Rozdział 39 -?Powrót do zwiadu (styczeń 1944 roku)
Rozdział 39
-?Powrót do zwiadu
(styczeń 1944 roku)
Łącznik doprowadził mnie na samo miejsce.
-?Oto, towarzyszu kapitanie gwardii, nasz pułkowy punkt obserwacyjny. Co
noc dyżuruje tu trzech ludzi. Dwóch telefonistów i jeden zwiadowca.
-?Ten kurnik nazywasz pułkowym PO?
-?Tak, towarzyszu kapitanie gwardii. Tak kazano nazywać.
-?Interesujące!
Obszedłem ze wszystkich stron niewysoki zaśnieżony pagórek, sterczący
nad powierzchnią ziemi. Był zbudowany z wygiętych żerdzi i słomy. Coś
jak koszyk, oblany na mrozie wodą. Wiejscy chłopcy klecili coś podobnego
ze starych łubianek. Na tego typu rzeczach, obmazanych nawozem i oblanych wodą, zjeżdżali zimą z górek.
Miejscami ze ścian punktu obserwacyjnego wystawały witki i strzępy
słomy. Od góry śnieżny pagórek pokrył się skorupą lodu i był przysypany
warstwą puszystego śniegu. Gdyby stanąć wyprostowanym przy tej budzie,
to sufit znalazłby się na wysokości pasa. Nie było tam ani okopu, ani
wietrznika, ani żelaznego komina od piecyka czy otworów obserwacyjnych,
jak na normalnych pułkowych PO.
Z bocznej strony przy samej ziemi widniała niewielka dziura. To otwór
wejściowy z zawieszonym kawałkiem obszarpanego materiału. Można się
tamtędy dostać do środka.
Sądząc po rysunkach ze starych książek i czasopism, śnieżne domy
Eskimosów wyglądały o wiele solidniej i były większe.
I tę psią budę nazywają pułkowym punktem obserwacyjnym! Do jakiego
stopnia zawszył się i otłuścił 52 pułk gwardii!
Wewnątrz tej budki z trudem mogło się pomieścić trzech ludzi. Jak tu
wetknąć czwartego? Owe zadanie jest niczym rebus z obrazkami.
Jeśli wepchnie się tu jeszcze jednego, to dwóch z czterech będzie
musiało siedzieć w kucki. Nie będzie gdzie się położyć i wyciągnąć nóg.
Dowódca pułku nie sądzi chyba, że przez całą noc na zewnątrz będzie
sterczeć wartownik, wlepiający oczy w śnieżny przestwór. Choć zapewne
tak właśnie to było obmyślone.
Komu była potrzebna taka pułapka na myszy z witek i słomy? Obok niej nie
było ani okopu, ani dołka, w którym mógłby przysiąść obserwator na
wypadek ostrzału. Ze środka w ogóle nic nie widać. I stoi ów szałas na
odkrytym polu, na wietrze i w samym przejściu. Kilka metrów od niego
przebiega udeptana ścieżka na pierwszą linię. Równolegle do niej w śniegu leży drut, zapewniający kompaniom łączność telefoniczną ze
sztabem pułku. Innej łączności na froncie nie mieliśmy.
Kiedy podczas ostrzału zrywa łączność telefoniczną, wzdłuż linii biegnie
kablowy. Nocami biegają, a w ciągu dnia czołgają się na brzuchu. To ze
względu na fakt, iż Niemcy bez przerwy metodycznie ostrzeliwują ścieżkę.
Telefonistom wydaje się, że w ciągu dnia Niemcy ich widzą, bowiem zbyt
często pojawienie się człowieka na ścieżce zbiega się z ostrzałem.
Również i teraz parę pocisków trysnęło śniegiem w różne strony. Każdy
odnosi wrażenie, że to właśnie jego Niemcy złowili podczas biegu.
Niektórzy zaczynają wręcz wierzyć w Boga. Że to niby Bóg wskazał im go
palcem. Być może ta dziura została ulepiona, aby kiedyś tam służyć jako
punkt przeładunkowy dla liniowych patroli łączności. Każdy z łącznościowców odpowiadał za swój określony odcinek linii. A ta buda
ratowała ich przed niepogodą, śniegiem i wiatrem. Siedzieli w tym
barłogu i czekali na zrywkę na linii. Był położony przy ścieżce w pół
drogi na pierwszą linię. Obecnie przedni skraj leżał dwa kilometry od
sztabu pułku. Kiedy powybijało żołnierzy w kompaniach, tych z batalionu
wypchnięto do okopów, a sztab pułku zajął ich miejsca. Wszystko jakby
przesunęło się do przodu, choć nazwy pozostały stare. Wraz z przybyciem
do pułku nowego dowódcy ową noclegownię łącznościowców przemianowano na
punkt obserwacyjny i posadzono tam jednego zwiadowcę.
-?Zachodził tu dowódca pułku? -?zapytałem odprowadzającego mnie
żołnierza.
-?Nie, towarzyszu kapitanie gwardii. Dwa razy przysyłali tu dowódcę
plutonu rozpoznania.
-?Taaak... Dowódca pułku nie widział nory na własne oczy. A powiedz no,
prowadzałeś go do okopów na pierwszą linię?
-?Nie! Ani ja, ani nikt inny go tam nie odprowadzał.
Niemcy dość często i dokładnie ostrzeliwali linię, biegnąca wzdłuż
ścieżki. Salwy kilku baterii spadały po kolei i nie cichły ani dniem,
ani nocą. Słowianie przyzwyczajali się do ostrzałów i nie zwracali na
nie specjalnej uwagi. Tu biegiem, tam truchtem pokonywali dwukilometrową
zaśnieżoną równinę. Mogło się im przytrafić bezpośrednie trafienie, ale
gdzie się przed takim schowasz? Na tyłach też może cię trafić. Pocisk
może również wlecieć do okopu.
Przypomniał mi się czterdziesty pierwszy. Wtedy Niemcy byli silni. Nie
strzelali tak wściekle i nerwowo. Dlaczego tak naprawdę Niemcy prowadzą
teraz tak gwałtowny i bezładny ostrzał? Nie ma żadnych oznak,
świadczących o tym, że zorganizujemy atak lub przejdziemy do natarcia.
Co tam u nich osłabło? Czego boją się dziś ryże Fryce?
Raz jeszcze spojrzałem na tę norę ze śniegu. Podłogę miała na poziomie
ziemi. Żadnego zagłębienia, choćby na sztych łopaty ani na werszek
poniżej śnieżnej skorupy. Obok uderzy jeden, drugi pocisk i odłamki
przebiją ją na wylot przez wypchane słomą ścianki. Lecz interesujące
jest to, że na zewnętrznej ścianie owej nory śmierci nie znalazłem
żadnego draśnięcia ani dziurki.
Dowódca pułku ani razu nie chodził po tej ścieżce. Podczas pobytu w pułku ani razu nie był w kompaniach strzeleckich na pierwszej linii.
Przyjechał na front i nie wie, co się dzieje na pierwszej linii. Jaki
dureń pójdzie dobrowolnie pod ogień? Siedzi pod ziemią w schronie z czterech warstw belek. Niekiedy dzwoni na punkt obserwacyjny i sprawdza
pełnienie służby. Dyżurny telefonista, nie wychylając się na zewnątrz,
melduje mu, że przeciwnik znajduje się na swoich pozycjach i metodycznie
ostrzeliwuje nasze miejsce dyslokacji oraz przedni skraj
Dlaczego dowódca pułku nie wezwał saperów, aby urządzili
pełnowartościowy punkt obserwacyjny? Nie sądzę, by ustawiczny huk i ostrzały odebrały mu rozum. Niewykluczone, że jest zajęty ważnymi
sprawami i szykuje się do przeprowadzenia nieoczekiwanego miażdżącego
uderzenia na Niemców, kiedy w kompaniach strzeleckich zostanie
praktycznie po piętnastu ludzi na kilometr frontu. A tutaj, w pół drogi
od pierwszej linii, trzyma osłonę z trzech żołnierzy, aby Niemcy nie
przesączyli się niezauważeni. Boi się, że Niemcy mogą nocą podejść do
jego schronu.
A w jakim celu posłał tu mnie? Postanowił sprawdzić, jak się go będę
słuchać? Czy nie będę się bał siedzieć nocą w tej dziurze ze słomy i śniegu? Zapewne przez całą noc będę wyglądać i trząść się na myśl, że
może mnie zabić.
Nam, zwiadowcom przyzwyczajonym do wszystkiego, wybuchy nie
przeszkadzają nawet we śnie. Mogę się powalić i chrapać do rana, nawet
jeśli pociski lądują dwadzieścia metrów ode mnie. Doświadczenie,
przećwiczone na własnej skórze, daje mi pewność, że przypadkowe
trafienie jest wykluczone. Wprawnym okiem od razu widzę, kiedy nadchodzi
niebezpieczeństwo, a kiedy można się położyć i spać. Oczywiście
nowicjuszowi wydaje się, że niebo ciemnieje i wokoło wszystko huczy i płonie.
Jak zauważyłem na mapie, nasz przedni skraj biegnie skrajem urwiska. Z przodu, gdzie kończy się zaśnieżone pole, ciągnie się wąski pas dużych
świerków i sosen. Między nimi i nami siedzą żołnierze-strzelcy. Niżej,
za urwiskiem w odkrytym polu są okopy i schrony niemieckiej piechoty.
Ciut dalej -?wieś Bondary. Zostały z niej dwie przekrzywione i zrujnowane stodoły oraz coś w rodzaju bani. Dalej w lewo, w miejscu, w którym kończą się pozycje naszej piechoty, w lesie znajduje się
niewielkie wzgórze i szosa. Tam, pośród drzew i poza lasem, na podłużnym
wzniesieniu umocnili się Niemcy.
Nasze kompanie strzelców siedzą twarzą do urwiska, mając na flance
niemieckie stanowiska. W każdej chwili Niemcy mogą nas obejść.
Rozejrzałem się i uściśliłem u łącznika:
-?Pokaż mi na miejscu, gdzie znajdują się nasi, a gdzie za krzakami i świerkami siedzą Niemcy.
Pokazuje mi to i owo, po czym zwalniam go i włażę do punktu
obserwacyjnego. Wewnątrz śniegowej klitki siedzi dwóch telefonistów.
Pali się kopciłka. Pomieszczenie jest nieduże. Jeden z telefonistów leży
na podłodze, drugi siedzi w kącie ze słuchawką podwiązaną do głowy.
-?Urządźcie się, towarzyszu kapitanie -?mówi siedzący w kącie ze
słuchawką przy szyi. -?Zaraz przyjdzie zwiadowca. Pobiegł po odbiór
jedzenia. Dyżuruje tu trzecią dobę. A my siedzimy kolejno przy
telefonie.
Na czworakach przepełzam dalej ku ścianie i siadam na podściółce z iglastych gałęzi. Ściany wewnątrz są oblodzone, sufit wisi nisko.
Siadasz na podłodze i zawadzasz o niego. Maleńka dziupla. Nachuchali w środku, więc wchodząc z zimnicy ma się wrażenie, że w środku jest
ciepło.
Wkrótce obok klitki zaskrzypiał śnieg i ktoś, odsunąwszy strzęp
zasłonki, wcisnął się w milczeniu do środka, opierając się na automacie.
-?Towarzyszu kapitanie gwardii, przyszedł dyżurny zwiadowca!
Żołnierz z automatem, nie odwracając się, nogą zasunął za sobą wiszący
materiał, postawił w rogu swój automat, pochuchał na palce i zatarł
dłonie. Spojrzał na mnie i usiadł bez słowa.
-?Nie wystawiacie wartownika na zewnątrz? -?zapytałem.
-?A do czego on nam potrzebny? -?odpowiedział żołnierz, wyciągając
kapciuch z machorką. -?I tak słyszymy, jeśli ktoś tu podejdzie. Śnieg
skrzypi pod nogami. Teraz jest mróz i na wiorstę słychać, jeśli ktoś się
zbliży. Od razu zauważymy.
No i dobrze. Czort z wami. Nie będę was namawiać do porządków. Niech
będzie, jak jest. Udam, że mało wiem. Po co mam się zdradzać, kim
jestem? W ten sposób będą rozmowniejsi.
-?A ty kto? Pewnie z pułkowego zwiadu?
-?Kto? Niby ja? A nie widać? Patrzcie, kapitanie! Przed wami jest żywy i prawdziwy zwiadowca. Mówi wam to coś? A wy pewnie ze sztabu? Z nowych na
froncie? Dopiero żeście przyjechali? Rozumiecie, kto to taki zwiadowca?
Zapytajcie telefonistów! Dopóki ja tu jestem, leżcie tutaj i niczego się
nie bójcie. Ostrzału też się nie bójcie. Niemiec bije po ścieżce, a tu
nie dolatuje.
W naszej ciasnej i nędznej chałupce migocze światło. Pod sufitem jest
niewielka deseczka i pali się na niej zwykła frontowa kopciłka na
benzynę. Drugi telefonista podnosi się z podłogi i wszyscy trzej
zapalają skręty. W ziemiance nie da się odetchnąć. A im dym i smród nie
przeszkadza. Nie odzywam się. Trzeba pocierpieć. Przecież postanowiłem
nic o sobie nie mówić i dlatego na razie jestem wśród nich obcy.
Podciągam nogi i kładę głowę na podściółce. Nad podłogą idzie świeży
powiew spod materiału, wiszącego w przejściu.
-?Teraz jest dobrze! -?mówi zwiadowca. -?Widzę, że świetnie się tu
usadowiliście. Powiedzcie, kapitanie, wy ze sztabowych czy do kompanii
strzeleckich?
-?Z tych, co obrabiają papierki.
-?Od razu się zorientowałem, kim jesteście. Pomocnik szefa sztabu.
Będziecie się zajmować rozliczeniem stanu osobowego. Pisać zawiadomienia
o śmierci, wnioski do odznaczeń? Powiedzcie, a na pierwszej linii nie
zdażyło się wam bywać?
-?Ty lepiej o sobie coś powiedz. Widzisz, że człowiek z drogi i musi
odpocząć. Pierwszy dzień w pułku, a ty robisz przesłuchanie. -?wtrącił
się telefonista, siedzący w kącie ze słuchawką na głowie.
-?Co tu opowiadać? My, zwiadowcy, pędzimy specyficzny żywot. Całkiem
nieprosty.
I żołnierz zaczął opowiadać, co się dzieje w plutonie, co mówi
starszyna, o czym gadają chłopaki i jaki jest Riazancew.
-?A po jeńca często zdarzało się wam chodzić? -?pytam.
-?Nie, teraz nie chodzimy. Jakiego tam jeńca! Chyba, że złapiemy i wyciągniemy naszego dowódcę pułku! Stoimy w ochronie sztabu. Całymi
dobami nie wyłazimy ze śniegu. Nie dają złapać oddechu. Dzisiaj przy
rozdaniu żarcia w plutonie starszyna powiedział, że wrócił ze szpitala
stary dowódca zwiadu. Też kapitan z czterema gwiazdkami, jak wy. Pewnie
teraz piją z majorem za Nowy Rok. A wy siedzicie z żołnierzami w tej
dziurze. Kapitan od dawna wojuje na froncie. Mówią, że nie schodzi z pierwszej linii od czterdziestego pierwszego. Jeden mówił, że jest zły i wymagający, a inni gadają, że sprawiedliwy i troskliwy. A bo to
dogodzisz naszym? Mówią, że nie da zrobić krzywdy swoim ludziom.
Chłopaki gadają, że się nasiedzieli w śniegu i teraz będzie koniec z wartowaniem. Naszych od razu wepchnęli na ochronę, gdy tylko kapitana
posłali do szpitala. Cały miesiąc siedzimy, sterczymy jak bezdomne psy.
Nie ma gdzie się umyć, ogrzać i wyspać. A przedtem, jak mówią, zwiadowcy
mieli przyzwoite życie
Popatrzyłem na niego. Z wyglądu brudny i obdarty. Twarz młoda, ale z brudu, wiatru i wycieńczenia psychicznego pomarszczona niczym u starej
kobiety.
-?A ty od dawna w zwiadzie? -?zapytałem go.
-?Cały miesiąc. Moi koledzy, z którymi przyszedłem do piechoty albo
poginęli, albo ich odesłali do szpitala z ranami. A ja poszedłem na
ochotnika do zwiadu, no i żyję. Czy to wiadomo, co los zgotuje?
-?A skąd jesteś?
-?Z Syberii, z Kemerowa. Jest takie miasto na Syberii. A wy, kapitanie,
będziecie służyć przy sztabie pułku? Kiedyś się spotkamy, ot tak, niby
jak znajomi.
-?Nie wiem, dokąd poślą. Do jutra dożyjemy. Dowódca pułku podejmie
decyzję, gdzie będzie moje miejsce. A Niemiec zawsze tak po polu tłucze?
-?Młóci dzień i noc, nijak się schować. A co ma nie młócić? Dziennie ma
po parę setek pocisków na każde działo. Cała Europa na niego robi. A wy
coś nie palicie, towarzyszu kapitanie? Widocznie w pułku z machorką
kiepsko. Krępujecie się poprosić u żołnierzy na skręta? Bierzcie, nie
krępujcie się!
Żołnierz podał mi kapciuch. Zaczerpnąłem szczyptę tytoniu, zawinąłem w skrawek gazety i zapaliłem. Wyciągnąłem paczkę "Biełomorów" i poczęstowałem wszystkich papierosami.
Rozmowa kończy się sama z siebie. Wyjmuję z mapnika kartkę, biorę ołówek
i zaczynam pisać list do domu. "Dzień dobry droga Augusto. Szczęśliwie
dotarłem do swojej jednostki...". Obyczaje to zapewne ludzkie
przyzwyczajenia. Jakby maszerowanie drogą na głębokich tyłach było
ryzykowne, a tutaj na froncie, w pobliżu pierwszej linii, było
bezpiecznie jak u Pana Boga za piecem.
O drugiej w nocy wszyscy ucichli, ułożyli się w ciasnocie i poszli spać.
Jeden dyżurny telefonista został w kącie, siedząc w kucki. Nie miał
miejsca, aby się położyć i wyprostować nogi. Siedzi i głowa opada mu na
kolana. Tkwi w kącie z zamkniętymi oczami, a nasza trójka leży rządkiem
na boku.
Rankiem, obróciwszy się na plecy, otwieram na moment oczy. Zwiadowcy już
nie ma. W norze siedzi dwóch nowych telefonistów. Gdy wstałem,
przywitali się ze mną.
-?A gdzie moi nocni znajomi? -?zapytałem.
-?Poszli do plutonu, towarzyszu kapitanie.
Siadam na podściółce z gałęzi, wyciągam z kieszeni moskiewskie
papierosy, częstuję łącznościowców i zapalam. Tak to już u nas jest na
froncie. Siedzę, palę i wyobrażam sobie, jak pójdę do szefa sztabu. Ten
z kolei pogada z dowódcą pułku.
Wyłażę z zaśnieżonej chatynki i idę ścieżką na tyły do schronu sztabu.
Szef sztabu dzwoni do dowódcy pułku i po chwili milczenia wspomina coś o mnie. Patrząc na majora, domyślam się, że powiedziano mu, aby sam ze mną
porozmawiał. Nie rozumiem tylko idei dowódcy pułku. Po jaką cholerę
posłał mnie na punkt obserwacyjny? Pewnie sądził, że całą noc nie będę
spać, czekając na jego telefon. A tu niewypał!
* * *
Majorowi powiedziałem, że potrzebuje dwóch
tygodni, by doprowadzić swoich żołnierzy do należnego wyglądu: trzy dni
na banię, tydzień na naukę i parę dni na szkolenie. Trzeba ich
wytresować, wciągnąć w reżim, bo bez tego nie można ich wypuszczać na
nocną robotę. A ze służby wartowniczej -?zwolnić. Major się zgodził.
Opuściłem sztab i poszedłem do zwiadowców. Droga ze sztabu pułku do
plutonu zwiadu była krótka -?trzysta metrów w bok i do wąwozu.
Przyjemnie jest iść po twardej i udeptanej nogami dróżce. Ścieżka jest
poprowadzona głęboko w śniegu. Świeży śnieg lekko przyprószył ślady i skrzypi pod nogami. Skraje wąwozu są strome, wysokie na dwa metry, a gdzieniegdzie i wyższe. W zboczach wąwozu pod zamarzniętą warstwą ziemi
wyryte są przejścia. Oto i jest miejsce dyslokacji plutonu zwiadu. Nory
są wykopane bezpośrednio w ziemi. Dla osłony przez wiatrem i zawieją
przykryto je kawałkami materiału. Jeśli chcesz wczołgać się do takiej
nory, trzeba przed nią uklęknąć, oprzeć się rękoma o ziemię, przyjąć
pozycję poziomą i poruszać się głową do przodu, trafiając w jamę.
Łącznościowcy na punkcie obserwacyjnym mają ciasne legowisko, ale można
w nim przynajmniej spokojnie usiąść. A tutaj, aby wydostać się na
zewnątrz, trzeba się położyć. Wleziesz do nory, położysz się na boku,
zapierasz się łokciem w sufit, a pod bokiem masz miejsce na podściółkę z gałęzi choiny. Przed oczami masz małe palenisko, wykopane w ziemi.
Kładzie się tam drwa i pali bez komina. Sufit to zamarznięta warstwa
ziemi -?jak betonowy strop porządnego schronu bojowego. Czy niemiecki
żołnierz był w stanie choć na chwilę wyobrazić sobie coś podobnego? Czy
mógłby choć jeden dzień wytrzymać w takiej norze? Niemcowi trzeba
zaserwować budowlę z bierwion, prycze wyłożone świeżą słomą, żelazny
piecyk z regulacją przewiewu, podłogę z grubych heblowanych desek i rację żywnościową naszych pułkowników i generałów. I jeśli ta budowla
będzie wpuszczona głęboko w ziemię i nakryta z wierzchu czterema
warstwami grubych belek, to Niemiec będzie się czuć jak w dobrym
schronie. A co tu gadać o wilgotnej dziurze w zamarzniętej ziemi? Jeśli
wepchnąć tam Niemca głową do przodu, żeby wpełzł tam na brzuchu, to
potem o poranku będziesz stamtąd wyciągać za nogi jego trupa.
-?Gdzie Riazancew? -?zapytałem nieznanego zwiadowcę, stojącego na
posterunku.
-?O! -?i pokazał mi jedną taką dziurę.
Kiedy tam wpełzłem, ujrzałem Riazancewa. Leżał na plecach, założywszy
ręce za głowę i patrzył w sufit. Jakby go studiował, widząc pierwszy
raz. W środku płonie niewielka kopciłka. Wsuwam się na łokciach dalej.
Tam, przy ścianie, pali się ogieniek. Szturcham swojego podwładnego w bok, zakładając, że śpi. Starszyna uprzedził go, że wróciłem do pułku i że z rana pokażę się u niego na godzinkę. Mógłbym go nie szukać i nie
włazić do nory. Mogłem kazać starszynie, aby wezwał go na rozmowę do
mnie. Jednak wiedziałem, że będzie się przede mną chować i postanowiłem
pojawić się u niego osobiście. Do człowieka trzeba podejść ostrożnie i z wyczuciem. Kto wie, co mu tam teraz na sercu leży. Z jednej strony ma
świadomość, że przyjechałem i że odpadnie mu część obowiązków. A przy
okazji skrzywi się, że skończył się jego zimowy sen niedźwiedzia. Teraz
nie będzie snu, tylko myślenie, gdzie by tu pochwycić języka.
Ja zaś miałem takie uczucie, że po miesiącu bumelanctwa i wypoczynku
trzeba się brać za robotę. On zaś najwidoczniej nie miał ochoty na
powrót do zajęć zwiadowców. Zwiadowcy to skomplikowana nacja. Bywa, że
za pierwszym razem ich nie zrozumiesz, a niekiedy nie pomogą nawet
sprytne wybiegi, aby ich podejść.
-?Siemanko, zwiadowco!
-?Czołem, kapitanie!
-?Więc jak? Będziemy gadać na sucho czy poślemy po starszynę, żeby
rozmoczyć rozmowę?
Wiedziałem, że Fiedia nie odmówi wypitki.
-?Co będziemy jutro robić? Widziałem, że masz nowych ludzi w plutonie.
-?Tak, jest dziesięciu świeżaków, wziętych z piechoty.
-?To jak? Posłać po starszynę czy będziemy czekać, aż się sam pojawi?
-?Nie, lepiej posłać. Po co odwlekać? Skoro już przyjechałeś, trzeba
wszystko zaczynać od początku. Ty leż, a ja sam po niego poślę.
Odepchnął nogą zasłonkę i krzyknął:
-?Ej, jest tam któryś? Podejdź no tutaj!
W dziurze ukazała się głowa wartownika.
-?Obudź któregoś z chłopaków i poślij go po starszynę. Niech powie, że
kapitan go tu potrzebuje. A życie ogólnie jak?
-?Jakie tam życie? Posadzili na wartę. Mówili, że tymczasowo, a już
miesiąc siedzimy.
-?Dzisiaj poleguj i dosypiaj. A jutro rano zwiadowcy do ochrony nie
pójdą. Umówiłem się tak z szefem sztabu. A ty co będziesz robić?
Riazancew zamilkł i zamyślił się.
-?Na jutro rano kazałem starszynie urządzić gimnastykę. Rozebrać
wszystkich do gołego i natrzeć śniegiem. Po jedzeniu ogólna zbiórka. Ty
wystąpisz przed szykiem. Powiesz im, że nie będą już więcej pasać owiec.
Zaczyna się przygotowanie do naszych głównych zajęć. Starszyna wypatrzył
na tyłach porzuconą banię zbitą z bali. W nocy trzeba posłać tam
chłopaków, rozebrać ją, przewieźć i do rana postawić tutaj, w wąwozie.
Starszyna melduje, że w bani jest metalowa beczka, komin i kamienie.
Kolejnego dnia rano, po zbiórce, bania dla wszystkich, wymiana bielizny
i porwanego umundurowania. I właśnie od tego, drogi Fiedia, zaczniemy.
Bania może jest i cudza, ale mam nadzieję, że do głowy im nie przyjdzie,
żeby tu przyłazić. Tyłownicy nie będą jej szukać na pierwszej linii. Tu
często strzelają. Wydaj starszynie polecenie, żeby ustawił tu dwa
namioty dla chłopaków. Na całą tę robotę daję wam trzy dni. Patrzę na
naszych chłopaków i dziwię się. Gęby u wszystkich brudne, jakiegoś
sinego koloru. Tak was piechota zadziobała? Wstyd spojrzeć! Zwiadowcy,
gwardziści!
Do rozbiórki i przenoszenia bani starszyna zabrał wszystkich. Dach
wzięli we czterech i położyli na saniach. Kłody ze ścian brali we dwóch
i szli do wąwozu. Podczas gdy pierwsza ekipa szła przez las i pole do
wąwozu, druga wywoziła na saniach podstawę i podłogę bani. W wąwozie
kipiała praca. Postukując toporami, zwiadowcy wymieniali między sobą
uwagi:
-?Nasz stary kapitan wrócił ze szpitala. Gdy tylko się pojawił, od razu
zaczęło się kręcić. Czuje się twardą rękę. Jutro tyłownicy przylezą z miotełkami, żeby się wyparzyć. Dopiero się będą drapać po tyłkach! Gacie
wiszą na drucie, a bani nie ma! Nasz starszyna ma wprawne oko jak sowa.
I tylko twardego kierownictwa brakowało. Przyjechał kapitan i wszystko
się zakręciło.
-?Słuchaj, a on tak naprawdę jest stary?
-?Sam żeś stary! Młody jest! Ma dwadzieścia trzy lata. A nazywamy go
starym, bo jest długo na froncie. O, jak Sieńko -?stary zwiadowca, a sam
całkiem młody. U tyłowników obija się cała kompania saperów. Niech im
zbudują nową banię.
Jeden z tych, którzy byli od dawna w plutonie zwiadu, wykładał młodym:
-?Wyobrażam sobie, co się będzie jutro działo, kiedy pojawi się kapitan
ze starszyną. Z rana, dzieci moje, starszyna ogłosi poranną pobudkę i ogólną zbiórkę. Jestem tego pewien. Riazancew coś mu tam ostatnio
klarował. Tak więc szykujcie się, chłopcy, żeby szybko zająć miejsce w szyku. I zagęszczajcie ruchy, bo kapitan pojawi się na gimnastyce.
-?Na jakiej gimnastyce? Na zewnątrz jest minus trzydzieści. Co ty
gadasz?
-?Tak, tak! Wspomnicie moje słowa! Ja też miałem kiedyś wątpliwości. Od
jutrzejszego ranka zacznie się nowe życie, którego żeście jeszcze nie
posmakowali, sokoliki i ptaszęta moje. Zapomnijcie o posterunkach i ochronie. Posiedzieliście w śniegu jak pomiotła, namnożyliście pcheł i wszy, a teraz pobudka! Teraz będziemy chodzić po języka! Będziemy
patrzeć w samą paszczę kostuchy. Na początek dla porządku kapitan
wyciśnie z was siódme poty. To nie będzie minus trzydzieści a plus
czterdzieści afrykańskiego upału. Poczujecie to, kochani, na własnej
skórze. Z rana pobudka, zaprawa do siódmych potów, nacieranie śnieżkiem,
potem wzmocnione śniadanie. Kasza z tłuszczem i mięsem. Potem bania i po
bani każdemu sto pięćdziesiąt. Starszyna osobiście przyniesie. Kapitan
kazał starszynie ugotować na obiad kapuśniak z wieprzowiną, ale tak,
żeby zupa była tłusta jak należy, ze skwarkami. Palce lizać! Starszyna,
choćby miał wyzionąć ducha, powymienia zegarki u intendentów na słoninę
i kiszoną kapustę. Na takie okazje zawsze ma ich zapas. Zapamiętajcie,
gołąbeczki! Teraz jesteście w zwiadzie, a nie w plutonie ochrony.
Pułkowy zwiad ma swoje zwyczaje i porządki. Mówią, że starszyna
przywlókł z tyłów nawet Jośkę-fryzjera. Siedzi u niego w namiocie i czeka swej godziny. Będzie strzyc, golić i każdemu trzy razy spryska
dziób wodą kolońską! Starszyna za wszystko zapłacił. Ma walutę -?zegarki
ręczne i inne bransolety, które zostały po zabitych chłopakach. Puszcza
je w ruch, kiedy trzeba czegoś dla wszystkich i kiedy jest stanowczy
rozkaz kapitana. Słyszałem, że postawi nam dwa namioty w wąwozie. I będziemy tam kopać ziemianki z pryczami. Za dwa tygodnie zaczniemy
szukać języka. Nie martwcie się, chłopaki! Przyzwyczailiście się do
brudnego świńskiego żywota! A teraz nadchodzi piękne życie. Będziecie
chodzić jak kawalerowie do wzięcia. Wasz kapitan ustawi wam wszystkie
szare komórki. Boście się całkiem zawszyli i zatłuścili. Aż żal
spojrzeć!
Starszyna zapewne sam rozpuścił słuchy, żeby żołnierze zawczasu
przestroili myślenie na pracę. W zwiadzie trzeba było od razu wszystko
zburzyć i pożegnać się z przeszłością. U nas nie można żyć dniem
wczorajszym. Bojowa rola zwiadowcy jest ciężka i niebezpieczna. Grę z Niemcami prowadzi się na granicy życia i śmierci i bez ryzyka i odrobiny
szczęścia zwiadowca nie pociągnie. Każdego z nas musi cechować niezłomna
wola, przytomność umysłu i umiejętność odpowiedniego nastrojenia się w najbardziej beznadziejnych sytuacjach.
Najmniejsza niewiara w sercu lub zwątpienie w swojego dowódcę może
doprowadzić do porażki i wtedy życie skończy się z powodu błahostki. Tu
w grę wchodzi i rozum, i spryt i pomysłowość, a wszystko to trzyma się
na woli człowieka i to też na słowo honoru. Bywały takie sprawy i przypadki, że nawet nie zauważało się własnego błędu.
* * *
Rankiem o wyznaczonej porze starszy sierżant
wydał komendę do pobudki i ogólnej zbiórki. Dla nowicjuszy było to
nowością i problemem. Oto są na froncie, a tu masz -?pobudka, zaprawa
fizyczna i zbiórka w szyku. Ale do szeregu biegli wszyscy: i starzy, i młodzi. Doświadczeni podoficerowie, nieraz wychodzący po jeńca, biegli
na przedzie. Młodzi od razu zrozumieli, że w zwiadzie coś się wydarzyło.
Starszyna, ściągnąwszy brwi, ryczał teraz jak byk. Kazał zrównać czubki
butów i donośnym basem podał komendę "baczność!". Podszedł do porucznika
Riazancewa i salutując, zameldował. Riazancew wystąpił do przodu i podał
komendę "spocznij!". Wszystkim stojącym w szyku kazał zdjąć szynele,
pikówki i bluzy i rozebrać się do pasa. Zwiadowcom oczy wyszły z orbit.
Starszy sierżant wysunął dolną szczękę, wybałuszył oczy i w mgnieniu
okaz stał bez koszuli. Jego włochata pierś unosiła się miarowo. Pośród
młodych i cherlawych chłopaczków, stojących w szeregu, pojawiło się
zwątpienie. Jednakże widząc, że starszyna ryje ziemię buciorem niczym
kopytem i że plutonowi i dziadkowie bez zbędnych rozmyślań rozebrali się
do pasa, także zaczęli zrzucać na śnieg, pod nogi, swoje szynele i bieliznę. Starszy sierżant wypiął pierś i głęboko dysząc, zaczął
puszczać nozdrzami obłoki białej pary. Dziadkowie wiedzieli, czego chce
ich kapitan. Rozumieli, że trzeba się otrząsnąć gwałtownie i za jednym
zamachem.
-?Oj, oj! Oj, oj, oj! -?w szyku dały się słyszeć okrzyki nowicjuszy.
Starszyna niczym byk-przewodnik zaryczał na całą okolicę:
-?Zwiad, za mną! Nikt nie zostaje z tyłu!
I rozbryzgując śnieg ogromnymi buciorami, nabierając szybkości, rzucił
się przed siebie.
Pluton zerwał się z miejsca i przy ogólnych gwizdach, krzykach i pohukiwaniach pognał za starszyną. Łącznościowcy, którzy ciągnęli
przewód, zatrzymali się z rozdziawionymi ustami. Teraz po pułkowych
łączach pobiegnie anegdota, jak to któregoś ranka przy
dwudziestostopniowym mrozie zwiadowcy pułku robili na golasa zaprawę.
Z powrotem starszyna przybiegł do sosnowego lasku jako pierwszy. Nikt
nie śmiał go wyprzedzić po drodze. Któryś z nowych próbował, ale
odciągnęli go w biegu. To starszyna powinien być pierwszy. To rodzony
ojciec. Starszy sierżant przybiegł, potupał w miejscu, pochylił się,
pochrząkując, zaczerpnął dłońmi puszystego śniegu i zaczął nacierać
sobie pierś. Natarł śniegiem szyję i ręce, a Waliejew podał mu ręcznik.
Waliejew trzymał na ręku stosik czystych onuc i zerkał na starszynę z wesołym uśmieszkiem. Żołnierze również podbiegali i nacierali się białym
puchem, ciskając w siebie śnieżkami. Potem podbiegali do Waliejewa i chwytali w locie czyste onuce.
-?Od razu widać, że sprawy ruszyły z miejsca -?powiedziałem, podchodząc
do starszyny i Riazancewa. -?Teraz musicie tylko podtrzymywać porządek i dziarskie nastroje wśród ludzi.
Riazancew uśmiechnął się, a starszyna popatrzył na mnie, jakby w milczeniu pytając, czy może by tak nalać wszystkim po sto gram?
Kiwnąłem głową na znak zgody.
-?Bracia chrześcijanie! Błogosławieni Pańscy! Sokoliki prawosławne!
Podchodzić po kolei! Chrzest Rusi! Będziemy przyjmować komunię świętą!
Kapitan dał zgodę na sto pięćdziesiąt gram!
W wąwozie zostały dwa obozy. Puste dziury i nory w ziemi pod urwiskiem,
a obok namioty i bania z okrąglaków, w której można palić i pomieszkiwać. Potem było śniadanie, łaźnia, wydanie bielizny i wymiana
umundurowania. Dla niektórych chłopaków starszyna zdobył nawet nowe
walonki.
Chłopaki, zmęczeni i zadowoleni, siedzieli na kłodach, rozmawiali
ściszonymi głosami i palili tytoń.
-?Towarzyszu kapitanie gwardii! Potrzebny wam ordynans! -?zaczął basem
rozmowę starszyna.
-?Pewnie masz takiego chłopaczka na widoku?
-?Oczywiście, że mam. Niewielkiego wzrostu, nietęgi z budowy, ale ma
siłę w rękach. Sprytny i rozgarnięty. Chłopaki nie zabierają go do grupy
przechwytującej. Mówią, że jest ciut za malutki. A szkoda go odsyłać z powrotem do piechoty. Zginie za tydzień. Wiem, że kazaliście kompletować
grupy bojowe. Na robocie nie był i tam go nie znają. Ale może zostać i nie na robocie. Sam bym go wziął, ale mam już woźnicę i Siemenow siedzi
u mnie po wyleczeniu. Sami wiecie, że trzech na jedną furę nie
przysługuje.
-?Dobra, przyprowadź go. Zerknę na twojego siostrzeńca.
-?Co wy, towarzyszu kapitanie gwardii? To dla mnie żadna rodzina! Po
prostu szkoda chłopaczka. On nawet w plutonie jest od niedawna.
Przyszedł z uzupełnieniem, kiedy was nie było.
-?Ale go swatasz, więc mówię, że siostrzeniec. Czyli jest z tych nowych?
-?No tak! Ale wyście go widzieli.
-?Gdzie?
-?Dyżurowaliście z nim na punkcie obserwacyjnym. Co prawda, on nie
kojarzy, że jesteście właśnie tym kapitanem.
-?Cały starszyna! Wszytko wie!
-?Takie stanowisko, towarzyszu kapitanie gwardii.
-?Dobra, dawaj tu swojego podopiecznego.
Siedzieliśmy w namiocie ustawionym przy samym urwisku. Riazancew był
zadowolony. Wyjaśnił mi, że w przypadku ostrzału odłamki polecą dalej i w razie czego można się skryć pod zamarzniętym gruntem. Ogłosił wręcz
zwiadowcom, że w przypadku silnego ostrzału wszyscy mają się chować, jak
to określił, pod ziemią.
-?Dobrze żeś to wymyślił! -?powiedziałem i poklepałem go po ramieniu. -
Wszystko, jak trzeba, Fiedia! Ludzi trzeba chronić!
Ktoś przecisnął się przez zasłonę w wejściu do namiotu i ukazał się
starszyna. Za nim pojawił się mój nocny znajomy.
-?Zachodź! -?powiedziałem, gdy dostrzegł mnie od progu.
-?No, coś się zaciął? -?zamuczał starszyna. -?Towarzysz kapitan gwardii
niczym rodzony ojciec chce cię ustrzec przed śmiercią. Jeśli pójdziesz
do piechoty, to pożyjesz jakiś tydzień. Kapitan zgadza się wziąć cię na
ordynansa. No, czego nic nie gadasz? -?zatrąbił.
-?Jak się nazywasz? -?zapytałem.
-?Siergiej.
-?Nazwisko?
-?Kudriumow.
-?Cóż, Siergiej. Siadaj, zapal sobie i czuj się, jak w domu.
Zerknąłem na Riazancewa, który polegiwał na boku, mrugnąłem do niego i dodałem:
-?Jesteśmy starzy znajomi. Sam mi powiedział na punkcie obserwacyjnym,
że może się jeszcze spotkamy. No i spotkaliśmy się. Okazuje się, że nie
jestem sztabowcem, a właśnie takim zwiadowcą, o którym mi wtedy
opowiadałeś. Starszyna klaruje, żebym cię wziął na ordynansa. Nie mogę
cię posłać do ekipy Sieńki. Chłopaki sami kompletują grupy. Takie są u nas porządki. Ja zaś potrzebuję ordynansa. Jeśli się zgadzasz -?zostawię
cię przy mnie.
-?No, czego nic nie mówisz? -?popchnął go pięścią starszyna.
-?Ja też nie mam nic przeciwko temu. Chyba się dogadaliśmy.
-?Starszyna oświeci cię w kwestii obowiązków. Zna się na wszelkich
szczegółach tej roboty. A całą resztę będziesz łapać w locie. Jutro
przejmiesz nowe obowiązki. Sierżant doprowadzi do porządku twój wygląd.
Od tej chwili Siergiej Kudriumow stał się moim stałym towarzyszem.
Ordynans w zwiadzie to nie foryś u dowódcy pułku. Ordynans to taki sam
zwiadowca -?zdecydowany i bystry, prawa ręka oficera, istotna osoba w plutonie. Tyle, że w stopniu szeregowca. Nie musi czyścić butów swojego
przełożonego, w zwiadzie się tego nie praktykuje. Chodziliśmy w niewyczyszczonych butach. Ja nie zajmuję się jego wychowaniem, ale
starszyna czasem robi mu wymówki. Jest niczym kościelny -?skarci,
pogładzi po włosach chropowatą dłonią. Siostrzeniec przyszedł! Ojciec
chrzestny rozgrzewa dzisiaj banię. Kazał po ciebie przyjść! Dzisiaj
oficerowie i nasza kompania będą zażywać kąpieli w gorącej parze.
I tak mija jeszcze jeden dzień zimy.
Rozdział 40 -?Szykujemy nocny wypad (styczeń 1944 roku)
Rozdział 40
-?Szykujemy nocny wypad
(styczeń 1944 roku)
Następnego dnia, 3 stycznia 1944 roku, wraz z Riazancewem ruszyliśmy na pierwszą linię. Przeszedłszy obok pułkowego
punktu obserwacyjnego, w którym spędziłem pierwszą noc, skręciliśmy w prawo i poszliśmy wąską ścieżką ku niezbyt szerokiemu pasowi lasu,
leżącemu na skraju wąwozu. Tam, w odległości kilkudziesięciu metrów,
przebiegała wysunięta linia obrony kompanii strzeleckiej.
Nie zdążyliśmy zrobić nawet dziesięciu kroków, kiedy z narastającym
świstem po ścieżce łupnęły niemieckie pociski. Położyć się w śniegu i czekać, aż skończy się ostrzał, nie było sensu. W ten sposób w odsłoniętym miejscu można przeleżeć cały dzień i doczekać się pocisku. A gdzie się podziać? Skręcić w bok i gnać po głębokim śniegu? Daleko nie
odbiegniesz.
Nigdy nie wiesz z wyprzedzeniem, gdzie trafi pocisk. Trafienie może
nastąpić w dowolnym miejscu. Jedyny ratunek to przyśpieszyć kroku, nie
schodzić ze ścieżki i skokiem dotrzeć do kompanijnej transzei. Potoczysz
okiem w prawo i w lewo, ocenisz, gdzie rozkładają się eksplozje i decyzja podjęta.
Chwytając ustami powietrze, dobiegliśmy na pozycje kompanii i stoczyliśmy się na dno okopu. Sądziliśmy, że w ukryciu, na dnie
transzei, będzie ciszej. A tam jeszcze gorzej. Niemiec bil wzdłuż
okopów. Wszędzie fruwały grudy zamarzniętej ziemi. Śnieg i odłamki
bryzgały na wszystkie strony. W transzei nie było strzelców. Żołnierze
to zmyślny narodek -?wyryli sobie jamy w przedniej ścianie okopu i każdy
właził do swojej dziury. Można to nazwać jak się chce -?ot, nora pod
przedpiersiem, którą każdy wykopał dla siebie. Gdzie nie poleziesz,
wszystkie nory zajęte. Z dziur sterczą tylko plecy i nogi. Transzeja
zrobiła się szeroka. Można minąć się we dwóch, nie przyciskając się do
ścian. W wielu miejscach ściany okopu się osunęły. Gdzie się podziać,
kiedy Niemiec bez przerwy tłucze? Eksplozje następują to z przodu, to z tyłu. Wzdłuż okopu leci zamarznięta ziemia. Niektóre pociski przenoszą,
niektóre to niedoloty, ale co dziesiąty trafia w transzeję. Oto jeden
wyrzuca ziemię w górę. I teraz spróbuj zgadnąć, gdzie trafi następny.
-?Aleś mnie zaprowadził, Fiedia! Może w innym miejscu będzie ciszej?
-?Tu wszędzie jest tak samo.
-?No to dawaj wzdłuż okopu gdzieś na skraj.
-?Chodźmy na lewy koniec, tam okop dociąga bliżej do urwiska.
Biegniemy w lewo do samego końca transzei. Faktycznie tutaj jest ciszej.
Dalej za drzewami jest prześwit, a za nim na skraju lasu siedzą Niemcy.
-?Co oni tam mają? Transzeję, stanowiska strzeleckie czy schrony z ziemi
i belek?
-?Nie mam pojęcia. Ciągle tłuką z broni maszynowej.
-?Pewnie się czegoś boją.
-?A czego się mają bać? W kompaniach mamy po piętnastu ludzi.
-?Wiesz, jak to jest! Oni mogę tego nie wiedzieć i myślą sobie, że jest
inaczej. Może sądzą, że szykujemy nieoczekiwany atak.
Siedzimy w samym końcu transzei. Niemcy i tutaj puszczają z rzadka
jeden, dwa pociski. Przy każdym bliskim wybuchu zasłaniam łokciem twarz
i oczy.
Potem, kiedy Niemcy przenoszą ogień gdzieś w bok, kładę się torsem na
przedpiersiu, unioszę lornetkę i lustruję niemieckie pozycje. Przed
przedpiersiem transzei rozciąga się niezbyt szeroki pas zaśnieżonego
pola. Wczołgujemy się na nie. Musimy spojrzeć z góry z urwiska i zobaczyć, jak wygląda zbocze. Czy da się tutaj zejść nocą na odsłonięte
pole, leżące w dole? To tam są rozlokowane niemieckie schrony i stanowiska strzeleckie pierwszej linii. Zaśnieżone pole to obniżenie
terenu, gdzie spod ziemi sączy się woda. Niemieckie ziemianki są
wykopane tylko do połowy. Ich ściany i stropy sterczą metr ponad
powierzchnią ziemi. Białe pole ciągnie się dalej i pod koniec wznosi się
nieco w górę. Na tle ciemnej linii lasu widać zniszczoną stodołę i dwa-trzy opalone kominy -?to wieś Bondary. Po lewej stronie wsi
przebiega główna droga, ukryta pod śniegiem. Nie widać jej z urwiska,
ale jest na mapie. Wyciągnąwszy szyję, raz jeszcze spoglądam w dół pod
uskok. Tu i ówdzie spod śniegu sterczą powyginane korzenie drzew.
W tym momencie w skraj urwiska uderzają niemieckie pociski. Wybuchy
rozkładają się blisko nas. Wtykamy głowy w śnieg. Przy każdym kolejnym
wybuchu trzęsiemy się i przywieramy do ziemi.
Gdy tak trafiasz pod ogień, to za każdym razem mówisz sobie:
-?No i koniec! Jeszcze jeden pocisk i zostanie z ciebie mokra plama!
Teraz to już kryska!
Lecz wycie nadlatujących pocisków nieoczekiwanie cichnie, ciało się
odpręża i jakby dało się już odetchnąć.
-?Chyba żyję? -?pytam sam siebie.
Dochodzę do wniosku, że tym razem przeniosło i próbuję wykombinować, co
robić dalej.
-?Wystarczy tego leżenia! Chodźmy, kapitanie! -?pogania mnie Riazancew.
-?Nie zdążymy! Znowu nas nakryje!
-?Co nie zdążymy? Wpaść pod ogień? Mogą nas nakryć i tu, i w okopie, i po drodze do wąwozu. Dopóki jest przerwa w ostrzale, zdążymy
przeskoczyć! -?nalega.
Poleżeliśmy jeszcze przez jakiś czas, a potem wstaliśmy i nieśpiesznie
poszliśmy z powrotem
Pierwsze wyjście na przedni skraj odbyliśmy we trzech. Był z nami
ordynans Siergiej Kudriumow. Oddałem mu lornetkę. Riazancew pomógł mu
rozwiązać worek na plecach, wsunął ją do środka i zaciągnął sznurek. Ja
i Riazancew mamy na sobie półkożuszki. Na wierzch założyliśmy
maskchałaty. Siergiej pod maskchałatem ma żołnierski szynel i waciak.
Maskchałat wygląda jak biała kretonowa rubacha ze sznurkiem w dolnej
części i takie same białe szarawary do pięt, też ze sznurkiem. Siergiej
ma na ramieniu automat okręcony czystymi bandażami, a worek-plecak
założył pod maskchałat. Wygląda, jakby miał garb. Ja i Riazancew nie
braliśmy ze sobą automatów. Pod maskchałatami mamy przy pasie pistolety.
Kiedy wpadasz pod silny ostrzał, pojedyncze pociski wzdłuż ścieżki nie
są straszne. Działają na nerwy, ale nie podskakujesz nawet przy bliskim
i głośnym wybuchu. Niemniej nie było bożego dnia, żeby na ścieżce nie
zabiło albo nie raniło któregoś z żołnierzy, kręcących się tam i z powrotem.
Idziemy po ścieżce, podwiązawszy klapy uszanek do góry. Przez cały czas
należy się wsłuchiwać oraz śledzić szum pocisków i wybuchy, aby nie
wpaść pod ciągły ostrzał. Pojedyncze eksplozje zwykle podrywają się
daleko od siebie. Po odgłosie lecących pocisków z marszu określa się,
jaki to kaliber. Biją działa dalekosiężne lub czasem baterie stojące
blisko pierwszej linii. Te o dalekim zasięgu rozrzucają pociski szerzej
na boki.
Wracamy do siebie do wąwozu. Stoi tu nasz namiot. Tutaj też czasami
rozrywają się pociski, ale trafienia rozkładają się chaotycznie. Werżnie
się taki w skraj wąwozu, namiot podskoczy od uderzenia, zerwie się pod
naporem fali uderzeniowej, świsną odłamki, a nam nic się nie stanie.
Podczas ostrzału leżymy głębiej, na boku. Podłogę namiotu opuściliśmy na
metr w ziemię. Jeśli pocisk rozerwie się obok, odłamki porwą namiot i polecą górą nad nami, nie drasnąwszy nikogo. Sprawdzono to już
wielokrotnie. Nie mamy stropu nad głową. Lecz pocisk może spaść w zagłębienie, w którym leżymy na podściółce z choiny i wtedy rozerwie nas
na kawałki. Namiot stoi w wąwozie trzeci dzień. Niemiec tłucze
codziennie, ale namiot nie ma ani jednej dziury.
-?No i co powiesz, Fiedia? Gdzie będziemy brać języka?
-?Obrona pułku wisi nad urwiskiem. Innego miejsca na akcję nie ma.
W tym czasie ze sztabu pułku przybiega goniec. Wzywają mnie tam w pilnej
sprawie.
Szef sztabu, widząc mnie, powiedział bez przywitania:
-?Dowódcę pułku ciekawi, kiedy wraz ze zwiadowcami pójdziesz do kompanii
na pierwszą linię?
-?Kiedy?
-?Dokładnie tak. Kiedy?
-?Właśnie stamtąd wracam! A czego on tak naprawdę ode mnie oczekuje? Po
co mam tam łazić razem ze zwiadowcami? Co oni mają do roboty w kompanii
strzeleckiej?
-?Jak to, co?
-?No tak, dokładnie co? Siedzieć pod ogniem i pilnować żołnierzy? Razem
z Riazancewem byłem dzisiaj w okopie. Bije, że łba nie podniesiesz.
Nijak nie pojmuję, czego ode mnie chce dowódca pułku?
-?Powiedział, że oficerowie ze sztabu powinni bywać w kompaniach
strzeleckich.
-?I co miałbym tam robić? Dyżurować?
-?Nie dyżurować, a bywać codziennie.
-?Z oficerów sztabu w kompaniach bywam tylko ja. Jeśli chce, żebym tam
siedział, napiszcie rozkaz. Tyle, że w tym czasie nie będę się zajmować
sprawami rozpoznania. Taki punkt powinien być odzwierciedlony w pułkowym
rozkazie.
-?Dobra! Idź do siebie, a ja sam porozmawiam z dowódcą pułku.
Patrzę na mapę i wspominam swój pierwszy wypad. Na przednim skraju przed
naszą transzeją rozciąga się niezbyt szeroki pas starych drzew
iglastych. Ludzie oszczędzili przed wyrębem zielony zagon starych drzew
i zostawili go na samym skraju urwiska. W dole za uskokiem leży
zaśnieżone pole, na którym znajdują się niemieckie ziemianki, gniazda
broni maszynowej i schrony z belek. Pas drzew zasłania nam widok na
pozycje przeciwnika. Rosną tam wysokie i potężne świerki. Swymi
korzeniami powstrzymują skraj urwiska przed osunięciem. Gdyby wyrąbać
drzewa, to korzenie zgniłyby, a stromy uskok ześlizgnąłby się na zaorane
pole. Pod urwiskiem przepływa rzeczka. Zimą jej nie widać, bowiem jest
zasypana śniegiem. Zapewne leży tam łęgowa łąka.
Generalnie na Białorusi nie ma wielu rozległych pół i uprawnych ziem.
Teren jest wszędzie silnie pofałdowany. Tu samotny zagajnik, tam krzewy
i wzgórze, dalej wąwóz, znowu pagórek, strumyk i bagno. Nasi wypchną
Niemca z jednego wzniesienia, to przejdzie przez moczary i umocni się na
kolejnym wzgórzu. I tak wojujemy z pagórka na pagórek. Niemcy są zawsze
na wzgórkach, a my po raz kolejny sterczymy w dole.
Nasi żołnierze zdążyli powalić część drzew na skraju urwiska. Niektóre
drzewa ucierpiały od pocisków burzących i również się powaliły. Jednakże
nasi nie zdążyli obrąbać gałęzi. Gdy tylko drzewa zaczęły się
przewracać, Niemcy otworzyli wściekły ogień. Wykopy pod ziemianki
zostały wyryte, ale nie zbudowano stropów. Tak więc żołnierze wygrzebali
sobie nory i jamy. Trudno jest wykopać transzeję wśród korzeni i zawałów. Siedzenie podczas ostrzału w odkrytych okopach w sąsiedztwie
pni drzew też jest niebezpieczne. Jeśli pocisk uderzy w gałęzie lub pień
drzewa, wszystkie odłamki pofruną wachlarzem w dół. To dlatego nasz
czołowy okop został wyryty w odsłoniętym miejscu i ciągnie się w pewnej
odległości od linii drzew. Podczas podejścia do rubieży Słowianie nie
zdążyli zakopać się w ziemi, gdy Niemic zwalił na nich całą potęgę swych
baterii. Bił, nie żałując amunicji i nie licząc się z pociskami.
Krawędzie pionowych ścianek transzei szybko się osunęły. Okop
przypominał teraz szeroki rów.
Każda kompania w sile dwudziestu ludzi miała przygotowane ziemianki. Czy
to z lenistwa, czy też z powodu ostrzału i braku lasu, zadaszenia
zbudowano z żerdzi. Przy bezpośrednim trafieniu nie uchroniłyby nikogo.
Cała filozofia bazowała na nadziei, że rosyjski żołnierz wykaże się
zmyślnością. Żołnierze szybko wykombinowali, jak i gdzie należy się kryć
podczas ostrzału i wygrzebali sobie nory pod zamarzniętą powierzchnią
ziemi. Metr skostniałego gruntu, dzwoniącego nad głową niczym cement,
wytrzymywał trafienie dowolnej siły. Wchodziło się do takiej transzei, a w ziemi w przedniej ścianie ciemniały rozmaite przejścia i nory,
przypominające gniazda jaskółek w skarpie nad rzeką. Bywały przypadki,
że ktoś zatrzymywał się w transzei, patrzył przed siebie, do tyłu, i odnosił wrażenie, że w okopie nikogo nie ma. Rozstawiał nogi, rozpinał
rozporek, a spod ziemi od razu sypały się przekleństwa.
-?A ty co? Całkiem zgłupiałeś? Gdzie lejesz, łachudro? Nie widzisz, że
człowiekowi bryzgi na twarz lecą?
I w dziurze szczękał zamek, a sprawca odskakiwał w bok.
Gdy Niemiec szczególnie zaciekle zabierze się do obróbki naszej
pierwszej linii, dyżurny telefonista ma nadzieję, że jak Bóg da, to
przeniesie. Podczas ostrzału telefonista oraz młody dowódca kompanii
strzeleckiej przebywali w ziemiance o skromnym zadaszeniu z jednej
warstwy żerdzi i ziemi. Powalone drzewa można było oczyścić z gałęzi,
rozpiłować na kloce i przykryć nimi ziemianki. Jednak nikt nie chce
łazić w zawały, bo każdy ma wyrytą dziurę. Ciągnąć na saniach z tyłów
surowe kłody też nikt nie chce. Tak więc telefonista i porucznik dalej
siedzieli w ziemiance pod warstwą cieniutkich patyków.
Na pierwszej linii pociski latały z różnych powodów, o różnych porach i miały zróżnicowany kaliber. Widocznie Niemcom puszczały nerwy i bali
się, że lada moment przejdziemy do natarcia. Z przestrachu otwierali
wściekły ogień po naszych pozycjach i z niemieckich tyłów zaczynała
strzelać artyleria dalekiego zasięgu. Przeciwnik bił zajadle po kilka
godzin z rzędu. Strasznie się czegoś obawiali. A nasi? Co tam mówić o działach, gdy nasi z karabinów nigdy nie strzelali. Niemcy kończyli
ostrzał i wokoło zapadała martwa cisza. Jakby wszystkich zabiło. A chodźcie no tu do nas! Niemcy wiedzieli, że będziemy siedzieć i milczeć.
I właśnie tego milczenia się bali.
Pamiętam jesień czterdziestego pierwszego. Niemcy byli wtedy zupełnie
inni. Zachowywali się poważnie, można powiedzieć, że z godnością. Nie
to, co ci wszarze. I ze strachu nie uprawiali na próżno żadnej takiej
palby ani pukaniny. W sobotę w porze obiadowej całkiem przestawali
wojować. Grali w piłkę i puszczali na pełen regulator tanga i fokstroty,
żeby i u nas było słychać. W niedzielę przez cały dzień odpoczywali,
myli się, golili, czesali i pisali listy nach Hause. A w poniedziałek
rano, podłubawszy w zębach po sytnym jedzeniu, puszczali na nas
lotnictwo i bili po naszych pozycjach z artylerii. Niemiecka piechota
czekała na swą godzinę, aż w naszej obronie zostanie wybita wyrwa. I wtedy ich infanteria właziła na samochody i podążała drogą za czołgami.
A dzisiaj co się wyrabia? Kogo przypominają mężni żołnierze führera w czterdziestym czwartym? Żadnego tanga ani przyjemnej lekkiej muzyczki.
Ani sobót, ani niedziel, tylko bezustanna strzelanina od świtu do nocy.
Jedno wielkie dudnienie i drżenie o własną skórę. Najmniejszy ruch u nas
i z ich strony na wszelki wypadek natychmiast leci kilka salw.
Trzy dni zeszły na doprowadzeniu gospodarstwa do porządku i na
przywróceniu zwiadowcom wojskowego wyglądu. W tym momencie raz jeszcze
musieliśmy podkraść się do urwiska i zajrzeć za jego skraj. Musieliśmy
wiedzieć, co dzieje się na dole. Zapewne przyjdzie nam zejść ze skarpy i dokonać rekonesansu w celu wzięcia jeńca.
* * *
Punkt obserwacyjny dowódcy pułku, gdzie
dyżurowałem pierwszej nocy, leżał w pół drogi do pierwszej linii.
Niemców stamtąd nie było widać. Można było tylko z niego przekazać, o ile nie była zerwana łączność, że Niemcy krzakami obchodzą nas z boku i że nasza piechota lada moment da drapaka z wysuniętej transzei. Na
froncie nierzadko zdarzały się takie przypadku. Jednak nam do
prowadzenia rozpoznania potrzebny był dobry widok. Zwiadowcy się nie
boją, że Niemcy zajdą ich krzakami od tyłu. Indywidualne wyszkolenie
zwiadowcy było lepsze niż każdego piechocińca, nie mówiąc o Niemcach.
Jeśli Niemcy zajdą nas od tyłu po gołym polu, to żywi się stamtąd nie
wydostaną. Nie dadzą rady szybko się okopać w zamarzniętej ziemi. Poleżą
na śniegu, postrzelają, odmrożą kolana, ręce i uszy i zabiorą się z powrotem do siebie. Nasi siedzą w okopach w ziemi, a Niemcy będą leżeć
na wierzchu na śniegu. Na tym polega nasza przewaga. Żołnierza nie da
się szybko wykurzyć z wąskiej szczeliny. A okopów, nawet przy użyciu
materiału wybuchowego, nie da się wyryć w jedną dobę. Nawet materiał
wybuchowy nie weźmie od razu metra zamarzniętej ziemi. Tak więc Niemcy
mogą tylko fruwać po powierzchni. I co najwyżej poleżeć w śniegu ze dwie
godziny.
Mnie i Riazancewa czeka dzisiaj kolejne wyjście na pierwszą linię.
Musimy wybrać odpowiednie miejsce do obserwacji, skąd można wszystko
widzieć. Wodzenie palcem po mapie to jedno, zaś praktyczna ocena terenu
własnym okiem to co innego.
-?No to co, Siergiej? Zbieraj się! Musimy wędrować na przedni skraj!
-?Ja już dawno jestem gotowy, towarzyszu kapitanie gwardii. Starszyna
mnie z góry poinstruował i zaopatrzył we wszystko, co niezbędne. Czekam
tylko na wasze polecenie. Granaty są, dyski załadowane nabojami, po
cztery pakiety opatrunkowe na głowę, trochę spirytusu do dezynfekcji i przypalania ran, chleb, słonina, machorka na trzy dni.
-?Widzę, Siergiej, że paradujesz w nowych walonkach. Starszyna cię tak
odział?
-?Starszyna wydał nowe!
Przed wyjściem przysiedliśmy i zapaliliśmy. Za każdym razem przed
wymarszem do strefy ostrzału wszyscy na swój sposób trawimy w milczeniu
własne nadzieje i wątpliwości.
-?No dobra, chodźmy! -?mówię i wyłazimy z namiotu, kierując się w dół
wąwozu.
Bez pośpiechu wspinamy się na górę, skręcamy na ścieżkę i idziemy po
odkrytym polu. Tu na górze zimny przeciwny wiatr uderza w twarze drobnym
śniegiem. Po twardej ścieżce gna sypiący się pył, a pod nogami skrzypi
nalot kłującej bieli. Po wyjściu z mroku namiotu niebo i śnieg oślepiają
i rażą nieprzyzwyczajone oczy. Mamy na sobie białe maskchałaty, od
których, niczym od śniegu, bije oślepiająca biel. Naciągamy na głowy
białe kaptury i z wolna maszerujemy po wąskiej ścieżce. Zrównując się z pułkowym punktem obserwacyjnym, zwalniam kroku i wskazuję rękawicą w stronę zasypanej kibitki. Odwracam się i zerkam na Siergieja. Uśmiecha
się i kiwa głową, że niby pamięta, jak wszystkim mydlił oczy w kwestii
pułkowego zwiadu.
Wąska i wydeptana żołnierskimi nogami ścieżka przecina zaśnieżone pole.
Gdzieś z przodu zakręci przy samotnym krzewie i omijając pagórek,
zanurkuje do transzei. Jeśli na owe pole spojrzy się ze wzgórka, to
będzie widać, skąd i dokąd prowadzą żołnierskie ścieżyny. Tu na śniegu
wszystko jest wypisane jak na dłoni. Przecinamy odsłonięte pole i przyśpieszamy kroku. Do transzei jest jeszcze daleko, a w powietrzu już
słychać szum pocisków. Po jakimś czasie dolatuje do nas przygłuszony
grzmot wystrzałów armatnich. Po sekundzie już kombinujesz, gdzie polecą
pociski i gdzie się można ukryć lub zalegnąć. Te sekundy przed
eksplozjami zostały przećwiczone przez lata. W gardle piguła, na plecach
ciarki, słychać bicie własnego serca. Biegniemy dalej truchtem, a dziesięć metrów od nas już podrywa się ziemia, unosi się śnieżny pył i słychać dźwięk przelatujących odłamków. Patrzysz na rozbryzgi śniegu i ziemi i mimowolnie zwalniasz kroku w oczekiwaniu, że kolejny pocisk
rozerwie ci się pod nogami albo gdzieś blisko z boku.
Lecz oto na moment wybuchy przy ścieżce ustają, a my zrywamy się od razu
z miejsca i biegiem rzucamy się do przodu. W takiej chwili nie zauważasz
już niczego wokół siebie. Postawią ci na drodze wagon drutu kolczastego
i wpadniesz w niego z rozbiegu. Wielokrotnie łapałem się na takiej
myśli. Trzeba czym prędzej dobiec do żołnierskiego okopu. Gdzie tam te
wszystkie zimowe widoki! Gdy przed oczami dookoła fruwa zmarznięta
ziemia i rozrywają się pociski, trzeba tylko nadążyć przebierać nogami.
Gdyby zapytać kogokolwiek, kto pod ostrzałem biegł na pierwszą linię,
czy widział zakręt ścieżki za krzakiem, będzie szczerze zdziwiony tym
pytaniem. Pierwszą myślą człowieka jest, aby jak najszybciej dopaść
kryjówki. Transzeja to nie gołe pole! Zeskoczysz do niej i można złapać
oddech.
Masz nadzieję, że w okopie będziesz w bezpiecznym miejscu. Ale to nie
tak. Tu też grzmią i rwą się pociski i granaty moździerzowe. Napięcie i poczucie zagrożenia nie mija. Pociski rozrywają się pośrodku okopu.
Pierwszy podrywa się wybuchem, a za nim już dolatuje kolejny. A za nim
następne dziesięć. Tylko tak się wydaje, że w transzei rozrywa się ich
mniej. I nie ma się gdzie podziać. Tutaj też nie uchronisz się przed
bezpośrednim trafieniem.
Gdzieniegdzie niemalże biegiem, gdzie indziej przyśpieszonym krokiem,
przechodzimy transzeję do samego końca. Tutaj pociski spadają rzadziej.
Za zakrętem okopu siedzi kilku żołnierzy. Kopcą machorką i spozierają w naszą stronę.
-?Czołem bracia Słowianie! Jak się wam tu żyje? -?wita się Siergiej,
umyślnie zniekształcając słowo "żyje".
-?Czołem, czołem! A wy coście za jedni?
-?My stamtąd! Hände hoch, rozumiesz? Fersztejen? -?i Siergiej wskazał
w stronę Niemców.
Nikt tu nie podaje żadnych haseł i odzewów.
-?Dobra, dobra, nie wygłupiaj się! Od razu widać, że swoi!
Przysiadamy w okopie, a ja pytam żołnierzy:
-?Niemcy tu strzelają?
-?A gdzie tam! Da się tu żyć! Niby drugi tydzień tu siedzimy. Na razie
nikogo nie trafiło! Jak nas tu przysłali we czterech, tak siedzimy.
Dzięki Bogu nikogo nie raniło ani nie zabiło!
Pół dnia spędziliśmy na prawym skrzydle pułku, zrobiliśmy przerwę na
papierosa przy kompanijnej ziemiance, porozmawialiśmy z dowódcą kompanii
i poszliśmy okopem w lewo. O ile na prawej flance żołnierze siedzieli na
końcu transzei całkiem swobodnie, to tutaj na lewym skrzydle niemieckie
stanowiska były dużo bliżej. Żołnierze przechodzili tu z miejsca na
miejsce pochyleni i posępni, często się oglądając za siebie i nurkując
pod zamarznięty grunt.
-?Czegoście się tak skulili, boicie się czegoś? -?zapytałem jednego z nich.
-?Teraz tu jesteście, a zaraz was nie będzie. Dla was to nic, przyszli i poszli. A my musimy siedzieć i znosić ostrzały. Tylko ruch zauważy
Niemiec, to od razu otwiera ogień. Garba nie daje wyprostować. Ruszysz
się trochę i z dziesięć pocisków puszcza.
-?A co? Z karabinów też strzelają?
-?Strzelają z broni maszynowej, a z karabinów nie biją. Sto
sążni1 stąd mają ziemiankę w dole. Czasami się koło niej
pokazują. Nocami strzelają z automatów. Przed świtem pójdą i cały dzień
jest cicho. A potem znowu strzelanina z automatów. Znaczy się, że
przyszli.
-?A gdzie się znajduje ta ziemianka?
-?Tam, na skraju tych krzaków. Przejdziecie rów i od razu będzie widać.
Wyciągam z kieszeni pudełko zapałek, wyjmuję dwie i mówię do żołnierza:
-?Masz i wetknij je w śnieg łebkami do góry. Główkami naprowadź na
ziemiankę! Tylko sam się nie wychylaj!
Żołnierz ustawia zapałki, bierze namiar jednym okiem, odsuwa się na bok
i mówi:
-?No, patrzcie!
Patrzę wzdłuż zapałek i mówię:
-?Siergiej! Szoruj do kompanijnej ziemianki! Połącz się z Sieńką. Niech
przychodzi tu ze swoją grupą. Powiedz mu, że po zapadnięciu zmroku grupa
wyjdzie za przedni skraj. Trzeba zająć pustą niemiecką ziemiankę. Niech
przygotuje broń i chłopaków. My zaczekamy na nich tutaj. Ruszaj biegiem!
Przekażesz przez telefon i od razu zasuwaj tu z powrotem.
Siergiej biegnie. Riazancew wygląda za przedpiersie. Ja przysiadłem w okopie w kucki i kontynuuję rozmowę z żołnierzem.
-?Mówią, że Niemcy was obeszli krzakami?
-?Zachodzili jeden raz -?żołnierz uniósł się i wskazał rękawica w stronę
krzewów. -?O, doszli do tego zaśnieżonego pagórka. Postrzelali w nas od
tyłu, a nasi zaczęli się miotać po okopie, bo myśleli, że Niemiec
wszystkich okrążył.
-?A wy co? Też daliście drapaka?
-?Tak wyszło. Nie od razu zrozumieliśmy, że są na naszych tyłach.
-?No, a potem?
-?Potem sami wróciliśmy.
-?A Niemcy co?
-?Niemiec postrzelał, postrzelał i ucichł. W kompanii była panika. Ktoś
krzyknął, że idą czołgi. No i stchórzyliśmy.
-?I co? Teraz zawsze tak będzie? Niemcy na górkę, a zołnierze biegiem z transzei?
-?To z nerwów tak było. A teraz to nie wiem, jak wszyscy będą siedzieć.
-?A jeśli pójdą czołgi?
-?A kto będzie stał przeciwko czołgom z karabinami?
-?Czyli co? Znowu drapaka?
-?A jakże! O czym tu gadać? Spróbujcie ich powstrzymać! Niech artyleria
usadza czołgi. A artylerzyści chcą, żebyśmy karabinami je odpierali.
Po dwóch godzinach w transzei pojawił się sierżant Sieńko ze swoją grupą
zwiadowców. Pokazałem mu obiekt do zdobycia i postawiłem zadanie.
-?Fiedor Fiedoricz zostanie z wami i przeprowadzi operację zajęcia
niemieckiego schronu. Wszystko trzeba zrobić po cichu. Jak twierdzi
żołnierz, w środku nie ma teraz Niemców. Zajmiecie schron i zorganizujecie obronę. Za dnia nie pokazywać się z niemieckiej
ziemianki. Niech myślą, że jest pusta. Może nad ranem wrócą. I macie
jeńca. Mam nadzieję, że nie zawalicie. Nocą podeślę jeszcze pięciu czy
sześciu ludzi dla osłony, a po paru dniach wszyscy się tam przeniesiemy.
Ja i Siergiej wrócimy do wąwozu. Przed świtem trzeba się wyspać. Jeśli
będą komplikacje, zameldujcie mi telefonicznie.
Udałem, że sprawa z ziemianką, jako drobnostka, jest załatwiona, że
muszę się wyspać i że z zadaniem sprawią się beze mnie. Nocą Riazancew
zameldował, że niemiecką ziemiankę wzięto bez wystrzału.
-?To nie była ziemianka, a prawdziwy schron z okrąglaków z czterowarstwowym stropem. Schron z pryczami, ze słomą, z żelaznym
piecykiem i zapasem drew, z drewnianą podłogą, z grubymi drzwiami z desek na żelaznych zawiasach, ze stanowiskami strzeleckimi wokół niego i z miejscem na wychodek. Wszystko zrobione jak trzeba, zgodnie z zasadami
niemieckiej sztuki saperskiej. Wystawiłem ubezpieczenie, a pozostałym
kazałem kłaść się spać.
Rano Niemcy nie pojawili się w schronie. Będziemy czekać do następnego
ranka. Przed świtem wraz z Siergiejem przeprowadziliśmy się do
niemieckiej ziemianki. Minęła doba. Niemcy najwyraźniej wyczuli, że ktoś
siedzi w ich schronie. Nasi ludzie nie próbowali jeszcze chodzić za
dnia, ale doszedłem do wniosku, że zwiadowcy, jako narodek ruchliwy, nie
wytrzymają i nie doczekają ciemności. Machną ręką i pójdą przez gołe
pole. Przejdzie jeden, to przejdą kolejni. Gdy Niemcy zauważą, że łazimy
jawnie, do schronu będzie już prowadzić wydeptana ścieżka.
Ich okopy są obok w krzakach. Boją się strzelać z karabinów i z broni
maszynowej. To niebezpieczne dla nich samych. Żołnierze po obu stronach
nie są zbyt chętni do wszczynania strzelaniny, by w odpowiedzi nie
dostać ogniem z broni maszynowej. Rozsądny Niemiec rozumie, że jak już
Iwan siedzi i milczy, to lepiej go nie ruszać. Tak więc od pierwszego
dnia pomiędzy nami i niemiecką piechotą nastąpiło pełne zrozumienie. My
wiedzieliśmy, że Niemcy są obok w krzakach. Słyszeliśmy ich przytłumione
rozmowy. Mogliśmy strzelać na dźwięk. Rozkazałem jednak, by Niemców nie
straszyć. Oni doceniali nasze milczenie, stopniowo przyzwyczajali się do
naszego sąsiedztwa i siedzieli cicho. A nam tylko tego było trzeba. My
musieliśmy wszystko widzieć i słyszeć, w miarę możliwości wszystko
dostrzegać i rejestrować. Przecież tylko się przyczailiśmy, udając
prostaczków, a sami tylko czekaliśmy sposobności, by zrobić im świństwo
i pochwycić któregoś z nich. Potrzebny nam jeniec, zatem niech się
przyzwyczajają!
* * *
Mijał czas. W plutonie byli nowicjusze z uzupełnień i trzeba się nimi było zajmować, a my powinniśmy przejść od
ogólnej nauki na tyłach do działania za przednim skrajem naszej obrony.
Co tu dużo gadać -?prawie wszystkiego trzeba ich było nauczyć. Poza tym,
przed puszczeniem świeżych zwiadowców na nocny wypad, trzeba ich było
przygotować i opracować dokładny plan działania. Plan powinien być
przerobiony ze wszystkimi szczegółami gdzieś na tyłach na śniegu.
Człowiek powinien wiedzieć, jak będzie działać w realnych warunkach.
Każdy drobny szczegół, każdy moment, zwiadowca powinien zaplanować
minuta po minucie i realizować to dokładnie.
Nie można było dłużej czekać. Dowództwo naciskało. Trzeba było
przygotować nocny wypad. W mojej głowie zrodził się plan operacji.
Pomysł wypadu był następujący: starszyna załatwia dwie pary lejców,
grupa zwiadowców spuszcza się nocą w dół ze skarpy. Grupa przechodzi
następnie odsłonięte zaśnieżone pole, gdzie znajdują się pojedyncze
niemieckie dołki strzeleckie i schrony. Ciągłej transzei Niemcy tu nie
mają. Siedzą niewielkimi grupami w oddzielnych punktach oporu. Grupa
wypadowa skrycie pokonuje zaśnieżone pole i zagłębia się w las. Ze
skraju lasu można prowadzić obserwację. Potem tak samo cicho wracają i meldują o sytuacji. Jednakże owa marszruta jest dość niebezpieczna i niestety nie chroni przed ryzykiem. Jeśli Niemcy wykryją grupę w zagłębieniu terenu za urwiskiem, to ani jeden z chłopaków nie wróci.
Niemożliwe jest wspięcie się na skarpę pod ogniem przeciwnika. Grupa
powinna pokonać odkryte pole, gdzie nie ma ani krzaków, ani jarów, ani
osłoniętych parowów. Na gołym śniegu można zalegnąć i odpowiadać ogniem.
Ale długo się utrzymasz? Grupę pięciu-sześciu ludzi rozstrzelają w godzinę.
Sytuacja jest dość skomplikowana. A dowództwo domaga się swego, robi
wymówki przez telefon i śle rozkazy.
Oto jeden z nich:
Rozkaz nr 02 sztabu 17 Duchowszczyńskiej Dywizji Strzelców Gwardii,
odznaczonej orderem Czerwonego Sztandaru dla służb rozpoznania.
Miejsce: PO 0,5 km na południe od m. Bojary-Klewny, 10:00 04.01.44,
mapa 1:50000
Przeciwnik siłami 413 Pułku Piechoty i 301 Pułku Piechoty 206 Dywizji
Piechoty broni się na rubieży: Fołkowicze, urwisko na południe od wsi
Bondary, Łososina, wąwóz 5 km na południe od Zabołotinki.
W celu uściślenia ugrupowania przeciwnika, jego systemu ognia i zamiarów,
DOWÓDCA DYWIZJI ROZKAZAŁ:
1. Dowódcom jednostek i samodzielnych pododdziałów -?prowadzić wzmożone
rozpoznanie siłami plutonów pieszego zwiadu oraz zdobyć kontrolnych
jeńców i dokumenty: 52 Pułk Strzelców Gwardii w nocy z 6 na 7 stycznia
1944 roku w rejonie urwiska na południowy wschód od wsi Bondary.
2. Dowódcom pułków 52 i 48 -?natychmiast przystąpić do budowy punktów
obserwacyjnych do dowódcy kompanii włącznie. Wyposażanie PO zakończyć do
północy 6.1.44 r. Na punktach obserwacyjnych dysponować schronami z co
najmniej czterowarstwowymi stropami. Do 12:00 6.1.44 r. przedstawić
pełen schemat punktów obserwacyjnych i zameldować o krokach podjętych w kwestii organizacji nocnych wypadów.
3. W dni o ograniczonej widoczności oraz nocami wysyłać grupy
zwiadowców celem wykrycia poczynań przeciwnika w najbliższym pasie jego
obrony.
4. Na punktach obserwacyjnych ustanowić całodobowe dyżury oficerów
sztabu. Ustanowić ścisłą kontrolę pracy PO.
5. Szefowi 2 wydziału sztabu dywizji -?zorganizować całodobową
obserwację na PO dowódcy dywizji.
6. Codziennie do godziny 12:00 przedstawiać raporty wywiadowcze. O rezultatach pracy grup zwiadowczych meldować do godziny 7:00 w nakazanych terminach.
O podjętych krokach i wykonaniu rozkazu zameldować do 20:000 6.1.44 r.
Szef sztabu 17 Duchowszczyńskiej Dywizji Strzelców Gwardii, odznaczonej
orderem Czerwonego Sztandaru
(podpis) pułkownik gwardii Karaka
Szef 2 wydziału sztabu 17 Duchowszczyńskiej Dywizji Strzelców Gwardii,
odznaczonej orderem Czerwonego Sztandaru
(podpis) major gwardii Wasiliew
Druk: 5 egz.
Egz. nr 1 -?sztab
Egz. Nr 2 -?5 -?pododdziały
I tak przez cały ten czas nasze życie biegło pod ostrzałem kul i pocisków. Przyszedł rozkaz, aby w nocy z 6-go na 7-go wziąć jeńca.
Kombinuj albo giń!
Z urwiska chłopaki zejdą cicho i niepostrzeżenie. Przejdą po polu i zostawią ślady. A potem co? Trzeba iść i sprawdzać, jakie ślady zostają
w odkrytym terenie.
-?Siergiej! Zakładaj maskchałat! Przejdziemy się po polu!
Wychodzimy z namiotu na świeże powietrze. Pachnie lasem iglastym. Pod
nogami leży drobny skrzypiący śnieg. Z nieba sypie się ledwie
dostrzegalny biały proszek. Czuje się go na twarzy. Chłodzi nas i nasze
wargi i spełza po policzkach. Takie to nasze życie. Dzisiaj żyjesz i namacalnie czujesz podmuchy przyrody. A jutro zrzucą cię z urwiska i raz
na zawsze skończy się twoja filozofia.
Posyłam Siergieja przodem w poprzek pokrytego śniegiem pola. Sam zaś
odprowadzam go wzrokiem. Gdy tak znika w śnieżnej mgiełce, studiuję jego
ślady i idę jego tropem. Zatrzymuję się i patrzę na chmury. Firmament
jest szary, zamglony, z ciemnymi prześwitami nieba. Muszę zapomnieć o zarysach postaci Siergieja. Zaraz pójdzie w innym kierunku. Ciekawe, w jakiej odległości zniknie mi z pola widzenia. Robimy na śniegu różne
pętle. Zamykam oczy, potem je otwieram i po paru sekundach staram się
odszukać go na tle nocnego śniegu. Przeganiam go po polu. On zaś idzie,
to wolno, to znowu porusza się leniwym truchtem. Po jakimś czasie
wracamy do siebie do namiotu.
-?A więc tak, Siergiej! Daję ci ważne zadanie. Pójdziesz ścieżką do
kompanii strzelców i po drodze skręcisz i narobisz równoległych śladów.
W paru miejscach przetniesz ścieżkę w poprzek. No, powiedzmy, dwa, trzy
razy, nie więcej. W jednym miejscu wrócisz po własnych śladach. A w pozostałych przypadkach zostawisz pojedynczy trop. Generalnie musimy
pozostawić takie ślady, jakby w poprzek ścieżki z przedniego skraju po
zaśnieżonym polu przeszli ludzie i zagłębili się na nasze tyły.
Zobaczymy, co powiedzą zwiadowcy, kiedy zobaczą świeże ślady, które
przecinają ścieżkę. Wrócisz tutaj. Ja zadzwonię do Riazancewa, a on
przyśle paru chłopaków do wąwozu. Kolejno wypytam każdego z osobna.
Ciekawe, co powiedzą, gdy do nas dotrą. Potrzebny nam tego typu
eksperyment. Sami się upewnią, że na ślady nikt nie zwraca uwagi.
Siergiej wszystko zrobił tak, jak kazałem. Po powrocie do namiotu
nakreślił mi na oko tropy swoich śladów w poprzek ścieżki.
A rezultat? Żaden ze zwiadowców nie zwrócił uwagi na świeże tropy. Nikt
nigdy nie studiuje tego, jakie ślady przecinają drogi i ścieżyny, po
których chadzają żołnierze.
Przed nadejściem zwiadowców starszyna rozgrzał banię. Przed robotą
trzeba się wyparzyć. Na cholerę mają patrzeć na jakieś ślady? Każdy
łazęga myśli tylko o łaźni.
Zastanowiłem się. Ileż to rozmaitych pojedynczych śladów przecina nasze
szlaki, drogi i ścieżki? I nikt nigdy nie zwraca na nie uwagi. Każdy
jest zajęty własnymi myślami, gdy drepcze na pierwszą linię lub na tyły.
Może jakiś żołnierz postanowił uprościć sobie drogę? Może telefoniści
szukali zrywki na linii? Po co żołnierz ma nagle włazić po kolana w śnieg? Może zwyczajnie skręcił za potrzebą? Teraz trafiają się nam i kulturalni wojacy. Nie będą paskudzić na środku drogi.
Rozmyślając nad śladami w poprzek ścieżki, wychwyciłem jeszcze jeden
szczegół. Niemcy nauczyli naszych ludzi przemieszczania się skokami po
odsłoniętych miejscach. Granaty moździerzowe i pociski popędzają
żołnierza. I żołnierzykowie ganiali kłusem po ścieżce jak nakręceni.
A dlaczego my nie mielibyśmy popędzić Niemców? Nie dadzą nam do tego
pocisków i granatów moździerzowych. Ale ciężki karabin maszynowy możemy
zorganizować i ustawić. Niech Niemcy też rozdziawiają gęby. Świst i świergotanie kul działa na nerwy nie gorzej od pocisków. Jestem specem
od broni maszynowej. Znam się na tym dobrze.
No i w zasadzie to cały plan nocnego wypadu.
Zwiadowcy powinni skrycie pokonać zaśnieżone obniżenie terenu, dotrzeć
do lasu i rozpocząć obserwację. W lesie będzie można ustawić namiot
obszyty białymi prześcieradłami. W namiocie można odpocząć i wychodzić z niego na nocne wypady i łowienie niemieckich fajtłap.
Wszystkie wydeptane ścieżki w lesie należy zaminować. Niemcy przypadkowo
mogą się na nie natknąć. Miejsca, gdzie będą położone miny, trzeba
oznaczyć gałęziami. Przy powrocie do namiotu ludzie powinni je
przestępować lub obchodzić.
Jednakże tutaj pojawia się jeszcze jedno pytanie. Przed wysłaniem ludzi
za urwisko trzeba było może niektórych z nich nauczyć obchodzenia się z minami. Różnie to bywa. Być może ktoś z nich nie umie się nimi
posługiwać.
Myślę jeszcze o czymś innym. A nie lepiej posłać na dół ze skarpy tylko
dwóch ludzi zamiast grupy złożonej od razu z sześciu? Po co od razu
ryzykować sześcioma? Jeśli zginie cała szóstka, to wysłanie nowej grupy
będzie prawie niemożliwe. Na wypady chodzą ochotnicy. A kto pójdzie po
śmierci wszystkich sześciu?
A jeśli na dół zejdzie tylko dwóch, to przejść do lasu będzie im łatwo.
Trzeba im też postawić zadanie, by przeszli tam i z powrotem.
Ja, na przykład, nie mogę rozkazać człowiekowi -?idź i za dziesięć minut
umieraj. Tam, gdzie przeszedł jeden, przejdą i inni. Tu rolę gra
psychologia. Potem można zebrać nawet dziesięciu ludzi i spokojnie zejść
na dół. To dowódca pułku może po stoicku posłać pod kule setkę
żołnierzy. A zwiad to sprawa delikatna i dobrowolna. Na rozpoznanie
chodzą ochotnicy, bez żadnego zmuszania. W planie nocnego wypadu powinny
być przewidziane wszystkie szczegóły i niespodzianki. Ryzyko jest
możliwe tylko przy własnej niechlujności.
I tak postanowiłem. Na dół pójdzie tylko dwóch. Ale i tym dwóm potrzebna
jest gwarancja, że wrócą żywi. Kto będzie tymi dwoma? W myślach z grubsza prześlizgnąłem się po twarzach chłopaków.
Dowódca pułku powiedziałby tak:
-?Niech ostatnią kulę zostawią dla siebie!
Ciekawe, kto po takich słowach pójdzie na ochotnika? Sam dowódca pułku
by się nie zastrzelił. Gdyby przyszło co do czego, podniósłby łapy do
góry. Dla niego jest ważne, by w odpowiedniej chwili podeprzeć się
gładkim słówkiem. A co będzie potem, ma gdzieś.
Wiedzieliśmy o tym, że tych, którzy przebywali w niemieckiej niewoli,
postrzegano jako dezerterów, odesłanych do nas z tajnym zadaniem. Wojna
to nie tylko piękne słówka, śmiałe epizody, odważne czyny. To zwykłe
żołnierskie życie, ludzkie cierpienia, obciążenia i wyrzeczenia, krzyki
i gorzkie krzywdy, śmierć na każdym kroku i żadnych honorów, radości ani
nagród. Lub, jeśli wolicie, krótki żołnierski żywot to krwawa rzeź, na
którą poszedł prosty rosyjski lud.
Po zejściu ze skarpy zwiadowcy złapią azymut według kompasu i obiorą
sobie punkt orientacyjny. Spoglądając na ów punkt i na leżący przed nimi
teren, aby przypadkowo nie nadziać się na Niemców, przejdą zaśnieżone
pole i zagłębią się w las. Popatrzą, co jest za lasem i kolejnej nocy
wrócą do siebie. Żadnych aktywnych działań, żadnych wypadów i strzelania
w stronę przeciwnika. Tylko obserwacja i skryte przemieszczanie się.
Drogę powrotną pokonają szybciej. Wtedy nie trzeba już trzymać w głowie
azymutów i punktów orientacyjnych. Wraca się spokojnie po swoich
śladach.
Czując bliskość przeciwnika, żołnierz zwykle idzie strachliwie, często
się ogląda i przy przypadkowym wystrzale trzęsie się i przysiada, posuwa
się do przodu, stąpa ostrożnie i jak to zwykle bywa, potyka się. Taką
zalęknioną postać od razu widać z daleka. Tam w dole zwiadowca powinien
poruszać się pewnie i spokojnie jak we własnym domu.
I to tak naprawdę cały plan i wszystko, co roi mi się po głowie. Teraz
zobaczymy, jak można to zrealizować podczas nocnego wypadu. W celu
dogłębnego rozpoznania obrony nieprzyjaciela należy posłać pod uskok
kilka niewielkich pasywnych grup zwiadowczych. Można je pokierować
różnymi marszrutami. Im grupy będą mniejsze, tym łatwiej im będzie
podejść do Niemców. Wszyscy od dawna wiedzą, że łatwiej jest przesączyć
się na tyły przeciwnika niż brać jeńca z pierwszej linii spod drutu
kolczastego i pod nosem celowniczych karabinów maszynowych. W tym
pierwszym przypadku zwiad musi tylko przekroczyć przedni skraj
nieprzyjaciela i zagłębić się na ich tyły. Zwykle z dziesięciu idących
na tyły przeciwnika wraca cała dziesiątka. Uprzednio przygotowuje się
kilka przejść. Kiedy się tam idzie, wybiera się jedno z nich. Podczas
powrotu korzystamy z innego. To ostrożność na wypadek zasadzki.
W tym drugim przypadku, gdy trzeba wyjąć Niemca z ich wysuniętej
transzei, z dziesięciu ludzi nie zawsze zostaje przy życiu nawet dwóch
czy trzech. Chłopaki chętnie chadzają na tyły wroga, ale czasami z różnych przyczyn odmawiają pójścia po jeńca do czołowego okopu. Nocne
wypady cechuje prosta arytmetyka. Przy wyjściu na akcję wielu chłopaków
doznaje nagłych chorób. U jednego to kurza ślepota. Inny na dwie godziny
przed wyjściem raptem dostaje rozstroju żołądka, zaczyna często biegać i wszystko wygląda całkiem naturalnie. U trzeciego zaczyna się nerwowe
drżenie twarzy. Czwarty ma skurcze nóg. Tamten ma ciężki kaszel i oblewa
się potem. Ale wystarczy komukolwiek z nich powiedzieć, że dzisiaj
zostaje i nie pójdzie, i żeby sobie odpoczął, i że pójdzie z tą grupą
innym razem, a wszystkie niedomagania od razu przechodzą. Wszystko
naturalnie! Rzecz w tym, że oni nie udają. To wszystko ma podłoże
nerwowe. Taki porucznik Riazancew stoi przed szykiem i plącze mu się
język, jakby ssał cukierek.
-?Masz coś w ustach? -?pytam go.
-?Nic nie mam! Wydawało ci się!
Może mi się wydawało, ale dostrzegam, że jest jakiś nieswój. Ma iść na
pewną śmierć, to się jąka. W tym momencie z szyku występuję wysoki
żołnierz i oświadcza przy wszystkich:
-?Dzisiaj nie mogę iść! Nic z tego nie wyjdzie! Coś mi w sercu pękło!
I nie to, że podchodzi, aby powiedzieć bez zbędnych świadków. Występuje
i wali przy wszystkich. Co mu powinienem odpowiedzieć przed całym
szykiem? I co tak naprawdę jest lepsze? Przyznać się uczciwie przy
wszystkich czy ukryć, zataić i potem wykręcić się podczas akcji?
Za nim przed szereg wystąpił jeszcze jeden. Milczy, cały się naprężył,
poczerwieniał, chce coś powiedzieć, a nie może wydusić słowa. Oto
grupowa odmowa! Można przyjąć, że dzisiaj wyjście na zadanie wzięło w łeb. A co ja mam robić? Jak zameldować dowództwu? Jak się przed nim
wytłumaczyć?
-?Że co? -?powie mi dowódca pułku. -?Dam ci do wiwatu! Znowu trzęsą ci
się kolana? Idź i wykonuj rozkaz!
Oczywiście, mogę posłać chłopaków na siłę. Jest u nas grupa starych,
doświadczonych zwiadowców. Ale oszczędzam ich na specjalne sytuacje, gdy
jest pewna szansa, by bez strat wziąć języka i wrócić do siebie, gdy, że
tak powiem, trzeba posłużyć się psim węchem i misternym kunsztem. Oni
również widzą, że dziś będą poważne straty. Nikt z nich nie pójdzie, by
na oślep prosić się o kłopot. Nie ma żadnej gwarancji, że wróci się
żywym. Rozumieją, że formalnie tego ode mnie wymagano. Wypisano rozkaz
dla zwiadu i o godzinie siódmej następnego dnia trzeba meldować o rezultatach rozpoznania.
Często takie wypady na rozkaz kończą się wykryciem naszych grup przez
Niemców. Rozpętuje się wściekła strzelanina. Artyleria Niemców zaczyna
bić ze wszystkich baterii po bliższych i dalszych pozycjach i nawali
tyle, że nie można oprzytomnieć przez dwa dni. Ten sam dowódca pułku
zażąda ode mnie, abym wyjaśnił, czy aby Niemcy nie przeszli do natarcia
na naszym odcinku.
-?Niemcy siedzą na miejscu! -?melduję. -?Zwiadowcy wpadli pod ogień! Są
duże straty!
Szalona kanonada Niemców sprawia, że dowódca pułku zmienia zdanie.
-?Może jutro posłać nową grupę? -?zapytuję.
-?Idź w diabły z tym swoim zwiadem! Tu mało schronu nie rozniosło!
Bywało i tak, że zwiadowczy w ogóle nie chcieli mówić całej prawdy.
Grupa zamiast iść na nocny wypad, kładła się gdzieś w śniegu na
podejściach do Niemców. Leżą tak, żeby nie dosięgły ich kule. Potem ktoś
zakaszle, wystrzeli, no i zaczyna się ostrzał z niemieckiej strony. A bywało też tak, że zalegali gdzieś w dołku na ziemi niczyjej. Mija
dzień, dwa, a grupa nie wraca. Myśl sobie, co chcesz. Zamiast nocnego
wypadu, przeleżeli dwie doby na śniegu w krzakach. Dowództwu meldują, że
grupa nie wróciła. Szefostwo myśli, że zginęli. A oni na trzecią dobę
wracają z pustymi rękami. Mówią, że leżeli pod ogniem. Teraz idź i ich
sprawdzaj. Kto z dowództwa polezie po ich śladach pod niemiecki drut
kolczasty? A na pierwszej linii strzelanina trwa nieprzerwanie. Może to
i prawda, że Niemcy ich przygnietli do ziemi ogniem karabinów
maszynowych. Kiedyś dwie doby leżałem na plecach. Strzelali na poziomie
śniegu, ruszyć się nie dali. Na bok się nie przewrócisz.
W pułkowym zwiadzie służą świetne chłopaki. Mają bujną fantazję i wyjątkowo wyrafinowane wyczucie Niemców. Żadnego z nich ani wrzaskiem,
ani medalem nie weźmiesz. Do nich trzeba mieć duchowe podejście, wykazać
ojcowską troskę i sprawiedliwość we wszystkich sprawach. A jeśli
pójdziesz na udry, oszustwo i hipokryzję, to możesz być pewien, że w zwiadzie źle się będzie działo.
-?Siergiej! -?powiedziałem. -?Leć do bani! Znajdź Sienczenkowa! Powiedź,
żeby przyszedł! Trzeba się naradzić!
-?Ja mu, towarzyszu kapitanie gwardii, stąd krzyknę!
-?Nie, Siergiej! Sam po niego idź! Zaproś z szacunkiem, żeby inni
widzieli! Idź, nie leń się! Masz być cwaniak, a nie leń!
Zostałem sam, podrapałem się w głowę i znowu wpadłem w zadumę. Dowództwo
wymaga rozkazem, aby ludzie poszli pod urwisko. I ja, i chłopaki wiemy,
że nikt nie wróci stamtąd żywy.
Oto dywizyjna kompania zwiadu (3 Samodzielna Gwardyjska Kompania
Rozpoznawcza) na rozkaz sztabu dywizji w nocy na 30.12.43 r. wysłała na
tyły wroga grupę zwiadowczą, wyposażoną w radiostację, której zadaniem
było wykrycie głębokości obrony przeciwnika, charakteru jego umocnień
polowych na wschód i południowy wschód od Witebska, ilości i miejsca
stacjonowania rezerw przeciwnika, wzięcie kontrolnego jeńca i wyjście do
rejonu dyslokacji własnych jednostek. Co z tego wyszło?
Grupa z radiostacją wyruszyła zgodnie z rozkazem w noc na 30 grudnia.
Jednakże nie dochodząc do pierwszej linii, grupa zawróciła, przeszła
piętnaście kilometrów w głąb własnych tyłów, rozlokowała się w lesie i zaczęła przekazywać dane o nieprzyjacielu. Po pięciu dniach grupa
wróciła o wyznaczonym czasie na miejsce dyslokacji dywizji. Niektórych
przedstawiono do odznaczeń, ale jednego chłopaka pominęli. No i ten
wygadał się po pijanemu. Wybuchł niewiarygodny skandal. Dowódcę kompanii
zdjęto ze stanowiska i przeniesiono do kompanii ochrony. Teraz jest
dowódcą kompanii żołnierzyków, uzbrojonych w pistolety maszynowe. Do
zwiadu łazić nie musi i nie ponosi żadnej odpowiedzialności za pracę
zwiadowców.
Siergiej wkrótce wrócił, a w ślad za nim do namiotu wszedł Sienczenkow.
Wysłuchał wszystkiego z uwagą i zgodził się ze mną w wielu kwestiach.
Następnej nocy mieliśmy razem przetrenować cały wariant na śniegu u siebie na tyłach. Potrzebowaliśmy odpowiedniego terenu. Rankiem po
jedzeniu mieliśmy wybrać się na poszukiwania.
W tę noc, gdy zwiadowcy myli się w bani, w schronie na pierwszej linii
nastąpiło nieprzewidziane zdarzenie.
Dwaj zwiadowcy, pozostawieni dla ochrony schronu, stali na zewnątrz i obserwowali Niemców. Z góry trzasnął cicho granat moździerzowy i od razu
ranił obydwu. Przy kolejnej kontroli łączności schron przestał
odpowiadać. Na linię posłano łącznościowca. To on zameldował, że
zwiadowcy są ranni i nie mogą się samodzielnie poruszać. Kazałem
Siergiejowi posłać tam sanitariuszy, aby ich wynieśli.
-?A my pójdziemy popatrzyć, co tam się z przodu wyrabia. Riazancew
siedzi mokry w bani. My jesteśmy susi, więc wypadło na nas. Weźmiemy
Sienczenkowa. Niech się z nami przejdzie. Chodźmy!
Idziemy ścieżką. Do ranka jeszcze daleko. Ścieżyna jest wąska i głęboka.
Żołnierze chodzą po niej jak po szlaku narciarskim, stąpając nogami i wlokąc za sobą walonki. Przed nami ciemna linia lasu dosłownie porusza
się i pełza. Schodzimy do okopu, skręcamy ostro w lewo i idziemy do
schronu. Okop się kończy, a przewód telefoniczny biegnie w górę i znika
dalej w śniegu. Krótkimi przebieżkami posuwamy się do przodu. Oto
zaśnieżony wzgórek schronu i okopy. Na śniegu przed wejściem leżą obaj
ranni.
-?Gdzie sanitariusz? -?pytam.
-?Sanitariusze byli? -?powtarzam swoje pytanie.
-?Byli, towarzyszu kapitanie gwardii! Opatrzyli nas i powiedzieli,
żebyśmy leżeli i nie ruszali się. Zabrali automaty i przetrzepali
kieszenie.
-?A gdzie oni teraz są?
-?Jeden pobiegł po nosze, a dwóch grzeje się w schronie.
-?Zmarzli, powiadasz?
W przejściu, schodzącym w dół z okopu, są drewniane schodki z nabitymi
na nie deskami, aby się nie poślizgnąć. Drzwi z grubych desek otwierają
się na zewnątrz. Podczas bombardowania lub ostrzału fala uderzeniowa
sama je szczelnie domyka. Z komina od pieca, sterczącego w stropie,
wydobywa się słaby dymek.
-?Siergiej! Weź polano i zablokuj drzwi od zewnątrz! Zaprzyj polano o stopień, żeby nie mogli otworzyć od środka. Tylko po cichu, żeby nie
spłoszyć sanitariuszy, bo wszystko zepsujesz!
-?Zrobię dokładnie, jak mówicie!
-?Masz naboje w zapasowym dysku?
-?Mam! W worku znajdzie się jakaś setka luzem!
-?Właź na dach! Wsyp ze dwie garście do komina! Zobaczymy, co te
łachudry zrobią. Ja ich nauczę grzebania rannym zwiadowcom po
kieszeniach!
Siergiej wspina się na górę, wyciąga garść nabojów i wsypuje je do
dymiącego komina. Naboje postukują i lecą w dół. Przypomina mi się
Griaznow, który dostawał rozwolnienia, kiedy wrzucaliśmy naboje od
tetetki przez otwarte drzwiczki rozpalonego piecyka. Rozrywały się z trzaskiem, ale siły żadnej nie miały.
Wewnątrz schronu rozpętała się bezładna pukanina. Ktoś z rozpędu rzucił
się na drzwi. Z komina wyrwał się kłąb czarnego dymu i posypały się
iskry. Po paru sekundach dały się słyszeć lamenty i walenie kolbą w drzwi.
-?No, to daj seryjkę z automatu po drzwiach. Kule od tetetki nie
przebiją grubych desek! Dziesięć nabojów na postrach! A teraz wyjmuj
polano i komenderuj im Hände hoch!
Drzwi się otworzyły i ze środka wypadło dwóch przerażonych sanitariuszy
z łapami uniesionymi w górę. Spod górnej części drzwi walnęło
szaroniebieskim dymem. A my rechotaliśmy.
-?Warto było szabrować? Teraz nie będziecie szperać rannym po
kieszeniach! Natychmiast oddawać wszystkie rzeczy!
-?Towarzyszu kapitanie gwardii! Mamy rozkaz rewidować wszystkich rannych
i odbierać broń! I jeszcze konfiskować zdobyczne rzeczy i zdawać w kompanii sanitarnej! My wszystko robimy według instrukcji!
-?Ja wam napiszę taką instrukcję, że na drugi raz nawet się nie
dotkniecie do kieszeni zwiadowcy! Tamci leżą ranni na śniegu, a wy
grzejecie dupy przy piecyku!
W tym czasie nadbiegł trzeci sanitariusz z noszami.
-?Kłaść ich na nosze i nieść do wąwozu! Starszyna czeka tam z koniem. I żebym was więcej na oczy nie widział. Zrozumieliście, cholerni
kieszonkowcy?!
Rannych ułożono na noszach i pojawiło się jeszcze dwóch sanitariuszy z kompanii strzeleckiej. Zabraliśmy broń naszych i zostaliśmy przy
schronie. Riazancew powinien przysłać tu grupę chłopaków, gdy tylko
skończy z banią.
* * *
Nocą dwie grupy podczołgały się ku niemieckim
pozycjom. Wybieraliśmy sobie obiekt. Niemcy niespecjalnie ostrzeliwali
pas ziemi niczyjej. Nie mogliśmy się ujawniać. Zwiadowcy osłuchiwali
obronę Niemców z jak najbliższej odległości.
Nad ranem grupy wróciły i nie były w stanie powiedzieć niczego dobrego.
Na następną noc zaplanowałem dalszy nasłuch i obserwację. Zimowa noc
jest długa. Ileż to czasu minie, zanim chłopaki wrócą, zanim przyjdzie
starszyna i wszystkich nakarmi? Za to dzień przelatuje szybko. Położysz
się na słomie, nie zdążysz zamknąć oczu, a już cię budzą, że niby pora
wstawać, bo zaraz zacznie się ściemniać. Znowu trzeba się przygotować do
wypadu.
Któregoś razu Niemcy się zebrali i krzakami zaszli nam na tyły.
Postrzelali z automatów, napędzili strachu strzelcom, ale bali się iść
do transzei, w której siedzieli nasi żołnierze. U strzelców znowu była
panika, że Niemcy okrążają kompanię. U wszystkich oczy na szypułkach -
już mieli dać drapaka, gdy znalazł się jeden, któremu się przypomniało,
że na lewym skrzydle kompanii w niemieckim schronie siedzą zwiadowcy.
-?Tam mają schron! -?powiedział ten ktoś dowódcy kompanii.
Żołnierze urośli nieco duchem, ale dalej ich mrowiło na karku. Może z nerwów, a może to wszy ich żarły? Dowódca kompanii strzeleckiej, młody
podporucznik, pobiegł do naszego schronu.
-?Gdzie kapitan? -?zakrzyknął do wartownika. -?Niemcy nas obeszli
krzakami! Okrążają nas!
Już chciał zanurkować do schronu, ale wartownik go zatrzymał i nie
przepuścił nawet na schodki w wejściu.
-?Zaraz się dowiem! Proszę tu czekać!
Wróciwszy ze schronu, wartownik obwieścił porucznikowi:
-?Zaraz wyjdzie ordynans kapitana. Z nim pomówicie! A kapitana budzić
nie kazano.
W wejściu do schronu z ciężkim westchnieniem ukazał się zaspany i ziewający Siergiej.
-?Gdzie kapitan? -?zapytał dowódca kompanii.
-?Śpi. Co trzeba?
-?Budź kapitana! Niemcy obeszli nas po krzakach.
-?Kapitan nie kazał się budzić. Powiedział, że niech Niemcy podejdą
bliżej. Jeśli się zbliżą, kazał budzić grupę dyżurną. Drugi raz go nie
będę budzić. Strasznie się wścieka, kiedy się go zrywa bez powodu. Co
jak co, ale pospać to on lubi!
Wyszczerzywszy zęby, Siergiej ziewnął szeroko, wydał z siebie jakiś
ponury dźwięk, podrapał się w tył głowy, przegonił dokuczliwe wszy
(które pojawiły się u nas, gdy tylko przeprowadziliśmy się do
niemieckiego schronu), po czym wykrzywił usta i popatrzył na niebo,
jakby z grubsza oceniając, kiedy będzie świtać. Potem odwrócił się
plecami do porucznika, pochylił się i gromko pierdnął. Nie odwracając
się, zszedł leniwie po schodkach na dół. Wartownik podniósł wzrok na
porucznika, z obrzydzeniem odwrócił nos w drugą stronę, cofnął dolną
wargę, a jego nieme spojrzenie mówiło:
-?Rozmowa skończona! Czego tu jeszcze? Zasuwaj do swojej piechoty!
Porucznik zawahał się, jakby się nad czymś zastanawiając, po czym
mimowolnie wydusił z siebie:
-?O, żesz ty...
-?No i co u zwiadowców? -?zapytał któryś z żołnierzy, gdy ich dowódca
wrócił.
-?Zwiadowcy śpią.
-?A gdzie ich kapitan?
-?Zabronił, żeby go budzić.
Słowa te podziałały na żołnierzy niczym kubeł zimnej wody.
-?Jak to śpią? -?nie mogli uwierzyć.
-?Dobudzili kapitana i powiedział, żeby Fryce podeszli bliżej, to
poderwie dyżurną grupę. I żeby go więcej nie budzić.
-?A Niemcy? -?zapytał ktoś.
-?Co Niemcy? Zobaczyli, że nie ma paniki, poleżeli w śniegu i cofnęli
się rakiem do swoich. Bali się, że sami znajdą się w okrążeniu. Na
wojnie różnie bywa. Chodzi o to, kto się pierwszy zesra w gacie.
-?To niby jak? Nie wytrzymali i nasrali w gacie?
-?A co myślałeś? I ty byś nasrał, gdyby dookoła w okopach siedzieli sami
Rosjanie. To nie ci Niemcy, co byli wcześniej!
Na lewo od naszego schronu, za przesieką, najwidoczniej stał wzmocniony
pluton niemieckiej piechoty. Przykrywał flankę niemieckiej obrony w rejonie wsi Łaputy. Przez dwie noce z rzędu łaziliśmy za przesiekę pod
same niemieckie okopy, obmacywaliśmy, szukaliśmy, podsłuchiwaliśmy i patrzyliśmy, ale nie mogliśmy znaleźć ani jednego słabego miejsca. U Niemców wszystko wokół przykryte, podejścia do okopów przestrzeliwane
krzyżowym ogniem z trzech karabinów maszynowych, nie mówiąc o artylerii
wsparcia, która raz na godzinę bryzgnie ogniem. Ani jednego słabego
miejsca, gdzie można by się przesączyć przez obronę i bez strat wziąć
języka. Trzeba się rzucać na karabiny maszynowe. A co z tego wyjdzie -
wiadomo.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki