Czerwona skrzynia - Walery Przyborowski

Kup ebooka

7.99 zł
6.39 zł (1,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

I

Wpierwszych dniach grudnia, zameldowano pełniącemu obowiązki naczelnika policji w kraju, generałowi R., że jakiś szlachcic z prowincji pragnie się z nim widzieć w interesie niecierpiącym zwłoki. Generał był zajęty i z początku odmówił posłuchania, ale w końcu rozmyśliwszy się kazał go wprowadzić.

Jakoż wprowadzono przybyłego. Był to mężczyzna niskiego wzrostu, suchy, zwiędły, ale niezwykle zręcznej budowy ciała i ruchliwy nad wyraz. Włosy niegdyś czarne, już gdzieniegdzie się srebrzyły; maleńkie, bystre, czarne i przenikliwe oczy, kryły się pod okularami w złotej oprawie. Ubrany był ówczesnym obyczajem w granatowy frak ze świecącymi guzikami, w białe pantalony i wielkie, lakierowane buty. Całe wzięcie się przybysza było eleganckie, śmiałe - widocznie przyzwyczajony był do obcowania z osobami z wyższych sfer.

Generał rzuciwszy nań okiem, zapytał ostro:

- Czego pan sobie życzysz?

- Daruje pan generał - odrzekł przybyły z akcentem cudzoziemskim - że go trudzę i przerywam może jakie ważne zajęcie, ale przybyłem oto w tym interesie.

To mówiąc dobył z fraka numer gazety urzędowej i wskazał palcem na ustęp zakreślony czerwonym ołówkiem. Generał spojrzał na gazetę i nie biorąc jej wcale, rzekł:

- Czego pan chcesz?

- Przychodzę w sprawie zbrodni, znanej pod nazwą "Czerwonej skrzyni", o której ogłoszono oto w tej gazecie, wzywając ogół o współudział w wyśledzeniu zbrodniarzy.

Generał spojrzał uważniej na przybyłego i rzekł nie zmieniając tonu mowy:

- Czy masz pan nam co powiedzieć o tej zbrodni?

- Tak i nie panie generale.

- Proszę pana - zawołał ten ostatni - ja nie mam czasu bawić się w szarady. Ostatecznie czego pan chcesz?

- Chcę zupełnego i bezwarunkowego pełnomocnictwa od władzy dla wyśledzenia zbrodniarzy.

Generał powstał, spojrzał na mówiącego i rzekł:

- Ach tak? To się nazywa mówić otwarcie! Kto pan jesteś?

- Jestem Ludwik Cordier, właściciel wioski pod Opatowem, nazwiskiem Mamina.

- Ale skądże panu wzięła się taka ochota śledzenia zbrodniarzy, panie Cordier?

- Chcąc to zrozumieć panie generale, trzeba wiedzieć, czym byłem wpierw nim zostałem właścicielem ziemskim w Polsce.

- Pan nie jesteś Polakiem?

- Nie, jestem Francuzem, emigrantem francuskim, który przed okrucieństwem rewolucji schronił się w Polsce.

- Dawno pan jesteś w Polsce?

- Od dwudziestu pięciu lat.

- Na koniec, panie Cordier - rzekł generał mimowolnie zaciekawiony - wytłumacz się pan... ale proszę siadać... otóż wytłumacz mi pan powód twego dziwnego nieco żądania.

- We Francji, panie generale, byłem jednym z najpierwszych i najbystrzejszych agentów policyjnych i nie chwalę się, ale udało mi się kilka bardziej tajemniczych rozwikłać dramatów w porównaniu z czerwoną skrzynią. Otóż, panie generale, śledzenie zbrodniarzy to mój fach, moja namiętność. Jakem tylko wyczytał w gazetach, to oto ogłoszenie, powiedziałem sobie: "no Cordier, już dawno nic nie robiłeś, zaśniedziałeś, oto masz pole okazać twe zdolności, sprawa warta tego, obudź się, dopomóż sprawiedliwości, pokaż, co jeszcze potrafisz choć masz lat pięćdziesiąt".

- To bardzo pięknie z pańskiej strony, panie Cordier - rzekł generał nieco zamyślony - ale zdaje mi się, że nieco za trudne będzie do wykonania. Zresztą, przyznasz sam, iż władza nie może dawać pełnomocnictwa... na koniec zobaczymy, namyślę się, rozpatrzę... A co pan chcesz za to, jeśli wyśledzisz zbrodniarzy?

- Nic, panie generale, zupełnie nic. Dzięki mej pracy i oszczędności jestem człowiekiem zamożnym. Chcę to zrobić dla własnej satysfakcji, chcę zadość uczynić mej żądzy; mej namiętności, która uśpiona była z ważnej okoliczności przez lat tyle.

Generał zamyślił się, a powstając z siedzenia odpowiedział:

- Proszę pana przyjść do mnie za tydzień, pomówimy, zobaczymy, co się da zrobić.

- Panie generale, i tak już dużo czasu strącono na próżno. Jeżeli mi pan pozwolisz prowadzić śledztwo, proszę bardzo oszczędzać czas. Wiem, o co panu idzie, nie znasz mnie pan, chcesz o mnie zasięgnąć wiadomości. Przewidziałem to, przyniosłem ze sobą wszelkie możliwe świadectwa. Oto są.

To mówiąc, wyjął z kieszeni paczkę papierów.

- Doprawdy zadziwiasz mnie pan - rzekł generał, biorąc machinalnie papiery - zostaw pan u mnie te dokumenty, przejrzę je, a jutro proszę zgłosić się do mnie o dziesiątej rano. A teraz do widzenia!

Cordier skłonił się i zmierzał do wyjścia.

- Ale, ale - rzekł generał - czy masz pan kogo znajomego w Warszawie?

Tu Cordier wyliczył kilka dość wysoko położonych osób i na koniec powołał się na znajomość posła na sejm z województwa Sandomierskiego.

- To dobrze, panie Cordier. Proszę przyjść jutro o godzinie dziesiątej rano.

Gdy Cordier wyszedł generał zadzwonił i rzekł do wchodzącego służącego:

- Kto dziś na służbie?

- Baum, generale.

- Zawołaj go, niech przychodzi natychmiast.

W trzy sekundy stał już przed generałem człowiek wysoki, tęgo zbudowany, brunet mocny z chytrym i przebiegłym wyrazem twarzy.

- Baum - rzekł generał - widziałeś tego człowieka, co przed chwilą wyszedł ode mnie?

- Widziałem, panie generale.

- Idź za nim, a ostrożnie. Śledź go cały dzień i jutro rano o dziewiątej zdasz mi raport.

Nazajutrz punktualnie o godzinie dziesiątej rano stawił się Cordier w kancelarii generała R.

- Oczekuję pana - rzekł tenże do wchodzącego.

- Czy moja prośba zyskała zezwolenie pana generała? - spytał Cordier.

- No tak... cóż robić... oto pełnomocnictwo. Przeczytaj pan czy dobre - i podał mu papier.

W pełnomocnictwie tym, napisanym ze wszelkimi wymaganymi formami, między innymi było i to, że pan Ludwik Cordier jest tajnym agentem policyjnym, że mu powierzono sprawy niezmiernej wagi, że zatem wzywa się wszystkie władze, tak cywilne, jak i wojskowe, aby mu w danym razie niosły wszelką możliwą pomoc i ułatwienia. Cordier, przeczytawszy, skłonił się i rzekł:

- Nic nie brakuje, doskonale, wszystko jest, czegom pragnął.

- To dobrze - odrzekł generał. - A teraz powiedz mi, co myślisz najpierw robić, od czego zaczniesz?

- Nie wiem jeszcze, nie mam planu gotowego. Muszę wprzód zobaczyć i zbadać to, co dotąd było przez władzę zrobione. Dziś wieczorem będę już miał wszystko w głowie, a jutro, jeżeli pan generał pozwoli, przedstawię mu mój plan.

- Dobrze, czekam pana jak dziś, o dziesiątej rano.

II

Skoro nazajutrz generał z Cordierem się zeszli, ten ostatni tak począł mówić:

- Przede wszystkim w całej tej sprawie nie zwrócono uwagi na trzy bardzo ważne ślady, które mogły niemałe rzucić światło na sam fakt zbrodni i na jej przyczyny oraz na kilka kwestii mniej wprawdzie ważnych z pozoru, ale niemniej ciekawych. Z praktyki mojej wiem, że w tego rodzaju sprawach, pełnych tajemniczości, nie ma kwestii mało ważnych i dlatego pozwoli pan generał, że nad nimi także się zastanowimy.

- Słucham pana - odrzekł generał.

- Otóż moim zdaniem, ważnym jest bardzo znak znajdujący się na suknie, pokrywającym kamienie w kufrze i na samej skrzyni, w której trup był zamknięty. O ile wiadomości moje sięgają, nie jest to żaden herb, żaden monogram, bo ostatecznie dałby się odczytać. Jest to więc znak jakiegoś stowarzyszenia, firma jakaś. Wyraża on przede wszystkim dwie cnoty teologiczne: wiarę i nadzieję, dopatruję w nim bowiem krzyż i kotwicę. Wszak prawda?

Tu przedstawił generałowi ów tajemniczy znak, kształtem zbliżony do litery dużej S, gałką i krzyżykiem na wierchu opatrzony.

- W istocie, masz pan rację - odrzekł generał.

- Może tu i serce jest, ale bardzo kanciaste, ostre - mówił dalej Cordier - ha! kto wie, może oni mają taką ostrą miłość. Że zaś to jest stowarzyszenie, które nosi taki znak, taki symbol, potwierdza się ową urwaną kartką znalezioną pod trupem. Cóż ta kartka opiewa: wyrok, najwyraźniejszy wyrok śmierci; taką to a taką "skazujemy na śmierć. Wyrok ma być"... naturalnie wykonany natychmiast. Któż takie wyroki może wydawać na piśmie? Wszak pojedynczy jakiś, prywatny zbrodniarz nie bawi się w piśmienne wyroki. Co innego stowarzyszenie. Stowarzyszenie wydało wyrok, zredagowało go, stwierdziło swą pieczęcią i wręczyło komuś do wykonania. Na pieczęci, której niestety także tylko kawałek został, mamy jeden wyraz: "środkowej"... Otóż wiadomo, że najbardziej rozgałęzionym stowarzyszeniem w Europie jest karbonaryzm, frankmasoneria, wolnomularstwo, jak tu nazywają: "Środkowej" to znaczy zapewne "środkowej Europy", a więc okręg albo komitet środkowej Europy. Może tak jest, a może nie. Są to moje przypuszczenia, zobaczymy o ile się sprawdzą. To tylko pewne, że mamy do czynienia z bardzo potężnym stowarzyszeniem, silnym z prędkim jak piorun; stowarzyszeniem, które zapewne ma wszędzie swych członków, w łonie może nawet tej sprawiedliwości, której poruczono wyśledzenie zbrodni.

- Co pan mówisz! - porwał się generał.

- Są to hipotezy, panie generale, nie twierdzenia. Zobaczymy o ile usprawiedliwić się dadzą. Faktem więc jest, że mamy do czynienia ze stowarzyszeniem, tego dotychczasowe śledztwo nie zauważyło, choć rzecz była Jasna i prosta. Drugim punktem, na który nie zwrócono pilniejszej uwagi, było zeznanie strażnika rogatkowego na Pradze. Jak to? Strażnik ten twierdzi, że choć czerwona skrzynia mu się nie podobała, nie dokonał jednak rewizji, dlatego że mu przedstawili zbrodniarze rozkaz policyjny, wyraźny rozkaz policyjny, z pieczęcią i podpisami. I na to nie zwrócono uwagi? Ależ jakimże to sposobem mogą wychodzić z łona policyjnego rozkazy, o których by ta policja nie wiedziała! Przypuszczam jednak, że rozkaz ów był sfałszowany, jednakże strażnik twierdził, że pieczęć była wyraźna, podpis naczelnika wyraźny, data 27 października, roku bieżącego, że na koniec rozkaz pochodził od naczelnika policji miasta X. Moim zdaniem należało się przede wszystkim w X. przekonać, czy rozkaz podobny tam wydano, a jeśli wydano, to komu. Tymczasem nic podobnego nie zrobiono, a to dlatego, że strażnik powtórnie badany, począł wątpić, czy dobrze widział, czy się nie myli, czy nie zapomniał itd. Pierwszym moim staraniem będzie tę rzecz zbadać.

Generał słuchał milcząc, a Cordier mówił dalej:

- Uderzyło mnie także niedołężne śledztwo na drodze, którą zbrodniarze uciekli.

- Mylisz się pan - przerwał generał - śledztwa dokonywał najzręczniejszy nasz agent.

- Jeżeli ten, panie generale, który mnie śledzi od paru dni, to jakkolwiek przyznaję, że jest chłopakiem dość zręcznym, przecież...

- Skąd pan wiesz - porwał się generał - iż jesteś śledzony?

- Znikąd, sam to spostrzegłem, przed takim wzrokiem jak mój, nic się nie ukryje. Zresztą to taka elementarna rzecz w moim fachu, tak prosta, umieć patrzeć.

- W istocie, pan jesteś genialnym policjantem - zawołał generał.

- Genialnym, nie panie generale, ale znam się na tych rzeczach cokolwiek, pochlebiam sobie. Co zaś do tego chłopca, będę prosił pana generała, by mi go dał do pomocy. Jest w nim materiał, w mojej szkole powoli wyrobi się.

- Owszem dam go panu, a nawet mam zamiar jeszcze jednego dać do nauki.

- Im więcej, tym lepiej, panie generale, zostawię uczniów mej nauki, bo i to jest nauka, w tym kraju, gdzie ona wcale nie istnieje. Wracając do sprawy powtarzam, śledztwo za uciekającymi było niedołężnie prowadzone. Do Magnuszewa odnaleziono ślady, a dalej nie. To dowodzi, iż zbrodniarze zatrzymali się w Magnuszewie. Tak jednak nie jest, w Magnuszewie ukryć się nie ma gdzie, mała, biedna mieścina. Cóż więc się stało?

Cordier mówił to wszystko z gorączkowym zapałem, co chwila zrywał się i wielkimi krokami chodził po pokoju, oczy mu spod okularów błyszczały jak dwa ogniki.

- Cóż więc się stało - powtarzał - co stać się mogło?

- Ba! Cała kwestia w tym właśnie leży - rzekł generał - ślad jak gdyby wpadł w ziemię.

- Zapadł się w ziemię! - zawołał Cordier - kto wie, czy i tak nie jest, ci panowie to potrafią. Zresztą zobaczymy. Moim zdaniem mordercy przeprawili się na drugi brzeg Wisły i tam ich należało szukać. Tego nie zrobiono, poprzestano na wezwaniu władz, by doniosły, jeśli się czego dowiedzą. Zabawne wezwanie! Takie rzeczy może zrobić tylko agent, agent czynny, zręczny, a nie policja prowincjonalna, do tego tutejsza, która Bogu ducha winna. Jest jeszcze w tym wszystkim jeden błąd i gruby. Opatrzność sama dawała niejako władzy w ręce nici zbrodni, nie umiano z tego korzystać. Zbrodniarze zmienili na drodze konie, chociaż i to jest wątpliwe, bo skąd pewność, że ich w Warszawie nie zmienili; bawili tu przecież blisko pięć godzin. No, ale miano wówczas przekonanie, że zmiana ta nastąpiła między Warszawą a Magnuszewem. Cóż robi policja? Przegląda wszystkie konie na drodze ucieczki morderców i naturalnie nic nie znajduje, bo jeżeli zamiana miała miejsce, to świeże konie czekały gdzieś na drodze i po przeprzęgu stare z pewnością zaprowadzono w inną stronę, daleko. Ale dziś już tego się nie dobadamy, takie rzeczy chwyta się tylko na gorąco, teraz już za późno. Ach! ach! Śledztwo w ogólności bardzo późno się zaczyna, stąd trudności będzie wiele, ale ja je pokonam i niepłonną mam odzieję, że potrafię dojść do pożądanych rezultatów wyśledzania zbrodniarzy.

Gdy to mówił wyprostował się, urósł niejako i na czole jego narysowały się groźne piorunowe błyski.

- Tak, powtarzam, mam nadzieję. Oni wszystko przewidzieli, a raczej, mylę się, nic nie przewidzieli, liczyli jedynie na pomoc swych towarzyszy należących do asocjacji, a którzy zapewne rozsiani są wszędzie. I to ich zdradziło! Oto jak się zbrodnia dokonała, ja to panu generałowi powiem.

Usiadł, wsparł czoło na obu rękach i tak mówił:

- Kobieta, którą zamordowano, nie jest Polką, według rysopisu jest to albo Włoszka, Francuzka lub Węgierka. Co ona tu robiła, nie wiem, dość, że została skazana na śmierć. Wyrok został wykonany nie na dwanaście godzin przed przybiciem do hotelu, ale na trzy, cztery, pięć najwięcej. Lekarze się mylą, logika inaczej nakazuje sądzić. Dość, że ją zamordowano. Należało trupa gdzieś ukryć. Miano zapewne zamiar zakopać go w ziemi, gdy jakiś wypadek temu przeszkodził. Jaki?... W tej chwili nie wiem, to tylko pewne, że spieszono się gwałtownie, w pierwszą lepszą skrzynię wpakowano trupa i postanowiono z nim uciekać. Na wypadek wyciśnięto na skrzyni ów symboliczny znak, który wtajemniczonych ostrzegał i wzywał zarazem do pomocy. Jechano więc z zamiarem rzucenia gdzieś trupa. Nie można było tego nigdzie, dokonać, bo spotykano przeszkody, więc mimowolnie ruszono ku Warszawy licząc na to, że tu stowarzyszonych jest wielu, że łatwiej rzecz się da załatwić. I tu zapewne powstał projekt zostawienia trupa w hotelu. Wszystko robiono prędko, gwałtownie, pod ciągłą jakąś groźbą, bo przez nieuwagę zostawiono w ręce zamordowanej kawałek papieru z wyrokiem... Zresztą liczono na stowarzyszonych. I na tym punkcie nie omylono się. Stowarzyszeni się znaleźli, dali im pomoc o tyle, że całe śledztwo zostało poplątane, niepewne, wahające się.

- Ale to być nie może! - przerwał generał.

- A jednak tak jest, panie generale. Oto pierwszy protokół spisany przez policję przy otwarciu drzwi numeru i rzeczy pozostawionych przez morderców. Pisał go urzędnik policyjny młody i blady, a ja podobnie jak Cezar nie lubię ludzi bladych, nazwiskiem Zawadzki. Proszę uważać jak niedbale jest pisany ten protokół, jak litery, wyrazy całe zdania są pozjadane, niepokończone, urwane. Lecz to jeszcze nic. Ja byłem w hotelu wczoraj i przeprowadziłem badanie po swojemu. Oto dowiedziałem się bardzo wielu rzeczy, o których wzmianki w protokole nie ma, a jednak właściciel hotelu i służba mówiła. Najpierw jeden ze służących twierdzi, że widział jak pan Zawadzki w chwili, gdy otwarto kufer, zbladł zobaczywszy na suknie tajemniczy znak; jak zaraz potem wszystko niedbale, gorączkowo prowadził, narzekając na ból głowy, nie chcąc jednak ustąpić, choć komisarz nalegał nań o to. Następnie w protokole nie ma nic o tym, że powóz z pocztylionem odjechał zaraz po przybyciu tych panów, że pocztylion był dziwnie tajemniczy i nie chciał rozmawiać z właścicielem hotelu, że jeden z tych panów miał przy fraku wstążeczkę wojskową, że obydwaj, wyszedłszy, puścili się drogą koło kościoła Karmelickiego. Dalej rysopis ich jest nadzwyczaj niedokładny, ogólnikowy, wreszcie urwany, za to wielki nacisk położono na czarną brodę, który to wyraz nawet podkreślił protokolista i kilkakrotnie go z afektacją widoczną powtórzył, co dowodzi, że broda ta jest bardzo podejrzana; że zresztą liczył na to, iż uciekający ją ogoli. Jakoż w istocie panowie w Magnuszewie nie mieli już bród. Wieleż tu na koniec słów o fraku granatowym, o łosiowych spodniach, o butach palonych, które opisano z drobiazgowością, jak gdyby dziś wszyscy nie nosili butów palonych. Wreszcie jakiż rysopis zostawiono samej denatki, że miała dwie rany, że jest młoda i piękna, że ma czarne włosy, że na koniec była naga, owinięta tylko w prześcieradło, ot i wszystko. Człowiek, który to pisał, chciał bądź co bądź zatrzeć wszelki ślad i zrobił protokół pozornie bardzo dokładny, a w rzeczy zaś samej, nic niemówiący i niedający żadnych wskazówek. Oszukał tym wszystkich, ale mnie nie... owszem zdradził się. Ten protokół to skarb, bo ukazuje choć jednego człowieka, który coś wie i od którego będzie się można czegoś dowiedzieć.

- Czy pan sadzisz, że Zawadzki miał udział w morderstwie?

- Broń Boże! On tylko jest członkiem tego stowarzyszenia.

- Aaa! Trzeba go będzie w każdym razie aresztować.

- Wcale nie, panie generale, już ja wiem, co trzeba robić i jak. No czas już zabrać się do roboty, tu każda chwila jest droga, a tyle ich już na próżno upłynęło. Żegnam więc pana generała. Przystępuję do walki z potęgą, która mnie może zgnieść, ot, jak ziarnko piasku. Ale ja mam głowę, zręczność, wprawę i odwagę, więc zobaczymy, kto zwycięży. Do rychłego zobaczenia, panie generale!

I wybiegł. Generał przez chwilę stał zamyślony na środku pokoju, po czym przetarł czoło i szepnął:

- Dziwna sprawa, dziwny człowiek.

III

Tegoż samego dnia o godzinie dwunastej w południe, do znanego już nam komisarza cyrkułu, w którym pracował Zawadzki, przyszedł mężczyzna średniego wzrostu, wytwornie, ale bez pretensji ubrany.

W dziurce od guzika błyszczała wstążeczka legii honorowej, duże czarne wąsy i marsowaty wyraz twarzy oraz figura cała wyprostowana i sztywna, znamionowały w nim jednego z tych żołnierzy, których znało i lazurowe niebo Włoch, i palące słońce Afryki, i mroźne śniegi Moskwy. Stanąwszy przed komisarzem rzekł:

- Mam z panem do pomówienia w ważnym bardzo interesie. Czy nie mógłbyś mi pan chwilkę czasu poświęcić?

Wymowa tego mężczyzny była nieco cudzoziemska. Komisarz, jak zwykle komisarze policyjni, miał się za wielkiego dygnitarza, więc nie podobało mu się, że jakiś tam jegomość śmie przerywać jego kontemplacje, odrzekł więc ostro:

- Nie mam czasu, proszę przyjść później.

- Ostrzegam pana - rzekł na to przybyły - że ja nie mam czasu i nie chcę go trawić na sprzeczkach z panem. Proszę to przeczytać.

To mówiąc podsunął mu pod oczy jakąś niewielką karteczkę pół amarantową, pół granatowego koloru. Komisarz spostrzegłszy ją, zerwał się na równe nogi.

- Aaa! Przepraszam, trzebaż mi było zaraz powiedzieć, kto pan jesteś. Służę, służę.

- Proszę mnie zostawić samego w tym pokoju i przysłać tutaj urzędnika, który się nazywa Zawadzki.

- Natychmiast - zawołał komisarz i wybiegł.

Przybyły, zostawszy sam, przeszedł się po pokoju, stanął przed lustrem, popatrzył na siebie, potem, usłyszawszy kroki, siadł przy stole w postawie zamyślonej.

Zawadzki wszedł. Czytelnicy znają go już nieco. Była to fizjognomia rozumna i myśląca o bystrych i głębokich oczach. Wszedł, szybko objął wzrokiem przybyłego i skłoniwszy się, rzekł:

- Jestem na usługi pańskie - i usiadł.

- Pan nazywa się Zawadzki? - spytał przybyły.

- Tak panie.

- Jesteś pan urzędnikiem tego cyrkułu, uchodzisz za bardzo zdolnego urzędnika. Wszak tak?

- Przede wszystkim, proszę pana, chciałbym wiedzieć, z kim mam zaszczyt rozmawiać - rzekł Zawadzki.

- Powoli, powoli, kochany panie, dowiesz się i o tym, wszystko w swoim czasie. Widzisz, kochany panie, w życiu to tak jak na wojnie: najpierw forpoczty się ucierają, a potem artyleria grać zaczyna, a potem wszystkie bronie, jazda i piechota idą do ataku przy gromowym huku dział.

- Więc między nami toczy się walka? - spytał Zawadzki, marszcząc brwi.

- Broń Boże, a to po co! Moje porównanie było może niewłaściwe, ale daruj pan, jestem starym żołnierzem i już na starość się nie przerobię. Otóż, kochany panie - tu nachylił się i począł mówić ciszej - oto, kochany panie, wszak to pan byłeś obecny przy otwieraniu sławnej "czerwonej skrzyni" w hotelu na Dziekance?

Zawadzki lekko drgnął, ale choć drgnięcie to było prawie niedostrzegalne, nie uszło jednak widocznie przed wzrokiem starego żołnierza, bo lekki uśmiech, pełen szyderstwa zaigrał na jego ustach.

- Tak panie, byłem obecny - odrzekł głosem przytłumionym.

- I pan pisałeś protokół?

- Tak... ja go pisałem.

- To dobrze, to bardzo dobrze - zawołał przybyły zacierając ręce, a potem, nachyliwszy się do ucha Zawadzkiego, szepnął: - Przyszedłem panu podziękować za to.

Zawadzki porwał się na równe nogi bledszy od trupa i zawołał wielkim głosem:

- Za co? Pan chyba oszalałeś!

- Uspokój się młodzieńcze - rzekł poważnie przybyły - uspokój się, ja wiem, co mówię. Twój protokół jest mistrzowsko napisany, ale daj mi kawałek papieru...

To mówiąc chwycił na stole leżący papier i nakreślił na nim znany nam znak.

- Przyszedłem od nich - rzekł, pokazując go Zawadzkiemu.

Ten zatrząsł się cały jak w febrze, krew mu uderzyła do głowy i czerwony zgrzytnął:

- Kłamiesz nędzniku, szpiegu, zdrajco!

To mówiąc chwycił ową kartkę papieru, zgniótł ją w ręku i cisnął nią w twarz Cordiera, bo to on był w swej własnej osobie, po czym wybiegł jak szalony.

Cordier podniósł papier, schował go do kieszeni, pomyślał i rzekł:

- Otóż mam go, chciałem tylko wiedzieć, czy istotnie należy do jakiegoś towarzystwa. Otóż teraz wiem, że należy. Ej! Nie było z nim wiele kłopotu. No! Teraz szybko do roboty. Panie komisarzu! - zawołał uchylając drzwi.

Komisarz wszedł.

- Czy Zawadzki jest w biurze?

- Nie, wybiegł jak szalony.

- Gdzie on mieszka?

- Na Starym Mieście pod numerem 79.

- Proszę natychmiast wziąć kilku ludzi, iść do jego mieszkania, zrobić ścisłą, mówię ścisłą, rewizję i aresztować go.

- Proszę o rozkaz na piśmie.

Cordier siadł i zredagował żądany rozkaz, a wręczając go komisarzowi, rzekł:

- Spiesz się pan, spiesz, czekam tutaj na rezultat pańskich poszukiwań.

W godzinę komisarz wrócił do czekającego nań niecierpliwie Cordiera i oznajmił, że Zawadzkiego w domu nie zastał, że dokonał jak najściślejszej rewizji, że nic godnego uwagi nie znalazł, oprócz blaszki ze srebra, na której był wyciśnięty taki sam znak jak na czerwonej skrzyni.

- Blaszka ta ukryta była w skrytce, w biurku. Uderzyła mnie analogia między znakiem wyrytym na niej, a znakiem na czerwonej skrzyni, dlatego wziąłem to szczególne znamię, żeby panu pokazać.

- Bardzo dobrze pan zrobiłeś - odrzekł Cordier, oglądając starannie srebrną blaszkę.

- Okazuje się - mówił dalej komisarz - że Zawadzki musi być w jakimś stosunku do zbrodniarzy. Anibym nawet przypuszczał czegoś podobnego. Człowiek taki cichy, spokojny, gorliwy, rozumny.

- Proszę pana - przerwał Cordier - czuwaj pan nad Zawadzkim i jak tylko zjawi się w swoim mieszkaniu aresztuj go zaraz. Protokół rewizji przyślij pan generałowi R. A teraz do widzenia.

W parę godzin potem Cordier w towarzystwie dwóch mężczyzn jechał ekstrapocztą traktem do X.

IV

Jedenasta godzina rano wybiła na wieży miejskiej w X., kiedy do biura miejscowego naczelnika policji, wszedł jakiś niewielkiego wzroku mężczyzna, ubrany po cywilnemu, siwawy, z faworytami przystrzyżonymi nisko, w niebieskich okularach na nosie, ze znaczkiem w dziurce od fraka, okazującym, że jegomość ten dwadzieścia pięć lat służył nieskazitelnie w branży cywilnej. Na pierwszy rzut oka, był to typ urzędnika, zaschłego w biurowej pracy. Wszedł bardzo cicho, kłaniając się wszystkim i prosząc cichutko każdego, do kogo się zbliżył, żeby mu wskazał, gdzie może znaleźć pana naczelnika. Naczelnika nie było w biurze, miał przyjść dopiero za godzinę. Przybyły więc postanowił czekać. Usiadł sobie w kąciku, na brzegu krzesła, nieruchomy, z pozoru obojętny na ruch i rozmowy urzędników biurowych, w istocie zaś bacznie na wszystko zwracający oko.

Na koniec przybył naczelnik i zaraz zamknął się w swoim pokoju. Nasz jegomość, którym był - jak się czytelnicy zapewne domyślają - Cordier, począł prosić jednego z urzędników, by był łaskaw zameldować go jako Kaliksta Pióro, byłego referenta wydziału lasów, w komisji skarbu, że ma pilny interes do naczelnika. Urzędnik spojrzał na mówiącego z góry i rzekł:

- Czekaj pan.

- A kiedy ja nie mam czasu, kochany panie.

- A cóż mnie to obchodzi! - siadł i zajął się swoją robotą.

Wówczas Cordier rzekł surowo:

- Zaraz cię to mój panie będzie obchodzić - i ruszył wprost do drzwi naczelnika, na wielkie zdziwienie wszystkich urzędników, którzy zobaczywszy go wchodzącego śmiało do naczelnika, nie wiedzieli, co sądzić o tym eksreferencie wydziału lasów.

Naczelnik siedział w wielkim fotelu i czytał jakiś papier, kiedy nagłe wejście Cordiera przerwało mu to zajęcie. Zmarszczył brwi i rzekł surowo:

- Kto pan jesteś! Jak pan śmiesz?

- Daruje pan naczelnik, ale interes, mości dobrodzieju, ważny, bardzo ważny - mówił Cordier w postawie pokornej. - Jestem Kalikst Pióro, były referent w wydziale lasów komisji skarbu, obecnie emeryt.

- Co pan chcesz?

- A to, proszę pana naczelnika... ja mam ogromną słabość do lasów rządowych, nic dziwnego, mości dobrodzieju, tyle lat się służyło w tym wydziale, człowiek się przywiązał... znam każdy las rządowy w kraju, nieraz wysyłany byłem na inspekcje.

Tu Cordier dobył czerwonej fularowej chustki i głośno wytarł nos. Naczelnik począł się niecierpliwić.

- Mój panie!

- Przepraszam pana naczelnika, ale interes jest ważny. Odkryłem wielką kradzież drzewa w lasach rządowych Ząbkowskich pod Warszawą, mówię, mości dobrodzieju, wielką kradzież, wycięto przeszło tysiąc sztuk najpiękniejszego starodrzewu, aż się serce kraje.

- Ostatecznie, czego pan chcesz?

- Ja proszę pana naczelnika dawno już podejrzewałem, że kradną, że drzewo przywożą do Warszawy i sprzedają. Otóż mości dobrodzieju, dałem znać o tym komisji, komisja do policji i kazano chwytać owych panów na rogatce, jak będą wjeżdżać z drzewem do miasta. Prawda, że dowód oczywisty, corpus delicti, mości dobrodzieju na furze. Hm, jegomoście owi drzewa tak otwarcie nie wieźli, zawsze było czymś przykryte, należało zrobić rewizję. Czyhamy tedy na nich pewnego pięknego popołudnia, mości dobrodzieju, jadą, my ich cap. "Rewiduj!", krzyknąłem na strażnika. A w tym jeden z tych jegomościów, bo dwóch ich było, wydobywa rozkaz policji, mocą którego nie tylko, że nie wolno rewidować, ale owszem wszelką pomoc dawać. Cóż, mości dobrodzieju, sprytni złodzieje?

Tu Cordier jeszcze raz wielką swą fularową, chustką wytarł nos i bystro spod okularów spojrzał na twarz naczelnika. Ten był milczący, ale niecierpliwy - na twarzy jego widoczne było znudzenie. Cordier szepnął:

- O niczym nie wie - po czym ciągnął dalej: - Ja naturalnie, mości dobrodzieju, do rozkazu, czytam, patrzę, rozkaz formalny, wydany przez pana naczelnika dobrodzieja, w X. pod datą 27 października roku bieżącego.

- Przeze mnie wydany? To być nie może! Ja takiego rozkazu nie wydałem.

- Tym lepiej - rzekł Cordier - zatem któryś z urzędników biura pana naczelnika przeniewierzył się.

- I to być nie może!

- A jednakże tak jest, mości dobrodzieju.

- Masz pan ten rozkaz?

- Ba! Żebym go miał.

- Więc cóż pan chcesz? Jak pan możesz przypuszczać, że ja uwierzę pańskim gołosłownym twierdzeniom? Zresztą, jakim prawem, na jakiej zasadzie, pan, człowiek prywatny, którego nie znam, przychodzisz oskarżać moje biuro?!

- Nie przychodzę oskarżać, nie przychodzę szukać winnego, tylko ostrzec - rzekł Cordier - a co się tyczy zasad, to ten znak wytłumaczy mnie zupełnie.

To mówiąc dobył srebrną blaszkę, zabraną Zawadzkiemu i położył ją przed naczelnikiem, pilnie patrząc, jakie wrażenie ona na nim zrobi.

- Co to jest? - spytał naczelnik, oglądając na wszystkie strony podaną sobie blaszkę

- Od nich przychodzę! - szepnął Cordier.

- Od kogo? Mój panie, co to znaczy, co to jest?

- Ha! Jeżeli to nie wystarcza panu naczelnikowi, to może ta kartka mnie wytłumaczy - i podał znaną nam już amarantowo-granatową kartkę.

- A! To co innego - szepnął naczelnik. - Jestem na pańskie rozkazy. O cóż więc idzie?

- Idzie o to, czy w istocie pod datą 27 października wyszedł taki rozkaz, o jakim wyżej wspomniałem, z pańskiego biura?

- Zaraz zobaczymy! - to mówiąc zadzwonił.

- Przynieś dziennik - rzekł do wchodzącego woźnego.

- To nas do niczego nie doprowadzi, panie naczelniku - rzekł Cordier.

- Przecież ten rozkaz musiał mieć numer?

- Miał, ale cóż to dowodzi numer, jeden i ten sam mógł być położony na dwóch ekspedycjach, a jednej z nich wcale do dziennika nie wciągnięto.

- Czy pan znasz ten numer?

- Nie znam.

- To niczego nie dojdziemy. Co robić? - pytał naczelnik.

- Przede wszystkim idzie o to, czy pan naczelnik masz na kogo ze swoich podwładnych podejrzenie?

- Nie! Nie mam na nikogo. Zresztą, najprawdopodobniej cały dokument był sfałszowany.

- To jest bardzo prawdopodobne, jednakże musiał sfałszowania dokonać któryś z tutejszych urzędników. Czy pan naczelnik przez czas swej służby, wydał już kiedyś taki rozkaz?

- Nigdy! Nie zachodziła do tego nigdy żadna potrzeba.

- A więc... forma takiego rozkazu jest nieznana, tajemna... Wszak prawda?

- Tak.

- I pan naczelnik ma taki schemat?

- Naturalnie, że mam.

- Otóż ktoś musiał znać ten schemat, inaczej nie mógłby fałszerstwa dokonać. Gdzie jest ten schemat?

- Mam go tu, w moim biurku.

- Proszę poszukać.

Naczelnik jednak pomimo najusilniejszych poszukiwań w swym biurku, które przewrócił do góry nogami, schematu owego znaleźć nie mógł.

- Skradziono mi go - mówił - skradziono!

- No! To teraz wiemy, czego się trzymać - rzekł Cordier - schemat został skradziony i na wzór jego przygotowano ów rozkaz. Na kogo pan masz podejrzenie?

- Na nikogo, nikt nie wiedział o tym, że ja posiadam taki schemat - szeptał naczelnik niesłychanie jakiś zmartwiony groźnym szeregiem wypadków rozwijających się przed nim.

- Zobaczymy! - rzekł Cordier - proszę poprosić teraz urzędnika prowadzącego dziennik... albo nie, lepiej niech pan każe przynieść tutaj sam dziennik.

Stało się zadość życzeniu Cordiera. Dziennik przerzucono i pod datą 27 października, znaleziono tylko cztery ekspedycje oznaczone kolejnymi numerami, począwszy od 715 do 719 - ekspedycje zresztą bardzo niewinne co do swej treści. Cordier wynotował sobie numery i osoby, do których były adresowane. Jedna z nich pisana była do wójta wsi Zagóry, żądająca od niego wykazu osób zdatnych do poboru wojskowego na rok przyszły. Ekspedycja ta uderzyła Cordiera i wynotował sobie jej treść.

Wezwany na koniec dziennikarz, człowiek już niemłody, pomimo zręcznych ze strony Cordiera badań, okazał się człowiekiem Bogu ducha winnym. Oznajmił tylko, że dziennik z rąk jego nie wychodzi nigdy, że gdy opuszcza kancelarię, to go chowa do biurka, że dokładnie pamięta owe cztery ekspedycje wysłane pod datą 27 października, że w chwili, gdy pieczętował list do wójta w Zagórzu, przyszedł do niego urzędnik, nazwiskiem Korwin i przeczytawszy ową ekspedycję, pytał się, kiedy będzie pobór do wojska, że zresztą nic takiego nie zaszło, co by mogło w nim obudzić podejrzenie.

Naczelnik, zapytany przez Cordiera, kto to był ów Korwin, dał odpowiedź, że jest to młody człowiek, niedawno urzędujący, że jest usposobienia cichego i zdaje się niewielkich zdolności, że wreszcie całym jego talentem jest to, że dobrze pisze. Cordier kazał go przywołać.

Stanął przed nim Korwin, jasny blondyn, szczupły, blady, mizerny, smutny z wejrzenia młodzieniec. Cordier poprosił naczelnika, by ich zostawił sam na sam, a gdy ten wyszedł obróciwszy się nagle do Korwina, rzekł głosem surowym:

- Pan nazywasz się Korwin?

- Tak! - była krótka odpowiedź.

- Pan w dniu 26 października skradłeś z tego biurka schemat wolnego przejazdu?

Młody człowiek zarumienił się cały i szepnął:

- Ja? Ja?... skradłem?

- Nie zapieraj się pan, wiem o wszystkim. Patrz, do kogo mówisz.

I pokazał mu srebrną blaszkę ze znakiem tajemniczym. Gdy symboliczny znak ujrzał Korwin, szepnął:

- Kiedy tak to rozumiem wszystko. Cóż chcesz obywatelu.

Cordier zadrżał w duszy z radości, ale nie pokazał tego po sobie czując, że najmniejszym fałszywym krokiem może się zdradzić, a nie wiedząc nic, czuł i to, że o taki krok fałszywy bardzo łatwo. Nie zmieniając więc tonu, mówił dalej:

- Czy wiesz, obywatelu - podchwycił ten tytuł - do czego służył fałszywy twój rozkaz?

- Nie wiem. Wiesz przecie obywatelu, że nam nie wolno szukać przyczyn rozkazów, jakie odbieramy. Nakazano mi zrobić to i zrobiłem, nie pytając o powód.

- Czy miałeś, obywatelu, rozkaz na piśmie?

- Tak.

- Masz go przy sobie?

- Mam!

- Pokaż.

- A to po co, obywatelu? Nie widzę zresztą powodu tłumaczyć się tobie z tego. Jesteś mi równym. Czego chcesz ode mnie?

Widocznie w Korwinie poczęły budzić się podejrzenia. Cordier zauważył to, ale nie tracąc miny, rzekł:

- Wiem o tym dobrze, że nie jesteś obowiązany, obywatelu, zdawać mi sprawy, żeśmy sobie równi; ale ja jestem starszy, wiekiem, ja już dawno służę sprawie... czy wiesz, co się stało na skutek twego rozkazu?

- Wiem.

- Wiesz o "czerwonej skrzyni"?

- Wiem!

- A skąd wiesz?

- Znikąd, proste logiczne rozumowanie posłużyło mi do rozwiązania zagadki. Zresztą nikt mi o tym nie powiedział.

- A jednak, obywatelu, dla uczynienia tej zbrodni nadużyto twej dobrej woli.

- To być nie może.

- Tak jest! Tak jest! Pokaż ten rozkaz obywatelu.

- Ależ... obywatelu...

- Nędzniku! - wrzasnął Cordier wściekły jak dziki zwierz. - Złodzieju! Zginiesz!

- Co to jest? - pytał przerażony Korwin.

- Rozkaz! Rozkaz! Mówię ci - wołał Cordier, trzęsąc biedakiem.

Ten, blady jak trup, drżący, usuwał się przed nim, nie pojmując tej gwałtownej zmiany.

- Hej! - wrzeszczał Cordier. - Policji! Żandarmów! Zrewidować go, przetrząsnąć!

Teraz Korwin poznał, o co idzie.

- Panie, zawołał - zmiłuj się, nie krzycz! Dam ci ten rozkaz! O, ja nieszczęśliwy!

- Dawaj!

Korwin sięgnął do kieszeni i wydobył maleńki świstek cieniutkiego papieru, na którym drobnymi literami było napisane, pod znanym nam już znakiem, co następuje:

Komitet wolnomularski środkowej Europy.

Do obywatela Adolfa Korwina.

Niniejszym rozkazujemy ci, obywatelu, ażebyś we wszystkim był posłuszny oddawcy niniejszego i nie zważając na nic, nie oglądając się na żadne względy i przeszkody, czynił to, co on ci każe. Zawiadamiamy cię tylko, obywatelu, że tego wymaga dobro sprawy. Pozdrowienie i braterstwo!

Pod spodem była pieczęć z napisem w otoku, jak wyżej na tytule.

Cordier, przeczytawszy to, spytał:

- Któż ci przyniósł ten rozkaz?

- Nie znam go!

- Jak wyglądał?

- Mężczyzna wysoki, z surowym wyrazem twarzy, brunet, szpakowaty nieco, w dziurce od guzika miał wstążeczkę legii honorowej.

- To on, ten sam - szeptał Cordier.

- I cóż chciał.

- Żebym mu przygotował rozkaz wolego przejazdu.

- Uczyniłeś to?

- Z początku powiedziałem mu, że nie wiem jak to zrobić, lecz oświadczył mi, że w biurku naczelnika jest schemat, takiego rozkazu, że trzeba go wykraść i napisać i to prędko, najpóźniej za dwa dni pod datą 27 października.

- I spełniłeś jego żądanie?

- Naturalnie, że wypełniłem.

- To dobrze, panie Korwin - rzekł Cordier. - Idź pan teraz do siebie i siedź spokojnie...

- O! Ja już zginąłem! Gdy się dowiedzą, żem ich zdradził, śmierć moja jest pewna - rozpaczał młody człowiek.

- Nie bój się niczego, ja czuwam nad tobą, a wierz mi i ja jestem potężny.

To mówiąc wziął go pod rękę i wyszli.

V

Cordier przez parę dni jeszcze zatrzymał się w X., celem dalszego wybadania Korwina, ale ostatecznie oprócz niektórych wiadomości co do samego towarzystwa, w sprawie "czerwonej skrzyni" prawie nic naprzód nie postąpił. Tej tylko nabył pewności, że zbrodnia sama dokonana została w pobliżu X. Pewność zaś tę opierał na tym, że zaledwie na jeden dzień przed przywiezieniem trupa do Warszawy, żądano świadectwa wolnego przejazdu, że wreszcie ów jegomość z wstążeczką krzyża legii honorowej kilkakrotnie wpadał do X. do Korwina i dowiadywał się jak stoi sprawa z owym świadectwem. Oczywistą więc rzeczą było, że musiał gdzieś bardzo blisko przebywać. Nadto Cordier nic więcej się nie dowiedział i łamał sobie głowę nad tym, co by mu dalej czynić należało, gdzie się obrócić i jak działać, gdyż ostatecznie z Korwinem prawie urywał się wątek poszlak.

Drugiego dnia wieczorem zamyślony i układający tysiące projektów, które kolejno odrzucał albo jako niepraktyczne, albo wątpliwe co do osiągnięcia celu, Cordier wrócił do hotelu, w którym się zatrzymał, ze stanowczym zamiarem wyjechania nazajutrz, nie wiedząc co stoi jeszcze gdzie i w którą stronę. Był już wieczór i otworzywszy numer przede wszystkim poszukał świecy. Zapalił ją i pierwszym przedmiotem, jaki go uderzył na stole, była niewielka karta papieru, przybita do stołu sztyletem. Bardziej zdziwiony i zaciekawiony niż przestraszony, wyjął sztylet i przeczytał nakreślone na kartce słowa:

Komitet wolnomularski środkowej Europy.

Na przedstawienie Naczelnika straży bezpieczeństwa zważywszy że niejaki Ludwik Cordier, właściciel ziemski, wskutek swej działalności może stać się szkodliwym sprawie - zważywszy, że działalność tegoż Ludwika Cordiera jest wysoce niemoralną i wstrętną - zważywszy że już dwóch członków naszego stowarzyszenia z powodu rzeczonego Ludwika Cordiera jest narażonych na niebezpieczeństwo - Komitet wolnomularski środkowej j Europy postanowił i stanowi:

1. Ludwika Cordiera, właściciela ziemskiego, skazuje się niniejszym na śmierć,

2. Wykonanie niniejszego wyroku poleca się wszystkim członkom naszego stowarzyszenia,

3. Dekret niniejszy nie ulega nigdy przedawnieniu.

Dane w Warszawie 13 grudnia 1825 r.

Na pieczęci był znak, o którym już tylekrotnie mówiliśmy.

Przeczytawszy ten wyrok Cordier przede wszystkim poszedł i zamknął drzwi od wewnątrz na klucz, następnie obejrzał okno i uspokojony co do bezpieczeństwa, siadł na krześle i zamyślił się, kilkakrotnie odczytywał wyrok, pocierał czoło, oglądał sztylet i dumał. Upłynęło na tej zadumie dobre dwie godziny. Słyszał jak zegar miejski wybił godzinę dziesiątą wieczorem. Wstał, przeszedł się po pokoju i szepnął:

- Przynajmniej dobrze, że mi sztylet zostawili.

Po chwili dodał:

- Oryginalny sposób wręczania wyroków, zupełnie jak w Wenecji za dobrych czasów Rady Dziesięciu. Ha! cóż robić, zacząłem już walkę, trzeba ją dalej ciągnąć, choć przyznaję, że może być dla mnie śmiertelna. A może też Bóg da, że pomszczę się za mego syna, którego te łajdaki porwali... Ha! niech się dzieje wola Boża! Mam sztylet, mam szablę i pistolet! Jest nas trzech! Nie damy się!

To mówiąc, sięgnął do kufra podróżnego, wyjął pistolet, obejrzał go starannie, zgasił świecę, poszedł ku drzwiom i począł nasłuchiwać. W całym domu panowała cisza, tylko z dołu dochodził gwar i huk kul bilardowych. Ostrożnie otworzył drzwi i wyszedł na korytarz, z którego po schodach schodziło się na dół. Wytężając wzrok i nasłuchując stąpał cicho jak kot - ale w chwili, gdy chwytał się za poręcz schodów zdało mu się, że coś błysło. Ruchem szybszym niż myśl uchylił się i w tejże chwili uczuł w lewym ramieniu zimne ostrze żelaza i usłyszał szept:

- Tak giną wrogowie nasi!

- Jeszcze żyję - szepnął Cordier i wymierzywszy przed siebie palnął z pistoletu.

Przy błysku strzału spostrzegł ciemną jakąś postać, która uciekała w głąb korytarza. Słychać było jej kroki potem nagle ucichły.

Na huk strzału wszystko, co żyło w domu, wybiegło na korytarz ze światłem. Cordier stał na schodach z broczącym krwią ramieniem i krzyczał:

- Baum! Baum! Do mnie!

- Jestem panie. Co się stało?

- Chwytaj mordercę, prędko, prędko - wołał Cordier.

Baum wybiegł na korytarz, lecz oprócz lekkich śladów krwi na podłodze nic nie znaleziono. Okno otwarte wskazywało drogę ucieczki tajemniczego mordercy. Noc była ciemna i burzliwa i pomimo usilnych poszukiwań w okolicach zajazdu nikogo nie wykryto.

Wypadek ten wstrząsnął mieszkańcami nie tylko zajazdu, lecz także całego miasteczka. Cordier zażądał straży, a otoczywszy nią mieszkanie, wraz z Baumem i drugim agentem zamknął się w numerze celem odpoczynku, opatrzenia rany i narady, co dalej i jak czynić należy. Rana nie była niebezpieczna - morderca chybił i zaledwie zdarł z ramienia skórę - ale za to okazało się, że dekret nie był żartem i należało być ostrożnym.

Naradzano się długo w noc, a nazajutrz wszyscy trzej wyjechali traktem do Warszawy, gdzie szczęśliwie przybyli. W parę dni potem widziano wyjeżdżające z Warszawy przez rogatki Ząbkowskie dwie otulone kobiety, w towarzystwie jednego siwego jak gołąb mężczyzny i tak niedołężnego z pozoru, że ledwie mógł utrzymać się na nogach.

I

Ztego, co my poprzednio powiedzieliśmy, czytelnik łatwo poznać może, że śledztwo, jakiego się podjął Cordier, nie należało do rzędu tych spokojnych poszukiwań zbrodniarzy, tych łatwych zdobyczy w zakresie policyjnym. Owszem była to walka uparta, nieubłagana, śmiertelna. Skutkiem jej przerażony nieco Baum, towarzysz Cordiera w poszukiwaniu morderców, zaczął się dziwić, dlaczego Cordier, człowiek spokojny, zamożny i już nie pierwszej młodości, naraża się prawie na niechybną śmierć, kiedy mógłby w swej wsi cicho siedzieć i chwalić, jak to mówią, Pana Boga.

- Co innego ja - mówił Baum - ja muszę, to mój fach, mój chleb. A choć człowiek może głową nadłożyć, to cóż robić? Nie jestem agentem policyjnym z amatorstwa, tylko z musu. Ale pan, panie Cordier, pan, który jesteś człowiekiem zamożnym, przyznam się, że tego nie rozumiem. Ci hultaje mogą pana pewnego pięknego poranka zabić jak nic, nie ustrzeżesz się pan. Ja widzę dobrze, że tu żartów nie ma.

- Widzisz mój Baum - mówił Cordier - ja się nie dziwię, że tego nie rozumiesz, bo ty dużo rzeczy nie pojmujesz. Jesteś agentem z musu, toteż, tak mówiąc między nami, niewiele jesteś wart. Agent policyjny powinien urodzić się agentem, jak muzyk, malarz, literat, inaczej będzie partaczem, rzemieślnikiem, nic więcej. Ja widzisz urodziłem się agentem i jeśli śledzę tych zbrodniarzy, to dla amatorstwa. Jak muzyk musi grać, choćby nie chciał, literat pisać, choć ma nieraz chleba po uszy, tak ją muszę coś śledzić i badać.

- Ej, ej, kochany panie - kiwał głową Baum - to się tak mówi. Ja znów nie taki głupi jak się wydaje. Śledzić dla przyjemności, kiedy tę przyjemność można życiem przypłacić... No, daj pan spokój... ja się nie pytam o nic, ale że tak nie jest, jak pan mówisz, to ręczę.

- Ot! Jak ty nic nie rozumiesz Baum... No, widzę, że masz trochę sprytu, ale niewiele... niewiele... nieco odgadłeś, choć nie wszystko... bo ja oprócz innych powodów, śledzę tych ichmościów i z amatorstwa.

- No, nie wątpię, ale mnie się zdaje, że gdyby to szło o inną sprawę, to po wypadku w X. rzuciłbyś pan wszystko... wszak prawda?

- Nie inaczej, nie inaczej, masz słuszność... ale widzisz tu zachodzi ta okoliczność, że ja się mszczę na tych wolnomularzach... tak, mszczę się i da Bóg zemszczę się!

Tu Cordier powstał i chodząc z nadzwyczajnym ożywieniem po pokoju, mówił głosem urywanym, gwałtownym.

- Miałem syna, jedynego syna, całą moją nadzieję, całą przyszłość moją... o! jakiż on był piękny w mych oczach, jaki dzielny, jaki rozumny! Ty Baum masz dzieci, to rozumiesz, co to jest serce ojca. Wszak prawda!

- Ha! Któżby tam nie kochał swych dzieci, proszę pana - odrzekł Baum.

- Otóż ci zbrodniarze, ci bandyci, ta, szajka zbójecka, pokrywająca swe niegodziwości szumnym płaszczykiem cywilizacji, postępu i dobra ludzkości, te wyrzutki społeczeństwa zamordowali mi go... tak, zamordowali... czy ty to rozumiesz Baum, co to znaczy ojcu zamordować jedynego syna, całą jego nadzieję, cały cel życia? O! nigdy tej chwili nie zapomnę! Przysiągłem wówczas pomstę i chyba by Boga nie było w niebie, gdybym się nie pomścił.

Tu umilkł i po chwili mówił nieco spokojniej z serdecznym żalem w słowach:

- Kiedym wyczytał w gazetach wezwanie o pomoc ogółu w wysiedleniu zbrodniarzy, kiedym następnie się wywiedział o niektóre szczegóły, zaraz. sobie powiedziałem, że to oni zrobili. Bóg mi ich dał w ręce. Biada im teraz! Dziesięć lat czekałem na taką sposobność, dziesięć długich, okropnych, męczących lat. I oto teraz Opatrzność otworzyła przede mną wrota i rzekła: zemścij się! I ja się mszczę, mścić się będę, nic mnie nie ustraszy, niczego się nie lękam, bom wszystko przewidział, czując, z kim mam do czynienia, bo Bóg na koniec nie pozwoli, bym zginął nie dopełniwszy mego ślubu, nie pomściwszy mego syna... mego syna!

Tu Cordier wybuchnął wielkim serdecznym płaczem i padając na krzesło, zakrył twarz rękami w nieopisanej boleści.

Widok tej rozpaczy głębokiej i tak mocnej oddziałał i na mało wrażliwą duszę Bauma.

- Teraz mnie rozumiesz, Baum - rzekł po chwili Cordier uspokoiwszy się nieco. - Pojmujesz mnie i nie dziwisz się wcale, że ojciec naraża swe życie, by pomścić śmierć jedynego swego dziecięcia. I wiem, że mnie nie opuścisz, że mi pomagać nie przestaniesz, wszak tak?

- O! Tak, panie, przysięgam, że cię nie opuszczę dopóki ich nie znajdziemy - zawołał z entuzjazmem, Baum.

- A jak ich znajdę Baum, jak będę widział tych morderców konających na szubienicy, to nie zapomnę o tobie. Wówczas nie będziesz już więcej potrzebował się trudnić śledzeniem zbrodniarzy i rzezimieszków, dam ci spokojny kawałek chleba do śmierci.

Nie będziemy opisywali radości Bauma; całą tę rozmowę wreszcie przytoczyliśmy dlatego, aby czytelnik lepiej zrozumiał następne wypadki.

II

Trzy owe tajemnicze osoby, które wyjechały rogatkami Ząbkowskimi, były, jak zapewne każdy łatwo się domyśli, Cordier, Baum i jeszcze jeden, agent zwany Romanem. Baum i Roman przebrani byli za kobiety, Cordier zaś za starca w podeszłym już wieku, drżącego i zdziecinniałego prawie. Cordier doskonale swoją rolę odgrywał - w czym zresztą nie ma nic dziwnego, najpierw, że pod tym względem był to mistrz nie lada, a po wtóre, że w grze tej stawka była o życie. Gdzie idzie o życie, każdy człowiek choćby nie wiem jak głupi i tępy umysłowo staję się wynalazczym, zręcznym i szybkim w postanowieniach.

Cordier przez drogę wyłożył swym towarzyszom plan, jakiego w poszukiwaniach na teraz zamierzał się trzymać.

- Według wszelkiego prawdopodobieństwa - mówił - zbrodnia została dokonana w okolicach miasta X. Musimy więc te okolice przejrzeć, musimy szukać śladów. Niepodobna, żebyśmy ich gdzie nie znaleźli, chyba by nam już Bóg i żywioły nie sprzyjały. Ale to jest niemożliwe. Powóz i trzech ludzi to nie ptak, przemknąć się nie mogli tak, by ich nikt nie i widział. Śledząc dobrze musimy natrafić na kogoś, co się z nimi spotkał, a jak tę jedną nitkę najdziemy, łatwo nam już będzie dobrać się do kłębka. Przejrzymy wszystkie drogi wszystkie przesmyki, przepytamy wszystkich ludzi i w końcu znajdziemy to, czego szukamy.

Jakoż tak robili. Z początku nie wiodło im się, okrążyli całe X., nigdzie żadnego śladu. Baum tracił już nadzieję.

- Panie, to gracze nie lada. Nic im nie zrobimy. Na koniec zdaje mi się, że jesteśmy na fałszywej drodze. Zbrodnia nie musiała być w tych okolicach dokonana.

Upłynął cały tydzień na tych daremnych i arcyniebezpiecznych poszukiwaniach, ze względu na śmierć grożącą Cordierowi. Jakkolwiek przebrany był dobrze, jakkolwiek doskonale grał rolę, przecież ciągłe przejażdżki trzech tych samych osób w promieniu kilkumilowym, śledzenie ich i badania, musiały tu i ówdzie zwrócić na siebie uwagę. Baum drżał wprost z obawy.

- Panie, zatłuką nas gdzie jak psy, jak dzikie zwierzęta.

Lecz Cordier był nieustraszony. Z gorączkowym zapałem, z ostrożnością wyrafinowaną i szaloną współcześnie odwagą prowadził rozpoczęte dzieło. Po całotygodniowych jednak poszukiwaniach bez najmniejszego rezultatu, począł i on w końcu wątpić o prawdziwości swoich przypuszczeń.

- Widocznie omyliłem się - mówił - a może też za późno przyszedłem. Tyle czasu upłynęło już od chwili popełnienia zbrodni, mordercy mieli sposobność zatrzeć i usunąć wszelki ślad. Co robić? Co robić?

Łamał sobie nadaremnie głowę, sięgał do głębi wynalazczego i bystrego umysłu, by znaleźć w nim jakiś punkt wyjścia z tego zaklętego koła, w którym nici rwały się co chwila, lecz wszytko na próżno.

- A przecież - myślał sobie - zrobiłem już tyle, już tak daleko zaszedłem. Wiem, z kim mam do czynienia; wiem kto popełnił morderstwo. Czyż to nie jest wiele? Czyż rozpoczynając śledztwo miałem co więcej przed sobą niż sam fakt morderstwa? Jakaż różnica z tym, o czym już dziś dowiedzieć się zdołałem! A więc nie traćmy nadziei, walka jest nierówna to prawda, ale czegóż człowiek nie dokaże przy energii i silnej woli! Oni są silni, straszni i nieubłagani, ale ja jestem ojcem, który pragnie i musi pomścić syna, swe jedyne dziecię.

I dobrze zrobił Cordier, że nie stracił nadziei, albowiem w końcu natrafił na ślad, słaby wprawdzie, niewiele znaczący, ale utwierdzający go w jego domysłach i przypuszczeniach; ślad dowodzący, że się nie omylił. Zbadawszy już wszystkie drogi w okolicach X., pozostała im jeszcze jedna leśna drożyna, prowadząca do miasteczka O., mało uczęszczana, przy której, jak mówiono znajduje się wśród lasów i trzęsawisk karczma, nieszczególną w okolicy odznaczająca się reputacją. Wybrał się tam Cordier ze swymi towarzyszami i po południu wśród zimnego i pochmurnego dnia zajechał przed ową karczmę.

W istocie zewnętrzny jej widok wcale niewesołe budził myśli i do pewnego stopnia usprawiedliwiał opinię, jaką o niej miała okolica. Wśród czarnej bowiem i dzikiej puszczy, przy drożynie pełnej wybojów, pni ściętych, drzew i bagnisk, wznosiła się duża, na pół zwalona, drewniana chałupa, obrosła mchem i grzybami, pokrzywiona, wpadła w ziemię, ponura, samotna. Lasy otaczające ją rozciągały się bez przerwy prawie na przestrzeni pięciomilowej i słynne były pod owe czasy z zuchwałych kradzież i rozbojów.

W karczmie siedział za szynkwasem chłop duży, rudowłosy, ogorzały i brudny. Spod krzaczastych brwi patrzyły dziko, przenikliwe oczy. Gdy Cordier ze swymi towarzyszkami, bo Baum i Roman przebrani byli za kobiety, wszedł do izby cuchnącej i brudnej, szynkarz nie podniósł się z miejsca, spojrzał spode łba na gości i czekał na ich powitanie.

- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus - rzekł drżącym głosem Cordier.

- Na wieki wieków - mruknął szynkarz.

- Mój przyjacielu - ciągnął dalej Cordier - zbiliśmy się z drogi i nie wiemy, gdzie jesteśmy.

Gospodarz spojrzał przenikliwie na starca i rzekł:

- Pierwsze słyszę, żeby kto błądził po dniu.

- Ha, nie byliśmy nigdy w tych stronach, łatwo zabłądzić w takiej lesistej okolicy. Gdzie ta droga prowadzi?

- Gdzie kto chce, tam go zawiedzie - rzekł szynkarz.

- Bodajeś pękł hultaju! - szepnął do siebie Baum.

- Mój przyjacielu - rzekł Cordier - nie przyjechaliśmy tu do ciebie z wizytą, żebyś mógł nam niegrzeczności prawić, ot lepiej wynieś wódki człowiekowi, który zziąbł i powiedz nam, gdzie ta droga prowadzi.

Szynkarz pomruczał pod nosem, w końcu się odezwał:

- Tędy - i wskazał ręką - można dojechać do miasta O., a tędy do wsi Bukowej.

- Daleko stąd do tej wsi?

- Będzie ze dwie mile.

To mówiąc nalał w blaszany półkwaterek i wyszedł.

- To zbój jakiś! - szepnął Baum.

- Zobaczymy! - odrzekł Cordier.

Po chwili gospodarz wrócił i rzekł jakoś weselej.

- Może owsa potrzeba, a i państwo zapewne co przekąszą?

- Owszem, cóż masz?

- Są jaja, jest kura.

- Zróbże nam jajecznicy i upiecz kurę. Piwo masz?

- Jest. Kaśka!

Na to wezwanie wyszła z komory kobieta, istna megiera, brzydka, tęga, brudna i rozmamłana. Gospodarz zaordynował jej jedzenie. Gdy baba zakrzątnęła się około komina, mąż jej, przysunąwszy się do Cordiera zapytał:

- Z daleka państwo?

- O! Z daleka, aż z Włoch.

- Z Włoch? Hm! Hm! Ja słyszałem coś o tych Włochach, ale nie wiem co.

- O! Cóż dziwnego! Przecież tu w Bukowej była pani z Włoch - rzekł Cordier - toś mógł słyszeć.

- A to ją pan znał?

- Doskonale! Do niej jadę właśnie.

- Do niej? No, to pan na próżno jedzie, bo widzi mi się, że jej w Bukowej już nie ma i basta

- A skądże wiesz, że jej nie ma?

- Hm! Skąd wiem... Przecież tu u mnie bywają dworscy to gadali.

- I cóż gadali?

- A nic, cóż mieli gadać... gadali, że pojechała.

- To bieda - rzekł zafrasowany Cordier - tyleśmy drogi zrobili i na próżno... Mój przyjacielu, może wiesz, gdzie ona teraz się znajduje, ponieważ mamy do niej interes niecierpiący zwłoki.

- Co mam wiedzieć! To tylko wiem, że będzie temu ze dwa miesiące przyjechali po nią jacyś panowie, także słyszę Włochy i zabrali z sobą.

- Panowie! Dwóch panów, prawda?

- Ponoć, że dwóch.

- Jeden miał czarną brodę i futro niedźwiedzie na sobie, a drugi szopy, jechali pocztą, prawda?

- A tak, to ich pan zna?

- O! Doskonale! No to chwała Bogu - radował się Cordier - to już Julii nic złego się nie stało. Bieda tylko, że nie wiem, gdzie z nią pojechali.

- A cóż, to się pan w Bukowej dowie.

- Tak, to prawda... ale ja mam taki pilny interes, nie chciałbym drogi nakładać.

- Ha, cóż począć - wtrącił gospodarz.

- A czegóż nie powiesz - odezwała się nagle od komina Kaśka - że tędy jechali.

- Stul pysk, a tobie co do tego! - wrzasnął szynkarz, a odwróciwszy się do Cordiera, rzekł: - No, jak mi pan da rubla, to powiem.

Cordier drżąc od wewnętrznej radości, tłumiąc w sobie wzruszenie spytał:

- A za cóż ja ci mam dać rubla?

- No, jak pan nie da, to panu nie powiem.

- W istocie... - szepnął niby do siebie Cordier - nam zależy na czasie... no mniejsza z tym, masz rubla!

Szynkarz, wziąwszy srebrną sztukę, rzekł wyszczerzając zęby:

- Tędy jechali, proszę pana do O., więc najlepiej się pan w O. dowie, gdzie dalej się udali.

- A jeżeli to nie oni byli?

- Jakże nie oni? Dwóch panów w futrach i ta pani, Włoszka z Bukowej, jechali pocztą, tylko...

- Tylko co?

- Tylko mi się dziwacznym wydało... ta poczta... boć ja tu znam konie pocztowe w okolicy i wszystkich pocztylionów... a to i konie i człowiek był obcy.

- Cóż to znaczy! - machnął ręką Cordier - mógł wziąć pocztę Bóg wie skąd i jechać nią ciągle.

- Ale!... - mrugnął okiem gospodarz. - U nas tak nie jest, u nas co stacja konie i pocztylion się zmieniają.

- Mniejsza z tym - rzekł obojętnie Cordier - idzie tylko o to, czy to ci sami są, do których my mamy interes. Czy mieli wielki kufer ze sobą?

- A jakże, mieli jeszcze ze sobą dużą...

- Czerwoną skrzynię, prawda?

- Tak.

- Ano, to oni... to dobrze! To dobrze! Długo tu stali u ciebie?

- Gdzie tam, jeno chwilkę, zajechali, wywołali mnie z izby i rozpytali się o drogę do O. Nic więcej.

- A panią widziałeś?

- Widziałem, siedziała w kącie powozu otulona futrem.

- Czy mówiła co?

- Nie.

- Twarz jej widziałeś?

- Nie, mówię, że otulona była futrem.

- A skądże wiesz, że to ta Włoszka z Bukowej?

- A to na drugi dzień był u mnie fornal z Bukowej, to gadał, że po tę panią przyjechało dwóch panów, że w kwadrans potem ją zabrali, że ona płakała i nie chciała jechać, ale ją gwałtem wsadzili do powozu.

- Biedna Julia!

Gospodarz, podejrzewając coś w tych badaniach począł niechętnie już mówić, kręcić się po izbie, w końcu wyszedł.

Cordier wstał.

- Prędko będzie jajecznica?

- Juścić będzie niedługo - rzekła szynkarka.

- Na, masz rubla i nie rób już jajecznicy my zaraz jedziemy.

Kobieta szybko odwróciła się i spojrzała wielkimi oczami na Cordiera, który najspokojniej z milczącymi swymi towarzyszkami opuszczał izbę karczemną. Przed karczmą spotkali gospodarza zamyślonego, który, spostrzegłszy podróżnych, siadających do powozu, zawołał:

- A co to, pan jedzie?

- Jadę, jak widzisz. Ruszaj! - zawołał Cordier na woźnicę.

Powóz potoczył się szybko.

- Pędź co koń wyskoczy, do O.

- Panie, nie tak - zawołał Baum - karczmarz może nas uprzedzić w Bukowej i ptaszki nam fruną. Mamy trzy konie u powozu. Trzeba jednego odprzęgnąć, ja pojadę wierzchem do O. po żandarmów, a pan z Romanem zawracajcie do wsi.

- Masz słuszność - rzekł Cordier.

W pięć minut Baum cwałem zmierzał do O., gdy powóz z naszymi agentami, zwróciwszy się, jak wicher przebiegł koło karczmy. Na dziedzińcu stał jaszcze karczmarz z żoną i coś ze sobą rozmawiali.

- Chwała Bogu - rzekł Cordier zobaczywszy zacną tę parę - uprzedziliśmy ich. Zwycięstwo nasze!

III

Po wertepach i wybojach przepaścistych, nad samym już wieczorem Cordier z Romanem dotarli do Bukowej. Wieś rozłożyła się w dolinie, otoczona dokoła lasami, daleka od dróg, samotna, cicha, słowem zapadły kąt, którego trudno doszukać w naturze, a cóż dopiero na mapach. Na niewielkim wzgórzu, ponad dużym stawem, widniał obszerny, murowany dwór, pobielony wapnem i kryty czerwoną dachówką, odbijając mocno na ciemnym i posępnym tle głuszy leśnej.

Drogą pełną wyboi i kałuż, po mostkach uginających się pod kołami powozu, podróżni nasi zajechali przed dwór. Dziedziniec dość duży, zarosły był trawą, zaniedbany - po pięknych niegdyś gazonach przechadzały się spokojnie kury, psy i nierogacizna. Na ganku, wspartym na słupach z cegły, leżał wielki pies i złowrogo spoglądał na przybyszów. Stanąwszy przed dworem furman trzaskał z bicza tak donośnie, iżby mógł zbudzić siedmiu braci śpiących, mimo to żywa dusza się nie pokazała, oprócz psów, których moc ogromna powyłaziła ze wszystkich kątów i otoczywszy powóz, ujadać poczęła. Na wrzawę stąd powstałą wyszedł z dworu człowiek odziany w długą bekieszę futrzaną, barankami podbitą i stanąwszy na ganku, huknął:

- A do budy!

A zwracając się do przyjezdnych spytał:

- Czego panowie sobie życzą?

- Czy zastaliśmy w domu właściciela wioski?

- Jest... a któż panowie?

- Pragniemy się z samym panem osobiście rozmówić - rzekł Cordier, wychodząc z powozu.

- Pan słaby... nikogo nie przyjmuje... Kogóż wreszcie mam zameldować?

- To wcale niepotrzebne, proszę nas sprowadzić do pana.

Służący zawahał się, obejrzał przybyszów, w końcu, otworzywszy drzwi dużego pokoju, poprosił przybyłych o chwilkę cierpliwości. Jak mówiliśmy, zbliżał się już wieczór, a żę to zimową było porą, ciemność szybko opadała. Przy słabym blasku gasnącego dnia Cordier obejrzał szybko pokój przyzwoicie meblowany. Roman siadł pod oknem, wpatrywał się w puszcze sosnowe, co ciemną sylwetką rysowały się na bladym tle zimowego nieba. Cisza była zupełna - z zewnątrz dochodziły tylko głuche naszczekiwania psów wiejskich, w komnacie zaś wahadło dużego, staroświeckiego zegara miarowo wybijało swoje tyk-tak. Cordier, wzburzony, niecierpliwy, przechadzał się gwałtownie po pokoju, namyślając się, od czego ma zacząć rozmowę, jak chwycić za dalszy ciąg nici, której koniec dzierżył już w swym ręku. Już teraz porzucił postać drżącego i niedołężnego starca; owszem igrało w nim życie gorączkowe, pełne, energiczne. Roman także, zdjąwszy z siebie spódnicę i peruki, drzemał pod oknem w swej naturalnej postaci.

Dziwna, melancholiczna cisza leżała w całym tym dworze i jego otoczeniu. Natura okolicy te ciemne lasy sosnowe, czarne, głębokie, zakrywające horyzont, ta wieś rozrzucona na płaszczyźnie, ten staw przed dworem - wszystko to było przy sennym zmroku konającego dnia na poły martwe, nieruchome, senne, dzikie.

Cordier zbliżył się do Romana.

- I czegóż u diabła tak się patrzysz w okno?

- Dziwię się dzikości i smutkowi tego miejsca.

- Hm! - mruknął Cordier - córa błękitnego nieba włoskiego w pięknym znalazła się kraju, nie ma co mówić!

Wkrótce w drzwiach pokoju zjawił się służący i. doniósł, że pan niedługo nadejdzie. Jakoż po niedługim czasie ukazał się w drzwiach, prowadzących w głąb domu, mężczyzna wysoki, średnich lat, ale dziwnie blady i wynędzniały. Szedł, opierając się na kiju i zaraz usiadł na pierwszym krześle, jakie napotkał.

- Przepraszam panów, że siadam - rzekł - ale jestem bardzo osłabiony, chodzić nie mogę - i zakasłał. Po chwili spytał: - Kogóż mam honor witać w mym domu?

- Panie dobrodzieju - rzekł Cordier - to do rzeczy nie należy. To tylko panu powiem, że tak ja, jak i mój towarzysz, jesteśmy tajnymi agentami policyjnymi...

- Agent policyjny! - zawołał gospodarz domu, podnosząc się nieco. - U mnie?...

- Tak panie i przyjechaliśmy z rozkazem niezwłocznego przyaresztowania pana - odrzekł Cordier.

Na te słowa gospodarz stanął na nogach i w mgnieniu oka, zaczerwienił się cały i krzyknął:

- Mnie, mnie aresztować?! I za cóż to?

- Niech pan dobrodziej się uspokoi - rzekł łagodnie Cordier - może do tej ostateczności nie przyjdzie. Ja mam carte blanche do działania. Wszystko zależy od pańskiego zachowania się...

Gospodarz siadł i tonem już spokojnym rzekł:

- Przede wszystkim trzeba mnie przekonać, że pan jesteś tym, kim się być mienisz, inaczej, to ja pana każę związać i sypnąwszy batogów ze dwieście, odeślę do najbliższego miasta.

Cordier uśmiechnął się i rzekł:

- Czy pan znasz karty tajnych agentów policyjnych?

- Może i znam!

- Proszę, czy takie? - to mówiąc pokazał mu swą kartę.

- No... więc cóż pan chcesz?

- Zaraz... a to pan znasz? - i pokazał mu tajemniczy symbol wolnomularstwa.

Gospodarz spojrzał mu bystro w oczy i rzekł:

- I to znam!

- A więc porozumieliśmy się dostatecznie. Wszelkie środki gwałtowne, o jakich pan przed chwilą raczyłeś wspomnieć, w tej chwili wcale są niepotrzebne. Możemy więc przystąpić do interesu.

- Możemy! - odrzekł gospodarz. - O cóż to idzie? Ach, jak tu zimno.

To mówiąc wstał i zbliżył się do pieca, gdzie siadł w fotelu, przed którym umieszczony był elegancki stoliczek.

- Idzie proszę pana o tajemnicze zniknięcie z domu pańskiego młodej osoby, hrabiny, Włoszki rodem, która została zamordowana.

- Aha! To o to idzie... - odrzekł zimno gospodarz. - Cóż dalej, proszę pana?

- Osoba ta bawiła w pańskim domu i stąd została wywieziona w dniu 28 października, a najwcześniej 27 i następnie trupa jej znaleziono w Warszawie, w hotelu zwanym Dziekanka.

- Więc ja jestem posądzony o to morderstwo?

- Sprawiedliwość nie wie jeszcze, kto zamordował hrabinę J. Wszak na tę literę zaczyna się jej nazwisko?

- Tak, nazywała się Joanna...

- To imię, proszę pana, a nazwisko?

- Nazwiska nie wiem.

- To mi się trochę dziwne wydaje, ale mniejsza z tym. W tej chwili idzie nam głównie o objaśnienie, na jakiej zasadzie osoba ta bawiła w domu pańskim i kto ją stąd wywiózł.

- Tego się pan nie dowiesz - rzekł gospodarz i wyjąwszy mały kluczyk z kieszeni, włożył go niedbale w zamek od szuflady stoliczka i otworzył ją.

- Łaskawy panie, to nie jest odpowiedź. Pan zapewne dokładnie to rozumiesz, że sprawiedliwość nie może poprzestać na tego rodzaju tłumaczeniu.

- Zapewne - odrzekł chłodno gospodarz i włożywszy rękę w szufladę, począł się bawić jakimś przedmiotem w nim ukrytym.

- Zapewne - dodał - tylko, że ja nie stoję przed sprawiedliwością! - zaśmiał się szydersko, głucho, strasznie.

- Tak, ale moja osoba jest jej ręką.

- Zabawna ręka - mruknął gospodarz, nie wyjmując dłoni z szuflady stolika.

- Proszę pana - rzekł surowo Cordier - tu żartów nie ma, pan zapewne sądzisz, że nas jest dwóch tylko. Otóż mylisz się pan, za chwilę będzie nas tu więcej.

Gospodarz podniósł się nieco na krześle i poważnym głosem zapytał:

- Pan nazywasz się Ludwik Cordier?

Cordier zdziwił się w pierwszej chwili i mimowolnie odpowiedział:

- Tak.

- I chcesz pan wiedzieć, kto zamordował Joannę?

- Tak.

- Zamordował ją Agaton Cordier, pewnie kuzyn pański.

- Mój syn! - krzyknął Cordier, chwyciwszy się za głowę i zataczając się jak pijany.

- Tym lepiej - odrzekł ozięble starzec. - Tym lepiej, że to syn pański.

Nastąpiła chwila okropnego milczenia. Cordier stał na środku pokoju z twarzą zakrytą obiema rękami, drżąc konwulsyjnie na całym ciele. Opamiętał się jednak, opuścił ręce i blady jak trup, z twarzą pokrzywioną konwulsyjnie, usiłując przytłumić w sobie wzruszenie, zawołał:

- To fałsz! To być nie może, mój syn nie żyje.

- Nie wiem, czy to jest syn pański, ale Agaton Cordier żyje, choć w istocie rozpuściliśmy wieść, iż został zabity, bo nam na tym bardzo zależało. Jest on synem agenta policji francuskiej ma lat trzydzieści sześć czy siedem.

- To on! - krzyknął Cordier. - Wielki Boże!

I padł na krzesło.

- A teraz - rzekł zimno gospodarz - radzę panu porzucić tę sprawę, jeżeli ci życie miłe i jeżeli nie chcesz widzieć syna swego na szubienicy!

Na te słowa porwał się Cordier i podniósłszy rękę zawołał:

- Nigdy! Zbrodniarze! Przysiągłem wam pomstę i zemszczę się!

- A więc giń! - krzyknął gospodarz i wydobywszy z szuflady dwururny pistolet zmierzył do Cordiera.

W tej chwili Roman rzucił się naprzód, jakby chciał broń z ręki starca wytrącić, strzał padł, a z nim Roman, nurzając się we krwi własnej; drugi strzał, wymierzony widocznie ręką już drżącą i osłabioną, chybił i roztrzaskał tylko z brzękiem zwierciadło na ścianie.

- Morderco! - porwał się Cordier i wydobywszy z kieszeni małą krócicę zmierzył z niej w gospodarza.

Ten, siadając na krześle, rzekł obojętnie:

- Owszem, zabij mnie, niewiele mi już w tym życiu należy. Żałuje tylko, żem nie spełnił na tobie wyroku. Stary jestem, chory... chybiłem, ale co się odwlecze; to nie uciecze, znajdzie się ktoś, kto cię sprzątnie, panie tajny agencie policyjny.

Cordier, milcząc, wysłuchał tej mowy i spuścił krócicę.

- Nie! Nie zabiję cię - rzekł - choć takich jak ty ludzi każdy człowiek powinien zabijać jak psa wściekłego. Nie zabiję cię jednak, a to dlatego, żeś mi potrzebny do spełnienia mej zemsty.

- Ha! ha! ha! - zaśmiał się ponuro starzec. - Jakże się strasznie oszukasz, mój panie, agencie policyjny... Ha! ha! ha! I to się nazywa policja! Ha! ha! ha! - śmiał się szydersko, z głębi piersi.

- No! Ale dość tego - powstał. - Jesteś skazany na śmierć i zginąć musisz - rzekł surowo. - Sam wpadłeś w nasze ręce, poleć duszę Bogu! Pięć minut czasu ci zostawiam... - i wskazał na zegar - patrz! Teraz jest dziesięć minut po piątej. Gdy kwadrans wybije, żyć nie będziesz!

I siadł na fotelu, zadzwoniwszy gwałtownie. Cordier chwycił za krócicę.

- Nim sam zginę, ty wprzód umrzesz! - zawołał.

- Nie na wiele ci się to przyda - mruknął gospodarz.

W tejże chwili otworzyły się drzwi i weszło dwóch mężczyzn w czarnych maskach na twarzy.

Gospodarz wskazał palcem agenta:

- Oto Ludwik Cordier... za pięć minut żyć przestanie... No, czemu pan nie strzelasz? - rzekł, zwracając się do Cordiera.

- Dlatego, iż muszę być pomszczony - zawołał Cordier - dlatego, że ja nie jestem władzą, bym wymierzał sobie sam sprawiedliwość, dla tego na koniec, iż ty nędzniku jesteś potrzebny do wyjaśnienia sprawy.

Starzec uśmiechnął się pogardliwie i spojrzał na zegar, który miarowym brzękiem wahadła mierzył czas płynący w wieczność.

- Radzę ci... pomódl się - rzekł do Cordiera - masz tylko jeszcze cztery minuty życia; poleć duszę Bogu!

I zamilkł zagłębiając się w fotel. W komnacie zapanowała głęboka cisza. Z zewnątrz dochodziły tylko odgłosy naszczekujących psów we wsi, echo śpiewu wiejskiego pastucha, szmer wichru; wewnątrz zaś komnaty zegar jednostajnym ruchem wahadła zakłócał ciszę. Na próżno Cordier wytężył słuch, czy czasem nie dobiegnie uszu jego zbawczy tętent żandarmskich koni. Nic, cisza ponura jak przedtem.

Nagle gospodarz porwał się, spojrzał na zegar i zawołał:

- Czy słońce stanęło w biegu! Ten zegar się spóźnia!

I wskoczył na fotel z zamiarem posunięcia wskazówki. W tejże chwili zatrzymał się, nasłuchując.

Na dziedzińcu dworskim, rozległ się tętent koni, gwar, brzęk szabel i zaraz potem kroki ludzkie po kamiennych schodach ganku.

Gospodarz skinął na dwóch mężczyzn w maskach, mówiąc:

- Czyńcie swoją powinność!

Posłuszni rozkazowi z dobytymi sztyletami posunęli się naprzód, lecz Cordier uskoczył ku oknu i zmierzył. Padł strzał i jeden z oprawców runął na podłogę. W tejże chwili otwarły się z łoskotem drzwi i ukazała się postać Bauma, na czele kilku żandarmów.

IV

Widok, jaki przybyłych uderzył, miał coś groźnego w - sobie. Słońce właśnie zachodziło i zza lasu wysyłało czerwone promienie, oblewając nimi niby krwią pół nieba. Przez okna pokoju wdzierał się do jego wnętrza ten blask purpurowy, wlókł się po posadzce i konał blady na przeciwległej ścianie. W tym oświetleniu pół czerwonym, pół szarym, wszystkie przedmioty nabierały dziwnie posępnych, dziwnie uroczystych i fantastycznych kształtów. Wielki zegar, wiszący na ścianie, czarny, oblany refleksem tego posępnego światła, rzucał z drugiej strony długi cień, niby widmo jakie... Pod zegarem stał gospodarz, wsparty na stole, z ręką wyciągniętą ku Cordierowi. Na środku pokoju spoczywały dwa drgające jeszcze trupy, Romana i jednego z zamaskowanych ludzi, nurzające się we własnej krwi. Na koniec pod oknem ciemna sylwetka Cordiera z dymiącą jeszcze krócicą w ręku. W głębi otwarte drzwi wskazywały miejsce, którędy drugi z zamaskowanych zbirów ratował się ucieczką.

Baum szybko spostrzegł i zrozumiał, co się święci. Pierwszym jego ruchem było rzucenie się na gospodarza:

- Żandarmi - zawołał - bieżcie go!

Uchwycony, związany, uśmiechał się szydersko, szepcząc:

- Nie na wiele wam się moja osoba przyda. Ot! Szkoda tylko życia tych dwóch niewinnych ludzi... ale my się pomścimy, panie Cordier, pomścimy!

Rewizja dokonana w całym domu nie wykryła nic godnego uwagi, oprócz blaszki ze znanym nam emblematem i paru sztyletów misternej roboty. Oprócz gospodarza nikt więcej we dworze nie mieszkał. W zabitym zamaskowanym Cordier poznał służącego, który pierwszy na ich spotkanie przybył. Drugi uciekł i pomimo najściślejszych poszukiwań odnaleźć go było niepodobna.

Sprowadzeni wieśniacy ze wsi, w dość stosunkowo znacznej przestrzeni od dworu zamieszkali, zeznali, iż we dworze, oprócz pana i dwóch jego służących, nikt nie mieszkał, że pan ich od niejakiego czasu był chory i nikomu się nie pokazywał; że był człowiekiem ludzkim, dobrym dla poddanych; że się nazywa Kacper Grzybowski; że w istocie we dworze przez pewien czas, którego to czasu jednak dokładnie zdefiniować nie umieli, mieszkała jakaś pani, która zresztą rzadko się pokazywała; że była młoda i piękna; że ludzie z tego powodu dziwili się i gorszyli tym pobytem młodej kobiety w domu starego kawalera; że na koniec od niejakiego czasu już jej nie widzą i nie wiedzą, co się z piękną kobietą siało.

Takież były zeznania miejscowych wieśniaków. Cordier reasumując szczegóły spostrzegł pewne różnice między nimi, a mianowicie w tym, co opowiadał właściciel karczmy na drodze między O. Badany karczmarz najpierw mówił, że dowiedział się o pobycie i wyjeździe pani czy panny Julii od dworskich, tymczasem podług zeznań wieśniaków, którzy zresztą nie mogli i nie mieli powodu kłamać, dworacy ci składali się tylko z dwóch ludzi, którzy znowu nie tak łatwo wygadaliby się przed karczmarzem z tym, co się we dworze dzieje, zważywszy, że byli to widocznie ludzie zaufania, kiedy nawet na rozkaz Grzybowskiego gotowi byli zamordować Cordiera.

Wszystkie te uwagi Cordier zakomunikował naczelnikowi żandarmów, który wkrótce przybył także - człowiekowi młodemu i zdaje się dość inteligentnemu - i tak kończył:

- Sądzę więc, że karczmarz albo przyjmował bezpośredni udział w zbrodni, albo ma własny interes w tym, żeby kłamstwem ukrywać prawdziwy stan rzeczy.

Naczelnik przeciwnego był zdania, utrzymując, że karczmarz, gdyby brał udział w zbrodni, wówczas nie zwierzałby się z tym przed pierwszym lepszym przechodniem, który zajrzy do jego karczmy.

- Ja myślę, że tak jest, jak mówił. Może w istocie jeden z tych ludzi, co tu służyli tak mu opowiadał, może ich łączyły jakieś związki, bo to znany złodziej ten karczmarz, ja mam oko na niego... W każdym razie sądzę, iż należy go przyaresztować... czegoś przecie się dowiemy.

Cordier słuchał i milczał, chodząc po pokoju wielkimi krokami, blady, wzburzony.

- Czy panowie z O. jechaliście do Bukowej tą samą drogą, co i ja? - zapytał.

- Nie... jest inna krótsza i lepsza... kto by się tam po nocy tłukł po takich dziurach, gdzie łatwo kark skręcić - odrzekł naczelnik.

- To dobrze, ptaszek więc może jest jeszcze na miejscu - szepnął Cordier - poślij więc pan bezzwłocznie kilku ludzi, niech przyaresztują karczmarza i jego żonę i dostawią tutaj.

- Tak najlepiej będzie - dodał naczelnik, opuszczając pokój w celu wydania odpowiednich rozkazów.

Cordier pozostał sam. Zbliżył się z wolna do okna i spojrzał na ciemny lazur nieba, obsiany tysiącem migotliwych gwiazd i srebrzystym blaskiem księżyca oblany, posępny, dziki krajobraz.

- Boże mój - szepnął - jeżeli to prawda... jeżeli to mój syn... moje dziecię jedyne... O! To będzie nad moje siły... Wydać go własnymi rękami, rękami ojca na szafot.... Nie! To być nie może! Wszak Ty, Panie, jesteś Bogiem miłości, ty stworzyłeś serce ojcowskie, Ty dałeś najdzikszemu zwierzowi uczucie głębokie, które mu każe bronić do ostatka swe dzieci... Ty miałbyś pozwolić, żebym ja, ojciec, własnego syna jak zbrodniarza oddał w ręce katowskie?... Nie! To niepodobne!

Odszedł od okna i począł przechadzać się po pokoju, trąc gwałtownie czoło.

- Jakież losy - szeptał - tyle lat go nie widziałem, tyle lat go szukałem, zwątpiłem o jego życiu, a dziś tę krew z mej krwi, kość z moich kości, odnajduję zbrodniarzem! Zbrodniarzem! Boże wielki! Miej litość nade mną.

I zakrył twarz rękami ten starzec siwowłosy i zapłakał jak małe dziecię.

Nazajutrz cała ta śledcza kalwakata1 ruszyła do Warszawy.

V

Wiadomość o trafieniu na ślad tajemniczej zbrodni, znanej powszechnie pod nazwą "Czerwonej skrzyni", o wykryciu i aresztowaniu jednego z naczelników w tym strasznym dramacie, jak błyskawica rozbiegła się po stolicy. Przez jakiś czas o niczym nie mówiono tylko o masonach, jak ich podówczas zwano, o pięknej Włoskiej hrabinie, o czerwonej skrzyni, o szlachcicu z Bukowej, o dzielnym agencie Cordierze. Szanowny właściciel hotelu na Dziekance miał odbyt ogromny, mnóstwo ciekawych poczęło na nowo zwiedzać ów głośny numer szesnasty, w którym odegrał się pierwszy, a raczej ostatni akt krwawego dramatu! Cała Warszawa przez pierwsze kilka dni zajęta była tylko zbrodnią "czerwonej skrzyni", od najbardziej arystokratycznych salonów aż do suteren zamieszkałych przez klasę wyrobniczą.

Tymczasem sąd rozpoczął swą działalność. Dostawiony do sądu karczmarz i jego żona z owego leśnego pustkowia między miasteczkiem O. a Bukową zeznali po długich wahaniach i wykrętach, że dnia 28 października o godzinie jedenastej rano w istocie przejechał koło jego karczmy powóz z pocztylionem, w którym siedziało dwóch panów i pani. Panowie wychodzili z powozu i rozpytywali o drogę do O., byli nadzwyczajnie niespokojni, mieli ze sobą dużą czerwoną skrzynię. Z zeznania tego, bądź co bądź, faktem było, że ofiara zbrodni jeszcze wówczas żyła, że ją zatem zamordowano na drodze między karczmą a Warszawą.

Najważniejszą jednak rzeczą były protokoły ściągnięte z właściciela Bukowej. Z początku po dostawieniu go do Warszawy, zachorował dość ciężko w więzieniu i dzięki tylko energicznym staraniom miejscowych lekarzy zdołano go przywrócić do zdrowia. Długi więc czas upłynął nim mógł być wezwany do śledztwa. Na koniec jakoś w połowie marca rozpoczęło się to śledztwo, które miało odkryć tajniki straszliwej i niesłychanej w kraju naszym zbrodni, dokonanej z zimną krwią, w imię idei politycznej, czy też osobistych jakichś powodów. Prowadzenie śledztwa powierzono jednemu z najzdolniejszych, a przynajmniej za takiego powszechnie uchodzących urzędników sądowych. Był to człowiek jeszcze młody, pełen energii, siły i inteligencji. Uwaga całego niemal kraju zwrócona w tej chwili była na ciemną, posępną izbę sądu.

Na koniec dnia 2 marca 1826 roku stanął przed kratkami znany nam już właściciel Bukowej. Z poprzednio zasięgniętych wiadomości szlachcic ten, nazwiskiem Grzybowski, powszechnie uchodził za człowieka skrytego, lubującego się w samotności, ale ostatecznie nie było przeciw niemu poważnych zarzutów.

Wszedł do izby sądowej blady, nędzny, chwiejący się, tylko wzrok pełen ognia i zaciśnięte usta znamionowały niezwykłą wolę i nieugięty charakter. Po zwykłych wstępnych indagacjach, sędzia zapytał:

- Go pan wiesz o zbrodni dokonanej na kobiecie, której trupa następni ukryto w "czerwonej skrzyni" i pozostawiono w hotelu zwanym Dziekanka?

- Nic nie wiem - odrzekł zapytany.

- Ostrzegam pana - mówił poważnie sędzia - że to nie jest odpowiedź, sąd na tym poprzestać nie może. Kim była osoba zamordowana?

- Nie wiem.

- A przecież w domu pańskim mieszkała?

- Tak, mieszkała.

- Jak długo?

- Miesiąc czasu.

- Proszę o dokładne oznaczenie czasu.

- Mieszkała od dnia 28 września do 26 października.

- To jest do chwili zbrodni?

- Tak.

- Skąd ona się u pana wzięła?

- Przysłano mi ją.

- Kto ją panu przysłał?

- Tego nie wiem, przyjechała z rozkazem, aby ją przyjąć i ja przyjąłem.

- Kto wydał ten rozkaz?

- Panowie wiecie o tym dobrze, wydała go zwierzchnia władza stowarzyszenia, do którego mam zaszczyt należeć.

- Czy należąc do stowarzyszenia, trzeba ślepo być posłusznym jego rozkazom?

- Tak... to jest rzecz bardzo prosta.

- Więc pan nie wiedziałeś, kogo przyjmujesz?

- Owszem, do pewnego stopnia wiedziałem, wiedziałem, że dama ta jest Włoszką.

- Hrabiną włoską?

- Wcale nie... była podobno aktorką... ale tego na pewno nie wiem.

- Przez czas pobytu u pana jak się zachowywała?

- Mało bardzo ją widywałem, płakała często, była smutna, nudziła się.

- Czyś pan wiedział, co ją czeka?

- Nie!

- Czyś pan wiedział, dlaczego ją do pana, przysłano?

- Z początku nie... później dopiero się dowiedziałem. Przysłano mi instrukcję, kazano mi ją trzymać pod ścisłym nadzorem, jako osobę niebezpieczną dla stowarzyszenia.

- Czy nie wyjaśniono powodu tego niebezpieczeństwa?

- Nie... władza się nie tłumaczy z tego, co czyni.

- Dlaczego pana uczyniono stróżem tej osoby?

- Mieszkałem sam... na pustkowiu... Odcięty od świata, nikt do mnie nie zaglądał.

- Jak się denatka nazywała?

- Wiem tylko, że na imię jej było Joanna...

- Czyś się pan nie domyślał powodów tak surowego obchodzenia z osobą młodą i piękną?

- Owszem.

- I jakież są te powody?

- Dopuściła się zdrady.

- A przecież w ustawach stowarzyszeń stoi wyraźnie, że kto ze stowarzyszonych dopuści się zdrady śmiercią zginąć musi... dlaczegóż ona nie uległa tej karze?

- Owszem, później uległa.

- Ale nie natychmiast.

- To jest bardzo proste. Stowarzyszenie nasze brzydzi się krwi rozlewem i tylko w ostateczności ucieka się do tego środka. Sądzono, że owa pani oddalona od świata i oddana pod ścisły nadzór poprawi się, rozmyśli, tymczasem omylono się... musiała więc umrzeć!

To mówiąc podsądny podniósł głos, wyprostował się, a twarz jego przybrała straszny wyraz.

- Aha! Więc będąc u pana popełniła nowe przestępstwo względem przepisów stowarzyszenia?

- Tak.

- Jakież to?

- Tego nie powiem.

- A jednak pan musisz powiedzieć, mamy środki zmuszenia pana do tego.

- Jednak ja nie powiem - odrzekł spokojnie podsądny.

Nastała chwila milczenia.

- Więc pan wiedziałeś, że Joanna jest skazana na śmierć i umrze?

- Wiedziałem.

- I oddałeś ją pan w tym celu, owym dwóm panom?

- Tak.

- Któż byli ci panowie?

- Jeden był Agaton Cordier.

- Cordier! - porwał się sędzia.

- Tak... prawdopodobnie syn owego zręcznego agenta policyjnego - i uśmiechnął się ironicznie.

Sędzia indagujący zadumał się posępnie. Zbrodnia poczęła przybierać dziwnie potworne rozmiary, dziwnie fantastyczne, tak, że pozytywny umysł sędziego drżał ze zgrozy i przestrachu przed tą tragiczną głębią, zdarzeń i faktów.

"Jak to! - myślał sobie - ojciec wydaje własnego syna na szafot? Coś okropnego".

W życiu zwykłym codziennym, aby tego rodzaju fakty się wydarzały, wydawało mu się czymś niepodobnym. Nie wiedział, nie pojmował, nie rozumiał tego szału namiętności politycznych, najstraszniejszych ze wszystkich, które częstokroć tworzą kolizje stokroć dramatyczniejsze, stokroć potworniejsze niż najbardziej wyegzaltowana fantazja romansopisarza zdoła wymarzyć przy biurku, wśród ciszy nocnej.

- Czym pan możesz dowieść swego twierdzenia - zapytał sędzia inkwirent2 po niejakim czasie - że to był w istocie Cordier?

- Niczym, nie mam na to dowodów. Jeżeli pan inne moje zeznania przyjmujesz jako prawdziwe, dlaczego byś pan o tym miał wątpić? Tak jest oskarżam przed panem, jako sędzią, Agatona Cordiera jako winnego zbrodni dokonanej na osobie Włoszki.

- Zeznanie to pańskie wpisane będzie do protokołu - rzekł sędzia, obcierając zimny pot z bladego czoła.

- Któż był drugim zbrodniarzem?

- Tego nie wiem, osoba to zresztą podrzędna, zwykły pomocnik i kat zapewne...

- To być nie może, abyś pan nie wiedział, jak się ten drugi nazywa, jeżeli pan znasz pierwsze nazwisko musisz znać i drugie.

- A jednak nie wiem. I Cordiera bym nie poznał, gdyby w rozkazie, który przywiózł, nie było wymienione jego nazwisko. Wówczas nie wiedziałem, kto on jest, nie znałam go wcale, nie słyszałem nawet o nim. Później dopiero, gdy się pojawił pan agent policyjny, uderzyła mnie straszna Nemezis!... Ha! ha! ha! - i zaśmiał się spazmatycznie.

Sędzia przejęty grozą przywołał podsądnego surowym głosem do porządku i ciągnął dalej indagacje.

- Kiedy dwaj mordercy do pana przyjechali?

- O godzinie dziewiątej rano.

- I kiedy odjechali?

- Około dziesiątej.

- Czy pan wiedziałeś, po co przyjechali, tj. że mają rozkaz zamordowania panny?

- Wiedziałem.

- Dlaczego zbrodni nie dokonano w domu pańskim?

- Ponieważ byli ścigani.

- Przez kogo?

- Nie wiem, tak mi mówili. Kazili zrobić długą trumnę na gwałt, naprędce i ja im takową zrobiłem, po czym, wziąwszy Joannę, niezwłocznie wyjechali.

- Czy pan sam robiłeś tę trumnę?

- Tak jest, ja, mój służący i oni obydwaj.

- Dlaczego trumna ta była czerwona?

- Wypadkiem, miałem pod ręką deski od podłogi czerwono pomalowanej. Z nich zbito skrzynię.

- Kto na niej znak odcisnął?

- Ja... poradziłem im ten krok, celem zyskania wszędzie pomocy ze strony stowarzyszonych.

- Przecież mieli podrobiony tajny rozkaz naczelnika powiatu X.

- Mieli, ale jedno drugiemu nie przeszkadzało.

- Skąd mieli ów rozkaz?

- Oni go wcale nie mieli, ja im go wręczyłem. Miałem kilka takich rozkazów z okienkiem na datę. Wpisałem datę i rozkaz był gotowy.

- Skąd pan wziąłeś te rozkazy?

- Tego nie powiem.

- No, to, ja panu powiem...

- Ach taki.. nie potrzeba przypominam sobie, że panowie wiecie o tym... tak, zdradzono nas.

- Więc to jest prawda, że rozkazy te przygotował urzędnik Adolf Korwin?

- Tak, prawda.

- Pan się starałeś o te rozkazy?

- Ja... miałem polecone, aby mieć kilka tego rodzaju rozkazów... Wypełniłem to polecenie.

Nastała chwila milczenia. Podsądny patrzał przed siebie wzrokiem zimnym, obojętnym, martwym prawie.

- Dlaczego zrobiliście tę czerwoną trumnę, w jakim celu? - przerwał milczenie sędzia.

- Dla bardzo prostej przyczyny. Ponieważ nie można było wykonać wyroku na miejscu, a wykonać go koniecznie należało, więc Cordier i jego towarzysz postanowili zabić Joannę w drodze, trupa włożyć do trumny i zakopać gdzie w lesie.

- A jednak tego nie uczynili, przywieźli trupa do Warszawy.

- Owszem, pierwszą, połowę zamiaru wykonali, drugiej widocznie dokonać nie mogli, nie mieli zapewne czasu...

- Cóż im przeszkadzało?

- Nie wiem. Mówiłem już, że byli podobno ścigani, ale przez kogo i jak, nie wiem.

- A nie domyślasz się pan czasem?

- Hm! Juści domyślać się mogę, ale domysł nie jest prawdą.

- Jednak należy powiedzieć ten domysł.

- Ha!... kiedy pan chcesz koniecznie... We Włoszech w łonie naszego stowarzyszenia powstało stronnictwo grożące rozbiciem całości, stronnictwo wreszcie wyraźnie dążące do zdrady. Stronnictwu temu Joanna zdradziła wiele tajemnic, za to była wysłana do Polski. Szukano jej, badano, śledzono. Na koniec we wrześniu roku przeszłego, pomimo mej czujności, potrafiła ona dać znać swym przyjaciołom, gdzie się znajduje. Postanowiono ją wydobyć stąd, uwolnić. Spostrzegłem to dość wcześnie, powiadomiłem kogo należy i skazano ją na śmierć, którą jej kochanek Agaton Cordier, od którego wyłudziła wiele tajemnic, za karę miał jej zadać. Przeciwnicy dowiedzieli się o tym, ścigali go, ale się spóźnili.

Sędzia wysłuchawszy tego, po niejakim namyśle rzekł:

- Dziwne mi się to trochę wydaje. Jeżeli was chciano zdradzić, jeżeli was chciano pokonać, jeżeli na koniec chciano ocalić nieszczęśliwą Joannę, dlaczego nie udano się do władzy prawowitej, dlaczego nie zawiadomiono jej o tym?

Podsądny uśmiechnął się szydersko i rzekł:

- Jeżeli mówię o zdradzie, to nie należy pod tym rozumieć zwyczajnej, brutalnej zdrady, polegającej na denuncjacji. Zdrada była, ale zdrada zasad, przeniewierzenie się idei, której my służymy, a na jej miejsce chciano postawić inną. Stąd walka, ale walka zasad. O denuncjacji mowy tu być nie może; ani oni, ani my nie chcieliśmy i nie chcemy udawać się pod opiekę wspólnego wroga. To powinno być dla pana jasne. Więcej w tym względzie nie powiem...

Sędzia umilkł, patrząc z pewnym zdziwieniem na tę szczególną osobistość, na tego spiskowca, stojącego przed klatkami sądu, nieporuszonego, zimnego i spokojnego.

- Wszak Cordier był kochankiem denatki?

- Podobno, że tak... tak mówiono.

- Któż to mówił?

- Towarzysz jego, z którym przyjechał. Uderzyło mnie bowiem dziwnie rozpaczliwe zachowanie się Cordiera, jak gdyby w nim szalona jakaś namiętność walczyła z powinnością. Taka walka pozostawia ślady na twarzy i na duszy. Wyglądał jak ten, co za chwilę stawać ma na szafocie. Słyszałem nawet jak mówił: "o! gdyby krwią własną można okupić jej życie". Ale miał przy sobie stróża, który go pilnował, popychał, który mu nie pozostawił jednej chwili do namysłu. Zresztą Sam Cordier to człowiek żelazny, człowiek idei, dla której żyje i poświęcił się... dziwny człowiek! - dodał po chwili podsądny - ja nie wiem, czy bym zdolny był wyrównać sile jego woli.

- Wszak Cordier jechał pocztą?

- Nie! Mieli własne konie rozstawne... Jeden ze stowarzyszonych, przebrany za pocztyliona, powoził.

- Czy będąc u pana mieli już zamiar pozostawić trupa w hotelu?

- Nie... widocznie na drodze zamiar ten powzięli, znagleni ostatecznością. Pierwotnie chcieli trupa zagrzebać w lesie.

- Czy nie wiesz pan, gdzie Cordier udał się z hotelu?

- Nie wiem, z gazet dopiero dowiedziałem się, że znajdowano ślady na drodze do Magnuszewa... nic więcej.

- A gdzież to teraz jest Cordier?

- I tego wiedzieć nie mogę.

- Czy pan, wyczytawszy w gazetach o wydaniu się zbrodni, nie lękałeś się jej następstw o siebie?

- Przede wszystkim zbrodni podówczas nie wykryto, nie wiedziano nic, mogłem więc być spokojny. Po wtóre jestem starcem chorym, życie nie ma dla mnie wartości ... Mogłem pięćdziesiąt razy uciekać, nawet jeszcze wtedy, kiedy mi doniesiono o tym, że tajny policyjny agent trafił na ślad. Jednakże nie uciekałem. Jestem obojętny i dumny...

- Więc pan wiedziałeś o tym, że stary Cordier robi poszukiwania!

- Dowiedziałem się dopiero wówczas, kiedy otrzymałem wyrok skazujący go na śmierć.

- Aaa! Więc panu polecono wykonać ten wyrok!

- Wcale nie! U nas jest zwyczaj, że wyroki skazujące na śmierć osoby, których trudno dosięgnąć, wręcza się wszystkim stowarzyszonym, z rozkazem wykonania, jeśli okaże się ku temu sposobność!

- Jaką drogą pan dostałeś ten wyrok?

- Pocztą.

- Skąd?

- Z Warszawy zapewne, nie wiem dobrze, nie pamiętam.

- Kto ranił starego Cordiera w hotelu, w X.?

- Nie wiem.

- A kto mu wręczył wyrok?

- Zapewne jeden ze stowarzyszonych. Jest to obowiązkiem osobnym, wyłącznie do tego przeznaczonych urzędników, jeżeli naturalnie mogą to uczynić. W przeciwnym razie każdy ze stowarzyszonych obowiązany jest, przed wykonaniem wyroku, wręczyć go wprzód skazanemu, jeżeli jest to możliwie, a jeżeli nie, zostawić go przy trupie.

- Czy Joannie wręczono wyrok?

- Nie tylko wręczono, lecz także odczytano.

- U pana, w domu pańskim?

- Tak.

- Kto czytał?

- Towarzysz Cordiera.

- Więc Joanna wiedziała, że ją na śmierć wiodą?

- Wiedziała.

- Jak się zachowywała przy tym?

- Zwyczajnie jak kobieta, płakała, nie chciała wsiadać do powozu, opierała się, włóczyła się u nóg moich i Cordiera, błagając o życie...

- I wyście jej nie ocalili! - porwał się sędzia. - Jesteście nędznicy!

Podsądny uśmiechnął się szydersko i rzekł groźnie.

- A pan ocaliłeś kogo ze skazanych na śmierć? Czy mnie pan ocalisz? Cóż to pan myślisz, że moja władza nie jest również prawowitą przed światem i Bogiem jak twoja? Któż wam dał moc rządzenia ludźmi, sami ją sobie wzięliście i słusznie, bo władzę się bierze, jak powiada wielki Napoleon, i ją sobie wzięliśmy. Cóż znaczą łzy jednej kobiety wobec idei, wobec przyszłości?...

Gdy to mówił, ożywiała starca młodzieńcza siła, głos miał dźwięk spiżu, powaga uporczywa i majestat promieniały z tego czoła, majestat zaślepienia, zapału, niestety źle skierowanego.

Sędzia przeszedł następnie w indagacjach do zasad i organizacji samego stowarzyszenia, lecz tu napotkał upór nieprzełamany. Grzybowski na żadne pytanie nie udzielił odpowiedzi. Śledztwo więc przerwane zostało do dnia następnego.

I

Nazajutrz po indagacji, którą powyżej opisaliśmy, o zwykłej godzinie stróż więzienny udał się do celi Grzybowskiego i otworzywszy drzwi, na wielkie swoje zdziwienie i przerażenie, znalazł delikwenta wiszącego na prześcieradle u kraty okna. Oczywiste było, że podsądny sam pozbawił się życia. Wezwano niezwłocznie lekarza, nadzorcę więziennego i po dokonaniu obdukcji, lekarz zakonkludował, że śmierć nastąpiła przed kilku godzinami - ciało było zimne i zastygnięte.

Przy rewizji w więzieniu, znaleziono na kamiennej posadzce kartę niebieskiego papieru, z następującym napisem:

Komitet wolnomularski środkowej Europy.

Do obywatela Kacpra Grzybowskiego.

Na przedstawienie naczelnika straży bezpieczeństwa, z uwagi, że położenie, w jakim się obecnie znajdujecie obywatelu, może stać się groźne i niebezpieczne dla sprawy z uwagi, że statuty stowarzyszenia naszego wymagają absolutnego poświęcenia się jednostki dla sprawy ogólnej, rozkazujemy wam obywatelu, abyś po otrzymaniu niniejszego w przeciągu dwóch godzin odebrał sobie życie.

Sprawa, której wiernym sługą dotąd byłeś obywatelu, jest świętą i ważniejszą od życia każdego z członków stowarzyszenia, a praca w nim podjęta jest pracą dla przyszłości - sądzimy więc obywatelu, że powinność, jaką ci nakazujemy, spełnisz, jak przystało na członka stowarzyszenia wolnomularskiego. Bądź pewny obywatelu, że śmierć twoja zostanie pomszczona. Przyjm od nas ostatnie serdeczne i braterskie uściśnięcie.

Dane w Warszawie, 26 Marca 1826 roku.

Na dola umieszczona była pieczęć ze znanym i nam już monogramem i napisem w otoku.

Po znalezieniu tego dokumentu pozostało przede wszystkim pytanie, jakim sposobem rozkaz ten dostał się do więzienia strzeżonego nadzwyczaj pilnie.

Kwestia ta wkrótce się wyjaśniła. Papier, na którym powyższy rozkaz napisano, był mocno pomięty, w kilku miejscach zwalany ziemią i błotem. Widocznie więc owinięto nim pecynę ziemi i prawdopodobnie przez okno z zewnątrz wrzucono do celi więziennej. Jakoż zbita szyba w okienku świadczyła o tym najwymowniej.

Szyldwach, stojący na straży pod ścianą więzienia, w której umieszczone było okno, zeznał, że około godziny dwunastej w nocy, kiedy zwrócił się i poszedł ku rogowi gmachu więziennego zdawało mu się, że nagle usłyszał brzęk tłuczonego szkła, lecz ponieważ noc była burzliwa i wietrzna, sądził, że to złudzenie i nie zwracał na to uwagi.

Rzecz więc jasno się przedstawiała: ktoś w nocy podszedł pod mury więzienia, owinął kamień papierem i rzucił go w okno, które zresztą zaledwie na kilka łokci umieszczone było nad ziemią. Grzybowski, otrzymawszy tak straszny wyrok, wykonał go z całą sumiennością na sobie. Potworne pomieszanie pojęć! Potworna abnegacja, zaparcie się swego ja wobec idei, a może tylko mrzonki! A jednak któż nie przyzna, że to jest pewien rodzaj bohaterstwa, tym większego, że dokonanego, wśród samotności, w ciszy nocnej, w czterech ścianach karceru, kiedy nikt nie patrzy, tylko jeden Bóg.

Katastrofa ta nagła i niespodziewana naturalnie przerwała zupełnie śledztwo, śmierć bowiem Grzybowskiego udaremniła dalsze dochodzenie. Okazało się, że karczmarz z pustkowia między Bukową a O. nic nie wiedział, acz podejrzenie miał, albowiem przyciśnięty zeznał, iż w pół godziny po przejeździe młodego Cordiera z Joanną, przypadło do karczmy w prostej bryczce dwóch panów, z których jeden tylko mówił po polsku i rozpytywało się o powóz, który przed nimi przejechał, Karczmarz, zapłacony dobrze, wskazał mu drogę, którą pognali, jak szaleni. Oczywistą rzeczą było, co wreszcie nie ulegało od dawna najmniejszej wątpliwości, iż mordercy byli ścigani i ściganie to przyczyniło się do pozbawienia życia denatki na drodze.

Teraz więc cała rzecz polegała na tym, aby wyśledzić i ująć głównego zbrodniarza, to jest Agatona Cordiera. Przede wszystkim jednak szło o przekonanie się, czy rzeczywiście człowiek tego imienia istnieje, czy jest synem agenta Ludwika Cordiera, czy na koniec Grzybowski przypadkiem, w chęci zemsty nad agentem, nie zmyślił całej tej historii, aby sprawę zaplątać i dokuczyć temu ostatniemu.

Pierwszą myślą, jaka każdemu przyszła do głowy było zapytanie się w tym względzie samego Ludwika Cordiera. Nieszczęściem ten, po przybyciu z Grzybowskim do Warszawy, ciężko zachorował, a lekarze słabą nadzieję utrzymania go przy życiu czynili. Musiano więc czekać - na żądanie jednak sądu wezwano wszystkie władze zagraniczne, nad bezpieczeństwem publicznym czuwające, aby ścigały człowieka nazwiskiem Agaton Cordier, którego rysopis zresztą bardzo niedokładny podano, a po uchwyceniu dostawiły do Królestwa.

Poczyniwszy wszelkie możliwe w tym względzie środki, sprawę morderstwa zawieszono, czekając na wyzdrowienie agenta, co zresztą, jakeśmy powiedzieli, było bardzo wątpliwe. Sprawa zaś innych obwinionych, jak Korwina i Zawadzkiego, ciągnęła się dalej. Takie było położenie w początkach kwietnia 1826 roku.

II

Wjakiś czas po wypadkach wyżej opisanych w piękny wieczór majowy Cordier, jako rekonwalescent, siedział w ogródku przytykającym do jego mieszkania, w jednym z domów na Nowym Świecie w Warszawie. Pogrążony w głębokich myślach, zgarbiony, osiwiały, nosił na twarzy znaki ciężkiej, niedawno przebytej choroby. Wieczór był prześliczny, ciepły, wonny, cichy. Z rozkwitających drzew, z krzaków róż i bzu, po maleńkim ogródku rozchodził się zapach rozkoszny, właściwy tylko naszym wieczorom majowym, pełnym życia i tej nieokreślonej tęsknoty, właściwej wiośnie budzącej całą naturę do życia. Cisza tu leżała, senna jakaś. Zdawało się jakoby duch natury uśpił się na wonnych obłokach, na kwiatach i marzył rozkosznie... Z dala tylko dobiegał turkot i grzmot przeciągły, przytłumiony - głęboki oddech wielkiego miasta.

Cordier siedział pod starym klonem zadumany, niejako zasłuchany w tajemnicze szepty natury, gdy zbliżał się doń, znany nam dobrze agent policyjny Baum.

- Panie - mówił - jakiś człowiek chce się z panem koniecznie widzieć.

- Co za człowiek?

- Ubrany porządnie, z czarną brodą.

Cordier zawahał się, podumał i rzekł:

- Zapytaj, czego chce ode mnie.

- Pytałem go, lecz treści interesu nie chciał powiedzieć, domagając się koniecznego widzenia z panem.

- Baum! - zawołał Cordier - wiesz, żem skazany na śmierć przez tych zbrodniarzy. Czy to czasem nie nasłany oprawca?

- Myślałem i ja o tym, dlatego też sądzę, że najlepiej by było posłać po straż.

- To być nie może. Niech wejdzie!... Wprowadź go tu Baum. Ja wcale się nie boję... zresztą mam już dość tego życia... Lepiej będzie umrzeć. Jeżeli więc chce mnie zabić, niech zabija tutaj, wśród zieleni i kwiatów, pod niebem usianym gwiazdami... stąd prostsza droga do nieskończoności. Umrę jak Heliogabal... na kwiatach!

Starzec wymówił ostatnie słowa gorączkowo, jakby nieprzytomny.

- Dozwól mi pan przynajmniej pozostać tu w ogrodzie - rzekł Baum - abym mógł czuwać nad tobą.

- Zostań, jeżeli tego chcesz... mnie wszystko jedno, przeznaczenie moje spełnić się musi, czy będziesz czuwał lub nie.

Baum wyszedł i niedługo wprowadził mężczyznę otulonego w obszerny płaszcz z peleryną, jakie wówczas były w modzie, a wskazując na starca, siedzącego pod drzewem, wyrzekł:

- Oto jest pan Ludwik Cordier.

Gdy to mówił, zdawało się biednemu Baumowi, że jest Judaszem wskakującym na Chrystusa w Ogrodzie Oliwnym - i z pewnym drżeniem wewnętrznym oddalił się na stronę poza gęste krzaki bzu.

- Mężczyzna zbliżył się szybkim krokiem ku Cordierowi, który podniósłszy się z siedzenia wpatrywał się w przybyłego.

- Czy pan jesteś Ludwik Cordier? - pytał przybyły nie uchylając płaszcza z twarzy.

- Tak, ja nim jestem.

Gość stał przez chwilę milcząc, jakby pasował się ze sobą. Była to jedna z tych chwil oczekiwania i niepewności tak dla Cordiera, jak i dla Bauma, którzy widząc tę postać czarną, posępnie rysującą się na ciemnym tle nieba, przekonani byli, że przyszła wykonać potworny werdykt stowarzyszonych.

- A ja - rzekł na koniec przybyły - jestem mordercą Joanny! Szukaliście mnie długo, oto mnie macie!

To mówiąc zrzucił płaszcz i stanął przed Cordierem. Cordier przerażony, mimo woli cofnął się i szepnął:

- Czego pan chcesz ode mnie?

- Chcę, byś mnie zawiódł na szafot, chcę, byś ty, Ludwik Cordier, zaprowadził na szubienicę własnego syna. Oto mnie masz, ojcze!

Starzec chwycił się za głowę konwulsyjnie i jakimś nieludzkim głosem zawołał:

- Agaton! - i padł na ziemię z łoskotem głuchym, jakby w tym ciele łamały się z trzaskiem wszystkie ogniwa żywota.

Baum skoczył do padającego starca, wołając:

- Zbrodniarzu! Zabiłeś go!

Po chwili jednak starzec przyszedł do siebie, siadł blady, z zimnym potem na czole i chwytając Agatona za rękę mówił:

- Uciekaj mój synu, moje jedyne dziecię!

- Dokąd mam uciekać? Jestem ścigany jak dziki zwierz, są na moim tropie, za chwilę może tu będą. Przyszedłem do ciebie, żebyś mnie ocalił lub abyś umarł ze mną.

- A więc umrzemy! - zawołał starzec - tyle lat cię nie widziałem, tyle łez z moich oczu popłynęło i oto oglądam cię w tej chwili, zbrodniarzem!

- Nie mów tak ojcze, jestem wykonawcą strasznej woli. Ja tę kobietę, którą zabiła, kochałem nad życie, nad krew własną, nad wszystko.

- I zabiłeś ją?

- Tak, zabiłem, bo taki był rozkaz mej władzy. Inaczej być nie mogło.

- Jakaż to straszna władza! Ale tak... znam ja ich dobrze. W młodości mej byłem na ich tropie, wyśledziłem ich, ścigałem i oto porwali mi ciebie, aby mieć zakładnika w swym ręku przeciw mym prześladowaniom i oto, co z ciebie zrobili!

Agaton słuchał tego z widoczną, wzrastającą niespokojnością. W końcu rzekł:

- Ojcze, czy masz jakie środki ratunku?

- Uciekajmy! Oto wszystko.

- To na nic się nie zda, nie zdołamy się nigdzie ukryć, jeżeli mnie tu na miejscu nie ocalisz, to przepadniemy...

W tejże chwili dały się słyszeć kroki zbliżających się ludzi, Baum poskoczył naprzód i doniósł, że straż policyjna przybyła:

- A więc - wołał Agaton - umierajmy ojcze! Pobłogosław mnie po raz pierwszy i ostatni na długą wędrówkę przyszłego żywota.

- Synu mój - jęknął starzec i rzucił się w ramiona jedynaka.

I długo tak spoczywali w objęciach, pod niebem ubranym w miliardy świateł, wśród ciszy wiosennej, duszącej wonią kwiatów.

- Szukajcie go! On tu być musi! - dały się słyszeć nawoływania policjantów.

- Umierajmy... - szepnął Agaton i dobywszy sztylet wbił go w piersi po samą rękojeść.

Gdy straż przybiegła zastała tylko dwa trupy w śmiertelnym uścisku. Trupa starca i mężczyzny w sile wieku.

Tak się skończyła głośna w swoim czasie sprawa "Czerwonej skrzyni", która przez długi czas zajmowała wszystkie umysły i była przedmiotem najdziwaczniejszych przypuszczeń.

Prolog

I

Dnia 28 października 1825 roku, przed zajazd zwany "na Dziekance" w Warszawie, zajazd pod owe czasy do pierwszorzędnych zaliczany zajechał powóz pocztowy, z którego wysiadło dwóch mężczyzn, starannie otulonych w obszerne futrzane płaszcze, bo zimno było przenikliwe. Jak zwykle u nas w jesieni wiatr dął szkaradny i drobny deszczyk, kapuśniaczek, siekł nielitościwie. Starszy z tych mężczyzn i zarazem zdający się być panem, a przynajmniej zwierzchnikiem, drugiego, zażądał od właściciela hotelu, który poczciwym dawnym obyczajem wybiegł przed dom na przywitanie gości, osobnego i dużego numeru. Gospodarz sam zaprowadził go na pierwsze piętro pod numer oznaczony liczbą 16, mówiąc, że to jest pokój obszerny, cichy, wygodny i ciepły. Mężczyzna wszedłszy do numeru, objął jednym rzutem oka cały pokój. Dwa jego okna wychodziły na ową ciasną i ciemną uliczkę, która dziś już nie egzystuje, bo miejsce domów zasłaniających widok Krakowskiego Przedmieścia, zastąpił obecnie pyszny skwer z wodotryskiem - otóż dwa okna tego pokoju wychodziły na ową uliczkę, jak i dziś wreszcie jeszcze wychodzą, gdyż pokój ten od czasu, w którym odegrał się w nim tajemniczy dramat, będący przedmiotem naszego opowiadania, w niczym swej zewnętrznej powierzchowności dotychczas nie zmienił. Jak wówczas tak i dziś stoi tam wielki kaflowy piec w kącie, lustro między oknami i parę łóżek przy dwóch przeciwległych ścianach.

- Zdaje mi się - rzekł mężczyzna - że pokój ten będzie dobry. A gdzie te drzwi prowadzą? - i wskazał na drzwi umieszczone w jednej ze ścian.

- Do sąsiedniego numeru - odrzekł gospodarz - ale są zastawione z tamtej strony szafą.

- Nie lubię tego - rzekł z pewną niecierpliwością gość - nie masz waszeć innego pokoju?

- Nie mam, to jest najlepszy, nigdzie wielmożny pan nie znajdzie numerów, które by nie komunikowały z sąsiednimi.

- No mniejsza z tym, proszę zejść i powiedzieć, by poznoszono tu rzeczy.

Gospodarz zabierał się do wyjścia.

- Ale, ale - rzekł przybyły - proszę, ostrożnie wnosić moje rzeczy. Jest tam duża skrzynia, w której mieszczą się różne narzędzia astronomiczne i fizyczne ze szkła, mogą się potłuc, ostrożnie więc znosić.

Gospodarz przyrzekł ostrożność i wyszedł. Jakeśmy rzekli dzień był jesienny, deszczowy, pochmurny, a przy tym była już godzina piąta wieczorem. W pokoju i na dworze było prawie ciemno. Wychodząc, gospodarz zapalił świecę i postawił ją na komodzie pod lustrem.

Zszedłszy na dół zastał towarzysza owego gościa, zajętego wypakowywaniem powozu. Służba hotelowa dopomagała mu przy tym. Zaleciwszy tę ostrożność, wrócił na górę. Tu zastał już gościa rozebranego z futra. Przy migotliwym blasku świeczki, przypatrzył się nowemu mieszkańcowi swego hotelu.

Był to mężczyzna wysoki, doskonale zbudowany, okazałej postaci, ubrany w granatowy frak, według ówczesnego obyczaju, ze świecącymi guzikami, w białe łosiowe spodnie i wielkie palone buty. W dziurce od fraka czerwieniła się wstążeczka, co znamionowało, że pan ów służył niegdyś wojskowo, czego wreszcie cała jego postać i zachowanie się dowodziły.

Był to silny brunet, z włosem krótko przystrzyżonym i wielką czarną brodą. Mógł liczyć czterdzieści do czterdziestu pięciu lat wieku. Głos miał silny i wyrażał się z pewnym akcentem cudzoziemskim. Całość robiła wrażenie więcej groźne, imponujące, niż przyjemne.

- Czy mam zapalić w piecu? - spytał gospodarz.

- Nie trzeba. Lubię jak jest chłodno w pokoju - odrzekł gość, przechadzając się wielkimi krokami.

- Czy mam wielmożnemu panu czym służyć? - wtrącił znów gospodarz.

- Nic nie potrzebuję - zaraz wychodzę na miasto.

Gospodarz skłonił się i opuścił pokój. Na korytarzu spotkał ludzi dźwigających rzeczy pod przewodnictwem i nadzorem drugiego podróżnego. Najpierw niesiono wielki kufer, obity psią skórą i gęsto opatrzony żelaznymi sztabami. Dźwigało go dwóch ludzi z widocznym wysileniem, narzekając na niezwykły ciężar. Dalej jeden człowiek niósł tłumok, a dalej jeszcze, przy pomocy samego podróżnego, czterech ludzi ciężko pracowało nad wywindowaniem na piętro ogromnej skrzyni. Ta skrzynia uderzyła gospodarza. Była zupełnie podobna do trumny, z tą tylko różnicą, że bardziej prostokątna. Pomalowana na czerwono, w dwóch miejscach objęta sztabą żelazną i zamknięta na dwie kłódki, była czymś tak niezwyczajnym, że uderzyć każdego musiała.

- Ostrożnie, ostrożnie - mówił podróżny - tu jest - pełno delikatnych narzędzi i szkieł, możecie potłuc, a to kosztuje tysiące.

- Kto też to słyszał taką trumnę ze sobą wozić! - mruknął gospodarz i zeszedł na ulicę, gdzie pocztylion z karetą pocztową zabierał się do odjazdu.

Nasz gospodarz, zwyczajnie człowiek ciekawy, co wreszcie nie jest rzeczą dziwną, bo ludzie jego fachu powinni być ciekawi, przystąpił do pocztyliona i zapytał:

- A skąd to kochanku jedziecie?

Pocztylion spojrzał na pytającego spode łba i rzekł:

- Ciekawość pierwszy gradus do piekła. A co panu do tego skąd jedziemy?

- Ano nic mi do tego, to prawda - odrzekł gospodarz - ot pytam się tylko tak, dla zwyczaju.

- Hm! A to zły zwyczaj panie gospodarzu.

- Być może, być może. Ha! Ale dziś szkaradny czas! Może się napijecie wódki?

- Nie piję wódki - rzekł tenże i siadł nakozioł, trzasnął z bicza i odjechał.

Gospodarz pozostał na miejscu z szeroko otwartymi ustami, patrząc za odjeżdżającym powozem.

- Pocztylion i nie pije wódki, to mi się strasznie dziwne wydaje - i zamyślił się. - Zresztą, co mi tam do tego - mruknął do siebie wchodząc do sieni, a wydawszy służbie zwykłe rozporządzenia, powracał do siebie, gdy na schodach niespodzianie zetknął się z wychodzącymi tajemniczymi panami. Obydwaj oni okryci byli w lekkie, piaskowego koloru, płaszcze.

- Wychodzimy na miasto - rzekł starszy - wrócimy około dziesiątej wieczorem. Proszę nam przygotować kolację. Co można dostać tutaj?

- Wszystko, co wielmożny pan każe. Pieczeń wołowa z rożna, polędwica, baranina, pularda, ryby... wszystko jest.

- To dobrze, niech będzie pularda, do tego dasz pan dwie butelki burgunda.

A skłoniwszy się lekko, wyszedł ze swym towarzyszem. Gospodarz wyjrzał za nimi jak skręcili około kościoła Karmelitów i znikli w ciemnościach nocy jesiennej.

Z wybiciem godziny jedenastej gospodarz zabierał się już do spoczynku, kiedy wszedł do jego pokoju kucharz i rzekł:

- Proszę pana, co ja mam robić z kolacją obstalowaną dla gości spod 16 numeru?

- Ano cóż, zanieść ją do numeru. Czy już przyszli?

- Nie i w tym jest bieda, bo pularda z kretesem mi wyschnie na ogniu, a zimnej przecie dać nie można.

- Która godzina?

- Jedenasta.

- Hm! Cóż robić, trzeba czekać, widocznie się zabałamucili na mieście, to jacyś wiejscy panowie, trzeba czekać.

Ale jakież było jego zdziwienie, kiedy nazajutrz rano dowiedział się od służby, że panowie ci wcale w hotelu nie nocowali, że od chwili, kiedy wyszli, nikt ich więcej w zajeździe nie widział. Wiadomość ta skombinowana z tajemniczą czerwoną skrzynią, mającą pozór trumny, z pocztylionem, który mówić nie chciał, a nade wszystko, który wódki nie pijał, zrobiła dość przykre wrażenie na właścicielu Dziekanki. Mimo to jednak, jako człowiek spotykający w świecie wielu najrozmaitszych ludzi, nie dał brać nad sobą góry złowrogim przeczuciom.

- Co w tym dziwnego - szeptał do siebie - ot, zwyczajnie przyjechało to ze wsi, wyrwało się od żon, w Warszawie tyle pięknych kobiet, ot i zahulali się. Czekajmy. Czy mi to pierwszyzną, czy co? Czy to nie każdy szlachcic ze wsi tak robi? Tak tylko, że nie przepędza nocy za hotelem, ale w hotelu, boć tu ma przecie wygodniej i wszystko ma, czego zapragnie... Ha! Rozmaite są gusta, czekajmy.

Jakoż czekał. Ale minął dzień, minęła druga noc, a goście nie powracali. To już zaczęło gospodarza na serio niepokoić.

- Nie zapłacili mi za numer, wprawdzie są tam rzeczy, dwa futra piękne, zdaje mi się niedźwiedzie, to wystarczy, jest kufer ciężki, jest owa skrzynia czerwona, w której mają być te narzędzia... diabli wiedzą, jakie tam narzędzia, bo to wygląda jak trumna...

I niespokojny chodził pod drzwi numeru szesnastego, nadsłuchiwał, patrzał przez dziurkę od klucza, lecz oprócz komody pod lustrem i na niej leżącego jakiegoś papierka nic więcej dostrzec nie mógł. Mimo wzrastającej z każdą chwilą niespokojności, gospodarz czekał jednak do trzeciego dnia, ale gdy i w tym czasie nic nie było słychać o tajemniczych gościach, udał się do komisarza policji z oznajmieniem słusznych swoich obaw. Komisarz podejrzewając w tym zniknięciu coś niezwykłego, niezwłocznie, w towarzystwie urzędnika i dwóch sąsiednich obywateli, udał się do hotelu i wezwawszy ślusarza, kazał otworzyć drzwi numeru szesnastego.

II

Przede wszystkim w pokoju uderzyła przybyłych przykra woń zgnilizny, wprawdzie, niezbyt jeszcze silna, ale na tyle, że komisarz począł jakoś kiwać głową, co właścicielowi hotelu na wstępie dużo dawało do myślenia.

Obejrzano najpierw pokój i rzeczy w nim pozostawione. Meble gospodarskie, składające się, jakeśmy rzekli, z dwóch drewnianych łóżek, stojących przy przeciwnych sobie ścianach, komody między oknami, trzech krzeseł, fotela i stolika; na komodzie znalezioną niedopaloną świecę i jakiś przedmiot zawinięty w papierek, komisarz roztworzył papier i znalazł w nim sześć dukatów w złocie, bo wówczas jeszcze kursowało złoto. Na papierku były napisane słowa:

Dla gospodarza za numer.

Zresztą papier był czysty, biały, widocznie wydarty z książeczki służącej do notatek.

- No nie lękaj się pan, panie Kozikiewicz (tak się zwał gospodarz) za numer ci zapłacili i dobrze.

- Ba! Panie komisarzu, a dlaczego uciekli, jak złodzieje? - wtrącił Kozikiewicz.

- Tego nie wiem, wkrótce się jednak dowiemy.

- Otóż, oto właśnie idzie. Zapowietrzyli mi z przeproszeniem panów numer, robili tu coś widocznie, diabli tam wiedzą, co, rozejdą się różne bajki po mieście i któż mi teraz wynajmie ten numer. Cóż to jest sześć dukatów, czy mnie to wynagrodzi? - narzekał Kozikiewicz. - Bodaj z piekła nie wyjrzeli, a wyglądali na przyzwoitych panów.

Tymczasem komisarz oglądał pozostawione przez podróżnych rzeczy. Było tam futro niedźwiedzie, granatowym suknem kryte, prawie nowe jeszcze, choć mocno obryzgane błotem, dalej drugie futro, szopy, mniejszej wartości i także błotem zanieczyszczone, był na końcu otwarty tłumok, w którym oprócz dwóch skórzanych poduszek, nic więcej nie znaleziono.

Oprócz tego, jak wiemy, podróżni zostawili jeszcze wielki kufer i ową tajemniczą skrzynię, czerwono pomalowaną. Kufer stał pod piecem, skrzynia zaś do połowy wsunięta była pod jedno z łóżek.

Z wielką trudnością odbito wieko i ujrzano wewnątrz jakiś przedmiot pokryty czarnym suknem. Przede wszystkim uderzył uwagę obecnych biały znak na suknie, w kształcie litery S, z rodzajem gałki na wierzchniej jego części, opatrzony nadto krzyżykiem.

- Ki to diabli? - zawołał komisarz.

Obecni przypatrywali się owemu dziwnemu znakowi, gdy zbliżył się urzędnik towarzyszący komisarzowi, a spostrzegłszy symboliczne znamię, pobladł i cofnął się. Urzędnik ów był to człowiek młody, najwyżej trzydzieści jeden lat liczący, o czole myślącym, oczach bystrych i rozumnych. Uważany był przez władzę za człowieka uczynnego, roztropnego, nadzwyczaj zręcznego.

- Co to może znaczyć - powtórzył komisarz.

- Ej, głupstwo - odrzekł urzędnik - zwyczajny kawałek sukna, urwany z końca postawy i oznaczony znakiem firmy. Nic więcej... nie mamy nad czym myśleć.

- Ha! Może masz pan rację panie Zawadzki - rzekł komisarz, silnie wierzący w wyższość umysłową swego podwładnego i podniósł sukno. Pod nim spoczywało kilkanaście wielkich kamieni, świeżym błotem powalanych. Widocznie zebrane były na krótki czas przed przybyciem do hotelu.

Naturalnie zdziwienie otaczających było ogromne.

- Toteż dlatego moi ludzie ledwie, mogli udźwignąć ten kufer - rzekł Kozikiewicz - takie to było ciężkie, a oni hultaje nabrali kamieni! Niesłychane to rzeczy! Żyje przecie pięćdziesiąt lat na świecie, a pierwsze słyszę, żeby kto kamienie woził w kufrze silnie zamkniętym i do tego pocztą...

Podczas gdy służba odbijała kłódki od dużego kufra, Zawadzki odsunął się nieco na środek pokoju, gdzie wysunięto stół i blady ze zmarszczonym czołem wlepił wzrok w tajemniczą czerwoną skrzynię, co wyglądała spod łóżka.

Skrzynię wysunięto na środek pokoju i obejrzano z zewnątrz. Na jednej ze ścian wyciśnięty był nieznacznie taki sam znak jak na suknie w kufrze.

- Patrz pan, panie Zawadzki, i tu taki sam jest znak.

- Tak? - rzekł Zawadzki. - Aha, prawda!

- A więc to nie jest firma fabryki sukna - rzekł komisarz.

- Zapewne, że nie - odrzekł Zawadzki i odszedł do stołu przetarł ręką czoło i martwym wzrokiem wpatrzył się w robotników odbijających wieko skrzyni. Po wysunięciu skrzyni na i środek pokoju obecni uczuli przykrą woń zgnilizny dobywającej się z wewnątrz, co tym bardziej ich zaciekawiło. Robotnicy z łatwością rozłupali wieko i wówczas oczom zgromadzonych przedstawił się bolesny widok. Owinięty w prześcieradło, obficie krwią zbroczone, leżał w znak trup kobiety młodej i pięknej. Głowa odkryta dawała widzieć silną brunetkę o prześlicznym rysunku twarzy. Wielkie, czarne oczy otwarte były i nosiły zastygły wyraz straszliwego przerażenia. Usta na pół zwarte, jak gdyby zamarł w nich ostatni krzyk, ukazywały szereg białych jak kość słoniowa zębów, włosy lśniąco czarne, rozrzucone w bujnym nieładzie koło tej ślicznej, a zarazem strasznej główki, tworzyły dziwny kontrast z matowo bladą twarzą. Pod prześcieradłem zamordowana nie miała na sobie żadnego ubrania. Wielka rana, poniżej lewej piersi, widocznie ostrym zadana narzędziem, znamionowała rodzaj śmierci. Krew zastygła koło rany, na prześcieradle i na ścianach ostatniego jej schronienia, dowodziła, iż zaraz po dokonaniu zabójstwa trupa włożono w skrzynię. Denatka na pierwszy rzut oka nie mogła więcej liczyć nad dwadzieścia parę lat życia. Doskonałość, jędrność i świeżość form znamionowały dziewicę. Trup poczynał się już psuć.

Widok ten smutne wywarł wrażenie na obecnych. Głębokie, pełne uroczystej powagi milczenie zapanowało wobec trupa tej kobiety tak pięknej i tak młodej. Wszyscy stali ze wzrokiem wlepionym w fatalny obraz, drżący, wzruszeni. Zawadzki tylko ocierał kroplisty pot z bladego czoła.

- Straszna rzecz - wyszeptał komisarz, przerywając milczenie. - Morderstwo i jakie jeszcze morderstwo!

- Moj Boże, mój Boże - jęknął Kozikiewicz - to jeszcze w moim hotelu, który dotąd odznaczał się taką dobrą renomą. Zrujnowany jestem z kretesem!

Zawadzki podszedł do okna i kładąc czoło na szybie, jakby je chciał ochłodzić, szepnął:

- Dlaczego oni to zrobili?

- No, moja czynność tu skończona - rzekł komisarz. - Zamknąć skrzynię i kufer, spiszemy protokół, opieczętujemy drzwi numeru i zawiadomimy o wypadku sąd. Morderstwo i nic więcej. Panie Zawadzki, proszę spisz pan protokół.

Zawadzki usiadł, począł pisać. Ale pisał długo, mylił się, przekreślał, znów pisał i znów kreślił, z widocznym roztargnieniem. Komisarz niecierpliwił się, ale w końcu protokół został napisany, przez obecnych podpisany, skrzynię z trupem, kufer z kamieniami opieczętowano, jak i drzwi od korytarza i sąsiedniego numeru.

Na ulicy po chwilowym milczeniu, komisarz, odetchnąwszy, rzekł do Zawadzkiego.

- No i cóż pan na to?

- A nic, panie komisarzu, morderstwo, a może samobójstwo, któż to wie!

- Co też pan mówisz, samobójstwo! Kiedy się jest taką młodą i taką piękną, nie myśli się wale o śmierci, życie ma nadto powabów.

- Właśnie w takim wieku najwięcej bywa samobójców, bo namiętności są najsilniejsze - odrzekł zadumany Zawadzki.

- Ale cóż znaczy ta skrzynia, ci dwaj ludzie zostawiający po kryjomu trupa w hotelu?

- Alboż ją wiem, co to znaczy? Zdaje mi się tylko, iż to jest samobójstwo, a to dla powodów następujących: najpierw z rysów twarzy denatka wydaje mi się być cudzoziemką, zresztą Kozikiewicz sam mówił, iż, jeden z tych panów mówił źle po polsku. Otóż być może, iż jechali gdzie, że mieli pilne interesy, że w drodze spotkał ich smutny fakt z tą kobietą, że nie chcieli meldować o tym urzędowi, unikając zwłoki czasu, że... że... na koniec, tu tysięczne są powody mniemać, iż to jest samobójstwo. Zresztą zobaczymy, śledztwo wykryje wszystko. Od tego jest sprawiedliwość ludzka.

Mówił to gorączkowo, szybko, jakby nieprzytomny.

- Co panu jest, panie Zawadzki? - pytał komisarz.

- Nic... nic... jestem zdrów, może tylko zanadto wzruszyłem się tym strasznym widokiem. Taka młoda, taka piękna... o! straszne są losy ludzkie.

- Uspokój się pan, idź do domu - nalegał komisarz - odpocznij, koledzy cię zastąpią w biurze, potrzebujesz spoczynku; nie wiedziałem, żeś pan tak wrażliwy.

Zawadzki usłuchał rady komisarza, pożegnał go ukłonem i podążył w stronę własnego domu. Mieszkał na Starym Mieście, na trzecim piętrze. Wlokąc się po schodach szeptał:

- Straszną rzecz spełnili, to zbrodnia!

A przyszedłszy do swej izdebki, zamknął się na klucz, otworzył biurko, wyciągnął skrytą szufladkę i wyjął z niej taki sam znak ze srebra, jaki widzieliśmy na skrzyni i na suknie w hotelu. Popatrzał na niego z długą zadumą, a chowając na powrót do skrytki symboliczne znamię rzekł:

- Nie należę do siebie. A kto wie? Może to było potrzebne, konieczne, niezbędne. Kto nie jest z nami, ten przeciw nam, a więc biada mu! Cóż znaczy jedno życie, choćby nawet tak piękne, jak tej oto kobiety, wobec idei?

III

Sędzia śledczy, któremu powierzono całą tę sprawę, stawiwszy się na drugi dzień rano na Dziekance, nic więcej się nie dowiedział nad to, co już policja skonstatowała. Przy bliższym tylko zbadaniu trupa, znaleziono w prawej jego ręce, mocno, konwulsyjnie zaciśniętej, kawałek papieru, na którym pod zaschłą krwią odczytano następujące wyrazy:

... skazujemy na śmierć. Wyrok ma być...

Reszta była urwana. Na samym tylko brzegu porwanej tej kartki znajdował się jeszcze jakiś znak, widocznie pieczęć, ale ta zachowała się w tak małej ilości, że rozpoznać jej nie można było. Odczytano tylko jeden wyraz w otoku tj. "środkowej...". Taką była ta karteczka, widocznie gwałtownie urywana, zmięta i zbryzgana krwią. Papier był zwyczajny; pod światło dawał, się widzieć kawałek znaku wodnego, ale że takowy był powszechny na papierach ówcześnie wyrabianych, nie mógł więc służyć za żaden ślad. Znaleziono oprócz tego jeszcze jeden dowód, wprawdzie niewiele znaczący, ale który z czasem, przy sprzyjających okolicznościach, mógł naprowadzić na jakieś ślady. Była nim resztka podartej i także mocno pokrwawionej chustki do nosa. Chustka była cienka, batystowa i na rogu, który się dobrze zachował, acz był przedarty na połowę, dostrzeżono kawałek niby hrabiowskiej mitry, a pod nią literę J. Znaki te otoczone były wykwintnymi floresami, robionymi czerwoną nicią jedwabną.

Sędzia przeniósłszy wszystkie rzeczy pozostałe po tajemniczych gościach z Dziekanki do depozytu sądowego, zyskawszy opinię lekarską, która twierdziła, że morderstwo było na dwanaście najmniej godzin dokonane przed przybyciem owych panów do hotelu, zawezwał policję, aby według opisu udzielonego przez właściciela zajazdu i służbę hotelową, śledziła sprawców zabójstwa i pocztyliona. Jakoż w parę dni okazały się pewne ślady. Strażnik na rogatkach Mokotowskich zeznał, że. o godzinie dziesiątej wieczorem, dnia 28 października przejeżdżał powóz pocztowy, błotem zbryzgany, w którym siedziało dwóch panów. Rysopis dany przez niego mniej więcej zgadzał się z rysopisem właściciela hotelu. Dalej doniósł on, że powóz ten, jak tylko przejechał rogatki, choć noc była ciemna i dżdżysta ruszył galopem, choć o złamanie karku podówczas w Warszawie nie było trudno. Zeznanie było ważne, dowodziło bowiem, że zbrodniarze wyjechali z Warszawy i uciekali co sił starczało. Naturalnie zaczęto zaraz szukać śladów we wszystkich kierunkach i po wszystkich drogach idących od rogatek Mokotowskich, lecz ślady ginęły. W parę dni dopiero jeden z agentów policyjnych doniósł, że w Magnuszewie, a więc o siedem przeszło mil od Warszawy, widziano nazajutrz, dnia 29 października o godzinie siódmej trzydzieści rano coś podobnego. Albowiem był powóz i także mocno błotem obryzgany, ale nie powoził pocztylion, konie były nie kare, ale kasztanowe, że wprawdzie siedziało w nim dwóch parów odzianych w futra niedźwiedzie, lecz jeden z nich nie miał zarostu. Ślad ten zresztą przed Magnuszewem, pomimo najusilniejszych poszukiwań, ginął zupełnie, jakby w ziemię się zapadł. Poczęto więc poszukiwać owej pary karych koni, które zbrodniarze widocznie zmienili, lecz i tutaj, chociaż dopełniono ścisłej rewizji, nic nie wykryto. Ślad zginął kompletnie.

Oprócz tych danych miano jeszcze inne. I tak: strażnik na Pradze na rogatce Ząbkowskiej zeznał, że o godzinie piątej wieczorem, dnia 28 października, przejechał powóz pocztowy, a w nim dwaj panowie, z których płacący mu rogatkowe miał dużą czarną brodę. Że przy rewizji uderzyła go wielka czerwono pomalowana skrzynia, w której, jak twierdzili owi panowie, miały się znajdować jakieś narzędzia, że wreszcie rewidować nie śmiał, gdyż mu pokazali rozkaz władzy policyjnej, nakazujący przepuszczać przybyłych wszędzie i ułatwiać im wolny przejazd.

Zeznanie było ważne, dowodziło bowiem, że miano do czynienia z niezwykle przebiegłymi zbrodniarzami - żałowano, że śledztwo tak późno zostało rozpoczęte, zbrodniarze bowiem mieli czterdzieści osiem godzin czasu przed sobą, z którego skorzystali zapewne, żeby zatrzeć za sobą wszelkie ślady. Wezwano władze krajowe, by doniosły, czy gdzie nie zaginęła kobieta, według rysopisu wszędzie rozesłanego, która była hrabiną i nazwisko swoje czy też imię rozpoczynała od litery J. Przesłano również rysopis poszukiwanych o mord, lecz wszystkie te rozporządzenia nie doprowadziły do żadnych rezultatów. Na koniec ogłoszono o całej sprawie w gazetach, wzywając ogół do współudziału w wyśledzeniu zbrodni, lecz i to nic nie pomogło.

Jednym słowem rwały się wszystkie nici i zdawało się, że zbrodniarze unikną karzącej ręki sprawiedliwości. Ale ponad ręką człowieka, ręką niedoskonałą, wisi jeszcze potężna dłoń Opatrzności.

Przez parę tygodni o niczym nie mówiono w Warszawie i w kraju, jak o tajemniczej czerwonej skrzyni, z trupem pięknej kobiety, znalezionej w hotelu na Dziekance. Mnóstwo ciekawych zwiedzało ten numer, tak odtąd wsławiony. Pan Kozikiewicz wziął się nawet na sposób, pobierając opłatę za obejrzenie owego pokoju, co, jak twierdzą dobrze poinformowani, niemało mu grosza przyniosło. Ale z czasem wrażenie niezwykłego i tajemniczego zdarzenia całkiem się zatarło, ustępując innym, świeższym, tak, że w końcu zapomniano i o czerwonej skrzyni i o zamordowanej kobiecie. Władza nawet, nie mogąc dojść niczego, odłożyła sprawę ad acta, oczekując, czy los nie przeniesie jej jakichś nowych danych. Taki był stan rzeczy, gdy przytrafił się wypadek, który począł budzić niejakie nadzieje, że może uda się wyśledzić sprawców tej tajemniczej zbrodni.