Czerwony - Agnieszka Lis

Kup ebooka

39.90 zł
33.53 zł (33,08 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 1

Leśna droga roz­kła­dała się wśród zie­leni niczym sze­roki brą­zowy sznur. Zakrę­cała wie­lo­krot­nie, figlu­jąc ze wzro­kiem patrzą­cego. Tu można było dostrzec kawa­łek, tam następny...

Znała tę drogę dosko­nale. Prze­mie­rzała ją setki razy. Może tysiąc? Albo i wię­cej. Miesz­kała tu od uro­dze­nia. I jej rodzice. I dziad­ko­wie.

Od dwu­stu lat rodzina zaj­mo­wała kilka tutej­szych domów, jej człon­ko­wie znali więc każdy kąt. Roz­ma­wiali z drze­wami, które skrzy­pie­niem dawały im znać o nie­bez­piecz­nych wia­trach. Po zapa­chu roz­po­zna­wali czas jagód i grzy­bów. Ona szcze­gól­nie lubiła zbie­rać borówki, co to czer­wie­niły się w niskich roz­ło­gach, mamiły niczym świą­teczne korale. Kwa­śne po zebra­niu, po usma­że­niu nabie­rały szla­chet­nej, wytraw­nej sło­dy­czy. Mistrzy­nią w tym była babka - mie­szała zawsze w jedną stronę, żeby się nie przy­pa­liły, dosy­py­wała cukru oszczęd­nie, na raty, sza­nu­jąc kosz­towny doda­tek. A na koniec przy­kry­wała kamienny gar­nek lnianą ścierką i nie pozwa­lała nikomu rzą­dzić zawar­to­ścią. Dla niej babka szy­ko­wała drugi gar­nu­szek. Scho­wany z tyłu na półce był nagrodą za to, że zawsze zbie­rała boró­wek naj­wię­cej i ni­gdy nie prze­ga­piła oka­zji, by pomóc babce w domo­wych robo­tach.

O tej porze roku, kiedy poszy­cie lasu prze­kłu­wały prze­bi­śniegi, mogła już zbie­rać czo­snek niedź­wie­dzi. Wokół polany roz­kła­dały się grądy pełne dębów, gra­bów i brzóz, a ona kła­dła się na szcze­gól­nie nasło­necz­nio­nym sta­no­wi­sku i wysta­wiała twarz, by ogrzać się pierw­szymi pro­mie­niami słońca. Zanim gałę­zie drzew pokryły się liśćmi, podzi­wiała różowe dywany roz­chod­ni­ków, fio­le­towe dzwon­ków, obser­wo­wała plamy bia­łych pię­cior­ni­ków i wdy­chała upa­ja­jący zapach różowo-pur­pu­ro­wych mio­dow­ni­ków. Zbie­rała cza­sem pokrzywy, dziką miętę i szczaw. Nic nie mogło się zmar­no­wać. Nie tutaj, nie u nich, gdzie bieda regu­lar­nie zaglą­dała w kąty, a na przed­nówku mościła się w naj­wy­god­niej­szym miej­scu, tuż przy piecu.

Liche piasz­czy­ste zie­mie rodziły mar­nie, las był bogac­twem. Babka nauczyła ją korzy­stać z tego dobro­dziej­stwa.

To był dobry, bez­pieczny świat. Nie bała się wcho­dzić pomię­dzy drzewa, szcze­gól­nie że więk­szość leśnej połaci, raczej igla­sta niż liścia­sta, była przej­rzy­sta niczym nacią­gnięte zwie­rzęce jelito. Takim ojciec wykań­czał otwory okienne w ich cha­cie, bo na szkło zwy­kle bra­ko­wało pie­nię­dzy. Ni­gdy nie zgu­biła się w lesie. Lubiła to zbio­ro­wi­sko drzew, dla niej czy­telne i zro­zu­miałe. Od naro­dzin było natu­ral­nym świa­tem. Las mówił do niej, roz­szy­fro­wy­wała jego znaki jak inni litery w książ­kach. Te ostat­nie były jej znane, choć nie korzy­stała z nich na co dzień. Gdyby kazano jej coś prze­czy­tać, pew­nie by się udało, ale z tru­dem. Z drzew nato­miast czy­tała płyn­nie i bez naj­mniej­szego waha­nia. Ani błędu.

Szła teraz drogą, podzi­wia­jąc śmiałą, zadziorną zie­leń mło­dych liści. Pomy­ślała, że przy­dałby się deszcz - z pod­łoża wzbi­jał się kurz, dla­tego wolała iść skra­jem, lekko zaro­śnię­tym pasem, pod­szy­tym mło­dym odro­stem. Zagłę­biła stopy w przy­jemną zie­leń i choć zimno wciąż kąsało w łydki, zdjęła buty. Obu­wie trzeba oszczę­dzać, szcze­gól­nie że dostała takie piękne trze­wiki, czer­wone, z błysz­czą­cymi kla­mer­kami. Bosymi pode­szwami odczu­wała każdą nie­rów­ność, ostrzej­szy listek, nie­wielką nawet gałązkę. Sta­wiała zatem kroki ostroż­nie, cie­sząc się doty­kiem roślin niczym masa­żem.

Za kolej­nym zakrę­tem, na roz­wi­dle­niu dróg, mogłaby skrę­cić w prawo, gdzie las ucho­dził za nie­bez­pieczny. To tam stał wielki i piękny, i bar­dzo stary, Dąb Powstań­ców. Na jego kona­rach zaborcy wie­szali w tysiąc osiem­set sześć­dzie­sią­tym trze­cim nie­po­kor­nych pra­gną­cych oddy­chać wol­no­ścią. Duchy tych ludzi wciąż tam trwały. Zbo­lałe szep­tały cza­sem w kona­rach drzew, nie tylko tego dębu, na któ­rym bez­sku­tecz­nie o jesz­cze jedno tchnie­nie wal­czyły kie­dyś bez­radne ciała.

Kto był słaby, kto nie miał opar­cia w Bogu, kto nie potra­fił pora­dzić sobie z trud­nym życiem, doświad­czył nie­szczę­śli­wej miło­ści lub nie miał do kogo otwo­rzyć ust w dłu­gie zimowe wie­czory - także przy­cho­dził tutaj. Zamiast spę­dzać czas w zaciem­nio­nej izbie, z per­spek­tywą ponu­rej codzien­no­ści zimo­wych mie­sięcy, kiedy to dzień nie tylko wsta­wał późno, ale też nie roz­ja­śniał rze­czy­wi­sto­ści, wyru­szali w pobliże dębu. Zwy­kle zabie­rali ze sobą linę, musiała być mocna. Takie liny były w każ­dym gospo­dar­stwie potrzebne. Cenne. Niby nikt nie powi­nien mar­no­wać dobrego sznura. Ale jak powie­sić się bez niego? Powroź­nik to był zawód bar­dzo poszu­ki­wany w oko­licy. Nie tylko ze względu na wiślane szkut­nic­two.

W tym celu despe­raci przy­by­wali do Lasu Wisiel­ców nawet z daleka. No bo gdzie lepiej się powie­sić niż w lesie? Można w spo­koju poma­chać nogami i nawet mocz spły­wa­jący w ostat­nich chwi­lach po nogaw­kach nie zawsty­dza. I jest duża szansa, że w ogóle nikt nie znaj­dzie. Tak naj­le­piej. Żona, dzieci, rodzice - będą tęsk­nić, przez jakiś czas. Albo i nie. Zajmą się walką o codzien­ność. Ale przy­naj­mniej nie będą zno­sić odium samo­bój­stwa, które zawsze potem spły­wało na rodzinę. To była sła­bość, choć fru­straci postrze­gali to raczej jako akt odwagi. Pójść do lasu, daleko od ludz­kich sie­dzib. Żeby sąsiad ani z tej, ani z sąsied­niej wsi pod­czas grzy­bo­bra­nia nie dostrzegł zwi­sa­ją­cego ciała. Trzeba było mieć w sobie siłę, by tak iść, poko­ny­wać pagórki i zapa­dliny, nie przej­mo­wać się trza­ska­ją­cymi gałąz­kami i omi­jać wiel­kie konary zagra­dza­jące drogę. Nie­któ­rzy mówili, że wystar­czyło słu­chać lasu - on pro­wa­dził swoim magicz­nym szep­tem do wła­ści­wego miej­sca. Kto się uro­dził i wycho­wał w pusz­czy, ten rozu­miał jej język. Las jest żywym stwo­rze­niem, każdy z miesz­kań­ców oko­licz­nych wsi to wie­dział i potra­fił z lasem roz­ma­wiać.

Potem nale­żało prze­rzu­cić sznur przez wystar­cza­jąco wysoko zawie­szony konar. Cza­sem nawet konieczna była wspi­naczka po pniu. Niby nic takiego, dla miesz­kań­ców boru lub jego skraju natu­ralna umie­jęt­ność. Ale kiedy wła­zisz po pniu, by się­gnąć gru­bej gałęzi, na któ­rej za chwilę masz zawi­snąć? To musiało być nie­pro­ste - tak sobie wyobra­żała.

A potem dła­wie­nie w tcha­wicy. Zaci­ska­jący się, chro­po­waty sznur, raniący skórę, odbie­ra­jący powie­trze, brak opar­cia pod sto­pami, macha­jące w próżni nogi. Czy to był moment paniki? Żalu? Stra­chu?

Czy w takiej chwili wisielcy chcie­liby cof­nąć stra­ceń­czy krok w pustkę? Czy życie w tym ostat­nim bły­sku czasu wyda­wało im się atrak­cyjne? Pomimo smutku, który cza­sami dopada żywych?

Być może.

Odno­siła wra­że­nie, że szepty wśród drzew nale­żały nie tylko do powstań­ców, ale wła­śnie do wszyst­kich wisiel­ców, któ­rych dusze wciąż tutaj krą­żyły. Nie­któ­rzy ni­gdy nie­od­kryci, pew­nie doskwie­rało im porzu­ce­nie. Może nie mogli zna­leźć swo­jego miej­sca? Opu­ścili to, które było im dane, ale nie tra­fili w żadne inne. Czy ich udzia­łem była już tylko nicość - po wiecz­ność?

Czy dałoby się im pomóc?

Zasta­na­wiała się cza­sem nad tym. Co trzeba by zro­bić, aby ulżyć tym duszom woła­ją­cym wśród drzew? Dokład­nie tak to sły­szała: szepty, które były woła­niem. Ksiądz nie chciał z nią o tym roz­ma­wiać. "Głu­po­tami się aby nie zaj­muj" - powie­dział, czy­niąc nad nią znak krzyża, i odwró­cił się ple­cami. Matka skar­ciła ją za dener­wo­wa­nie pro­bosz­cza, więc ni­gdy wię­cej nie wra­cała do tej kwe­stii.

Ale myśleć - ow­szem, myślała. I sły­szała te woła­nia. Cza­sem smutne, cza­sem wście­kłe, zawsze pod­szyte nie­po­ko­jem. Jak mia­łaby pomóc?

Nie lubiła zatem tej czę­ści lasu. Rzadko cho­dziła do Dębu Powstań­ców, ni­gdy sama. Zwy­kle w rocz­nicę miała chęć zło­żyć kilka polnych kwia­tów, ale w stycz­niu nic nie kwi­tło. Prze­cho­dzili cza­sem grupą w pobliżu, ona wtedy mil­kła, czu­jąc na ple­cach zimny powiew i wszyst­kimi zmy­słami odbie­ra­jąc roz­dzie­ra­jący krzyk. Nikt poza nią go nie sły­szał, jed­nak wszy­scy przy­spie­szali kroku.

Teraz, w piękne połu­dnie, wśród jado­wi­cie szma­rag­do­wych liści, skrę­ciła w lewo, w kie­runku zabu­do­wań. Panu­jący tu spo­kój obez­wład­niał. Szum drzew, wiatr koły­szący gałę­ziami, szmer mło­dej zie­leni, jazgot pta­ków, trzask gałęzi łama­nych przez sarny i dziki. Cisza, a jed­nak hałas. Pełno dźwię­ków, har­mo­nia i kako­fo­nia jed­no­cze­śnie. Mogło przy­tra­fić się wycie wilka, czemu nie, dla­tego obcy odczu­wali tutaj nie­po­ko­jące dresz­cze. Ona jed­nak była stąd. Rozu­miała zwie­rzęta. Potra­fiła roz­ma­wiać z drze­wami. Mech uwa­żała za poduszkę. Szła więc w stronę domu z lek­kim ser­cem.

Za zakrę­tem, jed­nym z wielu, wła­ści­wie niczym się nie­wy­róż­nia­ją­cym, usia­dła. Dopa­dło ją rap­tem prze­ni­kliwe zmę­cze­nie. Jakby dzień stał się obcią­że­niem, może koń­cem żniw, bala­stem skwar­nych godzin spę­dzo­nych wśród ostrych źdźbeł, ranią­cych dło­nie, nogi i torsy. A może uciąż­li­wym mro­kiem nud­nego zimo­wego popo­łu­dnia, kiedy słońce led­wie wychyla się zza wyso­kich drzew, pozo­sta­wia­jąc świat w cało­dzien­nym pół­zmierz­chu. Poczuła się tak, jakby gwał­tow­nie zaszło słońce.

Musiała usiąść.

Lubiła odpo­czy­wać w lesie. Na mięk­kiej ściółce potra­fiła umo­ścić się wygod­nie, a na mchu to już w ogóle, jakby była otu­lona pie­rzyną. Teraz przy­cup­nęła, po chwili się poło­żyła. Przy­mknęła oczy.

Prze­cież dobrze dziś spa­łam - pomy­ślała.

A potem zoba­czyła roz­le­wa­jącą się wokół czer­wień. Naj­pierw na obrzeżu pola widze­nia poja­wiła się led­wie dostrze­galna poświata. Bar­dziej różowa niż kar­mi­nowa, ale kolor szybko doj­rze­wał. Wyda­wał się cie­pły, otu­la­jący, jed­nak prędko nabie­rał mocy. Nie tylko zale­wał świat dookoła, w tym i ją samą, sta­wał się też coraz ciem­niej­szy. Potężny. Zaczął wła­dać prze­strze­nią. Kiedy poczuła, że cała jest czer­wie­nią, poja­wiły się dźwięki.

Zapa­dła noc. Nagle, cał­ko­wi­cie nie­spo­dzie­wa­nie. Ciem­ność ukryła ją, pod­czas gdy ona leżała bez ruchu, jakby scho­wana. Całe szczę­ście, że poło­żyła się wśród paproci, tam mech rósł naj­grub­szą war­stwą.

Kiedy usły­szała szmer roz­mów, stru­chlała. Trwała nie­ru­chomo, niczym umarła. Pró­bo­wała je roz­po­znać, żaden nie był jej znany. Przede wszyst­kim zaś nie rozu­miała ani słowa.

Głosy były męskie. Zbli­żały się. Nali­czyła ich chyba kil­ka­na­ście. Idący śmiali się gło­śno, uwa­żała, że wul­gar­nie. Przy­po­mniało jej się, jak kie­dyś weszła do głów­nej izby, w któ­rej ojciec zwy­kle gościł sąsia­dów po dożyn­kach. Męż­czyźni świę­to­wali w spo­sób, który zdał jej się plu­gawy. Oko­wita zni­kała szybko, pijący mieli czer­wone twa­rze, tro­chę beł­ko­tali, a przede wszyst­kim - oble­piali ją wzro­kiem. Jeden i drugi wycią­gnął nawet rękę, matka trza­snęła jed­nego pro­sto w gębę, dru­giego zdzie­liła ścierką w wysu­nięte ramię.

Zaśmiali się wtedy wszy­scy, tak jak ci teraz. Dla­tego to do niej wró­ciło. Matka zabrała ją wtedy z izby i zapro­wa­dziła do sto­doły. "Dzi­siaj śpimy na sło­mie" - zarzą­dziła. "I żebyś mi wię­cej nie wcho­dziła do cha­łupy peł­nej zala­nych w trupa chło­pów. Jak chcesz wia­nek zatrzy­mać dla ślub­nego, pil­nuj się".

Teraz w myślach usły­szała tamto zda­nie, a głosy zbli­żały się, zbli­żały, zbli­żały. Były już tuż obok. Czy ją doj­rzą? Poczuła lęk i zapisz­czała jak nie­wiel­kie zwie­rzątko, szczu­rek, łasica, kret, któ­rym wio­skowe łobu­ziaki, trzy­ma­jąc za ogon, machały niczym wia­tra­kiem. A wie­działa prze­cież, że powinna być cicho. Cał­ko­wi­cie cicho. Załkała bez­gło­śnie. Znajdą ją...

Mar­cela zerwała się z prze­ra­że­niem. Sie­działa na wła­snym łóżku, w sko­tło­wa­nej pościeli. Nie­wiel­kie czer­wone kwiatki na powłoczce przy­po­mniały o zale­wa­ją­cej ją chwilę temu czer­wieni. Krzyk­nęła.

Co ja wypra­wiam! Wes­tchnęła gło­śno, zdaw­szy sobie sprawę, że przez sen nie pisz­czała jak krzyw­dzony futrzak, a raczej gło­śno wrzesz­czała.

- Cie­kawe, czy zain­te­re­so­wa­łam któ­re­goś z sąsia­dów - rzu­ciła w prze­strzeń z prze­ką­sem. - Swoją drogą, idio­tyczny ten sen. I wszyst­kie inne. Muszę z nimi coś w końcu zro­bić.

Rozdział 2

Mar­ce­lina grzecz­nie niczym kon­sula Hono­lulu poże­gnała wyjąt­kowo upier­dli­wego klienta. Wybie­rał, wybrzy­dzał, maru­dził, a na koniec zde­cy­do­wał się na last minute w naj­tań­szej opcji. Wła­ści­wie lubiła swoją pracę - uwa­ża­jąc, że sprze­daje marze­nia. Hotel z aqu­apar­kiem dla rodziny z trójką dzie­cia­ków. Luk­su­sowy, odosob­niony bun­ga­low dla nowo­żeń­ców. Lokum na ubo­czu, ale z łatwym dojaz­dem do dzie­sią­tek atrak­cji dla żąd­nych wra­żeń. Dla każ­dego coś miłego.

Jak jed­nak zado­wo­lić kogoś, kto chce wszystko? Waka­cje w luk­su­so­wym kuror­cie, z pakie­tem zabie­gów spa, wyciecz­kami w cenie i dar­mo­wym dostę­pem do drin­ków? Z naci­skiem na to ostat­nie. Przy tym ma być gorąco, bo jego mał­żonka tak lubi, ale on to jed­nak naj­chęt­niej poje­chałby na narty.

- Da się zro­bić - odpo­wie­działa Mar­cela wciąż z uśmie­chem. Wtedy jesz­cze nie była znie­sma­czona. - Dubaj jest inte­re­su­jącą opcją...

- Tak daleko lecieć? Osza­lała pani - odparł klient. - Żona puch­nie w samo­lo­cie. Lot musi być krótki.

- Oczy­wi­ście, panie Rut­kow­ski. To może pół­nocne Wło­chy? Sie­dem dni nad morzem, na pięk­nych, piasz­czy­stych pla­żach, a drugi tydzień w luk­su­so­wym alpej­skim kuror­cie.

- I mamy dzie­lić urlop na pół? - obru­szył się Rut­kow­ski.

I tak w kółko. Lita­nia wyra­fi­no­wa­nych ocze­ki­wań, zbyt sprzecz­nych, by je speł­nić. Do tego za rów­no­war­tość dwóch dni na polu namio­to­wym pod­czas Pol'and'Rocka. Ulżyło jej, kiedy klient w końcu wyszedł. Choć z mar­sem na czole, spra­wiał jed­nak wra­że­nie usa­tys­fak­cjo­no­wa­nego.

Wydał mało, dosta­nie śred­nio, będzie eks­tre­mal­nie nie­za­do­wo­lony i wróci z pre­ten­sjami - pomy­ślała Mar­cela.

Weszła do mikro­sko­pij­nej kuchenki, pstryk­nęła eks­pres do kawy i wró­ciła na miej­sce.

- Dzi­siaj nie lubię swo­jej pracy - powie­działa do Krzysz­tofa, który sie­dział przy sąsied­nim biurku, wpa­trzony w kom­pu­ter. - Prze­wi­duję, że ta trans­ak­cja odbije nam się czkawką.

Uniósł na nią wzrok i lekko się uśmiech­nął.

- Jesteś wróżką? - zapy­tał.

- Są rze­czy i sprawy, które widzę z wyprze­dze­niem - odparła poważ­nie.

Nie zdą­żył odpo­wie­dzieć, bo w tym momen­cie zabrzę­czał dzwo­nek nad drzwiami. Oby­dwoje natych­miast przy­brali służ­bowe wyrazy twa­rzy.

- A, to pan! - Mar­ce­lina się ucie­szyła.

Krzy­siek szybko się pod­niósł i pomógł star­szemu czło­wie­kowi. Odsta­wił jego siatkę z zaku­pami, pod­su­nął krze­sło.

- Kawy? - zapro­po­no­wała w tym samym cza­sie Mar­cela. - Eks­pres się wła­śnie roz­grzewa.

- Gdzie tam kawy, dziecko! - Przy­były się zaśmiał. - W moim wieku nad­miar kofe­iny może przy­spie­szyć spo­tka­nie z Naj­wyż­szym. Choć nie wiem, czy rze­czy­wi­ście byłoby to przy­spie­szone spo­tka­nie. Osiem­dzie­siąt pięć lat, zważ­cie na to. Kto by pomy­ślał, taki ze mnie sta­ruch!

- Ależ, panie Sta­ni­sła­wie, jaki tam z pana sta­ru­szek! - zapro­te­sto­wali oby­dwoje. - Tyle werwy, tyle siły. A mądrość jaka! Wie­dza, elo­kwen­cja i bły­sko­tli­wość. Umysł godny podziwu!

- Mili jeste­ście, bar­dzo uprzejmi. Dobre z was dzieci. Zawsze taka byłaś, kochana, odkąd pamię­tam. Ale kawą grze­szę tylko cza­sami. Za to wody bym się odro­binę napił.

Krzy­siek zerwał się pierw­szy.

- Refleks mam dziś spóź­niony - uspra­wie­dli­wiła się Mar­cela, zie­wa­jąc. - Źle spa­łam.

- O sen to się powinno dbać! - stwier­dził pan Sta­ni­sław. - Kłaść się o dzie­sią­tej naj­le­piej. Wtedy ciało odpo­czywa, a nie tak jak wy, mło­dzi. Świa­tło to u pani widzia­łem kie­dyś jesz­cze o dru­giej.

- A co pan robił o dru­giej nad ranem?

- W moim wieku trzeba w nocy kilka razy wsta­wać. Nie ceni­cie tego, mło­kosy, że może­cie spać spo­koj­nie aż do rana.

- Sny mi ostat­nio prze­szka­dzają, panie Sta­ni­sła­wie.

- To może film dobry? - Uśmiech­nął się ser­decz­nie. - Mam coś cie­ka­wego. Kome­dia, roman­tyczna, jak pani lubi.

- Pięk­nie. Oddam panu te poprzed­nie. Świet­nie się bawi­łam, szcze­gól­nie ten mi się podo­bał. - Mar­ce­lina podała star­szemu panu kilka płyt zapa­ko­wa­nych w torebkę, wska­zu­jąc na tytuł widoczny przez folię. - Bar­dzo sym­pa­tyczny.

- Bez­sen­ność w Seat­tle, kla­syka gatunku - przy­tak­nął Krzy­siek.

- A ty niby skąd wiesz? - obru­szyła się Mar­cela.

- Się zna dobre filmy.

- Aku­rat - burk­nęła. - Gadasz tak, bo ci o nim opo­wia­da­łam.

Sąsiad wypił wodę i pod­niósł się z krze­sła ze stęk­nię­ciem.

- Zdra­dzę wam, dro­gie dzieci, że dopiero jak sta­rość zawita w ludz­kie progi, to dostrze­gamy, co w życiu naj­waż­niej­sze. Wszystko to banały, moi dro­dzy, same banały. Rodzina i spo­kój duszy, ot co. To się liczy. Ale, co wy tam, mło­dzi, wie­cie. - Mówiąc to, uśmiech­nął się ser­decz­nie i lekko się zachwiał. Mach­nął jed­nak ręką, gdy Krzysz­tof chciał go wes­przeć.

- A idzie stąd. Stary jestem, ale wciąż jary. Trzy­maj­cie się, dzie­ciaki, dobrze i zdrowo. Pójdę już, bo się zmę­czy­łem.

Dodał coś jesz­cze, ale już bar­dziej do sie­bie. Patrzyli przez chwilę za wycho­dzą­cym z biura jego­mo­ściem.

- Prze­pa­dam za nim - pod­su­mo­wała życz­li­wie Mar­cela.

- Fajny gość - zgo­dził się Krzy­siek. - Też chciał­bym taki być w jego wieku.

- Od kiedy się tu spro­wa­dził, znacz­nie popra­wiła się moja zna­jo­mość świa­to­wej kine­ma­to­gra­fii.

- Dotych­czas zna­łaś tylko węgier­ską fil­mo­gra­fię - sko­men­to­wał ze śmie­chem.

- I mogłam cię w niej edu­ko­wać - odcięła się.

- Naprawdę pan Sta­ni­sław zna cię tak długo? - Zmie­nił temat.

- Mnie jak mnie. Moich rodzi­ców. Coś kie­dyś chyba robili z tatą zawo­dowo, nie wiem dokład­nie. Ja go nie bar­dzo pamię­tam, ale podobno mu kie­dyś powie­dzia­łam, że jest nie­bie­ski. Przy tata­rze i kie­liszku zmro­żo­nej wódeczki.

- Jak zare­ago­wał?

- On chyba dobrze... Mama gorzej. Ode­słała mnie do dru­giego pokoju. Miło go znów zoba­czyć, choć dzi­siaj nie jest już taki błę­kitny. Cóż, aury się zmie­niają. Nie­mniej cie­szę się, że przy­nosi filmy. A kla­sykę węgier­ską rze­czy­wi­ście znam na pamięć.

Zamil­kli. Mar­ce­lina przy­po­mniała sobie dłu­gie wie­czory z Łuka­szem, kiedy to wtu­leni w sie­bie oglą­dali kolejne madziar­skie arcy­dzieła. Jej aten­cja do tego kraju zaczęła się od filmu Wol­ność i miłość. Dzia­dek zgi­nął w pięć­dzie­sią­tym szó­stym w Pozna­niu, w domu kul­ty­wo­wano więc pamięć o tej rewol­cie bar­dziej niż o powsta­niu war­szaw­skim. A ten obraz nawią­zy­wał do poznań­skiego Czerwca, a wła­ści­wie do węgier­skiej rewo­lu­cji, którą pol­ski zryw zaini­cjo­wał.

A kiedy czter­na­sto­let­nia Mar­cela prze­czy­tała wiersz, od któ­rego film wziął swój tytuł - prze­pa­dła.

Wol­ność, miłość - przy­się­gam Jed­nako mi nie­zbędne. Ja za miłość jestem gotów Oddać żywot. Ja za wol­ność jestem gotów Oddać miłość1.

Potem się­gnęła po wię­cej poezji Sándora Petőfiego i jak się miało oka­zać - nikt i nic nie poru­szyło jej już bar­dziej. Pró­bo­wała z wiel­kimi pol­skimi roman­ty­kami: prze­czy­tała sporo Mic­kie­wi­cza, Sło­wac­kiego, całego Nor­wida. Stu­dio­wała Baczyń­skiego, Paw­li­kow­ską-Jasno­rzew­ską, Gał­czyń­skiego, Tet­ma­jera, Tuwima, Bro­niew­skiego i dzie­siątki innych. Się­gnęła po Goethego, Byrona, Bau­de­la­ire'a. Znała Szek­spira, Ach­ma­tową, Emily Dic­kin­son, Hora­cego, Lorcę, Róże­wi­cza, Szym­bor­ską i wybit­nych poetów afry­kań­skich, któ­rych nazwisk już nie pamięta. I w jej umy­śle, a może przede wszyst­kim duszy, nie zago­ścił na dłu­żej nikt. Tylko Petőfi. Zatem hun­ga­ry­styka była jej naj­oczy­wist­szym, pierw­szym i jedy­nym wybo­rem. Choć po angiel­sku mówiła na tyle bie­gle, że anglistka wespół z matką zała­my­wały ręce. "Dziecko, a co ty będziesz w życiu robiła po tych węgier­skich wygi­ba­sach?" - pytała mama. Do lamen­tów dołą­czyła nauczy­cielka pol­skiego, bo Mar­cela była zwy­cięż­czy­nią woje­wódz­kiego kon­kursu polo­ni­stycz­nego i fina­listką ogól­no­pol­skiej olim­piady lite­ra­tury.

Dziew­czyna trwała jed­nak upar­cie przy swoim, a z cza­sem była z doko­na­nego wyboru jesz­cze bar­dziej zado­wo­lona. Na stu­diach poznała Łuka­sza, wielką miłość swo­jego życia. Chło­pak był po równo zako­chany w niej i w mean­drach mowy Madzia­rów. A przy­naj­mniej spra­wiał takie wra­że­nie.

Długo się razem pro­wa­dzali, w końcu zapla­no­wali ślub. Zakle­pali ter­min u księ­dza, zare­zer­wo­wali salę weselną, wybrali wzór zapro­szeń. Usta­lili nawet taki szcze­gół, że do ślubu pojadą kre­mową alba regią z ciem­nym dachem, zabyt­kiem z tysiąc dzie­więć­set pięć­dzie­sią­tego pią­tego roku. Zna­jomy Łuka­sza spe­cjal­nie dla nich zaofe­ro­wał się, że spro­wa­dzi ten samo­chód z Węgier, bo w Pol­sce nie udało się takiego zna­leźć. Już nawet kraw­cowa wzięła pierw­szą miarę do sukni marzeń.

I wtedy się oka­zało, że Łukasz, ide­alny męż­czy­zna Mar­celi, był takim także dla pew­nej Wero­niki, która z rado­ścią ocze­ki­wała ich pierw­szego dziecka. I wie­rzyła, że to maleń­stwo będzie począt­kiem spo­rej gro­madki, bo marzyła co naj­mniej o czwórce.

Mar­ce­lina i Wero­nika spo­tkały się pew­nego dnia zupeł­nie nie­chcący. Dla sie­bie i Łuka­sza. Gdy ten cało­wał Mar­celę na powi­ta­nie, pode­szła do nich, głasz­cząc swój wysta­jący brzuch, sym­pa­tyczna dziew­czyna i objęła Łuka­sza od tyłu.

- A ty nie mia­łeś być na uczelni, kocha­nie? - zapy­tała Wero­nika i spoj­rzała w oczy Mar­ce­li­nie. Nic wię­cej nie trzeba było doda­wać, a jed­nak umó­wiły się jesz­cze raz. To Wero­nika do niej zadzwo­niła. Skąd wzięła numer? Z tele­fonu Łuka­sza. Były tam dwie osoby ozna­czone jako ICE. In Case of Emer­gency. W razie wypadku zadzwoń do... Nie rodzi­ców, nie rodzeń­stwo - ozna­czył tak dwie narze­czone.

- Będziesz miała z nim dziecko, więc zosta­wiam go tobie - zako­mu­ni­ko­wała Mar­ce­lina.

- Marzyła mi się nawet czwórka - odpo­wie­działa Wero­nika płacz­li­wie. - I zwy­kle nie jestem taka nie­przy­tomna beksa, to cią­żowe hor­mony robią ze mnie płacz­liwą lebiegę.

Płacz­liwa lebiega zyskała uzna­nie Mar­ce­liny.

- Cią­gle możesz mieć taką gro­madkę - odparła spo­koj­nie. - Tylko naj­pierw weź ślub, żeby ci chłop­taś nie uciekł. - Jed­nak nie powstrzy­mała się przed zło­śli­wo­ścią.

Czuła się dziw­nie z tym, że pocie­sza dziew­czynę, przez którą jej zaawan­so­wane weselne plany legły w gru­zach. Nie zdzi­wiła się jed­nak, gdy Wero­nika posłu­chała jej rad i zmu­siła Łuka­sza do ożenku. Wyko­rzy­stała nawet zare­zer­wo­waną przez Mar­celę salę ban­kie­tową i kre­mową alba regię kolegi Łuka­sza.

Wero­nika zadzwo­niła ponow­nie przed samym ślu­bem, do któ­rego szła już z małym Anto­siem na rękach.

- Jeśli zechcia­ła­byś mnie zaszczy­cić obec­no­ścią na uro­czy­sto­ści... - Zamil­kła w ocze­ki­wa­niu na reak­cję Mar­ce­liny.

- Raczej nie­ko­niecz­nie. Dziw­nie bym się czuła. Mogła­bym się pomy­lić i podejść do ołta­rza z inten­cją zło­że­nia przy­sięgi. Wiesz, jak na wła­snym ślu­bie, na któ­rym ktoś zajął moje miej­sce.

- Cóż... - zawa­hała się Wero­nika. - Ja nie chcia­łam wycho­dzić za mąż. Dzieci tak, part­ner tak, mąż nie. Mał­żeń­stwo to skom­pro­mi­to­wany prze­ży­tek poprzed­niej epoki. To twoje ist­nie­nie skło­niło mnie do tego, żeby zale­ga­li­zo­wać zwią­zek. Ja wiem, że Łukasz będzie mnie zdra­dzał, ale dzieci są dla mnie waż­niej­sze, chcę mieć dzieci. A poza domem niech ich tatuś robi se, co chce. Byle wra­cał. Wycho­wy­wa­łam się jako jedy­naczka i zależy mi na dużej rodzi­nie.

- A co ja mam z tym wspól­nego?

- Twoja obec­ność przy­po­mni mu, że jego miej­sce jest przy mnie...

- Wero­nika, nie gnie­waj się - prze­rwała jej Mar­ce­lina. - Mia­łam więk­szą tole­ran­cję dla cie­bie, kiedy byłaś w ciąży. Hor­mony i te sprawy. Nawet ci współ­czu­łam. Ale nie zamie­rzam być dla nikogo wen­ty­lem bez­pie­czeń­stwa. Swoją traumę już prze­pra­co­wa­łam, Łukasz mnie nic a nic nie obcho­dzi, a ty... Cóż, wła­ści­wie też nie bar­dzo. Masz świa­do­mość, jaki on jest, a jed­nak wycho­dzisz za niego za mąż. Twój wybór. Mnie w to nie mie­szaj.

Roz­łą­czyła się wku­rzona. Przede wszyst­kim dla­tego, że skła­mała. Niczego nie prze­pra­co­wała. Zamiast więc udać się na swój nie­do­szły ślub, zaszyła się w miesz­ka­niu i cały week­end ryczała. Potem przez trzy dni pocie­szali ją Krzysz­tof wraz z Pau­liną, jej przy­ja­ciółką jesz­cze ze szkoły. A i tak imię "Łukasz" wciąż powo­do­wało u Mar­ce­liny dreszcz.

Roz­my­ślała o tym teraz, choć prze­cież jesz­cze chwilę temu prze­ko­ma­rzała się z Krzyś­kiem. Teo­re­tycz­nie ich roz­mowa wciąż trwała, bo Krzysz­tof przy­wykł do jej nagłych zawie­szeń, cza­sem cał­kiem dłu­gich, i po pro­stu zaj­mo­wał się swo­imi spra­wami. A gdy wszedł kolejny klient i skie­ro­wał się w stronę Mar­ce­liny, zapro­sił go do swo­jego biurka. Nowo przy­były jesz­cze chwilę spo­glą­dał tęsk­nie na dwu­dzie­sto­sze­ścio­latkę. Zawsze milej być obsłu­żo­nym przez kogoś o zie­lo­nych oczach i jasno­blond lokach upię­tych w wysoki kok niż przez... cóż, w miarę przy­stoj­nego, ale chło­paka. Ponie­waż jed­nak zadzwo­nił tele­fon Mar­ce­liny, męż­czy­zna usiadł posłusz­nie naprze­ciw Krzysz­tofa.

- Co ty powie­dzia­łaś?

Klient już miał w rękach kata­log z ofertą wycie­czek na nad­cho­dzące lato, odwró­cił jed­nak wzrok. Tak samo zresztą jak Krzysz­tof. W gło­sie Mar­ce­liny sły­chać było bowiem tak bez­brzeżne zdu­mie­nie, jakby kosmici wylą­do­wali na placu Pił­sud­skiego.

I może wła­śnie wylą­do­wali. Tyle że nie na placu, a na dol­nym Moko­to­wie, i z koszem czer­wono-żół­tych tuli­pa­nów.

Rozdział 3

- No i może wła­śnie tak byłoby naj­le­piej?

Matka Mar­ce­liny prze­wró­ciła oczami.

- Nie wcho­dzi się dwa razy do tej samej rzeki. Nawet o tym nie myśl.

- Ale...

- Nie ma żad­nego "ale". Praw­dziwa miłość takich rze­czy nie robi.

- Łukasz twier­dzi, że się tylko pomy­lił.

- I przez pomyłkę ma żonę i dziecko? - Anna, matka Mar­ce­liny, wes­tchnęła.

- Mamo, ja wiem, że opo­wia­dam głu­poty. Sama kaza­łam Wero­nice wziąć ten ślub. Popchnę­łam ją do niego. Ona dosko­nale zda­wała sobie sprawę, że Łukasz nie będzie jej wierny. Chciała mieć inse­mi­na­tora na wła­sność. A te tuli­pany... Mamo, on mi zawsze przy­no­sił róże.

- Są dostępne w każ­dej kwia­ciarni przez cały rok. I róże, i tuli­pany. - Matka spoj­rzała na nią, krę­cąc głową.

- Ale ja nie lubię róż.

- Ni­gdy go nie obcho­dzi­łaś - powie­działa twardo Anna. - Kwiaty dosta­wa­łaś na odczep­nego.

- A jed­nak to tuli­pany. Teraz zaczęło mu zale­żeć... - Mar­ce­lina wyraź­nie się roz­ma­rzyła.

- Osza­la­łaś? - Matka wzięła głę­boki oddech. - Chyba mu nie pozwo­lisz...

- Dro­gie panie, sto­nujmy emo­cje. - Bog­dan, ojciec dziew­czyny, wyszedł z dru­giego pokoju i od razu wyczuł ner­wo­wość.

- Każdy ma prawo do błędu. - Mar­cela udała, że nie zare­je­stro­wała poja­wie­nia się taty.

- Dro­gie panie - spró­bo­wał znów męż­czy­zna, tym razem gło­śniej i bar­dziej sta­now­czo. - Czas na spo­kojny, rodzinny obiad. Jak na nie­dzielę przy­stało.

Kobiety spoj­rzały na sie­bie ze zło­ścią, jed­nak zgod­nie wstały i prze­szły do kuchni. Ojciec posta­wił na stole butelkę wina i trzy kie­liszki. Kiedy Anna i Mar­ce­lina weszły z pół­mi­skami, sie­dział już przy stole i aku­rat się­gał po kor­ko­ciąg.

- Wypi­jemy za moją mądrą żonę i rów­nie rozumną córkę - zapro­po­no­wał kon­cy­lia­cyj­nie.

Usia­dły naprze­ciw sie­bie, wciąż obra­żone, co wyra­żały osten­ta­cyj­nym mil­cze­niem.

- Jakie masz plany na przy­szły week­end? - zapy­tał ojciec, na co Mar­ce­lina wzru­szyła ramio­nami. - Pytam, bo chciał­bym, żeby­śmy razem poje­chali...

- Wła­śnie! - prze­rwała mu żona. - Dzwo­niła cio­cia Helenka. Zapro­siła nas na uro­dziny. Będzie moja mama, cio­cia Bar­bara, wujek Andrzej, kuzyn Romek...

- Mamo, muszę?

- Na pewno lepiej posie­dzieć z rodziną, niż roz­my­ślać o tym łachu­drze.

- Aniu, nie pro­wo­kuj - łago­dził ojciec. - Miła atmos­fera, miłość, fami­lijny nie­dzielny obiad, zażyłe rela­cje... i takie spo­kojne kli­maty. Utrzy­majmy to, dro­gie panie.

- Nie ogar­niam tych wszyst­kich kuzy­nów, pociot­ków i innych. - Mar­ce­lina, wciąż nabur­mu­szona, udała, że nie sły­szy ojca.

- Rodziny niby nie znasz? - unio­sła się matka, nie­po­mna mężow­skich inter­wen­cji.

- Mam pro­po­zy­cję - wtrą­cił się znów ojciec. - To dobra oka­zja, by poroz­ma­wiać o naszych przod­kach i krew­nych.

Mar­cela prze­wró­ciła oczami.

- Robi­łem ostat­nio porządki w gabi­ne­cie. Nie żebym bar­dzo tego pra­gnął, ale twoja matka tak mi truła - zer­k­nął z wyrzu­tem na żonę - że już nie mia­łem siły słu­chać. Na odczep­nego się­gną­łem na naj­wyż­szą półkę i doko­na­łem tam odkry­cia. Dwa zaku­rzone albumy, niczym dwa Święte Gra­ale.

- Święty Graal jest tylko jeden. Pozo­stałe to pod­róbki - wtrą­ciła Anna.

- Nie mam poję­cia, kto na nich jest - Bog­dan posta­no­wił zigno­ro­wać komen­tarz żony - ale wiele zdjęć jest opi­sa­nych. Może ty coś pamię­tasz? - zwró­cił się w końcu bez­po­śred­nio do Anny.

- Mogę popa­trzeć - odburk­nęła. - Ale po obie­dzie. Nie po to sta­łam przy garach, żeby­śmy teraz zimne jedli. Zraza sobie nałóż. - Spoj­rzała na córkę, wciąż ura­żona.

Z każ­dym kęsem atmos­fera się popra­wiała. Nie darmo się mówi, że przez żołą­dek do serca. Aż w końcu, przy dese­rze, roz­ma­wiali ze sobą jak zwy­kle. Ser­decz­nie i tro­skli­wie. Jak rodzina.

- Ogarnę naczy­nia, a ty przy­nieś te albumy - powie­działa Anna, wsta­jąc od stołu. - Tylko odkurz, żebyś mi brudu na obru­sie nie roz­sma­ro­wał.

Ojciec mru­gnął do Mar­celi, razem prze­szli do sąsied­niego pokoju i przy­nie­śli cięż­kie tomisz­cza, już wcze­śniej prze­zor­nie wyczysz­czone.

- No oczy­wi­ście, że pamię­tam - powie­działa Anna, gdy znów usia­dła przy stole. - Mama ze swoim rodzeń­stwem. Bar­bara, Andrzej, Jacek i Mie­tek. Helenki tu bra­kuje. Pamię­tam to zdję­cie. Byli wtedy na waka­cjach na Mazu­rach. Pod namio­tem. Mama opo­wia­dała, że wtedy poznała tatę. Ile mogli mieć lat? Jest tu data?

- Tysiąc dzie­więć­set sześć­dzie­siąty ósmy - odpo­wie­dział męż­czy­zna.

- Czyli mama miała dwa­dzie­ścia. Ide­alny moment na pozna­nie męża, czyż nie? - Anna spoj­rzała zalot­nie na wła­snego wybranka.

- Ja mam już dwa­dzie­ścia sześć. Coś chyba prze­ga­pi­łam - stwier­dziła z prze­ką­sem Mar­cela.

- Nie zaczy­naj - zri­po­sto­wała matka. - Dzi­siaj czasy są inne, nikt już nie zako­chuje się pod­czas waka­cji na Mazu­rach. Ja two­jego tatę pozna­łam na stu­diach i oka­zał się cał­kiem znoś-nym kan­dy­da­tem na męża. Ty Łuka­sza też spo­tka­łaś na uczelni, ale jak widać, uni­wer­sy­tet to dzi­siaj nie jest dobre miej­sce do zna­le­zie­nia życio­wego part­nera.

- Wyglą­dają na szczę­śli­wych - powie­dział Bog­dan, przy­glą­da­jąc się zdję­ciu.

- Mama mówiła, że to były naj­szczę­śliw­sze waka­cje jej życia - dorzu­ciła Anna sen­ty­men­tal­nie.

- Bab­cia Wanda była naj­młod­sza? - zain­te­re­so­wała się Mar­ce­lina.

- Nie, czwarta z szóstki. Naj­star­sza Bar­bara, potem w kolej­no­ści Andrzej i Jacek, mama, Helenka i naj­młod­szy Mie­tek. Poza tym mieli jesz­cze czwórkę rodzeń­stwa, ale dzie­ciaki nie dożyły pierw­szych uro­dzin, może dru­gich, imiona gdzieś się zapo­działy.

- To straszne. - Mar­cela się wzdry­gnęła.

- Co takiego? - zdzi­wiła się Anna.

- Te dzieci żyły, a nawet nie znamy ich imion. To byli twoi wujo­wie i ciotki, prawda?

- Takie były czasy.

- A są cho­ciaż groby tych dzieci?

- Może i tak, kto to wie.

- Czyli pew­nie już ślad nie pozo­stał.

- Każda rodzina ma takie smutki - zri­po­sto­wała matka. - Dzi­siaj dzieci nie umie­rają tak masowo.

- Już nie­długo. Jesz­cze tro­chę i nasza służba zdro­wia nad­robi to nie­do­pa­trze­nie.

- Bez poli­ty­ko­wa­nia - zmi­ty­go­wał córkę Bog­dan.

- W każ­dym razie mama, o ile dobrze koja­rzę, wró­ciła z tych waka­cji zako­chana, a rok póź­niej wzięli z ojcem ślub. W kolej­nym roku ja przy­szłam na świat.

- A pozo­stali?

- Z cio­cią Bar­barą i trójką jej dzieci będziemy się widzieli za tydzień, sama zapy­tasz. A reszta... Prze­cież wiesz. Wujek Andrzej mieszka trzy ulice dalej.

- Tak, wujka Andrzeja znam. I wujka Jacka. A Mie­tek?

- Wielki nie­obecny. - Anna się zaśmiała. - Kto wie, gdzie jest i co pora­bia. Spło­dził czwórkę dzieci, po czym znik­nął jak sen złoty.

- Joanna, Antoni oraz bliź­niaki: Romek i Kamila. Sam Mie­tek praw­do­po­dob­nie wyje­chał. Stany, Mek­syk, Azja, szu­kaj wia­tru w polu.

- Naroz­ra­biał, że tak znikł?

- Praw­do­po­dob­nie. Sie­dział w wię­zie­niu, ale nie wiem za co. Coś drob­nego, bo szybko wyszedł. Potem przez jakieś dwa lata jeź­dził jako kie­rowca tira. Spo­ra­dycz­nie kon­tak­to­wał się z rodziną, aż pew­nego dnia zamilkł. Nie ma go w spi­sach peni­ten­cjar­nych, nie ma w reje­strze stanu cywil­nego. Ani umarł, ani żyje, ani sie­dzi w wię­zie­niu. Wielki nikt. Dzieci go szu­kały. Ale to nie­obecny, zagi­niony. Antoni i Romek wpadną za tydzień, możesz ich pod­py­tać. A Jacek wyje­chał do Sta­nów, dla­tego myślę, że Mie­tek poje­chał za nim.

- Że niby do brata? Skoro taki odlu­dek, to mało praw­do­po­dobne.

- Szcze­gól­nie że nikt za bar­dzo nie wie, co się z Jac­kiem dzieje - uzu­peł­niła kwa­śno Anna.

- Cie­kawa rodzinka. Szóstka rodzeń­stwa, w tym dwójka zagi­niona. Jedna trze­cia.

- Cze­piasz się, dziecko. A na tych zdję­ciach to już jeste­śmy razem. - Matka prze­wró­ciła stronę na kolejną z wyraźną ulgą.

- Pokaż, tato, wcze­śniej­sze albumy - powie­działa Mar­ce­lina. Now­sze zdję­cia znała. Inte­re­so­wało ją to, czego dotych­czas nie widziała.

Drugi album oka­zał się znacz­nie cie­kaw­szy.

- Te foto­gra­fie led­wie pamię­tam. - Anna się zamy­śliła. - Ale mama mi je poka­zy­wała. To jej rodzice w domu na wsi.

- Co za gro­mada! - Mar­ce­lina aż sap­nęła.

- Takie kie­dyś były rodziny. Wie­lo­dzietne. Mnó­stwo dzieci wcze­śnie umie­rało. Jak te, o któ­rych mówi­ły­śmy. Dla­tego kobiety tak czę­sto rodziły. Jest tam rok? - Anna zmru­żyła oczy.

Bog­dan wyjął i odwró­cił zdję­cie.

- Tysiąc dzie­więć­set czter­dzie­sty. I jest opis. Słu­chaj­cie. Bro­ni­sława i Józef z dziećmi: Teli­mena, Teresa, Wie­sław, Rado­sław, Prze­my­sław, Gra­żyna, Bole­sław, Dobro­sława i Jerzy.

- Moja bab­cia to Dobro­sława. Uro­dziła mamę w tysiąc dzie­więć­set czter­dzie­stym ósmym. Pozo­sta­łych ze zdję­cia nie znam. Nawet nie mam poję­cia, co się z nimi działo. Coś mi się tylko koja­rzy z tą Teresą. Tra­giczna histo­ria, chyba popeł­niła samo­bój­stwo. Powie­siła się na drze­wie, kil­ka­set metrów od domu. O resz­cie nic nie wiem. Żyć to już raczej nie żyją, ale pew­nie ich potom­ko­wie błą­dzą gdzieś po świe­cie.

Mar­ce­lina wzięła głę­boki oddech. Poczuła zna­jome mro­wie­nie. Na obrze­żach pola widze­nia poja­wił się kolor. Mignęły błysz­czące kla­merki przy czer­wo­nych trze­wi­kach.

- A ten dom? Co to za miej­sco­wość? - zapy­tała szybko. Póki poświata była deli­katna, mogła jesz­cze zapo­biec jej roz­la­niu. Matka nic nie zauwa­żyła, tak przy­naj­mniej się wyda­wało.

- Dawno nie ist­nieje - odpo­wie­działa Anna. - Wtedy wszy­scy, kilka poko­leń, miesz­kali w jed­nej drew­nia­nej cha­cie we wsi na skraju lasu. Tyle wiem. I że tę wieś wysie­dlono. Wszy­scy wyje­chali. Podobno w latach sie­dem­dzie­sią­tych ktoś tam jesz­cze miesz­kał, mama mnie nawet chyba tam zabrała, ale pamię­tam tylko las.

- A to?

- Twoi dziad­ko­wie. Już w War­sza­wie. Na Gro­cho­wie.

Na oglą­da­niu zdjęć zeszło im do późna. Dopiero po dwu­dzie­stej Mar­ce­lina poże­gnała się z rodzi­cami.

- Odpro­wa­dzę cię - powie­dział ojciec.

Chwilę pro­te­sto­wała, ale się uparł. Przed jej blo­kiem cmok­nął córkę w poli­czek i powie­dział:

- Śpij dobrze, dziecko.

- Będę, tato. - Uśmiech­nęła się.

A potem ze stra­chem pomy­ślała o nad­cho­dzą­cej nocy: oby tylko nie był to czas kolej­nego kosz­maru.

Rozdział 4

Idąc lasem, pomy­ślała, że ni­gdzie nie czuje się tak szczę­śliwa. Zapach, kolory, świa­tło, powie­trze. Tak lekko się tu oddy­chało.

Poza tym lubiła oglą­dać te wszyst­kie malut­kie rośliny pora­sta­jące zwa­lone pnie drzew, gałę­zie leżące na zie­lo­nych poła­ciach mchu, a nawet poro­sty na pół­noc­nej ścia­nie ich chaty. Nie­które były srebrne jak księ­życ w mroźną noc, cza­sem pokry­wały powierzch­nię drob­nym nalo­tem, w innych miej­scach przy­po­mi­nały roso­chy łosia, a jesz­cze gdzie indziej two­rzyły całe korony, malow­ni­czo postrzę­pione niczym mroźne malunki na tale­rzu brony. Bywały też zie­lone, poroz­ra­stane niczym łopaty, cza­sem sztywno celu­jące w niebo, a cza­sem zwi­sa­jące niczym mokre strąki topie­licy. Innym razem przy­po­mi­nały męskie brody. Gęste kępki, nie­po­skro­mione i ster­czące w różne strony. Bywały też brą­zowe i splą­tane niczym nici, któ­rymi bawił się nie­sforny kot. Kie­dyś kocica poplą­tała babce motek - błą­kała się potem zimową porą po oko­licy, wygłod­niała, bo babka wygnała ją z domu. Dopiero gdy kotka była już bli­ska śmierci, przy­jęła ją z powro­tem pod swój dach.

- Nikomu nie pozwolę na takie harce - mru­czała kobieta wście­kła. - Niteczki są za dro­gie, by kot je nisz­czył. Musiała się łachu­dra nauczyć.

Tak naprawdę babkę bolało smutne miau­cze­nie futrzaka, co jed­nak było zro­bić. Prze­cież bra­ko­wało na wszystko, czę­sto nawet na jedze­nie. Nici nie dało się zro­bić w domu, a koty mno­żyły się same. Nie ten, to inny, choć babka kochała aku­rat tę kocicę, bo sama ją wykar­miła, gdy jej matka zde­chła zaraz po oko­ce­niu. Pozo­stałe trzy chu­cherka nie prze­żyły, ta jedna ruda­ska prze­trwała i stała się ulu­bie­nicą babki. Choć nie na tyle, by bez­kar­nie plą­tać nici.

Prze­mie­rza­jąc las, dziew­czyna przy­glą­dała się mchom. Lubiła je, nawet bar­dzo. Mięk­kie podu­chy, zwy­kle ciem­no­zie­lone, zachę­cały do odpo­czynku. Kła­dła się więc na pucha­tych koł­drach i roz­ko­szo­wała ciszą, a wła­ści­wie leśnym hała­sem.

Tak jak teraz. Leżała na piasz­czy­stym wzgó­rzu, wśród sosen, spo­glą­da­jąc na ich wierz­chołki. Zda­wały się ukła­dać nad nią w wiel­kie koło, w samym środku ona. Cen­trum świata, dokład­nie tak czuła się w lesie.

Czubki drzew koły­sały się deli­kat­nie, przy­pra­wia­jąc o zawrót głowy. Lubiła to uczu­cie. Wygod­nie wycią­gnięta przy­mknęła oczy i słu­chała pta­sich kłótni. Traj­ko­tały wilgi, trzna­dle, szczy­gły, zięby. Daleko zabrzmiały per­kozy, bli­żej pól zwy­kle sły­szała także bażanty. Rozu­miała pta­sią orkie­strę. Ten gwar, dys­ku­sje, cza­sem złość, choć wio­sną domi­no­wały raczej zaloty. Ptaki upra­wiały uwo­dze­nie z wielką gra­cją, a ona poj­mo­wała ich język. Wyobra­żała sobie takie umi­zgi ze strony... No wła­śnie. Nie potra­fiła zde­cy­do­wać. Sta­cha z Famu­łek Bro­chow­skich? Czy Jędrka z Bro­chowa? Ten drugi miał znacz­nie dalej, będzie z dzie­sięć kilo­me­trów, był jed­nak bogat­szy. Życie w domu z praw­dzi­wymi szy­bami? I oddzielne pomiesz­cze­nia dla zwie­rząt. Bez kur w izbie! I bez świń. A ogrze­wa­nie podobno tylko z pieca, żad­nego kro­wiego łajna paru­ją­cego tak potrzeb­nym zimą cie­płem. Luk­susy! No i miał ten Jędrek odzie­dzi­czyć osiem mor­gów ziemi, cał­kiem żyznej, na któ­rej rosło nie tylko żyto, ale nawet psze­nica pięk­nie rodziła. Tyle że Jędrek nie pocią­gał jej za bar­dzo... Nie­zbyt wysoki i o wło­sach twar­dych niczym szcze­cina, w dodatku w kolo­rze zacho­dzą­cego słońca, a ona nie prze­pa­dała za ryżymi. Za to głos miał miękki niczym aksa­mit. Potra­fił nim zacza­ro­wać każ­dego, a jej zda­rzało się cał­ko­wi­cie w nim zatra­cić. Kiedy Jędrek mówił, gotowa była pójść za nim nawet i na koniec świata. Kiedy jej doty­kał - nie.

Za to na każde dotknię­cie Sta­cha nie­opa­no­wana sła­bość roz­le­wała się po jej człon­kach. Naj­moc­niej paliło ją wtedy w brzu­chu, ale i reszta ciała drżała. Stopy sta­wały się lodo­wate, ręce za to gorące. Tra­ciła spo­kój ducha na samą myśl, że Stach prze­su­nie pal­cem po jej skó­rze. Wła­ści­wie krę­ciło jej się w gło­wie. To było piękne i straszne jed­no­cze­śnie. Jed­nak Stach był czwar­tym synem gospo­da­rza, który ziemi miał trzy morgi. Rodzina żyła z doryw­czych prac, ple­ce­nia koszy, ukła­da­nia strzech z żyt­niej słomy, choć nie­któ­rzy mawiali, że trzcina oka­za­łaby się trwal­sza. Może i tak, kto to wie. Żyto jed­nak było spraw­dzone i łatwo dostępne, dla­tego wielu wolało zbo­żowe mio­tły szybko prze­ra­sta­jące chwa­stami. Kobiety wią­zały snopy z wcze­śnie sko­szo­nego, zie­lo­nego jesz­cze żyta. Wytrzą­sano z niego póź­niej krót­sze kawałki słomy, sama kie­dyś poma­gała w tej pracy. Chwy­tała słomę za kłosy i mocno tar­mo­siła. Robota była ciężka i gdyby nie Stach, jego bli­ska obec­ność, na pewno by się na nią nie zde­cy­do­wała. Razem z sio­strami chło­paka krę­ciła gło­wa­cze. Dziew­czyny dwa snopy wią­zały prze­wią­złem, jeden sno­pek obra­cały wokół dru­giego. Zapeł­niały nimi spe­cjalne skrzy­nie. Taki wykrę­cak męż­czyźni kła­dli potem na dach i moco­wali war­stwowo do żer­dzi. Bogaci gospo­da­rze zmie­niali strze­chy nawet i co dzie­sięć lat. Biedni nie czę­ściej niż co pięt­na­ście. A w rodzin­nym domu Sta­cha na dachu wciąż leżała słoma sprzed pra­wie dwu­dzie­stu. Innym robili nowe, na swoją nie mieli czasu. Albo pie­nię­dzy. A wła­ści­wie to szczy­cili się tym, że jak oni przy­go­tują wykrę­caki, to i dwa­dzie­ścia pięć lat strze­cha wytrzyma.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki