I. Przybysz z zachodu
I.
Przybysz z zachodu
Rzeczywistość bywa okrutna.
Od dziecka uczą nas, jak ją postrzegać.
Niezależnie od czasów, w których żyjemy,
Kierują nami uczucia i wartości.
Trudno kochać, gdy wierzymy, że świat nas nienawidzi.
Trudniej, jeśli ta miłość niesie zagrożenie.
Ale czy da się kochać tak, aby skończyć...
...bez złamanego serca i bez złamanych skrzydeł?
W tej walce liczy się plan.
Plan musi być dobry.
Jeden zły ruch i znikasz.
Jeden dobry i pijesz szampana,
Ci, co przetrwali, biją brawo,
Ci, co zawiedli, chylą czoła.
Ruba (Kasseria)
Tego dnia w kamienicy przy ulicy Czerwonej pojawiło się nowe ogłoszenie.
Zawisło na samym środku tablicy, pomiędzy zawiadomieniem o podwyżkach
cen prądu a ulotką reklamującą nowy zakład szewski. Wytłuszczonym
drukiem napisano: "Drodzy lokatorzy, zapraszamy na uroczyste otwarcie
nowego lokalu Gustava Mrukova". Kontrastowało z małym dopiskiem na dole:
"obecność obowiązkowa".
- To nie jest zaproszenie, tylko przymuszenie - przyznał Maks, po czym
wziął łyk mocnej czarnej kawy.
Niegdyś pijał ją z mlekiem, ale to było w czasach, gdy nie musieli
oszczędzać cukru. Gorzka i biała przestała mu smakować.
Anna wzruszyła ramionami. Nacisnęła pedał maszyny, igła przebiła krawędź
rękawa ostatniej kurtki. Początkowo Popovscy narzekali na hałasy, ale
umilkli, gdy pani Karov dostała zlecenie od samego towarzysza Mrukova.
Kobieta wiedziała jednak, że ten stan nie będzie trwał wiecznie. Na
szczęście pracowała w zakładzie krawieckim i nie musiała się ograniczać
do przyjmowania zleceń od prywatnych klientów.
- Nic na to nie poradzimy. Właściciel kamienicy oczekuje, że pojawimy
się w lokalu po godzinie dziewiętnastej, więc najlepiej będzie, jeśli
się dostosujemy - odpowiedziała.
Sprane prześcieradło wiszące na przedzielającym pomieszczenie sznurku
nagle zadrżało. Klementyna Popovska, przysłuchująca się rozmowie
Karovów, nie wytrzymała. Wstała, energicznie odsunęła prowizoryczną
zasłonkę i popatrzyła na współlokatorów z niesmakiem.
- Nie jestem w stanie pojąć, dlaczego wypowiadacie się o towarzyszu
Mrukovie z taką pogardą! Naszą rodzinę ucieszyło to zaproszenie.
Naprawdę wolelibyście, żeby kierowały nami te dockie hieny?!
W pierwszym odruchu Maks chciał powiedzieć, że nie życzy sobie, aby
ktokolwiek nim kierował. Przypomniał sobie jednak ostatnią wizytę w piwnicy Gustava i ostatecznie ugryzł się w język.
- A co takiego złego powiedzieliśmy? - zapytała Anna i włożyła ostatnią
uszytą kurtkę do płóciennego worka. - Nie wszyscy muszą lubić wieczorne
imprezy, dlatego nie zareagowaliśmy ze szczególnym entuzjazmem. Bycie
domatorem to chyba nie zbrodnia?
Spojrzała Klementynie prosto w oczy. Ton jej głosu nie był uprzejmy, ale
oschły. Popovska dostrzegła w nim cień sarkazmu. Mąż wielokrotnie
powtarzał, że ta rodzina sprowadzi na nich same nieszczęścia, a jednak
nigdy nie mogli przyłapać Karovów na jakimś nieregulaminowym zachowaniu.
Często ich to frustrowało.
- To jest po prostu niegrzeczne - powiedziała w końcu, odwróciła się
gwałtownie i wróciła do swojej części mieszkania.
Maks odstawił pustą szklankę na stół. Czuł, że nie wytrzyma w tym domu
ani minuty dłużej. Na szczęście miał już plany na resztę dnia, i nie
chodziło tylko o wieczorne spotkanie z Mrukovem.
- Wychodzę - rzekł, wstając z miejsca. - Nie wrócę na obiad.
Usłyszał zza kotary ciche parsknięcie. Faktycznie, Karovom ostatnio się
nie przelewało, a podstawę ich diety stanowiły najtańsze produkty, takie
jak nabiał, ziemniaki i jajka. Maks znalazł jednak nową pracę, w restauracji. Jak niegdyś Kail. Liczył, że ich sytuacja finansowa wkrótce
się poprawi.
- Dobrze. Tylko, proszę, bądź punktualny. Nie potrzebuję więcej
zmartwień.
Chłopak spojrzał w zatroskane oczy matki i kiwnął głową. Umył szklankę,
postawił ją na blat i wyszedł z domu, nie żegnając się z Popovskimi.
Alfred nigdy nie dbał o to, by rzucić im choćby krótkie "dzień dobry"
czy "do widzenia", więc dlaczego on miałby się starać?
Zbiegł po schodkach i wyszedł na plac przed kamienicą. W powietrzu czuć
było powiew nadchodzącego lata. Zza chmur wreszcie wyjrzało słońce.
Uśmiechnął się lekko, gdy ciepłe promienie musnęły jego blade policzki.
Spojrzał na zegarek i przyspieszył kroku. Pamiątka po ojcu przypominała
mu o umówionym spotkaniu z Annuszką. Jedynym plusem kamienicy Mrukova
(jak zwykli nazywać ją z matką) był fakt, że znajdowała się niedaleko
osobliwego domu Bukovskich. Maks zdążył jeszcze bardziej zżyć się z mieszkającą w nim córką aptekarzy, choć po śmierci brata sądził, że nie
będzie to możliwe. Teraz łączył ich wspólny cel - wizyta w "Krzywym
Dziobie". Lokal o dość osobliwej nazwie był czymś więcej niż nowym
miejscem zatrudnienia Maksa. Mimo podziału Ruby podziemie nie spało. Tak
się złożyło, że buntownikami ze strefy B dowodził nowy pracodawca
Karova. Konrad Radecki o pseudonimie "Koliber" miał reputację
cierpliwego i pogodniejszego od dawnego dowódcy "Sowy". Teraz Adam
Santer, który niegdyś nie przyjął Kaila do wojska, stacjonował w strefie
A i dowodził tamtejszymi żołnierzami. Maks wielokrotnie analizował, jak
mogłyby się potoczyć ich losy, gdyby Kail stanął na podeście razem z nim
i Simonem. Może dostałby swoje zadania i nigdy nie pokłóciłby się z przyjacielem?
Maks westchnął ciężko, opierając dłoń o furtkę prowadzącą na posesję
Bukovskich. Nim zdążył jednak wykonać kolejny krok, drzwi do domu
otworzyły się z głośnym skrzypnięciem. Annuszka stanęła w progu,
odgarnęła gruby warkocz i podbiegła do chłopaka.
- Cześć, Maks - przywitała się ciepło i pocałowała go w policzek.
Chłopak poczerwieniał. Chociaż spędzali razem coraz więcej czasu,
bliskość panny Bukovskiej wciąż go peszyła.
- Cześć. Ładnie wyglądasz w tej niebieskiej sukience - rzekł, nieśmiało
jej się przyglądając.
- Dziękuję. - Obróciła się wdzięcznie, pozwalając, by kreacja zawirowała
wokół. - Z kolei ty wyglądasz jakoś blado. I chyba znowu schudłeś -
stwierdziła po chwili.
- Nie będę ukrywał. Matka znowu musiała zwęzić mi spodnie. Czasy są
trudne, ale dziś zabieram cię na obiad. Radecki mówił, że w restauracji
możemy zamówić, co tylko zechcemy - rzekł i podał jej ramię.
Annuszka chwyciła je ochoczo i uśmiechnęła się wdzięcznie.
- Ten cały "Koliber" wydaje się znacznie sympatyczniejszy od "Sowy". W sumie to trochę zabawne, że wszyscy dowódcy wybierają sobie ptasie
pseudonimy.
Było po drugiej, gdy pociąg z Wolfenbergu zajechał do Ruby. Niewielu
dockich żołnierzy i urzędników wysiadało na dworcu wschodnim. W końcu to
dworzec główny znajdował się w przypisanej im strefie A. Poniekąd to
właśnie pustki na peronie skłoniły pewnego młodzieńca, by opuścił pojazd
w tym miejscu. Pierwszy krok postawiony na ojczystej ziemi przyprawił go
o kołatanie serca. Do niedawna myślał, że nie dane mu będzie ponownie
oddychać tym samym powietrzem, słyszeć rodzimą mowę, widzieć dobrze
znane budynki. Odniósł wrażenie, że nic się nie zmieniło. Gdy jednak
zobaczył wielką tablicę stojącą przed wejściem do budynku dworca,
zrozumiał, że zmieniło się wszystko.
Grafika przysłonięta grubą szybą przedstawiała mapę miasta. Było inne od
tego, które Kail zapamiętał sprzed dziewięciu miesięcy. Przez środek
Ruby przechodził mur dzielący stolicę na dwie części. Po prawej stronie
znajdowała się legenda i to ona w pierwszej kolejności zwróciła uwagę
chłopaka. Czerwonym kolorem zaznaczono budynki, które zajmowało dockie
wojsko. Skanował wzrokiem nazwy ulic, aż zatrzymał się na Srebrnej 16.
Intuicja go nie zawiodła. Podskórnie czuł, że ich przestronne mieszkanie
miało wystarczający potencjał, aby skusić Doków. Teraz pozostało
pytanie, co się stało z jego rodziną.
Kail miał przepustkę uprawniającą do wejścia do strefy zarówno A, jak i B, ale wiedział, że nie będzie mógł jej nadużywać. Posiadał również
dockie dokumenty, ale wolał z nich nie korzystać. W niewielkiej walizce
spoczywał mundur, który zdjął przed wyjściem z pociągu. Musi się go
pozbyć w pierwszej kolejności. Aleksander Weiss powinien przestać
istnieć. Im szybciej ludzie o nim zapomną, tym bezpieczniej dla Karova i jego bliskich. Chłopak zdawał sobie sprawę, że zanim podejmie dalsze
kroki, musi ustalić, co się stało z jego rodziną. Utkwił wzrok w samotnym jasnym punkcie, umieszczonym na mapie po sewickiej stronie
muru. Wszystko wskazywało na to, że obce wojska nie zajęły domu
Annuszki. To właśnie tam postanowił szukać informacji.
Wiedział, że w tym okrutnym świecie liczy się plan, ale na szczęście
miał dobrego nauczyciela. Do jego realizacji postanowił przystąpić
metodycznie. Najpierw musi się dowiedzieć, gdzie przebywają Maks i ciotka Anna, następnie pozbyć się niektórych zakazanych przedmiotów.
Postanowił, że włoży mundur do płóciennego worka, a worek wrzuci do
rzeki. Dobrym pomysłem byłaby też wymiana nowych skórzanych butów na
takie, na które mógł sobie pozwolić przeciętny Kasseryjczyk. Kail wciąż
się bał potknięcia. Intuicyjnie spoglądał za siebie, by sprawdzić, czy
nikt go nie śledzi. Poniekąd nabawił się manii prześladowczej. Ale czy
dało się jej uniknąć?
- Dobrze, że mu nie uległem, gdy chciał mi wcisnąć tę wielką walizkę -
mruknął pod nosem i ruszył przed siebie.
W drodze odruchowo nasłuchiwał odgłosu ciężkich oficerskich butów. Cały
czas miał wrażenie, że Charles Vogel kroczy tuż obok. Kiedy spoglądał w bok, ogarniało go jednak dojmujące uczucie pustki. Był sam. Całkiem sam.
I tak miało pozostać. Odgarnął z twarzy kosmyki jasnych przydługich
włosów. Czy już nikt nie zrobi tego za niego? Czy już nikt nie przypomni
mu, by szedł z podniesioną głową? Nikt nie poprawi koszuli i nie zwróci
uwagi, by zapiął marynarkę?
- Jakie to wszystko trudne - szepnął, czując ucisk w żołądku wywołany
nie tyle stresem, ile jakimś nieprzyjemnym uczuciem, jakby w środku
rosła mu pulsująca gula. Momentami do głosu dochodziła rozpacz, ale
dawał radę ją wyciszać. Myślał o rodzinie, o jej bezpieczeństwie i o planie. Adrenalina pozwalała mu się skupić na zadaniu. Nie mógł teraz
pozwolić umysłowi zbaczać na dziwne tory. Wybrał i przyszło mu się
mierzyć z konsekwencjami.
Opuścił gmach dworca. Naprzeciwko znajdowała się poczta. Uwagę chłopaka
przykuł nietypowy element przytwierdzony do ściany dworca. Czerwone
flagi z wizerunkiem niedźwiedzi stanowiły nowy dodatek do znanego
obrazka. Dotąd widywał je jedynie w książkach, a teraz przywitały go,
ledwie wyszedł na główną ulicę. O tej porze nie była szczególnie
zatłoczona. Większość dorosłych wciąż pracowała, a dzieciaki dopiero
kończyły zajęcia w szkołach. Kail przyspieszył kroku na widok
nadjeżdżającego tramwaju. W pierwszej chwili chciał do niego wsiąść,
lecz coś go powstrzymało. Po której stronie powinien stanąć - dockiej, a może kasseryjskiej? Czy na powrót stał się Kailem Karovem? Czy
LAB-110223-08Ruba ożył? Cholera, wciąż miał w kieszeni i walizce dockie
kły. Gdzie powinien wymienić walutę? Wziął kilka głębszych oddechów i przypomniał sobie, że przecież znalazł się w strefie B. Tu mogły nie
obowiązywać podziały w komunikacji miejskiej. Tym razem nie było przy
nim Charlesa Vogla, który pokazywał wszystko palcem. Musiał radzić sobie
sam, wykorzystać to, czego się nauczył.
Ostatecznie Kail zdecydował, że do Annuszki pójdzie na piechotę. Musiał
pokonać ze dwa kilometry. Nic trudnego. Szedł, unikając kontaktu
wzrokowego z przechodniami. W myślach układał różne hipotetyczne
scenariusze. Wciąż zastanawiał się, co Simon powiedział Maksowi. Czy
przyznał się przyjacielowi do swojej zdrady? Po wszystkich przejściach
Kail nie czuł do niego szczególnej urazy. Jak nikt inny wiedział, że
strach odbiera trzeźwość myślenia. Musiał przedstawić jednak rodzinie
bezpieczny przebieg wydarzeń. Nie mógł przecież wyznać, że od początku
stycznia przebywał w luksusowej posiadłości, rywalizując z dockim
ministrem na strzelnicy i knując z jego kuzynem. Wszyscy zapewne
pomyśleliby, że zwariował, ale nie to było dla Karova najważniejsze w tym całym szaleństwie. Wiedział, iż pod żadnym pozorem nie może wymawiać
imienia i nazwiska Charlesa Vogla. Nie mógł narażać go na
niebezpieczeństwo. Powinien również za wszelką cenę ukrywać wzór
wytatuowany na nadgarstku.
Sewicka strona Ruby witała przyjezdnych widokiem fabryk i zakładów. Kail
niejednokrotnie bywał już w dzielnicy przemysłowej, a jednak zaskoczyła
go tym, jak bardzo się rozrosła. Ze wszystkich stron dobiegał do niego
hałas. Stukot dochodzący z zakładów, warkot silników, odgłos pracujących
maszyn. Po drodze minął kilku robotników w osmolonych ogrodniczkach lub
poprzecieranych ubraniach roboczych. Przypomniał sobie o dedykacji dla
ludzi wiecznie zmęczonych i znów poczuł w środku pulsującą gulę. Zagryzł
zęby i jeszcze bardziej przyspieszył kroku. Przystanął przed przejściem,
by przepuścić nadjeżdżający samochód. Po drugiej stronie ulicy zobaczył
kilka kwitnących krzewów. To zwiastowało nadchodzące lato. Cholera,
jakże inne będzie od zeszłorocznego. Kurwa mać, jaki on był inny!
Wyobraził sobie Charlesa stojącego naprzeciwko. Gdyby faktycznie tak się
stało, bez wahania rzuciłby się ku niemu pędem.
- Dlaczego pan tak stoi? Samochody już przejechały. - Usłyszał ochrypły
głos jakiejś staruszki.
Kasseryjski język momentalnie go otrzeźwił.
- Tak, przepraszam. Zagapiłem się.
Nie wiedział, czy faktycznie mówił z obcym akcentem, czy tylko sobie to
wmawiał. Przeszedł na drugą stronę i skręcił. Szedł wyszczerbionym
chodnikiem i usiłował przypomnieć sobie kilka kwestii. Musi pamiętać, że
w tym świecie jego jasne włosy i niebieskie oczy przestały stanowić
jakikolwiek atut. Należy również przestawić się na myślenie w języku
kasseryjskim. Najważniejszym i zarazem najtrudniejszym zadaniem było
jednak zapomnienie o Charlesie. Dostał możliwość powrotu do swojego
dawnego życia. Skorzystał z niej i nie powinien analizować
alternatywnych wersji rozwoju wydarzeń.
- Podjąłeś decyzję - pouczył samego siebie i skręcił w kolejną boczną
uliczkę.
W oddali ukazał się słynny dom Bukovskich. Kail westchnął głośno i odgarnął włosy z czoła. Bagaż powoli zaczynał mu ciążyć i kolejny raz
dziękował sobie, że nie przyjął od Charlesa gigantycznej walizki, w której Dok wyniósł go z LAB-u. Wspomnienie tamtych chwil wywołało w nim
nostalgię. Obaj byli silni i zaszli tak daleko. Wiele wskazywało na to,
że nawet dalej niż Aleksander pierwszy.
Kail przerwał rozważania i podniósł wzrok. Do furtki zbliżał się
mężczyzna. Adrenalina momentalnie dodała mu sił. Zaczął biec w jego
kierunku. Wszędzie poznałby tę twarz. To aptekarz, ojciec Annuszki.
- Panie Bukovski! - zawołał.
Daniel ledwie zdążył przekręcić kluczyk w furtce, gdy usłyszał wołanie
młodzieńca. Odwrócił głowę w jego stronę, skórzany neseser wypadł mu z ręki. Wówczas i Kail przystanął. Neseser kojarzył mu się z jednym: z feralną zdradą Simona Morka.
- Kail? - wychrypiał mężczyzna.
Zastygł w miejscu i patrzył na niego, jakby zobaczył ducha. Uchylił
usta, lekko klepiąc się po policzku. Zapewne sądził, że ten gest go
ocuci. Chłopak przełknął ślinę. Liczył, że nie będzie zmuszony do
żadnych głębszych wyjaśnień. Postanowił wykorzystać chwilowe zaskoczenie
Bukovskiego, by jak najszybciej zdobyć potrzebne informacje.
- Potrzebuję pańskiej pomocy - rzekł, podchodząc bliżej.
- O Boże, moja teściowa miała rację - powiedział mężczyzna i przyłożył
dłoń do serca. - Wszyscy mówili, że nie żyjesz.
Kail wiedział, że nie powinien się teraz skupiać na zbędnych
szczegółach. Chociaż zaciekawiła go wzmianka o babce Annuszki, nie miał
teraz czasu na dyskusje. Dopóki nie dowie się, gdzie jest jego rodzina,
nie osiągnie spokoju potrzebnego do normalnej egzystencji.
- To długa historia. Teraz szukam swojego brata i ciotki. Czy wie pan,
gdzie ich przesiedlono?
- Nie do wiary, nie do wiary - mruczał pod nosem mężczyzna, drapiąc się
po łysej głowie.
- Musi mi pan pomóc! - powiedział w końcu Kail podniesionym głosem. -
Proszę - dodał ciszej, kiedy uświadomił sobie, że jego ton mógł brzmieć
rozkazująco.
Pan Bukovski podtrzymywał się płotu i oddychał ciężko. Starał się
upewnić, że nie ma żadnych omamów. Próbował ze wszystkich sił
przypomnieć sobie adres, ale nigdy nie miał pamięci do liczb.
- Mieszkają w kamienicy przy ulicy Czerwonej. Obok placu, na którym
dawno temu znajdowała się fabryka. Dojdziesz tam, jak skręcisz w lewo w uliczkę za domem i będziesz szedł cały czas prosto. - Próbował wskazać
mu drogę.
Machnął ręką w lewą stronę. A potem jeszcze raz i kolejny. Kail próbował
nadążyć za jego niedbałymi instrukcjami.
- To daleko?
- Nie. Jakieś piętnaście minut stąd. Najlepiej będzie, jak na miejscu
zapytasz o Gustava Mrukova. On kojarzy lokatorów. - Uśmiechnął się
krzywo po tym, jak wymówił nazwisko Sewity. Jego akurat zapamiętał
bardzo dobrze.
- A kogo mam o niego pytać? - zdziwił się Kail.
- No, ludzi przy ulicy Czerwonej. Mrukova zna każdy. Chociaż spoufala
się z mieszkańcami, nie daj się zwieść. To szycha. Zdecydowanie większa
niż chce, żebyśmy myśleli. To jemu raportują wojskowi. Przynajmniej tak
mówią ludzie.
- A skąd on ma wiedzieć, co się stało z moją rodziną?
- Bo mieszka z lokatorami w tym samym budynku.
- Jakaś sewicka szycha mieszka z Kasseryjczykami? Czy to nie dziwne? -
dopytywał się Kail z powątpiewaniem.
- Nie znasz go. Zresztą, ja tylko powtarzam, co inni mówią. Uważaj na
siebie, synu. - Poklepał go po ramieniu. - Następnym razem możesz już
nie mieć tyle szczęścia.
II. Nietypowe zaproszenie
II.
Nietypowe zaproszenie
Gdzie dwóch się bije, tam trzeci wprowadza zamęt.
Ruba (Kasseria)
Kail szedł we wskazanym przez Bukovskiego kierunku i co pewien czas
pytał o drogę. Niegdyś całkiem dobrze odnajdywał się w tym mieście, a teraz zaczynał się gubić. Czy to z powodu zmian nazw ulic, a może nowych
szyldów sklepów? Po drodze mijał kilka znajomych lokali. Niektóre były
zamknięte. Inne figurowały pod zmienioną nazwą. Musiał się pogodzić z faktem, że Ruba nie była już tą, którą znał. Musiał również zaakceptować
swoje przeznaczenie. Nie dla niego były huczne bankiety. Nie dla niego
było życie wśród elit. Nie dla niego występy w teatrze. I Charles
również nie był dla niego.
Spuścił głowę i utkwił wzrok w czubkach butów. Skórzane oficerki,
jeszcze pachnące nowością. Nie powinny tak wyglądać. Cicho przeklął po
docku i zboczył z wyznaczonej ścieżki. Skręcił w prawo. Wszedł w boczną,
ciasną uliczkę. Zawilgocone ściany budynków porastał gęsty bluszcz.
Czarny kot miauknął głośno i przebiegł mu drogę. Aleksander Weiss
niczego się nie bał, Aleksander Weiss nie wierzył w głupie zabobony.
Pozostał jednak pewien problem. Aleksander Weiss przestał istnieć.
Kail minął omszałe schodki prowadzące na tyły podrzędnego baru i wyszedł
na niewielki plac, na którym kiedyś mieścił się rynek. Tym razem
szczęście go nie opuściło. To miejsce wciąż tętniło życiem. Kail nie
mógł dopuścić do sytuacji, w której zdradzą go szczegóły, a przez
emocjonujące spotkanie z Bukovskim miał ochotę pognać prosto do rodziny.
Uzmysłowił sobie jednak, że w niewielkiej walizce wciąż spoczywa docki
mundur, który zamierzał wrzucić do rzeki.
- Ładne trzewiki - skłamał, pochylając się nad straganem zgarbionej
przekupki.
Były zszarzałe, wytarte, ale podeszwa jeszcze się trzymała. Idealne buty
dla Kaila Karova, kasseryjskiego kelnera.
- Podobają ci się, młodzieńcze? - Uśmiechnęła się szeroko, z dumą
prezentując lśniący srebrny ząb.
Karov postanowił od razu przejść do rzeczy. Nie powinien tracić czasu na
pogaduszki. Schylił się, by rozwiązać sznurowadła, a następnie zdjął
prawy but i otrzepał go z piasku.
- Takich pani nie widziała i takie są tutaj trudno dostępne. Wymienię je
na te trzewiki. - Wskazał na obdrapane buty stojące na straganie. -
Jeśli pani dorzuci mi jeszcze trzydzieści piór. Uważam, że to uczciwa
propozycja.
Na widok nowych oficerskich butów aż zaświeciły jej się oczy. Skóra
wciąż była błyszcząca. Na takie z pewnością znajdzie kupca! Gdy Kail
wspomniał o dopłacie, uniosła swoje krzaczaste brwi. Pomarszczona dłoń
bezwiednie zaczęła bawić się bransoletą.
- Skąd ty się urwałeś, młodzieńcze? Jakie pióra? Przecież kasseryjska
waluta przestała obowiązywać. Do obiegu wprowadzono sewickie vormity. Co
powiesz na wymianę i czterdzieści vormitów?
Chłopak wyobraził sobie stojącego obok Charlesa Vogla. Niemal słyszał,
jak go poucza i upomina, że nie powinien przyjeżdżać tak pospiesznie,
bez przygotowania. Kail nie znał przelicznika, więc musiał się wykazać
sprytem. Podszedł do sąsiedniego stoiska, na którym jakiś młodzik
sprzedawał warzywa.
- Ile za worek ziemniaków? - zapytał głośno.
- Osiemdziesiąt vormitów - odparł sprzedawca.
Wrócił do kobiety, której raptownie zrzedła mina.
- Zgodzi się pani na wymianę i zapłaci sześć razy tyle co za worek
ziemniaków albo poszukam innego sprzedawcy. To i tak dobra cena.
Kobieta zazgrzytała zębami, ale ostatecznie kiwnęła głową. W ten oto
sposób dobili targu. Kail zmienił buty i ponownie oddalił się w stronę
ponurej uliczki. Chciał skręcić w lewo. Niczego więcej nie pragnął, niż
ruszyć w kierunku ulicy Czerwonej i odnaleźć tajemniczego Gustava
Mrukova. Musiał jednak ustalić pewne priorytety. W jego walizce wciąż
spoczywały mundur i płócienny worek. Słowa Bukovskiego dały mu do
myślenia. W normalnych okolicznościach pozbyłby się go w nocy. Gdy
usłyszał, że jego bliskich dogląda jakaś wojskowa szycha, zmienił
zdanie. Nie mógł mieć przy sobie zakazanych przedmiotów. Ruszył więc
przed siebie. Wiedział, że prowadzi wyścig z czasem. Ludzie wychodzili
już z pracy, a wybrzeża rzeki Morgi stanowiły wprost idealne miejsce dla
spacerowiczów. Do obleganych punktów należał także most Laskovski, po
którym można było przejść na drugi brzeg. Karov zamierzał wrzucić
pakunek do wody, ledwie jednak wszedł na pomost, zobaczył w oddali
punkt, który wzbudził w nim niepokój. Jakieś bramki. Czemu służyły?
Dopiero gdy minął go przejeżdżający samochód o obcych rejestracjach,
uzmysłowił sobie, że było to przejście graniczne. Po drugiej stronie
stacjonowali Docy.
- Idiota - skarcił samego siebie i momentalnie zawrócił.
Zaczynał rozumieć, dlaczego Charles tak bardzo buntował się przed jego
przyjazdem do Ruby. On się po prostu szalenie martwił. Tu każdy ruch
wystawiał Karova na niebezpieczeństwo. Vogel pojął jednak, że nie może
odbierać mu prawa o decydowaniu o sobie, nawet jeśli te wybory miały
nieść ryzyko. Docki mundur skrywany w walizce i tatuaż ukryty pod
apaszką stanowiły aktualnie jego największy problem. Pierwszego musiał
się pozbyć, drugiego powinien strzec. I lepiej, żeby zamienił jed-wabną
apaszkę na coś, co nie rzuca się w oczy. Nadchodziło lato i nie mógł już
zakrywać się długimi rękawami.
Szedł chwilę zrezygnowany, gdy nagle jego uwagę przykuł kiosk. Niewiele
myśląc, wychylił się do okienka.
- Buteleczkę nafty i zapałki poproszę - powiedział, delektując się
każdym kasseryjskim wyrazem.
- A co pan będzie palił? - zapytała z uśmiechem wyjątkowo atrakcyjna
kasjerka.
- Pamiątki po mojej byłej - odparł.
Zachichotała i podała mu wszystko w papierowej torbie. Karov zapłacił
pieniędzmi, które uzyskał ze sprzedaży butów. Nie chciał sięgać do
ukrytych w walizce dockich kłów. To byłaby ostateczność.
Ponownie wrócił na tę samą ulicę, ale zamiast iść w opisanym przez
Bukovskiego kierunku, skręcił w stronę ciasnej uliczki. Przy omszałych
schodkach prowadzących na zaplecze baru stał spory kosz na śmieci. Była
pora obiadowa, liczył więc, że nikt nie zwróci na niego uwagi. Otworzył
walizkę, wyjął z niej docki mundur i szybkim ruchem wrzucił do
pobliskiego kubła. Zajrzał do papierowej torby i uzmysłowił sobie, że
oprócz zakupionych przedmiotów atrakcyjna kasjerka dorzuciła mu również
karteczkę ze swoim numerem telefonu. Szkoda. Niewiele myśląc, torba
również trafiła do metalowego kubła na śmieci. Następnie oblał jego
zawartość naftą i wrzucił zapałkę. Chwilę patrzył na ulatniający się
dym. Wiedział, że nie powinien pozostawać w tym miejscu zbyt długo.
Jeśli docki mundur spłonie w całości, wezmą jego czyn za akt wandalizmu.
Jeśli nie, ludzie będą snuć różne domysły i teorie spiskowe, ale bez
jego udziału. Właśnie dlatego Kail się ulotnił, a wraz z nim zniknął
jeden z dowodów obecności w Wilczym Dworze.
W stronę ulicy Czerwonej kierował się z drżącym sercem. Na torsie, za
cienkim materiałem koszuli spoczywały dokumenty Aleksandra i przepustka,
z której nigdy nie zamierzał korzystać. Bał się, że Mrukov przeszuka mu
walizkę. Musiał być ostrożny. Przeczuwał, że zostanie przepytany,
dlatego miał gotową historię.
- Mój Aleksander niczego się nie boi - powtórzył pod nosem słowa
Charlesa.
Kilka głębszych oddechów. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Przecież już
wybrał. I wybrał mądrze. Teraz będzie się trzymać obranej ścieżki. Wtem
jego uwagę zwrócił nastolatek przejeżdżający na rowerze. Bingo.
- Przepraszam! - zawołał i podbiegł w jego stronę.
- Tak? - rzekł tamten, zwalniając.
- Gdzie znajdę kamienicę Gustava Mrukova?
- To tamten budynek z czerwonej cegły - odpowiedział młodzik.
Kail podziękował mu, ukłonił się za grzecznie niż wymagała tego okazja i przyspieszył kroku. Szedł we wskazanym kierunku, aż jego oczom ukazał
się spory plac otoczony kwitnącymi krzewami. Nim zdążył do niego
podejść, usłyszał pisk opon. Samochód za nim zatrzymał się nagle.
Wysiadł z niego mężczyzna w czarnej koszuli i niedbale narzuconej na nią
kamizelce. Na ramionach dumnie prezentowały się sewickie pagony. Kail
zwrócił twarz w jego stronę, a wtedy ten pobladł.
- Rodion. - Z jego ust wyrwało się jedno słowo, którego Kail nie znał i którego znaczenia nie rozumiał.
- Przepraszam, mówi pan do mnie?
Na twarzy nieznajomego pojawił się dziwny uśmiech. Konsternacja ustąpiła
na rzecz nieznanej, innej emocji, której Kail nie potrafił
zinterpretować.
- Nic takiego. Coś sobie mruknąłem pod nosem - rzekł beztrosko
mężczyzna, przeczesując przydługą brązową grzywkę. - Mogę ci pomóc?
Wyglądasz na zagubionego - przyznał z nutą troski.
Kail ściągnął brwi. Po miesiącach trudnych doświadczeń nie stracił
czujności, jednak musiał uzyskać niezbędne informacje. Mężczyzna mówił
po sewicku, wplatając do tego języka pojedyncze kasseryjskie słowa.
- Szukam Anny i Maksymiliana Karovów - oznajmił Kail tak poważnym tonem,
na jaki tylko potrafił się zdobyć.
- To się świetnie składa, bo będą dziś na moim przyjęciu w nowo otwartym
lokalu towarzyskim - odparł, podszedł do Kaila i chwycił go pod lewe
ramię. - I ty też czuj się zaproszony. Chodź, zaprowadzę cię. Zrobimy
twoim bliskim niespodziankę.
Prawa dłoń Karova mocniej zacisnęła się na rączce walizki. Ta nagła
wylewność wcale go nie zaskoczyła. Przeżył już Charlesa, który w towarzystwie traktował go jak narzeczonego. Przeżył jego matkę, która
przy każdej okazji zadawała mu osobiste pytania. I wreszcie przeżył
Lutza Vogla, który okazał się wyrachowanym psychopatą. Dlaczego
dziwaczne zachowanie wysoko postawionego Sewity miałoby go zaskoczyć?
- Dobrze - powiedział wyuczonym, zaczerpniętym od Charlesa tonem.
Jego obojętny głos zaskoczył Mrukova. Zwykle miał do czynienia z trzema
rodzajami Kasseryjczyków. Przestraszonymi, przypochlebiającymi się lub
podejrzliwymi. Ten chłopak zdawał się nie zaliczać do żadnej z tych
grup.
- Pan nazywa się Kail? - zapytał Mrukov, łącząc fakty. Po cichu liczył,
że zaskoczy chłopaka swoją wiedzą.
- A pan nazywa się Gustav - oznajmił Kail bez zająknięcia.
Mrukov ponownie się zdziwił. Wszystko wskazywało na to, że ten był dość
dobrze zorientowany. Zrobiło się ciekawie. Gustav postanowił wyłożyć
kolejną kartę na stół i dać chłopakowi odczuć, że wie o nim więcej, niż
ten mógłby przypuszczać.
- Pana kuzyn myśli, że pan zginął. Och, jaka to będzie niespodzianka!
Przeszli przez plac. Uwagę Karova zwróciła sucha, jakby od lat
nieużywana fontanna. Najbardziej interesujący okazał się jednak duży
stojący na placu budynek. Podobnie jak ich kamienica był wzniesiony w całości z czerwonej cegły. Kształt, komin i masywne drzwi wskazywały
jednak, że pierwotnie nie pełnił funkcji budynku mieszkalnego.
- To tam znajduje się pana lokal? - Kail zmienił temat.
- Tak, wszystko ci pokażę, a teraz chodźmy.
Gustav przyspieszył, a Kail musiał dorównać mu kroku. Już po zamienieniu
kilku zdań mężczyzna wydał się Karovowi podejrzanie wesoły, a w tych
okrutnych czasach była to nietypowa cecha. Wręcz niepokojąca. Cały czas
pamiętał jednak słowa Bukovskiego. Wiedział, że musi się pilnować. Ważyć
każde słowo. Być możliwie szarym, zwykłym i nierzucającym się w oczy
człowiekiem.
- Nie wiem, czym zasłużyłem sobie na życzliwość z pana strony, ale nie
chciałbym pana fatygować. Właściwie to wystarczy mi jedynie wskazanie
adresu - rzekł w końcu Kail.
Mężczyzna spojrzał na niego i obdarzył chłopaka jednym ze swoich
szerokich uśmiechów. Karov odniósł wrażenie, że w jego zielonych oczach
widzi cień obłędu.
- Przejdźmy na ty, towarzyszu.
- To byłoby chyba niestosowne - rzekł, pod żadnym pozorem nie chcąc
burzyć dzielącego ich dystansu. - Pan jest właścicielem również tych
kamienic? - Wskazał na budynki stojące przy gmachu starej fabryki.
Podejrzewał, że gdzieś tam jest jego rodzina. Wolałby zapukać. Przywitać
się. Mieć chwilę prywatności. Zamiast tego musiał grać w kolejną gierkę,
nie wiedząc, jaki cel ma jego rozmówca.
- Och, jak ja nie lubię słowa "właściciel". Jest takie pretensjonalne,
nie sądzisz? - zapytał, na co Kail wzruszył ramionami. - Staram się
wprowadzić w kamienicach wspólnotowy charakter. Nie ignoruję tego, co
dzieje się u innych lokatorów. Przecież regularnie ich widuję, przecież
mieszkamy w jednym budynku.
Skierowali się na tyły starej fabryki. Po drodze minęli grupkę mężczyzn,
którzy na widok Gustava zdjęli czapki i kiwnęli głowami.
- Widzisz, jak mnie szanują? - zapytał Mrukov.
Kail bardzo dobrze znał reakcje ludzi, których sam określał mianem
wiecznie zmęczonych. W ich oczach nie widział podziwu, tylko strach.
Najchętniej podziękowałby Gustavowi za pomoc i na własną rękę rozejrzał
się po okolicy, pytając o Karovów innych mieszkańców pobliskich
budynków. Miał jednak pecha, że trafił na Mrukova, a ten najwyraźniej
tutaj rządził. Nie mógł uciec z planszy, gdy gra już się rozpoczęła.
- Dlaczego nie chcesz po prostu podać mi numeru mieszkania i budynku?
Gustav zatrzymał się w połowie kroku. To, że proponował mu przejście na
"ty", nie oznaczało, że przypuszczał, iż chłopak ostatecznie na to
przystanie.
- Lubię oglądać ludzkie reakcje. Kiedyś marzyłem, żeby zostać reżyserem
albo scenarzystą...
Karov uniósł brew. Gustav ciągle zmieniał temat i uciekał od odpowiedzi
na najważniejsze pytania.
- Sprawiasz więc wrażenie człowieka pracy, a takim ludziom nie wolno
przeszkadzać i przesadnie odrywać ich od codziennych obowiązków,
nieprawdaż?
Zatrzymali się przed odrapanymi starymi drzwiami prowadzącymi na
zaplecze lokalu. Mrukov skrzyżował ręce na ramionach i spojrzał swojemu
rozmówcy prosto w oczy. Spryt Kaila spodobał mu się na tyle, że
postanowił na chwilę naruszyć zasady gry, którą zaczął z nim toczyć.
- Pocałowałbyś klamkę albo zostałbyś odprawiony przez współlokatorów.
Anna obecnie jest w pracy. Maksymiliana również nie ma w domu. Za dwie
godziny organizuję pierwsze spotkanie w nowo otwartym lokalu dla
mieszkańców kamienicy. Posadzę was przy jednym stoliku. To naprawdę
dobry pomysł.
Usta Kaila zacisnęły się w wąską kreskę. Wiedział, że w tej propozycji
był jakiś haczyk, ale nie potrafił tego z Gustava wyciągnąć. Żałował, że
nie spalił dokumentów Aleksandra Weissa.
- Nie wiem, jak się odwdzięczyć. Obawiam się, że nie mam pieniędzy.
Możesz przeszukać moją walizkę - rzekł w końcu.
Liczył, że gdy sam to zaproponuje, Gustav nie wykaże zainteresowania
przeszukiwaniem jego rzeczy.
- Nie ma takiej potrzeby - rzekł Mrukov wesołym tonem i poklepał
chłopaka po ramieniu. - A teraz chodź za mną.
Nacisnął rdzewiejącą klamkę i drzwi otworzyły się z głośnym
skrzypnięciem. Mruknął pod nosem, że będzie musiał je naoliwić, ale Kail
w żaden sposób nie zareagował na ten komentarz. Grunt, że uniknął
przeszukiwania. Jeżeli jednak Gustavowi nie chodziło o pieniądze i nie
miał innych podejrzeń dotyczących zawartości jego walizki, to co nim
kierowało?
Pomieszczenie, do którego weszli, przypominało magazyn. Pod ścianami
stały ciężkie metalowe regały, na których pracownicy ustawiali puszki
konserw, słoiki przetworów, kartony kasz i worki z mąką. Minęli dwóch
mężczyzn turlających ciężkie drewniane beczki pod ścianę.
- To akurat bardzo dobre wino. Sprowadziliśmy je z południa. Myślę, że
przypadnie do gustu bardziej wyrafinowanym podniebieniom. Twój
współlokator będzie pędził dla nas bimber. Ten alkohol jest popularny
wśród Kasseryjczyków, prawda? - Gustav wszedł po kilku niskich schodkach
na podest.
- Mój współlokator? - zapytał Kail, próbując za nim nadążyć.
- No, Alfred Popovski. Bo zakładam, że zechcesz zamieszkać z bliskimi?
Kail nie odpowiedział, tylko kiwnął głową, próbując nie zagubić się w natłoku informacji. Tymczasem Mrukov wyjął z kieszeni pęk kluczy i zaczął przeglądać je pod światłem w poszukiwaniu właściwego. Wówczas
Karov obejrzał się przez ramię i zauważył, że pracownicy przyglądają mu
się z ciekawością.
- Już mam - powiedział Gustav, przekręcając klucz w drzwiach.
Zamek był stary i wysłużony, dlatego musiał użyć siły, aż ten ustąpił.
Od progu uderzył Kaila odurzający zapach kadzideł. Znaleźli się w długim
korytarzu wyłożonym kilkoma perskimi dywanami. Wzorzysta tapeta raziła w oczy krwistą czerwienią, a postać damy z nagim biustem spoglądała na
nich z obrazu. W dłoni trzymała przekrojony owoc i lubieżnie zlizywała
sok, który spływał jej po nadgarstku. Wcześniej Kail nie potrafiłby go
nazwać, ale po pobycie w Wilczym Dworze wiedział, że to mango.
- Zaprosił pan rodziny mieszkające w kamienicy na otwarcie burdelu? -
zapytał szczerze Kail.
- Nieee... Tak. W sumie to poniekąd tak. Ale burdel jest tylko w tej
części. W tej drugiej, do której zaraz przejdziemy, jest zwykły bar. Tu
będą dziwki, a tam będzie można napić się wódeczki i zjeść kotlety
mielone. Zatrudniłem świetną kucharkę, a Kasseryjczycy uwielbiają
wódeczkę i kotlety mielone. Będą też zakąski, ogórki, grzyby marynowane,
gry karciane na pieniądze. Każdy znajdzie tu coś dla siebie - powiedział
wyraźnie dumny ze swojego pomysłu na biznes.
Tym razem Kail nie zdołał zachować kamiennego wyrazu twarzy. Patrzył na
Gustava szeroko otwartymi oczami. Nim zdążył coś powiedzieć, w korytarzu
pojawiły się dwie osoby. Była to blondynka z orlim nosem w czerwonym
gorsecie i niski, szczupły chłopak z kręconymi włosami. Miał ciemną
karnację, wydatne usta i złote kolczyki w uszach. Niewątpliwie pochodził
z innego kraju. Kail nigdy nie widział człowieka, który choć w najmniejszym stopniu byłby do niego podobny. Tajemniczy chłopak wraz ze
swoją towarzyszką nieśli belkę czerwonego aksamitu. Na widok materiału
Gustavowi zabłysły oczy.
- Wyśmienicie! Więc udało się go sprowadzić. - Pogładził tkaninę. -
Myślę, że Anna Karov zgodzi się uszyć zasłony do pokojów dla bardziej
wyrafinowanych gości.
- Gdzie go zanieść? - zapytała blondynka.
- Może do pokoju numer sześć na końcu korytarza. - Wskazał im drogę. - I za pół godziny chcę widzieć kelnerów przy barze. Tylko pamiętajcie o stosownym odzieniu. To nie jest dobre na otwarcie. Na początek strój
musi być dość uniwersalny - rzekł i zahaczył palcami o kokardkę przy
dekolcie jej gorsetu.
Dziewczyna poczerwieniała onieśmielona tym ruchem.
- Też mam się stawić? - zapytał chłopak.
Sewicki był na tyle podobny do kasseryjskiego, że Kail bez problemu
rozumiał Gustava. Gdy jednak przemówił tajemniczy cudzoziemiec, musiał
się dokładnie wsłuchać, aby go zrozumieć. Mówił po sewicku, ale z dziwnym, trochę śpiewnym akcentem.
- Nie, Rami. Ty nie. Kasseryjczycy otwarcie twierdzą, że nie lubią
urozmaicenia. Pod tym kątem są trochę podobni do Doków. Niby walczą o swoje idee, a jednak skrycie mają się za tych lepszych. Na tym właśnie
polega ich słabość, a gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. -
Uśmiechnął się pod nosem. - Kelner o takim wyglądzie może budzić
zgorszenie. Dajmy im więc to, co znają i lubią. Kelnerki w dłuższych
spódnicach, ale z głębszymi dekoltami, wódeczka, zakąski, kotlety
mielone. Na urozmaicenia przyjdzie pora i raczej będzie do nich
dochodzić w tej części budynku.
Porównanie Kasseryjczyków do Doków zaskoczyło Kaila, a jednocześnie dało
mu do myślenia. Po raz pierwszy zgodził się z Gustavem w pewnej kwestii:
obie nacje podskórnie uważały się za najlepsze. Dopiero po wizycie w Docji uzmysłowił sobie, jak bardzo uprzedzeni w wielu kwestiach byli
jego rodacy.
- O czym myślisz? Dziwnie zamilkłeś. - Gustav spojrzał badawczo na
Karova.
- Nie jestem pewien, czy Kasseryjczycy faktycznie aż tak bardzo lubią
kotlety mielone.
- Lubią, odkąd wprowadzono kartki na mięso. Prawdziwą pułapką ludzkiej
natury jest to, że najbardziej pragniemy tego, czego nie możemy mieć.
III. Niespodzianka Mrukova
III.
Niespodzianka Mrukova
Nie ciesz się, żegnając starą tęsknotę.
Nowa już puka do twoich drzwi.
Ruba (Kasseria)
Gustav zaprowadził Kaila do głównej sali, która na pierwszy rzut oka
faktycznie nie budziła żadnych skojarzeń z domem publicznym. Bar
zdecydowanie nie był najelegantszym, jaki widział Karov, a jednak
stanowił przyjemny kontrast dla obskurnego magazynu. Z wyjątkowo
wysokiego sufitu zwisały trzy stare żyrandole, rzucając żółtawe światło
na i tak dość ciemne wnętrze. Podłogę wyłożono jasnymi kafelkami, a na
półkach za nieco obdrapanym drewnianym barem dumnie połyskiwały butelki
drogich alkoholi. Jak przypuszczał Kail, pełniły głównie funkcję
dekoracyjną, bo niewielu Kasseryjczyków mogło sobie pozwolić na zakup
szczególnie wyszukanych drinków.
- Tym obiektem będą zarządzać moje dwie siostry. Niedługo poznasz
Anastazję i Ivankę - powiedział Gustav, gdy wraz z Kailem usiedli przy
barze. - Blanko, proszę o dwie filiżanki mocnej czarnej kawy. -
Wyszczerzył się szeroko do brunetki stojącej za barem. Kobieta miała
oliwkową cerę, grube, czarne brwi i kolczyk w nosie. Kail nigdy nie
widział podobnej ozdoby. Szybko sobie uzmysłowił, że Gustav zatrudniał w swoim lokalu wielu cudzoziemców. Co ciekawe, do większości z nich
zwracał się po imieniu, jakby chciał celowo zmniejszyć dystans. - W najbliższym czasie zamierzam zatrudnić jak najwięcej Kasseryjczyków.
Łatwo będzie szukać pracowników wśród mieszkańców kamienic, a tutaj,
jak zauważyłeś, potrzeba rąk do pracy - wyjaśnił, jakby czytał Karovowi
w myślach.
Chłopak pokiwał głową. Nagle przed nimi znalazły się dwie filiżanki,
cukiernica i dzbanuszek ze śmietanką. Kail miał przeogromną ochotę, by
poprosić o syrop z czarnego bzu, ale wiedział, że dockie zwyczaje
powinien zostawić za sobą.
- Więc w kamienicach mieszkają osoby eksmitowane z terenów, które
zostały włączone do strefy A? - odezwał się w końcu Karov.
- Częściowo tak, ale nie tylko. To wszystko zależy od naszych ustaleń z Dokami. Wiem, że wy nie żyjecie z nimi zbyt dobrze, ale my, Sewici,
jesteśmy inni. Nie dbamy o jakieś różnice genetyczne.
Kail uniósł brew. Mrukov wcale nie kojarzył mu się z ostoją tolerancji.
Sprawiał wrażenie kogoś, kto pilnuje swoich interesów, choć tłumaczy
własne działania dbałością o dobro publiczne. Chłopak obiecał sobie, że
w obecności Gustava nie wypowie się na temat politycznych przekonań. Nie
ufał mu. Chciał tylko odnaleźć rodzinę i zapewnić bliskim bezpieczny
byt.
- Rozumiem - rzekł w końcu Kail i upił łyk kawy.
Nie takiej odpowiedzi oczekiwał Mrukov. Chciał, aby Karov odniósł się do
jego słów. Chłopak znów przybrał jednak ten wyraz twarzy, z którego nie
potrafił nic wyczytać. Postanowił więc zapytać wprost.
- Niezmiernie nurtuje mnie jedna rzecz. Jak właściwie doszło do tego, że
twoi najbliżsi myślą, że nie żyjesz? Faktycznie wymknąłeś się śmierci?
Nie martw się, ja nie donoszę Dokom na moich lokatorów. Współpracujemy w kilku kwestiach, to prawda, ale nie zamierzam ingerować w ich sprawy, a zwłaszcza donosić - oznajmił i przyłożył dłoń do serca.
Karov zrozumiał, że musi grać. Parsknął śmiechem i z udawanym
rozbawieniem pokręcił głową.
- Więc zaprosiłeś mnie tu, aby się tego dowiedzieć? Tak sądziłem, że
usłyszę to pytanie. Muszę cię jednak rozczarować, to wcale nie jest
ciekawa, porywająca historia - stwierdził pewnie.
Dyskretnie spojrzał na opartą o stołek barowy walizkę. Miał ją na oku,
lecz wciąż czuł się niepewnie, jakby w dowolnej chwili ktoś mógł
podbiec, zabrać ją i uciec.
- Pozwól, że ja to ocenię - odpowiedział Gustav.
- Dobrze. Pomyśl o ludziach mijanych codziennie na ulicach Ruby.
Wiecznie zmęczeni, przepracowani, przesiąknięci stresem, żyjący w poczuciu bezsensu. Byłem, a właściwie jestem jednym z nich. Lubisz
obserwować ludzi, więc zapewne wiesz, jak silny jest w nich instynkt
przetrwania.
- I jak to się ma do twojego losu?
- Czy tamtego feralnego dnia faktycznie zadarłem z docką władzą? Tak,
ale z pychy, nie dla wyższych idei. Mogłem mieć nieprzyjemności, więc
zacząłem uciekać. Pracowałem wówczas w barze i łapałem różne kontakty.
Pomógł mi jeden z poznanych tam znajomych. Tak się złożyło, że wracał w rodzinne strony, daleko stąd. Zabrałem się z nim i wywiózł mnie do
swojego domu na skraju lasu.
Gustav zmarszczył czoło, próbując wyobrazić sobie poszczególne elementy
tej historii.
- Docy lubią przeszukiwać auta. Bywają drobiazgowi. Jak to się stało, że
cię nie znaleźli?
- Gdy było niebezpiecznie, ukrył mnie w walizce. Nie takiej jak ta, ale
naprawdę dużej. - Skinął na bagaż oparty o stolik. - Proszę się nie
martwić, nie przywiozłem ze sobą kolegów. W tej zmieściłby się co
najwyżej zając.
- I co robiłeś w tym domu na skraju lasu? - dopytywał się Gustav.
- Pomagałem jego rodzinie w różnych drobnych robótkach. Naprawiałem
zlewy, maszyny do szycia, czasem doglądałem dzieci. Wszystko po trochu.
- Dlaczego nie kontaktowałeś się z bliskimi? Domyślasz się, jak to
przeżywali?
Kail pokiwał głową. Dopił kawę i postawił na blacie pustą filiżankę.
- Oczywiście, że tak. To byłoby jednak zbyt niebezpieczne. Nie chciałem
narażać ani ich, ani siebie. Czekałem więc do momentu, aż wszystko
przycichnie. Boję się, że jakiś Dok mógłby mnie rozpoznać.
- A czym im tak podpadłeś?
- Przenosiłem tajne dokumenty. Nie znałem jednak ich treści, bo nie
należały do mnie. To był wypadek.
Mrukov musiał przyznać, że chłopak umiał odpowiedzieć na każde pytanie.
Nie zastanawiał się, nie jąkał, co w pewien sposób dodawało mu
wiarygodności.
- A dlaczego ostatecznie wróciłeś i jak ci się udało to zrobić?
- Wszyscy mówili o podziale kraju, ale kluczowy był dla mnie mur
przechodzący przez Rubę. Liczyłem na to, że po sewickiej stronie będę
bezpieczny. Odczekałem swoje, a potem do Ruby podrzucił mnie wuj
znajomego, który przyjeżdżał tu w interesach.
- Jak nazywa się rodzina, która cię przyjęła?
Kail westchnął ciężko i spojrzał w oczy swojego rozmówcy. Nie wiedział,
na ile może sobie pozwolić, ale intuicja podpowiadała mu, że Gustav nie
bez powodu zmniejszył dzielący ich dystans.
- Czy nasza miła rozmowa naprawdę musi się zmieniać w przesłuchanie? Nie
mogę zdradzić nazwisk, ponieważ złamałbym obietnicę. Chyba nikt nie lubi
niesłownych ludzi. Na kogo bym przed tobą wyszedł?
Tym razem usta Gustava wykrzywiły się w lekkim uśmiechu. Czy uważał, że
wszystko, co powiedział mu chłopak, było w stu procentach prawdą?
Niekoniecznie, a jednak ta historia miała kilka logicznych i spójnych
elementów. Celem Mrukova nie było jednak ustalenie prawdziwego przebiegu
wydarzeń dotyczącego rozdzielenia Kaila z rodziną. On miał wobec tego
chłopaka zupełnie inny plan.
Anna pochyliła się nad małym pękniętym lusterkiem, aby upiąć włosy.
Miała wrażenie, że od zniknięcia Kaila przybyło jej zmarszczek, a cienie
pod oczami się pogłębiły.
- Więc to pewne, że dostałeś pracę w "Krzywym Dziobie", tak? - zapytała
syna po raz kolejny.
Maks siedział na krześle przy stole, bezwiednie bawiąc się leżącym na
nim naparstkiem. Matka bombardowała go pytaniami o pracę. Jego
cierpliwość prawie osiągała limit, próbował jednak skupić się na tym, w jak trudnej są sytuacji. Brał kilka głębszych wdechów, tłumacząc sobie,
że kobieta po prostu bardzo przejmowała się ich bytem. Ich sytuacja
jeszcze nigdy nie była tak ciężka.
- Tak, i rozmawiałem z właścicielem. To naprawdę miły facet.
Na tym etapie wolał jej nie wspominać, że Konrad Radecki był szefem
oddziału operacyjnego w strefie B i kierował ruchem oporu po sewickiej
stronie Ruby. Anna często powtarzała, że nie chce stracić drugiego syna,
dlatego nie zamierzał niepokoić jej faktem, że wciąż angażował się w działalność ruchu oporu.
- Jak wyglądam w tej sukience? - Zza sznura na pranie usłyszeli radosny
świergot Veroniki Popovskiej, prezentującej rodzicom swój odświętny
strój.
Współlokatorzy Karovów emocjonowali się zaproszeniem do lokalu Mrukova i nie kryli swojej radości.
- To nie wesele - mruknął Maks, ale matka dyskretnie kopnęła go pod
stołem.
Ostatnim, czego teraz potrzebowali, były konflikty w domu.
- Wychodzimy. W końcu na takie wydarzenie nie wypada się spóźnić - rzekł
Popovski i wyłonił się zza prowizorycznej kotary w towarzystwie córki i żony.
Sięgnął po wiszący na wieszaku kaszkiet i posłał Karovom pełne litości
spojrzenie. Do przyjęcia pozostało piętnaście minut, a oni nawet się nie
spieszyli.
- Zamierzasz pójść w tej podomce? - Klementyna zmierzyła znoszoną
sukienkę Anny pogardliwym spojrzeniem.
Alfred zmrużył oczy i pokiwał głową na znak, że zgadza się z komentarzem
żony. Maks raptownie poczerwieniał. Potrafił wiele znieść, ale obelg w stosunku do matki tolerować nie mógł.
- Nie, kurwa, ja zamierzam w niej pójść. Jeszcze powiem Mrukovowi, że ty
mi kazałeś - warknął w stronę Popovskiego.
Olbrzymie policzki i szyja Alfreda przybrały odcień dojrzałego pomidora.
Żyła na jego skroni zaczęła pulsować. Klementyna już wiedziała, że jej
mąż się zdenerwował. Szybko chwyciła go za ramię.
- Chodź, bo się spóźnimy. Nie warto tracić na nich czasu - powiedziała i pociągnęła go w stronę drzwi.
W innych okolicznościach Popovski by nie odpuścił, ale tym razem
faktycznie zależało mu na czasie. Chciał zająć dobre miejsca i świetnie
wypaść przed towarzyszem Mrukovem. W końcu na przyjęciu będzie podany
jego bimber. Oczami wyobraźni widział, jak zgarnia pochwały od lokatorów
zajmujących sąsiednie stoliki.
- Masz rację - warknął.
Maks ścisnął naparstek w dłoni tak mocno, jakby chciał rozgnieść go w drobny mak. Gdy wreszcie drzwi za Popovskimi się zamknęły, podniósł
głowę, a z jego ust wyrwało się kilka niekontrolowanych przekleństw.
- Za jakie grzechy przyszło nam mieszkać z agresywnym przygłupem w budynku zarządzanym przez psychopatę?!
- Nie wiem, los nigdy nie był sprawiedliwy dla naszej rodziny -
powiedziała Anna i wstała.
- Jeszcze się nie domyślili, że czekamy, by wyszli pierwsi, bo nie
chcemy iść razem z nimi. - Parsknął Maks.
Anna okryła ramiona haftowaną chustą niegdyś gustowną i elegancką, dziś
wypłowiałą i cerowaną w kilku miejscach.
- Narzuć coś na siebie, Maks. Wieczory mogą być chłodne.
- Nie ma takiej potrzeby. W środku dosłownie płonę z oburzenia i złości.
Zostało pięć minut do planowanego otwarcia lokalu, gdy Maks i Anna
opuścili kamienicę. Nie spieszyli się. Zaproszenie od Mrukova traktowali
raczej jak przykry obowiązek. Żadne z nich nie zamierzało sprzedać
honoru za drobne przekupstwa.
Przed głównym wejściem do budynku ustawiła się spora kolejka. Karovowie
stanęli na jej końcu i dopiero wtedy Maks zwrócił uwagę na szyld
zawieszony nad drzwiami.
- "Pijany Żuraw". Też wymyślił. - Prychnął Maks.
- A to nie jest tak, że wy, Kasseryjczycy, lubicie wszelkie ptasie
nawiązania? - odezwała się nagle kobieta z wyraźnym sewickim akcentem.
Dopiero wtedy Maks zauważył, że tuż obok nich stały dwie siostry Gustava
Mrukova. Ivanka w męskim mundurze, z wiecznie zaciętą miną i pogodna
Anastazja w ołówkowej spódnicy. Karov przełknął ślinę. Przed oczami
przewinęło mu się wspomnienie piwnicy Gustava i pomyślał, że nie
chciałby im podpaść.
- W naszym godle jest ogniwaczek, nie jakieś dowolne ptactwo -
powiedział, choć bez większego przekonania.
- Mniejsza o to. Nie musicie stać w kolejce. Macie rezerwację - rzekła
Anastazja i uśmiechnęła się szeroko.
Anna i Maks popatrzyli na siebie. Jaka rezerwacja? Czyżby Mrukov
przygotował kolejny podstęp?
- To pewnie pomyłka. Nie przypominam sobie, żebyśmy robili rezerwację -
powiedziała pani Karov.
- Ale jest rezerwacja na wasze nazwisko. Chodźcie z nami - odparła
rozweselona Ivanka.
Jej uśmiech wydawał się Maksowi jeszcze bardziej złowieszczy niż u samego Gustava. Przeszły go nieprzyjemne ciarki, a jednak wyszli wraz z matką z kolejki. Posłusznie dali się poprowadzić Sewitkom. Oboje
powtarzali sobie w duchu, że przecież niczym nie zawinili. Początkowo
Maksowi przeszło przez myśl, iż współlokator na niego doniósł. Gdy
jednak przystanęli przy drzwiach, jego wzrok odszukał wśród stojących w kolejce zaskoczone spojrzenie Alfreda Popovskiego. Wyglądał na równie
zdziwionego co Karovowie.
- No, chodźcie, śmiało. Nie ma się czego bać. Obiecuję! - zawołała
beztrosko Anastazja.
Weszli do sali, z której dochodziła sewicka muzyka popularna. Męski głos
płynący z głośników zdawał się zawodzić tak żałośnie, że Maks naprawdę
walczył ze sobą, by po raz kolejny nie przewrócić oczami. Pozostali
goście powoli zajmowali miejsca. Ich posadzono przy okrągłym stoliku
ustawionym najbliżej baru. Anna się rozejrzała i pomyślała, że lokal
Gustava wyglądał lepiej, niż śmiałaby przypuszczać.
- Poczekajcie tu. Kelner zaraz przyniesie wam zamówione dania -
powiedziała Anastazja.
- Ale my niczego nie zamawialiśmy - rzekła stanowczo Anna.
- Wychodzi na to, że na wasze nazwisko zostały zamówione dania z naszej
karty - oznajmiła Ivanka i zajrzała do czarnego notesu.
Przez chwilę udawała, że przegląda kartki. Ostatecznie wzruszyła
ramionami i wraz z Anastazją udały się w swoją stronę.
- Te siostry Mrukov są przerażające. Myślisz, że to jakaś pułapka? Może
po wszystkim zmuszą nas do płacenia? - dopytywał Maks.
Anna westchnęła ciężko. Zsunęła z ramion wzorzystą chustę i położyła ją
na sąsiednim siedzeniu.
- Nie sądzę. Mam wrażenie, że tą przesadną uwagą Gustav próbuje mi
dokuczyć - szeptała, nieznacznie pochylając się nad synem.
- Tobie? Dlaczego? - zdziwił się Maks.
Położył dłonie na stole i zaczął nerwowo bawić się krawędzią serwetnika.
W stresujących sytuacjach musiał zająć czymś ręce, by nie drżały,
zdradzając jego niepokój, a on nie chciał dać po sobie poznać, jak
bardzo był zdenerwowany.
- Przed laty miałam wybór. Gdybym podjęła decyzję, ty i Kail
wychowywalibyście się w lepszym miejscu. Twój ojciec był jednak uparty.
Nasłuchałam się tego, co mi mówił, i po latach uważam, że źle wybrałam.
Gustav wie o moim błędzie. Myślę, że najzwyczajniej się tym bawi.
Maks rozchylił usta, aby coś powiedzieć, ale zabrakło mu słów. Takie
sentymentalne wyznania nie były w stylu matki. Próbował poukładać sobie
wszystko w głowie, gdy nagle muzyka w sali ucichła, światła przygasły.
Odwrócił głowę i przez moment jego wzrok spotkał się ze spojrzeniem
Alfreda Popovskiego. Mężczyznę wraz z żoną i córką posadzono przy długim
stole, który bardziej przypominał ławę. Nagle uwagę zgromadzonych skupił
na sobie Gustav, który wkroczył na środek sali w towarzystwie sióstr.
Wszyscy umilkli, a Sewita uśmiechnął się szeroko.
- Drodzy towarzysze, Ivanka wnikliwie sprawdziła listę gości i wynika z niej, że prawie wszyscy zaproszeni lokatorzy są obecni w sali - zaczął
przemówienie.
Maks rozejrzał się i szybko wywnioskował, że Gustav nie miał jedynie na
myśli mieszkańców jednej kamienicy, ale również sąsiednich.
- Zaraz kelnerzy przyniosą wódkę i zakąski, a dodatkowe przysmaki
będziecie mogli zamówić w naszym barze. Karta jest obszerna i na pewno
znajdziecie coś, co przypadnie wam do gustu. Przypominam, że dzisiaj
obowiązują również promocyjne ceny - oznajmił, a jego słowa spotkały się
z aprobatą tłumu. - Ale nim zaczniemy, chciałbym zaprosić jeszcze
jednego gościa. Nie tylko takiego, który będzie naszym towarzyszem
dzisiejszej biesiady, ale również nowym lokatorem jednej z kamienic.
Powitajcie go gromkimi brawami.
Wszyscy niczym marionetki wstali i energicznie zaczęli bić brawo. Anna i Maksymilian byli jednymi z ostatnich, którzy podnieśli się z miejsc.
Wydawało się, że tajemniczy lokator wejdzie głównym wejściem, lecz gdy
oklaski ucichły, otworzyły się boczne drzwi znajdujące się przy barze i stanął w nich szczupły chłopak z walizką w ręce. W półmroku trudno było
dostrzec jego twarz, ale on doskonale wiedział, w którym kierunku
powinien iść.
- Pierwszy stolik przy barze, pierwszy stolik... - szeptał takim tonem,
jakby wypowiadał jakieś zaklęcie.
Serce waliło mu niczym młotem. Pomieszczenie, w którym jeszcze przed
chwilą pił kawę w towarzystwie Gustava Mrukova, wypełniały dziesiątki
ludzi. Tłum wciąż wzbudzał w nim poczucie dyskomfortu, choć już dawno
powinien do niego przywyknąć. W sali pełnej obcych twarzy znajdowały się
dwie osoby, którym chciał poświęcić uwagę. Wiedział, że ten moment
będzie dla niego próbą. Serce ponownie pęknie, ale przecież już tyle
razy zdołało się zrosnąć. Przyspieszył kroku i dostrzegł dwie dobrze
znane mu sylwetki.
- Niemożliwe. - Maks nie dowierzał własnym oczom.
Pomyślał, że doświadcza jakichś dziwnych omamów. W którym momencie ktoś
go odurzył?! Postać, która ku niemu zmierzała, była łudząco podobna do
Kaila. To nieprawdopodobne! Przecież jego brat zginął wiele miesięcy
temu. Dopiero gdy spojrzał na matkę i dostrzegł, że ta zakrywa usta
dłonią, pojął, co się właśnie wydarzyło. To nie były urojenia. Nic mu
się nie przewidziało. Przed nim stał prawdziwy Kail.
- Przepraszam, że tak późno. Inaczej nie dałem rady - wyszeptał chłopak,
czując, że musi coś powiedzieć.
Nie przeszkadzało mu, że gra w przedstawieniu dla Gustava i jego
podwładnych. Może jego przeznaczeniem było właśnie szokowanie publiki.
Podobne przemyślenia nie miały jednak najmniejszego znaczenia. Nie
wiadomo, w którym momencie Maks wstał i mocno objął chłopaka. Walizka
wypadła z rąk Kaila, ale ten nawet nie myślał, by ją podnieść. Oparł
czoło o ramię brata, pozwalając łzom swobodnie płynąć. Objął
Maksymiliana i w pewien sposób poczuł, jakby dotykał obcej osoby. Jego
ciało się zmieniło. Był chudy, wręcz patykowaty. Kail wyczuwał pod
palcami żebra i odstające łopatki. Chłopak nie przypominał siebie z sierpnia ubiegłego roku.
- Jak to możliwe? - wychrypiał Maks.
- Nie wiem. To bardzo skomplikowane.
Bliskość brata uśmierzała jego ból. Ledwie zniknęła jedna tęsknota,
przyszła druga. Kail nie potrafił wypuścić Maksa z ramion. Jakby się
bał, że ten zaraz zniknie, rozpłynie się niczym senna mara. Tkwili w uścisku przez kolejne sekundy, aż Kail wypatrzył w oddali wysokiego
blondyna. Czarna marynarka opinała jego szerokie ramiona i przez moment
chłopak był przekonany, że kilka stolików dalej naprawdę siedział
Charles. Wstrzymał oddech, gdy tajemnicza postać drgnęła. Mężczyzna
obrócił się w stronę swojej partnerki i wtedy Kail pojął, jak bardzo się
pomylił. Okulary, zarost, krzaczaste brwi. Patrzył na zupełnie obcą
osobę.
- Nie mogę w to uwierzyć - szepnął Maks, gdy wreszcie odsunął się od
brata.
Dotknął jego ramion, włosów, twarzy. Robił to szybko i gorliwie.
- Sprawdzasz, czy jestem prawdziwy? - zapytał cicho Kail, a po jego
policzku spłynęła łza.
Maksymilian zacisnął usta, licząc, że to go powstrzyma przed napadem
szlochu. Jego nos i policzki poczerwieniały, a oczy szkliły się w przytłumionym świetle. Wyglądał, jak ktoś, kto spędził zbyt dużo czasu
na ostrym mrozie. Drżące wargi i ręce mogłyby przeciętnemu obserwatorowi
sugerować, że chłopak przemarzł, a jednak była to zupełnie inna reakcja
organizmu. Bo rany psychiczne nadal są ranami. Trudniej je namalować i opisać ból, który ze sobą niosą. Człowiek jednak odczuwa je całym ciałem
i tak właśnie było w przypadku Maksa.
- Boże, dziecko, daj mi do niego podejść - odezwała się wreszcie Anna.
Szok objawiał się u niej inaczej. Scenę powitania braci obserwowała
wciśnięta w krzesło, kończyny odmówiły jej posłuszeństwa. Czuła się jak
zahipnotyzowany widz w teatrze, patrzący na pokaz magicznych sztuczek.
Cały i zdrowy Kail przedstawiał się jej niczym zjawa. Potrzebowała
czasu, aby jej umysł faktycznie uznał jego obecność. Głos siostrzeńca ją
ocucił. Kiedy go usłyszała, poczuła, jakby ktoś zdjął z niej urok.
Zdołała unieść dłoń, by zasłonić uchylone wargi. W końcu wstała,
przemówiła, a Maks zrobił jej miejsce. Wówczas zawładnęły nią emocje. Z całej siły objęła Kaila. Matczynym gestem gładziła jego włosy i całowała
policzki. Poczuła olbrzymią ulgę, gdy się upewniła, że jego skóra jest
ciepła. Upiorny głos w głowie podszeptywał jej okropne rzeczy.
Podświadomie bała się, że będzie trupio zimna, a chłopak nagle upadnie
lub obróci się w pył.
- Moje dziecko, moje dziecko, moje... - powtarzała, płacząc.
Reakcja ciotki ścisnęła chłopaka za serce. Do tej pory tylko raz widział
Annę płaczącą. Było to wiele lat temu, gdy obcy żołnierze zabrali jej
męża.
- Jestem tu. - Uśmiechnął się, chwytając jej kościste ręce. - Wszystko
dobrze. Już dobrze.
IV. Kasseryjskie intrygi
IV.
Kasseryjskie intrygi
Kto wrogów trzyma blisko,
ten osłania przyjaciół.
Ruba (Kasseria)
Muzyka rozbrzmiała ponownie dopiero wtedy, kiedy Anna, Kail i Maks
usiedli do stołu. Karovowie nie zwrócili na nią uwagi. Niespodziewane
spotkanie było tak emocjonujące, że nie dochodziły do nich żadne inne
dźwięki. Zupełnie tak, jakby otoczenie magicznie umilkło, a czas
zatrzymał się na ich życzenie. Maks zajął miejsce naprzeciwko brata.
Kątem oka zerknął na Alfreda Popovskiego siedzącego w oddali przy
wspólnej ławie. Mężczyzna kurczowo trzymał widelec i nerwowo zagryzał
wargi, nie mogąc znaleźć ujścia dla swojej złości. A kiedy przy stoliku
Karovów pojawiła się kelnerka i zaczęła otwierać butelkę wina, Popovski
zdawał się wręcz puchnąć z zazdrości.
- Zobaczysz, mamy takiego pojebanego współlokatora - powiedział Maks do
brata.
To wprawdzie nie był temat, od którego powinien zacząć, ale na usta
cisnęło mu się tak wiele słów, że wybór go przerastał.
- Maks - szepnęła Anna zażenowana faktem, że przeklął przy kelnerce,
która nalewała im wino.
Kail zupełnie się tym nie przejął. Rozpoznał blondynkę, która wcześniej
przemykała w skąpym gorsecie po drugiej stronie lokalu. Faktycznie, w czarnej spódnicy prezentowała się naprawdę elegancko. Zapadła między
nimi dziwna cisza. W milczeniu obserwowali, jak kieliszki kolejno
napełniają się czerwonym trunkiem. Dla Anny i Maksa taka obsługa była
nowością, dla Kaila nie. Zastanawiał się, dlaczego Mrukov tak ich
wyróżnił. Dostali jeden z lepszych stolików, a obsługa podeszła do nich
w pierwszej kolejności.
- Przepraszam, ale na winie dzisiaj skończymy. Obawiam się, że w obecnej
sytuacji nie możemy sobie pozwolić na kolacje w lokalach - zwróciła się
Anna do kelnerki.
- Proszę się tym nie martwić. Dzięki uprzejmości towarzysza Mrukova dziś
napoje i dania są dla was na koszt firmy. - Blondynka uśmiechnęła się i puściła do Kaila oczko.
Gdy kobieta w końcu się oddaliła, Maks odrobinę za głośno wypuścił
powietrze. Musieli porozmawiać na osobności, a atmosfera w kamienicy
temu nie sprzyjała.
- Maks chciał powiedzieć, że nasi współlokatorzy nie są szczególnie
godni zaufania. Nie można swobodnie przy nich rozmawiać na każdy temat -
wyjaśniła Anna.
Kail pokiwał głową na znak, że rozumie aluzję. Mieli ten jeden wieczór,
aby wszystko wyjaśnić.
- Gdzie byłeś? Sądziliśmy, że nie żyjesz. - Maks pochylił się nad
stołem.
Wersja wydarzeń, którą Kail zamierzał przedstawić rodzinie, była
dokładniejsza i bliższa prawdy niż historia opowiedziana Mrukovowi.
Wiedział, że bliscy chcieli jego dobra, jednak chronienie Charlesa
traktował priorytetowo. Na wszelki wypadek wolał ukryć jego tożsamość.
Nim udzielił odpowiedzi na pytanie brata, postanowił wyjaśnić jedną
rzecz.
- Co dokładnie powiedział ci Simon?
Spojrzał bratu prosto w oczy, pod stołem zaciskając dłonie na nogawkach
spodni. Miesiącami analizował różne scenariusze wydarzeń. Czasami czuł
żal do Simona. Innym razem go usprawiedliwiał. Tamtego feralnego dnia
dawny przyjaciel bez wątpienia został postawiony przed trudnym wyborem.
Być może najtrudniejszym w życiu.
- Simon powiedział mi, że... - Maks chwilę się zawahał i spojrzał na
matkę, jakby oczekiwał od niej pozwolenia. Anna skinęła na znak, by
kontynuował. - ...Wiesz, on był w ciężkim szoku. Trząsł się, mieszał dni,
niektóre detale. Spotkaliśmy się raz, w towarzystwie bliźniaków Kozów.
Potem nasz kontakt osłabł. To było bardzo bolesne. Wiem, że to nie jego
wina, a jednak nie mogłem patrzeć na Simona. Potem wcielono jego i chłopaków do strefy A.
- Nie odpowiedziałeś mu na pytanie - szepnęła Anna.
- Cholera, faktycznie - powiedział Maks, wplatając palce we włosy. - Ta
sytuacja zasiała ferment w mojej głowie. Simon twierdził, że widział,
jak cię rozstrzelali. Nie potrafił jednak szczegółowo opisać tej sceny.
Kail był wdzięczny Charlesowi za wszystkie umiejętności, których go
nauczył. Niektóre doskonalił celowo, inne przyswajał bezwiednie. Do tych
drugich należała zdolność zachowywania kamiennej twarzy. Bardzo się
przydawała w takich chwilach jak ta. Wyznanie Maksa go zabolało. W pewien sposób poczuł się zdradzony po raz drugi. Próbował jednak
postawić się w sytuacji Simona. Może powinien zmusić się do
przebaczenia? Życie z takim ciężarem na pewno nie było dla niego łatwe.
Kail wiedział również, że nie może jednoznacznie podważyć jego wersji
wydarzeń. Musiał przedstawić spójną historię, bez Vogla w roli głównej.
- Chybili. Być może tego już nie widział. Ja też byłem wówczas zajęty
zbyt wieloma rzeczami, aby zauważyć, na co patrzył Simon. - Wymusił
uśmiech, ale na twarzach Anny i Maksa nie zobaczył nawet cienia
rozbawienia.
- Opowiesz nam, co się z tobą działo? - Anna z załzawionymi oczami
wyciągnęła ku niemu dłoń, a chłopak czule pogładził jej nadgarstek.
Drżący głos zwykle chłodnej i opanowanej kobiety wzbudzał w nim ogromne
współczucie. Chciał ją pocieszyć. Pragnął obiecać, że żadne tragedie już
nie spotkają ich rodziny. Niestety, nie miał takiej pewności.
- Pobili mnie i odurzyli. W zasadzie to niewiele pamiętam. Na pewno
straciłem przytomność. Wiem jednak, że nikogo nie wsypałem. Przysięgam.
- Przecież wiem. Znam swojego brata. Zawsze byłem i będę z ciebie dumny
- rzekł Maks i upił łyk wina, które dotychczas pozostawało nietknięte.
Po jego słowach Kail poczuł, jakby od środka wypełniło go dziwne ciepło.
Maks wciąż w niego wierzył. Ufał mu. Z jednej strony ta świadomość
wywoływała w chłopaku poczucie szczęścia, z drugiej - wywoływała w nim
wyrzuty sumienia. Czy Maks powtórzyłby to zdanie, gdyby znał całą
prawdę? Czy patrzyłby na niego bez cienia pogardy, gdyby wiedział, że
oddał serce Voglowi? Czy zdołałby go zrozumieć?
- Dawno nie piłam tak dobrego wina - odezwała się Anna, jakby chciała
nieco rozluźnić poważną atmosferę.
Wówczas i Kail zanurzył usta w ciemnoczerwonym trunku. W jego ocenie ten
smak był raczej przeciętny. Podniebienie rozpieszczane szampanem i najlepszą docką whiskey nauczyło się rozpoznawać niuanse smakowe. W tym
winie wyczuwał lekki siarkowy posmak, choć nigdy by tego nie przyznał.
Sam dobrowolnie zeskoczył z piedestału. Wrócił do stanu, w którym mógł
jedynie pomarzyć o luksusach.
- Rzeczywiście, dobre - skłamał.
Nim zdążyli wrócić do najważniejszego tematu, do sali znów weszli
kelnerzy. Maks ponownie zerknął na Popovskiego, przy którym postawiono
miseczki z zagryzką. Gdy na stole Karovów pojawiły się trzy duże
talerze, obruszył się i szepnął coś do żony. Współlokator dostrzegł
grymas Alfreda.
- Dla nas kotlety z ziemniakami, dla nich ogórki i marynowane grzybki.
Coś czuję, że ta kolacja nie poprawi atmosfery panującej w mieszkaniu -
mruknął Maks.
- Później będziemy się tym martwić. Niech Kail opowie, co było dalej -
powiedziała Anna.
Dopiero zapach gorącego jedzenia uzmysłowił Kailowi, że nie jadł nic od
przyjazdu do Ruby. Wcześniej trzymała go adrenalina, która skutecznie
zagłuszała głód. Tak bardzo skupił się na szukaniu bliskich, że nie
potrafił myśleć o niczym innym.
- Jak już mówiłem, byłem odurzony, pobity i ledwie kontaktowałem. Docy
chcieli mnie gdzieś wywieźć. Niewiele się o tym mówi i żyjemy w przekonaniu, jakbyśmy stanowili jedyny ruch oporu, ale to nieprawda. W sprzyjającym momencie pomogli mi dobrzy ludzie. Ukryli mnie w wielkiej
walizce, a następnie przenieśli.
Maks zmarszczył brwi. Opowieść Kaila była tak mało spójna jak opowieść
Simona. Brakowało w niej wielu logicznych elementów.
- Moment, jacy dobrzy ludzie? Skąd oni się wzięli? Jak udało im się
ciebie odbić?
Kail przełknął kawałek mięsa, który zapił winem. Spodziewał się takich
pytań. Nie zamierzał jednak kłamać bardziej, niż było to konieczne.
- Nie wszystko wiem, a tego, co wiem, nie mogę powiedzieć. Obiecałem, że
nie zdradzę działania tego systemu.
- Przecież możesz nam zaufać. Jesteśmy rodziną - rzekł z przekonaniem
Maks.
- Tak, lecz muszę być lojalny wobec moich wybawców. Zawieziono mnie do
dużego domu położonego na skraju lasu. Tam mieszkali też inni ludzie.
Nie mogłem zdradzić im swojej prawdziwej tożsamości, musiałem przetrwać
pod fałszywym imieniem i przeczekać najgorszy moment. Tylko człowiek,
który mnie przywiózł, ją znał. Niektórzy nawet nie wiedzieli, komu
pomagają. Myślałem, żeby jakoś się z wami skontaktować, ale ten, który
mi udzielił wsparcia, powtarzał, że to niebezpieczne.
- A wiesz cokolwiek o tej osobie? - zapytała Anna.
Chłopak uśmiechnął się pod nosem. Bezwiednie zaczął wodzić palcami wokół
brzegów kieliszka, jak jasnowidz przepowiadający przyszłość ze szklanej
kuli.
- Nazywał się Aleksander i pomógł wielu ludziom, którzy zadarli z docką
władzą. Ruch oporu to nie tylko Ruba i czołowe kasseryjskie miasta.
Buntowników jest więcej, ale kryją się na różne sposoby.
- Więc czekałeś z powrotem aż do podziału Ruby? To w sumie logiczne.
Jest mniejsze ryzyko, że za przewinienia wobec Docji aresztują cię po
sewickiej stronie - rzekł Maks.
Jego wniosek był nie do końca zgodny z prawdą, a jednak wydał się
Kailowi na tyle sensowny, że twierdząco pokiwał głową.
- Dziecko, ile ty miałeś szczęścia. To wręcz nieprawdopodobne - szepnęła
Anna.
Kail pomyślał, że nie wiedziała nawet o połowie sytuacji, w których mu
się upiekło. W pomieszczeniu zrobiło się gwarno, bimber Popovskiego
powoli zaczynał uderzać niektórym do głów, ale Karovowie nie zwracali
uwagi na głośniejsze rozmowy i krzyki. Musieli w pełni wykorzystać czas,
który dał im los.
- A co się z wami działo? Jak to się stało, że skończyliście w kamienicy
Mrukova? - zapytał Kail.
- Na osiedlu krążyły informacje o podziale. Docy do ostatniej chwili
ukrywali, które ulice zostaną objęte eksmisją. Nie chcieli, żeby
lokatorzy powynosili z nich cenne meble. My akurat nie mieliśmy zbyt
wielu wartościowych przedmiotów, ale mówiło się o takich, którzy
powywozili swój dobytek do rodzin mieszkających poza miastem - wyjaśniła
Anna.
- Logiczne. Docy uwielbiają otaczać się tym, co drogie i piękne -
przyznał Kail.
Naszła go ogromna ochota na papierosa. Niestety, w okolicy nie było
mężczyzny, który służył mu dotychczas swoją srebrną papierośnicą.
- Pewnego ranka zjawili się u nas doccy żołnierze. Wzięliśmy maszynę do
szycia, kilka gratów i wywieźli nas do kamienicy Mrukova. Fatalny
standard tego miejsca nie jest jedynym problemem. Zostaliśmy nie tylko
okradzeni, ale też odarci z prywatności. Gustav Mrukov mieszka na
ostatnim piętrze, w wyremontowanym lokalu powstałym z dwóch mieszkań.
Udaje, że tworzy jakąś rodzinną, wspólnotową atmosferę, ale to bzdura.
To wyrachowany manipulator - mówił szybko Maks. - Myślisz, że ta
dzisiejsza kolacja będzie za darmo? On czegoś chce. Lubi manipulować
ludźmi. Pod żadnym pozorem nie można mu ufać. Zrobił naszemu sąsiadowi
wodę z mózgu. Popovski widzi w nim wybawiciela przed Dokami, a tak
naprawdę to kolejny problem.
Maks błagalnie spojrzał w oczy brata, jakby się obawiał, że ten już
uległ urokowi Mrukova. Charyzmatyczny Sewita miał w sobie coś, co
przyciągało ludzi, a gdy już przyciągnęło, sprytnie owijał ich sobie
wokół palca.
- Wiem. Musiałem jednak z nim rozmawiać, jeśli chciałem was odnaleźć -
powiedział Kail. - Nadal nie potrafię rozgryźć, dlaczego postanowił mi
pomóc. I to zwracając na naszą rodzinę dużą uwagę. Wiecie, o co może mu
chodzić?
Anna i Maks popatrzyli na siebie. Nim jednak zdążyli odpowiedzieć,
muzyka ponownie ucichła. Początkowo nie przeszkadzało to pozostałym
uczestnikom biesiady w prowadzeniu głośnych dyskusji, gdy jednak na
środku pomieszczenia zmaterializował się Gustav Mrukov, wszyscy
zamilkli. Dopiero w tym momencie Kail uświadomił sobie, że organizator
tego wydarzenia dotychczas nie brał w nim udziału.
- Towarzysze i towarzyszki, niezmiernie miło mi was gościć w "Pijanym
Żurawiu". Ten lokal będzie codziennie otwarty do pierwszej w nocy, a w weekendy pozostanie czynny aż do czwartej nad ranem! - rzekł
entuzjastycznie, na co zgromadzeni nagrodzili go gromkimi brawami. - To
jednak nie wszystko, co mogę wam zaoferować. Wiem, że w obliczu trudnych
czasów wielu z was zmaga się z kryzysem bezrobocia. Postanowiłem temu
zaradzić.
Mężczyzna pstryknął palcami, na co jego siostry przeciągnęły z dotychczas zamkniętego pomieszczenia tablicę na kółkach. Ostatni raz
Kail widział taką w szkole.
- W tabelce rozrysowanej na tej oto tablicy wypisałem wolne miejsca
pracy. Brakuje magazynierów, pomocy kuchennej, sprzątaczy, kelnerów,
ochroniarzy, majstrów - wymieniał, wskazując kolejne miejsca w tabelce.
- Ja jebię - powiedział Maks tak cicho, że tylko Anna i Kail mogli go
usłyszeć. - Wiedziałem, że będzie jakiś podstęp.
- Ciii... - syknęła Anna.
Widziała, że synem zaczynają targać emocje, a musieli się teraz skupić
na przekazywanych przez Gustava informacjach.
Mrukov zrobił krótką pauzę, aby lokatorzy mogli mniej więcej zapoznać
się z treścią przedstawioną na tablicy. Ivanka podała mu wskaźnik, ale
zanim skierował jego koniec w stronę tabelki, przez moment się nim
bawił, jakby to był miecz.
- Co za psychol - szepnął Maks i dopił wino.
Anastazja odchrząknęła cicho, widząc skołowane miny zebranych, tymczasem
Gustav wrócił do tematu.
- Chociaż przy tym projekcie zatrudniliśmy już wiele osób, wciąż
przydadzą się nowi ludzie. Proszę, aby każda rodzina zgłosiła po jednej
osobie, która podejmie pracę w "Pijanym Żurawiu". Jakieś pytania?
Po wypowiedzi Gustava zapanował chaos i to bynajmniej nie spowodowany
nadmiarem ochotników. Zgromadzeni mieli wątpliwości. Część z nich bała
się Mrukova. Innych nurtowała kwestia wynagrodzenia, ale najzwyczajniej
bali się o nie zapytać.
- Ja mam pytanie. - Drobna kobieta siedząca kilka stolików za Karovami
podniosła rękę.
Gustav szeroko uśmiechnął się na ten widok.
- Tak? - zapytał wyraźnie zaciekawiony. - Proszę. Śmiało.
- Czy liczy się po jednej osobie z każdej rodziny, czy po jednej osobie
z każdego lokalu?
Po tym pytaniu na twarzy Ivanki pojawił się grymas.
- Przecież mój brat powiedział, że z jednej rodziny. Czego nie
rozumiesz, towarzyszko?! - Podniosła głos, na co przerażona kobieta
wybełkotała przeprosiny i opadła na krzesło.
Ostry ton Ivanki odebrał wielu odwagę. Znów pojawiły się ciche szmery.
Ludzie żywo ze sobą dyskutowali, pośpiesznie omawiając kluczowe kwestie.
U niektórych zatrudnienie u Mrukova wiązało się z porzuceniem
dotychczasowej posady. Podejmowanie tak trudnych decyzji nie było
proste, gdy do głów lokatorów zdążył uderzyć alkohol. Sprytny gospodarz
wiedział jednak, co robi, podając bimber w pierwszej kolejności.
- Zapytam, co się stanie, jeśli ktoś się nie zdecyduje - powiedział
Kail, na co Maks pobladł.
- Lepiej nie. To psychopata. Będzie się mścił.
- Psychopata czy nie, musimy dokonać jakiegoś wyboru.
Głośne rozmowy jeszcze nie umilkły, gdy ku wielkiej uciesze Gustava ręka
Kaila znalazła się w górze.
- Wyśmienicie! - Rozemocjonowany mężczyzna aż klasnął w dłonie. -
Chciałbyś zgłosić się jako pierwszy? Widziałbym cię w roli barmana.
Kail zamierzał odmówić, ale w jego głowie zrodziła się pewna myśl.
Potrafił funkcjonować, trzymając wrogów blisko. W zasadzie to poniekąd
był wręcz wyszkolony w tej kwestii. Doskonale opanował umiejętność
działania w stresujących sytuacjach, a tym razem musiał unikać wszelkich
kontaktów z Dokami.
Chociaż Karovowie przebywali w strefie B, Ruba nie była zamknięta dla
okupantów z dockiej strony. Jeżeli mieli ochotę, mogli dobrowolnie
kręcić się po ulicach, robić zakupy w dowolnych miejscach i jadać, gdzie
tylko im się podobało. Kail nie chciał mieć z nimi styczności. Wiedział,
że odzywała się w nim dziwna mania prześladowcza, a jednak tatuaż na
jego nadgarstku nie zniknął. Istniało ryzyko, że ktoś go rozpozna. Jego,
Kaila Karova, wiecznie zmęczonego kelnera ze spracowanymi dłońmi. Tego,
który mógł sprowadzić nieszczęście na Charlesa. Czy jednak Docy z własnej woli szukaliby rozrywki właśnie w obskurnym lokalu Mrukova? Miał
wątpliwości.
- Tak, ale kompletnie nie znam języka dockiego. Nie chciałbym musieć
rozmawiać z dockimi gośćmi, gdyby odwiedzili to miejsce - skłamał.
- Nie będziesz musiał. W ogóle nie musisz mieć kontaktu z Dokami. Jeśli
się pojawią, możesz poprosić kogoś innego, by cię zastąpił. Na zmianie
będzie sporo osób. Część obsługi mówi w różnych językach.
- Dobrze, w takim razie się zgłaszam.
Anna, Kail i Maks opuścili salę, gdy tylko pierwsi goście zaczęli się
rozchodzić. Popovski przy drugiej już butelce bimbru zawzięcie
dyskutował o czymś z innymi mężczyznami, podczas gdy jego żona
przysypiała nad talerzem.
- Mieszkanie przedzielono sznurkiem na pranie. Nasza część jest trochę
mniejsza. Trzeba będzie coś wymyślić, bo nie pomieścimy się wszyscy na
tej starej wersalce - powiedziała Anna.
Noc była chłodna, więc szczelniej okryła ramiona chustą. W większości to
właśnie kobiety i dzieci wracały do kamienic. Kail zauważył, że wielu
mężczyzn nie trudziło się, by je odprowadzić. Ten widok go rozczarował.
Charles nie tylko odprowadziłby go pod same drzwi. On na pewno zostałby
razem z nim.
- Nic nie szkodzi. Mogę spać na podłodze. Nie potrzeba też jakiejś
grubej pościeli. W końcu nadchodzi lato.
- Możemy się zmieniać - zaproponował Maks. - Trochę głupio, żebyś spał
na podłodze po długiej podróży.
- Nie ma takiej potrzeby.
Czy podróż Kaila była długa? Owszem, zdecydowanie dłuższa niż Maks mógł
przypuszczać. Nie dało się jednak ukryć, że spędził ją w wyjątkowo
dogodnych warunkach. W prywatnym przedziale mógł rozłożyć się jak król.
Przyniesiono mu ciepły posiłek i kawę z mlekiem migdałowym. Wiedział, że
szybko nie doświadczy podobnych wygód. A może nie doświadczy ich już
nigdy? Zamierzał z pokorą przyjąć to, co przygotował mu los. Nie chciał
opływać w luksusy, gdy jego rodzina żyła w biedzie.
- To tutaj. - Maks wskazał drzwi do kamienicy.
Kiedy podeszli bliżej, zauważyli dwóch osiłków, którzy siedzieli przed
budynkiem tak, jakby na nich czekali. Maks przełknął ślinę. Już raz miał
do czynienia z gorylami Mrukova, a to doświadczenie nie należało do
najprzyjemniejszych. Liczył, że nie będą ich namawiać na wizytę w piwnicy.
- Kail Karov - rzekł szorstko jeden z nich z wyczuwalnym sewickim
akcentem. - Towarzysz Mrukov kazał nam czekać, aż przyjdziesz, by wnieść
dla ciebie materac.
Anna i Maks popatrzyli na siebie. Nagły przypływ życzliwości ze strony
Gustava szczerze ich zaskoczył. Obawiali się, czego zażyczy sobie w zamian.
- Dziękuję - odpowiedział niepewnie chłopak.
Ku zaskoczeniu Karovów materac był w o wiele lepszym stanie od wersalki,
którą dostali ostatnio od Mrukova. Nowy, jeszcze w pokrowcu i jak się
domyślił Kail, pierwotnie miał się znaleźć na łóżku w nowo otwartym
burdelu Gustava.
Dwóch osiłków mruknęło tylko coś i bez słowa zaniosło materac na
odpowiednie piętro. Kail ponownie podziękował, a mężczyźni powoli zeszli
po schodach.
- To Olaf i Michaił, goryle Mrukova. Lepiej im się nie narażać. Są od
czarnej roboty - wyjaśnił cicho Maks. - Jak coś, wspólna toaleta jest na
korytarzu. Najlepiej umyć się teraz. Popovski pewnie daruje sobie
wieczorną toaletę, ale jego córka potrafi godzinę brać prysznic - rzekł,
po czym wyjął klucz z kieszeni.
- Z tego, co zrozumiałem, Gustav mieszka piętro wyżej. On też ma wspólną
łazienkę? To trochę dziwne, że dobrowolnie decyduje się na takie
warunki.
- Jak wspominał Maks, jego mieszkanie jest połączone z dwóch, to raz,
więc łazienkę i tak ma tylko dla siebie. Poza tym potrafi sobie
poradzić. Sąsiadki widziały, jak Michaił z Olafem wnosili do jego domu
wannę na nóżkach. Ponoć jego siostry lubią kąpiel z pianą i w gorącej
wodzie - powiedziała Anna.
Maks podszedł do drzwi, na których widniała duża, namalowana czarną
farbą ósemka. W środku panowała ciemność, dlatego wszedł jako pierwszy i od razu sięgnął do włącznika światła. Na środku stał zszarzały drewniany
stół z trzema krzesłami i obdrapana komoda, po lewej stronie znajdowała
się otwarta kuchnia. Pożółkłe firanki i brązowe kafelki w połączeniu z wysłużoną węglową kuchenką nie prezentowały się zbyt estetycznie.
- Zgaduję, że w twoim domu na skraju lasu było lepiej - rzekł Maks.
- Odrobinę.
Kail wszedł do środka i postawił walizkę na stole, obok maszyny do
szycia. Następnie wraz z Maksem rozłożyli materac. Przesunęli krzesło i zmieścił się idealnie pomiędzy wersalką a piecem kaflowym. Anna podeszła
do komody i z dolnej szuflady wyjęła prześcieradło i koc.
- Niestety, nie mamy trzeciej poduszki.
- To nic. Zwinę ubrania. Przywiozłem ich trochę.
Kail wyjął z walizki dwie koszule, jedną od razu rzucił na swoje nowe
posłanie. Należała do Charlesa. Jeszcze pachniała jego wodą kolońską,
skórą i szamponem. Tej nocy chciał ją mieć przy sobie. Przez oparcie
krzesła przewiesił dwa podkoszulki, spodnie i sweter.
- To kaszmir - zauważyła Anna, z zaskoczeniem przejeżdżając dłonią po
materiale. - Nieźle cię tam wyposażyli.
Komentarz ciotki sprawił, że chłopak momentalnie się speszył. W rzeczywistości nie przyjął większości rzeczy, które chciał dać mu
Charles. Odmówił wzięcia kosztowności i zabrał jedynie część pieniędzy,
które otrzymał za występ z Cornelią. Gdyby chciał, mógłby kombinować.
Schować drogocenne przedmioty i zamknąć je w depozycie. Następnie pod
osłoną nocy uciec z rodziną, by osiąść w jakimś względnie bezpiecznym
miejscu na wsi. Mógł zapewnić im życie w znacznie lepszych warunkach, a jednak wybrał biedę w stolicy. Było ku temu wiele powodów. Poniekąd
odzywał się w nim honor. Słyszał też jednak ten dziwny głos w głowie,
który nakazywał ukryć wszelkie znaki istnienia Charlesa.
- To prawda. Mieli zaskakujące kontakty.
Kail poszedł do łazienki, by wziąć prysznic. Dopiero gdy zamknął się sam
w kabinie, wyjął spod koszuli dokumenty Aleksandra, które nosił w ukrytej kieszeni na sercu. Spoczywały tam jak talizman owinięty w haftowaną chusteczkę, niczym cicha przysięga złożona kochankowi.
Wiedział jednak, że będzie musiał znaleźć im bezpieczniejsze miejsce.
Może powinien ukryć je w podszewce walizki razem z pieniędzmi? A może
lepiej podrzeć je i spalić? Wiedział, że druga opcja była rozsądniejsza,
a jednak nie mógł tak po prostu ich zniszczyć. Pobyt w Wilczym Dworze
obudził bardziej sentymentalną część jego duszy. Nie chciał pozbywać się
wszystkich pamiątek. Tylko to mu pozostało.
Odkręcił kran i pozwolił, by zimny strumień niczym bicz uderzył go w plecy. To nie było przyjemne, ale przynajmniej cuciło. Lodowate strugi
spływały mu po twarzy, aby wraz ze łzami tworzyć jedną całość. Płakał
bezgłośnie. Musiał pozbyć się nadmiaru emocji i pozwolić na rozpacz jego
cichej tęsknocie. Spłukał pianę z włosów, pospiesznie wytarł się
ręcznikiem i spojrzał na dokumenty Aleksandra Weissa. Wciąż był pod
wrażeniem, jak porządnie Charles je podrobił. Musiał oderwać zdjęcie od
jego starej legitymacji. Gdy oglądał je pod światło, nie widział jednak
najmniejszego śladu po dawnej kasseryjskiej pieczątce. Mistrzostwo. Małe
dockie arcydzieło.
Z rozważań wyrwały go głosy na klatce schodowej. Popovscy wracali do
domu. Pospiesznie owinął dokumenty w chusteczkę i ukrył je pod koszulą.
Postanowił, że w tej tymczasowej kryjówce spędzą pierwszą noc w Rubie.
Następnego dnia coś wymyśli. Znajdzie sposób, by poradzić sobie z tym i z tatuażem na nadgarstku.
V. Zbrodnia pianisty
V.
Zbrodnia pianisty
Najgorsza prawda lubi wyjść na jaw w najmniej sprzyjającym momencie.
Ruba (Kasseria)
Uchylił powieki, instynktownie nasłuchując oddechu Charlesa. Potrzebował
kilku sekund, by sobie uświadomić, że ten nie spał tuż obok. Wciąż czuł
zapach mężczyzny. Zorientował się jednak, że to za sprawą koszuli, którą
nadal tulił w ramionach. Pierwszym zarejestrowanym przez niego obrazem
była stara drewniana podłoga. Czyżby wrócił do blaszakarni? Nagle zza
pieca kaflowego wyłoniła się mysz i przebiegła pod okno.
- Nie bierzesz jej, Ern? - szepnął.
- To po docku? Z kim ty rozmawiasz? - Głos Maksa momentalnie ocucił
Kaila. Poderwał się i spojrzał na brata szeroko otwartymi oczami. -
Spokojnie, nikt tutaj nie chce cię rozstrzelać. - Maks uśmiechnął się
blado i powoli wstał. - Napijesz się kawy?
Kail obserwował przez chwilę brata, który minął piec kaflowy i wszedł do
kuchni. Uchylił drzwiczki w kuchni węglowej i zapalił podpałkę. Zza
sznurka na pranie rozległo się głośne chrapanie Popovskiego. Obudziło
Annę, która szybko wstała i od razu zaczęła składać pościel.
- Tak, proszę. Nawet nie wiem, co szeptałem. Coś musiało mi się
przyśnić.
Pospiesznie ukrył w walizce koszulę Charlesa i pomógł ciotce w sprzątaniu. Materac ponownie włożyli do pokrowca, a następnie oparli go
o ścianę, by nie zagracać i tak niewielkiej przestrzeni.
- Na śniadanie zrobię jajecznicę. Nie opływamy w luksusy, ale jajek,
ziemniaków i mleka akurat jest u nas pod dostatkiem - powiedziała cicho
Anna.
Cały czas szeptała, aby nie obudzić Popovskich. Stary wiszący na ścianie
zegar wskazywał godzinę ósmą. Była niedziela, dlatego żadne z nich nie
musiało się spieszyć do pracy. Nie zamierzali jednak dłużej pospać. Kail
postanowił dostosować się do tych nawyków. Nie był już w Wilczym Dworze,
gdzie służba na każdym kroku dbała o jego potrzeby.
- Jak mogę wam pomóc? - zapytał.
- Odpocznij. Potrzebujesz czasu, aby się przyzwyczaić. Przyda ci się
luźniejszy dzień - stwierdziła Anna.
To podejście do niej nie pasowało. Niegdyś preferowała surowe
wychowanie, dbając o to, by chłopcy wyrośli na pracowitych i zaradnych
mężczyzn.
- Nie potrzebuję - rzekł stanowczo Kail i podszedł do części kuchennej.
- Nakryć do stołu? Im szybciej poznam, co gdzie trzymamy, tym lepiej.
Anna kiwnęła głową. Pokazała siostrzeńcowi, w której szufladzie
znajdowały się sztućce i w której szafce przechowywano talerze. Podszedł
do stołu, odsunął maszynę do szycia, by zrobić im miejsce, gdy jego
uwagę zwrócił koszyk wiklinowy na parapecie. Obok niego stało pudełeczko
z pastą do butów.
- W koszyku trzymam różne ścinki materiałów. - Ciotka uprzedziła pytania
Kaila.
Dopiero po ich rozmowie Maks zauważył, że z parapetu zniknęły zdjęcia,
które wcześniej trzymała tam Anna. Wśród nich była fotografia
przedstawiająca rodziców Kaila. Ta, którą od razu zauważył Mrukov. Czy
matka nadal zamierzała ukrywać prawdziwą tożsamość chłopaka? Maks nie
popierał tego podejścia. Gdy stawiał na stole kubki z gorącą kawą,
wymienił krótkie spojrzenie z Anną. Ta od razu wiedziała, o co mu
chodziło.
- Mamy stresujący czas. To nie najlepszy moment - mruknęła.
Kail nie zwrócił jednak uwagi na ich wymianę zdań; wpatrywał się w pastę
do butów. Czarna, kryjąca, mocna niczym makijaż. A gdyby na wszelki
wypadek zakrywał nią tatuaż? Dopiero na nią mógł nakładać czarne opaski.
Może uszyje sobie jakieś ze skrawków materiału? Może, jak będzie nosił
identyczne na obu nadgarstkach, osoby postronne wezmą to za jakąś
dziwaczną modę?
- O czym myślisz? - zapytał Maks i poklepał Kaila po ramieniu. - Chyba
znowu się zawiesiłeś.
- Tak. Przepraszam. Zacząłem myśleć o... o... - usiadł przy stole i upił łyk
kawy, co pozwoliło mu na krótką pauzę - ...o tej pracy dla Mrukova. Nowi
mają się stawić w budynku o siódmej w poniedziałek i to właściwie
wszystko, co mi powiedziano.
- Boję się, dziecko, że wynikną z tego jakieś kłopoty - szepnęła Anna,
sadowiąc się naprzeciwko niego.
- Kłopoty mogłyby wyniknąć, gdybym się nie zgłosił. Może Mrukov miał w zanadrzu jakieś represje. Cholera go wie. Pomyślałem, że wy macie już
pewne prace, a ja w zasadzie i tak musiałbym się za czymś rozglądać.
- Niby tak, ale uważaj na siebie. Niektórzy widzą w Sewitach wybawców -
powiedział cicho Maks, po czym sugestywnie wskazał na prowizoryczną
zasłonę. - Uważam jednak, że wcale nie są lepsi od Doków. Po prostu
robią pewne rzeczy w białych rękawiczkach, ale zasadniczo trafiliśmy z deszczu pod rynnę.
- Wiem, Maks. Wiem.
Kail od początku nie ufał Gustavowi, a jednak brat przy każdej możliwej
okazji przypominał mu, aby miał się na baczności. W kamienicy panowała
atmosfera napięcia i grozy. Chłopak wierzył jednak, że szybko do niej
przywyknie i będzie prawdziwym wsparciem dla rodziny.
- Zrób mi śniadanie. Ja jebię, ale łeb mi pęka. - Dobiegł ich gruby głos
zza kotary.
Alfred Popovski miał piekielnego kaca i najwyraźniej nie zamierzał
ukrywać tego przed współlokatorami. Zapach gorącej jajecznicy dotarł do
niego tak skutecznie, że mężczyzna wybudził się z głębokiego snu.
Karovowie usłyszeli drażniące szuranie. Jego żona włożyła wysłużone
kapcie i niechętnie podreptała w stronę kuchni.
- Dzień dobry. Jestem Kail, brat Maksa - powiedział Karov i wstał od
stołu.
Stwierdził, że w dobrym tonie będzie przywitać się z kobietą. Klementyna
poprawiła szlafrok i zmierzyła go wzrokiem. Nie wykonała żadnego gestu w stronę chłopaka. Nawet nie przeszło jej przez myśl, aby podać mu rękę.
- Wiemy. Zrobiłeś wczoraj takie przedstawienie, że wszyscy wiedzą, kim
jesteś. - Parsknęła.
Chłopak opadł na krzesło i napił się kawy. Miał na końcu języka, że
przedstawienia są jego specjalnością, ale ostatecznie powstrzymał się od
komentarza. Klementyna krążyła po kuchni wściekła jak osa. Trzaskała
szafkami i głośno komentowała, że ktoś rzekomo poprzestawiał jej kubki.
- Też bym nie miał nastroju, gdybym codziennie musiał obsługiwać innych,
nie mogąc liczyć na najmniejszą pomoc - rzekł Maks do Kaila.
Klementyna jednak to usłyszała. W normalnych okolicznościach pewnie
uraczyłaby go wykładem o tradycyjnym modelu rodziny, ale tego ranka nie
była w nastroju.
- Veroniko, ruszysz się wreszcie?! - zawołała córkę. Metalowa łyżka
wypadła jej z ręki i z łoskotem uderzyła o blat.
- Przestaniecie się w końcu tłuc! Mówiłem, że łeb mnie napierdala! -
huknął Alfred, na co jego żona momentalnie spotulniała.
Kail zaczynał rozumieć, dlaczego Anna i Maks woleli wstać wcześniej i zjeść śniadanie w spokoju, nim obudzą się pozostali domownicy. W ich
poprzednim mieszkaniu panowała inna atmosfera. Wszyscy darzyli się
wzajemnym szacunkiem i nikt nie miał w zwyczaju podnosić głosu. Popovscy
mieli najwyraźniej inne nawyki i postanowili przenieść je do kamienicy
Mrukova.
- Co to ma być?! Zjedliście naszą szynkę i zostawiliście taki kawałek? -
warknęła Klementyna i podeszła do stołu Karovów, trzymając w ręce
plaster owiniętej w papier wędliny.
- Veronika ją zjadła, i to z naszym chlebem. Przyłapałem ją wczoraj, ale
machnąłem na to ręką - odezwał się Maks.
Zza prowizorycznej zasłonki wyszła rozczochrana, korpulentna dziewczyna
we wzorzystej koszuli nocnej. Speszyła się nieco na widok nowego
chłopaka, a komentarz Maksa dodatkowo ją zawstydził.
- Czy to prawda? - zapytała pani Popovska, wymachując w powietrzu mokrą
ścierką, tak, jakby odganiała wyjątkowo natrętną muchę.
Veronika wlepiła w matkę małe oczka, ukrywając zaróżowione policzki za
pasmami rozczochranych włosów.
- Nie, to nie ja - zapewniła.
- A widziałaś, żeby Maksymilian jadł naszą szynkę?
Słysząc srogi głos Popovskiej, dziewczyna przełknęła ślinę. Ukradkiem
spojrzała na siedzących przy stole młodzieńców.
- Też nie.
- Jak zobaczę, że ktoś wyjada moje rzeczy, Bóg mi świadkiem, że mu
wpierdolę! - krzyknął Popovski.
- Jeśli Bóg istnieje, nie sądzę, żeby był zainteresowany obserwowaniem
pańskiej walki o skrawki jedzenia - odpowiedział Kail, któremu kończyła
się cierpliwość.
Nastała cisza, którą po kilku sekundach przerwało głośne skrzypnięcie.
Tapczan zatrzeszczał pod ciężarem Alfreda, który zwlókł się z niego i poczłapał w stronę drugiej części mieszkania. Szybkim ruchem odsunął
przewieszone na sznurku stare prześcieradło i stanął przed Karovami w samych slipkach. Widelec wypadł Annie z ręki i zabrzęczał, uderzając o talerz. Widok otyłego, półnagiego mężczyzny odebrał jej apetyt.
- Kail Karov, ty sobie uważaj, bo mam cię na oku. Odkąd zobaczyłem, jak
się zachowywałeś w lokalu, wiedziałem, że mamy do czynienia z cwaniaczkiem, ale w chuja to ja się zrobić nie dam.
Kail ze zdumieniem obserwował mężczyznę, który jedną ręką groził mu
palcem, a drugą drapał się po zarośniętej klatce piersiowej. Skołowany
nie wiedział, co mu odpowiedzieć.
- Gwarantuję, że ani ja, ani moi synowie nie mają ochoty wchodzić wam w drogę. Jak przyznała pańska córka, Maks nie tknął kawałka waszej
wędliny. Doszło do nieporozumienia. Nie zamierzamy się kłócić -
powiedziała dyplomatycznie Anna, jakby recytowała regułkę.
Ostatecznie udało się załagodzić konflikt, ale nie na tyle, by poprawić
atmosferę panującą w mieszkaniu. Karovowie postawili więc na szybką
ewakuację. Anna oznajmiła, że musi iść na targ, a niedługo po niej
bracia również postanowili opuścić mieszkanie. Kail musiał odłożyć na
później plany opracowania bezpieczniejszego kamuflażu. Brakowało mu
prywatności. Nie mógł tak po prostu wyjąć skrawków z wiklinowego kosza
ciotki i zacząć szyć. To na pewno przykułoby uwagę Popovskich, a i Maks
mógłby nabrać jakichś podejrzeń. W końcu w Kasserii chłopcy interesujący
się robótkami ręcznymi byli raczej nietypowym widokiem. No, może
pomijając szewców. Kail postanowił zadowolić się apaszką skrywaną pod
długim rękawem lekkiej koszuli.
- No, to już wiesz, jak to u nas wygląda. Popovski w poplamionym
podkoszulku myśli, że jest jakimś przywódcą, który może rozkazywać innym
- oznajmił Maks, gdy tylko wyszli na plac przed kamienicą.
- Cóż, dziś nawet się nie trudził, żeby włożyć podkoszulek - mruknął
Kail, na co brat zachichotał.
Maks zarzucił chłopakowi rękę na ramiona i zadziornie poczochrał mu
włosy. Zwykł tak robić, gdy byli jeszcze dziećmi. Wtedy Kail zazwyczaj
się denerwował i próbował wyrwać z takiego uścisku. Teraz jednak
roześmiał się głośno.
- Cholera, nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak bardzo mi ciebie
brakowało.
- Mnie też, Maks. Mnie też.
Szli chwilę w milczeniu, Kail dawał bratu się prowadzić. Początkowo
uznał, że to zwykły spacer. W pewnym momencie jednak spostrzegł, że ta
droga była dziwnie znajoma.
- Idziemy do Annuszki? - zapytał.
- Tak, muszę pochwalić się swoim bratem. Przekazać wszystkim radosną
wiadomość. Pewnie będzie zaskoczona, gdy cię zobaczy.
- W zasadzie to myślę, że już wie.
Przystanęli na skrzyżowaniu, a Maks spojrzał na chłopaka, unosząc brew.
- Niby skąd?
- Nie wiedziałem, gdzie was eksmitowano, więc to właśnie do domu
Bukovskich poszedłem w pierwszej kolejności. Stał po stronie strefy B i nie sądziłem, by ktoś eksmitował z niego lokatorów. Przy furtce akurat
natrafiłem na pana Bukovskiego.
- To dlaczego nie wszedłeś do środka i nie poczekałeś, aż wraz z Annuszką wrócimy ze spaceru? To znaczy byliśmy w "Krzywym Dziobie", ale
jej babci powiedzieliśmy, że poszliśmy na spacer. Mniejsza o to,
Bukovski cię nie zaprosił?
- Nie. On był w wielkim szoku, Maks. Patrzył na mnie, jakby zobaczył
ducha. Powiedział, że mieszkacie w kamienicy Mrukova. Sugerował, że to
niebezpieczny typ.
- Rany - westchnął ciężko Maks. - Gdyby pomyślał trochę i pozwolił ci
przeczekać w domu, wszystko wyglądałoby inaczej. Gustav nie zrobiłby
tego całego przedstawienia.
Przeszli przez przejście i skierowali się dobrze znaną uliczką. Gdy Kail
szedł tędy poprzedniego dnia, wydawała mu się zdecydowanie mniej
urokliwa. Towarzystwo Maksa wiele zmieniało. Przypominały mu się dni
względnego spokoju i beztroski. Ich ogniska w lesie, zakazane spacery na
jagody, imprezy na strychach, amatorskie koncerty z Simonem.
- Nie ma co tego roztrząsać. Ostatecznie nie wyszło tak źle. Popovscy
mogliby się buntować przed przyjęciem mnie do domu, a tak, gdy sam
Mrukov wyraził na to zgodę, zrozumieli, że nie mają nic do gadania.
- Dobra, może masz rację - rzekł w końcu Maks.
Przez głowę przeszła mu jednak myśl, którą nie podzielił się z bratem.
Czy to możliwe, by ciotka Anna próbowała wówczas ukryć Kaila przed
Gustavem, na przykład szukając mu nowego lokum? Przez tyle lat nie
powiedziała chłopakowi prawdy o jego rodzicach, a wszystko wskazywało na
to, że wciąż nie było jej do tego śpieszno. Gdyby miał wybór, sam
wolałby nie wiedzieć, że ojciec Kaila był sewickim żołnierzem. Czuł się
jak zdrajca, zatajając przed nim tę informację.
W końcu ich oczom ukazał się dom Annuszki. Nie zdążyli jeszcze dotknąć
furtki, gdy w drzwiach do budynku stanęła dziewczyna. Wyglądała, jakby
się ich spodziewała. Przebiegła wydeptaną ścieżką przecinającą ogród,
pchnęła furtkę i bez wahania padła Kailowi w ramiona. Chłopak podniósł
ją nieznacznie i zakręcił w powietrzu, jak młodszą siostrę.
- Więc to, co mówił mój ojciec, jest prawdą! Matka nie chciała mu
wierzyć, ale babcia powtarzała, że ma rację! - krzyczała rozemocjonowana
dziewczyna.
Kiedy w końcu Kail postawił Annuszkę na ziemi, ta objęła jego twarz
dłońmi, badawczo się jej przyglądając.
- Sprawdzasz, czy to maska? Gwarantuję ci, że jest prawdziwy. -
Zachichotał Maks.
Kail poczuł nieprzyjemny ucisk w żołądku. Czy aby na pewno nie ukrywał
się teraz za żadną maską? Czy chłopak, który stał z Annuszką i Maksem,
to naprawdę on? Przed oczami przeleciały mu sceny z Wilczego Dworu. O kołatanie serca przyprawiło go jednak wspomnienie balu maskowego. Gdy na
sekundę przymknął oczy, praktycznie czuł obecność Charlesa. Słyszał ich
rozmowy o nierównościach społecznych i niesprawiedliwości nie tylko
dockiej, ale także wymyślonej i powielanej w Kasserii. Tak bardzo chciał
go teraz dotknąć. Usłyszeć jego głos.
- Jesteś tu z nami, Kail? - Annuszka trąciła go w ramię.
- Tak. Przepraszam - powiedział szybko wyrwany z rozważań.
- On teraz tak ma. Momentami się zawiesza i błądzi wzrokiem po
otoczeniu, jakby kogoś szukał - zauważył Maks.
Karov uchylił usta i z zaskoczeniem spojrzał na brata. Nie miał pojęcia,
że jego tęsknota była tak widoczna. Nie przypuszczał, że ból, który
mimowolnie odczuwał, pojawi się tak szybko.
- Naprawdę? - zapytał lekko skołowany.
- Tak, ale się nie przejmuj. Po tym, co przeszedłeś, i tak świetnie się
trzymasz.
Słowa Maksa nie pocieszyły Kaila. Zrozumiał, że będzie musiał bardziej
się pilnować i uważać i na słowa, i na gesty.
- To jakie mamy plany na dziś? - Zmienił temat.
- Idziemy do "Krzywego Dziobu". Jak już wspominałem, chociaż doszło do
podziału Ruby, ruch oporu nie umarł - szeptał, rozglądając się dla
pewności, czy nikt ich nie podsłuchuje. - Nie mamy już Simona i braci
Kozów, ale jest nowa ekipa. Restauracja, w której pracuję, należy do
nowego dowódcy. Na pewno już wie o twoim powrocie. Wbrew pozorom tu
plotki szybko się rozchodzą.
Kail głośno przełknął ślinę. Chociaż początkowo zamierzał trzymać się z dala od partyzantów, wyglądało na to, że partyzanci nie będą trzymać się
z daleka od niego. Szedł za Annuszką i Maksem, którzy opowiadali mu o zmianach w Rubie dotyczących zarówno nazw ulic, jak i lokali przejętych
przez Sewitów. Kail kiwał głową, ale dość szybko zaczął się w tym gubić.
Przypominał sobie opowiedzianą Maksowi historię o ludziach z domu na
skraju lasu, którą najpewniej będzie zaraz musiał opowiedzieć ponownie.
Na samą myśl, że może zostać zdemaskowany, robiło mu się słabo. Nie mógł
wyznać prawdy, bo chciał chronić Charlesa. Zastanawiał się jednak, czy
gdyby był szczery, uznano by go za zdrajcę.
Dochodziła jedenasta, gdy Gustav usłyszał pukanie do drzwi. Zazwyczaj
otwierała je któraś z sióstr, ale Anastazja akurat brała kąpiel, a Ivanka siedziała na parapecie, wczytując się w sewicki kryminał. Mrukov,
który miał na sobie jedynie spodnie od piżamy, narzucił czarny atłasowy
szlafrok i ruszył, by otworzyć.
- O, co za miła niespodzianka. - Wyszczerzył się na widok pani Karov.
- Przyniosłam zamówione kurtki - odpowiedziała.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki