1. Kresowe (po)rachunki (cz. 1)
Gehenna polskich Kresów powoli, ale nieuchronnie
idzie w zapomnienie. Częściowo jesteśmy sami sobie winni -
powinny ukazywać się naukowe publikacje z tego zakresu, ale nie ma
wyspecjalizowanych w tym kierunku placówek badawczych. Te zaś, które
istnieją, zajmują się tą problematyką jedynie fragmentarycznie. Nie
ma żadnej placówki zbierającej relacje z lat 1939-1945,
dotyczące zarówno pierwszej okupacji sowieckiej (do czerwca 1941 r.),
jak i wydarzeń późniejszych. Dość dobrze znamy dzieje polskiego
podziemia niepodległościowego na Kresach, choć i tu są olbrzymie
luki: wiemy już znacznie więcej niż kiedyś o wywózkach polskich
obywateli na Sybir i eksterminacji polskiego żywiołu; wiemy, co się
stało w Katyniu i innych miejscach kaźni polskich oficerów.
Milczymy o tym, co wyrabiała tam sowiecka
partyzantka, która oficjalnie miała walczyć z Niemcami,
a w rzeczywistości główny wysiłek kierowała na rabunki
i mordowanie ludności polskiej; w imię źle pojętej tolerancji idą
w niepamięć wyczyny nacjonalistów ukraińskich, którzy sprawili
ludności polskiej na Kresach Południowo-Wschodnich krwawą łaźnię,
torując tym samym drogę kolejnej sowieckiej okupacji; w imię dobrych
stosunków z Litwinami milczymy o tym, że Litwa była sojusznikiem
niemieckich nazistów i była bardzo wrogo nastawiona wobec polskiej
ludności i partyzantki AK.
Dlaczego milczymy na temat kłamstw?
Pozostaje jednak temat, który objęty jest swoistym
tabu - to zagadnienie stosunków polsko-żydowskich w latach
1939-1941 (pod okupacją sowiecką) oraz w okresie następnym, do
ponownego wejścia Armii Czerwonej na polskie Kresy. Nie jest to tabu
całkowite: społeczność żydowska na świecie wytworzyła na ten temat
olbrzymią literaturę (głównie w języku angielskim), a treści
w niej zawarte są wprost przerażające. Polacy ukazywani są na ogół
jako nie tyle współwinni holokaustu ludności żydowskiej, co wprost
główni jego sprawcy. I milczą polskie placówki naukowe, wstydliwie
pomijając ten temat. A rzecz wymaga solidnego zbadania. Ukazują się
wprawdzie publikacje w tym zakresie, ale prawie we wszystkich wysiłek
autorów zmierza do wykazania, że Żydzi byli co najmniej tak samo
prześladowani, jak Polacy.
Upiorna książka Jana Tomasza Grossa
W powszechnej, obiegowej opinii, zachowanej
w świadectwach świadków i uczestników wydarzeń z lat 1939-1941
miejscowa społeczność żydowska zachowywała się na ogół nielojalnie
wobec Polaków pod okupacją sowiecką. Ale zbiorowa pamięć odchodzi
wraz z tymi, którzy uczestniczyli w wydarzeniach. W to miejsce
pojawiają się coraz częściej publikacje, z których wynika, że
było całkiem inaczej. Przykładem może być niewielka rozmiarami,
ale zawierająca wstrząsające treści praca Jana Tomasza Grossa
pt. Upiorna Dekada. Trzy eseje o stereotypach na temat
Żydów, Polaków, Niemców i komunistów 1939-1948. Już
sam jej zakres czasowy poraża: Grossowi wydaje się, że nie ma
różnicy między okresem 1941-1944 (gdy dokonał się niemieckimi
przecież rękami holokaust) a okresem 1944-1948, gdy powstawały
zręby tzw. władzy ludowej. Według tego autora - wizja
sowietyzacji zachodniej Ukrainy i zachodniej Białorusi przy pomocy
Żydów jest nieprawdziwa. Pomijając już dziwne nazewnictwo,
które Gross konsekwentnie stosuje ("zachodnia Ukraina", "zachodnia
Białoruś" to określenia polskich Kresów, stosowane notorycznie
przez sowiecką propagandę!), należy zadać pytanie: jaka zatem była
rola ludności żydowskiej w sowieckim aparacie władzy w latach
1939-1941? Czy rzeczywiście Żydzi pojawiali się w sowieckich
organach władzy bardzo rzadko, jak chce Gross,
czy może było inaczej? Czy rzeczywiście władze radzieckie
represjonowały Żydów surowiej niż Polaków, jak pisze
Gross, czy może było odwrotnie? Rzecz należy solidnie zbadać, aby
nie obracać się w kręgu doraźnej propagandy.
Antysemicka Armia Krajowa
współpracująca
z Niemcami
Szczególnie fałszywy stereotyp został wytworzony
na temat sowiecko-żydowskiej partyzantki. W licznych publikacjach
naukowych i wspomnieniowych, których autorami są Żydzi, Polacy
zawsze przedstawiani są w niekorzystnym świetle. Oto np. wspomnienia
żydowskich "partyzantów" z tzw. Brygady Markowa (wielu
było żydowskich chłopców w Brygadzie Markowa - to
cytat z żydowskich wspomnień!), która zasłynęła eksterminacją
polskiego oddziału AK por. Stanisława Burzyńskiego "Kmicica" na
Wileńszczyźnie 26 sierpnia 1943 r.:
AK była skrajnie antysemicka (...). W wielu
częściach Polski brali oni [tzn. AK-owcy] udział w masowych
egzekucjach Żydów. W innych miejscach zabijali Żydów dla
ich drogocennych dóbr. Kiedy wreszcie stało się jasne, że Niemcy
przegrali wojnę, wiele oddziałów AK uszło do lasów, gdzie udało im
się zamordować tysiące Żydów. Nic o tym nie wiedzieliśmy w maju
1942 r.
Tu wypada dodatkowo zapytać: a skąd te oddziały
AK "uszły do lasów"? Nie trzeba szczególnych zdolności,
aby wyobrazić sobie, co autor tych słów miał na myśli: zapewne
stacjonowały w niemieckich garnizonach! I tak też tłumaczy
ich swoistą koncepcję polityczną: Jeśliby Niemcom
powiodło się na froncie rosyjskim, mieli rozkazy przyłączyć
się do nich i ogłosić wolną Polskę. Karmieni takimi
niedorzecznościami czytelnicy literatury w języku angielskim nie
mają powodu, by nie wierzyć. Wszak obecna, wolna przecież Polska
nie kwestionuje takich publikacji. Nic nie robi Ministerstwo Spraw
Zagranicznych (dlaczego?), polskie placówki naukowe i kulturalne
na świecie (dlaczego?), czy choćby polski świat naukowy
(dlaczego?).
Zakłamania
o sowiecko-żydowskiej
partyzantce
Przypomnijmy fakty: sowieccy partyzanci pod
wodzą Fiodora Markowa (wraz z owymi licznymi żydowskimi
chłopcami) mieli jakoby przeprowadzać liczne akcje
antyniemieckie. Zygmunt Boradyn, najwybitniejszy znawca partyzantki
sowieckiej na Wileńszczyźnie i Nowogródczyźnie, stwierdza coś
zupełnie innego:
W meldunkach niemieckich ani w innych
źródłach nie udało się znaleźć potwierdzenia tych działań
(...) poza jednym przypadkiem zastrzelenia trzech Niemców pod Nowymi
Święcianami. W wyniku represji, zastosowanych w odwecie za tę
akcję przez Niemców i litewską policję, zginęło kilkaset (według
raportu Komendy Okręgu Wileńskiego AK i Delegata Rządu - 1200)
osób.
Trudno przypuszczać, że była to całkowicie
"ślepa" akcja, a jej wykonawcy nie zdawali sobie sprawy
z konsekwencji jej bezmyślnego przeprowadzenia. Wszak szef Generalnego
Sztabu Partyzanckiego Pantelejmon Ponomarienko nakazywał w swych
instrukcjach:
W Polsce należy rozpalić walkę partyzancką. To -
oprócz efektu wojskowego - spowoduje duże ofiary ludności polskiej
(...).
Po bestialskim, podstępnym zlikwidowaniu
oddziału AK por. "Kmicica", "komandir" F. Markow meldował
swym przełożonym: Oczyścimy wszystkie nasze
(sic!) rejony z tego paskudnego
śmiecia. Czy można szczycić się tym, że w brygadzie
Markowa służyło wielu żydowskich chłopców? Lub
tym, że (według Shaloma Yarona) Markow był ożeniony z Żydówką? Jak
widać, można...
Według Milesa Lermana, przewodniczącego Rady Muzeum
Holocaustu w USA, żydowscy partyzanci byli zwykle pierwszymi ochotnikami
w najbardziej niebezpiecznych akcjach.
Fakty dowodzą, że Żydzi odgrywali pierwszoplanową
rolę w partyzantce i walczyli odważnie w większości partyzanckich
grup w całej Europie. (...) Nasze centrum rozwiniętych badań nad
Holocaustem wdraża już specjalne projekty badawcze, rozpoczyna
organizowanie sympozjów i konferencji historycznych w celu
udokumentowania i rozpowszechniania wiedzy o tych faktach na cały
świat.
Myślę, że powinno się w tym pomóc, aby ustalenia
owego centrum nie były tanią propagandą, która wywoła na fali
kłamstw jakieś antysemickie odruchy.
Absurd o Żydach broniących
wystraszonych
Polaków przed Niemcami
A że tak może być? Oczywiście. Weźmy np. pod
uwagę fragment wspomnień Andrzeja Chciuka (brata słynnego "Celta"),
który przytacza historie nie z tej ziemi, opisane przez jednego
z żydowskich "historyków":
W Kopyczyńcach na Podolu ksiądz proboszcz wylewnie
dziękował partyzantom żydowskim, którzy trzymali straż naokoło
kościoła i bronili wystraszonych Polaków przed Niemcami. Dzięki
owym partyzantom - żydowskim komunistom, Polacy mogli się bezpiecznie
modlić i obchodzić mszę.
Dla kogoś, kto przeżył te czasy tam i wtedy,
to oczywiście całkowity absurd. Ale to nie dla takich czytelników
przeznaczone są te publikacje.
Andrzej Chciuk opisuje też zabawną historię,
gdy most wysadzony przez jego oddział partyzancki we Francji, zaliczony
został na konto... żydowskiej Résistance. A była
taka?
Cytron: AK mordowała bezbronnych
Żydów,
którym pomagali Niemcy
Czy można wydać po polsku książkę i uzyskać
pochlebne recenzje historyków (np. prof. Adama Dobrońskiego z PSL)
z takimi opisami zrywu Żydów w getcie białostockim?
Dzięki pomocy Niemców powstańcy w getcie
i partyzanci dostawali broń, fałszywe dokumenty, kenkarty,
a niejednokrotnie również miejsce schronienia w czasie
łapanki. Wspomniani Niemcy udzielali również moralnego wsparcia
partyzantom w lasach. Powstańcy i partyzanci popadali niejednokrotnie
w trudne sytuacje, z których wyjść mogli tylko dzięki pomocy owych
Niemców.
W lasach - jak wiadomo - Niemców nie było. Była
tam natomiast partyzantka AK. Czyli, aż strach pomyśleć: Niemcy musieli
udzielać Żydom pomocy w lasach, czyli bronić ich przed AK! Autor
tej książki, Tobiasz Cytron (oficer ludowego Wojska Polskiego) ma
znacznie więcej takich szokujących pomysłów (w ramach dialogu
polsko-żydowskiego):
Gdy najlepsi synowie narodu żydowskiego
walczyli z hitlerowskim wrogiem [i tu widać pewną sprzeczność
w wynaturzeniach Cytrona - hitlerowcy byli wrogiem, ale Niemcy
Żydom pomagali], część AK-owców, zapominając, że powinni walczyć
z Niemcami [hm... chyba jednak hitlerowców miał na myśli?], mordowała
niewinnych Żydów. AK-owcy szaleli wszędzie na drogach, w pociągach,
wdzierali się do żydowskich mieszkań i zabijali na miejscu wszystkich
mieszkańców (...).
Nawet historycy żydowscy uważani za umiarkowanych
w głoszeniu nienawiści wobec Polaków, nie są wolni od takich,
delikatnie mówiąc, uprzedzeń. Np. Nechama Tec w jednej ze swych
prac napisała: Zgodnie z dyrektywą Bora-Komorowskiego
biali Polacy (sic! - toż to
nazewnictwo sowieckie wobec AK) używali Żydów jako
tarcze strzeleckie. Autorka nie poparła tych stwierdzeń
żadnymi źródłami historycznymi. Można dodać - niech ich nie
szuka, bo takich nie znajdzie! Nigdy nie było przecież żadnych
instrukcji polskiego podziemia, aby Żydów traktować jako tarcze
strzeleckie!
Akcja, której nie było
Nechama Tec zasłynęła hagiografią
tzw. oddziału partyzanckiego Tuwii Bielskiego, który był w zasadzie
żydowskim obozem rodzinnym w Puszczy Nalibockiej. Z szeregów
ukrywających się tam Żydów (około 1200 osób) utworzono kilka
grup partyzantki, wśród nich - oddział "im. Ordżonkidze"
i "im. Kalinina". Okoliczni Polacy nazywali ich "Jerozolimą"
lub "Jerozolimą Bielskiego". Wymienia ich również w swych
wspomnieniach Anatol Wertheim, nie szczędząc im superlatyw:
Na jego czele stało czterech braci Bielskich,
synów młynarza spod Nowogródka. (...) Z czasem znalazło się w ich
szeregach trzystu bojowników, których brawura stała się legendarna
w całej Puszczy. Partyzanci z podziwem powtarzali opowieści o ich
pomysłowych zasadzkach na Niemców, odważnych akcjach i o karach,
jakie bracia Bielscy wymierzali kolaborantom.
Wertheim jest jednak gołosłowny - nie przytacza
żadnych konkretnych przykładów. W zbiorowej pracy Isaaka Kowalskiego
pojawia się jednak taki opis:
Grupa partyzantów Żydów i nie-Żydów, wśród nich
Dawid Lipszyc i jego przyjaciel Mojsze Funt z Iwieńca, zajęli miasto
Naliboki. Ich celem było zdobycie posterunku policji. Niemcy z Iwieńca
zostali uprzedzeni i otoczyli Naliboki. Partyzanci ufortyfikowali się
w kościele i walczyli bohatersko do ostatniego naboju i nie poddali
się Niemcom. Dawid Lipszyc i Mojsze Funt polegli w bitwie.
Brak tu jakiejkolwiek daty i innych szczegółów,
aby zidentyfikować tę "akcję", ale to i tak niepotrzebne,
albowiem takiej akcji w ogóle nie było. Jeszcze jedna rzecz jest
charakterystyczna: w Nalibokach nie było posterunku policji!
Pogrom Polaków w Nalibokach
Ale warto czytelnikom przybliżyć inne wydarzenia,
które miały miejsce w Nalibokach 8 maja 1943 r. Brali w nich udział
także "partyzanci" Bielskiego. W tym dniu do Nalibok wkroczyli
Sowieci z "Brygady im. Stalina" i Żydzi z oddziałów Tuwii
Bielskiego. Już przedtem jego "Jerozolima" dała się nieźle we
znaki okolicznym mieszkańcom. Tak to wspomina mieszkaniec Nalibok,
Wacław Nowicki:
To on (...) założył swoją "Jerozolimę". On
z niejakim Wiktorem Pucenko, który dowodził zaledwie kilkuosobową
grupką, jesienią 1942 r. podzielili ziemię stołpecką i Puszczę
Nalibocką na strefy swoich grabieży. Słowem zawarli przymierze
bezwzględnego zabijania i niszczenia tych, którzy odmówią
im jakiejkolwiek pomocy. W swoich wydanych w Izraelu w 1947
r. wspomnieniach pt. "Brygada w akcji" Bielski pisze: "Licząca
1500 ludzi, złożona przeważnie z kobiet, starców i dzieci
Jerozolima nigdy nie weszła do akcji z okupantem i szczęśliwie
ocalała w bunkrach leśnych podczas straszliwej pacyfikacji Puszczy
Nalibockiej". Otóż to... W akcji z okupantem można było
postradać życie. Ale rabując wsie, bohaterom w aureoli sławy nic
nie groziło. "Jerozolima" (...) nie mogła żyć bez pierzyn,
poduszek i dojenia krów po pastwiskach.
Mieszkańcy strefy przypuszczańskiej, łupieni
i napadani przez "partyzantów", narażeni byli równolegle na
ciągłe ekspedycje karne okupanta. Niemcy, dbający o obowiązkowe
dostawy z polskich wsi, nakazali tworzenie lokalnej samoobrony, która
miała chronić mieszkańców przed łupieżczymi rajdami wszelkiego
rodzaju band. Samoobrona w Nalibokach liczyła 144 osoby, uzbrojone
w 26 starych karabinów i dwa erkaemy. Dwie trzecie jej stanu osobowego
było już zaprzysiężonymi żołnierzami AK lub NOW.
Sowiecka partyzantka uznała powstanie samoobrony za
akt wrogi i nakazała podporządkowanie się swemu dowództwu. Polacy
nie mogli się na to zgodzić, pomni na okres okupacji sowieckiej
1939-1941. Naliboki zostały skazane na zagładę. Tak to opisuje
cytowany już Wacław Nowicki:
8 maja 1943 r. o godz. 4.00 nad ranem kilkuset
partyzantów radzieckich otoczyło wieś i miasteczko. (...) O godzinie
7.00 strzały i jęki ucichły. Zewsząd wiało grozą śmierci
i zniszczenia. Ocaleni od pogromu mogli teraz zobaczyć tragedię
swojego miasteczka i dokonanego w nim ludobójstwa. W niespełna
dwie godziny zginęło 128 niewinnych ludzi. Większość z nich,
jak stwierdzili potem naoczni świadkowie, z rąk siepaczy Bielskiego
i "Pobiedy". Mordercy obojga płci wpadali do mieszkań i seriami
z automatów unicestwiali we śnie całe rodziny, a obrabowane
w pośpiechu (nawet z zegarków) domostwa palili i pijani od krwi,
z okrzykiem "hura!" szli dalej mordować.
W 1980 r. wyszły w Jerozolimie (w języku
angielskim) wspomnienia Sulii Wolozhynskiej (Wołożyńskiej)
Rubin. Pochodzi ona z Nowogródka, córka lekarza, jej mąż Borys
(według Nechamy Tec - Rubierzewicki, później po prostu: Rubin),
sam urodzony w Nalibokach, był razem z nią w "Jerozolimie"
Bielskiego. Sulia opisuje (na podstawie relacji męża) pogrom ludności
polskiej w Nalibokach, w którym brał udział jej mąż, choć
nie wymienia nazwy miejscowości i mylnie datuje tę "akcję"
(jakoby przed 1 maja 1943 r.). Wymienia liczbę zabitych: 130 osób
i jako powód masakry podaje fakt, że miejscowi Polacy okrutnie
postępowali z Żydami uciekającymi z gett oraz z żydowskimi
partyzantami. Te wyjaśnienia można spokojnie odrzucić, albowiem
wiemy, że było inaczej. Zresztą sama ciepło wspomina dowódcę
miejscowej partyzantki AK por. Miłaszewskiego (dodając, że jego
żona była Żydówką). Jest to jednak pierwsze ze strony żydowskiej
potwierdzenie udziału "Jerozolimy" Bielskiego w mordzie
popełnionym w Nalibokach. Zapewne niezamierzone...
"Jerozolima" Bielskiego nie miała dobrej opinii
także u ortodoksyjnych komunistów. Jeden z nich, Józef Marchwiński
(przedwojenny komunista, żonaty z Żydówką Esterą, która była
u Bielskiego, a zatem trudno przypisywać mu jakiekolwiek intencje
antysemickie), przez pewien czas był zastępcą Tuwii w jego obozie. Tak
opisuje stosunki tam panujące:
Bielskich było czterech braci,
chłopów rosłych i dorodnych i nic też dziwnego, że mieli powodzenie
u niewiast w obozie. Byli to mołojcy do wypitki i miłości, nie
mieli jednak ciągotek do wojaczki. Najstarszy z nich (dowódca obozu)
Tewie Bielski zarządzał nie tylko wszystkimi Żydami w obozie, lecz
dowodził również dość licznym i ślicznym "haremem" - niby
król Saud w Arabii Saudyjskiej. W obozie, gdzie rodziny żydowskie
kładły się często na spoczynek z pustymi żołądkami, gdzie matki
przytulały do wyschniętych piersi głodne swoje dzieci, gdzie błagały
o dodatkową łyżkę ciepłej strawy dla swoich maleństw - w tymże
obozie kwitło inne życie, był też inny, bogaty świat!
Bielski i jego świta nie narzekali
na złe warunki, na okupację. Posiadając złoto i kosztowności
swoich ziomków, mogli prowadzić wystawny tryb życia. W ziemiankach
braci Bielskich i najbliższego ich otoczenia, stoły uginały się od
wytrawnych potraw i napojów, a liczne grono pięknych kobiet stale
otaczało Tewie Bielskiego i jego trzech budrysów. Piękności te
nie znały głodu i niedostatku. Były zawsze ślicznie ubrane, a na
ich rękach i szyjach lśniły blaskiem drogie klejnoty i kamienie,
nie zbrukały też zbożną pracą swych białych rączek.
Marchwiński - jak na wzorowego komunistę przystało
- zaobserwował w obozie swoiste podziały "klasowe":
Patrycjat Bielskiego jaskrawie odcinał się od
plebsu żydowskiego zamieszkującego obóz. Biedota żydowska ziemianki
Bielskiego nazywała carskimi pałacami.
Ze wspomnień Marchwińskiego (nigdy dotychczas
nie opublikowanych) wynika, że Bielski zdecydowanie tłumił wszelkie
odruchy buntu i niezadowolenia wśród mieszkańców obozu. Zamordował
Izraela Keslera za to tylko, że ten ośmielił się głośniej wyrażać
swoje niezadowolenie z postępowania Bielskiego i jego braci. Fajwel
Połonecki zginął tylko dlatego, że po wkroczeniu Armii Czerwonej,
gdy Żydzi byli już wolni, chciał zabrać wóz ze swoim skromnym
dobytkiem (z zawodu był kowalem), uratowanym przez białoruskich
chłopów. Bielski uważał, zaś, że wszystkie wozy są potrzebne
do zabrania własnych rzeczy, nagromadzonych podczas działania
"Jerozolimy".
Inny komunista, Benedykt Szymański (z "Brygady
im. Stalina"), także nie oszczędził Bielskiego:
Oddział ten nie miał dobrego imienia, o nim napisać
nie mogę. A bardzo było niedobrze wyłącznie z winy Bielskiego jako
dowódcy. Przyjmował chętnie ludzi ze złotem i walutami, natomiast
nie kwapił się z przyjmowaniem biedoty, a bez broni to i mowy nie
było.
Pomijanie niewygodnych świadectw
Historycy żydowscy na ogół pomijają takie
niewygodne świadectwa, korzystając głównie ze wspomnień
oraz spisywanych po latach relacji i wywiadów z żydowskimi
partyzantami. Muszą być one jednak konfrontowane z innymi źródłami,
inaczej historia żydowskiej partyzantki będzie tym, do czego zmierza
Miles Lerman - "dowodem", że Żydzi odgrywali pierwszoplanową
rolę w partyzantce. Chodzi o odkrycie prawdy, aby oddać hołd tym,
którzy na to w istocie zasłużyli, ale też należy strzec się
przed fałszywymi legendami i stereotypami, nie zasługującymi na
wiarę. Czy jest to możliwe? Jeśli na polskich uczelniach nie będą
prowadzone rzetelne badania, za jakiś czas także w Polsce upowszechni
się mit o nazi-AK, o tzw. polskich
obozach koncentracyjnych oraz o tym, że getto i obóz pracy lub obóz
koncentracyjny były jedynymi miejscami na świecie, które dawały
nikłą nadzieję i szansę na przetrwanie. Taka wykładnia
stosunków polsko-żydowskich podczas drugiej wojny światowej zaczyna
obowiązywać w wolnym, demokratycznym
świecie. Czy jedynym wskaźnikiem, że do tego świata
aspirujemy, ma być jej przyjęcie także w Polsce?
Ciąg dalszy w wersji pełnej