Wstęp
Wstęp
Na przełomie wieku XVIII i XIX widzimy dwie postacie będące zupełnym
niemal przeciwieństwem: Chateaubriand i Stendhal. Jeden czerpie z dawnej
Francji idee hierarchii, dyscypliny społecznej, powagi królewskiej, ale
odświeża je tchem religijnego odrodzenia; drugi sięga w wiek XVIII swą
bezreligijnością, materializmem filozoficznym, radykalizmem społecznym,
ale i on spłaca swój dług romantyzmowi epoki, staje się piewcą energii,
namiętności wcielonej w rapsod napoleoński. I w kolejach sławy tych
dwóch ludzi cóż za różnica: Chateaubriand, bożyszcze za życia, dziś
jakże opuszczony! Stendhal nieznany, może nawet z imienia, większości
współczesnych, doczekał się w pół wieku po śmierci kapliczki skupiającej
wybrane umysły.
Henryk Beyle (Stendhal) urodził się w Grenoble (w Delfinacie) w roku
1783, z rodziny urzędniczej ocierającej się o szlachectwo; matka jego
miała nieco krwi włoskiej. Dzieciństwo chłopca było smutne. W siódmym
roku życia traci ukochaną matkę; ojciec, odstręczający dla niego
fizycznie i moralnie, nie umiał w dziecku obudzić miłości. Chłopiec
chował się u dziadka, lekarza, epikurejczyka-filozofa w typie XVIII
wieku. Był to w domu jedyny człowiek, o którym Beyle zachował dobre
wspomnienie. Malec wzrasta samotnie, z rówieśnikami nie wolno mu się
bawić, od otoczenia czuje się zupełnie odmienny; żyje sam i tylko sobą.
To uczucie odosobnienia, odrębności od innych, będzie mu towarzyszyło
całe życie. Było to w epoce Terroru, niezbyt srogiego zresztą w Grenoble; rodzina Beyle żywiła tajemne sympatie monarchiczne, dzieciak
był całą duszą rewolucjonistą. Sam pisze1, iż chwila, w której
przyszła wiadomość o straceniu króla, dała mu "jedną z najżywszych
radości w życiu". Rodzina pokładała nadzieje w armii emigrantów, on
patrzył z zazdrością na piękne pułki dragonów ciągnące do Włoch.
Wyrwać się z Grenoble - którego pamięć będzie mu zawsze nienawistna - to
jedyne marzenie Henryka. Sława, a przez tę sławę miłość, oto jego ideał
od wczesnej młodości. W tym celu studiuje żarliwie matematykę, w której
kariera Bonapartego ukazała młodzieży francuskiej drogę do wielkości i sławy. Jakoż uzyskuje to, iż w 1799 roku rodzina wysyła go do Paryża dla
dalszych studiów.
Przybywa opatrzony listem polecającym do krewnych Daru. Pan Daru był to
surowy i suchy starzec, którego młody Beyle obchodził z daleka i z uszanowaniem. Starszy jego syn, Piotr Daru, był generalnym sekretarzem w Ministerstwie Wojny; później, jako hrabia Daru, miał się stać jednym z najczynniejszych pomocników Napoleona. Pierwsze wrażenie Paryża było
nieszczególne: rozczarowany, iż owe piękne chimery, które sobie roił,
nie wyciągają doń ramion, chłopiec błąka się smutny i bezczynny.
(Dodajmy tu, iż Beyle był krępy, brzydki, jakkolwiek brzydotę jego
okupowała żywość i oryginalność fizjonomii; był przy tym w stosunku do
kobiet bardzo nieśmiały mimo donżuańskich teorii, które tworzył sobie
całe życie). Wreszcie rozchorowuje się. Rodzina Daru bierze go do
siebie, a Piotr umieszcza go w swoim biurze.
Naraz w roku 1800 radosny zwrot: bracia Daru, powołani do Włoch do armii
Bonapartego, polecają krewniakowi, aby pośpieszył za nimi.
Siedemnastoletni chłopak, uszczęśliwiony, dosiada konia, jak umie, i przebywa Przełęcz Świętego Bernarda w dwa dni po Bonapartem. Na domiar
wrażenia, po drodze pierwszy raz znalazł się w ogniu. Wieczorem,
układając się do snu, szeptał sam do siebie słowa, które tak często
miały mu wracać na usta: "To tylko tyle?".
Wejście do Mediolanu i pobyt w tym mieście wywarły na młodym Henryku
wrażenie, które utrwaliło się w nim na całe życie i które znalazło wyraz
nawet na jego kamieniu grobowym. Miasto żyjące pod jarzmem Austrii w martwocie i nudzie w roku 1796 z radością powitało młodą armię
francuską, której dwudziestosześcioletni generał był najstarszym
żołnierzem! Beyle, nieśmiały i skrępowany w Paryżu, tu, w tym życiu
włoskim, gwarnym, naturalnym, namiętnym, czuje się w swoim żywiole.
Kosztuje nieco bitwy pod Marengo, szybko zostaje podporucznikiem.
Pierwszy pojedynek, pierwsza miłość (nieśmiała zresztą i platoniczna),
słowem - pełnia życia.
Ale niedługo. Rychło znudzony obyczajami garnizonu, towarzystwem
nieokrzesanych chwatów, Beyle zbyt często jak na młodego rycerzyka szuka
pociechy w książkach. Wreszcie, korzystając z jakiejś niegroźnej
choroby, bierze urlop, śpieszy do Paryża i tam zostaje. Od roku 1801 do
1806 pochłania go literatura: marzy o sławie, o "pisaniu komedyj jak
Molier", czyta, pracuje nad sobą, płodzi w pocie czoła liche wiersze.
Wśród tego prawie aż do końca życia jego serce stale wypełnia miłość;
przedmiot jej tylko zmienia się często. W tej epoce miłość do młodej
aktorki Melanii Guilbert rzuciła go aż do Marsylii, gdzie spędził rok
jako subiekt czy buchalter w sklepie kolo-nialnym.
Wróciwszy po tej eskapadzie do Paryża, Beyle, wciąż dzięki poparciu
rodziny Daru, wstępuje do Intendentury (było to w przededniu kampanii
pruskiej) i odtąd pozostaje w służbie aż do odwrotu z Rosji. W karierze
tej doszedł do wcale znacznych godności (był audytorem w Radzie Stanu
etc.), a przy tym nawłóczył się sporo po świecie. Jako intendent
wojskowy okazał w trudnych okolicznościach wiele energii, odznaczył się
w tak ważnym zadaniu zaopatrywania armii w odwrocie spod Moskwy, w czasie którego zjawiał się u swego szefa, hr. Daru, starannie ubrany i ogolony2. Ale w pełni tej heroicznej epoki Beyle znów czuje się
sam i obcy, duch jego buja gdzieś daleko. W Smoleńsku marzy o Mediolanie; w Moskwie rzuca się na znaleziony angielski egzemplarz
Pawła i Wirginii... Znów daje mu się we znaki towarzystwo "bohaterów",
powabniejszych pono dla artysty w historii, w poezji niż w życiu.
"Wszystko tu jest grube, brudne, cuchnące fizycznie i moralnie - pisze
do siostry ze Smoleńska. - Jedyna moja przyjemność to słuchać trochę
muzyki na rozstrojonym pianinie...". Ożywia go nieco pożar Moskwy. Ale
pisze: "aby się tym rozkoszować, trzeba by być samemu albo w towarzystwie ludzi cywilizowanych. Dla mnie kampanię rosyjską zepsuło
to, że ją odbyłem z ludźmi, którzy potrafiliby pomniejszyć Colosseum i Zatokę Neapolitańską...".
Odwrót spod Moskwy podkopał mocno zdrowie Beyle'a; w 1813 roku bierze
urlop i śpieszy do Włoch. Już w czasie urlopu w 1811 roku Beyle odnalazł
swój mediolański ideał sprzed lat jedenastu (Angela Pietragua) i nawiązał wątek przerwanej miłości, tym razem śmielej i skuteczniej.
Znalazłszy łaskawe przyjęcie, nasycony na długo heroizmem, nie chce
słyszeć o niczym, co nie jest szczęściem i miłością. W miesiącu bitwy
pod Lipskiem dziennik, który prowadził Stendhal, notuje jedynie drobne
fakty tyczące stosunku z Angelą!
I powrót cesarza z Elby nie zdołał wyrwać Beyle'a z jego wywczasów.
Uważał widać losy Napoleona za spełnione. Ostateczny upadek cesarstwa
pogrzebał i wszystkie pomyślności Stendhala; dość wesoło przyjmując tę
odmianę fortuny, osiada we Włoszech, w kraju, w którym - jak gdzieś
pisze - można bez hańby być biednym. W gruncie rzeczy w tym człowieku
czynu zawsze tkwił kawał dyletanta, smakosza wrażeń, który tłukąc się z Wielką Armią, obnosił po Europie swą żywą i inteligentną ciekawość.
Obecnie rozkoszuje się włoską muzyką, zwiedza miasta, kościoły, galerie,
obraca się w towarzystwie włoskich patriotów, a przede wszystkim - kocha
się. Po Angeli Pietragua, która w końcu okazała się "niegodną", posiadła
jego serce Matylda Dembowska (z domu Viscontini), żona wiernego generała
napoleońskiego. Miłość ta, bez wzajemności, bez nadziei, odpłacana
najgorszą monetą, bo monetą "przyjaźni", stanowiła przez kilka lat
szczęście i udrękę Beyle'a; gwałtownie przerwana w roku 1821, stała się
później natchnieniem książki O miłości.
W roku 1814 przypada pierwszy debiut literacki Stendhala, a raczej
Aleksandra Cezara Bombeta, jako że pod takim pseudonimem się ukrył. I dobrze zrobił, że się ukrył, książka jego bowiem O Haydnie okazała się
zaczerpnięta, częściowo wręcz przełożona z Haydinów Carpaniego.
Zrabowany autor podniósł krzyk, co dało powód do polemiki, dość przykrej
dla tajemniczego Bombeta. W 1817 roku wydaje Beyle dwie książki: jedna
to Rzym, Neapol i Florencja (pierwszy raz podpisana godłem: de
Stendhal, oficer kawalerii); druga to Historia malarstwa we Włoszech.
Pierwszy utwór to opis podróży przeplatający drobiazgowe opisy uwagami i anegdotami, w których autor wciąż snuje paralelę między Włochami a Francją na niekorzyść swej ojczyzny. Historia malarstwa ujawnia
niezwykłą na owe czasy znajomość i odczucie włoskiego odrodzenia;
najbardziej jednak zajmującym rysem jest tu dedykacja, ofiarująca to
dzieło "J. Ces. Mości Napoleonowi Wielkiemu", a zakończona tak:
"Oby, Najjaśniejszy Panie, niebo dało ci tyle życia, abyś mógł oglądać
Francję szczęśliwą dzięki konstytucji, którą przekazał jej ostatni twój
parlament. Wówczas, Najjaśniejszy Panie, przebaczy ci ona jedyny akt
słabości, który ci może wyrzucać: to, iż po Waterloo nie chwyciłeś w ręce dyktatury i zwątpiłeś o ratunku ojczyzny.
Wówczas potomność, odzyskawszy bezstronność spojrzenia, będzie się
wahała jedynie, czy ma pomieścić twoje imię obok czy ponad imieniem
Aleksandra, a twoi nędzni wrogowie będą znani światu jedynie dzięki
temu, iż mieli szczęście być twymi wrogami.
Pozostaję, Najjaśniejszy Panie,
z najgłębszym uszanowaniem
Waszej Cesarskiej i Królewskiej Mości
bardzo uniżonym i powolnym sługą
i poddanym, w swoim sercu,
żołnierzem, którego ująłeś za klapę surduta pod Görlitz".
Dedykacja ta w 1817 roku, w zaraniu Restauracji, kiedy nazwiska
Buonapartego nie wymawiało się niemal bez akompaniamentu zniewag, była
niewątpliwie aktem odwagi i charakteru. Zresztą obie książki przeszły
dość niespostrzeżenie.
W roku 1821 Beyle traci ojca; śmierć ta zostawia go dość obojętnym;
łączy się z nią zawód majątkowy: ojciec, który uchodził za zamożnego
człowieka, okazał się niemal zrujnowany. Równocześnie spotyka pisarza
drugi cios: policja austriacka, nierada jego stosunkom z patriotami
włoskimi, wyprasza go z Mediolanu. Zostawiając serce i duszę we Włoszech
przy ukochanej Matyldzie, Stendhal wraca do Paryża, którego nie lubił i gdzie nie znał prawie nikogo. W Paryżu zostanie aż do rewolucji lipcowej
(1830), przerywając ten pobyt jedynie paru wycieczkami do Anglii.
Stendhal, jak większość rozbitków napoleońskich, zbliża się z liberałami; wchodzi w dom Destutta de Tracy, filozofa i pisarza, którego
z dawna uwielbiał; poznaje Lafayette'a, Beniamina Constanta i in. Miesza
się w pierwsze utarczki romantyków i klasyków i w swojej broszurze
Racine a Szekspir (1823) rzuca głośną definicję: "Literatura klasyczna
to ta, która dawała największą sumę przyjemności naszym pradziadom;
literatura romantyczna to ta, która daje największą sumę przyjemności
nam". Mimo to Stendhal niewiele miał powinowactwa z budzącym się ruchem
romantycznym we Francji; i tu, jak całe życie, pozostaje on odosobniony,
a odrębność ta, która nie pozwoliła mu kosztować pełni uznania za życia,
uczyniła go tym cenniejszym okazem dla potomnych.
Trudno o dosadniejszy przykład, jak niebezpiecznie jest w czasie
masowych ruchów myśli chodzić oddzielnymi drogami. Aby zwyciężyć, trzeba
by mieć wytrwałość i upór Balzaca, a tych Stendhal, traktujący
literaturę niejako na marginesie życia, nie posiadał. W 1822 roku wydaje
książkę O miłości; od 1822 do 1833 roku, czyli przez jedenaście lat,
sprzedano siedemnaście egzemplarzy! Stendhal czuje to odosobnienie i tym
bardziej zasklepia się w niechęci do epoki. W roku 1824 wydaje Życie
Rossiniego, w 1829 Przechadzki po Rzymie oraz Armance, czyli sceny
paryskie w 1827 roku.
Rewolucja lipcowa. Stendhal wita ją z sympatią, ale nie biorąc czynnego
udziału; noc 29 lipca spędza u kochanki, "aby czuwać nad jej
bezpieczeństwem". Zwycięstwo Orleanów jest zarazem odwetem
bonapartystów. Odczuwa to Stendhal, gdyż otrzymuje zaraz stanowisko
konsula w Trieście, gdzie się nudzi, marznie i gdzie, na szczęście,
Austria go sobie nie życzy, pomawiając go o karbonaryzm. Przed wyjazdem
z Paryża zostawia pod prasą rękopis powieści Czerwone i czarne, która
wychodzi w druku podczas jego nieobecności, bez powodzenia jak zwykle.
Odwołany z Triestu obejmuje stanowisko konsula w Civita Vecchia,
miejscowości, która, gdyby nie bliskość Rzymu, byłaby dlań prawdziwym
wygnaniem. Ale i tak niewesoły jest ten schyłek życia Stendhala.
Samotny, starzejący się, silący się tu i ówdzie wskrzesić wzruszenia,
których czas minął, stara się stworzyć w sobie filozoficzną równowagę,
kreśląc wspomnienia młodości. Poza tym wydaje Pamiętniki turysty oraz
powieść Pustelnia parmeńska (1839), która daje mu poznać smak triumfu
literackiego w postaci entuzjastycznego artykułu Balzaca w "Revue de
Paris". Umiera w roku 1842, licząc lat pięćdziesiąt dziewięć, rażony
apopleksją; spoczywa na Montmartre. W ostatnich latach, oburzony
"pokojem za każdą cenę", który był dążeniem Ludwika Filipa, oświadczył,
iż nie chce mienić się Francuzem; gorzki ten nastrój, jak i pamięć
szczęśliwych chwil przeżytych w Mediolanie wyraziły się w nagrobku,
który sobie sam ułożył:
ARRIGO BEYLE
MILANESE
visse, scrisse, amó
quant'anima
adorava
Cimarosa, Mozart e Shakespeare3
Oto życie Stendhala. A charakter? Niełatwy do określenia. Postać Juliana
(Czerwone i czarne) niejedno objaśni, byle jej oczywiście nie
utożsamiać z autorem. Zdaje się, że wrażenia dziecinne miały duży wpływ
na dalszy rozwój. Natura wrażliwa, czuła, gorąca, zdławiona nieprzyjazną
atmosferą, przyuczyła się wkładać maskę, kryć swoje najlepsze strony;
toteż wciąż spotykamy u niego nieśmiałość pod ironią i brutalnością,
sentymentalizm pod pozorami don Juana. Przy tym nieufność,
podejrzliwość, ostrożność, które rozwiną się w manię4. Wzros-ły w epoce porewolucyjnego zdziczenia moralnego, Stendhal ma w pojęciach
swoich zupełną prawie amoralność i niespołeczność; podobny w sferze
myśli do tych kondotierów napoleońskich, których maluje Balzac, zachowa
jako jedyną busolę punkt honoru i ten kult energii, który tamci mieli
instynktownie, a który on ma świadomie. Ów kult energii znajdzie wyraz w uwielbieniu dla Napoleona oraz w rozkoszowaniu się historią Włoch z epoki odrodzenia. Tę stronę natury Stendhala łagodzi - nie sprzeciwiając
się jej zresztą - szczera wrażliwość artystyczna, dająca mu w muzyce,
zwłaszcza łatwej muzyce włoskiej, kosztować słodyczy niemal zmysłowych;
natomiast w ciągłej wojnie z żywiołowością charakteru jest rozwinięty
zmysł analizy, zdolność i nawyk kontrolowania, uświadamiania sobie
uczuć. Stąd naturę Stendhala wypełnia raczej apostolstwo namiętności
jako stanu dającego pełnię życia niżeli sama namiętność, którą poraża
jasnowidzenie inteligencji. Gra tych sprzeczności daje Stendhalowi
ciekawą i złożoną fizjonomię.
Jako umysłowość Stendhal tkwi korzeniami głęboko w XVIII wieku:
racjonalizm Woltera i encyklopedystów, ateizm lubujący się w konceptach
a la Chamfort na temat Boga, nienawiść do prawdziwych i mitycznych
"jezuitów" rosnące znamiona manii - oto cechy Stendhala, w których
również dałoby się odnaleźć wpływy działające nań pozytywnie lub
negatywnie w dzieciństwie. Celem człowieka jest szczęście, to znaczy
możliwie największa suma rozkoszy, wrażeń: oto zasada filozofii, którą
on sam nazywał "beylizmem". Ale poprzez te racjonalistyczne koncepcje
czuć powiew romantycznego szaleństwa na zimno, które Stendhala broni od
oschłości. Cóż wedle beylizmu może dać największą sumę wrażeń?
Namiętność, choćby przyszło dla niej narazić życie, choćby bezcelowa,
niedorzeczna. Ta apologia namiętności, tak oddalająca Stendhala od
osiemnastowiecznych filozofów, z którymi ma tak bliski punkt wyjścia,
świadczy, iż między XVIII wiekiem a nim był - Napoleon.
Ciekawy jest stosunek Stendhala do Napoleona. Zrazu, po 18 brumaire'a,
jak przystało na młodego republikanina, widzi w nim tyrana, który
"skradł ludowi wolność". Nie przeszkadza mu to zresztą iść za gwiazdą
napoleońską; zachowanie się jego jednak w latach próby, w roku 1813, 14,
15, nie świadczyłoby o fanatyzmie... Nie było w nim materiału na jednego z Heinowskich "dwóch grenadierów". Ten inteligentny amator wrażeń oglądał
epopeję napoleońską zanadto z bliska, od strony kulis5. Dopiero
później obraz Napoleona i jego dzieje, oglądane z dalszej perspektywy,
opromienione wspomnieniem własnej młodości Stendhala, staną się dlań
przedmiotem trwałego uwielbienia.
Stendhal był, jak powiedzieliśmy, zjawiskiem odosobnionym. W epoce
przełomu i potężnych prądów duchowych nie mieszał się z nikim, nie
należał do żadnego obozu, był sobą. I nie mogło być inaczej; wszak i jego bieg życia odległy był, jak widzieliśmy, od utartych dróg
literackich. Nie jest pisarzem-zawodowcem; patrzy na życie bezpośrednio,
nie przez pryzmat kałamarza. Przy tym znaczną część życia spędza poza
Francją; jak na francuskiego literata, dla którego często świat zamyka
się w Paryżu6, to zjawisko niezwykłe. Gdy romantycy opiewają
Andaluzyjki i odalisy, siedząc u Tortoniego na bulwarach, on żyje bujnym
życiem cyganerii wojskowej albo leniwym życiem Włoch, wypełniony
wrażeniami: oczu, uszu i serca. I przez niego przepływa romantyczny prąd
epoki, ale jakiś przetworzony. Stendhal, który we wszystkim jest
przeciwnym biegunem Chateaubrianda, pod tym względem spotyka się z nim:
każdy z nich na inny sposób przyczynił się do rozszerzenia horyzontu;
obaj są wielkimi globtroterami, wybiegającymi myślą i uczuciem poza
horyzont Francji. I zarazem, przy całej duchowej antypatii Stendhala do
Chateaubrianda, możemy wszakże połączyć ich jednym nazwiskiem, aby
zrozumieć, jak kręte drogi żłobi sobie bieg romantyzmu. Nazwisko to - to
Byron, który tyle czerpie z Chateaubrianda, a dla którego znowu Stendhal
ma tak gorące uwielbienie7.
Interesujące są pośmiertne dzieje glorii Stendhala. Za życia utwory jego
przechodziły dość niespostrzeżenie; nie tyle w kołach literackich, w których miał swoją reputację oryginała i żonglera paradoksów, ile wśród
publiczności. Drugą część broszury Racine a Szekspir, która jest
pamfletem wymierzonym w pana Augera, prezesa Akademii, zaczyna Stendhal
od słów: "I ja, i pan Auger jesteśmy zupełnie nieznani...". Można sobie
wyobrazić minę Akademika! Istotnie, około roku 1830 tyle świetnych
nazwisk wzeszło na horyzoncie literatury, iż Stendhal, idący niedbale
swoją koleją, poza wielkimi gościńcami, musiał pozostać nieznany.
Kiedy w 1854 roku Sainte-Beuve omawia jego zbiorowe dzieła, wydane
staraniem wiernego przyjaciela, Colomba, notuje budzące się
zainteresowanie Stendhalem; mimo to sam "książę krytyki" odnosi się doń
w sposób nader umiarkowany. Chwila Stendhala dopiero miała nadejść; i co
ciekawsze, miała nadejść ściśle według daty, którą on sam
przepowiedział: niejednokrotnie w zapiskach swoich powiada, iż będą go
czytać w roku 1880. Istotnie w tej epoce sława Stendhala, zapoczątkowana
uwielbieniem Taine'a, urasta do niesłychanych rozmiarów, zwłaszcza wśród
śmietanki intelektualnej. Richepin podaje - a potwierdza to i Bourget - iż w jego pokoleniu było
kółko młodych pisarzy, umiejących dosłownie całe Czerwone i czarne na
pamięć; gdyby nawet było w tym nieco przesady, kult Stendhala pozostaje
faktem. Najsprzeczniejsze szkoły literackie powołują się na jego
ojcostwo, przeciągają go do swego obozu, często z osobliwym skrzywieniem
wizerunku Stendhala: Zola czyni go ojcem naturalizmu, Bourget widzi w nim pierwowzór wytwornego dyletanta, kosmopolity duchowego, gdy młoda
Przyjrzyjmy się powieści Czerwone i czarne. A trzeba się w niej nieco
rozpatrzyć, gdyż książka ta, z pewnością jedna z niepospolitszych swego
wieku, dziwnie jest skomplikowana; łatwiej się poddać jej wrażeniu niż
je uświadomić i zanalizować.
Wystarczyłoby się poddać; ale i to wrażenie jest bardzo niejednolite;
czytając ten utwór (zwłaszcza ponownie), to pływa się w rozkoszy, to
znów wzrusza się ze zniecierpliwieniem ramionami; bądź co bądź, po
odłożeniu książki, przemaga jej urok, pozostawiając w duszy ton
niezatarty i odrębny. Zdaje mi się, iż trzeba by wyróżnić w tym dziele
dwa elementy, nie zawsze dobrze zespolone, stąd te dysharmonie. Jeden
element to powieść społeczna - kronika XIX wieku, jak ją nazwał sam
autor w podtytule. A tytuł? Uważano go niekiedy za niezrozumiały; jest
chyba zupełnie jasny: czerwone i czarne to mundur i sutanna; to dwie
Francje: Francja napoleońska i Francja Burbonów, która nastąpiła nagle
po tamtej, brutalnie dławiąc rozkołysany w młodych duszach hymn sławy i czynu. Odczytajmy drugi rozdział Spowiedzi dziecięcia wieku Musseta:
"... Dzieci patrzały na to wszystko, myśląc ciągle, iż cień Cezara
wyląduje w Cannes i zdmuchnie te upiory; ale cisza trwała ciągle, na
niebie zaś widniał jeno odblask białych lilii. Kiedy chłopcy mówili o sławie, powiadano im: "Zostańcie księżmi"; kiedy mówili o ambicji:
"Zostańcie księżmi"; o nadziei, miłości, sile: "Zostańcie księżmi"...".
Pomiędzy rewolucją a upadkiem Napoleona upłynęło lat dwadzieścia pięć.
Przez ten czas lud zdobył ziemię, zdobył świadomość samego siebie,
zdobył przede wszystkim dzięki swemu cesarzowi godność. Niejeden syn
ludu został marszałkiem Francji, nie było wsi, gdzie by na piersiach
robotnika, chłopa nie czerwieniła się wstążeczka Legii. W epopei
napoleońskiej lud francuski w czarodziejskim skrócie przebył wieki
bohaterskiej historii Francji; w siedmiomilowych butach dognał swoich
starszych braci. Odebrawszy już poprzednio szlachcie wszystkie
przywileje, wydarł jej ten ostatni, bez którego zrównanie nie byłoby
nigdy istotne: przywilej bohaterstwa, przywilej umierania za ojczyznę,
za chimerę sławy - szlachetniejszej jeszcze, ofiarniejszej, bo
bezimiennej! - umierania pięknie, z chwałą; wydarł jej poezję heroizmu i przewyższył o tyle, o ile Napoleon przewyższył wszystkich dawnych
wodzów. Z tą chwilą supremacja urodzenia pogrzebana była bez powrotu; z tą chwilą dopiero dzieło rewolucji dokonało się w całej pełni.
I oto nagle przy pomocy obcych bagnetów wraca miniony porządek rzeczy;
złagodzony, to prawda, ale silący się odzyskać dawne prerogatywy; oto
nagle zatrzaśnięto młodzieży francuskiej wrota do sławy, do czynu, które
uchyliła rewolucja, które otworzył na oścież Napoleon. I znowu jak przed
wielką rewolucją lud szarpie niecierpliwie swe pęta i szemrze; ale to
już inny lud: ani śladu w nim dawnego niewolnika; lud górujący nad tymi,
którzy chcą mu się narzucić za panów, wszystkim: inteligencją, polotem,
wolą, odwagą. Między Ludwikiem XVI a Ludwikiem XVIII był - Napoleon. I niedługo da się utrzymać tamy: przyjdzie rok 1830 i lud zerwie się
jeszcze raz i zmiecie - prawie bez rozlewu krwi, tak słaby napotka opór
- swoich niepowołanych opiekunów.
Wspomniałem, iż u schyłku życia Stendhal podjął zadanie spisania
historii swego cesarza. Nie dokończył tej historii, która objęła ledwie
kilka lat i pozostała w postaci brulionu; ale są w niej ustępy należące
do pięknych kart francuskiego piśmiennictwa. Daleko tu jesteśmy od
sceptycznych refleksji, które spotykaliśmy w listach kreślonych na
gorąco z biwaków. Rzeczywistość szlachetnieje, przetwarza się w poezję;
małe prawdy codzienności roztopiły się w wielkiej prawdzie dziejów.
"Doznaję uczucia jakby religijnego wzruszenia, kreśląc pierwsze zdanie
dziejów Napoleona... Spodziewałem się, że ktoś z tych, którzy patrzyli na
cesarza, podejmie opowieść jego życia. Czekałem dwadzieścia lat. Ale w końcu, widząc, że ten wielki człowiek staje się coraz bardziej nieznany,
nie chciałem umrzeć, nie wyraziwszy mniemania, jakie mieli o nim
niektórzy towarzysze broni...
...We wszystkich sercach władało wówczas głębokie uczucie, którego nie
widzę już śladów. Niechaj czytelnik, o ile ma mniej niż pięćdziesiąt
lat, zechce sobie wyobrazić wedle książek, iż w 1794 nic mieliśmy ani
cienia religii; nasze wewnętrzne i pełne powagi uczucie skupiało się
całe w tej myśli: być użytecznym ojczyźnie.
Wszystko inne - odzież, żywność, stopnie - było w naszych oczach jedynie
nędznym i znikomym szczegółem...
On był naszą jedyną religią...".
Z tego kultu, z tej religii wyrósł młody Julian Sorel, któremu
przyjaciel jego, stary felczer armii napoleońskiej, zostawił za cały
legat Pamiętnik z Wyspy św. Heleny i swój Krzyż Legii Honorowej.
Powieść Stendhala Czerwone i czarne, pisana tuż przed 1830, cudownie
oddaje ton nowej Francji. Zestawmy trzy typy, w których ujawnia się lud
w literaturze francuskiej; Kubuś8, zacny, dobroduszny,
pobłażliwy, przywiązany jeszcze do pana, którego przerasta inteligencją
i charakterem; Figaro, zniecierpliwiony, gorzki i niebezpieczny już pod
swą niefrasobliwą wesołością; wreszcie ten Julian Sorel, posępny,
groźny, wcielenie napiętej ambicji, woli i myśli; co więcej, fanatyk
honoru, mimo iż pojętego nieraz dość osobliwie.
Honor! To także przywilej, który lud wydarł szlachcie i który dziecko
tego ludu, Julian Sorel, pielęgnuje z żarliwością neofity. Postawmy obok
siebie te dwa wcielenia ludu: Figara, zwiastuna wielkiej rewolucji, i Juliana Sorela, zwiastuna dni lipcowych. Cóż za przepaść! Już to samo,
że figury wyrażającej bunt ludu, figury, w którą włożył wiele z siebie,
Beaumarchais nie wahał się zrobić lokajem, jest wymowne. Figaro ma
wszystko: energię, inteligencję, talent, prawość, serce, ale brak mu
jednego: godności. Ta zostaje jeszcze dziedziną hrabiego Almaviva i najbardziej rewolucyjnemu pisarzowi nie przyszło na myśl mu jej
wydzierać. Figaro jest jeszcze krewniakiem owego vilain z dawnej
komedii: schowa do kieszeni policzek, byle osłodzony sakiewką.
Cóż za skok do Juliana! Ten cierpi na istny przerost godności osobistej,
obolałej, podejrzliwej, zdolnej do wszelkiego szaleństwa, do zbrodni! Co
mu ją dało? Owa wstążeczka Legii przekazana mu w spadku przez starego
felczera. Ta ewolucja, ta głęboka przemiana duchowa znajduje w powieści
Stendhala dobitny wyraz.
To jeden motyw książki, a teraz drugi. Wspomnieliśmy w biografii
Stendhala, iż wielkim zatrudnieniem jego życia była miłość. Jej oddał
najlepsze siły, o niej napisał całe dzieło, ona wciska się we wszystkie
jego pisma. I oto drugi element utworu: powieść miłosna, wcielenie
marzeń o miłości, jakie Stendhal snuł całe życie. Zawdzięczamy temu
głęboką analizę serca ludzkiego, zawdzięczamy wiele niezapomnianych
scen, wreszcie dwa urocze i wspaniałe prawdą typy kobiece; ale także i niejedną rysę w tym dziele. Julian, owo dziecko ludu, wcielenie jego
upokorzeń, krzywd i odwetu, jest równocześnie "dzieckiem rozkoszy",
rodzajem bel ami, którego ubóstwiają na kolanach wielkie damy, ku
któremu wyciągają się wszystkie ramiona kobiece. Ba, nie tylko kobiece:
w rezultacie, począwszy od wiernego Fouqué, aż do margrabiego de la
Mole, wszyscy, których Julian spotyka na drodze życia, licytują się
formalnie o niego, śpieszą z ofiarą pieniędzy, gotowością stworzenia mu
losu etc. I to przeszkadza nieco: kiedy Julian, który w rezultacie, poza
przykrościami krótkiego pobytu w seminarium, pędzi życie arcywygodne i przed którym ściele się ono różami, wciąż występuje z pretensjami do
społeczeństwa i uważa się za srodze pokrzywdzonego, ponieważ nie ma...
renty, mimo woli wzruszamy ramionami.
Ten rozdźwięk wynika może z pewnych niedostatków techniki. Stendhal
bystro widzi i silnie ujmuje jej linię społeczną, ale w przeprowadzeniu
nie umie może zespolić problemów społecznych z problemami miłosnymi
książki. Balzac wie, że miłość plebejusza, człowieka pracy (Córka
Ewy!), inne przybierze formy niż miłość człowieka, dla którego jest ona
jedynym zajęciem; Stendhal osadza ją jeszcze w ramie trącącej abstrakcją
XVIII wieku. Pałac de la Mole niedaleko leży od zamku w Niebezpiecznych
związkach; Julian prowadzi tam istne życie jakiegoś Valmonta: w nocy
odwiedza damskie sypialnie, w dzień harcuje na koniu "albo pędzi dni
przy małym okienku na poddaszu", śledząc postać Matyldy w ogrodzie. O tym, iż rzecz toczy się w Paryżu, wiemy jedynie teoretycznie; nie
widzimy ani śladu obecności tego Paryża w Julianie. Porównajmy pod tym
względem powieść Stendhala z Ojcem Goriot albo ze Straconymi
złudzeniami.
Fakt tedy, iż Czerwone i czarne jest powieścią przedbalzakowską, z jednej strony pomnaża nasz podziw dla intuicji i talentu Stendhala, z drugiej tłumaczy nam wiele szczegółów utworu. Stendhal ma dość
fantastyczne pojęcie o mechanizmie społecznym. I gdzie go miał poznać?
Nie na biwakach armii ani w operze w Mediolanie. Sposób, w jaki Julian,
ten kmiotek okrzesany przez panią de R?nal i świeżo przybyły z seminarium, doprowadza do porządku interesy pana de la Mole, właściciela
jednej z największych fortun we Francji, jest rozbrajający! Czuć, że
jeszcze nie przyszedł Balzac i nie wprowadził do literatury swojej armii
adwokatów, rejentów, giełdziarzy... Julian Stendhala jest tu raczej
faworytem, dworzaninem dawnych czasów...
Jedna jest jeszcze rzecz, którą różni się Stendhal od Balzaca. Balzac ma
w odniesieniu do społeczeństwa bezstronność przyrodnika. Wiemy, że
wyznawał on, może na wpół przez snobizm, zasady rojalistyczne, ale
dzieło jego nic o tym nie wie. Oko artysty, myśliciela jest ponad
Francją rojalistyczną, rewolucyjną, napoleońską: widzi całokształt
społeczeństwa, jego przekroje, funkcjonowanie jego motorów, trybów,
transmisji. Inaczej u Stendhala: książka jego jest pamfletem. Zapatrzony
w epokę napoleońską, której czas bezpowrotnie minął i do której sam
Stendhal inaczej się odnosił, póki trwała, nie chce rozumieć nowego
społeczeństwa, będącego amalgamatem dawnych i nowych idei. Podobny owym
rozbitkom napoleońskim, których maluje Balzac, dąsa się na Burbonów,
widzi wszędzie jezuitów i jezuickie intrygi9. Eksżołnierz,
gardzi w gruncie cywilami; w pracy ich, budującej nową Francję, widzi
jedynie zabiegi materialne kramarzy.
Tak jak Stendhal nie rozumie społeczeństwa, które go otacza, tak samo
nie bardzo rozumie ludzi, poza sobą i kobietą, którą kocha. Każda z jego
postaci to marionetka poruszana jednym sznurkiem. Przypomnijmy sobie to
wspaniałe studium "entomologiczne", jakim jest pan de la Baudraye w Muzie z zaścianka Balzaca; widzimy go w jego małostkach,
śmiesznościach, charakterystycznych rysach i równocześnie widzimy w jego
osobie tworzącą się nową Francję. A pan de R?nal, a Valenod? Dla
Stendhala to tylko płaskie łajdaki. Zabiegi materialne wypełniające
znaczną część społecznego życia są mu wstrętne. Jego Julian reprezentuje
lud, ale brzydzi się wszystkim, co stanowi życie tego ludu; bić się albo
mieć rentę to dla niego jedyne godne zajęcie. W tych rysach ujawnia się
zupełna prawie niespołeczność Stendhala, wychowanego w wojnach
napoleońskich; jakby brak solidarności z ludźmi i brak życzliwości dla
nich. Ten Julian jest kondotierem, jak Filip Brideau lub Maksencjusz
Gilet w Kawalerskim gospodarstwie. I jako taki jest bardzo znamiennym
produktem epoki, osadem napoleonizmu.
Niedostatek w malowaniu ludzi występuje tu na każdym kroku. Przypomnijmy
sobie pierwszą rozmowę księdza Pirarda z Julianem o hrabim Norbercie i patrzmy, jak ta figura młodego de la Mole rozłazi się autorowi w palcach. Kogóż nie zniecierpliwi ciągłe wyliczanie, niby w uprzykrzonym
refrenie, tej wiecznej trójcy panów de Croisenois, de Caylus i de Luz?
Dość chyba się nazrzędziłem na książkę, którą serdecznie lubię. I tu
staję wobec trudniejszego zadania. Powiedzieć, co w niej jest
nielogiczne, nieprawdziwe, to dość łatwo; wytłumaczyć, na czym polega
jej urok, jej niezatarte wrażenie, o wiele trudniej. Wnosi ona dwie
rzeczy raczej rzadkie w literaturze francuskiej: jedna to jakaś
zasadniczo "tragiczna koncepcja" życia; druga to - mimo że to dziwnie
brzmi, kiedy się mówi o tym "pozytywiście" na wpół osiemnastowiecznym -
jakiś mistyczny dech wiejący z tego utworu. Może to wiew namiętności,
której istota zawsze się gubi w mrokach tajemnicy? Część książki,
począwszy od zamachu na panią de R?nal, aż do śmierci Juliana, jest
czymś odrobinę niedorzecznym, a zarazem głęboko pięknym, porywającym,
wprawiającym w dziwną zadumę... Piękna również jest transpozycja miłostek
Bonifacego de la Mole z królową Małgorzatą na jego prawnuczkę i na tego
hardego plebejusza. I mimo owej rysy, którą zaznaczyłem w koncepcji
Juliana, krytykujemy go raczej rozumowo; gdy chodzi o wrażenie,
przeważnie ulegamy autorowi: dzielimy jego wiarę w niepospolitość tego
bladego i ponurego chłopca, którego fizjonomia ma coś z fizjonomii
młodego Bonapartego, zanim jeszcze wstąpił na drogę chwały...
I po całej owej paraleli na korzyść Balzaca, którą przeprowadziłem
poprzednio, muszę wyznać: równocześnie z korektą tej książki prowadziłem
korektę paru przedruków Balzaca; otóż bezpośrednio po Stendhalu Balzac
wydaje się - niemal płaski. Wiem, że jest w tym uczuciu wiele
niesprawiedliwości! Łatwiej jest być poetycznym, kiedy się każe swemu
bohaterowi wspinać w nocy po drabinie10 do okien kochanki, niż
kiedy się, jak Balzac, zawinie rękawy, aby się paprać w kuchni
społecznej i demonstrować nam jej procedury; dlatego notuję to nie jako
swój sąd, ale jako swoje, przelotne zresztą, wrażenie.
W jednym jest Stendhal na wskroś oryginalny i nowy, mianowicie w przesunięciu punktu ciężkości powieści na analizę psychologiczną. Ma on
w tym poprzednika, na którego się sam powołuje11, ale
doprowadził tę sztukę daleko. Balzac dał powieści nowoczesnej silną więź
społeczną i analizę psychologiczną w czynach; Stendhal głównym swym
zadaniem uczynił analizę myśli, uczuć. Powieść ta jest przeważnie
wewnętrznym monologiem, chwilami niemal snem na jawie; niedostrzegalnym
drgnieniom duszy poświęca Stendhal całe rozdziały, gdy najważniejsze
fakty zbywa w paru słowach. Stendhal daleko zaszedł w odkonwencjonalizowaniu uczuć; stwarza ich chemię: uczucie nawet pozornie
elementarne jak miłość staje się u niego skomplikowanym mechanizmem. I tu wskazał mu drogę Marivaux: miłość Juliana i panny de la Mole to
marivaudage na tragiczno.
Jak na urodzonego "człowieka miłości" przystało, dla Stendhala istnieje
naprawdę jedynie on sam i kobieta. Na tle nikłych cieni ludzkich,
prymitywnych marionetek, którymi zaludnił swoją powieść, odcinają się
dwa pełne typy kobiece, typy, których niepodobna zapomnieć, skoro się
raz czytało tę książkę: pani de R?nal i Matylda, te dwie oddychające
prawdą, poetyczne postacie.
Jedną z przyczyn, dla której lekceważono Stendhala w epoce romantyzmu, a uwielbiano pod koniec XIX wieku, jest jego styl. Styl ten w istocie
szczególnie odbija od szumnej poetyckiej prozy Chateaubrianda, Wiktora
Hugo, Gautiera, Musseta. Te krótkie, rzeczowe zdanka silą się ściśle
notować fakty, uczucia; unikają, aż do przesady, ornamentu, wielkich
słów. Zauważmy: wszystkie najważniejsze zdarzenia - oddanie się pani de
R?nal, a potem Matyldy, pojedynek Juliana, ciąża Matyldy12,
zabójstwo pani de R?nal, wreszcie sama śmierć Juliana - zaznaczone są
krótkimi zdaniami, jakby mimochodem. Stendhal mawiał, iż pisząc powieść,
odczytuje po parę stron kodeksu cywilnego dla nabrania tonu13. Bądź
co bądź, i on nie uniknął nieraz konwencjonalnej przesady i przesada ta
przy pozorach oschłości tym bardziej uderza14. I stylem tym styka
się Stendhal z wiekiem XVIII; może najbliżej z powiastkami Woltera?
Jednakże od czasu do czasu, gdy zechce, Stendhal umie za pomocą paru
słów dać wizję głębiej zapadającą w duszę od wielu bogatych opisów.
Czerwone i czarne było przekładane na język polski w roku 1889 piórem
kobiecym; na innym miejscu miałem sposobność wyrazić sąd o tym
przekładzie i poprzeć go cytatami15 oraz ogólniejszymi
refleksjami na ten temat. Obecnie nie mogę sobie odmówić przyjemności,
aby nie przytoczyć z niego jeszcze jednego kwiatka: "Automatyczny mąż
szkodzi jej więcej niż pomaga" (cet automate16 de mari...). I jeszcze jedno godne uwagi: nagłówek przedmowy zawiera nawias: "podług
Brandesa". Jakże by się zdumiał biskup Krasicki i inni uczestnicy
obiadów czwartkowych, gdyby im ktoś powiedział, że tak rychło przyjdzie
czas, w którym myśl francuska będzie wędrować do nas znad Sekwany przez
- Kopenhagę!!!
Kraków, w kwietniu 1921.
1. Życie Henryka Br?larda (przypisy we Wstępie pochodzą od tłumacza). [wróć]
2. Zaznaczyć tu jednak trzeba, iż anegdotyczne rysy tworzące "legendę stendhalowską" są nieraz dość wątpliwe, mimo iż pochodzą w znacznej części od niego samego. W obfitym materiale autobiograficznym krytyka notuje co krok mniejsze lub większe, mówiąc łagodnie, nieścisłości. Jest to ciekawy objaw, iż pisarze, którzy biorą pióro do ręki z potrzeby szczerości, blagują zwykle jak najęci. Ale bo też nie koloryzować swojej autobiografii jest to, zdaje się, zadanie nad siły ludzkie. [wróć]
3. "Henryk Beyle, Mediolańczyk, żył, pisał i kochał takim sercem, jakim ubóstwiał Cimarozę, Mozarta i Szekspira". [wróć]
4. W najniewinniejszych listach Stendhal nieustannie posługuje się kryptonimami. [wróć]
5. Przeglądając Niewydane listy Stendhala (Souvenirs d'egotisme et lettres inedites) natrafiłem na taki ustąp, bardzo znamienny w zestawieniu z militarno-heroicznymi marzeniami młodego Juliana Sorela. W r. 1801 Beyle pisze do przyjaciela: "Wyrzekłem się sławy wojskowej, ponieważ zanadto trzeba się płaszczyć, aby się docisnąć do pierwszych miejsc". [wróć]
6. E. Goncourt, najczystszej krwi literat, powiada gdzieś, że tematem dla literatury może być paryżanin, reszta to historia naturalna. [wróć]
7. Kiedy Stendhal poznaje Byrona w Mediolanie, jest tak wzruszony, iż ledwie może się wstrzymać, aby go nie pocałować w rękę. [wróć]
8. Diderot, Kubuś Fatalista i jego pan. [wróć]
9. Niewątpliwie ujawnia się tu owa dochodząca do manii podejrzliwość, której tyle rysów odbija się w korespondencji Stendhala. [wróć]
10. Epizod, w którym pani de R?nal przechowuje przez całą dobę Juliana w swoim pokoju, ma analogię w życiu autora, który (już czterdziestoletni z górą), nie mogąc się inaczej widywać z kochanką, dostał się po drabinie do piwnicy w jej domu i tam pozostał trzy dni, w ciągu których ona zaopatrywała go w żywność oraz dopełniała innych mniej poetycznych, a wszakże koniecznych posług. Gdy mowa o źródłach do tej powieści, interesujące może będzie zaznaczyć, iż proces o usiłowane morderstwo w dość podobnych okolicznościach miał miejsce w rzeczywistości i że podsądny, eksseminarzysta Berthet, został w Grenoble skazany na śmierć i stracony (Stryjeński, Soirées du Stendhal-Club). [wróć]
11. "Przygotowując się co rano odczytaniem kilkunastu stronic Marianny Marivaux, zrozumiesz zdobycze tkwiące w tym, aby trafnie opisywać drgnienie ludzkiego serca". [wróć]
12. Nawiasem mówiąc, chronologia tej ciąży nie wytrzymałaby, jak sądzę, krytyki ginekologa. [wróć]
13. Nie trzeba może tego zwierzenia brać zbyt dosłownie. W każdym razie zwrócono uwagę, iż mniej pilnie wczytywał się w kodeks karny, gdyż art. 1342, który cytuje Julian, nie istnieje. [wróć]
14. Np. kiedy z okazji jakichś dokuczliwych zwierzeń Matyldy Stendhal powiada, iż "Julian cierpiał bardziej, niż gdyby mu lano w piersi roztopiony ołów" (rozdz. XLVIII). [wróć]
15. Murger, Cyganeria (Bibl. Boya). [wróć]
16. Automate używa się po francusku w znaczeniu: bałwan, głupiec. W tym samym tomie znajduje się przekład powieści La Chartreuse de Parme: rzucam okiem na pierwsze zdanie. Po francusku brzmi: "W 1796 generał Bonaparte wszedł do Mediolanu". Polska tłumaczka: "W 1796 Napoleon I Bonaparte wszedł do Mediolanu...". Zatem po to przeinacza tekst i fałszuje obraz (generał Bonaparte a Napoleon I, to daje wprost wzrokowo zupełnie inny obraz!), aby zdradzić grubą ignorancję historyczną. A to znowu z opisu bitwy pod Waterloo. W tekście markietanka poucza rekruta: "Jeśli ujrzysz nieprzyjaciela, pchnij go sztychem, nie baw się w rąbaninę" (si tu vois un Enniem, pique le Alec ton sabre, ne va pas t'amuser a le sabrer). A nasza tłumaczka: "Jeżeli spotkasz nieprzyjacielskiego żołnierza, możesz go podrażnić szablą, ale nie zabijaj dla zabawki!". Wiemy przynajmniej, dzięki tłumaczce, jakie obyczaje panowały w bitwie pod Waterloo... [wróć]
I. Małe miasteczko
I
Małe miasteczko
Put thousands together
Less bad
But the cage less gay1.
Hobbes
Miasteczko Verri?res może uchodzić za jedno z najładniejszych we
Franche-Comté. Białe domy, spadziste dachy z czerwonych dachówek
rozsiadły się na zboczu porosłym kępami rozłożystych kasztanów. Rzeka
Doubs płynie o kilkaset stóp poniżej fortyfikacji zbudowanych niegdyś
przez Hiszpanów, a obecnie zrujnowanych.
Od północy zasłania Verri?res duża góra łącząca się z Pasmem Jurajskim.
Okrzesane wierzchołki Verra pokrywają się śniegiem z nastaniem
pierwszych październikowych chłodów. Strumień spadający z gór przerzyna
Verri?res, nim utonie w Doubs, i porusza mnogość tartaków; prosty ten
przemysł zapewnia niejaki dobrobyt większej części mieszkańców, raczej
wieśniaków niż mieszczan. Nie tartaki wszelako wzbogaciły to miasteczko.
Fabryka perkalików stworzyła powszechną zamożność, dzięki której od
upadku Napoleona przebudowano prawie wszystkie domy w Verri?res.
Już wchodzącego do miasta ogłusza turkot hałaśliwej i straszliwej na
pozór machiny. Dwadzieścia ciężkich młotów, spadając z hukiem, od
którego drży ulica, podnosi się za pomocą koła obracanego wodą. Każdy
młot wyrabia co dzień fantastyczną ilość gwoździ. Młode dziewczęta,
ładne i świeże, podsuwają pod ciosy tych olbrzymich młotów kawałki
żelaza, które w jednej chwili zmieniają się w gwoździe. Ta praca, tak
gruba na pozór, zdumiewa podróżnego, który zapuszcza się po raz pierwszy
w góry dzielące Francję od Szwajcarii. Kiedy, wjeżdżając do Verri?res,
zapytacie, do kogo należy ta piękna fabryka ogłuszająca przechodniów,
odpowiedzą wam, przeciągając z lekka: "Tać do pana burmistrza".
O ile podróżny bodaj parę chwil zatrzyma się na głównej ulicy, która
prowadzi od Doubs pod sam szczyt pagórka, można trzymać sto przeciw
jednemu, że spotka tam wysokiego mężczyznę z ważną i poważną miną.
Na jego widok odkrywają się wszystkie głowy. Włosy ma szpakowate, ubrany
jest szaro. Jest kawalerem licznych orderów, ma wydatne czoło, orli nos,
rysy na ogół dosyć regularne: na pierwsze wrażenie twarz ta jednoczy
nawet godność prowincjonalnego mera ze śladami urody, jakie może jeszcze
zachować fizjonomia między czterdziestym ósmym a pięćdziesiątym rokiem.
Ale niebawem przykro uderzy paryżanina wyraz zadowolenia z siebie i tępej zarozumiałości. Czuje się, koniec końców, że talenty tego
człowieka sprowadzają się do punktualnego ściągania cudzych należytości
i płacenia możliwie najpóźniej własnych.
Taki jest burmistrz Verri?res, pan de R?nal. Przeszedłszy poważnym
krokiem ulicę, wchodzi do merostwa i ginie oczom podróżnego. Ale jeśli
ów pójdzie cokolwiek dalej, widzi o sto kroków wyżej dość okazały dom i poprzez żelazne sztachety wspaniałe ogrody. Dalej widnokrąg zamknięty
pagórkami Burgundii, jakby stworzony dla rozkoszy oka. Widok ten pozwala
podróżnemu odetchnąć po atmosferze zapowietrzonej drobnymi pieniężnymi
interesami, które zaczynały go już dławić.
Dowiaduje się, że ta siedziba należy do pana de R?nala. Piękny ten dom
zbudowany z ciosu, jeszcze niezupełnie skończony, zawdzięcza pan
burmistrz zyskom, jakie mu daje fabryka gwoździ. Rodzina jego,
powiadają, jest starożytnego hiszpańskiego pochodzenia, osiadła w okolicy na wiele lat przed podbojem Ludwika XIV.
Od 1815 pan de R?nal rumieni się, że jest przemysłowcem: rok 1815 zrobił
go merem Verri?res. Murowane terasy tego wspaniałego ogrodu, który
piętrami opada aż do Doubs, są również nagrodą pana de R?nala w przemyśle żelaznym.
Nie spodziewajcie się znaleźć we Francji malowniczych ogrodów, które
otaczają przemysłowe miasta Niemiec: Lipsk, Frankfurt, Norymbergę etc.
We Franche-Comté im więcej wznosi ktoś murów, im więcej jeży swą
posiadłość spiętrzonymi kamieniami, tym więcej nabywa praw do szacunku
sąsiadów. Ogrody pana de R?nala, zapełnione murami, budzą podziw i przez
to, że kupił na wagę złota niektóre partie gruntu. Na przykład tartak,
który uderzył was przy wjeździe do Verri?res swym oryginalnym położeniem
i na którym widnieje nad dachem olbrzymimi literami nazwisko SOREL, otóż
ten tartak zajmował sześć lat temu przestrzeń, gdzie wznosi się dzisiaj
czwarta terasa ogrodów pana de R?nala.
Mimo swej dumy pan mer musiał się sporo nachodzić koło starego Sorela,
twardego wieśniaka; musiał mu wyliczyć sporo pięknych ludwików, aby go
skłonić do przeniesienia gdzie indziej fabryczki. Co do publicznego
strumienia, który poruszał piłę, pan de R?nal dzięki wpływom, jakich
zażywał w Paryżu, uzyskał, że go odwrócono. Uprzejmość ta spadła nań po
wyborach w 182...
Dał Sorelowi cztery morgi za jeden, o pięćset kroków niżej, nad Doubs. I mimo że to położenie było o wiele korzystniejsze dla handlu, Sorel
znalazł sposób, aby z niecierpliwości i manii posiadania, rozpierającej
jego sąsiada, wycisnąć sumę sześciu tysięcy franków.
Prawda, że miejscowi luminarze krytykowali tę transakcję. Jednego razu -
było to w niedzielę, cztery lata temu - pan de R?nal, wychodząc z kościoła w uniformie mera, ujrzał z daleka starego Sorela w otoczeniu
trzech synów; stary, patrząc nań, uśmiechał się. Uśmiech ten zaszczepił
złowrogie podejrzenie w duszy pana mera; myśli od tego czasu, że mógł
był dobić targu tańszym kosztem.
Aby dojść w Verri?res do publicznego szacunku, główną rzeczą jest, aby
wznosząc wiele murów, nie przejąć wszelako jakiegoś pomysłu
przywiezionego z Włoch przez murarzy, którzy na wiosnę ciągną przez Jurę
do Paryża. Takie nowatorstwo ściągnęłoby na nieopatrznego budowniczego
wiekuistą reputację pomylonej głowy: byłby na zawsze zgubiony w oczach
roztropnych i umiarkowanych ludzi, którzy rozstrzygają o poważaniu we
Franche-Comté.
W gruncie rzeczy owi roztropni ludzie wykonują tam najnudniejszy w świecie despotyzm; toteż z przyczyny tego brzydkiego słowa pobyt w małym
miasteczku nieznośny jest dla kogoś, kto żył w wielkiej republice
nazwanej Paryżem. Tyrania opinii - i co za opinii! - jest równie głupia
w małych miasteczkach Franche-Comté, co w Stanach Zjednoczonych Ameryki.
1. Umieść razem tysiące ludzi, źle nie będzie, ale w klatce będzie mniej wesoło. [wróć]
II. Mer
II
Mer
Znaczenie! Panowie, alboż to nic? Szacunek głupców, podziw dzieci,
zazdrość bogaczy, wzgarda mędrca.
Barnave
Szczęściem dla sławy pana de R?nala jako administratora w promenadzie
publicznej, biegnącej zboczem o jakie sto stóp nad Doubs, okazało się
potrzebne olbrzymie podmurowanie. Temu cudownemu położeniu zawdzięcza ta
promenada jeden z najbardziej malowniczych widoków Francji. Ale co
wiosnę deszcze orały bruzdy, żłobiły wyrwy i czyniły to miejsce
przechadzki niepodobnym do użytku. Niedogodność ta, która dokuczyła
wszystkim, dała panu de R?nalowi szczęśliwą sposobność
unieśmiertelnienia swych rządów murem na dwadzieścia stóp wysokim, a długim na trzydzieści lub czterdzieści sążni.
Parapet ten - dla którego pan de R?nal musiał trzy razy jeździć do
Paryża, przedostatni bowiem minister spraw wewnętrznych okazał się
śmiertelnym wrogiem promenady w Verri?res - otóż parapet wznosi się
obecnie na cztery stopy nad ziemią. I jakby na urągowisko wszystkim
obecnym i przeszłym ministrom, zdobi się go w tej chwili płytami z ciosu.
Ileż razy, dumając o świeżo porzuconych zabawach paryskich, z piersią
opartą o te bloki sinego kamienia, tonąłem spojrzeniem w dolinie Doubs!
W dali po lewej stronie wije się kilka dolinek, w których oko wyraźnie
rozróżnia małe strumyki. Kręcą się, tworząc raz po raz nikłe siklawy,
aby wreszcie utonąć w Doubs. Słońce jest w tych górach bardzo skwarne;
skoro dopieka zbyt silnie, zaduma wędrowca znajduje schronienie na tej
terasie w cieniu wspaniałych jaworów. Swój szybki wzrost oraz piękną
zieloność z odcieniem prawie niebieskim drzewa te zawdzięczają
nawiezionej ziemi, którą pan mer pomieścił za swoim olbrzymim
podmurowaniem; wbrew opozycji bowiem rady gminnej rozszerzył promenadę
przeszło o sześć stóp. (Mimo że mer jest "ultra", ja zaś jestem
liberałem, pochwalam mu ten czyn, dzięki któremu w opinii samego mera
oraz w opinii pana Valenoda, szczęśliwego dyrektora przytułku w Verri?res, terasa ta może wytrzymać porównanie z terasą w Saint-Germain-en-Lave).
Co do mnie, znajduję jedną rzecz do ganienia w tej alei Wierności (to
oficjalne miano można wyczytać kilkanaście razy na marmurowych
tablicach, które zyskały panu de R?nalowi jeden order więcej);
mianowicie barbarzyński sposób, w jaki władza każe obcinać i strzyc do
żywego te bujne jawory. Miast upodobniać się swymi niskimi, okrągłymi i spłaszczonymi głowami do najpospolitszej jarzyny, byłyby z ochotą
przybrały owe wspaniałe kształty, jakie widuje się w Anglii. Ale wola
pana mera jest despotyczna; dwa razy na rok wszystkie drzewa gminne
ulegają bezlitosnej amputacji. Miejscowi liberałowie twierdzą
(przesadzają!), że ręka oficjalnego ogrodnika stała się o wiele
surowsza, odkąd ksiądz wikariusz Maison przyjął zwyczaj zagarniania dla
siebie produktów tych postrzyżyn.
Młody ten duchowny przybył przed kilku laty z Besançon, przysłany dla
nadzorowania księdza Chélana i paru innych proboszczów. Stary chirurg
pułkowy osiadły w Verri?res, zdaniem pana mera zarazem jakobin i bonapartysta, ośmielił się jednego dnia krytykować to systematyczne
kaleczenie pięknych drzew.
- Lubię cień - odparł pan de R?nal z odcieniem wyższości naturalnej w rozmowie z felczerem, kawalerem Legii Honorowej - lubię cień, każę tedy
przycinać moje drzewa, iżby dawały cień, i nie rozumiem, aby drzewo
służyć mogło do czego innego, chyba że jak pożyteczny orzech przynosi
dochody.
Oto wielkie słowa, które rozstrzygają o wszystkim w Verri?res: przynosić
dochód; streszczają one stałą myśl trzech czwartych ludności.
Przynosić dochód to argument rozstrzygający o wszystkim w miasteczku,
które zdało się wam tak powabne. Obcy, zachwycony świeżością i urodą
dolin, które je otaczają, wyobraża sobie zrazu, że mieszkańcy jego
wrażliwi są na piękno; mówią aż nazbyt często o piękności okolicy. Nie
można zaprzeczyć, że przywiązują do niej wagę, ale to dlatego, że ściąga
cudzoziemców, których sakiewka wzbogaca oberżystów, co znowuż siłą
mechanizmu podatkowego przynosi dochód miastu.
W piękny jesienny dzień pan de R?nal przechadzał się po alei Wierności
pod rękę z żoną. Słuchając męża, który rozprawiał z poważną miną, pani
de R?nal ścigała niespokojnym okiem ruchy trzech chłopców. Najstarszy,
może jedenastoletni, zbliżał się za często do parapetu z wyraźną chęcią
wdrapania się na mur. Łagodny głos upominał wówczas małego Adolfa i dziecko odstępowało od ambitnego zamiaru. Pani de R?nal wyglądała na lat
trzydzieści, ale była jeszcze dość ładna.
- Może łatwo tego pożałować ów fircyk paryski - mówił pan de R?nal
wzburzony, z twarzą bledszą jeszcze niż zazwyczaj. - Ostatecznie mam
parę życzliwych osób na dworze...
Ale mimo że zamierzam przez dwieście stronic mówić o prowincji, nie
posunę się do tego okrucieństwa, aby wam kazać słuchać mdłych i rozwlekłych prowincjonalnych rozmów.
Fircyk paryski, tak antypatyczny merowi Verri?res, był to niejaki
Appert, który dwa dni wcześniej zdołał się wcisnąć nie tylko do
więzienia i przytułku, ale i do szpitala, gdzie bezinteresownie władali
mer oraz główni miejscowi właściciele.
- Ale - rzekła nieśmiało pani de R?nal - cóż tobie może wadzić ten
paryżanin, skoro zarządzasz mieniem ubogich najskrupulatniej?
- Przyjeżdża tylko po to, aby wydziwiać na wszystko, a potem zamieści
artykuł w liberalnych dziennikach.
- I tak ich nie czytujesz.
- Ale ludzie gadają o tych jakobińskich artykułach: to nas niepokoi i "przeszkadza nam w czynieniu dobrego". Nie, co do mnie, nigdy tego nie
wybaczę proboszczowi.
III. Mienie ubogich
III
Mienie ubogich
Zacny i z dala od intryg stojący proboszcz jest Opatrznością wioski.
Fleury
Trzeba wiedzieć, że proboszcz z Verri?res, starzec osiemdziesięcioletni,
ale zawdzięczający ożywczemu powietrzu gór zdrowie i charakter z żelaza,
miał prawo odwiedzać o każdej porze więzienie, szpital, a nawet
przytułek. Pan Appert, polecony z Paryża proboszczowi, umyślnie przybył
do ciekawego miasteczka o szóstej rano i natychmiast udał się na
plebanię.
Przeczytawszy list margrabiego de la Mole, para Francji i najbogatszego
właściciela w okolicy, ksiądz Chélan zadumał się. "Jestem stary, kochają
mnie tutaj - rzekł do siebie - nie śmieliby!". Następnie obrócił się ku
paryżaninowi z oczami, w których mimo podeszłego wieku błyszczał ów
święty ogień zrodzony przyjemnością spełnienia dobrego uczynku
połączonego z pewnym niebezpieczeństwem.
- Chodź pan ze mną, drogi panie; ale w obecności dozorcy więzienia, a zwłaszcza przytułku, chciej nie wyrażać sądu o rzeczach, które będziemy
widzieli.
Pan Appert zrozumiał, że ma do czynienia z dzielnym człowiekiem; udał
się za czcigodnym proboszczem, zwiedził więzienie, areszt, zadał wiele
pytań i mimo dziwnych odpowiedzi nie pozwolił sobie na najmniejszą
krytykę.
Zwiedzanie trwało kilka godzin. Proboszcz zaprosił pana Apperta na
obiad, ale ten wymówił się pilną korespondencją; nie chciał bardziej
jeszcze narażać swego szlachetnego towarzysza. Około trzeciej poszli
dokończyć inspekcję przytułku, następnie wrócili do więzienia. Zastali w progu dozorcę, olbrzyma o sześciu stopach wzrostu i kabłąkowatych
nogach; nikczemna jego fizjonomia stała się wstrętna pod wpływem
strachu.
- Proszę dobrodzieja - rzekł na widok proboszcza - czy ten pan, który
przyszedł z księdzem proboszczem, to nie pan Appert?
- A o co chodzi? - spytał proboszcz.
- Ano bo wczoraj otrzymałem najściślejszy rozkaz od pana prefekta -
żandarm pędził galopa całą noc! - aby nie wpuszczać pana Apperta do
więzienia.
- Oświadczam panu, panie Noiroud - rzekł proboszcz - że ten podróżny,
który mi towarzyszy, to właśnie pan Appert. Czy uznajesz, że mam prawo
wchodzić do więzienia o każdej porze dnia i nocy, wprowadzając, kogo mi
się podoba?
- Tak, księże proboszczu - odparł dozorca ciszej, spuszczając głowę jak
buldog przed kijem. - Tylko, że proszę księdza, ja mam żonę i dzieci;
skoro mnie ktoś zdradzi, wypędzą mnie, a to miejsce to całe moje
utrzymanie.
- I mnie byłoby przykro stracić swoje - odparł dobry proboszcz
wzruszony.
- Cóż za różnica! - dodał żywo dozorca - Toć wiadomo, że ksiądz ma
osiemset funtów renty, ładny kawałek ziemi...
Oto fakty, które komentowane, powiększane na dwadzieścia sposobów,
poruszały od dwóch dni namiętności małego miasteczka. One to właśnie
stanowiły treść rozmowy państwa de R?nal. Tego rana w towarzystwie pana
Valenoda, dyrektora przytułku, mer udał się do proboszcza, aby mu
wyrazić najwyższe niezadowolenie. Ksiądz Chélan nie miał protektorów,
zrozumiał całą doniosłość tych słów.
- Dobrze więc, panowie, będę trzecim proboszczem, którego w osiemdziesiątym roku życia usuną z tej okolicy. Jestem tu od
pięćdziesięciu lat; ochrzciłem prawie wszystkich mieszkańców miasta,
które było lichą wioszczyną, kiedym przybył. Daję co dzień śluby młodym,
których dziadkom dawałem ślub niegdyś. Verri?res to moja rodzina; ale
powiedziałem sobie, widząc tego przybysza: "Ten paryżanin może być w istocie liberałem; mamy ich nazbyt wielu; ale co może złego zrobić
naszym biednym więźniom?".
Gdy wymówki mera, a zwłaszcza pana Valenoda, dyrektora przytułku,
stawały się coraz żywsze, stary proboszcz wykrzyknął drżącym głosem:
- Więc dobrze, panowie, usuńcie mnie. I tak zostanę w tych stronach.
Wiadomo że przed czterdziestu laty odziedziczyłem kawałek ziemi
przynoszący osiemset funtów; będę żył z tego. Nie robię oszczędności na
swojej posadzie, panowie, dlatego może nie jestem zbyt przerażony groźbą
jej utraty.
Pan de R?nal żył bardzo dobrze z żoną; ale nie wiedząc, co odpowiedzieć
na jej nieśmiałą uwagę: "Cóż ten pan z Paryża może złego zrobić
więźniom?", był już gotów wybuchnąć na dobre, kiedy pani wydała krzyk.
Średni syn wdrapał się na parapet i biegł po nim, mimo że mur wznosił
się na dwadzieścia stóp nad winnicą. Bojąc się przestraszyć syna i przyprawić go o upadek, pani de R?nal nie śmiała wyrzec słowa. Wreszcie
dzieciak, uszczęśliwiony z tego aktu dzielności, spojrzawszy na matkę,
ujrzał jej bladość, zeskoczył i podbiegł ku niej. Wyłajano go porządnie.
To drobne wydarzenie zmieniło bieg rozmowy.
- Trzeba bezwarunkowo wziąć do domu młodego Sorela, syna tracza - rzekł
pan de R?nal - będzie dozorował dzieci, które jak dla nas robią się
nadto wielkie zbijaki. Ten młody księżyk czy kleryk, dobry przy tym
łacinnik, potrafi pokierować chłopcami; mówił mi proboszcz, że to tęgi
charakter. Dam mu trzysta franków i życie. Miałem skrupuły co do jego
moralności, był bowiem beniaminkiem starego felczera, kawalera Legii,
który pod pozorem pokrewieństwa odnajmował izdebkę z wiktem u Sorelów.
Ten człowiek mógł w gruncie bardzo łatwo być po prostu tajnym agentem
liberałów; powiadał, że górskie powietrze dobrze mu robi na astmę; ale
ostatecznie to nie żaden dowód. Przebył wszystkie kampanie
"Buonapartego" we Włoszech, a nawet, jak powiadają, podpisał swego czasu
protest przeciw wprowadzeniu Cesarstwa. Ten liberał uczył po trosze
łaciny młodego Sorela i zostawił mu książki, które przywiózł ze sobą.
Toteż nigdy nie przyszłoby mi do głowy brać tego chłopca do naszych
dzieci; ale proboszcz właśnie w wilię sceny, która poróżniła nas na
zawsze, powiedział mi, że Sorel studiuje od trzech lat teologię z zamiarem wstąpienia do seminarium; nie jest zatem liberałem, a umie po
łacinie.
- Kombinacja ta ma różne dobre strony - ciągnął pan de R?nal,
spoglądając na żonę z miną dyplomaty. - Valenod jest bardzo dumny z pary
cugowych normandów, które kupił, ale nie ma korepetytora.
- Żeby go nam tylko nie odmówił.
- Pochwalasz więc mój projekt? - rzekł pan de R?nal, dziękując uśmiechem
żonie za szczęśliwą myśl. - Zatem rzecz postanowiona.
- Ach, Boże! Mężu, jak ty się szybko decydujesz!
- Bo ja mam charakter; proboszcz przekonał się o tym. Nie ma co owijać w bawełnę, jesteśmy tu otoczeni liberałami. Wszyscy ci fabrykanci
perkalików zazdroszczą mi, wiem; paru z nich zbiło ładny majątek; dobrze
tedy! Niech widzą synów pana de R?nala, idących na przechadzkę z preceptorem. To imponuje. Dziadek opowiadał nam często, że w młodości
miał preceptora. Będzie mnie to kosztowało sto talarów, ale można je
wciągnąć w rubrykę wydatków reprezentacyjnych.
To nagłe postanowienie pogrążyło panią de R?nal w zadumie. Była to
wysoka, kształtna kobieta, już jako panna znana w okolicy z urody. Miała
w sobie jakąś prostotę, coś młodego w ruchach; w oczach paryżanina ten
naiwny wdzięk pełen niewinności i życia zbudziłby może obrazy pełne
słodkiej rozkoszy. Gdyby pani de R?nal mogła się domyślać triumfu tego
rodzaju, uczułaby się z pewnością bardzo zawstydzona. Ani zalotność, ani
mizdrzenie się nie zagościły nigdy w jej sercu. Szeptano, że Valenod,
bogaty dyrektor przytułku, zalecał się do niej swego czasu, ale na
próżno, co rzucało osobliwy blask na cnotę pani de R?nal; Valenod
bowiem, słuszny młody człowiek o atletycznej budowie, z rumianą twarzą i bujnymi czarnymi bokobrodami, był z typu owych grubych i hałaśliwych
brutalów, którym na prowincji daje się miano "przystojnych mężczyzn".
Panią de R?nal, osobę nader nieśmiałą, z pozoru bardzo nierówną, raziła
zwłaszcza ustawiczna ruchliwość i donośny głos pana Valenoda. Niechęć do
tego, co w Verri?res nazywa się wesołością, zyskała jej reputację osoby
bardzo dumnej ze swego urodzenia. Nie czyniła tego rozmyślnie, ale była
bardzo rada, że mieszkańcy Verri?res rzadziej ją odwiedzają. Nie
będziemy ukrywali, iż w oczach miejscowych pań uchodziła za głupią,
ponieważ nie uprawiając wobec męża żadnej polityki, przepuszczała
najlepsze sposobności zdobycia ładnych kapeluszy z Paryża lub z Besançon. Byle jej pozwolono błądzić samotnie po ogrodzie, nie skarżyła
się nigdy.
Była to naiwna dusza, która nigdy nie odważyła się sądzić męża i przyznać sama przed sobą, że ją nudzi. Nie uświadamiając sobie tego
jasno, przypuszczała, że stosunki między mężem a żoną nie bywają milsze.
Lubiła zwłaszcza, kiedy jej mówił o przyszłości synów, z których jednego
przeznaczył do wojska, drugiego do urzędu, a trzeciego na księdza.
Ogółem wziąwszy, pan de R?nal wydawał się jej o wiele mniej nudny niż
wszyscy inni.
Ten sąd był dość racjonalny. Burmistrz zawdzięczał reputację dowcipu, a zwłaszcza dobrego tonu kilkunastu anegdotom odziedziczonym po wuju.
Stary kapitan de R?nal służył przed rewolucją w pułku księcia
Orleańskiego i kiedy bawił w Paryżu, miał wstęp na salony księcia.
Poznał tam panią de Montesson, sławną panią de Genlis, pana Ducresta,
twórcę Palais-Royal. Osobistości te powtarzały się aż nazbyt często w anegdotach pana de R?nala. Ale z czasem wywoływanie wspomnień rzeczy tak
subtelnych stało się dlań pracą; toteż od pewnego czasu jedynie w ważnych okolicznościach wydobywał swoje anegdoty orleańskie. Ponieważ
był zresztą bardzo grzeczny (z wyjątkiem, gdy chodziło o pieniądze),
uchodził słusznie za najbardziej dystyngowaną osobistość w całym
Verri?res.
IV. Ojciec i syn
IV
Ojciec i syn
E sara mia colpa
Se cosi ??1
Macchiavelli
"Moja żona ma, doprawdy, rozum! - powiadał sobie nazajutrz o szóstej
rano burmistrz, schodząc ku tartakowi starego Sorela. - Nie przyznałem
jej tego dla zachowania wyższości, jaka mi przynależy; niemniej nie
pomyślałem o tym, że jeśli nie wezmę tego księżyka, który podobno mówi
po łacinie jak anioł, dyrektor przytułku, ten zachłanny człowiek, mógłby
łatwo wpaść na tę samą myśl i sprzątnąć mi go. Z jaką by on arogancją
mówił o swoim preceptorze!... Hm, czy ten chłopiec, skoro już będzie u mnie, zechce nosić sutannę?".
Pan de R?nal rozważał tę wątpliwość, kiedy ujrzał z dala wysokiego
chłopa, który od świtu zdawał się wielce zajęty mierzeniem drzewa
złożonego wzdłuż rzeki. Człowiek ten nie był zbytnio uszczęśliwiony z widoku mera; kloce zawalały gościniec i znajdowały się tam wbrew
przepisom.
Stary Sorel (on to był bowiem) był bardzo zdziwiony, a jeszcze bardziej
rad z osobliwej propozycji pana de R?nala. Mimo to wysłuchał z markotną
i obojętną miną, jaką mieszkańcy owych stron tak dobrze umieją osłaniać
swą przebiegłość. Przebywszy długi czas pod jarzmem hiszpańskim,
zachowali jeszcze ten rys egipskich fellahów.
Odpowiedź Sorela była zrazu jakby na pamięć wyuczoną formułą szacunku.
Podczas gdy powtarzał te czcze słowa z niepewnym uśmiechem, potęgującym
wrodzony jego fizjonomii wyraz fałszu i niemal hultajstwa, czynny umysł
wieśniaka silił się odgadnąć, co za powód może mieć człowiek tak
znaczny, aby brać do domu jego ladaco-synalka. On sam był bardzo
niezadowolony z Juliana. I oto pan de R?nal ofiaruje zań nieoczekiwaną
pensję trzystu franków rocznie, z życiem, a nawet ubraniem! Pan de R?nal
przyjął ten ostatni warunek, który ojciec Sorel sformułował w lot z genialną przytomnością umysłu.
Pretensja ta uderzyła mera. "Skoro Sorel nie jest (jakby powinien być)
uszczęśliwiony i zachwycony moją propozycją, jasne jest - rzekł sobie
mer - iż musiał go już nagabywać kto inny; a któż by, jeśli nie
Valenod?". Próżno pan de R?nal przyciskał Sorela, aby zaraz dobił targu;
chytry stary bronił się uparcie. Musi, powiadał, poradzić się syna. Jak
gdyby na prowincji bogaty ojciec radził się - inaczej niż dla formy -
syna, który nie ma nic!
Podstawą tartaku jest buda nad strumieniem. Dach wznosi się na
belkowaniu, które znowuż spoczywa na czterech słupach. Na wysokości
dziesięciu stóp w szopie widać piłę, która porusza się pionowo, bardzo
zaś prosty mechanizm popycha ku tej pile sztukę drzewa. Koło obracane
wodą wykonuje tę podwójną robotę.
Zbliżając się do swej budy, Sorel zawołał Juliana stentorowym głosem -
nikt nie odpowiedział. Ujrzał jedynie starszych synów, którzy zbrojni
siekierami ociosywali pnie przeznaczone pod piłę. Bacząc pilnie na
czarną linię wykreśloną wzdłuż bala, odłupywali za każdym uderzeniem
olbrzymie szczapy. Nie słyszeli głosu ojca. Stary wszedł i na próżno
szukał Juliana w jego zwykłym miejscu obok piły. Siedział o kilka stóp
wyżej okrakiem na belce; zamiast nadzorować czynność mechanizmu,
chłopiec czytał. Nic bardziej nie drażniło starego; przebaczyłby może
Julianowi jego szczupłą postać, mało sposobną do ciężkiej pracy i tak
różną od starszych braci, ale ta mania czytania była mu wstrętna - on
sam nie umiał czytać.
Daremnie wołał kilka razy. Hałas piły, ale bardziej jeszcze uwaga, z jaką chłopiec utonął w książce, nie pozwoliły mu słyszeć straszliwego
głosu ojca. Wreszcie mimo swego wieku stary wskoczył lekko na piłowane
drzewo, a stamtąd na poprzeczną belkę podtrzymującą dach. Gwałtowne
uderzenie posłało w strumień książkę, którą Julian miał w ręku, drugi
cios, równie silny, wymierzony na odlew w głowę chłopca, przyprawił go o utratę równowagi. Byłby się potoczył w dół, między miażdżące tryby, ale
ojciec przytrzymał go lewą ręką.
- A, leniu! Wiecznie będziesz czytał swoje przeklęte książki, gdy masz
pilnować roboty? Czytaj wieczór, wówczas gdy tracisz czas darmo u proboszcza, wtedy, owszem.
Julian, mimo iż ogłuszony i zlany krwią, udał się na swój posterunek
koło piły. Miał łzy w oczach nie tyle z bólu, ile z powodu straty
uwielbianej książki.
- Złaź, ciemięgo, mam z tobą do pomówienia!
Hałas nie pozwolił Julianowi dosłyszeć tego rozkazu. Ojciec, który już
zeszedł, nie chcąc powtórnie gramolić się na rusztowanie, wziął żerdź do
strącania orzechów i trącił go po ramieniu. Ledwie Julian znalazł się na
ziemi, stary pognał go przed sobą do domu. "Bóg wie, co mnie tam czeka!"
- myślał chłopiec. Po drodze spoglądał smutno na strumień, w który
wpadła jego książka; była to najulubieńsza ze wszystkich: Pamiętnik z Wyspy Świętej Heleny.
Policzki miał purpurowe, oczy spuszczone. Był to nieduży chłopiec
osiemnasto- lub dziewiętnastoletni, z pozoru dość wątły; rysy miał
nieregularne, ale delikatne, nos orli. Wielkie, czarne oczy, które w chwilach spokoju błyszczały inteligencją, w tej chwili wyrażały
najdzikszą nienawiść. Ciemnokasztanowate włosy nad niskim czołem w chwili gniewu nadawały jego twarzy zły wyraz. Pośród niezliczonych
odmian fizjonomii ludzkich niełatwo spotkałoby się wyrazistszą. Smukła
kibić zdradzała więcej lekkości niż siły. Od wczesnego dzieciństwa wyraz
szczególnej zadumy oraz uderzająca bladość chłopca wyrobiły w ojcu
mniemanie, że nie będzie żył lub stanie się dla rodziny ciężarem. Będąc
przedmiotem wzgardy całego domu, Julian nienawidził braci i ojca; w niedzielę podczas zabaw zawsze był ofiarą.
Od roku blisko ładna jego twarzyczka zaczynała mu zyskiwać sympatię
młodych dziewcząt. Lekceważony przez wszystkich jako istota słaba,
Julian uwielbiał owego starego felczera, który ośmielił się raz zagadnąć
mera w kwestii jaworów.
Felczer ów płacił niekiedy Sorelowi dzienną robociznę za syna, aby go
uczyć łaciny i historii, to znaczy tego, co wiedział z historii:
kampanii włoskiej z 1796. Umierając, zapisał mu swój Krzyż Legii,
zaległość swej emerytury oraz kilkadziesiąt tomów, z których
najcenniejszy skąpał się właśnie w strumieniu publicznym, odwróconym
dzięki stosunkom pana mera.
Wszedłszy do domu, Julian uczuł na ramieniu potężną dłoń ojca; drżał,
spodziewając się nowych razów.
- Odpowiadaj bez łgarstwa! - zakrzyczał mu w ucho twardy głos starego
chłopa, gdy ręka ojca kręciła nim jak dziecko ołowianym żołnierzem.
Wielkie czarne oczy Juliana, napełnione łzami, znalazły się na wprost
szarych oczków cieśli, który zdawał się czytać w samym dnie jego duszy.
1. Czy to moja wina, że sprawy tak się mają. [wróć]
V. Układy
V
Układy
Cunctando restituit rem1.
Ennius
- Odpowiadaj bez łgarstwa, jeśli potrafisz, hyclu jeden: skąd znasz
panią de R?nal? Kiedyś z nią mówił?
- Nigdym nie mówił - odparł Julian - widziałem ją w kościele.
- Aleś patrzył na nią, bezwstydne ladaco?
- Nigdy! W kościele widzę tylko Boga - dodał Julian z obłudną miną,
stanowiącą w jego mniemaniu tarczę przeciw nowym uderzeniom.
- Coś w tym siedzi - mruknął chytry kmiotek i zamilkł na chwilę - ale z ciebie nic nie wycisnę, obłudniku przeklęty. Mniejsza z tym, uwolnię się
od ciebie, a tartak tylko skorzysta. Pozyskałeś sobie proboszcza czy
innego diabła, który ci się wystarał o ładną posadę. Idź spakować
rzeczy, zaprowadzę cię do pana de R?nala, gdzie będziesz preceptorem
przy dzieciach.
- Cóż za to dostanę?
- Życie, ubranie i trzysta franków rocznie.
- Ja nie chcę być lokajem.
- Tumanie, kto mówi o lokaju? Czy ja bym pozwolił, aby mój syn był
lokajem?
- Ale z kim będę jadał?
Pytanie to zbiło z tropu starego; uczuł, że mówiąc więcej, mógłby
strzelić bąka; uniósł się na Juliana, którego zasypał obelgami,
wyrzucając mu łakomstwo, po czym odszedł, aby się naradzić z synami.
Julian ujrzał niebawem, jak wsparci na siekierach skupili się w poufnej
rozmowie. Przyglądał się im długo, ale widząc, iż nic nie zdoła
odgadnąć, przeszedł na drugą stronę tartaku, aby go nikt nie zaskoczył.
Chciał dumać nad tą niespodzianą nowiną, która zmieniała jego losy, ale
czuł się niezdolny do skupienia; wyobraźnia jego cała utonęła w rojeniach o tym, co ujrzy w pięknym domu pana de R?nala.
Raczej się tego wyrzec, myślał, niż jadać ze służbą. Ojciec zechce mnie
zmusić: prędzej zginę. Mam oszczędzonych przeszło piętnaście franków,
drapnę tej nocy; w trzy dni bocznymi drogami, gdzie mnie żaden żandarm
nie dosięgnie, będę w Besançon. Zaciągnę się do wojska albo przekradnę
się do Szwajcarii. Ale wówczas przepadła kariera, przepadła ta piękna
sukienka kapłańska, która wiedzie do wszystkiego.
Ten wstręt do jadania ze służbą nie był u Juliana wrodzony; aby
wypłynąć, zgodziłby się na rzeczy o wiele cięższe. Odrazę tę wzbudziły w nim Wyznania Russa: jedyna książka, z której czerpał pojęcie o świecie. Biuletyny Wielkiej Armii oraz Pamiętnik z Wyspy Świętej
Heleny uzupełniały jego Koran. Dałby się zabić za te trzy dzieła; nie
wierzył w żadne inne. Na wiarę starego chirurga, wszystkie książki
uważał za cygaństwa pisane przez szalbierzy dla kariery.
Obok płomiennej duszy Julian posiadał zdumiewającą pamięć, tak często
zresztą zdarzającą się u ludzi skądinąd miernych. Aby sobie zjednać
księdza Chélana, rozumiejąc, iż od niego zależy jego los, nauczył się na
pamięć Nowego Testamentu po łacinie; znał też na wylot książkę O papieżu pana de Maistre'a, ale równie mało wierzył w jedno, jak i drugie.
Jakby za wspólną zgodą Sorel i jego syn unikali tego dnia rozmowy.
Wieczorem Julian udał się na lekcję do proboszcza, ale nie uważał za
właściwe wspomnieć o niezwykłej propozycji. "Może to pułapka - myślał -
trzeba udać, żem zapomniał o wszystkim".
Nazajutrz wczesnym rankiem pan de R?nal posłał po starego Sorela, który,
dawszy na siebie czekać dobrą godzinę, przybył w końcu, przepraszając od
drzwi wśród mnóstwa ukłonów. Zagadując o tym i owym, Sorel wyrozumiał,
że syn będzie jadał z państwem, w dnie zaś, gdy będą goście, sam z dziećmi. Wciąż mnożąc trudności, w miarę jak widział niecierpliwość
mera, zresztą pełen nieufności i zdumienia, stary zażądał, aby mu
pokazano sypialnię. Był to duży, przyzwoicie umeblowany pokój, do
którego przenoszono właśnie łóżka chłopców.
Okoliczność ta była błyskiem światła dla starego wieśniaka; pewniejszym
już głosem zażądał, aby mu pokazano ubranie syna. Pan de R?nal otworzył
biurko i wyjął sto franków.
- Syn pański uda się z tą kwotą do pana Duranda, sukiennika, i sprawi
sobie kompletne czarne ubranie.
- A gdybym go odebrał - rzekł chłop, zapominając nagle o czołobitności -
czy odzież zostanie przy nim?
- Oczywiście.
- Zatem - rzekł Sorel rozwlekłym głosem - zostaje tylko jedno:
porozumieć się co do pensji, którą mu pan przeznacza.
- Jak to! - wykrzyknął pan de R?nal oburzony. - Zgodziliśmy się przecie
wczoraj: daję trzysta franków; zdaje mi się, że to dużo, może za dużo.
- Tyle pan proponował, nie przeczę - rzekł stary jeszcze wolniej, po
czym z genialną intuicją, zdolną zdziwić jedynie tych, którzy nie znają
chłopów z Franche-Comté, dodał, patrząc w oczy pana de R?nala - Dają nam
więcej.
Na te słowa mer zmienił się na twarzy. Przyszedł wszelako do siebie. Po
wytrawnej rozmowie trwającej dobre dwie godziny, gdzie ani jedno słowo
nie padło lekko, przebiegłość chłopa wzięła górę nad przebiegłością
bogacza, dla którego ona nie jest kwestią życia. Ustalono punkty
regulujące egzystencję Juliana: nie tylko pensję podniesiono do
czterystu franków, ale miała być płatna z góry, z początkiem każdego
miesiąca.
- Więc dobrze, wręczę mu trzydzieści pięć franków - rzekł pan de R?nal.
- Dla okrągłości, taki bogaty i hojny pan - rzekł chłop przymilnie - da
już trzydzieści sześć.
- Niech będzie - rzekł pan de R?nal - ale skończmy już.
Tym razem gniew nadał jego słowom stanowczość. Chłop zrozumiał, że nie
można iść dalej. Z kolei pan de R?nal zaczął robić trudności. Stanowczo
nie zgodził się wręczyć płacy za pierwszy miesiąc staremu, który
skwapliwie chciał ją odebrać za syna. Panu de R?nalowi przyszło na myśl,
że będzie musiał zdać sprawę żonie z tej negocjacji.
- Oddajcie mi sto franków, które wam dałem - rzekł z podrażnieniem. -
Durand jest mi coś tam winien; pójdę sam z Julianem zamówić ubranie.
Wobec tego wyskoku energii Sorel cofnął się ostrożnie w formuły
czołobitości, które zajęły dobry kwadrans. Wreszcie widząc, że już
stanowczo nie ma nic do wytargowania, odszedł. Ostatni ukłon zakończył
słowami:
- Zaraz przyślę syna do pałacu.
W ten sposób "poddani" pana mera nazywali jego dom, kiedy chcieli mu
sprawić przyjemność.
Wróciwszy do tartaku, Sorel na próżno szukał syna. Niepewny, co się
zdarzy, Julian wymknął się w nocy; chciał ubezpieczyć swoje książki i Krzyż Legii. Przeniósł wszystko do młodego handlarza drzewem,
nazwiskiem Fouqué, swego przyjaciela, który mieszkał na zboczu góry nad
Verri?res.
Skoro się Julian zjawił, stary rzekł:
- Bóg to wie, przeklęty leniuchu, czy będziesz miał kiedy tyle sumienia,
aby mi zwrócić to, co na ciebie łożę od tylu lat! Bierz swoje łachy i idź do pana mera.
Julian, zdziwiony, że się obeszło bez bicia, ruszył czym prędzej. Ale
ledwie zszedł z oczu groźnemu ojcu, zwolnił kroku. Pomyślał, iż z korzyścią dla jego hipokryzji będzie wstąpić do kościoła.
Dziwi was to słowo? Nim doszło do tego ohydnego słowa, dusza młodego
wieśniaka musiała przebiec wiele drogi.
W dzieciństwie widział, jak dragoni szóstego pułku w długich, białych
płaszczach, w kaskach z czarną włosianą kiścią, wracając z Włoch,
wiązali konie do zakratowanego okna ojcowskiego domu; widok ten obudził
w nim szaloną namiętność do wojska. Później słuchał z upojeniem o bitwach pod Lodi, Arcole, Rivoli, o których opowiadał mu stary chirurg.
Widział płomienie w oczach starca, kiedy spoglądał na swój krzyż.
Ale kiedy Julian miał czternaście lat, zaczęto budować w Verri?res
kościół, który jak na małe miasteczko można było nazwać wspaniałym. Oko
Juliana uderzyły zwłaszcza cztery marmurowe kolumny; stały się sławne w okolicy przez śmiertelną nienawiść, jaką wznieciły między sędzią pokoju
a młodym wikarym przysłanym z Besançon i uchodzącym za szpiega
kongregacji. Sędzia pokoju omal nie stracił miejsca, przynajmniej tak
powszechnie mówiono. Ośmielił się wejść w zatarg z księdzem, który
prawie co dwa tygodnie bywał w Besançon, gdzie, powiadano, widywał
samego biskupa!
Wówczas to sędzia pokoju, ojciec licznej rodziny, wydał kilka wyroków
rażących swą niesprawiedliwością: wszystkie godziły w obywateli
czytujących dziennik "Constitutionnel". Dobra sprawa triumfowała.
Chodziło, co prawda, tylko o sumy kilkufrankowe; jedna z tych grzywien
dosięgła pewnego gwoździarza, chrzestnego ojca Juliana. Oburzony,
człowiek ów wykrzyknął: "Cóż za zmiana i powiedzieć, że od dwudziestu z górą lat sędzia uchodził za uczciwego człowieka!".
Stary chirurg, przyjaciel Juliana, nie żył już wówczas.
Naraz Julian przestał mówić o Napoleonie i oznajmił, że pragnie zostać
księdzem. Widywano go stale w tartaku, jak uczył się na pamięć
łacińskiej Biblii pożyczonej od proboszcza. Dobry staruszek, zachwycony
postępami chłopca, trawił całe wieczory, kształcąc go w teologii... Julian
objawiał same pobożne uczucia. Któż by mógł zgadnąć, że ta dziewczęca
twarzyczka, tak blada i słodka, kryje niewzruszone postanowienie
zrobienia kariery za wszelką cenę?
Dla Juliana kariera to było przede wszystkim opuścić Verri?res.
Nienawidził rodzinnego miasta; wszystko tam mroziło jego wyobraźnię.
Od wczesnego dziecięctwa miewał momenty egzaltacji. Myślał wówczas z rozkoszą, że kiedyś pozna piękne panie paryskie, potrafi ściągnąć na
siebie uwagę jakim świetnym czynem. Czemu jedna z nich nie miałaby go
pokochać, tak jak Napoleona, jeszcze wówczas biedaka, pokochała świetna
pani de Beauharnais? Od wielu lat nie minęła może godzina w życiu
Juliana, w której by sobie nie powtarzał, że Bonaparte, ubogi i nieznany
podporucznik, zdobył królestwo świata ostrzem szpady. Myśl ta była mu
pociechą w nieszczęściach, które zdawały mu się wielkie, a zdwajała jego
radość, kiedy miał jaką.
Budowa kościoła i wyroki sędziego pokoju oświeciły go nagle; idea,
która nim owładnęła, oszołomiła go na kilka tygodni, wreszcie zaś
ogarnęła go z całą potęgą pierwszej myśli, którą płomienna dusza uważa
za swój wynalazek.
"Kiedy zaczęto się zajmować Bonapartem, Francja była pod grozą najazdu;
cnoty wojskowe były potrzebne i modne. Dziś czterdziestoletni księża
mają po sto tysięcy franków pensji, to znaczy trzy razy tyle co słynni
wodzowie napoleońscy. Oto nasz sędzia pokoju, zdolny, tak uczciwy dotąd,
stary, poświęca honor, aby się nie narazić trzydziestoletniemu
wikariuszowi. Trzeba zostać księdzem".
Raz, w pełni neofityzmu pobożności - mijały już dwa lata, jak Julian
studiował teologię - zdradził Juliana nagły wybuch ognia pożerającego
jego duszę. Było to u księdza Chélana; przy obiedzie, przed którym dobry
proboszcz przedstawił go innym księżom jako cud nauki, zdarzyło mu się
odezwać z uwielbieniem o Napoleonie! Przywiązał sobie prawe ramię do
piersi, powiedział, że wetknął rękę, podważając drzewo, i wytrwał dwa
miesiące w tej niewygodnej pozycji. Wycierpiawszy tę dotkliwą karę,
przebaczył sobie. Takim był ów młodzieniec osiemnastoletni, ale wątły z pozoru i wyglądający najwyżej na lat siedemnaście, który niosąc
zawiniątko pod pachą, wszedł do wspaniałego kościoła w Verri?res.
Kościół był ciemny i pusty. Z powodu jakiejś uroczystości okna
zasłonięto karmazynową materią; wnikające promienie tworzyły
olśniewającą grę światła, wspaniałą i mistyczną zarazem. Julian zadrżał.
Był sam; usiadł w najwspanialszej ławce zdobnej herbem pana de R?nala.
Na klęczniku Julian zauważył kawałek drukowanego papieru, rozłożony
jakby umyślnie. Spojrzał i przeczytał: "Szczegóły egzekucji i ostatnich
chwil Ludwika Jenrela, straconego w Besançon...".
Reszty brakowało. Na drugiej stronie widniały tylko dwa słowa: "Pierwszy
krok".
"Kto mógł rzucić ten papier? - pomyślał Julian. - Biedny człowiek! -
dodał z westchnieniem. - Nazwisko brzmi podobnie do mojego...".
I zmiął papier.
Wychodząc, Julian miał wrażenie, że widzi koło kropielnicy krew: rozlana
święcona woda w odblasku czerwonych firanek przybrała kolor krwi.
Po chwili Julian zawstydził się swego tajemnego lęku.
- Byłżebym tchórzem? - szepnął. - Do broni!
Te słowa, powtarzające się tak często w opowieściach starego chirurga,
miały dla Juliana dźwięk bohaterski. Wstał i skierował się szybko ku
domostwu pana de R?nala.
Mimo tych pięknych postanowień o dwadzieścia kroków od celu ogarnęła go
straszliwa nieśmiałość. Żelazna brama (wydała mu się czymś wspaniałym)
była otwarta; trzeba było wejść.
Nie tylko Julian wylękniony był swym przybyciem. Panią de R?nal, istotę
nadzwyczaj nieśmiałą, niepokoiła myśl o tym obcym, który mocą swego
stanowiska wiecznie się będzie znajdował między nią a dziećmi.
Przywykła, iż chłopcy sypiali w jej pokoju; spłakała się tego rana,
widząc, jak przenoszą łóżeczka do pokoju preceptora. Daremnie prosiła
męża, aby jej zostawiono choć najmłodszego.
Pani de R?nal posiadała delikatność kobiecą rozwiniętą w wysokim
stopniu. Tworzyła sobie najgorszy obraz pospolitego i rozczochranego
osobnika mającego z urzędu łajać jej dzieci jedynie dlatego, że zna
łacinę, barbarzyński język, za który jej synowie będą brali chłostę.
1. Zwlekaniem uratował sytuację. [wróć]
VI. Nuda
VI
Nuda
Non so pi? cosa son
Cosa facio1.
Mozart, Figaro
Z żywością i wdziękiem, które były jej wrodzone, kiedy się czuła z dala
od męskich spojrzeń, pani de R?nal wychodziła oszklonymi drzwiami do
ogrodu. Spostrzegła u bramy młodego wieśniaka, dziecko niemal, z twarzą
bardzo ładną i noszącą ślady łez. Był w czystej koszuli, pod pachą zaś
miał schludny surducik drelichowy.
Cera chłopca była tak biała, oczy tak słodkie, iż w romantycznym nieco
umyśle pani de R?nal poczęła się zrazu myśl, że to może być przebrana
dziewczyna, przychodząca prosić pana mera o jakąś łaskę. Uczuła litość
dla nieboraka, który stał jak wryty i widocznie nie śmiał pociągnąć
dzwonka. Pani de R?nal zbliżyła się, zapominając na chwilę o trosce,
jaką budziła w niej myśl o preceptorze. Julian, wpatrzony w bramę, nie
widział pani de R?nal. Zadrżał, kiedy łagodny głos ozwał się tuż nad
jego uchem:
- Czego sobie życzysz tutaj, dziecko?
Julian obrócił się żywo; uderzony pełnym wdzięku spojrzeniem pani de
R?nal zapomniał o swej nieśmiałości. Niebawem zdumiony jej urodą
zapomniał wszystkiego, nawet po co przyszedł. Pani de R?nal powtórzyła
pytanie.
- Zgodziłem się za nauczyciela, proszę pani - rzekł wreszcie zawstydzony
łzami, które starał się otrzeć ukradkiem.
Pani de R?nal zatrzymała się w zdumieniu; mogli się sobie przyjrzeć z bliska. Julian nie widział nigdy istoty tak ładnie ubranej ani zwłaszcza
z tak olśniewającą cerą; w dodatku przemawiała doń tak łagodnie! Pani de
R?nal patrzała na duże łzy toczące się po bladych wprzódy, tak różowych
obecnie policzkach chłopca. Niebawem zaczęła się śmiać z szaloną,
dziewczęcą pustotą; śmiała się z siebie, nie mogła się nacieszyć swoim
szczęściem. Jak to! To jest ów nauczyciel, którego wyobrażała sobie jako
brudnego i źle odzianego klechę mającego łajać i bić jej dzieci!
- Jak to! To pan - rzekła wreszcie - pan umie po łacinie?
To słowo "pan" oszołomiło Juliana, który zacukał się na chwilę.
- Tak, pani - odparł nieśmiało.
Pani de R?nal czuła się tak szczęśliwa, iż odważyła się spytać:
- Nie będzie pan bardzo łajał biednych malców?
- Ja, pani? - rzekł Julian zdziwiony. - Dlaczego?
- Nieprawdaż - dodała po chwili z rosnącym wzruszeniem - będzie pan
dobry dla nich, przyrzeka mi pan?
Po raz drugi ta pięknie ubrana dama nazywała go zupełnie poważnie panem!
To przechodziło wszelkie oczekiwania Juliana. W najśmielszych zamkach na
lodzie, jakie budowała jego młodość, nie spodziewał się, aby prawdziwa
dama raczyła doń przemówić słowo, zanim będzie w pięknym uniformie.
Panią de R?nal znowuż zupełnie zwiodła piękna cera, duże czarne oczy i ładne włosy chłopca, które kręciły się bardziej niż zwykle, ponieważ,
pragnąc się ochłodzić, umoczył głowę w studni. Ku wielkiej radości ów
nieszczęsny preceptor, którego srogiej i odrażającej miny tak się lękała
dla dzieci, wyglądał na nieśmiałą młodą dziewczynę. Dla spokojnej duszy
pani de R?nal kontrast między jej obawami a rzeczywistością był wielkim
wydarzeniem. Ochłonęła wreszcie; zarazem uczuła się zdziwiona, iż stoi
tak pod bramą z młodym chłopcem ledwie że ubranym i tak blisko niego!
- Proszę, chciej pan wejść - rzekła lekko zakłopotana.
W życiu swoim nie doznała tak głębokiej i szczerej przyjemności; jakież
lube zjawisko po dręczących obawach! Zatem te śliczne, tak przez nią
wypielęgnowane dzieci nie dostaną się w ręce niechlujnego i zgryźliwego
klechy. Wszedłszy do sieni, obejrzała się na Juliana, który kroczył za
nią nieśmiało. Jego zdumienie na widok tak ładnego domu przydało mu
jeszcze wdzięku w oczach pani de R?nal. Nie wierzyła własnym oczom.
Wyobrażała sobie zwłaszcza, że preceptor musi być ubrany czarno.
- Więc to prawda - rzekła, przystając jeszcze i drżąc, aby to, co ją
przepełniało takim szczęściem, nie okazało się omyłką - że pan umie po
łacinie?
Słowa te uraziły dumę Juliana i rozproszyły czar, pod którym żył od
kwadransa.
- Tak, pani - odparł, starając się przybrać oziębłą minę - umiem po
łacinie równie dobrze jak ksiądz proboszcz; czasami nawet ksiądz Chélan
raczy uznawać, że lepiej.
Pani de R?nal wydało się w tej chwili, że Julian ma minę bardzo surową.
Podeszła doń i rzekła:
- Nieprawdaż, w pierwszych dniach nie będzie pan bił chłopców, choćby
nawet nie umieli lekcji?
Słodki, prawie błagalny głos pięknej pani sprawił, że Julian zapomniał
nagle o swej reputacji łacinnika. Twarz pani de R?nal była tuż przy jego
twarzy; uczuł - cóż za wrażenie dla biednego kmiotka! - zapach letnich
sukien kobiecych. Julian zarumienił się, odetchnął głęboko i rzekł
drżącym głosem:
- Niech się pani nie lęka, zrobię wszystko, co pani każe.
W tej chwili dopiero, skoro minęła wszelka obawa o dzieci, uderzyła
panią de R?nal nadzwyczajna uroda Juliana. Kobieca niemal delikatność
rysów oraz wyraz zakłopotania nie wydały się zgoła śmieszne istocie
również niezmiernie lękliwej. Wyraz męskości, uważany powszechnie za
podstawę urody, byłby ją wystraszył.
- Ile pan ma lat? - spytała.
- Niedługo dziewiętnaście.
- Mój najstarszy ma jedenaście - odparła pani de R?nal zupełnie już
uspokojona. - Będzie prawie pana kolegą, przemówi mu pan do rozsądku.
Raz ojciec chciał go wybić, dziecko odchorowało to blisko tydzień, choć
skończyło się na klapsie.
"Cóż za różnica! - pomyślał Julian. - Wczoraj jeszcze ojciec mnie zbił.
Jacy ci bogacze szczęśliwi!".
Pani de R?nal już była wrażliwa na najlżejsze odcienie tego, co się
działo w duszy preceptora; wzięła ten odruch smutku za nieśmiałość,
chciała mu dodać odwagi.
- Jak panu na imię? - spytała z wdziękiem, którego, mimo iż bezwiednie,
Julian odczuł cały urok.
- Zowię się Julian Sorel. Z drżeniem przestępuję pierwszy raz w życiu
próg obcego domu, trzeba mi pani dobroci, trzeba, aby mi pani wiele
wybaczyła w pierwszych dniach. Nie posyłano mnie do szkół, byłem za
biedny, nie rozmawiałem z nikim prócz krewniaka mego, chirurga polowego,
kawalera Legii, oraz księdza Chélana. Proboszcz da pani o mnie dobre
świadectwo. Bracia bili mnie zawsze; proszę im nie wierzyć, kiedy będą
źle mówili o mnie, i niech mi pani daruje, jeśli co źle zrobię, bo to z pewnością nieumyślnie.
Julian ochłonął podczas tej przemowy; przyglądał się pani de R?nal. Oto
skutek doskonałego wdzięku, wówczas kiedy jest wrodzony i naturalny.
Julian, który znał się dobrze na urodzie kobiecej, byłby przysiągł w tej
chwili, że pani de R?nal ma nie więcej niż dwadzieścia lat. Powziął
śmiałą myśl, aby ją pocałować w rękę; niebawem uląkł się tej myśli, w chwilę potem rzekł sobie: "Byłoby tchórzostwem nie spełnić zamiaru,
który może mi dopomóc i zmniejszyć wzgardę tej pięknej pani dla biednego
drwala!".
Od pół roku Julian słyszał czasem w niedzielę, jak dziewczęta nazywały
go ładnym chłopcem; może to mu dodało odwagi? Gdy przechodził te
wewnętrzne walki, pani de R?nal udzielała mu wskazówek co do pierwszego
zbliżenia z dziećmi. Z wysiłku Julian znowu pobladł; rzekł zmienionym
głosem:
- Przysięgam pani wobec Boga, że nigdy nie podniosę ręki na jej dzieci.
Mówiąc to, odważył się ująć dłoń pani de R?nal i podnieść ją do ust.
Gest ten zdziwił ją w pierwszej chwili, potem nawet uraził. Ponieważ
było bardzo gorąco, miała pod szalem ramiona zupełnie nagie. Julian,
podnosząc rękę do ust, odsłonił je całkowicie. Po chwili pani de R?nal
uczuła gniew na siebie samą: zdało się jej, że oburzenie nie przyszło
dość szybko.
Słysząc głosy, pan de R?nal wyszedł z gabinetu; tym samym majestatycznym
i ojcowskim tonem, jaki przybierał w merostwie wobec nowożeńców, rzekł
do Juliana:
- Muszę z tobą pomówić, nim przyjdą dzieci.
Wpuścił Juliana do pokoju i zatrzymał żonę, kiedy chciała ich zostawić
samych. Zamknąwszy drzwi, pan de R?nal usiadł z powagą.
- Proboszcz polecił mi cię jako dobrego chłopca, wszyscy będą cię tu
traktowali uczciwie i jeśli mi się nadasz, pomogę ci w przyszłości
znaleźć jaką posadkę. Nie życzę sobie, abyś odtąd widywał twoich
krewnych i przyjaciół; ich ton nie może być właściwy dla moich dzieci.
Oto trzydzieści sześć franków za pierwszy miesiąc; ale dasz mi słowo, że
ani grosza z tej sumy nie oddasz ojcu.
Pan de R?nal czuł złość do starego Sorela, że w tej sprawie okazał się
chytrzejszy od niego.
- A teraz, proszę pana (z mego rozkazu wszyscy będą cię tu nazywali
panem, ocenisz całą korzyść pobytu w przyzwoitym domu), nie przystoi,
aby dzieci widziały cię w bluzie. Czy służba widziała go? - zwrócił się
pan de R?nal do żony.
- Nie, nie - odparła z wyrazem głębokiej zadumy.
- Doskonale. Włóż pan to - rzekł do zdumionego chłopca, podając mu
własny surdut. - Chodźmy teraz do pana Duranda, sukiennika.
W dobrą godzinę pan de R?nal wrócił z nowym preceptorem ubranym czarno;
zastał żonę siedzącą na tym samym miejscu. Obecność Juliana uspokajała
ją - przyglądając mu się, zapomniała o swoich obawach. Julian nie myślał
o niej; mimo swej nieufności do losu i ludzi był w tej chwili w duszy
jedynie dzieckiem; miał wrażenie, iż przeżył lata całe od chwili, kiedy
przed trzema godzinami wchodził z drżeniem do kościoła. Zauważył
lodowaty wyraz pani de R?nal - zrozumiał, iż gniewa się o to, że
ośmielił się ją pocałować w rękę. Ale uczucie dumy z przyczyny stroju
tak odbijającego od jego zwykłej odzieży rozpierało go do
nieprzytomności; tak bardzo zaś pragnął ukryć swą radość, iż kręcił się
niespokojnie jak szalony. Pani de R?nal przyglądała mu się ze
zdziwieniem.
- Więcej powagi, radzę panu - rzekł pan de R?nal - jeśli chcesz wzbudzić
szacunek w dzieciach i służbie.
- Państwo wybaczą - odezwał się Julian - czuję się nieswój w tym nowym
stroju; ja, biedny wieśniak, nosiłem dotąd jedynie bluzę. Jeśli państwo
pozwolą, pójdę na chwilę do siebie.
- Jakże ci się wydaje nowy nabytek? - zwrócił się pan de R?nal do żony.
Instynktownym niemal odruchem, z którego z pewnością sama sobie nie
zdała sprawy, pani de R?nal ukryła swe prawdziwe uczucie.
- Nie podzielam tego zachwytu - rzekła. - Względy twoje przewrócą
chłopcu w głowie, tak iż nie minie miesiąc, a będziemy zmuszeni odesłać
go z powrotem.
- Więc cóż! To go się odprawi; będzie mnie to kosztowało jakieś sto
franków, a Verri?res przyzwyczai się do widoku preceptora pana de
R?nala. Gdybym go zostawił w odzieży robotnika, cel byłby chybiony.
Jeśli go oddalę, zatrzymam, rozumie się, czarny garnitur, który
zamówiłem u sukiennika. Zostawię mu tylko to, co znalazłem gotowego u krawca i w co go oblekłem na razie.
Godzina, którą Julian spędził w swoim pokoju, wydała się pani de R?nal
chwilą. Dzieci, którym oznajmiono nowego preceptora, zasypywały matkę
pytaniami. Wreszcie zjawił się Julian. Był to nowy człowiek. Powiedzieć,
że był poważny, to mało; był wcieloną powagą. Przedstawiono go dzieciom;
przemówił do nich tonem, który zdziwił nawet pana de R?nala.
- Jestem tutaj, panowie - rzekł, kończąc - aby was nauczyć łaciny.
Wiecie już, co znaczy wydawać lekcje. Oto Pismo Święte - dodał,
pokazując małą książeczkę w czarnej oprawie. - Jest tu oddzielnie
historia Zbawiciela naszego, Jezusa Chrystusa, część, którą nazywamy
Nowym Testamentem. Ja was będę często przesłuchiwał, przesłuchajcie i wy
mnie.
Adolf, najstarszy, wziął książkę.
- Proszę otworzyć w dowolnym miejscu - polecił Julian - i poddać mi
pierwsze słowo pierwszego wiersza. Wyrecytuję na pamięć tę świętą
księgę, najszczytniejszy wzór naszego życia, póki mnie nie zatrzymacie.
Adolf otworzył książkę, poddał słowo, Julian zaś wyrecytował całą
stronicę tak swobodnie, jakby mówił po francusku. Pan de R?nal spojrzał
na żonę z triumfem. Dzieci, widząc zdumienie rodziców, otwarły szeroko
oczy. Julian wciąż mówił po łacinie i kiedy zjawił się w drzwiach
służący, stanął w pierwszej chwili nieruchomo, następnie znikł. Niebawem
zbliżyły się do drzwi pokojówka i kucharka; Adolf otwierał już książkę w szóstym miejscu, a Julian recytował wciąż z tą samą łatwością.
- Och, Boże! Jaki śliczny księżyk - rzekła głośno kucharka, poczciwa i nabożna dziewczyna.
Pan de R?nal uczuł się zaniepokojony w miłości własnej; zamiast
egzaminować Juliana, szukał uporczywie w pamięci paru słów łacińskich,
wreszcie wyjąkał jakiś wiersz z Horacego. Julian znał po łacinie tylko
Biblię; odparł tedy, marszcząc brew:
- Święte powołanie, do którego się sposobię, zabrania mi czytać tak
świeckiego poetę.
Pan de R?nal przytoczył sporą ilość mniemanych wierszy Horacego.
Objaśnił dzieciom, kto był Horacy; ale chłopcy, przejęci podziwem, nie
zwracali na to uwagi. Patrzyli na Juliana.
Ponieważ służba ciągle stała w drzwiach, Julian uważał za stosowne
przedłużyć próbę.
- Teraz - zwrócił się do najmłodszego - niech pan Stanisław także wskaże
mi jaki ustęp.
Mały Staś, przejęty dumą, wysylabizował pierwsze słowo, Julian zaś
wygłosił całą stronicę. Iżby nic nie brakowało do triumfu pana de
R?nala, podczas gdy Julian recytował, weszli pan Valenod, posiadacz
pięknej pary normandów, oraz podprefekt pan Charcot de Maugiron. Scena
ta zjednała Julianowi tytuł pana, nawet służba nie śmiała mu go odmówić.
Wieczorem całe Verri?res cisnęło się do pana de R?nala, aby ujrzeć to
cudo. Julian odpowiadał wszystkim z miną chmurną, trzymając się z dala.
Sława jego rozeszła się po mieście tak szybko, że w kilka dni potem pan
de R?nal, lękając się, by mu go nie odmówiono, zaproponował podpisanie
umowy na dwa lata.
- Nie, proszę pana - odparł chłodno Julian. - Gdyby mnie pan zechciał
odprawić, zmuszony byłbym opuścić dom. Umowa, która wiąże mnie, nie
zobowiązuje pana do niczego, nie jest równa, nie mogę jej przyjąć.
Julian umiał się tak postawić, iż w niespełna miesiąc sam pan de R?nal
musiał go szanować. Ponieważ proboszcz poróżnił się z panami de R?nalem
i Valenodem, nikt nie mógł zdradzić dawnego kultu Juliana dla Napoleona:
on sam mówił o swym bożyszczu jedynie ze wstrętem.
1. Nie wiem już, co się ze mną dzieje ani co robię. [wróć]
VII. Powinowactwa z wyboru
VII
Powinowactwa z wyboru
Nie umieją tknąć serca, aby go nie urazić.
Współczesny autor
Dzieci ubóstwiały go, on ich nie lubił; myśl jego była gdzie indziej.
Cokolwiek te smarkacze wyprawiały, nie niecierpliwił się nigdy. Chłodny,
sprawiedliwy, niewzruszony, a mimo to kochany, ponieważ przybycie jego
wypędziło poniekąd nudę, Julian był dobrym nauczycielem. On sam odczuwał
jedynie nienawiść i wstręt do wyższego towarzystwa, gdzie go
dopuszczano, co prawda, do szarego końca stołu, co tłumaczy może jego
niechęć i wstręt. Zdarzały się wystawne obiady, w czasie których ledwie
mógł wstrzymać nienawiść do wszystkiego, co go otaczało. Raz, w dzień
świętego Ludwika, gdy pan Valenod rozprawiał w domu państwa de R?nal,
Julian omal się nie zdradził; wymknął się do ogrodu pod pozorem
poszukania dzieci.
- Cóż za pochwały uczciwości! - wykrzyknął. - Powiedziałby kto, że
najwyższa cnota, a równocześnie co za szacunek, co za uniżoność dla
człowieka, który najoczywiściej podwoił i potroił majątek od czasu, jak
zarządza mieniem ubogich! Założyłbym się, że zarabia nawet na funduszach
podrzutków, biedaków, których nędza świętsza jest od innej! Och!
Potwory! Potwory! I ja także jestem podrzutkiem, znienawidzonym przez
ojca, braci, rodzinę.
Na kilka dni przed świętym Ludwikiem Julian, przechadzając się i odmawiając brewiarz w lasku nad aleją Wierności, na próżno starał się
uniknąć braci, których ujrzał z daleka na ścieżce. Piękne czarne
ubranie, schludny wygląd młodszego brata, wzgarda wreszcie, jaką im
okazywał, obudziły zawiść w tych gruboskórnych robotnikach; zbili
Juliana tak, iż legł na drodze zemdlony i zlany krwią. Pani de R?nal,
przechadzając się z panem Valenodem i podprefektem, zaszła przypadkowo
do lasku; ujrzała Juliana na ziemi, sądziła, że nie żyje. Wzruszenie jej
obudziło zazdrość w panu Valenodzie.
Niepokój jego był przedwczesny. Julian podziwiał urodę pani de R?nal,
ale nienawidził jej za jej piękność; była to pierwsza rafa, o którą omal
nie rozbił się jego los. Jak najmniej odzywał się do niej, aby zatrzeć w jej pamięci wzruszenie, które pierwszego dnia kazało mu ją pocałować w rękę.
Eliza, pokojówka pani de R?nal, zakochała się w młodym preceptorze;
natrącała o nim często pani. Miłość panny Elizy ściągnęła na Juliana
nienawiść służącego. Jednego dnia Julian słyszał, jak mówił do Elizy:
- Nie chcesz ze mną gadać od czasu, jak ten śmierdzący bakałarz wszedł
do domu.
Julian nie zasługiwał na tę obelgę; mimo to, czując się ładnym chłopcem,
podwoił dbałość o swoją osobę. Niechęć pana Valenoda wzrosła również -
odzywał się publicznie, że taka kokieteria nie przystała młodemu
klerykowi, oprócz sutanny bowiem strój Juliana był niemal księży.
Pani de R?nal zauważyła, że Julian częściej niż zwykle rozmawia z panną
Elizą; dowiedziała się, iż przyczyną tych rozmów były niedostatki
garderoby chłopca. Miał tak mało bielizny, iż często zmuszony był dawać
ją do prania poza domem; Eliza pomagała mu w tych kłopotach. Ubóstwo to,
którego się nie domyślała, wzruszyło panią de R?nal; byłaby chętnie
wyekwipowała chłopca, ale nie śmiała. Ta wewnętrzna rozterka była
pierwszym przykrym uczuciem związanym z osobą Juliana. Dotąd imię
Juliana łączyło się dla niej z uczuciem czystej, na wskroś uduchowionej
radości. Dręczona myślą o ubóstwie Juliana pani de R?nal poddała mężowi
myśl, aby mu sprawić bieliznę.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki