde­cy­do­wa­nie trzy­ma­jąc świat zewnętrzny na dystans. Nie­opo­dal drzwi znaj­do­wał się nie­wielki kwa­drat betonu: stały na nim dwa kute żela­zne krze­sła i sto­lik oraz kolejna gli­niana donica wypeł­niona zie­mią. Pusta. Na chłod­nym powie­trzu poczuła się tro­chę lepiej. Zasta­no­wiła się, dla­czego zaczęła od włó­cze­nia się po domu, prze­szu­ki­wa­nia poko­jów i gapie­nia się na zdję­cia. Szpe­ra­nia po toa­let­kach. Spraw­dzam, czy jej tu nie ma, pomy­ślała, krzy­wiąc się. Jakaś część mnie wciąż się spo­dziewa, że zastanę ją w łazience, szo­ru­jącą toa­letę, albo w salo­nie, jak ogląda Coun­try­file. Szu­kam duchów.

- Szlag by to tra­fił. - Wzięła długi, głę­boki wdech w ocze­ki­wa­niu, aż mdło­ści ustą­pią. - Co za cho­lerny baj­zel, mamo. Serio.

Wró­ciła myślami do pomię­tej strony - zasta­na­wiała się, w jakim sta­nie psy­chicz­nym była Col­leen, zanim ode­brała sobie życie. O czym myślała? Trudno było sobie wyobra­zić, jak jej matka - osoba z nie­mal naboż­nym sto­sun­kiem do pod­kła­dek pod szklanki i zakła­dek do ksią­żek - wyrywa stronę z książki, a tym bar­dziej gnie­cie ją jak zwy­kły śmieć. Ale w głębi tego wszyst­kiego kryło się coś mrocz­nego, prze­ra­ża­jąca prawda, z którą Heather nie chciała bez­po­śred­nio się zmie­rzyć: matka nie była przy zdro­wych zmy­słach. Poja­wiło się coś, co ode­brało jej rozum; jakiś okrutny, śmier­tel­nie nie­bez­pieczny nie­zna­jomy zamiesz­kał w jej gło­wie. Nic z tego nie ma dla mnie sensu. Nic.

Krótko po tym, jak została wezwana, by zająć się cia­łem matki, poli­cja skon­tak­to­wała ją z bar­dzo miłym tera­peutą, który spę­dził dużo czasu, opo­wia­da­jąc jej o szoku i o tym, jak ludzie w cięż­kiej depre­sji potra­fią być świetni w ukry­wa­niu swo­jego stanu nawet przed naj­bliż­szymi. Heather słu­chała cier­pli­wie, kiwa­jąc głową w otę­pie­niu, ale cho­ciaż dosko­nale rozu­miała, co się do niej mówi, na­dal czuła, że coś jest... nie w porządku. Do głosu docho­dziły stare instynkty, które pod­po­wia­dały jej, kiedy histo­ria trzyma się kupy, a kiedy jest totalną bzdurą.

- Jesteś śmieszna - powie­działa do sie­bie, jej głos brzmiał chłodno i cicho. - Masz para­noję.

Gdzieś na ulicy przed domem ktoś zatrą­bił; pod­sko­czyła na dźwięk klak­sonu. Po twa­rzy pły­nęły jej gorące łzy - z roz­draż­nie­niem starła je wierz­chem dłoni. Po chwili wycią­gnęła z kie­szeni komórkę, która migała do niej ekra­nem powia­do­mie­nia.

Witaj, nie­zna­joma - plotka głosi, że wró­ci­łaś do Bales­ford. Chcia­ła­byś się spo­tkać? Bar­dzo mi przy­kro z powodu two­jej mamy. Mam nadzieję, że jakoś się trzy­masz. xxx

Nikki Appiah. Heather rozej­rzała się po ciem­nych drze­wach, zasta­na­wia­jąc się, czy sąsie­dzi zna­leźli jakiś spo­sób, by obser­wo­wać ją zza fira­nek i dono­sić sobie o jej poczy­na­niach. Pocią­gnęła nosem i szybko zamru­gała, żeby oczy­ścić oczy z resz­tek łez, po czym wystu­kała odpo­wiedź.

Jesteś w straży sąsiedz­kiej czy co? Tak, wró­ci­łam na tro­chę. Jesteś w oko­licy? Spo­ons? Muszę się napić.

Zawa­hała się na chwilę, po czym dodała wymio­tu­ją­cego emo­ti­kona o zie­lo­nej twa­rzy. Wia­do­mość od Nikki przy­szła nie­mal natych­miast.

Jest jede­na­sta rano, Hev. Ale OK, spo­tkajmy się na mie­ście. Sporo czasu minęło i dobrze będzie cię zoba­czyć (nawet jeśli tak wła­śnie wyglą­dasz). Za godzinę? xxx

Heather odło­żyła tele­fon. Za oknem ciem­niało, a w powie­trzu uno­sił się ostry, mine­ralny zapach - wkrótce zacznie padać i byłoby dobrze być wtedy gdzie indziej. Wicher się wzma­gał, świ­stał mię­dzy wyso­kimi krze­wami i koły­sał nimi: przez mgnie­nie oka Heather wydało się, że jest w tym zbyt wiele ruchu, jakby coś spe­cjal­nie poru­szało się razem z wia­trem, by ukryć swoje ślady. Przez chwilę wpa­try­wała się w ciem­niej­sze cie­nie, pró­bu­jąc doj­rzeć w nich jakiś kształt, po czym odwró­ciła się w stronę drzwi, zrzu­ca­jąc wszystko na karb wyobraźni, która usil­nie sta­rała się zna­leźć coś, co mogłoby napę­dzić jej stra­chu. Dom wciąż wyglą­dał na pusty i nie­prze­nik­niony; małe pudełko pełne prozy życia.

- Coś ty sobie myślała, mamo?

Jej wła­sny głos wydał jej się smutny i obcy. Starła z policzka ostat­nią łzę i ruszyła przez dom w stronę wyna­ję­tego samo­chodu.

3

Wiatr przy­bie­rał na sile od samego rana, prze­pę­dza­jąc war­stwę oło­wia­nych chmur i zosta­wia­jąc po sobie wyszo­ro­wane do czy­sta niebo - chłodne, ale pod­no­szące na duchu. Beverly była zado­wo­lona. Jej wnuki, Tess i James, spę­dzą przy­naj­mniej kilka godzin na dwo­rze. Jak wszyst­kie dzi­siej­sze dzie­ciaki miały obse­sję na punk­cie swo­ich tele­fo­nów i gadże­tów, ale Beverly z dumą zauwa­żała, że kiedy pogoda sprzy­jała, wciąż dawali się babci wycią­gnąć do ogrodu. Z tą myślą nało­żyła płaszcz - wciąż ten cienki, jesień nie dawała się jesz­cze we znaki - i skie­ro­wała się do furtki na tyłach. Miała piękny ogród, nie było w nim jed­nak kasz­ta­now­ców, za to na polach za nim rosły dwa wspa­niałe okazy i Beverly chciała zoba­czyć, czy już zrzu­cają owoce.

Przed nią roz­po­ście­rał się widok na linię drzew oka­la­ją­cych pole: dwóch olbrzy­mich kasz­ta­now­ców i gro­mady dębów, brzóz i wią­zów. W pro­mie­niach słońca liście - zie­lone i żółte, czer­wone i złote - jaśniały jak witraż, w tra­wie zaś bły­skały mlecz­no­białe wnę­trza roz­rzu­co­nych tu i ówdzie kol­cza­stych sko­ru­pek. Beverly zaczęła wypy­chać kie­sze­nie opa­dłymi kasz­ta­nami, wybie­ra­jąc jedy­nie te, które wyszły z upadku bez szwanku, i uważ­nie wypa­tru­jąc tych zupeł­nie pła­skich z jed­nej strony - w grze, w któ­rej trzeba było wła­snym kasz­ta­nem roz­wa­lić zawie­szony na sznurku kasz­tan prze­ciw­nika, nie było sku­tecz­niej­szej broni. Raz czy dwa natra­fiła na czę­ściowo otwarte sko­rupki: naci­skała je z jed­nej strony butem, z peł­nym satys­fak­cji uśmie­chem obser­wu­jąc, jak z ich wnę­trza wysu­wają się gład­kie, nowo naro­dzone owoce. Jeden z nich świet­nie nada­wał się do gry.

- Ten zatrzy­mam dla sie­bie. - Beverly wsu­nęła lśniący owal do wewnętrz­nej kie­szeni: gra wcale jej tak nie cie­szyła, jeśli nie uda­wało jej się poko­nać choć jed­nego z wnu­ków. Kiedy z trawy tuż obok korzeni wiel­kiego, sta­rego drzewa pod­nio­sła kolejny, poczuła w dłoni, że coś jest z nim nie tak. Krzy­wiąc się, unio­sła go do świa­tła: szkar­łatną smugę, którą zosta­wiał na pal­cach, zauwa­żyła dopiero, gdy dotarł do niej jego zapach: woń zaple­cza sklepu mię­snego w upalny dzień.

Beverly krzyk­nęła i upu­ściła kasz­tan. Trawa u jej stóp miała ciemny kolor: była prze­siąk­nięta, jak ponie­wcza­sie zdała sobie sprawę, krwią.

- To musiał być ten cho­lerny pies - powie­działa gorącz­kowo, trzy­ma­jąc ubru­dzoną dłoń daleko przed sobą, jakby ją parzyła. - Cho­lerny pies znowu coś zła­pał.

Ni­gdzie wokół nie dostrze­gła jed­nak wybe­be­szo­nego kró­lika ani nawet więk­szego ptaka, które zda­rzało jej się już znaj­do­wać na polach. Kiedy zbli­żyła się do pnia sta­rego kasz­ta­nowca, zauwa­żyła za to, że spo­mię­dzy jego korzeni wypływa krew, zupeł­nie jakby samo drzewo krwa­wiło. Spore zagłę­bie­nie u jego pod­stawy, zwy­kle zapchane zwię­dłymi liśćmi i bło­tem, wypeł­niono czymś zupeł­nie innym.

- Boże. O Boże, nie, Boże...

Ramiona Beverly opa­dły wzdłuż ciała; czuła odrę­twie­nie w pal­cach. We wgłę­bie­niu znaj­do­wała się twarz, twarz kobiety o zamknię­tych powie­kach i ustach otwar­tych jakby do modli­twy. Jej woskowe policzki popla­mione były jakąś ciemną sub­stan­cją, a spo­mię­dzy zębów wysta­wały kwiaty. Różowe, pomy­ślała Beverly, w któ­rej domu ni­gdy wię­cej nie miały już zago­ścić różowe bukiety. Chyba dzi­kie róże.

Pod głową kobiety tkwiły ści­śnięte stopy, nagie, jeśli nie liczyć srebr­nego pier­ścionka na jed­nym z pal­ców i bla­do­ró­żo­wego lakieru do paznokci, oraz ramię z dło­nią leżącą w tra­wie wnę­trzem do góry, jakby wzy­wa­jące pomocy czy też kiw­nię­ciem zachę­ca­jące kogoś, by do niej dołą­czył. Obok Beverly zoba­czyła także rękaw czer­wo­nej mary­narki, zupeł­nie nie na miej­scu: na dużych guzi­kach zdo­bią­cych man­kiet zebrały się kro­ple rosy. Wszystko to było stło­czone tak cia­sno, że nie spo­sób było dostrzec wło­sów kobiety czy choćby nie­wiel­kiego frag­mentu jej tuło­wia, jeśli fak­tycz­nie się tam znaj­do­wał, widać było za to opa­da­jącą łagod­nie po obu stro­nach ramie­nia miękką kotarę cze­goś, co przy­po­mi­nało pur­pu­rowe sznurki. Na korze nad wgłę­bie­niem ktoś wydra­pał serce: nie­wąt­pli­wie roman­tyczny gest stę­sk­nio­nego kochanka.

Uświa­do­miw­szy sobie nagle, że jest bli­ska omdle­nia, Beverly, poty­ka­jąc się, ode­szła od drzewa i z twa­rzą mokrą od łez pobie­gła w stronę domu.

4

To zawsze była nora.

Heather rzu­ciła na sto­lik trzy paczki chip­sów; obok nich posta­wiła dwie szklanki. Nikki wzięła do ręki paczkę solo­nych i przy­glą­dała jej się kry­tycz­nie.

- To ty chcia­łaś tu przyjść - wytknęła jej łagod­nie Nikki. Iry­tu­jąco nie­wiele się zmie­niła. Włosy zaplo­tła w schludne, czarne war­ko­cze, a jej oprawki były węż­szą, bar­dziej współ­cze­sną wer­sją tych, które nosiła w liceum. Nawet gra­na­towy swe­ter o gru­bym splo­cie, który miała na sobie, nie­uchron­nie przy­wo­dził Heather na myśl stare szkolne mun­durki. - Zdaję sobie sprawę, że Bales­ford nie obfi­tuje w modne knajpki, ale dały­by­śmy radę zna­leźć coś lep­szego niż Wether­spo­ons.

- Sen­ty­ment ze sta­rych cza­sów. - Heather upiła łyk i skrzy­wiła się. Kiedy tylko prze­stą­piła próg baru, wró­ciły do niej dawne nawyki i osta­tecz­nie zamó­wiła ciemny rum z colą - drink, który naj­moc­niej koja­rzył jej się ze szkołą. Nikki popro­siła o szpry­cera z bia­łego wina, ale wyda­wała się bar­dziej zain­te­re­so­wana chip­sami.

- Prze­pra­szam, że nie dałam ci znać wcze­śniej, że jestem w oko­licy, ale... to straszny baj­zel. Skąd w ogóle wie­dzia­łaś, że wró­ci­łam? Masz jakichś szpie­gów obser­wu­ją­cych dom? Pra­cu­jesz teraz w MI5?

Nikki uśmiech­nęła się i potrzą­snęła głową.

- Wiesz, że moja ciotka mieszka przy waszej ulicy. I ona rze­czy­wi­ście jest jak MI5 Bales­ford. Wszy­scy cze­kali, kiedy się zja­wisz, odkąd pan Ram­sey roz­ga­dał, że nie masz nawet klu­czy do domu matki. - Uśmiech Nikki zbladł. - Prze­pra­szam, Hev. Naprawdę mi przy­kro. To okropne. Dajesz sobie jakoś radę?

Heather wzru­szyła ramio­nami i roze­rwała paczkę chip­sów, nie patrząc przy­ja­ciółce w oczy. Nikki zawsze była tą miłą, tą dobrą, a koniecz­ność spo­glą­da­nia na praw­dziwe współ­czu­cie na czy­jejś twa­rzy to było w tym momen­cie dla Heather zbyt wiele, zwłasz­cza po roze­dr­ga­niu, jakie zafun­do­wała jej wizyta w domu. Mate­ria orga­niczna.

- Żyję, na tyle, na ile można by się tego spo­dzie­wać, jak sądzę. Kiedy roz­glą­da­łam się po domu, pra­wie ocze­ki­wa­łam, że ją tam zastanę, wiesz? Jakby to wszystko było, nie wiem, jakąś urzęd­ni­czą pomyłką. Minęło... - Poczuła ukłu­cie w piersi i pomiesz­cze­nie nagle wydało jej się roz­chwiane, jakby zaraz miała mu odpaść pod­łoga. - Minęło sporo czasu, odkąd byłam tu ostatni raz. Cóż, jak dobrze wiesz, nie była moją wielką fanką.

- To nie ma teraz zna­cze­nia.

- Tak, wiem. - Heather zamru­gała, czu­jąc, jak kolejny łyk rumu z colą pali ją w gar­dło. Maja­czący na hory­zon­cie ból głowy ustą­pił, a z ramion zeszło tro­chę napię­cia. - Dla­czego ona mia­łaby się zabi­jać, Nikki? Nie mogę prze­stać o tym myśleć. Jest w tym coś... Coś jest nie tak. To nie ma sensu.

Nikki krę­ciła się na krze­śle; wyglą­dała na lekko skrę­po­waną. Zbli­żała się pora lun­chu i bar zaczy­nał się zapeł­niać ludźmi szu­ka­ją­cymi dania dnia w dobrej cenie.

- Ciotka Sha­nice począt­kowo nie chciała w to uwie­rzyć, twier­dziła, że Ram­sey gada bzdury... Trudno jest zro­zu­mieć samo­bój­stwo, Heather. Twoja mama musiała być bar­dzo nie­szczę­śliwa, roz­darta, praw­do­po­dob­nie przez długi czas i bar­dzo moż­liwe, że nikt nie zda­wał sobie sprawy, że cierpi. Cho­roby psy­chiczne potra­fią być wynisz­cza­jące.

- Jasne. A ja była­bym ostat­nią osobą, która by coś o tym wie­działa, prawda? Cho­dzi tylko o to, że... - Heather wzru­szyła ramio­nami. - Pamię­tasz, jaka była moja matka; wiem, że pamię­tasz. Nie zno­siła zamie­sza­nia, zawsze zała­twiała wszystko naj­dy­skret­niej, jak się dało. To wygląda na jakąś demon­stra­cję, jakby chciała mi coś prze­ka­zać albo jakby chciała mnie, nie wiem, może uka­rać. - Wes­tchnęła, widząc wyraz twa­rzy Nikki. - Wiem, to straszna sztampa. Doszu­kuję się nie wia­domo czego, bo nie umiem zaak­cep­to­wać nie­wy­god­nej prawdy, którą mam tuż przed nosem. W dodatku, na miłość boską, wszystko spro­wa­dzam do sie­bie. Ale nie mogę pozbyć się wra­że­nia, że coś mi umyka. Czy twoja ciotka zauwa­żyła, że coś jest z nią nie tak? Ostat­nio?

- Hev... - Nikki wycią­gnęła rękę i prze­lot­nie uści­snęła jej dłoń; Heather po raz kolejny zauwa­żyła, że nie potrafi spoj­rzeć przy­ja­ciółce w twarz. - Są rze­czy... Pew­nych rze­czy nie da się roz­gryźć ani racjo­nal­nie wyja­śnić.

Heather ski­nęła głową, wpa­tru­jąc się w lepki blat sto­lika.

- Nie roz­ma­wiajmy już o tym, dobra? To bzdury. Co u cie­bie? Tro­chę czasu minęło od naszej ostat­niej spon­ta­nicz­nej popi­jawy. Czym się teraz zaj­mu­jesz? Na­dal uczysz, jak przy­pusz­czam?

- Ow­szem, i widzę po two­jej minie, że tro­chę cię to prze­raża. - Nikki uśmiech­nęła się i wzięła łyk szpry­cera. - Mam teraz część etatu w col­lege'u. Wie­dzia­ła­byś o tym, gdy­byś zwra­cała jaką­kol­wiek uwagę na moje sta­tusy na Face­bo­oku. Wykła­dam na wydzia­łach histo­rii i angiel­skiego. Ty dalej w gaze­cie?

Heather skrzy­wiła się, po czym spró­bo­wała ukryć gry­mas, wkła­da­jąc sobie do ust kilka chip­sów jed­no­cze­śnie.

- Nie wypa­liło. Od jakie­goś czasu jestem wol­nym strzel­cem, lepiej mi to wycho­dzi. - Kolejne złe wspo­mnie­nia. Wychy­liła resztę drinka i unio­sła brwi. - Jesz­cze jeden?

Spę­dziły w barze całą resztę popo­łu­dnia. Kiedy krańce pomiesz­cze­nia zaczęły im się roz­my­wać, obie prze­rzu­ciły się na napoje bez­al­ko­ho­lowe. W pew­nym momen­cie któ­raś zapro­po­no­wała zamó­wie­nie cze­goś do jedze­nia i wkrótce na sto­liku pełno było tale­rzy, smug i plam alar­mu­jąco jaskra­wo­żół­tego sosu curry oraz poroz­rzu­ca­nych okru­chów indyj­skich chleb­ków. Roz­ma­wiały o szkole, odgrze­bu­jąc wszyst­kie stare histo­rie, które tra­dy­cyj­nie należy odgrze­bać przy takich oka­zjach. W końcu, kiedy pub zaczął napeł­niać się wie­czor­nym tłu­mem, doszły do wnio­sku, że czas zbie­rać się do domu - Nikki zwró­ciła uwagę, że nie wygląda to naj­le­piej, gdy nauczy­cielka spę­dza cały dzień w barze.

- Jak sobie pani życzy, pani pro­fe­sor.

Na zewnątrz zro­biło się zimno i ponuro. Kiedy Nikki wezwała im tak­sówkę, Heather poczuła, jak ota­cza­jące ją cie­nie wysy­sają nie­wielki zapas otu­chy, który zgro­ma­dziła w sobie w ciągu tego popo­łu­dnia. Wcale nie wra­cała do domu - do swo­jego zaba­ła­ga­nio­nego, ale przy­tul­nego poko­iku w miesz­ka­niu, który dzie­liła z innymi bała­ga­nia­rzami. Miała wró­cić do pustego domu swo­jej matki, gdzie bez wąt­pie­nia cze­kała ją długa noc prze­żu­wa­nia złych wspo­mnień i pytań bez odpo­wie­dzi. Coś z tego musiało odbić się na jej twa­rzy, bo kiedy wsu­nęła tele­fon z powro­tem do kie­szeni, Nikki deli­kat­nie dotknęła jej ramie­nia.

- Hej. Tak­sówka pod­je­dzie za parę minut. Wszystko w porządku?

Heather wzru­szyła ramio­nami. Wszyst­kie wypite gazo­wane ulepki roz­le­wały jej się w środku kwa­śną plamą. Była zbyt zmę­czona, żeby uda­wać.

- Jej list poże­gnalny był bar­dzo dziwny. Mówi­łam ci o tym?

Nikki pokrę­ciła głową. Jej brą­zowe oczy pociem­niały.

- Cóż, tak jak mówi­łaś, nie było z nią dobrze, a poza tym pew­nie nie ma żad­nego powodu, by ocze­ki­wać, że poże­gnalny list samo­bój­czyni będzie miał sens.

Heather spró­bo­wała się uśmiech­nąć, ale wyszedł z tego tylko jakiś chory gry­mas, więc dała spo­kój. Otwo­rzyła torbę i wycią­gnęła z notesu kartkę papieru w bla­do­li­lio­wym kolo­rze. Na górze, tuż obok napisu "Twoje notatki", wid­niał rysu­nek strzy­żyka. Z powo­dów, któ­rym nie chciała przy­glą­dać się zbyt uważ­nie, nosiła ją przy sobie od czasu, gdy poli­cja prze­ka­zała jej ją razem z innymi rze­czami matki. Cia­sne litery odręcz­nego pisma Col­leen kuliły się do sie­bie na środku strony. Podała ją Nikki, która marsz­cząc brwi, sta­ran­nie wygła­dziła ją pal­cami.

Do was obojga. Wiem, że to wszystko będzie dla was szo­kiem, i przy­kro mi, że zosta­wiam was samych z tym całym bała­ga­nem, ale nie mogę z tym dłu­żej żyć - nie z wybo­rem, któ­rego musia­łam doko­nać, i wie­dząc to, co wiem. Mówi się, że to wyj­ście dla tchó­rzy - cóż, ludzie nie mają poję­cia, z czym musia­łam żyć, nie znają okrop­nego cie­nia, który od dawna nade mną wisi. Te wszyst­kie potwory z lasu ni­gdy tak naprawdę nie ode­szły, nie dla mnie. Może zresztą sama sobie na to zasłu­ży­łam. Jeśli ma to jakie­kol­wiek zna­cze­nie, jest mi naprawdę bar­dzo przy­kro z powodu tego, z czym będzie­cie musieli się zmie­rzyć. Nie­za­leż­nie od tego, co myśli­cie, kocham was oboje, zawsze kocha­łam.

Nikki mil­czała, zaci­ska­jąc wargi i patrząc przed sie­bie w dół głów­nej ulicy. Po chwili dotknęła pal­cem kącika oka i pocią­gnęła nosem.

- Och, Hev, to okropne. Twój biedna mama.

- Ale widzia­łaś to? - Heather zabrała kartkę, zło­żyła ją i wci­snęła do torebki. Była zado­wo­lona, że znik­nęła jej z oczu. - "Do was obojga. Kocham was oboje". Co to zna­czy? Jestem tylko ja. Nie miała żad­nej innej rodziny. I o czym ona pisała, jaki "wybór"?

Nikki wolno pokrę­ciła głową.

- Przy­znaję, to dziwne. Ale może miała na myśli cie­bie i two­jego tatę? Jeśli fak­tycz­nie było z nią tak źle, mogła jakoś zapo­mnieć, że już umarł. Albo... albo mogła zwra­cać się do kogoś, kto znaj­dzie jej ciało.

- Ale "oboje" brzmi bar­dzo kon­kret­nie. Jakby miała na myśli okre­ślo­nych ludzi. A "potwory z lasu"? Co to, do dia­bła, ma zna­czyć? - Heather wes­tchnęła. - Pew­nie masz rację, mogła mówić o tacie, ale nie cier­pię nie wie­dzieć. Przez resztę życia będę się teraz zasta­na­wiać, o co jej cho­dziło, jakby mało mi było radze­nia sobie z całym tym gów­nem, musiała jesz­cze zosta­wić mętny i zagad­kowy list poże­gnalny.

Gdzieś w górze ulicy roz­sz­cze­kał się pies. Zaczął sią­pić drobny deszcz. Ludzie spie­szyli się, żeby uciec przed mżawką, więc na dro­dze było pra­wie pusto - jedy­nie w pobliżu przy­stanku maja­czyła jakaś nie­ru­choma postać. Auto­bus minął ją z hukiem, nie zatrzy­mu­jąc się; pogrą­żony w cie­niu czło­wiek odwró­cił twarz od jego świa­teł.

- Wiem. Myślę, że poczu­jesz się lepiej po pogrze­bie. Pogrzeby mają być w końcu rodza­jem domknię­cia, nie? - Nikki zaci­snęła usta, jakby nie była do końca pewna, czy to prawda. - Zaczę­łaś już...?

- Tak, więk­szość jest już zała­twiona. - Heather uśmiech­nęła się nie­śmiało. Dobrze było zoba­czyć Nikki, dobrze było mieć kogoś, kto kie­ro­wał jej uwagę z powro­tem na prak­tyczną stronę życia. - Ludzie oka­zują się w takich oko­licz­no­ściach bar­dzo pomocni, wiesz? Tylko jej tele­fon... Miała go przy sobie, kiedy... i, cóż, nie prze­trwał. Muszę więc zna­leźć jej notes z adre­sami, jeśli jakiś miała. Czy ludzie w dzi­siej­szych cza­sach w ogóle zapi­sują jesz­cze numery tele­fonów? Cho­ciaż sądzę, że jeśli kto­kol­wiek miałby to robić, to byłaby to moja matka.

- Cóż. Mama i ciotka Sha­nice cze­kają w goto­wo­ści, wystar­czy jedno twoje słowo. Cze­go­kol­wiek będziesz potrze­bo­wać. Patrz. - Nikki ski­nęła w stronę kra­węż­nika. - Jest nasza tak­sówka.

Kiedy kilka godzin póź­niej Heather otwo­rzyła oczy w pokoju dla gości w domu swo­jej matki, ota­czał ją cał­ko­wity mrok. Spa­ni­ko­wana, chwy­ciła leżący na sto­liku noc­nym tele­fon; jego świa­tło pogrą­żyło pokój we wszyst­kich odcie­niach sza­ro­ści. To tylko pokój gościnny, przy­po­mniała sobie, tylko te idio­tyczne, grube zasłony. Okna w jej sypialni wycho­dziły na latar­nię uliczną i w środku ni­gdy nie było tak naprawdę ciemno. Tutaj rząd drzew na zewnątrz i dłu­gie, gęsto hafto­wane kotary spra­wiły, że obu­dziła się jakby nie­wi­doma. Wciąż lekko dygo­cząc, pstryk­nęła włącz­nik lampy sto­ją­cej przy łóżku i usia­dła. Tele­fon luźno leżał jej w dło­niach.

Dźwięk. Szu­ra­nie bez­po­śred­nio nad głową. Heather prze­tarła oczy, przy­po­mi­na­jąc sobie, że jest doro­słą kobietą w obcym domu - powinna spo­dzie­wać się dziw­nych odgło­sów i wie­dzieć, że mogą ją wystra­szyć. Szu­ra­nie prze­szło w trze­pot, wywo­łu­jąc gęsią skórkę.

- Dobra - powie­działa na głos. - Na stry­chu jest ptak. Dostał się tam jakiś gołąb albo zagnieź­dziły się szpaki czy coś w tym rodzaju. - Jej głos brzmiał zwy­czaj­nie i zna­jomo. Przy­tak­nęła sobie. - Ptak to tylko ptak. Nie ma się czym przej­mo­wać.

Leżała jesz­cze przez kilka minut, wsłu­chu­jąc się w przy­tłu­mione dźwięki i coraz bar­dziej się iry­tu­jąc. Osta­tecz­nie odrzu­ciła koł­drę, wyszła z pokoju, ciężko tupiąc, i prze­szła wzdłuż kory­ta­rza. Być może, rozu­mo­wała, odgłos jej kro­ków wypło­szy zwie­rzę. Gdy wyszła z oświe­tlo­nego pomiesz­cze­nia, podest na pół­pię­trze wydał jej się wyjąt­kowo ciemny; kil­ku­krot­nie zamru­gała, cze­ka­jąc, aż jej wzrok się do tego przy­zwy­czai. Było chłodno; wykła­dzina pod jej bosymi sto­pami robiła wra­że­nie dziw­nie lodo­wa­tej.

- Cho­lerne miej­sce.

Kształt włazu na strych led­wie ryso­wał się na sufi­cie. Kiedy Heather się pod nim zatrzy­mała, szu­ra­nie i trze­po­ta­nie nagle uci­chło, jakby coś nasłu­chi­wało jej ruchów. Wie­dziona cie­ka­wo­ścią i znacz­nie bar­dziej przy­tomna niż wcze­śniej, stała przez chwilę, słu­cha­jąc i od czasu do czasu roz­cie­ra­jąc ramiona. Było tak zimno, że nie­mal nabrała prze­ko­na­nia, iż widzi swój oddech.

Pano­wała niczym nie­zmą­cona cisza, ustały nawet łoskot i skrzy­pie­nie osia­da­ją­cego budynku.

Heather odwró­ciła się i kątem oka spoj­rzała w okno po dru­giej stro­nie pół­pię­tra. Przez moment dostrze­gła w nim ruch, jakby coś obser­wo­wało ją z gęstego szpa­leru drzew. Oczy, sze­roko otwarte, jasne i cał­ko­wi­cie nie­ludz­kie, badaw­czo zer­kały w głąb domu przez ciem­nie­jące szkło.

- Co...

Sekundę póź­niej silny podmuch wia­tru prze­le­ciał przez drzewa i cokol­wiek wywo­łało to złu­dze­nie, roz­myło się w nicość. Bo to było złu­dze­nie, powie­działa do sie­bie, oczy pła­tają ci figle, idiotko. Mimo to pode­szła do okna i wyj­rzała. Na zewnątrz nie było nic poza świa­tłem latarni prze­są­cza­ją­cym się przez gałę­zie i bla­skiem księ­życa two­rzą­cym dziwne kształty oraz ledwo dostrze­galne formy.

Zła na sie­bie, ruszyła z powro­tem do łóżka. Lampę zosta­wiła zapa­loną aż do rana, a cho­ciaż tej nocy nie sły­szała już żad­nych odgło­sów, jej umysł wciąż do nich powra­cał; kiedy w końcu zasnęła, śniła o pió­rach, brą­zo­wych i puszy­stych, oraz o pur­pu­ro­wej z wście­kło­ści twa­rzy ojca.

5

Następny ranek nie nale­żał do naj­przy­jem­niej­szych.

Wie­działa, że pobyt w domu matki wywoła wiele przy­krych uczuć, nie zdzi­wiła się więc, kiedy po prze­bu­dze­niu w obcym łóżku poczuła, jak spo­wija ją całun przy­gnę­bie­nia. Kie­dyś był to pokój z pudłami ojca, pełen loso­wych śmieci - sta­rych instruk­cji samo­cho­do­wych i wiel­kich pla­sti­ko­wych wia­der do warze­nia domo­wego piwa. Była tam też olbrzy­mia skrzy­niowa zamra­żarka, którą matka zapeł­niała mro­żon­kami i pudeł­kami lodów. Jako dziecko Heather uwiel­biała to pomiesz­cze­nie, prze­ko­nana, że zamknięte są w nim wszyst­kie sekrety taty. Teraz pokój gościnny spra­wiał wra­że­nie małego, schlud­nego i kom­plet­nie pozba­wio­nego jakiej­kol­wiek oso­bo­wo­ści, a mimo to Heather wciąż czuła w nim obec­ność matki - w ster­cie ręcz­ni­ków uło­żo­nych na pod­nóżku, w ozdob­nej ser­wetce na para­pe­cie, w pustym wazo­nie. Było zbyt cicho i zbyt zimno, więc wstała, mak­sy­mal­nie pod­krę­ciła ogrze­wa­nie i włą­czyła zarówno tele­wi­zję, jak i radio. Kiedy szum osią­gnął już zado­wa­la­jący poziom, zapa­rzyła sobie kubek moc­nej her­baty, usia­dła przy kuchen­nym stole i zabrała się do spo­rzą­dze­nia listy rze­czy, któ­rymi trzeba było się zająć.

Ku swo­jemu zasko­cze­niu nie­mal natych­miast zna­la­zła notes z adre­sami - leżał, na wpół zapo­mniany, w drew­nia­nym sto­jaku na gazety w salo­nie - i naj­szyb­ciej, jak się dało, obdzwo­niła wszyst­kich, do któ­rych nale­żało zadzwo­nić, prze­ka­zu­jąc smutne wie­ści i przyj­mu­jąc kon­do­len­cje. Kiedy miała za sobą ten przy­kry obo­wią­zek, ponow­nie ruszyła na górę. Poło­żyła dłoń na gałce drzwi pro­wa­dzą­cych do jej daw­nego pokoju. Wstrzy­mu­jąc oddech, weszła do środka. Wciąż można było dostrzec jej ślady: kapa na łóżku, sta­ran­nie uło­żona i czy­sta, miała kolor, który mogła wybrać tylko nasto­latka, a na tape­cie na­dal pobły­ski­wały wyli­niałe pro­sto­ką­ciki taśmy dwu­stron­nej, kie­dyś słu­żące do przy­mo­co­wy­wa­nia pla­ka­tów - pla­ka­tów, które matka zdjęła i zwi­nęła w rolkę wkrótce po tym, jak Heather wyje­chała z domu. Przez te wszyst­kie lata zdą­żyła przy­zwy­czaić się do myśli, że to nie jest już jej pokój, ale teraz po raz pierw­szy zauwa­żyła, iż matka naj­wy­raź­niej zaczęła korzy­stać z niego w innych celach; w rogu usta­wiony był mały sto­lik kar­ciany pełen mate­ria­łów do ręko­dzieła.

Heather usia­dła na sto­ją­cym przy nim skła­da­nym tabo­re­cie i zaczęła z pół­u­śmie­chem prze­glą­dać poroz­rzu­cane dro­bia­zgi. Wyglą­dało na to, że matka posta­no­wiła dać nowe życie jed­nemu ze sta­rych, zapo­mnia­nych zesta­wów kre­atyw­nych Heather. Dro­gie paczuszki wie­lo­barw­nej mode­liny, które zaży­czyła sobie kie­dyś na uro­dziny, jej matka zmie­niała w wesołe ser­wet­niki ude­ko­ro­wane bał­wan­kami i gałąz­kami ostro­krzewu. Obok goto­wych prac przy­kle­jono kar­teczkę z adre­sem pobli­skiego domu opieki. Czyżby zamie­rzała je prze­ka­zać na doroczny kier­masz świą­teczny domu star­ców? Kiedy była dziec­kiem, czę­sto cho­dziły tam razem - kupo­wały cia­sta i roz­ma­wiały ze sta­rusz­kami. Heather pod­nio­sła jeden z pier­ścieni i wsu­nęła go sobie na palec. Jej matka wło­żyła w niego dużo pracy, drugi był ukoń­czony w poło­wie. Co spra­wia, że czło­wiek zamiast skoń­czyć swoją dopiesz­czaną robótkę, posta­na­wia skoń­czyć ze sobą?

Gładka mode­lina w dło­niach przy­po­mniała jej czasy, kiedy sama pró­bo­wała coś zro­bić. Mode­linę świeżo wyjętą z opa­ko­wa­nia trudno się for­mo­wało; trzeba ją było naj­pierw ogrzać w dło­niach, ale małe paluszki Heather ni­gdy nie były w tym dobre. Naraz ude­rzyło ją nagłe wspo­mnie­nie: sie­działa z matką w tym wła­śnie pokoju; przed każdą z nich, na sta­ran­nie przy­kry­tym gaze­tami dywa­nie, leżał mały tale­rzyk. Jej mama brała w ręce kolejno każdy kawa­łek kolo­ro­wej mode­liny, ogrze­wała go, po czym poda­wała Heather, żeby ta mogła coś z niego zro­bić...

Heather drżącą dło­nią odło­żyła ser­wet­nik na miej­sce. Nikki miała rację, powie­działa sobie. Nie mam poję­cia, przez co mama prze­cho­dziła. Widzę tajem­nice tam, gdzie ich nie ma.

Mimo tego, kiedy wycho­dząc z pokoju, odwró­ciła się, by jesz­cze raz spoj­rzeć na nie­wzru­szony sto­li­czek, nie opusz­czało jej poczu­cie, że coś gdzieś było głę­boko nie tak.

Cały następny dzień Heather spę­dziła, krę­cąc się po domu, robiąc notatki i dzi­wiąc się, jak wiele rze­czy ludzie potra­fią zgro­ma­dzić. W porze obiadu pod­grzała gulasz, który zosta­wiła jej Lil­lian, i pochło­nęła go przed tele­wi­zo­rem wprost z wiel­kiej miski. Był gęsty i smaczny, ale pod koniec zro­biło jej się tro­chę nie­do­brze - zasta­na­wiała się, czy aby nie cze­kała zbyt długo ze zje­dze­niem go, czy któ­ryś ze skład­ni­ków nie zdą­żył się już zepsuć. Skru­pu­lat­nie umyła naczy­nie, w razie gdyby Lil­lian zaży­czyła je sobie z powro­tem.

W każ­dym pokoju było tyle spraw do roz­wa­że­nia: co zro­bić z ubra­niami, bibe­lo­tami, sta­rymi zdję­ciami - czy choćby nud­nymi rze­czami w rodzaju pościeli czy zasłon. W każ­dym pokoju cze­kały na nią też kaskady wspo­mnień, zupeł­nie jakby wszyst­kie pomiesz­cze­nia po brzegi wypeł­nione były duchami z dzie­ciń­stwa Heather, przy czym więk­szość z nich nie była tak przy­jemna jak lepie­nie z gliny na pod­ło­dze jej sypialni. Kiedy tak stała w drzwiach łazienki, przy­po­mi­na­jąc sobie dziką awan­turę, w wyniku któ­rej kop­nęła w wannę tak mocno, że musiała jechać na ostry dyżur, nie mogła zro­zu­mieć, dla­czego, na miłość boską, nie wzięła kogoś ze sobą. Terry, jej współ­lo­ka­tor, nawet zaofe­ro­wał swoją pomoc, ale auto­ma­tycz­nie odrzu­ciła jego pro­po­zy­cję. Była pewna, że rów­nież Nikki z rado­ścią wzię­łaby na swoje barki część tych nie­przy­jem­no­ści.

O co cho­dziło? Czyżby oba­wiała się, że Terry będzie ją oce­niał przez pry­zmat jej zwy­czaj­nego, pod­miej­skiego dzie­ciń­stwa? Czy raczej bała się, że zoba­czy, jak jest kru­cha?

Prze­rzu­ca­nie papie­rów i prze­no­sze­nie rze­czy z miej­sca na miej­sce zosta­wiło wszę­dzie tumany kurzu, Heather wycią­gnęła więc odku­rzacz i - bez więk­szego entu­zja­zmu - wzięła się do sprzą­ta­nia w salo­nie. Kiedy goniła za kil­koma zbłą­ka­nymi wło­sami, brzeg szczotki ude­rzył o coś twar­dego pod kanapą. Się­gnęła tam, by wycią­gnąć prze­szkodę, i z zasko­cze­niem odkryła, że prze­jazd blo­ko­wała jej książka, na pierw­szy rzut oka dość wie­kowa. Na widok okładki, która uka­zała się po star­ciu kurzu i kłacz­ków, ścią­gnęła brwi. Był to zbiór baśni w sfa­ty­go­wa­nej mięk­kiej opra­wie z wiel­kim czar­nym wil­kiem na fron­cie: w jego otwar­tej pasz­czy dosko­nale widać było każdy ze śmier­cio­no­śnych zębów.

- Dziwne. - Rzu­ciła książkę na sto­lik kawowy i dokoń­czyła odku­rza­nie.

Wysta­wiła na zewnątrz worki z segre­go­wa­nymi śmie­ciami i sto­jąc koło fron­to­wych drzwi, wcią­gnęła w płuca chłodne, jesienne powie­trze. To wła­śnie tam, kiedy miała sie­dem czy osiem lat, sie­działa ze swoją nową lupą w rękach i wypa­lała małe dziurki w suchych liściach i skraw­kach papieru, we wszyst­kim, w czym się dało. Odkry­cie, że przy­pa­lane mrówki strze­lają z trza­skiem, dało począ­tek nader przy­jem­nemu popo­łu­dniu, pod­czas któ­rego ścieżka pokryła się mnó­stwem maleń­kich poskrę­ca­nych cia­łek - póki nie wyszła matka i jej na tym nie przy­ła­pała.

W samym środku lata dostała tygo­dniowy szla­ban na wycho­dze­nie na dwór; wspo­mnie­nie wła­snej kipią­cej wście­kło­ści wciąż było tak żywe, że poczer­wie­niały jej policzki. Zamknięta w swoim pokoju, oddała się innym drob­nym aktom destruk­cji - tłu­kła tale­rze, na któ­rych przy­no­szono jej kanapki, albo wyle­wała do zlewu per­fumy matki. Strasz­nie się wtedy zło­ściła, a to tylko pogar­szało sytu­ację.

To dla­tego nie chcia­łam, żeby Terry przy­je­chał ze mną. Któż chciałby, żeby jego doro­śli zna­jomi poznali dziecko, któ­rym się kie­dyś było? Ster­cząc na zim­nie, Heather poczuła, jak prze­cho­dzi przez nią nowa fala udręki.

- Te cho­lerne duchy mogłyby być ciszej. - Wytarła dło­nie o dżinsy i weszła z powro­tem do środka.

O stry­chu przy­po­mniała sobie dopiero po kilku godzi­nach ukła­da­nia i kata­lo­go­wa­nia. Dziwne odgłosy nie powtó­rzyły się, ale kiedy prze­cho­dziła pod nim, ści­ska­jąc w rękach kubek her­baty, jej wzrok mimo­wol­nie powę­dro­wał do włazu. Facet ze Stry­chu, pomy­ślała. Kiedy coś zgi­nęło, jak byłam mała, dzia­dek zawsze zrzu­cał winę na Faceta ze Stry­chu.

Ta myśl nie dodała jej otu­chy - wie­działa, że będzie musiała wejść na górę i spraw­dzić, co tam jest, w prze­ciw­nym razie ska­zana była na leże­nie w łóżku i nasłu­chi­wa­nie kro­ków Faceta ze Stry­chu - albo, co gor­sza, mięk­kiego stą­pa­nia matki.

- Jezu, co się ze mną dzieje? Na stry­chu nie ma żad­nych potwo­rów. Kilka dni spę­dzo­nych samot­nie w domu i zacho­wuję się jak roz­hi­ste­ry­zo­wana pię­cio­latka.

Godzinę póź­niej sie­działa po turecku w zaska­ku­jąco przy­tul­nym pomiesz­cze­niu, prze­glą­da­jąc pudło ze sta­rymi winy­lami. Było tam dużo śmieci - mnó­stwo zespo­łów i pio­sen­ka­rzy w dziw­nych gar­ni­tu­rach, któ­rych nie roz­po­zna­wała - ale też garstka obie­cu­ją­cych nagrań: Led Zep­pe­lin, Sio­uxie Sioux, David Bowie. Bez wąt­pie­nia nale­żały do ojca. Mówił jej kie­dyś, że gdy on i jej matka zaczęli się uma­wiać, chciał zało­żyć wła­sny zespół; uczył się grać na gita­rze baso­wej, ale ni­gdy tak naprawdę go to nie wcią­gnęło. Uśmie­cha­jąc się blado, Heather odło­żyła płyty na bok, posta­na­wia­jąc, że albo je zatrzyma, albo wystawi na eBayu. Kiedy znowu zaj­rzała do pudła, zoba­czyła, że na jego dnie ukryta jest stara, poobi­jana, bla­szana puszka po cia­stecz­kach. Pod­wa­żyła i ponio­sła wieczko, marsz­cząc nos od uno­szą­cego się w powie­trzu kurzu. Wewnątrz, cia­sno upa­ko­wane, leżały dwa grube pliki listów owi­nię­tych gumką.

Wszyst­kie były zaadre­so­wane do jej matki. Te z pierw­szego pakietu wyglą­dały na bar­dzo stare: ich koperty były popla­mione i wymięte, a tusz nie­mal cał­ko­wi­cie wyblakł. Te z wierz­chu dru­giej kupki wyda­wały się za to zupeł­nie świeże - Heather roz­po­znała nawet nie­dawno wypusz­czoną serię znacz­ków ze zło­czyń­cami z Dok­tora Who. Nie mogąc się oprzeć, Heather wycią­gnęła jeden z listów z now­szej paczki i zaczęła czy­tać. Nadawca miał nie­po­rządny, roz­wle­kły cha­rak­ter pisma: czarne, pisane atra­men­tem bazgroły roz­cią­gały się od jed­nego brzegu kartki po drugi. Pisał ze strasz­nymi błę­dami.

Droga Col­leen,

dziś było cicho. Bar­dzo spo­koj­nie. Nie mam tu nic do robie­nia, a kiedy zro­bię to, czego ode mnie chcom, czuję, jak póstka zamyka się nade mną ze wszyst­kich stron. Jest w rzół­tym świe­tle i czy­styh pod­ło­gach, póstka, która jest czymś wię­cej niż tylko póst­kom - jest nico­ścią. Miej­sce, które jest kwa­śne od żeczy stwo­żo­nych przez czło­wieka, nie ma w sobie praw­dzi­wego życia, wra­cam więc myślą do cza­sów, które spę­dzi­li­śmy razem. Na tra­wie i w polah, tam było nam naj­le­piej. Stąd nie widzę trawy ani żad­nych drzew.

Heather zamru­gała. Nie czy­ta­jąc dalej, wyszar­pała z koperty kolejny, star­szy list. Natych­miast roz­po­znała to samo nie­chlujne pismo.

Tak pięk­nie opi­su­jesz te miej­sca. Sam fakt, że po tych wszyst­kich latach wciąsz robisz to dla mnie, potwier­dza że nie myli­łem się co do cie­bie. Twoje dołą­cze­nie do komóny zmie­niło moje życie.

- Komuny?

Kolejny, podobny. Wszyst­kie listy napi­sała ta sama osoba. A matka naj­wy­raź­niej na nie odpo­wia­dała. Pismo nie nale­żało do ojca, wie­działa to od razu; on ze względu na pracę na budo­wie i koniecz­ność czy­tel­nego wypi­sy­wa­nia fak­tur pisał wyłącz­nie schlud­nymi, dru­ko­wa­nymi lite­rami. Kim był czło­wiek, który żywił tak silne uczu­cia w sto­sunku do jej matki?

- Ni­gdy nie wspo­mi­na­łaś o żad­nym kore­spon­den­cyj­nym zna­jo­mym, mamo. - W cie­płym powie­trzu stry­chu jej słowa zabrzmiały dziw­nie i pła­sko, jakby je także pokry­wał kurz. Pod war­stwą zasko­cze­nia czy nawet lek­kiego roz­ba­wie­nia Heather poczuła gdzieś w środku nara­sta­jące zimno. - Chyba w ogóle ni­gdy nie wspo­mi­na­łaś o pisa­niu listów.

W nocy jest tu tak gło­śno. Pamię­tasz, jak cicho było na polach, pod gwiaz­dami? Kiedy hodzi­li­śmy do lasu. Jak byśmy byli jedy­nymi ludźmi na świe­cie, cho­ciaż psze­ciesz nie byli­śmy. Inni, któ­rzy przy­szli miesz­kać pod gwiaz­dami, nie czuli tego, co my, Col­leen.

Heather zer­k­nęła na dół kartki i rzu­ciła okiem na skre­ślone tam imię. Michael? Naba­zgra­nemu byle jak pod­pi­sowi towa­rzy­szyła masywna zie­lona pie­częć, obok niej zaś innym tuszem i cha­rak­te­rem pisma dopi­sano Reave oraz Zatwier­dzono. Reave, pomy­ślała Heather. Michael Reave.

Zmarsz­czyła brwi. Nazwi­sko to brzmiało dziw­nie zna­jomo, choć nie umia­łaby powie­dzieć dla­czego. Heather wstała, wło­żyła listy z powro­tem do puszki po ciast­kach i zeszła po dra­bince, zabie­ra­jąc je ze sobą. Chwilę spę­dziła w kuchni, robiąc sobie kanapkę i dzba­nek bar­dzo moc­nej kawy.

Zdjęła gumki z obu pli­ków i przez następną godzinę prze­czy­tała około dwu­dzie­stu listów. Pod koniec zaschło jej w gar­dle, a w gło­wie huczało mia­rowo. Kanapka wciąż leżała nie­tknięta na sto­liku obok. Nieco drżącą ręką odło­żyła listy do puszki i pomy­ślała o wszyst­kim, co wie­działa o swo­jej matce, oraz o wszyst­kim, czego o niej nie wie­działa.

Spo­kojna, dobrze sytu­owana, darzona sza­cun­kiem Col­leen Evans kore­spon­do­wała z męż­czy­zną sie­dzą­cym w wię­zie­niu. Robiła to, kiedy jesz­cze żył ojciec Heather, przez wszyst­kie lata swo­jego mał­żeń­stwa. Ponadto w latach sie­dem­dzie­sią­tych jej matka naj­wy­raź­niej nale­żała do jakiejś hipi­sow­skiej komuny, gdzieś na pół­nocy.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki