2
Witalij wyszedł z garderoby, roznosząc dookoła zapach drogiej wody kolońskiej, i skierował się do przedpokoju, gdzie kilka minut zajęło mu wkładanie obuwia. W końcu stanął przed lustrem w pełnej krasie: w garniturze o nienagannym kroju i błyszczących, skórzanych butach.
- Alono, przekaż pani, że czekam na nią przed domem, przy samochodzie - rzucił głośno gosposi.
- Oczywiście, panie Witaliju - rozległo się ironicznie za jego plecami.
Służąca udała się na pokoje państwa, by wykonać polecenie szefa. Marianna z pomocą niani wkładała podarowaną jej przez męża sukienkę. Mateuszek kręcił się obok, nie spuszczając wzroku z mamy.
- Mamusiu, jesteś taka ładna jak lalka Barbie! - zachwycał się maluch. - Widziałem taką w sklepie i prosiłem nianię Olę, by mi ją kupiła, ale ona nie chciała.
- I dobrze - roześmiała się Marianna. - Nie jesteś przecież dziewczynką, żeby bawić się lalkami.
- Mamusiu, a na tym bankiecie nie będziesz się nudziła beze mnie? - spytał z troską w głosie Mateusz. - Co tam będziesz robiła z tymi wszystkimi ciociami i wujkami?
- Będę siedziała razem z tatusiem u szczytu stołu, uśmiechała się uprzejmie do wszystkich i śmiała się, kiedy będzie trzeba.
- Nudziarstwo! Lepiej zostań w domu. Razem z Olą i Aloną pobawimy się w chowanego. Ostatnio tak dobrze się schowałem, że o mało by mnie nie znalazły. Zostań z nami, mamusiu, proszę!
- Nie mogę, słoneczko. Dzisiaj mamy z tatusiem wielkie święto.
Marianna, rozmawiając z synkiem, zachwycała się jednocześnie swoim odbiciem w lustrze. Miała wrażenie, że nigdy jeszcze nie wyglądała tak olśniewająco jak tego wieczoru. Sukienka leżała idealnie na jej smukłej sylwetce i przy najmniejszym ruchu mieniła się delikatnymi odcieniami wiosny. Do tak wspaniałej kreacji niepotrzebne były brylanty, lecz nie chcąc robić przykrości mężowi, pozwoliła, by Olga zapięła jej na szyi drogocenną kolię. Jasnoliliowe pantofle na wysokiej szpilce dopełniały wieczornej toalety.
- Pani Marianno, małżonek prosił przekazać, że czeka na podjeździe koło samochodu - rzekła Alona. - Po co tyle szczęścia w jednych rękach? - mruknęła pod nosem ze złością, nie mogąc oderwać zawistnych oczu od swej ślicznej chlebodawczyni. Spojrzenie Olgi również było pełne uwielbienia i zachwytu.
Marianna raz jeszcze spojrzała w lustro i byłaby w pełni z siebie zadowolona, gdyby nie dziwny wewnętrzny dyskomfort. Coś niedobrego pojawiło się w jej sercu. Czuła jakieś niebezpieczeństwo unoszące się w powietrzu. Niepokój nabrzmiewał w niej jak ziemia podczas deszczu. Wzięła kilka głębokich oddechów, starając się odpędzić przykre uczucia, i wyszła z sypialni. Mateuszek popędził za nią.
- Mamusiu, będziemy z nianią czekać na ciebie.
Marianna pochyliła się i objęła synka.
- Obiecuję, że kiedy wrócimy, przyjdę ucałować cię i uściskać.
- Dobrze, mamusiu.
Wyszła na szeroki taras. Na lewo, na zielonym tle trawnika jaskrawą plamą odbijał się nowy czerwony mercedes. Z prawej strony, na wyłożonym wzorzystymi płytkami chodniku przyciągał wzrok lśniący w blaskach majowego słońca czarny mercedes Witalija. On sam, stojąc obok, palił papierosa i rozmawiał z kierowcą, zerkając nerwowo w stronę tarasu. Patrząc z uwagą na męża, który dziś nie przestawał jej zadziwiać, Marianna schodziła powoli na dół. Nagle jej noga tak mocno skręciła się w kostce, że tracąc równowagę, upadła prosto na twarz. W tej samej chwili rozległo się coś, co przypominało głośne klaśnięcie, a po nim rozległ się krzyk kierowcy:
- Ochrona! Wezwijcie karetkę! Prędzej! Prędzej!
W stronę samochodu zaczęli biec ochroniarze. Ich dowódca podbiegł do Marianny i próbował ją podnieść.
- Wszystko w porządku, pani Marianno?
- Nie wiem - odparła kobieta, trzymając się jego ręki i zdejmując z nogi pantofel ze złamaną szpilką. - Oleg, co się dzieje? O co chodzi z tym pogotowiem? Nie potrzebuję żadnego pogotowia.
- Niech pani idzie do domu. - Dowódca straży odwrócił wzrok. - Podczas upadku mocno podrapała pani sobie twarz.
- Ale po co wzywacie karetkę? Do kogo? Co się stało?
Nagle zobaczyła Witalija leżącego w kałuży krwi. Pochylał się nad nim kierowca, podtrzymując jedną ręką jego głowę, a w drugiej trzymając pistolet. Marianna zamarła z przerażenia, a potem zaczęła krzyczeć jak zraniony ptak, próbując biec ku mężowi. Poczuła jednak tak ostry ból nogi, że znów upadła. Oleg natychmiast znalazł się przy niej, pomagając jej wstać. Marianna zdjęła drugi pantofel i przezwyciężając ból, pokuśtykała do męża.
- Witalij! - Przerażona bladością jego twarzy, osunęła się na kolana. - Żyje? Dlaczego milczycie?! Wezwaliście pogotowie? - powtarzała bez przerwy w panicznym strachu.
W odpowiedzi na jej ostatnie pytanie rozległ się sygnał karetki pogotowia. Ochroniarz otworzył bramę i na podwórze wjechał duży ambulans.
- Odsunąć się! - krzyknął lekarz, podbiegając do rannego. Za nim spieszyli ratownicy z noszami.
Mariannę z trudem odciągnięto od zakrwawionego męża. Patrzyła bezradnie jak kładziono go na noszach i niesiono do karetki.
- Powinnam jechać z nimi. Oleg, niech mi pan pomoże. Wołodia, zapalaj samochód.
Tak jak stała, bosa, z podrapaną twarzą, wsiadła do mercedesa Witalija. Kropelki krwi z otarć na twarzy skapywały na wspaniałą suknię już i tak poplamioną krwią męża. Noga bolała nieznośnie, duży siniak na prawej ręce również dawał o sobie znać. Skądś pojawiła się Olga.
- Musi pani się przebrać - przemawiała łagodnie jak do dziecka, z trudem wstrzymując łzy.
- Idź do Mateuszka, Olu - mówiła Marianna, starając się zachować spokój. - Nie chcę się przebierać. Jedźmy, Wołodia - zwróciła się do kierowcy. Czuła w rękach silne mrowienie. Do samochodu wsiadł też Oleg i jeszcze jeden ochroniarz. Z łatwością dopędzili karetkę i jednocześnie wjechali na plac przed szpitalem.
Na oddziale chirurgicznym Mariannę posadzono na krześle w poczekalni tuż obok sali operacyjnej. Ręce drżały jej coraz bardziej. Dreszcze opanowały już całe ciało. Trzęsła się tak mocno, że nie była w stanie odpowiadać na pytania śledczego, który pojawił się nie wiadomo skąd, by ją przesłuchać. W jej małej, eleganckiej torebce, która wciąż zwisała z jej ramienia, nieprzerwanie dzwonił telefon. Marianna odrzuciła połączenie. Oleg zaproponował, że zabierze ją do sali zabiegowej, by opatrzono jej otarcia i zadrapania, ale odmówiła. Wtedy szef ochrony przyprowadził do niej pielęgniarkę. Dziewczyna zajęła się raną i po obejrzeniu spuchniętej nogi doradziła wizytę u ortopedy, piętro niżej.
- Ja-a-a nie-e odej-dę-ę stą-ąd - mówiła z trudem Marianna, nie mogąc opanować drżenia.
- Zaraz znajdę ortopedę i przyprowadzę go tutaj - powiedział Oleg. Potem zwrócił się do śledczego: - Nie widzi pan, w jakim jest stanie? Zostawcie kobietę w spokoju. Lepiej zajmijcie się łapaniem zabójcy.
- Jest pan, młody człowieku, jeśli się nie mylę, szefem ochrony w firmie Wital i nazywa się Oleg Jermołajew? - pytał niewzruszony śledczy.
- Nie myli się pan.
- Jestem Anatolij Lesnikow. Do pana również mam kilka pytań.
- Może później. Teraz najważniejsze jest udzielenie pomocy pani Mariannie.
Oleg szybko się odwrócił i niemal biegiem ruszył ku schodom, dając znać ochroniarzowi, by nawet na krok nie odstępował żony szefa. Ten stanął obok Marianny, odsuwając na bok śledczego. Po dziesięciu minutach Oleg powrócił z lekarzem.
- Dzień dobry - przywitał się chirurg z oddziału urazowego. - Pozwoli pani, że obejrzę tę nogę. Proszę się nie bać, zrobię to ostrożnie i delikatnie - dodał, widząc przerażenie w oczach kobiety.
W tym momencie z sali operacyjnej wyszedł chirurg, po drodze zdejmując maseczkę ze znużonej i zasmuconej twarzy. Marianna podniosła się, chcąc do niego podejść, lecz przeszywający ból spowodował, że bezsilnie opadła na krzesło.
- Ostrożnie - zaniepokoił się ortopeda. Nie może pani stawać bolącą nogą. Muszę ją dokładnie zbadać i zrobić rentgen.
Nie zwracając na niego uwagi, Marianna wpatrywała się w napięciu w twarz chirurga. Biały kitel lekarza był zbryzgany krwią. Domyślała się, że to krew Witalija. Dwaj ochroniarze i kierowca stali nieruchomo, nie mając odwagi o cokolwiek zapytać. Chirurg rozłożył bezradnie ręce.
- Zrobiliśmy wszystko, co w naszej mocy - westchnął ciężko. - Kula utkwiła w sercu... Proszę przyjąć wyrazy głębokiego współczucia.
Zapanowała cisza - straszna, paraliżująca. Marianna milczała, wsłuchując się w głośny stukot w swej głowie. Serce biło jej w piersi jak szalone, nie pozwalając złapać tchu. Nagle wydała stłumiony krzyk i kładąc rękę na szyi, zastygła nieruchomo niczym kamienny posąg. Pociemniało jej w oczach i pochłonęła ją czarna fala rozpaczy. Gdyby nie mocne ramię lekarza upadłaby na wykafelkowaną posadzkę szpitalnego korytarza. Ale tego nie była już świadoma.