PRZEDMOWA
Postanowiłem spisać to wszystko w trakcie
podróży biznesowej do moich europejskich biur we Florencji. Był akurat
jeden z tych romantycznie mrocznych i wietrznych dni, gdy deszcz nie
tyle pada, ile chłoszcze miasto. Większość turystów przebywała w pokojach hotelowych, starając się - jak już wielu przed nimi - zrozumieć
cokolwiek z programów włoskiej telewizji.
Powinienem pracować, przygotowywać kontrakty w imieniu wieloletniego
klienta, który miał zamiar poczynić bardzo duże zakupy. Ale skusiły mnie
kameralne, puste uliczki, wybrałem więc wędrówkę po mieście. Odwiedziłem
najukochańszych przyjaciół - mądre duchy z Duomo, Ogrody Boboli,
Laokoona i jego synów w paroksyzmach strachu - teraz byli jednak chłodni
i obojętni.
Wracałem przez Ponte Vecchio, rozjaśniony baśniowym światłem dzięki
stoiskom złotników, gdy na jednym z nich spostrzegłem przepiękną broszę.
Rozpoznałem ją natychmiast: była to staroświecka kamea z bursztynu i kości słoniowej przedstawiająca młodą kobietę, mocno zniszczona. Oprawa
z kamieni jubilerskich została z niej zdarta, niemniej zapłaciłem za nią
zawrotną sumę i schowałem broszę do kieszeni. W głowie już naprawiałem
ten piękny klejnot. Wiedziałem, że gdzieś w szpargałach zawieruszył mi
się woreczek perskich szafirów, które powinny doskonale pasować do
oprawy. Podekscytowany mnóstwem pomysłów, natychmiast ruszyłem z powrotem do biura znajdującego się na kamiennej plebanii w starej
dzielnicy artystów. Powiedziałem Livii, żeby przejęła wszystkie moje
spotkania z klientami w najbliższym tygodniu - w gruncie rzeczy jest
równie dobrym prawnikiem jak ja - i pobiegłem na strych. Jest to jedna z rzeczy, które lubię najbardziej w powrotach do Starego Świata: zawsze
natykam się na coś niespodziewanego, o czym już dawno zapomniałem.
Nie znalazłem szafirów1, ale na tyłach strychu stała stara
drewniana skrzynia. Odniosłem wrażenie, że pociągnęła za jakiś
sznureczek w mojej głowie; myślę, że od dłuższego czasu nieświadomie jej
poszukiwałem. Z pewnym wysiłkiem zerwałem z niej pieczęć z wizerunkiem
dawno zmarłego patrona, starłem kurz z rzeźbionego wieka i ścian z drewna orzechowego. Skrzynia była piękna, chociaż podniszczona,
pozostałość z czasów Cesarstwa Francuskiego. Ozdobiono ją scenami z rewolucji.
Rewolucji francuskiej. Owego marzenia wieśniaków, którzy obalili królów
i zapoczątkowali dziesięciolecia wojen w całej Europie - na całym
świecie. Oblicza wyrzeźbione w drewnie były prawe i dumne, należały do
armii ludzi uciskanych i poniewieranych, zrzucających kajdany w imię
Wolności, Równości, Braterstwa.
Miałem na ten temat własne zdanie.
Podobnie jak zatroskana młoda kobieta, której twarz uwieczniono w kamei.
Kilka zdań w osiemnastowiecznym oksytańskim zatarło się na
Zabezpieczeniach, którymi opatrzono skrzynię (wciąż po dwustu latach
szczelnie zamkniętą, jeśli dacie wiarę), a ja zrozumiałem, że moje plany
oszlifowania kamieni muszę odłożyć na czas nieokreślony.
Resztę dnia spędziłem na przeglądaniu tomów z zapiskami i relacjami
pochodzącymi z moich najbardziej niesławnych i fascynujących misji. Mój
wcielony Duch, Sarmodel, pozostawał cichy już od wielu dni, ale teraz
zaprosiłem go, żeby razem ze mną cieszył się ponownie odkrytym skarbem -
w końcu są to także jego wspomnienia2. Po drobnych dąsach
Sarmodel pojawił się w moim umyśle, przebudziwszy się jak kot po długiej
drzemce, i dołączył do mnie w przeżywaniu czegoś, co - z perspektywy
czasu - było w gruncie rzeczy przełomową sprawą. Ze słodką melancholią
przejrzeliśmy stare dzienniki i puszki z pamiątkami. Gałązka bielunia z Bombaju, dzbanki ze stopionym śniegiem, woreczek wilczej sierści,
pudełko talku pachnącego lawendą - ilekroć sięgałem do skrzyni,
wydobywałem z niej kolejne cuda.
Już nie pamiętałem, jak bardzo kochałem tę część mojego życia - XVIII
wiek w Europie był wspaniałym czasem, dopóki wszystko się nie
zmieniło. A ja czułem, że jestem naprawdę bliski Sarmodelowi, po raz
pierwszy, odkąd w minionym roku zapobiegliśmy nastaniu Kresu Dni3.
Mam niewielu przyjaciół, jego towarzystwo przyniosło mi więc spokój i ukojenie, podobnie jak świadomość, jak dobre wyniki może przynosić nasza
współpraca.
Jednak powód, dla którego postanowiłem bardzo starannie opisać tę
sprawę, znajdował się na samym dnie skrzyni, ukryty pod stertą
wyblakłych listów. Była to rękawiczka do jazdy konnej wykonana ze skóry
jagnięcej, tak porwana, że już nie do naprawienia, upstrzona plamkami
krwi. Sarmodel i ja od wielu godzin wymienialiśmy wesołe uwagi, ale na
jej widok obaj zamilkliśmy. Odniosłem wrażenie, że mój demoniczny Gość
doskonale mnie rozumie, bo przynajmniej w tej chwili nie zażartował z moich ludzkich słabości, nawet gdy w moich oczach pojawiły się łzy.
Wciąż, Sebastianie? - zapytał cicho w mych myślach.
- Tak, wciąż - odparłem. - Jak mógłbym zapomnieć?
Antoine'a, rękawiczkę oraz krew. Spotkawszy go, żyłem już od setek lat,
ale tamtego dnia obaj byliśmy młodzi. Niebezpieczeństwa dla niego nie
istniały, a jego żywiołowość była zaraźliwa. No i po prostu musieliśmy
się wpakować w nieszczęście, paść razem na ziemię, połamani i zakrwawieni, w odludnym miejscu, jednak doskonale się przy tym
bawiliśmy. Nie zdawałem sobie sprawy, jak dużo czasu minęło, odkąd
ostatnio wspominałem Antoine'a. Jego niewinność. Jego rozwiane jasne
włosy i śmieszną nieumiejętność rozpalenia ogniska. Pomyślałem, po raz
pierwszy od miesięcy, że życie bez śmierci jest marnym darem.
Kolejne stronice są przeznaczone dla niego, jednego z moich najdroższych
duchów.
Dla Antoine'a Avenela d'Ocerne.
Sebastian Grave
Florencja
rok 2013
PS Nie biorę odpowiedzialności za dopiski Livii.
Kocham mój europejski personel, jednak wszyscy są pazernymi złodziejaszkami. [wróć]
Oczywiście nie będzie w stanie przeczytać ani słowa z moich zapisków - Sarmodel uważa słowo pisane za szczyt ludzkiej próżności, podobną opinię ma również na temat związków małżeńskich. Chociaż ja podjąłem wysiłek nauczenia się niezliczonych języków ludzi, demonów i aniołów, mój wcielony Duch obnosi się z ośmioma tysiącami lat analfabetyzmu jak z medalem. [wróć]
Nie będę teraz wchodził w szczegóły - wykonaliśmy dobrą robotę i znów możecie robić zakupy online. Powiem jednak, że wielka dokładność kalendarza Majów nie ma nic wspólnego z astronomią. [wróć]
I
Wschodni Piemont
1785
W świetle księżyca dziewczyna była
zaskakująco piękna.
"Zaskakująco" z dwóch powodów. Po pierwsze: była znana z nieprzeciętnej
urody. Zgodnie z moim doświadczeniem piękne bywały głównie kobiety,
które potrafiły zachować wszystkie zęby przez długie tygodnie od okresu
dojrzewania po zajście w ciążę. I po drugie: dziewczyna od dwóch dni nie
żyła, a ja rozkopałem już dość grobów, żeby się orientować, iż zwłoki
nie bywają urodziwe według konwencjonalnego gustu.
Prawdopodobnie miała na imię Cristina. Jej duch siedział naprzeciwko
mnie na surowej płycie nagrobnej i obserwował, jak pracuję. To ten duch
był piękny, ale duchy często są piękne. Dziewczęce włosy były typowe dla
mieszkańców Piemontu - grube, ciemne, kręcone, opadały poniżej ramion;
oczy duże, uroczo głębokie z tą zaświatową powagą. Jej cień łagodnie
lśnił, przyodziany w taką samą białą koszulę, jaką właśnie zerwałem z jej ciała.
- Była droga - mruknęła dziewczyna, wpatrując się w poszarpane resztki
stroju.
- Nie wątpię - odparłem. - Nie cieszysz się, że nie zgnije w ziemi?
Sarmodel, mój wcielony demon, objawił się w ludzkiej postaci i usiadł
obok niej, pełen najgorszych intencji. Ukazał się jako czarnowłosy
chłopiec w wieku około dziesięciu lat, o pociągłej twarzy i pięknym
orlim nosie; prawdopodobnie tak właśnie wyglądałem, kiedy po raz
pierwszy się połączyliśmy1.
- Czyż nie jesteś zadowolony, Sebastianie, że możesz dorzucić także ten
egzemplarz do swojej sterty używanych całunów? - zapytał mnie z uśmiechem. - I czyż nie było warto wyjść dla niego z domu?
Wśród wielu innych rzeczy potrzebuję do pracy dobrych ubrań, więc z pewnością i to się nie zmarnuje. Sarmodel postawił jednak sprawę wprost:
Cristina była przypadkiem charytatywnym.
- I tak nie robiliśmy nic innego - odpowiedziałem.
Prawdę mówiąc, miałem nadzieję, że nocna wizyta u Cristiny okaże się
czymś więcej niż kolejnym wieczorem przekopywania cmentarnej ziemi.
Przez ostatnie kilka dni, jeżeli tylko nie byłem czymś bardzo zajęty,
czułem się nieswojo. Doświadczałem narastającego poczucia, że na coś
czekam, a nauczyłem się już, że takiego stanu nie można ignorować.
Śliczny duch z opowieścią o śmiertelnej klątwie wydawał się obiecującym
początkiem.
- To chyba bez znaczenia, przecież to tylko koszula. - Cristina
westchnęła. - Skończyłeś?
Na życzenie dziewczyny pokroiłem jej ciało (całkiem schludnie i starannie), chcąc poznać przyczynę zgonu.
- Tak, skończyłem, Cristino. Ale nie byłaś ze mną zupełnie szczera.
- To znaczy? Zostałam zabita, prawda?
- Cóż, i tak, i nie. Z pewnością nie umarłaś śmiercią naturalną...
- Bastarda! Wiedziałam...
- ...ale nie sądzę, żeby odpowiedzialna za twoją śmierć była Biała Marta.
Chyba że zakradła się do twojego domu i udusiła cię twoimi własnymi
rękoma.
- Moimi rękoma? - Popatrzyła na mnie przeogromnymi oczami.
- Niestety. Sine plamy i zadrapania na twojej szyi doskonale do nich
pasują, widzisz? - Przyłożyłem dłonie trupa do jego szyi, żeby
zademonstrować, co mam na myśli. - Popatrz na te skrawki zdartej skóry
pod twoimi paznokciami.
- Ale to niemożliwe! Ja się nie zabiłam... przysięgam! - Przeżegnała się
zgorszona. - Pastor mówi, że samobójców czeka potępienie. - Ostatnie
słowo wyszeptała, jakby Wszechmogący mógł ją podsłuchiwać zza żywopłotu.
- Wierzę ci, Cristino, nawet jeśli tylko dlatego, że nie da się popełnić
samobójstwa w taki sposób. - Pozwoliłem, żeby ręce trupa opadły. - Nie
bez pomocy.
- Ale kto miałby mi w tym pomóc? - zapytała Cristina ze wzburzeniem. -
To musiała być Biała Marta! Tylko ona.
- Dlaczego?
- Poszłam do niej przed niecałym tygodniem, a Marta popatrzyła na mnie
złym okiem, to musiała być ona!
- Po co do niej poszłaś?
Znałem Martę bardzo dobrze. Była wytrawną zielarką, spoglądanie na kogoś
"złym okiem" nie leżało w jej stylu (ani w ogóle w niczyim stylu, bo to
przecież kompletna bzdura).
Cristina wyraźnie się zawahała, zawarła jednak Kontrakt Prawdy2
i musiała odpowiedzieć na moje pytanie.
- Poprosiłam ją o błogosławieństwo. Jestem... byłam świeżo po ślubie.
Uniosłem brwi.
- "Błogosławieństwo?" Chyba chcesz powiedzieć, że poprosiłaś o dar
płodności? O czary.
- Nie! Ee... tak.
- No i?
- Znalazłam ją dopiero na piargach, zapłaciłam jej kurzym tłuszczem, a ona dała mi tylko dziwny mały kapciuch. Powiedziała, że mam do środka
włożyć ząb i wsunąć kapciuch pod poduszkę, a wtedy przyśni mi się moje
przyszłe dziecko. - W ślicznych oczach Cristiny zalśniły widmowe łzy. -
Ale w moim śnie pojawiła się kobieta bez twarzy i dusiła mnie w łóżku,
noc po nocy.
- Poczekaj... ząb? Czyj ząb?
- Mój.
- Okłamujesz mnie, Cristino?
Spuściła oczy, a ja wiedziałem, że mam rację. Symbol mojego Kontraktu
zapłonął jaskrawo na jej prawej dłoni. Nakryła go drugą ręką.
- Cóż... Marta powiedziała, żebym wzięła swój ząb, ale ja poszłam na pole
poniżej spichlerza. Ludzie zawsze wygrzebują stamtąd kości. - Wbiła
spojrzenie w ziemię. - Wiedziałam, że robię źle, jednak nie byłam w stanie wyrwać sobie zęba, po prostu nie potrafiłam.
Skrzywiłem się.
- Cristino, to pole jest pełne kości, dlatego że znajduje się tam masowy
grób.
- Grób ofiar zarazy? - Wyglądała na przerażoną.
Pokręciłem głową.
- To pokłosie polowań na czarownice. Myślę, że nieświadomie mogłaś
zabrać do domu coś więcej niż ząb. Stare kości są groźne, a kości
czarownic w szczególności.
- Co to znaczy?
Odnosiłem wrażenie, że dziewczyna znów się rozpłacze.
- Według mnie zabrałaś stamtąd kość czarownicy zawierającą jej złego
ducha albo kość któregoś z jej zwierząt. Nie wiadomo, co gorsze. -
Westchnąłem. - Okropny pech... niewiele kobiet pogrzebanych na tym polu
naprawdę było czarownicami. Zgadniesz, jak je uśmiercano?
- Były duszone - mruknęła Cristina.
- Niestety tak. I teraz jedna z nich dokonała zemsty, chociaż
ukierunkowanej absolutnie przypadkowo.
Cristina rozejrzała się bezradnie.
- Ale... ale ja o niczym nie wiedziałam! Nie chciałam tego! Moimi własnymi
rękami?
- Taka jest twoja Prawda, Cristino. Przykro mi - powiedziałem.
Naprawdę było mi przykro. Dziewczyna zginęła niesprawiedliwą śmiercią.
Płonący symbol na jej ręce zbladł, sygnalizując wypełnienie Kontraktu. Z identycznym znakiem na mojej lewej ręce wkrótce stało się to samo.
- To już nie ma znaczenia, moja piękna. - Gdybym mógł osuszyć jej łzy,
zrobiłbym to.
- Proszę... proszę, tylko nie mów o tym pastorowi - powiedziała
błagalnie Cristina. - Nie chcę iść do Piekła.
- Tego nie musisz się obawiać - odparłem. - To był wypadek. Bóg nigdy
nie karze za przypadkowe czyny3.
- Naprawdę?
- Naprawdę.
Sarmodel wyprostował się, nagle zainteresowany naszą rozmową.
- Tak, tak! Bez obaw - rzucił. - Możesz teraz wypocząć, przyjmij moją
rękę.
- Sarmodelu - odezwałem się. - Nie.- Zaciągnąłem ciało dziewczyny z powrotem na skraj grobu.
Posłał mi nieprzyjazne spojrzenie.
- Po prostu oddaj to ciało ziemi - powiedział. - To nie jest twoje
zmartwienie, Sebastianie. Przecież ona nie ma czym zapłacić.
- Ona jest klientką. - Pogroziłem mu nożem. - W tej kwestii się
zgodziliśmy.
Ogólnie rzecz ujmując, Kontrakt należy opłacić natychmiast po jego
zrealizowaniu, monetą4 albo w animie - duchowej energii -
proporcjonalnie do wartości usługi. Cristina mogła zaoferować tylko
siebie, ale uważam konsumowanie klientów za absolutną ostateczność,
dlatego przyjąłem jako zapłatę jej śliczne giezło pogrzebowe.
- Och, naprawdę - kontynuowała dziewczyna rozmarzonym głosem. - Mówisz
poważnie? Mogę odejść i nie zostanę potępiona?
- Ona już nie jest klientką - naciskał Sarmodel. Uniósł rękę ducha;
znaku po Kontrakcie na niej nie było. - Popatrz!
Cristina prawie nie poświęcała nam uwagi, jednak jej światło stawało się
coraz intensywniejsze; przygotowywała się do odejścia.
- Sarmodelu, to niemożliwe, żebyś był głodny! Zaledwie w ubiegłym
tygodniu...
- Sebastian Grave z Larnaki?
Męski głos całkowicie nas zaskoczył. Zamilkliśmy.
Skupiony na bieżącej sytuacji, nie zauważyłem jeźdźca zbliżającego się
ku nam po trawiastym zboczu. Zeskoczył na ziemię i powoli podprowadził
wierzchowca do grobów.
- Tak, profesor Sebastian Grave z Larnaki. A kto pyta? - syknąłem
przez zaciśnięte zęby.
Byłem boleśnie świadomy, że z naszej trójki tylko ja jestem widoczny dla
śmiertelników; w oczach przypadkowego obserwatora byłem po prostu
facetem, który spiera się sam ze sobą na cmentarzu w środku nocy.
Modliłem się, żeby mrok nie pozwolił przybyszowi zobaczyć bałaganu,
jakiego narobiłem, zwłaszcza dostrzec nagich, pokiereszowanych zwłok,
które starałem się dyskretnie strącić stopą do dołu.
- Jacques Avenel d'Ocerne - odparł przybysz z obcym akcentem. Nosił
kapelusz z szerokim rondem i szal, który zakrywał mu dolną część twarzy,
dlatego mogłem dostrzec tylko jego oczy. Zaraz przeszedł na prowansalski
dialekt oksytańskiego. - Syn barona d'Ocerne.
- Ocerne. Pański ojciec... Antoine d'Ocerne jest pańskim ojcem?
W końcu udało mi się zepchnąć ciało Cristiny do grobu. Wylądowało w nim
z mokrym plaśnięciem.
Sarmodelu, syn Antoine'a!
Sarmodel w jednej chwili zapomniał o duchu dziewczyny i obserwował nową
scenę z wielkim zainteresowaniem. A ja czułem rosnącą ekscytację, coś
pośredniego między radością a trwogą. To było to! Coś, na co czekałem
- to musiało być to.
- W rzeczy samej. Powiem wprost, bo za mną długa podróż i jestem
zmęczony. - Mężczyzna się wyprostował. - Sebastianie z... profesorze
Grave, mój pan ojciec wzywa cię, żebyś natychmiast powrócił ze mną do
Gévaudan, aby wypełnić kontrakt, który wciąż pozostaje niewypełniony, a który podpisałeś w Château d'Ocerne w imię naszego Ojca Świętego, czego
świadkiem był biskup Mende.
- Wzywa mnie? Niewypełniony kontrakt? - powtórzyłem, pośpiesznie
dławiąc skurcz strachu w trzewiach. Oczyma wyobraźni zobaczyłem krew na
śniegu i zmrożony wąwóz, w którym huczy spieniona biała woda. - Ale to
było dwadzieścia lat temu!
- Rzeczywiście - przytaknął młody człowiek z krzywym uśmiechem. - Musimy
jednak poprosić pana o pomoc raz jeszcze. Powrócił koszmar Czerwonej
Zimy.
Zacząłem demonstracyjnie pakować narzędzia z powrotem do torby.
To niemożliwe, powiedziałem do Sarmodela. Też tak uważasz?
Och, Sebastianie. Potrząsnął głową jakby ze smutkiem, a jednocześnie z drwiną. Jego dziecięca Projekcja rozpłynęła się w cieniu i Sarmodel
zajął swoje zwykłe miejsce w głębi mego umysłu.
- Seigneur? Wróci pan ze mną i zrealizuje swoje zobowiązanie? - zapytał
młodzieniec stanowczym tonem.
- Wygląda na to, że nie mam wyboru - odparłem. - A mogę przedtem zajrzeć
do domu i uporządkować sprawy? Będę zaszczycony, jeżeli przyjmie pan na
dzisiejszą noc moją gościnę. O świcie będę gotów do drogi, jeżeli to
pana satysfakcjonuje.
Rzadko robię coś, bo "nie mam wyboru". Dlatego potrzebowałem czasu na
zastanowienie, z dala od cmentarza.
- Będę panu towarzyszył i chętnie pomogę, jeżeli zajdzie taka potrzeba.
- Popatrzył na rozkopany grób, na leżące w nim ciało, a potem na
poszarpaną koszulę częściowo wystającą z mojej torby. - Ale nie będę
spał w domu człowieka, który okrada groby. Pan ojciec uprzedził mnie o pańskich dziwnych obyczajach, ale ten jest bezbożny.
Cóż, prawdopodobnie nie było tak ciemno, jak miałem nadzieję.
- Mam na to zgodę, seigneur - odparłem i w gruncie rzeczy nie
skłamałem. - Zajmuję się poszukiwaniem prawdy, a ona bardzo często
spoczywa na cmentarzu.
Chłopak popatrzył na mnie chłodno, ale po chwili twarz mu się
rozpogodziła.
- Doskonale. Chętnie się prześpię w ciepłej izbie. Mam za sobą naprawdę
wyczerpującą podróż.
- Bez wątpienia.
Zerknąłem przepraszająco na białe ciało, po czym ruszyłem przed siebie,
skinąwszy na Jacques'a, żeby podążył za mną na drugą stronę wzniesienia.
- Z kim pan rozmawiał? - zapytał, kiedy oddaliliśmy się od cmentarza. -
Gdy tu przyjechałem.
- Z nikim, szanowny panie - odpowiedziałem, oglądając się przez ramię.
Tam, gdzie znajdował się duch Cristiny, unosiła się jedynie łagodna
biała poświata jak odbicie księżyca. Rozczarowanie Sarmodela ciążyło mi
z tyłu głowy niczym kamień. - Absolutnie z nikim.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Obaj się zgodziliśmy, że "połączeni" to najbardziej adekwatne określenie dla mojego/naszego stanu - słowa "nawiedzeni", "opętani", "obrzydlistwo" byłyby zupełnie nieodpowiednie i wręcz obraźliwe dla nas obu. Często nazywam go moim demonicznym "Gościem", ale on tkwi w moim ciele tak samo jak ja. Jesteśmy nierozdzielni w każdym znaczeniu tego słowa; to sytuacja wyjątkowa (według mojej wiedzy) w historii okultyzmu, a wypada także wspomnieć, że teoretycznie niemożliwa. On jest Duchem męskim i nosił na przestrzeni wieków mnóstwo przeróżnych imion, wśród nich Nott, M'quet i Lariel, ale zasadniczo używam tego, które mi podał: Sarmodel. [wróć]
Kontrakty są głównymi sposobami interakcji pomiędzy sferami Duchów i śmiertelników. Kontrakt Prawdy należy do najbardziej powszechnych, ale Kontrakty mogą zarządzać wymianą niemal wszystkiego, w tym informacji, pieniędzy, usług albo animy. To zasadniczy sposób, w jaki Sarmodel i ja zapewniamy sobie byt, często w dosłownym znaczeniu. [wróć]
Dziewczyna otrzymała już wystarczającą dozę Prawdy jak na jedną noc. [wróć]
Dzisiaj przyjąłbym także przelew. [wróć]