Czerwony Śmiech. Fragmenty Rękopisu - Leonid Andriejew

-
Proszę czekać

Układ tekstu na podstawie:

Пол. соб. соч. и пис. в 23-х томах. Том 4 (2017)

? Copyright Przemysław Musiałowski 2020

Wszystkie prawa zastrzeżone

Opracowanie: Przemysław Musiałowski

Korekta: Przemysław Musiałowski

Wydanie I

Projekt okładki na podstawie obrazu:

"Czerwony śmiech" (1931) K?rlis Padegs (1911-1940)

Więcej informacji na temat Leonida Andriejewa na stronach:

www.leonidandriejew.pl

https://www.facebook.com/PolecamPoczytacAndriejewa

Zachęcam do zakupu drukowanej wersji książki w RIDERO.

UWAGA:

Pozycja niniejsza jest przeznaczona tylko i wyłącznie do użytku domowego.

Nabywca NIE MOŻE upubliczniać elektronicznej wersji niniejszej książki w żadnej postaci, o co w tym miejscu proszę, gdyż w przyszłości może zdarzyć się tak, że będę poszerzał wstęp albo dokonywał jakichś drobnych zmian do Wydania II.

Niniejsza wersja przekładu, zredagowana i porównana z oryginałem rosyjskim oraz z tłumaczeniami angielskimi i francuskimi, NIE NALEŻY do DOMENY PUBLICZNEJ.

Rozpowszechnianie treści niniejszej publikacji, jej fragmentów, ze szczególnym uwzględnieniem rozpowszechniania na portalach CHOMIKUJ, SCRIBD i DOCER, jest nielegalne.

WPROWADZENIE

Prezentowany tu przekład jest zredagowaną i skorygowaną wersją przedwojennego polskiego przekładu noweli "Czerwony śmiech" z 1905 roku.

Stary przekład autorstwa Konrada Rakowskiego (1875-1916) został przeze mnie w całości porównywany z trzema innymi przedwojennymi przekładami noweli oraz z rosyjskim oryginałem, zaś liczne fragmenty tekstu były przeze mnie dodatkowo porównywane z wydaniem angielskim "The Red Laugh" (1905) w tłumaczeniu A. Linden, oraz wydaniem francuskim "Le rire rouge" (1999) w tłumaczeniu S. Benech.

Opracowanie niniejszej publikacji, wraz z wykonaniem nowej okładki, zajęło blisko 400 godzin pracy[1]. Samo przeniesienie tekstu do formatu Word zajmuje minimum 20-30 godzin, gdyż cały tekst trzeba kawałek po kawałku przerabiać i przeformatowywać, i właśnie tego etapu, najbardziej nieprzyjemnego i wielce czasochłonnego, nie da się w żaden sposób pominąć.

"Czerwony Śmiech" jest nowelą niezwykłą z tego względu, że choć napisana została w 1904 roku, to jednak nadzwyczaj trafnie przewiduje ona okropieństwa I i II wojny światowej.

Jest dziełem głębokim i wstrząsającym, jednym z pierwszych, które opisują zespół stresu pourazowego (PTSD), bardzo często występujący u osób, które przeżyły jakieś traumatyczne doświadczenia. Wojna zawsze i nieodzownie jest niezwykle traumatyczna, a tragiczne jej skutki zostały opisane w "Czerwonym śmiechu" bez patetyzowania, bezlitośnie i bezpardonowo.

Ponieważ nowela nie przedstawia żadnego konkretnego konfliktu, wydźwięk jej jest uniwersalny.

Zaznajomiony z literaturą światową Czytelnik być może również odniesie wrażenie, że nowelę mogliby napisać wspólnie, zmieniając się, wielcy klasycy literatury Guy de Maupassant, Michaił Bułhakow, Edgar Allan Poe, Franz Kafka i Howard Phillips Lovecraft. Nowela może się też kojarzyć niektórym Czytelnikom z dziełami nowożytnego angielskiego malarza i pisarza horrorów Clive'a Barkera.

"Czerwony śmiech", za życia autora cieszący się w Rosji wielką popularnością, gdzie rozszedł się w łącznym nakładzie 60 tys. egzemplarzy[2][3], jest sztandarowym utworem rosyjskiego ekspresjonizmu literackiego[4], którego Leonid Andriejew był twórcą i głównym przedstawicielem.

Literacki ekspresjonizm w spektakularny sposób łączy aspekt fabularny (horrory wojny) z niecodzienną, jaskrawą kolorystyką (niezwykłe gry barw i światła), przywodzącą na myśl obrazy norweskiego malarza Edvarda Muncha, o czym Czytelnik przekona się już od pierwszej strony niniejszej fascynującej, niezapomnianej lektury.

Przemysław Musiałowski 26.01.2020

FRAGMENT PIERWSZY

...obłęd i przerażenie.

Po raz pierwszy uświadomiłem to sobie, gdyś­my szli marszem forsownym - szli dziesięć godzin bez przerwy, nie zatrzymując się, nie pod­nosząc tych, co upadli w pochodzie, zostawiając ich na pastwę wroga, który zwartą ciżbą postępował za nami i przez trzy lub cztery godziny ślady stóp naszych zacierał swoimi. Był straszny upał. Nie wiem ile stopni, czterdzieści, pięćdziesiąt, może więcej, wiem tylko, że upalny skwar nie ustawał ani na chwilę, ciągle jednako równy i dotkliwy. Słońce było tak ogromne, tak ogniste i straszne, jak gdyby ziemia przybliżyła się do niego i lada chwila miała spłonąć w nieubłaganej spie­kocie. I oczy nasze straciły władzę wzroku. Maleńka, zwężona źrenica na próżno szukała zasłony pod cieniem zamkniętych powiek: słońce przenikało przez cienką tkankę powieki i krwawym bla­skiem sięgało w głąb umęczonego mózgu.

A jednak tak było lepiej i długo, być może kilka godzin, szedłem z zamkniętymi oczyma, słysząc, jak naokoło mnie porusza się tłum: ciężkie i nierównomierne stąpanie nóg ludzi i koni, skrzypienie kół żelaznych, rozgniatających miałki żwir, czyjś ciężki, nierówny oddech i suche mlaskanie spieczonych warg. Ale mowy wokół siebie nie słyszałem. Wszyscy milczeli, jak gdyby to poruszała się przed siebie armia niemych; od czasu do czasu ktoś upadał, upadał w milczeniu, a inni potykali się o jego ciało, padali, wstawali w milczeniu i, nie oglądając się, szli dalej - jak gdyby ci niemi byli także głusi i ślepi. Ja sam kilka razy potykałem się i upadałem; otwierałem wtedy mimowolnie oczy - i to, co widziałem, wydawało mi się jakąś potworną halucynacją, ciężkim majaczeniem oszalałej ziemi.

Rozpalone powietrze drgało i bezdźwięcznie szeleścił żwir pod nogami. Dalsze szeregi na za­kręcie drogi, konie i wozy odłączały się od ziemi i kołysały się w marszu cichym, widmowym - jakby to szli nie żywi ludzie, ale armia bezcielesnych cieni. Ogromne, bliskie, straszne słońce, odbijające się na lufie każdego karabinu, na każdej blasze metalu, zapalało tysiące maleńkich oślepiających słońc, i zewsząd, z boku i z dołu, światełka padały w oczy, ogniste, białe i ostre, jak końce do białości rozpalonych bagnetów. A palący, wysuszający żar przenikał w sa­mą głąb ciała: w kości, w mózg, i od czasu do czasu wydawało się, niby w jakimś upiornym widzeniu, że na plecach porusza się nie głowa, ale jakaś dzi­wna, niezwykła kula, ciężka i lekka, obca i okropna.

I wtedy - wtedy to nagle przypomniałem sobie swój dom: zakątek pokoju, skrawek niebieskiego obicia i zakurzoną, nietkniętą karafkę z wodą - na mym stoliku - na tym stoliku, którego jedna noga krótsza była od dwóch pozostałych i dlatego był pod nią podłożony kawałek grubo zwiniętego papieru. A w sąsiednim pokoju - chociaż ich nie widzę - siedzą żona moja i syn. Gdybym mógł wówczas krzyczeć, krzyknąłbym - tak niezwykły był ten prosty, spokojny obraz, ten skrawek niebieskiego obicia i zakurzona, nie­tknięta karafka.

Pamiętam, że stanąłem, podniosłem w górę ręce, ale ktoś idący z tyłu, popchnął mnie; szybko ruszyłem naprzód, roztrącając tłum, spiesząc się gdzieś, nie czując już upału ani zmęczenia. I długo tak szedłem obok nieskończonych, milczących szeregów, dotykając niemal bezsilnie opuszczanych ostrzy gorących bagnetów, kiedy myśl o tym, co robię i gdzie tak spie­sznie idę, zatrzymała mnie. Tak samo prędko obróciłem się, ruszyłem w pole, przeszedłem ja­kieś jarowate zagłębienie i pełen troski siadłem na kamieniu, jak gdyby ten gorący, szorstki kamień był celem wszystkich mych dążeń.

I tu dopiero uświadomiłem to sobie po raz pierwszy. Jasno pojąłem, że ci ludzie idący w milczeniu w słoneczny blask, na pół martwi od zmęczenia, wyczerpania i gorąca, chwiejący się i padający na ziemię, że wszyscy ci ludzie - to obłąkani. Nie wiedzą dokąd idą, nie wiedzą na co to słoń­ce, niczego nie wiedzą. Na ramionach dźwigają nie głowy, lecz cudaczne, straszne kule. Jeden z nich, tak samo jak ja pospiesznie przedziera się przez szeregi i pada; za nim drugi i trzeci. Oto nad tłumem wzniósł się łeb konia, z krwawymi, obłąkanymi oczyma, z szeroko rozwartym spienionym py­skiem, sprawiającym wrażenie jakiegoś straszne­go, stężałego krzyku; wzniósł się i opadł. Na tym miejscu na chwilę w gęstwę zbił się tłum, przystanął, dały się słyszeć ochrypłe, głuche gło­sy, krótki wystrzał, a potem znowu milczący, niekończący się marsz.

Już od godziny siedzę na tym kamieniu, a obok mnie ciągle idą i idą, i wciąż tak samo drży ziemia i powietrze, i w dali upiorne szeregi. Znowu owłada mną spiekły skwar i już nie pamiętam tego, co na sekundę zjawiło się w moim wspomnieniu; obok mnie ciągle idą i idą, a ja nie rozumiem, co to takiego.

Przed godziną sam siedziałem na tym kamieniu, a teraz już wokoło mnie zebrała się gromadka zapylonych ludzi; jedni leżą bez ruchu, może pomarli; inni siedzą i w osłupieniu patrzą na przechodzących, tak samo jak i ja.

Jedni mają kara­biny i są podobni do żołnierzy; inni prawie do naga rozebrani, a skóra na ich ciele jest tak krwawoczerwona, że patrzeć nie sposób. Niedaleko ode mnie leży jakiś człowiek zwrócony nagimi plecami ku górze. Po tym, że tak obojętnie wrył się twarzą w ostry i gorący piasek, po bladości rąk, odrzuconych od ciała, widać, że jest martwy. Ale plecy jego są czerwo­ne, jak u żyjącego, i tylko lekka żółtawa smuga świadczy o śmierci. Chcę odsunąć się od niego, ale nie mam sił tego zrobić i z drżeniem patrzę na sunące w nieskończoność, upiorne, chwiejące się szeregi.

Po stanie mej głowy przeczuwam, że i ja również za chwilę dostanę udaru słonecznego. Czekam na to spokojnie, jak we śnie, gdzie śmierć wydaje się tyl­ko etapem na drodze dziwacznych, zmąconych przywidzeń.

Widzę jak z tłumu oddziela się żołnierz i sta­nowczym krokiem zmierza w naszym kierunku. Na minutę znika w rowie, kiedy zaś wychodzi stamtąd i zaczyna iść znowu ku nam, chód jego jest niepewny i widać ostatnie wytężenie w wysiłku podźwignięcia chwie­jącego się i drżącego ciała. Idzie tak dalece wprost na mnie, że poprzez mgłę ciężkiego otumanienia, które opanowało mój mózg, lęk mnie ogarnia i pytam:

- Czego chcesz?

Zatrzymuje się, jak gdyby czekał tylko na to słowo, i stoi tak przede mną ogromny, brodaty, z rozerwanym kołnierzem. Nie ma broni, spodnie trzymają się na jednym guziku, a przez łachmany munduru widać białe ciało. Ręce i nogi mu latają, i widocznym jest, że stara się utrzymać nad nimi władzę, ale nie może; ledwo rusza rękami, a te za­raz mu opadają.

- Co ci jest? Siadaj! - mówię do niego.

Ale on wciąż stoi, leniwie się przeciąga i milcząc patrzy na mnie. A ja bezwiednie podnoszę się z miejsca i, chwiejąc się, patrzę w jego oczy. Widzę w nich bezdeń przerażenia i obłędu. U wszystkich źrenice są zwężone - a u niego rozpłynęły się na całą tęczówkę: jakież morze ognia musi on widzieć przez te ogromne, czarne okna! Być może, że tak mi się tylko zdawało, być może, że w jego spojrzeniu była tylko śmierć. Ale nie - ja się nie mylę. W tych czarnych, bezdennych źrenicach, obwiedzionych wąską po­marańczową smugą, niby u ptaków, było coś więcej aniżeli śmierć, coś więcej aniżeli trwoga śmierci.

- Precz! - krzyczę, cofając się. - Precz!

A on, jak gdyby tylko czekał na to słowo - przewraca się na mnie, zwala mnie z nóg, zaw­sze drżący i ogromny. Z dreszczem przestrachu wydobywam spod niego nogi, przygniecione ciężarem ciała, zrywam się i chcę uciekać - gdzieś hen od ludzi, w słoneczną, bezludną, drgającą żarem dal, gdy nagle na wzgórzu rozlega się strzał, a za nim natychmiast, jak echo, drugi i trzeci. I gdzieś nad moją głową z radosnym, różnodźwięcznym świstem, z hałasem i zgiełkiem przelatuje granat.

Osaczono nas!

Znika śmiercionośna spiekota, znika strach i wyczerpanie. Myśli moje są jasne, obrazy wyraźne i ostre, kiedy zaś zdyszany podbiegam do wystraszonych szeregów, widzę rozjaśnione, jak gdyby radosne twarze, słyszę ochrypłe ale rozmowne głosy, rozkazy, żarty. Słońce wzbiło się wyżej na firmamencie, jak gdy­by nie chciało przeszkadzać, przybladło i ucichło.

I znowu furcząc radośnie, niby wiedźma, przeciął powietrze granat.

Podszedłem bliżej...

FRAGMENT DRUGI

...prawie wszystkie konie i obsługa. To samo w ósmej baterii. U nas, w baterii dwunastej, pod koniec trzeciego dnia, zostały tylko trzy działa - resztę zagwożdżono[1] - sześciu żołnierzy i jeden oficer - ja. Już od dwudziestu godzin nie spa­liśmy i nie jedliśmy; trzy doby świst szatański gra­natów otaczał nas chmurą obłędu, odrywał nas od ziemi, od nieba, od swoich - i my, żywi, słanialiśmy się jak lunatycy. Martwi - ci leżeli spokojnie, a my poruszaliśmy się, załatwialiśmy nasze sprawy, rozmawialiśmy ze sobą, nawet wybuchaliśmy śmiechem, ale mimo to - byliśmy podobni do lunatyków. Ruchy nasze były pewne i szybkie, rozkazy jasne, wyko­nanie ich dokładne, a jeśliby znienacka zapytać któregokolwiek z nas, kto on taki, ledwo, le­dwo znalazłby odpowiedź w otumanionym móz­gu. Jak we śnie wszystkie twarze wydawały się dawno znajome i wszystko, co działo się wkoło nas, wydawało się również od dawna znane, zrozumiałe, już niegdyś widziane. A jednak kiedy zaczynałem uważnie przypatrywać się czyjejś twarzy, albo jakiemuś działu, albo gdy wsłuchiwałem się w łoskot - wszystko uderzało mnie zupełną nowością kształtów i nieskończoną tajemniczością.

Noc zapadała niepostrzeżenie, i jeszcze nie zdołaliśmy ujrzeć jej i ze zdumieniem zapytać, skąd przyszła, kiedy znowu nad głowami naszymi płonęło słońce. I tylko od przychodzących na baterię żołnierzy dowiadywaliśmy się, że walka trwa już trzy doby i zaraz zapominaliśmy o tym: majaczyło się nam, że cią­gle trwa jeden i ten sam dzień, nie mający początku ani końca, to jasny, to ciemny, ale zawsze jednako niepojęty, jednako tajemniczy. I nikt z nas nie bał się śmierci, bo nikt nie rozumiał, czym jest śmierć.

Trzeciej czy czwartej nocy, nie pamiętam do­kładnie, na chwilę położyłem się na lawecie działa i gdy tylko zamknąłem oczy, natychmiast pojawił się ten sam znany a niezwykły obraz: skrawek niebieskiego obicia i nietknięta zakurzona karafka na moim stoliku. A w sąsiednim pokoju - chociaż ich nie widzę - siedzą żona moja i syn. Tylko że teraz na stole paliła się lampa z zielonym kloszem, więc był późny wieczór albo noc. Obraz ten stał się nieruchomy i bardzo długo, bardzo spokojnie, bardzo uważnie przypatrywałem się, jak płomień lampy odbija się w rżniętym szkle karafki, przyglądałem się obiciu i myślałem, dlaczego syn mój nie śpi: przecież to już noc i czas na niego. A później znowu przyglądałem się obiciom: wszystkim zakrętasom srebrzystych kwiatów, kwadratom i liniom. I nie myślałem nigdy, że tak dobrze znam swój pokój.

Niekiedy otwierałem oczy i widziałem czarny strop nieba z jakimiś czerwonymi ognistymi smugami - i znowu zamykałem oczy i przyglądałem się obiciom, błyszczącej karafce i myślałem, dlaczego nie śpi mój syn: przecież to już noc i czas na niego.

W pewnej chwili w pobliżu mnie eksplodował gra­nat, jakaś gruda obiła się o moje nogi. Ktoś krzy­knął głośno, głośniej od huku, z jakim eksplodował gra­nat, a ja pomyślałem: "Ktoś został zabity", ale nie poruszyłem się i nie oderwałem oczu od niebieskiego obicia i od karafki.

Później wstałem, chodziłem, wydawałem rozkazy, patrzyłem w twarze żołnierzy, a przy tym ciągle a ciągle myślałem: "Dlaczego nie śpi mój syn?". Zapytałem nawet o to żołnierza z od­działu pocztowego, a ten długo i szczegółowo coś mi tłumaczył i obaj kiwaliśmy głowami. Uśmiechał się, a lewa brew mu drgała, i chytrze mrugał oczami na kogoś z tyłu. A z tyłu za nim widać było tylko pode­szwy czyichś nóg i poza tym nic więcej.

Poczynał już szarzeć ranek, gdy wtem, nagle, zaczął padać deszcz. Deszcz - zupełnie taki, jak u nas. Takie same zwykłe kropelki wody. Tak był nie­spodziewany i tak się wszystkim wydało niedorzecznym, że pada, takeśmy bać się zaczęli, żeby nie zmoknąć, że odbiegliśmy od dział i zaczęliśmy się chować, gdzie się jak komu udało.

Żołnierz pocztowy, z którym dopiero co rozmawiałem, wcisnął się pod lawetę i tam się skulił, chociaż lada chwila zmiażdżyć go mogły koła armaty; gruby kanonier zaczął nie wiadomo dlaczego roz­bierać jednego z zabitych, a ja błąkałem się tu i ówdzie i czegoś szukałem - może płaszcza, może parasola.

Wkrótce na całej ogromnej przestrzeni, gdzie spadł deszcz z wędrownej chmury, zapa­nowała niezwykła cisza. Powietrze przeszył z wizgiem i eksplodował spóźniony szrapnel i nastała cisza - taka wielka cisza, że słychać było, jak sapie gruby kanonier i jak uderzają o kamienie i działa kropelki deszczu.

I zdawało się, że ten cichy ustawiczny plusk, przypominający sobą jesień i woń rozmiękłej ziemi, i cały ten spokój rozwiały na jedno mgnienie krwawe, dzikie majaki; rozwiały tak dalece, że gdy spojrzałem na mokre, lśniące od wody działa, doznałem jakiegoś miłego, błogiego wrażenia, coś jakby przypomnienia dzieciństwa lub pierwszej miłości. Ale w oddali niezwyczajnie głośno zagrzmiał znowu wystrzał i czar chwilowej ciszy prysł; z tym samym pośpiechem, z jakim ludzie dopiero co się chowali, teraz zaczęli wychodzić ze swych kryjówek. Gruby kanonier zaczął krzyczeć na kogoś; ogniem zionęły działa jedno za drugim - i znowu krwawy, jednostajny tuman powlókł umęczo­ne mózgi.

I nikt nie zauważył, kiedy deszcz ustał; pamiętam tylko, że z ciała zabitego, grubego kanoniera, z jego tłustej, nalanej twarzy spływała woda - widocznie więc deszcz musiał trwać długo...

...Przede mną stał młodziutki ochotnik, za­wiadamiając z wojskowym ukłonem, że dowódca żąda od nas jeszcze dwóch godzin utrzymania się na pozycji, a w międzyczasie przybędą posiłki. Myślałem, dlaczego nie śpi mój syn i odpowiedziałem, że mogę tak długo utrzymać się na pozycji, jak będzie potrzeba.

I wtedy zwróciła moją uwagę twarz młodziutkiego ochotnika. Prawdopodobnie dlatego, że była niezwykle uderzająco blada. Nie widziałem nigdy w życiu bardziej bladego oblicza; nawet oblicze u trupów ma więcej koloru, aniżeli twarz tego bezwąsego młodzieńca. Zapewne w drodze do naszej pozycji musiał się czegoś bardzo sil­nie wystraszyć i jeszcze niezupełnie przyszedł do siebie. Zapewne też i dlatego, mówiąc, salutował, aby tym obojętnym i prostym ruchem odpędzić obłąkańczy strach.

- Pan się boi? - zapytałem, trącając go w ramię.

Ale ramię jego było jakby z drewna, on sam zaś uśmiechał się cicho i milczał. Prawdopodobnie tylko wargi jego siliły się na uśmiech, gdyż w oczach odzwierciadlała się jedynie młodość i strach - poza tym nic więcej.

- Pan się boi? - powtórzyłem łagodnie.

Wargi jego drżały, siląc się na wymówienie słowa. I w tejże chwili stało się coś niepojętego, dziwacznego i nienaturalnego. Prawy policzek mój owiał jakiś ciepły wiatr, zachwiałem się silnie na nogach, a tuż przed moimi oczyma zamiast bladej twarzy ochotnika zjawiła się twarz jakaś krótka, tępa i czerwona. Krew lała się z niej niby z odkorkowanej bu­telki, jak je malują na lichych szyldach. A w tej krótkiej, czerwonej, ociekającej twarzy widniał jeszcze jakiś uśmiech, bezzębny uśmiech - czerwony śmiech.

A ja go poznałem, ten czerwony śmiech. Szuka­łem go i znalazłem, ten czerwony śmiech. Teraz dopiero zrozumiałem, co się przebijało w tych wszyst­kich okaleczonych, dziwacznych ciałach. To był czerwony śmiech. Widać go było na niebie, na słońcu. Wkrótce rozprzestrzeni się po całej ziemi. Czerwony śmiech!

A ludzie wokół mnie spokojni i cisi, jak lu­natycy...