Na przełomie wieku XVIII i XIX, widzimy dwie postacie, będące
zupełnym niemal przeciwieństwem: Chateaubriand i Stendhal. Jeden
czerpie w dawnej Francji idee hierarchji, dyscypliny społecznej,
powagi królewskiej, ale odświeża je tchem religijnego odrodzenia;
drugi sięga w wiek XVIII swą bezreligijnością, materjalizmem
filozoficznym, radykalizmem społecznym: ale i on spłaca swój dług
romantyzmowi epoki: staje się piewcą energji, namiętności,
wcielonej w rapsod napoleoński. I w kolejach sławy tych dwóch ludzi
cóż za różnica. Chateaubriand, bożyszcze za życia, dziś jakże
opuszczony! Stendhal nieznany, może nawet z imienia, większości
współczesnych, doczekał się, w pół wieku po śmierci, kapliczki
skupiającej wybrane umysły.
Henryk Beyle (Stendhal) urodził się w Grenobli (w
Delfinacie), w r. 1783, z rodziny urzędniczej ocierającej się o
szlachectwo; matka jego miała nieco krwi włoskiej. Dzieciństwo
chłopca było smutne. W siódmym roku, traci ukochaną matkę; ojciec,
odstręczający dla niego fizycznie i moralnie, nie umiał w dziecku
obudzić miłości. Chłopiec chował się u dziadka, lekarza,
epikurejczyka-filozofa w typie XVIII w. Był to w domu jedyny
człowiek, o którym Beyle zachował dobre wspomnienie. Malec wzrasta
samotnie, z rówieśnikami nie wolno mu się bawić: od otoczenia czuje
się zupełnie odmienny; żyje sam i tylko sobą. To uczucie
odosobnienia,
różności od innych, będzie mu towarzyszyło całe życie.
Było to w epoce Terroru, niezbyt srogiego zresztą w Grenobli;
rodzina Beyle żywiła tajemne sympatje monarchiczne, dzieciak był
całą duszą rewolucjonistą. Sam pisze, iż chwila, w której przyszła
wiadomość o straceniu króla, dała mu "jedną z najżywszych radości w
życiu". Rodzina pokładała nadzieje w armji emigrantów, on patrzał z
zazdrością na piękne pułki dragonów ciągnące do Włoch. Wyrwać się z Grenobli - której pamięć będzie mu zawsze
nienawistna - to jedyne marzenie Henryka. Sława, a przez tę sławę
miłość, oto jego ideał od wczesnej młodości. W tym celu studjuje
żarliwie matematykę, w której karjera Bonapartego ukazała młodzieży
francuskiej drogę do wielkości i sławy. Jakoż, uzyskuje to, iż, w
1799, rodzina wysyła go do Paryża dla dalszych studjów. Przybywa, opatrzony listem polecającym do krewnych Daru.
Pan Daru był to surowy i suchy starzec, którego młody Beyle
obchodził zdaleka i z uszanowaniem. Starszy jego syn, Piotr Daru,
był generalnym sekretarzem w ministerjum wojny; później, jako
hrabia Daru, miał się stać jednym z najczynniejszych pomocników
Napoleona. Pierwsze wrażenie Paryża było nieszczególne:
rozczarowany iż owe piękne chimery które sobie roił nie wyciągają
doń ramion, chłopiec błąka się smutny i bezczynny. (Dodajmy tu, iż
Beyle był krępy, brzydki, jakkolwiek brzydotę jego okupywała żywość
i oryginalność fizjognomji; był przytem, w stosunku do kobiet,
bardzo nieśmiały, mimo donżuańskich teoryj które tworzył sobie całe
życie). Wreszcie, rozchorowuje się. Rodzina Daru bierze go do
siebie, a Piotr umieszcza go w swoim biurze. Naraz, w r. 1800, radosny zwrot: bracia Daru, powołani do
Włoch do armji Bonapartego, polecają krewniakowi aby pospieszył za
nimi. Siedmnastoletni chłopak, uszczęśliwiony, dosiada konia jak
umie, i przebywa przełęcz św. Bernarda w dwa dni po Bonapartem. Na
domiar wrażenia, po drodze pierwszy raz znalazł się w ogniu.
Wieczorem, układając się do snu, szeptał sam do siebie słowa, które
tak często miały mu wracać na usta:
To tylko tyle? Wejście do Medjolanu i pobyt w tem mieście wywarły na
młodym Henryku wrażenie, pod którem miał zostać całe życie i które
znalazło wyraz nawet na jego grobowym kamieniu. Miasto, żyjące pod
jarzmem Austrji w martwocie i nudzie, z radością powitało w r. 1796
młodą armję francuską, której dwudziestosześcioletni generał był
najstarszym żołnierzem! Beyle, nieśmiały i skrępowany w Paryżu, tu,
w tem życiu włoskiem, gwarnem, naturalnem, namiętnem, czuje się w
swoim żywiole. Kosztuje nieco bitwy pod Marengo, rychło zostaje
podporucznikiem, pierwszy pojedynek, pierwsza miłość (nieśmiała
zresztą i platoniczna), słowem - pełnia życia. Ale niedługo. Rychło znudzony obyczajami garnizonu,
towarzystwem nieokrzesanych chwatów, Beyle zbyt często jak na
młodego rycerzyka szuka pociechy w książkach. Wreszcie, korzystając
z jakiejś niegroźnej choroby, bierze urlop, śpieszy do Paryża, i
zostaje tam. Od r. 1801 do 1806, pochłania go literatura: marzy o
sławie, o "pisaniu komedyj jak Molier", czyta, pracuje nad sobą,
płodzi w pocie czoła liche wiersze. Wśród tego, prawie aż do końca
życia, stale serce jego wypełnia miłość; przedmiot jej tylko
zmienia się często. W tej epoce, miłość do młodej aktorki, Melanji
Guilbert, rzuciła go aż do Marsylji, gdzie spędził rok jako subjekt
czy buchalter w sklepie kolonjalnym! Wróciwszy po tej eskapadzie do Paryża, Beyle, wciąż dzięki
poparciu rodziny Daru, wstępuje do intendentury (było to w
przededniu kampanji pruskiej) i odtąd pozostaje w służbie aż do
odwrotu z Rosji. W karjerze tej doszedł do wcale znacznych godności
(był audytorem w Radzie Stanu etc.), a przytem nawłóczył się sporo
po świecie. Jako intendent wojskowy, okazał w trudnych
okolicznościach wiele energji, odznaczył się w tak ważnem zadaniu
zaopatrywania armji w odwrocie z pod Moskwy, w czasie którego
zjawiał się u swego szefa, hr. Daru, starannie ubrany i ogolony.
Ale w pełni tej heroicznej epoki, Beyle znów czuje się sam i obcy;
duch jego buja gdzieś daleko. W Smoleńsku marzy o Medjolanie; w
Moskwie rzuca się na znaleziony angielski egzemplarz
Pawła i Wirginji... Znów daje mu się we znaki towarzystwo
bohaterów, powabniejszych pono dla artysty w historji, w
poezji, niż w życiu. "Wszystko tu jest grube, brudne, cuchnące
fizycznie i moralnie, pisze do siostry ze Smoleńska. Jedyna moja
przyjemność, to słuchać trochy muzyki na rozstrojonem pianinie"...
Ożywia go nieco pożar Moskwy. Ale, pisze, "aby się tem rozkoszować,
trzebaby być samemu, albo w towarzystwie ludzi cywilizowanych. Dla
mnie, kampanję rosyjską zepsuło to, że ją odbyłem z ludźmi, którzy
potrafiliby pomniejszyć Colosseum i zatokę Neapolitańską"... Odwrót z pod Moskwy podkopał mocno zdrowie Beyle'a; w 1813
bierze urlop i spieszy do Włoch. Już w czasie urlopu w 1811, Beyle
odnalazł swój medjolański ideał z przed lat jedenastu (Angela
Pietragrua) i nawiązał wątek przerwanej miłości, tym razem śmielej
i skuteczniej. Znalazłszy łaskawe przyjęcie, nasycony na długo
heroizmem, nie chce słyszeć o niczem co nie jest szczęściem i
miłością. W miesiącu bitwy pod Lipskiem, dziennik, który prowadził
Stendhal, notuje jedynie drobne fakty, tyczące stosunku z Angelą! I powrót cesarza z Elby nie zdołał wyrwać Beyle'a z jego
wywczasów. Uważał snadź losy Napoleona za spełnione. Ostateczny
upadek cesarstwa pogrzebał i wszystkie pomyślności Stendhala; dość
wesoło przyjmując tę odmianę fortuny, osiada we Włoszech, w kraju,
w którym - jak gdzieś pisze - można bez hańby być biednym. W
gruncie rzeczy, w tym człowieku czynu zawsze tkwił kawał
dyletanta, smakosza wrażeń, który, tłukąc się z Wielką
Armją, obnosił po Europie swą żywą i inteligentną ciekawość.
Obecnie, rozkoszuje się włoską muzyką, zwiedza miasta, kościoły,
galerje, obraca się w towarzystwie włoskich patrjotów, a
przedewszystkiem - kocha się. Po Angeli Pietragrua, która w końcu
okazała się "niegodną", posiadła jego serce Metylda Dembowska (z
domu Viscontini), żona wiernego generała napoleońskiego. Miłość ta,
bez wzajemności, bez nadziei, odpłacana najgorszą monetą bo monetą
"przyjaźni", stanowiła przez kilka lat szczęście i udrękę Beyle'a;
gwałtownie przerwana w r. 1821, stała się później natchnieniem
książki
O miłości. W r. 1814, przypada pierwszy debiut w literaturze
Stendhala, a raczej
Aleksandra Cezara Bombet, jako że pod takim ukrył się
pseudonimem. I dobrze zrobił, że się ukrył, książka jego bowiem
O Haydnie okazała się zaczerpnięta, częściowo wręcz
przełożona, z
Haydinów Carpaniego. Zrabowany autor podniósł krzyk, co
dało powód do polemiki, dość przykrej dla tajemniczego Bombeta. W
1817, wydaje Beyle dwie książki: jedna, to
Rzym, Neapol i Florencja (pierwszy raz podpisana godłem
de Stendhal, oficer kawalerji); druga, to
Historja malarstwa we Włoszech. Pierwszy utwór, to opis
podróży, przeplatający drobiazgowe opisy uwagami i anegdotami, w
których autor wciąż snuje paralelę między Włochami a Francją, na
niekorzyść swej ojczyzny.
Historja malarstwa ujawnia niezwykłą na owe czasy
znajomość i odczucie włoskiego Odrodzenia; najbardziej jednak
zajmującym rysem jest tu dedykacja, ofiarująca to dzieło
J. Ces. Mości Napoleonowi Wielkiemu, a zakończona tak:
"Oby, Najjaśniejszy Panie, niebo dało ci tyle życia abyś
mógł oglądać Francję szczęśliwą, dzięki konstytucji, którą
przekazał jej ostatni twój parlament. Wówczas, Najjaśniejszy Panie,
przebaczy ci ona jedyny akt słabości który ci może wyrzucać: to iż
po Waterloo nie chwyciłeś w ręce dyktatury i zwątpiłeś o ratunku
ojczyzny.
"Wówczas, potomność, odzyskawszy bezstronność
spojrzenia, będzie się wahała jedynie, czy ma pomieścić twoje imię
obok czy ponad imieniem Aleksandra, a twoi nędzni wrogowie będą
znani światu jedynie dzięki temu, iż mieli szczęście być twymi
wrogami. "Pozostaję, Najjaśniejszy Panie, z najgłębszem uszanowaniem Waszej Cesarskiej i Królewskiej Mości bardzo uniżonym i powolnym sługą i poddanym, w swojem sercu, żołnierzem, którego
ująłeś za klapę surduta pod Görlitz".
Dedykacja ta, w 1817, w zaraniu Restauracji, kiedy
nazwiska
Buonapartego nie wymawiało się niemal bez akompanjamentu
zniewag, była niewątpliwie aktem odwagi i charakteru. Zresztą, obie
książki przeszły dość niepostrzeżenie. W r. 1821, Beyle traci ojca; śmierć ta zostawia go
dość obojętnym; łączy się z nią zawód majątkowy: ojciec, który
uchodził za zamożnego człowieka, okazał się niemal zrujnowany.
Równocześnie, spotyka pisarza drugi cios: policja austryjacka,
nierada jego stosunkom z patrjotami włoskimi, wyprasza go z
Medjolanu. Zostawiając serce i duszę we Włoszech, przy ukochanej
Metyldzie, Stendhal wraca do Paryża, którego nie lubił i gdzie nie
znał prawie nikogo. W Paryżu zostanie aż do rewolucji lipcowej
(1830), przerywając ten pobyt jedynie paru wycieczkami do Anglji. Stendhal, jak większość rozbitków napoleońskich,
zbliża się z liberałami; wchodzi w dom Destutta de Tracy, filozofa
i pisarza, którego zdawna uwielbiał; poznaje Lafayette'a, Benjamina
Constant i in. Mięsza się w pierwsze utarczki romantyków i
klasyków, i, w broszurze swojej
Racine a Szekspir (1823), rzuca głośną definicję:
"Literatura klasyczna, to ta, która dawała największą sumę
przyjemności naszym pradziadom; literatura romantyczna, to ta,
która daje największą sumę przyjemności nam". Mimo to, Stendhal
niewiele miał powinowactwa z budzącym się ruchem
romantycznym we Francji; i tu, jak całe życie, pozostaje
on odosobniony: a odrębność ta, która nie pozwoliła mu kosztować
pełni uznania za życia, uczyniła go tem cenniejszym okazem dla
potomnych. Trudno o dosadniejszy przykład, jak niebezpiecznie
jest, w czasie masowych ruchów myśli, chodzić oddzielnemi drogami.
Aby zwyciężyć, trzebaby mieć wytrwałość i upór Balzaka, a tych
Stendhal, traktujący literaturę niejako na marginesie życia, nie
posiadał. W 1822, wydaje książkę swoją
O miłości: od 1822 do 1833, czyli przez jedenaście lat,
sprzedano siedmnaście egzemplarzy! Stendhal czuje to odosobnienie,
i tembardziej zasklepia się w niechęci do epoki. W r. 1824 wydaje
Życie Rossiniego, w 1829
Przechadzki po Rzymie, oraz
Armance czyli sceny paryskie z 1827. Rewolucja lipcowa. Stendhal wita ją z sympatją,
ale nie biorąc czynnego udziału; noc 29 lipca spędza u kochanki
"aby czuwać nad jej bezpieczeństwem". Zwycięstwo Orleanów jest
zarazem odwetem bonapartystów. Odczuwa to Stendhal, gdyż otrzymuje
zaraz stanowisko konsula w Trjeście, gdzie się nudzi, marznie, i
gdzie, na szczęście, Austrja go sobie nie życzy, pomawiając go o
karbonaryzm. Przed wyjazdem z Paryża, zostawia pod prasą rękopis
powieści
Czerwone i Czarne, która wychodzi z druku podczas jego
nieobecności, bez powodzenia, jak zwykle. Odwołany z Trjestu, obejmuje stanowisko konsula w
Civita Vecchia, miejscowości, która, gdyby nie bliskość Rzymu,
byłaby dlań prawdziwem wygnaniem. Ale i tak, niewesoły jest ten
schyłek życia Stendhala. Samotny, starzejący się, silący się tu i
owdzie wskrzesić wzruszenia których czas minął, stara się stworzyć
w sobie filozoficzną równowagę, kreśląc wspomnienia młodości.
Pozatem, wydaje
Pamiętniki turysty, oraz powieść
Pustelnię parmeńską (1839), która daje mu poznać smak
tryumfu literackiego, w postaci entuzjastycznego artykułu Balzaka wRevue de Paris. Umiera w r. 1832, licząc lat pięćdziesiąt
dziewięć, rażony apopleksją; spoczywa na Montmartre. W ostatnich
latach, oburzony
pokojem za każdą cenę który był dążeniem Ludwika Filipa,
oświadczył iż nie chce mienić się Francuzem; gorzki ten nastrój,
jak niemniej pamięć szczęśliwych chwil przeżytych w Medjolanie,
wyraziły się w nagrobku, który sobie sam ułożył:
ARIGO BEYLE
MILANESE
visse, scrisse, amo
quant'anima
adorava
Cimarosa, Mozart e Shakespeare
Oto życie Stendhala. A charakter? Niełatwy do
określenia. Postać Juljana (
Czerwone i Czarne) niejedno objaśni, byle jej, oczywiście,
nie utożsamiać z autorem. Zdaje się, że wrażenia dziecinne duży
miały wpływ na dalszy rozwój. Natura wrażliwa, czuła, gorąca,
zdławiona nieprzyjazną atmosferą, przyuczyła się wkładać maskę,
kryć swoje najlepsze strony; toteż, wciąż spotykamy u niego
nieśmiałość pod ironją i brutalnością, sentymentalizm pod pozorami
don Juana. Przytem nieufność, podejrzliwość, ostrożność, które
rozwiną się w manję. Wzrosły w epoce porewolucyjnego zdziczenia
moralnego, Stendhal ma w pojęciach swoich zupełną prawie amoralność
i niespołeczność; podobny, w sferze myśli, do tych kondotjerów
napoleońskich których maluje Balzac, zachowa jako jedyną busolę
punkt honoru, i ten
kult energji, który tamci mieli instynktownie, a który on
ma świadomie. Ów kult energji znajdzie wyraz w uwielbieniu dla
Napoleona oraz w rozkoszowaniu się historją Włoch z epoki
Odrodzenia. Tę stronę natury Stendhala łagodzi - nie sprzeciwiając
się jej zresztą - szczera wrażliwość artystyczna, dająca mu, w
muzyce zwłaszcza, łatwej muzyce włoskiej, kosztować słodyczy niemal
zmysłowych; natomiast w ciągłej wojnie z żywiołowością charakteru
jest rozwinięty zmysł analizy, zdolność i nawyk kontrolowania,
uświadamiania sobie uczuć. Stąd, naturę Stendhala wypełnia raczej
apostolstwo namiętności, jako stanu dającego pełnię życia, niżeli
sama namiętność, którą poraża jasnowidzenie inteligencji. Gra tych
sprzeczności daje Stendhalowi ciekawą i złożoną fizjognomję. Jako umysłowość, Stendhal tkwi korzeniami głęboko
w XVIII wieku: racjonalizm Woltera i Encyklopedystów, ateizm
lubujący się w konceptach
a la Chamfort na temat Boga, nienawiść do prawdziwych i
mitycznych
jezuitów dochodząca manji, oto cechy Stendhala, w których
również dałoby się odnaleźć wpływy działające nań - pozytywnie lub
negatywnie - w dzieciństwie. Celem człowieka jest szczęście, t. zn.
możliwie największa suma rozkoszy, wrażeń: oto zasada filozofji,
którą on sam nazywał
beylizmem. Ale, poprzez te racjonalistyczne koncepcje,
czuć wiew romantycznego szaleństwa na zimno, które Stendhala broni
od oschłości. Cóż, wedle
beylizmu, może dać największą sumę wrażeń? Namiętność,
choćby przyszło dla niej zaważyć życie; choćby bezcelowa,
niedorzeczna. Ta apologja namiętności, tak oddalająca Stendhala od
ośmnastowiecznych filozofów, z którymi ma tak bliski punkt wyjścia,
świadczy iż, między XVIII wiekiem a nim, był - Napoleon. Ciekawy jest stosunek Stendhala do Napoleona.
Zrazu, po 18
brumaire, jak przystało na młodego republikanina, widzi w
nim tyrana, który "skradł ludowi wolność". Nie przeszkadza mu to
zresztą iść za gwiazdą napoleońską; zachowanie się jego jednak w
latach próby, w r. 1813, 14, 15, nie świadczyłoby o fanatyzmie...
Nie było w nim materjału na jednego z Heinowskich "dwóch
grenadjerów". Ten inteligentny amator wrażeń oglądał epopeję
napoleońską zanadto z bliska, od strony kulis. Dopiero później,
obraz Napoleona i jego dzieje, oglądane z dalszej perspektywy,
opromienione wspomnieniem własnej młodości Stendhala, staną się
dlań przedmiotem trwałego uwielbienia. Stendhal był, jak powiedzieliśmy, zjawiskiem
odosobnionem. W epoce przełomu i potężnych prądów duchowych, nie
mięszał się z nikim, nie należał do żadnego obozu, był sobą. I nie
mogło być inaczej; wszak i jego bieg życia odległy był, jak
widzieliśmy, od utartych dróg literackich. Nie jest
pisarzem-zawodowcem; patrzy na życie bezpośrednio, nie przez
pryzmat kałamarza. Przytem, znaczną część życia spędza poza
Francją; jak na francuskiego literata, dla którego często świat
zamyka się w Paryżu, to zjawisko niezwykłe. Gdy Romantycy opiewają
Andaluzyjki i odalisy siedząc u Tortoniego na bulwarach, on żyje
bujnem życiem cyganerji wojskowej, albo leniwem życiem Włoch,
wypełnionem wrażeniami: wrażeniami oczu, uszu i serca. I przez
niego przepływa romantyczny prąd epoki, ale jakiś przetworzony.
Stendhal, który we wszystkiem jest przeciwnym biegunem
Chauteaubrianda, pod tym względem spotyka się z nim: każdy z nich,
na inny sposób, przyczynił się do rozszerzenia horyzontu; obaj są
wielkimi
globetrotterami, wybiegającymi myślą i uczuciem poza
horyzont Francji. I zarazem, przy całej duchowej antypatji
Stendhala do Chateaubrianda, możemy wszakże połączyć ich jednem
nazwiskiem, aby zrozumieć jak kręte drogi żłobi sobie bieg
Romantyzmu. Nazwisko to, to Byron, który tyle czerpie z
Chateaubrianda, a dla którego znowuż Stendhal ma tak gorące
uwielbienie. Interesujące są pośmiertne dzieje glorji
Stendhala. Za życia utwory jego przechodziły dość niepostrzeżenie;
nietylko w kołach literackich, w których miał swoją reputację
oryginała i żonglera paradoksów, ile wśród publiczności. Drugą
część broszury
Racine a Szekspir, która jest pamfletem wymierzonym w pana
Auger, prezesa Akademji, zaczyna Stendhal od słów: "I ja, i pan
Auger jesteśmy zupełnie nieznani..." Można sobie wyobrazić minę
Akademika! Istotnie, około r. 1830, tyle świetnych nazwisk weszło
na horyzoncie literatury, iż Stendhal, idący niedbale swoją koleją,
poza wielkimi gościńcami, musiał pozostać nieznany. Kiedy, w 1854, Sainte-Beuve omawia jego zbiorowe
dzieła, wydane staraniem wiernego przyjaciela Colomba, notuje
budzące się zainteresowanie Stendhalem; mimo to, sam
książę krytyki odnosi się doń w sposób nader umiarkowany.
Chwila Stendhala dopiero miała nadejść; i co ciekawsze, miała
nadejść ściśle według daty, którą on sam przepowiedział:
niejednokrotnie w zapiskach swoich powiada, iż będą go czytać w r.
1880. Istotnie w tej epoce, sława Stendhala, zapoczątkowana
uwielbieniem Taine'a, urasta do niesłychanych rozmiarów, zwłaszcza
wśród "śmietanki" intelektualnej. Richepin podaje - a potwierdza to
i Bourget - iż, w jego pokoleniu, było kółko młodych pisarzy,
umiejących dosłownie całe
Czerwone i Czarne na pamięć; gdyby nawet było w tem nieco
przesady, kult Stendhala pozostaje faktem. Najsprzeczniejsze szkoły
literackie powołują się na jego ojcostwo, przeciągają go do swego
obozu, często z osobliwem skrzywieniem wizerunku Stendhala: Zola
czyni go ojcem naturalizmu, Bourget widzi w nim pierwowzór
wytwornego dyletanta, kosmopolity duchowego, gdy młoda szkoła
francuska wywodzi zeń swój kult woli! Powstaje, około lat
dziewięćdziesiątych, "klub Stendhalistów", a pierwszym jego
prezesem był rodak nasz, Kazimierz Stryjeński, wydawca (bardzo dziś
krytykowany) i komentator pośmiertnych pism Beyle'a. I dziś ten
kult nie wygasł bynajmniej; jako dokument jego wystarczy wymienić
rozpoczęte tuż przed wojną wspaniałe i rychło wyczerpane wydanie
pism Stendhala oraz
stendhalianów: mało który z francuskich pisarzy doczekał
się podobnego. A mimo to, oficjalna historja literatury nie jest
zgodna co do stanowiska Stendhala: jedni pomijają go prawie
zupełnie, inni stawiają obok lub nawet powyżej Balzaka. Przyjrzyjmy się powieści
Czerwone i Czarne. A trzeba się w niej nieco rozpatrzyć,
gdyż książka ta, z pewnością jedna z niepospolitszych swego wieku,
dziwnie jest skomplikowana; łatwiej się poddać jej wrażeniu, niż je
uświadomić i zanalizować. Wystarczyłoby się
poddać; ale i to wrażenie jest bardzo niejednolite;
czytając ten utwór (zwłaszcza ponownie), to pływa się w rozkoszy,
to znów wzrusza się ze zniecierpliwieniem ramionami; bądź co bądź,
po odłożeniu książki, przemaga jej urok, pozostawiając w duszy ton
niezatarty i odrębny. Zdaje mi się, iż trzebaby wyróżnić w tem
dziele dwa elementy, niezawsze dobrze zespolone, stąd te
dysharmonje. Jeden element, to powieść społeczna -
Kronika XIX wieku, jak ją nazwał sam autor w podtytule. A
sam tytuł? uważano go niekiedy za niezrozumiały; jest chyba
zupełnie jasny:
Czerwone i Czarne, to mundur i sutanna; to dwie Francje,
Francja Napoleońska i Francja Burbonów, która nastąpiła nagle po
tamtej, brutalnie dławiąc rozkołysany w młodych duszach hymn sławy
i czynu. Odczytajmy drugi rozdział
Spowiedzi dziecięcia wieku Musseta:
...Dzieci patrzały na to wszystko, myśląc ciągle
iż cień Cezara wyląduje w Cannes i zdmuchnie te upiory; ale cisza
trwała ciągle, na niebie zaś widniał jeno odblask białych lilij.
Kiedy chłopcy mówili o sławie, powiadano im: "Zostańcie księżmi";
kiedy mówili o ambicji: "Zostańcie księżmi"; o nadziei, miłości,
sile, życiu: "Zostańcie księżmi"...
Pomiędzy Rewolucją a upadkiem Napoleona upłynęło
lat dwadzieścia pięć. Przez ten czas, lud zdobył ziemię, zdobył
świadomość samego siebie, zdobył przedewszystkiem, dzięki swemu
Cesarzowi - godność. Niejeden syn ludu został marszałkiem Francji,
nie było wsi, gdzieby, na piersiach robotnika, chłopa, nie
czerwieniła się wstążeczka Legji. W epopei napoleońskiej, lud
francuski, w czarodziejskim skrócie, przebył wieki bohaterskiej
historji Francji; w siedmiomilowych butach dognał swoich starszych
braci. Odebrawszy już poprzednio szlachcie wszystkie przywileje,
wydarł jej ten ostatni, bez którego
zrównanie nie byłoby nigdy istotnem: przywilej
bohaterstwa, przywilej umierania za ojczyznę, za chimerę sławy -
szlachetniejszej jeszcze, ofiarniejszej, bo bezimiennej! -
umierania pięknie, z chwałą; wydarł jej poezję heroizmu i
przewyższył o tyle, o ile Napoleon przewyższył wszystkich dawnych
wodzów. Z tą chwilą, supremacja
urodzenia pogrzebana była bez powrotu; z tą chwilą dopiero
dzieło Rewolucji dokonało się w całej pełni. I oto nagle, przy pomocy obcych bagnetów, wraca
miniony porządek rzeczy; złagodzony, to prawda, ale silący się
odzyskać dawne prerogatywy; oto nagle zatrzaśnięto młodzieży
francuskiej wrota do sławy, do czynu, które uchyliła Rewolucja,
które otworzył na oścież Napoleon. I znowu, jak przed wielką
Rewolucją, lud szarpie niecierpliwie swe pęta i szemrze; ale to już
inny lud: ani śladu w nim dawnego niewolnika; lud górujący nad
tymi, którzy chcą mu się narzucić za panów, wszystkiem:
inteligencją, polotem, wolą, odwagą. Między Ludwikiem XVI a
Ludwikiem XVIII był - Napoleon. I niedługo da się utrzymać tamy:
przyjdzie r. 1830, i lud zerwie się jeszcze raz, i zmiecie - prawie
bez krwi rozlewu, tak słaby napotka opór - swoich niepowołanych
opiekunów. Wspomniałem, iż, na schyłku życia, Stendhal podjął
zadanie spisania historji swego Cesarza. Nie dokończył tej
historji, która objęła ledwie kilka lat i pozostała w postaci
bruljonu; ale są w niej ustępy, należące do pięknych kart
francuskiego piśmiennictwa. Daleko tu jesteśmy od sceptycznych
refleksyj, które spotykaliśmy w listach kreślonych na gorąco z
biwaków. Rzeczywistość szlachetnieje, przetwarza się w poezję; małe
prawdy codzienności roztopiły się w wielkiej prawdzie dziejów.
Doznaję uczucia jakby religijnego wzruszenia,
kreśląc pierwsze zdanie dziejów Napoleona... Spodziewałem się, że
ktoś z tych, którzy patrzyli na Cesarza, podejmie opowieść jego
życia. Czekałem dwadzieścia lat. Ale wkońcu, widząc że ten wielki
człowiek staje się coraz bardziej nieznany, nie chciałem umrzeć,
nie wyraziwszy mniemania, jakie mieli o nim niektórzy towarzysze
broni...
...We wszystkich sercach władało wówczas
głębokie uczucie, którego nie widzę już śladów. Niechaj czytelnik,
o ile ma mniej niż pięćdziesiąt lat, zechce sobie wyobrazić, wedle
książek, iż w 1794 nie mieliśmy ani cienia religji; nasze
wewnętrzne i pełne powagi uczucie skupiało się całe w tej myśli:
być użytecznym ojczyźnie. Wszystko inne, odzież, żywność, stopnie,
było w naszych oczach jedynie nędznym i znikomym szczegółem... On
był naszą jedyną religją...
Z tego kultu, z tej religji, wyrósł młody Juljan
Sorel, któremu przyjaciel jego, stary felczer armji napoleońskiej,
zostawił, za cały legat,
Pamiętnik z wyspy św. Heleny i swój krzyż Legji honorowej. Powieść Stendhala
Czerwone i Czarne, pisana tuż przed 1830, cudownie oddaje
ton nowej Francji. Zestawmy trzy typy, w których ujawnia
się lud w literaturze francuskiej: Kubuś, zacny, dobroduszny,
pobłażliwy, przywiązany jeszcze do pana, którego przerasta
inteligencją i charakterem;
Figaro, zniecierpliwiony, gorzki i niebezpieczny już pod
swą niefrasobliwą wesołością; wreszcie ten Juljan Sorel, posępny,
groźny, wcielenie napiętej ambicji, woli i myśli; co więcej fanatykhonoru, mimo iż pojętego nieraz dość osobliwie. Honor! to także przywilej, który lud wydarł
szlachcie, i który dziecko tego ludu, Juljan Sorel, pielęgnuje z
żarliwością neofity. Postawmy obok siebie te dwa wcielenia ludu:
Figara, zwiastuna Wielkiej Rewolucji, i Juljana Sorel, zwiastuna
dni lipcowych. Cóż za przepaść! Już to samo, że figury wyrażającej
bunt ludu, figury w którą włożył tak wiele z siebie, Beaumarchais
nie wahał się zrobić lokajem, jest wymowne. Figaro ma wszystko:
energję, inteligencję, talent, prawość, serce; ale brak mu jednego:
- godności. Ta zostaje jeszcze dziedziną hrabiego Almaviva, i
najbardziej rewolucyjnemu pisarzowi nie przyszło na myśl mu jej
wydzierać. Figaro jest jeszcze krewniakiem owego
vilain z dawnej komedji: schowa do kieszeni policzek, byle
osłodzony sakiewką. Cóż za skok do Juljana! ten cierpi na istny
przerost godności osobistej, obolałej, podejrzliwej, zdolnej do
wszelkiego szaleństwa, do zbrodni! Co mu ją dało? Owa wstążeczka
Legji, przekazana mu w spadku przez starego felczera. Ta ewolucja,
ta głęboka przemiana duchowa, znajduje w powieści Stendhala dobitny
wyraz. To jeden motyw książki; a teraz drugi.
Wspomnieliśmy w biografji Stendhala, iż wielkim zatrudnieniem jego
życia była miłość. Jej oddał najlepsze siły, o niej napisał całe
dzieło, ona wciska się we wszystkie jego pisma. I oto drugi element
utworu: Powieść
miłosna, wcielenie marzeń o miłości, jakie Stendhal snuł
całe życie. Zawdzięczamy temu głęboką analizę serca ludzkiego,
zawdzięczamy wiele niezapomnianych scen, wreszcie dwa urocze i
wspaniałe prawdą typy kobiece; ale także i niejedną rysę w tem
dziele. Juljan, owo dziecko ludu, wcielenie jego upokorzeń, krzywd
i odwetu, jest równocześnie "dzieckiem rozkoszy", rodzajem
belami, którego ubóstwiają na kolanach wielkie damy, ku
któremu wyciągają się wszystkie ramiona kobiece. Ba, nietylko
kobiece: w rezultacie, począwszy od wiernego Fouqué aż do
margrabiego de la Mole, wszyscy, których Juljan spotyka na drodze
życia, licytują się formalnie o niego, spieszą z ofiarą pieniędzy,
gotowością stworzenia mu losu, etc. I to przeszkadza nieco: kiedy
ten Juljan, który, w rezultacie, poza przykrościami krótkiego
pobytu w seminarjum, pędzi życie arcywygodne i przed którym ściele
się ono różami, wciąż występuje z pretensjami do społeczeństwa i
uważa się za srodze pokrzywdzonego, ponieważ nie ma... renty,
mimowoli wzruszamy ramionami. Ten rozdźwięk wynika może z pewnych niedostatków
techniki. Stendhal bystro widzi i silnie ujmuje jej linję
społeczną, ale, w przeprowadzeniu, nie umie może zespolić problemów
społecznych z problemami miłosnemi książki. Balzac wie, że miłość
plebejusza, człowieka pracy (
Córka Ewy!), inne przybierze formy niż miłość człowieka
dla którego jest ona jedynem zajęciem; Stendhal osadza ją jeszcze w
ramie trącącej abstrakcją XVIII w. Pałac de la Mole niedaleko leży
od zamku w
Niebezpiecznych związkach; Juljan prowadzi tam istne życie
jakiegoś Valmonta: w nocy odwiedza damskie sypialnie, w dzień
harcuje na koniu, "albo pędzi dni przy małem okienku na poddaszu",
śledząc postać Matyldy w ogrodzie. O tem, iż rzecz toczy się w
Paryżu, wiemy jedynie teoretycznie; nie widzimy ani śladu reakcji
tego Paryża w Juljanie. Porównajmy, pod tym względem, powieść
Stendhala z
Ojcem Goriot albo ze
Straconemi Złudzeniami. Fakt tedy, iż
Czerwone i czarne jest powieścią przed-balzakowską, z
jednej strony pomnaża nasz podziw dla intuicji i talentu Stendhala,
z drugiej tłumaczy nam wiele szczegółów utworu. Stendhal ma dość
fantastyczne pojęcie o mechanizmie społecznym. I gdzie go miał
poznać? Nie w biwakach armji, ani na operze w Medjolanie. Sposób, w
jaki Juljan, ten kmiotek okrzesany przez panią de R?nal i świeżo
przybyły z seminarjum doprowadza do porządku interesy pana de la
Mole, właściciela jednej z największych fortun we Francji, jest
rozbrajający! Czuć, że jeszcze nie przyszedł Balzac i nie
wprowadził do literatury swojej armji adwokatów, rejentów,
giełdziary... Juljan Stendhala jest tu raczej faworytem,
dworzaninem dawnych czasów... Jedna jest jeszcze rzecz, którą różni się Stendhal
od Balzaka. Balzac ma, w odniesieniu do społeczeństwa, bezstronność
przyrodnika. Wiemy, że wyznawał on, może nawpół przez snobizm,
zasady rojalistyczne, ale dzieło jego nic o tem nie wie. Oko
artysty, myśliciela jest ponad Francją rojalistyczną, rewolucyjną,
napoleońską: widzi całokształt społeczeństwa, jego przekroje,
funkcjonowanie jego motorów, trybów, transmisji. Inaczej u
Stendhala: książka jego jest pamfletem. Zapatrzony w epokę
napoleońską, której czas bezpowrotnie minął i do której sam
Stendhal inaczej się odnosił póki trwała, nie chce rozumieć nowego
społeczeństwa, będącego amalgamatem dawnych i nowych idej. Podobny
owym rozbitkom napoleońskim, których maluje Balzac, dąsa się na
Burbonów, widzi wszędzie jezuitów i jezuickie intrygi. Ex-żołnierz,
gardzi w gruncie
cywilami; w pracy ich, budującej nową Francję, widzi
jedynie zabiegi materjalne kramarzy. Tak jak Stendhal nie rozumie społeczeństwa które
go otacza, tak samo niebardzo rozumie ludzi, poza sobą i kobietą
którą kocha. Każda z jego postaci, to marjonetka poruszana jednym
sznurkiem: Przypomnijmy sobie to wspaniałe studjum
entomologiczne, jakim jest pan de la Baudraye w
Muzie z Zaścianka Balzaka; widzimy go w jego małostkach,
śmiesznościach, charakterystycznych rysach, i równocześnie widzimy
w jego osobie tworzącą się nową Francję. A pan de R?nal, a Valenod?
dla Stendhala, to tylko płaskie łajdaki. Zabiegi materjalne,
wypełniające znaczną część społecznego życia, są mu wstrętne. Jego
Juljan reprezentuje lud, ale brzydzi się wszystkiem co stanowi
życie tego ludu; bić się, albo mieć rentę, to dla niego jedyne
godne zajęcie. W tych rysach ujawnia się zupełna prawie
niespołeczność Stendhala, wychowanego w wojnach napoleońskich;
jakby brak solidarności z ludźmi i brak życzliwości dla nich. Ten
Juljan jest kondotjerem, jak Filip Bridau lub Maksencjusz Gilet w
Kawalerskim Gospodarstwie. I, jako taki, jest bardzo
znamiennym produktem epoki, osadem napoleonizmu. Niedostatek w malowaniu ludzi występuje tu na
każdym kroku. Przypomnijmy sobie pierwszą rozmowę księdza Pirard z
Juljanem o hrabi Norbercie, i patrzmy jak ta figura młodego de la
Mole rozłazi się autorowi w palcach. Kogóż nie zniecierpliwi ciągłe
wyliczanie, niby w uprzykrzonym refrenie, tej wiecznej trójcy pp.
de Croisenois, de Caylus i de Luz? Dość chyba się nazrzędziłem na książkę, którą
serdecznie lubię. I tu staję wobec trudniejszego zadania.
Powiedzieć, co w niej jest nielogiczne, nieprawdziwe, to dość
łatwo; wytłumaczyć na czem polega jej urok, jej niezatarte
wrażenie, o wiele trudniej. Wnosi ona dwie rzeczy raczej rzadkie w
literaturze francuskiej: jedna, to jakaś zasadniczo
tragiczna koncepcja życia; druga, to - mimo że to dziwnie
brzmi kiedy się mówi o tym pozytywiście nawpół ośmnastowiecznym -
jakiś mistyczny dech wiejący z tego utworu. Może to wiew
namiętności, której istota zawsze się gubi w mrokach tajemnicy?
Część książki, począwszy od zamachu na panią de R?nal aż do śmierci
Juljana, jest czemś odrobinę niedorzecznem, a zarazem głęboko
pięknem, porywającem, wprawiającem w dziwną zadumę... Piękną
również jest transpozycja miłostek Bonifacego de la Mole z królową
Małgorzatą, na jego prawnuczkę i na tego hardego plebejusza. I,
mimo owej rysy którą zaznaczyłem w koncepcji Juljana, krytykujemy
go raczej rozumowo; gdy chodzi o wrażenie, przeważnie ulegamy
autorowi: dzielimy jego wiarę w
niepospolitość tego bladego i ponurego chłopca, którego
fizjognomja ma coś z fizjognomji młodego Bonapartego, zanim jeszcze
wstąpił na drogę chwały... I, po całej owej paraleli na korzyść Balzaka którą
przeprowadziłem poprzednio, muszę wyznać: równocześnie z korektą
tej książki, prowadziłem korektę paru przedruków Balzaka; otóż,
bezpośrednio po Stendhalu, Balzak wydaje się - niemal płaski. Wiem,
ze jest w tem uczuciu wiele niesprawiedliwości! łatwiej jest być
poetycznym, kiedy się każe swemu bohaterowi wspinać w nocy po
drabinie do okien kochanki, niż kiedy się, jak Balzac, zawinie
rękawy aby się paprać w kuchni społecznej i demonstrować nam jej
procedery; dlatego notuję to nie jako swój
sąd, ale jako swoje, przelotne zresztą,
wrażenie. W jednem jest Stendhal nawskroś oryginalny i nowy,
mianowicie w przesunięciu punktu ciężkości powieści na analizę
psychologiczną. Ma on w tem poprzednika, na którego się sam
powołuje, ale doprowadził tę sztukę daleko. Balzac dał powieści
nowoczesnej silną więź społeczną i analizę psychologiczną w
czynach; Stendhal głównem swem zadaniem uczynił analizę
myśli, uczuć. Powieść ta jest przeważnie wewnętrznem monologiem,
chwilami niemal snem na jawie; niedostrzegalnym drgnieniom duszy
poświęca Stendhal całe rozdziały, gdy najważniejsze fakty zbywa w
paru słowach. Stendhal daleko zaszedł w odkonwencjonalizowaniu
uczuć; stwarza ich chemję: uczucie nawet pozornie elementarne, jak
miłość, staje się u niego skomplikowanym mechanizmem. I tu wskazał
mu drogę Marivaux: miłość Juljana i panny de la Mole, to
marivaudage na tragiczno. Jak na urodzonego
człowieka miłości przystało, dla Stendhala istnieje
naprawdę jedynie on sam i kobieta. Na tle nikłych cieni ludzkich,
prymitywnych marjonetek któremi zaludnił swoją powieść, odcinają
się dwa pełne typy kobiece, typy których niepodobna zapomnieć skoro
się raz czytało tę książkę: pani de R?nal i Matylda, te dwie
oddychające prawdą, poetyczne postacie. Jedną z przyczyn, dla której lekceważono Stendhala
w epoce Romantyzmu, a uwielbiano pod koniec XIX wieku, jest jego
styl. Styl ten, w istocie, szczególnie odbija od szumnej
poetyckiej prozy Chateaubrianda, Wiktora Hugo, Gautiera, Musseta.
Te krótkie rzeczowe zdańka silą się ściśle notować fakty, uczucia;
unikają - aż do przesady - ornamentu, wielkich słów. Zauważmy:
wszystkie najważniejsze zdarzenia, oddanie się pani de R?nal a
potem Matyldy, pojedynek Juljana, ciąża Matyldy, zabójstwo pani de
R?nal, wreszcie sama śmierć Juljana, zaznaczone są krótkiemi
zdaniami jakby mimochodem. Stendhal mawiał, iż, pisząc powieść,
odczytuje po parę stron kodeksu cywilnego dla nabrania
tonu. Bądź co bądź, i on nie uniknął nieraz
konwencjonalnej przesady, a przesada ta, przy pozorach oschłości,
tem bardziej uderza. I stylem tym styka się Stendhal z wiekiem
XVIII; może najbliżej z powiastkami Woltera? Jednakże, od czasu do
czasu, gdy zechce, - Stendhal umie, zapamocą paru słów, dać wizję,
głębiej zapadającą w duszę od wielu bogatych opisów.
Czerwone i czarne było przekładane na język polski w r.
1889 piórem kobiecem; na innem miejscu miałem sposobność wyrazić
sąd o tym przekładzie, i poprzeć go cytatami, oraz ogólniejszemi
refleksjami na ten temat. Obecnie, nie mogę sobie odmówić
przyjemności, aby nie przytoczyć zeń jeszcze jednego kwiatka:
"Automatyczny mąż szkodzi jej więcej niż pomaga" (
cet automate de mari...). I jeszcze jedno godne jest
uwagi: nagłówek przedmowy zawiera nawias: "podług Brandesa".
Jakżeby się zdumiał biskup Krasicki i inni uczestnicy "obiadów
czwartkowych", gdyby im powiedział, że tak rychło przyjdzie czas, w
którym myśl francuska będzie wędrować do nas z nad Sekwany Przez -
Kopenhagę!!
Kraków, w kwietniu 1921.