Czerwona wstążka - Marta Michalik

Kup ebooka

11.34 zł
9.41 zł (9,43 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZDZIAŁ 2Przygotowania

- Boże jedyny, dziecko! Nareszcie jesteś! - Matka Eileen już od godziny stała w oknie pełna złych obaw. - Czekaliśmy z ojcem na ciebie wystraszeni, że coś ci się po drodze stało.

- Nie było to łatwe. Sama się bałam. Mogłam wyjść wcześniej. Na przyszłość będę już wiedziała. A gdzie tata?

- Ach, zawołał go przed chwilą stary Bennett, krzesło mu się złamało czy jakoś tak. Wiesz, że ten stary pijak bełkocze tak, że trudno go zrozumieć, więc ojciec poszedł z nim. Ale zaraz... - Nagle wróciła matce przytomność umysłu. - Co to znaczy "na przyszłość"? Czyżbyś dostała tę pracę? - Oczy pani Coil zrobiły się jeszcze większe i jeszcze bardziej wypełnione nadzieją.

- Tak, mamo, na to wygląda.

Padły sobie w ramiona, szczęśliwe, że los się wreszcie do nich uśmiechnął.

- Zaczynam od poniedziałku. Muszę się przygotować, spakować. Pewnie rzadko będę bywała w domu... - Na tę myśl Eileen nieco posmutniała.

- Kochanie, nie będziesz przecież na końcu świata. Było nie było, to wciąż ta sama okolica, nie jest wcale tak daleko.

- Tak, wiem. Mam jednak pewne obawy... - Dziewczyna nie wiedziała, czy powinna mówić matce o tym, jak złe wrażenie wywarły na niej rozmowy z panią Brent i stróżem oraz ogólna atmosfera panująca w tej dziwnej posiadłości. Matka patrzyła na nią w napięciu, nieco zaniepokojona. - Mam obawy, że będę tęsknić za wami - dokończyła i uśmiechnęła się lekko.

- My też będziemy za tobą tęsknić, córeczko, ale przecież będziesz dostawała jakieś wolne dni, prawda? W porządnych domach służba dostaje wolne.

- Na pewno nie w pierwszym miesiącu, podobno jest tam dużo pracy, a ja chciałabym się wykazać.

- To zrozumiałe. Niczym się nie martw, na pewno będą z ciebie zadowoleni, a jeśli będziesz tam nieszczęśliwa, to przecież nikt cię na siłę nie zatrzyma. Wtedy wracaj do domu, jakoś sobie poradzimy.

Na matkę zawsze mogła liczyć. Wiedziała, że jej ojciec nie podszedłby do tego tematu tak lekko, on kazałby jej tam zostać, nawet jeśli byłaby niezadowolona. Przecież praca w takim domu to wyróżnienie. Będzie mógł się we wsi pochwalić. Do tego będą mieli dodatkowy pieniądz, a tego im brakowało najbardziej. Miała świadomość, że jeśli podejmie pracę u Mongrainów, to powrotu do domu już nie będzie.

- Zrobię ci herbaty. - Pani Coil postawiła czajnik na ogniu.

Eileen przyjrzała jej się uważnie. Zgarbione plecy, siwiejące włosy, do tego taka chuda. Dotarło do niej, że matka robi się coraz starsza. Jeszcze parę lat i będzie miała trudności z wykonywaniem niektórych czynności w domu. Co wtedy? Kto jej pomoże, kiedy ona będzie mieszkała daleko? Dziewczyna coraz bardziej zatapiała się w swoich czarnych wizjach. Do tego doszły jeszcze bolesne wspomnienia. Matka posiwiała już wiele lat temu, kiedy wydarzyła się ta straszna tragedia. Tragedia, z którą jej rodzina nie potrafi sobie poradzić do dzisiaj. Może dlatego ojciec traktował Eileen tak oschle, na dystans? Miał pretensje, obwiniał ją. Ona to wyczuwała. Gdyby można było cofnąć czas, to czy zachowałaby się inaczej? Poczuła, że ciężko jej się oddycha. Działo się tak za każdym razem, kiedy przypominała sobie tamto wydarzenie. Jakby nagle ktoś położył jej na klatce piersiowej ogromny głaz. Odgoniła od siebie szybko te ponure myśli i biorąc głęboki oddech, postanowiła skupić się na chwili obecnej. Matka podała jej kubek gorącej herbaty.

- Dziękuję, mamo. Ja się już chyba położę, jestem strasznie zmęczona. Kiedy wróci tata, powiedz mu, że dostałam tę pracę, dobrze?

- Ależ oczywiście, kochanie. On się bardzo ucieszy. Połóż się faktycznie, bo się jeszcze pochorujesz. Wygrzej się porządnie.

Eileen z ulgą zamknęła za sobą drzwi swojego pokoju. Obrazy z przeszłości znowu ją dopadły. Mały braciszek ufnie wyciągający do niej rączki. Wszyscy go tak bardzo kochali. Ojciec był taki dumny. A potem nadszedł ten dzień - dzień, w którym zawalił się ich cały świat. Eileen czuła, że ją obwiniają - i tak jak matka z czasem wybaczyła córce, tak ojciec nigdy do końca nie potrafił jej tego zapomnieć. Ani tym bardziej przebaczyć.

"Byle do poniedziałku" - myślała, kładąc się na łóżku.

Sama nie wiedziała dlaczego, ale bała się dziś zgasić światło i pozostać w ciemnościach. Postanowiła więc spać przy zapalonej lampie.

*

Kolejne dni spędzała na przygotowaniach. Jej matka pochwaliła się wszystkim sąsiadom, że jej córka dostała tak dobrą pracę, w posiadłości rodziny Mongrainów, u znamienitego rodu. Tego zaszczytu dostąpili tylko nieliczni. Właściwie to nikt nie wiedział, ile dokładnie służby pracuje w pałacu. Ludzie rozpowiadali między sobą plotki, że jest tam tylko jeden lokaj, inni mówili, że jeszcze jest kucharka, bo przecież kucharka zawsze musi być. Eileen wiedziała już, że jest pani Brent i kucharka Oberly, stróż i dziewczyna, która pomaga w kuchni. Reszty miała dowiedzieć się wkrótce. Obiecała, że gdy tylko będzie mogła odwiedzić rodziców, opowie wszystko ze szczegółami.

Matka uszyła jej nowy fartuch. Eileen sama nie wiedziała, skąd wzięła na to materiał. Trochę kupiła, trochę zebrała z resztek i oto wyszedł całkiem ładny, czysty fartuch, w którym dumnie mogła rozpocząć pracę w tym zupełnie dla niej nowym świecie. Bawełniany czepek wyprała ze trzy razy, aby za bardzo nie odróżniał się od nowego fartucha.

Strój pokojówki do tanich nie należał. Eileen udało się na niego zapracować już dawno temu, kiedy rozpoczynała swoją pierwszą pracę. Niedługo się nią jednak nacieszyła i strój trafił do szafy, gdzie czekał cierpliwie na swoją drugą szansę.

W niedzielne popołudnie spotkała się jeszcze ze swoją przyjaciółką Katie. Rozmawiały o nowej pracy Eileen, o tym, że nie będą się już widywać i że będą pisać do siebie długie listy. Katie miała dokładnie opowiadać o życiu w miasteczku, a Eileen obiecała zdradzić, co kryje się za wielkim murem odgradzającym posiadłość od reszty świata i jacy ludzie tam mieszkają. Katie wręcz piszczała z podekscytowania.

- Strasznie ci zazdroszczę - mówiła.

- Miałam nieco szczęścia, ale też sporo odwagi, aby przebyć sama las w taką pogodę.

- Też bym dała radę, dla mnie to nic nadzwyczajnego - stwierdziła lekko nadąsana Katie. - Gdybym tylko wiedziała, że w pałacu szukają kogoś do pracy... - Spojrzała z wyrzutem na przyjaciółkę.

- Wiesz, że państwo Mongrainowie sami rozesłali listy do wybranych osób. - Eileen przypominała sobie okoliczności zatrudnienia w pałacu. - Mój ojciec wykonywał kiedyś dla nich jakieś prace. W liście podkreślili, że byli bardzo zadowoleni z jego usług, a teraz proszą o polecenie kogoś zaufanego do pracy na stanowisko pokojówki. Z tego, co powiedziano mi w pałacu, było kilka dziewcząt umówionych na rozmowę. Widocznie więc wysłali listy również do innych sprawdzonych osób. - Eileen spojrzała na zawiedzioną minę przyjaciółki. - Przykro mi, że nie było ogłoszenia w prasie i że nie mogłyśmy pójść tam razem - skłamała.

- Wydaje mi się jednak, że mogłaś mi o tym powiedzieć. Skoro prosili o polecenie zaufanych osób, równie dobrze twój ojciec mógł polecić i mnie. Zna mnie przecież od dziecka - powiedziała z wyrzutem.

Eileen zmieszała się nieco. Nie wiedziała, jak wybrnąć z tej sytuacji. Ojciec od razu stwierdził, że trzeba trzymać gębę na kłódkę i nie wolno rozpowiadać o tym nikomu w mieście, bo nie wiadomo, kto jeszcze dostał taki list i ile dziewcząt się zgłosi do tej pracy. Oczywiste było, że każda jedna osoba to dodatkowa konkurencja. Próbował nawet w miasteczku podpytywać znajomych, którzy też mieli córki, czy może słyszeli o jakiejś ofercie pracy dla młodych dziewcząt. Oni jednak kręcili przecząco głowami.

"Cwane lisy, nawet jeśli który dostał list, to nikt się przyznać nie chce" - pomyślał i doszedł do wniosku, że lepiej tego tematu nie drążyć.

Pan Coil opowiadał Eileen o tym, jak to kiedyś był w pałacu, ale to było bardzo dawno temu - upłynęło prawie trzydzieści lat. Pamiętał to jednak tak dobrze, jakby od tego czasu minęła zaledwie chwila. Naprawiał ogromny kredens, w którym zepsuły się drzwiczki. Nie zobaczył wtedy nikogo z domowników, poza starym lokajem, który wskazał mu mebel do naprawy. On pamiętał tę wizytę z wiadomych względów, dla niego było to coś niecodziennego. Czy oni byli w stanie pamiętać jego? Prostego stolarza, który był u nich zaledwie raz, i to właściwie na moment?

Było to nieco zastanawiające, jednak w poczuciu pewności siebie uznał, że jest tak dobry w swoim fachu, że musieli go zapamiętać. Drzwiczki naprawił w mgnieniu oka. Może nie była to typowa stolarska robota, ale obiecano mu wtedy sowitą zapłatę, dlatego się przyłożył.

Eileen zastanowiła się chwilę, co powiedzieć przyjaciółce, po czym zaczęła powoli:

- Katie, wiesz przecież, że u nas jest bardzo ciężko z pieniędzmi. Bardzo mi na tej pracy zależało, chociaż mojemu ojcu chyba bardziej. Modliliśmy się o taką szansę jak ta. Bardzo się bałam, że będzie duża konkurencja... - Widząc jednak, że nie przekona tym przyjaciółki, szybko dodała: - Poza tym chorowałam wtedy i właściwie nie wychodziłam z łóżka. Nie miałam nawet, jak z tobą o tym porozmawiać - skłamała, po raz kolejny bez mrugnięcia okiem.

Katie zasępiła się przez moment, jakby rozważała, czy wierzyć przyjaciółce, czy też nie.

- Słyszałam, że oni są dziwni - zmieniła nieoczekiwanie temat.

- Państwo Mongrainowie?

- No a o kim cały czas rozmawiamy? - Katie przysunęła się bliżej swojej przyjaciółki i zniżyła głos, pomimo że wokoło nie było nikogo, kto mógłby je usłyszeć. - Pomyśl, nikt ich nigdy nie widział. Siedzą w tej swojej twierdzy za murem, nie wychodzą do ludzi. Kto tak potrafi żyć? Ja bym nie dała rady. A może oni w ogóle nie istnieją?

- Nie gadaj bzdur. - Eileen wstała z ławki. - Jakby nie istnieli, to kto opłacałby służbę, co?

- Może oni są służbą, rozumiesz? Służba nie istnieje, a kiedy ktoś musi się tam zjawić, to sami udają służbę. - W głowie Katie zaczęły rodzić się coraz to nowe pomysły. Z podniecenia na jej bladej twarzy wykwitły rumieńce.

- Boże, Katie, powinnaś pisać opowieści do gazet! Dla znudzonych panien, w których życiu nic się nie dzieje. - Dziewczyna przewróciła oczami.

- Śmiej się, śmiej. Być może faktycznie napiszę kiedyś książkę. Będą to losy Eileen, która weszła do pałacu i już z niego nie wróciła! - Katie zaczęła przedrzeźniać przyjaciółkę.

- Rób, co chcesz, życzę ci powodzenia. W końcu twoja wybujała wyobraźnia na coś by się przydała. Wracam do domu. Uważaj na siebie, moja droga, i do zobaczenia wkrótce. - Eileen ucałowała koleżankę i skierowała swe kroki w stronę domu.

- Jak będą potrzebowali kogoś jeszcze do pomocy, to powiedz im o mnie! - krzyknęła Katie.

- Oczywiście, kochana! - odpowiedziała jej, z pełną świadomością, że jest to kolejne kłamstwo.

ROZDZIAŁ 3Pan domu

Nadszedł upragniony poniedziałek i Eileen ruszyła w ponowną drogę przez zaspy, żegnana przez wzruszoną matkę i zadowolonego ojca. Ubrana w długą, czarną suknię czuła się znacznie pewniej i poważniej. Na wierzch zarzuciła swój znoszony płaszcz, oraz otuliła się szczelnie ciepłym szalem.

Nigdy nie była zbyt piękna. Pewnie dlatego nie udało jej się wyjść za mąż. Miała już swoje lata i pogodziła się ze swoim losem. Jej rodzice chyba też. Brązowe włosy, niesforna grzywka, którą zazwyczaj ciężko było ułożyć, szare oczy, długi, lekko zadarty nos, do tego kilka piegów. Nie była brzydka, raczej przeciętna. Do tego zwykle się nie odzywała. W efekcie to jej koleżanki przykuwały uwagę miejscowych chłopców, a ona pozostawała gdzieś w cieniu. Ona i Katie. Być może dlatego się zaprzyjaźniły. W końcu dzieliły ten sam los.

W domu nigdy się nie przelewało, więc cała jej garderoba też była skromna. Ponadto surowe wychowanie wprowadzone przez ojca zrobiło z niej osobę raczej skrytą i małomówną, chociaż w myślach dawała upust wszystkim swoim emocjom. Cała nagromadzona złość, smutek, żal, strach, a czasami radość zostawały w jej wnętrzu. Była mistrzynią ukrywania prawdziwych uczuć, rzadko pozwalała sobie na momenty totalnej szczerości ze światem. Teraz również udawała - udawała szczęśliwą i zadowoloną, głównie po to, aby nie dostarczać matce dodatkowych zmartwień, aby nie widziała ona, jak bardzo jej córka się boi, stresuje i tęskni, chociaż wciąż jeszcze stała w progu rodzinnego domu.

Nie było sensu przedłużać tego momentu, a i w pałacu pewnie nie będą tolerowali jej spóźnialstwa. Nie chciała podpadać pani Brent już pierwszego dnia. Chwyciła więc torbę do ręki i ruszyła w swoją podróż życia, pełna obaw i nadziei.

Po mniej więcej godzinie marszu dotarła do stróżówki. Na myśl o spotkaniu ze starym Abbottem robiło jej się niedobrze, ale wiedziała, że jest to nieuniknione. W końcu to on miał klucz i decydował o tym, kto ma prawo wejść, a kto nie. Zapukała więc do drzwi, które momentalnie się otworzyły, jakby mężczyzna czekał tuż za nimi z ręką na klamce.

- Dzień dobry - powiedziała Eileen.

- Ach, to ty - odpowiedział szorstko. - Dobry jak dobry, bywały lepsze. - Mężczyzna odwrócił się, by zabrać klucze ze stołu.

- Coś się stało? - zapytała Eileen, chociaż wcale jej to nie interesowało. Chciała być po prostu uprzejma.

- Jakieś opryszki kręciły się tu w nocy. Zniszczyli mi drzwi w szopie za domem. Pewnie szukali jedzenia. Na szczęście zapasy trzymam w domu w małej spiżarce.

- Więc to w zasadzie szczęście w nieszczęściu - podsumowała dziewczyna.

Stary Abbott rzucił jej oburzone spojrzenie.

- Mówiłem przecież, że mam zniszczone drzwi od szopy. Cały dzień je będę musiał pewnie naprawiać.

- No tak, to jest... problem. - Eileen chciała sobie już po prostu pójść. Nie miała ochoty nawet na ogrzanie się w jego domu, tak jak ostatnim razem. Dziś nie miała tyle cierpliwości, aby znosić jego humory, i nie było jej aż tak zimno. Śniegu było nadal dużo, lecz chwilowo nie sypał, więc szło się w miarę znośnie. Poza tym chciała zrobić dobre wrażenie w pałacu i przybyć jak najwcześniej.

Brama otwarła się z głośnym skrzypnięciem i chwilę później Eileen była po drugiej stronie muru.

- Do zobaczenia, zapewne niebawem, panie Abbott! - krzyknęła i skierowała się w stronę posiadłości.

*

Tego dnia rezydencja rodziny Mongrainów sprawiała zupełnie inne wrażenie niż jeszcze parę dni temu, kiedy szalała śnieżyca i zapadał zmrok. Teraz było tu jasno, cicho i biało. Eileen ruszyła w stronę kamiennego mostu i na chwilę zatrzymała się na nim. Było tam naprawdę pięknie. Teraz mogła dostrzec więcej szczegółów pałacu: małe okrągłe wieżyczki, ozdobny gzyms, strzeliste okna oraz pnące się po ścianach gałązki, jak przypuszczała, bluszczu. Eileen nigdy wcześniej nie widziała tak okazałej budowli. Gdy spojrzała w górę, zobaczyła, że jest obserwowana przez wyrzeźbione w kamieniu stworzenia. Było w nich coś niepokojącego. Mimo to dziewczyna czuła ogromne podekscytowanie na myśl, że będzie mieszkać w tak pięknym miejscu.

Skierowała szybko swe kroki w stronę wejścia dla służby. Drzwi otwarła jej pani Oberly.