Czerwone jak krew - Salla Simukka

-
Proszę czekać

2

Cała trój­ka prze­py­cha­ła się w drzwiach. Każ­dy chciał pierw­szy wejść do środ­ka.

- Ej, zrób­cie tro­chę miej­sca, nie mogę tra­fić do zam­ka.

- Ty nie tyl­ko do zam­ka nie mo­żesz tra­fić.

Śmiech, psy­ka­nie, śmiech.

- Za­cze­kaj­cie chwi­lę. Za­raz wam po­ka­żę, jak to się robi. Naj­pierw klucz. Prze­krę­cam go po­wo­li. Bar­dzo po­wo­li. Wow. Nie­sa­mo­wi­te. W pale się nie mie­ści, że jed­nym prze­krę­ce­niem klu­cza moż­na otwo­rzyć drzwi. Że ktoś wy­my­ślił taki sys­tem. Trzy­na­sty cud świa­ta, mó­wię wam.

- Za­mknij się wresz­cie i otwie­raj.

Jed­no­cze­śnie pchnę­li drzwi i za­czę­li się ci­snąć do środ­ka. Dziew­czy­na omal nie upa­dła. Je­den chło­pak wy­da­wał z sie­bie ci­che, pi­skli­we od­gło­sy i sły­sząc ich echo w pu­stej prze­strze­ni, gło­śno za­chi­cho­tał. Dru­gi ze zmarsz­czo­nym czo­łem wstu­ki­wał mo­zol­nie kod na pa­ne­lu sys­te­mu an­tyw­ła­ma­ni­go.

- Je­den... sie­dem... trzy... dwa. Ja pier­do­lę, uda­ło się! Czter­na­sty cud świa­ta! Wstu­ku­jesz cy­fer­ki i alarm się wy­łą­cza. Ja pier­do­lę. Te­raz już wiem, kim zo­sta­nę, kie­dy do­ro­snę. Ślu­sa­rzem. Jest taki za­wód, no nie? Ktoś chy­ba musi za­ra­biać na ży­cie do­ra­bia­niem klu­czy, co? Albo le­piej zo­sta­nę ochro­nia­rzem.

Tam­ci jed­nak go nie słu­cha­li. Bie­ga­li po pu­stych, ciem­nych ko­ry­ta­rzach, krzy­cząc i re­cho­cząc. W koń­cu trze­cie do­łą­czy­ło do resz­ty. Śmiech od­bi­jał się od ścian i wy­brzmie­wał echem na scho­dach.

- Je­ste­śmy naj­lep­si!

Naj­lep­si. Aj­lep­si. Jlep­si. Lep­si. Epsi. Psi. Si. I.

- I w pytę bo­ga­ci!

Wpa­da­li roz­myśl­nie na sie­bie i upa­da­li. Ta­rza­li się po zie­mi, par­ska­jąc śmie­chem. Ro­bi­li orły na ka­mien­nych po­sadz­kach. W koń­cu ktoś so­bie przy­po­mniał.

- Je­ste­śmy bo­ga­ci, tyl­ko pie­nią­dze mamy brud­ne.

- Tak jak mó­wisz. Dirr­r­ty mo­ney.

- Mie­li­śmy iść do ciem­ni. Po to tu przy­szli­śmy.

Żeby tak jesz­cze so­bie przy­po­mnieć, co było wcze­śniej. Wszyst­ko gi­nę­ło we mgle, w któ­rej prze­bły­ski­wa­ły ja­kieś ob­ra­zy. Ktoś rzy­ga. Resz­ta pła­wi się nago w ba­se­nie. Drzwi za­mknię­te na klucz, choć mia­ły być otwar­te. Roz­bi­ty krysz­ta­ło­wy wa­zon i odłam­ki, ktoś z roz­cię­tą nogą. Krew. Za gło­śna, pul­su­ją­ca mu­zy­ka. Oops, I did it aga­in. Za­po­mnia­ny hit, któ­ry ja­kiś ba­ran pusz­cza na okrą­gło. I play­ed with your he­art, got lost in the game. Ja­kaś dziew­czy­na za­no­si się ża­ło­snym pła­czem, ale ni­cze­go nie chce. Pod­ło­ga śli­ska od roz­la­ne­go rumu. Cierp­ko-słod­ki smród.

Tyl­ko że te ob­ra­zy nie chcia­ły się uło­żyć w ża­den sen­sow­ny film. Kto przy­niósł wo­rek? Kie­dy? Kto go roz­wią­zał, kto wło­żył do środ­ka dłoń, a po­tem ob­li­zał pal­ce? Kie­dy zro­zu­mie­li?

Mu­sia­ła coś łyk­nąć. Jak naj­szyb­ciej. Na­tych­miast.

- Zo­sta­ło wam tro­chę? Chcę jesz­cze.

- Ja mam.

Trzy pi­guł­ki. Po jed­nej na gło­wę. Jed­no­cze­śnie po­ło­ży­li je so­bie na ję­zy­ku.

- Ta ma moc. Oh yeah. Jest moc.

Ciem­nia. Ciem­ność. Po­tem ktoś pstryk­nął włącz­nik.

- Niech się sta­nie świa­tłość. I sta­ła się świa­tłość.

Wo­rek na stół. Bank­no­ty.

- Ja pier­do­lę, ale śmier­dzi.

- Pie­nią­dze nie śmier­dzą. Pie­nią­dze pach­ną.

- Mamy tu w pytę kasy.

- I po­dzie­li­my ją rów­no.

- Po pro­stu nie mogę! Chy­ba śnię! Ko­cham was. Ko­cham cały świat.

- Tyl­ko bez ca­ło­wa­nia. Kon­cen­tra­cja mi sią­dzie i za­cznę my­śleć wy­łącz­nie o sek­sie.

- Nie wi­dzę prze­szkód, choć­by za­raz.

- Ale ja wi­dzę. Bierz­my się do my­cia.

Woda do ku­wet. Bank­no­ty do wody. Umy­te na sznur­ki.

- To się na­zy­wa pra­nie brud­nych pie­nię­dzy. Pa­trz­cie i się uczcie.

1

Zie­mia skrzy­ła się bie­lą. Pięt­na­ście mi­nut wcze­śniej sta­ry śnieg po­kry­ła war­stwa świe­że­go, czy­ste­go pu­chu. Pięt­na­ście mi­nut wcze­śniej jesz­cze wszyst­ko było moż­li­we. Świat wy­da­wał się pięk­ny, a ry­su­ją­ca się przed nią ja­śniej­sza przy­szłość tchnę­ła spo­ko­jem i wol­no­ścią. Przy­szłość, dla któ­rej war­to pod­jąć sza­lo­ne ry­zy­ko, po­sta­wić wszyst­ko na jed­ną kar­tę i spró­bo­wać się wy­rwać raz na za­wsze, za pierw­szym po­dej­ściem.

Pięt­na­ście mi­nut wcze­śniej pró­szą­ca z nie­ba biel roz­ście­li­ła się pu­szy­stym dy­wa­nem na brud­nym śnie­gu i wtem prze­sta­ło pa­dać tak na­gle, jak za­czę­ło, a spo­mię­dzy chmur wyj­rza­ło słoń­ce. Rów­nie pięk­ne­go dnia nie było chy­ba od po­cząt­ku zimy.

Na tej nie­ska­zi­tel­nej bie­li z każ­dą chwi­lą przy­by­wa­ło czer­wie­ni. Roz­sze­rza­ła się, roz­prze­strze­nia­ła i bar­wiąc po dro­dze krysz­tał­ki śnie­gu, prze­pły­wa­ła na ko­lej­ne. Tro­chę czer­wie­ni pry­snę­ło da­lej. Była tak ja­skra­wa, że gdy­by mia­ła głos, mu­sia­ła­by krzy­czeć.

Na­ta­lia Smir­no­wa wpa­try­wa­ła się w spla­mio­ny czer­wie­nią śnieg brą­zo­wy­mi, nie­wi­dzą­cy­mi ocza­mi. Nie my­śla­ła o ni­czym. Ni­cze­go nie chcia­ła. Ni­cze­go się nie bała.

Dzie­sięć mi­nut wcze­śniej Na­ta­lia chcia­ła tak dużo i bała się tak bar­dzo, jak jesz­cze nig­dy w ży­ciu. Drżą­cy­mi dłoń­mi upy­cha­ła bank­no­ty do swo­jej tor­by, ory­gi­nal­ne­go lo­uisa vu­it­to­na. Wy­tę­ża­ła słuch, ło­wi­ła naj­mniej­szy szmer. Uspo­ka­ja­ła samą sie­bie, tłu­ma­czy­ła so­bie w du­chu, że nie ma się cze­go bać. Prze­cież wszyst­ko za­pla­no­wa­ła. Wie­dzia­ła jed­nak, że nie ma pla­nów cał­ko­wi­cie pew­nych. Wy­star­czył byle po­dmuch, żeby za­wa­lić wzno­szo­ny od mie­się­cy do­mek z kart.

W to­reb­ce mia­ła pasz­port i bi­let na sa­mo­lot do Mo­skwy. Nic wię­cej ze sobą nie za­bra­ła. Na lot­ni­sku w Mo­skwie spot­ka się z bra­tem. Wy­na­ję­tym sa­mo­cho­dem za­wie­zie ją kil­ka­set ki­lo­me­trów do dom­ku let­ni­sko­we­go, o któ­re­go ist­nie­niu wie­dzia­ło za­le­d­wie parę osób. Tam będą już na nią cze­kać mat­ka i jej trzy­let­nia có­recz­ka Olga. Na­ta­lia nie wi­dzia­ła jej od po­nad roku. Czy dziew­czyn­ka ją pa­mię­ta? Będą mia­ły dość cza­su, aby od nowa się po­znać, bo za­szy­ją się w da­czy przez mie­siąc lub dwa. Do­pó­ki Na­ta­lia nie uwie­rzy, że wresz­cie jest bez­piecz­na. Do­pó­ki o niej w koń­cu nie za­po­mną.

Uci­szy­ła w my­ślach na­tręt­ny głos, któ­ry upar­cie kra­kał, że nig­dy nie za­po­mną. Nie po­zwo­lą jej znik­nąć. Wma­wia­ła so­bie, że nie jest prze­cież ni­kim waż­nym i bez tru­du znaj­dą na jej miej­sce ko­goś in­ne­go. Nie opła­ci im się szu­kać.

Od cza­su do cza­su lu­dzie prze­pa­da­li. Ra­zem z for­są. Spe­cy­fi­ka bran­ży, skal­ku­lo­wa­ne ry­zy­ko, nie­unik­nio­ne ubyt­ki in­wen­ta­rza, jak w wa­rzyw­nia­ku - owo­ce się psu­ją i trze­ba je wy­rzu­cać.

Na­ta­lia nie li­czy­ła pie­nię­dzy. Upy­cha­ła po pro­stu bank­no­ty do to­reb­ki, byle wię­cej. Tro­chę się po­gnio­tą, ale co z tego? Zmię­te pięć­set euro war­te jest tyle samo co gład­kie. Za je­den taki pa­pie­rek moż­na ku­pić je­dze­nia na trzy mie­sią­ce, a gdy ma się gło­wę na kar­ku i węża w kie­sze­ni - na­wet na czte­ry. Pięć­set euro może na dłu­go za­mknąć czło­wie­ko­wi usta. To dla wie­lu bar­dzo do­bra cena za trzy­ma­nie ję­zy­ka za zę­ba­mi.

Na­ta­lia Smir­no­wa, lat dwa­dzie­ścia, le­ża­ła na brzu­chu z twa­rzą za­nu­rzo­ną w lo­do­wa­tej bie­li. Jej po­licz­ki były nie­czu­łe na pa­lą­cy ziąb. Jej od­kry­tych uszu nie szczy­pał siar­czy­sty mróz.

W tym ob­cym kra­ju zim­ne wio­sny są,

Na­ta­lio, ty mar­z­niesz...

Męż­czy­zna nu­cił chra­pli­wie i fał­szo­wał. Na­ta­lia nig­dy nie lu­bi­ła tej pio­sen­ki. Zmar­z­nię­ta Na­ta­lia z fiń­skie­go prze­bo­ju była prze­cież Ukra­in­ką, a ona Ro­sjan­ką. Po­do­ba­ło jej się jed­nak, że męż­czy­zna śpie­wa dla niej i głasz­cze ją po wło­sach. Sta­ra­ła się nie wsłu­chi­wać w sło­wa. Na szczę­ście nie było to wca­le trud­ne. Po­zna­ła już tro­chę fiń­ski i dużo wię­cej ro­zu­mia­ła, niż sama umia­ła po­wie­dzieć, ale gdy prze­sta­ła się wy­si­lać, obce sło­wa tra­ci­ły zna­cze­nie i zle­wa­ły się w zwy­kłe zbit­ki dźwię­ków, spły­wa­ją­ce ci­cho z ust męż­czy­zny na jej nagą szy­ję.

Pięć mi­nut wcze­śniej Na­ta­lia my­śla­ła o in­nym męż­czyź­nie i o jego nie­po­rad­nych dło­niach. Czy bę­dzie za nią tę­sk­nił? Może tro­chę. Odro­bin­kę. Nie­dłu­go, bo na­praw­dę jej nie ko­chał. Gdy­by fak­tycz­nie ko­chał, za­ła­twił­by jej spra­wy, co tyle razy obie­cy­wał. W koń­cu dziew­czy­na mu­sia­ła sama wziąć wszyst­ko w swo­je ręce.

Dwie mi­nu­ty wcze­śniej Na­ta­lia z tru­dem do­mknę­ła tor­bę, któ­ra pę­ka­ła w szwach. Szyb­ko za­tar­ła śla­dy swo­jej obec­no­ści i w holu zer­k­nę­ła jesz­cze w lu­stro. Utle­nio­ne wło­sy, brą­zo­we oczy, cien­kie brwi i ja­skra­wo­czer­wo­ne usta. Była bla­da. Pod ocza­mi krę­gi po nie­prze­spa­nej nocy. Pora iść. W ustach czu­ła smak wol­no­ści i lęku. Smak że­la­za.

Dwie mi­nu­ty wcze­śniej za­trzy­ma­ła spoj­rze­nie na swo­ich oczach w lu­strze i unio­sła pod­bró­dek. Nie może prze­pu­ścić ta­kiej oka­zji. Cze­mu i ona nie mo­gła­by cze­goś z tego mieć?

Wte­dy usły­sza­ła zgrzyt klu­cza w zam­ku. Za­mar­ła. Jed­ne kro­ki, po­tem dru­gie, i jesz­cze trze­cie. Troj­ka. Do środ­ka we­szła troj­ka. Po­zo­sta­ła jej tyl­ko uciecz­ka.

Mi­nu­tę wcze­śniej Na­ta­lia wbie­gła do kuch­ni i do­pa­dła drzwi na ze­wnątrz. Nie mo­gła ich otwo­rzyć trzę­są­cy­mi się dłoń­mi. Jed­nak ja­kimś cu­dem klam­ka ustą­pi­ła i Na­ta­lia wy­bieg­ła na ośnie­żo­ny ta­ras, a po­tem do ogro­du. Ko­za­ki grzę­zły w śnie­gu, ale bie­gła, nie oglą­da­jąc się za sie­bie. Nic nie sły­sza­ła. Zdą­ży­ła na­wet po­my­śleć, że może wyj­dzie z tego cało, że jej się uda, uciek­nie i wy­gra z nimi.

Trzy­dzie­ści se­kund wcze­śniej roz­le­gło się tępe mla­śnię­cie. Kula wy­strze­lo­na z pi­sto­le­tu z tłu­mi­kiem prze­szy­ła płaszcz Na­ta­lii Smir­no­wej i wbi­ła się w ple­cy, otar­ła o krę­go­słup i roz­szar­pa­ła wnętrz­no­ści, nisz­cząc na koń­cu rącz­kę to­reb­ki, któ­rą Na­ta­lia przy­ci­ska­ła do brzu­cha. Ko­bie­ta upa­dła w czy­sty, dzie­wi­czy śnieg.

Ka­łu­ża pod nią roz­le­wa­ła się na wszyst­kie stro­ny, po­że­ra­jąc bia­ły puch. Czer­wień była jesz­cze nie­na­sy­co­na i cie­pła, lecz z se­kun­dy na se­kun­dę sty­gła co­raz bar­dziej. Cięż­kie kro­ki zbli­ża­ły się po­wo­li. Ale Na­ta­lia ich nie sły­sza­ła.

3

Po­bud­ka! Otwie­raj oczy! Wsta­waj! Za­po­mnij o drzem­ce!

Bę­ben­ki Lu­mik­ki An­ders­son omal nie pę­kły od tego wrzas­ku. Zna­jo­me­go do znu­dze­nia. Jej wła­sne­go gło­su. Na­gra­ła go i przy­pi­sa­ła w ko­mór­ce do sy­gna­łu po­bud­ki, bo uzna­ła, że nic jej le­piej nie wy­go­ni z cie­płej po­ście­li. Dzia­ła­ło. O drzem­ce fak­tycz­nie za­po­mi­na­ła od razu.

Usia­dła ro­ze­spa­na na brze­gu łóż­ka i spoj­rza­ła na ścien­ny ka­len­darz z Mu­min­ka­mi. Po­nie­dzia­łek, 29 lu­te­go. Dzień do­da­ny. Naj­bar­dziej zbęd­na data w hi­sto­rii. Nie mo­gli go ogło­sić mię­dzy­na­ro­do­wym dniem wol­nym? Prze­cież i tak był nad­pro­gra­mo­wy. Chy­ba lu­dzie mo­gli­by choć raz nie ro­bić nic sen­sow­ne­go i za­po­mnieć o pro­duk­tyw­no­ści?

Lu­mik­ki wsu­nę­ła sto­py w nie­bie­skie je­ży­ki i szu­ra­jąc no­ga­mi, po­wlo­kła się do kuch­ni. Na­la­ła wody do ka­wiar­ki i na­sy­pa­ła kawy. Tego ran­ka nie wsta­nie z mar­twych bez moc­ne­go espres­so. Było jesz­cze ciem­no, zde­cy­do­wa­nie za ciem­no na roz­po­czy­na­nie dnia. Wy­so­kie za­spy nie­wie­le roz­ja­śnia­ły mrok. Sza­ru­ga nie ustą­pi jesz­cze dłu­go. Bę­dzie trzy­mać Kra­inę Pół­no­cy w swo­ich po­sęp­nych szpo­nach pew­nie do koń­ca mar­ca.

Lu­mik­ki nie cier­pia­ła tej fazy zimy. Śnieg i mróz. Za dużo jed­ne­go i dru­gie­go. A wio­sna by­najm­niej nie za pa­sem. Mro­zy cią­gnę­ły się bez koń­ca, od­bie­ra­jąc reszt­ki na­dziei, spo­wal­nia­jąc i przy­tę­pia­jąc wszyst­ko swym lo­do­wa­tym tchem. Lu­mik­ki mar­z­ła w domu, na dwo­rze i w szko­le. Nie­kie­dy ła­pa­ła się na pa­ra­dok­sal­nej my­śli, że tyl­ko w prze­rę­bli nie od­czu­wa zim­na, lecz prze­cież nie mo­gła co­dzien­nie ką­pać się w je­zio­rze. Wcią­gnę­ła na grzbiet sza­ry, ob­szer­ny swe­ter i na­la­ła so­bie kawy do fi­li­żan­ki. Po­szła do je­dy­ne­go praw­dzi­we­go po­ko­ju swo­jej ka­wa­ler­ki, gdzie na sie­dem­na­stu me­trach kwad­ra­to­wych mo­gła się czuć jak pani na wło­ściach. Sku­li­ła się w wy­tar­tym fo­te­lu, żeby się tro­chę ogrzać. Od okna bez przer­wy cią­gnę­ło, choć je­sie­nią okle­iła ramy do­dat­ko­wą pian­ką.

Kawa sma­ko­wa­ła kawą. I Lu­mik­ki nie wy­ma­ga­ła ni­cze­go wię­cej. Nie zno­si­ła tych obrzy­dli­wie słod­kich, prze­kom­bi­no­wa­nych cze­ko­la­do­wo-orze­cho­wo-wa­ni­lio­wych kaw z ja­kimś kar­da­mo­nem czy in­nym wy­na­laz­kiem. Kawa to kawa, ma być czar­na i moc­na. A spra­wa to spra­wa, stan­cja to stan­cja. Li­czy się kon­kret.

Mat­ka zno­wu była w szo­ku, gdy ostat­nio od­wie­dzi­ła Lu­mik­ki. "Czy ty w ogó­le nie za­mie­rzasz się tu ja­koś urzą­dzić? Stwo­rzyć tu so­bie na­miast­ki domu?". Nie za­mie­rza­ła. Miesz­ka­ła sama w ka­wa­ler­ce od pół­to­ra roku. Za łóż­ko słu­żył le­żą­cy na pod­ło­dze gru­by ma­te­rac, poza tym mia­ła biur­ko, lap­top i fo­tel. Nic wię­cej. W pierw­szych mie­sią­cach mat­ka na­le­ga­ła, że kupi jej łóż­ko i re­gał na książ­ki, ale Lu­mik­ki sta­now­czo się sprze­ci­wia­ła. Książ­ki sta­ły w kil­ku sto­sach na pod­ło­dze. Je­dy­nym ukło­nem w stro­nę "na­miast­ki" był wi­szą­cy na ścia­nie czar­no-bia­ły ka­len­darz z Mu­min­ka­mi. Po co tra­cić czas na ja­kieś wi­cie gniazd­ka? Nie przy­je­cha­ła tu prze­cież ba­wić się w Ikeę. Stan­cję trak­to­wa­ła wy­łącz­nie jako lo­kum na czas na­uki. Nie za­mie­rza­ła za­pusz­czać ko­rze­ni. Chcia­ła mieć wol­ną rękę po skoń­cze­niu szko­ły. Móc wy­je­chać, do­kąd­kol­wiek ze­chce, i nie tę­sk­nić za ni­kim i ni­czym.

Zresz­tą u ro­dzi­ców w Rii­hi­mäki to też nie był dom. Ostat­ni­mi cza­sy czu­ła się tam obco. Rze­czy i sprzę­ty przy­po­mi­na­ły jej spra­wy, któ­re wo­la­ła­by wy­ma­zać z pa­mię­ci. I bez tego czę­sto wra­ca­ły do niej w my­ślach, snach czy kosz­ma­rach.

Re­ak­cje ro­dzi­ców na jej wy­pro­wadz­kę z domu wy­da­wa­ły się dziw­nie sprzecz­ne. Nie­kie­dy mia­ła wra­że­nie, jak gdy­by im ulży­ło. To praw­da, że w domu czę­sto pa­no­wa­ła na­pię­ta atmo­sfe­ra, ale tak było od za­wsze. W każ­dym ra­zie od­kąd Lu­mik­ki się­ga­ła pa­mię­cią. Nie zdo­ła­ła usta­lić źró­dła tych na­pięć, bo nig­dy nie wi­dzia­ła, aby ro­dzi­ce się kłó­ci­li, a i ona gło­śno się nie bun­to­wa­ła. Gdy zbli­żał się dzień wy­jaz­du do szko­ły, mat­ka i oj­ciec cza­sem dłu­go ją tu­li­li w ra­mio­nach. Było to rów­nie dziw­ne, co iry­tu­ją­ce, bo nie mie­li wcze­śniej ta­kie­go zwy­cza­ju.

Jesz­cze po­tem mat­ka bra­ła jej twarz w dło­nie i wpa­try­wa­ła się w nią dziw­nie dłu­go i ba­daw­czo.

- Mamy tyl­ko cie­bie. Tyl­ko cie­bie.

Po­wta­rza­ła to w kół­ko z taką miną, jak­by z tru­dem po­wstrzy­my­wa­ła łzy. Pod ko­niec wa­ka­cji Lu­mik­ki za­czę­ło to już mę­czyć. Gdy z po­mo­cą ro­dzi­ców prze­wio­zła do Tam­pe­re wszyst­kie swo­je rze­czy i po raz pierw­szy wresz­cie za­mknę­ła za nimi drzwi ka­wa­ler­ki, mia­ła wra­że­nie, że ktoś zdjął jej z ra­mion cię­żar, o któ­re­go ist­nie­niu na­wet nie wie­dzia­ła.

- Na pew­no po­ra­dzisz so­bie sama?

Mat­ka wciąż ją o to py­ta­ła. Oj­ciec pod­cho­dził do spra­wy bar­dziej rze­czo­wo.

- Flic­kan blir snart myn­dig. Hon m?ste ju kla­ra sig1.

I Lu­mik­ki so­bie ra­dzi­ła. Z każ­dym dniem co­raz le­piej.

Tego ran­ka z lu­stra w ła­zien­ce spo­glą­da­ła na nią zmę­czo­na dziew­czy­na. Ko­fe­ina za­czy­na­ła już dzia­łać, ale za wol­no. Lu­mik­ki umy­ła twarz zim­ną wodą i spię­ła kasz­ta­no­we wło­sy w koń­ski ogon. Ro­dzi­ce wy­du­ma­li dla niej imię, któ­re ni­jak się mia­ło do baj­ko­wej rze­czy­wi­sto­ści. Śnież­ka An­ders­son. Wło­sy nie były czar­ne jak he­ba­no­we drze­wo, cera nie lśni­ła bie­lą, usta nie biły po oczach czer­wie­nią. Far­ba do wło­sów i ma­ki­jaż upodob­ni­ły­by ją do baj­ko­wej imien­nicz­ki, tyl­ko po co? Lu­mik­ki w zu­peł­no­ści wy­star­czy­ło jej włas­ne od­bi­cie w lu­strze, a z opi­nii oto­cze­nia nie­wie­le so­bie ro­bi­ła.

Przez trzy se­kun­dy roz­wa­ża­ła, w co się ubrać do szko­ły. Po­sta­no­wi­ła zo­stać w sza­rym swe­trze, na nogi wcią­gnę­ła dżin­sy. Gla­ny, na swe­ter czar­ny płaszcz, zie­lo­ny szal i ła­pa­wi­ce, sza­ra czap­ka. Na ra­mię ple­cak Fjäl­l­räve­na.

W żo­łąd­ku po­czu­ła ukłu­cie gło­du. Lo­dów­ka nie po­wi­ta­ła jej na­wet świa­tłem. Ża­rów­ka prze­pa­li­ła się dwa ty­go­dnie temu, ale Lu­mik­ki nie chcia­ło się jej zmie­nić. Bę­dzie mu­sia­ła ku­pić w szkol­nej ka­fej­ce ka­nap­kę albo dwie. I ko­niecz­nie dru­gą kawę.

W drzwiach li­ceum ude­rzył w nią zna­jo­my, cha­otycz­ny gwar. Wszyst­kim się gdzieś spie­szy­ło i każ­dy gło­śno to ko­mu­ni­ko­wał. Bły­sko­tli­wa, in­te­li­gent­na i wy­bit­nie kre­atyw­na mło­dzież z li­ceum ar­ty­stycz­ne­go. Lu­mik­ki wie­dzia­ła, że iro­ni­zu­je, ale nie­kie­dy po wej­ściu do szko­ły jej to­le­ran­cja na krzy­kli­we stro­je i dra­ma­tycz­ne ge­sty spa­da­ła po­ni­żej nor­my. Na roz­sa­dza­ją­ce ramy obo­wią­zu­ją­cej w szko­le nie­pi­sa­nej umo­wy wszel­kie wa­rian­ty oso­bo­wo­ści i in­dy­wi­du­al­no­ści. Jed­nak­że pod iry­ta­cją kry­ła się wdzięcz­ność. Że może cho­dzić wła­śnie do tej szko­ły. Że nie musi już miesz­kać w Rii­hi­mäki. Bo zło­ży­ła pa­pie­ry do li­ceum ar­ty­stycz­ne­go w Tam­pe­re, żeby uciec z ro­dzin­ne­go mia­stecz­ka. Ro­dzi­ce pew­nie nie za­ak­cep­to­wa­li­by jej wy­jaz­du, gdy­by nie cho­dzi­ło wła­śnie o tę eli­tar­ną szko­łę. W pierw­szych mie­sią­cach na­uki Lu­mik­ki mia­ła wra­że­nie, że tra­fi­ła do raju. Eu­fo­ria po­wo­li się wy­pa­li­ła, gdy ży­cie li­ce­alist­ki w Tam­pe­re spo­wsze­dnia­ło i za fa­sa­dą we­so­łych uśmie­chów Lu­mik­ki za­czę­ła do­strze­gać za­zdrość, pre­ten­sjo­nal­ność, grę, ego­tyzm i nie­pew­ność.

Na szczę­ście w szko­le było nie tyl­ko gło­śno, ale też cie­pło i skost­nia­łe koń­czy­ny Lu­mik­ki po­wo­li bu­dzi­ły się do ży­cia. Jesz­cze chwi­la i po­czu­je to strasz­ne mro­wie­nie, gdy krew do­trze po­now­nie do pal­ców stóp i dło­ni. Trze­ba było wło­żyć dwie pary gru­bych skar­pe­tek. W szat­ni Lu­mik­ki rzu­ci­ła płaszcz na wie­szak i zbie­gła po scho­dach do sto­łów­ki, przy któ­rej funk­cjo­no­wa­ła szkol­na ka­wia­ren­ka.

- Dzi­siaj z zie­le­ni­ną czy bez? - Ku­char­ka wie­dzia­ła już, o co ją py­tać.

- Naj­le­piej obie wer­sje - od­rze­kła Lu­mik­ki. - I dużą kawę.

- Do peł­na i bez mle­ka. - Ko­bie­ta ro­ze­śmia­ła się, na­le­wa­jąc kawę po sam brzeg pa­pie­ro­we­go kub­ka.

Lu­mik­ki usia­dła przy sto­li­ku i cze­ka­ła, aż cie­pło po­wo­li roz­pły­nie się po koń­czy­nach. Au, au, au. Mro­wie­nia jed­nak nie spo­sób unik­nąć. Chwi­lę trzy­ma­ła dło­nie sple­cio­ne wo­kół kub­ka, po­tem ugry­zła kęs ka­nap­ki. Bez­mię­sna była duża i smacz­na, po­mi­dor doj­rza­ły, a pa­pry­ka jędr­na. Lu­mik­ki wy­zna­wa­ła we­ge­ta­ria­nizm eko­no­micz­ny. Nie ku­po­wa­ła mię­sa za wła­sne pie­nią­dze, ale gdy pła­cił lub czę­sto­wał ktoś inny, ja­dła chęt­nie. Może i ob­łud­ne, ale prak­tycz­ne. Są­sied­ni sto­lik oku­po­wa­ły trzy dziew­czy­ny. Blon­dy­na, ciem­na i czer­wo­na. Pierw­sza fa­lo­wa­ła pió­ra­mi, dru­ga czo­chra­ła się po krót­kich od­ro­stach, trze­cia mię­ła ner­wo­wo koń­ców­ki. Sto­łów­ką za­wład­nął za­pach Baby Doll Lau­ren­ta, Fan­ta­sy Brit­ney Spe­ars i Miss Dior Chérie.

- Pad­nę, je­śli dziś znów bę­dzie mnie trak­to­wał jak po­wie­trze. Na ba­lan­gach go­stek nie ma żad­nych za­ha­mo­wań, a w szko­le na­wet cześć nie po­wie. Trud­no uwie­rzyć, że skoń­czył osiem­na­ście lat.

- Ja pad­nę i bez tego. Trze­ba było so­bie od­pu­ścić te ostat­nie drin­ki. Nie wiem na­wet, co w nich było.

- Daj spo­kój, to były zwy­kłe drin­ki.

Miny sztucz­ne­go prze­ra­że­nia. Wy­trzesz­czo­ne oczy.

- Nie mó­wisz chy­ba po­waż­nie...?

- No to chy­ba by­łaś śle­pa, je­śli nie wi­dzia­łaś źre­nic Eli­sy. I nie sły­sza­łaś tych jej po­ro­nio­nych tek­stów.

- Ona ma za­wsze po­ro­nio­ne tek­sty.

- Ale te­raz były do set­nej po­tę­gi.

Ukrad­ko­we spoj­rze­nia. Trzy gło­wy zbli­ży­ły się do sie­bie. Szep­ty. Lu­mik­ki do­pi­ła kawę i spoj­rza­ła na ze­ga­rek. Dzie­sięć mi­nut do lek­cji. Wsta­ła, za­bie­ra­jąc nie­ru­szo­ną ka­nap­kę z ma­słem. Nie mo­gła już zdzier­żyć wy­nu­rzeń tych trzech z ko­sme­tycz­nej ma­fii, a poza tym smród per­fum sta­wał się nie do znie­sie­nia.

Dziew­czy­ny z ob­se­sją na punk­cie swo­je­go wy­glą­du, któ­re będą po­tem zda­wać na pra­wo i eko­no­mię. Po­szły do li­ceum ar­ty­stycz­ne­go, bo trze­ba mieć wy­so­ką śred­nią, a poza tym - "ma się tę kre­atyw­ność, co nie?".

Wiel­kie ar­tyst­ki i jesz­cze więk­si in­te­lek­tu­ali­ści, dla któ­rych szko­ła była spo­so­bem na za­ist­nie­nie.

Ma­te­ma­tycz­ni ge­niu­sze, któ­rzy spra­wia­li wra­że­nie tro­chę za­gu­bio­nych.

Zwy­czaj­ni i prze­cięt­ni ucznio­wie, któ­rzy wy­peł­nia­li ko­ry­ta­rze i tło­czy­li się na scho­dach, wy­sta­wa­li w dłu­gich ko­lej­kach w sto­łów­ce i nie od­róż­nia­li się od resz­ty sza­rej masy ani wy­glą­dem, ani za­pa­chem, ani spo­so­bem mó­wie­nia. Za parę lat nikt nie bę­dzie pa­mię­tał ich imion i na­zwisk. Już te­raz nikt nie pa­mię­ta.

Oczy­wi­ście zda­rza­li się tak­że lu­dzie faj­ni i po­ukła­da­ni. A Lu­mik­ki za­zwy­czaj przy ni­kim nie za­dzie­ra­ła nosa. Wie­dzia­ła, że wie­lu z nich gra, za­kła­da szkol­ną ma­skę, aby ła­twiej od­na­leźć swo­je miej­sce po­śród se­tek ró­wie­śni­ków. I Lu­mik­ki nie mia­ła o to do nich pre­ten­sji. Sama jed­nak już pierw­sze­go dnia na­uki po­sta­no­wi­ła, że nie po­zwo­li się za­szu­flad­ko­wać i przy­pi­sać do żad­nej gru­py, aby nie da­wać ni­ko­mu pod­staw do uprosz­czo­nych ocen.

Na po­wsta­ją­ce po­dzia­ły, frak­cje i kli­ki pa­trzy­ła z umiar­ko­wa­nym za­in­te­re­so­wa­niem i odro­bi­ną roz­ba­wie­nia. Sama trzy­ma­ła się na ubo­czu, po­zo­sta­wa­ła au­tsaj­der­ką. Nie była jed­nak sa­mot­ną świ­ru­ską prze­my­ka­ją­cą pod ścia­na­mi w czar­nych ła­chach. Wszy­scy pa­mię­ta­li, jak się na­zy­wa.

Lu­mik­ki An­ders­son. Ta Szwe­do­fin­ka z Rii­hi­mäki.

Ta, któ­ra ma go­to­we zda­nie na każ­dy te­mat.

Ta, któ­ra zbie­ra dzie­siąt­ki i z fi­zy­ki, i z fi­lo­zo­fii.

Któ­ra tak za­gra­ła Ofe­lię, że dwie na­uczy­ciel­ki się wku­rzy­ły, a resz­ta wzru­szy­ła do łez.

Któ­ra nie bie­rze udzia­łu w żad­nych szkol­nych ak­cjach ani wy­da­rze­niach.

Któ­ra za­wsze je sama, choć nig­dy nie wy­glą­da na osa­mot­nio­ną. Jak puz­zel z in­nej ukła­dan­ki - nie pa­so­wa­ła nig­dzie, by wto­pić się w każ­de tło.

Nie była taka jak resz­ta. Była do­kład­nie taka jak resz­ta.

Lu­mik­ki sta­nę­ła przed drzwia­mi pra­cow­ni fo­to­gra­ficz­nej i ro­zej­rza­ła się. Ni­ko­go na ho­ry­zon­cie. We­szła do środ­ka i za­mknę­ła za sobą drzwi. Przed­sio­nek pra­cow­ni po­grą­żył się w mro­ku. Wpraw­nym, zde­cy­do­wa­nym ru­chem otwo­rzy­ła drzwi ciem­ni. Ręka zna­ła wszyst­kie od­le­gło­ści. Nie­prze­nik­nio­ny mrok. Ci­sza. Spo­kój. Jej chwi­la tyl­ko dla sie­bie przed roz­po­czę­ciem lek­cji. Re­set. Ła­do­wa­nie ba­te­rii. Co­dzien­ny ry­tu­ał, o któ­rym nikt nie wie­dział. Któ­ry łą­czył te­raź­niej­szość z prze­szło­ścią. Lu­mik­ki przez wie­le lat mu­sia­ła się cho­wać, po­nie­waż się bała. Sztu­ka wy­naj­dy­wa­nia taj­nych skry­tek i bez­piecz­nych przy­sta­ni sta­no­wi­ła wa­ru­nek prze­ży­cia. Te­raz w grę nie wcho­dził już strach, lecz chęć zna­le­zie­nia wła­sne­go miej­sca tak­że w prze­strze­ni do­stęp­nej dla ogó­łu. Ciem­nia była dla niej wol­ną stre­fą, gdzie mo­gła po­być cho­ciaż­by kil­ka mi­nut w ci­szy przed za­nu­rze­niem się w cha­osie roz­mów, gło­sów, opi­nii i emo­cji.

Lu­mik­ki opar­ła się o ścia­nę i wpa­try­wa­ła w mrok. Po­wo­li opróż­nia­ła umysł z my­śli. Naj­ła­twiej ustę­po­wa­ły po­wsze­dnie i prze­waż­nie ja­ło­we roz­my­śla­nia or­bi­tu­ją­ce po sta­łych tra­jek­to­riach: ko­lej­na lek­cja ma­te­ma­ty­ki, ewen­tu­al­ne za­ku­py po szko­le, wie­czo­rem może com­bat. Tym ra­zem nie mo­gła so­bie po­ra­dzić na­wet z tym ba­nal­nym szu­mem men­tal­nym. Coś jej nie po­zwa­la­ło. Coś prze­szka­dza­ło.

Za­pach.

Ciem­nia pach­nia­ła in­a­czej niż zwy­kle. Lu­mik­ki nie po­tra­fi­ła na­zwać tego za­pa­chu. Po­stą­pi­ła krok przed sie­bie. Coś mu­snę­ło ją de­li­kat­nie po po­licz­ku, od­sko­czy­ła jak opa­rzo­na do drzwi i za­pa­li­ła czer­wo­ną lam­pę.

Pięć­set­eu­ro­wy bank­not.

Dzie­siąt­ki mo­krych pięć­set­eu­ro­wych bank­no­tów wi­szą­cych na sznur­kach w ciem­ni. Praw­dzi­we? Lu­mik­ki do­tknę­ła pal­ca­mi pierw­sze­go z brze­gu. Pa­pier wy­dał się au­ten­tycz­ny. Spraw­dzi­ła, czy w ku­we­tach nie ma od­bi­tek, i za­pa­li­ła zwy­kłą lam­pę.

Bank­not pod świa­tło. Znak wod­ny na swo­im miej­scu, cy­fry no­mi­na­łu w ca­ło­ści. Nie bra­kło rów­nież ho­lo­gra­mu i nit­ki za­bez­pie­cza­ją­cej. Je­śli pie­nią­dze nie były praw­dzi­we, to oglą­da­ła wła­śnie do­sko­na­łe fał­szyw­ki.

Ciecz w ku­we­tach mia­ła lek­ko bru­nat­ny od­cień. Lu­mik­ki za­nu­rzy­ła czub­ki pal­ców. Woda.

Na pod­ło­dze do­strze­gła rdza­we pla­my. Spoj­rza­ła jesz­cze raz na bank­not, na­roż­nik miał do­kład­nie taki sam rdza­wy ko­lor. I wte­dy ją olśni­ło. Już wie­dzia­ła, co jej dzi­siaj tak bar­dzo prze­szka­dza w ciem­ni.

Odór stę­chłej krwi.