I. Jeszcze pisklęta
I.
Jeszcze pisklęta
Rzeczywistość nie jest jednakowa dla wszystkich.
Postrzegamy ją tak, jak nas nauczono.
Niezależnie od epoki, w której żyjemy,
Wyjście przed szereg jest gestem wybitnej odwagi.
Szczególnie wtedy, gdy wierzymy, że świat nas potępi.
Kiedy celowo opuszczamy to, co znane i bezpieczne,
I świadome rezygnujemy z aprobaty otoczenia,
Aby zawalczyć o ideały, które są dla nas ludzkie.
W tej drodze łatwo o pomyłkę,
Zderzenie ze ścianą wątpliwości.
Bo to, co ludzkie, bywa wadliwe,
Ale lepsze świadome poszukiwania
Niż ślepe dążenie za tłumami.
Ruba (Kasseria)
Był ciepły sierpniowy dzień. Nie z tych
gorących, kiedy wszyscy rozpaczliwie wypatrują cienia, pod którym
mogliby się ukryć przed palącym słońcem, ale pogodny i zachęcający do
spędzania wolnego czasu na świeżym powietrzu. Bogatsi urzędnicy i doccy
żołnierze okupowali ogródki kawiarni i restauracji, a biedniejsi
mieszkańcy skromnych osiedli rozkładali się na ławkach stojących w pobliżu kamienic. Lokal państwa Karovów znajdował się pomiędzy
przemysłową częścią Ruby nazywaną przez mieszkańców kamieniołomami a najbogatszą dzielnicą miasta, pełną luksusowych dworków, zwaną
gniazdami. Zajmowali zadbaną kamienicę przy ulicy Srebrnej 16. Budynek
miał pięć pięter i odróżniał się od innych budowli oknami o łukowatym
kształcie oraz balkonami ze zdobionymi balustradami.
O mieszkaniu państwa Karovów można powiedzieć tyle, że było ładne i przestronne. Podłogę pokrywał zarysowany tylko w dwóch miejscach
drewniany parkiet, wielka duma pani domu - Anny Karov, w sporej kuchni
znajdowały się oszklone szafki, a w trzech sypialniach stały obszerne,
dwuosobowe łóżka wykonane z bukowego drewna. Niestety, choć lokal
wyglądał na zadbany, sprawiał też wrażenie pustego. Jedynymi meblami w salonie były stolik kawowy i dwa wysłużone fotele. W trzech sypialniach
zostały tylko łóżka, a miejsce dwudrzwiowych rzeźbionych szaf zajęła
brzydka komoda, kupiona za bezcen. Z kuchni zniknęły kredens i masywny,
okrągły stół, a zamiast niego pojawiły się niewielki turystyczny stolik
i dwa wyjątkowo niewygodne taborety. Braki w umeblowaniu sprawiały, że
mieszkanie automatycznie wydawało się większe. Znajomi rodziny i sąsiedzi dobrze wiedzieli, że ubogi wystrój niósł za sobą pewną
historię.
Tak naprawdę rysy na ukochanym parkiecie Anny Karov powstały wskutek
pospiesznego przesuwania fortepianu, który dziesięć lat temu wynieśli
obcy żołnierze. Instrument nie był jednak największą stratą, bo chwilę
przed nim wyprowadzili jej męża Teodora Karova. Sytuacja miała miejsce
jeszcze przed oficjalnym wybuchem wielkiej wojny, a rodzina wciąż nie
mogła pogodzić się z utratą pana domu. Anna sprzedała większość
drogocennych przedmiotów i od lat jej główne źródło dochodu stanowiło
świadczenie usług krawieckich. Z marnej pensji próbowała utrzymać dwóch
chłopców - osiemnastoletniego syna Maksymiliana oraz siedemnastoletniego
siostrzeńca Kaila.
Nie byli oni do siebie ani trochę podobni, ale wychowywano ich jak
braci. Maks Karov mierzył dokładnie metr osiemdziesiąt trzy centymetry
wzrostu. Był pulchnym chłopakiem o piwnych oczach, piegowatych
policzkach i opadających na czoło brązowych włosach. Kuzyn nie
przypominał go pod żadnym względem. Kail Karov był o sześć centymetrów
niższy, chudy, miał duże niebieskie oczy i bardzo jasne włosy, sięgające
połowy szyi. W zdominowanym przez okupanta państwie odnaleźli jednak
podobne wartości i chcieli się nimi kierować.
Wojna wybuchła pięć lat po aresztowaniu Teodora. Poprzedził ją
międzynarodowy kryzys gospodarczy i narastający konflikt na tle rasowym,
między wschodnimi państwami, takimi jak chociażby Kasseria, a zachodnim
mocarstwem, którym stała się Docja. Potężne państwo z wyjącym wilkiem w godle swoją ekspansję rozpoczęło od zajęcia dwóch mniejszych państewek.
Gdy te ustąpiły, zaatakowano ojczyznę Karovów - Kasserię, która stawiła
opór. Kraj zalało morze krwi, a on sam wkrótce zniknął z mapy
ogarniętego chaosem świata. Chociaż dla wielu przestał istnieć, to
Kasseryjczycy zamierzali odzyskać odebraną wolność.
- Myślisz, że wyglądam w porządku? - zapytał Maks, nerwowo poprawiając
kołnierz bawełnianej koszulki.
Kail otworzył drzwiczki górnej szafki kuchennej i wyciągnął z niej dwie
butelki cydru. Obejrzał je pod światło, żeby się upewnić, że nie zabrał
przypadkiem syropu lipowego. Ciotka Anna miała w zwyczaju przelewać go
do podobnych butelek.
- Co? Nie, no co ty. A czemu pytasz?
Blondyn zgrabnie zeskoczył ze stołka, a następnie zaczął pakować butelki
do leżącego na blacie szmacianego plecaka. Gdy ściągnął sznurki i zapiął
jego klapkę, z powrotem przeniósł wzrok na stojącego przy oknie, lekko
spiętego Maksa.
- No bo wiesz, dziś na ognisku będzie...
Kąciki ust Kaila lekko się uniosły. Widok rumianych, piegowatych
policzków brata, bo nie zwykł nazywać go kuzynem, był zjawiskiem dość
częstym. Szczególnie gdy rozmawiali o płci przeciwnej.
- Ach, Annuszka, córka aptekarzy. Nie przejmuj się. Myślę, że cię lubi -
przekonywał, związując najdłuższe pasma włosów w niedbały kucyk. -
Zresztą już jutro będziesz żołnierzem. Nie wierzę, że jej tym nie
zaimponujesz.
Maks dobrze znał Kaila i wyczuł w jego słowach nutę goryczy. Wcielenie
do Kasseryjskiego Wojska Podziemnego miało dla nich wielką wagę. Do tej
pory zajmowali się takimi czynnościami, jak drukowanie i roznoszenie
nielegalnych ulotek lub książek czy wypisywanie na murach antydockich
haseł. Od czasu do czasu brali też udział w mniejszych akcjach
dywersyjnych. Kail, Maks i ich przyjaciel Simon długo szykowali się do
pasowania na żołnierzy. Regularnie ćwiczyli strzelanie, a nawet przeszli
testy sprawnościowe. Ostatecznie nie wszyscy mogli jednak dostąpić
zaszczytu wcielenia do armii. Kail, którego osiemnaste urodziny wypadały
dopiero w listopadzie, pozostawał na liście rezerwowej na wypadek, gdyby
kiedyś zabrakło ludzi. Nadal podlegał Departamentowi Kultury, Oświaty i Propagandy, wykonując dla nich mniejsze zlecenia, ale to nie było to
samo co bezpośrednia walka z wrogiem. W jego przypadku przenoszenie
ważnych informacji, wysadzanie pociągów z dostawami broni, odbijanie
więźniów i raportowanie do wysokich rangą przełożonych musiało jeszcze
poczekać.
- Nie martw się, Kail. To nie jest twoja wina, że urodziłeś się w listopadzie - rzekł pocieszająco Maks.
- Nie masz wrażenia, że pułkownik Sowa po prostu mnie nie lubi? To
niecałe cztery miesiące. Rocznikowo jestem pełnoletni. Mógłby dać spokój
- odpowiedział i zarzucił plecak na ramię.
Maks westchnął ciężko. W zasadzie to odniósł takie samo wrażenie jak
brat, ale nie chciał utwierdzać go w takim przekonaniu.
Szef Oddziału Operacyjno-Szkoleniowego pułkownik Santer zwany przez
wszystkich "Sową" był człowiekiem sumiennym, pracowitym i bardzo
surowym. W kasseryjskiej armii cieszył się dobrą reputacją i budził
szczególny podziw młodzików, którym imponowały jego zdolności
strategiczne. Niestety, faktycznie momentami i Maks wyczuwał jego
niechęć do Kaila, chociaż jego brat nie dał mu do tego żadnych podstaw.
Chłopak po prostu mu nie podpasował.
- Daj spokój. Wszyscy cię lubią. Jak wyszedłem dziś po zakupy, kilka
osób zaczepiło mnie i pytało, czy zagrasz coś dzisiaj przy ognisku. Nie
znam nikogo, kto by nie przepadał za twoją obecnością. A wojsko... cóż,
może lepiej wyjść z założenia, że los tak chciał?
Kail tylko pokręcił głową, a jednak uśmiechnął się pod nosem. W duchu
stwierdził, że Maksymilian był doskonałym pocieszycielem. Potrafił
sprytnie zmienić temat i skierować rozmowę na odpowiadający mu tor.
- Nie ma nikogo, kogo wszyscy by... - zaczął, ale przerwał im dzwonek do
drzwi.
Bracia praktycznie w tym samym momencie spojrzeli na wiszący nad
drzwiami okrągły zegar. Była za pięć piąta. Obaj ruszyli ku wyjściu.
Zatrzymali się w przedpokoju, by zasznurować buty, a Kail poprawił
szelki spodni i podwinął rękawy. Gdy Maks upewnił się, że jego brat jest
gotowy, pewnym ruchem otworzył drzwi.
- Co się tak guzdrzecie? - usłyszeli dobrze znany głos.
Na korytarzu stał brunet ubrany w idealnie wyprasowaną grafitową koszulę
i spodnie w kant. Miał ostre rysy i ciemne, wyraziste brwi. Kosmyki
zaczesanych do tyłu włosów i tak natrętnie opadały na czoło, nieco
burząc zamierzoną koncepcję. Mimo młodego wieku na jego twarzy pojawiał
się już obfity zarost. W prawej ręce trzymał swój słynny skórzany
neseser, a przez ramię miał przerzucony pokrowiec na gitarę.
- Simon jak zawsze wystrojony - zaśmiał się Kail. - Bierzesz neseser na
ognisko? - Z niedowierzaniem pokręcił głową.
- A dlaczego nie? - zapytał tamten, unosząc brew. - To ważna rzecz. W środku jest nasz śpiewnik.
- I pewnie piwo - wtrącił Maks, zamykając za nimi drzwi.
- No, piwo też.
Cała trójka zbiegła po schodach. Rodzeństwo przywitało się z sąsiadkami,
które piły kawę na ławeczce przed blokiem. Te odpowiedziały im
skinieniem głowy. Chłopcy skręcili w prawo i wyszli na główną ulicę.
Minęli grupkę jeżdżących na rowerach dzieciaków i parę narzekającą na
skwar. Miasto sprawiało wrażenie względnie spokojnego i na pierwszy rzut
oka nie było w nim widać znamion konfliktu wojennego.
Kail, Simon i Maks szli kilka minut, żywo dyskutując na jakieś błahe
tematy. Chociaż ciągle myśleli o jutrzejszym mianowaniu, nie mogli o nim
rozmawiać publicznie. Kto wie, czy za rogiem nie krył się jakiś
donosiciel. W końcu dotarli do przystanku tramwajowego, gdzie po chwili
przyjechała upragniona siódemka. Jako że pojazd jechał w kierunku
przeciwnym do obleganego w weekendy centrum miasta, nie natrafili w nim
na żadnego dockiego żołnierza. Mało tego, znaleźli nawet miejsca
siedzące. Kail usiadł przy oknie, w zamyśleniu wlepiając wzrok w szybę.
Stolicę Kasserii - Rubę - nazywano miastem pełnym skrajności. W wielu
miejscach widać było tradycję, bo Kasseryjczycy sami z siebie nie
ulegliby zachodniej modzie na nowoczesne style architektoniczne. Zamiast
betonu, metalu i szkła woleli stawiać klasyczne budynki z czerwonej
cegły. W centrum miasta ich ściany malowano na jaśniejsze kolory - takie
jak biel czy beż. Podobny styl dominował także w ekskluzywnej dzielnicy
gniazd, gdzie obecnie stacjonowali wyżsi doccy urzędnicy. Niegdyś
zamożne rody dziedziczyły nieruchomości z pokolenia na pokolenie. Teraz
zainteresowała się nimi nowa władza.
Wielką dumą Kasseryjczyków było ich godło - ogniwaczek. Wierzono, że
wielki czerwony ptak o rozłożystych skrzydłach i długim ogonie, gdy
dożyje sędziwego wieku, zamiast skonać, odradza się z popiołów.
Przyjezdni nazywali go feniksem. W Rubie znajdowało się kilka posągów
ogniwaczka - jeden stanowił element fontanny na rynku, drugi z podkową w dziobie (która według miejscowych legend przynosiła szczęście) strzegł
dzielnicy rzemieślniczej, a trzeci, z koroną na głowie, stał na
dziedzińcu zamku królewskiego.
Gdy przejeżdżali przez kolejne przecznice, Kail z irytacją wczytywał się
w sklepowe szyldy i nazwy ulic, które niegdyś znał na pamięć. Język
kasseryjski wypierało nazewnictwo okupanta, a w dzielnicy rzemieślniczej
kolejne zakłady przekształcano w fabryki dockich maszyn. Pojawiało się
coraz więcej surowych blaszanych konstrukcji. Z dzielnicy gniazd
wysiedlano kolejne zamożne familie, a ich domy zajmowali przyjezdni
żołnierze i ich rodziny. W eleganckich hotelach również brakowało już
miejsc dla kasseryjskich gości. Zresztą, kogo w tych czasach byłoby stać
na takie luksusy?
- Zapomniałem zapytać, jak twoja praca, Kail? Odnajdujesz się w tym
barze? - Z rozważań wyrwał go głos Simona.
Chłopak oderwał wzrok od szyby i obejrzał się przez ramię, by spojrzeć
na siedzącego za nim przyjaciela.
- Daję radę. Szef mnie nienawidzi, ale to nic nowego.
- Przyjęli cię, bo dobrze mówisz po docku, nie? Umiejętność obsługi
takich gości to dziś, niestety, atut. Domyślam się, że nie jesteś
zachwycony, ale twoja ciotka pewnie tak. Wreszcie ktoś pomaga w domu. -
Wyszczerzył się zadziornie w stronę kumpla.
- Maks też mówi trochę po docku, ale się krępuje. Dobrze znać język
wroga, oni o naszym nie mają pojęcia - odpowiedział Kail.
- Mama się złości, że nie mogę niczego znaleźć. Ja naprawdę chcę, ale
nie jest łatwo. Nastały ciężkie czasy - tłumaczył Maks.
- Nie mogą trwać wiecznie. Jak skończy się wojna, chciałbym zostać
muzykiem. Może nie będzie za późno, by pójść do akademii. Poza tym
ludzie chętnie mnie słuchają, to znaczy, chętnie słuchają nas. - Simon
zastukał palcami w pokrowiec od gitary.
- Wolałbym zamiast strun mieć klawisze, ale nie wybrzydzam - odparł
młodszy Karov.
- Fortepianu i tak nie zabrałbyś na ognisko - stwierdził Simon, poklepał
Kaila po ramieniu i przeniósł wzrok za okno. - Hej, teraz wysiadamy.
Chwycił swój neseser i jako pierwszy ruszył w stronę drzwi. Bracia
zrobili to w ślad za nim. Byli tak zaabsorbowani rozmową, że omal nie
przegapili przystanku. Ominęli nawet moment, w którym wyjechali z dzielnicy rzemieślniczej, przedostając się na obrzeża Ruby, a przecież
dobrze znali te tereny. Obok budynku, w którym przed wojną mieścił się
wydział rolniczy Uniwersytetu Kasseryjskiego, znajdowały się pojedyncze
domy mieszkalne. Stąd było blisko nad jezioro oraz do lasu, w którym po
kryjomu uczyli się strzelać. Tym razem mieli jednak inny cel. Na polanie
wraz z grupą znajomych zorganizowali małe przyjęcie na cześć osób
mających następnego dnia oficjalnie złożyć śluby. Simon, któremu humor
dopisywał, wyłonił się na przód, założył ręce na głowę i pogwizdując pod
nosem, ruszył wprost przed siebie. Biła od niego pewność siebie.
Brakowało jej jednak Kailowi, od kiedy się dowiedział, że nie dołączy
jutro do swoich przyjaciół. Próbował ukryć smutek, co nawet dobrze mu
wychodziło. Tylko Maks wiedział, co jego brat naprawdę czuł.
Gdy wkroczyli na znajomą polną ścieżkę, wróciła dawna beztroska. Teraz
zapomnieli o trudach wojny. Na powrót stali się małymi chłopcami,
idącymi na jedną ze swoich wyimaginowanych misji. Minęli porośniętą
wysoką trawą łąkę i poszli w głąb gęstego, ciemnego lasu. Chociaż innym
miejsce to mogłoby się wydawać mroczne i ponure, trójce Kasseryjczyków
dawało poczucie bezpieczeństwa. Tutaj nie zapuszczały się wojska
okupanta.
Przez dłuższą chwilę szli slalomem, wymijając dumne, wysokie sosny, aż w końcu zboczyli na leśną dróżkę. Kiedy wyszli na kolejną polanę, niebo
powoli zalewała szkarłatna łuna. Z trawy wyłaniały się czerwone punkty.
Były to maki dumnie rozkładające płatki ku górze. Przywodziły na myśl
kobiety w charakterystycznych ludowych strojach. Kail uśmiechnął się pod
nosem, słysząc głosy dobiegające z miejsca, w którym zwykli rozpalać
ognisko. Ułożył dłonie w charakterystyczny sposób i zbliżył je do ust.
- Hu huuu! - zawołał głośno, a ci, którzy go nie znali, naprawdę mogliby
uwierzyć, że to prawdziwa sowa.
Nie musieli długo czekać na odpowiedź kukułki. Równie fałszywej, bo
Maksymilian od razu rozpoznał śpiewny głos córki aptekarzy.
- Coś czuję, że będziemy ostatni, ale cóż. Modnie jest się spóźnić! -
stwierdził Simon i przyspieszył kroku.
Kail zwolnił, celowo pozostając jakieś dwa metry za swoimi towarzyszami.
Obserwował ich sylwetki, zachód słońca, brzozy, maki i znajomych
machających do nich z oddali. W takich chwilach jak ta naprawdę kochał
swój kraj. Wydawał mu się idealny.
Gdy przyjaciele w końcu doszli do ogniska, wylewnie powitała ich reszta
kasseryjskiej młodzieży. Przy niewielkim ognisku kucało dwóch
bliźniaków. Kłócili się o to, czy należy podłożyć więcej pokrytych
żywicą gałązek, czy też to właściwy moment, aby do ognia wrzucić suchy
chrust. Byli to Nataniel i Nikodem Kozowie, wiecznie skonfliktowani, a przy tym nierozłączni bracia.
- Hej, chłopaki! - zawołali równocześnie, spoglądając na Karovów i Simona. - Zagracie coś dzisiaj?
- No, pewnie! - rzekł Simon.
Postawił swój neseser na prowizorycznym, wykonanym ze skrzynki stoliku,
a następnie wyciągnął gitarę z pokrowca, co chwilę spoglądając na
siedzące na przewróconym pniu trzy dziewczyny. Wśród nich była Annuszka.
Córka aptekarzy cieszyła się dużym powodzeniem u płci przeciwnej. Była
pogodna, otwarta i szybko zjednywała sympatię innych. Na widok chłopaków
na jej twarzy od razu zagościł szeroki uśmiech. Odgarnęła na bok jeden z grubych, brązowych warkoczy i odruchowo wygładziła dłonią brzeg
sukienki. Kail nasłuchał się już dużo na temat jej urody. Maks, który
przy dziewczynie wstydził się nawet odezwać, przyjaciołom opowiadał o niej na okrągło, gdy tylko znikała mu z oczu. Młodszy Karov żartował
nawet, że mógłby wydać tomik poezji dotyczący wyłącznie jej "okolonych
gęstymi rzęsami czekoladowych oczu" oraz "lśniących w słońcu włosów".
Raz przyłapał nawet z Simonem Maksa na pisaniu wierszy, które skończyły
w piecu.
- Maksymilianie, mój drogi przyjacielu, czy zechcesz napić się lśniącego
w słońcu trunku? - zagaił Simon, wymachując mu piwem przed oczami i z rozbawieniem wpatrując się w czerwoną twarz chłopaka.
- Dzięki za ofertę, ale odmówię. Wolę napić się cydru z jabłek... jabłek...
- na chwilę się zaciął, wlepiając wzrok w ziemię - ...jabłek stłuczonych
na kwaśne jabłka, których personifikacją nie chciałby być ktoś, kto
niepotrzebnie kłapie dziobem.
Kail parsknął śmiechem, podobnie jak bliźniacy. Wreszcie udało im się
rozpalić ognisko. Chłopcy wyciągnęli z kieszeni ulubione scyzoryki i zaczęli ostrzyć czubki gałęzi, na które zamierzali nabić kromki chleba.
- Coś to tajne nauczanie bardzo weszło wam w krew, poeci - mruknął Kail
do Simona i Maksa, po czym wyjął z plecaka butelkę cydru.
- W krew mają wejść nam dzisiaj trzy rzeczy - rzekł głośno Simon, w odróżnieniu od Maksa pilnując, aby wszyscy go słyszeli. - Alkohol,
muzyka i duma na myśl o jutrze.
Siedzące obok Annuszki dziewczęta zachichotały. Simon był przystojny,
przebojowy i sprawiał wrażenie starszego. Gdziekolwiek się pojawiał,
przykuwał uwagę otoczenia i w przeciwieństwie do nieśmiałego Maksa nie
tracił pewności siebie w towarzystwie dziewczyn. Po jego słowach
rozległy się gromkie okrzyki radości, a gdy trochę ucichły, Annuszka
pewnie wstała z miejsca i podeszła w stronę nowo przybyłej trójki. Kail
poczuł nerwowy ucisk w żołądku. Zawsze się obawiał, że córka aptekarzy
kiedyś zainteresuje się Simonem. To byłby najgorszy z możliwych
scenariuszy. Mógłby nie tylko popsuć ich relacje, ale również odebrać
jego bratu pewność siebie.
- Napijesz się cydru? - zaproponował Maks, gdy tylko usiadła obok nich
na pniu sąsiedniego przewróconego drzewa.
- Chętnie - uśmiechnęła się ciepło, bezwiednie bawiąc końcówką atłasowej
wstążki. Maks wyciągnął z plecaka kuzyna dwie szklaneczki owinięte białą
ściereczką. Nie mógł przecież pozwolić, aby dziewczyna piła z gwinta. -
Jak tam, Kail? - zapytała.
Najwyraźniej przeczuwała, że pod maską jego uśmiechu kryło się
przygnębienie. Młodszy Karov zawsze podziwiał spostrzegawczość Annuszki,
chociaż momentami go przerażała.
- Wiesz, tak postanowił Sowa i tak będzie. Wojsko jakoś musi dać sobie
radę beze mnie - odparł wymijająco.
- Wierzę, że nic nie dzieje się bez przyczyny. Wielu ludzi zapomina, że
jestem nie tylko córką aptekarzy, ale również wnuczką wieszczki. To dwie
skrajności.
Mówiono, że babka Annuszki, Mira, widzi więcej. Znała wiele tradycji
ludowych, o których niektórzy mieszkańcy miasta już dawno zapomnieli.
Ludzie chętnie kupowali u niej zioła lub różne smarowidła, a co
przesądniejsi przychodzili również po poradę. Chociaż po latach głupio
im było się do tego przyznać, Maks i Kail w dzieciństwie bali się Miry.
Zgarbiona kobieta z bielmem na prawym oku wyglądała naprawdę
przerażająco. Mira miała osiemdziesiąt pięć lat. O piętnaście lat
przeżyła swojego męża, a po jego śmierci zamieszkała w domu córki. W ten
oto sposób życie znachorki i aptekarzy toczyło się pod jednym dachem.
Ojciec Annuszki, który niegdyś marzył o karierze chirurga, nie był
zadowolony z działalności teściowej, ale w żaden sposób nie zdołał jej
przekonać do zaprzestania praktyk.
- Sam nie wiem. Po prostu nie cieszę się sympatią starszyzny. Nie
wierzę, aby różnicę robiło tu kilka miesięcy. Rocznikowo jestem
pełnoletni. - Kail wzruszył ramionami.
- Wojsko wiele straci. Może nie jesteś pierwszy do bitki, ale masz swój
honor i łeb jak sklep. - Maks trącił go łokciem. - Zresztą, małżeństwa
są już legalne - dodał.
- Przestańcie mnie pocieszać, bo jestem tym zakłopotany. Cieszę się z waszego szczęścia, mamy co świętować i tyle - rzekł Kail, ignorując jego
zaczepkę.
- Pomyślałam, że na pocieszenie ułożę ci karty - zaproponowała Annuszka.
Przysłuchując się ich rozmowie, Simon skrzyżował ręce na ramionach. Nie
spodobał mu się pomysł wróżenia. Zmarszczył brwi, patrząc na nich
oceniająco.
- To jakieś zabobony. A piosenka? Mieliśmy zacząć od śpiewania, aby
rozruszać naszą ekipę. - Spojrzał z wyrzutem na Kaila.
- Weź, poczekaj. To cię nie zbawi - powiedział Maks, na co Simon
przewrócił oczami i zaczął zagadywać koleżanki siedzące po drugiej
stronie ogniska.
Annuszka niespecjalnie przejęła się jego zachowaniem. Sięgnęła do
czarnej, przewieszonej przez ramię torebki i wyjęła z niej widocznie
zużytą talię kart.
- Powinniśmy zacząć od wybrania karty, która cię reprezentuje, ale i tu
panują reguły. Jeżeli wróży się mężczyźnie, wybierany jest król. Jeśli
kobiecie, dama. Walet oznacza bardzo młodą osobę, najczęściej dziecko -
wyjaśniła, tasując talię.
- A jak to jest w przypadku wróżb na pocieszenie? - zaśmiał się Kail.
Traktował rozkładanie kart jako zabawę, ale szczerze docenił miły gest
ze strony koleżanki.
- Nie ma czegoś takiego, jak wróżby na pocieszenie. Przestań. Uwierz, że
to jest po prostu dobry moment, aby ułożyć ci karty - powiedziała i odrzuciła warkocz za ramię. - Kiery określają osoby o brązowym, siwym i mysim odcieniu włosów oraz niebieskich, szarych lub zielonych oczach.
Przykładowo, kierami byliby bliźniacy. Osoby o ciemnych włosach i oczach
powinny wybrać piki. Taką kartę zaleciłabym Simonowi. Maks i ja to
typowe trefle, czyli osoby o brązowych włosach i piwnych oczach. Trefle
to również rudzielce. W przypadku blondynów o jasnych niebieskich lub
szarych oczach jako kartę reprezentującą wybieramy karo - tłumaczyła.
- W przypadku Kaila wybór jest więc prosty - przyznał Maks.
Annuszka kiwnęła głową, a na płóciennej torbie położyła króla karo. Kail
spojrzał na nią sceptycznie. Nie wierzył w podobne rzeczy, ale nie
chciał jej przerywać. To byłoby zwyczajnie niegrzeczne.
- Muszę ci powiedzieć, mój drogi, że ta karta symbolizuje wpływowego
mężczyznę w mundurze. - Uśmiechnęła się szeroko, na co Maks klasnął w dłonie. - Król karo jest człowiekiem wysoko postawionym, cieszącym się
dużym szacunkiem otoczenia, a przy tym jest również zamożny.
Annuszka rozsypała resztę kart na torebce, aby nie ubrudzić ich
piaskiem. Następnie poprosiła Kaila o ich wymieszanie, a po wszystkim
zebrała, by rozłożyć w trzech rzędach. W każdej kupce znajdowało się po
osiem kart.
- Pierwsza reprezentuje przeszłość, druga teraźniejszość, a trzecia
przyszłość - wyjaśniła, po kolei odkrywając karty. - Co my tu mamy...
Twoją przeszłość odzwierciedla dziesiątka trefl. Ta karta symbolizuje
wielką kłótnię rodzinną. Duże nerwy, apatię, intrygi, pomówienia,
chorobę. Spokój zachwiany przez nieprzewidzianą sytuację.
- Jak zabranie mojego taty, a twojego wuja przez dockie wojsko. To by
pasowało - zauważył Maks.
Kail kiwnął głową. Nie przyznał, że w pierwszej kolejności pomyślał o śmierci matki, której nie zdążył poznać. Drugą odsłoniętą przez Annuszkę
kartą był as trefl.
- Symbolizuje nagłe, niespodziewane wydarzenie, coś, co może przysporzyć
wiele łez. Drastyczna zmiana. Nieporozumienie, zaskoczenie, którego się
nie spodziewamy, niebezpieczeństwo.
- Sowa nie przyjął cię do wojska. Nie spodziewaliśmy się takiej decyzji
- zauważył Maks.
- Ta, z pewnością. Jak powiesz pułkownikowi, że wróżymy z kart, to i ciebie wyrzuci za zabobony. - Zaśmiał się Simon, ale Annuszka
zignorowała jego słowa i odwróciła kolejną.
- To odwrócony as kier. Symbolizuje obcy lub nieprzyjazny dom albo wpływ
obcego domu na nasz własny. To symbol zachwiania dotychczasowej
równowagi. Miejsce, w którym się wkrótce znajdziesz, odegra kluczową
rolę w twoim życiu.
Po ostatniej wróżbie Annuszka wyglądała na trochę zakłopotaną. To, co
odczytała Kailowi z kart, nie było tak optymistyczne, jak początkowo
zakładała. Przez głowę przeszła jej myśl, że wróżenie nie było jednak
tak dobrym pomysłem.
- Dzięki - rzekł młodszy Karov, który nie wyglądał na specjalnie
przejętego. - Już wyobrażam sobie siebie jako tego wysoko postawionego
mężczyznę w mundurze - dodał ciszej.
- To można różnie interpretować - tłumaczyła.
Kail wzruszył ramionami.
- Spokojnie, to tylko zabawa - rzekł krótko.
- Zabawa to się dopiero zacznie - wtrącił Simon.
Poczekał, aż Annuszka zbierze karty, a następnie wręczył Kailowi gitarę.
Nastał czas na jego ulubioną część wieczoru.
- Jak mniemam, chcesz zacząć od treści jutrzejszej przysięgi? - zapytał.
Gdy Simon przytaknął, wszyscy zrozumieli, że wypada wstać. Ta piosenka
była dla nich jak hymn podziemia. Odłożono torby i napoje, wszyscy
stanęli w okręgu wokół ogniska. Słońce chyliło się ku zachodowi, a jego
szkarłatne promienie oświetlały twarze Kasseryjczyków. Kail spoważniał i zaczął grać dobrze znaną melodię. Jego zdaniem gitara nie była tutaj
najlepszym instrumentem, ale w zaistniałych warunkach nie mógł sobie
pozwolić na nic innego. Wymienili z Simonem znaczące spojrzenie, po czym
starszy chłopak zaczął śpiewać:
Czy w świetle księżyca, czy rankiem o brzasku.
Czy w bólu, czy w szczęściu,
Czy w świetle, czy w mroku,
Kroczyć tak będziemy ze sztandarem u boku.
Czy w potopie krwi świeżej, czy w cieniach płomieni
Przysięgamy bronić mowy oraz ziemi.
Gdy czerwony ptak padnie, niech każdy pamięta,
W prochach jego będą czerwone pisklęta
I wzlatywać zechcą od góry do dołu,
A naród odżyje jak Feniks z popiołów.
II. Pan Vogel
II.
Pan Vogel
Nie sztuką jest kopiować cudzą pogardę
I udawać, że jest naszym własnym wytworem.
Ruba (Kasseria)
Maks uchylił powieki. Miał wrażenie, że
cały świat wirował mu przed oczami. W głowie miał przebłyski z zeszłego
wieczoru. Śpiew Simona, tańczące dziewczyny, zapach lasu i puste butelki
po cydrze, którego wspomnienie wywoływało u niego mdłości.
- Wypij to - usłyszał dobrze znany głos.
Kail postawił przy jego łóżku szklankę z podejrzanie wyglądającym,
miodowym płynem. Starszy z braci skrzywił się wyraźnie i usiadł,
zsuwając z siebie kołdrę.
- Co to?
- Sok z cytryny z miodem i imbirem. Jest dobry na kaca.
- Pomijając sińce pod oczami, wyglądasz całkiem nieźle. Głowa cię nie
boli? - zapytał Maks, po czym niepewnie upił łyk ciepłego napoju.
- Nie, bo już wypiłem. Masz godzinę, by doprowadzić się do porządku. W kuchni czeka na ciebie gorąca jajecznica, a potem...
- ...zimny prysznic - dokończył za niego niski kobiecy głos.
W tym momencie Maksymilian uświadomił sobie, że oprócz brata w jego
pokoju był ktoś jeszcze. W wejściu stała Anna Karov i krzyżowała dłonie
na piersiach. Była chudą kobietą o łabędziej szyi i łagodnych rysach
twarzy. Jej wąskie, wiecznie podejrzliwe oczy zdawały się przeszywać
syna na wylot, tak że ten w jednej chwili oprzytomniał. Kiwnął głową i duszkiem wypił napar, byleby tylko nie prowokować mamy.
- O której wróciliście? - zapytała, mierząc ich dalekim od zadowolenia
spojrzeniem.
- O północy - bąknął Maks.
- Nie pamiętam - rzekł Kail, na co piwne oczy Anny zrobiły się jeszcze
węższe.
- No, oczywiście! - Wkroczyła do sypialni i wykonała taki gest, jakby
chciała strzepnąć z fartuszka niewidzialny kurz. - Założę się, że jak
zapytam sąsiadkę z trzeciego piętra, z radością wam przypomni.
- Świętowaliśmy. Dziś wielki dzień Maksa - odparł dyplomatycznie Kail.
- Tyle razy wam powtarzam, żebyście byli ostrożniejsi. To nie są czasy,
w których należy włóczyć się po nocach. Koniec dyskusji, a teraz obaj
marsz do kuchni.
Anna Karov nie należała do potulnych matek, które w razie przykrości
poklepią dziecko po plecach i będą je wybielać w każdej sytuacji. Wprost
przeciwnie, była twarda i oschła. Wierzyła, że wprowadzając dyscyplinę,
skutecznie ochroni Maksa i Kaila od kłopotów. Kobieta jako pierwsza
weszła do kuchni, a następnie postawiła czajnik na palniku kaflowej
kuchni.
- Kail, nakryj - poprosiła, skrycie chcąc oszczędzić Maksa, który
ewidentnie gorzej znosił nadmiar alkoholu.
Młodszy Karov wyciągnął z kredensu biały obrus w haftowane słoneczniki,
a następnie nakrył nim ich rozkładany stolik. Ciotka nie wyobrażała
sobie posiłku bez obrusu, a w obecnej sytuacji i tak wybaczyła
chłopakowi, że uprzednio go nie uprasował. Chwilę później na stole
pojawiły się trzy talerze, trzy szklanki z metalowymi, ozdobnymi
uchwytami oraz sztućce. Maks nasypał każdemu po dwie łyżeczki kawy, a gdy woda w czajniku wreszcie się zagotowała, Anna zalała je wrzątkiem.
- Uprasowałam ci świeżą koszulę. Wisi na wieszaku w przedpokoju - rzekła
oschle, nakładając wszystkim kolejno mocno ściętą jajecznicę.
- Dzięki - odparł Maks i w pośpiechu chwycił za widelec.
Na kacu miał zawsze wilczy apetyt, a teraz czuł, że jajecznica jest tym,
czego potrzebuje. Chłopcy jedli w milczeniu, skupiając się na wywodzie
Anny dotyczącym dobrych manier. Po śniadaniu Maks poszedł wziąć
prysznic, a Kail, który tego dnia obudził się wcześniej, pomógł ciotce
pozmywać.
- Nie przejmuj się, dziecko, bo to nie jest twoja wina - powiedziała
niespodziewanie Anna. Kail westchnął. Czuł dyskomfort na myśl, że nawet
ciotka Anna się nad nim litowała. Nie chciał pocieszenia. Ono naprawdę
nie było mu teraz potrzebne.
- Przecież nic się nie dzieje. - Wziął od niej kolejny talerz i wytarł
go suchą ściereczką.
- Bez przyczyny - dokończyła za niego.
- Mówisz trochę jak Annuszka. - Uśmiechnął się blado.
- Wnuczka znachorki?
Zmarszczył brwi, w duchu stwierdzając, że po raz pierwszy ktoś nie
nazwał jej po prostu "córką aptekarzy". Nim jednak zdążył cokolwiek
odpowiedzieć, do kuchni wszedł wykąpany, ubrany i uczesany Maks. Miał na
sobie ciemną marynarkę, czarne spodnie na szelkach i skórzane, trochę
wysłużone buty.
- No, no! - zacmokał Kail, lustrując go od stóp do głów. - Wyglądasz o wiele lepiej.
- I tak się też czuję. Zimny prysznic naprawdę dobrze mi zrobił.
Anna nieznacznie kiwnęła głową na znak, że zgadza się z siostrzeńcem, po
czym odprowadziła ich do drzwi.
- Obiad będzie na szesnastą. Pierogi z serem - oznajmiła na pozór
beznamiętnie, choć świadomie zamierzała przyrządzić jedno z ulubionych
dań syna.
Na twarzy Maksa zagościł delikatny uśmiech. Wymruczał krótkie
podziękowanie i zamknął za sobą drzwi. Po jakichś dwudziestu minutach
Karovowie byli już na dole i szli w stronę przeciwną do przystanku
tramwajowego, z którego wczoraj pojechali na skraj lasu. Kail podwinął
rękawy swojej marynarki i pogwizdywał cichutko, trzymając ręce w kieszeni. Maks nie był w tak dobrym nastroju. Gdy dokuczliwy ból głowy w końcu minął, zaczął mu się udzielać stres. Zaciskał ręce w pięści,
czując, że pocą mu się coraz bardziej. Nawet niebo nie było już tak
pogodne jak wczoraj. Przysłoniły je nieprzyjemnie wyglądające ciemne
chmury, które dawały groźną aurę.
- Mam jakieś złe przeczucie - powiedział, wsuwając dwa palce za
kołnierzyk, jakby próbował go w ten sposób poluzować.
- Dlaczego martwisz się na zapas, Maks?
- Bo nie jestem taki jak ty. Czasem bardzo ci zazdroszczę, że tak łatwo
potrafisz zdusić w sobie emocje. Zawsze zachowujesz zimną krew. Ja tak
nie mam. Właściwie to już zaczynam zapominać przysięgę.
Kail przez chwilę szukał słów wsparcia, ale doszedł do wniosku, że Maks
sam musi sobie poradzić ze stresem. Nie wiedział też, czy "zduszenie
emocji" było taką zaletą, jak opisywał to brat. Gdy zatrzymali się na
przystanku, jego uwagę zwrócili dwaj doccy żołnierze wychodzący bardzo
drogiej czekoladziarni Pana Brausa znajdującej się po drugiej stronie
ulicy. Nieśli ze sobą dwie wypełnione po brzegi papierowe torby.
- Gdy znajdę pracę i odłożę pieniądze, kupię jej tutaj bombonierkę. Z białymi czekoladkami o migdałowym nadzieniu. Takimi w kształcie serc,
jak widziałem na wystawie - stwierdził niespodziewanie Maks, który
najwyraźniej myślał o czymś zupełnie innym niż wojsko okupanta.
- Komu? - zapytał wyrwany z rozważań Kail.
- No, Annuszce! To byłoby fajne: dać jej coś takiego niedostępnego. W sensie, to romantyczne.
- Za te pieniądze sam zrobisz jej dziesięć bombonierek.
Maksymilian spojrzał na brata z wyrzutem. W porę ugryzł się w język, by
nie powiedzieć, że podobnych uwag prędzej oczekiwałby po matce.
Ostatecznie machnął jednak ręką. Stali chwilę pod drewnianym daszkiem, w zniecierpliwieniu wpatrując się w stronę, z której powinien przyjechać
tramwaj.
- Co tak zamilkłeś? - zapytał w końcu Kail, przyglądając się jego
kwaśnej minie.
- Wiesz co? Nigdy nie było w tobie romantyzmu. Jesteś lodowaty jak słup
soli - rzekł po kilku minutach milczenia Maks, stwierdzając, że jednak
powinien poinformować go o swojej obserwacji. - Już nie chciałem nic
mówić, ale kiedy przypominam sobie, jak potrafiłeś spławić dziewczynę...
No, na przykład Adę. Zaprosiła cię na kawę, a ty bez żadnych wyjaśnień
powiedziałeś "nie" i...
- Przestań rozpamiętywać jakieś sytuacje sprzed dwóch lat, których już
nawet nie pamiętam. Poza tym osobiście uważam, że słup soli nie jest
lodowaty. Jest po prostu słony - wytknął mu przejęzyczenie.
- Ty też jesteś słony, Kail.
Bracia popatrzyli po sobie, po czym Maks szturchnął go łokciem. Obaj
zaczęli się śmiać jak młodzi, psotni chłopcy i ledwie zdążyli
spoważnieć, gdy przyjechał ich transport. Wsiedli do pojazdu i tym razem
stanęli z tyłu. Przednia część tramwaju, przeznaczona tylko dla Doków,
była zdecydowanie bardziej zatłoczona niż poprzedniego dnia. Zajmowali
ją nie tylko doccy żołnierze, ale również ich żony i dzieci. W pewnym
momencie trzymający się sztywnego uchwytu Kail wymienił spojrzenie ze
stojącym za złotą barierką chłopcem.
- Udawaj, że go nie widzisz, i nie kuś losu. Inaczej przeszyje cię na
wylot tymi czystymi - ostatni wyraz Maks wypowiedział wyjątkowo
sarkastycznie - niebieskimi oczami.
- Sam mam niebieskie oczy, a poza tym to tylko dzieciak.
- Ta, ale twoje oczy nie zamieniają w kamień.
- Ale w słup lodowatej soli owszem.
- A ty wciąż nie masz dosyć? - parsknął Maks.
- Nie mówmy już o mnie, ale o tobie. - Kail uśmiechnął się, dokładnie
lustrując wzrokiem trzęsące się ręce towarzysza.
Maks spojrzał za ramię, by sprawdzić, czy inni pasażerowie ich nie
podsłuchują. Chociaż nie podawali wrażliwych informacji, wolał dmuchać
na zimne.
- Nie zachowuj się tak, jakby ten dzień miał uczynić ze mnie kogoś
więcej. Dlaczego mamy nie mówić o tobie? Nie awansuję przecież na
jakiegoś ważniaka - szepnął.
Kail w rzeczywistości był bardzo dumny ze swojego brata. Maks prawie
osiągnął cel, o którym obaj marzyli. Nie chodziło tylko o samą chęć
zemsty za to, co spotkało ich wuja i ojca - Teodora Karova, ale walkę o własne prawa i tożsamość. Żyli w świecie pełnym ściśle określonych
reguł, a dopasowanie do tych zasad bywało naprawdę trudne. Musieli
udawać, że postępują zgodnie z wytycznymi okupanta, a tak naprawdę
stanowili ruch oporu, od którego również oczekiwano określonego
zachowania. Uczono ich, by pozostawali wierni tradycjom, by byli
odważni, by pielęgnowali ojczystą kulturę, by w razie konieczności
potrafili się bronić, by założyli w przyszłości rodziny, które będą
wyznawać identyczne wartości. W tych trudnych czasach udawanie
normalności skutecznie weszło im w krew. Nikt nie zaakceptował faktu, że
dla innych państw Kasseria już nie istniała na mapie.
Maksymilian pragnął wolnej, patriotycznej, pełnej miłości rodziny, Simon
potrafił godzinami opowiadać o sławie, pieniądzach i przyszłej karierze
muzycznej, a Kail miał wrażenie, że zaczyna się gubić we własnych
celach. Czasami śnił, że połykał "ziarno niepewności". W nocnych marach
osiadło w jego płucach, gdzie wypuszczało korzenie, rozrastało się,
kwitło, a pod koniec rozrywało jego wnętrzności, przebijało się przez
żebra, wypuszczało łodygę przez otwartą gardziel. Budził się zlany potem
z przekonaniem, że jeszcze kilka sekund temu odczuwał prawdziwy fizyczny
ból.
Teoretycznie Maksymilian i Simon nie zrobili niczego, przez co mógłby
poczuć się gorszy. Miał jednak wrażenie, że nigdzie nie pasował. Odkąd
żołnierze wyprowadzili Teodora, nikt nie spojrzał na niego z podziwem. Z wujem łączyła go szczególna więź. To on nauczył chłopaka miłości do
muzyki i tylko jemu pozwalał dotykać swojego fortepianu. Był poważanym
absolwentem akademii muzycznej, człowiekiem utalentowanym, pracowitym, a przy tym największą inspiracją Kaila. Młodszy Karov czuł, że wraz z jego
zniknięciem stracił cząstkę własnej tożsamości.
- Dobrze się czujesz? W zasadzie to od rana wyglądasz jakoś blado -
powiedział Maksymilian, marszcząc czoło.
- Znowu miałem jeden z tych głupkowatych snów. Wydawało mi się, że
jestem rośliną. Czymś na wpół żywym. Wiem, to brzmi idiotycznie...
- To tylko sen. Mnie z kolei śnił się ojciec. Stał na balkonie i płakał,
a gdy próbowałem go zapytać, co się stało, to milczał. Wiesz, nasza
sytuacja nie jest łatwa. Oberwaliśmy psychicznie. Organizm jakoś
odreagowuje. Tak uważam.
- Masz rację - rzekł Kail i znów spojrzał za okno. - Minęliśmy centrum,
zaraz nasz przystanek.
Gdy wyszli z tramwaju, dostrzegli, że niebo jeszcze bardziej
pociemniało. Przyspieszyli kroku, minęli bramę do parku centralnego i skręcili w boczną uliczkę. Zmierzali do opuszczonego hangaru, w którym
niegdyś mieściła się fabryka. W Kasserii panował zakaz tworzenia
ugrupowań, a wszelkie kluby musiały być rejestrowane w ratuszu,
oczywiście kontrolowanym przez okupantów. Znalezienie odpowiedniego
miejsca na uroczystość pasowania żołnierzy stanowiło nie lada wyzwanie.
W hangarze pracował niegdyś ojciec Nataniela i Nikodema - Amadeusz Koz.
Choć od wielu lat budynek stał zabity deskami, a większość znajdujących
się tam niegdyś maszyn wyniesiono, hangarowi nie groziło zawalenie.
Amadeusz, sprawnie działający w ruchu oporu, sam zaproponował dowódcy to
miejsce. W piwnicy pod olbrzymią halą rebelianci mogli komfortowo
rozmawiać, mając niemalże stuprocentową pewność, że nikt nich nie
usłyszy.
Bracia obeszli ogrodzenie. Chociaż w tym rejonie miasta nie kręciło się
zbyt wielu Doków, zostali poinstruowani, by na wszelki wypadek nie
wchodzić bramą od strony ulicy, ale tylnym wejściem. Maks pewnie
popchnął drzwiczki starej, zardzewiałej furtki. Skrzywił się, gdy
zaskrzypiała głośno, i spojrzał za siebie, by mieć pewność, że nikt ich
nie obserwuje.
- Patrzyłem. Jest czysto - zapewnił go Kail.
Weszli na zaniedbane podwórze pełne zeschłej trawy i porzuconych
metalowych części. Ten widok nie napawał optymizmem. Oczywiście marzyli
o uroczystości w wielkiej auli albo eleganckiej restauracji. Chcieli
strojnych mundurów, kwiatów, oprawy muzycznej i zachwyconych tłumów, ale
realia Kasseryjczyków były brutalne.
Kail podszedł do dużych metalowych drzwi, których w przeciwieństwie do
okien nie zabito deskami. Porozumiewawczo spojrzał na Maksa i niepewnie
nacisnął klamkę. W środku zastali dwóch uzbrojonych żołnierzy, każdy w wieku około czterdziestu lat. Jednego Kail znał tylko z widzenia, w drugim rozpoznał ojca bliźniaków. Najwyraźniej zostali oddelegowani do
stania na czatach.
- Dzień dobry - powiedział uprzejmie Kail, ale gdy dostrzegł, że Maks
uniósł dłoń do skroni, zrobiło mu się głupio.
On im salutował, a oni odpowiedzieli tym samym, po czym dłonią wskazali
im pomieszczenie obok. Stała w nim grupka chłopaków, w tym Nataniel,
Nikodem, Simon, oraz Annuszka, która trzymała w dłoniach koszyk świeżych
kwiatów. Kiwnęła głową na widok Karovów, ale z żadnym z nich nie
przywitała się wylewnie. Znajomi wymieniali jedynie pełne ekscytacji
spojrzenia. W końcu dziewczyna podeszła kolejno do przyszłych żołnierzy
i włożyła im maki do kieszeni koszul. Moment, w którym stanęła przy
Kailu, był trochę niezręczny. W jej oczach zobaczył troskę.
- Nie przejmuj się - powiedział cicho.
Annuszka spojrzała do koszyka i wyciągnęła z niego najmniejszy,
nierozwinięty pączek. Gdy włożyła mu go do kieszeni, drobna roślinka
wpadła do środka, pozostając niewidoczną dla starszyzny. Kail w porę
ugryzł się w język, by nie powiedzieć jej, że nie chce nagrody
pocieszenia. Dziewczyna miała dobre chęci, a jego urażona duma nie była
jej winą. Nie potrafił jej jednak wyciszyć.
W całkowitym milczeniu czekali jeszcze około dwudziestu minut, aż ojciec
bliźniaków dał im znać, by kierowali się dalej. Starszy żołnierz
otworzył klapę w podłodze, a wszyscy zgromadzeni zaczęli schodzić
gęsiego po brudnych kamiennych schodkach. Znaleźli się w dużej, ale
bardzo zatłoczonej piwnicy. Wnętrze ledwie oświetlały jedna działająca
żarówka i porozstawiane na parapetach lampki naftowe. Okna zasłonięto
ciemną, nieprzepuszczającą światła tkaniną. W pomieszczeniu panował
zaduch, ale nikt nie śmiał na niego narzekać. Osoby, których nie
pasowano tego dnia na żołnierzy, stawały na tyłach lub po boku sali, a wyróżnieni kierowali się wprost do postawionego na przodzie drewnianego
podestu.
Kail poklepał kolejno Maksa i Simona, a następnie stanął na jednej z postawionych pod oknem skrzynek, skąd miał dobry widok na "scenę".
Znakiem rozpoczynającym uroczystość było zamknięcie klapy przez
pilnującego hangar mężczyznę. Stojący na podeście szef Oddziału
Operacyjno-Szkoleniowego pułkownik Adam Santer "Sowa" przyłożył dłoń do
serca, a wszyscy w ślad za nim zrobili to samo. Wzrok Kaila spoczął na
wiszącym na ścianie godle narodowym. Czerwony ptak z rozpostartymi
skrzydłami wyglądał jak bóstwo. Gdy Sowa uniósł dłoń, stojący na scenie
Kasseryjczycy bez zająknięcia zaczęli recytować treść przysięgi.
Zupełnie jakby była zaklęciem pozwalającym na zdobycie jakiejś
nadludzkiej mocy. Kail pomyślał, że jeszcze nigdy nie czuł się tak
nieistotny. Patrzył na Maksa i Simona, którzy właśnie stawali się
ważniejsi. Próbował zdusić rosnące w sobie poczucie niesprawiedliwości,
ale było mu ciężko. Nie wierzył, że tak wielką różnicę zrobiło tu kilka
miesięcy. Coś było z nim nie tak, ale zupełnie nie wiedział co.
* * *
W życiu nie zawsze robi się to, na co akurat ma się ochotę, i nie tylko
los Kaila Karova był tego świetnym przykładem. Olbrzymi parowóz zajechał
na stację w Rubie koło czwartej po południu. Wśród pasażerów był pan
Charles Vogel, któremu podróż nie upłynęła zbyt przyjemnie. Gdy tylko
wracał myślami do pewnej sytuacji, rosła w nim złość. Doskonale zdawał
sobie sprawę z faktu, że posiadał zbyt wysokie kompetencje na tak
żałosne stanowisko. Nawet jeżeli miał je sprawować jedynie przez kilka
miesięcy. Nagła choroba pana Brauna postawiła dockie dowództwo przed
koniecznością znalezienia kogoś na miejsce sekretarza generalnego w małej miejscowości o nazwie Mont. Przyjazd do Kasserii nie był tym, o czym marzył Vogel. Tym bardziej że miał urzędować nie w stolicy kraju -
Rubie, ale w jakiejś dziurze na południu, którą wszyscy obraźliwie
nazywali blaszakarnią.
Charles wyszedł na spowitą gęstymi oparami dymu stację. W prawej ręce
trzymał smycz. Olbrzymi, czarny wilczur stał dumnie przy nodze swojego
właściciela. Bystrymi oczami lustrował bacznie całe otoczenie. Zabytkowy
dworzec w Rubie był wielką dumą Kasseryjczyków. W ogromnym, jasnym
gmachu znajdowało się wiele sklepów, restauracji i kiosków. Dach
podtrzymywały ozdobne filary, których podstawy tworzyły rzeźby
przedstawiające coś w rodzaju bukietu z piór. W powietrzu unosił się
zapach obwarzanków sprzedawanych na drewnianych wozach przez kobiety w długich, wzorzystych spódnicach. O tej porze na peronie panował niemały
chaos. Na stację wjechał właśnie pociąg z Docji, którego pasażerami byli
żołnierze oraz ich rodziny.
- Ach, tu pan jest! - Wśród zgiełku zgromadzonych na stacji osób dało
się słyszeć zachrypnięty, męski głos.
Łysiejący mężczyzna koło czterdziestki i towarzyszący mu niski blondyn
ruszyli w stronę Charlesa. Obaj mieli na sobie dockie mundury, a w normalnych okolicznościach wzbudziliby postrach wśród kasseryjskich
cywili. O dziwo, tego dnia to jednak oni wyglądali na spanikowanych.
Przybycie gościa z odległego Wolfenbergu było dla nich niezwykle ważnym,
i równie stresującym, wydarzeniem. Chociaż pociąg zajechał na stację
punktualnie, oczekiwano go już od godziny. W końcu spóźnienie mogłoby
zostać źle odebrane.
- Cedrik, Mark... - Vogel szorstko wymówił ich imiona.
Na sekundę przybliżył dłoń do czarnej wojskowej czapki. Nie trudził się
jednak, aby ją zdjąć. Srogie jak u wilka niebieskie oczy dokładnie
przyglądały się dwójce żołnierzy. Mówiono, że Vogel zawsze patrzył na
innych z góry. Chociaż nikt nie widział jego napadów agresji, krążyły
pewne plotki i legendy. Cedrik i Mark nie chcieli się przekonać, ile
było w nich prawdy. Jedno pozostawało pewne, pan Vogel zamrażał chłodnym
głosem i samym spojrzeniem.
- To pański tropiciel? - odezwał się Mark, wskazując psa. - Nie trzeba
było go brać. W Moncie będzie mógł mieć pan tyle psów, ile tylko...
- Nie chcę żadnych innych psów - rzekł stanowczo i sięgnął do kieszeni
munduru.
Wyciągnął z niej starą posrebrzaną papierośnicę. Nie poczęstował żadnego
z nich. Cedrik dyskretnie szturchnął Marka łokciem. Tym gestem
uświadomił mu, że popełnił już pierwszą wpadkę.
- W każdym razie samochód na pana czeka. W ciągu pierwszych dwóch dni
umieścimy pana w gnieździe. To ekskluzywna dzielnica, która...
- Wiem, co to jest.
- Ach, tak. No, tak, tak - potakiwał Cedrik. - Po dwóch dniach zostanie
pan przeniesiony do Montu. Oczywiście, tam również będzie czekał
prywatny gabinet, dobre warunki i...
- Kpisz sobie ze mnie? - mruknął Charles, po czym strzepnął popiół. -
Wszawica, grzybica, smród i cholera wie, co jeszcze. Czy naprawdę
oczekujesz, że będę cieszył się z... Albo inaczej, czy poznałeś
kiedykolwiek kogoś, kto byłby usatysfakcjonowany robotą w blaszakarni?
Cedrik zamilkł i nie odezwał się, dopóki nie wyszli z dworca. Po nowo
przybyłym nie było widać cienia zainteresowania miejscem, do którego
przyjechał. Nie interesowały go sklepy ani restauracje. Szedł szybko, w milczeniu dopalając papierosa. Charles nie lubił ludzi prymitywnych, a takie wrażenie zrobili na nim Cedrik oraz Mark. Wielokrotnie zetknął się
w życiu z bezmyślnym lizusostwem i nie miał wątpliwości, że trafił na
typ ludzi, których towarzystwo nie sprawi mu żadnej przyjemności.
Wzbudzanie powszechnego podziwu i strachu zarazem miało swoje plusy. Gdy
doszli na parking, a Mark otworzył Charlesowi drzwi do samochodu, ani
on, ani Cedrik nie protestowali, kiedy na tylnym siedzeniu usiadł
olbrzymi wilczur. Vogel zajął miejsce z przodu. Dopiero gdy ruszyli,
zdjął czapkę i skórzane rękawice. Zaczesał do tyłu kosmyki jasnych
włosów, po czym wlepił wzrok w szybę.
Po drodze uraczono go piekielnie nudną, propagandową historią miasta,
opowiedzianą z dockiego punktu widzenia. Mark wskazywał konkretne
budynki, opowiadał o przeprowadzonych innowacjach oraz wymieniał daty, a znał ich naprawdę dużo. Data napaści na Kasserię, data podbicia Ruby,
kolejne daty powstawania wielkich (i bardzo nowoczesnych!) fabryk.
- No, i gdzie są te wasze fabryki, Mark? - odezwał się po długiej chwili
milczenia.
- Jedziemy inną drogą, wybrałem ładniejszą, od strony gniazd.
- To ich budownictwo? - zapytał Vogel i wskazał jeden z białych
pałacyków.
- Tak, ale jak udało się ustalić naszym ekspertom, jakieś trzysta lat
temu do konstrukcji tego obiektu zatrudniono wybitnego dockiego
architekta. Tego samego, który jest autore...
- Skończ już. Od tej paplaniny nabawię się zaraz cholernej migreny.
Pamiętaj, że dużo czasu spędziłem na froncie i wciskanie mi cukierkowej
wersji świata jest bardzo złym pomysłem.
Mark przełknął ślinę, a Cedrik parsknął śmiechem. Vogel ponownie
skierował twarz do okna. Przewrócił oczami. Największym paradoksem
pozostawał fakt, że był z nich najmłodszy. Nie wiadomo czy to przez sto
dziewięćdziesiąt siedem centymetrów wzrostu, czy też bardzo męskie rysy
twarzy, ale nikt nigdy nie dał mu tych dwudziestu siedmiu lat. Wrócił z frontu jako bohater. Ukończył szkołę wojskową z najlepszymi wynikami.
Pochodził z dobrej rodziny. Kto śmiał pytać o takie rzeczy?
W końcu zatrzymali się przed olbrzymią, przerobioną na hotel willą.
Wielką bramę otworzyli im strażnicy w eleganckich, granatowych frakach.
Minęli różany ogród i fontannę, po czym zatrzymali się przed szerokimi
marmurowymi schodami.
- Czerwy wezmą bagaże - oznajmił Mark, wychodząc z samochodu.
- Czerwy? - Charles zmarszczył brwi.
- Tak nazywamy lokalnych. Są jak larwy.
Vogel zagwizdał dwukrotnie, na co potężny pies zgrabnie zeskoczył z siedzenia i posłusznie stanął tuż przy jego nodze. Dwóch młodzików z obsługi hotelowej głośno przełknęło ślinę, gdy musiało przejść obok
zwierzęcia. Ukłonili się przed trójką dockich żołnierzy, a następnie
wzięli dwie skórzane walizki, by wnieść je tylnym wejściem.
- Proszę się odświeżyć i zrelaksować. Po kolacji zaplanowałem wyjście do
miasta. Jeżeli chodzi o pański pokój, zapewniam, że jest najlepszy -
przekonywał Cedrik, gdy boy hotelowy otworzył przed nimi przeszklone
drzwi.
III. Lot
III.
Lot
Samego siebie poznasz,
Gdy diabeł spojrzy ci w oczy.
Ruba (Kasseria)
Kail obserwował Maksa, Simona, Annuszkę i resztę młodych żołnierzy, schodzących z podestu z wysoko podniesionymi
głowami. Po chwili jego wzrok spoczął na wyraźnie dumnym ze swoich
podopiecznych Adamie Santerze. Co dziwne, szef Oddziału
Operacyjno-Szkoleniowego również zdawał się na niego patrzeć. Karov
poczuł nerwowy ucisk w żołądku. Stał pod ścianą na drewnianej skrzynce,
z dala od podestu, a jednak to właśnie jego mężczyzna zaszczycił swoim
spojrzeniem. Miał wrażenie, że od dowódcy biły triumf i wyższość. Kail
próbował sobie tłumaczyć, że jest to tylko wytwór jego wyobraźni. Od
Adama Santera oddzielała go masa zgromadzonych ludzi. Równie dobrze
"Sowa" mógł po prostu zawiesić wzrok na kimś innym lub bezwiednie
skierować twarz w tę stronę.
- Widzisz, jak się na ciebie gapi? - usłyszał szept po prawej.
Jego usta ułożyły się w niemym przekleństwie, gdy uświadomił sobie, że
ktoś jeszcze zwrócił na to uwagę. Dobrze znał ten mocny kobiecy głos.
Należał do Mii Lilovej, pianistki, zatrudnionej w lokalu, w którym
pracował. Wcześniej był tak zaabsorbowany tym, co działo się na
podeście, że nawet nie zauważył jej obecności.
- Próbowałem przekonać samego siebie, że to tylko moje wrażenie -
powiedział cicho.
- Kto jak kto, ale uwierz, ja jestem już ekspertką w rozpoznawaniu
momentów, gdy ktoś bezczelnie i intencjonalnie się w kogoś wpatruje.
Codziennie spotykam się z tym w pracy. Ludzie nie potrafią tego ukrywać.
- Uśmiechnęła się blado i wskazała na swój brzuch.
Uchodząca jeszcze do niedawna za miejscową piękność Mia Lilova była trzy
lata starsza od Kaila. Miała wydatne usta, regularne rysy twarzy i bardzo gęste, rude włosy sięgające pasa. Zawsze elegancka, z dobrej
rodziny budziła podziw u płci przeciwnej i zazdrość u koleżanek.
Przynajmniej do czasu. Wszystko się zmieniło, gdy ulokowała uczucia w nieodpowiedniej osobie. Mężczyźnie, który na wieść o ciąży wyjechał z miasta, zostawiając ją samą i skazując na lokalnych plotkarzy, a tych w Rubie nie brakowało. Jej pensja nie była tak niska jak przeciętnych
Kasseryjczyków, trudniących się w usługach czy handlu. Gdy nie dawała
rady dłużej ukrywać swojego stanu, przy pomocy braci Karovów zdołała
wyprowadzić się od nieakceptującej jej sytuacji rodziny. Sama wynajęła
niewielkie, ale zadbane mieszkanie. Chociaż była zaradna i starała się
nie narzekać, złamane serce często dawało o sobie znać, podobnie jak
poranne nudności i zniszczona reputacja.
- Jak się czujesz? - zapytał Kail, uświadamiając sobie, że w porównaniu
z problemem Mii jego sytuacja nie była najgorsza.
- Upadek z piedestału boli. Bywa źle, a bywa gorzej - westchnęła, ale po
chwili zmusiła się do kolejnego uśmiechu. - Wybacz, że ci tak marudzę.
Zaraz Sowa zmrozi nas wzrokiem za rozmowy. Ty też się nie przejmuj, nie
masz powodów. - Poklepała go po ramieniu.
- Dzięki. Widzimy się dzisiaj na drugiej zmianie?
W odpowiedzi kiwnęła mu głową i puściła oczko. Kail przyznał w duchu, że
smutek miał wiele twarzy. Postronny obserwator mógł uznać Mię za
szczęśliwą przyszłą matkę. Pozory naprawdę potrafiły mylić.
Gdy Adam Santer skończył przemawiać, zgromadzony tłum powoli opuszczał
już hangar. Chociaż w tych rejonach nieczęsto można było spotkać dockich
żołnierzy, proces ten odbywał się etapami, żeby wychodzący z budynku
ludzie nie wzbudzili niczyich podejrzeń. Kail przystanął przy schodach
prowadzących do klapy w podłodze i asekurował Mię, która szła przed nim.
Gdy już znaleźli się w głównej części opuszczonego hangaru, odnalazł
Simona i Maksa. Wraz z bliźniakami czekali na niego przed wejściem do
budynku. Simon był tak zaabsorbowany wymianą wrażeń z Annuszką i bliźniakami, że w pierwszej chwili nie zauważył obecności Kaila. Dopiero
gdy Maks szturchnął go łokciem, spojrzał w stronę chłopaka.
- Ach, jesteś już! Straciliśmy cię z oczu - powiedział starszy Karov.
Mowa ciała i szeroki uśmiech chłopaka jasno wskazywały, że zszedł z niego cały stres. Kail dawno nie widział brata tak zadowolonego. Z jednej strony naprawdę cieszył się, że całe mianowanie poszło po jego
myśli. Z drugiej - miał pewne obawy. Nie chciał, żeby fakt, że Maks i Simon wstąpili do wojska, popsuł jego relacje z chłopakami. Przerażała
go wizja bycia wykluczonym i mniej obecnym w ich życiu.
- Widziałem, że rozmawiasz z Mią. Jak się trzyma? - zapytał Simon.
Kail odruchowo obejrzał się za siebie, upewniając, czy nikt ich nie
podsłuchuje. Nie chciał się przyczynić do powstania kolejnych plotek.
- Daje radę - odparł.
Po jego słowach jeden z bliźniaków przewrócił oczami, a drugi machnął
ręką. Nietrudno było odgadnąć ich stosunek do dziewczyny, a młodszy
Karov miał już pewność, że zaraz usłyszy coś, czego wcale nie chciał.
- Greta z piekarni spotkała ją ostatnio na targu - zaczął Nataniel
półszeptem, machając dłonią, by reszta rozmówców podeszła bliżej. -
Widziała Mię bladą jak papier, jakby nieobecną. Wiecie, co jej
powiedziała? Że gdyby urodziła się w Docji, to załatwiłaby sprawę...
inaczej. Rozumiecie? Psychika jej siada. Usunęłaby własne dziecko.
Zapadła długa chwila milczenia. Wszyscy patrzyli po sobie, nie wiedząc,
co powiedzieć. Simon aż się zapowietrzył w geście oburzenia.
- Nie wiem, czy ona w ogóle powinna chodzić na takie spotkania jak to.
Niby pomagała wcześniej przy akcjach dywersyjnych, ale teraz zaczyna jej
odbijać. Naprawdę jest mi jej szkoda. Nie mówię, że nie, ale sama jest
sobie winna - przyznał Nikodem.
- Bo zaufała niewłaściwej osobie? Mężczyzna ją oszukał i uciekł jak
tchórz. Dziwisz się, że jest załamana? Sam byś nie był? - zapytał Kail,
spoglądając chłopakowi w oczy.
Bliźniacy tylko popatrzyli na siebie sugestywnie. Kail odniósł wrażenie,
że otoczenie postrzegało go jako osobę o zaburzonej percepcji. Jakby
uznawali go za naiwnego.
- Nie o to chodzi - odezwał się w końcu Nikodem tonem, który tylko
pogarszał samopoczucie Kaila. - Facet schrzanił sprawę, ale czy to
znaczy, że ona ma go przebić swoją postawą?
- W sumie to nie ma o czym gadać. W taki sposób nikomu nie pomożemy. To
ogólnie przykra sprawa. Czasy są ciężkie. Dla każdego - wtrącił w końcu
Maks, próbując załagodzić atmosferę, co nawet mu się udało.
Nataniel kiwnął głową na znak, że sprawa faktycznie nie jest warta
dalszej dyskusji, a następnie pogładził wystający z kieszeni koszuli
kwiat, jakby był złotym medalem.
- Jutro idziemy "na jagody"? W sensie, w nasze stałe miejsce? - rzucił z uśmiechem.
Kasseryjska młodzież doskonale wiedziała, że "jagody" nie są tylko
jagodami, ale przywykli do nazywania w ten sposób polany, na której
uczyli się strzelać. Propozycja jednego z bliźniaków spotkała się z aprobatą grupki, której emocje nie zdążyły opaść po składaniu przysięgi.
Rozmawiali jeszcze przez kilka minut, aż z hangaru wyszedł "Sowa", który
skinął głową w ich kierunku. Jego krzaczaste wąsy i ciemne, gęste brwi
wyglądały gniewnie, choć młodszemu Karovowi wydawały się jeszcze mniej
przyjazne niż jego kolegom. Niezwykle trudno było nie lubić kogoś, kto
był powszechnie podziwiany i szanowany przez tłumy. Wszystkie pochwały
na temat Adama Santera, które padały z ust Simona, braci Kozów czy
innych znajomych wydawały się Kailowi małymi szpileczkami. Ten człowiek
nim pogardzał, a oni go uwielbiali.
- Stres zaczyna ze mnie schodzić i robię się głodny - oznajmił Maks, gdy
z powrotem wyszli na główną ulicę.
Chociaż starszy Karov momentami zdawał się beztroski, w rzeczywistości
doskonale wyczuwał sytuacje, w których atmosfera robiła się zbyt gęsta.
Miał niesamowitą zdolność łagodzenia konfliktów i rozładowywania
atmosfery. Tej umiejętności brakowało jednak Kailowi.
- Mogłeś coś powiedzieć, Simon. Przecież sam zalecałeś się do Mii, nim
wyszło na jaw, że jest w ciąży - rzekł Kail niedługo po tym, jak on,
Maks i Simon pożegnali się z bliźniakami i Annuszką na rozstaju dróg
prowadzących na przeciwne przystanki tramwajowe.
- Nie chodzi o to, Kail, ale o jej postawę - odpowiedział Simon i usiadł
na ławce.
Kail przewrócił oczami. Złościło go, że nikt się nie liczył z jego
zdaniem. Zupełnie tak, jakby był nieświadomym życia dzieckiem. Jeszcze
niedawno wszyscy byli na tym samym pułapie. Świadomość pasowania na
żołnierzy nie dodała pozostałym chłopakom żadnej magicznej siły, a mimo
to już zaczynał dostrzegać różnice w ich zachowaniu.
- A wy znowu to samo. - Maks z rezygnacją opadł na ławkę obok
przyjaciela. - Simon, wpadasz do nas na obiad?
Chłopak bez większego namysłu zgodził się na propozycję Karova. Ich
wspólny posiłek miał być formą uczczenia dzisiejszego mianowania. W oczekiwaniu na przybycie pojazdu młodzi żołnierze wymienili jeszcze
kilka wrażeń na temat dzisiejszego wydarzenia. Oczywiście dyskretnie, bo
chociaż w pobliżu nie było przypadkowych przechodniów, woleli się
pilnować. Później jechali już jednak w całkowitym milczeniu. Kail wlepił
wzrok w okno. Był pogrążony w dziwnej, nostalgicznej zadumie. Pozostali
chłopcy snuli swoje idee, fantazjując o dalszym rozwoju ich wojskowej
kariery, podczas gdy młodszy Karov odczuwał wybitną niechęć na myśl o pójściu do pracy. Tego wieczoru miał drugą zmianę, podczas koncertu Mii.
Ta myśl nie napawała go szczególnym entuzjazmem. Już wyobrażał sobie
pijanych gości, zlew brudnych naczyń, awanturującego się szefa i pianistkę, która swoim pięknym uśmiechem kamuflowała ból. Takie widoki
zapowiadały się właśnie w jego najbliższej przyszłości.
- Wysiadamy - oznajmił nagle Maks.
Kail przepuścił Simona i brata, po czym wyszedł z pojazdu zaraz za nimi.
Powrót do kamienicy Karovów umiliły im rozmowy na tak prozaiczne tematy,
jak chociażby grzybobranie czy rozbudowa głównego dworca kolejowego w Rubie. Kail, chociaż starał się skupiać na dyskusji, mimowolnie myślami
odpływał gdzieś daleko. Minęli siedzące na drewnianej ławeczce sąsiadki
pijące już trzecią tego dnia kawę i ukłonili się nisko. Seniorki
obdarowały młodzieńców szerokimi, promiennymi uśmiechami, choć Simon,
Kail i Maks mieli pewność, że gdy tylko znikną we wnętrzu kamienicy,
staną się obiektem plotek. Takie już były uroki tego osiedla.
- Jakoś szybko wam poszło - przywitała ich oschle Anna Karov, która
otworzyła im drzwi do mieszkania, nim zdążyli dotknąć klamki.
Mieli pewność, że na nich czekała.
- Nie było wcale tak źle, jak zakładałem - powiedział Maks, zdejmując
buty w progu.
- Obydwaj wypadli bezbłędnie - wtrącił Kail.
- Dziecko, nie trać czasu na myślenie o czymś, co nie jest twoją winą -
upomniała go po raz kolejny ciotka.
Nie zwierzał się Annie ze swoich obaw. Nie mówił o poczuciu
niesprawiedliwości, lęku przed wykluczeniem i odseparowaniem od
znajomych. Ona wiedziała. Po prostu wiedziała. Nie musiał wyjaśniać
swoich odczuć żadnymi słowami. Bąknął coś pod nosem, wieszając marynarkę
na wieszaku. Widział, że Simon i Maks byli w dobrym humorze.
Podśpiewywali pod nosem i żartowali z tego, jak stresująca zdawała im
się przysięga, nim fizycznie weszli na podest.
- Kail, wyciągniesz sztućce? - zapytał Maks i sięgnął po głębokie
talerze ustawione w jednej z górnych szafek.
- Ta - odparł, chwytając za gałkę pierwszej z szuflad.
Gdy widelec wypadł mu z rąk, zaczął się zastanawiać, jak zdoła utrzymać
dziś tacę. Był na siebie zły za to, że popadał w jakiś dziwny marazm.
Miał głębokie poczucie, że coś jest nie tak i ten dzień nie zakończy się
dobrze. Usiadł przy stole wraz z Simonem, Maksem i ciotką, która
narzekała na przesolony farsz i nie słuchała syna zachwalającego jej
kuchni. Zjedli obiad w dość miłej atmosferze, a później przyszedł czas
na kawę i ciastka owsiane. Kail odczuwał coraz to większą niechęć na
myśl o pójściu do pracy, ale najzwyczajniej w świecie nie mógł z niej
zrezygnować i pozwolić sobie na szukanie czegoś innego. Nienawidził
szefa - nadętego pana Ernesta Lubosa i jego sarkastycznych uwag.
Mężczyzna również za nim nie przepadał, choć doceniał jego płynny docki.
Anna Karov zawsze powtarzała chłopcom, że język wroga trzeba znać.
Kailowi nauka przyszła łatwo, ale Maks nie wykazywał zbyt dużych
zdolności językowych.
- Ale jutro rano idziesz z nami "na jagody"? - upewnił się po raz
kolejny Maks, upijając łyk kawy.
- Tak, pewnie - odpowiedział Kail.
- Kail powinien się wyspać, a ty poszukać pracy, a nie tylko głupoty ci
w głowie cały czas - parsknęła Anna. - I nie jedz tylu ciastek - dodała
pod nosem.
Młodszy Karov wyszedł do pracy koło siódmej wieczorem. Tramwaj spóźnił
się piętnaście minut lub po prostu jeden kurs nie odbył się zgodnie z rozpiską. Czekając na kolejny, Kail wyobrażał sobie minę szefa, który
tradycyjnie "potrąci mu za to z napiwków". Gdy pojazd w końcu podjechał,
wsiadł do niego wściekły na siebie, bo nie wyszedł wcześniej, i na cały
wszechświat, który zdawał się być tego dnia przeciwko niemu. Po
przejechaniu siedmiu przystanków wysiadł w centrum, skręcił w główną
ulicę i zaczął biec przed siebie. Powietrze stawało się coraz gęstsze, a nim dotarł do lokalu, zdążył już poczuć na karku pierwsze krople
deszczu.
"Restauracja Zamkowa" wcale nie mieściła się tak blisko zamku, jak
sugerowała jej nazwa, i w zasadzie wcale nie była restauracją, lecz
pubem. Ludzie zdecydowanie chętniej przychodzili tu, aby coś wypić i posłuchać muzyki na żywo, niż zjeść wykwintną kolację. W wyobrażeniu
właściciela było jednak inaczej, bo samego siebie określał mianem
"jednego z najlepszych restauratorów w Rubie".
- Karov, spóźniłeś się - warknął Lubos i wyłonił się zza baru z miną
tajnego agenta, który właśnie przyłapał wroga na niecnym uczynku.
Ernest miał na sobie przyciasny, wzorzysty surdut, a jego grubą szyję
niczym wąż oplatała maleńka czerwona muszka. Spojrzał na Kaila z wyraźną
wyższością i w charakterystyczny dla siebie sposób machnął wilgotną
szmatką, jakby była biczem. Dwie młode kelnerki spojrzały w stronę
Karova z politowaniem i dyskretnie przywitały się z nim skinieniem
głowy. Nim Kail zdążył zareagować, z zaplecza wyszedł wysoki, chudy
chłopak i w pośpiechu zdjął fartuch. Pracował tu znacznie dłużej niż
Kail, ale dotychczas zamienili ze sobą zaledwie kilka zdań.
- Przejmujesz moją zmianę - rzekł oschle, a Karovowi zrobiło się głupio.
- Przepraszam - odparł, nie wiedząc, czy bardziej kieruje te słowa do
Lubosa, czy do kelnera, który przez niego skończył pracę piętnaście
minut później.
Przeszedł szybko przez salę, by udać się na zaplecze. Przywitał się z jeszcze jednym nowym kelnerem, który pracował w "Zamkowej" dopiero od
kilku dni. Niziutki chłopak odebrał zamówienie od kucharza i starannie
kładąc talerze i szklanki na tacy, chwiejnym krokiem udał się na salę.
Kail podszedł do zlewu, gdzie już czekała na niego sterta brudnych
naczyń. Zwykle pracował jako kelner, ale czasem, gdy brakowało rąk do
pracy, musiał również zająć się zmywakiem. W każdy piątek było dużo
pracy, a ta zmiana nie zaczęła się w dobrej atmosferze. Kail zastanawiał
się, czy jego poprzednik celowo nie zostawił mu takiej liczby naczyń do
umycia. Jeszcze nim zdążył ze wszystkim, zawołano go na salę. Zebrał
pierwsze zamówienie od wyniosłych, starszych kobiet siedzących przy
oknie, po czym wrócił do kuchni, by przekazać je kucharzom.
- Cześć, słońce - usłyszał dobrze znany, aksamitny głos. - Podasz mi
szklankę wody?
Spojrzał za siebie i zobaczył Mię. Dziewczyna prezentowała się o niebo
lepiej niż rano w hangarze. Miała na sobie ciemnozieloną suknię
przyozdobioną małą kokardką pod biustem. Było widać zaawansowaną ciążę,
co wcale nie umniejszało jej urodzie. Usta pomalowała szminką, a policzki musnęła różem, przez co jej twarz nabrała zdrowego kolorytu.
Błyszczące, rude loki opadały na smukłe ramiona, dodając jej niemalże
anielskiego uroku.
- Pewnie. - Sięgnął do jednej z górnych szafek i wyciągnął szklankę, by
następnie napełnić ją wodą. - Gotowa na koncert?
Mia westchnęła ciężko, oparła się plecami o ścianę i przez chwilę
zawiesiła wzrok w przestrzeni. Nie patrzyła na żaden konkretny obiekt.
Zdawała się raczej zaglądać do własnych myśli.
- Tak. Jestem po prostu trochę zmęczona.
Nie zdążył jej odpowiedzieć, gdy ponownie dobiegł go ochrypły głos
Ernesta Lubosa. Kail dobrze znał ten poirytowany ton i domyślał się, że
najpewniej nowy zrobił jakiś błąd, który powinien poprawić.
- Co jest? - zapytał.
- Ten nowy, jak mu tam jest Dawid, Deryl... - zaczął czerwony ze złości
Ernest.
- Daniel - sprostował Kail.
- Nieważne. Guzdrze się jak mucha w smole, a trzeba obsłużyć stoliki dwa
i osiem. Wiesz, że piątki są dla mnie ważne. Te dni generują wysokie
zyski - rzekł półszeptem.
Kail kiwnął głową i wyjął czarny notes z kieszeni fartucha. Zgodnie z sugestią szefa zaczął od obsługi zniecierpliwionych gości. Zbliżała się
godzina dwudziesta pierwsza, gdy Mia usiadła do fortepianu stojącego na
widocznym z najdalszych zakątków sali podeście.
Wiele osób przychodziło tu tylko dla niej, czego Lubos nie chciał
przyjąć do wiadomości, bo wierzył, że gości przyciągają jego regularne
"innowacyjne" zmiany w karcie dań. Prawda była taka, że gdy Mia grała,
oczy wszystkich zwracały się w jej kierunku. Spoglądano na nią i słuchano jej z takim podziwem, z jakim niegdyś wuj Teodor patrzył na
grającego Kaila.
Minęło kolejne pół godziny, gości przybywało wprost proporcjonalnie do
wyniesionych przez Karova pustych kufli po piwie. Ernest odprężył się na
tyle, aby usiąść przy barze i delektując się muzyką (i rosnącą liczbą
klientów), w spokoju sączyć kieliszek słodkiego likieru. Niedługo po
tym, jak Mia skończyła grać jeden ze skoczniejszych utworów, zapadła
cisza. Sala umilkła. Nikt nie klaskał, nikt nie rozmawiał, wszyscy
znieruchomieli. Kail zarejestrował w głowie jedynie głośne skrzypnięcie
drzwi, a gdy się odwrócił, pojął powód obecnego stanu rzeczy.
Do restauracji weszło trzech mężczyzn w czarnych dockich mundurach. Byli
w pełni uzbrojeni, co potwierdzały skórzane kabury przypięte do ich
pasków. W jednej sekundzie atmosfera zgęstniała. Niepokój odczuli nie
tylko właściciel i pracownicy lokalu, ale również goście. Na przodzie
szedł bardzo wysoki blondyn o groźnym spojrzeniu, a za nim dwóch
starszych towarzyszy. Szef dyskretnie skinął na Kaila. Ten zaś
zrozumiał, że to właśnie ich musi obsłużyć w następnej kolejności.
Przeklął w myślach, po czym z udawanym spokojem podszedł do trójki
żołnierzy.
- Dobry wieczór, życzą sobie panowie stolik przy oknie? - zapytał,
starając się przybrać poprawny docki akcent.
- Zostałeś oddelegowany do zadań specjalnych? - odpowiedział mu chłodny
głos mężczyzny, który najwyraźniej zauważył, że Lubos wysłał w ich
kierunku akurat Karova.
- Tak właśnie było - przyznał zgodnie z prawdą.
Stojący przed nim wysoki mężczyzna wyglądał na przerażająco bystrego i pierwsze zdanie, które padło z jego ust, wskazywało, że był również
spostrzegawczy. Niebezpiecznie spostrzegawczy.
- Daj nam coś w części centralnej. Ta dziewczyna... ona dziś gra? -
zapytał drugi Dok, od którego czuć było wyraźną woń alkoholu.
Kail od razu wychwycił pewną różnicę. Dwóch niższych rangą mężczyzn było
wyraźnie wstawionych, a ten wysoki nie. Miał w sobie coś, co nakazywało
Karovowi zachowanie czujności. Trzeźwy docki żołnierz bywał groźniejszy
od pijanego.
- Nie inaczej. Zapraszam - rzekł, prowadząc ich do stolika.
W tym czasie Mia wymieniła krótkie, porozumiewawcze spojrzenie z Lubosem. Na przyjście dockich żołnierzy mieli przygotowany specjalny
repertuar. Musiała przygrywać im melodie, które znali, a zaczęła od
utworu Nie myśl tak o mnie, nazywanym przez Kaila cukierkowym szajsem
najgorszego sortu.
Nie myśl tak o mnie, bo siły nie zabraknie mi,
Błękitnych oczu moich blask zaprowadzi cię do drzwi,
Gdy bohaterskim wrócisz krokiem, jak dzielny rycerz
z katedry witraża,
Welonem przykryję złociste włosy, by poprowadzić cię
do ołtarza.
Aksamitny głos Mii zdawał się Kailowi wyjątkowo ironiczny, ale dockim
żołnierzom najwyraźniej przypadł do gustu, bo spoglądali z zainteresowaniem w stronę rudowłosej artystki. Przynajmniej dwaj, bo ten
trzeci bacznie przyglądał się Kailowi. Zupełnie tak, jakby wyczuł w jego
uśmiechu sarkastyczną nutę.
- To ja przyniosę panom karty - odpowiedział Karov po przetarciu stolika
wilgotną ściereczką.
Kiedy podszedł do baru, gdzie na lakierowanym blacie leżały karty dań,
Ernest złapał go za nadgarstek.
- Zwróć uwagę na rangę tego wysokiego. To jakaś szycha, nie zrób niczego
głupiego - upomniał chłopaka.
Faktycznie, Kailowi rzuciły się w oczy dwa wilki, wyhaftowane na
mundurze przybysza, obok gałązek laurowych. Ostrzeżenie Lubosa wcale go
nie zdziwiło, bo sam czuł niepokój, gdy ten mężczyzna na niego patrzył.
Wziął karty, wrócił do stolika i podał je zagranicznym gościom.
- Dania, które nie zawierają mleka, są zaznaczone kolorem niebieskim -
rzekł spokojnie Kail.
Dobrze wiedział, że Docy nie spożywali laktozy. Wierzyli, iż zawarta,
chociażby w mleku, kazeina, jako substancja potrzebna bydłu do
wytworzenia kopyt, sprawia, że ludzka skóra twardnieje, staje się
szorstka i zgrubiała. W ich mniemaniu Kasseryjczycy nie tylko żyli, ale
nawet odżywiali się w sposób nieczysty. Byli rasą na niższym stopniu
rozwoju, zacofaną i nieposiadającą większego zmysłu estetycznego.
- Nie powinieneś obsługiwać nas w rękawiczkach? - pouczył go łysiejący
żołnierz. - Powtarza im się i powtarza, a nie pamiętają. Są głupi.
Ułomni. Sam pan widzi, panie Vogel - dodał, oczekując aprobaty Charlesa.
- Zapewniam panów, że mam czyste ręce - odpowiedział Kail.
Starał się brzmieć spokojnie, chociaż nerwowo zacisnął palce na
fartuchu. Vogel zauważył ten mały gest i przez sekundę nawet się
uśmiechnął. Towarzysze mężczyzny nie zwrócili na to najmniejszej uwagi.
- Posiłki i napoje masz podać już w rękawiczkach. - Starszy Dok wydał mu
polecenie.
Kąśliwe uwagi brzmiały groteskowo w zestawieniu z graną przez Mię
romantyczną piosenką.
- Dobrze.
Po słowach Kaila zaczął się proces długiego przeglądania menu. Kelner
stał sztywno, trzymając ręce wzdłuż tułowia i pielęgnując w sobie
cierpliwość, która nie pasowała do jego zdegustowanej miny. Postać
chłopaka szybko wydała się Voglowi o wiele bardziej interesująca niż
karta dań. Niebieskie, zmrużone teraz oczy Karova spojrzały prosto w te
chłodne i groźne. Doszło do dziwnej sytuacji, w której obaj wiedzieli,
że Charlesa bawiła reakcja Karova na przytyki jego dockich towarzyszy.
Po jakichś dziesięciu minutach Kail wreszcie spisał od nich zamówienie,
którym był befsztyk z polędwicy wołowej w borowikach, comber jagnięcy z miętą, czosnkiem i rozmarynem oraz butelka sprowadzanego z Docji
burbonu.
- A dla pana? - zapytał Kail, spoglądając na Vogla.
- Piwo.
Zaskoczony Karov uniósł brew. Akurat po nim spodziewał się czegoś
bardziej wyszukanego.
- Jakie?
- Duże i ciemne.
- A coś do jedzenia?
- Nie jestem głodny.
Kail kiwnął głową, zostawił jedną kartę na ich stoliku i poszedł na
zaplecze, by przekazać zamówienie kucharzowi. Potem obsłużył inne
stoliki, choć co chwilę zerkał w kierunku Doków. Dwóch mężczyzn śmiało
się i dyskutowało, jakby nie widząc, że ten najwyższy rangą nie nadaje
na tych samych falach. Karov usłyszał kilka zdań z ich rozmowy, gdy
przyniósł im przystawki. Żołnierze zasypywali najwyższego mężczyznę
pochlebstwami, ale on na to nie reagował. Zupełnie jakby słowa
podwładnych nie sprawiały mu żadnej przyjemności.
- Niech pan opowiada, jak było na froncie. Zasłużył się pan, gdy wojska
wroga próbowały odbić nasze kolonie na południu. Właściwie to krążą już
o tym legendy! Myśleli, że są takim mocarstwem jak Docja, ale w życiu! -
rzekł podekscytowany żołnierz i sięgnął po kieliszek, który właśnie
postawił przed nim Kail. Tym razem w rękawiczkach.
- Brudno, szaro i gorąco - odpowiedział Charles bez cienia ekscytacji.
- Och, niech pan uchyli rąbka tajemnicy. Ja i Mark jesteśmy naprawdę
bardzo ciekawi.
Przez następną godzinę Kail krzątał się między salą a zapleczem,
rozdając posiłki i zbierając brudne naczynia oraz sprawdzając, czy
wszystko jest w porządku. Szczególnie przy jednym stoliku zajmowanym
przez samego diabła i dwójkę rogatych podwładnych. Wszystko szło całkiem
sprawnie do momentu, gdy przyszedł czas na piętnastominutową przerwę
Mii. Wstała od fortepianu, pochyliła się w stronę publiczności i odgarnęła jeden ze swoich ognistych loków. Chwilę później zobaczyła
Karova w kuchni. Chłopak właśnie przekładał talerze do zlewu, gdy
dziewczyna usiadła na taborecie przy ścianie i mocno objęła dłońmi
brzuch. Nowy i Kail popatrzyli po sobie, po czym podbiegli do niej.
- Wszystko w porządku? - zapytał Karov, na co pianistka odmownie
pokręciła głową.
- Mdli mnie. Chce mi się wymiotować.
Szybko zrozumieli, że sprawa jest poważna. Mia zbladła tak bardzo, że
nawet puder i róż nie zdołały tego ukryć. Kail zaprowadził ją przez
kuchnię aż do łazienki przeznaczonej dla pracowników. W tym samym czasie
nowy poszedł zawołać jedną z kelnerek, by doglądała pianistki.
- Jak to się stało? Raptem źle się poczułaś? - zapytał.
- Tak, to było w jednej chwili. Zakręciło mi się w głowie i usiadłam, a potem zaczął boleć mnie brzuch.
- Trzeba wezwać lekarza - stwierdził wyraźnie przejęty Kail.
- Nic mi nie będzie - odpowiedziała, przytrzymując się framugi drzwi.
Nagle do pomieszczenia weszła kelnerka, która obiecała doglądać Mii.
Karov wrócił na salę, gdzie przy barze zastał bladego jak ściana Ernesta
Lubosa.
- Tylko mi nie mów, że rodzi - rzekł, gdy tylko chłopak podszedł bliżej.
- Chyba nie. Nie wiem, ale źle z nią. Słabnie. Myślę, że potrzebuje
lekarza.
Ernest przeklął i energicznie uderzył ręką w stół, tym samym zwracając
na siebie uwagę siedzących na barowych stołkach gości. Nie oni byli
jednak jego największym utrapieniem. Docy przyszli do baru z muzyką na
żywo. Bał się ich reakcji na informację, że koncert zostanie przerwany.
- Dobra. Wezwę tego lekarza, ale ty załatw to z nimi. Przeproś ich. Nie
wiem... Zaproponuj piwo na koszt firmy.
Kail obrócił się przez ramię, a jego wzrok spotkał się ze spojrzeniem
Vogla. Poczuł niepokój na myśl, że diabeł z pewnością już wiedział, że
to o nich rozmawiali. Karov po raz kolejny przeklął w myślach ten dzień
i z duszą na ramieniu wrócił do nieszczęsnego stolika.
- Gdzie dziewczyna? Ta, co koncertowała? Niech jeszcze raz zagra Nie
myśl tak o mnie - rozkazał Cedrik i odstawił pustą szklankę na stół.
- Bardzo mi przykro, ale źle się poczuła. Jest w zaawansowanej ciąży,
zasłabła i nie może dalej grać. Wezwaliśmy lekarza. Wiem, że przyszli tu
panowie, aby posłuchać muzyki na żywo. Dlatego w ramach przeprosin
właściciel lokalu proponuje...
- W dupie mam twoje przeprosiny! - warknął mężczyzna, który najwyraźniej
zupełnie zignorował fakt, że to nie Karov jest właścicielem "Restauracji
Zamkowej", a jedynie kelnerem i pośrednikiem Lubosa.
Kail marzył o tym, aby ten cholerny dzień wreszcie się skończył. Chciał,
aby Mia była zdrowa i żeby on przetrwał do rana w jednym kawałku.
- Ona jest w ciąży. Zasłabła - powiedział, akcentując każdy wyraz tak,
jakby tłumaczył coś osobie niedosłyszącej lub małemu dziecku.
Cała sala ucichła. Nikt nie śmiał wyjść, bo po pierwsze, wszyscy się
bali, a po drugie, byli w pewien niezdrowy sposób ciekawi rozwoju
sytuacji. Lubos na chwilę zniknął Kailowi z pola widzenia, zapewne
usiłując wezwać lekarza.
- Przyszliśmy tutaj, aby siedzieć przy muzyce - warknął drugi mężczyzna.
- Rozumiem, ale niestety, zdarzył się wypadek losowy.
Vogel siedział spokojnie, w milczeniu odpalając papierosa. Pierwszy raz,
odkąd przyjechał do Ruby, coś go szczerze zaintrygowało.
- Chyba się nie zrozumieliśmy! - Cedrik tym razem krzyknął. -
Przyszliśmy tu, by spędzić wieczór przy muzyce na żywo i tak właśnie
będzie.
Kail uniósł ręce w geście kapitulacji. Do głowy przychodziło mu tylko
jedno wyjście z tej sytuacji.
- Dobrze. Ja mogę zagrać.
Był to zwrot akcji, którego nikt się nie spodziewał. Cedrik i Mark
spojrzeli po sobie z niedowierzaniem, a następnie głośno parsknęli
śmiechem. O dziwo, ta propozycja nie rozdrażniła Charlesa. Najwyraźniej
uznał ją za całkiem ciekawą.
- Potrafisz grać na fortepianie? - odezwał się wreszcie, gasząc
papierosa.
- Trochę. Ale nie znam Nie myśl tak o mnie. Tego mnie nie uczono.
Vogel parsknął, szczerze zaskoczony zuchwałością tego chłopaka. Chociaż
Kail nigdy nie usłyszał podobnego komplementu z ust przyjaciół czy
rodziny, Charles stwierdził w duchu, że chłopak był wyjątkowo
charyzmatyczny.
- Dobrze. Zagraj więc to, co potrafisz - powiedział.
Kail nie mógł uwierzyć, że Dok naprawdę przyjął jego ofertę. Czuł na
sobie spojrzenia wszystkich, co tylko potęgowało jego niepokój. Mark i Cedrik zamilkli, nie mając odwagi podważyć słów wyższego rangą
żołnierza. Karov powoli wypuścił z ust powietrze i skierował się w stronę podestu. Zdjął fartuch i rzucił go na podłogę, by po chwili
zrobić to samo z rękawiczkami. Ostatni raz dotykał fortepianu w ubiegłym
roku, na jakimś spontanicznym przyjęciu u Mii. Gdy podniósł wzrok,
dostrzegł na końcu sali przerażonego Ernesta Lubosa. Jego wąskie usta
ułożyły się w niemym zdaniu: "Zwalniam cię". Kail przełknął ślinę.
Wszyscy patrzyli właśnie na niego. Tego wieczoru straci pracę, ale miał
nadzieję, że przynajmniej zdoła zachować godność. Usiadł na niskim
stołku i położył dłonie na klawiszach.
- Jakaś dedykacja? Jest ktoś, komu chciałbyś dedykować swój utwór? -
zapytał Charles, co skojarzyło się Kailowi z pytaniem o jego ostatnie
życzenie.
- Chciałbym... - zawahał się, próbując wymyślić coś możliwie neutralnego.
- ...Chciałbym zadedykować go ludziom wiecznie zmęczonym.
- W takim razie, za ludzi wiecznie zmęczonych - odpowiedział Charles,
unosząc kufel.
Gdy w ślad za nim cała sala uczyniła to samo, poczucie małości zniknęło.
Kail wiedział, że nawet jeśli skończy marnie, zapamięta ten wieczór, a być może nie tylko on. Jeszcze raz spojrzał na Vogla, który w całym
swoim dostojeństwie zdawał się ucieleśnieniem czystego zła. Opanowanie
Doka miało w sobie coś sadystycznego. Intuicja podpowiadała Kailowi, że
pod maską spokojnego mężczyzny krył się ktoś szalenie niebezpieczny. Nie
miał jednak czasu, by dłużej to analizować. Długie, smukłe palce
nacisnęły pierwsze klawisze i już wiedział, że jego ciało nadal pamięta.
Z każdą zagraną nutą szydercze uśmiechy topniały niczym śnieg po
zetknięciu z ogniem. Kail zaczął grać szybko i gwałtownie. Nie szukał
klawiszy, nie patrzył na ludzi zupełnie tak, jakby był sam. Dłońmi
kierowała jakaś niewidzialna siła. Kazała im pędzić. Grał szybko, a jednak utrzymywał równe tempo. Vogel bezwiednie zacisnął silną dłoń na
materiale mundurowych spodni. Poczuł, jak po karku przebiegły mu
dreszcze. Stało się coś, czego nie oczekiwał żaden z gości restauracji.
Niepozorny kelner okazał się zdolnym pianistą. Kosmyki włosów nachalnie
opadały na twarz Kaila, ale nie zwracał na to uwagi. W końcu uderzył
palcami w trzy ostatnie klawisze. Mocno, stanowczo. Tak właśnie
skończył.
Zwrócił twarz ku publice. Wszyscy się w niego wpatrywali. Nikomu nie
było do śmiechu. Ludzie szeroko otwierali oczy i rozchylali usta, ale
nikt nie śmiał klasnąć jako pierwszy. Nie, kiedy w sali siedzieli Docy.
- Jaki tytuł nosi pański utwór? - odezwał się w końcu Vogel głosem tak
chłodnym, że trudno było wyczytać z niego jakiekolwiek intencje.
- Lot - rzekło krótko.
- Powiedziałbym raczej: upadek. Końcówka tak sugerowała, prawda?
- Nie, on wylądował. Tylko... tylko ze złamanym skrzydłem.
Nie zdążył ugryźć się w język. Melodia, którą zagrał, była starą
kasseryjską kołysanką o ptaku, który wyfrunął z klatki.
- I pomyśleć, że jesteś kelnerem.
- Już chyba nie jestem - odparł Kail, niepewnie wpatrując się w postać
zszokowanego szefa, który nadal stał sztywno przy wejściu do lokalu.
Po słowach Kaila Charles zaśmiał się w głos, a za nim również inni
goście restauracji. Nie były to jednak śmiechy szydercze. Już nie.
- Zagraj nam coś jeszcze - polecił Vogel, po czym zapalił kolejnego
papierosa.
Tej właśnie nocy Kail Karov miał swój pierwszy spontaniczny koncert.
Zaczynał pracę na zmywaku w roboczym fartuchu i znoszonym ubraniu, a skończył, grając dla niemałej i całkiem zamożnej publiki. Do domu wrócił
koło trzeciej nad ranem i długo próbował zasnąć, bo w głowie wciąż
szumiało mu od muzyki. Nie mógł też pozbyć się tego dziwnego uczucia.
Przeświadczenia, jakoby tęsknił za czymś, czego nigdy nie miał. Zdołał
usnąć dopiero po czwartej, a śniło mu się, że jest obserwowany. W pamięci utkwiły mu oczy. Niebieskie, wilcze i bardzo złe.
IV. Akcja "Tory"
IV.
Akcja "Tory"
Czyny wrogów pamiętasz przez chwilę.
Czyny przyjaciół przez wieczność.
Ruba (Kasseria)
Około godziny dziesiątej Kaila obudziły
rażące promienie słońca. Mruknął coś nieprzytomnie i podkulił nogi, gdy
nagle ktoś szybkim ruchem zerwał z niego kołdrę.
- Wstawaj, idziemy na jagody! - krzyknął entuzjastycznie Maks.
Wyrwany z głębokiego snu Kail uchylił powieki, obserwując, jak jego brat
pogwizduje coś pod nosem i rozsuwa kotary w drugim oknie. Powoli usiadł
i rozprostował ręce, szeroko się przeciągając. Wlepił wzrok w ukochany
parkiet Anny Karov. Najpierw próbował przypomnieć sobie sen, a później
uświadomił, że wydarzenia zeszłego wieczoru wcale nie były wytworem jego
wyobraźni.
- Kail, no chodź! - ponaglił go Maks. - Mama wyszła do sklepu po
tkaniny, ale dzisiaj to ja zrobiłem nam śniadanie - dodał i wrócił do
kuchni.
Młodszy Karov wciąż siedział sztywno. Cieszył się, że zarówno on, jak i Mia jakoś przetrwali wczorajszą zmianę. Istniał również cień szansy, iż
Lubos go nie zwolni. Przed wyjściem z "Zamkowej" zdążył bowiem zatrzymać
Karova i na odchodne kazał mu się stawić następnego dnia wieczorem w celu odbycia poważnej rozmowy.
- Kail!
- Dobrze, już wstaję! - krzyknął.
W pierwszej kolejności poszedł do łazienki, aby wziąć zimny prysznic. W myślach wciąż rozkładał na czynniki pierwsze wydarzenia z zeszłej nocy.
Nie spodziewał się, że dotknie fortepianu akurat w takich
okolicznościach i to jeszcze na oczach licznej publiki. Mimo wszystko
czuł również wyrzuty sumienia. Głównie dlatego, że jakaś mała cząstka
jego osobowości była z siebie dumna, chociaż nie powinna. W końcu zagrał
na życzenie okupantów.
Gdy Kail z powrotem wyszedł na korytarz, uderzył go strumień ciepłego
powietrza. Chociaż wszystkie okna i drzwi balkonowe były otwarte na
oścież, w mieszkaniu panował zaduch. Skierował się do kuchni, gdzie już
czekał na niego zniecierpliwiony Maks, pałaszując kanapkę z twarogiem i miodem.
- Jakoś długo ci zeszło. Kawa już prawie wystygła. Coś się stało? -
zapytał, podejrzliwie wpatrując się w brata.
Kail westchnął ciężko i spojrzał na Maksa z tak poważną miną, że ten aż
zastygł z kanapką w dłoni.
- No mów - ponaglił go.
- Wczoraj grałem na fortepianie - wyznał takim tonem, jakby właśnie
przyznał się do jakiejś zbrodni.
- Szef pozwolił ci zagrać jakoś po pracy? W końcu skończyłeś później niż
zwykle, prawda? - dopytywał się Maks. - Dlaczego masz taką nietęgą minę?
Młodszy Karov chwycił kubek letniej już kawy i upił kilka szybkich
łyków, jakby to była wódka. Miał nadzieję, że kofeina pomoże mu
oprzytomnieć i spojrzeć trzeźwiej na całą sytuację.
- Mia zasłabła, więc zagrałem koncert za nią. Tak, wiem, jak absurdalnie
to brzmi. Na dodatek do lokalu przyszło trzech dockich żołnierzy z bardzo wygórowanymi oczekiwaniami. Myślałem, że tam wykituję. Padnę na
zawał.
Maks dwukrotnie zamrugał. Patrzył na Kaila tak, jakby ten właśnie
wygłosił najmniej prawdopodobną teorię tego świata, próbując go
przekonać do jej prawdziwości. Potrzebował chwili, by przyswoić
informacje, ale ta nie nadeszła, gdyż ich konwersację przerwało pukanie
do drzwi.
- Mama? Tak szybko? - zdziwił się, w żaden sposób nie komentując
historii opowiedzianej przez brata.
Kail wzruszył ramionami, a Maks wstał od stołu i skierował się do
salonu. Spojrzał przez wizjer i odetchnął z ulgą, widząc po drugiej
stronie braci Kozów. Odblokował zamek i otworzył drzwi.
- Siemaneczko! - Rozemocjonowany Nataniel klasnął w dłonie. Jego głos
był tak charakterystyczny, że rozpoznał go nawet siedzący w kuchni Kail.
Bliźniacy pewnym krokiem weszli do mieszkania.
- A czy nie umawialiśmy się dopiero na przystanku tramwajowym? - zapytał
lekko skołowany Maks.
Przysłuchujący się całej rozmowie Kail wstał od stołu i wciąż trzymając
kubek kawy, wyszedł do przedpokoju. Na jego widok Nikodem i Nataniel
krzyknęli z przejęciem. Ich nastroje i nastawienie wobec młodszego
Karova od wczoraj zmieniły się o sto osiemdziesiąt stopni.
- Wyglądasz trochę blado. Oczy podkrążone, ale cóż... - tu Nataniel
ponownie klasnął - ...masz prawo.
- No pewnie, że ma! Po takim koncercie, ach! Ponoć nieźle wygarnąłeś
szefowi i temu Dokowi! - rzekł Nikodem.
- Ale należało mu się! - wtórował mu brat.
Gdy bliźniacy zbliżali się coraz bardziej, Kail zrobił asekuracyjny krok
w tył. Po raz kolejny uświadomił sobie, że siła plotki była gigantyczna.
Szczególnie w tej dzielnicy. Maks zamknął za Kozami drzwi, po czym
również podszedł do chłopaków, z niedowierzaniem słuchając tego, co
mówią.
- Ech, to nie do końca tak - tłumaczył się Kail. - A tak właściwie skąd
o tym wiecie?
- Ptaszki przyfrunęły, by przekazać nam niecodzienne wieści -
wyszczerzył się Nataniel.
- Ponoć Mia nazywa cię swoim bohaterem. Była już dziś na targu, a potem
u Grety w piekarni i...
- Ej, ja wciąż jestem niedoinformowany! - oznajmił Maks, unosząc ręce w geście protestu. - Chodźmy do kuchni, wypijmy kawę i niech Kail
dokładnie wszystko opowie.
Kail czuł się trochę nieswojo, bo nie przywykł do bycia w centrum uwagi.
Gdy usiadł na krześle pod oknem, wplótł palce we włosy, zastanawiając
się, od czego zacząć swoją opowieść. Mimo entuzjazmu kolegów sam czuł
duży niepokój. Intuicja podpowiadała mu, że ta mała przygoda może mieć
zły finał.
- Po prostu do "Zamkowej" przyszło trzech dockich żołnierzy. W połowie
koncertu Mia zasłabła, nie miała siły dalej grać, a wiecie, w jakim jest
stanie. Szef kazał mi przeprosić Doków za przerwany koncert,
zaproponować im jakieś piwo na koszt firmy i tak dalej. Nietrudno się
domyślić, że takie rozwiązanie ich nie usatysfakcjonowało. Zaczęli się
awanturować, że chcą muzyki na żywo i tyle. W końcu zaproponowałem, że
zagram, a oni się zgodzili.
- Stary, ale słyszałem, że byłeś rewelacyjny. Wszyscy o tym mówią -
rzekł wyraźnie zafascynowany całą historią Nataniel.
- Byłem zmęczony, zmartwiony i wściekły. Na domiar złego nie wiem, czy
nie jestem już bezrobotny. Gdy Lubos zobaczył mnie przy fortepianie,
omal nie zemdlał.
Maks i bliźniacy popatrzyli po sobie i wybuchnęli głośnym śmiechem.
Najwyraźniej wyobrazili sobie wielką, bladą jak księżyc twarz wiecznie
naburmuszonego restauratora, zdanego na to, co robił Kail. Mina tego
ostatniego była jednak daleka od rozbawionej.
Przy śniadaniu cała trójka zasypywała młodszego Karova masą pytań.
Chcieli znać wszystkie szczegóły dotyczące incydentu w "Zamkowej". Gdy
zjedli, Kail zebrał naczynia i pozmywał, a jego starszy brat podwinął
leżący w salonie perski dywan, by dostać się do skrytki pod podłogą. To
właśnie tam trzymali broń - jeden pistolet należący jeszcze niegdyś do
Teodora oraz drugi, docki, nazywany przez nich "zdobycznym". Ojciec
bliźniaków - Amadeusz Koz był prawą ręką Adama "Sowy" Santera i osobiście bardzo wspierał pomysł, by młodzi chłopcy uczyli się strzelać.
Sam dyskretnie dostarczył Karovom docki model pistoletu i dbał, aby
bracia też w razie potrzeby potrafili się takim posłużyć.
Oczywiście, Kasseryjczycy nie mogli paradować z bronią po ulicy, a samo
jej posiadanie w świetle prawa okupanta było nielegalne. Opracowali
jednak swoje sposoby przenoszenia zabronionych przedmiotów. Najdłuższy i największy gabarytowo pistolet maszynowy Gottshald Kail chował w pokrowcu na gitarę. Drugi, mniejszy, Kozowie przynieśli w koszyku
piknikowym, ukrywając go pod stosem ściereczek i świeżym bochenkiem.
Mieszkanie opuścili przed godziną dwunastą i udali się prosto na
przystanek tramwajowy, skąd ostatnio jechali na małe przyjęcie przy
ognisku. Kail niosący pokrowiec i Nataniel trzymający kosz zajęli
miejsca siedzące, a Maks i Nikodem stanęli obok nich. Drogę umilili
sobie rozmową na dość prozaiczne tematy, które nie wzbudziłyby podejrzeń
innych pasażerów. Zgodnie z ustaleniami Simon dołączył do nich na
szóstym przystanku. Gdy drzwi pojazdu otworzyły się z charakterystycznym
syknięciem, do środka wszedł brunet z idealnie ułożonymi włosami i słynnym neseserem pod pachą. Tego dnia od Simona biła jednak zupełnie
inna aura niż wczoraj. Jego pewność siebie zniknęła na rzecz widocznego
gołym okiem rozgoryczenia. Rozejrzał się po pojeździe i zmrużył wściekle
oczy, widząc czwórkę znajomych dyskutujących pod oknem. Ruszył ku nim z rękoma zaciśniętymi w pięści. Kiedy Maks, Kail, Nataniel i Nikodem
zobaczyli jego grobową minę, natychmiast zamilkli. Simon stanął przed
Kailem bez żadnego przywitania i spojrzał mu w oczy.
- Coś się stało? Patrzysz na mnie tak, jakbym wymordował ci rodzinę -
wyszeptał Kail, marszcząc czoło.
- Jak śmiałeś zagrać wczoraj beze mnie! Przecież zawarliśmy pakt.
* * *
Kail Karov nie był jedyną osobą, której wydarzenia zeszłej nocy
szczególnie utkwiły w pamięci. Charles Vogel obudził się koło
jedenastej. Dzień zaczął od zapalenia papierosa na szerokim hotelowym
balkonie. Stąd miał doskonały widok na zadbaną ulicę. Gdyby był naiwny i nie wykazał zainteresowania tym, co jest poza dzielnicą gniazd, z pewnością przyznałby, że Ruba to piękne miasto. Ulice były czyste,
żywopłoty równo przystrzyżone, a wszystkie budynki pasowały do siebie
stylem architektonicznym. Jasne kolory, marmurowe schody, zdobione,
łukowate okna i dockie, czyste genetycznie pary przechadzające się po
symetrycznych chodnikach. Wszystko to chociaż miłe dla oka, pozostawało
niewątpliwie iluzją. W powietrzu unosił się zapach świeżo skoszonej
trawy, przywodzący Voglowi na myśl czasy beztroskiego dzieciństwa w Wolfenbergu. Mimo całego dość optymistycznego obrazka nastrój Charlesa
nie był jednak zbyt dobry. Świadomość tragedii, do której doszło osiem
miesięcy temu, oraz tego, co miało dopiero nadejść, skutecznie wysysały
z niego całą życiową energię. Zgasił papierosa o barierkę i wrócił do
pokoju hotelowego, aby dokończyć list, który miał zamiar wysłać jeszcze
przed wyjazdem z Ruby. Zaczesał palcami jasne, jeszcze wilgotne włosy i usiadł przy biurku.
Wilhelmie,
jutro wyruszam, aby robić swoje. Prosiłem, żebyś nie łudził się, że
raptem uraczę Cię serią niesamowitych opowieści. Powinieneś twardo
stąpać po ziemi. Nie jest źle, ale obydwaj wiemy, że będzie gorzej.
Powietrze w Kasserii jest takie samo. Zabudowa nieco inna. W najbliższym
czasie będę wykonywał przewidywalne, schematyczne czynności. Dbaj o siostrę i matkę. Nie pozwól, aby...
Przerwało mu pukanie do drzwi.
- Panie Vogel, czy wolno mi wnieść śniadanie? - zapytał niski kobiecy
głos. Westchnął ciężko, uświadamiając sobie, że nie będzie mu teraz dane
dokończenie wiadomości.
- Proszę wejść - rzekł oschle, odkładając na bok czarne pióro.
Do pomieszczenia weszła pokojówka, pchając spory metalowy wózek.
Spojrzenie zimnych oczu od razu zmierzyło stojące na nim przedmioty.
Jeden dzban kawy. Drugi herbaty. Butelka mleka. Nie wiedział, czy
krowiego. Wielka miska jajecznicy na bekonie. Świeże, jeszcze gorące
bułki. Drożdżówki z makiem. Po co to wszystko?
- Mam się spodziewać gościa? - zapytał, ściągając brwi.
Kobieta w pierwszej chwili milczała, jakby szukając w głowie
odpowiednich słów. Była to nieśmiała młódka w luźnej sukience. Długie
włosy osłaniało koronkowe nakrycie, a spory fartuch mocno zawiązany w pasie maskował źle dobrany rozmiar odzieży. Nerwowo wyginała palce.
Charles czuł bijący od niej strach. Nic dziwnego. Zdążył przywyknąć.
- Owszem, pan... - zaczęła, ale nim dokończyła zdanie, ponownie rozległo
się pukanie do drzwi.
Tym razem gość nie czekał jednak na pozwolenie Charlesa i po prostu
wszedł do środka.
- Cedrik - rzekł Vogel z wyraźną irytacją w głosie. - Myślałem, że dziś
nie przyjdziesz. Po wczorajszym nie boli cię głowa? Gdy wyszedłeś z lokalu, ledwie trzymałeś pion.
Mężczyzna spuścił wzrok w geście zakłopotania. Faktycznie, sporo wczoraj
wypił, ale odniósł wrażenie, że pan Vogel również nieźle się bawił. Być
może było ono mylne.
- Ależ skąd! Mam bardzo mocną głowę. Czuję się doskonale - odparł i zasalutował wyższemu rangą żołnierzowi. - I gdzie moje maniery,
zapomniałem się przywitać. Dzień dobry i chwała Camili - z dumą wymówił
imię dowódczyni Dockiego Imperium. Bystre oczy Vogla od razu rozpoznały
kłamstwo. Nogi mężczyzny były jak z waty. Właściwie to ledwie nimi
powłóczył. Ciekawe, czy pamiętał tamtą melodię. Ciekawe, czy pamiętał
jego twarz. Tych dwóch rzeczy Charles za nic nie mógł wyrzucić z pamięci. Nie wiedzieć czemu, obudził się z przekonaniem, jakby
wczorajszej nocy wydarzyło się coś niezwykłego. Po raz pierwszy od
dłuższego czasu był czymś szczerze zaintrygowany.
- Możesz wyjść - rzekł w stronę pokojówki.
Kobieta ukłoniła się nisko z wyraźną wdzięcznością i szybko poszła w swoją stronę. Vogel odprowadził ją wzrokiem. Pomyślał, że najwyraźniej
właśnie ulżył jej w cierpieniu.
- Można? - zapytał Cedrik, wskazując na stojące tuż obok biurka drugie
krzesło.
- Skoro już tutaj jesteś.
Silną męską dłonią chwycił małą filiżankę, po czym napełnił ją czarną
kawą. Po brzegi. Nigdy nie słodził i, jak przystało na Doka, nie używał
mleka. Pokojówka najwyraźniej w stresie zapomniała, by zamiast niego
przynieść mu sok z czarnego bzu lub napój migdałowy. Nie szkodzi.
Dzisiaj i tak nie miał na nie ochoty.
- Dobrze się panu spało?
- Darujmy sobie uprzejmości, Cedrik. O co chodzi?
- Chciałem się tylko upewnić, czy wszystko w porządku - rzekł zmieszany.
- W sensie, wczoraj, czy dobrze się pan bawił, czy...
Bezpośredniość Vogla bywała przytłaczająca. Cedrik unikał jego
spojrzenia. Szybkim ruchem sięgnął po bułkę oraz miskę z gorącą
jajecznicą. Stało się jasne, że to właśnie on zapłacił za tak wystawne
śniadanie.
- Jesteś zestresowany. Co się stało? - ciągnął Vogel.
- Nie, nie. Ja tylko...
- Skończ owijać w bawełnę. Ręce ci się trzęsą.
- Dostaliśmy cynk, panie Vogel.
- Doprawdy? Jaki cynk?
- Czerwy chcą wysadzić nasz pociąg z dostawą amunicji i części do budowy
wysokiego muru. Nie wiemy, kiedy to nastąpi. Nasz informator doniósł, że
przekazanie planu akcji nastąpi dziś wieczorem przed szpitalem,
niedaleko placu z fontanną. Prawdopodobnie mają też informacje o naszych
planach dotyczących podziału Ruby. To nie może zbyt szybko wyjść na jaw.
- Rozumiem, że jesteś odpowiedzialny za przejęcie tych dokumentów i nie
chcesz tego spieprzyć.
- Dokładnie tak, panie Vogel. Ma pan doświadczenie strategiczne, czy
mógłby pan pomyśleć, jak...
Charles parsknął, wyraźnie rozbawiony jego zuchwałością.
- Nie. Nie po to tu przybyłem. Odznaczenia na twoim mundurze
zobowiązują. Udowodnij, że jesteś odpowiednią osobą na odpowiednim
stanowisku, i poradź sobie sam. Ja mam kilka spraw do załatwienia. Jutro
stąd wyjeżdżam.
* * *
Atmosfera między Kailem a Simonem była napięta. Wyczuwali to zarówno
Maks, jak i bliźniacy, bezskutecznie próbując załagodzić ich spór.
Wszyscy wiedzieli, że Simon, mimo wielu niewątpliwych zalet, był również
typem atencjusza. Koncerty w podziemiu, muzyka, aplauz, śmiech
dziewczyn, autografy wypisywane na świstkach papieru i ulotkach. To
wszystko dodawało mu skrzydeł i pocieszało w tych ciężkich czasach.
Chociaż tworzyli duet, Kail zazwyczaj trzymał się z boku, nie był
przebojowy, a wielokrotnie to właśnie Simon musiał przekonywać go do
realizacji swoich szalonych pomysłów. Mork nie mógł znieść tego, że w jeden wieczór, na którym (co najgorsze!) nawet go nie było, role się
odwróciły i cała dzielnica mówiła tylko o młodszym z braci Karovów.
- Hej, chłopaki, przestańcie! To tylko głupi, przypadkowy incydent... -
powiedział Nataniel, gdy przedzierali się przez dobrze znaną leśną
ścieżkę.
- Mylisz się! Muzyka to dla mnie wszystko, ale jak ktoś tak płytko
myślący mógłby zrozumieć, że...
- Hej, hej, spokojnie! Nie rób z Nataniela ignoranta - wtrącił się do
rozmowy Maks. - Mamy teraz ważniejsze sprawy na głowie. Skupmy się na
tym, po co idziemy do lasu, tak?
Reszta drogi na polanę upłynęła im w milczeniu. Kail w tramwaju wyjaśnił
Simonowi, że do gry zmusiła go niebezpieczna sytuacja, a nie chęć
realizowania własnych ambicji. Owszem, mieli pakt, że zawsze będą
występować w duecie, ale to nie był jeden z ich podziemnych koncertów,
lecz podbramkowa sytuacja w pracy.
- Skontaktowało się ze mną dowództwo - powiedział w końcu Simon, gdy
wreszcie dotarli na polanę. - Dostałem ważne zadanie.
- No i to jest wreszcie jakaś dobra informacja! - zawołał
entuzjastycznie Nikodem, po czym postawił koszyk piknikowy na ziemi.
Polanę ze wszystkich stron otaczały gęsto rosnące drzewa, które choć
trochę niwelowały odgłosy wystrzałów. Ćwiczenie strzelania w tym miejscu
było bezpieczne, bo nawet gdyby ktoś ich usłyszał, mógłby pomyśleć, że
to myśliwi, a nie młodzież szykująca się na przyszłe ewentualne starcie
z okupantem. Tarczę ze sztywnej dykty przechowywali w wielkiej dziupli
starego, rozłożystego dębu.
- To na czym polega twoja pierwsza misja, żołnierzu? - zagaił Maks.
Wyjął z dziupli potrzebne przybory, a następnie zawiesił tarczę na
gwoździu wbitym w drzewo naprzeciwko.
- Dostarczono mi plany akcji pod kryptonimem "Tory". Trzymam kopertę
bezpiecznie w tylnej kieszeni. - Simon poklepał czule swój neseser. - O piętnastej mam ją przekazać ważnemu działaczowi, który jedzie z północy
kraju do Ruby. Już jest w pociągu. Spotkamy się przy "szpitalu
kasseryjskiej boleści". Poznam go po granatowym kaszkiecie, czarnej
koszuli i niebieskim krawacie. Gdy go zobaczę, mam dać sygnał,
przekładając torbę na drugie ramię. Tak się rozpoznamy. Może brzmi jak
nic wielkiego, ale gwarantuję wam, że tu nie chodzi o głupie
rozwieszenie ulotek czy napisanie bluzg na murze. Sprawa jest poważna -
rzekł Simon, starając się podkreślić wagę swojej roli w pierwszym,
powierzonym mu jako żołnierzowi zadaniu.
Szpital imienia Vincenta Mausera, nazywany przez Kasseryjczyków
"szpitalem kasseryjskiej boleści" wbrew szerzonej przez okupanta
propagandzie, był owiany złą sławą. W rzeczywistości to miejsce nie
pełniło nawet funkcji szpitala, tylko laboratorium, do którego trafiali
ludzie, którzy w jakiś sposób narazili się władzy. Powiadano, że
przeprowadzano na nich eksperymenty, choć nie do końca było jasne jakie.
Wiadome było jedno. Kto trafił do szpitala Vincenta Mausera, nie
wychodził już z niego w jednym kawałku.
- O kurczę, to brzmi bardzo poważnie. A znasz treść tego listu? Wiesz, o co chodzi? - zaciekawił się Nataniel.
- Tak, ale to tajne i niestety nie mogę powiedzieć.
Bliźniacy wzruszyli ramionami i nie próbowali ciągnąć go za język. Kail
otworzył pokrowiec i wyjął z niego pistolet maszynowy, a potem
sprawdził, czy broń jest nabita.
- Chcesz strzelać jako pierwszy? - Z ust rozgoryczonego Simona padło w końcu pytanie do Kaila, niedotyczące jego wczorajszego występu.
- Mogę. Jest mi to obojętne. Chyba że ty chcesz?
- Nie, w porządku. Strzelaj.
Słowa Simona trochę uspokoiły pozostałą czwórkę. Odnieśli wrażenie, że
złość powoli mu przechodziła. O dziwo, strzelanie z broni szło Kailowi o wiele lepiej niż równe trzymanie tacy pełnej kufli piwa. Chwycił broń i jako pierwszy wycelował do zawieszonej na drzewie tarczy. W skupieniu
zmrużył oczy, kładąc palec na spuście. Nacisnął go, rozległ się huk, a siła odrzutu sprawiła, że jego szczupłe ciało drgnęło. Kula trafiła
blisko samego środka.
- No, no, ktoś tu jest równie dobrym strzelcem co pianistą - powiedział
Nataniel, na co brat trącił go łokciem.
Kail oddał jeszcze dwa celne strzały. Po nim przyszła kolej na Maksa.
Chociaż na testach sprawnościowych przeprowadzonych przez Sowę poszło mu
całkiem nieźle, tym razem dwukrotnie spudłował, trafiając w sam brzeg
tarczy. Bliźniaki zagwizdały z dezaprobatą, ale starszy Karov znacznie
bardziej przejmował się kiepską sytuacją w ich zespole niż swoją
celnością. Simon Mork do wszystkich powierzonych mu zadań podchodził
bardzo ambicjonalnie. Był typem perfekcjonisty i denerwowało go, gdy coś
się działo nie po jego myśli. Po dwóch rundach strzelania deptał Kailowi
po piętach, a oddawał strzały tak blisko, że bliźniacy musieli podejść
do tarczy, by odmierzyć, który z nich prowadził. Ostatecznie ogłoszono
remis. Po trwających prawie półtorej godziny zawodach cała czwórka
zrobiła przerwę, usiadła na kocu i zaczęła gasić pragnienie
przyniesionym przez Simona kompotem.
- Kail - odezwał się Mork znacznie łagodniejszym tonem niż wcześniej.
Karov obrócił twarz w jego stronę. Ciepły letni wiatr rozwiewał mu jasne
włosy, które w odróżnieniu od starannie ułożonej fryzury Simona były
zawsze w strasznym nieładzie.
- Tak?
- Przemyślałem to. Nie jestem na ciebie zły.
Simon nie był typem osoby, której łatwo przychodziły przeprosiny. Kail o tym wiedział, a jednak i jemu honor zabraniał przepraszać w zaistniałej
sytuacji. Bez względu na interpretację kumpla nie zagrał po to, aby
zaistnieć. Skłamałby jednak, twierdząc, że aplauz tak licznej
publiczności go nie dowartościował.
- To skomplikowana sytuacja. Bałem się, Simon. Nie wiem, kto powiedział
ci o tym występie, ale sam wiesz, jakie potrafią być plotki. Prawda jest
taka, że byłem naprawdę przerażony.
Mork kiwnął głową. Wpatrywał się jeszcze w twarz przyjaciela, jakby
szukał w jego oczach potwierdzenia. Nie zmieniało to jednak faktu, że po
raz pierwszy w życiu dostrzegł w nim również rywala.
- Chcesz odprowadzić mnie pod szpital? Możemy przy tym jeszcze na
spokojnie pogadać - zaproponował Simon, wstał z miejsca i otrzepał
spodnie z trawy.
Po słowach Morka wszystkim ulżyło. Napięcia wewnątrz grupy były
ostatnim, czego potrzebowali w tych trudnych czasach. Nawet jeżeli Kaila
formalnie nie mianowano na żołnierza, pozostawał ich przyjacielem i pełnoprawnym członkiem ekipy. Zdaniem Nataniela, Maksa i Nikodema jego
występ nie powinien wywołać konfliktowych sytuacji, ale znali charakter
Simona, który widział się w roli lidera i nienawidził dowiadywać się o czymś ostatni.
- To cześć, chłopaki. - Kail zwrócił się do bliźniaków. - My widzimy się
w domu na obiedzie? - zapytał brata, który przytaknął mu kiwnięciem
głowy.
Kail narzucił na ramię pokrowiec od gitary, a Simon chwycił swój
neseser. Przedarli się przez wysokie trawy i skręcili w wydeptaną leśną
ścieżkę. Nim doszli do przystanku tramwajowego, Karov zdążył spokojnie
wyjaśnić mu, co wydarzyło się wczoraj w "Zamkowej". Simon słuchał
uważnie, nie przerywając chłopakowi. Uświadomił sobie, że wersja, którą
usłyszał z trzeciego obiegu, faktycznie była mocno podkoloryzowana i Kail wcale nie kłócił się z żadnym Dokiem, który potem zachwalał jego
grę. Plotkarze jak zwykle musieli przekręcić ważne fakty.
- Chcesz dać mi ponieść ten pokrowiec? Broń w środku trochę waży, a ty
nanosiłeś się w robocie, chudzino - rzekł nagle Simon.
- Przestań, jest w porządku.
- Nie gadaj głupot, cały wieczór biegałeś z tacą. Jak musisz coś wziąć,
weź neseser, zamienimy się pod szpitalem.
Choć Kail ostatecznie tego nie przyznał, broń faktycznie mu ciążyła.
Przystał na propozycję Simona, uznając ją za gest dobrej woli.
Zatrzymali się w połowie leśnej ścieżki i wymienili niesionymi
przedmiotami.
- Idę o zakład, że będzie burza. Od rana jest strasznie duszno -
stwierdził Kail.
- Też mi się tak wydaje. Mam nadzieję, że chłopaki też zaraz zaczną się
zbierać, bo jeszcze złapie ich deszcz.
Na tramwaj czekali jakieś piętnaście minut, czując, jak powietrze robi
się coraz gęstsze.
Gdy pojazd nadjechał, usiedli z tyłu, zajmując dwa sąsiednie siedzenia.
- Ostatni raz byłeś na mnie tak wściekły, gdy zabrałem ci drewnianego
konika. Miałem dziewięć lat - powiedział Kail i uśmiechnął się
delikatnie.
- To była moja ulubiona zabawka. Zresztą, do dziś go mam. Stoi w salonie
na kominku. Gdybyś był bardziej spostrzegawczy, pewnie byś zauważył -
odpowiedział mu typowym dla siebie zadziornym uśmiechem.
Wszystko wskazywało na to, że atmosfera między przyjaciółmi nareszcie do
końca się oczyściła. Wysiedli dwa przystanki przed centrum, na ulicy
Długiej. Przeszli obok rzędu starych kamienic, unikając spojrzeń Doków.
Gdy dotarli na plac niedaleko szpitala, niebo spowijał już mrok, a grzmoty cyklicznie się powtarzały. Handlarze, którzy zwykli rozkładać
stragany przy fontannie, zaczęli zbierać towar. Karov i Mork minęli
sędziwą kobietę w pośpiechu pakującą do lnianej torby skórzane portfele
i torebki. Ten widok przypomniał Kailowi o neseserze.
- Hej, powinniśmy chyba już się zamie... - Nie zdążył dokończyć, gdyż zza
rogu wyłoniło się trzech dockich żołnierzy.
- Wszyscy natychmiast pod ścianę! - wrzasnął najwyższy z nich.
Kail i Simon dosłownie zamarli. W jednej chwili docki język wydał im się
najbardziej przerażającą mową tego świata. Część handlarzy zostawiła
towar, zgodnie z poleceniem stając pod ścianą. Reszta zastygła zupełnie
tak, jakby nie zrozumiała polecenia. Sytuacja stała się dramatyczna w momencie, gdy Dok wyciągnął pistolet z kabury.
- Wszystkie czerwy pod ścianę!
Gdy powtórzył polecenie, nikt nie śmiał protestować. Kilkoro
sprzedawców, mężczyzna zdający się być przypadkowym przechodniem, Kail i Simon ustawili się pod gmachem pobliskiej biblioteki. Karov ledwie łapał
oddech. Miał nadzieję, że ta sytuacja jest jakąś cholerną pomyłką. Serce
waliło mu jak szalone. Myślał o liście, który trzymał w tylnej kieszeni
nesesera, podczas gdy Simonowi nie dawała spokoju ciążąca zawartość
pokrowca na gitarę.
Dwóch Doków stanęło po obu stronach rzędu przypadkowo zatrzymanych
ludzi. Trzeci ustawił się naprzeciwko, a najwyższy, wyglądający na mniej
więcej czterdzieści lat, zaczął przechadzać się przed grupą drżących ze
strachu Kasseryjczyków. Rozbrzmiał kolejny grzmot, ale okupanci
wyglądali na niewzruszonych nadchodzącą burzą.
- Doszły nas słuchy, że ktoś z was posiada niezwykle istotne dokumenty -
rzekł najwyższy żołnierz.
Kail nie miał pojęcia, że to podwładny Cedrika, który był jednym z trzech mężczyzn obecnych wczoraj w "Zamkowej". Cedrik nie czuł się
jednak na tyle dobrze, by osobiście wziąć udział w akcji. Zdawało się,
że spontaniczne zadanie sprawia jego zastępcy chorą przyjemność.
- Powiem wprost. Albo zdrajca da nam plany akcji, tym samym uwalniając
resztę, albo zostaniecie kolejno przeszukani, co, gwarantuję, nie będzie
miłe.
Śmiech stojących po bokach żołnierzy odbił się głośnym echem w głowach
Kasseryjczyków. Był upiorny i miał w sobie coś sadystycznego. Kail
milczał, wlepiając wzrok w ziemię. Miał wrażenie, że ze stresu zapomniał
własnego imienia. Simon nie reagował lepiej. Trząsł się jak targana
przez wiatr drobna gałązka. Tak bardzo chciał żyć. Przecież byli tak
młodzi. Mork zaczął wszystko kalkulować i uświadomił sobie, że przy
okazji przeszukiwania obaj zostaną ukarani. Kail miał list, ale to on
trzymał pokrowiec z bronią w środku.
- Zdradźcie, kto jest winowajcą, a puszczę resztę wolno - powtórzył Dok
i zacmokał dwukrotnie. - Czyż nie wyraziłem się wystarczająco jasno?! -
wrzasnął, uniósł broń i wycelował w stronę przypadkowo wybranej osoby.
Rozległ się huk, a w ślad za nim wrzask. Kula trafiła w łydkę chudego
handlarza. Mężczyzna upadł na ziemię, zginając się wpół. Stojąca obok
niego kobieta zaczęła płakać. Blade spracowane ręce zacisnęła na
tkaninie wzorzystej spódnicy. Strużki potu spłynęły po skroni Simona.
- To nie my, panie! Błagam. Jesteśmy niewinni. Nic nie wiemy!
Ochrypły kobiecy głos przepełniała szczera rozpacz. Simon zrozumiał, że
sytuacja jest patowa i wszystko wskazywało na to, że ani on, ani jego
towarzysz nie wyjdą z niej w jednym kawałku. Nawet gdyby wyjawił, że
kopertę ma Kail, ukarano by ich obu. W końcu skąd, do cholery, miałby
mieć taką wiedzę! Chyba... chyba że oparłby ją na przypadkowej obserwacji.
- Wskażcie winnego, powiedzcie, co wiecie - mówił najstarszy żołnierz.
- Wi... widziałem... - Blady jak kreda Simon wystąpił przed szereg.
- Tak? - Mężczyzna zmrużył wściekle oczy.
- Widziałem, jak on chowa do torby jakąś kopertę - wydyszał Mork,
wbijając paznokcie w materiał własnych spodni. - To może być co innego.
Nie wiem, ja po prostu widziałem...
Po czole Kaila również spłynęły strużki potu. Miał wrażenie, że serce
zaraz wyskoczy mu z piersi. Wsunął palce do tylnej kieszeni nesesera.
Faktycznie, list tam był. Nie mógł przecież magicznie zniknąć. Gdy Dok
skierował twarz w stronę Karova, ten zrozumiał, że to koniec.
- Możesz wskazać śmiecia, o którym mówisz? - rzekł mężczyzna, nie
wiadomo czy po to, aby się upewnić, że chodzi o Kaila, czy też po to, by
pobawić się przerażeniem Simona.
Mork miał złudzenie, że krew odpływa mu z kończyn, a jednak resztką sił
zdołał unieść dłoń, by wskazać wieloletniego przyjaciela.
- Ten człowiek.
Zdesperowany Kail miał w głowie tylko jeden, idiotyczny, pomysł. Jedyne,
co mógł zrobić, to podjąć próbę zniszczenia planów okupanta. Postanowił
spróbować. Nim żołnierz zdążył do niego podejść, Karov zmiął list wpół,
by go podrzeć. Następnie rzucił się do ucieczki, bardzo chaotycznej i z góry skazanej na niepowodzenie. W biegu zdążył wepchnąć skrawki papieru
do ust. Gryzł je, dławiąc się przy tym i zmuszając do przełknięcia.
- Przeklęty czerw! - usłyszał za sobą wrzask.
Był przekonany, że kula zaraz przeszyje jego pierś, ale tak się nie
stało. Ktoś dogonił go w biegu, chwycił za ramiona i pchnął tak
energicznie, że Kail upadł. Uderzył głową o próg chodnika, rozcinając
sobie łuk brwiowy.
- On zeżarł plan! - wydarł się Dok, uświadamiając sobie, co zrobił
chłopak.
Kail pamiętał zarys sylwetki mężczyzny, który wziął zamach, by następnie
kopnąć go w brzuch. Raz. Drugi. Trzeci. Więcej nie pamiętał. Przy
czwartym stracił przytomność.