Czerwono mi (wydanie rozszerzone) - Alek Rogoziński

Reflow text when sidebars are open.
Róża Krull - popularna pisarka kryminałów, zaproszona do jury festiwalu opolskiego mimo powszechnej wśród jej znajomych opinii, że "na ucho nadepnął jej nie jeden słoń, ale całe ich stado".
Klaudia Hutniak - słynna na całą galaktykę ze swoich kaprysów diwa, która na festiwalu w Opolu miała dać występ "poruszający ludzkie korzenie rdzenne" i była bardzo zniesmaczona, że na drodze stanęło jej coś tak banalnego jak morderstwo.
Marta Raj - wokalistka rockowa, której słowo "luz", zwłaszcza w odniesieniu do kreacji scenicznych, kojarzyło się z czymś bardzo, bardzo niedobrym i z tego powodu o mały włos nie zakończyła przedwcześnie kariery pośmiertnym występem w kostnicy.
Ludwiczek Raj - syn Marty, rozkapryszony jedynak, przekonany, że cały świat powinien się kręcić tylko wokół niego.
Agula Lutkowiak - nestorka estrady, występująca od tak dawna, że jeden z uczestników w teleturnieju "Milionerzy" na pytanie, kiedy zadebiutowała, bez chwili wahania wybrał odpowiedź, że za czasów króla Stanisława Augusta Poniatowskiego.
Felicjan Paprocki - czterdziestolatek uznawany przez włodarzy stacji Tele-Pol za "obiecujący, młody talent" i to mimo faktu, że publiczność jego występy traktowała z reguły jako idealny moment na zrobienie sobie kawy.
Maria Januszek - introwertyczna artystka, nieznosząca publiki liczniejszej niż pięć osób, a na festiwalu obecna tylko po to, aby oklaskiwać swoją latorośl.
Edyta Januszek - córka Marii, marząca, że występ na festiwalu otworzy jej drzwi do wielkiej kariery, i gotowa zrobić wszystko, aby tak się stało.
Marcel Majewczyk - uchodzący za symbol seksu i wywołujący omdlenia fanek gwiazdor pop, ukrywający nie tylko swoją orientację seksualną, ale i fakt, że ktoś inny nagrywa za niego piosenki.
Rafał Bodziej - utalentowany kumpel Marcela i zarazem towarzyszący mu w występach chórzysta, pozornie pogodzony z faktem, że jego przyjaciel spija całą śmietankę z ich wspólnego sukcesu.
Wiktoria "Viga" Pszczółkowska - piosenkarka rockowa, słynąca z niewyparzonego języka i walenia prawdą między oczy z siłą godną mistrza MMA.
Malwina Paczkowska - obdarzona górnym C mogącym za jednym zamachem zniszczyć roczną produkcję fabryki szkła, zakochana w sobie gwiazda, uważająca, że już sam fakt, iż raczyła przyjechać do Opola, powinien zapewnić jej festiwalowe Grand Prix.
Jacek Paczkowski - mąż Malwiny, perfekcyjnie udający, że wciąż jest w niej zakochany, a w skrytości ducha wyobrażający sobie, jak cudowne byłoby życie bez konieczności codziennego oglądania jej twarzy tudzież słuchania jej śpiewu.
Katarzyna Rojek - niania i gosposia w domu Paczkowskich, przekonana, że pisany jest jej lepszy los niż mycie brudnych garów i opieka nad jakimś rozwrzeszczanym bachorem.
Adrian Rubin - szef festiwalowej orkiestry, modlący się, aby morderca zabijał tylko gwiazdy, a nie członków jego zespołu, bo "znaleźć znośną wokalistkę jest o wiele łatwiej niż kogoś, kto wie, jak dobrze dmuchnąć w puzon".
Wawrzyniec Potopek - dyrektor i zarazem reżyser festiwalowych koncertów, pewny, że musiał mieć delirium, kiedy zgodził się na zawiadywanie tym całym cyrkiem, i z wolna oswajający się ze smutną prawdą, że po festiwalu wyląduje w Tworkach.
Marcin Rusinek - producent festiwalu i zarazem prawa ręka Wawrzyńca, nieco przerażony faktem, że impreza, którą współdowodzi, zamieniła się ze święta polskiej piosenki w stypę.
Karol Romell - lalusiowaty prezenter, uważający się za większą gwiazdę niż wszystkie zapowiadane przez niego artystki i artyści razem wzięci.
Mariusz "Mario" Kosek - szef agencji PR "360 stopni" odpowiedzialnej za promocję festiwalu, która to impreza w wyniku popełnionej na niej zbrodni trafiła na czołówki serwisów informacyjnych, i to bez najmniejszego wysiłku z jego strony.
Iwona "Iwka" Kejcik - asystentka Mario, niepotrafiąca odróżnić Klaudii Hutniak od sprzątaczki i uważająca, że wszyscy napotkani na festiwalu artyści są porąbani.
Zosia Gałczyńska - projektantka mody, zasiadająca w jury i niepewna, czy aby nie ma omamów słuchowych.
Oraz:
Paweł "Pepe" Kwiatek - agent Róży, uważający, że zamiast niej można byłoby zaprosić do jury fretkę albo inną żywinę, słynącą z braku słuchu.
Krzysztof Darski - komisarz policji, a zarazem na własne nieszczęście ulubiony funkcjonariusz czytelniczek portalu Sensatek.pl oraz Róży Krull, wpakowany do jury przez swojego szefa w celu "ocieplenia wizerunku służb".
Jak również kilka innych postaci, które pojawiają się tylko "na jedną piosenkę", więc nie trzeba ich specjalnie długo pamiętać :).
Trzeci dzień festiwalu, przedpołudnie przed finałowym koncertem
- I co ja mam niby teraz zrobić?! - Wawrzyniec Potopek, dyrektor festiwalu w Opolu, miał w głosie tak ogromną rozpacz, że aż siedzącemu obok niego na ławce w amfiteatrze szefowi festiwalowej orkiestry Adrianowi Rubinowi zrobiło się go szkoda. Co prawda, nie dalej jak dwa miesiące wcześniej panowie o mało co się wzajemnie nie pozabijali podczas opracowywania wspólnej koncepcji festiwalowych koncertów, a potem określali siebie wzajemnie tak uprzejmymi komplementami, jak "patałach", "kmiot", "ciamajda", "ciapciak" czy "głucha peja", ale teraz nie miało to już najmniejszego znaczenia.
- Sam nie wiem - przyznał szczerze. - Nikt nie mógł przewidzieć tego, co się wydarzyło. Witaj, Różyczko!
Znana pisarka kryminałów Róża Krull podeszła i przysiadła na ławce obok nich.
- To jest jakaś hekatomba! - jęknął Wawrzyniec, nie zwracając nawet uwagi na to, że ma liczniejsze audytorium. - Przecież w ramach koncertu galowego nie zrobimy bezpośrednich transmisji z dwóch szpitali!
- Agula Lutkowiak by się ucieszyła - mruknął Adrian. - Zawsze kreuje się na ofiarę, więc recital spod kroplówki idealnie wpasowałby się w jej artystyczne emploi. Wyobrażam ją sobie leżącą na łożu w spektakularnej kreacji od Zosi Gałczyńskiej z eleganckimi otworami na wenflon i cewnik.
- Podziwiam cię, że w takiej sytuacji masz jeszcze poczucie humoru...
- Jak słychać, wisielcze. Takie trochę w twoim stylu - westchnął Rubin, spoglądając Różę.
- Ja mam czarne, nie wisielcze - wyjaśniła pisarka, wzruszając ramionami. - A po tym wszystkim, co się tu stało, to chyba już w ogóle nie mam żadnego.
Przez chwilę milczeli, po czym nagle Adrian nieco się ożywił.
- Słuchaj - zwrócił się do Potopka - skoro gwiazdy trafił nam szlag, to może przez pierwszą godzinę dać zaśpiewać tym wszystkim młodziakom, którzy wygrali "Debiuty", a drugą zapchać recitalem Felka! Jemu przecież nic złego się nie stało.
- Owszem, stało! - mruknął Wawrzyniec. - W okresie prenatalnym, kiedy nie wykształcił mu się zmysł słuchu.
- Przesadzasz...
- Serio?! - Wawrzyniec rzucił swojemu kompanowi ironiczne spojrzenie. - Ile z rzędu piosenek Felka jesteś w stanie wytrzymać? I to śpiewanych na żywo?
- No dobrze - rzekł z rezygnacją Adrian, przypominając sobie swoją żonę, która swego czasu po ledwie dwóch minutach słuchania występu wzmiankowanego Felicjana Paprockiego na jakiejś gali charytatywnej skomentowała jego wyczyny słowami: "Jakie to wzruszające, że dali zaśpiewać nawet głuchoniememu" - masz rację, daleko na nim nie zalecimy. No chyba że chcemy, żeby wszyscy widzowie przerzucili się na inne stacje. Szlag by to... Nie możemy ściągnąć kogoś na szybko?
- Nie za bardzo - westchnął Potopek. - Przecież nie zadzwonię teraz do Beaty Kozidrak albo do Kayah i nie powiem: "Wiem, że pani nie zaprosiliśmy, ale skoro wszystkich innych nam utłukli, to niech już pani przyjedzie i sobie pośpiewa". Zapomnij! Jest co prawda Maria Januszek, ale żeby wystąpiła, musielibyśmy wyprosić wszystkich z amfiteatru. Łącznie z twoją orkiestrą i kamerzystami. Znasz ją przecież!
- Znam, znam. - Adrian machnął ręką, pomny tego, że słynąca z introwertyzmu i łagodnej agorafobii artystka kazała mu kiedyś przed jednym z występów "nieco uszczuplić" orkiestrę, bo, jak wyjaśniła, "przy tylu ludziach nijak nie może się skupić, a już zwłaszcza przy tych starszych panach z puzonami". - A swoją drogą, gdyby ktoś tydzień temu powiedział mi, że tak to się wszystko potoczy, to odesłałbym go do wariatkowa...
Na twarzy Wawrzyńca pojawił się zagadkowy grymas. Róża zmarszczyła brwi i popatrzyła na niego z wyraźnym zaskoczeniem.
- Czy dobrze wyczuwam, że coś jest nie tak? - zapytała z ciekawością.
- Nie, nie... - Potopek nadal był zmieszany. - Tylko... Jakby wam to powiedzieć...
- Najlepiej prosto z mostu - zaproponowała pisarka. - Już i tak wszystko się tu na tyle zaplątało, że nie ma co komplikować tego jeszcze bardziej...
- No więc... - Wawrzyniec przez chwilę wyraźnie zbierał myśli. - Mnie ktoś kilka dni temu uprzedził, że szykuje się coś strasznego na tym festiwalu. I bynajmniej nie odesłałem go do wariatkowa.
- Jak to?! - Róża zrobiła wielkie oczy, a następnie błyskawicznie uświadomiła sobie, że jest pytanie, na które odpowiedź interesuje ją o wiele bardziej. - Kto?!
- Klaudia... - odpowiedział cicho Wawrzyniec.
- Hutniak?! - zdumiał się Rubin.
- Tak - przytaknął z wyraźną niechęcią Wawrzyniec. - Wyrwała mnie kiedyś ze snu w środku nocy. Wiecie, jak to ona.
Róża nasłuchała się już tyle o wybrykach piosenkarki, że nie poczuła się zdziwiona. Podobnie jak Adrian, który często współpracował z diwą i doskonale zdawał sobie sprawę, że największa aktywność, a nawet nadaktywność, zaczyna ona przejawiać w tych porach, kiedy normalni ludzie znajdują się w rozkosznych objęciach Morfeusza.
Gwiazda uważała przy tym za kwestię oczywistą, że skoro ona wtedy nie śpi, to znaczy, że nikt z jej współpracowników też nie powinien, a każdą aluzję, choćby nawet i najstaranniej zawoalowaną, że mogłaby swoje problemy tudzież złote myśli objawiać o jakichś bardziej ludzkich porach, przyjmowała jako obrazę majestatu i z miejsca dostawała, w zależności od humoru, napadu histerii albo ataku spazmów, co w sumie trudno było czasem odróżnić.
Z reguły jednak nikt nie śmiał przy niej pisnąć ani słowa, wszyscy mieli bowiem w pamięci historię producenta, który o czwartej piętnaście powiedział do słuchawki: "Klodi, skarbie, naprawdę po całym dniu jestem zryty jak dorożkarska szkapa i padam na ryj. Weź no zadzwoń do mnie za parę godzin", po czym o czwartej dwadzieścia dwa w panice wzywał do diwy pogotowie, bo w wyniku lamentów godnych zawodowych płaczek pogrzebowych doznała ona hiperwentylacji. Następnie zaś przez tydzień, w czasie którego Hutniak leczyła "złamane skrzydło swojego ptaszęcia wewnętrznego" w prywatnej klinice, przypominającej bardziej luksusowy resort SPA niż placówkę medyczną, pechowy producent musiał odwiedzać ją codziennie z naręczem róż Pierre de Ronsard, a na koniec sprowadzić dla niej z Borneo orchideę Złoto Kinabalu za jedyne pięć tysięcy dolarów. Uiszczając opłatę za ten prezent, sam zresztą też szlochał.
W nielicznych przypadkach, gdy ktoś nie odebrał od niej połączenia, diwa dostawała focha i trzeba było potem się przed nią korzyć i płaszczyć tudzież znosić jej kaprysy. Paleta tych ostatnich rozciągała się między żądaniem przemalowania studia nagraniowego na "barwy harmonizujące z aurą jej duszy" a prośbą o zorganizowanie seansu spirytystycznego i wywołanie ducha Prince'a, żeby miał okazję osobiście podziękować jej za to, że raczyła włączyć jego piosenkę do swojego repertuaru.
Sposób na Hutniak znalazła tylko żona Adriana, która po tym, jak artystka trzecią noc z rzędu zerwała jej męża oraz ją samą z łóżka w środku nocy, stanowczym gestem odebrała swojemu ukochanemu słuchawkę i krzyknęła z furią: "Idź spać, psycholko!", a kiedy diwa zaczęła swoim zwyczajem histeryzować, zagroziła, że przyjedzie do jej apartamentu i zaordynuje jej dożylnie midazolam. Pomna tego, że rozmawia z lekarką, Hutniak ucięła histerię w pół szlochu i nawet wydusiła z siebie jakieś niemrawe przeprosiny, po czym życzyła zagniewanej Rubinowej dobrej nocy, w czasie której nad jej spokojem czuwać będą "galaktyczne cherubiny".
- Powiedziała mi - kontynuował Wawrzyniec z posępną miną - że ma złe przeczucia co do festiwalu i poradziła, żebym poszedł do jej zaprzyjaźnionego guru, który odprawi nade mną jakieś szamańskie hocki-klocki i wykona mi amulet ochronny. Zapewniłem ją, że wszystko jest zapięte na ostatni guzik i że nie przewiduję żadnych wpadek, ale przerwała mi w pół zdania i stwierdziła, że wie, co mówi. I że wszystkim artystom, którzy przyjadą do Opola, grozi wielkie niebezpieczeństwo. Poprosiła też, żebym do każdego z nich zadzwonił z ostrzeżeniem.
- Sama nie mogła? - zdziwiła się Róża.
- Nie, no przecież na wszystkich już się dawno obraziła - prychnął Wawrzyniec. - Ja i Adrian jesteśmy chyba ostatnimi osobami w branży, z którymi jeszcze rozmawia.
- Jeśli się obraziła, to cud, że ich chciała ratować - zauważyła trzeźwo Krull. - I co? Poszedłeś do tego guru?
- Uważasz, że ja też jestem pomylony? - Potopek spojrzał na nią z wyrzutem. - Oczywiście, że nie. Choć w świetle tego, co tu przeżyliśmy, zaczynam trochę żałować...
- Myślisz, że to jeszcze nie koniec tej parady niespodziewanych atrakcji?
- Mam szczerą nadzieję, że koniec!
Dokładnie w tym samym momencie na teren amfiteatru wbiegł zdyszany nastolatek, robiący na imprezie za "chłopca do wszystkiego".
- Panie reżyserze! Panie reżyserze! - krzyczał, pędem pokonując drogę dzielącą go od Potopka i Rubina. - Nowe nieszczęście!
Róża, Wawrzyniec i Adrian wymienili zaniepokojone spojrzenia.
- Co się stało? - odkrzyknął dyrektor.
- Ten pan, co tak strasznie fałszuje... - Lekko zdyszany nastolatek był już prawie przy nich. - ...wypadł z okna!
- Co zrobił? - zapytał z niedowierzaniem Adrian.
- Wypadł z okna! W hotelu. Uffffff... - Chłopak przyklęknął przy ich ławce. - Gdy tylko się dowiedziałem, zaraz tu przybiegłem. Wypadł albo ktoś go wypchnął. Nie wiadomo kiedy. Szef kuchni wyszedł na papierosa i go znalazł.
- Nie żyje? - wyszeptał Wawrzyniec, czując, że zaczyna mu się robić słabo.
- Nie wiem. - Chłopak pokręcił głową. - Pod hotel podjechała karetka i szybko go stamtąd zabrali, więc jest nadzieja, że żyje. Chociaż pokój miał ponoć na czwartym piętrze. Wysoko.
Wawrzyniec sięgnął do kieszeni spodni i drżącą ręką wyciągnął z niej mocno zmiąchaną paczkę "Marlboro". Niby nie powinien ich palić, ale w tej sytuacji zaczęło mu się robić wszystko jedno. I tak za moment trafi go tu zawał albo udar, więc w sumie gorzej już i tak być nie może. Z drugiej kieszeni wyjął zapalniczkę i zaczął przypalać jeden z papierosów, kiedy usłyszał, jak Rubin mówi nieco zamyślonym głosem:
- To oznacza, że tylko jedna gwiazda obecna na festiwalu nie doznała na razie żadnej krzywdy ani nawet nikt nie próbował jej zrobić nic złego. Interesujące, nieprawdaż?
Wawrzyniec przez chwilę rozważał jego słowa.
- Chyba nie sądzisz, że... - urwał, bojąc się wypowiedzieć to, co przyszło mu na myśl.
- Właściwie czemu nie? - rzekł Rubin w zamyśleniu. - Pamiętasz, że wczoraj to właśnie tę osobę wytypowaliście na mordercę. Wspominałeś mi o tym w czasie naszego wieczornego wypadu na piwko.
- Masz rację - szepnęła Róża.
- Przecież wtedy tylko żartowaliśmy! - krzyknął w tej samej chwili Potopek.
Adrian popatrzył na nich uważnie.
- Czy aby na pewno...? - zapytał powoli.
Przygotowania
Trzy tygodnie przed festiwalem
- Jak to Opole?! - Róża Krull, patrzyła na swojego agenta tak mocno wytrzeszczonymi oczami, że ów zaczął się obawiać, że za moment będzie musiał umówić jej wizytę u okulisty - Co ja mam tam niby robić?!
- Oceniać piosenki - wyjaśnił Paweł Kwiatek, zwany przez wszystkich Pepe. - Organizatorzy wymyślili sobie, że w tym roku jury będzie się składać w połowie z profesjonalistów, a w połowie z celebrytów, którzy nie mają nic wspólnego z estradą. Jak widać, postanowili dać szansę nawet tym przygłuchym.
Róża już otworzyła usta, aby zaprotestować przeciw ocenie jej kompetencji w dziedzinie oceniania muzyki i oświadczyć, że sama jest nieodkrytym talentem, ale wrodzone poczucie sprawiedliwości nie pozwoliło jej wypowiedzieć ani słowa. Przypomniało jej się bowiem, co przeżywała w szkole.
Zaczęło się od fletu prostego. Na jednej z lekcji muzyki nauczycielka poleciła jej zagrać prostą, wydawałoby się, piosenkę "Panie Janie". Róża przyłożyła flet do ust i wydała z niego dźwięk przypominający gwizd czajnika zmieszany z tym, który wydaje z siebie stary tramwaj na ostrych zakrętach.
Kolejne próby tylko pogłębiały mocno eksperymentalny charakter jej występów. Zamiast melodii powstawały efekty specjalne: świst wichury, kwilenie rannego ptaszęcia oraz coś, co jeden z jej kolegów określił jako "odgłos wypisującego się mazaka".
Kulminacja jej muzycznych bojów nastąpiła podczas uroczystego występu na szkolnej akademii dla rodziców i zaproszonych specjalnych gości. Róża tak ambitnie dmuchnęła we flet, że instrument wystrzelił jej z rąk, przeleciał nad sceną, po czym uderzył w głowę siedzącą w pierwszym rzędzie, wiecznie wściekłą kuratorkę, która z miejsca dostała ataku szału i uznała ów wypadek za chuligański wybryk, godzący w dobre imię całego ministerstwa, o ile nie rządu. Po tym incydencie Krull dostała zakaz dotykania fletu oraz jakiegokolwiek innego instrumentu, którym mogłaby dokonać kolejnego zamachu na przedstawicielki władz oświatowych.
Prawdziwy dramat artystyczny rozegrał się jednak w chórze kościelnym.
Róża zapisała się do niego po tym, jak jej babcia stwierdziła, że ukochana wnusia dysponuje "anielskim sopranem" i szkoda byłoby marnować taki unikatowy talent. Fakt, że dźwięk z babcinego telewizora byłby w stanie rozwalić Mury Jerycha, a najczęściej wypowiadanym przez nią zdaniem było: "Mogłabyś powtórzyć, bo nie dosłyszałam?!", został przy tym jakoś cudownie przez Różę przeoczony.
Krull zapisała się do chóru i szybko przekonała, że jej głos, zamiast radować wszystkich świętych oraz tych, którzy dopiero pretendują do tego miana, wywołuje swoim śpiewem zauważalną konsternację.
Już podczas pierwszej próby, w której wzięła udział, zdumiony organista przerwał granie i zapytał ze zdumieniem:
- Mam wrażenie, że ktoś gdzieś testuje alarm przeciwpożarowy. Poczekajmy chwilę.
Jak się okazało, była to Róża, próbująca utrzymać wysokie C. Przy drugim podejściu chór zaczął śpiewać nieco ciszej, żeby jej "nie prowokować". A przy trzecim jedna z parafianek zapaliła świecę w intencji tego, aby Święta Cecylia czym prędzej natchnęła Różę do znalezienia sobie innego hobby.
Finał nastąpił podczas niedzielnej mszy. Róża, na wszelki wypadek ustawiona w środkowym rzędzie chórzystów, przejęta podniosłością chwili, wzięła tak głęboki oddech, że zakrztusiła się własnym entuzjazmem, wydała rozgłośny dźwięk przypominający start motorynki, po czym, pokasłując niczym astmatyk i tracąc równowagę, zleciała ze schodków prosto w ramiona księdza dyrygenta, przy okazji przewracając stojak z nutami.
- Nawet nie wiesz, jak wielki talent stracił świat, kiedy postanowiłam, że nie zajmę się muzyką - rzekła teraz z godnością, mierząc swojego przyjaciela gniewnym spojrzeniem.
- A ty co? - Pepe popatrzył na nią ze złośliwym grymasem. - Neron?
- Jaki Neron? - zdziwiła się Róża.
- Cesarz rzymski. Też twierdził, że jest największym artystą w całym imperium rzymskim - wyjaśnił Pepe drwiąco. - Podobno jeden senator, jak dostał od niego zaproszenie na wieczorek, w czasie którego Neron miał śpiewać swoje poetyckie teksty, to popełnił samobójstwo, bo stwierdził, że tego nie zniesie.
Róża popatrzyła na niego z niesmakiem.
- Wypraszam sobie! - pufnęła gniewnie. - Poza tym mój talent muzyczny nigdy nie zostanie odkryty.
- Trudno odkryć coś, czego nie ma. - Pepe westchnął. - Poza tym w Opolu na szczęście nie będziesz występowała, tylko oceniała innych. I to za całkiem niezłe honorarium.
- Trzeba było od tego zacząć - odparła pogodnie Krull, puszczając do niego oko. - To niby jak to ma wyglądać...?
* * *