1.
KREML, 1 LIPCA 1918 R.
Rada Obwodu Uralskiego nie wyraża zgody na wzięcie odpowiedzialności za transport obywatela Mikołaja Romanowa do Moskwy i podkreśla konieczność jego natychmiastowego stracenia. Obywatel Romanow nie może dostać się w ręce kontrrewolucjonistów. Nie mogą dostać się w nie również jego zwłoki. Naszym obowiązkiem wobec rewolucji jest zlikwidowanie jego oraz całej rodziny Romanowów. To nasza historyczna odpowiedzialność.
Jakow Swierdłow odchrząkuje i składa na pół kartkę z wiadomością od wojskowego komisarza Rady Uralskiej Filipa Gołoszczokina. Swierdłow to drobny, delikatny mężczyzna z bujnymi, kręconymi włosami oraz ciemnym zarostem. Nosi cwikiery w złotych oprawkach, które nadają mu wygląd przeciętnego urzędnika. Jednak jego twarz jest zawsze ponura, a w zamyślonym spojrzeniu kryje się jakieś irytujące niedopowiedzenie. Swierdłow zawsze starannie waży słowa i sprawia wrażenie, jakby większość myśli zachowywał jedynie dla siebie. To niebezpieczne. Zdecydowanie wolę ludzi otwartych i szczerych, którzy mówią wszystko, co pomyślą. Jedynym wyjątkiem jest Dzierżyński.
Splatam ręce na piersi i odchylam głowę. Powoli nabieram powietrza, starając się uporządkować fakty. Znajdujemy się w jednej z dobrze oświetlonych, przestronnych komnat zachodniego skrzydła Pałacu Senackiego na Kremlu. Ponoć Mikołaj II nigdy tu nie zachodził. W tym momencie ta myśl wydaje mi się wyjątkowo nieprzyjemna i pośpiesznie ją odganiam.
- Proces pokazowy byłby znacznie bardziej korzystny ze względu na sytuację międzynarodową - odzywam się na tyle cicho, by zebrani w pomieszczeniu mężczyźni musieli się przybliżyć. Poza Swierdłowem jest tu jego zastępca, Leonid Kazawkin, oraz delegat Rady Uralskiej, Wiktor Prowow. Ta dwójka jest jednak tylko nic nieznaczącymi płotkami. Klakierami przyklaskującymi każdej istotniejszej frazie. - Jednak to właśnie sytuacja międzynarodowa i bunt Korpusu Czechosłowackiego zmuszają nas do podjęcia stanowczych kroków.
- To nasz obowiązek.
Ganię Swierdłowa wzrokiem za banalny komentarz i ten przepraszająco unosi dłoń. Wbija wzrok w ziemię.
- Jak daleko od Jekaterynburga znajduje się Biała Armia?
- Trzy dni temu było to około dwustu kilometrów.
- Ilu ludzi?
- Mniej niż dziesięć tysięcy. Siedem, może osiem.
- Naszych?
- Prawie dwanaście tysięcy.
- Więc?
Swierdłow zagryza usta i zerka na dwóch pozostałych mężczyzn. Ci milczą. Są całkowicie onieśmieleni potęgą Kremla, Moskwy, a pewnie również moją, choć od początku spotkania traktowałem ich spolegliwie.
- W ciągu kilku tygodni do carskich może dołączyć kolejne dziesięć lub piętnaście tysięcy. - Swierdłow wymownie potrząsa kartką. - Gołoszczokin wyraźnie informuje o ruchach wojsk i ich intensywnej koncentracji. Według posiadanych przez nas informacji odbicie obywatela Romanowa stanowi ich główny cel strategiczny.
Wolałbym klarownego procesu oraz dowodów oskarżenia rzuconych w obecności zagranicznych dziennikarzy. Jednak od dawna wiem, że konieczności należy stawiać ponad chęci i pragnienia.
- Mamy w historii przykłady tego, że zdecydowane środki przynoszą najlepsze efekty - stwierdzam, wstając z giętego, drewnianego fotela. Pochylam się i opieram pięściami o blat biurka. Spode łba spoglądam na delegację. - Po egzekucji Ludwika Burbona monarchiści francuscy stracili argumenty... Razem z jego głową do kosza spadły ich aspiracje oraz diabelskie nadzieje.
Wyprostowuję się i zakładam dłonie za plecy. Wiem, że Burbon miał przynajmniej pokazowy proces, ale przy współczesnej prasie pokazówka mogłaby być gorsza od stanowczych działań. Przecież liczy się tylko to, co zostanie ujawnione. Cała reszta to nicość.
- Wyrażam zgodę - rzucam cicho.
Usta Swierdłowa drgają, ale bardzo się stara powstrzymać uśmiech. Poprawia jedynie okulary, po czym wymienia porozumiewawcze spojrzenia z członkami delegacji.
- A rodzina Romanowów?
- Wyrażam zgodę - powtarzam jeszcze ciszej. - Choć o tym proszę natychmiast zapomnieć.
Podchodzę do okna, czym daję znać, że chcę zostać sam. Pochylam głowę i cicho wypuszczam powietrze. Od teraz nie ma odwrotu. Ani o krok.
2.
- Nawet chłopi? - Z niedowierzaniem kręcę głową. - Czy przedstawiciele rad nie mają już nic do powiedzenia? Najwidoczniej znajdują się w nich niewłaściwi ludzie, którzy nie potrafią wykrzesać dość energii, by działać. Nie dają przykładu, który jest niezbędny...
Zawieszam głos i upijam łyk wody. Meldunki o kolejnych wystąpieniach chłopskich wprawiają mnie w furię. Staram się tłumić gniew, lecz moje dłonie drżą. Nie chcę, by ktokolwiek to spostrzegł. Chowam je do kieszeni i przyśpieszam kroku.
Władimir Dmitrijewicz[2] bacznie mnie obserwuje. Przez cały czas jest gotów zapisywać, lecz nie potrafię znaleźć właściwych słów. Nie wiem, od czego zacząć. Zastanawiam się, jakie polecenia wydałem miejscowym władzom w ostatnim telegramie. Mam doskonałą pamięć, lecz natłok wiadomości coraz częściej burzy moje wspomnienia. Umysł, niczym fantastyczny konstrukt, składa się z milionów szuflad, których zawiasy blokują się w najmniej spodziewanych momentach. Władimir przeczesuje palcami zaczesywane do tyłu, lecz teraz niesfornie sterczące włosy. Ma dobroduszną twarz, ciemne oczy i nieco zbyt długą brodę. Jest w nim coś z poczciwego, wiejskiego popa. Brakuje tylko, by zaczął wygłaszać złowróżbne mądrości.
Nagle przystaję i przymykam oczy. Wiem, że w tym momencie nie może być żadnego pobłażania. Czeka nas zwycięstwo na wszystkich frontach lub całkowita, upokarzająca porażka. Nie ma innej drogi, nie ma możliwości zatrzymania się w trakcie marszu. Przestój oznacza dziś śmierć. Wszyscy stojący na naszym szlaku muszą zostać zniszczeni i starci w proch tak drobny, by nie zapisał się na żadnej z kart historii. To bardzo ważne.
- Notujcie - rzucam z wciąż przymkniętymi oczami.
Władimir Dmitrijewicz, szeleszcząc, przegładza dłonią kartkę.
- Jestem gotowy - oznajmia entuzjastycznie. - Tak?
Wiem, że w dłoni trzyma pióro, choć na jego biurku stoi również maszyna do pisania. Od pewnego czasu zabraniam z niej korzystać w moim towarzystwie, gdyż stukot miesza mi w głowie. Co innego skrzypiący, regularny ruch stalówki po papierze. Ale o czym to ja... Ach tak. Rolnicy. Żeby tylko byli to nasi poczciwi, pracowici chłopi. Tymczasem gros z nich to krwiopijcy i kułacy, którzy mają więcej wspólnego z plugawą burżuazją niż z masami proletariatu.
- Nakazuje się powieszenie stu powszechnie znanych penzeńskich kułaków, kapitalistów i pijawek wysysających krew z robotniczego ludu miast i wsi - dyktuję bez zająknięcia, jakby treść całej wiadomości już od dawna tkwiła gdzieś w mojej podświadomości. - Egzekucja powinna zostać wykonana publicznie, po uprzednim zgromadzeniu jak największej liczby okolicznych mieszkańców. Stanowczość oraz bezwzględność kroków uzasadniona jest szerokim oddziaływaniem oraz ma na celu zapobiegnięcie dalszym wystąpieniom przeciw rewolucji. Dlatego po raz kolejny podkreśla się wagę obecności podczas egzekucji najmłodszego pokolenia jako kontynuatorów naszej idei[3].
Milknę i powoli się wyprostowuję. Słyszę, jak Władimir Dmitrijewicz osusza atrament i ponownie chwyta pióro.
- To wszystko?
- Chwila.
Otwieram oczy i sprężystym krokiem przechadzam się w tę i we w tę. Zatrzymuję się, by spojrzeć na zachodzącą za horyzontem czerwoną kulę słońca. To dobry znak. Komunikaty powinny być jasne i klarowne. Członkowie rad nie są filozofami ani teoretykami. Przynajmniej nie powinni nimi być w momencie egzekwowania prawa.
- To wszystko - stwierdzam. - Możecie wysyłać.
- Podpisać? - dopytuje Władimir Dmitrijewicz.
- Nie. Będzie wiadomo, czyja to dyspozycja.
Daję ręką znać, by goniec odebrał list, ale gdy mężczyzna robi kilka kroków w stronę biurka, nagle ponownie zwracam się do sekretarza:
- Dajcie to do biura - nakazuję. - Depesza ma zostać zaszyfrowana i trafić bezpośrednio do przewodniczącego rady w Penzie. Żadnych osób postronnych, zrozumiano?
- Tak.
- Jeżeli wypłynie z niej choć jedno słowo, niezbędne będzie wyciągnięcie ostatecznych konsekwencji. - Zerkam na wysokiego, chudego gońca. - Wobec każdego podejrzanego.
Ostateczne konsekwencje - wszyscy wiedzą, co one oznaczają. Brzydzę się mówieniem o śmierci i egzekucjach. Mimo to rewolucja nie może obejść się bez ofiar. Zastanawiam się nad odpowiednim doborem słów, jakich powinienem użyć w trakcie nadchodzącego wystąpienia. Jutro będzie wielki dzień. Wyczuwam to podświadomie, choć nie wiem dlaczego, jednocześnie gnębi mnie niepokój.
- Obym nie miał wieszczego przeczucia... - szepczę. - Oby nie...
- Słucham? - dopytuje Władimir Dmitrijewicz. Jest gotów zanotować każde moje słowo.
- Nie. Nic. Jesteście wolni, towarzyszu. Bądźcie gotowi na jutro.
3.
MOSKWA, 30 SIERPNIA 1918 R.
Wiec w gmachu Giełdy Zbożowej na Chliebnym Targu zebrał nieco mniej ludzi, niż się spodziewałem. Copiątkowe wystąpienia miały odgrywać istotną rolę w stabilizowaniu klimatu politycznego Moskwy, lecz z pewnością potrzeba im nowej formy. Człowiek jest zwierzęciem zbyt łatwo przystosowującym się do otoczenia. Przystosowanie to niestety nie pozbawia go skłonności do kontestacji oraz buntu. Przystosowanie nie jest równe przyzwyczajeniu. To ważna myśl i staram się ją zapamiętać.
- Jesteśmy na miejscu. Już czas.
Słowa kierowcy wyrywają mnie z zadumy. Ktoś otwiera drzwi mojego auta i do środka wpada podmuch ciepłego powietrza. Jesteśmy na miejscu, ale z pewnością nie na czas. Mamy prawie trzy godziny opóźnienia spowodowanego mnogością pytań na poprzednim wiecu. Mniej ludzi wcale nie oznacza krótszego spotkania. Wręcz przeciwnie, w wąskim gronie wszyscy stają się nagle bardziej poufali i ciekawi. Zwłaszcza jeśli chodzi o chleb, który coraz trudniej im dostać. Właściwie nie dziwi mnie to w najmniejszym stopniu, ale pragnąłbym dostrzec w moskiewskich robotnikach silniejszego ducha.
- Towarzyszu...
Stiepan Gil, mój szofer, staje przy drzwiach. Poły jego płaszcza się rozchylają i widzę skórzaną kaburę z niemieckim mauzerem. On jeden w moim otoczeniu ma prawo nosić broń. Przed miesiącem nakazałem, by ochrona trzymała się na uboczu lub wmieszała w tłum, lecz nigdy nie tworzyła szpaleru powitalnego w miejscach, do których przyjeżdżam. To stwarzało niepotrzebny dystans.
Energicznie wysiadam z auta i unoszę dłoń w geście powitania. Tłum zebrany na dziedzińcu Zakładów Michelsona reaguje nader entuzjastycznie. To co najmniej stu robotników, którzy momentalnie zaczynają skandować rewolucyjne hasła. Czy to szczera radość? Czy naprawdę wierzą w rewolucję oraz sztandary naszego zwycięstwa?
Wiodę spojrzeniem po zmęczonych, umorusanych twarzach. Widzę zapadnięte policzki, ponure oczy i pomarszczone czoła. Dostrzegam robocze ubrania z postrzępionymi mankietami, rozprutymi szwami i ponadrywanymi kołnierzami. Rewolucja rodzi się z cierpienia oraz bólu. Rewolucja rodzi się przez cierpienie i ból.
Powolnym krokiem wchodzę na salę, gdzie mam przemawiać. Ktoś kieruje mnie do niewielkiego podwyższenia przypominającego uniwersytecką katedrę. Mrugam, starając się przyzwyczaić oczy do półmroku. Okrzyki pozostają gdzieś za mną, wokół powoli zapada cisza, a ja czuję nieprzyjemny dreszcz na karku. Mam złe przeczucie.
4.
- Burżuazyjna demokracja wiedzie kolejne społeczeństwa na skraj zagłady. Grabi je, nasycając brzuchy kapitalistów oraz wyzyskiwaczy. Robotnik i rolnik stają się jedynie niewolnikami, choć podkreśla się ich rzekomą wolność. Wolność? Chyba każdy z was, towarzysze, wie, na czym ta wolność polega. Dlatego należy odwrócić te zasady, musimy do cna wyplenić dawne burżuazyjne schematy i zakłamane normy!
Wsłuchuję się w reakcję na swoje słowa. Oklaski oraz podekscytowany szmer dowodzą, że właściwie ująłem swoje myśli. Przecież jedynie opisuję rzeczywistość. Zerkam na przygotowane notatki, ale jak zwykle z nich nie korzystam.
- Stajemy przed koniecznością ostatecznej konfrontacji - podejmuję myśl. - Musimy stworzyć sieć obozów odosobnienia, w których zostaną umieszczeni wrogowie rewolucji i klasy pracującej. Czasem trudno oddzielić ziarno od plew, ale będziemy pracować pilnie. Będziemy pracować starannie i bez wytchnienia. Dlatego nasza uwaga skupi się na każdym podejrzanym[4], tak by trafili tam, gdzie zasługują. Nie możemy mieć litości. Możemy mieć jedynie sumienia oraz niezachwianą wiarę w zwycięstwo!
Tym razem oklaski są jeszcze donioślejsze, a szmer głosów zostaje zastąpiony okrzykami. Skandowane hasła nie stanowią jedynie wyuczonych formułek. Ci ludzie naprawdę wierzą w nasze wspólne zwycięstwo.
Unoszę dłonie, dziękując im za tę reakcję. Uśmiecham się dumny nie tylko z siebie, ale przede wszystkim właśnie z nich. Takie chwile dają mi wiarę, że droga, którą przeszedłem, miała sens. Bez względu na poniesione koszty oraz wyzwania.
Jeszcze raz dziękuję towarzyszom za spotkanie i tak entuzjastyczne przyjęcie. Zgodnie z tym, co uzgodniliśmy, Stiepan sprowadza mnie z trybuny, zanim zostają zadane pytania. Nie chcę odpowiadać publicznie, aby nie przyćmić swojego przesłania. W pamięci ludzi zawsze najmocniej zostaje ostatnie słowo, więc lepiej niech nim nie będzie polemika. W tej fabryce spodziewaliśmy się pojedynczych kontestatorów naszej idei.
- Tędy. - Stiepan prowadzi mnie do wyjścia. - Chodźmy.
Drzwi się otwierają i ponownie owiewa mnie specyficzny zapach kurzu oraz ciepłego powietrza. Ktoś tuż za moimi plecami potyka się, a zebrani natychmiast starają się pomóc mu wstać. Wciąż pełen energii po przemówieniu, nie zatrzymuję się nawet na chwilę. W towarzystwie Gila oraz dwóch lub trzech osób kieruję się prosto do zaparkowanego na dziedzińcu samochodu.
- Towarzyszu komisarzu!
Moją uwagę zwraca niska staruszka z chustą na głowie. Ma zaskakująco ciemne, poważne oczy. Nasze spojrzenia się spotykają.
- Żołnierze konfiskują chleb na stacjach kolejowych - żali się, wspierając na drewnianej lasce. - Chleb, którego brakuje w piekarniach. Chleb, który odejmujemy sobie, żeby dać umierającym.
Zatrzymuję się przed autem i kiwam głową.
- Wiem o tym - stwierdzam szczerze. - Już nakazałem właściwym ludziom zająć się tym problemem. Rozwiążemy go tak szybko, jak to możliwe, macie moje słowo.
- Dziękuję... Dziękuję, towarzyszu komisarzu...
Wstrzymany przed chwilą w progu fabryki tłum ponownie nas otacza. Gil otwiera drzwi samochodu, lecz w tym swym momencie dostrzegam jakiś niezwykły ruch. Spośród muru obdartych robotników wynurza się zarys ciemnej, matowej stali. Spoglądam na wymierzoną prosto we mnie lufę browninga. Dobrze znam tę broń. Zaskoczony, nie do końca rozumiejąc, co się dzieje, wiodę wzrokiem ku twarzy około trzydziestoletniej kobiety o mętnych oczach.
Wtedy pada głuchy strzał. A potem drugi.
I trzeci.
Wraz z falą wilgotnego ciepła otula mnie cisza.
[2] Boncz-Brujewicz - osobisty sekretarz Lenina, brat Michaiła Boncz-Brujewicza, generała Armii Czerwonej.
[3] Parafraza oryginalnej depeszy.
[4] Właśnie o podejrzanych, a nie o skazanych w kontekście zsyłek do obozów odosobnienia mówił Lenin!