Czerwona Zima - Cameron Sullivan

Kup ebooka

59.99 zł
46.79 zł (41,99 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

PRZEDMOWA

Posta­no­wi­łem spi­sać to wszystko w trak­cie podróży biz­ne­so­wej do moich euro­pej­skich biur we Flo­ren­cji. Był aku­rat jeden z tych roman­tycz­nie mrocz­nych i wietrz­nych dni, gdy deszcz nie tyle pada, ile chłosz­cze mia­sto. Więk­szość tury­stów prze­by­wała w poko­jach hote­lo­wych, sta­ra­jąc się - jak już wielu przed nimi - zro­zu­mieć cokol­wiek z pro­gra­mów wło­skiej tele­wi­zji.

Powi­nie­nem pra­co­wać, przy­go­to­wy­wać kon­trakty w imie­niu wie­lo­let­niego klienta, który miał zamiar poczy­nić bar­dzo duże zakupy. Ale sku­siły mnie kame­ralne, puste uliczki, wybra­łem więc wędrówkę po mie­ście. Odwie­dzi­łem naj­uko­chań­szych przy­ja­ciół - mądre duchy z Duomo, Ogrody Boboli, Laoko­ona i jego synów w parok­sy­zmach stra­chu - teraz byli jed­nak chłodni i obo­jętni.

Wra­ca­łem przez Ponte Vec­chio, roz­ja­śniony baśnio­wym świa­tłem dzięki sto­iskom złot­ni­ków, gdy na jed­nym z nich spo­strze­głem prze­piękną bro­szę. Roz­po­zna­łem ją natych­miast: była to sta­ro­świecka kamea z bursz­tynu i kości sło­nio­wej przed­sta­wia­jąca młodą kobietę, mocno znisz­czona. Oprawa z kamieni jubi­ler­skich została z niej zdarta, nie­mniej zapła­ci­łem za nią zawrotną sumę i scho­wa­łem bro­szę do kie­szeni. W gło­wie już napra­wia­łem ten piękny klej­not. Wie­dzia­łem, że gdzieś w szpar­ga­łach zawie­ru­szył mi się wore­czek per­skich sza­fi­rów, które powinny dosko­nale paso­wać do oprawy. Pod­eks­cy­to­wany mnó­stwem pomy­słów, natych­miast ruszy­łem z powro­tem do biura znaj­du­ją­cego się na kamien­nej ple­ba­nii w sta­rej dziel­nicy arty­stów. Powie­dzia­łem Livii, żeby prze­jęła wszyst­kie moje spo­tka­nia z klien­tami w naj­bliż­szym tygo­dniu - w grun­cie rze­czy jest rów­nie dobrym praw­ni­kiem jak ja - i pobie­głem na strych. Jest to jedna z rze­czy, które lubię naj­bar­dziej w powro­tach do Sta­rego Świata: zawsze naty­kam się na coś nie­spo­dzie­wa­nego, o czym już dawno zapo­mnia­łem.

Nie zna­la­złem sza­fi­rów1, ale na tyłach stry­chu stała stara drew­niana skrzy­nia. Odnio­słem wra­że­nie, że pocią­gnęła za jakiś sznu­re­czek w mojej gło­wie; myślę, że od dłuż­szego czasu nie­świa­do­mie jej poszu­ki­wa­łem. Z pew­nym wysił­kiem zerwa­łem z niej pie­częć z wize­run­kiem dawno zmar­łego patrona, star­łem kurz z rzeź­bio­nego wieka i ścian z drewna orze­cho­wego. Skrzy­nia była piękna, cho­ciaż pod­nisz­czona, pozo­sta­łość z cza­sów Cesar­stwa Fran­cu­skiego. Ozdo­biono ją sce­nami z rewo­lu­cji.

Rewo­lu­cji fran­cu­skiej. Owego marze­nia wie­śnia­ków, któ­rzy oba­lili kró­lów i zapo­cząt­ko­wali dzie­się­cio­le­cia wojen w całej Euro­pie - na całym świe­cie. Obli­cza wyrzeź­bione w drew­nie były prawe i dumne, nale­żały do armii ludzi uci­ska­nych i ponie­wie­ra­nych, zrzu­ca­ją­cych kaj­dany w imię Wol­no­ści, Rów­no­ści, Bra­ter­stwa.

Mia­łem na ten temat wła­sne zda­nie.

Podob­nie jak zatro­skana młoda kobieta, któ­rej twarz uwiecz­niono w kamei.

Kilka zdań w osiem­na­sto­wiecz­nym oksy­tań­skim zatarło się na Zabez­pie­cze­niach, któ­rymi opa­trzono skrzy­nię (wciąż po dwu­stu latach szczel­nie zamkniętą, jeśli dacie wiarę), a ja zro­zu­mia­łem, że moje plany oszli­fo­wa­nia kamieni muszę odło­żyć na czas nie­okre­ślony.

Resztę dnia spę­dzi­łem na prze­glą­da­niu tomów z zapi­skami i rela­cjami pocho­dzą­cymi z moich naj­bar­dziej nie­sław­nych i fascy­nu­ją­cych misji. Mój wcie­lony Duch, Sar­mo­del, pozo­sta­wał cichy już od wielu dni, ale teraz zapro­si­łem go, żeby razem ze mną cie­szył się ponow­nie odkry­tym skar­bem - w końcu są to także jego wspo­mnie­nia2. Po drob­nych dąsach Sar­mo­del poja­wił się w moim umy­śle, prze­bu­dziw­szy się jak kot po dłu­giej drzemce, i dołą­czył do mnie w prze­ży­wa­niu cze­goś, co - z per­spek­tywy czasu - było w grun­cie rze­czy prze­ło­mową sprawą. Ze słodką melan­cho­lią przej­rze­li­śmy stare dzien­niki i puszki z pamiąt­kami. Gałązka bie­lu­nia z Bom­baju, dzbanki ze sto­pio­nym śnie­giem, wore­czek wil­czej sier­ści, pudełko talku pach­ną­cego lawendą - ile­kroć się­ga­łem do skrzyni, wydo­by­wa­łem z niej kolejne cuda.

Już nie pamię­ta­łem, jak bar­dzo kocha­łem tę część mojego życia - XVIII wiek w Euro­pie był wspa­nia­łym cza­sem, dopóki wszystko się nie zmie­niło. A ja czu­łem, że jestem naprawdę bli­ski Sar­mo­de­lowi, po raz pierw­szy, odkąd w minio­nym roku zapo­bie­gli­śmy nasta­niu Kresu Dni3. Mam nie­wielu przy­ja­ciół, jego towa­rzy­stwo przy­nio­sło mi więc spo­kój i uko­je­nie, podob­nie jak świa­do­mość, jak dobre wyniki może przy­no­sić nasza współ­praca.

Jed­nak powód, dla któ­rego posta­no­wi­łem bar­dzo sta­ran­nie opi­sać tę sprawę, znaj­do­wał się na samym dnie skrzyni, ukryty pod stertą wybla­kłych listów. Była to ręka­wiczka do jazdy kon­nej wyko­nana ze skóry jagnię­cej, tak porwana, że już nie do napra­wie­nia, upstrzona plam­kami krwi. Sar­mo­del i ja od wielu godzin wymie­nia­li­śmy wesołe uwagi, ale na jej widok obaj zamil­kli­śmy. Odnio­słem wra­że­nie, że mój demo­niczny Gość dosko­nale mnie rozu­mie, bo przy­naj­mniej w tej chwili nie zażar­to­wał z moich ludz­kich sła­bo­ści, nawet gdy w moich oczach poja­wiły się łzy.

Wciąż, Seba­stia­nie? - zapy­tał cicho w mych myślach.

- Tak, wciąż - odpar­łem. - Jak mógł­bym zapo­mnieć?

Anto­ine'a, ręka­wiczkę oraz krew. Spo­tkaw­szy go, żyłem już od setek lat, ale tam­tego dnia obaj byli­śmy mło­dzi. Nie­bez­pie­czeń­stwa dla niego nie ist­niały, a jego żywio­ło­wość była zaraź­liwa. No i po pro­stu musie­li­śmy się wpa­ko­wać w nie­szczę­ście, paść razem na zie­mię, poła­mani i zakrwa­wieni, w odlud­nym miej­scu, jed­nak dosko­nale się przy tym bawi­li­śmy. Nie zda­wa­łem sobie sprawy, jak dużo czasu minęło, odkąd ostat­nio wspo­mi­na­łem Anto­ine'a. Jego nie­win­ność. Jego roz­wiane jasne włosy i śmieszną nie­umie­jęt­ność roz­pa­le­nia ogni­ska. Pomy­śla­łem, po raz pierw­szy od mie­sięcy, że życie bez śmierci jest mar­nym darem.

Kolejne stro­nice są prze­zna­czone dla niego, jed­nego z moich naj­droż­szych duchów.

Dla Anto­ine'a Ave­nela d'Ocerne.

Seba­stian Grave

Flo­ren­cja

rok 2013

PS Nie biorę odpo­wie­dzial­no­ści za dopi­ski Livii.

Kocham mój euro­pej­ski per­so­nel, jed­nak wszy­scy są pazer­nymi zło­dzie­jasz­kami. [wróć]

Oczy­wi­ście nie będzie w sta­nie prze­czy­tać ani słowa z moich zapi­sków - Sar­mo­del uważa słowo pisane za szczyt ludz­kiej próż­no­ści, podobną opi­nię ma rów­nież na temat związ­ków mał­żeń­skich. Cho­ciaż ja pod­ją­łem wysi­łek naucze­nia się nie­zli­czo­nych języ­ków ludzi, demo­nów i anio­łów, mój wcie­lony Duch obnosi się z ośmioma tysią­cami lat anal­fa­be­ty­zmu jak z meda­lem. [wróć]

Nie będę teraz wcho­dził w szcze­góły - wyko­na­li­śmy dobrą robotę i znów może­cie robić zakupy online. Powiem jed­nak, że wielka dokład­ność kalen­da­rza Majów nie ma nic wspól­nego z astro­no­mią. [wróć]

I

Wschodni Pie­mont

1785

W świe­tle księ­życa dziew­czyna była zaska­ku­jąco piękna.

"Zaska­ku­jąco" z dwóch powo­dów. Po pierw­sze: była znana z nie­prze­cięt­nej urody. Zgod­nie z moim doświad­cze­niem piękne bywały głów­nie kobiety, które potra­fiły zacho­wać wszyst­kie zęby przez dłu­gie tygo­dnie od okresu doj­rze­wa­nia po zaj­ście w ciążę. I po dru­gie: dziew­czyna od dwóch dni nie żyła, a ja roz­ko­pa­łem już dość gro­bów, żeby się orien­to­wać, iż zwłoki nie bywają uro­dziwe według kon­wen­cjo­nal­nego gustu.

Praw­do­po­dob­nie miała na imię Cri­stina. Jej duch sie­dział naprze­ciwko mnie na suro­wej pły­cie nagrob­nej i obser­wo­wał, jak pra­cuję. To ten duch był piękny, ale duchy czę­sto są piękne. Dziew­częce włosy były typowe dla miesz­kań­ców Pie­montu - grube, ciemne, krę­cone, opa­dały poni­żej ramion; oczy duże, uro­czo głę­bo­kie z tą zaświa­tową powagą. Jej cień łagod­nie lśnił, przy­odziany w taką samą białą koszulę, jaką wła­śnie zerwa­łem z jej ciała.

- Była droga - mruk­nęła dziew­czyna, wpa­tru­jąc się w poszar­pane resztki stroju.

- Nie wąt­pię - odpar­łem. - Nie cie­szysz się, że nie zgnije w ziemi?

Sar­mo­del, mój wcie­lony demon, obja­wił się w ludz­kiej postaci i usiadł obok niej, pełen naj­gor­szych inten­cji. Uka­zał się jako czar­no­włosy chło­piec w wieku około dzie­się­ciu lat, o pocią­głej twa­rzy i pięk­nym orlim nosie; praw­do­po­dob­nie tak wła­śnie wyglą­da­łem, kiedy po raz pierw­szy się połą­czy­li­śmy1.

- Czyż nie jesteś zado­wo­lony, Seba­stia­nie, że możesz dorzu­cić także ten egzem­plarz do swo­jej sterty uży­wa­nych cału­nów? - zapy­tał mnie z uśmie­chem. - I czyż nie było warto wyjść dla niego z domu?

Wśród wielu innych rze­czy potrze­buję do pracy dobrych ubrań, więc z pew­no­ścią i to się nie zmar­nuje. Sar­mo­del posta­wił jed­nak sprawę wprost: Cri­stina była przy­pad­kiem cha­ry­ta­tyw­nym.

- I tak nie robi­li­śmy nic innego - odpo­wie­dzia­łem.

Prawdę mówiąc, mia­łem nadzieję, że nocna wizyta u Cri­stiny okaże się czymś wię­cej niż kolej­nym wie­czo­rem prze­ko­py­wa­nia cmen­tar­nej ziemi. Przez ostat­nie kilka dni, jeżeli tylko nie byłem czymś bar­dzo zajęty, czu­łem się nie­swojo. Doświad­cza­łem nara­sta­ją­cego poczu­cia, że na coś cze­kam, a nauczy­łem się już, że takiego stanu nie można igno­ro­wać. Śliczny duch z opo­wie­ścią o śmier­tel­nej klą­twie wyda­wał się obie­cu­ją­cym począt­kiem.

- To chyba bez zna­cze­nia, prze­cież to tylko koszula. - Cri­stina wes­tchnęła. - Skoń­czy­łeś?

Na życze­nie dziew­czyny pokro­iłem jej ciało (cał­kiem schlud­nie i sta­ran­nie), chcąc poznać przy­czynę zgonu.

- Tak, skoń­czy­łem, Cri­stino. Ale nie byłaś ze mną zupeł­nie szczera.

- To zna­czy? Zosta­łam zabita, prawda?

- Cóż, i tak, i nie. Z pew­no­ścią nie umar­łaś śmier­cią natu­ralną...

- Bastarda! Wie­dzia­łam...

- ...ale nie sądzę, żeby odpo­wie­dzialna za twoją śmierć była Biała Marta. Chyba że zakra­dła się do two­jego domu i udu­siła cię two­imi wła­snymi rękoma.

- Moimi rękoma? - Popa­trzyła na mnie prze­ogrom­nymi oczami.

- Nie­stety. Sine plamy i zadra­pa­nia na two­jej szyi dosko­nale do nich pasują, widzisz? - Przy­ło­ży­łem dło­nie trupa do jego szyi, żeby zade­mon­stro­wać, co mam na myśli. - Popatrz na te skrawki zdar­tej skóry pod two­imi paznok­ciami.

- Ale to nie­moż­liwe! Ja się nie zabi­łam... przy­się­gam! - Prze­że­gnała się zgor­szona. - Pastor mówi, że samo­bój­ców czeka potę­pie­nie. - Ostat­nie słowo wyszep­tała, jakby Wszech­mo­gący mógł ją pod­słu­chi­wać zza żywo­płotu.

- Wie­rzę ci, Cri­stino, nawet jeśli tylko dla­tego, że nie da się popeł­nić samo­bój­stwa w taki spo­sób. - Pozwo­li­łem, żeby ręce trupa opa­dły. - Nie bez pomocy.

- Ale kto miałby mi w tym pomóc? - zapy­tała Cri­stina ze wzbu­rze­niem. - To musiała być Biała Marta! Tylko ona.

- Dla­czego?

- Poszłam do niej przed nie­ca­łym tygo­dniem, a Marta popa­trzyła na mnie złym okiem, to musiała być ona!

- Po co do niej poszłaś?

Zna­łem Martę bar­dzo dobrze. Była wytrawną zie­larką, spo­glą­da­nie na kogoś "złym okiem" nie leżało w jej stylu (ani w ogóle w niczyim stylu, bo to prze­cież kom­pletna bzdura).

Cri­stina wyraź­nie się zawa­hała, zawarła jed­nak Kon­trakt Prawdy2 i musiała odpo­wie­dzieć na moje pyta­nie.

- Popro­si­łam ją o bło­go­sła­wień­stwo. Jestem... byłam świeżo po ślu­bie.

Unio­słem brwi.

- "Bło­go­sła­wień­stwo?" Chyba chcesz powie­dzieć, że popro­si­łaś o dar płod­no­ści? O czary.

- Nie! Ee... tak.

- No i?

- Zna­la­złam ją dopiero na piar­gach, zapła­ci­łam jej kurzym tłusz­czem, a ona dała mi tylko dziwny mały kap­ciuch. Powie­działa, że mam do środka wło­żyć ząb i wsu­nąć kap­ciuch pod poduszkę, a wtedy przy­śni mi się moje przy­szłe dziecko. - W ślicz­nych oczach Cri­stiny zalśniły wid­mowe łzy. - Ale w moim śnie poja­wiła się kobieta bez twa­rzy i dusiła mnie w łóżku, noc po nocy.

- Pocze­kaj... ząb? Czyj ząb?

- Mój.

- Okła­mu­jesz mnie, Cri­stino?

Spu­ściła oczy, a ja wie­dzia­łem, że mam rację. Sym­bol mojego Kon­traktu zapło­nął jaskrawo na jej pra­wej dłoni. Nakryła go drugą ręką.

- Cóż... Marta powie­działa, żebym wzięła swój ząb, ale ja poszłam na pole poni­żej spi­chle­rza. Ludzie zawsze wygrze­bują stam­tąd kości. - Wbiła spoj­rze­nie w zie­mię. - Wie­dzia­łam, że robię źle, jed­nak nie byłam w sta­nie wyrwać sobie zęba, po pro­stu nie potra­fi­łam.

Skrzy­wi­łem się.

- Cri­stino, to pole jest pełne kości, dla­tego że znaj­duje się tam masowy grób.

- Grób ofiar zarazy? - Wyglą­dała na prze­ra­żoną.

Pokrę­ci­łem głową.

- To pokło­sie polo­wań na cza­row­nice. Myślę, że nie­świa­do­mie mogłaś zabrać do domu coś wię­cej niż ząb. Stare kości są groźne, a kości cza­row­nic w szcze­gól­no­ści.

- Co to zna­czy?

Odno­si­łem wra­że­nie, że dziew­czyna znów się roz­pła­cze.

- Według mnie zabra­łaś stam­tąd kość cza­row­nicy zawie­ra­jącą jej złego ducha albo kość któ­re­goś z jej zwie­rząt. Nie wia­domo, co gor­sze. - Wes­tchną­łem. - Okropny pech... nie­wiele kobiet pogrze­ba­nych na tym polu naprawdę było cza­row­ni­cami. Zgad­niesz, jak je uśmier­cano?

- Były duszone - mruk­nęła Cri­stina.

- Nie­stety tak. I teraz jedna z nich doko­nała zemsty, cho­ciaż ukie­run­ko­wa­nej abso­lut­nie przy­pad­kowo.

Cri­stina rozej­rzała się bez­rad­nie.

- Ale... ale ja o niczym nie wie­dzia­łam! Nie chcia­łam tego! Moimi wła­snymi rękami?

- Taka jest twoja Prawda, Cri­stino. Przy­kro mi - powie­dzia­łem.

Naprawdę było mi przy­kro. Dziew­czyna zgi­nęła nie­spra­wie­dliwą śmier­cią. Pło­nący sym­bol na jej ręce zbladł, sygna­li­zu­jąc wypeł­nie­nie Kon­traktu. Z iden­tycz­nym zna­kiem na mojej lewej ręce wkrótce stało się to samo.

- To już nie ma zna­cze­nia, moja piękna. - Gdy­bym mógł osu­szyć jej łzy, zro­bił­bym to.

- Pro­szę... pro­szę, tylko nie mów o tym pasto­rowi - powie­działa bła­gal­nie Cri­stina. - Nie chcę iść do Pie­kła.

- Tego nie musisz się oba­wiać - odpar­łem. - To był wypa­dek. Bóg ni­gdy nie karze za przy­pad­kowe czyny3.

- Naprawdę?

- Naprawdę.

Sar­mo­del wypro­sto­wał się, nagle zain­te­re­so­wany naszą roz­mową.

- Tak, tak! Bez obaw - rzu­cił. - Możesz teraz wypo­cząć, przyj­mij moją rękę.

- Sar­mo­delu - ode­zwa­łem się. - Nie.- Zacią­gną­łem ciało dziew­czyny z powro­tem na skraj grobu.

Posłał mi nie­przy­ja­zne spoj­rze­nie.

- Po pro­stu oddaj to ciało ziemi - powie­dział. - To nie jest twoje zmar­twie­nie, Seba­stia­nie. Prze­cież ona nie ma czym zapła­cić.

- Ona jest klientką. - Pogro­zi­łem mu nożem. - W tej kwe­stii się zgo­dzi­li­śmy.

Ogól­nie rzecz ujmu­jąc, Kon­trakt należy opła­cić natych­miast po jego zre­ali­zo­wa­niu, monetą4 albo w ani­mie - ducho­wej ener­gii - pro­por­cjo­nal­nie do war­to­ści usługi. Cri­stina mogła zaofe­ro­wać tylko sie­bie, ale uwa­żam kon­su­mo­wa­nie klien­tów za abso­lutną osta­tecz­ność, dla­tego przy­ją­łem jako zapłatę jej śliczne gie­zło pogrze­bowe.

- Och, naprawdę - kon­ty­nu­owała dziew­czyna roz­ma­rzo­nym gło­sem. - Mówisz poważ­nie? Mogę odejść i nie zostanę potę­piona?

- Ona już nie jest klientką - naci­skał Sar­mo­del. Uniósł rękę ducha; znaku po Kontr­ak­cie na niej nie było. - Popatrz!

Cri­stina pra­wie nie poświę­cała nam uwagi, jed­nak jej świa­tło sta­wało się coraz inten­syw­niej­sze; przy­go­to­wy­wała się do odej­ścia.

- Sar­mo­delu, to nie­moż­liwe, żebyś był głodny! Zale­d­wie w ubie­głym tygo­dniu...

- Seba­stian Grave z Lar­naki?

Męski głos cał­ko­wi­cie nas zasko­czył. Zamil­kli­śmy.

Sku­piony na bie­żą­cej sytu­acji, nie zauwa­ży­łem jeźdźca zbli­ża­ją­cego się ku nam po tra­wia­stym zbo­czu. Zesko­czył na zie­mię i powoli pod­pro­wa­dził wierz­chowca do gro­bów.

- Tak, pro­fe­sor Seba­stian Grave z Lar­naki. A kto pyta? - syk­ną­łem przez zaci­śnięte zęby.

Byłem bole­śnie świa­domy, że z naszej trójki tylko ja jestem widoczny dla śmier­tel­ni­ków; w oczach przy­pad­ko­wego obser­wa­tora byłem po pro­stu face­tem, który spiera się sam ze sobą na cmen­ta­rzu w środku nocy. Modli­łem się, żeby mrok nie pozwo­lił przy­by­szowi zoba­czyć bała­ganu, jakiego naro­bi­łem, zwłasz­cza dostrzec nagich, pokie­re­szo­wa­nych zwłok, które sta­ra­łem się dys­kret­nie strą­cić stopą do dołu.

- Jacques Ave­nel d'Ocerne - odparł przy­bysz z obcym akcen­tem. Nosił kape­lusz z sze­ro­kim ron­dem i szal, który zakry­wał mu dolną część twa­rzy, dla­tego mogłem dostrzec tylko jego oczy. Zaraz prze­szedł na pro­wan­sal­ski dia­lekt oksy­tań­skiego. - Syn barona d'Ocerne.

- Ocerne. Pań­ski ojciec... Anto­ine d'Ocerne jest pań­skim ojcem?

W końcu udało mi się zepchnąć ciało Cri­stiny do grobu. Wylą­do­wało w nim z mokrym pla­śnię­ciem.

Sar­mo­delu, syn Anto­ine'a!

Sar­mo­del w jed­nej chwili zapo­mniał o duchu dziew­czyny i obser­wo­wał nową scenę z wiel­kim zain­te­re­so­wa­niem. A ja czu­łem rosnącą eks­cy­ta­cję, coś pośred­niego mię­dzy rado­ścią a trwogą. To było to! Coś, na co cze­ka­łem - to musiało być to.

- W rze­czy samej. Powiem wprost, bo za mną długa podróż i jestem zmę­czony. - Męż­czy­zna się wypro­sto­wał. - Seba­stia­nie z... pro­fe­so­rze Grave, mój pan ojciec wzywa cię, żebyś natych­miast powró­cił ze mną do Gévaudan, aby wypeł­nić kon­trakt, który wciąż pozo­staje nie­wy­peł­niony, a który pod­pi­sa­łeś w Château d'Ocerne w imię naszego Ojca Świę­tego, czego świad­kiem był biskup Mende.

- Wzywa mnie? Nie­wy­peł­niony kon­trakt? - powtó­rzy­łem, pośpiesz­nie dła­wiąc skurcz stra­chu w trze­wiach. Oczyma wyobraźni zoba­czy­łem krew na śniegu i zmro­żony wąwóz, w któ­rym huczy spie­niona biała woda. - Ale to było dwa­dzie­ścia lat temu!

- Rze­czy­wi­ście - przy­tak­nął młody czło­wiek z krzy­wym uśmie­chem. - Musimy jed­nak popro­sić pana o pomoc raz jesz­cze. Powró­cił kosz­mar Czer­wo­nej Zimy.

Zaczą­łem demon­stra­cyj­nie pako­wać narzę­dzia z powro­tem do torby.

To nie­moż­liwe, powie­dzia­łem do Sar­mo­dela. Też tak uwa­żasz?

Och, Seba­stia­nie. Potrzą­snął głową jakby ze smut­kiem, a jed­no­cze­śnie z drwiną. Jego dzie­cięca Pro­jek­cja roz­pły­nęła się w cie­niu i Sar­mo­del zajął swoje zwy­kłe miej­sce w głębi mego umy­słu.

- Seigneur? Wróci pan ze mną i zre­ali­zuje swoje zobo­wią­za­nie? - zapy­tał mło­dzie­niec sta­now­czym tonem.

- Wygląda na to, że nie mam wyboru - odpar­łem. - A mogę przed­tem zaj­rzeć do domu i upo­rząd­ko­wać sprawy? Będę zaszczy­cony, jeżeli przyj­mie pan na dzi­siej­szą noc moją gościnę. O świ­cie będę gotów do drogi, jeżeli to pana satys­fak­cjo­nuje.

Rzadko robię coś, bo "nie mam wyboru". Dla­tego potrze­bo­wa­łem czasu na zasta­no­wie­nie, z dala od cmen­ta­rza.

- Będę panu towa­rzy­szył i chęt­nie pomogę, jeżeli zaj­dzie taka potrzeba. - Popa­trzył na roz­ko­pany grób, na leżące w nim ciało, a potem na poszar­paną koszulę czę­ściowo wysta­jącą z mojej torby. - Ale nie będę spał w domu czło­wieka, który okrada groby. Pan ojciec uprze­dził mnie o pań­skich dziw­nych oby­cza­jach, ale ten jest bez­bożny.

Cóż, praw­do­po­dob­nie nie było tak ciemno, jak mia­łem nadzieję.

- Mam na to zgodę, seigneur - odpar­łem i w grun­cie rze­czy nie skła­ma­łem. - Zaj­muję się poszu­ki­wa­niem prawdy, a ona bar­dzo czę­sto spo­czywa na cmen­ta­rzu.

Chło­pak popa­trzył na mnie chłodno, ale po chwili twarz mu się roz­po­go­dziła.

- Dosko­nale. Chęt­nie się prze­śpię w cie­płej izbie. Mam za sobą naprawdę wyczer­pu­jącą podróż.

- Bez wąt­pie­nia.

Zer­k­ną­łem prze­pra­sza­jąco na białe ciało, po czym ruszy­łem przed sie­bie, ski­nąw­szy na Jacques'a, żeby podą­żył za mną na drugą stronę wznie­sie­nia.

- Z kim pan roz­ma­wiał? - zapy­tał, kiedy odda­li­li­śmy się od cmen­ta­rza. - Gdy tu przy­je­cha­łem.

- Z nikim, sza­nowny panie - odpo­wie­dzia­łem, oglą­da­jąc się przez ramię. Tam, gdzie znaj­do­wał się duch Cri­stiny, uno­siła się jedy­nie łagodna biała poświata jak odbi­cie księ­życa. Roz­cza­ro­wa­nie Sar­mo­dela cią­żyło mi z tyłu głowy niczym kamień. - Abso­lut­nie z nikim.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Obaj się zgo­dzi­li­śmy, że "połą­czeni" to naj­bar­dziej ade­kwatne okre­śle­nie dla mojego/naszego stanu - słowa "nawie­dzeni", "opę­tani", "obrzy­dli­stwo" byłyby zupeł­nie nie­od­po­wied­nie i wręcz obraź­liwe dla nas obu. Czę­sto nazy­wam go moim demo­nicz­nym "Gościem", ale on tkwi w moim ciele tak samo jak ja. Jeste­śmy nie­roz­dzielni w każ­dym zna­cze­niu tego słowa; to sytu­acja wyjąt­kowa (według mojej wie­dzy) w histo­rii okul­ty­zmu, a wypada także wspo­mnieć, że teo­re­tycz­nie nie­moż­liwa. On jest Duchem męskim i nosił na prze­strzeni wie­ków mnó­stwo prze­róż­nych imion, wśród nich Nott, M'quet i Lariel, ale zasad­ni­czo uży­wam tego, które mi podał: Sar­mo­del. [wróć]

Kon­trakty są głów­nymi spo­so­bami inte­rak­cji pomię­dzy sfe­rami Duchów i śmier­tel­ni­ków. Kon­trakt Prawdy należy do naj­bar­dziej powszech­nych, ale Kon­trakty mogą zarzą­dzać wymianą nie­mal wszyst­kiego, w tym infor­ma­cji, pie­nię­dzy, usług albo animy. To zasad­ni­czy spo­sób, w jaki Sar­mo­del i ja zapew­niamy sobie byt, czę­sto w dosłow­nym zna­cze­niu. [wróć]

Dziew­czyna otrzy­mała już wystar­cza­jącą dozę Prawdy jak na jedną noc. [wróć]

Dzi­siaj przy­jął­bym także prze­lew. [wróć]