Czerwony świt. Red Rising. Tom 1 - Pierce Brown

Kup ebooka

53.00 zł
45.05 zł (43,41 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 5. Pierwsza pieśń

5

Pierw­sza pieśń

Danowi Pasku­dzie towa­rzy­szy trzech Bla­sza­ków. W rękach trzy­mają skwier­czące grom­niki. Dwóch z nich opiera się o meta­lowe porę­cze przy dźwi­ga­rach Paję­czarni. Za ich ple­cami kobiety z kla­nów Mi i Epsi­lon nawi­jają zebrany z lar­wo­pa­ją­ków jedwab na dłu­gie srebrne tyczki. Patrzą na mnie i zna­cząco kręcą gło­wami, jakby chciały mnie prze­strzec przed zro­bie­niem cze­goś głu­piego. Zapu­ści­li­śmy się poza gra­nice strefy dozwo­lo­nej. Grozi za to chło­sta, ale jeśli będę się sta­wiał, zamie­nią nam chło­stę na karę śmierci. Zabiją Eo i mnie.

- Dar­row... - mru­czy Eo.

Staję pomię­dzy nią i Bla­sza­kami, ale nie szy­kuję się do walki. Nie chcę, żeby­śmy ginęli za to, że przez chwilę oglą­da­li­śmy gwiazdy. Roz­kła­dam ręce na znak, że jestem gotowy się pod­dać.

- Ci pie­kło­nur­ko­wie... - Dan Paskuda par­ska śmie­chem. - Nawet naj­bar­dziej harda mrówka pozo­sta­nie mrówką.

Z impe­tem ude­rza mnie grom­ni­kiem w brzuch. Wra­że­nie jest takie, jak­bym jed­no­cze­śnie dostał kop­niaka i został uką­szony przez żmiję jaski­niową. Stę­kam, osu­wam się na meta­lowy ażur chod­nika, opie­ram się na rękach. Elek­trycz­ność roz­pełza mi się po żyłach, żółć pod­cho­dzi do gar­dła.

- Uderz mnie, pie­kło­nurku - kusi Dan. Rzuca mi grom­nik. - Pro­szę, spró­buj. Obej­dzie się bez kon­se­kwen­cji, ot, taka męska zabawa. Uderz mnie, świ­nio.

- Zrób to, Dar­row! - woła Eo.

Nie jestem głup­cem. Pod­no­szę ręce w geście kapi­tu­la­cji. Roz­cza­ro­wany Dan wzdy­cha i zapina mi na nad­garst­kach magne­tyczne kaj­danki. Czego chciała ode mnie Eo? Klnie, kiedy ją sku­wają, a potem wloką przez Paję­czar­nię do aresztu. Czeka nas chło­sta - i tylko chło­sta, ponie­waż nie wzią­łem grom­nika do ręki. Tylko chło­sta, ponie­waż nie posłu­cha­łem mojej żony.

***

Dopiero trze­ciego dnia w aresz­cie w Garncu udaje mi się zoba­czyć z Eo. Bridge, jeden ze star­szych i życz­liw­szych Bla­sza­ków, wypro­wa­dza nas razem. Możemy się dotknąć. Zasta­na­wiam się, czy Eo mnie opluje, czy będzie prze­kli­nała moją bez­sil­ność, ale ona tylko łapie mnie za palce i przy­suwa usta do moich ust.

- Dar­row...

Muska war­gami moje ucho. Jej oddech jest cie­pły, wargi spierzch­nięte i drżące. Obej­muje mnie - deli­katna mała dziew­czynka, kłę­bek drutu oble­czony w bladą skórę. Trzę­sie się, kolana się pod nią ugi­nają. Cie­pło, które widzia­łem malu­jące się na jej twa­rzy, kiedy oglą­da­li­śmy wschód słońca, znik­nęło, roz­myło się jak wybla­kłe wspo­mnie­nie. Nie­wiele jed­nak widzę poza jej oczami i wło­sami. Obej­muję ją ramio­nami i sły­szę pomruk zebra­nego na Bło­niach tłumu. Nasi naj­bliżsi i człon­ko­wie naszego klanu patrzą na nas, gdy sta­jemy na skraju pod­wyż­sze­nia z szu­bie­nicą, gdzie mają nas wychło­stać. Pod ich wzro­kiem, w żół­ta­wym świe­tle lamp, czuję się jak dziecko.

Jak we śnie Eo mówi mi, że mnie kocha. Jej dłoń błą­dzi po mojej ręce, ale w jej spoj­rze­niu widzę coś dziw­nego. Powinni ją tylko wychło­stać, tym­cza­sem w jej sło­wach pobrzmiewa jakaś osta­teczna nuta; oczy ma smutne, choć nie zalęk­nione.

Ona się ze mną żegna. Kosz­mar zakrada mi się do serca, mam wra­że­nie, jakby ktoś prze­cią­gał mi gwoź­dziem po krę­go­słu­pie.

- Zerwij kaj­dany, naj­droż­szy - wyszep­tuje mi do ucha jak epi­gram.

Ktoś łapie mnie za włosy i odciąga od niej. Łzy płyną jej po twa­rzy. Są prze­zna­czone dla mnie, na razie jed­nak nie rozu­miem dla­czego. Nie mogę zebrać myśli. Świat pływa mi przed oczami. Tonę. Szorst­kie ręce popy­chają mnie na kolana, znów pod­ry­wają na nogi. Ni­gdy jesz­cze nie sły­sza­łem, żeby nad Bło­niami zale­gła taka cisza. Nad tłu­mem nie­sie się szu­ra­nie stóp moich prze­śla­dow­ców.

Bla­szaki ubie­rają mnie w pie­kar­nik, strój pie­kło­nurka. Zna­jomy gry­zący odór każe mi myśleć, że jestem bez­pieczny; że panuję nad sytu­acją. To nie­prawda. Odcią­gają mnie od Eo na sam śro­dek Błoń i rzu­cają na zie­mię obok pod­wyż­sze­nia. Meta­lowe schody są zapla­mione i pordze­wiałe. Łapię się ich obiema rękami i pod­no­szę wzrok na szu­bie­nicę. Na pode­ście czeka na mnie dwu­dzie­stu czte­rech bry­ga­dzi­stów z rze­mie­niami w rękach.

- Ach, przy­ja­ciele! - wykrzy­kuje zarządca Pod­gi­nus. - Jakąż zgrozą napa­wają nas takie chwile! - Unosi się nade mną w powie­trzu, jego mie­dziane gra­wi­Buty buczą gło­śno. - Jak dra­ma­tycz­nie naprę­żają się łączące nas więzy, gdy ktoś posta­na­wia zła­mać prawo chro­niące nas wszyst­kich. Nawet naj­młodsi z nas, nawet naj­lepsi muszą prze­strze­gać prawa! Dbać o porzą­dek! Bez nich byli­by­śmy zwie­rzę­tami! Bez posłu­szeń­stwa, bez dys­cy­pliny nie byłoby kolo­nii, te nie­liczne zaś, które ist­nieją, zosta­łyby roz­darte na strzępy! Czło­wiek byłby ska­zany na pozo­sta­nie na Ziemi i po kres cza­sów musiałby się taplać w ziem­skim bajo­rze. Jed­nakże ład! Dys­cy­plina! Prawo! To one wzmac­niają rodzaj ludzki! Niech będzie prze­klęty ten, kto je naru­sza!

Prze­ma­wia z więk­szą swadą niż zwy­kle. Pró­buje komuś zaim­po­no­wać swoim inte­lek­tem. Odry­wam wzrok od scho­dów, patrzę wyżej i napo­ty­kam widok, jakiego nie spo­dzie­wa­łem się ni­gdy ujrzeć na wła­sne oczy. To Złoty. Oczy mnie pieką, kiedy na niego patrzę i chłonę pro­mien­ność jego wło­sów i Pie­częci. W ponu­rym oto­cze­niu wydaje mi się, że tak muszą wyglą­dać anio­ło­wie: oble­czony w złoto i czerń, otu­lony słoń­cem, z ryczą­cym lwem na piersi.

Twarz ma star­szą, surową, prze­peł­nioną mocą. Zacze­sane do tyłu włosy lśnią. Ani uśmiech, ani nie­chętny gry­mas nie zna­czą jego ust. Nie widzę żad­nych zmarsz­czek, ma tylko poje­dyn­czą bli­znę na pra­wym policzku.

Nauczy­łem się z hP, że takie bli­zny noszą wyłącz­nie naj­lepsi spo­śród Zło­tych: Nie­zrów­nani Nazna­czeni, tak się nazywa absol­wen­tów Insty­tutu, gdzie naucza się sekre­tów, które pew­nego dnia pozwolą ludz­ko­ści sko­lo­ni­zo­wać wszyst­kie pla­nety Układu Sło­necz­nego.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rozdział 1. Piekłonurek

1

Pie­kło­nu­rek

Pierw­sze, co powin­ni­ście o mnie wie­dzieć, to to, że jestem synem mojego ojca. I gdy po niego przy­szli, zro­bi­łem tak, jak pro­sił. Nie pła­ka­łem, kiedy Wspól­nota trans­mi­to­wała jego aresz­to­wa­nie. Nie pła­ka­łem, kiedy sta­nął przed try­bu­na­łem Zło­tych ani kiedy Sza­rzy go powie­sili. Matka mnie za to ude­rzyła. To Kie­ran, mój brat, miał być tym opa­no­wa­nym. Był ode mnie star­szy. To ja mia­łem pła­kać, a tym­cza­sem to Kie­ran beczał jak dziew­czyna, kiedy Mała Eo wsu­nęła kwiat heman­tusa do lewego buta ojca, po czym czmych­nęła z powro­tem do swo­ich bli­skich. Obok mnie Leanna, moja sio­stra, lamen­to­wała cicho. A ja tylko patrzy­łem i żało­wa­łem, że ojciec zmarł, tań­cząc, lecz bez swo­ich butów do tańca.

Na Mar­sie cią­że­nie jest mizerne, trzeba wisielca szarp­nąć za stopy, żeby zła­mać mu kark. Pozwa­lają to zro­bić jego naj­bliż­szym.

***

W pie­kar­niku czuję wła­sny smród. Kom­bi­ne­zon ter­miczny jest zro­biony z jakie­goś nano­Pla­stu i dokład­nie tak gorący, jak suge­ruje to jego potoczna nazwa. Obleka mnie szczel­nie od stóp do głów. Nic nie prze­do­staje się do środka, nic nie wycho­dzi na zewnątrz. A już z pew­no­ścią nie gorąc. Naj­gor­sze, że nie można otrzeć potu, który zalewa oczy. Pie­cze par­szy­wie, kiedy prze­siąka opa­skę na gło­wie i ścieka w dół, aż do pięt. Do tego docho­dzi smród moczu - a lać się chce, bo czło­wiek wciąga mnó­stwo wody przez rurkę do picia. Można by pew­nie zain­sta­lo­wać w pie­kar­niku cew­nik, ale wolimy śmier­dzieć.

Sam w głę­bo­kim tunelu, sły­szę w słu­chawce plot­ku­ją­cych gór­ni­ków z mojego klanu. Sie­dzę na szczy­cie świ­droSz­ponu, maszyny zbu­do­wa­nej na kształt gigan­tycz­nej meta­lo­wej łapy, która wgryza się w zie­mię. Ste­ruję jej roz­ta­pia­ją­cymi skałę pal­cami z wyście­ła­nego fotela umiesz­czo­nego na górze kadłuba, mniej wię­cej w miej­scu, w któ­rym powi­nien się znaj­do­wać staw łok­ciowy. Ręka­wice ste­row­ni­cze pozwa­lają mi kie­ro­wać mac­ko­wa­tymi świ­drami pra­cu­ją­cymi dzie­więć­dzie­siąt metrów poni­żej mojego sta­no­wi­ska. Mówi się, że palce pie­kło­nurka muszą być szyb­kie jak jęzory pło­mieni. Moje są szyb­sze.

Mimo gło­sów w uchu jestem w tunelu sam. Moje ist­nie­nie spro­wa­dza się do wibra­cji maszy­ne­rii, echa wła­snego odde­chu i upału tak gęstego i obrzy­dli­wego, jakby otu­lała mnie gruba koł­dra nasą­czona gorą­cymi szczy­nami.

Nowa struga potu prze­dziera się przez zawią­zaną na czole szkar­łatną opa­skę i spływa do oczu. Pali jak ogień. Od potu oczy przy­bie­rają inten­sywny czer­wony kolor, nie­wiele róż­niący się od rdza­wego odcie­nia moich wło­sów. Daw­niej pró­bo­wa­łem odru­chowo ocie­rać czoło, ale tylko darem­nie dra­pa­łem pal­cami po prze­zro­czy­stej osło­nie twa­rzy. Mimo to znów mam ochotę to zro­bić. Minęły trzy lata, a łasko­ta­nie i pie­cze­nie potu w oczach wciąż jest dla mnie udręką.

Wokół mojego fotela ściany tunelu pła­wią się w siar­ko­wo­żół­tym świe­tle pier­ście­nia lamp. Zadzie­ram głowę: świa­tło sięga nie­zbyt daleko w górę, w głąb wąskiego pio­no­wego szybu, jaki dziś wyry­łem. Bez­cenny hel-3 lśni jak roz­to­pione sre­bro, ja jed­nak wpa­truję się w cie­nie, szu­kam w nich żmij jaski­nio­wych, które wiją się w ciem­no­ściach w poszu­ki­wa­niu cie­pła mojej maszyny. Potra­fią się też wgryźć w kom­bi­ne­zon, prze­bić powłokę ochronną, a potem w naj­cie­plej­szym miej­scu, jakie znajdą - naj­czę­ściej w twoim brzu­chu - zło­żyć jaja. Prze­ży­łem takie uką­sze­nie. Wciąż cza­sem śni mi się ten stwór, czarny i ośli­zły jak struga ropy. Doro­sła żmija jaski­niowa może być gruba jak męskie udo i długa jak trzech ludzi posta­wio­nych jeden na dru­gim, ale my bar­dziej oba­wiamy się mło­dych oka­zów, które nie nauczyły się jesz­cze gospo­da­ro­wać jadem. Są podobne do mnie: ich przod­ko­wie rów­nież przy­byli z Ziemi, a potem prze­szli prze­mianę w głę­bo­kich mar­sjań­skich tune­lach.

W tune­lach jest tro­chę upior­nie. Bar­dzo samot­nie. Poza hur­go­tem świ­dra sły­szę głosy przy­ja­ciół. Wszy­scy są ode mnie starsi. Nie widzę ich jed­nak, zawie­szo­nych w ciem­no­ściach pół kilo­me­tra nad moją głową. Pra­cują wysoko, bli­sko wlotu wydrą­żo­nego przeze mnie tunelu; zwie­szają się przy ścia­nach na linach z kotwicz­kami i pozy­skują hel-3 z pomniej­szych żył. Metro­wej dłu­go­ści świ­drami wże­rają się w skałę. Ich robota wymaga obłą­kań­czej zręcz­no­ści i koor­dy­na­cji, ale to ja zara­biam na chleb dla nas wszyst­kich. Jestem pie­kło­nur­kiem, a do tego potrzeba spe­cy­ficz­nych pre­dys­po­zy­cji. Nikt nie pamięta młod­szego pie­kło­nurka ode mnie.

Od trzech lat pra­cuję w kopalni. Zaczyna się w wieku trzy­na­stu lat: możesz ruchać, to możesz i wier­cić. Tak przy­naj­mniej mawiał stryj Narol. Tylko że ja oże­ni­łem się dopiero przed sze­ścioma mie­sią­cami, więc nie wiem, dla­czego tak mówił.

Eo tań­czy w moich myślach, kiedy spo­glą­dam na wyświe­tlacz i pal­cami świ­droSz­ponu obej­muję nową żyłę. Eo. Cza­sem trudno mi o niej myśleć ina­czej niż jak o zapa­mię­ta­nej z dzie­ciń­stwa dziew­czynce.

Mała Eo: mikru­ska z burzą rudych wło­sów. Wła­ści­wie nawet nie rudych, raczej rdza­wo­czer­wo­nych jak skała wokół mnie. Jak nasz dom. Jak Mars. Ona też ma szes­na­ście lat. Może i jest do mnie podobna - pocho­dzi z klanu Czer­wo­nych gór­ni­ków miłu­ją­cych taniec, śpiew i zie­mię - ale spra­wia wra­że­nie, jakby była utkana z powie­trza, stwo­rzona z eteru sca­la­ją­cego pat­chwork gwiazd.

Ni­gdy nie widzia­łem gwiazd. Czer­woni z gór­ni­czych kolo­nii nie oglą­dają gwiazd.

Mała Eo. Chcieli wydać ją za mąż, kiedy skoń­czyła czter­na­ście lat, tak jak to się robi z wszyst­kimi dziew­czy­nami z kla­nów. Ona jed­nak wolała nie­do­ja­dać i cze­kać, aż skoń­czę szes­na­ście lat i osią­gnę ślu­bo­Wiek, zanim dała sobie obwią­zać palec sznu­recz­kiem. Ponoć od dziecka wie­działa, że się pobie­rzemy. Ja nie wie­dzia­łem.

- Stop. Stop. Stop! - sły­szę ostry głos stryja. - Przy­ha­muj, Dar­row.

Moje palce nie­ru­cho­mieją. Narol jest na górze, razem ze wszyst­kimi. Obser­wuje moje postępy na wyświe­tla­czu w heł­mie.

- A co, pali się? - pytam. Nie lubię, kiedy mi się prze­szka­dza.

- Mały pie­kło­nu­rek pyta, czy się pali. - Stary Bar­low par­ska śmie­chem.

- Jesz­cze nie, ale mamy tu bąbel gazu - wyja­śnia Narol. Jest bry­ga­dzi­stą naszego liczą­cego ponad dwie­ście osób zespołu. - Cze­kaj. Wezwę ska­nE­kipę, niech to zba­dają, zanim wysa­dzisz nas wszyst­kich w dia­bły.

- Mówisz o tym pur­chlu? - upew­niam się. - To maleń­stwo. Dam sobie radę.

- Rok w tej robo­cie i już mu się wydaje, że umie głowę od dupy odróż­nić! - wtrąca oschłym tonem Bar­low. - Wspo­mnij słowa naszego Zło­tego przy­wódcy, młody: cier­pli­wość i posłu­szeń­stwo. Odwaga powinna iść w parze z cier­pli­wo­ścią, a czło­wie­czeń­stwo z posłu­szeń­stwem. Słu­chaj star­szych.

Prze­wra­cam oczami, sły­sząc te mądro­ści. Gdyby starsi potra­fili to, co ja, może słu­cha­nie ich mia­łoby jakiś sens. Oni jed­nak są powolni w ruchach i ospali umy­słowo i chwi­lami odno­szę wra­że­nie, że chcie­liby, żebym był taki sam. Zwłasz­cza mój stryj.

- Świet­nie mi idzie - mówię. - Jeżeli mar­twi­cie się gazem, mogę zesko­czyć i zeska­no­wać teren ręcz­nie. Pro­sta sprawa. I szybka.

Zale­cają roz­wagę, tak jakby kie­dy­kol­wiek im się na coś zdała. Od wie­ków nie zdo­by­li­śmy Waw­rzynu.

- Chcesz, żeby Eo została wdową? - Bar­low się śmieje, trza­ski zakłó­ceń znie­kształ­cają jego głos. - Mnie to nie prze­szka­dza. Ślicz­notka z niej. Wierć sobie tam do woli, a ją zostaw mnie. Może i jestem stary i gruby, ale świ­der mam nie od parady.

Odpo­wiada mu chó­ralny wybuch śmie­chu dwu­stu gór­ni­ków nad moją głową. Bie­leją mi knyk­cie zaci­śnię­tych na ste­rach pal­ców.

- Słu­chaj stryja, Dar­row - wtrąca mój brat, Kie­ran. - Wyco­faj się, pocze­kamy na pomiary. - Jest ode mnie trzy lata star­szy i zacho­wuje się, jakby pozja­dał wszyst­kie rozumy. Że niby wie wię­cej. A tak naprawdę jest tylko do prze­sady ostrożny. - Nie ma pośpie­chu.

- Nie ma pośpie­chu?! - wście­kam się. - Prze­cież to potrwa kilka godzin! - W tej kwe­stii wszy­scy są prze­ciwko mnie. Nie mają racji, są powolni i nie poj­mują, że jeden śmiały ruch dzieli nas od Waw­rzynu. Co gor­sza, nie wie­rzą we mnie. - Tchórz z cie­bie, Narol.

Odpo­wiada mi cisza.

Nazwa­nie męż­czy­zny tchó­rzem nie jest naj­lep­szym spo­so­bem na zapew­nie­nie sobie jego życz­li­wo­ści. Nie powi­nie­nem był tak mówić.

- Pro­po­nuję, żebyś sam zro­bił skan - skrze­czy Loran, syn Narola i mój kuzyn. - Bo jak nie, to Gammy znów zgarną Waw­rzyn, już chyba setny raz.

Waw­rzyn. Dwa­dzie­ścia cztery klany w kolo­nii gór­ni­czej Lykos, jeden Waw­rzyn na kwar­tał. To wię­cej jedze­nia, niż dasz radę prze­jeść. To wię­cej szlu­gów. To impor­to­wane z Ziemi koł­dry. To bursz­ty­nowa gorzała opa­trzona zna­kiem jako­ści Wspól­noty. To zwy­cię­stwo. Gammy zdo­by­wają Waw­rzyn od nie­pa­mięt­nych cza­sów. Innym, gor­szym kla­nom pozo­staje wypeł­nia­nie Normy, w zamian za co dosta­jemy w sam raz tyle, żeby nie zdech­nąć z głodu. Eo mówi, że Waw­rzyn to mar­chewka pod­su­wana nam przez Wspól­notę i zawsze zawie­szona tuż poza naszym zasię­giem, bli­sko, ale zara­zem dosta­tecz­nie daleko, żeby­śmy nie zapo­mnieli, jak nisko się znaj­du­jemy i jak nie­wiele możemy na to pora­dzić. Powin­ni­śmy być pio­nie­rami, Eo nazywa nas nie­wol­ni­kami, a ja uwa­żam, że za słabo się sta­ramy. Przez naszych star­ców ni­gdy nie podej­mu­jemy praw­dzi­wego ryzyka.

- Prze­stań już z tym Waw­rzy­nem, Loran - bur­czy stryj Narol. - Jak gaz wybuch­nie, to już do końca świata nie zdo­bę­dziemy żad­nych par­szy­wych Waw­rzy­nów.

Prze­ciąga zgło­ski, nawet przez radio nie­mal wyczu­wam bijący od niego smród gorzały. Chce wezwać ekipę pomia­rową, żeby chro­nić wła­sny tyłek. Albo się boi. Led­wie się pija­czyna uro­dził, a od razu pew­nie zlał się ze stra­chu. Co go tak prze­raża? Nasi władcy, Złoci? Ich słu­gusy, Sza­rzy? Kto to wie? Mało kto. Kogo to obcho­dzi? Pra­wie nikogo. Prawdę powie­dziaw­szy, tylko jeden czło­wiek kie­dy­kol­wiek przej­mo­wał się losem Narola. Zgi­nął, kiedy Narol uwie­sił mu się na sto­pach.

Stryj jest sła­bym czło­wie­kiem, stra­chli­wym i nie­umiar­ko­wa­nym w piciu cie­niem mojego ojca. Leni­wie, z wyraź­nym wysił­kiem mruga powie­kami, jakby bolało go otwie­ra­nie oczu i oglą­da­nie świata po raz kolejny. Nie ufam mu tutaj na dole, w kopalni, podob­nie zresztą jak wszę­dzie indziej. Ale matka każe mi go słu­chać, upo­mina mnie, żebym sza­no­wał star­szych. Mimo że mam już żonę i jestem w naszym kla­nie pie­kło­nur­kiem, stale mi powta­rza, że "moje bąble jesz­cze nie stward­niały w odci­ski". Słu­cham jej, cho­ciaż iry­tuje mnie nie mniej niż ście­ka­jący po twa­rzy pot.

- W porządku - mru­czę.

Zaci­skam świ­droSz­pon w pięść i cze­kam, aż stryj - sie­dzący bez­piecz­nie w komo­rze ponad tune­lem - wezwie ska­nE­kipę. To potrwa. Liczę: osiem godzin do faj­rantu. Jeżeli mie­li­by­śmy poko­nać Gammy, musiał­bym od tej pory trzy­mać tempo sto pięć­dzie­siąt sześć i pół kilo na godzinę. Ska­nE­kipa będzie potrze­bo­wała dwóch i pół godziny, żeby się tu zja­wić i zro­bić swoje. Co naj­mniej. To zna­czy, że póź­niej będę musiał pom­po­wać dwie­ście dwa­dzie­ścia sie­dem i sześć dzie­sią­tych kilo­gra­mów na godzinę. Nie­wy­ko­nalne. Za to jeśli teraz nie prze­rwę roboty - chrza­nić ten uciąż­liwy skan - wygramy.

Cie­kaw jestem, czy stryj i Bar­low wie­dzą, jak nie­wiele nam bra­kuje. Pew­nie tak. I praw­do­po­dob­nie są zda­nia, że nic nie jest warte takiego ryzyka; że boska inter­wen­cja schrza­niła nasze szanse. Gammy mają Waw­rzyn, tak już jest i tak będzie zawsze. Nam, Lamb­dom, pozo­staje licha egzy­sten­cja, marna strawa i żało­śnie skromne wygody. Nie awan­su­jemy i nie upa­damy. Nie warto ryzy­ko­wać, żeby zmie­nić hie­rar­chię. Mój ojciec zna­lazł tę prawdę na końcu wisiel­czego sznura.

Nie warto ryzy­ko­wać życia. Czuję na piersi muśnię­cie ślub­nej obrączki z kosmyka wło­sów Eo i skrawka jedwa­biu, zawie­szo­nej na sznurku na szyi. Przy­po­mi­nam sobie wysta­jące żebra Eo. Jej szczu­płość staje się coraz wyraź­niej­sza, wię­cej szcze­gó­łów rysuje się pod skórą. Pój­dzie pro­sić rodziny Gamm o resztki jedze­nia. Zrobi to za moimi ple­cami, a ja udam, że o niczym nie wiem. Mimo to będziemy cho­dzić głodni. Jem za dużo, bo mam szes­na­ście lat i jesz­cze rosnę. A Eo kła­mie, kiedy twier­dzi, że ni­gdy nie miała wiel­kiego ape­tytu. Nie­które kobiety sprze­dają się za jedze­nie i używki Bla­sza­kom, czyli Sza­rym żoł­nie­rzom z gar­ni­zonu sta­cjo­nu­ją­cego w naszej małej kolo­nii. Eo nie kup­czy­łaby swoim cia­łem, żeby mnie nakar­mić... Czy na pewno? Zasta­na­wiam się nad tym. Ja bym zro­bił wszystko, żeby nie gło­do­wała.

Spo­glą­dam w dół ponad kra­wę­dzią Szponu: nic, tylko sto­piona skała i syczące wier­tła. Upa­dek na dno wyko­pa­nej przeze mnie dziury byłby długi. Zanim orien­tuję się, co jest grane, wypi­nam się z pasów, łapię ska­ner i ska­czę sto metrów w dół na spo­tka­nie ryją­cych w ziemi pal­ców. Odbi­jam się nogami na prze­mian od pio­no­wej ściany szybu i wibru­ją­cego podłuż­nego ciel­ska maszyny, żeby spo­wol­nić lot. Rzu­cam okiem, czy nie ma w pobliżu gniazda żmij, i jedną ręką łapię się wysta­ją­cej zębatki tuż powy­żej palu­chów świ­droSz­ponu. Dzie­sięć roz­pa­lo­nych wier­teł jarzy się słabą poświatą, powie­trze drży i znie­kształca obraz. Czuję ten gorąc na twa­rzy, dźga mnie w oczy, przy­pra­wia o ból brzu­cha i jąder. Drobna nie­ostroż­ność i wier­tła mogą czło­wie­kowi sto­pić kości. Ja nie jestem ostrożny. Jestem za to zwinny.

Scho­dzę niżej, opusz­czam się na rękach pomię­dzy palce machiny, żeby zna­leźć się jak naj­ni­żej, zanim spró­buję użyć ska­nera. To błąd. Żar jest nie do znie­sie­nia. Sły­szę nawo­ły­wa­nia w słu­chawce. Nie­wiele bra­kuje, żebym otarł się o wier­tło, zanim wresz­cie udaje mi się zejść bli­sko bąbla gazu. Ekran ska­nera migo­cze, auto­mat doko­nuje odczytu. Mój kom­bi­ne­zon zaczyna się goto­wać, czuję gry­zącą, słod­kawą woń, jakby przy­pa­lo­nego syropu. Dla pie­kło­nurka to zapach śmierci.

Rozdział 2. Miasteczko

2

Mia­steczko

Pie­kar­nik nie radzi sobie z tym żarem, zewnętrzna war­stwa już pra­wie prze­to­piła się na wylot, nie­długo puści także wewnętrzna. Na szczę­ście ska­ner wresz­cie miga na srebrno: mam to, po co zsze­dłem. Nie­wiele bra­ko­wało, żebym prze­ga­pił ten moment. Ze zgrozą, drę­czony zawro­tami głowy, łapię się cze­goś i pod­cią­gam wyżej, byle dalej od wier­teł. Prze­kła­dam ręce jedna nad drugą i wspi­nam się szybko, jak naj­szyb­ciej, z dala od tego gorąca. Nagle czuję opór: stopa zakli­no­wała mi się pod zębatką jed­nego z pal­ców maszyny. W panice zapiera mi dech. Zaczy­nam się bać. Pode­szwa buta topi się na moich oczach: pierw­sza war­stwa spływa, druga zaczyna wrzeć. Trze­cia w kolej­no­ści będzie moja skóra.

Zmu­szam się do głę­bo­kiego wde­chu i dła­wię wzbie­ra­jący w gar­dle krzyk. Przy­po­mi­nam sobie, że prze­cież mam ostrze. Z pochwy na ple­cach wycią­gam sier­pak. Okrut­nie zakrzy­wiony nóż jest długi jak moja noga. Służy do odci­na­nia i kau­te­ry­za­cji koń­czyn zaplą­ta­nych w tryby maszy­ne­rii, w takiej wła­śnie sytu­acji jak moja. Więk­szość ludzi wpada w tym momen­cie w panikę, dla­tego paskudna pół­księ­ży­co­wata broń musi dzia­łać nie­za­wod­nie nawet w nie­po­rad­nych rękach. Może i prze­peł­nia mnie zgroza, ale na pewno nie jestem nie­po­radny. Tnę trzy razy - po nano­Pla­ście, nie po ciele. Po trze­cim cię­ciu się­gam ręką w dół i szarp­nię­ciem uwal­niam stopę. Przy tej oka­zji ocie­ram się knyk­ciami o wier­tło. Palący ból prze­szywa mi dłoń. Śmier­dzi palo­nym cia­łem, ale ja już jestem daleko i wspi­nam się coraz wyżej, coraz dalej od pie­kiel­nej spie­koty, wra­cam na swój fotel - i przez cały czas się śmieję. Chce mi się pła­kać.

Stryj miał rację, a ja się myli­łem, ale niech mnie dia­bli wezmą, jeśli kie­dy­kol­wiek się do tego przy­znam.

- Idiota. - To naj­życz­liw­szy z jego komen­ta­rzy.

- To było wariac­two! - wykrzy­kuje Loran. - Par­szywe wariac­two!

- Mini­malna ilość gazu - potwier­dzam. - Wiercę dalej, stryju.

Kiedy roz­brzmiewa gwiz­dek na faj­rant, trans­por­tery zabie­rają mój uro­bek. Wstaję z fotela, zosta­wiam świ­droSz­pon na noc w prze­past­nej dziu­rze i zaci­skam zmę­czoną rękę na linie, którą moi ludzie zrzu­cają w głąb kilo­me­tro­wego szybu. Nie bacząc na sączące się opa­rze­nie na wierz­chu dłoni, posu­wam się w górę liny, aż wydo­staję się na górę. Idę z Kie­ra­nem i Lora­nem do naj­bliż­szej gra­Windy. Żółte lampy zwie­szają się z sufitu jak pająki.

Kiedy docie­ramy na pro­sto­kątną plat­formę gra­Windy, cały mój klan i trzy­sta Gamm zdą­żyło już zaha­czyć sto­pami od spodu o meta­lową barierkę. Uni­kam stryja, który pra­wie pieni się z wście­kło­ści, ale zali­czam kil­ka­dzie­siąt klep­nięć po ple­cach za swój wyczyn. Mło­dzi, tacy jak ja, myślą, że zdo­by­li­śmy Waw­rzyn. Znają mój mie­sięczny uro­bek helu-3 i wie­dzą, że jest wyż­szy niż u Gamm. Stare balasy mam­ro­czą pod nosem i nazy­wają nas głup­cami. Cho­wam popa­rzoną dłoń, wsu­wam stopy pod barierkę.

Cią­że­nie się zmie­nia, gra­Winda wystrze­li­wuje w górę. Jakiś leszcz z klanu Gamma, który ma nie­spełna tydzień rdzy za paznok­ciami, zapo­mniał się zaha­czyć o barierkę i zawisa w powie­trzu. Winda pędzi sześć kilo­me­trów pio­nowo w górę. Strzela mi w uszach.

- Mamy tu lata­jący balas z Gammy - zwraca się Bar­low do Lambd i wybu­cha śmie­chem.

To małost­kowe, ale zawsze miło widzieć, jak Gammy coś schrza­nią. Dzięki Waw­rzy­nom dostają wię­cej jedze­nia, szlu­gów i w ogóle wszyst­kiego. My możemy tylko nimi pogar­dzać. I chyba tak wła­śnie powinno być. Cie­kawe, czy teraz to oni będą gar­dzić nami.

Co za dużo, to nie­zdrowo. Łapię mało­lata za rdza­wo­czer­wony kom­bi­ne­zon i ścią­gam go na pod­łogę. Mało­lat, śmie­chu warte. Jest naj­wy­żej trzy lata młod­szy ode mnie. Jest też śmier­tel­nie zmę­czony, ale na widok krwi­stej czer­wieni mojego pie­kar­nika sztyw­nieje, odwraca wzrok... i jako jedyny dostrzega opa­rze­nie na mojej dłoni. Mru­gam do niego i mam wra­że­nie, że wła­śnie zesrał się w pie­kar­nik. Każ­demu się zda­rza. Pamię­tam swoje pierw­sze spo­tka­nie z pie­kło­nur­kiem. Wtedy wydał mi się bogiem.

Dziś już nie żyje.

Na górze, w punk­cie prze­siad­ko­wym - prze­past­nej sza­rej komo­rze z betonu i metalu - zdej­mu­jemy hełmy i chło­niemy świeże, chłodne powie­trze świata nie­skoń­cze­nie odle­głego od roz­ta­pia­ją­cych skałę wier­teł. Od naszego potu jaski­nia szybko zaczyna śmier­dzieć jak sracz. W oddali widać świa­tła: to sygnał, żeby nie zbli­żać się do torów pociągu magne­tycz­nego po dru­giej stro­nie komory.

Nie­równa kolumna rdza­wych pie­kar­ni­ków rusza w stronę pociągu. Nie mie­szamy się z Gam­mami: połowa z nas ma wyma­lo­wane czer­woną farbą na ple­cach wiel­kie L jak "Lambda", połowa trzcinę, sym­bol Gamm. Do tego dwaj szkar­łatni bry­ga­dzi­ści. I dwaj czer­woni jak krew pie­kło­nur­ko­wie.

Oddział Bla­sza­ków mie­rzy nas wzro­kiem, gdy tak drep­czemy po wydep­ta­nej beto­no­wej posadzce. Duro­Zbroje Sza­rych są pospo­lite, zno­szone, rów­nie nie­chlujne jak ich fry­zury. Zatrzy­ma­łyby pchnię­cie noża, może nawet sztych ostrza jono­wego, ale nóż impul­sowy albo brzy­twa cię­łyby je jak papier. Jed­nak taką broń widu­jemy tylko w holo­Puszce. Sza­rym nie chce się nawet urzą­dzać pokazu siły, nie się­gają po zawie­szone u pasa grom­niki. Wie­dzą, że nie będą musieli ich użyć.

Posłu­szeń­stwo jest naj­wyż­szą cnotą.

Dan Paskuda - kapi­tan Sza­rych, ośli­zły skur­wiel - rzuca we mnie kamy­kiem. Skórę ma pociem­niałą od słońca. Włosy, szare jak u wszyst­kich z jego Koloru, w rzad­kich strą­kach opa­dają mu na oczy: dwie kostki lodu obto­czone w popiele. Pie­czę­cie jego Koloru - szare, kan­cia­ste, sty­li­zo­wane cyfry 4 z kil­koma pozio­mymi bel­kami - wid­nieją na jego dło­niach i nad­garst­kach. Okrutny i surowy, jak wszy­scy Sza­rzy.

Podobno ścią­gnęli go z frontu w Eura­zji (gdzie­kol­wiek to jest) po tym, jak został inwa­lidą, a nie chcieli mu kupić nowej ręki. Dostał stary zamien­nik. Nie lubi, jak mu się o nim przy­po­mina - dla­tego bar­dzo dbam o to, żeby teraz zauwa­żył, jak obrzu­cam jego rękę zna­czą­cym spoj­rze­niem.

- Widzę, że mia­łeś eks­cy­tu­jący dzień, kocha­niutki. - Jego głos jest ciężki i zatę­chły jak powie­trze wewnątrz mojego pie­kar­nika. - Wielki z cie­bie boha­ter, nie, Dar­row? Zawsze wie­dzia­łem, że zosta­niesz boha­terem.

- Praw­dzi­wym boha­te­rem jesteś ty. - Ruchem głowy wska­zuję jego rękę.

- Pew­nie myślisz, że jesteś cwany, co?

- Gdzie tam, zwy­kły Czer­wony ze mnie.

Mruga do mnie poro­zu­mie­waw­czo.

- Pozdrów ode mnie swoją pta­szynę. Faj­niutka jest, w sam raz, żeby ją prze­świ­nić. - Obli­zuje zęby. - Dobrze mówię, Rdzawy?

- W życiu nie widzia­łem ptaka.

Poza hP.

- A to ci dopiero... - Par­ska śmie­chem. - Cze­kaj no, dokąd się wybie­rasz? - pyta, kiedy chcę odejść. - Nie powi­nie­neś pokło­nić się lep­szym od sie­bie?

I rży do swo­ich kum­pli.

Nie­zra­żony jego szy­der­stwem, kła­niam się nisko. Na ten widok mój stryj znie­sma­czony odwraca wzrok.

Zosta­wiamy Sza­rych za sobą. Nie prze­szka­dza mi kła­nia­nie się, ale gdy tylko trafi mi się oka­zja, naj­praw­do­po­dob­niej pode­rżnę gar­dło Danowi Pasku­dzie.

Rów­nie dobrze mógł­bym powie­dzieć, że polecę sobie dewa­sta­to­rem na Wenus, jeśli tylko naj­dzie mnie taka chęć.

- Hej, Dago! - woła Loran do pie­kło­nurka z klanu Gamma. - Dago! - Facet jest żywą legendą, inni przy nim to gwiazdy jed­nego sezonu. Mogę stać się lep­szy od niego. - Ile uko­pa­łeś?

Dago, który zamiast twa­rzy ma jasny pas sta­rej skóry z per­ma­nent­nym zna­czą­cym uśmiesz­kiem, zapala dłu­giego szluga i wydmu­chuje chmurę dymu.

- Nie wiem - odpo­wiada, prze­cią­ga­jąc słowa.

- No dalej, powiedz.

- Nie obcho­dzi mnie to. Goła liczba nic nie zna­czy, Lambdo.

- Aku­rat, nic nie zna­czy! Ile uko­pał przez tydzień? - woła Loran, kiedy paku­jemy się do pociągu.

Wszy­scy zapa­lają szlugi i cią­gną gorzałę, ale słu­chają z uwagą.

- Dzie­więć tysięcy osiem­set dwa­dzie­ścia jeden kilo - chełpi się jakiś Gamma.

Sły­sząc to, roz­pie­ram się wygod­nie i uśmie­cham. Młod­sze Lambdy wiwa­tują, star­szy­zna sie­dzi cicho, a ja zaczy­nam się zasta­na­wiać, co w tym mie­siącu Eo zrobi z cukrem. Ni­gdy wcze­śniej nie zapra­co­wa­li­śmy na cukier, co naj­wy­żej uda­wało nam się go wygrać w karty. Tak samo owoce. Podobno za Waw­rzyn dostaje się owoce. Eo pew­nie rozda je głod­nym dzie­ciom, żeby poka­zać Wspól­no­cie, że nie potrze­buje od niej żad­nych nagród. A ja? Ja bym wolał zjeść owoce i bawić się w poli­tykę z peł­nym żołąd­kiem. Ona jed­nak kocha idee, a ja nie kocham niczego poza nią.

- I tak nie wygra­cie - cedzi słowa Dago. Pociąg rusza. - Dar­row to szcze­niak, ale bystry. Wie, że mam rację. Dobrze mówię, Dar­row?

- Młody czy nie, tym razem sko­pię ci to pomarsz­czone dup­sko.

- Jesteś pewien?

- Jesz­cze jak. - Mru­gam do niego i posy­łam mu całusa. - Waw­rzyn jest nasz. Tym razem to wy przy­śle­cie swoje sio­stry do naszego mia­steczka po cukier.

Moi przy­ja­ciele śmieją się gło­śno i z ucie­chy kle­pią heł­mami po udach.

Dago przy­gląda mi się przez długą chwilę, w końcu zaciąga się dymem. Szlug roz­bły­skuje jasno i szybko się spala.

- To jesteś ty - mówi. W pół minuty ze szluga zostaje pusta sko­rupa.

***

Wysia­damy całą ekipą i lej­ko­wa­tym wej­ściem wci­skamy się do Myjni. Zimne, zatę­chłe wnę­trze pach­nie dokład­nie tym, czym jest: cia­sną meta­lową budą, gdzie tysiące męż­czyzn zdej­mują pie­kar­niki, w któ­rych przez kilka godzin pocili się i sikali, i idą wziąć powietrzny prysz­nic.

Roz­bie­ram się, nakła­dam jeden z naszych czep­ków i nago wcho­dzę do naj­bliż­szej prze­zro­czy­stej rury. W Myjni są takich kabin dzie­siątki, usta­wio­nych w rów­nych rzę­dach. Nie ma mowy o żad­nych tań­cach i fikoł­kach, jest tylko wspól­nota zmę­cze­nia i ciche kla­ska­nie dłoni o uda w ryt­mie wyzna­cza­nym przez szum prysz­ni­co­wych dysz.

Drzwi mojej rury zamy­kają się za mną z sykiem, tłu­miąc dźwięki muzyki. Z sil­nika dobiega zna­jome bucze­nie, kabina wibruje od zmiany ciśnie­nia i z gło­śnym rykiem bucha na mnie z góry potężny podmuch powie­trza nasy­co­nego czą­stecz­kami anty­bak­te­ryj­nymi. Zmywa ze mnie mar­twy naskó­rek i brud i spy­cha je do umiesz­czo­nego w dnie odpływu. To boli.

Potem roz­staję się z Kie­ra­nem i Lora­nem: idą na Bło­nia, żeby popić i potań­czyć w knaj­pach przed ofi­cjal­nym roz­po­czę­ciem tań­ców na Świę­cie Waw­rzynu. O pół­nocy Bla­szaki ogło­szą zwy­cięz­ców i zaczną wydzie­lać jedze­nie, a my, pra­cow­nicy dzien­nej zmiany, będziemy tań­czyć i wcze­śniej, i póź­niej.

Według legendy bóg Mars był ojcem łez oraz wro­giem tańca i lutni. Co do pierw­szego - pełna zgoda. Jed­nakże dla nas, miesz­kań­ców Lykos, jed­nej z pierw­szych pod­ziem­nych kolo­nii na Mar­sie, naj­waż­niej­sze są rodzina, taniec i śpiew. Dla­tego plu­jemy na tę legendę i two­rzymy wła­sne przy­na­leżne nam prawa. To jedyna forma oporu wobec rzą­dzą­cej nami Wspól­noty. Buduje naszą toż­sa­mość. Nikogo nie inte­re­suje, czy tań­czymy i śpie­wamy, byle­śmy posłusz­nie kopali. Byle­śmy przy­go­to­wy­wali pla­netę dla nich wszyst­kich. Aby­śmy jed­nak nie zapo­mnieli, gdzie nasze miej­sce, jed­nego tańca i jed­nej pie­śni zaka­zali nam pod karą śmierci.

Dla mojego ojca to był ostatni taniec w życiu. Ja widzia­łem go tylko raz, tak jak tylko raz sły­sza­łem tę pieśń. Nie rozu­mia­łem jej wtedy, byłem mały, nie wie­dzia­łem, o co cho­dzi z tymi odle­głymi doli­nami, mgłą, utra­co­nymi kochan­kami i żni­wia­rzem, który ma nas zapro­wa­dzić do naszego nie­wi­dzial­nego domu. Byłem mały i cie­kaw­ski, gdy śpie­wała ją kobieta, któ­rej syna powie­szono za kra­dzież jedze­nia. Wyrósłby na wyso­kiego chło­paka, ale stale nie­do­ja­dał i nie mógł oblec kości w ciało. Potem zmarła jego matka. Miesz­kańcy Lykos ode­grali dla nich Gasnący Tren, tra­giczne poże­gna­nie pole­ga­jące na ude­rza­niu pię­ścią w pierś coraz sła­biej i sła­biej, aż w końcu pię­ści prze­stają bić, tak jak wcze­śniej prze­stało bić serce, i wszy­scy się roz­cho­dzą.

Tam­tej nocy ten dźwięk mnie prze­śla­do­wał. Pła­ka­łem samot­nie w naszej małej kuchni i zacho­dzi­łem w głowę, dla­czego lamen­tuję wła­śnie teraz, skoro nie opła­ki­wa­łem ojca. Leżąc na zim­nej posadzce, usły­sza­łem ciche skro­ba­nie do drzwi. Kiedy je otwo­rzy­łem, nie było za nimi żywej duszy. Został tylko zło­żony w czer­wo­nym kurzu pączek heman­tusa i odci­ski drob­nych stóp Eo. Wtedy po raz drugi przy­nio­sła kwiaty po czy­jejś śmierci.

Ponie­waż śpiew i taniec mamy we krwi, nie powinno chyba dzi­wić, że to wła­śnie one pierw­szy raz uświa­do­miły mi, że kocham Eo. Nie Małą Eo, nie dziew­czynkę, którą była daw­niej, lecz Eo taką, jaka jest dziś. Ona twier­dzi, że kochała mnie już wcze­śniej, przed egze­ku­cją mojego ojca, ale dopiero w zady­mio­nej tawer­nie, kiedy śle­dzi­łem wir jej rudych wło­sów, ruch jej stóp do wtóru cytry i koły­sa­nie bio­der w ryt­mie bęb­nów, moje serce na moment prze­stało bić. Nie musiała krę­cić salt i gwiazd ani popi­sy­wać się nie­mą­drze, jak to mło­dzi mają w zwy­czaju. Poru­szała się z wdzię­kiem i dumą. Beze mnie nie chciała jeść. Ja bez niej nie chcia­łem żyć.

Wyśmia­łaby mnie, że tak mówię, ale jest duchem naszego ludu. Życie roz­dało nam marne karty. Musimy się poświę­cać dla dobra męż­czyzn i kobiet, któ­rych nie znamy. Musimy kopać, żeby przy­go­to­wać Marsa dla innych. Nie­któ­rzy z nas snują z tego powodu paskudne myśli, ale dobroć Eo, jej życz­li­wość, śmiech i nie­złom­ność to naj­lep­sze, co może zro­dzić dom taki jak nasz.

Szu­kam jej w mia­steczku, w któ­rym mieszka boczna linia naszej rodziny, nie­cały kilo­metr tune­lem od Błoń. To jedna z dwu­dzie­stu kilku osad roz­sia­nych wokół Błoń, sku­pi­sko domów wyku­tych w skal­nych ścia­nach daw­nej kopalni przy­wo­dzące na myśl psz­czele gniazdo. Kamień i zie­mia są naszymi sufi­tami, pod­ło­gami, naszym domem. Cały klan jest jedną wielką rodziną. Eo wycho­wała się w domu odle­głym o rzut kamie­niem od mojego. Jej bra­cia są mi braćmi. Jej ojciec zastę­puje mi ojca, któ­rego stra­ci­łem.

Pod skle­pie­niem jaskini bie­gnie masa splą­ta­nych prze­wo­dów elek­trycz­nych przy­po­mi­na­jąca gąszcz czarno-czer­wo­nych pną­czy. Zwie­sza­jące się z tego gąsz­czu lampy koły­szą się lekko w powie­wach z cen­tral­nego sys­temu napo­wie­trza­nia Błoń. W samym środku mia­steczka zawie­szona jest gigan­tyczna holo­Puszka, sze­ścienna skrzy­nia z ekra­nami na czte­rech bocz­nych ścia­nach. Część pik­seli się nie wyświe­tla, obraz jest wybla­kły i nie­wy­raźny, ale hP działa non stop, ni­gdy nie gaśnie. Nasze domy toną w bla­dej poświa­cie emi­to­wa­nego przez Wspól­notę prze­kazu wideo.

Mój rodzinny dom wykuto w skale na wyso­ko­ści stu metrów. Pro­wa­dzi do niego stroma ścieżka. Na wyż­sze poziomy mia­steczka można się rów­nież dostać za pomocą sys­temu lin i wie­lo­krąż­ków, ale uży­wają ich wyłącz­nie sta­rzy i cho­rzy - a jed­nych i dru­gich jest u nas nie­wielu.

W domu jest mało poko­jów, dopiero od nie­dawna dosta­li­śmy z Eo jeden na wła­sność. Kie­ran z rodziną zaj­mują dwa, moja matka z sio­strą dzielą ostatni, czwarty.

Wszyst­kie Lambdy w Lykos miesz­kają w naszym mia­steczku. Minutkę spa­ce­rem w jedną lub drugą stronę żyją nasi sąsie­dzi - Omegi i Epsi­lony. Wszy­scy jeste­śmy połą­czeni, wszy­scy poza Gam­mami. Gammy miesz­kają na Bło­niach, ponad tawer­nami, warsz­ta­tami, skle­pami z jedwa­biem i baza­rami. Twier­dzę ulo­ko­waną jesz­cze wyżej, bar­dzo bli­sko powierzchni naszego suro­wego świata, zaj­mują Bla­szaki. A na powierzchni znaj­dują się porty, przez które dostar­czana jest z Ziemi żyw­ność dla nas, porzu­co­nych pod powierzch­nią pio­nie­rów.

Obrazy daw­nych hero­icz­nych mozo­łów ludz­ko­ści ustę­pują w holo­Puszce miej­sca wizjom trium­fów Wspól­noty zilu­stro­wa­nym pod­nio­słą muzyką. Na ekra­nie pło­nie sym­bol Wspól­noty, wpi­sana w krąg złota pira­mida z wyra­sta­ją­cymi z jej boków trzema rów­no­le­głymi bel­kami. Głos Octa­vii au Lune, wie­ko­wej Suwe­renki, opo­wiada o zma­ga­niach czło­wieka z naturą pod­czas kolo­ni­za­cji pla­net i księ­ży­ców Układu.

- Od zara­nia dzie­jów rodzaj ludzki roz­dzie­rały walki ple­mienne. Histo­ria ludz­ko­ści jest histo­rią zma­gań, ofiar­no­ści, śmia­ło­ści do łama­nia natu­ral­nych gra­nic. Dziś jeste­śmy zjed­no­czeni mocą obo­wiązku i posłu­szeń­stwa, lecz nasza walka trwa. Od synów i córek wszyst­kich Kolo­rów po raz kolejny wymaga się poświę­ce­nia. Oto w naszej naj­wspa­nial­szej godzi­nie roz­sie­wamy nasze naj­lep­sze ziarna pośród gwiazd. Gdzie roz­kwit­niemy naj­wcze­śniej - na Wenus? Mer­ku­rym? Mar­sie? Na księ­ży­cach Nep­tuna i Jowi­sza?

W jej gło­sie brzmią uro­czy­ste nuty, kró­lew­ska twarz spo­gląda na nas z wyżyn hP, na wierz­chach dłoni mieni się sym­bol Zło­tych - skrzy­dlaty krąg z kropką w środku. Tylko jedna nie­do­sko­na­łość psuje jej złote obli­cze: długa pół­księ­ży­co­wata bli­zna na pra­wej kości policz­ko­wej. Jest piękna urodą okrut­nego ptaka dra­pież­nego.

- Wy, dzielni Czer­woni, mar­sjań­scy pio­nie­rzy, naj­sil­niejsi przed­sta­wi­ciele rodzaju ludz­kiego, poświę­ca­cie się w imię postępu i toru­je­cie drogę przy­szło­ści. Wasze życie i wasza krew są zaliczką na poczet przy­szłej nie­śmier­tel­no­ści naszej rasy, kiedy się­gniemy dalej niż Zie­mia i Księ­życ. Uda­li­ście się tam, gdzie inni nie mogli. Cier­pi­cie, żeby inni nie musieli. Oddaję wam hołd. Kocham was. Wydo­by­wany przez was hel-3 ma fun­da­men­talne zna­cze­nie dla pro­cesu ter­ra­for­mo­wa­nia. Nie­ba­wem powie­trze Czer­wo­nej Pla­nety sta­nie się zdatne do oddy­cha­nia, a jej zie­mia podatna na uprawę. Wkrótce dzięki wam, dziel­nym pio­nie­rom, któ­rzy przy­go­to­wu­je­cie Marsa dla nas, słab­szych Kolo­rów, będziemy mogli dołą­czyć do was pod nie­bem będą­cym dzie­łem waszej znoj­nej pracy. Zasłu­gu­je­cie na nasz naj­wyż­szy sza­cu­nek. Wasz pot i krew są pali­wem ter­ra­for­mo­wa­nia. Nie zapo­mi­naj­cie, śmiali pio­nie­rzy, że posłu­szeń­stwo jest naj­wyż­szą cnotą. Nade wszystko liczy się posłu­szeń­stwo, sza­cu­nek, poświę­ce­nie, hie­rar­chia...

W kuchni nikogo nie zastaję, ale sły­szę głos Eo dobie­ga­jący z sypialni:

- Zatrzy­maj się tam, gdzie jesteś! - woła przez zamknięte drzwi. - Pod żad­nym pozo­rem nie zaglą­daj do mnie!

- W porządku - mówię i nie­ru­cho­mieję.

Wycho­dzi po minu­cie, zaru­mie­niona i zmie­szana. Włosy ma splą­tane, przy­ku­rzone i okryte paję­czyną. Prze­cze­suję je pal­cami. Przy­szła pro­sto z Paję­czarni, gdzie zbiera się bio­Je­dwab.

- Nie byłaś w Myjni - zauwa­żam z uśmie­chem.

- Nie zdą­ży­łam. Musia­łam szybko zwi­nąć się z Paję­czarni, żeby coś ode­brać.

- A co takiego?

- Pamię­taj: nie dla­tego się ze mną oże­ni­łeś, że o wszyst­kim ci mówię - odpo­wiada ze słod­kim uśmie­chem. - I nie wchodź do pokoju.

Rzu­cam się do drzwi. Zastę­puje mi drogę, prze­pa­skę ściąga mi z czoła na oczy i głową napiera na moją pierś. Wybu­cham śmie­chem, popra­wiam prze­pa­skę, łapię Eo za ramiona i odsu­wam ją na odle­głość wypro­sto­wa­nych ramion, żeby móc spoj­rzeć jej w oczy.

- Bo co? - pytam, uno­sząc jedną brew.

W odpo­wie­dzi tylko z uśmie­chem prze­krzy­wia głowę. Odsu­wam się od meta­lo­wych drzwi. Potra­fię bez mru­gnię­cia okiem zanur­ko­wać w szy­bie peł­nym roz­to­pio­nej skały, ale nie­które sygnały ostrze­gaw­cze można zigno­ro­wać, a innych nie.

Eo wspina się na palce i cmoka mnie w czu­bek nosa.

- Grzeczny chłop­czyk, wie­dzia­łam, że łatwo dasz się wytre­so­wać. - Marsz­czy nos: zale­ciał ją zapach mojego opa­rze­nia. Nie pró­buje mnie utu­lić ani zru­gać, z led­wie uchwytną nutą zatro­ska­nia w gło­sie mówi tylko: - Kocham cię.

Wybiera sto­pione kawałki pie­kar­nika z rany, która sięga od knykci po prze­gub dłoni, po czym nakłada cia­sny opa­tru­nek z anty­bio­ty­kiem i neu­ro­nu­kle­iną.

- Skąd go masz? - pytam.

- Ja ci nie pra­wię kazań, ty nie pytasz, co jest grane.

Całuję ją w nos i sku­bię ple­cionkę z wło­sów, którą nosi na ser­decz­nym palcu. Moje włosy prze­mie­szane ze skraw­kami jedwa­biu: oto jej obrączka ślubna.

- Dziś wie­czo­rem mam dla cie­bie nie­spo­dziankę - oznaj­mia.

- A ja dla cie­bie - odpo­wia­dam, mając na myśli Waw­rzyn.

Nakła­dam jej swoją opa­skę na głowę jak koronę. Krzywi się, opa­ska jest wil­gotna.

- Prawdę mówiąc - odzywa się - mam dla cie­bie dwie nie­spo­dzianki, Dar­row. Szkoda, że nie wie­dzia­łeś wcze­śniej, mógł­byś mi przy­nieść kostkę cukru, saty­nowe prze­ście­ra­dło albo... może nawet kawę oprócz tego pierw­szego pre­zentu?

- Kawę! - Śmieję się. - Nie pomie­szało ci się coś? Za jaki Kolor wyszłaś za mąż?

- Z nurka nie ma żad­nego pożytku. - Wzdy­cha ciężko. - Żad­nego. Szur­nięty, uparty, poryw­czy...

- Zręczny? - pod­po­wia­dam z figlar­nym uśmie­chem i wsu­wam dłoń z boku pod jej spód­nicę.

- To rze­czy­wi­ście może być zaleta. - Uśmie­cha się i strąca moją rękę jak pająka. - Załóż ręka­wiczki, jeśli nie chcesz słu­chać bab­skiego wyrze­ka­nia. Twoja matka już wyszła.

Rozdział 3. Wawrzyn

3

Waw­rzyn

Trzy­ma­jąc się za ręce, idziemy wśród innych miesz­kań­ców naszego mia­steczka tune­lami pro­wa­dzą­cymi na Bło­nia. Mono­tonny głos Luny pły­nie z góry, z wysoka, nad­zwy­czaj sto­sow­nie w wypadku Zło­to­gło­wych (Aureu­sów, wedle ofi­cjal­nego nazew­nic­twa). W hP poka­zują maka­bryczne zdję­cia z zama­chu ter­ro­ry­stycz­nego: bomba zabiła Czer­woną ekipę gór­ni­czą i zespół Poma­rań­czo­wych tech­ni­ków. Oskarża się Synów Aresa. Na ekra­nie pło­nie ich dzi­waczny sym­bol, okrutny hełm ze sło­neczną koroną kol­ców na szczy­cie. Kolce ocie­kają krwią. Obrazy oka­le­czo­nych dzieci. Synów Aresa potę­pia się i nazywa dzi­kimi mor­der­cami i siew­cami cha­osu. Sza­rzy poli­cjanci i żoł­nie­rze uprzą­tają gruz. Obsy­dia­nowi żoł­nie­rze - jest ich dwoje, męż­czy­zna i kobieta, praw­dziwi olbrzymi, nie­mal dwa razy więksi ode mnie - do spółki ze zwin­nymi Żół­tymi medy­kami wyno­szą ran­nych.

W Lykos nie ma Synów Aresa, nie dotyka nas ich daremna wojna, a mimo to po raz kolejny ogła­sza się nagrodę za udzie­le­nie infor­ma­cji o Are­sie, królu ter­ro­ry­stów. Sły­sze­li­śmy to wezwa­nie tysiąc razy i wciąż brzmi ono nie­rze­czy­wi­ście. Syno­wie Aresa uwa­żają, że jeste­śmy źle trak­to­wani, dla­tego prze­pro­wa­dzają zama­chy bom­bowe. To bez­sen­sowny gniew. Wszel­kie doko­nane przez nich znisz­cze­nia opóź­niają przy­go­to­wa­nie Marsa dla innych Kolo­rów. Szko­dzą ludz­ko­ści.

W tune­lach chło­paki rywa­li­zują o to, który dosko­czy do sufitu, a rado­sny tłum z mia­steczka pły­nie naprzód, na tańce. Śpie­wamy przy tym pieśń na Święto Waw­rzynu, pory­wa­jącą histo­rię męż­czy­zny, który znaj­duje swoją oblu­bie­nicę na polu złota. Salwy śmie­chu kwi­tują poczy­na­nia naj­młod­szych chłop­ców, któ­rzy pró­bują bie­gać po ścia­nach albo krę­cić serie salt, by osta­tecz­nie wylą­do­wać na tyłku albo zostać poko­na­nym przez dziew­czynę.

Długi kory­tarz jest oświe­tlony sznu­rem świa­teł. W oddali pod­pity stryj Narol - stary, bo już trzy­dzie­sto­pię­cio­letni - gra na cytrze ku ucie­sze dzie­cia­ków, które tań­czą i plą­czą mu się pod nogami. Nawet on nie może wiecz­nie cho­dzić nachmu­rzony. Instru­ment ma zawie­szony na pasach prze­cho­dzą­cych przez ramiona i oparty poziomo na bio­drach, tak że pla­sti­kowa płyta rezo­nan­sowa i liczne naprę­żone meta­lowe struny są zwró­cone ku górze. Pra­wym kciu­kiem brzdąka po wszyst­kich stru­nach melo­dycz­nych, z rzadka tylko wybiera i szar­pie pal­cem wska­zu­ją­cym jedną z nich, jed­no­cze­śnie lewą dło­nią trąca poje­dyn­cze struny basowe. Wydo­by­cie z cytry melo­dii, która nie byłaby roz­pacz­li­wie żałobna, jest nie­zwy­kle trudne, ale palce stryja Narola radzą sobie z tym dosko­nale. Spod moich zawsze płyną tra­giczne tony.

Daw­niej przy­gry­wał mi i uczył tań­ców, któ­rych ojciec nie zdą­żył mi poka­zać. Nauczył mnie nawet tańca zaka­za­nego, tego, za który grozi śmierć. Spo­ty­ka­li­śmy się w sta­rej kopalni. Okła­dał mnie trzcinką po kost­kach tak długo, aż z uda­ją­cym miecz meta­lo­wym prę­tem w ręce nauczy­łem się bez­błęd­nie krę­cić piru­ety. Wtedy cało­wał mnie w czoło i mówił, że jestem nie­odrod­nym synem swo­jego ojca. To on nauczył mnie ruchów, które póź­niej, gdy w tune­lach bawi­łem się z innymi dzie­cia­kami w berka i cho­wa­nego, pozwa­lały mi wycho­dzić z tych zma­gań zwy­cię­sko.

- Złoci tań­czą w parach. Obsy­dia­nowi trój­kami, a Sza­rzy tuzi­nami - tłu­ma­czył mi. - My tań­czymy poje­dyn­czo, bo pie­kło­nu­rek pra­cuje sam i tylko w poje­dynkę chło­piec może stać się męż­czy­zną.

Tęsk­nię za tam­tymi cza­sami, kiedy byłem dosta­tecz­nie młody, żeby nie mieć mu za złe odde­chu cuch­ną­cego gorzałą. Mia­łem jede­na­ście lat - to było zale­d­wie pięć lat temu, a mam wra­że­nie, jakby działo się w innym życiu.

Lambdy pokle­pują mnie po ple­cach, nawet Varlo, pie­karz, pozdra­wia mnie unie­sie­niem brwi i rzuca Eo boche­nek chleba. Na pewno sły­szeli o Waw­rzy­nie. Eo chowa chleb na póź­niej i spo­gląda na mnie pyta­jąco.

- Cie­szysz się jak głupi. - Szczy­pie mnie w bok. - Co zma­lo­wa­łeś?

Wzru­szam ramio­nami i pró­buję zetrzeć uśmiech z twa­rzy. Bez­sku­tecz­nie.

- Widzę, że jesteś z cze­goś ogrom­nie dumny - nie ustę­puje Eo.

Obok nas drep­czą syn i córka Kie­rana: trzy­let­nie bliź­nięta mają dość krzepy w nóż­kach, żeby wyprze­dzić żonę Kie­rana i moją matkę.

Matka uśmie­cha się jak kobieta, która widziała, co świat ma jej do zaofe­ro­wa­nia, i jest - w naj­lep­szym wypadku - zde­pry­mo­wana.

- Popa­rzy­łeś się, kocha­nie - mówi na widok moich ręka­wi­czek. Iro­nicz­nie cedzi słowa.

- Zro­bił mu się pęcherz - potwier­dza Eo. - Paskudny.

Matka wzru­sza ramio­nami.

- Jego ojciec wra­cał do domu w gor­szym sta­nie.

Obej­muję ją ramie­niem. Schu­dła od czasu, kiedy uczyła mnie - tak jak wszyst­kie matki uczą swo­ich synów - pie­śni naszego ludu.

- Czyż­bym sły­szał w twoim gło­sie nutę zatro­ska­nia? - pytam.

- Zatro­ska­nie? U mnie? Nie­mą­dry z cie­bie dzie­ciak.

Wzdy­cha i uśmie­cha się lekko. Cmo­kam ją w poli­czek.

Zanim docie­ramy na Bło­nia, połowa kla­nów jest już wsta­wiona. Kochamy nie tylko taniec, ale także gorzałę. Bla­szaki nie robią nam z tego powodu kło­po­tów. Powieś czło­wieka bez powodu, a mia­steczka co naj­wy­żej tro­chę pogde­rają. Ale spró­buj nas przy­mu­sić do trzeź­wo­ści, to będziesz miał sprzą­ta­nia na cały par­szywy mie­siąc. Eo uważa, że gren­del - grzyb, który desty­lu­jemy - nie jest rośliną mar­sjań­ską, tylko został tu spro­wa­dzony spe­cjal­nie po to, żeby nas znie­wo­lić. Wraca do tego tematu za każ­dym razem, gdy moja matka wypusz­cza nową par­tię gorzały - na co matka wychyla kie­li­szek i odpo­wiada:

- Wolę, żeby rzą­dził mną tru­nek niż facet. To słod­sze więzy.

A będą sma­ko­wać jesz­cze sło­dziej po dopra­wie­niu syro­pami, które znaj­dziemy w Waw­rzy­no­wych skrzyn­kach, spe­cjal­nie aro­ma­ty­zo­wa­nymi do alko­holu: o smaku jagody i cze­goś, co się nazywa cyna­mon. Może nawet dostanę nową cytrę, tym razem z drewna, nie z metalu. Cza­sem dają nowe cytry. Moja jest już stara i sfa­ty­go­wana, zbyt długo na niej gram. Nale­żała do mojego ojca.

Dobie­ga­jąca z Błoń muzyka przy­biera na sile: rubaszne dźwięki zaim­pro­wi­zo­wa­nej per­ku­sji i lament cytr. Mie­szamy się z Ome­gami i Epsi­lo­nami i weso­łym, roz­ko­ły­sa­nym tłu­mem zmie­rzamy w stronę tawern. Przez ich pootwie­rane na oścież drzwi dym i zgiełk roz­pły­wają się po całym placu. Sto­liki roz­sta­wiono na jego obrze­żach, zosta­wia­jąc dużo pustej prze­strzeni do tańca wokół umiesz­czo­nej cen­tral­nie szu­bie­nicy.

Wyż­sze kon­dy­gna­cje zaj­mują domy klanu Gamma, dalej są maga­zyny, a na samej górze, wsparta na litej skale, wznosi się wpusz­czona w grunt meta­lowa kopuła z ilu­mi­na­to­rami z nanoSz­kła. To Gar­niec, twier­dza, w któ­rej miesz­kają i śpią nasi nad­zorcy. Powy­żej roz­po­ściera się nie­zdatna do zamiesz­ka­nia powierzch­nia naszej pla­nety, jałowe pust­ko­wie, które widzia­łem tylko w hP. Wydo­by­wany przez nas hel-3 ma to zmie­nić.

Tan­ce­rze, żon­gle­rzy i śpie­wacy już roz­po­częli świę­to­wa­nie. Eo dostrzega Lorana i Kie­rana i wita ich gło­śnym okrzy­kiem. Sie­dzą w tłu­mie przy dłu­gim stole nie­opo­dal "Mokrego Stryczka", tawerny, w któ­rej patriar­cha naszego klanu, Stary Pazur, zazwy­czaj bry­luje i raczy pijacz­ków swo­imi opo­wie­ściami. Dzi­siaj nie­stety przy­snął na stole. Szkoda. Nie zoba­czy, jak dzięki mnie wresz­cie zdo­by­wamy Waw­rzyn.

Na naszych uro­czy­sto­ściach rzadko bywa dość jedze­nia, żeby wszy­scy mieli co do gęby wło­żyć, dla­tego picie i taniec wysu­wają się na pierw­szy plan. Loran polewa mi gorzały, zanim jesz­cze zdążę usiąść; zawsze stara się spoić kom­pa­nów, żeby potem wią­zać im we wło­sach pocieszne wstą­żeczki. Robi miej­sce Eo, która siada obok jego żony, Dio. To sio­stry, są do sie­bie podobne jak dwie kro­ple wody: bliź­niaczki nie z uro­dze­nia, ale z wyglądu na pewno.

Loran kocha Eo tak samo jak jej brat, Liam, ale wiem, że w prze­szło­ści był nią zauro­czony nie mniej niż Dio. Ba, kiedy skoń­czyła czter­na­ście lat, klęk­nął przed moją żoną. Z dru­giej strony - to samo zro­bił wtedy chyba co drugi chło­pak. Zwy­kła rzecz. A Eo doko­nała jed­no­znacz­nego wyboru.

Dzieci Kie­rana tło­czą się wokół niego, żona całuje go w usta. Eo muska go war­gami w czoło i mierzwi mu rude włosy. Nie mam poję­cia, jak nasze żony to robią, że po całym dniu spę­dzo­nym w Paję­czarni na pozy­ski­wa­niu jedwa­biu lar­wo­pa­ją­ków wyglą­dają tak ślicz­nie. Ja się uro­dzi­łem przy­stojny, mam szczu­płe ciało i wyra­zi­ste rysy, ale kopal­nia mnie zmie­niła. Jestem wysoki, a będę jesz­cze wyż­szy. Włosy wciąż mam koloru sta­rej krwi, a tęczówki rów­nie rdzawe, jak Octa­via au Lune złote. Moja skóra, blada i jędrna, jest upstrzona bli­znami po opa­rze­niach i roz­cię­ciach. Wkrótce będę się wyda­wał tak samo twardy jak Dago - albo tak samo zmę­czony jak stryj Narol.

Ale kobiety? Prze­ra­stają nas. A już na pewno mnie. Uro­cze i żwawe mimo harówki w Paję­czarni i rodze­nia dzieci. Mają fal­ba­nia­ste spód­nice za kolano i bluzki w pół­tu­zi­nie odcieni czer­wo­nego. Ni­gdy nie noszą innych kolo­rów. Tylko czer­wony. Są ser­cem każ­dego klanu. O ileż pięk­niej będą wyglą­dały z impor­to­wa­nymi kokar­dami, wstąż­kami i koron­kami z Waw­rzy­no­wych pudeł.

Pie­czę­cie Czer­wo­nych na moich dło­niach - topor­nie nakre­ślone cie­nio­wane koło ze strzałką - mają kościaną fak­turę. W dotyku są dokład­nie takie jak należy. Ale te na dło­niach Eo już nie: może i ma nasze włosy i oczy, ale rów­nie dobrze mogłaby być jedną ze Zło­to­gło­wych, jakich oglą­damy w holo­Puszce. Zasłu­guje na to.

Wymie­rza solidne pla­śnię­cie w głowę Lora­nowi, który wychyla kubek mami­nej gorzały. Na Boga, muszę przy­znać, że per­fek­cyj­nie ją usa­do­wił. Uśmie­cham się, ale kiedy prze­no­szę wzrok dalej, za jej plecy, mój uśmiech bled­nie. Ponad wyska­ku­ją­cymi w powie­trze tan­ce­rzami, kłę­bo­wi­skiem wiru­ją­cych spód­nic, dud­nią­cych butów i klasz­czą­cych dłoni na wyso­kiej, zim­nej szu­bie­nicy koły­sze się samotny szkie­let. Inni nie zwra­cają na niego uwagi. Dla mnie to cień, który stale przy­po­mina mi o losie ojca.

Ryjemy w ziemi, ale nie wolno nam grze­bać naszych zmar­łych. To kolejne z praw obo­wią­zu­ją­cych we Wspól­no­cie. Mój ojciec koły­sał się tak przez dwa mie­siące, zanim odcięli szkie­let i prze­mie­lili kości na proch. Mia­łem wtedy sześć lat, ale już pierw­szego dnia chcia­łem go ścią­gnąć. Stryj mnie powstrzy­mał. Wtedy go znie­na­wi­dzi­łem, bo odgro­dził mnie od ciała ojca. Póź­niej znie­na­wi­dzi­łem go ponow­nie, kiedy odkry­łem, że jest słaby. Ojciec zgi­nął za jakąś sprawę, pod­czas gdy stryj Narol chlał i trwo­nił swoje życie.

- To wariat - powie­dział kie­dyś o nim ojciec. - Prze­ko­nasz się jesz­cze. Jest sza­lony, genialny, szla­chetny. To naj­lep­szy z moich braci.

Dziś Narol jest już tylko tym ostat­nim.

Ni­gdy bym nie pomy­ślał, że ojciec odtań­czy Taniec Dia­bła, bo tak starsi ludzie nazy­wają śmierć przez powie­sze­nie. Był czło­wie­kiem słowa i pokoju, ale marzyła mu się wol­ność i nasze wła­sne prawa. Marze­nia były jego bro­nią, Rebe­lia Tan­ce­rza stała się jego spu­ści­zną - i zgi­nęła na szu­bie­nicy razem z nim. Dzie­wię­ciu ludzi jed­no­cze­śnie zatań­czyło Taniec Dia­bła, wierz­gali i młó­cili ramio­nami, aż tylko on jeden został.

Nie był to zresztą żaden wielki bunt. Wyda­wało im się, że poko­jowe pro­te­sty prze­ko­nają Wspól­notę do zwięk­sze­nia racji żyw­no­ścio­wych. Dla­tego odtań­czyli Taniec Żni­wia­rza przed gra­Win­dami i wymon­to­wali czę­ści ze świ­droSz­po­nów, żeby te nie mogły pra­co­wać. Ich zamysł się nie powiódł. Tylko zdo­by­cie Waw­rzynu daje wię­cej jedze­nia.

O jede­na­stej stryj siada wresz­cie ze swoją cytrą. Mie­rzy mnie zło­wro­gim spoj­rze­niem, nawa­lony jak skoń­czony dureń w święto prze­si­le­nia zimo­wego. Nie roz­ma­wiamy, cho­ciaż ma jakieś dobre słowo dla Eo, a ona dla niego. Wszy­scy kochają Eo.

Jej matka pod­cho­dzi, całuje mnie z tyłu w czu­bek głowy i gło­śno mówi:

- Sły­sze­li­śmy nowinę, złoty chłop­cze. Waw­rzyn! Jesteś praw­dzi­wym synem swo­jego ojca!

Dopiero wtedy Narol poru­sza się nie­spo­koj­nie.

- O co cho­dzi, stryju? - pytam. - Masz gazy?

- Ty gów­nia­rzu!

Z roz­dę­tymi noz­drzami rzuca się ku mnie ponad sto­łem i po chwili prze­wa­lamy się po ziemi w kłę­bo­wi­sku pię­ści i łokci. Jest wysoki, ale powa­lam go i raz po raz tłukę popa­rzoną ręką po nosie, aż Kie­ran i ojciec Eo muszą mnie odcią­gnąć. Pluje na mnie - głów­nie krwią i gorzałą - a potem sia­damy na prze­ciw­nych krań­cach stołu i pijemy dalej. Moja matka tylko prze­wraca oczami.

- Jest roz­go­ry­czony, że nie zro­bił nic, ani jed­nej par­szy­wej rze­czy, żeby­śmy zdo­byli Waw­rzyn - uspra­wie­dli­wia ojca Loran. - Po pro­stu chciał się poka­zać i tyle.

- Par­szywy tchórz nie wie­działby, jak zdo­być Waw­rzyn, choćby ten sam spadł mu na kolana - odpo­wia­dam, marsz­cząc gniew­nie brwi.

Ojciec Eo pokle­puje mnie po gło­wie. Widząc, jak moja żona popra­wia mi opa­tru­nek na popa­rzo­nej dłoni, mruga do mnie poro­zu­mie­waw­czo. Nacią­gam z powro­tem ręka­wiczki.

Eo domy­śla się sprawy z Waw­rzy­nem jesz­cze przed przy­by­ciem Bla­sza­ków, ale nie jest aż tak pod­eks­cy­to­wana, jak mógł­bym się spo­dzie­wać. Mię­dli spód­nicę w dło­niach i uśmie­cha się do mnie, ale to wysi­lony uśmiech. Nie rozu­miem, czego się boi. Inne klany nie podzie­lają jej obaw, wielu ludzi przy­cho­dzi z gra­tu­la­cjami, w tym wszy­scy pie­kło­nur­ko­wie - wszy­scy oprócz Dago, który sie­dzi z Gam­mami przy jed­nym z ich lśnią­cych sto­li­ków (jedy­nych, na któ­rych jest wię­cej żar­cia niż gorzały) i spala szluga.

- Nie mogę się docze­kać, kiedy sukin­kot będzie musiał się zado­wo­lić zwy­kłymi racjami żyw­no­ścio­wymi. - Loran pry­cha śmie­chem. - Ni­gdy przed­tem nie jadł chłop­skiego żar­cia.

- A mimo to jakimś cudem jest chud­szy od kobiety - zauważa Kie­ran.

Śmieję się wraz z Lora­nem i pod­su­wam Eo skromny kąsek chleba.

- Roz­ch­murz się - mówię jej. - Dzi­siaj świę­tu­jemy.

- Nie jestem głodna.

- Nawet jeśli chleb będzie z cyna­mo­nem?

A nie­długo będzie.

Znów posyła mi ten nie­pewny uśmiech, jakby wie­działa coś, czego ja nie wiem.

O dwu­na­stej z Garnca zla­tuje ku nam oddział Bla­sza­ków w gra­wi­Bu­tach. Jego trzon sta­no­wią mło­dziaki oraz starcy, któ­rzy po ziem­skich woj­nach ode­szli z regu­lar­nej armii. Noszą sfa­ty­go­wane, brudne pan­ce­rze, ale nie to jest naj­waż­niej­sze: w kabu­rach mają grom­niki i mio­ta­cze. Ni­gdy nie widzia­łem, żeby użyli jed­nych albo dru­gich, nie muszą tego robić: mają powie­trze, jedze­nie, dostęp do portu. A my nie mamy nawet jed­nego mio­ta­cza. Eo chęt­nie by im taki pod­kra­dła.

Widzę, jak zaci­ska szczęki na widok Bla­sza­ków, do któ­rych dołą­czył wła­śnie zarządca kopalni, Timony cu Pod­gi­nus, drobny męż­czy­zna wywo­dzący się z Mie­dzia­ków (Mie­dzia­nych wedle ofi­cjal­nego nazew­nic­twa), o sto­sow­nie mie­dzia­nych wło­sach.

- Uwaga, uwaga, brudni Rdzawi! - woła Dan Paskuda.

Zapada cisza. Uno­szą się nam nad gło­wami; gra­wi­Buty zarządcy Pod­gi­nusa są mar­nej jako­ści, więc chwieje się w powie­trzu jak tetryk. Kolejne Bla­szaki zjeż­dżają do nas gra­Windą.

Pod­gi­nus roz­kłada drobne wypie­lę­gno­wane dło­nie.

- Bra­cia pio­nie­rzy, cudow­nie być świad­kiem waszego świę­to­wa­nia - ćwierka. - Muszę przy­znać, że mam sła­bość do sie­lan­ko­wego cha­rak­teru rze­czy, które dają wam szczę­ście. Pro­ste napitki. Pro­ste jedze­nie. Pro­sty taniec. Ach, jak piękne musi­cie mieć dusze, żeby zado­wa­lać się takimi roz­ryw­kami! Zazdrosz­czę wam, naprawdę. Ja nie potra­fię zaznać przy­jem­no­ści nawet w poza­pla­ne­tar­nym bur­delu Różo­wych, i to po zje­dze­niu prze­pysz­nej tarty z szynką i ana­na­sem! Napawa mnie to wiel­kim smut­kiem. Wasze dusze są naprawdę roz­piesz­czane. Chciał­bym być taki jak wy, ale Koloru nie zmie­nię i jako Mie­dziany ska­zany jestem na mozół liczb, biu­ro­kra­cji i zarzą­dza­nia. - Cmoka i lekko prze­sta­wia nogi. Jego mie­dziane pukle podry­gują odro­binę. - Do rze­czy jed­nak. Wszy­scy z wyjąt­kiem kla­nów Mi i Chi wypeł­nili swoje Normy. W związku z tym w bie­żą­cym mie­siącu Mi i Chi nie otrzy­mają mięsa, mleka, przy­praw, środ­ków higie­nicz­nych, udo­god­nień ani pomocy den­ty­stycz­nej. Tylko owies i środki nie­zbędne do prze­trwa­nia. Musi­cie zro­zu­mieć, że zasoby dostar­czane przez statki przy­by­wa­jące z orbity oko­ło­ziem­skiej są ogra­ni­czone. Bez­cenne! Dla­tego przy­dzie­lamy je tym, któ­rzy się wyka­zują. Może w następ­nym kwar­tale nie będzie­cie się tak ocią­gać z pracą!

Mi i Chi stra­cili tuzin ludzi w takim wła­śnie wybu­chu gazu, jakiego oba­wiał się stryj Narol. Nie ocią­gali się. Zgi­nęli.

Pod­gi­nus traj­ko­cze tak jesz­cze przez jakiś czas, zanim w końcu prze­cho­dzi do sedna. Sięga po Waw­rzyn i trzy­ma­jąc go w pal­cach, pod­nosi wyżej. Gałązka, choć tylko poma­lo­wana złotą farbką, mieni się w świe­tle. Loran sztur­cha mnie pod żebro. Stryj Narol marsz­czy brwi. Ja roz­sia­dam się wygod­nie, świa­domy sku­pio­nych na mnie spoj­rzeń. Mło­dzi biorą ze mnie przy­kład (wszyst­kie dzieci podzi­wiają pie­kło­nur­ków), ale i starsi zer­kają w moją stronę. Eo zawsze mi to powta­rza. Jestem ich dumą, ich zło­tym chłop­cem. Teraz im pokażę, jak zacho­wuje się praw­dziwy męż­czy­zna. Nie zamie­rzam trium­fal­nie pod­ska­ki­wać. Będę się tylko uśmie­chał i kiwał głową.

- Czuję się zaszczy­cony, że w imie­niu arcy­gu­ber­na­tora Marsa, Nero au Augu­stusa, mogę wrę­czyć tę nagrodę za wybitną wydaj­ność, fan­ta­styczne osią­gnię­cia, naj­wyż­szy hart ducha, a także posłu­szeń­stwo, poświę­ce­nie i...

Waw­rzyn dostają Gammy. Nie my.

Rozdział 4. Prezent

4

Pre­zent

Gammy odbie­rają ozdo­bione Waw­rzy­nami skrzy­nie, a ja roz­my­ślam o tym, jak to spryt­nie zostało pomy­ślane. Nie pozwa­lają nam zdo­być Waw­rzynu i już. Nie obcho­dzi ich, że rachu­nek się nie zga­dza, nie przej­mują się gło­śno pro­te­stu­ją­cymi mło­dzia­kami, tak jak nie przej­mują się star­cami, któ­rzy jękli­wie powta­rzają stare, zna­jome tru­izmy. To pokaz ich siły. Demon­stra­cja wła­dzy. To oni decy­dują, kto jest zwy­cięzcą w tej grze, w któ­rej wszystko zależy od pocho­dze­nia. Dzięki temu hie­rar­chia trwa nie­wzru­szona. Haru­jemy, żeby ją zmie­nić, ale nie mamy czasu spi­sko­wać.

A jed­nak mimo wiel­kiego roz­cza­ro­wa­nia część z nas wcale nie obwi­nia Wspól­noty. Za to mamy pre­ten­sje do Gamm, które dostają dary. Myślę, że czło­wiek ma ogra­ni­czone zasoby nie­na­wi­ści i kiedy swoim dzie­ciom może poli­czyć żebra pod koszulą, pod­czas gdy sąsie­dzi napy­chają sobie brzu­chy mię­sem i słod­ko­ściami, trudno mu nie­na­wi­dzić kogoś innego niż oni. Można by się spo­dzie­wać, że Gammy się z nami podzielą. Nic z tego.

Stryj patrzy na mnie i wzru­sza ramio­nami. Inni są wście­kli, czer­woni na twa­rzach. Loran wygląda tak, jakby miał się rzu­cić do gar­dła Bla­sza­kom albo Gam­mom. Eo nie pozwala mi się kisić w tym nastroju, nie czeka, aż knyk­cie moich zaci­śnię­tych w pię­ści dłoni pobie­leją. Zna mnie na wylot, lepiej niż moja matka, i wie, jak roz­ła­do­wać mój gniew, zanim ten eks­plo­duje. Matka kocha moją żonę. Z łagod­nym uśmie­chem patrzy, jak Eo bie­rze mnie pod rękę.

- Zatańczmy - pro­po­nuje szep­tem Eo.

Okrzy­kiem budzi do życia cytrzy­stów i bęb­nia­rzy. Wiem, że w duchu jest wście­kła, nie­na­wi­dzi Wspól­noty jesz­cze bar­dziej niż ja - ale wła­śnie dla­tego ją kocham.

Grana na cytrach żwawa melo­dia roz­brzmiewa gło­śniej, starsi wystu­kują rytm kla­ska­niem otwar­tych dłoni o blaty sto­łów, spód­nice fur­ko­czą, stopy tupią i szu­rają. Obej­muję Eo, a wraz z nami na całym placu klany ruszają do tańca. Pocimy się, śmie­jemy i pró­bu­jemy zapo­mnieć o naszym gnie­wie. Razem dora­sta­li­śmy i dziś jeste­śmy doro­śli. W jej oczach widzę swoje serce. W jej odde­chu sły­szę swoją duszę. Jest moją ojczy­zną. Moją rodziną. Moją miło­ścią.

Roze­śmiana, odciąga mnie na bok. Klu­cząc w tłu­mie, prze­my­kamy do miej­sca, w któ­rym będziemy sami, ale Eo się nie zatrzy­muje. Pro­wa­dzi mnie po meta­lo­wych chod­ni­kach pod niskimi, ciem­nymi stro­pami do Paję­czarni, gdzie pra­cują kobiety. Trwa prze­rwa mię­dzy dwiema zmia­nami.

- Dokąd wła­ści­wie idziemy? - pytam.

- Obie­ca­łam ci pre­zenty, pamię­tasz? A jeśli zaczniesz prze­pra­szać, że twój pre­zent nie wypa­lił, obiję ci gębę.

Dostrze­gam kieł­ku­jący ze szcze­liny w ścia­nie krwi­sto­czer­wony heman­tus. Zry­wam go i daję Eo.

- Mój pre­zent - wyja­śniam. - Naprawdę zamie­rza­łem cię zasko­czyć.

- Jak chcesz. - Chi­cho­cze. - Wewnętrzna połówka jest moja, zewnętrzna twoja. Nie! Nie cią­gnij, twoją też zatrzy­mam.

Wącham kwiat w jej dłoni. Pach­nie rdzą i chudą potrawką matki.

W Paję­czarni lar­wo­pa­jąki - grube jak moje udo, okryte brą­zowo-czarną sier­ścią i poru­sza­jące się na dłu­gich, chu­dych nogach - przędą jedwabne nici. Czoł­gają się po dźwi­ga­rach. Ich cien­kie odnóża zupeł­nie nie pasują do krę­pych kor­pu­sów.

Eo zabiera mnie na naj­wyż­szą kon­dy­gna­cję. Stare meta­lowe belki kon­struk­cyjne są gęsto ople­cione jedwa­biem. Prze­cho­dzi mnie dreszcz, gdy patrzę na ota­cza­jące nas zewsząd stwory: żmije jaski­niowe rozu­miem, lar­wo­pa­ją­ków już nie. Są dzie­łem Rzeź­bia­rzy ze Wspól­noty. Eo ze śmie­chem pro­wa­dzi mnie pod ścianę, gdzie odgar­nia na bok grubą zasłonę paję­czyny i odsła­nia zardze­wiały meta­lowy prze­wód tech­niczny.

- Kanał wen­ty­la­cyjny - wyja­śnia. - Odsło­nił się tydzień temu, po tym jak zaprawa w murze się wykru­szyła. Musi być bar­dzo stary.

- Wychłosz­czą nas, Eo, jeśli nas znajdą. Nie wolno nam...

- Nie dam im znisz­czyć także tego daru. - Całuje mnie w nos. - Chodź, pie­kło­nurku. W tym tunelu nie ma żad­nych roz­pa­lo­nych świ­drów.

W ślad za nią prze­mie­rzam długi, kręty kanał, na któ­rego końcu prze­ci­skamy się przez kratę do świata nie­ludz­kich dźwię­ków. W ciem­no­ściach coś brzę­czy. Eo bie­rze mnie za rękę: to jedyna zna­joma rzecz w tym miej­scu.

- Co to? - pytam, mając na myśli dobie­ga­jące zewsząd odgłosy.

- Zwie­rzęta - wyja­śnia Eo.

Pro­wa­dzi mnie w głąb tej dziw­nej nocy. Pod sto­pami czuję coś mięk­kiego. Nie­po­koję się, ale daję się jej pocią­gnąć naprzód.

- Trawa - mówi. - Drzewa, Dar­row. Drzewa. Jeste­śmy w lesie.

Zapach kwia­tów. A potem bły­ski świa­tła wśród czerni. W ciem­no­ści trze­po­czą zie­lo­no­brzu­che zwie­rzęta. Z cie­nia wzno­szą się ogromne insekty z opa­li­zu­ją­cymi skrzy­dłami. Pul­sują kolo­rami i życiem. Zapiera mi dech w piersi. Eo śmieje się, gdy motyl prze­la­tuje tak bli­sko, że mogę go dotknąć.

Wszyst­kie te stwo­rze­nia wystę­pują w naszych pie­śniach, ale do tej pory widzia­łem je tylko w hP. Ich kolory są wprost nie­wia­ry­godne. Na co dzień moje oczy widzą tylko zie­mię, pło­mie­nie świ­drów, Czer­wo­nych i sza­rość stali i betonu. HP jest dla mnie oknem, przez które oglą­dam kolor, ale to wszystko tutaj to zupeł­nie inny spek­takl.

Barwy uno­szą­cych się w powie­trzu zwie­rząt aż palą w oczy. Wzdry­gam się, śmieję, wycią­gam ręce i doty­kam szy­bu­ją­cych przede mną istot. Znów jestem dziec­kiem. Łowię je w dło­nie i spo­glą­dam w górę, na przej­rzy­sty sufit: nad prze­zro­czy­stą bańką roz­po­ściera się niebo.

Niebo. Kie­dyś było to tylko słowo.

Nie mogę zoba­czyć powierzchni Marsa, wiem już jed­nak, co z niej widać. Gwiazdy lśnią z łagod­nym wdzię­kiem na poły­skli­wym czar­nym nie­bie jak świa­tła zawie­szone nad naszym mia­stecz­kiem. Eo wygląda, jakby mogła do nich dołą­czyć. Patrzy na mnie, jej twarz jarzy się wła­snym świa­tłem. Śmieje się, kiedy osu­wam się na kolana i zacią­gam zapa­chem trawy. To dziwna woń, słodka i nostal­giczna, cho­ciaż nie mam wspo­mnień zwią­za­nych z trawą. Zwie­rzęta brzę­czą w krze­wach nie­opo­dal, a ja przy­cią­gam Eo do sie­bie i pierw­szy raz całuję ją z otwar­tymi oczami. Liście drzew koły­szą się lekko w podmu­chach powie­trza z wen­ty­la­cji. Chłonę dźwięki, zapa­chy i widoki, gdy kochamy się na łożu z trawy pod gwiaź­dzi­stym nie­bo­skło­nem.

- To Galak­tyka Andro­medy - wska­zuje mi póź­niej, kiedy leżymy na ple­cach.

Z ciem­no­ści dobie­gają zwie­rzęce świer­goty. Niebo mnie prze­raża. Kiedy zbyt natar­czy­wie się w nie wpa­truję, zapo­mi­nam o gra­wi­ta­cji i mam wra­że­nie, że zaraz w nie spadnę. Ciarki prze­cho­dzą mi po ple­cach. Jestem miesz­kań­cem tuneli, szy­bów i ciem­nych zaka­mar­ków, moim domem jest kopal­nia, i cząstka mnie chce się tam schro­nić, uciec z tego roz­le­głego obcego wnę­trza peł­nego żywych istot.

Eo odwraca się do mnie i wodzi pal­cami po bli­znach od wrzą­cej pary, które niczym rzeki spły­wają mi po piersi. Niżej, na brzu­chu, zna­la­złaby bli­zny po uką­sze­niu żmii jaski­nio­wej.

- Mama opo­wia­dała mi o Andro­me­dzie. Ryso­wała tuszami, które dostała od tego Bla­szaka, Bridge'a. Wiesz, że zawsze ją lubił.

Kiedy tak leżymy obok sie­bie i czuję, jak bie­rze głę­boki wdech, wiem już, że coś sobie zapla­no­wała; że chce o czymś poroz­ma­wiać, wła­śnie tu i teraz. To miej­sce ma jej pomóc.

- Wszy­scy wiemy, że zdo­by­łeś Waw­rzyn - mówi.

- Nie musisz mnie dopiesz­czać. Już się nie złosz­czę. Zresztą to bez zna­cze­nia. Po tym, co tu zoba­czy­łem, nic już nie ma zna­cze­nia.

- Co ty wyga­du­jesz? - pyta ostrym tonem. - Wła­śnie, że ma zna­cze­nie, więk­sze niż kie­dy­kol­wiek. Zdo­by­łeś Waw­rzyn, a oni nie pozwo­lili ci go zatrzy­mać.

- Nie­ważne. To miej­sce...

- To miej­sce ist­nieje, ale nie pozwa­lają nam tu przy­cho­dzić! Sza­rzy muszą je mieć tylko dla sie­bie. Nie dzielą się nim.

- Dla­czego mie­liby się dzie­lić? - dzi­wię się.

- Bo to my je stwo­rzy­li­śmy! Należy do nas!

- Naprawdę?

Ta myśl wydaje mi się obca. Wszystko, co mam, to moja rodzina i ja sam. Reszta jest wła­sno­ścią Wspól­noty. To nie my wyda­li­śmy pie­nią­dze, żeby przy­słać pio­nie­rów na Marsa. Gdyby nie ci, któ­rzy to zro­bili, wciąż tkwi­li­by­śmy na umie­ra­ją­cej Ziemi razem z resztą ludz­ko­ści.

- Dar­row! Jesteś aż taki Czer­wony, że nie widzisz, co nam zro­bili?

- Licz się ze sło­wami - odbur­kuję.

Poru­sza szczęką bez słowa.

- Prze­pra­szam, po pro­stu... Jeste­śmy skuci łań­cu­chami. Nie jeste­śmy kolo­ni­stami. To zna­czy ow­szem, jeste­śmy, ale pre­cy­zyj­niej byłoby nazwać nas nie­wol­ni­kami. Musimy żebrać o jedze­nie. Żebrać o Waw­rzyn jak psy żebrzące o okru­chy z pań­skiego stołu.

- Może ty jesteś nie­wol­nicą - odpo­wia­dam ostro - ale ja na pewno nie. Ja nie żebrzę, tylko zara­biam. Jestem pie­kło­nur­kiem. Uro­dzi­łem się po to, żeby z poświę­ce­niem przy­go­to­wać Marsa na przy­by­cie czło­wieka. Jest szla­chet­ność w posłu­szeń­stwie...

Eo gwał­tow­nym ruchem roz­kłada ręce.

- Zacho­wu­jesz się jak gada­jąca lalka! Tylko powta­rzasz ich par­szywe kwe­stie. Twój ojciec miał rację. Nie był ide­ałem, ale miał rację. - Chwyta kępkę darni i wyrywa ją z ziemi. Oso­bli­wie świę­to­krad­czy gest. - Mamy prawo do tej ziemi, Dar­row. Zro­si­li­śmy ją naszym potem i krwią, a mimo to należy do Zło­tych. Do Wspól­noty. Od jak dawna tak jest? Pio­nie­rzy pra­cują w kopal­niach i umie­rają od ilu, stu lat? Stu pięć­dzie­się­ciu? Ich roz­kazy, nasza krew. Przy­go­to­wu­jemy tę kra­inę dla Kolo­rów, które nie muszą się dla nas pocić, bo zamiast tego sie­dzą wygod­nie na swo­ich tro­nach na dale­kiej Ziemi; dla Kolo­rów, które ni­gdy nie były na Mar­sie. Czy dla cze­goś takiego warto żyć? Powtó­rzę: twój ojciec miał rację.

Kręcę głową.

- Eo, mój ojciec miał rację i dla­tego nie dożył nawet dwu­dzie­stu pię­ciu lat.

- Był słaby - mru­czy pół­gło­sem.

- A co to za par­szywe słowa? Co to ma zna­czyć? - Krew napływa mi do twa­rzy.

- Że był zbyt powścią­gliwy! - odcina mi się. - Że śnił wła­ściwy sen, ale zgi­nął, bo nie chciał wal­czyć o jego urze­czy­wist­nie­nie!

- Miał rodzinę, którą musiał się opie­ko­wać!

- Był słab­szy od cie­bie.

- Uwa­żaj... - syczę.

- Mam uwa­żać? To mówi Dar­row, sza­lony lyko­ski pie­kło­nu­rek? - Śmieje się pro­tek­cjo­nal­nie. - Twój ojciec uro­dził się ostrożny i posłuszny, ale ty? Nie tak cię oce­nia­łam, kiedy za cie­bie wyszłam. Inni mówią, że jesteś jak maszyna, bo myślą, że nie znasz stra­chu. Ślepcy. Nie widzą, jak strach cię pęta.

W nagłym przy­pły­wie czu­ło­ści prze­suwa heman­tu­sem po moim oboj­czyku. Jest podatna na huś­tawkę nastro­jów. Kwiat ma taki sam kolor jak obrączka na jej palcu.

Obra­cam się do niej i pod­pie­ram na łok­ciu.

- Mów. Czego chcesz?

- Wiesz, dla­czego cię kocham, pie­kło­nurku?

- Ze względu na moje poczu­cie humoru.

Par­ska oschłym śmie­chem.

- Dla­tego - wyja­śnia - że naprawdę myśla­łeś, że możesz zdo­być Waw­rzyn. Kie­ran mi powie­dział, jak to się stało, że się dziś popa­rzy­łeś.

- Kapuś... - Wzdy­cham. - Stale kła­pie jadaczką. Myśla­łem, że to młodsi bra­cia tak się zacho­wują, nie starsi.

- Był prze­ra­żony, Dar­row. Ale nie bał się o cie­bie, jak można by ocze­ki­wać, tylko bał się cie­bie. Nie potra­fiłby zro­bić tego co ty. Przez myśl by mu to nie prze­szło.

Eo ni­gdy nie mówi wprost. Nie cier­pię tych jej abs­trak­cji.

- Czyli kochasz mnie, ponie­waż twoim zda­niem uwa­żam, że nie­które rze­czy są warte naj­wyż­szego ryzyka, tak? Czy dla­tego, że jestem ambitny?

- Dla­tego, że masz mózg - drażni się ze mną.

Przez nią muszę zapy­tać ponow­nie:

- Czego ode mnie chcesz? Co mam zro­bić?

- Dzia­łaj. Chcę, żebyś użył swo­ich talen­tów na rzecz urze­czy­wist­nie­nia snu ojca. Widzisz, jak ludzie na cie­bie patrzą. Jak wypa­trują sygna­łów od cie­bie. Chcę, żebyś uznał, że dla tej ziemi, naszej ziemi, warto zary­zy­ko­wać.

- Jak wiele?

- Wszystko. Twoje życie. Moje życie.

Pry­cham.

- Tak ci śpieszno, żeby się mnie pozbyć?

- Kiedy prze­mó­wisz, posłu­chają cię - nie ustę­puje. - To naprawdę jest aż tak pro­ste. Wszyst­kie uszy tęsk­nią za gło­sem, który popro­wa­dzi je w ciem­no­ści.

- Super. Czyli zawi­snę razem z całą ekipą. Nie­odrodny syn ojca.

- Nie zawi­śniesz.

Śmieję się nazbyt hała­śli­wie.

- Podzi­wiam pew­ność mojej żony. Zawi­snę.

- Nie nada­jesz się na męczen­nika. - Wzdy­cha i roz­cza­ro­wana kła­dzie z powro­tem na wznak. - Nie zro­zu­miał­byś sensu takiej śmierci.

- Ach tak? To obja­śnij mi go, Eo. Powiedz, pro­szę, jaki sens ma śmierć? Jestem tylko synem męczen­nika, nikim wię­cej. Wyja­śnij mi więc, z łaski swo­jej, co takiego osią­gnął ten czło­wiek poza pozba­wie­niem mnie ojca? Powiedz, co dobrego wynika z tego bez­miaru par­szy­wego smutku? Powiedz, dla­czego lepiej się stało, że nauczy­łem się tań­czyć od stryja zamiast od ojca? - Tym razem to ja nie odpusz­czam. - Czy dzięki jego śmierci lepiej jadamy? Czy komu­kol­wiek z nas lepiej się żyje? Poświę­ce­nie dla sprawy niczego nie zmie­nia. A tamta par­szywa śmierć tylko okra­dła nas z jego śmie­chu. - Oczy pieką mnie od łez. - Zabrała nam ojca i męża. Co z tego, że życie nie jest spra­wie­dliwe? Jeżeli mamy rodzinę, nic innego nie powinno się liczyć.

Obli­zuje wargi. Nie śpie­szy się z odpo­wie­dzią.

- Śmierć nie musi być pusta, wbrew temu, co mówisz. Puste jest życie bez wol­no­ści. Puste jest życie w oko­wach lęku przed stratą i śmier­cią. Chcę, żeby­śmy odrzu­cili te okowy. Zerwij kaj­dany stra­chu, a skru­szysz łań­cu­chy sku­wa­jące nas ze Zło­tymi, ze Wspól­notą. Wyobra­żasz to sobie? Mars mógłby nale­żeć do nas, do kolo­ni­stów, któ­rzy haro­wali tutaj jak woły i tutaj umie­rali. - Ponad prze­zro­czy­stym skle­pie­niem noc bled­nie. Twarz Eo staje się coraz lepiej widoczna. - Gdy­byś tylko popro­wa­dził innych ku wol­no­ści. Pomyśl o tym, co mógł­byś zro­bić, Dar­row. Pomyśl o kon­se­kwen­cjach. - Zawie­sza głos. Oczy jej lśnią. - Prze­cho­dzi mnie dreszcz, gdy o tym myślę. Otrzy­ma­łeś w darze tak wiele, a mie­rzysz tak nisko.

- Powta­rzasz się - wyty­kam jej z gory­czą. - Uwa­żasz, że warto umrzeć za swoje marze­nia. Ja się z tym nie zga­dzam. Ty twier­dzisz, że lepiej umrzeć, sto­jąc; ja, że lepiej żyć na klęcz­kach.

- To nie jest żadne życie! - żacha się. - Jeste­śmy jak maszyny, mamy mecha­niczne umy­sły, wie­dziemy mecha­niczny żywot...

- Mam mecha­niczne serce? To wła­śnie chcia­łaś powie­dzieć?

- Dar­row...

- A ty po co żyjesz? - pytam znie­nacka. - Dla mnie? Dla miło­ści? Dla rodziny? Czy może dla jakie­goś marze­nia?

- To nie jest byle jakie marze­nie. Śnię o tym, że moje dzieci uro­dzą się wolne; że będą mogły zostać, kim zechcą; że odzie­dzi­czą zie­mię, którą ich ojciec zostawi im w spadku.

- A dla mnie ty jesteś całym życiem - odpo­wia­dam smęt­nie.

Całuje mnie w poli­czek.

- W takim razie musisz zna­leźć coś wię­cej, dla czego warto żyć.

Okropne mil­cze­nie zalega mię­dzy nami i prze­ciąga się w nie­skoń­czo­ność. Eo nie zdaje sobie sprawy, jak bar­dzo jej słowa roz­dzie­rają mi serce; jak łatwo jest jej mnie drę­czyć. To dla­tego, że nie kocha mnie tak, jak ja kocham ją. Jej umysł szy­buje zbyt wysoko, mój - sła­nia się zbyt nisko. Czyż­bym jej nie wystar­czał?

- Mówi­łaś, że masz dla mnie jesz­cze jakiś pre­zent...? - przy­po­mi­nam, żeby zmie­nić temat.

- Kiedy indziej. - Kręci głową. - To pora wschodu słońca. Przy­naj­mniej obej­rzyjmy go razem.

Leżymy bez słowa i patrzymy, jak świa­tło zakrada się na niebo niczym fala płyn­nego ognia. Cze­goś takiego nie umiał­bym sobie nawet wyobra­zić. Nie mogę powstrzy­mać cisną­cych się do oczu łez. Cały świat jaśnieje i odsła­nia zie­le­nie, brązy i żół­cie drzew w ogro­dzie. To jest piękno. To jest sen.

W mil­cze­niu wra­camy do ponu­rych, sza­rych tuneli. Oczy wciąż mam mokre od łez. Cudow­ność nie­daw­nego widoku zaciera mi się z wolna w pamięci i znów zaczy­nam się zasta­na­wiać, czego wła­ści­wie Eo ode mnie ocze­kuje. Mam dobyć sier­paka i wznie­cić bunt? Zabi­liby mnie, moją rodzinę, ją samą rów­nież. Nie zro­bię niczego, co nara­zi­łoby ją na ryzyko. Dobrze o tym wie.

Wciąż jesz­cze głów­kuję nad tym, czym mógł być jej drugi pre­zent dla mnie, gdy prze­wo­dem wen­ty­la­cyj­nym docie­ramy do Paję­czarni. Pierw­szy się z niego wyczoł­guję, odwra­cam się i podaję Eo rękę.

I wtedy sły­szę głos: ośli­zły ton, silny akcent. Tak mówią ludzie z Ziemi.

- Czer­woni w naszym ogro­dzie - cedzi. - Coś podob­nego...