Czerwone drzewo - Caitlin R. Kiernan

-
Proszę czekać

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Patrz sto­sowny wpis, "tro­pie­nie legend" w Ame­ri­can Folk­lore: An Encyc­lo­pe­dia Jana Bru­nvanda, Gar­land Refe­rence Library of the Huma­ni­ties, tom 1551, str. 439-440. [wróć]

Michael E. Bell, Food for the Dead: On the Trail of New England's Vam­pi­res, 2001, Car­rol & Graf Publi­shers. [wróć]

Trzeba tutaj zauwa­żyć, że choć udało mi się zdo­być wszyst­kie nie­zbędne pozwo­le­nia na mówie­nie o Hop­kins i jej udziale w tej dziw­nej spra­wie oraz opu­bli­ko­wa­nie wszyst­kiego, co o niej napi­sała Sarah, pani Hop­kins kon­se­kwent­nie odrzu­cała moje prośby o wywiad. Jedyną opu­bli­ko­waną pracą doty­czącą Hop­kins oprócz tego, co poni­żej, oraz jej strony inter­ne­to­wej, jest krótki pro­fil i recen­zja w Culver City Art­scape (wrze­sień 2009) po insta­la­cji wysta­wio­nej ostat­niego lata w gale­rii na La Cie­nega Boule­vard, która to wystawa obej­mo­wała kilka wspo­mnia­nych tu płó­cien. [wróć]

Quer­cus rubra (Q. bore­alis), znany jako pół­nocny dąb czer­wony; zobacz rów­nież A Natu­ral History of Trees of Eastern and Cen­tral North Ame­rica Donalda Cul­tossa (Hough­ton Mif­flin Co., 1950, i dru­gie wyda­nie w 1966. [wróć]

Te liczby podał mi pan Sam­son Blan­chard kilka tygo­dni po mojej wizy­cie. [wróć]

Red Rose Tea zaczęła dołą­czać te "dro­bia­zgi" wytwa­rzane przez Geo­rge Wade Pot­tery z Bur­slem w 1967 roku w ramach pro­mo­cji swo­jego pro­duktu w Quebecu. Pierw­sze ame­ry­kań­skie figurki powstały w 1983 roku. Na stro­nie inter­ne­to­wej firmy można prze­czy­tać: "Oce­nia się, że do dzi­siaj w Ame­ryce dodano do paczek her­baty 300 milio­nów figu­rek Wade'a". Patrz rów­nież The World of Wade Iana War­nera i Mike'a Poss­gaya (Schif­fer Publi­shing, 2003). [wróć]

Sarah wybrała ten pseu­do­nim dla swo­jej byłej kochanki, a ja posta­no­wi­łam usza­no­wać jej decy­zję i ni­gdy nie uży­wa­łam praw­dzi­wego nazwi­ska "Amandy". Jed­nakże nie­trudno je poznać, jeśli ktoś ma taką chęć. [wróć]

Atlanta Jour­nal-Con­sti­tu­tion, 14 grud­nia 2001. [wróć]

Publi­shers Weekly, 3 marca 1999. [wróć]

Har­per­Col­lins, 1998. [wróć]

Przed­mowa wydawcy

Odwie­dzi­łam starą farmę Wight i jej "czer­wone drzewo", gdzie na skraju bagien, które przy­le­gają do połu­dnio­wego krańca Ram­swool Pond, stoi zanie­dbany dom. Byłam więc tam. Widzia­łam tamto miej­sce na wła­sne oczy, choć tylko raz. Gdy pod­ję­łam się przy­go­to­wa­nia Czer­wo­nego drzewa do pośmiert­nego wyda­nia, uzna­łam tę piel­grzymkę za rzecz konieczną. Za rodzaj obo­wiązku, jeśli chcia­łam zyskać wej­rze­nie w stan umy­słu Sary Crowe w ostat­nich mie­sią­cach jej życia. Dla­tego tam poje­cha­łam, sama.

Wyru­szy­łam z Man­hat­tanu wio­sną, wiele mie­sięcy po otrzy­ma­niu maszy­no­pisu. Dzień był pogodny i rześki, cydrowy dzień póź­nego kwiet­nia, niebo roz­le­głe i nie­bie­skie, zie­mia dopiero zaczy­nała się zie­le­nić wraz z pierw­szymi ozna­kami wio­sny. Nie wyczu­wało się w tym dniu niczego zło­wiesz­czego, ale na moje ocze­ki­wa­nia wpły­nęła lek­tura stro­nic o dłu­giej samo­bój­czej męce i wyzna­niu oraz "tajem­ni­cza histo­ria" Wight, którą Sarah odkryła w innym maszy­no­pi­sie, zosta­wio­nym przez poprzed­niego najemcę farmy, który, tak się zło­żyło, rów­nież tam umarł pół dekady przed jej przy­jaz­dem. Moja wizyta przy­pa­dła nie­mal dokład­nie rok po przy­by­ciu Sary na farmę w kwiet­niu 2008 roku.

Posta­ram się stresz­czać, bo to nie moja histo­ria została tu opo­wie­dziana. Jestem w naj­lep­szym razie nie­chętną opie­kunką tej opo­wie­ści.

Po wcze­snym lun­chu w Pro­vi­dence ze zna­jomą z col­lege'u, któ­rej nie widzia­łam od jakie­goś czasu, ruszy­łam na zachód Route 6 wzdłuż North Sci­tu­ate, na skrzy­żo­wa­niu ze sta­nową 103 skrę­ci­łam na połu­dnie, minę­łam Chop­mist i Roc­kland, prze­je­cha­łam przez Pona­gan­set River w miej­scu, gdzie rzeka wpada do wiel­kiej gar­dzieli Sci­tu­ate Rese­rvoir, dotar­łam do Clay­ville i Pla­in­field Pike. Na gra­nicy Pro­vi­dence-Kent skrę­ci­łam na pół­nocny zachód na Mos­sup Val­ley Road. Nie zna­łam tej czę­ści stanu - i na­dal nie znam - więc pozwo­li­łam sobie spę­dzić godzinę na zwie­dza­niu paru cmen­ta­rzy w Mos­sup i sta­rego kościoła (ok. 1864-1865), obec­nie prze­ję­tego przez Zjed­no­czony Kościół Chry­stusa. Zaj­rza­łam rów­nież do Grange Hall i Tyler Free Library (ta ostat­nia ok. 1896-1900), zanim ruszy­łam dalej do skrzy­żo­wa­nia z Barbs Hill Road na zachód od mia­sta.

Droga jest utrzy­mana w dość dobrym sta­nie, jako że leży wzdłuż niej wiele domów i farm, ale pra­wie na samym początku zmie­nia się z asfal­to­wej w utwar­dzoną grun­tową. Skręt na farmę Wight znaj­duje się tuż za małym sta­wem, nie wię­cej jak trzy­sta metrów od pół­noc­nego końca Barbs Hill Road. Co zaska­ku­jące, w prze­ci­wień­stwie do róż­nych bocz­nych dróg, pod­jaz­dów i ście­żek, ta nie jest zagro­dzona bramą. Wypo­ży­czy­łam na tę podróż jeepa che­ro­kee; w prze­ciw­nym razie ni­gdy nie doje­cha­ła­bym dalej niż do sta­rego domu. Rodzina Blan­char­dów znaj­duje się w posia­da­niu farmy od 1979 roku, a ja usta­li­łam z nimi swoją wizytę tydzień wcze­śniej, wyja­śnia­jąc, że wydaję ostat­nią książkę Sary Crowe i muszę zoba­czyć miej­sce, gdzie miesz­kała, pisząc ją, i gdzie rów­nież umarła. Pan Sam­son Blan­chard, jej były gospo­darz, nie oka­zał się ani tak wścib­ski, ani tak podejrz­liwy, jak się spo­dzie­wa­łam na pod­sta­wie mojej wie­dzy z dru­giej ręki o jan­ke­sach z zachod­niego Rhode Island. Poda­łam mu kon­takt tele­fo­niczny do swo­jego wydaw­nic­twa, ale póź­niej odkry­łam, że tam nie zadzwo­nił. Przy­pi­suję to po czę­ści fak­towi, że po śmierci Sary Blan­chardowie nie musieli zno­sić zain­te­re­so­wa­nia mediów. Wydaje się dziwne (przy­naj­mniej dla mnie), że nie­wiele jest świa­dectw, by miej­scowi nasto­lat­ko­wie czy inni cie­kaw­scy obrali sobie farmę Wight za cel noc­nych wizyt, wan­da­li­zmu czy, żeby użyć żar­gonu folk­lo­ry­stów, "tro­pie­nia legend"1. Rze­czy­wi­ście, zwa­żyw­szy na lokalną tra­dy­cję duchów, cza­row­nic, a nawet wam­pi­rów2, uwa­żam brak "miej­skich legend" ota­cza­ją­cych farmę za godny uwagi.

Zro­biło się późne popo­łu­dnie, kiedy pod­ska­ki­wa­łam na wybo­jach wąskiego, krę­tego traktu pro­wa­dzą­cego na połu­dnie i wschód przez las do Wight. Nie mogłam dotrzeć dalej, bo droga koń­czy się ślepo, a nie­całe sześć­dzie­siąt metrów od domu jest miej­sce, gdzie można zawró­cić. Zapar­ko­wa­łam tam i prze­szłam przez nie­po­ko­jąco chy­bo­tliwy drew­niany mostek, który spina brzegi bez­i­mien­nego potoku wypły­wa­ją­cego z Ram­swool Pond i łączą­cego się z innymi stru­mie­niami, które płyną do Vau­ghn's Hol­low, żeby jakieś osiem­set metrów dalej wpaść do Briggs Pond. Więk­szość rosną­cych tutaj drzew to dęby takiego czy innego gatunku, uroz­ma­icone sosnami, hiko­rami i czer­wo­nymi klo­nami. Ich gałę­zie rzu­cają dłu­gie cie­nie na czy­stą, wolno pły­nącą wodę. Zaro­śnięte brzegi są pełne cuch­ną­cej skupni o mię­si­stych, fio­le­to­wych kwia­tach przy­wa­bia­ją­cych osy i widel­nice. Zauwa­ży­łam, że świa­tło dzienne gaśnie, więc przy­śpie­szy­łam kroku.

Chcia­ła­bym powie­dzieć, że w ciągu dwóch godzin, które spę­dzi­łam, mysz­ku­jąc po domu, poczu­łam nie­po­ko­jącą nad­na­tu­ralną obec­ność, demo­niczne czy nad­przy­ro­dzone zagro­że­nie, albo że byłam świad­kiem cze­goś, czego teraz nie jestem w sta­nie wyja­śnić. Gdyby tak się stało, przed­mowa z pew­no­ścią byłaby dużo bar­dziej inte­re­su­jąca. Ale prawda jest taka, że nic się nie wyda­rzyło. Poza ogól­nym wra­że­niem samot­no­ści i lek­kiej melan­cho­lii, którą zawsze budziły we mnie takie miej­sca, nie poczu­łam zupeł­nie nic. Naprawdę spo­dzie­wa­łam się, że ta wizyta będzie nie­po­ko­jąca, i nawet roz­wa­ża­łam odło­że­nie jej o tydzień, żeby mógł mi towa­rzy­szyć mąż.

Pan Blan­chard przy­słał mi pocztą klu­cze, więc weszłam do środka i ruszy­łam kolejno przez wszyst­kie pokoje. Dom na­dal był w pełni ume­blo­wany naj­róż­niej­szymi anty­kami i gra­tami, tak jak wtedy, gdy zamiesz­kała w nim Sarah. Zoba­czy­łam maszynę do pisa­nia, na któ­rej powstał jej ręko­pis, tę samą, któ­rej podobno użyto do wypro­du­ko­wa­nia zna­le­zio­nego przez nią star­szego maszy­no­pisu. Weszłam na małe pod­da­sze, które według Sary słu­żyło jako pra­cow­nia malarce Con­stance Hop­kins po jej powro­cie z Los Ange­les3. Dom był zimny, wil­gotny i pach­niał stę­chli­zną, ale nie

nie bar­dziej ani mniej niż każdy inny bar­dzo stary dom wznie­siony na bagni­stym tere­nie i nie­za­miesz­kany przez wiele mie­sięcy.

Nie weszłam do ogrom­nej piw­nicy, ponie­waż zapo­mnia­łam latarki, a Blan­chard nie zadał sobie trudu, żeby włą­czyć prąd na czas mojej krót­kiej wizyty. Wyznam jed­nak, że bar­dzo chcia­łam zejść po tych kru­szą­cych się scho­dach i zoba­czyć, ile prawdy jest w tym, co Sarah napi­sała o prze­strzeni pod domem. Wydaje mi się, że sta­nowi ona ważną część całej histo­rii. Zatrzy­ma­łam się przy drzwiach piw­nicy, nawet je otwo­rzy­łam i spoj­rza­łam w dół w tę gęstą, budzącą grozę ciem­ność i poczu­łam cuch­nące powie­trze pły­nące z dołu. Jed­nak ani tro­chę nie wsty­dzę się przy­znać, że nie byli­by­ście w sta­nie zapła­cić mi dosta­tecz­nie dużo, żebym zeszła tam sama. Piw­nica jest tajem­nicą, którą zosta­wię komuś innemu do roz­wią­za­nia, bar­dziej nie­ustra­szo­nej duszy, kan­dy­datce na nową Larę Croft czy Indianę Jonesa.

Póź­niej zaj­rza­łam jesz­cze do walą­cej się sto­doły i kilku innych zabu­do­wań gospo­dar­czych, a następ­nie ruszy­łam wzdłuż murku z kamieni polnych znaj­du­ją­cego się w odle­gło­ści około sie­dem­dzie­się­ciu metrów od ogrom­nego czer­wo­nego dębu4, który tak bar­dzo przy­czy­nił się do fatal­nej obse­sji Sary Crowe. Po dro­dze zauwa­ży­łam, że wie­lo­krot­nie wspo­mi­nany przez Sarę wyłom w murze został napra­wiony. Drzewo i to, co obok niego zna­la­złam, zro­biło na mnie dużo więk­sze wra­że­nie niż dom i oko­lica. Choć Sarah mogła mieć halu­cy­na­cje, coś sobie wyobra­żać albo wyol­brzy­miać swoje prze­ży­cia na far­mie Wight, zapew­niam, że ani tro­chę nie prze­sa­dziła w opi­sie impo­nu­ją­cego drzewa. Ma ono co naj­mniej czter­dzie­ści metrów wyso­ko­ści, a pień u pod­stawy z pew­no­ścią dwa metry w obwo­dzie5, przez

co inne drzewa w pobliżu wydają się kar­ło­wate. Nie będę tutaj tra­cić czasu na opi­sy­wa­nie samego dębu, jako że Sara zro­biła to w swoim ręko­pi­sie o wiele lepiej, niż ja bym potra­fiła. Tam­tego dnia gałę­zie bar­dzo posęp­nie i surowo ryso­wały się na tle kwiet­nio­wego nieba mimo rado­snej mgiełki nowych liści. Z dru­giej strony źró­dłem tego wra­że­nie były raczej moje ocze­ki­wa­nia niż obiek­tywne cechy samego drzewa. Tu i ówdzie w korze wyryto imiona i daty. Naj­star­sze, które zauwa­ży­łam, pocho­dziły z roku 1888 (Sarah rów­nież o nich wspo­mniała), ale mogłam prze­oczyć dużo star­sze graf­fiti.

Wokół powy­krę­ca­nych korzeni zna­la­złam wiele dzie­siąt­ków małych cera­micz­nych figu­rek, głów­nie z rodzaju tych, które dostaje się gra­tis w pudeł­kach her­baty Red Rose6. Zwie­rzęta, cyr­kow­ców i posta­cie z dzie­cię­cych koły­sa­nek usta­wiono na sęka­tych korze­niach, wci­śnięto w pęk­nię­cia kory albo uło­żono na mchu wokół dębu. Był to nie­ocze­ki­wany i zaska­ku­jący widok. Sta­łam tam przez jakiś czas, przy­glą­da­jąc się sta­tu­et­kom. Nie wzię­łam ze sobą żad­nej z nich, nawet ich nie dotknę­łam. Pomy­śla­łam, że może zosta­wiły je wnuki Blan­char­dów, które czę­sto odwie­dzały farmę i zapusz­czały się aż tutaj. W małych cera­micz­nych zwie­rząt­kach, o któ­rych Sarah Crowe ani razu nie wspo­mniała w swoim maszy­no­pi­sie, było coś, co koja­rzyło się ze świą­ty­nią albo reli­kwia­rzem. Przy­pusz­czam, że umiesz­czono je tutaj po jej śmierci. Tam­tego ranka zapo­mnia­łam apa­ratu foto­gra­ficz­nego, więc jestem zmu­szona pole­gać na pamięci, ale dwie figurki widzę nawet teraz cał­kiem wyraź­nie: kró­lika w kolo­rze sepii i różo­wego dzika, obie pocho­dzące z pierw­szej ame­ry­kań­skiej serii posąż­ków ofe­ro­wa­nych przez Red Rose Tea (1983-1985). Nie­stety szybko nad­cią­gał zmierzch, a ja mia­łam jesz­cze do poko­na­nia roz­chwiany mostek i wybo­istą grun­tową drogę pro­wa­dzącą do Barbs Hill Road i Mos­sup Val­ley. Kiedy dotar­łam do jeepa, powie­trze wypeł­niły nie­sa­mo­wite nawo­ły­wa­nia sów i innych noc­nych pta­ków, więc byłam zado­wo­lona, że nie zwle­ka­łam dłu­żej przy czer­wo­nym dębie. Wró­ci­łam do Nowego Jorku około dwu­dzie­stej dru­giej trzy­dzie­ści.

I to była moja piel­grzymka, należ­ność, którą musia­łam zapła­cić za przy­wi­lej napi­sa­nia tego wstępu. I teraz, kiedy go napi­sa­łam, dzień wydaje się jesz­cze bar­dziej nijaki i roz­cza­ro­wu­jący. Tajem­nica ostat­nich mie­sięcy życia Sary, czer­wony dąb i maszy­no­pis, który zosta­wiła, znaj­dują się na następ­nych stro­ni­cach, a nie w rela­cji o mojej wizy­cie na far­mie Wight.

Muszę rów­nież wyznać, że na­dal nie w pełni rozu­miem oko­licz­no­ści, które dopro­wa­dziły do tego, że ten dziwny ręko­pis wylą­do­wał na moim biurku zale­d­wie mie­siąc po jej pogrze­bie. Owi­nięty w brą­zowy papier do pako­wa­nia, miał nakle­jony zna­czek pocz­towy z Pro­vi­dence, ale żad­nego adresu zwrot­nego. Nie towa­rzy­szył mu żaden list, ani jedno słowo wyja­śnie­nia. Byłam redak­torką Sary przy dwóch powie­ściach i uwa­ża­łam ją jeśli nie za bli­ską przy­ja­ciółkę, to przy­naj­mniej za dobrą zna­jomą, więc część mnie pra­gnęła, żeby cała rzecz oka­zała się jedy­nie wymyślną misty­fi­ka­cją.

Ale kiedy czy­ta­łam tekst, roz­po­zna­wa­łam ją na każ­dej stro­nie. Nawet gdyby z jakie­goś powodu inny autor naśla­do­wał jej styl, więk­szość stron zawie­rała uwagi i korekty wpro­wa­dzone cha­rak­te­rem pisma Sary. Mimo to dałam ręko­pis do zba­da­nia gra­fo­lo­gowi ze sto­sow­nym cer­ty­fi­ka­tem, a on stwier­dził bez żad­nych wąt­pli­wo­ści, że Sarah Crowe jest autorką co naj­mniej odręcz­nie napi­sa­nych frag­men­tów. Odkry­łam rów­nież na kilku stro­nach wyraźne odci­ski pal­ców, zro­bio­nych przy­pusz­czal­nie przy zmia­nie taśmy w sta­rej maszy­nie do pisa­nia. Prze­ka­za­łam je do zba­da­nia pry­wat­nemu detek­ty­wowi (nazwi­sko zastrze­żone na jego prośbę). I tutaj rów­nież wyniki były pozy­tywne. Tak więc nie­za­leż­nie od tego, czy Sarah rze­czy­wi­ście stwo­rzyła Czer­wone drzewo, nie­wąt­pli­wie doty­kała maszy­no­pisu i robiła na nim notatki. Ergo, jeśli jest to misterne fał­szer­stwo, ona dosłow­nie przy­ło­żyła do niego rękę.

Ostat­niego lata swo­jego życia Sarah Crowe miesz­kała w odosob­nie­niu i rzadko nawią­zy­wała kon­takt z ludźmi. Kilka tele­fo­nów do agentki, tro­chę maili do mnie z prośbą o prze­dłu­że­nie ter­minu odda­nia ni­gdy nie­do­koń­czo­nej powie­ści. Sarah stała się, podob­nie jak boha­terki jej powie­ści, udrę­czoną kobietą, która coraz bar­dziej zamy­kała się w sobie, odci­nała od świata, pogrą­żała w depre­sji i uro­je­niach. Miesz­kanka Połu­dnia (która czę­sto twier­dziła, że Połu­dnia nie­na­wi­dzi) nagle ucie­kła do wiej­skiego Rhode Island, być może w poszu­ki­wa­niu nowego początku. Może zamknię­cia tego, co uwa­żała za cha­otyczne, zmar­no­wane życie. W Czer­wo­nym drze­wie nie ma kon­kret­nego, roz­strzy­ga­ją­cego zakoń­cze­nia, a jedy­nie iry­tu­jące alu­zje. Wiemy, że u Sary zdia­gno­zo­wano chro­niczne zabu­rze­nia neu­ro­lo­giczne, które powo­do­wały napady padacz­kowe i mogły być formą epi­lep­sji. Wiemy, że jej burz­liwy zwią­zek z "Amandą Tyrell"7 źle się skoń­czył i Sarah obwi­niała sie­bie, że nie udało się jej ura­to­wać kochanki. Wiemy, że nie była w sta­nie napi­sać powie­ści, na którą zawarła umowę, i że w końcu zamiast niej zaczęła pisać Czer­wone drzewo w for­mie dzien­nika. Kie­dyś towa­rzy­ska i otwarta, pod koniec stała się wyco­fana i skryta. Rzadko widy­wali ją jedy­nie Blan­char­do­wie albo miesz­kańcy Mos­sup Val­ley. Wiemy, jak umarła, wiemy, że koro­ner stwier­dził samo­bój­stwo. Wiemy, że Sarah zawsze gar­dziła swoją pracą i mówiła o niej na przy­kład: "nudne, kiep­skie dzien­nikarstwo(?)"8 i "bred­nie"9. I wiemy, że na ogół pozy­tywne recen­zje i pochwały kole­gów po pió­rze nie zmie­niały jej opi­nii, którą w dodatku chyba wzmac­niała kiep­ska sprze­daż jej powie­ści. W rezul­ta­cie surowy zbiór fak­tów do niczego nie pro­wa­dzi i jest kiep­skim spo­so­bem na pod­su­mo­wa­nie czy­je­goś życia. Z dru­giej strony muszę sobie przy­po­mi­nać, że nie piszę mowy pogrze­bo­wej, tylko wstęp do bar­dzo dziw­nej książki.

Jak już wspo­mnia­łam, tego samego dnia, kiedy odwie­dzi­łam farmę Wight, zaj­rza­łam rów­nież do Tyler Free Library w Mos­sup Val­ley. Ten mały biały budy­nek znaj­duje się nie­całe czte­ry­sta metrów na pół­nocny wschód od sta­rej farmy, a wie­dzia­łam, że w ostat­nich mie­sią­cach Sarah kilka razy go odwie­dzała. Przede wszyst­kim jed­nak byłam cie­kawa, czy w skrom­nej pro­win­cjo­nal­nej biblio­tece są jakieś jej książki. Cze­kało mnie miłe zasko­cze­nie, kiedy zna­la­złam na pół­kach jeden egzem­plarz jej dru­giego

zbioru opo­wia­dań Ciche bunty10. Zanio­słam ją do stołu i prze­kart­ko­wa­łam, tro­chę zawsty­dzona, że choć jestem obecną redak­torką Sary, ni­gdy nie prze­czy­ta­łam żad­nej z jej krót­kich form. Zano­to­wa­łam sobie w pamięci, żeby kupić tę książkę, kiedy tylko wrócę na Man­hat­tan, i już mia­łam odsta­wić ją na półkę, gdy na jed­nej z pustych stron koń­co­wych zoba­czy­łam słowa skre­ślone ręką Sary (nie­bie­skim atra­men­tem). Sie­dzia­łam przez kilka minut, przy­glą­da­jąc się tym krót­kim zda­niom, które brzmiały po pro­stu: "Żart ci się nie udał. Ale pro­szę, nie pró­buj brać tego zbyt oso­bi­ście. Pod­pi­sane, autor (7/18/08)".

Tam­tego dnia te słowa wyda­wały się dziwne i zabawne, jeśli ktoś zna szorst­kie poczu­cie humoru Sary, zwy­kle umniej­sza­ją­cej swoją war­tość. I rów­nież tro­chę smutne, że zale­d­wie parę tygo­dni przed samo­bój­stwem Sarah poświę­ciła chwilę na zbez­czesz­cze­nie biblio­tecz­nego egzem­pla­rza swo­jej książki, którą gar­dziła, o czym wie­lo­krot­nie publicz­nie i pry­wat­nie zapew­niała. Teraz się zasta­na­wiam, czy tym aktem wan­da­li­zmu nie dostar­czyła nam epi­grafu, który odno­sił się zarówno do Czer­wo­nego drzewa, jak i całej jej pisar­skiej kariery. A może nawet całego życia, gdyby ktoś potra­fił spoj­rzeć na nie z jej wyjąt­ko­wej per­spek­tywy.

Ostat­nie słowo: maszy­no­pis, który dosta­łam, nie był podzie­lony na roz­działy, lecz sta­no­wił jedną cią­głą nar­ra­cję. Ja sama, tro­chę arbi­tral­nie, doko­na­łam podziału ze względu na czy­tel­ność. Doda­łam rów­nież posło­wie, wyją­tek z powie­ści Sary Długa droga do poranka. Uzna­łam ten tytuł za trafny komen­tarz i zapo­wiedź tego, co będzie dalej.

Sha­ron D. Hal­pe­rin 4 paź­dzier­nika 2009 Nowy Jork

7 maja 2008 (środa, 9:38)

Pra­wie się obu­dzi­łam i zaczy­nam drugi kubek kawy, sie­dząc przy kuchen­nym stole i pisząc te słowa w koło­no­tat­niku, który naby­łam w Coven­try tro­chę ponad tydzień temu. W rze­czy­wi­sto­ści kupi­łam go po namy­śle, z nie­ja­snym posta­no­wie­niem, że może zacznę pro­wa­dzić dzien­nik albo spi­sy­wać listę pta­ków, dzi­kich zwie­rząt i węży, które zoba­czę w oko­licy. Czy coś w tym rodzaju. Do tego ranka nawet nie wyję­łam go z brą­zo­wej papie­ro­wej torby. Zeszłej nocy były grzmoty, rano gęsta mgła, ale z tego okna się­gam wzro­kiem aż do znaj­du­ją­cego się na pół­nocy zala­nego kamie­nio­łomu, który miej­scowi nazy­wają Ram­swool Pond. Staw znaj­duje się jakieś dzie­więć­dzie­siąt metrów od domu, za dwoma wszech­obec­nymi mur­kami z kamieni polnych. Jesz­cze nie zada­łam sobie trudu pój­ścia w tamtą stronę, bo nie zauwa­ży­łam żad­nej ścieżki, a jedy­nie bluszcz, wino­rośl i dzi­kie róże. Widziana stąd woda ma kolor łupka, tak samo mono­ton­nie ciem­no­szara, w obra­mo­wa­niu z zie­lo­nych gałęzi, żółtobrą­zo­wej trawy i oło­wia­nego nieba. Sądząc po tym, jak migo­cze, domy­ślam się, że chłosz­cze ją wiatr, wzbu­dza­jąc małe falki na powierzchni. Gospo­darz - Sam Blan­chard - powie­dział mi, że staw kie­dyś był kamie­nio­ło­mem, w któ­rym od lat dwu­dzie­stych do pięć­dzie­sią­tych czy sześć­dzie­sią­tych wydo­by­wano gra­nit. Opusz­czona kopal­nia została póź­niej zalana przez wody grun­towe, które stop­niowo wypeł­niały wielką, brzydką ranę w ziemi zosta­wioną przez ludzi i ich maszyny. Nie mam poję­cia, jak głę­boki jest ten zbior­nik, ale domy­ślam się, że dosyć głę­boki. Przy­pusz­czam, że w gorące let­nie dni staje się miej­scem do pły­wa­nia i może ktoś zadał sobie trud, żeby go zary­bić. Ale znowu to tylko domy­sły. I to nie jest gorący letni dzień, tylko chłodny, mgli­sty ranek z początku maja. Wyobra­żam sobie, że jele­nie scho­dzą nad staw, żeby się napić. Szopy pra­cze i skunksy. Lasy wokół sta­rej farmy są pełne jeleni, a ja sły­sza­łam, że są w nich nawet rysie i niedź­wie­dzie.

Nic nie napi­sa­łam, zupeł­nie nic, odkąd opu­ści­łam Atlantę i przy­je­cha­łam do Rhode Island, a prawda jest taka, że nawet nie pró­bo­wa­łam. Odkąd skoń­czy­łam ostat­nie opo­wia­da­nie, nie napi­sa­łam nic war­tego wspo­mnie­nia, co ozna­cza, że od tam­tej pory minęło jakieś sie­dem mie­sięcy. Ponad pół roku prze­le­ciało bez­pow­rot­nie. Tyle czasu wypeł­niło puste, zmar­no­wane dni, jak woda koloru łupka stary kamie­nio­łom. Nawet nie roz­pa­ko­wa­łam piór, więc uży­wam żół­tego ołówka nr 2, który zna­la­złam w jed­nej z kuchen­nych sza­fek. Od szkoły pod­sta­wo­wej nie­na­wi­dzi­łam pisa­nia ołów­kami, wnę­trze dłoni już mia­łam ubru­dzone gra­fi­tem. Z różo­wej gumki do ście­ra­nia pra­wie nic nie zostało, ale leniwe kobiety biorą wszystko, co im się trafi.

Kawa jest gorzka i dobra, ale mam ochotę na papie­rosa. Gdy tak sie­dzę i patrzę w stronę Ram­swool Pond poprzez gęstwinę chwa­stów i mło­dych drze­wek rosną­cych za sta­rym budyn­kiem farmy, sen zaczyna blak­nąć, wypa­lać się jak mgła, która znik­nie za godzinę. I nie będę kła­mać. Cie­szę się z tego. Do dia­bła, była­bym nawet wdzięczna, gdyby ist­niał ktoś, w kogo na tyle bym wie­rzyła, żeby wyra­zić mu podzię­ko­wa­nia. W końcu wyję­łam notat­nik ze skle­po­wej torby, zna­la­złam ołó­wek i usia­dłam przy stole, żeby spi­sać wszystko, co zapa­mię­ta­łam z tego snu, i teraz jestem zado­wo­lona, że jedyne, co pamię­tam, to prze­lotne obrazy i wra­że­nia. Raczej uczu­cia, które wzbu­dził we mnie nocny kosz­mar, niż to, co rze­czy­wi­ście się w nim wyda­rzyło. Tak, oczy­wi­ście, ten sen był kosz­marem. Teraz wszyst­kie nimi są. Minęło dużo, dużo czasu, odkąd mia­łam tego rodzaju sen, a jesz­cze wię­cej czasu upły­nęło, odkąd napi­sa­łam coś war­tego czy­ta­nia.

Cza­sami ran­kiem albo wie­czo­rem z lasu wycho­dzą jele­nie, żeby paść się bli­sko domu, a ja sie­dzę i je obser­wuję. Zadzi­wiają mnie. Spę­dzi­łam życie w cemen­to­wej dżun­gli połu­dnio­wych miast, gdzie za dzi­kie zwie­rzęta ucho­dzą gołę­bie, wie­wiórki i cza­sami oposy. Obser­wu­jąc teraz jele­nie, wciąż czuję, że są świa­dome mojej obec­no­ści, obcych oczu. Są ner­wo­wymi, czuj­nymi isto­tami, goto­wymi w każ­dej chwili czmych­nąć pod osłonę dębów, sosen i wyso­kiej trawy w kolo­rze słomy, z powro­tem w ocie­nione, sekretne miej­sca, gdzie nie zdo­łam ich wypa­trzyć. Tego ranka jed­nak nie ma żad­nych jeleni, ale wcze­śniej, zanim zaczę­łam pisać, widzia­łam tłu­stego świ­staka, jak drep­tał obok sto­doły. Są tutaj kró­liki, praw­dziwa plaga kró­li­ków, dostrze­głam rów­nież jastrzę­bie i błę­kit­niki. Kilka dni temu zoba­czy­łam gro­madę indy­ków. Nie mia­łam poję­cia, że jest to okre­śle­nie stada indy­ków, póki nie spraw­dzi­łam w Inter­ne­cie. Chmara bażan­tów, rój wron i gro­mada indy­ków. Chyba że są nie­doj­rzałe, wtedy nazywa się je lęgiem.

I oto jestem na trze­ciej stro­nie notat­nika, wnę­trze dłoni mam popla­mione na szaro, a o kosz­ma­rze nie powie­dzia­łam zbyt wiele. Zwle­kam czy on po pro­stu nie obcho­dzi mnie na tyle, żeby zawra­cać sobie nim głowę? Zblakł tak bar­dzo, że nie mogę przy­po­mnieć sobie szcze­gó­łów? Niczym spe­cjal­nym się nie wyróż­niał, nale­żał do tych nor­mal­nych, był kolejną wer­sją wie­czoru, kiedy Amanda w końcu mnie zosta­wiła. Śniło mi się chyba z tysiąc warian­tów tam­tej nocy. Cza­sami ona nie odcho­dzi. Cza­sami nie mówi mi, że nie moja sprawa, dokąd ona się wybiera. Cza­sami nie umiera. Ale w jakiś spo­sób nawet takie sny są kosz­ma­rami. Może pod­świa­do­mie wiem, że to kłam­stwa. Jest tylko jedna prawda, jedna jedyna, a cała reszta to tylko mój cho­lerny żal i pra­gnie­nie, żeby wszystko roze­grało się ina­czej.

Pod­czas gdy tu sie­dzia­łam i spi­sy­wa­łam te bła­hostki, mgła tro­chę zrze­dła i jed­no­cze­śnie prze­nio­sła się nad bliż­szy koniec Ram­swool Pond. Już nie widzę wyraź­nie falek prze­miesz­cza­ją­cych się po powierzchni zala­nego kamie­nio­łomu. Lecz wiatr poru­sza liśćmi i zaro­ślami, więc wiem, że te małe fale na­dal tam są. I teraz chyba wiem, o czym zamie­rzam napi­sać zamiast o złym śnie. Może prze­leję go na papier po jego następ­nej nie­unik­nio­nej mody­fi­ka­cji. On może pocze­kać. Staw przy­po­mniał mi o czymś, o czym nie myśla­łam od bar­dzo dawna, i wła­śnie o tym napi­szę. Kiedy przy­niosę sobie trzeci kubek kawy.

Więk­szą część dzie­ciń­stwa i nasto­let­nie lata prze­cier­pia­łam w małym mia­steczku leżą­cym pięt­na­ście mil na wschód od Bir­ming­ham w Ala­ba­mie. W latach sie­dem­dzie­sią­tych upar­cie trwało ono przy czter­dzie­stych i pięć­dzie­sią­tych. Trzy­mało się ich kur­czowo, pod­czas gdy świat pędził naprzód. Udzie­la­łam wywia­dów, w któ­rych żar­to­wa­łam z The Andy Grif­fith Show i tym podob­nych, nazy­wa­jąc swoje "mia­sto rodzinne" Hoote­rville, Dogpatch albo May­berry. Nie tak znowu nie­cel­nie, choć mogło to brzmieć zło­śli­wie. Mówiono mi, że biblio­teka publiczna w mia­steczku usu­nęła moje książki z pó­łek, kiedy coś w tym rodzaju powie­dzia­łam w wywia­dzie dla "Atlanta Jour­nal-Con­sti­tu­tion". Mniej­sza o to. Pie­przyć ich, jeśli nie potra­fią przy­jąć żartu... albo sta­wić czoła praw­dzie. Ale odbie­gam od tematu. Zawsze odbie­gam od tematu. To moja super­moc. Jakiś dupek z "New York Times Book Review" stwier­dził kie­dyś, że moje powie­ści bar­dzo by zyskały, gdyby "wydawca zechciał okieł­znać nie­for­tunną skłon­ność autorki do dygre­sji". Albo jakoś tak. Chyba nie powin­nam uży­wać cudzy­słowu, kiedy zamiesz­czam cytat wydo­byty z zawod­nej pamięci.

W każ­dym razie kilka mil od mojego domu znaj­do­wała się stara kopal­nia czertu, od dawna opusz­czona i zalana, podob­nie jak Ram­swool Pond. Cho­dzi­łam do tego wyro­bi­ska bez nazwy, o któ­rej bym sły­szała. Naj­czę­ściej cho­dzi­łam tam sama, cza­sami żeby szu­kać try­lo­bi­tów i ska­mie­nia­łych liliow­ców, cza­sami, żeby wrzu­cać kamie­nie do wody, kop­cić papie­rosy albo strze­lać z wia­trówki, a cza­sami żeby po pro­stu uciec na chwilę przed matką, ojcem i młod­szą sio­strą. Z tam­tym miej­scem wią­zało się wiele róż­nych lokal­nych opo­wie­ści i legend. Podobno w cza­sach pro­hi­bi­cji prze­myt­nicy alko­holu zało­żyli w nim desty­lar­nię, co skoń­czyło się strze­la­niną mię­dzy bim­brow­ni­kami a ludźmi z urzędu skar­bo­wego. Nie­ostrożni pły­wacy tonęli w zie­lon­ka­wych, męt­nych wodach. Nie­któ­rzy miesz­kańcy twier­dzili, że kopal­nia ma połą­cze­nie z pod­ziemną rzeką i że gdzieś tam w dole pły­wają gigan­tyczne ludo­żer­cze sala­man­dry, wiel­kie sumy i cho­lera wie co jesz­cze. Mówiono, że zło­dzieje samo­cho­dów topią tam ogo­ło­cone wraki, a ja w to wie­rzy­łam, bo tu i ówdzie pod powierzch­nią wody można było dostrzec zardze­wiałą maskę albo dach pic­kupa. Nie pamię­tam wszyst­kich tych histo­rii, tak dużo ich krą­żyło, ale sądzę, że wła­śnie wtedy po raz pierw­szy opo­wie­dzia­łam swoją.

Był koniec lata 1977 roku, za parę tygo­dni zaczy­na­łam szkołę śred­nią. Chwi­leczkę. Muszę poszu­kać noża i znowu naostrzyć ten cho­lerny ołó­wek. Okay, ołó­wek naostrzony. A więc lato 1977, w radiu Hotel Cali­for­nia The Eagles, How Deep Is Your Love Bee Gees i Blin­ded by the Light Man­freda Manna... całe to gówno, choć ja głów­nie słu­cha­łam Pink Floy­dów i Davida Bowiego. Pre­zy­den­tem był Car­ter. W tele­wi­zji naj­bar­dziej lubi­łam pro­gramy: The Bio­nic Woman i The Rock­ford Files. Wie­dzia­łam, że pójdę do pie­kła, bo bar­dzo durzy­łam się w Lind­say Wagner.

No i znowu dygre­sja. Tak czy ina­czej, jestem cał­kiem pewna, że w tam­ten sierp­niowy dzień szu­ka­łam try­lo­bi­tów, bo wysła­łam ich tro­chę do sta­no­wego insty­tutu geo­lo­gicz­nego w Tosca­lo­osa i dosta­łam w odpo­wie­dzi list z prośbą, czy mogła­bym przy­słać ich wię­cej. Co ozna­czało, że muszę je naj­pierw zna­leźć. Lata póź­niej pewna pale­on­to­log z Bir­ming­ham opi­sała moje try­lo­bity jako nowe gatunki i nazwała je na moją cześć Grif­fi­thi­des cro­weii, mam nadzieję, że dobrze to napi­sa­łam. Wtedy po raz pierw­szy otar­łam się o sławę, choć wąt­pię, czy ktoś "w domu" o tym wie­dział. W tam­tym cza­sie opu­ści­łam May­berry i zamiesz­ka­łam z przy­ja­ciółką w Nashville, ale pani pale­on­to­log mnie wytro­piła i przy­słała egzem­plarz swo­jego arty­kułu nauko­wego. Nazy­wała się Mat­thews, Esther Mat­thews, chyba. Na­dal gdzieś mam tę pracę. I jed­nego try­lo­bita. Pra­wie tak duży jak mój kciuk, lśniący mie­dziano robak zato­piony w brą­zowo-poma­rań­czo­wym czer­cie. Jak wyzna­łam w dwóch albo trzech wywia­dach, zamiast zostać pisarką poszła­bym na geo­lo­gię albo pale­on­to­logię, gdy­bym była dobra z matmy. To zna­czy gdy­bym w ogóle miała "powo­ła­nie". Skoń­czy­łam kilka kur­sów w col­lege'u, a teraz duża część lite­ra­tury faktu, którą czy­tam, to książki z dzie­dziny pale­on­to­logii i histo­rii Ziemi. Czę­sto śnię o poszu­ki­wa­niu ska­mie­lin, więc moż­liwe, że to moja pod­świa­do­mość stara się upo­rać z żalem. Ale, hej, przy­naj­mniej mam tego try­lo­bita.

Znowu zaczęło padać. Pew­nie tak będzie przez cały pie­przony dzień.

W tamto sierp­niowe popo­łu­dnie trzy­dzie­ści lat temu musiało być w cie­niu ze trzy­dzie­ści dzie­więć stopni. Wdra­py­wa­łam się po stro­mych, pokru­szo­nych zbo­czach, odwra­ca­łam kawały twar­dego kamie­nia, roz­łu­py­wa­łam je młot­kiem, który kie­dyś nale­żał do mojego dziadka, ale nie znaj­do­wa­łam niczego cie­ka­wego - muszle, korale, liliowce, ale żad­nych try­lo­bi­tów - pew­nie marzy­łam o zim­nej coca-coli, Moun­tain Dew albo o czymś takim. Może myśla­łam o zdję­ciu dżin­sów i zary­zy­ko­wa­niu spo­tka­nia z gigan­tycz­nym sumem albo o pod­da­niu się i powro­cie przez kudzu do miej­sca, gdzie zosta­wi­łam rower.

Rower, tak przy oka­zji, w dużej mie­rze przy­po­mi­nał samo mia­steczko. Wła­ści­wie nale­żał do mojej matki, kiedy była dziew­czynką w latach pięć­dzie­sią­tych. Cęt­ko­wany rdzą i obła­żącą nie­bie­ską farbą, miał sio­dełko, które spa­dało za każ­dym razem, gdy tra­fiło się na wybój albo kra­węż­nik. Nie mam poję­cia, co się z nim stało.

W każ­dym razie kuca­łam na samej linii wody, na wąskiej, pokry­tej mchem półce oto­czo­nej przez pałki i takie tam, spo­cona jak świ­nia, załza­wio­nymi oczami wypa­tru­jąc moka­sy­nów i jed­no­cze­śnie try­lo­bi­tów. Musia­łam coś usły­szeć, może nagły plusk, kiedy spło­szy­łam żabę albo coś innego, bo pod­nio­słam wzrok. Po dru­giej stro­nie wyro­bi­ska, dokład­nie na wprost mnie, w odle­gło­ści dwu­na­stu albo pięt­na­stu metrów zoba­czy­łam dziew­czynę sto­jącą w trzci­nach, po kolana w błot­ni­stej wodzie, nagą jak w chwili naro­dzin. Wpa­try­wała się we mnie, a ja po pro­stu zamar­łam jak wystra­szony jeleń tuż przed sko­kiem w las. Pamię­tam, że dziew­czyna miała naj­czar­niej­sze włosy, jakie w życiu widzia­łam, jak atra­ment, a nie znaj­do­wa­łam się aż tak daleko, by nie zauwa­żyć, że jest ładna, to zna­czy cho­ler­nie, nie­ziem­sko piękna, a nie tylko taka, która ucho­dzi­łaby za ładną w małym mia­steczku w Ala­ba­mie. Ja mia­łam czter­na­ście lat i wła­śnie zaczy­na­łam podej­rze­wać, że jestem lesbą, ona tam była, a ja mogłam jedy­nie stać kom­plet­nie bez ruchu i patrzeć. Myśla­łam: "Dla­czego cię nie znam? Dla­czego nie widzia­łam cię wcze­śniej?". Bo wszy­scy w mia­steczku się znali, przy­naj­mniej z widze­nia. A gdy­bym wcze­śniej gdzieś ją widziała, to jasne jak cho­lera, że bym jej nie zapo­mniała. Może się uśmie­chała, ale nie jestem pewna. W ustach mia­łam tak sucho, że na­dal pamię­tam tę suchość, ści­śnięte gar­dło i serce dud­niące w piersi jak prze­klęty kocioł. I wtedy ona zro­biła krok albo dwa w moją stronę, uno­sząc ręce jakby chciała mnie uści­skać albo coś, a woda się­gnęła jej do pasa, zakry­wa­jąc heba­nowy trój­kąt.

Wtedy mia­łam cho­ler­nie mało punk­tów odnie­sie­nia, ale teraz wska­za­ła­bym na pre­ra­fa­elic­kich albo wik­to­riań­skich mala­rzy. Oni znali kobiety o twa­rzach takich jak jej, znali je albo wymy­ślali. Umiesz­czali je na płót­nie. W szcze­gól­no­ści wska­za­ła­bym na The Kel­pie Tho­masa Mil­lie Dowa, który po raz pierw­szy zoba­czy­łam w col­lege'u lata po tam­tym popo­łu­dniu w kamie­nio­ło­mie i który na­dal przy­pra­wia mnie o nie­po­kój.

Kiedy woda się­gnęła jej do piersi, dziew­czyna musiała tra­fić na spa­dek. Wyro­bi­sko miało co naj­mniej trzy­dzie­ści metrów głę­bo­ko­ści, zato­pione zbo­cza były bar­dzo strome. W więk­szo­ści miejsc szybko zaczy­nała się głę­bia. Nie­zna­joma zro­biła kolejny krok do przodu i poszła na dno jak kamień. Tam, gdzie przed chwilą się znaj­do­wała, powstał mały wir, ale powierzch­nia szybko się wygła­dziła. Ukuc­nę­łam w ocze­ki­wa­niu i przy­się­gam na boga (to żart), cze­ka­łam z pięt­na­ście albo dwa­dzie­ścia minut, aż ona znowu się pojawi. Ale tego nie zro­biła. Nie było też żad­nych pęche­rzy­ków powie­trza. Dziew­czyna po pro­stu weszła do stawu i uto­nęła... znik­nęła. Duszące let­nie powie­trze, które wypeł­niał stały dźwięk cykad, nagle uci­chło, mam na myśli, że tak komplet­nie uci­chło. Może przez kilka minut nie było sły­chać żad­nych owa­dów, żad­nych pta­ków, w ogóle nic. I wtedy sobie uświa­do­mi­łam, że się boję, chyba bar­dziej niż kie­dy­kol­wiek w życiu, a kilka sekund póź­niej ode­zwały się lelki. Dora­sta­jąc na zadu­piu w Ala­ba­mie, można nie znać pre­ra­fa­elic­kich syren, ale wie się, co ozna­cza śpiew tych pta­ków. Zwia­stuny śmierci, złe omeny, psy­cho­pompy itd. Sta­rzy ludzie twier­dzili, że to cho­ler­nie zły znak, choć lelki można usły­szeć w każdy letni wie­czór i pora­nek. W tam­tej kon­kret­nej chwili, cze­ka­jąc, aż naga czar­no­włosa dziew­czyna wynu­rzy się, żeby nabrać powie­trza, słu­cha­jąc całej armii lel­ków pogwiz­du­ją­cych w krza­kach, uwie­rzy­łam w te prze­sądy. Zaczę­łam biec... i nic wię­cej nie pamię­tam. Tylko to, że wró­ci­łam do swo­jego roweru i byłam co naj­mniej w poło­wie drogi do domu, zanim zwol­ni­łam, nie mówiąc o oglą­da­niu się przez ramię. I już ni­gdy nie wró­ci­łam do kamie­nio­łomu, ni­gdy. A on na­dal tam jest, jak przy­pusz­czam.

Tak więc jest to moja jedyna praw­dziwa histo­ria o duchach czy jak ją tam chce­cie nazwać. Moje śro­dowe wyzna­nie na kart­kach notesu z dro­ge­rii. Bez wąt­pie­nia musia­łam doko­nać jakiejś racjo­na­li­za­cji tego, co wtedy zoba­czy­łam. Może dziew­czyna pocho­dziła z innego mia­steczka - Moody, Ode­nville albo Trus­sville - i dla­tego ni­gdy wcze­śniej jej nie widzia­łam. Może popeł­niła samo­bój­stwo, a nie wypły­nęła, bo przy­wią­zała sobie do kostek beto­nowe bloki. Może wypły­nęła, ale ja to prze­ga­pi­łam. Moż­liwe, że cier­pia­łam na halu­cy­na­cje spo­wo­do­wane przez upał.

Teraz pada jesz­cze moc­niej. Już nie widzę łup­ko­wa­tej plamy Ram­swool Pond. Leży gdzieś tam zagu­biony w ten zimny i desz­czowy pora­nek w Rhode Island. W dni takie jak ten mam trud­no­ści z przy­po­mnie­niem sobie, dla­czego, do dia­bła, opu­ści­łam Atlantę. Ale potem przy­po­mi­nam sobie Amandę i całą resztę i ta cho­lerna paskudna pogoda wydaje się niską ceną za zna­le­zie­nie się daleko od naszego sta­rego miesz­ka­nia przy Can­dler Park. Tak, ucie­kam i wła­śnie tutaj ucie­kłam, dzię­kuję bar­dzo. Zamie­ści­łam na Cra­iglist ogło­sze­nie, że szu­kam domu, i jedna rzecz dopro­wa­dziła do następ­nej, połą­czyła cho­lerne kropki i oto tu jestem, z gów­nianą pogodą, mokrymi świ­sta­kami i całą resztą. Żad­nego żalu. Jesz­cze nie. Nuda, tak, kosz­mary i top­nie­jący rachu­nek ban­kowy, ale życie toczy się dalej. W dodatku mam teraz skurcz ręki, więc wystar­czy. Może po pro­stu wsa­dzę notat­nik z powro­tem do torby i wrzucę ją do śmiet­nika, bo teraz naprawdę chcia­ła­bym poprze­stać na sie­dze­niu, piciu kawy i cze­ka­niu, aż pokażą się jele­nie.

9 maja 2008 (pią­tek, 20:47)

Rze­czą, z którą nie umiem sobie pora­dzić, jest nuda. A może mam na myśli samot­ność. Może nie jestem szcze­gól­nie wprawna w odróż­nia­niu tych dwóch sta­nów. Nie musia­łam zaszy­wać się w naj­rza­dziej zalud­nio­nej czę­ści stanu. Łatwo mogłam zna­leźć sobie coś w Pro­vi­dence albo bli­żej morza, na przy­kład w Westerly albo Nar­ra­gan­sett. Jak sądzę, przy­jazd tutaj był impul­sem. W swoim cza­sie wyda­wał się dobrym pomy­słem. Jest tele­wi­zja i Inter­net (dzięki dwóm ante­nom sate­li­tar­nym), mam zapas DVD i CD, komórkę i książki, które zamie­rza­łam prze­czy­tać... cóż, nie­które z nich od lat. Ale miesz­kam tutaj od dwóch tygo­dni i głów­nie po pro­stu wędruję po pose­sji, ni­gdy nie odda­la­jąc się za bar­dzo od domu, albo piję kawę i wyglą­dam przez okno. Albo piję piwo i bur­bon, choć to zabro­nione przy lekach prze­ciw­pa­dacz­ko­wych. Odby­łam kilka dłu­gich prze­jaż­dżek po hrab­stwie South, choć ni­gdy nie prze­pa­da­łam za zwie­dza­niem i wido­kami. W zeszłym tygo­dniu poje­cha­łam aż do Point Judith. Jest tam latar­nia mor­ska, stoły pik­ni­kowe i duży bru­ko­wany par­king, lecz na szczę­ście sezon tury­styczny jesz­cze nie roz­po­czął się w pełni. Przy­jezdni z Con­nec­ti­cut, Mas­sa­chu­setts, New Jer­sey, Nowego Jorku i innych miejsc są jak sta­ro­te­sta­men­towa plaga sza­rań­czy spa­da­jąca na ten stan. Syre­nia pieśń cho­ler­nych plaż. W cza­sie jed­nej z moich wycie­czek widzia­łam naklejkę na zde­rzaku: "Nazy­wają to sezo­nem na tury­stów, więc dla­czego nie możemy do nich strze­lać?". Przy­pusz­czam jed­nak, że całe hrab­stwo South i więk­szość stanu nie­stety jest zależna od docho­dów z tury­styki. Prze­kleń­stwo jest bło­go­sła­wień­stwem jest prze­kleń­stwem. W każ­dym razie usia­dłam przy jed­nym ze sto­łów w Point Judith i patrzy­łam na łodzie rybac­kie łowiące ryby albo homary, kilka żagló­wek kie­ru­ją­cych się na zatokę, na otwarte morze albo na Block Island. Wszę­dzie były mewy, hała­śliwe i ani tro­chę nie­bo­jące się ludzi, co oczy­wi­ście nasu­nęło mi myśl o Hitch­cocku. Trwał odpływ, wiatr niósł zapach podobny do odoru ście­ków.

Wczo­raj poje­cha­łam do Mos­sup Val­ley, które leży kawa­łek na pół­noc stąd, znacz­nie bli­żej Coven­try czy Foster. Zoba­czy­łam biblio­tekę, ale weszłam do niej tylko na chwilę, żeby wziąć ulotkę o jej histo­rii. Nie lubię spę­dzać czasu w biblio­te­kach, podob­nie jak w księ­gar­niach, odkąd przed czter­na­stu laty wyszła moja pierw­sza powieść. Oto frag­ment ulotki: "Histo­ria Tyler Free Library zaczęła się, kiedy miesz­kańcy Mos­sup Val­ley kupili pry­watną kolek­cję Caseya B. Tylera skła­da­jącą się z 2000 ksią­żek i powstała koniecz­ność wznie­sie­nia budynku, który by ją pomie­ścił. Ofi­cjal­nie biblio­tekę zało­żono w stycz­niu 1896 roku i zatrud­niono biblio­te­ka­rza. Otwarto ją 31 marca 1900 i wydano pięt­na­ście kart. Miesz­kańcy upo­rząd­ko­wali książki, a biblio­teka była otwarta w sobot­nie popo­łu­dnia". Dalej prze­czy­ta­łam, że w roku 1965 dość surowy pobie­lony budy­nek prze­nie­siono z jed­nej strony Mos­sup Val­ley Road na drugą, z pół­nocy na połu­dnie. Dla­czego, do dia­bła, prze­pi­suję to całe gówno? A tak, nuda.

Zatrzy­ma­łam się rów­nież w sta­rym skle­pie na Plain Woods Road, żeby kupić papie­rosy i parę innych rze­czy. Znowu palę, co nie uszczę­śli­wi­łoby mojego leka­rza z Atlanty, podob­nie jak whi­sky i piwo. Jak pra­wie wszystko tutaj sklep jest stary i też nosi nazwę Tyler jak biblio­teka. Zawsze dużo sły­sza­łam o tym, jak skryci i mało­mówni są miesz­kańcy Nowej Anglii, zwłasz­cza na takim zadu­piu i zwłasz­cza wobec obcych, lecz albo ten ste­reo­typ jest fał­szywy, albo aku­rat tra­fiam na nie­ty­powo gada­tli­wych Jan­ke­sów. Stara kobieta pra­cu­jąca w Tyler Store powie­działa mi, że sklep zbu­do­wano w 1834 roku, a zachod­nią część dodano dopiero w 1870. Nie pamię­tam więk­szo­ści z tego, co mówiła, ale wie­działa (nie mam poję­cia skąd, pew­nie z jakichś miej­sco­wych plo­tek), że jestem "tą autorką wynaj­mu­jącą starą farmę Wight". Potem stwier­dziła, że szkoda ostat­niego najemcy, a kiedy zapy­ta­łam, co ma na myśli, patrzyła na mnie przez chwilę wiel­kimi oczami powięk­szo­nymi przez trój­o­gni­skowe soczewki.

- Nie wie pani? - zapy­tała.

- Nie wiem.

- W takim razie to nie moja sprawa. Ale niech pani zapyta pana Blan­charda. Ma pani prawo wie­dzieć.

Odpar­łam, że pan Blan­chard, gospo­darz, wyje­chał w spra­wach zwią­za­nych z farmą na zjazd pro­du­cen­tów nawo­zów, kon­fe­ren­cję postrzy­ga­czy owiec albo coś w tym rodzaju i zoba­czę go dopiero za tydzień, a może i póź­niej (mieszka w Foster i rzadko tu przy­jeż­dża). Ale nic z tego. Kobieta nie powie­działa nic wię­cej, tylko wró­ciła do histo­rii sta­rego sklepu i wytwórni cydru, która mie­ściła się gdzieś nie­da­leko. Wspo­mniała też coś o cmen­ta­rzu, na któ­rym jest pocho­wany jej ojciec, tego rodzaju rze­czy. Kolo­ryt lokalny. Słu­cha­łam uprzej­mie, bo uzna­łam, że nie należy jej naci­skać w kwe­stii poprzed­niego najemcy, cokol­wiek jej zda­niem powin­nam w związku z nim wie­dzieć. Blan­chard napo­mknął jedy­nie, że przede mną farmę wynaj­mo­wał pro­fe­sor z URI, ale wiem, że dom stał pusty od ponad dwóch lat.

Nie­długo po tym, jak wró­ci­łam do domu, zadzwo­nił tele­fon (zapo­mnia­łam wyłą­czyć prze­klętą komórkę) i Doro­thy spy­tała, czy się już urzą­dzi­łam, jak sobie radzę, czy tęsk­nię, i wresz­cie, kiedy już nie mogła dłu­żej zwle­kać, czy zro­bi­łam jakieś postępy z powie­ścią. Omal się nie roz­łą­czy­łam, bo ona dobrze wie, że jesz­cze nawet nie zaczę­łam tej pie­przo­nej powie­ści. Ale Doro­thy jest dobrą agentką, a tacy nie rosną na drze­wach. Mogłam jesz­cze kie­dyś jej potrze­bo­wać. Przy­po­mniała mi tak­tow­nie, choć nie­zbyt pomoc­nie, że wydawcy, któ­rzy zapła­cili pokaźne czę­ści pokaź­nych zali­czek, w końcu ocze­kują w zamian ręko­pi­sów, nie­ważne, ile pie­nię­dzy zaro­bi­łam dla nich swo­imi poprzed­nimi książ­kami. Mogła­bym skła­mać, że pisa­nie dobrze mi idzie i żeby się nie mar­twiła. Ale po jaką cho­lerę? Ter­min upływa już za sześć tygo­dni, i to nie pier­wotny ter­min, tylko jego prze­dłu­że­nie, więc poroz­ma­wia­ły­śmy o jego dru­gim prze­su­nię­ciu, powiedzmy o sześć albo osiem mie­sięcy. Doro­thy w takich chwi­lach przy­biera ten swój ton głosu, a ja czuję się, jak­bym znowu była dziec­kiem i roz­ma­wiała z matką. Obie­cała jed­nak, że w następ­nym tygo­dniu zatele­fonuje do mojego wydawcy. Przy­naj­mniej nie zapy­tała mnie o zdro­wie. Zawsze to coś.

Wresz­cie roz­pa­ko­wa­łam swoje water­many. Uży­wam modelu Edson Dia­mond Black, który kupi­łam w Denver w zeszłym roku. Koń­cówkę żół­tego ołówka wrzu­ci­łam z powro­tem do szu­flady. Pod wpły­wem impulsu na serio roz­wa­ża­łam pomysł pogrze­ba­nia tego cho­ler­stwa, ale póź­niej zaczę­łam się zasta­na­wiać, czy gra­fit (zdaje się, że odmiana węgla) nie zaszko­dzi dżdżow­ni­com, kre­tom i innym takim. Chyba gdzieś prze­czy­ta­łam, że nie­wielka ilość gra­fitu jest nie­szko­dliwa, ale już mia­łam dość na sumie­niu, żeby mar­twić się jesz­cze o to, czy nie otru­łam pędra­ków. Posta­ram się robić wpisy w tym notat­niku. Pióra uła­twiają sprawę, a poza tym nie jest tak, żebym miała od cho­lery innej roboty, prawda?

11 maja 2008 (7:29)

Nie spa­łam już od dwu­dzie­stu minut, a kosz­mar na­dal szu­miał mi w czaszce jak rój wygłod­nia­łych koma­rów. Nie­stety nie mogłam ich odpę­dzić. Poza tym gdzieś poło­ży­łam oku­lary i choć mocno mru­ży­łam oczy, nie­bie­skie linie na stro­nie prze­su­wały się i koły­sały, nie­chęt­nie zatrzy­mu­jąc na kilka sekund, żeby znowu zblak­nąć i się roz­ma­zać. Ale pie­przyć kawę. Spi­szę go, nim zapo­mnę. Zeszłej nocy prze­czy­ta­łam swoje dwa poprzed­nie wpisy i, do dia­bła, one wcale nie brzmią jak moje. Brzmią jak blady duch mojego głosu. Nawet nie porządne echo. Kim staje się pisarz, gdy już nie potrafi pisać? Co zostaje, kiedy słowa nie przy­cho­dzą, gdy są potrzebne? Kim się stała Echo, kiedy została zabita za odtrą­ce­nie Pana, albo kiedy Hera odkryła jej zmowę z Zeu­sem i uka­rała, albo kiedy odrzu­cił ją Nar­cyz? Te strony wydają się w naj­lep­szym razie moim wła­snym echem, bez okre­ślo­nego kie­runku, cich­ną­cym krzy­kiem na pust­ko­wiu, na które sama się wypę­dzi­łam. Ale sen. Zapisz sen, a resztę odłóż na póź­niej. Spisz to, co pamię­tasz ze snu.

Sie­dzia­łam przy kuchen­nym stole, tak jak teraz, pali­łam i patrzy­łam na gęst­nie­jące cie­nie, w miarę jak słońce się obni­żało, a popo­łu­dnie prze­cho­dziło w zmierzch. Widzia­łam ciemną plamę Ram­swool Pond i niskie, ska­li­ste wzgó­rza wokół farmy, drzewa zara­sta­jące miej­sca, gdzie kie­dyś były pastwi­ska, sady jabło­niowe i co tam jesz­cze. Im dłu­żej tu sie­dzia­łam i patrzy­łam, tym bar­dziej nie­po­ko­jące sta­wały się cie­nie, wyostrzone przed zbli­ża­jącą się nocą. Mia­łam wra­że­nie, że stają się mate­rialne, cie­le­sne, jakby wyco­fy­wa­nie się słońca na zachód uwal­niało je z nie­wi­dzial­nego wię­zie­nia pod zie­mią albo z nie­wi­dzial­nych wymia­rów, które ist­nieją zawsze obok widzial­nego świata. W domu nie paliło się żadne świa­tło, tak że wokół mnie już zapa­dła ciem­ność i ta ciem­ność wyda­wała się zamiesz­kana, zasie­dlona przez dzie­siątki szep­czą­cych męż­czyzn i kobiet. Pró­bo­wa­łam usły­szeć, co mówią, ale ich słowa wciąż mi umy­kały. I przez cały czas podej­rze­wa­łam, że to mam­ro­ta­nie ma odwró­cić moją uwagę od tego, co znaj­do­wało się za kuchen­nym oknem. Gdy patrzę wstecz, może byłam nawet tak lek­ko­myślna, by zga­dy­wać, że ich cel wynika z lito­ści. Ale ponie­waż za nic nie mogłam zro­zu­mieć tych prób komu­ni­ka­cji, spoj­rza­łam za okno. I uświa­do­mi­łam sobie, że nie sie­dzę w kuchni sta­rego domu pana Blan­charda, ale w małej salce pro­jek­cyj­nej kina, a okno jest ekra­nem. To była tania sztuczka, rodzaj pozba­wio­nego wyobraźni nisko­bu­dże­to­wego kuglar­stwa, w któ­rym celują śniące umy­sły albo któ­rym tylko one nało­gowo się roz­ko­szują. Sie­dzia­łam na krze­śle kino­wym i wyglą­da­łam przez okno, które teraz było jedy­nie obra­zem rzu­ca­nym przez mecha­ni­zmy ukryte gdzieś za mną, migo­tli­wymi chwi­lami uwiecz­nio­nymi na celu­lo­idzie. Szep­czące głosy nale­żały do innych widzów, choć nie dostrze­głam żad­nego z nich (i nie jestem pewna, czy w ogóle pró­bo­wa­łam). Nie­czę­sto cho­dzę do kina. Ale Amanda je lubiła, więc zwy­kle cho­dziła beze mnie. To była kolejna rzecz, którą mogły­śmy ze sobą dzie­lić, lecz ja nie mia­łam na to ochoty.

Na ekra­nie widzę fra­mugę kuchen­nego okna i leżącą odło­giem płową zie­mię za nim, widzę, że cie­nie stają się śmiel­sze. A potem widzę cie­bie, Amando. Sto­isz ple­cami do mnie, ale ja wiem, że to ty. Sto­isz na pierw­szym z kamien­nych mur­ków i patrzysz w stronę zala­nego kamie­nio­łomu. Masz przy­gar­bione plecy, opusz­czoną głowę, nie­mal jak w ukło­nie, a na sobie pro­stą żółtą sukienkę, i choć jesteś za daleko, żebym mogła dostrzec takie szcze­góły, widzę na per­kalu deseń z takich czy innych małych kwiat­ków. Twoje dłu­gie włosy opa­dają jak welon, są potar­gane i splą­tane, jak­byś nie cze­sała ich od wielu dni. To jest tak nie­po­dobne do cie­bie, że w tym momen­cie zaczę­łam podej­rze­wać, że tylko śnię, bo ni­gdy nie wyszła­byś z wło­sami w takim okrop­nym sta­nie, nie tam, gdzie ktoś mógłby cię zoba­czyć.

Potem z cieni, które zebrały się pod drze­wami, wycho­dzą jele­nie, i są tam też inne zwie­rzęta, choć nie jestem pewna jakie. Zwie­rzęta. Stwo­rze­nia mniej­sze od jeleni, stwo­rze­nia, które poru­szają się szybko, skra­dają bli­sko ziemi. Wydaje mi się, że wszyst­kie jele­nie idą do cie­bie, że chyba jakoś je zawo­ła­łaś, i chyba przez sekundę albo dwie jestem zachwy­cona tą myślą i dzi­wię się, dla­czego ni­gdy mi nie mówi­łaś, że potra­fisz wzy­wać jele­nie. Wra­cam pamię­cią do histo­rii, które opo­wia­da­łaś mi o swoim dzie­ciń­stwie w Geo­r­gii. Twój ojciec był myśli­wym, więc może ten talent prze­ję­łaś od niego. I teraz orien­tuję się, że jakąś stronę czy dwie wstecz zmie­ni­łam czas z prze­szłego na teraź­niej­szy. Cho­ler­nie mi się to nie podoba, ale na­dal śpię i boję się, że zapo­mnę coś waż­nego - że już zapo­mnia­łam - jeśli pocze­kam i spró­buję się obu­dzić, zanim wszystko spi­szę.

We śnie sądzę, że wezwa­łaś jele­nie. Jele­nie i te inne zwie­rzęta. Ale ty nie pod­no­sisz głowy, żeby je przy­wi­tać, nie dajesz żad­nego znaku, że je widzisz. I wtedy myślę sobie: Może ona wie, że to tylko by je spło­szyło. Film ma ścieżkę dźwię­kową, choć uświa­da­miam to sobie dopiero, kiedy zwie­rzęta się zbli­żają. Sły­szę chrzęst ich kopyt w tra­wie, sły­szę wiatr i coś, co może być twoim cichym śpie­wem. Przez cały ten czas moja dziew­czyna umiała śpie­wać jele­niom, a ja nie mia­łam o tym poję­cia. Jak bar­dzo to wszystko jest sza­lone? Wkrótce te ner­wowe, dłu­go­no­gie zwie­rzęta o wil­got­nych nosach napie­rają na cie­bie, a ty w tam­tej chwili wyda­jesz mi się jakąś nie­ka­no­ni­zo­waną kato­licką świętą. Panią Kozłów, Łań i Jelon­ków. I wtedy nabie­ram prze­ko­na­nia, że śnię, ale to nie ma zna­cze­nia, bo jesteś ty, taka dosko­nała, a ja muszę cię zoba­czyć, muszę wie­dzieć, co zaraz się wyda­rzy.

I w tym momen­cie sen znowu ulega zmia­nie, płótno, tło i kostiumy zmie­niają się w jed­nym gład­kim, nie­zau­wa­żal­nym przej­ściu. Teraz jest jakiś inny wie­czór, a ja nie sie­dzę w kuchni wyna­ję­tego domu przy Barbs Hill Road ani w ano­ni­mo­wym kinie. Amanda jest ze mną i już nie dzielą nas szyby, srebrne ekrany ani czas. Mówię jej, że mi przy­kro i że to ni­gdy się nie powtó­rzy, a ona klęka i kuli się na chod­niku zala­nym sodo­wym bla­skiem pobli­skiej latarni. W lewej ręce mocno ści­ska kawa­łek kredy i rysuje coś na beto­nie u moich stóp. Powoli zaczy­nam dostrze­gać, że to, co ona two­rzy, przy­po­mina kwa­draty dzie­cię­cej gry w klasy, tylko że zamiast liczb na każ­dym polu widać wers z rymo­wanki o sroczce, a pierw­sze pole jest ozna­czone jako Zie­mia. W dru­gim Amanda napi­sała: "Jeden na gniew", w trze­cim: "Dwa na radość". Dopiero zaczyna wypeł­niać czwarty kwa­drat, kreda gło­śno skrzypi o chod­nik, a kiedy pró­buję coś powie­dzieć, ona kręci głową: nie, nie, nie. Nie będzie słu­chać, nie wysłu­cha mnie i nie ma zna­cze­nia, czy kła­mię, czy mówię prawdę, bo już dotar­ły­śmy do punktu, w któ­rym czyny na zawsze prze­kre­śliły nawet samą moż­li­wość wyba­cze­nia i pojed­na­nia.

- Trzy na wesele - recy­tuje Amanda.

Wszyst­kie rze­czy, które powie­dzia­łam, zapo­mnia­łam, zanim się obu­dzi­łam. Ale we śnie wyrzu­cam je z sie­bie z taką dziką despe­ra­cją, że zaczy­nam pła­kać, a ona na­dal kręci głową: Nie, Saro, nie.

- Cztery na naro­dziny - mówi i nie patrzy na mnie.

Obok nas pędzą z łosko­tem ogromne pojazdy, ani cię­ża­rówki, ani samo­chody, ale ja dostrze­gam kątem oka tylko zama­zane plamy, bo wiem, że to są ohydne rze­czy, na które nie należy patrzyć wprost. Powie­trze cuch­nie spa­li­nami, na pobo­czu drogi leży coś mar­twego. Amanda mówi:

- Pięć na bogac­two. - I śmieje się.

Kreda się łamie, roz­trza­skuje na chod­niku, a ja znowu sie­dzę w kuchni na tym samym krze­śle. I patrzę na nią, pod­czas gdy jele­nie i inne zwie­rzęta wycho­dzą spod osłony drzew i wydłu­ża­ją­cych się cieni. Amanda na­dal śpiewa ze zwie­szoną głową, jej głos nie­sie się wyraź­nie przez zmierzch. Wszyst­kie żywe istoty nasta­wiają uszu, niebo w górze robi się czarne od skrzy­deł sów, droz­dów i mew. I wła­śnie wtedy uświa­da­miam sobie, za późno, że jele­nie to wcale nie jele­nie. Ich oczy jarzą się zie­le­nią i zło­tem w gasną­cym świe­tle dnia, a one się uśmie­chają. Dłu­gie nogi, zupeł­nie jak zgi­na­jące się szczu­dła, idą po jeży­nach i po kamie­niach, a twoja pieśń je zapra­sza. Może nawet ta pieśń w jakiś spo­sób je stwo­rzyła, utkała z nico­ści. Albo nie, nie z nico­ści, tylko z mate­rii mojego stra­chu, wyrzu­tów sumie­nia i poczu­cia winy. Może to tylko odpry­ski mnie, kro­czące do niej o zmroku. Wstaję, żeby krzyk­nąć ostrze­gaw­czo, ale z mojego gar­dła nie wydo­bywa się żaden dźwięk, dło­nie nie mogą dosię­gnąć szklanki, żeby rzu­cić nią w okno. Dłu­go­no­gie stwo­rze­nia uśmie­chają się złym uśmie­chem, dom szep­cze, ona na­dal śpiewa swoją pieśń, aż w końcu one ata­kują ją kolejno, bez­li­to­śnie i zachłan­nie.

Cho­lera. Pie­przyć wszystko.

Wiem, że za kilka godzin spoj­rzę na te kartki i wszystko to zabrzmi jak non­sens. Jak kom­pletne bred­nie. Słońce będzie stało wysoko na nie­bie, a moim jedy­nym wyraź­nym wspo­mnie­niem noc­nego kosz­maru będzie to, co tutaj zapi­sa­łam. Wyśmieję tę głu­pią kobietę, którą się sta­łam, i to, że pozwo­li­łam, żeby podłe zjawy wydo­stały się z mojego śpią­cego umy­słu, a potem zmar­no­wa­łam dobry atra­ment, żeby prze­lać swój sen na papier. Kosz­mar zblak­nie, a ja będę się śmiać. I naj­bar­dziej będę zła na tę cho­lerną zmianę czasu. Jed­nak to rodzi pyta­nie, a ja jestem zbyt zaspana, żeby z roz­sądku go uni­kać. Skoro potra­fię pisać o Aman­dzie w for­mie dzie­cin­nie ale­go­rycz­nych, sym­bo­licz­nych hor­ro­rów, dla­czego nie potra­fię się zmu­sić, żeby napi­sać prawdę? Ten sen i wszystko to, czego nie napi­sa­łam i pew­nie ni­gdy nie napi­szę, będą tylko wyzna­niem tchó­rza, nie­bez­po­śred­nimi obra­zami widzia­nymi w znie­kształ­ca­ją­cych lustrach, zwy­kłymi "cie­niami świata", bo naj­wy­raź­niej nie mam nie­zbęd­nej odwagi, żeby obej­rzeć się przez ramię i sta­wić czoło wła­snym klę­skom. Czy wła­śnie kimś takim się sta­łam? A jeśli tak, nasuwa się jesz­cze inne pyta­nie. Czy przesta­łam pisać nie dla­tego, że już nie wiem, o czym pisać, ale dla­tego, że dokład­nie wiem, co powin­nam napi­sać? To zawsze byłam tylko ja, te krót­kie opo­wia­da­nia i powie­ści, jedy­nie strzępki mnie wyka­słane i zaka­mu­flo­wane jako fik­cja, auto­bio­gra­fia odpi­co­wana i prze­brana za wymy­sły i sny na jawie.

Może dzi­siaj wybiorę się na kolejną długą prze­jażdżkę. Wsiądę do samo­chodu i pojadę do tam­tej latarni i sto­łów pik­ni­ko­wych z wido­kiem na Point Judith i zatokę. Albo zatan­kuję do pełna, ruszę mię­dzy­sta­nową i zatrzy­mam się dopiero w Bosto­nie. Nie ruszę na połu­dnie ani na zachód, bo tam jest Man­hat­tan, wcze­śniej czy póź­niej, a Man­hat­tan zaczął ozna­czać zbli­ża­jący się osta­teczny ter­min i nie­cier­pli­wych wydaw­ców. W każ­dym razie dość tego. Odłóż pióro i zamknij się, do cho­lery, na jakiś czas. Daj sobie spo­kój, sta­ruszko.