Rozdział 4
"Żadne wojsko"
Podniosłem się usiłując wepchnąć trzymany w dłoni telefon z powrotem do kieszeni spodni. Kuba miał już kontynuować relację ale hałas powodowany zbliżającym się w naszą stronę pojazdem, a raczej rykiem silnika napędzającego maszynę, skutecznie zakłócił naszą rozmowę.
Obróciłem się klękając na siedzisku narożnika, oparłem ręce o tylną część przylegającą niemal do witryny. Przyjaciel wstał i jednym susem wskoczył na kanapę obok mnie. Zdawaliśmy sobie sprawę, że dzięki oklejonej reklamą szybie, mogliśmy spokojnie obserwować ulicę nie będąc przy tym zauważonymi z zewnątrz. Tym bardziej, że na dworze było jeszcze w miarę widno a pomieszczenie zalane półmrokiem dawało złudne poczucie bezpieczeństwa.
Dźwięk silnika stawał się głośniejszy i bardziej wyraźny z każdą sekundą. Dotarło do mnie, że nie dochodzi on z pojedynczego pojazdu, a kilku, jadących z podobną prędkością.
- Też słyszysz kilka samochodów? - zapytałem.
- Ta, to na pewno nie jest jeden wóz.
Upewniony o prawidłowym działaniu zmysłu słuchu, przytknąłem niemal głowę do szyby próbując objąć wzrokiem jak największą część ulicy. Kuba robił dokładnie to samo.
Odgłosy niesione echem pustych ulic, nie były zagłuszane gwarem tętniącego na co dzień życiem miasta. Biegły bez oporu drogą i pomimo znacznie mniej ograniczonej widoczności niż przed wejściem do salonu, nie widać było odpowiedzi na nurtujące nas pytanie.
- Kto to może być? - mruknąłem pod nosem.
- Co? - zapytał Kuba, nie przestając wyglądać nerwowo przez okno. - Co tam bełkoczesz? - spojrzał na mnie trącając łokciem w przedramię oparte o zagłówek kanapy.
- Nic... Nic... - powtarzałem. - Głośno myślę... - tłumaczyłem nabytą ostatnio przypadłość, pocierając miejsce uderzenia dłonią.- Zastanawiam się co to może być.
- Może służby szukają ludzi do ewakuacji - rzucił równie zaciekawiony.
- Możliwe, ale nie uważasz, że najpierw słyszelibyśmy syreny? - wyartykułowałem nurtującą mnie wątpliwość.
Nie odpowiedział.
Gapiliśmy się jeszcze jakiś czas, szukając źródła dochodzących odgłosów. Wyraźnie odbita od budynku po przeciwnej stronie fala dźwiękowa uderzyła w witrynę lokalu powodując wyczuwalną wibrację szyb. Chwilę później, pomimo "bariery ochronnej", oddzielającej nas od ulicy obaj schowaliśmy się za oparcie narożnika. Od strony skrzyżowania z którego przyszliśmy, nadjechał kordon kilku samochodów.
Wyglądaliśmy zapewne jak dzieciaki ciekawsko podglądające z ukrycia, nie przeznaczone dla ich oczu obrazy. Pojazd prowadzący, przygotowany do przemierzania bezdroży i udziału w imprezach off-road typu "X-MUD Bieszczady", wtargnął w nasze pole widzenia.
- Kurr... - urwał Kuba uchylając się odruchowo.
Kolejne dwie pozycje to busy, również "uterenowione. Następny 4x4 wyglądający jeszcze groźniej niż pierwszy i jeszcze dwa busy. Wszystkie wyposażone w orurowanie i wysoki komin dolotu powietrza u góry. Zamykająca kolumnę trzecia terenówka minęła nas i popędziła nie zwalniając ani na moment. Wszystkie samochody umalowane były na zgniło-zielony, matowy kolor a na ich tyłach, dumnie wymalowana biała litera "D" w kwadratowej oprawie.
Pasażerów nie dało się dobrze zobaczyć. Zbyt wiele czynników przyciągających uwagę oddziaływało na nas w tym momencie ale jestem pewien, że samochody wypełnione były mężczyznami.
- Co to miało znaczyć? - Kuba odezwał się na tyle głośno, że usłyszałem bez kłopotu, pomimo ciągle panującego hałasu.
- Kojarzy mi się to tylko z jednym - odpowiedziałem spoglądając z przerażeniem na przyjaciela.
Auta zniknęły pozostawiając za sobą terroryzujący uszy warkot. Opadłem prawie bezwładnie na prawą nogę, skierowany przodem do Kuby. Kolega przekręcił się plecami do okna, łokcie miał podparte na kolanach a głowa spoczęła między dłońmi. Wpatrywał się w ziemię a ja w niego.
- Pierdolone ruski... Jebane, czerwone świnie! - powtarzał kilkukrotnie.
- Nie wyglądali jak wojsko - wypowiedziałem przemykającą po głowie myśl.