Prolog
Żywiczny zapach sosny mieszał się z ciepłymi nutami nagrzanego
sierpniowego lasu.
Tak pachniały okolice jego domu - drewno, ziemia i rośliny. Póki świat
wokół roztaczał tę woń, był u siebie. Był spokojny. Bezpieczny.
A teraz?
Wciągnął głębiej powietrze. Terpentyna i kalafonia, ostrość i słodycz.
Tylko natura potrafi stworzyć taką mieszankę. Poczuł jednak coś jeszcze
- niby słodkawego, ale nieprzyjemnego, żelazistego.
Przesunął lewą rękę w bok. Palce natrafiły na szorstkie drewniane wióry.
Był na miejscu. "Na miejscu" oznaczało zamkniętą przestrzeń, która miała
zapewnić mu bezpieczeństwo.
"Bezpieczeństwo więzienia", myślał ostatnio.
"Nic ci się tu nie stanie", słyszał. Nic złego, co na pewno by się
wydarzyło, gdyby opuścił ten budynek, tę posesję i ten las. Za nimi
zaczynał się świat, który nie miał mu niczego dobrego do zaoferowania.
Tam był obcy.
A tu? Tu też był obcy.
Swój był tylko tam, dokąd nie mógł wrócić.
Chciał się podnieść, ale nie miał siły. Dlaczego leżał? Zasnął tutaj? I co to był za dźwięk? Krótki, rwany, przypominający skrobanie paznokciami
o suchą deskę. Dopiero po chwili się zorientował, że to jego własny
oddech.
Przysunął dłoń bliżej ciała, żeby się podeprzeć i zmienić pozycję. Tym
razem place natrafiły na coś mokrego. Lepkiego, ale już zasychającego.
Ciemnego, choć i wszystko wokół spowijał lekki mrok. Tak było zawsze,
gdy nie włączono oświetlenia. Teraz lampy nie działały. Przez szpary w deskach przedzierały się ostatnie jasne smugi, chociaż wiedział, że
zbliża się wieczór.
Wschód, południe, zachód, północ. Cztery strony świata ograniczone
czterema ścianami budynku. Dzień przeciskał się przez pierwszą, południe
toczyło za drugą, kwadrans odpoczynku był wtedy, gdy prześwity nieba
przebijały przez trzecią, a noc zaczynała się przy czwartej.
A on tu leżał. Podniósł dłoń i przybliżył ją do oczu. Palce miał czymś
ubrudzone. Farba? Nie. Rozpoznałby chemiczny zapach, który wyciskał łzy
z oczu i piekł w gardle. Ostatnio często jej używał. Źle się potem czuł,
czasem musiał podejść do drzwi i pooddychać świeżym powietrzem. Teraz
też mocniej wciągnął je nosem.
Metal, żelazo - to poczuł. Ale to nie były chemikalia. Znał ten zapach.
To była krew.
Jego ciało przeszył dreszcz. Z powodu tej woni, ale i niezależnie od
niej. Trząsł się, drżał i nie potrafił nad tym zapanować. Co się z nim
stało? Skaleczył się? Był chory? Już raz się tak zdarzyło, ale wtedy nie
był tu sam. Przyszli, dali mu jakieś leki, pozwolili odpocząć, co jakiś
czas sprawdzali, jak się czuje. Teraz otaczała go pustka.
Chciał sprawdzić, czy po drugiej stronie jego ciała też jest krew.
Poruszył prawą ręką.
Jego dłoń niczego nie wyczuła - ani ziemi, ani trocin. Ani suchości, ani
wilgoci. A przecież coś tam musiało być, świat nie zniknął.
- Och! - stęknął, a pomieszczenie odpowiedziało mu cichym echem.
Czasem, w nocy, wypuszczał w świat pojedyncze słowa, a one do niego
wracały, odbite od ścian. Miał wtedy wrażenie, że ktoś mówi do niego w jego języku. To było co innego niż słuchanie słów we własnej głowie.
Głowa potrafi robić z człowiekiem dziwne rzeczy, podsuwa różne myśli.
Czasem lepiej jej nie słuchać, nie wierzyć. Można od tego zwariować.
Teraz też jej nie wierzył. Przecież nie można czuć, że czegoś nie ma,
skoro to coś istnieje.
- Uch!
Teraz jęk był głośniejszy. Udało mu się odepchnąć lewą dłonią od podłoża
i przetoczyć na prawy bok. Najpierw zobaczył bark. Fragment czerwonej
flanelowej koszuli. Dalej - podwinięty rękaw, a pod nim łokieć.
Prawie zawsze chodził w koszuli, bo w środku było chłodniej niż na
zewnątrz. Zresztą nawet poza budynkiem rzadko bywało tutaj naprawdę
ciepło - jak wtedy, gdy siadał na ławce przed swoim domem rodzinnym,
opierał się o nagrzane drewno i przymykał oczy. Patrzył prosto w słońce,
ale zaciskając powieki, żeby chroniły jego wzrok przed oślepiającym
blaskiem. Nie całkiem zatrzymywały to gorące światło, bo gdy obracał
głowę i zerkał w bok, to przez kilka chwil świat nie miał konturów, był
świetlistymi plamami. Dopiero później wszystko wracało na swoje miejsce
i odzyskiwało dawny kształt.
Teraz świat stracił kształt na stałe. Jego ręka kończyła się na łokciu.
Mankiet - a dalej nic. Zamknął oczy, zamrugał, otworzył je.
Pustka. Wciąż pustka.
Przekręcił się jeszcze trochę i...
Poczuł gwałtowne szarpnięcie w żołądku - impuls przepłynął z trzewi do
ust. Gorycz rozwarła szczęki. Zwymiotował żółcią.
W miejscu, gdzie powinien być jego łokieć, a za nim dalsza część prawej
ręki, widniała poszarpana czerwień ciała. To dlatego jego prawa dłoń
niczego nie poczuła - bo jej nie było. Zakręciło mu się w głowie, skroń
opadła w wióry.
Usłyszał stukot - głośny, miarowy. Stalowe zęby maszyny obracały się bez
ustanku. Była jak żarłoczne zwierzę, ciągle domagające się pożywienia.
Dostarczał je, przesuwając w jej stronę kolejne kawałki drewna. On też
powoli zmieniał się w maszynę. Włączyć, wykonywać rytmiczne ruchy,
wyłączyć. Tym razem jednak coś się popsuło. Rytm został przerwany.
Maszyna nadal porykiwała, błyskała metalem, ale on znieruchomiał.
Wiedział, że coś się stało, ale jeszcze nie rozumiał co. Cofnął obraz w głowie, jak film puszczany z magnetowidu w dzieciństwie. Kaseta była
zużyta, sprzęt zresztą też, więc obraz często się zacinał. Teraz jednak
wszystko było ostre. Stalowe zęby koła wgryzły się w jego ciało z taką
samą obojętnością, z jaką rozdzielały słoje jesionu czy sosny. To drewno
było słabe. Chudy, okorowany pień. Skąd się tu w ogóle wziął? Pochłonie
go i rzuci na kupę odpadków. Chciał sięgnąć po niego, ale nie mógł.
Czegoś mu brakowało, nie rozumiał czego.
Ręki.
Brakowało mu ręki.
Połowę nadal miał - od barku do łokcia. Druga część, którą wziął za
lichy pień, leżała teraz na drewnianych wiórach.
Kiedy to do niego dotarło, kiedy zrozumiał, co się wydarzyło, świat
nagle zawirował, pociemniał, a on zemdlał.
Nadal tu leżał, nadal bez jednej ręki. Jak długo? Chyba niezbyt, bo
przecież wciąż oddychał. Dychał, czyli żył. Ktoś zaraz do niego
przyjdzie, zabierze do lekarza. Może przyszyją mu rękę? W szpitalach
potrafią teraz różne rzeczy. Ratują chłopaków pokiereszowanych na
wojnie.
On nie walczył, a i tak odrąbało mu rękę. Los potrafi podejść człowieka.
Musi zawołać o pomoc, choć nie powinien krzyczeć, wiedział o tym.
Zresztą jak miałby przekrzyczeć tę maszynę?
Maszyny jednak nie było słychać. Ktoś ją wyłączył. Nie zrobił tego on,
czyli...
Stali. Pod ścianą, tuż przy drzwiach. Ciemne, rosłe postaci. Gdyby nie
pamiętał tego obrazu z innych sytuacji, mógłby pomyśleć, że to dwa
olbrzymie głazy, bo jak i ci na zewnątrz byli nieruchomi.
Dlaczego nie podchodzą? Dlaczego mu nie pomagają?
A jednak - głazy się poruszyły i zaczęły przesuwać w jego kierunku.
Stanęły nad nim. Patrzyły bez słowa.
Otworzył usta, ale nie potrafił wymówić ani słowa. Coś jednak wydobyło
się z jego ciała, wypłynęło razem z różowymi bąbelkami śliny.
Dusza. Wiedział to, czuł. U nich się takie rzeczy znało, uczyło się ich
od małego, bo w jego stronach narodziny i śmierć wydarzały się w domu.
Tam był pierwszy i ostatni oddech.
Przeraził się, podniósł, jakby nagle wstąpiła w niego niezwykła siła. To
też znał. Ostatni skok ku życiu przed śmiercią.
Opadł na trociny. Pył wzbił się w powietrze. Jeszcze niedawno to drzewo
żyło, wczepione korzeniami w ziemię, konarami sięgające nieba.
A teraz...
Coś go oślepiło. Świat rozbłysnął.
Jeden z przybyłych włączył latarkę i skierował snop światła na twarz
umierającego. Patrzyli obaj, jak blask w jego oczach mętnieje, przygasa.
Jak uchodzi z niego życie, które tu istniało, ale i jakby nigdy go nie
było. Czekali na ostatnie tchnienie.
Nabrał powietrza i ujrzał swój dom. Daleko, za łąką, ale już dostrzegał
jego kontur. Wyszedł z lasu i teraz miał do przejścia tylko wysokie
trawy. Ostatni kawałek, ostatni trud. I będzie u siebie. Zostanie tam
już na zawsze, choćby nie wiadomo co. Dom jest w życiu najważniejszy.
- Już? - zapytał jeden z nich.
- Chyba już.
Drugi nachylił się nad ciałem.
Leżący patrzył na nich, ale już ich nie widział. Martwi niczego nie
widzą.
Światło latarki przesunęło się w głąb stodoły. Jeden z mężczyzn podszedł
do maszyny i sięgnął do włącznika. Pomieszczenie znowu wypełniło się
rytmicznym hałasem. Mężczyzna wrócił na poprzednie miejsce i spojrzał na
swojego towarzysza. Tamten kiwnął głową. Schylili się, podnieśli ciało i zanieśli je do buczącej maszyny, której zębate koła czekały na kolejna
partię materiału.
Nastała noc. W rogu budynku ustawiono kilka worków - grubych, jutowych,
wyłożonych dla bezpieczeństwa folią. Pomieszczenie wypełniał silny,
drażniący nos zapach. Rozpuszczalnik, farba, chlor mieszały się, tworząc
toksyczne opary, ale nikomu to nie przeszkadzało, bo nikogo tu nie było.
Maszyna milczała, zębate koło tkwiło nieruchomo, metal był czysty.
Czysta była też podłoga, którą wysypano suchymi trocinami. Ale głębiej,
pod nimi, ziemia nasiąkła wodą, która zebrała wszystko, co się tutaj
tego dnia rozlało. I teraz te strużki przesączały się w dół, do jeziora.
Krew mieszała się ze środkami czyszczącymi i chemią, płynąc dalej w poszukiwaniu ujścia. Znalazła je. System rur odprowadzających to, co
miało zniknąć bez śladu, wypełniła czerwona mieszanina.
Wody jeziora już na nią czekały.
Rozdział 1
- Gdzie, przepraszam?
Aspirant Ruta Rosieńska wpatrywała się w ekran komórki. Przesuwała mapę
w lewo, w prawo, powiększała obraz, ale nie mogła znaleźć lokalizacji, o której mówił dzwoniący.
- No przecież mówię, pani komendant. Nad Jeziorem Bobrowym.
B-o-b-r-o-w-y-m - przeliterował, i to tak głośno, że odsunęła telefon od
ucha.
- To rozumiem, panie... - zerknęła na notes leżący na biurku, gdzie
zapisała "Piotr Staśkiewicz" - ...Piotrze. To znaczy słyszę. Słuch mam
dobry.
- O, to dziękować Bogu, bo ja już nie bardzo. Bobrowe. - Ostatni wyraz
podał scenicznym szeptem.
Ruta raz jeszcze przebiegła wzrokiem mapę. Nic, zupełnie nic.
- A, bo pani komendant może nie wiedzieć. - Jej rozmówca ucieszył się,
gdy pojął przyczynę ich braku porozumienia. - No przeca, pani napływowa.
To zabawne, ja w sprawie jeziora, czyli wody dzwonię, a pani napływowa,
czyli też się z wodą kojarzy.
Ruta zastanawiała się, ile Piotr Staśkiewicz może mieć lat. Po głosie
dałaby mu sześćdziesiąt, ale nie potrafiła ocenić, czy ten głos jest
trzeźwy. Niby tak, przecież by się zorientowała, gdyby rozmawiała z kimś
zupełnie pijanym, ale tak trochę... "Tak trochę" było tu pojemną kategorią
oznaczającą bliski i niedawny kontakt z alkoholem, i mieściły się w niej
stany od lepszego humoru po trudności z utrzymaniem równowagi. Gdzie na
tej skali znajdował się Piotr Staśkiewicz?
- To Jezioro Sudawskie.
Rucie wróciła nadzieja, że rozmawia z kimś trzeźwym, tylko operującym
lokalnym słownictwem. Przerabiała to już wiele razy, a i tak wciąż coś
ją zaskakiwało.
- Mam! - Ucieszyła się, patrząc na mapę. Mała niebieska łezka
zlokalizowana przy drodze prowadzącej na Litwę została oznaczona w ten
właśnie sposób.
- No, to dobrze. To przed sołtysem będzie, między dworem a Gulberkiem.
Tylko że nie tak przy samej drodze, z asfaltu to nie widać. Ja będę stał
tam, gdzie górka, to mnie pani zobaczy. I stamtąd już poprowadzę.
- Dobrze. Będę za dwadzieścia minut.
- Dziękuję, pani komendant.
Ruta się rozłączyła. Już przestała poprawiać ludzi, gdy nazywali ją
"panią komendant". Widać miejscowi uznali, że skoro szefuje na
posterunku, to objęła właśnie takie stanowisko. Zwrot "pani aspirant"
się nie przyjął, może dlatego, że nie brzmiał dość poważnie, "godnie" -
jak to kiedyś usłyszała, a może dlatego, że ten stopień noszą zwykle
osoby młode. Dużo młodsze od niej.
Wstała zza biurka. Myślała, że ostatni dzień pracy w tym tygodniu
zakończy przeglądaniem papierów, przygotowywaniem statystyk lub inną
urzędniczą nudą, a tu się zdarzyło zgłoszenie. I to jakie.
Zeszła na dół i wsiadła do radiowozu. Za każdym razem, gdy uruchomiała
to motoryzacyjne cudo, jak myślała o nowym SUV-ie, będącym na
wyposażeniu posterunku w Rutce-Tartaku, doznawała sprzecznych uczuć. Z jednej strony cieszył ją fakt takiego doposażenia, z drugiej - gdy
przypominała sobie historię, która za tym stała - robiło się jej
dziwnie. Smutno. Albo się złościła, choć nigdy do końca nie potrafiła
zdecydować czy na siebie, czy na Marcina.
Marcin Krynicki. Suwalski komendant i jej były partner, uważał, że
zdobył tym samochodem jej "przychylność". Tak nazywał fakt, że Ruta nie
zgłosiła jego pijanej wizyty ani późniejszych seksualnych propozycji
kierowanych do niej, choć miał żonę.
Odbyli co prawda jedną rozmowę o większym ciężarze gatunkowym, podczas
której Ruta jasno dała mu do zrozumienia, co o nim myśli i co powinna z tymi myślami zrobić, a on to zrozumiał i na swój sposób przyjął, ale
jednocześnie jasno wyraził pogląd, kto tu rozdaje karty.
Otrząsnęła się. Nie było sensu do tego wracać. Czasu nie cofnie,
ludzkości nie zbawi. "Rację masz, ale musisz być pragmatyczna",
stwierdziła jej przyjaciółka Anka, której pragmatyzmu akurat nie
brakowało. "Rób swoje. I zobaczysz, że on już nie będzie fikał, co nie
znaczy, że nie będzie ci pokazywał, gdzie w tej hierarchii jesteś ty, a gdzie on".
Wszystko się do tej pory sprawdzało. Krynicki nie przekraczał granicy
ani służbowo, ani prywatnie, ale hierarchia była jasna.
Ruta zaś przekroczyła właśnie granicę terytorium, na którym znajdowała
się farma wiatrowa. Wielkie konstrukcje na Górze Rowelskiej zawsze
przypominały jej, jak wiele warstw historii kryje ten region. Najpierw
lodowiec wyrzeźbił pagórki i jeziora. Potem przyszli Jaćwingowie ze
swoimi świętymi gajami i kamieniami. Później Krzyżacy. Po nich Litwini,
Polacy, Rusini, Żydzi, Tatarzy, Staroobrzędowcy i Mazurzy. A jeszcze
wcześniej byli Sudowie, o których przed przyjazdem na Suwalszczyznę nie
słyszała.
I teraz właśnie jechała nad Jezioro Sudawskie, które do dziś było jej
nieznane. Niebieskich plam oznaczających zbiorniki wodne było na mapie
tego terenu dużo, ale nazwy tych mniejszych pojawiały się dopiero po
powiększeniu, a czasem - wcale.
Gdzie znajduje się miejscowość Sudawskie, wiedziała, bo kilka razy tą
drogą wybrała się na Litwę. Wiedziała też, że Litwini używają określenia
Suduva, które w ich języku oznacza Suwalszczyznę. Ten wyraz był w miarę
prosty, ale inne, które widziała w sklepach, w menu, na szyldach i w reklamach po drugiej stronie granicy, przypominały jej magiczny język z odległej bajkowej krainy. Co by nawet pasowało do okoliczności, bo ta
Litwa, którą zdążyła poznać, miała w sobie coś z baśni - wszechobecną
zieleń, drewnianą architekturę i widoczne nawiązania do ludowości.
Podobało jej się to. Raz, gdy jechała nad Jezioro Wisztynieckie, minęła
drewnianą tablicę z wyrytym na niej napisem, którego nie potrafiła
odczytać, i ciekawym ażurowym zwieńczeniem. Było bardzo ładne - jako
wzór i praca czyichś rąk, ale nie opuszczało ją wrażenie, że już gdzieś
kiedyś coś podobnego widziała. Nie potrafiła sobie jednak przypomnieć
miejsca. Męczyło ją to, ale im dłużej się nad tym zastanawiała, tym
mniej ufała swoim domysłom. Tak jest, gdy chce się na siłę odnaleźć
źródło wspomnień. Odpuściła. Zresztą nie miała teraz głowy do takich
rozmyślań. Trwały kolejne odprawy związane z napiętą sytuacją na
granicy, a Arek - wciąż jeszcze mąż - fundował jej dodatkowy stres. Po
początkowej zgodzie na rozstanie najwyraźniej uznał, że jednak warto
zawalczyć o ich małżeństwo. Robił to w trybie "tak trochę", co ją
jednocześnie dziwiło i denerwowało, ale już prawie nie wzbudzało w niej
poczucia winy, nawet mimo sugestii Moniki, ich córki, że jednak powinno.
Odsunęło też przyjazd tej ostatniej na Suwalszczyznę, choć tu powodem
były podobno zawirowania w pracy. No i była jeszcze sprawa domu, którego
wciąż nie kupiła, choć chciała to zrobić. Im bardziej sfinalizowanie tej
transakcji się odsuwało, tym mocniej Ruta czuła, że jej pragnie. Może to
był zwykły mechanizm psychologiczny, który uaktywnia się zawsze wtedy,
gdy otrzymanie czegoś, na czym komuś zależy, przesuwa się w czasie - im
dłużej to trwa, tym bardziej pożądanie rośnie. Choć Ruta sądziła, że
jest inaczej. Ona po prostu zapuszczała tu korzenie w tempie, które ją
dziwiło. Z emocjami, o które by się nie posądzała. Nie była przecież w wieku, w którym cokolwiek może być "pierwsze", nie licząc rozwodu. A jednak po raz pierwszy czuła się gdzieś jak u siebie. Coraz częściej,
gdy ogarniało ją to poczucie zakorzenienia, wracały do niej myśli o przeszłości. "Podobno litewskie, poza tym oryginalne. Jedyna
niezwyczajna rzecz, jaką mogłam ci dać", powiedziała kiedyś matka o jej
imieniu. I jeszcze ruta/Ruta w zeszycie Marii Romaniuk, poprzedniej
właścicielki domu na wzgórzu, który ponownie wystawiono na sprzedaż.
Poprzednie ogłoszenie unieważniono, bo nie było wiadomo, jak długo
budynek pozostanie jednym z dowodów w sprawie o morderstwo. "Mamo, ty
nadal, mimo tego, co tam się stało, chcesz kupić ten dom? Ten, który
wygląda jak ze skansenu?", pytała Monika, gdy Ruta przesłała jej w końcu
zdjęcia drewnianej chaty w Wiłkupiach. Chciała. W niewytłumaczalny dla
siebie sposób naprawdę go chciała. Choć... Po jakimś czasie od tamtej
podróży do Wisztyńca Ruta wreszcie przypomniała sobie, skąd zna ten
wyrzeźbiony w drewnie wzór. Wróciła do niej okładka Baśni i podań
litewskich, czytanych jej w dzieciństwie przez mamę. Były na niej las i rzeka, w zieleniach, brązach i granatach, a na obramowaniu widniały
tajemnicze znaki - dopiero później Ruta poznała słowo "motyw". I wtedy,
na drodze wijącej się przez las przypominający puszczę, znowu go
ujrzała.
- Cholera! - rzuciła w przestrzeń radiowozu, bo pochłonięta myślami
minęła postać stojącą na poboczu. Spojrzała w lusterko i włączyła
wsteczny bieg. Skręciła kierownicą, zjechała z asfaltu na pobocze i zaparkowała.
Mężczyzna w spodniach, które wyglądały na dół od garnituru, i koszuli z krótkimi rękawami w kratkę, podszedł do niej. Pokiwał głową z uznaniem.
- Profesjonalnie pani komendant zaparkowała. Jak mężczyzna.
Teraz gdy mogła mu się lepiej przyjrzeć, uznała, że jest starszy, niż
przypuszczała. Mógł mieć ponad siedemdziesiąt lat. I nie wyczuła od
niego alkoholu. Wyczuwała za to tradycyjny ogląd rzeczywistości, z którym nie zamierzała dyskutować. Można mieć rację albo relację -
ostatnio często przypominała sobie to powiedzenie. I póki sprawa nie
była naprawdę istotna, póty stawiała na relacje.
- Piotr Staśkiewicz, to ja do pani komendant dzwoniłem. Niżej mieszkam,
z drogi widać moje obejście. Tutaj przyjechałem na rowerze, żeby rundkę
kontrolną zrobić.
Ponieważ patrzyła na niego pytająco, dopowiedział:
- No, jak to mówią, pańskie oko konia tuczy. Zresztą, nie będę okłamywał
policji, to dla ruchu i zdrowotności. Co i raz daję sobie jakieś
zadania, żeby tylko nie gnuśnieć.
- To pana tereny?
- Tamte, tak. I tu. O, i jeszcze tamten kawałek. - Mężczyzna wykonał
kilka ruchów rękoma, po których Ruta mniej więcej wiedziała, ile ziemi
znajduje się w jego posiadaniu.
- A jezioro? Chyba tam? - Teraz ona wysunęła przed siebie dłoń,
wskazując na zagajnik, który mieli za plecami.
- Tam, właśnie. Kawałek drogi niby jest, ale jechać nie ma co, bo zaraz
się kończy, zresztą potem trzeba odbić i górką, między sklepikami...
- Sklepikami? - powtórzyła Ruta. Musiała się przesłyszeć, choć
Staśkiewicz mówił głośno i wyraźnie.
- Tak się tutaj mówi na piwniczki. Takie magazyny wykopane w ziemi. Z daleka można je poznać po ułożonych kamieniach.
Kiwnęła głową.
- No to chodźmy.
Mężczyzna ruszył, ona za nim. Rzeczywiście, pierwszy odcinek prowadził
wyjeżdżonym, zapewne przez traktory, duktem, ale po chwili skręcili w prawo i weszli na niewielkie kamienne wzniesienie.
- O, sklepiki są tutaj. A pani komendant wie, że tu wielkie życie było?
Pokiwała głową.
- Dwór - odpowiedziała.
- O, no proszę, widać, że zaczyna pani być nasza. Dwór tu stał,
Rekoszów. Jestem stary, ale nie aż tak, żeby go pamiętać. Na fotografii
widziałem, piękny był, drewniany, z modrzewia zrobiony. W stylu, jak to
się mówi, zakopiańskim.
- Zakopiańskim? - Ruta się zdziwiła, ale przypomniała sobie
niedokończoną willę nad jeziorem Wiżajny, którą od lat nie mogli się
podzielić rozwiedzeni małżonkowie.
- Kto bogatemu zabroni? - zaśmiał się Staśkiewicz. - Ja to jeszcze
pamiętam, że za dzieciaka potrafiłem pokazać, jak to wszystko było
rozplanowane i ułożone. Wtedy nadal można było wypatrzyć aleję wzdłuż
sadu i jeziora. I kolumny stały, takie wielkie, robiły wrażenie. A potem
natura przyszła jak po swoje. Chaszcze, chwasty. Tam gdzie dawniej
spacerowali goście, dziś rosną samosiejki.
Ruta się rozejrzała.
- Nie zgadłabym, że to tu. Raczej bym obstawiała, że było tu jakieś
miejsce Jaćwingów. Kurhan.
- A, no pewnie, że Jaćwingowie tu żyli. Ale kawałek dalej. To znaczy tu
pewnie też, przecież chodzili po tym terenie, u siebie byli, ale
mieszkali tam, bliżej granicy. - Mężczyzna wyciągnął rękę przed siebie.
- Gulberek - dodał.
- Skąd ta nazwa?
- Nie wiem, ale zawsze tak słyszałem: Gulberek. Piękne wzgórze, ścięte
na płasko, jak wszystkie ich grodziska. Tam podobno była świątynia. I studnia tak głęboka, że jak się kamień rzuciło, to leciał, leciał i leciał. Trudno powiedzieć, prawda czy nie, bo nic z tego się nie
zachowało. Teraz to tam krowie placki. - Zaśmiał się.
Ruta dyskretnie spojrzała na zegarek. Staśkiewicz rzeczywiście musiał
prowadzić emeryckie życie i szukał sposobu na wypełnienie sobie czasu.
Może i tę historię wymyślił?
- A gdzie jest to pana znalezisko? - zapytała.
- Pani w pracy, no tak. Już prowadzę.
Znowu ruszyli przed siebie. Teren był gęsto zarośnięty, czasem musieli
się przeciskać między krzewami.
- Pani komendant się nie boi, znam te tereny jak własną kieszeń. O, już
tam wodę widać.
Doszli na brzeg - zarośnięty, choć z widocznymi resztkami pomostu.
- To będzie... - Staśkiewicz zrobił jeszcze kilka kroków. - Tu.
Wskazał ręką w bok. Ruta podążyła wzrokiem w tamtym kierunku. Między
drzewami stał namiot. A właściwie coś, co go przypominało.
- Pałatka - powiedziała.
- Pani komendant taka młoda, to chyba pałatek pamiętać nie może? -
Mężczyzna się zdziwił.
- Pamiętam.
Na jakimś wyjeździe w czasach studenckich do Krynicy Morskiej, poszła na
wyprzedaż asortymentu wojskowego. Oferowano tam nieużywane zapasy
magazynowe. Kupiła "pelerynę namiot wojsk lądowych", którą starszy
sprzedawca nazywał właśnie pałatką. Rok produkcji: siedemdziesiąty
piąty. Została w siedleckiej piwnicy, nigdy nie użyta.
- Rzeczywiście, wygląda jak pałatka, choć mnie się na pierwszy rzut oka
wydało, że to jakiś kawałek materiału rozpięty na kijach. Zresztą sama
pani komendant zobaczy.
Ruta podeszła bliżej. Schronienie było na tyle duże, że bez problemu
mieściła się tam jedna osoba, choć raczej nie położyłaby się wygodnie. W ziemię wbito trzy kije, sądząc po kolorze kory, ścięte gdzieś w pobliżu.
Do nich przymocowano sznurkiem zielony materiał, który przypominał
brezent. Konstrukcja wyglądała osobliwie, jakby była garbata. Ruta
przypomniała sobie, że do kupionej przez nią przed laty peleryny była
dołączona cienka rurka, którą należało zamontować z przodu, a tkanina
dotykała ziemi. Rozłożona pałatka ze zdjęcia, które dostała wraz z peleryną, przypominała nietoperza. Ta wyglądała jak wielbłąd.
- To jest właśnie to, z czym dzwoniłem. Bo pierwszy raz to widziałem
trzy dni temu. Nie, nie trzy, cztery. Też sobie tu chodziłem...
- Tu? - Ruta się rozejrzała po gęstwinie.
- Tak, mniej więcej tu. Lubię zajść nad wodę. Taka tu cisza, że aż w uszach dzwoni. - Umilkł, przymykając oczy.
"Decybelomierz pewnie nie byłby w stanie oznaczyć w tym miejscu
natężenia dźwięku", pomyślała.
- Zresztą... - Zawahał się. - Jurek, co mieszka po drugiej stronie
asfaltu, szutrówką się do niego jedzie w głąb, z drogi go nie widać,
powiedział, że chyba zauważył tu w okolicy kogoś obcego. I nie był to
turysta. - Staśkiewicz ostatnie zdanie powiedział znaczącym tonem.
- Migrant? - zapytała Ruta.
- Imigrant - poprawił ją. - I-migrant - zaakcentował.
- Migrant to ogólne określenie. Najpojemniejsze, bez decydowania, czy
imigrant, czy emigrant, czy azylant, uchodźca...
- No właśnie. To ostatnie - przerwał jej Staśkiewicz. - Takie było
podejrzenie.
- Widział go pan? Tego kogoś?
W głębi duszy wolałaby, żeby nie. Żeby ten, kto przez chwilę korzystał z tego dziwnego schronienia, odszedł i już nie wrócił. Była policjantką,
przestrzegała przepisów, ale w głębi duszy była też człowiekiem, który
miał problem z jasną oceną tego, co się w ostatnich miesiącach działo na
tutejszej granicy i na tej drugiej, białoruskiej. Zresztą nie ona jedna
- miejscowi też byli podzieleni. Widać Piotr Staśkiewicz należał do tej
grupy, która wątpliwości w tej sprawie nie miała.
- Nie widziałem, żeby była jasność. Chciałem sprawdzić, czy to prawda,
czy nie. Gdyby pani komendant pytała, to ja nigdy tu nie spotkałem
żadnego z tych kolorowych czy nawet białych, ale nielegalnych. I wolałbym nie, bo i po co? Ale jak Jurek powiedział, to z ciekawości
poszedłem. Bardziej takiej, czy on nie zmyśla, bo u niego to już nie tak
z głową, starszy jest ode mnie, a i różnie się prowadził. No i tak
chodziłem, chodziłem i wychodziłem. Ale pałatka była pusta przez kolejne
dni.
- Może stoi tu dłużej?
Ruta przyglądała się brezentowi. I pomyślała, że raczej nie, bo w takich
warunkach pewnie byłoby po niej widać działanie sił natury.
- Jeśli tak, to kilka dni tylko. Bo w sobotę i niedzielę wnuczka
przyjechała, to przy domu byłem. A w piątek przed tym weekendem nic tu
nie stało. Za to w ten poniedziałek to ja tu okruchy chleba widziałem.
- W tej pałatce?
- Tak. Zajrzałem z ciekawości, a tam na wydeptanej trawie leżały okruchy
chleba. Jakby kto rwał i się kruszyło. Może już był czerstwy. W pierwszej chwili pomyślałem, że na ryby może kto przyjechał. Nie od nas,
bo nasi to gdzie indziej by poszli łowić, raczej jakieś dzieciaki albo
turysta z miasta, co to kulki chlebowe na haczyk nabija. No albo
uchodźca właśnie.
- A tu są ryby?
- Pewnie są, woda w końcu. Nie łowię, zawsze byłem na to za energiczny.
No i co pani komendant sądzi?
Ruta przyglądała się namiotowi. Pomyślała, że zgłosi to Straży
Granicznej. Niech oni decydują.
- Powiadomię... - zaczęła, ale w tym momencie usłyszała dzwonek swojego
telefonu. Spojrzała na wyświetlacz. "Radosław Kuna". Drgnęła. Kolega
Krynickiego, lokalny agent nieruchomości, który pierwszy pokazał jej dom
na wzgórzu. Zaproponował wsparcie podczas przetargu i dość swobodnie
informował, że zna tu wiele osób i może pomóc w różnych sprawach. Od
kilku tygodni nie mieli kontaktu, ale wiedział, że pierwszy przetarg
unieważniono i Ruta przystąpiła do kolejnego. Może dzwoni w tej sprawie?
Spojrzała na Staśkiewicza.
- Przepraszam. - I odebrała połączenie. - Ruta Rosieńska, słucham -
zaczęła oficjalnie.
- Radek Kuna z tej strony, witam. Pani Ruto... - Tak ją nazywał, pomijając
stopień służbowy. - Dzwonię, bo mam sprawę. Nie z mojego poletka, to od
razu powiem. Odezwał się do mnie znajomy...
- Przepraszam, ale teraz jestem w terenie, na interwencji, więc skoro to
nic oficjalnego... - weszła mu w słowo, ale i on jej przerwał:
- Oficjalne właśnie.
Zawahała się.
- Dobrze, to słucham.
Piotr Staśkiewicz oglądał ulistnienie rosnącego obok nich drzewa, ale
Ruta miała wrażenie, że stara się usłyszeć, o czym rozmawia.
- Zadzwonił do mnie znajomy Antoni Mażejko. Pszczelarzem jest, mieszka w Szurpiłach. Starszy człowiek, poważny, solidny. Od lat kupuję od niego
miód, pyszny, nieoszukany. On się nie ogłasza, to wszystko pocztą
pantoflową działa, więc jakby pani chciała, to mogę zamówić. Choć teraz
to nie wiem, jak będzie, bo zdarzyło się tam coś dziwnego. Od razu
mówię, że nie byłem na miejscu, ale stary Mażejko to człowiek z poprzedniego pokolenia, głowy by nie zawracał bez potrzeby. Odezwał się
do mnie, bo wie, że ja znam wszystkich, a kiedyś wspomniałem, że nową
szefową posterunku też. On tam dzwonił do was, ale nikt nie odbierał,
dlatego mnie poprosił o radę i pomoc. Roztrzęsiony był, słyszałem to w jego głosie. Chodzi o pszczoły. One mu poumierały. Nie wiem, czy
wszystkie, ale chyba dużo. Nagle. I on podejrzewa, że zostały otrute.
- Otrute - powtórzyła Ruta, bo Kuna umilkł, czekając na jej reakcję.
Kątem oka dostrzegła, że Staśkiewicz znieruchomiał, nasłuchując.
- Dlatego, że ktoś zatruł wodę w jeziorze.
Ruta przeniosła spojrzenie na granatową taflę Jeziora Sudawskiego,
zwanego przez miejscowych Bobrowym.
- Tak Mażejko powiedział. Że jego pszczoły przy brzegu leżą, a woda w jeziorze czerwona jakby krew.
Rozdział 2
Minęła tablicę z napisem Rutka-Tartak. Gdy dojeżdżała do posterunku,
zauważyła zaparkowanego przed nim Golfa. Zawahała się, ale włączyła
kierunkowskaz i zjechała z drogi.
Drzwi były otwarte. Z kuchni dobiegały jakieś odgłosy. Ruta ruszyła
korytarzem w tamtą stronę. Na wysokości lustra się zatrzymała. Lekko się
wychyliła ku szklanej tafli. Spojrzała na swoje odbicie. Wyglądała
dobrze. Lustro lata świetności miało za sobą, więc obraz nie był jak
żyleta, ale nawet w nowszych egzemplarzach prezentowała się nieźle.
Opalona, z gładką cerą. Dużo chodziła, prawie każdego dnia przed pracą
robiła półgodzinny spacer szybkim tempem, weekendy spędzała aktywnie.
Krok miała bardziej sprężysty, plecy prostsze. "To dlatego, że zrzuciłaś
z barków różne ciężary. Przede wszystkim Arka", stwierdziła Anka, gdy
Ruta podzieliła się z nią tą obserwacją. "No i masz tam obok młodą
krew". Ruta prychnęła wtedy, późniejsze aluzje do towarzystwa
posterunkowego Patryka Wasilkiewicza zbywała krótkimi: "weź", "przestań"
lub dłuższym: "nawet tak nie żartuj". Ale...
- O. - Usłyszała. - Cześć.
Z trudem się powstrzymała, żeby nie odskoczyć od lustra. Przesunęła
palcem pod okiem, zamrugała.
- Hej. - Odwróciła się w stronę posterunkowego. - Coś mi chyba wpadło do
oka i drażni. - Kilka razy zacisnęła powieki. - Zatrzymałam się po sól
fizjologiczną, mamy w apteczce.
- Już ci podaję.
Wasilkiewicz obrócił się i zniknął w kuchni. Ruta wzięła głębszy oddech
i powoli wypuściła powietrze. "Weź", pomyślała. "Weź się".
- Proszę.
Posterunkowy stanął obok niej z przezroczystą ampułką w dłoni. Ruta
odłamała końcówkę, przechyliła głowę i nacisnęła pojemniczek. Poczuła,
jak płyn obmywa jej gałkę oczną. Kilka razy mrugnęła, pozwalając mu
wypłynąć.
- Chyba już. Co za ulga. - Uśmiechnęła się, wycierając policzek
wierzchem dłoni. - A ty co tu robisz?
- Wracałem od kolegi, szybciej niż myślałem, to już sensu nie było do
domu jechać. Mogę cię od teraz zmienić, jak jest potrzeba.
- Potrzeba jest inna - powiedziała Ruta. - Mamy zgłoszenie w Szurpiłach.
*
- Nie wydaje mi się, żeby to był nielegalny - stwierdził Patryk. -
Kontrole przecież są i niemiejscowi od razu są wyhaczani. Turysta to
zwykle inaczej wygląda. Jeśli się akurat trafi. Bo tak generalnie to
posucha jest. Ten kumpel, u którego dziś byłem, opowiadał mi. Jego
rodzice prowadzą agroturystykę w Puszczy Romnickiej. I mówią, że w tym
roku gorzej nie tylko z powodu remontu drogi. Ten to zresztą potrwa, bo
muszą więcej zrywać niż zakładano. Okazało się, że tam dużo gliny,
trzeba ją wywieźć, podsypać czymś innym.
- A to jakaś wiedza tajemna? Ci, co budują, nie wiedzieli o tym?
Patryk się uśmiechnął.
- Jak widać nie. Albo może myśleli, że jakoś to będzie. Najważniejsze to
przetarg wygrać, a potem się zobaczy.
Ruta pokiwała głową. Do rozstrzygnięcia przetargu na chałupę w Wiłkupiach zostało jeszcze trochę czasu. Na razie była jedyną chętną. I dobrze wiedziała, co ją czeka, jeśli stanie się właścicielką tego
miejsca. Nic więcej, ponad to, co już się tam wydarzyło, nie mogło jej
zaskoczyć. Chyba.
- Tak sobie myślę - ciągnął posterunkowy - że to mógł być jakiś
preppers. To się zrobiło modne, na Suwalszczyznę też przyjeżdżają tacy
faceci. Nawet dziś o tym z Tomkiem, tym moim kumplem, rozmawialiśmy. On
kiedyś organizował w puszczy obozy survivalowe, taki miał pomysł na
życie. Potem przyszła pandemia, bezruch, a teraz ludzie sami się tym
zajmują.
- Jeśli mają przetrwać, to muszą być zorganizowani - przyznała Ruta.
- No fakt. To może ktoś taki tam był?
- I zostawił tę pałatkę?
- Niby nie pasuje, ale może to był początkujący preppers?
Teraz uśmiechnęła się Ruta. Patryk miał poczucie humoru, co na początku
ukrywał, albo inaczej - co było przykrywane spięciem, jakie czasem u niego obserwowała - jakby w pracy czuł się egzaminowany. Ale to już
prawie, prawie minęło.
- Wracając, zadzwoniłam do Mariusza, żeby oni się temu przyjrzeli, jeśli
chcą. To raczej dla pograniczników, nie dla nas.
- Ta zapaskudzona woda to też chyba nie dla nas?
- Pewnie nie. Zawiadomimy służby. Wody Polskie albo WIOŚ. Chyba że tam
blisko jest plaża czy inne kąpielisko, to wtedy też Sanepid.
- Nie widzę obok żadnego zakładu przemysłowego, żeby ktoś miał do wody
ścieki wpuszczać. - Patryk Wasilkiewicz wpatrywał się w mapę na komórce.
- No ale to nie dziwi, tu nie takie okolice. Sytuacja jest nawet
odwrotna, tak bym to ujął, bo jest źródełko nad jeziorem Pobondzie,
zaraz by trzeba było skręcić. - Przeniósł wzrok z ekranu telefonu na
prawą stronę drogi.
- Nie widziałam źródełka, a nad tym jeziorem byłam. Ładne, choć w Wiżajnach ładniejsze.
- Bo to jest małe. - Patryk znowu patrzył na ekran smartfonu. - W opiniach na Google'u piszą na przykład: "Woda lodowata pomimo upałów.
Pić raczej nie polecam. Atrakcja nie jest dla wszystkich, niektórych
może rozczarować (to po prostu rurka wystająca z ziemi)".
Ruta się roześmiała. Czasem, gdy potrzebowała rozrywki, czytała właśnie
recenzje na mapach. Było tam dużo internetowego dobra, naprawdę
przydatne informacje, ale i sporo tekstów takich jak ten, które więcej
mówiły o piszących niż o ocenianych miejscach czy usługach.
- Pamiętasz jakąś podobną sytuację w tych okolicach, że ktoś działał na
szkodę środowiska? - zapytała.
Wasilkiewicz pokręcił przecząco głową.
- Nie. Tu przecież prawie nie ma ludzi. Musiałby ktoś specjalnie
przyjechać z daleka, żeby truć wodę. Koło swoich domów też raczej nie,
przecież sobie szkodzić nie będą, zwłaszcza że ktoś wodę ze studni
bierze.
- Fakt. - Ruta pokiwała głową.
- Natomiast miała tu być wielka inwestycja, w Krzemiance, ale to dawno
temu - ciągnął Patryk. - To bardzo ciekawy temat, trochę o tym czytałem.
- Coraz bardziej się ożywiał. - Zaczęło się jeszcze przed wojną, to
znaczy przed trzydziestym dziewiątym. Zauważono, że samoloty, które
przelatują nad Krzemianką właśnie, mają problemy z kompasami, bo one
zaczynają w tych okolicach wariować. W latach sześćdziesiątych powstały
pierwsze odwierty i wtedy się okazało, że są tu duże złoża rud żelaza.
Zapadła decyzja, że powstanie kopalnia głębinowa w okolicach Jeleniewa,
czyli tam, gdzie zaraz będziemy. Ona miała się znajdować całkowicie pod
ziemią, żeby nie zmieniać krajobrazu. Koszt był gigantyczny, więc
wzięliśmy kredyt u Niemców. Założenie było takie, że spłacimy go tym, co
będzie wydobywane. Przy okazji tych planów bardzo rozbudowano Suwałki i wtedy właśnie podjęto decyzję, że powstanie nowe osiedle, teraz się
nazywa Północ. Tam chyba mieszkasz, prawda?
- Prawda. - Ruta kiwnęła głową.
- To niezłe miejsce do życia. Wszystko tam jest, bloki są niskie, jest
zielono. Nieźle, prawda?
- Wolałabym Wiłkupie.
Ruta myślała o tym osiedlu przez pryzmat swojego - czyli Krynickiego -
mieszkania, co od razu obniżało punktację.
- Pewnie. Co swoje, to swoje. I jak jeszcze łąka czy las za oknem. A wracając do kopalni, to planowano, że materiału do wydobycia wystarczy
na trochę mniej niż pół wieku, ale to chyba pozostanie już na zawsze
niesprawdzone, bo ostatecznie nawet nie rozpoczęto prac. Przemiany
ustrojowe - dodał i popatrzył na Rutę tak, jakby sam był ich świadkiem.
- Tak, to wiele zmieniało - odpowiedziała. Znała tę cezurę z własnego
doświadczenia.
- Potem ten temat jeszcze wracał, ale nic z tego nie wyszło, bo już się
więcej mówiło o tym, jaka ta nasza Suwalszczyzna piękna i unikatowa. I że najcenniejszym dobrem jest tu przyroda, która musi zostać w swojej
naturalnej postaci.
- Czerwonemu jezioru się nie udało - stwierdziła Ruta. - Dobra, jesteśmy
w Jeleniewie, to teraz w prawo i mamy wypatrywać na poboczu tabliczki z pszczołą. Taki nieduży kierunkowskaz z numerem domu.
- Myślałem, że z miodem, skoro on jest pszczelarzem. Tak by było chyba
sensowniej. Bardziej handlowo - orzekł Patryk.
- Kuna mówił, że on się nie reklamuje, bo ma stałych klientów i jedni
drugim go polecają.
- Znaczy, dobry jest. Ale tutaj to częste.
Ruta pokiwała głową. Sama w ten sposób kupowała sery od dziewczyny,
której, jak ma nadzieję, będzie sąsiadką. Daleką, ale sąsiadką.
- Jest, tam, przed drzewem - zauważył Patryk.
Rzeczywiście, na prostokątnym kawałku drewna, zakończonym z jednej
strony trójkątnym wycięciem oznaczającym nakaz skrętu, była namalowana
pszczoła w locie.
- Nawet ładna - ocenił posterunkowy. - Taka duża i podobna do siebie. On
naprawdę musi je lubić, ale jak ktoś hoduje pszczoły, to nie dziwi.
Droga zmieniła się z asfaltowej na szutrową, zrobiła się też węższa.
- Dwa samochody się tu nie miną - stwierdził Patryk.
- Chyba nieczęsto dwa w tym samym czasie się tu zdarzają. Gdyby nie ten
kierunkowskaz, to bym się zastanawiała, czy dobrze jedziemy.
SUV powoli toczył się wśród łąk, zostawiając za sobą chmurę pyłu.
- Droga się rozwidla. - Ruta patrzyła przed siebie. - My w prawo, bo tu
też kierunkowskaz, ale dalej również ktoś mieszka.
- Daleko od cywilizacji, nawet jak na Suwalszczyznę. Ciekawe, jak sobie
w zimie radzą. - Zainteresował się posterunkowy.
- Jeśli ktoś tak mieszka, to sobie radzi - zawyrokowała Ruta. Droga
niknęła w zagajniku, by po chwili wynurzyć się na polanie. - Albo i nie
- dodała, gdy zobaczyła dom, w którym mieszka pszczelarz. Mały,
parterowy, z miniaturowym gankiem i ławką zrobioną z bala i ustawioną
wzdłuż frontowej ściany budynku. Siedział na niej mężczyzna, który na
ich widok się podniósł i powoli podszedł do radiowozu.
- Dziękuję, że pani przyjechała. I pan. Pan Kuna pomocny tu był - mówił
z zaśpiewem, który sugerował, że pochodził ze Wschodu. - To ja jestem
Antanas Mażejko. Antoni znaczy się.
Nie pomyliła się.
- Aspirant Ruta Rosieńska, posterunkowy Patryk Wasilkiewicz - dokonała
prezentacji. - Proszę powiedzieć, co się tu wydarzyło.
Przez twarz mężczyzny przebiegł grymas bólu.
- Nieszczęście. Prawdziwe nieszczęście.
Za ich plecami rozległ się dźwięk silnika. Cała trójka obejrzała się w tę stronę. Ruta rozpoznała dużą terenówkę, należała do Radosława Kuny.
- Dzień dobry! - Agent nieruchomości przywitał się z nimi z daleka, gdy
tylko energicznie wysiadł z samochodu. - Nie przeszkadzam? - zapytał,
gdy podszedł bliżej. I nie czekając na odpowiedź, dodał: - Byłem w okolicy, to pomyślałem, że zajadę. Zwłaszcza że miody na mnie czekają,
prawda, panie Antoni?
Mężczyzna pokiwał głową. Był niski, w wieku około siedemdziesięciu kilku
lat, a może więcej. Miał rzadko dziś spotykaną budowę ciała - szerokie,
proste ramiona, ciało zbite, twarde, jakby wyrzeźbione w drewnie.
- Czekają. Ale co z nowymi będzie... - Głos mu zadrżał, co w zestawieniu z jego krzepkością robiło tym większe wrażenie. - W spiżarni stoją, z karteczkami, górna półka po lewej, niech pan pójdzie, bo ja tu... - Przez
chwilę się zawahał. - Gości mam.
- Mogę poczekać, nie ma problemu. - Kuna machnął ręką. - W sumie to
chętnie bym zobaczył tę wodę w jeziorze. Wprawdzie z drugiej strony, ale
mam nad tym jeziorem działkę w ofercie. Muszę być na bieżąco. Mogę
dołączyć, pani Ruto? Miejsce zbrodni to nie jest, więc chyba... - Zawiesił
głos.
Ruta kiwnęła głową.
- A mnie się wydaje, że zbrodnia była - odezwał się Mażejko. - Moi
przyjaciele przecież nie żyją.
Ruta pomyślała, że to przesada, żeby tak nazywać owady. Pies, kot -
okej, to przecież bliscy towarzysze, ale pszczoły? Spojrzała na
gospodarza.
- Proszę nas zaprowadzić.
Antoni Mażejko ruszył ścieżką, która od domu prowadziła łagodnie w dół
zbocza, żeby na chwilę zniknąć wśród drzew i zapewne wynurzyć się przy
jeziorze, które według mapy miało być w dole.
- Wezmę rzeczy z samochodu - powiedziała Ruta do Patryka. - Ty już idź.
Posterunkowy ruszył za Mażejką, a Ruta cofnęła się do radiowozu.
Otworzyła bagażnik i wyjęła z niego torbę.
Kuna czekał na nią.
- Niech się pani do niego nie zraża - powiedział. - On się może wydawać
przesunięty, jak to się mówi, ale to dobry facet. Uczciwy i z głową u niego wszystko w porządku.
- Myśli pan, że potrzebuje adwokata? - Ruta ruszyła w stronę jeziora.
Była na siebie zła, że nie zachowała się asertywnie wobec Kuny. Facet
wszędzie czuł się jak u siebie. Mażejko i Wasilkiewicz właśnie wchodzili
do lasu.
- Nie, na pewno. Chodzi mi tylko o to, że on ma wszystkie klepki na
miejscu. Tylko te pszczoły tak bardzo kocha.
- To już wiem. "Przyjaciele".
- A, to nie tak. - Kuna się ucieszył. - On mi to kiedyś tłumaczył, bo
też się na początku dziwiłem, że on tak o owadach. Widzi pani, on ma
litewskie korzenie. W Puńsku się urodził, tu przyjechał za żoną. Dawno
temu, jak był młody. Ona umarła. Od kiedy go znam, jest wdowcem, drugi
raz się nie ożenił.
- Biedny starszy człowiek.
- I tu znowu nie. To znaczy teraz jest biedny, bo mu smutno, ale co do
finansów, to biedy tu nie ma.
- Nie wygląda na krezusa.
- Pozory mylą. On tu ma hektary ziemi, a w nich majątek. Małą część
sprzedał, żeby dzieciom pomóc. Dwóch synów ma i córkę. Ziemię też im
dał. Synowie tu mieszkają, pobudowali się nad tym samym jeziorem, ale z innej strony. Działkę im podarował, pieniądze chyba również, biznesy
jakieś prowadzą. Córka studiuje. A on jeszcze ma tej ziemi, że ho, ho.
Ale sprzedać nie chce. Kilka razy pytałem. W końcu odpuściłem.
Ruta szła ścieżką. Musiała przyznać, że było tu pięknie. Ziemia w tym
miejscu, zwłaszcza z linią brzegową, musiała dużo kosztować.
- No dobrze, a co z tymi "przyjaciółmi". Dlaczego to nie "nie tak"? -
Odwróciła się w stronę Kuny.
- No właśnie, bo w końcu nie powiedziałem. Jak tylko w grę zaczynają
wchodzić nieruchomości, to zapominam o wszystkim innym. On jest
Litwinem, po jednym z rodziców, chyba ojcu. Nieważne. Ważne, że za
dzieciaka mówił po litewsku, zresztą słychać, że ma inny akcent. Też się
kiedyś zdziwiłem, że on o pszczołach tak mówi, ale mi wyjaśnił, że w litewskim to się pokrywa. Że tam wyraz przyjaciel od słowa pszczoła
utworzony. Nie pamiętam tych wyrazów, to już by trzeba...
Ruta się zatrzymała, Kuna zaraz za nią. Kilka kroków przed nimi, z boku,
tak, by nie zasłaniać widoku, stali posterunkowy i gospodarz. A na
wprost, na ziemi i na pomoście coś się bieliło, błyszczało w słońcu. I tą bielą kontrastowało z czerwoną wodą.
Ruta się wzdrygnęła. Jej umysł nie potrafił jednoznacznie zinterpretować
tego obrazu. Podeszła bliżej i wtedy zrozumiała, że patrzy nie na ziemię
pokrytą błyszczącymi drobinkami, tylko na trawę zasłaną martwymi
pszczołami, tak, że całkowicie przykrywały jej zieleń. A to, co tak
błyszczało w słońcu, to były ich skrzydełka.
- Rany - szepnęła.
- Kur...de, rzeczywiście. Co tu się stało? - Kuna pokręcił ze zdumieniem
głową.
Ruta nie miała pojęcia. Sięgnęła po aparat i zrobiła kilka zdjęć. Z oddali i w przybliżeniu, znowu opanowując dreszcz emocji. Nigdy czegoś
takiego nie widziała.
- Ja je pozbieram, ale czekałem, aż pani przyjedzie. Pozbieram i pochowam - powiedział Mażejko.
- Czy to może być jakaś choroba? - zapytała Ruta.
- Nie, to żadna choroba. To ich zabiło. - Antoni Mażejko wyciągnął przed
siebie rękę.
Ruta spojrzała na jezioro. Najwięcej martwych pszczół leżało tuż przy
brzegu. Mrużąc oczy, można by pomylić ich skrzydełka z pianą, jaka się
czasem tworzy na wodzie dobijającej do brzegu. Za nimi rozciągała się
wielka czerwona plama, która stopniowo wtapiała się w granat, przy czym
robiła to nierównomiernie - największe wysycenie kolorem było po obu
stronach, dalej od brzegu.
Ruta podeszła bliżej. Znowu zaczęła robić zdjęcia. Kucnęła.
- I co myślisz? - Usłyszała za sobą. Posterunkowy podszedł do niej.
Mażejko i Kuna zostali na swoich miejscach.
- Nie mam pojęcia. Nigdy nie widziałam czegoś takiego. Te pszczoły to
jak z jakiegoś katastroficznego filmu - mówiła cicho, żeby mężczyźni ich
nie słyszeli. - Czerwień rzeczywiście wygląda na coś chemicznego, bo
nawet jak się spojrzy pod odpowiednim kątem, to widać takie błyszczące
oka, jak po benzynie. A piana... Piana to chyba zjawisko naturalne. -
Spojrzała na Patryka. On się wychowywał w naturze, mógł wiedzieć. Nie
myliła się.
- Zwykle tak. W wodzie jest dużo naturalnych rzeczy. Glony, rośliny,
liście, czasem nawozy, czy to co z pola spłynie. Im więcej tego, takich
substancji odżywczych, martwych, rozkładających się, tym woda się
bardziej pieni. To nie musi być nic złego, póki kolor jest biały i nie
ma nieprzyjemnego zapachu.
- To tu dużo tej martwej materii organicznej musi być. - Podniosła się i przebiegła wzrokiem po tafli jeziora. - Chyba więcej niż w innych
miejscach. - Sięgnęła do plecaka i wyciągnęła z niego lornetkę. - Tam
gdzie był bezpośredni dostęp do jeziora, nic się nie kłębiło przy
brzegu. - Mało takich zejść, ale tam czysto. Czerwieni też nie ma. -
Podała lornetkę Patrykowi. I znowu spojrzała na wodę blisko nich.
Czerwień rozciągała się w głąb jeziora, gdzie powoli zanikała. Ruta
przeniosła spojrzenie na otaczający ich teren. Stali w miejscu, które
można by nazwać zakolem. Teren przypominał tu podkowę, a oni znajdowali
się w miejscu największej wypukłości. Ziemia za ich plecami była
wyniesiona, oba końce "podkowy" z podobnym nachyleniem opadały ku
wodzie.
- Wygląda tak, jakby ten syf spłynął ze wzniesienia - powiedziała Ruta.
- Ale to nie bardzo ma sens, bo przecież po prawej mieszka Mażejko. Nie
wygląda na takiego, co niszczy przyrodę. I swoje ukochane pszczoły przy
okazji.
- No właśnie - zgodził się Patryk. Odsunął lornetkę od oczu i teraz
przyglądał się Rucie.
- Sprawdź na mapie, czy tam, po lewej, ktoś mieszka. Stąd nic nie widać,
drzewa zasłaniają.
- Już.
Patryk sięgnął po komórkę. Ruta zaś weszła na pomost. Widać było, że
drewno, z którego zrobiono podest, ma swoje lata, ale jednocześnie widać
było także, że ktoś dbał o to miejsce, naprawiał je i konserwował.
Powoli szła na koniec, gdzie była zacumowana łódka, i rozglądała się na
boki. Z prawej strony szuwary prawie dochodziły do pomostu, z lewej -
rosły w pewnym oddaleniu. Deski były czyste, ale woda pod nimi - brudna.
Ruta przyglądała się prześwitom. Powinna widzieć piasek na dnie, bo
tutejsze jeziora były czyste. Czasami występowała piana zalegająca przy
brzegu, co świadczyło o tym, że dużo w nich...
Ruta przystanęła. Zrobiła krok do przodu i lekko się pochyliła.
- Z satelity widać, że coś tam pobudowane. - Dobiegł głos posterunkowego
z tyłu.
...martwego materiału biologicznego, dokończyła myśl w głowie, wpatrując
się w punkt na wodzie, który przyciągnął jej spojrzenie jasnym kolorem,
odcinającym się od czerwieni.
To był ludzki palec.