Czerwony rynek. Na tropie handlarzy organów, złodziei kości, producentów krwi i porywaczy dzieci - Scott Carney

-
Proszę czekać

1Alchemia ciała

Na krót­ką chwi­lę Emi­ly5 jak­by za­trzy­mu­je się w po­wie­trzu, za­wie­szo­na w punk­cie, gdzie ruch w górę, spo­wo­do­wa­ny siłą jej koń­czyn, ustą­pi miej­sca gra­wi­ta­cji. Tu­taj, w naj­wyż­szym punk­cie jej krót­kie­go lotu, pra­wa fi­zy­ki przy­pie­czę­to­wa­ły jej los - lecz cia­ło Emi­ly nadal na­le­ży do niej. Za chwi­lę zde­rze­nie z zie­mią da po­czą­tek ca­łej se­rii smut­nych wy­da­rzeń, Emi­ly prze­sta­nie ist­nieć jako oso­ba, a od­po­wie­dzial­ność za jej fi­zycz­ną po­stać spad­nie na bar­ki in­nych lu­dzi. Te­raz jed­nak, w punk­cie dzie­lą­cym wzno­sze­nie od opa­da­nia, jest nie­osią­gal­na. Może na­wet pięk­na. Kie­dy za­czy­na le­cieć w dół, wiatr ob­my­wa­ją­cy jej twarz przy­bie­ra na sile.

Ude­rza o be­ton, głu­chy od­głos nie­sie się po ca­łym dzie­dziń­cu klasz­to­ru, lecz ża­den z nie­licz­nych stu­den­tów, któ­rzy nie śpią jesz­cze o trze­ciej w nocy, nie re­agu­je. Kil­ka go­dzin wcze­śniej Emi­ly sie­dzia­ła z nimi. Nie­wie­le mó­wi­ła, wy­szła bez po­że­gna­nia. Nikt nie sko­ja­rzył tego dźwię­ku z jej nie­obec­no­ścią. W In­diach ta­kie ha­ła­sy to rzecz zwy­czaj­na. Nie wy­szli na dzie­dzi­niec, by spraw­dzić, co się wy­da­rzy­ło, więc cia­ło Emi­ly leży nie­ru­cho­mo, ob­la­ne nie­bie­ska­wym bla­skiem księ­ży­ca. Stu­den­ci są szczę­śli­wi, że mogą me­dy­to­wać w miej­scu, gdzie przed trze­ma ty­sią­ca­mi lat Bud­da do­stą­pił prze­bu­dze­nia. Mia­sto nosi na­zwę Bodh Gaja na jego cześć - tłu­ma­czy się ją do­słow­nie jako "tam, gdzie udał się Bud­da". Przez ostat­nie dzie­sięć dni sie­dzie­li w mil­cze­niu i me­dy­to­wa­li przed zło­tym po­są­giem Bud­dy, co­raz bar­dziej spra­gnie­ni kon­tak­tu z in­ny­mi. Su­ro­wy za­kaz pro­wa­dze­nia roz­mów wpra­wiał ich w co­raz więk­sze zde­ner­wo­wa­nie. Gdy w koń­cu mo­gli zro­bić uży­tek ze swo­ich ję­zy­ków, sie­dzie­li ra­zem do póź­nej nocy i traj­ko­ta­li jak dzie­ci w ostat­ni dzień let­nie­go obo­zu.

Przez go­dzi­nę śpię głę­bo­ko za­le­d­wie kil­ka me­trów od jej cia­ła, osło­nię­ty bia­łą mo­ski­tie­rą, i śnię spo­koj­nie o po­wro­cie do domu, do żony. Na­gle ktoś szar­pie mnie za ra­mię, otwie­ram oczy i wi­dzę nad sobą bro­da­tą twarz jed­ne­go z mo­ich stu­den­tów, no­wo­jor­czy­ka. Jest prze­ra­żo­ny.

- Emi­ly leży na bru­ku, nie od­dy­cha.

Kie­ro­wa­ny je­dy­nie in­stynk­tem, zry­wam się na­tych­miast z łóż­ka, wcią­gam dżin­sy i wy­pło­wia­łą ko­szul­kę i wy­bie­gam na dzie­dzi­niec.

Ste­pha­nie, dru­ga kie­row­nicz­ka pro­gra­mu, prze­ta­cza cia­ło na po­ma­rań­czo­wą ka­ri­ma­tę. Pra­we oko Emi­ly jest pod­bi­te i opuch­nię­te, jej wło­sy są lep­kie od krwi. Zbyt zszo­ko­wa­na, by za­uwa­żyć moją obec­ność, Ste­pha­nie pró­bu­je przy­wró­cić Emi­ly do ży­cia. Uci­ska jej klat­kę pier­sio­wą. Na wil­got­nej od rosy tra­wie leży za­war­tość ap­tecz­ki, roz­rzu­co­ne bez­ład­nie strzy­kaw­ki i opa­trun­ki. Twarz Ste­pha­nie wy­krzy­wia się w gry­ma­sie prze­ra­że­nia, gdy do­strze­ga, że po każ­dym uci­śnię­ciu most­ka z ust dziew­czy­ny wy­pły­wa­ją struż­ki krwi. Nie ma pul­su.

Wszy­scy go­ście prze­by­wa­ją­cy w klasz­to­rze są już na no­gach, tło­czą się wo­kół cia­ła. Ja­kaś ko­bie­ta z dłu­gi­mi brą­zo­wy­mi wło­sa­mi i au­striac­kim ak­cen­tem mdle­je na wi­dok krwi. Wy­bie­ram na ko­mór­ce nu­mer dy­rek­to­rów pro­gra­mu w USA, by prze­ka­zać im wstrzą­sa­ją­ce wie­ści.

Po chwi­li się roz­łą­czam, spo­rzą­dzam no­tat­ki i pla­nu­ję roz­mo­wy te­le­fo­nicz­ne z ro­dzi­ną Emi­ly, pod­czas gdy trzech stu­den­tów po­ma­ga prze­nieść ją do za­rdze­wia­łe­go am­bu­lan­su, z któ­re­go ko­rzy­sta klasz­tor, świad­cząc usłu­gi me­dycz­ne miesz­kań­com po­bli­skich wio­sek. Tej nocy ka­ret­ka wie­zie cia­ło dziew­czy­ny przez spa­lo­ne słoń­cem pola i tłocz­ny obóz woj­sko­wy w kie­run­ku je­dy­ne­go szpi­ta­la w oko­li­cy. Emi­ly do­cie­ra do szpi­ta­la uczel­nia­ne­go Gaya Me­di­cal Col­le­ge 12 mar­ca 2006 roku po go­dzi­nie czwar­tej, a o 4.26 le­ka­rze ofi­cjal­nie stwier­dza­ją jej zgon.

O 10.26 mam wra­że­nie, że po­sta­rza­łem się w cią­gu tych kil­ku go­dzin co naj­mniej o rok. Pa­mięt­nik Emi­ly, po­zo­sta­wio­ny na bal­ko­nie jej po­ko­ju, pe­łen jest ob­ra­zów i my­śli, któ­re każą mi przy­pusz­czać, że było to sa­mo­bój­stwo. Dzie­sięć dni me­dy­ta­cji i mil­cze­nia po­łą­czo­nych z szo­kiem kul­tu­ro­wym, cał­kiem zro­zu­mia­łym w sy­tu­acji, gdy od­wie­dza się kraj po­ło­żo­ny na dru­gim koń­cu świa­ta, naj­wy­raź­niej oka­za­ło się dla niej zbyt wiel­kim cię­ża­rem. Lecz przy­czy­ny jej śmier­ci nie wy­da­ją mi się w tej chwi­li tak istot­ne jak brze­mię za­dań, któ­re cze­ka­ją mnie w naj­bliż­szej przy­szło­ści. Jej ro­dzin­ne mia­sto, Nowy Or­le­an, leży w od­le­gło­ści po­nad trzy­na­stu ty­się­cy ki­lo­me­trów od tego miej­sca, a pierw­szy etap po­dró­ży pro­wa­dzi przez spa­lo­ne, ja­ło­we zie­mie wiej­skich ob­sza­rów In­dii. Po­przed­nie­go dnia wy­pa­dek na węź­le ko­mu­ni­ka­cyj­nym w świę­tym mie­ście Wa­ra­na­si prze­rwał po­łą­cze­nie ko­le­jo­we z Gają, a miej­sco­wy port lot­ni­czy nie jest za­in­te­re­so­wa­ny trans­por­tem cia­ła.

WstępCzłowiek kontra mięso

Ważę pra­wie dzie­więć­dzie­siąt ki­lo­gra­mów, mam brą­zo­we wło­sy, nie­bie­skie oczy i peł­ne uzę­bie­nie. O ile mi wia­do­mo, moja tar­czy­ca wy­dzie­la wła­ści­we hor­mo­ny i wtła­cza je do sze­ściu li­trów krwi, któ­re krą­żą po mo­ich ży­łach i tęt­ni­cach. Mie­rzę sto osiem­dzie­siąt osiem cen­ty­me­trów, mam więc dłu­gie ko­ści udo­we i pisz­cze­le zbu­do­wa­ne ze zdro­wej, gę­stej tkan­ki łącz­nej. Obie moje ner­ki funk­cjo­nu­ją pra­wi­dło­wo, a ser­ce pra­cu­je w sta­łym tem­pie osiem­dzie­się­ciu sied­miu ude­rzeń na mi­nu­tę. Sza­cu­ję, że w su­mie je­stem wart oko­ło dwu­stu pięć­dzie­się­ciu ty­się­cy do­la­rów.

Moja krew roz­kła­da się ła­two na oso­cze, czer­wo­ne krwin­ki, płyt­ki krwi i czyn­nik an­ty­he­mo­fi­lo­wy; mo­gła­by ura­to­wać ży­cie ko­muś le­żą­ce­mu na sto­le ope­ra­cyj­nym albo za­trzy­mać nie­kon­tro­lo­wa­ny krwo­tok u czło­wie­ka cho­re­go na he­mo­fi­lię. Wią­za­dła, któ­re utrzy­mu­ją w ca­ło­ści moje cia­ło, moż­na od­dzie­lić od ko­ści i wsz­cze­pić w ko­la­no kon­tu­zjo­wa­ne­go olim­pij­czy­ka. Z wło­sów ro­sną­cych na mo­jej gło­wie moż­na zro­bić pe­ru­kę albo wy­ko­rzy­stać za­war­te w nich ami­no­kwa­sy i sprze­da­wać jako za­czyn do pie­czy­wa. Mój szkie­let świet­nie pre­zen­to­wał­by się w każ­dej sali lek­cyj­nej. Moje naj­waż­niej­sze or­ga­ny - ser­ce, wą­tro­ba i ner­ki - mo­gły­by prze­dłu­żyć ży­cie lu­dziom, któ­rych wła­sne na­rzą­dy prze­sta­ły funk­cjo­no­wać na sku­tek cho­ro­by albo wy­pad­ku. Ro­gów­ki od­dzie­lo­ne od mo­ich oczu mo­gły­by przy­wró­cić wzrok ociem­nia­łym. Na­wet gdy­bym już umarł, zde­ter­mi­no­wa­ny pa­to­log mógł­by po­brać na­sie­nie z mo­je­go cia­ła i za­płod­nić nim ko­bie­tę. Dziec­ko tej ko­bie­ty też mia­ło­by okre­ślo­ną war­tość.

Po­nie­waż je­stem Ame­ry­ka­ni­nem, moje cia­ło wy­ce­nia­ne jest bar­dzo wy­so­ko - gdy­bym po­cho­dził z Chin, był­bym wart znacz­nie, znacz­nie mniej. Le­ka­rze i po­śred­ni­cy, któ­rzy ob­ra­ca­li­by na świa­to­wych ryn­kach moim cia­łem, za­ro­bi­li­by na swo­ich usłu­gach o wie­le wię­cej niż ja sam, gdy­bym zde­cy­do­wał się han­dlo­wać wła­sny­mi or­ga­na­mi sa­mo­dziel­nie. Oka­zu­je się, że ogól­no­świa­to­we pra­wa po­py­tu i po­da­ży do­ty­czą ryn­ku or­ga­nów w ta­kim sa­mym stop­niu jak sprze­da­ży bu­tów czy elek­tro­ni­ki.

Po­dob­nie jak me­cha­nik może wy­mie­nić zu­ży­te czę­ści na­sze­go sa­mo­cho­du na nowe i na­oli­wić skrzy­pią­ce złą­cza, by zwięk­szyć spraw­ność sil­ni­ka, tak le­karz może prze­dłu­żyć ko­muś ży­cie, wy­mie­nia­jąc wa­dli­we or­ga­ny na zdro­we. Z każ­dym ro­kiem ko­lej­ne ba­rie­ry tech­no­lo­gicz­ne do­ty­czą­ce ta­kich za­bie­gów zo­sta­ją prze­kro­czo­ne, a sam pro­ces sta­je się co­raz tań­szy. Nie ist­nie­ją jed­nak zło­mo­wi­ska ludz­kich czę­ści wy­so­kiej ja­ko­ści. Naj­lep­sze ze skon­stru­owa­nych do tej pory sztucz­nych serc, ne­rek i krwi nie mogą się rów­nać pod żad­nym wzglę­dem z praw­dzi­wy­mi. Ludz­kie cia­ło jest po pro­stu zbyt skom­pli­ko­wa­ne. Obec­nie nie da się stwo­rzyć ludz­kie­go or­ga­ni­zmu w fa­bry­ce czy w la­bo­ra­to­rium, co ozna­cza, że aby spro­stać po­py­to­wi na ludz­kie czę­ści, na­le­ży szu­kać od­po­wied­nich ma­te­ria­łów wśród ży­wych i nie­daw­no zmar­łych lu­dzi.

Po­trze­bu­je­my ogrom­nych ilo­ści ludz­kie­go ma­te­ria­łu, by do­star­czyć uczel­niom me­dycz­nym zwłok, dzię­ki któ­rym przy­szli le­ka­rze do­brze po­zna­ją ana­to­mię czło­wie­ka. Agen­cje ad­op­cyj­ne wy­sy­ła­ją ty­sią­ce dzie­ci z Trze­cie­go Świa­ta na bo­ga­tą Pół­noc, by wy­peł­nić luki w ame­ry­kań­skich ro­dzi­nach. Fir­my far­ma­ceu­tycz­ne po­trze­bu­ją ży­wych lu­dzi do te­sto­wa­nia ko­lej­nych su­per­le­ków, a prze­mysł ko­sme­tycz­ny prze­twa­rza mi­lio­ny ki­lo­gra­mów ludz­kich wło­sów rocz­nie, żeby za­spo­ko­ić nie­ga­sną­ce za­po­trze­bo­wa­nie na nowe fry­zu­ry. Cza­sy odzia­nych w spód­nicz­ki z tra­wy lu­do­żer­ców z tro­pi­kal­nych wysp to już za­mierz­chła prze­szłość - nasz ape­tyt na ludz­kie cia­ło jest te­raz więk­szy niż kie­dy­kol­wiek w hi­sto­rii świa­ta.

Świa­do­mość, że na­sze cia­ła mogą być przed­mio­tem zwy­kłe­go han­dlu, bu­dzi w nas dziw­ne i mie­sza­ne uczu­cia. Więk­szość lu­dzi wy­czu­wa in­stynk­tow­nie, że o wy­jąt­ko­wo­ści każ­de­go czło­wie­ka de­cy­du­je coś wię­cej niż tyl­ko fi­zycz­na obec­ność - od elek­tro­nów i kwar­ków, któ­re two­rzą na­sze tkan­ki, po skom­pli­ko­wa­ne struk­tu­ry bio­lo­gicz­ne, pod­trzy­mu­ją­ce każ­dy nasz od­dech. Oprócz niej ist­nie­je rów­nież in­ne­go ro­dza­ju obec­ność, któ­ra to­wa­rzy­szy ży­ciu. Na po­trze­by tej książ­ki, a tak­że dla wła­snej wy­go­dy, gdyż uła­twi mi to pi­sa­nie, za­kła­dam, że isto­ta ludz­ka ma rów­nież du­szę1. Utra­ta du­szy za­mie­nia cia­ło w ka­wa­łek ma­te­rii.

Choć nie­mal każ­dy z nas uwa­ża swo­je cia­ło za rzecz świę­tą, któ­ra nie pod­le­ga pro­za­icz­nym pra­wom ryn­ku, mu­si­my po­go­dzić się z fak­tem, że han­del ludz­ki­mi or­ga­na­mi roz­kwi­ta. Co roku wła­ści­cie­li zmie­nia­ją frag­men­ty ludz­kich or­ga­ni­zmów o war­to­ści co naj­mniej kil­ku mi­liar­dów do­la­rów. Na świe­cie żyje po­nad sześć mi­liar­dów lu­dzi2, więc za­so­by są na­praw­dę spo­re. Mo­że­my za­ło­żyć, że glo­bal­na po­daż ne­rek to po­nad sześć mi­liar­dów (albo po­nad dwa­na­ście, je­śli je­ste­śmy na­praw­dę bez­li­to­śni), prze­szło sześć­dzie­siąt mi­liar­dów li­trów krwi i dość ro­gó­wek, by wy­peł­nić nimi sta­dion pił­kar­ski. Je­dy­ną rze­czą, któ­ra po­wstrzy­mu­je han­dla­rzy od się­gnię­cia po nie­wy­obra­żal­ne zy­ski, są pra­wa do eks­plo­ato­wa­nia tych za­so­bów.

Spójrz­my na przy­kład na ry­nek ad­op­to­wa­nych dzie­ci. W mo­men­cie gdy ja­kaś ro­dzi­na zde­cy­du­je, że chce przy­jąć do sie­bie ubo­gie dziec­ko z in­ne­go kra­ju, nie zna jesz­cze toż­sa­mo­ści tego dziec­ka, jego wy­glą­du ani cha­rak­te­ru. Szu­ka­jąc dziec­ka ide­al­ne­go, pre­cy­zu­je swo­je po­trze­by na pod­sta­wie tego, co ofe­ru­je jej ry­nek dzie­ci. Prze­glą­da ka­ta­lo­gi za­miesz­cza­ne w in­ter­ne­cie przez mię­dzy­na­ro­do­we agen­cje ad­op­cyj­ne, czy­ta ar­ty­ku­ły pra­so­we o zroz­pa­czo­nych mal­cach z sie­ro­ciń­ców i po­dej­mu­je trud­ne de­cy­zje, okre­śla­jąc ce­chy dziec­ka, któ­re chcia­ła­by przy­gar­nąć.

Oczy­wi­ście ja­kiś czas po­tem ad­op­to­wa­ne dziec­ko sta­nie się praw­dzi­wym człon­kiem ro­dzi­ny, lecz aby do nie­go do­trzeć, przy­bra­ni ro­dzi­ce mu­szą po­znać cały łań­cuch do­staw, zło­żo­ny czę­sto z po­dej­rza­nych po­śred­ni­ków i sko­rum­po­wa­nych urzęd­ni­ków, któ­rzy w wie­lu wy­pad­kach po­strze­ga­ją dzie­ci je­dy­nie jako małe cia­ła. Do­pie­ro gdy dziec­ko znaj­dzie się w domu no­wej ro­dzi­ny, sta­nie się praw­dzi­wą, rze­czy­wi­stą oso­bą, a nie abs­trak­tem.

Bez wzglę­du na to, ja­kie są na­sze za­pa­try­wa­nia mo­ral­ne na tę kwe­stię, cia­ła nie­wąt­pli­wie już od daw­na są to­wa­rem - choć to­wa­rem nie­wy­god­nym. Nie po­wsta­ją w fa­bry­kach jako cał­kiem nowe pro­duk­ty, mon­to­wa­ne przez pra­cow­ni­ków w ste­ryl­nych ubra­niach - zbie­ra się je ra­czej jak uży­wa­ne sa­mo­cho­dy po­zo­sta­wio­ne na zło­mo­wi­skach. Za­nim bę­dzie­my mo­gli za­pła­cić ra­chu­nek i za­brać ze sobą ludz­ką tkan­kę, ktoś bę­dzie mu­siał zmie­nić ją z ka­wał­ka czło­wie­ka w przed­miot o war­to­ści ryn­ko­wej. W od­róż­nie­niu od uży­wa­nych sa­mo­cho­dów i ich czę­ści cenę ludz­kie­go cia­ła okre­śla się nie tyl­ko w do­la­rach. Mie­rzy się ją rów­nież krwią i trud­ną do osza­co­wa­nia war­to­ścią ży­cia, za­rów­no oca­lo­ne­go, jak i utra­co­ne­go. Ku­pu­jąc frag­ment ludz­kie­go cia­ła, bie­rze­my na sie­bie mo­ral­ną od­po­wie­dzial­ność zwią­za­ną z jego po­cho­dze­niem, a tak­że przej­mu­je­my bio­lo­gicz­ną i ge­ne­tycz­ną hi­sto­rię by­łe­go wła­ści­cie­la. To trans­ak­cja, któ­ra nig­dy się nie koń­czy.

Pra­wo i go­spo­dar­ka roz­róż­nia­ją trzy ro­dza­je ryn­ku: bia­ły, sza­ry i czar­ny. Na czar­nym ryn­ku han­dlu­je się nie­le­gal­ny­mi to­wa­ra­mi i usłu­ga­mi, na przy­kład bro­nią i nar­ko­ty­ka­mi, pod­czas gdy pi­rac­kie pły­ty czy nie­opo­dat­ko­wa­ne do­cho­dy to do­me­na sza­re­go ryn­ku, czy też sza­rej stre­fy. Bia­ły ry­nek jest te­ry­to­rium pro­duk­tów le­gal­nych - od żyw­no­ści ku­po­wa­nej w skle­pie na rogu po po­dat­ki do­cho­do­we od­pro­wa­dza­ne uczci­wie każ­de­go mie­sią­ca. Wszyst­kie te ryn­ki łą­czą dwie ce­chy: sprze­da­wa­ne tam to­wa­ry mają ja­sno okre­ślo­ną war­tość, któ­rą moż­na wy­ra­zić w do­la­rach lub cen­tach, a trans­ak­cje koń­czą się w mo­men­cie, gdy pie­nią­dze zmie­nią wła­ści­cie­la. Ry­nek, na któ­rym han­dlu­je się ludz­ki­mi cia­ła­mi, jest inny, bo jego klien­ci za­wdzię­cza­ją ży­cie i szczę­ście ro­dzin­ne łań­cu­cho­wi do­staw.

Wi­taj­cie na czer­wo­nym ryn­ku.

Czer­wo­ny ry­nek to wy­twór sprzecz­no­ści, któ­re po­wsta­ją tam, gdzie spo­łecz­ne tabu ota­cza­ją­ce ludz­kie cia­ło zde­rza się z pra­gnie­niem dłu­gie­go i szczę­śli­we­go ży­cia. War­tość trans­ak­cji i pro­duk­tów na nor­mal­nym ryn­ku moż­na osza­co­wać na pod­sta­wie zwy­kłych dzia­łań al­ge­bra­icz­nych, czer­wo­ny ry­nek zaś wy­my­ka się pro­stym kal­ku­la­cjom - tu­taj w każ­dym rów­na­niu znaj­dzie­my za­rów­no zero, jak i nie­skoń­czo­ność. Czer­wo­ny ry­nek po­ja­wia się tam, gdzie w ży­ciu kup­ca lub sprze­da­ją­ce­go za­cho­dzą bar­dzo istot­ne zmia­ny. Ku­piec może być tego świa­dom lub nie, ale na­by­te przez nie­go cia­ło czy­ni zeń do­zgon­ne­go wie­rzy­cie­la czło­wie­ka, któ­ry mu je do­star­czył.

Ze wzglę­du na tę więź oraz na­szą skłon­ność do uni­ka­nia wy­ra­żeń han­dlo­wych w od­nie­sie­niu do ciał trans­ak­cje na czer­wo­nym ryn­ku za­wie­ra się przy uży­ciu dziw­ne­go ję­zy­ka al­tru­izmu. Nikt nie sprze­da­je ne­rek, krwi czy ko­mó­rek ja­jo­wych, lecz je "od­da­je". Ro­dzi­ce ad­op­cyj­ni "przy­gar­nia­ją" ubo­gie dzie­ci, a nie po­więk­sza­ją ro­dzi­nę.

Jed­nak po­mi­mo ca­łej tej otocz­ki ludz­kie cia­ła i ich ele­men­ty mają swo­ją okre­ślo­ną cenę w do­la­rach lub in­nej wa­lu­cie, a za­so­by są - po czę­ści dzię­ki ro­sną­cej licz­bie lud­no­ści w ubo­gich re­jo­nach świa­ta - prak­tycz­nie nie­ogra­ni­czo­ne.

W Egip­cie, In­diach, Pa­ki­sta­nie i na Fi­li­pi­nach miesz­kań­cy ca­łych wio­sek sprze­da­ją or­ga­ny, wy­naj­mu­ją ma­ci­ce lub za­pi­su­ją ko­muś swo­je cia­ło - czę­sto nie ro­bią tego wca­le pod przy­mu­sem, lecz za­wie­ra­ją trans­ak­cje, z któ­rych za­do­wo­lo­ne są obie stro­ny. Po­śred­ni­cy w han­dlu ludz­kim cia­łem - nie­rzad­ko szpi­ta­le lub in­sty­tu­cje rzą­do­we, a cza­sem po­zba­wie­ni skru­pu­łów prze­stęp­cy - po­zy­sku­ją swój to­war za naj­niż­szą moż­li­wą cenę, za­pew­nia­jąc rów­no­cze­śnie kup­ców, że po­cho­dze­nie or­ga­nów nie bu­dzi żad­nych wąt­pli­wo­ści etycz­nych. Choć zda­rza się, że han­dlarz zdo­by­wa to­war w od­ra­ża­ją­cy spo­sób, sprze­daż zwy­kle jest le­gal­na i uświę­co­na mo­ral­nym na­ka­zem ra­to­wa­nia ludz­kie­go ży­cia. Zbrod­nia zo­sta­je ukry­ta za za­sło­ną al­tru­istycz­nych ide­ałów.

W od­róż­nie­niu od nie­mal wszel­kich in­nych trans­ak­cji za­kup na czer­wo­nym ryn­ku czy­ni ku­pu­ją­ce­go dłuż­ni­kiem wszyst­kich ogniw łą­czą­cych go ze źró­dłem to­wa­ru. Tyl­ko nie­licz­ne ope­ra­cje han­dlo­we bu­dzą tyle wąt­pli­wo­ści na­tu­ry mo­ral­nej co ku­po­wa­nie czę­ści ludz­kich ciał. Każ­dy be­ne­fi­cjent trans­ak­cji prze­pro­wa­dzo­nej na czer­wo­nym ryn­ku po­wi­nien po­waż­nie za­sta­no­wić się nad py­ta­niem, co ozna­cza "etycz­ne po­cho­dze­nie".

Sko­ro po­trze­bu­je­my na­sze­go cia­ła do ży­cia, to jak któ­ra­kol­wiek z jego czę­ści może być zbęd­na? Ja­kie pra­wo ma cho­ra oso­ba do ży­wych or­ga­nów oso­by zdro­wej? Ja­kie kry­te­ria na­le­ży speł­nić, by spro­wa­dzić do sie­bie dziec­ko z Trze­cie­go Świa­ta? Nie­uchron­nym, choć okrop­nym efek­tem ubocz­nym funk­cjo­no­wa­nia czer­wo­ne­go ryn­ku jest prze­su­wa­nie ludz­kie­go cia­ła w górę - nig­dy w dół - dra­bi­ny spo­łecz­nej. Na­wet bez udzia­łu ele­men­tów prze­stęp­czych nie­kon­tro­lo­wa­ny wol­ny ry­nek za­cho­wu­je się jak wam­pir, wy­sy­sa­jąc zdro­wie i siłę z gett bied­nych daw­ców i prze­ka­zu­jąc je bo­ga­czom.

Orę­dow­ni­cy nie­ogra­ni­czo­ne­go czer­wo­ne­go ryn­ku czę­sto pod­no­szą ar­gu­ment, że lu­dzie, któ­rzy do­bro­wol­nie sprze­da­ją swo­ją tkan­kę, od­no­szą ko­rzyść z ta­kich trans­ak­cji. Za­ro­bio­ne w ten spo­sób pie­nią­dze mogą wy­rwać ich z bie­dy i wy­nieść na wyż­szą po­zy­cję spo­łecz­ną. Po­win­ni­śmy chy­ba mieć pra­wo do de­cy­do­wa­nia o wła­snym cie­le, praw­da? Tego ro­dza­ju lo­gi­ka za­kła­da, że ludz­ka tkan­ka to ostat­nia de­ska ra­tun­ku dla osób za­gro­żo­nych skraj­nym ubó­stwem i że dzię­ki sprze­da­ży tej tkan­ki wy­do­bę­dą się z trud­nej sy­tu­acji. W rze­czy­wi­sto­ści lu­dzie, któ­rzy sprze­da­ją swe cia­ła i or­ga­ny, bar­dzo rzad­ko w zna­czą­cym stop­niu po­pra­wia­ją swo­ją sy­tu­ację ży­cio­wą. So­cjo­lo­go­wie od daw­na już wie­dzą, że to mrzon­ka3. Sprze­daż wła­snych or­ga­nów nie daje żad­nych dłu­go­ter­mi­no­wych ko­rzy­ści, stwa­rza je­dy­nie za­gro­że­nia.

Tyl­ko w jed­nym wy­pad­ku czy­jaś po­zy­cja spo­łecz­na może pod­nieść się rów­nie szyb­ko jak cena cia­ła. I dzie­je się to wy­łącz­nie wte­dy, gdy sprze­da­ży pod­le­ga całe cia­ło - kie­dy na mię­dzy­na­ro­do­wy ry­nek ad­op­cyj­ny tra­fia małe dziec­ko.

Wła­ści­wie moż­na po­wie­dzieć, że po­nie­waż na świe­cie żyją mi­lio­ny sie­rot, ad­op­cja roz­wią­zu­je do pew­ne­go stop­nia waż­ny pro­blem spo­łecz­ny. Ad­op­to­wa­ne dzie­ci za­wsze prze­no­szą się z nie­bez­piecz­nych obrze­ży spo­łe­czeń­stwa do sta­bil­nych fi­nan­so­wo, tro­skli­wych ro­dzin. Jed­nak jak każ­dym ryn­kiem ad­op­cja­mi rzą­dzą pra­wa po­py­tu i po­da­ży. Za­chód, któ­ry re­ali­zu­je więk­szość mię­dzy­na­ro­do­wych ad­op­cji, do­ma­ga się dzie­ci o ja­śniej­szej skó­rze, co pro­wa­dzi do wy­pa­czeń ra­so­wych w sie­ro­ciń­cach. Domy dziec­ka od­zwier­cie­dla­ją ska­lę uprze­dzeń ra­so­wych Ame­ry­ki. Bia­łe dzie­ci nie­mal na­tych­miast znaj­du­ją no­wych ro­dzi­ców, a czar­ne czę­sto zo­sta­ją wy­cho­wan­ka­mi sys­te­mu opie­ki spo­łecz­nej.

Jesz­cze go­rzej wy­glą­da sy­tu­acja na in­nych kon­ty­nen­tach, gdzie głów­nym kry­te­rium wy­bo­ru nie jest po­cho­dze­nie dziec­ka, lecz stan jego zdro­wia. Wia­do­mo po­wszech­nie, że dzie­ci z wy­jąt­ko­wo bied­nych sie­ro­ciń­ców w In­diach, Chi­nach, Sa­moa, Za­mbii, Gwa­te­ma­li, Ru­mu­nii i Ko­rei za­trzy­mu­ją się w roz­wo­ju. Choć brzmi to okrop­nie, mo­del ad­op­cyj­ny w tych kra­jach - i w znacz­nej czę­ści Trze­cie­go Świa­ta - przy­po­mi­na ry­nek ba­na­nów. Je­śli dziec­ko lub owoc spę­dzą zbyt dużo cza­su w prze­cho­wal­ni, są już nie­wie­le war­te na ryn­ku. Tyl­ko dzie­ci, któ­re krót­ko prze­by­wa­ły w tych in­sty­tu­cjach, mają szan­sę na zna­le­zie­nie no­we­go domu, a sie­ro­ciń­ce czę­sto ścią­ga­ją spo­re opła­ty za każ­dą mię­dzy­na­ro­do­wą ad­op­cję. Mimo iż dzię­ki ad­op­cjom dzie­ci rze­czy­wi­ście pną się w górę dra­bi­ny spo­łecz­nej, za­leż­ność mię­dzy okre­sem ich po­by­tu w domu dziec­ka a szan­są na ży­cie w no­wej ro­dzi­nie ozna­cza, że agen­cje ad­op­cyj­ne mu­szą zwięk­szyć tem­po ob­ro­tów albo zna­leźć spo­sób na szyb­sze po­zy­ski­wa­nie dzie­ci. Ist­nie­ją za­rów­no le­gal­ne, jak i nie­le­gal­ne roz­wią­za­nia tego pro­ble­mu.

Aż do lat sie­dem­dzie­sią­tych ubie­głe­go wie­ku han­del ludz­ki­mi or­ga­na­mi funk­cjo­no­wał prak­tycz­nie bez ogra­ni­czeń. Pierw­szy i naj­sku­tecz­niej roz­wią­za­ny spór o le­ga­li­za­cję sprze­da­ży tkan­ki ludz­kiej do­ty­czył krwi. W 1901 roku wie­deń­ski na­uko­wiec Karl Land­ste­iner wy­róż­nił pod­sta­wo­we gru­py krwi, da­jąc tym sa­mym po­czą­tek erze bez­piecz­nych trans­fu­zji. Wcze­śniej każ­da pró­ba prze­to­cze­nia krwi była ni­czym gra w ro­syj­ską ru­let­kę. Pa­cjent miał szan­sę prze­żyć albo mógł umrzeć w kon­wul­sjach na sto­le ope­ra­cyj­nym, gdy krew nie­kom­pa­ty­bil­nej gru­py krze­pła mu w ży­łach, a skon­ster­no­wa­ni le­ka­rze dra­pa­li się po gło­wach. Od­kry­cie Land­ste­ine­ra na­bra­ło szcze­gól­ne­go zna­cze­nia pod­czas I woj­ny świa­to­wej, kie­dy set­ki ty­się­cy trans­fu­zji ra­to­wa­ły ży­cie żoł­nie­rzom ran­nym na polu bi­twy. Nim wy­bu­chła II woj­na świa­to­wa, roz­wój ban­ków krwi spra­wił, że krew sta­ła się jed­nym z naj­waż­niej­szych ro­dza­jów bro­ni, utrzy­my­wa­ła bo­wiem żoł­nie­rzy przy ży­ciu i po­zwa­la­ła im nadal uczest­ni­czyć w wal­ce. Sta­cje krwio­daw­stwa sta­ra­ły się za­spo­ko­ić ro­sną­cy po­pyt, pła­cąc każ­de­mu, kto chciał od­dać li­czą­cą nie­ca­łe pół li­tra por­cję krwi. Dzię­ki do­stęp­no­ści du­żych za­so­bów tego pły­nu le­ka­rze mo­gli prze­pro­wa­dzać znacz­nie roz­le­glej­sze i dłuż­sze ope­ra­cje niż do tej pory. Utra­ta krwi nie utrud­nia­ła już le­cze­nia, co do­pro­wa­dzi­ło do szyb­kie­go roz­wo­ju róż­nych ga­łę­zi me­dy­cy­ny.

Upo­wszech­nie­nie od­da­wa­nia krwi ozna­cza­ło rów­nież, że ban­ki krwi i sta­cje krwio­daw­stwa za­mie­ni­ły się w duże, do­brze pro­spe­ru­ją­ce fir­my. W po­ło­wie lat pięć­dzie­sią­tych tego ro­dza­ju in­sty­tu­cje w sa­mych tyl­ko Sta­nach Zjed­no­czo­nych pła­ci­ły za po­nad dwa i pół mi­lio­na li­trów krwi rocz­nie. Dzie­sięć lat póź­niej za­so­by tej tkan­ki prze­kro­czy­ły trzy mi­lio­ny li­trów. Sta­cje krwio­daw­stwa wy­ra­sta­ły jak grzy­by po desz­czu w dziel­ni­cach nę­dzy każ­de­go więk­sze­go mia­sta. Były tam wów­czas rów­nie licz­ne i po­pu­lar­ne, jak dziś punk­ty re­ali­za­cji cze­ków i lom­bar­dy. W In­diach związ­ki za­wo­do­we ne­go­cjo­wa­ły ceny krwi z rzą­dem, a wkrót­ce w ca­łym kra­ju po­ja­wi­li się za­wo­do­wi daw­cy.

Cały ten krwa­wy biz­nes ra­to­wał lu­dziom ży­cie i mało kto za­wra­cał so­bie gło­wę jego etycz­nym aspek­tem. Do­pie­ro w roku 1970 bry­tyj­ski an­tro­po­log kul­tu­ro­wy Ri­chard Tit­muss zwró­cił uwa­gę na fakt, że ry­nek ludz­kich tka­nek two­rzy nie­rów­no­ści w do­stę­pie do no­wo­cze­snej me­dy­cy­ny. Po­glą­dy Tit­mus­sa z pew­no­ścią były w du­żej mie­rze zbież­ne ze sta­no­wi­skiem, ja­kie pre­zen­to­wa­ła w tej kwe­stii jego oj­czy­zna. W cza­sie II woj­ny świa­to­wej An­gli­cy wy­my­śli­li ak­cję ho­no­ro­we­go od­da­wa­nia krwi. Mi­lio­ny lu­dzi od­da­wa­ły wów­czas krew za dar­mo, by wspo­móc swo­ich żoł­nie­rzy. Tak­że po woj­nie szpi­ta­le pra­wie nig­dy nie pła­ci­ły za krew - Bry­tyj­czy­cy uwa­ża­li krwio­daw­stwo za swój pa­trio­tycz­ny obo­wią­zek. W książ­ce za­ty­tu­ło­wa­nej The Gift Re­la­tion­ship. From Hu­man Blo­od to So­cial Po­li­cy [Dar po­kre­wień­stwa. Od ludz­kiej krwi do po­li­ty­ki spo­łecz­nej] Tit­muss po­rów­nał ko­mer­cyj­ny sys­tem krwio­daw­stwa w Sta­nach Zjed­no­czo­nych z al­tru­istycz­nym an­giel­skim sys­te­mem i wy­snuł z tego po­rów­na­nia dwa istot­ne wnio­ski.

Po pierw­sze, wy­ka­zał, że w ku­po­wa­nej krwi znacz­nie czę­ściej tra­fia­ją się por­cje za­ka­żo­ne wi­ru­sem za­pa­le­nia wą­tro­by i że ban­ki krwi ucie­ka­ją się do co­raz dra­stycz­niej­szych środ­ków przy­mu­su, byle tyl­ko zwięk­szyć swo­je za­pa­sy. Ku­po­wa­na krew była nie­bez­piecz­na, a przy tym czę­sto zdo­by­wa­no ją za po­mo­cą róż­nych form wy­zy­sku. Po­nie­waż krwio­daw­stwem rzą­dzi­ły zwy­kłe pra­wa ryn­ku, szu­ka­no naj­tań­szych źró­deł do­cho­do­we­go to­wa­ru. Po ja­kimś cza­sie za­czę­to zmu­szać do od­da­wa­nia krwi więź­niów, co Tit­muss na­zwał współ­cze­sną for­mą nie­wol­nic­twa. Pi­sał rów­nież, że do po­dob­ne­go zja­wi­ska może dojść na ryn­ku in­nych ro­dza­jów ludz­kiej tkan­ki.

Po dru­gie, au­tor twier­dził, że je­dy­nym spo­so­bem roz­wią­za­nia tego pro­ble­mu jest stwo­rze­nie sys­te­mu opar­te­go wy­łącz­nie na bez­płat­nym krwio­daw­stwie. Uwa­żał, że taki sys­tem bę­dzie nie tyl­ko ra­to­wał ludz­kie ży­cie i po­zwa­lał szpi­ta­lom oszczę­dzić spo­ro środ­ków, ale tak­że two­rzył spo­łecz­no­ści. Pi­sał: "Ci, któ­rzy od­da­ją krew jako człon­ko­wie spo­łe­czeń­stwa ob­cym lu­dziom, sami w koń­cu rów­nież od­nio­są z tego ko­rzyść jako człon­ko­wie spo­łe­czeń­stwa (albo ko­rzyść taką od­nio­są ich ro­dzi­ny)"4. Zda­niem Tit­mus­sa cia­ła i czę­ści ciał na­le­ży od­da­wać wy­łącz­nie za dar­mo, jako dar. Moż­na to po­trak­to­wać jako swe­go ro­dza­ju so­cja­lizm krwi.

Co zdu­mie­wa­ją­ce, po­mi­mo po­tęż­ne­go sprze­ci­wu lob­by han­dla­rzy krwią lu­dzie wzię­li so­bie do ser­ca ar­gu­men­ty Tit­mus­sa. W Sta­nach Zjed­no­czo­nych przy­ję­to pra­wo, któ­re wpro­wa­dza­ło ho­no­ro­we krwio­daw­stwo jako nor­mę. Od­tąd pła­ce­nie za krew uzna­wa­no za prze­stęp­stwo rów­no­znacz­ne ze sto­so­wa­niem przy­mu­su i su­ro­wo ka­ra­no. (Na­le­ży za­uwa­żyć, że pra­wo to nie obej­mu­je ca­łej krwi. Zro­bio­no wy­ją­tek dla oso­cza, któ­re or­ga­nizm od­twa­rza szyb­ciej niż inne skład­ni­ki krwi. Do tej pory od­da­wa­nie oso­cza jest źró­dłem do­dat­ko­we­go do­cho­du dla wie­lu lu­dzi w ca­łych Sta­nach Zjed­no­czo­nych). Po­dob­ną za­sa­dę za­czę­to sto­so­wać rów­nież w od­nie­sie­niu do wszyst­kich in­nych ro­dza­jów ludz­kiej tkan­ki.

W 1984 roku w ame­ry­kań­skim se­na­cie Al Gore po­wie­dział, że "cia­ło nie po­win­no być je­dy­nie zbie­ra­ni­ną za­pa­so­wych czę­ści". Wy­gło­sił te słyn­ne sło­wa, gdy po­ma­gał w uchwa­le­niu usta­wy za­bra­nia­ją­cej pła­ce­nia za ja­ki­kol­wiek ro­dzaj ludz­kiej tkan­ki. Od­wo­ław­szy się do ar­gu­men­tów Tit­mus­sa, se­nat prze­gło­so­wał usta­wę o na­zwie Na­tio­nal Or­gan Trans­plant Act, któ­ra za­ka­zy­wa­ła han­dlu ludz­ką tkan­ką i or­ga­na­mi. Świat po­szedł za przy­kła­dem USA. Dziś, z kil­ko­ma nie­licz­ny­mi wy­jąt­ka­mi, w żad­nym kra­ju nie moż­na le­gal­nie sprze­dać krwi, ku­pić ner­ki, ku­pić dziec­ka do ad­op­cji ani sprze­dać swo­je­go szkie­le­tu przed śmier­cią. Po­wstał skom­pli­ko­wa­ny sys­tem umoż­li­wia­ją­cy do­bro­wol­ne prze­ka­zy­wa­nie róż­nych czę­ści cia­ła. Od­da­je­my więc krew do ban­ków krwi, pod­pi­su­je­my kar­ty ze zgo­dą na po­bra­nie na­szych or­ga­nów, za­pi­su­je­my na­sze cia­ła róż­nym in­sty­tu­cjom na­uko­wym. Wszyst­ko za dar­mo. Teo­re­tycz­nie każ­dy, kto bie­rze pie­nią­dze w za­mian za część cia­ła, po­wi­nien tra­fić do wię­zie­nia. Pra­wo jest w tej kwe­stii jed­no­znacz­ne: ku­po­wa­nie cia­ła to prze­stęp­stwo.

Nie­ste­ty, pra­wo nie zdo­ła­ło za­po­biec czer­pa­niu pro­fi­tów z han­dlu cia­łem. Sys­tem wy­my­ślo­ny przez Tit­mus­sa i przy­ję­ty nie­mal przez cały świat ma dwie za­sad­ni­cze wady. Po pierw­sze, choć teo­re­tycz­nie nie moż­na bez­po­śred­nio ku­po­wać i sprze­da­wać ciał, le­ka­rze, pie­lę­gniar­ki, kie­row­cy ka­re­tek, praw­ni­cy i dy­rek­to­rzy szpi­ta­li mogą wy­sta­wiać ra­chun­ki za swo­je usłu­gi. Nie pła­cisz za ser­ce, ale mu­sisz za­pła­cić za prze­szczep. W re­zul­ta­cie koszt ser­ca zo­sta­je wli­czo­ny w koszt usług zwią­za­nych z po­zy­ska­niem tego or­ga­nu. Szpi­ta­le i inne in­sty­tu­cje me­dycz­ne za­ra­bia­ją co­raz wię­cej na prze­szcze­pach or­ga­nów - nie­któ­re przy­no­szą cał­kiem spo­re zy­ski swo­im udzia­łow­com. Za­ra­bia­ją wszyst­kie ogni­wa łań­cu­cha do­staw z wy­jąt­kiem sa­me­go daw­cy. Za­kaz ku­po­wa­nia czę­ści cia­ła spra­wił, że szpi­ta­le do­sta­ją je prak­tycz­nie za dar­mo.

Z punk­tu wi­dze­nia klien­ta ry­nek trans­plan­ta­cji or­ga­nów w Sta­nach Zjed­no­czo­nych przy­po­mi­na słyn­ny mo­del biz­ne­so­wy fir­my Gil­let­te, któ­ra sprze­da­je prak­tycz­nie za bez­cen samą ma­szyn­kę do go­le­nia, lecz każe so­bie dro­go pła­cić za wy­mien­ne ostrza. Han­del ner­ka­mi wy­glą­da po­dob­nie. Oczy­wi­ście nie moż­na jej ku­pić, ale koszt prze­szcze­pu cer­ty­fi­ko­wa­nej uży­wa­nej ner­ki może się­gnąć nie­mal pół mi­lio­na do­la­rów.

Jak w każ­dym sys­te­mie go­spo­dar­czym, dar­mo­we za­pa­sy su­row­ców pro­wo­ku­ją do tego, by zna­leźć nowe spo­so­by ich wy­ko­rzy­sta­nia. W Sta­nach Zjed­no­czo­nych, ogól­nie rzecz bio­rąc, zga­dza­my się co do tego, że po­pyt na prze­szcze­pial­ne or­ga­ny jest war­to­ścią sta­łą, zwią­za­ną z licz­bą sy­tu­acji wy­ma­ga­ją­cych trans­plan­ta­cji, ta­kich jak nie­wy­dol­ność ne­rek. Fakt, iż na prze­szczep ner­ki trze­ba cze­kać aż pięć lat, wy­da­je się po­twier­dzać, że po­pyt znacz­nie prze­wyż­sza po­daż. Ale być może wca­le tak nie jest.

Od po­nad trzy­dzie­stu lat or­ga­ni­za­cja Sieć Wy­mia­ny Na­rzą­dów (Uni­ted Ne­twork for Or­gan Sha­ring) sta­le po­sze­rza li­stę daw­ców, a mimo to wciąż nie uda­je jej się na­dą­żyć za po­py­tem. Co wię­cej, ko­lej­ka ocze­ku­ją­cych się wy­dłu­ża. W mia­rę jak zwięk­sza się licz­ba do­stęp­nych or­ga­nów, le­ka­rze do­da­ją do li­sty kan­dy­da­tów do prze­szcze­pu no­wych pa­cjen­tów, któ­rzy wcze­śniej nie zo­sta­li za­kwa­li­fi­ko­wa­ni do ta­kie­go za­bie­gu. Tech­ni­ki oraz sku­tecz­ność trans­plan­ta­cji po­lep­sza­ją się z roku na rok, le­ka­rze zaś od­kry­wa­ją, że tkan­ki i na­rzą­dy prze­szcze­pial­ne mogą po­móc co­raz więk­szej licz­bie lu­dzi. Li­sty ocze­ku­ją­cych na prze­szczep fał­szu­ją rze­czy­wi­sty ob­raz i ukry­wa­ją fakt, że po­pyt wca­le nie jest tu war­to­ścią sta­łą. Dłu­gość ta­kiej li­sty za­le­ży od cał­ko­wi­tej po­da­ży do­stęp­nych or­ga­nów. In­ny­mi sło­wy, po­pyt jest w tym wy­pad­ku funk­cją po­da­ży. Do­bra wia­do­mość jest taka, że dzię­ki temu uda­je się prze­dłu­żyć ży­cie wie­lu lu­dziom. Jed­nak­że nie­ogra­ni­czo­ny po­ten­cjał roz­wo­ju tego ryn­ku ozna­cza, że nie na­le­ży sku­piać się je­dy­nie na pro­fi­tach pły­ną­cych z wy­ko­rzy­sta­nia or­ga­nów, ale mu­si­my so­bie tak­że uzmy­sło­wić, jak duży i bez­względ­ny może stać się sys­tem ich po­zy­ski­wa­nia.

Za ana­lo­gię niech po­słu­ży nam nie­mal bez­gra­nicz­ny po­pyt na pro­duk­ty naf­to­we na ca­łym świe­cie. Wy­na­laz­ki i in­no­wa­cje zwią­za­ne z ener­gią po­zy­ski­wa­ną z ropy przy­nio­sły ogrom­ne ko­rzy­ści go­spo­dar­cze, tech­no­lo­gicz­ne i spo­łecz­ne. Dzię­ki sa­mo­cho­dom od­le­gło­ści znacz­nie się skur­czy­ły, mamy świa­tło w nocy i cie­pło w zi­mie. To jed­nak nie ozna­cza, że wy­do­by­wa­nie i spa­la­nie tego pro­duk­tu aż do cał­ko­wi­te­go wy­czer­pa­nia za­so­bów rze­czy­wi­ście do­brze przy­słu­ży się ludz­ko­ści.

Dru­gi błąd mo­de­lu Tit­mus­sa to brak od­nie­sie­nia do pod­sta­wo­wych stan­dar­dów me­dycz­nej po­uf­no­ści. Choć wła­dze mogą na pod­sta­wie do­ku­men­ta­cji do­trzeć do daw­cy, opi­nia pu­blicz­na nie ma żad­nej kon­tro­li nad tymi do­ku­men­ta­mi. Je­śli ktoś nie pra­cu­je w szpi­ta­lu, to nie ma żad­nych szans, by po­znać toż­sa­mość krwio­daw­cy, któ­re­go po­świę­ce­nie ura­to­wa­ło ko­muś ży­cie pod­czas ope­ra­cji. Krew zo­sta­je po­zba­wio­na ja­kie­go­kol­wiek związ­ku z kon­kret­ną oso­bą, ozna­czo­na ko­dem kre­sko­wym i roz­la­na do her­me­tycz­nie za­mknię­tych wo­recz­ków. Ku­pu­je­my por­cje krwi, a nie część czło­wie­ka. Głów­ny ar­gu­ment na obro­nę tej za­sa­dy gło­si, że umoż­li­wie­nie kon­tak­tu mię­dzy daw­cą i bior­cą mo­gło­by na­ra­zić na szwank cały sys­tem, być może na­wet spra­wić, że lu­dzie prze­sta­li­by od­da­wać swo­ją tkan­kę.

Oso­ba, któ­ra przyj­mu­je krew, nie czu­je się zo­bo­wią­za­na wo­bec kon­kret­ne­go daw­cy, ale wo­bec ca­łe­go sys­te­mu krwio­daw­stwa, a w szcze­gól­no­ści wo­bec le­ka­rza prze­pro­wa­dza­ją­ce­go za­bieg. Ktoś, kto otrzy­mu­je ner­kę, czy to od ży­wej oso­by, czy też po­bra­ną ze zwłok, rzad­ko zna toż­sa­mość czło­wie­ka, od któ­re­go po­cho­dzi ten or­gan. Choć ano­ni­mo­wość ma chro­nić in­te­re­sy daw­cy, prze­sła­nia rów­nież cały łań­cuch do­staw. Pa­cjen­ci, ku­pu­jąc tkan­kę, nie mu­szą się wca­le za­sta­na­wiać nad tym, jak ją po­zy­ska­no. Tego ro­dza­ju po­li­ty­ka pry­wat­no­ści jest ostat­nim ele­men­tem pro­ce­su, któ­ry za­mie­nia ludz­kie cia­ło w to­war.

Za­ta­ja­nie źró­dła su­row­ców na ja­kim­kol­wiek ryn­ku to pra­wie za­wsze kiep­ski po­mysł. Nig­dy nie po­zwo­li­li­by­śmy, żeby kor­po­ra­cja naf­to­wa ukry­wa­ła lo­ka­li­za­cję swo­ich szy­bów naf­to­wych albo trzy­ma­ła w ta­jem­ni­cy swo­ją po­li­ty­kę ochro­ny śro­do­wi­ska. Kie­dy ze­psu­je się plat­for­ma wiert­ni­cza, a do oce­anu wy­ciek­ną mi­lio­ny ba­ry­łek ropy, do­ma­ga­my się kon­se­kwen­cji. Przej­rzy­stość to pod­sta­wo­wy ele­ment za­bez­pie­cza­ją­cy ka­pi­ta­li­zmu.

Z per­spek­ty­wy nie­uczci­we­go przed­się­bior­cy obec­ny sys­tem po­zy­ski­wa­nia tkan­ki sta­no­wi do­sko­na­łą przy­kryw­kę dla nie­ogra­ni­czo­ne­go i bez­względ­ne­go wy­zy­sku. Za­sa­da ho­no­ro­we­go daw­stwa za­bra­nia pła­cić za tkan­kę i pod­czas gdy fir­my in­we­stu­ją ogrom­ne środ­ki w in­fra­struk­tu­rę zwią­za­ną z prze­szcze­pa­mi - po­dob­nie jak kon­cer­ny naf­to­we in­we­stu­ją w szy­by wiert­ni­cze - cena su­row­ca wy­no­si prak­tycz­nie zero. Rów­no­cze­śnie re­to­ry­ka pry­wat­no­ści nie po­zwa­la prze­śle­dzić dro­gi, jaką cia­ła i ich czę­ści tra­fia­ją na ry­nek. Ano­ni­mo­wość ozna­cza, że ku­pu­ją­cy na­rzą­dy nie musi się mar­twić tym, skąd po­cho­dzą. Nikt nie bę­dzie za­da­wał żad­nych py­tań. Struk­tu­ra daw­stwa spraw­nie wy­głu­sza wszel­kie pro­te­sty i za­strze­że­nia, skry­wa­jąc źró­dło na­rzą­dów za za­sło­ną ety­ki. Za­sa­da ano­ni­mo­wo­ści daw­cy spra­wia, że re­ali­zu­ją­cy zy­ski po­śred­ni­cy kon­tro­lu­ją cały łań­cuch do­staw, a ku­po­wa­nie ludz­kich or­ga­nów jest rów­nie ła­twe jak wy­pi­sy­wa­nie cze­ków.

Po czę­ści ni­niej­sza książ­ka jest pró­bą zna­le­zie­nia od­po­wie­dzi na py­ta­nie, co złe­go sta­ło się z obec­nym sys­te­mem gro­ma­dze­nia tkan­ki i po­zy­ski­wa­nia ciał. Czer­wo­ny ry­nek jest te­raz więk­szy, agre­syw­niej­szy i bar­dziej zy­skow­ny niż kie­dy­kol­wiek w hi­sto­rii. W cią­gu czter­dzie­stu lat, któ­re upły­nę­ły od pu­bli­ka­cji książ­ki Tit­mus­sa, za spra­wą glo­ba­li­za­cji ry­nek han­dlu na­rzą­da­mi roz­wi­jał się w osza­ła­mia­ją­cym tem­pie, osią­ga­jąc nie­zwy­kły sto­pień zło­żo­no­ści. Nie za­mie­rzam tu po­tę­piać w czam­buł tego zja­wi­ska, na­rze­kać na wszech­obec­ną ko­mer­cja­li­za­cję. Ży­je­my w ob­rę­bie czer­wo­ne­go ryn­ku. Nie jest to coś, co po pro­stu znik­nie, je­śli od­rzu­ci­my prze­ko­na­nie, że ludz­ka tkan­ka pod­le­ga pra­wom go­spo­dar­ki. Czy nam się to po­do­ba, czy też nie, ludz­kie cia­ła będą ku­po­wa­ne i sprze­da­wa­ne za­rów­no otwar­cie, jak i po kry­jo­mu - na­wet w naj­bar­dziej sza­no­wa­nych in­sty­tu­cjach świa­ta. Po­zo­sta­je tyl­ko py­ta­nie: jak?

Nie sku­piam się tu­taj na mi­lio­nach trans­ak­cji do­ko­ny­wa­nych co­dzien­nie na czer­wo­nym ryn­ku. Oczy­wi­ście, bez tech­no­lo­gii trans­plan­ta­cji, bez krwio­daw­stwa i pro­gra­mów ad­op­cyj­nych nie uda­ło­by się nieść po­mo­cy wie­lu lu­dziom. Nie mu­si­my śle­dzić hi­sto­rii tych, któ­rzy pro­wa­dzą szczę­śli­we ży­cie dzię­ki cze­muś, co ku­pi­li na czer­wo­nym ryn­ku. To hi­sto­ria po­py­tu na ludz­ką tkan­kę. Znacz­nie bar­dziej za­le­ży mi na tym, by zro­zu­mieć, jak owa tkan­ka tra­fia na czer­wo­ny ry­nek, niż jak ją się wy­ko­rzy­stu­je. Ni­niej­sza książ­ka to spoj­rze­nie na dru­gą stro­nę tego eko­no­micz­ne­go rów­na­nia, na stro­nę po­da­ży. Je­śli jej nie zro­zu­mie­my, nie uświa­do­mi­my so­bie, jak szyb­ko czer­wo­ny ry­nek może stać się po­lem dzia­ła­nia świa­to­wych or­ga­ni­za­cji prze­stęp­czych.

Zde­rze­nie al­tru­izmu i pry­wat­no­ści nisz­czy szla­chet­ne ide­ały, któ­re mia­ły być chro­nio­ne przez obie te war­to­ści. Każ­dy krok wzdłuż łań­cu­cha do­staw czer­wo­ne­go ryn­ku za­mie­nia lu­dzi w mię­so. Han­dla­rze, któ­rzy ku­pu­ją i sprze­da­ją cia­ła, od­gry­wa­ją rolę rzeź­ni­ków po­strze­ga­ją­cych ży­we­go czło­wie­ka wy­łącz­nie jako sumę jego czę­ści skła­do­wych.

Jak to się wszyst­ko za­czę­ło

Od roku 2006 do 2009 miesz­ka­łem w mie­ście Ma­dras, zwa­nym też Sen­naj, wiel­kiej nad­mor­skiej me­tro­po­lii w po­łu­dnio­wych In­diach, od­le­głej za­le­d­wie o kil­ka­set ki­lo­me­trów na pół­noc od Sri Lan­ki. Wcze­śniej spę­dzi­łem w In­diach kil­ka lat, ba­da­jąc dzię­ki pro­gra­mom uni­wer­sy­tec­kim folk­lor i ję­zyk w pu­styn­nym sta­nie Ra­dża­stan i w po­bli­żu Dha­ram­sa­li, mia­sta, w któ­rym żyje na wy­gna­niu Da­laj­la­ma. Wie­dzia­łem, że chcę spę­dzić wię­cej cza­su w po­łu­dnio­wej Azji, choć po­cząt­ko­wo nie by­łem pe­wien, czy będę się zaj­mo­wał dzien­ni­kar­stwem. Jako świe­żo upie­czo­ny ab­sol­went an­tro­po­lo­gii na Uni­wer­sy­te­cie Wi­scon­sin-Ma­di­son roz­po­czą­łem swo­ją krót­ką ka­rie­rę aka­de­mic­ką, na­ucza­jąc ame­ry­kań­skich stu­den­tów, któ­rzy przy­jeż­dża­li na je­den se­mestr do In­dii.

Opie­ko­wa­łem się dwu­na­sto­ma stu­den­ta­mi pod­czas po­dró­ży z Del­hi do świę­te­go mia­sta Wa­ra­na­si i ośrod­ka piel­grzym­ko­we­go Bodh Gaja. Na ostat­nim po­sto­ju zmar­ła jed­na z mo­ich stu­den­tek, a ja mu­sia­łem zor­ga­ni­zo­wać trans­port jej zwłok do ro­dzi­ny w Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Spę­dzi­łem przy jej cie­le trzy dni, sta­ra­jąc się za­ha­mo­wać nie­uchron­ny pro­ces roz­kła­du. Nig­dy wcze­śniej nie prze­by­wa­łem tak bli­sko zmar­łe­go czło­wie­ka, a ob­ser­wu­jąc, jak zwło­ki sty­gną i zmie­nia­ją bar­wę, mu­sia­łem sta­nąć twa­rzą w twarz z fi­zycz­ną na­tu­rą śmier­tel­no­ści.

Ten smut­ny wy­pa­dek na­uczył mnie przede wszyst­kim, że każ­da śmierć i zwło­ki mają swo­ich udzia­łow­ców. Gdy moja stu­dent­ka za­mie­ni­ła się z ży­wej oso­by w mar­twy przed­miot, po­ja­wi­ło się na­gle mnó­stwo lu­dzi, któ­rzy ro­ści­li so­bie pra­wa do tego, co z niej zo­sta­ło. Spę­dzi­łem wów­czas wie­le cza­su na ne­go­cja­cjach z po­li­cją, fir­ma­mi ubez­pie­cze­nio­wy­mi, za­kła­da­mi po­grze­bo­wy­mi, człon­ka­mi ro­dzi­ny i przed­sta­wi­cie­la­mi li­nii lot­ni­czych, któ­re mia­ły prze­wieźć ją do kra­ju.

Choć wów­czas nie zda­wa­łem so­bie z tego spra­wy, za­czy­na­łem po­zna­wać mię­dzy­na­ro­do­wy ry­nek mar­twych ciał. W pew­nym sen­sie zo­sta­łem wrzu­co­ny w ten te­mat przez wy­da­rze­nia, na któ­re nie mia­łem żad­ne­go wpły­wu. Ich wła­śnie do­ty­czy pierw­sza część książ­ki. Nie­któ­rzy czy­tel­ni­cy mogą uznać ją za dra­stycz­ną.

Po tych wy­pad­kach zro­zu­mia­łem, że nie mogę już dłu­żej uczyć. W koń­cu za­czą­łem pi­sać do cza­so­pism "Wi­red" i "Mo­ther Jo­nes", przy­go­to­wy­wa­łem rów­nież ko­re­spon­den­cje dla ka­na­łów te­le­wi­zyj­nych i ra­dio­wych ze swo­jej bazy w Ma­dra­sie. Opi­sy­wa­łem głów­nie prak­ty­ki biz­ne­so­we han­dla­rzy ne­rek, zło­dziei szkie­le­tów, pi­ra­tów krwi i po­ry­wa­czy dzie­ci w Azji Po­łu­dnio­wej. Po­tem po­dró­żo­wa­łem po Eu­ro­pie i Sta­nach Zjed­no­czo­nych, do­ku­men­tu­jąc naj­cie­kaw­sze i naj­bar­dziej prze­ra­ża­ją­ce przy­pad­ki. Za każ­dym ra­zem stwier­dza­łem ze zdu­mie­niem, że więk­szość osób ku­pu­ją­cych ludz­kie na­rzą­dy nie ma po­ję­cia, ja­kie zda­rze­nia do­pro­wa­dzi­ły do tego, że na­rzą­dy te tra­fi­ły na ry­nek.

Za­czą­łem uzmy­sła­wiać so­bie, że czer­wo­ny ry­nek jest czymś wy­jąt­ko­wym, in­nym od zwy­kłych sys­te­mów eko­no­micz­nych, gdy zaj­mo­wa­łem się te­ma­tem han­dla­rzy ko­ść­mi i zło­dziei ne­rek w In­diach, choć po­ję­cie czer­wo­ne­go ryn­ku obej­mu­je nie tyl­ko cia­ła wy­ko­rzy­sty­wa­ne jako ma­ga­zyn czę­ści za­mien­nych. Po­mie­sza­nie źle po­ję­te­go al­tru­izmu i pry­wat­no­ści w znacz­nym stop­niu wpły­nę­ło rów­nież na kształt in­te­re­sów zwią­za­nych z po­chów­kiem i ad­op­cją. Co za­dzi­wia­ją­ce, kie­dy cho­dzi o ludz­kie cia­ło, łań­cuch do­staw wy­glą­da nie­mal za­wsze tak samo.

Kie­dy za­czą­łem się za­sta­na­wiać nad ze­bra­niem wszyst­kich swo­ich ob­ser­wa­cji i ba­dań w jed­nej książ­ce, uświa­do­mi­łem so­bie, że nig­dy nie zdo­łam opi­sać ogrom­nej licz­by ro­dza­jów czer­wo­ne­go ryn­ku, któ­re ist­nie­ją na świe­cie. Zre­zy­gno­wa­łem z ana­li­zy zna­mien­nych przy­pad­ków kra­dzie­ży ciał z kost­nic, do któ­rych do­cho­dzi­ło w ca­łych Sta­nach Zjed­no­czo­nych. (Za­kła­dy po­grze­bo­we sprze­da­wa­ły po­wie­rzo­ne im zwło­ki fir­mom han­dlu­ją­cym or­ga­na­mi - ze zbez­czesz­czo­nych ciał wy­ci­na­no mię­dzy in­ny­mi skó­rę i ścię­gna, prze­ka­zy­wa­ne po­tem do prze­szcze­pów). Zi­gno­ro­wa­łem skan­da­le to­wa­rzy­szą­ce ob­jaz­do­wym wy­sta­wom po­ka­zu­ją­cym cia­ła ska­zań­ców, któ­re po śmier­ci pod­da­no pla­sty­na­cji. Wspo­mnia­łem le­d­wie o ra­por­cie, z któ­re­go wy­ni­ka, że w An­glii skra­dzio­no po­nad sto ty­się­cy przy­sa­dek mó­zgo­wych wy­ko­rzy­sty­wa­nych do wy­twa­rza­nia ludz­kie­go hor­mo­nu wzro­stu. Nie zaj­mo­wa­łem się nie­daw­ny­mi do­nie­sie­nia­mi o bo­li­wij­skich se­ryj­nych mor­der­cach, któ­rzy sprze­da­wa­li tłuszcz swo­ich ofiar eu­ro­pej­skim fir­mom ko­sme­tycz­nym pro­du­ku­ją­cym luk­su­so­we kre­my do twa­rzy. Każ­de­go dnia ta li­sta się wy­dłu­ża. Od po­ło­wy lat dzie­więć­dzie­sią­tych do roku 2000 izra­el­scy żoł­nie­rze zbie­ra­li ro­gów­ki pa­le­styń­skich bo­jow­ni­ków za­bi­tych w wal­ce. Znacz­nie wcze­śniej, na prze­ło­mie XIX i XX wie­ku, ro­sną­cy po­pyt na zmniej­szo­ne ludz­kie gło­wy w Eu­ro­pie do­pro­wa­dził do wo­jen mię­dzy­ple­mien­nych w Ame­ry­ce Po­łu­dnio­wej. Krót­ko mó­wiąc, szcze­gó­ło­we opi­sa­nie wszyst­kich ro­dza­jów czer­wo­ne­go ryn­ku prze­kra­cza moje moż­li­wo­ści.

Mam jed­nak na­dzie­ję, że ta książ­ka po­zwo­li czy­tel­ni­kom spoj­rzeć w nowy spo­sób na han­del ludz­ki­mi cia­ła­mi. Je­śli znaj­dzie­my wspól­ne ce­chy róż­nych ro­dza­jów czer­wo­ne­go ryn­ku, być może uda nam się stwo­rzyć roz­wią­za­nia pro­ble­mów do­ty­ka­ją­cych tego ryn­ku. W naj­ciem­niej­szych za­kąt­kach go­spo­dar­ki na­sze­go świa­ta dzia­ła­ją prze­stęp­cy, ale dzie­je się tak tyl­ko dla­te­go, że na to po­zwa­la­my. Han­dla­rze, z któ­ry­mi się ze­tkną­łem pod­czas mo­ich ba­dań, mie­li bar­dzo mało skru­pu­łów co do spo­so­bów zdo­by­wa­nia przez sie­bie ludz­kie­go su­row­ca. Kie­ru­ją się pro­stą ka­pi­ta­li­stycz­ną za­sa­dą: ku­puj ta­nio, sprze­da­waj dro­go. Han­dla­rze sta­ran­nie ukry­wa­ją łań­cuch do­staw przed wścib­ski­mi spoj­rze­nia­mi.

Choć prze­ka­zy­wa­nie ludz­kiej tkan­ki i na­rzą­dów przy­no­si wie­le ko­rzy­ści, po­śred­ni­cy otwie­ra­ją dro­gę do nie­bez­piecz­nych nad­użyć. Je­dy­ny spo­sób, aby się ich po­zbyć, to wpu­ścić świa­tło do tych mrocz­nych za­ka­mar­ków i ujaw­nić cały łań­cuch do­staw, od po­cząt­ku do koń­ca. Każ­dy wo­re­czek krwi po­wi­nien być za­opa­trzo­ny w in­for­ma­cje umoż­li­wia­ją­ce do­tar­cie do daw­cy, każ­da ner­ka opi­sa­na na­zwi­skiem po­przed­nie­go wła­ści­cie­la, każ­da mat­ka za­stęp­cza moż­li­wa do od­na­le­zie­nia, każ­da ad­op­cja pro­wa­dzo­na w przej­rzy­sty spo­sób. W po­szcze­gól­nych roz­dzia­łach ni­niej­szej książ­ki opi­su­ję inny ro­dzaj czer­wo­ne­go ryn­ku. Każ­dy z nich przed­sta­wia naj­waż­niej­sze, naj­zy­skow­niej­sze lub naj­bar­dziej nie­po­ko­ją­ce sce­na­riu­sze, ja­kie uda­ło mi się od­kryć - ra­zem two­rzą ogól­ny ob­raz czer­wo­ne­go ryn­ku na świe­cie.

Obec­nie moż­li­wość prze­śle­dze­nia dro­gi ludz­kie­go ma­te­ria­łu wzdłuż ca­łe­go łań­cu­cha do­staw mają je­dy­nie od­po­wied­nie or­ga­ny ad­mi­ni­stra­cyj­ne. Zwy­kle in­sty­tu­cje te są nie­do­fi­nan­so­wa­ne i współ­pra­cu­ją bli­sko ze szpi­ta­la­mi oraz han­dla­rza­mi, któ­rych po­win­ny kon­tro­lo­wać. Czę­sto mię­dzy­na­ro­do­we trans­ak­cje prze­pro­wa­dza się bez żad­ne­go nad­zo­ru. Błę­dy po­peł­nia­ne przez ta­kie in­sty­tu­cje są do­brze udo­ku­men­to­wa­ne i po­wszech­ne na każ­dym z ro­dza­jów czer­wo­ne­go ryn­ku, któ­re tu opi­su­ję. Moim zda­niem nie po­win­ni­śmy śle­po wie­rzyć, że uczci­wie i bez­piecz­nie prze­pro­wa­dzą pro­ces, któ­ry prze­mie­ni ludz­kie cia­ło w pro­duk­ty, a do­ku­men­ta­cję opi­su­ją­cą ich dzia­ła­nia na­le­ży ujaw­nić.

Cał­ko­wi­ta przej­rzy­stość wy­wo­łu­je jed­nak inne pro­ble­my, może rów­nież pro­wa­dzić do zmniej­sze­nia po­da­ży ciał. Na przy­kład w Wiel­kiej Bry­ta­nii nowa ini­cja­ty­wa po­le­ga­ją­ca na ujaw­nie­niu akt daw­czyń ko­mó­rek ja­jo­wych spo­wo­do­wa­ła, że ko­bie­ty prze­sta­ły od­da­wać swo­je ga­me­ty. Te­raz pary, któ­re same nie mogą do­pro­wa­dzić do po­czę­cia, ku­pu­ją ta­kie ko­mór­ki w Hisz­pa­nii albo na Cy­prze.

Mimo to przej­rzy­stość na czer­wo­nym ryn­ku po­wstrzy­ma­ła­by han­dla­rzy, któ­rzy nie cof­ną się przed ni­czym, byle tyl­ko zdo­być ludz­kie cia­ło. Nikt nie za­bi­jał­by ani nie po­ry­wał lu­dzi dla ich ne­rek, je­śli na­byw­ca znał­by dane ro­dzi­ny daw­cy, choć­by po to, by wy­słać jej list z po­dzię­ko­wa­niem. Nikt nie po­ry­wał­by dzie­ci, je­śli pro­ces ad­op­cji był­by cał­ko­wi­cie jaw­ny. Ża­den krwio­daw­ca nie spę­dzał­by kil­ku lat w za­mknię­ciu tyl­ko po to, by mi­ni­mal­nie zwięk­szyć miej­sco­we za­so­by krwi.

Czas już prze­stać igno­ro­wać czer­wo­ny ry­nek i wziąć za nie­go od­po­wie­dzial­ność.

PrzedmowaŚlepy zaułek

Pod­in­spek­tor za­cią­ga się po raz ostat­ni pa­pie­ro­sem i wy­rzu­ca go przez okno. Nie­do­pa­łek lą­du­je na ob­cej zie­mi. Przy­sa­dzi­sty be­to­no­wy po­ste­ru­nek po­li­cji, któ­rym do­wo­dzi pod­in­spek­tor, stoi na sa­mej gra­ni­cy, teo­re­tycz­nie wy­star­czy więc przejść na dru­gi ko­niec po­ko­ju, by zna­leźć się na te­re­nie in­ne­go kra­ju. Funk­cjo­na­riusz od­po­wie­dzial­ny za blo­ko­wa­nie kon­tra­ban­dy mię­dzy naj­więk­szą de­mo­kra­cją świa­ta a ostat­nią mo­nar­chią ab­so­lut­ną więk­szość cza­su spę­dza na czy­ta­niu ga­zet i ob­li­cza­niu sur­re­ali­stycz­nej od­le­gło­ści mię­dzy po­ste­run­kiem a Del­hi. Się­ga do kie­sze­ni po na­stęp­ne­go pa­pie­ro­sa, ale pacz­ka jest już pu­sta. Marsz­cząc brwi, pod­no­si wzrok znad biur­ka i za­sta­na­wia się nad moją proś­bą.

- Więc chce pan zo­ba­czyć szkie­le­ty.

Nie wiem, czy to py­ta­nie, czy też stwier­dze­nie. Po­pra­wiam się na drew­nia­nym stoł­ku, któ­ry skrzy­pi gło­śno, kie­dy prze­su­wam go do przo­du. Ki­wam gło­wą.

Przez dwa ty­go­dnie prze­cze­sy­wa­łem stan Ben­gal Za­chod­ni, by spraw­dzić, ile jest praw­dy w do­nie­sie­niach o tak zwa­nych fa­bry­kach ko­ści. Od po­nad wie­ku na te­re­nie ca­łych In­dii do­cho­dzi do okra­da­nia gro­bów, a wyj­mo­wa­ne z nich cia­ła sprze­da­wa­ne są w po­sta­ci szkie­le­tów ana­to­micz­nych. Moż­na śmia­ło za­ry­zy­ko­wać twier­dze­nie, że ze wzglę­du na ska­lę tego zja­wi­ska jesz­cze do nie­daw­na pra­wie wszyst­kie szkie­le­ty sto­ją­ce w ame­ry­kań­skich sa­lach lek­cyj­nych po­cho­dzi­ły z In­dii. W 1985 roku rząd In­dii za­ka­zał han­dlu ludz­ki­mi szcząt­ka­mi, a wie­lu han­dla­rzy ko­ści mu­sia­ło zre­zy­gno­wać z tego za­ję­cia. Nie­któ­rzy dzia­ła­li jed­nak da­lej, tyle że w ukry­ciu - i, po­dob­nie jak przed­sta­wi­cie­le in­nych branż czer­wo­ne­go ryn­ku, zna­ko­mi­cie pro­spe­ro­wa­li.

Przy­je­cha­łem na gra­ni­cę in­dyj­sko-bhu­tań­ską, by prze­śle­dzić i opi­sać łań­cuch do­staw pew­ne­go szcze­gól­nie od­ra­ża­ją­ce­go ana­to­ma, któ­ry po­dob­no nadal ma po­wią­za­nia z za­chod­ni­mi fir­ma­mi. Choć han­del ludz­ki­mi szcząt­ka­mi to bar­dzo do­cho­do­wy in­te­res, miej­sca, w któ­rych cia­ła za­mie­nia­ją się w błysz­czą­ce szkie­le­ty, wy­glą­da­ją dość nie­po­zor­nie. Osła­wio­ne fa­bry­ki ko­ści to zwy­kle pro­wi­zo­rycz­ne na­mio­ty z bre­zen­to­wych płacht, roz­bi­te na brze­gach rzek. Tu wła­śnie pły­ną nie­koń­czą­cym się stru­mie­niem zwło­ki, któ­re zo­sta­ją na­stęp­nie zre­du­ko­wa­ne do ukła­du kost­ne­go. Han­dla­rze za­trud­nia­ją hie­ny cmen­tar­ne i do­mo­ro­słych ana­to­mów, któ­rzy od­dzie­la­ją cia­ło od ko­ści, a po­tem czysz­czą je, po­le­ru­ją i przy­go­to­wu­ją do wy­sył­ki. Ten ma­ka­brycz­ny pro­ce­der nie spo­ty­ka się z uzna­niem po­li­cji i oko­licz­nych miesz­kań­ców, więc fa­bry­ki ko­ści dzia­ła­ją w ukry­ciu. Po­trze­bo­wa­łem aż trzech ty­go­dni, żeby na­tra­fić na trop jed­nej z nich.

Uda­ło mi się to, gdy prze­czy­ta­łem w ga­ze­cie wzmian­kę o pew­nym po­ste­run­ku po­li­cji, któ­ry przy­pad­kiem na­tknął się na taj­ny skład ludz­kich cza­szek i in­nych ko­ści. Po­je­cha­łem więc do przej­ścia gra­nicz­ne­go w Ja­iga­on, mia­sta, któ­re co­dzien­nie przyj­mu­je ty­sią­ce prze­jezd­nych, ale nie sły­nie z go­ścin­no­ści.

- Więc chce pan zo­ba­czyć czasz­ki - mówi po­li­cjant ze zna­czą­cym uśmiesz­kiem. - To ża­den pro­blem.

Wsta­je od biur­ka i ge­stem pro­si, bym pod­szedł z nim do otwar­te­go okna, wy­cho­dzą­ce­go na in­dyj­ską stro­nę gra­ni­cy. Wska­zu­je na przy­sa­dzi­sty be­to­no­wy bu­dy­nek są­sia­du­ją­cy z ko­mi­sa­ria­tem.

- Tu była ich kry­jów­ka i ma­ga­zyn. Trzy po­ko­je peł­ne ko­ści.

Han­dla­rze nie mu­sie­li się przej­mo­wać stra­żą gra­nicz­ną, po pro­stu prze­rzu­ca­li wor­ki z kon­tra­ban­dą do są­sied­nie­go kra­ju. Mimo to ra­czej nie naj­lep­szym po­my­słem było urzą­dza­nie tego ro­dza­ju kry­jów­ki tuż obok po­ste­run­ku po­li­cji.

- Praw­dę mó­wiąc - kon­ty­nu­uje po­li­cjant - nie jest to ja­kiś szcze­gól­nie po­waż­ny pro­blem. Ba­li­śmy się tyl­ko, że mogą to być cia­ła ofiar mor­derstw. W tym kra­ju nie ma chy­ba żad­ne­go pra­wa, któ­re za­bra­nia­ło­by okra­dać gro­by. Praw­do­po­dob­nie wszy­scy wyj­dą na wol­ność.

Han­dla­rzy nie moż­na na­wet oskar­żyć o kra­dzież, bo wszy­scy wła­ści­cie­le ko­ści już nie żyją.

Po aresz­to­wa­niu han­dla­rzy po­li­cja prze­ję­ła ko­ści jako ma­te­riał do­wo­do­wy na wy­pa­dek, gdy­by jed­nak sąd zde­cy­do­wał się roz­pa­trzyć oskar­że­nie. Po­moc­nik ko­men­dan­ta pro­wa­dzi mnie do brud­nej celi, któ­ra peł­ni rów­no­cze­śnie funk­cję po­ko­ju prze­słu­chań i schow­ka na do­wo­dy. Wy­cią­ga z szaf­ki kil­ka sta­rych ny­lo­no­wych wor­ków po ce­men­cie. Kie­dy je­den z nich spa­da na pod­ło­gę, sły­chać grze­chot ko­ści. Po­li­cjant zma­ga się przez chwi­lę z wę­złem, a po­tem ścią­ga war­stwę prze­zro­czy­stej fo­lii ochron­nej.

Pierw­szy wo­rek wy­peł­nia­ją ko­ści nóg. Mu­sia­ły le­żeć pod zie­mią przez dłu­gi czas, bo więk­szość z nich ob­le­pio­na jest ciem­ny­mi grud­ka­mi. Na kil­ku pisz­cze­lach wi­dać śla­dy pi­ło­wa­nia w miej­scach, gdzie gu­zo­wa­te za­koń­cze­nie zo­sta­ło przy­cię­te, tak by utwo­rzy­ło coś w ro­dza­ju ust­ni­ka. Ku­lis po­cią­ga za sza­ry ko­nop­ny sznu­rek, któ­rym za­wią­za­ny jest dru­gi wo­rek. Tym ra­zem na­szym oczom uka­zu­ją się ludz­kie czasz­ki, a wła­ści­wie tyl­ko jed­na ich część - zło­dzie­je prze­cię­li je tuż nad oczo­do­ła­mi, zo­sta­wia­jąc je­dy­nie pusz­kę mó­zgo­wą, resz­tę zaś wy­rzu­ci­li.

Przy­glą­dam się ko­ściom, marsz­cząc brwi. To nie są ta­kie czasz­ki, ja­kich szu­kam. Są za sta­re, zbyt oka­le­czo­ne. Do­bry szkie­let ana­to­micz­ny na­le­ży przy­go­to­wać szyb­ko, a ko­ści sta­ran­nie i sys­te­ma­tycz­nie oczy­ścić. Je­śli zbyt dłu­go le­ża­ły w zie­mi, nie na­da­ją się na po­moc na­uko­wą. Poza tym jaki stu­dent me­dy­cy­ny czy le­karz nie chciał­by zo­ba­czyć po­zo­sta­łej czę­ści szkie­le­tu? Uświa­da­miam so­bie, że tra­fi­łem na nie­wła­ści­wych han­dla­rzy. Lu­dzie, któ­rzy ukra­dli te ko­ści, mie­li inny biz­ne­splan. Nie za­mie­rza­li sprze­dać ich le­ka­rzom, lecz mni­chom.

Wy­znaw­cy nie­któ­rych odła­mów bhu­tań­skie­go bud­dy­zmu wie­rzą, że śmier­tel­ność moż­na zro­zu­mieć tyl­ko dzię­ki kon­tem­pla­cji ludz­kich szcząt­ków. Dla­te­go też nie­mal każ­dy gor­li­wy bud­dy­sta po­trze­bu­je sta­ran­nie przy­go­to­wa­nych przy­rzą­dów ry­tu­al­nych wy­ko­na­nych z ludz­kich ko­ści. Zwy­kle są to fle­ty wy­rzeź­bio­ne z pisz­cze­li i mi­ski mo­dli­tew­ne z cza­szek, wła­śnie ta­kie, ja­kie przed chwi­lą zo­ba­czy­łem w wor­ku.

Przy­wy­kłem już do ta­kich roz­cza­ro­wań, ale mimo wszyst­ko je­stem za­sko­czo­ny. Nie przy­pusz­cza­łem, że skra­dzio­ne szkie­le­ty moż­na pre­pa­ro­wać i sprze­da­wać na róż­ne spo­so­by. Ro­bię kil­ka zdjęć i dzię­ku­ję po­li­cjan­tom za czas, któ­ry ze­chcie­li mi po­świę­cić. Stra­ci­łem pół­to­ra dnia na do­jazd do tego miej­sca.

Mój kie­row­ca uru­cha­mia sil­nik i od­jeż­dża spod ko­mi­sa­ria­tu, zo­sta­wia­jąc za sobą ob­łok sza­re­go pyłu. Przy­go­to­wu­ję się w du­chu na ko­lej­ną wie­lo­go­dzin­ną po­dróż po dziu­ra­wych dro­gach peł­nych sza­leń­ców, któ­rzy wolą ra­czej do­pro­wa­dzić do czo­ło­we­go zde­rze­nia, niż ustą­pić ko­muś miej­sca. Ogar­nię­ty dziw­ną bez­tro­ską, któ­ra to­wa­rzy­szy za­gro­że­niu ry­chłą śmier­cią, roz­my­ślam o tym nie­praw­do­po­dob­nym zja­wi­sku, ja­kim jest ry­wa­li­za­cja dwóch grup zło­dziei ko­ści dzia­ła­ją­cych na in­dyj­skiej wsi. Czy ryn­ki zby­tu na czę­ści ludz­kich ciał ist­nie­ją tyl­ko na obrze­żach mię­dzy­na­ro­do­we­go han­dlu? Na ile spo­so­bów moż­na sprze­dać ludz­kie cia­ło?

Je­śli w tym od­le­głym za­kąt­ku świa­ta lu­dzie wal­czą o cia­ła i eks­por­tu­ją ludz­kie szcząt­ki, to zna­czy, że w in­nych czę­ściach pla­ne­ty inni lu­dzie też za­ra­bia­ją na ta­kim pro­ce­de­rze. Może każ­da z czę­ści na­sze­go cia­ła - od ko­ści, ścię­gien, ser­ca i krwi po całe or­ga­ni­zmy - co­dzien­nie zmie­nia wła­ści­cie­la.

Nie­wie­le jesz­cze wiem na ten te­mat, ale to do­pie­ro po­czą­tek mo­jej po­dró­ży po czer­wo­nym ryn­ku świa­ta. Prze­ja­dę przez całe In­die, Eu­ro­pę, Afry­kę i Sta­ny Zjed­no­czo­ne, znaj­du­jąc wszę­dzie fir­my - za­rów­no le­gal­ne, jak i nie­le­gal­ne - któ­re zaj­mu­ją się kup­nem i sprze­da­żą czę­ści ludz­kich ciał. To ludz­kie tar­go­wi­sko jest znacz­nie więk­sze, niż kie­dy­kol­wiek przy­pusz­cza­łem.