Od wydawcy
Od wydawcy
Na Wschodzie bez zmian
-?tak można by określić w największym skrócie tom trzeci "Wańki-trepa"
dla tych, którzy są po lekturze dwóch pierwszych tomów. Bez zmian w podejściu do ludzkiego życia. Ci na pierwszej linii muszą bowiem ginąć -
po to przecież są. Ta filozofia wojny jest w Armii Czerwonej niezmienna.
Na ich miejsce przyjdą przecież nowi. A ordery dla tyłowych dowódców
spływają tylko w jednym wypadku: kiedy ich wojsko idzie "WPIERIOD"! A więc gonią tych okopowych do przodu wciąż i wciąż, nie zważając na
straty czy na bezdenną głupotę rozkazów, gdy po odkrytym polu pod górę
każą iść piechocie zdobywać wzgórze bez wsparcia artylerii czy broni
maszynowej. Ordery do pierwszej linii -?dla frontowców -?oczywiście nie
docierają. A po co im ordery, gdy zaraz i tak zginą? Zanim wniosek o ich
przyznanie zostanie rozpatrzony. Ginących w okopie wyrzuca się na
zewnątrz, za okop, aby ciała tam spokojnie sobie zamarzły. Za chwilę
przykryje je śnieg i nie będą rzucać się w oczy. Szkoda sił na kopanie
grobów! Taka to filozofia panuje na pierwszej linii frontu...
Nasz główny bohater, Szumilin, w tym tomie znalazł się w elitarnej
grupie zwiadowców. Zostaje dowódcą pułkowego zwiadu. Buduje wokół siebie
zespół prawdziwych "psów wojny". Nawet ochotnicy do zwiadu z wojsk
powietrzno-desantowych, a więc też elitarnej w sumie jednostki, w zwiadzie muszą się wiele rzeczy nauczyć. Pogardzają oni zwyczajną
piechotą, która ginie na ich oczach w okopach w sposób masowy. Jednego
dnia Szumilin zostaje wysłany w misji specjalnej do okopu, aby wyjaśnić
sprawę zabicia w okopie w nocy prawie 20 ludzi. Wszyscy oni zostali
zabici we śnie w nocy, nożem. Jak się okazało, zabił ich jeden człowiek -
fiński zwiadowca, który samotnie wszedł do okopu i zabijał wszystkich
jakich spotkał na swojej drodze śpiących Rosjan nożem, po czym
bezpiecznie powrócił na niemiecka stronę!
Książka, jak już czytelnik pierwszych dwóch tomów wie, będzie obfitować
w niezwykłe epizody. Ale będzie też potwierdzać zbrodnicze w sumie
działania dowództwa rosyjskiego, posyłającego prostych żołnierzy na
pewną śmierć. Dlatego długość życia żołnierza na pierwszej linii
wynosiła średnio dwa tygodnie! Szczęściem jest zostać rannym. Ranny
będzie przecież żyć, choć przez chwilę, dopóki go nie wyleczą i nie
poślą z powrotem do tej fabryki śmierci na pierwszą linię.
Szumilin nigdy się nie znudzi. Jego sposób narracji i ilość niezwykłych
epizodów wojennych, a także obraz Armii Czerwonej idącej jak walec do
przodu bez względu na własne straty, na długo pewnie zostanie w pamięci
czytelników.
Andrzej Ryba
Rozdział 19 -?Na tyłach pułku (styczeń 1943 roku)
Rozdział 19
-?Na tyłach pułku
(styczeń 1943 roku)
Teraz, po porannym mrozie i ostrym słońcu w ciągu dnia, w lesie zrobiło się całkiem ciemno i mokro. Gdzieś z boku
zawiał wilgotny wiatr, zakołysał gałęziami świerków i zahuczał w żelaznym kominie. Zwilgotniały śnieg spadał z gałęzi na ziemię. W twarz
dmuchnęło mokrą mgłą, ale zaraz poryw wiatru ucichł. W lesie zrobiło się
cicho, niczym przed burzą.
Po jakimś czasie w powietrzu zakręciły się lekkie śnieżynki. W ślad za
nimi najpierw rzadkie, a potem ogromne i mokre płaty śniegu poniosły się
gęstą ścianą. Ciężkie, lepkie, sypnęły tak szczelnie i gęsto, że zlały
się w jeden potok i przesłoniły sobą cały przestwór.
Gdzie nie spojrzysz, wszędzie leci biała i mokra masa. Oślepia oczy,
topi się na twarzy, cieknie po czole i brwiach, łaskocze nozdrza i mrozi
podbródek. Zimna ciecz wpada za kołnierz, topi się na karku i zimnym
strumykiem spływa po gołym ciele wzdłuż kręgosłupa. Spoza gęstej
śnieżnej ściany nic nie widać.
Z tego morza śniegu wypływa nagle głowa konia, oprze się o ciebie,
pchnie cię hołoblą, a woźnicy i sań z tyłu nie widać. Wartownicy koło
cieplaków wciskają się pod dachy. Wszystko co żyje, chowa się przed
lecącym z góry ciężkim śniegiem. Nawet konie, przywiązane do palików pod
daszkami, podkuliły ogony.
-?To dopiero pogódka! Szlag by ją trafił! Wybacz mi, Boże! -?mówi
starszyna, wciskając się w przejście w cieplaku. -?Za diabła nic nie
widać, choć oko wykol! Mało do Niemców nie trafiłem!
Starszyna ściągnął z siebie spęczniały od wody półkożuszek, usiadł na
ławie, oparł się ręką o krawędź stołu i zaczął zdejmować ciężkie od
wilgoci walonki. Zaczął mu pomagać żołnierz, który siedział w kucki koło
piecyka.
-?Weź no, bracie, podsusz moje łaszki! A ja się przytulę po tej jeździe.
Całą noc plątałem się po wilgotnym śniegu, jestem mokry do pasa!
Odmotawszy mokre onuce, starszyna trzepnął nimi o podłogę, ściągnął z głowy czapkę i pokasłując wlazł na nary. Naciągnął na siebie suchy
szynel, zapalił, ułożył się i w tej pozycji kontynuował monolog.
-?Ledwie dotarłem do batalionu! Wiele razy złaziłem z sań, tupałem przed
sobą, wymacywałem nogami drogę. Przemokłem do suchej nitki!
Powiedział jeszcze parę mocnych słów pod adresem pogody, przekręcił się
na bok, podrapał się za sprawą wszy i wkrótce usnął. W schronie zapadło
milczenie.
Leżałem na pryczy z otwartymi oczami, założywszy ręce pod głowę i patrzyłem w sufit. Przed oczami miałem zakopcone belki i sterczącą pod
kątem pordzewiałą żelazną rurę komina od piecyka, która poprzez wycięcie
wychodziła przez strop.
Na dworze był dzień. Biel śniegu smutno przebijała się przez szkło
niewielkiego okna. Na zewnątrz nadal unosiła się śnieżna zasłona. Pod
sufitem stał szaroniebieski dym. Po szorstkiej korze bali w tę i z powrotem pełzały grube krople wody. W cieplaku było duszno i wilgotno.
Wilgoć właziła wszędzie, we wszystkie szpary pomiędzy drewniane
okrąglaki. O ile w mroźne dni w szczelinach między balami przylepiała
się gruba warstwa śniegu, lodu i szronu, tak teraz wszystko się stopiło
i po ścianach spływały strumyczki wody.
W drewnianym otworze wisi kawałek mokrej szmaty. W samym przejściu woda
chlupie pod nogami. W cieplaku czasami jest to chłodno, to gorąco.
Siedzący przy stole dyżurny żołnierz uniesie głowę, niechętnie wstanie i podrzuci naręcze drew do żelaznego piecyka, oprze się piersią o krawędź
stołu, zamknie oczy i zaśnie. Przez jakiś czas żelazna beczka będzie
płonąć rozpalonymi bokami. Drwa się spalą, beczka ostygnie i znowu zrobi
się zimno. Kiedy jest gorąco, na narach nie odetchniesz -?za dużo tu
ciężkiego smrodu, szaroniebieskiego dymu i cuchnącej pary, bijącej od
rozwieszonej wszędzie odzieży.
Nad lasem ciągle wisi biała mgła. Wartownicy narzucili na siebie
peleryny przeciwdeszczowe. Każdemu nawaliły na głowę i ramiona ogromne
zaspy lepkiego śniegu. Żołnierze stoją bez ruchu. Popatrzysz na nich i widzisz cudaczne posągi.
Wieczorem starszyna wyłazi spod ciepłego szynela, krzywi się z niezadowoleniem, naciąga na siebie pomarszczony suchy półkożuszek, wsuwa
nogi w walonki, wzdycha, kaszle, wciska na głowę czapkę, zakłada
rękawice i szarpnąwszy na bok mokrą szmatę przy wejściu, z przekleństwem
na ustach odchodzi w śnieżną zasłonę. Ja też muszę wstawać.
Woźnica z koniem i saniami już czeka przy wyjściu. Wstał wcześniej.
Założył konikowi chomąto, oczyścił sanie ze śniegu, którego nawaliło w ciągu dnia, podrzucił naręcze suchego siana i ponownie nakrył sanie
suchym grubym brezentem. Starszyna pakuje się do sań i wchodzi pod
brezent. Woźnica podsuwa się do krawędzi sań i szarpie wodzami konia.
Razem ruszają do kuchni.
Konik, parskając, trzęsie głową i okłada się ogonem po mokrych bokach.
Drogi nie widać. Z góry leci biała zasłona. Lecz zwierzę czuje zapach
kuchennego kotła i rzadkiej żołnierskiej lury. Z daleka wychwytuje
nozdrzami znajomą woń. Koń jest z wyglądu marny, z zapadniętymi bokami,
niski w kłębie. Ani tu rasy, ani urody! Taki sobie! Ale główkuje nieźle!
Pewnie obiera odpowiedni kierunek i śmiało kroczy. Otrzymawszy na kuchni
chleb i napełniwszy termosy, starszyna znowu chowa się pod brezentem.
Woźnica szarpie wodze. Konik obraca sanie w przeciwną stronę i tupie po
drodze. Marszrutę zna na pamięć.
Stoję przy drodze i czekam na starszynę. Dzisiaj muszę zajechać na
pierwszą linię. Chcę popatrzeć, jak tam pełnią służbę nasi żołnierze.
-?No i pogoda paskudna! -?mówi starszyna, gdy przysiadam się do niego,
włażąc pod brezent.
Faktycznie! Komu przyjdzie do głowy taki pomysł, aby w taką pogodę i roztopy wlec się po błocie rozmytych dróg. Na saniach pod parcianką jest
sucho i pachnie sianem. Spod jej krawędzi widać, jak ciężki śnieg niesie
się ku ziemi nieprzeniknioną zasłoną.
-?No i co? Czegoś gębę rozdziawił? -?rozlega się spod brezentu bas
starszyny, skierowany do woźnicy. -?Idź i szukaj! Zjechałeś z drogi!
W lesie stropy schronów i ziemianek zrównały się z ziemią. Zbudowane z bierwion cieplaki, stojące na powierzchni, jakoś tak nagle zapadły się
po same dachy. Dookoła w śniegu ani ścieżek, ani dróg. Na wszystkim
zalega nowy śnieg i nieprzebyte błoto. Gałęzie świerków przygięły się i obwisły pod ciężarem bieli. Śnieżny ciężar zwalił się na nie i przydusił
do ziemi. Tu i ówdzie wiją się tylko bruzdy po saniach, a głębokie ślady
końskich kopyt robią pętle wokół świerków. Co będzie dalej, jeśli śnieg
nie przestanie padać? Kto ma chęć leźć po kolana w takiej brei?
Hansy i Fryce, posmakowawszy śnieżnego śluzu, również przycichli. Na
pierwszej linii trwała niezwykła cisza. Naszym Słowianom było dużo lżej
-?swojska pogódka! Ani wojny, ani strzelaniny. Jakby czas pokoju.
Wierzyć się nawet nie chce -?będzie tak kiedyś? Nasi żołnierze mają
teraz tylko jedno zmartwienie -?żeby jak najszybciej dostać rację
chleba, chochlę zupiny i uciec, nie zamoczywszy portek.
Nikt się nie umawiał. Strzelanina ucichła i ustała sama z siebie.
Żołnierze czym prędzej wybiegną na wezwanie starszyny. Zagrzechoczą
menażkami i zręcznie połapią mokre bochenki chleba. Starszyna chlapnie
im czerpak pochlipki, a oni zadowoleni już śpieszą z powrotem do swoich
nor. I siedzą gdzieś tam pod ziemią, skuleni nad menażkami, cedzą przez
zęby bałandę i drapią się w tyłki. A z wierzchu leci i sypie mokry
śnieg. Cisza, aż w uszach dzwoni!
Rozejrzałem się wokoło. Patrzę na zbocze przedniego skraju obrony, na
dziury, do których żołnierze zdążyli zwinnie zanurkować. Pod zalegającym
śniegiem nie widać ich nor. Wszędzie, gdzie nie spojrzeć, leży biały
śnieg i wręcz nie chce się wierzyć, że pod ziemią żyją i funkcjonują
żywi ludzie.
Dwa dni wcześniej trwała tu wojna, świstały kule, rozrywały się pociski
i ryczały granaty moździerzowe. A teraz cisza! To nie wojna, a jakaś
bzdura! Tak mówi starszyna, kiedy wraca do cieplaka z pierwszej linii.
Zasypało drogi. Ukróciło Niemcom podwóz zaopatrzenia. Oszczędzają
pociski! A nasi nie mają czego wozić. U nas, nawet gdy drogi zimą
twardnieją pod nogami, wydają po dziesięć pocisków na działo jako
nienaruszalny zapas.
Żołnierze są teraz zadowoleni, że wokoło zrobiło się cicho. Zresztą, do
kogo strzelać? Wystarczy spojrzeć! Dookoła wszystko białe i nic nie
widać. Czasami stoisz i zastanawiasz się, z której strony są Niemcy, a z której siedzą nasi Słowianie. W która stronę strzelać? Może tam siedzą
nasi?
Leniwe zobojętnienie, gnuśność i senna apatia z pierwszej linii dotarły
na tyły. I tam, w sztabach i drugich eszelonach, pojawiła się senność.
Śnieg zatrzymał i ugasił płomień wojny.
Nasi wsłuchiwali się, czy aby Niemcy nie zaczną postrzeliwać. A Niemcy
siedzieli i bali się, żeby w ten śnieg i szarugę nie zwalili się na nich
Rosjanie. Jedni i drudzy pragnęli tego samego -?ciszy i spokoju.
Śnieg załatwił sprawę. Dał początek lenistwu i senności, bez perspektyw
na jakąś zmianę. W taką pogodę nie było szans, aby rozruszać Słowian.
Nawet dowódcy kompanii, przywykli do nękania żołnierzy, zaczęli się
odgryzać przez telefon:
-?Wszystkie okopy zalało wodą! Ludzie są mokrzy po tyłki! Jakie znowu
strzelanie? Czujek nie ma gdzie wystawić!
Teraz wszyscy siedzieli i czekali, kiedy znikną zaspy i zejdzie woda.
Innych trosk na pierwszej linii i na tyłach nie było. Każdy zabijał
czas, jak mógł.
I oto stopniowo, pomalutku, z tej bezczynności i ospałości w tyłowych
ziemiankach, zaczęto grać w karty. Od niewinnego "durnia", po grę na
rozmaite rzeczy i pieniądze.
Nasz kombat Malecznik także nie wytrzymał. Już dawno swędziały go ręce,
aby zasiąść i nas ograć. I major, ufny w swe umiejętności i pełen wiary
w sukces, pojawił się któregoś razu w sztabowym cieplaku i zaproponował,
by uciąć partyjkę na pieniądze. Gra, pełna harmidru, tarzania się po
pryczach i trzymania się za brzuchy ze śmiechu, przeciągnęła się na całą
noc. Często rozlegały się okrzyki "Ura!", jakbyśmy co najmniej ruszali
do ataku1. Do ranka major starannie uskładał pokaźny plik
dziesięciorublówek, po czym, zadowolony ze zwycięstwa, ruszył do swojego
schronu aby się wyspać.
Następnego dnia z pustymi kieszeniami, mając jedynie resztki jakichś
drobnych, na pocieszenie udaliśmy się do pułkowego chemika na małą
partyjkę. Przez kilka dni nie spotykaliśmy się z Maleczkinem przy
kartach.
U chemika pułku zebrała się wszawa kompania graczy. Siedzieli, ślinili
karty, obstawiali tyle co nic, skromnie, bez ryzyka, a i to ze zmiennym
szczęściem. Trzeciego dnia z gry były nici. Nie poszło i już! I nasza
kompania się rozpadła.
Minęła noc i dzień, a my wałkoniliśmy się na narach. Do cieplaka zajrzał
Maleczkin i zaprosiliśmy go, aby przyciął w karcioszki.
-?Dobra, przyjdę później -?powiedział i wyszedł na zewnątrz. -?Pójdę i powiem Jegorce, żeby wyczyścił konia -?usłyszałem jego głos za progiem.
Do naszego cieplaka major zawsze przychodził wesoły. Także i tym razem,
pokazawszy się w przejściu i odsłoniwszy mokrą zasłonę, uśmiechnął się i puścił do nas oko. Od razu usadowił się na pryczy, spode łba obrzucił
nas zdecydowanym spojrzeniem i zaczął z zadowoleniem zacierać ręce.
-?Siadajcie, sokoły! Dosiadajcie się, bracia cekaemiści! Coś tak czuję,
gwardziści, że znowu pojawiły się u was pieniążki! Pełzają na piersi jak
robale pod koszuliną! Nie dają spokoju! -?i podrapał się paznokciami pod
koszulą. Ograliście chemika pułku? Zaczęliście stosować moją metodę?
Proszę, proszę! Zobaczymy, jak sobie przyswoiliście moje nauki!
Major zrzucał z nóg walonki, wyciągał z kieszeni talię kart i zarażał
nas swoim radosnym duchem walki. Ani jedna karta nie wychodziła z talii
bez jego wesołego żarciku, anegdotki czy dowcipu. Być może cała taktyka
i strategia jego gry była zbudowana wokół wesołych powiedzonek, co miało
nas podpuścić i skłonić do pójścia na ryzyko. I poddawaliśmy się temu,
ryzykowaliśmy, graliśmy w ciemno i zgarnialiśmy nadwyżki.
Major tak od razu nas nie ogrywał i grał z rezerwą -?dawał nam czas,
byśmy się pobawili i rozweselili. A nam było wesoło i czas szybko
leciał. Kiedy ma się dwadzieścia lat to dzień wlecze się długo, a zimowa
noc to już jak cała wieczność. Przy kartach czas mija szybko.
Major nie kombinował, grał prosto i uczciwie. Przy akompaniamencie jego
żarcików sami szukaliśmy guza.
-?No, dobra, gwardziści! Wystarczy na dzisiaj! Już ranek! -?mówił,
odchylając się na prycz. -?Spać mi się chce! Zresztą na pewno nie macie
już pieniędzy? Wystarczy! Bo całkiem stracicie ochotę do gry! Znowu
pewnie polecicie do pułkowego chemika, żeby go ogrywać. Znam ja was!
U pułkowego chemika gra w karty się nie kleiła. Po prostu -?ani rusz!
Grało się jakoś ospale, obojętnie. Wszystko ma swój koniec. Gra w karty
się nam przejadła.
Lecz chemik pułku to światła głowa! Wałkoń i próżniak, za to potrafił
myśleć, jak mało kto. Widocznie nie trafił na pierwszą linię właśnie
dzięki swemu intelektowi. Nie to, co my, którzy leźliśmy pod kule jak
barany. Chemik również podczas walki przez cały czas wycierał kąty na
tyłach ze swymi maskami przeciwgazowymi. Nie miał wysokiej szarży. Był
raptem w stopniu starszego technika-porucznika, ale w kociołku gotował
nie biedniej generała. Gdyby nie nikczemna szarża i nie maski
przeciwgazowe, które pozostawały w jego gestii, to właśnie on, a nie
jakiś tam Dobrowolski objąłby 17 Dywizję Gwardii.
Dzwoni do nas kiedyś i proponuje, żebyśmy do niego zaszli. Zaprasza
usilnie.
-?Jest pół manierki spirytusu z zakąską -?mówi.
Widocznie zaczął tęsknić i rozbolało go serce. Wzdycha do naszej
kompanii. Skoro prosi -?trzeba iść! Obiecał, że na zakąskę podsmaży
słoniny. Skąd chemik ma słoninę? Podwędził, nie inaczej! Nie wymienił
się aby z magazynierem na maski przeciwgazowe? Zebrał w lesie porzucone
maski i przehandlował za słoninę! Ha, ha! Bo skąd by ją wziął?
Narodek na froncie jest sprytny. Coś źle położysz -?zaraz podciągną.
Potem możesz nie szukać. Słonina to nie drwa -?nie poniewiera się na
drodze w lesie. Pewnie mu się spodobaliśmy i chemik zatęsknił za naszym
towarzystwem. Bo kim my dla niego jesteśmy? Po prostu kumplami i przyjaciółmi.
Powitał nas serdecznie, z ciepłym uśmiechem. Zgodnie z obietnicą nalał,
by paroma łyczkami przemyć gardło -?po pół kubka. Po drugim podał na
stół skwierczącą słoninę na patelni. Jakby chciał nam zapchać usta
smażoną słoniną, żebyśmy ich nie otwierali i nie odbierali mu głosu w przerwach pomiędzy dyskusjami. Wszystko dlatego, iż miał zamiar uraczyć
nas czymś w rodzaju referatu.
-?Dzisiaj opowiem wam o pewnej prastarej grze -?zaczął.
Rzecz jasna nie wiedzieliśmy, jaki będzie sens jego wypowiedzi.
Wzruszyliśmy ramionami, zupełnie jakby nam zaproponowano, aby stawką w grze były wszy.
Nic nie pojmowaliśmy, a on buchał entuzjazmem. Niczego się nie
domyślaliśmy, a on się uśmiechał od ucha do ucha.
-?Teraz jest najlepsza pora -?powiedział -?aby opowiedzieć o istocie tej
oficerskiej gry. Ale pamiętajcie -?dodał przymilnym tonem -?że to
zajęcie nie tyle zabawne, co namiętne i trzymające w napięciu, to
hazard. Jesteśmy gwardzistami! Gra jest idealna dla nas! Najpierw
opowiem nie o samej grze, a że tak to określę, o przedmiocie badań.
Powinniście zwrócić nań szczególną uwagę, bowiem to ów przedmiot właśnie
będziecie obstawiać swoimi pieniędzmi. Jeśli komuś moja opowieść nie
przypadnie do gustu i wyzwoli nieprzyjemne emocje, a myślę, że wśród
ludzi o subtelnej naturze takowi się znajdą, ten zawsze może powiedzieć
z pogardą: "Ech, ty tam! Ale to wstrętne!". Radzę wam więc puścić mimo
uszu lichą część mojej narracji.
Chemik zwinął dłoń w trąbkę, wsunął tam usta i wydał głośny dźwięk tak,
że nie zrozumieliśmy, skąd tak naprawdę się wyrwał. Zaryczał niczym
stara zardzewiała trąba. Następnie wytwornym i pretensjonalnym ruchem
wyjął chusteczkę do nosa i otarł wargi. Inteligentny człowiek zawsze
powinien mieć w kieszeni chustkę. Nie to, co my. Przyłożył do warg
chustkę do nosa, choć mógł to zrobić po prostu papierem.
W ziemiance u chemika było gorąco i duszno. A jeszcze doszedł do nas
zapach zepsutej kiszonej kapusty.
Zakaszlawszy kilkakroć, aby skupić naszą uwagę na sobie i żeby odciągnąć
nasze myśli od żucia twardej skóry ze słoniny oraz zapachu, który wisiał
teraz pod sufitem, chemik kontynuował swój wykład:
-?Z punktu widzenia nauki i historii wesz to nieodłączny towarzysz
każdej wojny. Opowieść o wszach należy zaczynać od dawnych czasów.
Innymi słowy, trzeba ją rozwinąć historycznie. Wesz, jako żywą istotę
stworzoną przez Boga, należy poznać myślowo, czyli intelektem, a nie
wydrapywać ją sobie spod sznurka w gaciach, jak to czynią nasi
żołnierze. Powodowani brakiem wiedzy, rozgniatają oni wesz na łopacie
paznokciem. Po łacinie nazwa wszy brzmi pediculus -?kontynuował
chemik.
-?To jakby damska torebka2, którą damulki noszą pod pachą! -
powiedział ktoś, by wykazać się znajomością zagranicznego słownictwa.
-?Tu torebka, a tu pediculus! Jest różnica? Czujesz? -?poprawił go
chemik. -?Pediculus Potapienko! W języku lekarzy oznacza to, że jesteś
wszawy Potapienko.
-?Jasne! -?bąknął Potapienko. -?Nie wiedziałem!
I zamyśliwszy się, podrapał się w tył głowy.
Weźmy na przykład dane z tysiącleci! -?mówił dalej chemik. -?Człowiek
pojawił się na ziemi sześćset tysięcy lat temu. A wesz już istniała i czekała na niego. Trzydzieści tysięcy lat temu ludzie wynaleźli kamienne
topory, a wszy gryzły im włochate karki. Dziesięć tysięcy lat przed
naszą erą pojawiły się szlifowane krzemienne topory. Jednakże na ich
polerowanej powierzchni nauce nie udało się odkryć śladów rozgniecionych
wszy. Lecz oto cztery tysiące lat przed naszą erą w Egipcie, którym
wówczas władali faraonowie -?a to już naukowcy dokładnie ustalili -
znalazły się rozetki i amulety z trupami zasuszonych wszy. Tak, tak! W amuletach odkryto zasuszone trupy wszy faraonów. Damy z wyższych sfer
również zbierały na sobie robactwo. Kawał czasu! Cztery tysiące lat!
Oto, kiedy ludzkość po raz pierwszy przyznała, że dopiekają jej i żrą ją
wszy i pchły.
Chemik umilkł i podrapał się za uchem. Potem poskrobał się po piersi i pod paskiem spodni i nad czymś się zamyślił.
-?Był sobie kiedyś król, pchła po nim łaziła... -?zaśpiewał aksamitnym
głosem.
Chemik był mądrym człowiekiem. Nalał nam jeszcze. Takich niebiańskich
teorii nie należy wykładać w jednym rzucie, jeśli słuchaczom z nadmiaru
uwagi zaschło w gardłach. Konieczne jest, by audytorium odsapnęło,
poczuło, przemyślało i przetrawiło usłyszane, wczuwając się w istotę
idei. I żeby poczochrało się po karkach.
Dzisiaj nawet nie śmiesz pomyśleć o czymś takim, ale wtedy na wojnie
wszy były rzeczą naturalną i powszednią. Choć dzisiaj nie mamy na sobie
owych stworzeń, to jednak od czasu do czasu zdarzy się nam, że się
drapiemy.
Chemik ma rację. Drogi wojny były usłane nie tylko naszymi trupami, ale
na zachód szły po nich wraz z wojskami także i wszy. Wszy były dumą
narodową nie tylko Rosji, ale i Wielkich Niemiec.
Zima to najsurowszy i najbardziej wszawy okres w roku. Wszy pojawiają
się wraz z pierwszym śniegiem i znikają wraz z pierwszym oddechem
wiosny. O zawszeniu armii niemieckiej można snuć odrębną opowieść.
Wziętych do niewoli przesłuchiwaliśmy na okoliczność spraw wojskowych i rozmaitych tajemnic oraz grzecznie zadawaliśmy im pytania o wszy.
Odpowiadali dość szczegółowo i drapali się przy tym. Do Niemców wrócimy
potem. Przypomniał mi się jednak pewien epizod, który chcę wam
przytoczyć, zanim zapomnę.
Wszy to wszy! Sługi narodu! Sługi zimna, głodu, ludzkich cierpień i okropności wojny. Pamiętam pewną rozmowę żołnierzy na pierwszej linii.
Siedziałem obok w okopie i wypatrywałem Niemców.
-?Braciszkowie, jakoś zupełnie nie ma na mnie wszy! Niedawno uciekły!
-?Ech, kiepsko z tobą!
-?Niby dlaczego?
-?Kiedy tonie statek, pierwsze uciekają szczury! A szczury są jak wszy!
No i uciekły od ciebie!
-?No i co?
-?Jak to, co? Jutro cię utłuką!
-?Akurat!
-?Będziesz miał akurat! Wesz bez przyczyny nigdy żywego nie porzuci! To,
braciszku, nie baba, która nie poleci do drugiego, pókiś żyw!
-?To dlaczego ode mnie uciekły?
-?Powiedziałem ci! Jesteś już nieboszczykiem!
-?To co mam robić?
-?Żołnierz nie może istnieć bez wszy!
Gdyby nie wykład chemika, nie wspomniałbym tej rozmowy. Lekcja zawsze
naprowadzi coś na myśl i przypomni o czymś, co przeżyłeś, o jakichś
faktach. Pamiętam, jak przed wojną na uczelni sprawdzano nas na
okoliczność wszawicy. Na porannym apelu wszystkim ustawionym w szyku
starszyna kazał wywracać kołnierzyki na lewą stronę, po czym chodził i uważnie przeglądał każdy szew.
My, ludzie radzieccy, przywykliśmy do wszystkiego. Od małego
przyzwyczailiśmy się do brudu, zimna i głodu. Zaś na niemieckich
żołnierzy strach było patrzeć. Już pierwszej zimy utracili wstyd i ludzką godność. Drapią się w chałupie przy damach (znaczy się przy
babach), rozgniatają wszy przy jedzeniu.
Co tam dalej chemik opowiadał o wszach i o wojnie -?nie słyszałem,
ponieważ wpadłem w zadumę. Przypomniał mi się wtedy jeszcze jeden
ekstrawagancki przypadek. Kiedy siedzi się na lekcji, to zawsze myśli
się o czymś innym. I właśnie dlatego w pamięci odżyło mi owe niezwykłe
zdarzenie.
Pamiętam szpital i pewnego młodego porucznika. Leżał w gipsie z przestrzelonym biodrem. Nie wolno mu było się ruszać. A on miotał się i jęczał nie z bólu, a z powodu wszy, które się u niego zalęgły i gryzły
go pod gipsem. Odchodził od zmysłów z powodu tego, iż nie można było
rozciąć gipsu i wygnać stamtąd wszy. Prosił i błagał lekarzy, aby coś
zrobili i przerwali jego straszliwe męczarnie.
Chłopaki, poruszający się na kulach, przynosili mu z ulicy fragmenty
przewodów i kawałki drutu. Wyginał je w pętlę, wsuwał pod zagipsowaną
szynę i drapał się, przeganiając wszy z zagrzanego miejsca. Usiłował je
podważyć i wyciągnąć na zewnątrz, ale one wpełzały głębiej i gryzły
jeszcze mocniej.
-?Włażą dalej! -?krzyczał i patrzył nam w oczy.
Nie dawał nam spokoju ani w dzień, ani w nocy. Leży porucznik -?młody
chłopak, kręci głową, patrzy otępiały, jęczy, zgrzyta zębami, a lekarze
go uspokajają:
-?Pocierp, kochanieńki! Pocierp jeszcze troszeczkę! Teraz nie wolno
ruszać gipsu na nodze!
Któregoś razu na obchodzie pojawił się lekarz, taki żwawy staruszek. Pod
białym fartuchem nie było widać stopnia. Porucznik poskarżył mu się na
swój los i straszną mękę. Dziadek obejrzał gips, zrugał stojących za
plecami lekarzy i kazał wieść porucznika na salę operacyjną.
Gdybyście go zobaczyli, kiedy wrócił na salę ze szczęśliwym licem i radosnym promiennym uśmiechem! Uwolnił się od swoich męczarni. Zapomniał
o bólu i o swojej ciężkiej ranie.
Przesądni twierdzą, że wszy lęgną się ze zgryzot i nieszczęść. Przyszło
mi wiele przemielić w pamięci, zanim ustaliłem, gdzie i kiedy po
przybyciu na front nasza kompania po raz pierwszy złapała wszy. Po
zestawieniu pewnej liczby faktów doszedłem do wniosku, że kompania
zaczęła się drapać, kiedy weszliśmy w skład 119 Dywizji Strzelców. W 297
Samodzielnym Batalionie Broni Maszynowej i Artylerii Frontu Zachodniego
karmili nas do syta. Jak widać, wtedy nasi zaopatrzeniowcy nie umieli
jeszcze kraść. W batalionie wszyscy byli nowy, z Moskwy. W owym okresie
nie mieliśmy wszy. Gdy tylko jednak trafiliśmy do jednego okopu z żołnierzami z dywizji syberyjskiej, to od razu siorbnęliśmy cienkiej
bałandy i kompania zaczęła się drapać.
Mówią, że wszy biorą się także z głodu. A co my tu mamy? Wojna! Okopy!
Śmiertelny strach! Intendenci złodzieje! Głód i wszy!
Nie chcę tu opowiadać o czymś szczególnym. Nic nie ubarwiam i nie
upiększam. Opowiadam o tym, co się wydarzyło, ponieważ należy założyć,
że nasze życie nie potrwa wiecznie. Może się skończyć w każdej chwili.
Nie ma najmniejszego sensu, abym ukrywał cokolwiek z przeszłości i zabierał ze sobą do grobu tajemnice życia piechoty.
Mogę to uściślić. W okopie nie tylko złapaliśmy wszy, ale ich szczególną
i okrutną syberyjską odmianę, odporną na mrozy. Tym samym wszy
zadomowiły się szybko na naszych moskiewskich kołnierzykach, rozpleniły
się i rozszalały niczym nasze ówczesne nowe pułkowe naczalstwo.
Drapieżnością i krwiożerczością wszy przechodziły same siebie. My
ginęliśmy pod kulami i pociskami, a one żarły nas za to, że nie szliśmy
zdecydowanie do przodu i dreptaliśmy w miejscu.
Zachodnioeuropejskich i tym bardziej zamorskich gatunków z owymi
syberyjskimi wszami porównać się nie da.
Syberyjskie wszy są złe i drapieżne niczym syberyjskie mrozy, wściekłe
niczym psy z tajgi, dzikie jak rodowici Sybiracy. Niczym przed
wąglikiem, nie uciekniesz przed nimi nigdzie. Nie mogły się z nimi
równać żadne bawarskie, pruskie i wszelkie inne niemieckie i zagraniczne
gatunki.
Na przykład niemieckie Lausbube z czarną plamką i pasemkami w przedziałek, które od dziecka nosili z dumą niemieccy żołnierze, od razu
zgubiły czystość rasy i krwi i zatraciły, że tak powiem, rodowód,
ponieważ już w pierwszą zimę czterdziestego pierwszego skrzyżowały się z leniwym i karłowatym gatunkiem twerskim. Niemcy nie zachowali rasowej
czystości swoich wszy. I wszystko dlatego, że nie byli w stanie siedzieć
i spać w śniegu. Trzeba im było nagrzanych chałup. Włazili pod nabite
pierzyny i na miękkie puchowe poduszki, pod kołdry, uszyte w owych
czasach z pstrokatych kawałków i różnokolorowych klinów. Czyli czegoś w stylu naszego pułkowego dowództwa.
Niemcy, rzecz jasna, mogą oponować, iż wszy złapali na wojnie, a wcześniej ich nie mieli i że owej rozkoszy nabawili się podczas
zwycięskich pochodów. Lecz my ze starych ksiąg wiemy, że Lausbube
istniały od zawsze. Czy aby nie zamieszkały u nich od czasów Fryderyka
Wielkiego?
Niemcy przeszli przez całą Europę. Nagrabili się od serca, ile wlezie.
Tu i ówdzie wynieśli ostatnią wesz. A kiedy maszerowali po przestworach
Rosji, owych żyjątek mieli ze sobą w nadmiarze.
I teraz, kiedy nastąpiło zacisze, gdy cały front zawaliło mokrym
śniegiem, dumali o pochodzie na Rosję i na pewno się drapali.
Nasi żołnierze siedzą teraz na pierwszej linii i bez pamięci ganiają
wszy. My, młodsi oficerowie, wysłuchujemy wykładu o teorii żyjątek.
Zajmujemy się łączeniem idei i praktyki, czyli ludzkim doświadczeniem. A nasi dowódcy, ci o wyższych stopniach, otrzymawszy czystą bieliznę,
chłoszczą się w baniach brzozowymi miotełkami. Każdemu swoje!
Chemik pułku po lekcji proponuje nam urządzenie seminarium -?grę na
pieniądze za pomocą własnych wszy.
Chcecie poznać szczerą prawdę o wojnie? Bez żadnych tam upiększeń i "ura!"? Mogę wam co nieco opowiedzieć.
Wspominam pogodną osobę pułkowego chemika. Człowiek był z niego
tchórzliwy, lecz powiem wam, że o szlachetnej duszy, choć prawdą jest,
że przez cały czas siedział na tyłach i trząsł się o własną skórę.
My zaś, młodzi, nie mieliśmy wtedy przeszłości, a teraźniejszość była
pozbawiona nadziei i smutna. A świetlanej przyszłości nie było w ogóle.
Przed nami czekała krwawa droga, którą musieliśmy przejść i na której w każdej chwili czaiła się śmierć. Gnano nas i popędzano. I chyba właśnie
w tym tkwił wyższy zamysł całej tej wojny.
Początkowo było dla nas niepojęte, dlaczego mamy zniknąć z oblicza
ziemi. Lecz potem stopniowo przyzwyczailiśmy się do tej myśli i co nieco
zaczęliśmy postrzegać i rozumieć inaczej. Szliśmy i trzęśliśmy swoimi
wszami. Wszy były dla nas nagrodą -?czymś w rodzaju medalu czy orderu. I żeby zapomnieć o niesprawiedliwości, zaczęliśmy skrobać się po karkach,
rozglądając się na boki. Z czasem, w obliczu ciągłego zagrożenia
śmiercią, przebudziła się w nas świadomość poczucia godności i zdolność
do posłania wszystkiego w diabły.
Teraz zaś, gdy nie było co robić, kiedy mokry śnieg zalepił wszystkim
oczy, siedzieliśmy u chemika i zabijaliśmy czas.
Nie uczestniczyłem w grach hazardowych. Na froncie zgubiłem duchowe
źródła hazardu. Krwawe lata wojny i rozpaczliwa tęsknota za normalnym
życiem zdominowały mnie. Rozumny człowiek nie będzie zabijać czasu.
Zresztą, co to za przyjemność gnieść łapami wytarte karty z wypacykowanymi damulkami i utytłanymi królami?
Podczas wojny byliśmy odcięci od życia i zewnętrznego świata. Jedną nogą
staliśmy w grobie, a w drugą drapaliśmy się pod kolanem przez wszy. Na
co mógł liczyć kompanijny oficer?
Była wśród nas jedna świetlana osobowość -?chemik pułku. Gdzie on się
teraz podziewa? Oto, kto miał szybkie i zwinne wszy. Po pułku chodziły
wręcz słuchy, że za dziesiątaka sprzedawał innym po parze swoich wszy do
rozmnożenia.
-?Masz, bierz! -?mawiał. -?Nie pożałujesz!
I znacząco unosił palec wskazujący.
-?Sadzaj ostrożnie! Gdzie pchasz? Sadzaj pod pachę! Nie uszkodź jej
nogi! Za parę dni możesz nimi grać!
Niektórzy obżarci intendenci mieli leniwe wszy, brzuchate, na krótkich
nóżkach, z tłustymi obwisłymi zadami. A u chemika odwrotnie -?szczupłe,
chude wręcz, z długimi i silnymi nogami niczym u długodystansowych
biegaczy.
Namacasz taką leciutko pod pachą -?bierz delikatnie, żeby nie zgnieść
nóżki! Nie trzymaj na zimnym stole! Może się przeziębić! Puść ją lepiej
dla próby, żeby pobiegała po ciepłej dłoni. Od razu wszystko można
dowiedzieć się o niej po tym, jak szybko biegnie i jak porusza nóżkami
na świetle. Nada się? Można na nią postawić pięćdziesiątaka? Czy może
lepiej zaczekać? I wyjąć drugą? Nie zawsze przewidzisz, kiedy wygarniesz
odpowiednią!
Statystyka gry jest nieubłagana. Jeśli twój rywal jest łysy i posunięty
w latach, jeśli zaokrąglił mu się kałdun i jeśli fizjonomię goli mu
pułkowy fryzjer Jośka Katz, to o jakiej przyzwoitej prędkości i chyżości
możemy tu mówić? Po ciele pełzają mu ociężałe stworzenia. Oczywiście
łapy go swędzą. Ma chętkę na wygranie cennego zdobycznego cacka.
Obrączki albo papierośnicy. O zegarku na siedemnastu kamieniach nawet
nie wspominam. Podczas gry nie może liczyć na sukces swych wolnobieżnych
wszy. On również chce walczyć szybkimi i zwinnymi wyżłami. No i płaci
chemikowi po czerwońcu za każdą parę.
-?A teraz o samej grze! -?usłyszałem głos chemika, odrywając się od
własnych przemyśleń.
-?Jeśli na pryczy rozłożymy czystą pałatkę i wygładzimy ją ręką, a tutaj
z brzegu narysujemy ołówkiem prostą linię, to ta linia będzie dla wszy
startem.
Chemik wygładził dłonią pałatkę i na samym krańcu narysował kreskę.
-?A tam -?powiedział -?na drugim końcu, oznaczymy ołówkiem linię mety. I wszystko gotowe do gry! Jeśli ktoś chce zagrać, proszę wrzucać do banku
po dwadzieścia pięć rubli. Każdy wyciąga spod koszuli wesz i na moją
komendę stawia ją na linii startu. Po komendzie "marsz!" wszyscy
wypuszczają swoje wszy. Podnoszę zapaloną łuskę do skraju pałatki i wszy
uciekną przed ogniem w ciemność. Nie skręcą ani w lewo, ani w prawo.
Będą gnać tylko przed siebie. Zostało to niejednokrotnie udowodnione i dokładnie sprawdzone. Czyja wesz szybciej dobiegnie do linii mety, ten
zgarnia z banku trzykrotność stawki. Ale pamiętajcie! Z każdym nowym
biegiem rośnie ogólna suma w banku. Zaczynajcie od małych sum, a potem
możecie obstawiać setkami.
Byliśmy zachwyceni! Porażeni! Jakaż logika! Jaka znajomość historii!
Takiego człowieka należy do końca wojny chronić i oszczędzać! Jakież on
potem wszy i gnidy rozmnoży!
Wszy, które nas do tej pory żarły i gryzły, teraz nabrały dla nas
wyjątkowo cennego znaczenia i zyskały, że tak powiem, wartość grywalną i pieniężną. Dobra wesz była teraz w cenie. Mogła wzbogacić każdego
zawszonego oficera. Tak, tak! Ozłocić, jeśli wolicie! A to dlatego, że
poza pieniędzmi, zdobycznymi zegarkami i rozmaitymi cackami i przedmiotami, do banku wrzucano złote pierścionki, bransolety i łańcuszki. Stawiano także niemieckie papierosy, kolorowe latarki,
scyzoryki, brzytwy "Solingen", pędzle z naturalnego włosia, grzebienie,
paczki rosyjskiej machorki, słoninę i konserwy. Tak więc, posiadając
szybką i zwinną wesz, można było wypić i zakąsić.
Każdy miał nadzieję, że to właśnie jego wesz jako pierwsza dobiegnie do
linii mety i pół manierki spirytusu, postawione przez intendenta,
dostanie się jemu.
Nie liczyliśmy na to, że dożyjemy końca wojny. Świecidełka i złote
pierścionki nie były nam do niczego potrzebne.
Bywało jednak i tak: wesz biegnie, biegnie, no i nagle weźmie i stanie.
Zatrzyma się na środku drogi i stoi. Właściciel wychodzi z siebie.
Potrząsa kułakami. Klnie na czym świat stoi. A ona, ścierwo jedne,
zamiera w pół drogi i odpoczywa. Ten z wściekłości rozgniata ją
paznokciem. Wesz głucho chrupnie i pęknie, a na pałatce zostaje plama z czarnej rozmazanej krwi.
Świetnie się bawiliśmy. Oto jednak któregoś razu do dywizji przywieźli
czystą bieliznę. Żołnierzom i kompanijnym oficerom rozgrzano banie.
Przywieźli i ustawili odwszalnie. To coś na kształt skrzyni na sankach z bali, równe rozmiarem wzrostowi człowieka. Ładuje się tam żołnierskie
mundury i gotuje w wysokiej temperaturze. Pod skrzyniami są w tym celu
zrobione specjalne paleniska. Po bani wszystkich żołnierzom i nam
urządzono dezynsekcję. Tam, gdzie rosły u nas włosy, długim pomiotłem
wymazano nas cuchnącą mazią z wiadra. Potruli wszystkie wszy. Chemik
pułku wzdychał:
-?Jaka szkoda! Zepsuli taką zabawę!
Przez jakiś czas faktycznie nie mieliśmy wszy.
Rozdział 20 -?Przegrupowanie (luty 1943 roku)
Rozdział 20
-?Przegrupowanie
(luty 1943 roku)
Życie w lesie, gdzie stały pułkowe sztaby i tabory, szło swoim rytmem. Krzątanina zaczynała się z rana, kiedy
budziło się dowództwo. Przez długą zimową noc ogłupiałe od sadzy,
spalenizny, gorąca i zaduchu, pułkowe naczalstwo wyłaziło na zewnątrz z cieplaków, aby zaczerpnąć świeżego powietrza, strząsnąć odrętwienie i senność, opłukać się zimną wodą. Nowy dzień zaczynał się od ziewania,
przeciągania i drapania się. W lesie słychać było głębokie westchnienia,
charczący kaszel, wymyślania i chrapliwe głosy. Jeden drapał się za
uchem, patrzył w górę przez czubki drzew na szare przebłyski nieba,
bezdźwięcznie poruszał wargami i usiłował dociec:
-?Jaka dziś będzie pogoda? Niemcy będą bombardować?
Drugi przeciągał dłonią po nieogolonym podbródku, krzywił kąciki ust,
marszczył czerwony nos i w zadumie ogłaszał:
-?Będą!
Z żołnierskiego cieplaka wypadał na zewnątrz zaspany i na wpół senny
żołnierz, drapał się pod koszulą, za pazuchą, ganiając dokuczliwe wszy,
po czym komunikował zachrypniętym głosem:
-?Dzisiaj Fryce nie będą latać! Koło obiadu powinien sypnąć śnieg! O,
jak niebo zaciągnęło! Będziecie się myć, towarzyszu kapitanie gwardii?
Kapitan wyciągał ręce. Żołnierz czerpał menażką lodowatą wodę z beczki,
lał i mówił przy tym:
-?Niech się myją! Drapać im się nie chce!
Polewał szefostwu ręce, nie żałując wody. Pułkowi chlapali i prychali,
stękali jak baby i spozierali na żołnierza. Dopiero teraz docierał do
nich zamysł jego słów. Z czego ten uprzejmiak jest niezadowolony? Zaczął
kręcić nosem. I jakoś tak chlusta gdzie popadnie. Nie zabawia się aby?
Ale żołnierz ani myślał żartować. Tak mu się tylko wyrwało, jako że był
na wpół śpiący. Czerpał i polewał, starając się wszystkim dogodzić.
Człowiek nie będzie żartować z własnego życia. Któż ma ochotę, by iść na
śmierć? A stąd szybciutko odprawią na pierwszą linię. A tam to już nie
kino. Żołnierzy wysyła się tam, aby umierali.
Starsi stopniem oficerowie mieli swoich osobistych, jak to można
określić, ordynansów. Już od progu dźwięcznie dawali głos. Ordynansi,
usłyszawszy mowę, podskakiwali i biegli na dźwięk słów "samego". Spróbuj
tylko nie zdążyć, potknąć się, popełnić błąd -?pod wieczór zwiniesz
manatki i podrepczesz na pierwszą linię. Tu na tyłach pułku trzeba
pilnie nadstawiać ucha, tu są potrzebni obrotni i roztropni ludzie.
Popatrzysz na takiego wojaka z pierwszej linii, a on dla pułkowych
oficerów ma zero uwagi. Nie odwróci głowy, gdy zawoła go własny oficer.
Pułkowe naczalstwo rozprostuje zastygłe mięśnie, odświeży się zimną
woda, podje, popije z rana dla własnej uciechy, rozejdzie się po
ziemiankach i cieplakach i ucichnie na cały dzień. W lesie zapanuje
cisza i spokój. Słychać tylko pobrzękiwanie stalowych wędzideł przy
uzdach u pułkowych koni, żujących siano i dobiega odgłos uderzeń toporów
-?to pułkowe żołnierzyki wzięły się za piłowanie i rąbanie drew.
Minie nieco czasu i obrazek w lesie ulegnie zmianie. Dla żołnierzy
również nastąpi długo wyczekiwana chwila. Kucharz zdejmie pokrywkę z kuchennego kotła, postuka chochlą po jej bokach, zamiesza żołnierską
lurę i ockną się szare szynelki. Tuż obok, na okrągłym pieńku, jak na
szafocie, rąbią nie głowy, a zamarznięte bochenki chleba -?i lecą wokół
lodowate odpryski.
Żołnierze, rzuciwszy robotę, biegną, łomocząc menażkami śpieszą się do
kotła. Przy saganie zebrał się tłum, wszyscy lezą do przodu, popychają
się nawzajem -?żadnego porządku! Po zmrożonym chlebie i gorącej
pochlipce można przysiąść i zapalić. Tak mija dzień za dniem u pułkowych, sztabowych, tyłowych i taborowych żołnierzy i oficerów.
Kompanijny sierżanci wracają nad ranem polegując w saniach. Nie chodzą
przy samych saniach, nie pociągają za lejce, jak to robią pułkowi
taboryci. W lesie, na oczach dowództwa tyłowi wozacy bali się jeździć w saniach, więc kroczyli obok, popędzając konie. Trzeba przestrzegać
ustalonych porządków. Lecz wystarczy, że tylko wyjadą na leśną drogę,
już rozsiadają się na podwodach. Dbają o etykietę!
Życie pułkowego tyłownika toczy się własnym rytmem. Nie przypomina życia
żołnierza z pierwszej linii. Jedni i drudzy inaczej wyglądają i inaczej
chodzą. Mają różne spojrzenia i inny wyraz twarzy. Jeden żyje na ziemi
ze śmiercią za pan brat, drugi gnie kark, starając się dogodzić, aby nie
wylecieć z hukiem do okopu. U jednego życie jest jak dzień, u drugiego
niczym minuta.
Pogoda w lutym jest kapryśna, zmienia się każdego dnia. Raz chłodno i mroźnie, śnieg skrzypi pod nogami, wyje wiatr, a jutro nagle zrobi się
cieplej, zadzwonią krople topniejącego śniegu. I wszystkimi kolorami
tęczy zapłonie w nich zimowe słońce.
Gdy przyjrzeć się życiu w lesie, odnosi się wrażenie, że wszystko niby
idzie własnym trybem. Ale przyjrzysz się jeszcze raz i rzuca ci się w oczy jakiś skryty ruch. Nie ma jawnych oznak, nie widać niepokoju, ale
zauważasz coś niezwykłego w życiu pułku.
Na pierwszą linię przestali przywozić amunicję. Kompanie otrzymały
rozkaz pogłębienia okopów i doprowadzenia ich do porządku. Żołnierze
leniwie i z niechęcią dłubali w ziemi łopatami.
Któregoś razu z lasu odjechał niewielki tabor wyładowany dobytkiem.
Kolejnym kazano naprawiać uprząż i zbierać sprzęt. Nigdy się tak jeszcze
nie zdarzało, aby przy przewlekłej obronie zaczynali przetrząsać
wszelkie graty i rupiecie. Przegrupowanie dywizji trzymano w ścisłej
tajemnicy. Na wszelki wypadek! Sztabowcom nic nie mówiono. Jednakże
pomału zaczęliśmy dostrzegać, że tyły pułków szykują się do odjazdu.
Dywizyjny weterynarz, nasz główny konował, obwieszony odznaczeniami i orderami, dostał ochrzan za to, że pułkowe konie nie zostały przekute.
Chemik pułku o mały włos nie poleciał ze stołka, ponieważ nie zebrał
rozrzuconych po lesie masek przeciwgazowych. Ranni, przychodzący z pierwszej linii, rzucali je byle gdzie -?a to pod świerk, a to wieszali
na gałęzi albo po prostu ciskali byle dalej w śnieg. I tak oto zaczęli
sprawdzać jedne służby za drugimi, stawiając je do pionu. Nie ruszali
tylko ludzi z pierwszej linii.
A gdy majora Maleczkina zapytano o liczbę ludzi3 i wyposażenia
technicznego, stało się jasne, że dywizja szykuje się do przemarszu.
Niemieckie lotnictwo nie latało. A dni były jasne i słoneczne. Niemcy
mogliby zauważyć, jak po tyłowych drogach pociągnęły tabory, jak na
pierwszej linii zakrzątnęli się żołnierze. Niemcy jednak nie
przypuszczali, że w takie roztopy przejdziemy do natarcia.
I oto któregoś razu w miejsce, gdzie rozlokowane były nasze tyły,
przyszli żołnierze jakiejś innej dywizji. Nasi taboryci nagle zerwali
się z miejsca, zaczęli biegać i odjechali gdzieś za las.
Następnego dnia na pierwszej linii przeprowadzono luzowanie. Zostawiwszy
po sobie sterty śmieci, porwanych szmat i odpadków, dywizja wyszła z lasu i zaczęła obchodzić bokiem linię frontu. Dokąd szliśmy, nie
mieliśmy pojęcia.
Posuwając się nocami, w ciągu dnia za każdym razem zatrzymywaliśmy się
na postój. Podczas całego naszego marszu nocne niebo rozświetlały
rozbłyski ognia artylerii. Gdzieś w oddali słychać było huk i uderzenia
ciężkich pocisków. A to narastały, przybliżały się, to znowu oddalały
się.
Ostatnia noc była jasna i mroźna. Powoli i ze zmęczeniem posuwaliśmy się
po leśnej drodze. Na prawo od nas pojawiła się jeszcze jedna droga. Po
niej równoległym marszem pełzły pułkowe tabory i zaprzęgi artyleryjskie.
Również tamtędy szła pułkowa brać rozmaitej maści. Kompanie strzeleckie
i kompanie karabinów maszynowych maszerowały oddzielnie z boku.
Skraj lasu, po którym wędrowaliśmy, skończył się i droga skręciła w krzaki. Minąwszy je, nieoczekiwanie znaleźliśmy się na skrzyżowaniu
dróg.
Dostrzegłem, iż na poboczu drogi stoi nieduża grupa ludzi. Nieopodal -
wyściełane sanie, a nieco dalej ruiny wsi. Te same wyścielane sanie,
które przemknęły, wyprzedzając tabory.
Podeszliśmy bliżej i ujrzeliśmy dwóch dowódców w otoczeniu ochrony.
Rozmawiali o czymś, wskazując w naszą stronę.
Maleczkin jechał za nami konno. Zauważywszy dowództwo, od razu się
ożywił i kłusem podjechał do przodu. Major zwinnie zeskoczył na ziemię,
poprawił pas, uniósł się na czubkach butów, zasalutował i stuknął
dźwięcznie ostrogami. W biegu zdążył ściągnąć rękawiczki, musnął palcami
skroń i zrobił krok w bok. A ja, jak szedłem, tak i szedłem. Pomyślałem,
że może to jego znajomy. Podeszliśmy bliżej i zatrzymaliśmy się. Dopiero
teraz zrozumiałem, że przed nami stoi wyższe dowództwo. Po raz pierwszy
zobaczyłem naszego nowego dowódcę dywizji, pułkownika Kwasznina. Zmiana
na stanowisku dowódcy dywizji nastąpiła w grudniu czterdziestego
drugiego. I oto po dwóch miesiącach ujrzeliśmy go na własne oczy. Stał w otoczeniu swojej osobistej ochrony. Dosłyszałem jego głuchy głos.
-?Ty znowu palisz? -?zapytał, zwróciwszy się do żołnierza ochrony. -
Dopiero co rzuciłeś i znowu dymisz! Popatrz no na siebie, cały żeś
zielony, a papieros znowu w gębie!
Zerknąłem na żołnierza w nowym półkożuszku, który stał, palił i z jakiegoś powodu się uśmiechał. Nam, oficerom batalionu, do palenia
wydawano machorkę. A ten stał i pykał papieroska.
Spojrzałem na majora Maleczkina, który stał bez ruchu. Czekał, co powie
mu pułkownik. Obok Kwasznina stał młody kapitan. Jak mówiono w pułku,
był to Kawierin, ulubieniec, którego Kwasznin przywiózł ze sobą do
dywizji. Poszły nawet słuchy, że był to jego nieślubny syn.
Kapitan uniósł brew i popatrzył na żołnierzy kompanii karabinów
maszynowych. Nie spodobało mu się coś w wyglądzie zewnętrznym naszych
wojaków. Odwrócił się w stronę Maleczkina, wydął dolną wargę i lekceważąco, a wręcz z pogardą, właściwą dla młodych, wygłosił:
-?Co to za gwardziści? Ani jednej choć trochę godnej jednostki! Ani
postawy, ani wojskowego wyglądu. Rozlazłe u ciebie wojsko, majorze!
Stojąc obok, mimowolnie wyprostowałem plecy i wydałem naszym żołnierzom
komendę "baczność". Obudziła się moja postawa defiladowa, którą
zaszczepiono mi musztrą w szkole oficerskiej. Żołnierze kompanii broni
maszynowej zakołysali się ciężko i zamarli w miejscu.
Chciałem pomóc majorowi w wyplątaniu się z niezręcznej sytuacji. Dla
mnie jasne było jedno -?że zewnętrzny wygląd naszych żołnierzy o niczym
nie stanowi i nie ma żadnego znaczenia. To frontowi żołnierze,
sprawdzeni przez czas i ogień. Na nich trzyma się front, jeśli chcecie.
Lecz niezadowolenie kapitana mogło odbić się na służbowej pozycji
naszego majora.
A ja? Porucznik! W dywizji z twarzy mało kto mnie zna. Inna sprawa major
Maleczkin! Moja rola to orka na pierwszej linii. Przesiadywanie z żołnierzami w okopach. Na moje miejsce amatora nie znajdziesz. Kapitan
nie może zepsuć mi kariery. Ale kombatowi Maleczkinowi może już poważnie
zaszkodzić.
Wypadnie z szeregu jeden z dowódców pułków, a Maleczkin to pierwsza
osoba, aby przejąć pułk w miejsce nieobecnego. Kapitan Kawierin był
oddelegowany do sztabu dywizji, ale przez cały czas był przy Kwaszninie
i ukrywał fakt, że sam mierzy w pułk. Młody, no i z tych pierwszych!
Kwasznin i on sam liczyli przy tym, że jest wyjątkowo uzdolniony i błyskotliwy. Oto, dlaczego postanowił przy pierwszym spotkaniu usadzić
naszego majora i ustawić go na miejscu. Niech no się tylko Maleczkin
potknie na jakimś głupstwie, wtedy żadną prawdą nie udowodnisz, żeś nie
wielbłąd. Wystarczy, że jeden czy drugi szepnie coś o majorze i masz jak
w banku, że droga do objęcia pułku jest zamknięta. Jeśli odwróci się od
niego sztabowa brać, jeśli straci przyjaciół i ludzi życzliwych, można
przyjąć, że w tej dywizji już po majorze pozamiatane. Szepną, komu
trzeba, że jest niepewny i chwiejny moralnie i zostanie z piętnem
nieudacznika.
Kwasznin najwyraźniej zauważył, że kapitan gada nie tak, jak należy.
Dostrzegł, że Kawierin próbuje podkopać majora. Rzucił na niego szybko
okiem i Kawierin, niezadowolony z tego spojrzenia, zrobił głupią minę i nadął wargi.
Zewnętrznie cekaemiści zawsze różnili się od strzelców. To byli rośli,
silni i wytrzymali żołnierze. Byli wśród nich i chuderlacy, ale w większości to były silne chłopy. Tak więc kapitan na próżno uczepił się
Maleczkina. To wszystko było dęte. Zapewne nigdy wcześniej nie widział
prawdziwych wojaków "z przodka".
Kwasznin obrzucił wzrokiem stojących na drodze żołnierzy -?w przechodzonych szynelach, brudnych, nieogolonych i ponurych. Zakaszlał,
dając znać kapitanowi, aby ten nie pchał się ze swymi uwagami tam, gdzie
nie trzeba -?tak sądziłem. W tym konkretnym przypadku to nie wygląd
zewnętrzny interesował dowódcę dywizji. Nie w nogę i nie na paradę szli
nasi żołnierze. Z przodu czekała na nich śmierć i dowódca dywizji chciał
poznać duch żołnierzy.
Stałem i na tle białych krzaków i szarego pobłyskującego nieba widziałem
przed sobą pułkownika, kapitana, ochronę w nowych półkożuszkach,
wyściełane saneczki i nakrapianego ogiera. Patrzyłem na nich i myślałem:
"Co oni wiedzą o żołnierzach, o nas, o wojnie".
Przed nimi na wietrze kołysały się szare wytarte szynele, które nie mają
tak zadbanego wyglądu, jak u żołnierzy ochrony, stojących za plecami
pułkownika Kwasznina. Oni nie od razu pojęli, że stoją przed nimi
prawdziwi wojacy z pierwszej linii, którzy utrzymują front na własnym
grzbiecie, którzy prowadzą wojnę. W ich pojęciu żołnierz -?to jeden z ochroniarzy o wielkiej mordzie i w nowym półkożuszku. Przyglądali się
nam. A my uparcie, spod oka, patrzyliśmy na nich. I czekaliśmy na
rozkaz, aby czym prędzej stąd odejść.
Kwasznin chciał popatrzeć na tych, którzy przesiąkli spalenizną trotylu,
na tych, którzy nabawiali się kalectwa i umierali na pierwszej linii.
Tych, którzy swoją krwią zdobywali sławę dla niego i całej jego
sztabowej i tyłowej ferajny. Tyłownicy i wozacy także byli gwardzistami.
Istotne było również to, że ci ludzie nigdy o nic nie prosili. Nie mieli
odznaczeń i nie narzekali na swój los. Teraz też ruszą w milczeniu,
zakołyszą się do przodu, odejdą w szarą nocną mgłę i on, Kwasznin, nigdy
więcej ich nie zobaczy. Patrzył na nich, żyjących, a w myślach widział
ich w bratniej mogile. Ale nawet tutaj się mylił. Zabici żołnierze
zwykle poniewierają się na śniegu. Dywizja pójdzie, a trupy zostaną,
leżąc na powierzchni ziemi. Im więcej ich zginie, tym bardziej znaczące
będą jego zasługi. Czy udało mu się i zmusił ich, aby bez strachu poszli
na śmierć? Zapewne myślał również i o tym, dlaczego dobrowolnie i potulnie idą umierać za wspólną sprawę. Bo jeśli głębiej się nad tym
zastanowić, to żołnierze wojowali za naród. A przy życiu zostaną oni -
tyłownicy. Przyfrontowi "frontowcy" i "weterani". I potem chwałę
wspólnej sprawy chętnie przypiszą samym sobie.
Nieczęsto dane mu jest widzieć frontowych żołnierzy gwardzistów. Takie
spotkania zdarzają się rzadko. Codziennie przed jego oczami przemykają
sztabowcy, tyłownicy i służalczy ordynansi. Zobaczyć pierwszoliniową
kompanię -?to wyjątkowa sprawa. Czekaj, aż ci się poszczęści, by tak po
prostu na drodze na tyłach spotkać i popatrzeć na żołnierzy z pierwszej
linii. Oto on, rosyjski żołnierz, stoi przed tobą, zmęczony, głodny i ponury. Stoi, milczy i czeka, kiedy poślą mu wiązankę przekleństw. Teraz
pułkownik zobaczył, co przedstawia sobą ów rosyjski żołnierz,
przesiąknięty prochem, pocięty gorącymi odłamkami, przeszyty ołowianymi
kulami. Czym on żyje? Co ma w głowie? Za co się bije?
Na wojnie wszystko jest proste. Dostał pułkownik rozkaz z góry,
przekazał go do pułku, a tam przez batalion rozesłali go po kompaniach.
Dowódca kompanii krzyknie swoim żołnierzykom:
-?Kurwa wasza mać! Dawać, Słowianie, naprzód! Ojczyzna o was nie
zapomni!
I pójdą gonić Niemca, przygarbiwszy się i zgiąwszy pod kulami i wybuchami pocisków. Popatrzysz na nich -?marne to, powłóczące nogami, w szarych szynelach, a idą i śmierci się nie boją. Po oczach widać, że
żreć się chce łajdakom, to i napierają do przodu -?może zdobycz się
trafi.
A obok, szeroko rozstawiwszy nogi, stoją za plecami pułkownika syte
podchalimy. Mają nie tylko okrągłe pyski, ale i bezczelny, pewny siebie
wygląd. Klamerki na pasach wyczyszczone, w zębach papieroski, wygląd
gwardyjski, jak trzeba, medale na piersiach, wszyscy przez kontrwywiad
prześwietleni na "zawszenie". A wsadź go teraz do okopu na pierwszej
linii, to okaże się pierwszym tchórzem. To nie tajemnica, że są odważni,
dopóki pasą się na tyłach, za plecami dowództwa.
Tak! Pod Biełym wielu takich się wykazało, porzuciwszy broń i dokumenty.
A przecież byli sprawdzeni, wybrani... Zdarzały się przypadki, że takich
podchalimów wysyłali żołnierzom na pierwszą linię, kiedy coś zawinili,
komuś nie dogodzili albo wpadli na kradzieży gdzieś na tyłach. Ściągali
z takiego, kochaniutkiego, nowy półkożuszek, futrzaną czapę i rękawiczki
z bibretów. "Bohaterowi" wydawano wytartą szynelinę z zabitego, dawano
karabin i dwa magazynki nabojów. I truchtaj, braciszku, do strzelców na
pierwszą linię, idź do żołnierzyków do okopu chlipać przezroczystą
bałandę i karmić wszy. Truchtaj! Truchtaj, kochanieńki. Pozdrów
wszystkich od nas! Takiemu iść do kompanii strzeleckiej, to jak żywemu
głowę w pętlę wsunąć. Doszedł taki do transzei, a nocą szukaj wiatru w polu, wyparował. Albo go utłukło tak, że mokrej plamy nie zostało, albo
ślady w stronę Niemca prowadzą. Oto macie sprawdzonego, macie oddanego
wspólnej sprawie.
* * *
Na wietrze stoją dwie
kompanie karabinów maszynowych. Wydać im tylko rozkaz, a zakołyszą się i ruszą do przodu.
Nie wiedzieliśmy dokładnie, dokąd idziemy. Za każdym razem podawano nam
marszrutę na jeden nocny przemarsz. Obawiano się, że tajemnica rejonu
ześrodkowania może się wydać. Przed świtem podchodziliśmy do miejsca
postoju, rozkładaliśmy się w lesie, otrzymywaliśmy jedzenie i nasz
felczer za każdym razem żartował:
-?Przemyli kiszki? Znowu przy kuchni kolejka do lewatywy!
Szliśmy tak przez parę dni, ale nie odchodziliśmy daleko od linii
frontu. W końcu stało się dla nas jasne, że obchodzimy bokiem miasto
Biełyj.
Wkrótce nieopodal drogi ujrzeliśmy okopy, nasypy i kopczyki ziemianek.
Podszedłszy do lasu, poczuliśmy zapach żołnierskich siedzib, spalenizny
i końskiego nawozu. Nocny wiatr doniósł do nas woń miejsc pobytu ludzi i bliskości frontu. Pod niskimi rozłożystymi sosnami widać było ziemianki,
okopy i jakieś zadaszenia, na pierwszy rzut oka dziwnie wyglądające. Na
palach wkopanych w ziemię były zbudowane okapy chroniące przed
pociskami, grube na dwie-trzy warstwy bali. Dla nas była to nowość.
Wcześniej nigdzie nie widzieliśmy takich konstrukcji. Nawet u Niemców
nie spotykaliśmy niczego podobnego. Stali tutaj nieznani nam
rzemieślnicy. Potem we wszystkim się połapaliśmy. Jeśli w takie
zadaszenie trafił ciężki pocisk, burzący lub z opóźnionym zapalnikiem,
to rozrywał się na osłaniającym okapie. A schron, znajdujący się niżej,
nie doznawał uszkodzeń przy wybuchu. Najwidoczniej Niemcy często
wypuszczali tu pociski dużego kalibru. Jednak nie wszystkie ziemianki i schrony były wyposażone w owe ochronne daszki. Tutaj, jak nam
powiedziano, na wzgórzach przed nami broniła się brygada ałtajska.
Zwykle żołnierze różnych jednostek budowali schrony i ziemianki po
swojemu. Ałtajcy ryli głębokie wykopy, wpuszczali w ziemię wilgotne
bierwiona i na górze budowali stropy. Żołnierze naszej dywizji nad jamą
w ziemi stawiali powałę, przesypując ją warstwami ziemi. Wyjątek
stanowiło nasze dowództwo. Saperzy budowali dla nich wyjątkowo porządne
schrony. A prości żołnierze i oficerowie mieszkali, jak kto mógł -?w ziemnych schronach z dwu-trzywarstwowymi stropami. Do dywizji jako
uzupełnienie dla kompanii przysłano nam nowych żołnierzy: Uzbeków,
Tadżyków i członków innych narodowości z republik środkowoazjatyckich.
Ryli sobie nory niczym świstaki w wąwozach. A nasi Słowianie ze
środkowej części kraju mieszkali w szałasach i w okopach, które
nakrywali od góry świerczyną i żerdziami. Wszyscy budowali schrony na
swój sposób. Ałtajcy mieli przestronne ziemianki, położone bardzo blisko
siebie. Uzbecy i Tadżykowie ryli swoje nory w ziemi, jedną przy drugiej.
Sybiracy budowali je w sposób rozproszony. Sadyby Słowian także były
porozrzucane.
Weszliśmy do lasu, gdzie pod niedużymi sosnami wyznaczono nam puste
ziemianki ałtajców, położone z dala od nich. Bierwiona ziemianek,
osadzonych w ziemi, niemalże się dotykały. Kiedyś stał tu drugi rzut
brygady ałtajskiej. Ale brygada poniosła duże straty, żołnierzy na
tyłach porządnie odsiano i wysłano na pierwszą linię. Można przyjąć, że
połowa schronów świeciła teraz pustkami.
Widzieliśmy z daleka ich żołnierzy, którzy stali na posterunkach. Można
rzec, że teraz byliśmy ich sąsiadami. Żołnierze byli niewielkiego
wzrostu, jacyś tacy krępi i szerocy w biodrach. Nie to, co nasze tyczki
-?chuderlaki.
Ich żołnierze dreptali w półmroku, inni przebiegali, przestawiając nogi
małymi kroczkami. Przetaczali się po ścieżkach niczym kulki.
Nawet ich konie, stojące przy palikach pod niewysokimi zadaszeniami i pasujące do nich, były karłowate, krótkonogie i włochate. Ogólnie rzecz
biorąc, nocną porą ałtajscy żołnierze wydali nam się malutcy i niemalże
karzełkowaci. Albo tak się zmęczyliśmy przemarszami, albo niewysokie
sosny przygięły tych ludzi do ziemi. Ale przecież nasi się nie
przygarbili i nie pochylili!
Najwidoczniej Ałtajców cechował ponury charakter, gdyż trzymali się od
nas z daleka. I kiedy nasi żołnierze do nich wołali, to tamci od razu
odwracali się plecami.
-?Jak tu u was, bracia, sprawy się mają? Ścierwa Niemcy pewnie zdrowo
tłuką? -?krzyczeli w ich stronę nasi strzelcy.
Lecz zamiast odpowiedzi widzieli tylko ich plecy.
-?To chyba poważny narodek!
Po marszu nasi strzelcy nie mieli sił, aby wstawać z ziemi i iść tam do
nich tylko po to, aby cokolwiek wyjaśniać. Gdzie tam! Nogi im odjęło!
Kolana nie chciały się zginać! Język się plątał! Zawsze tak jest, gdy po
marszu dojdzie się na miejsce. Nie da się unieść nóg, ważą chyba po
piętnaście kilo. A powiedz im, że jeszcze nie doszli do celu, że zostały
jeszcze dwa, trzy przemarsze -?skąd wtedy biorą siły? Z rękawa
wytrzepią. Tutaj, kiedy żołnierz już przyszedł, układa się na boku, leży
na śniegu i czeka, żeby tylko dowlec się do pryczy. Nie ruszysz go z ziemi. Chyba pogadamy jutro! Rano sami się rozejrzymy!
Z daleka widać wartowników. To nasze drągale leżą tam rozwałkowani.
Chłopy, jak to chłopy! Postaw go teraz na posterunku -?czy aby będzie
stać w miejscu? Przysiądzie przy ziemiance, spuści głowę i siedzi, niby
śpi, niby czuwa. Możesz na niego krzyczeć albo i nie, a on i tak wie, co
ma robić. A ci Ałtajcy na posterunku nie ustoją spokojnie ani minuty.
Bez przerwy się wiercą, kręcą, ciągle gdzieś patrzą. Zobaczywszy, że
nasi ludzie rozeszli się po ziemiankach, Ałtajcy zaczęli podchodzić
bliżej. Ale kto ma ochotę im się przyglądać nocą, po takiej drodze? Toż
to żołnierze jak wszyscy inni, tylko karabiny za plecami sterczą im
trochę wysoko.
I dopiero kiedy wszyscy się wyspali, kiedy nadszedł świt, kiedy wszyscy
wyleźli z ziemianek na zewnątrz, w świetle poranka od razu przejrzeliśmy
na oczy. Przed nami na posterunkach majaczyli nie żołnierze, a ałtajskie
kobiety. Ubrane były tak jak my, w wojskowe mundury.
-?No, bracie, ale historia! Baby nas tu pilnowały! A my jak drwa, jak
świerkowe polana, taką noc żeśmy przespali!
Ałtajska brygada składała się z ochotników i w swym składzie miała dużą
liczbę kobiet. Drugi rzut brygady składał się z nich w całości. Kobiety
pełniły tam role snajperów, strzelców karabinów maszynowych, saperów,
telefonistów, amunicyjnych i sanitariuszy. Wiele z nich walczyło na
pierwszej linii.
-?Ale robota! Niech to licho! Malinki dla naszej braci!
-?Idź, podejdź tylko! Ze snajperką stoi! No? Przecież sam widzę!
Major Maleczkin kręcił głową i zacierał ręce.
-?Słuchajcie no, szefie sztabu. Dla mnie zostawcie ziemiankę na jedną
osobę. Telefon postawisz u siebie. Telefonistów też posadzisz u siebie.
Mi są niepotrzebni. A ja pojadę do dywizji. Wrócę pod wieczór. Przykaż,
żeby wszystko było gotowe!
Wróciwszy z dywizji, oznajmił:
-?Batalion broni maszynowej na razie zostaje w rezerwie. W dywizji
wydali ścisły rozkaz. Wydać polecenie, aby nasi tu się po próżnicy nie
szwendali! Dookoła wszędzie baby! Żołnierze zaraz się za amory wezmą.
Wokół zajętych przez nas ziemianek rozciągnęliśmy sznurek i każdej
kompanii przykazaliśmy, że wychodzenie zań jest surowo zabronione. Tylko
Maleczkin miał prawo robić krok w tamtą stronę.
Drugiego dnia naszego postoju w sztabowej ziemiance, w której
mieszkałem, pojawił się Maleczkin i od progu oznajmił:
-?Ty, szef sztabu, zostajesz w moim zastępstwie! Przyjmij, że
zachorowałem! W dywizji o tym wiedzą. A ty siedź na telefonach, mogą
zadzwonić. Komisarz wyjechał do wydziału politycznego i pobędzie tam
przez czas nieokreślony. Ty zostajesz tu jako szef. Jegor pojedzie po
żarcie i zajdzie do ciebie. Jakby co, przekażesz przez niego meldunek.
No, to na razie! Życzę powodzenia!
Major odwrócił się i zniknął. My zaś staliśmy na dotychczasowym miejscu.
Telefonów z dywizji nie było.
Po dwóch dniach major wrócił. Zobaczyłem go przelotnie. Był zadowolony,
zmęczony i zmizerniały. Nie zachodząc do mnie, poszedł do siebie i uwalił się do snu. Następnego dnia przyszedł do mnie do ziemianki.
-?No, jak tam sprawy u szefa sztabu? Jak wam idzie beze mnie? Z dywizji
ktoś dzwonił?
Pokręciłem głową.
-?Przejdź się po kompaniach! Szykuj żołnierzy. Sprawdź broń! Na dniach
ruszamy. Przechodzimy do natarcia. Ale na razie o tym nikomu ani mru
mru! Wieczorem zajdę do ciebie, pogramy w karcioszki.
To oznaczało, że o wszystkim pomówimy. Chciałem mu zameldować o gotowości kompanii. Telefonistów i pisarzy odesłałem ze schronu do
ziemianki żołnierzy. Nie musieli słuchać naszych rozmów.
-?Wieczorem mi o wszystkim opowiesz!
Pod wieczór major pojawił się u mnie, przysiadł do stołu, westchnął
głęboko i uśmiechnął się.
-?No i mamy tu baby! -?powiedział jakoś tak z zadumą. -?W batalionie
zostało nam mało ludzi. Nie czekaj na uzupełnienia, nie będzie żadnych.
Do natarcia pójdziemy w obecnym składzie. Będziemy się posuwać w pasie
48 Pułku.
Zameldowałem mu o gotowości kompanii i poprosiłem, aby każdą z nich
wyposażyć w podwodę.
-?Podczas marszu musimy mieć pełen zapas amunicji. Żołnierze nie dadzą
rady nieść cekaemów i amunicji na grzbiecie.
-?Dobrze! Odbierzemy podwody naszym zaopatrzeniowcom. Co prawda, to
prawda, nasi Słowianie faktycznie wychudli.
Major wyciągnął satynowane karty. Rzeczowa rozmowa toczyła się dalej.
Graliśmy, major zadawał pytania i opowiadał. Słuchałem go, odpowiadałem
na pytania, a sam myślałem o czymś innym.
W pułkach i w dywizji nie miałem bliskich przyjaciół ani dobrych
znajomych. Byłem sam jak palec. Uwolnili mnie z pierwszej linii, ale do
kompanii sztabowej nie przyjęli. Dla nich dalej byłem "Wańką -?trepem".
Sztabowcy nie zawierali znajomości z ludźmi z okopów. No, ale kim ja
byłem? Porucznikiem, dowódcą kompanii cekaemów, z braku znających się na
rzeczy wyznaczonym na szefa sztabu batalionu. Inna sprawa -?major
Malecznik. On był gościem. Miał dużo przyjaciół. Dzierżył w ręku mienie
i zaopatrzenie w żywność. Przyjaźń trzeba podtrzymywać, podkarmiać,
niczym ognisko domowe. Za co mu się niekiedy dostawało.
Major wiedział, że w dywizji nie mam bliskich przyjaciół i dlatego
powierzał mi swoje najskrytsze tajemnice. Opowiadał mi o swoich
przygodach. Musiał się z kimś podzielić, porozmawiać o tym i owym. Przed
komisarzem batalionu starał się nie wyzewnętrzać. Żyli zgodnie, ale o osobistych sprawach między sobą nie rozmawiali. Komisarz często
wyjeżdżał do wydziału politycznego dywizji. Maleczkin się temu nie
sprzeciwiał. Również teraz komisarz był gdzieś tam.
-?Jesteś jeszcze za młody, żeby się włóczyć za babami! Tak naprawdę
niczego w babach nie pojmujesz. I z racji wieku, i stanowiska, jest na
to dla ciebie za wcześnie. Ty lepiej słuchaj i zapamiętuj. Tobie są
potrzebne panny. A baby to dla ciebie nieodpowiedni materiał. Strasznie
stare. Twoja niewinność będzie cię peszyć. Im trzeba prawdziwego chłopa.
U bab byłem. Rozgoniłem smutki i tęsknoty. Ja, poruczniku, jestem w takim wieku, że bab bokiem obchodzić nie mogę. Czego siedzisz? Twoja
kolej! Uszy zwiesił!
Przez jakiś czas graliśmy w milczeniu. Lecz oto major wstał, podszedł do
wyjścia i zagwizdał jak gołębiarz, wsuwając dwa palce do ust. W ten
sposób wzywał swojego ordynansa Jegorkę. Potem wrócił do stołu, zmrużył
przewrotnie jedno oko, splunął przez zęby, zatarł ręce i powiedział:
-?Dzisiaj się wyspałem. Można jechać i smalić cholewki.
Usłyszawszy kroki Jegorki, major przybrał poważny i srogi wygląd.
Jegorka wpadł do ziemianki, major podniósł na niego baczny wzrok,
chrząknął dla porządku i powiedział jakby w zadumie:
-?Odbierz od naszego złodzieja intendenta produkty i wódkę jako suchy
prowiant! Niech wyda od razu na tydzień!
-?Mówi, że ostatnim razem dostaliśmy na tydzień, a wróciliśmy po trzech
dniach.
-?Przekaż mu, żeby ten tyłowy szczur nie żydził! I niech nie miele za
dużo jęzorem. Dzisiaj żywiłem się żołnierską bałandą. O, tu siorbałem z menażki, u szefa sztabu. Szef sztabu może potwierdzić. Powiedz mu tam,
że major kazał całą kaszę przeliczyć po kaloriach na wódkę i konserwy.
Cukier i omastę niech zostawi sobie. Lubi słodkie. Jęzor u niego nie
łopata. Jak odbierzesz produkty, to siodłaj konie. Pojedziemy do
dywizji.
Jegorka zrobił krok w przejście i zniknął za zasłonką, wiszącą nad
drzwiami. Przez jakiś czas siedzieliśmy w milczeniu.
Kiedy na zewnątrz rozległ się stukot końskich kopyt po zamarzniętej
ziemi, major ożywił się, zgarnął ze stołu rozrzucone karty, włożył
półkożuszek, ściągnął się pasem, poprawił czapkę na głowie i założył
rękawice. Klasnąwszy nimi głośno, pochylił się nad progiem, dziarskim
ruchem odgarnął zasłonę i, odwróciwszy się, powiedział:
-?Pilnuj porządku! Zostajesz w moim zastępstwie!
Mrugnąwszy do mnie jakby na pożegnanie, odwrócił się do wyjścia i zniknął z oczu. Poszedł, a ja siedziałem dalej, pogrążony w zadumie.
Zadziwiła mnie łatwość, z jaką bez namysłu potrafił rozstrzygać wszelkie
kwestie. Zapewne i w sprawach kobiet był bystry i stanowczy. A ja
faktycznie byłem wstydliwy i miałem skryty charakter. Nie miałem
animuszu, by z marszu podejmować decyzje. Sądziłem, że wszystko samo się
jakoś ułoży. W życiu trzeba tylko zdobyć doświadczenie. Ja myślałem o życiu, a major wykładał mi o babach.
-?Czort z życiem! -?mówił i uśmiechał się. -?Ten dzień jest mój! O czym
tu gadać? Popatrz na Ałtajki! Mordują się na wietrze jak ostrzyżone
owce. Sterczenie z karabinem to nie zajęcie dla baby. Chłopom kolana nie
chcą się zginać. A kobiecie na mrozie dusza może zamarznąć. Czym ją
będziesz rozgrzewać po wojnie?
Choć staliśmy w drugim rzucie, Niemcy nas bezustannie ostrzeliwali.
Przyleci niemieckie ustrojstwo zapalające, nakryje schron i koniec
wszelakich dyskusji. Wypruje na zewnątrz wszystkie cztery warstwy stropu
razem z ziemią -?flaków nie znajdziesz.
W szybko przemijającym życiu majora była jedna szczególna osobliwość.
Napędzał go nie tylko nieposkromiony i zdecydowany charakter, lecz
zawsze towarzyszyła mu myśl o rychłej i nieuniknionej śmierci. Człowiek
czuje, gdy ziemia ucieka mu spod nóg. Niesprecyzowany strach zmuszał go
do pośpiechu. Ani minuty nie mógł spokojnie usiedzieć na miejscu. Przez
cały czas dokądś się śpieszył. Wielu sztabowców, znajdując się w drugim
rzucie, trzęsło się, bladło i żegnało się z życiem podczas ostrzałów. To
tylko my z pierwszej linii, przywykli do tarzania się po ziemi w rytm
ryku pocisków, jakoś nie bardzo mieliśmy się czego bać. Przecież Niemiec
nie tłukł salwami całych baterii, a raptem okresowo wypuszczał pociski z dwóch czy trzech dział. Z pół setki pocisków wystrzelonych na las, jeden
mógł faktycznie trafić w dowolny schron. Pociski były ciężkie, burzące,
z opóźnionym zapalnikiem. Wszystko pod sobą mieliły. Jednakże trafienie
w schron, kiedy pociski rozrywają się na powierzchni setek metrów, to
sprawa skomplikowana i praktycznie nie do zrobienia. Lecz i takie
przypadki, rzecz jasna, się zdarzają!
Od jakiegoś czasu w oczach naszego majora zacząłem zauważać śmiertelny
strach i smutek. Jakby anioły mu szeptały, że trzeba się szykować, że
sprawa ma się ku końcowi. Gdy nadlatujące niemieckie pociski zaczynały
huczeć gdzieś w pobliżu i wywalać ogromne leje, w lesie wszyscy
podskakiwali, ściskali się w sprężynę, rzucali na ziemię i dłońmi
nakrywali głowy, jeśli akurat nie mieli na nich hełmów. W spojrzeniu
majora, jak zauważyłem, pojawiało się tępe szaleństwo. Źrenice mu się
rozszerzały, spojrzenie martwiało, twarz przybierała ziemisty kolor.
Ostrzał się kończył -?klęliśmy, strzepywaliśmy z siebie ziemię i siedząc
w miejscu, na podłodze ziemianki, zapalaliśmy papierosa. A major
skamieniały, stał jak kołek i patrzył przed siebie, niczego nie widząc.
W środku coś w nim pękło.
Nad naszymi głowami chodziły i podskakiwały bale stropu, latała ziemia,
trzeszczały belki podłogowe, łamały się podpory. Leżeliśmy plackiem na
podłodze, przyciskając do niej brzuchy. Obok turlały się puszki,
brzęczały puste menażki, przewracały się karabiny oparte o ściany.
Kawałek płótna namiotowego, wiszący nad drzwiami, szarpał się i łopotał,
z pieca sypał się węgiel i leciały iskry, a mosiężna łuska kopciółki
dzwoniła niczym elektryczny dzwonek. Wszyscy pospołu kołysaliśmy się
razem z ziemią i naszą budowlą z bierwion. Aparaty telefoniczne spadały
na podłogę i łączność się urywała. Podniesiesz na moment głowę, przez
ułamek sekundy rozejrzysz się wokoło, a w schronie kłęby dymu, pyłu, nic
nie widać. Nawet nie wiesz, gdzie jesteś -?na podłodze, czy w powietrzu?
Może już fruniesz razem z belkami? A to, że żyjesz, to tylko ci się tak
wydaje. I szarpiesz się, trzęsiesz w rytm ciosów fali uderzeniowej.
Przychodzisz do siebie, podnosisz głowę, siadasz na podłodze, a w ustach
jakby ci kot narobił.
Ostrzał się kończył, cichł w końcu ryk pocisków. Na haczyku wbitym w ścianę bujała się maska przeciwgazowa. Po jej wahadłowych ruchach można
było ocenić, jak rzucało schronem podczas ostrzału.
Po kanonadzie wyjdziesz na zewnątrz, zaczerpniesz świeżego powietrza,
otrząśniesz się niczym sparszywiały pies, strzepniesz pył z głowy i ramion, przetrzesz kułakiem oczy, spojrzysz na świat boży i wyjdzie na
to, że oto jakbyś przeżył.
Gdzieś całkiem obok uderzył ciężki pocisk. Rąbnął tak, że nasz schron
podskoczył na pół metra. Niedaleko słychać krzyki żołnierzy. Niesie
stamtąd zapachem niemieckiego trotylu.
W tym czasie major wrócił z dywizji. Podjeżdżając, słyszał po drodze
uderzenia ciężkich pocisków. Postanowił odpocząć, ale przedtem zaszedł
do mnie, aby się dowiedzieć, czy w kompaniach nie ma strat. Tylko
zeskoczył w przejście w mojej ziemiance, gdy w powietrzu ponownie
zaszeleściły niemieckie pociski. W pobliżu wybuchy następowały jeden po
drugim. Dym zasnuł wszystko wokół. Dopóki rwały się pociski, staliśmy
przygięci w przejściu. Ale oto wszystko ucichło. Podnieśliśmy głowy.
Masz no swój schron i majora! Bierwiona i stropy stanęły dęba. W miejscu
leżanki kombata powstała wielka jama. Zabiło dwa konie. Poległ żołnierz,
stojący na posterunku przy wejściu. W powietrze wyleciała waliza majora,
w której trzymał bryczesy i oficerki z chromowej skóry z ostrogami. Nie
zwracając się do nikogo konkretnego, Maleczkin podrapał się po potylicy
i jakby sam do siebie, wygłosił zagadkowe zdanie:
-?Niemiec, kanalia, dawno we mnie celuje! Trzeci raz uciekam spod
ogniska wybuchu.
Major odwrócił się do mnie i dodał:
-?Czym to się skończy? Cały czas na mnie poluje!
Wzrok miał roztargniony, jakiś taki zatrwożony, pełen smutku i goryczy.
-?Ty żeś się codziennie włóczył po pierwszej linii. Siedziałeś pod
kulami i pociskami. Ilu to ludzi poginęło na szosie bielskiej? A ty
żyjesz i jesteś cały. Ja siedzę w drugim rzucie i nie ruszam się stąd
ani na krok do przodu. A on na mnie poluje każdego dnia. Gdzie mu tam,
żeby trafić w schron naszego intendenta! Jednego złodzieja i kombinatora
byłoby mniej. A on, ścierwo, poluje na mnie, tropi oficera -?frontowca.
Kombat Maleczkin nie był tchórzem. Na początku wojny wojował na
pierwszej linii, chodził do szturmu, był dwa razy ranny. Ale potem,
osiadłszy na pułkowych tyłach, zaczął unikać pierwszej linii, wojna
zaczęła działać mu na nerwy. W jego duszy zalęgł się strach. A ten,
jeśli cię już dopadnie, to nigdzie się przed nim nie schowasz.
Pokręciliśmy się dookoła jego zniszczonego schronu. Major zakrzyknął na
swojego masztalerza Jegorkę, obecnie pozostającego bez konia i kazał mu
iść do Potapienki.
-?Przekaż, żeby odcedził manierkę!
Zeszliśmy do mojej ziemianki sztabowej, usiedliśmy na pryczach i tkwiliśmy tak w milczeniu, bo rozmowa się nie kleiła. Po jakimś czasie
pojawił się Jegorka z manierką w ręku. Podszedł do majora i zaczął
szeptać mu na ucho:
-?Potapienko mówił, żeby nikomu nie gadać o manierce!
-?Czort z tym twoim Potapienko! I z jego konspiracją! Polewaj! Uczcimy
takie oto wydarzenie: moje zmartwychwstanie! Dotarło do ciebie, Jegor?
Twój major zmartwychwstał!
Jegor podniósł walające się po podłodze metalowe kubki. Postukał dnem i brzegami o krawędź stołu i przygotował się, aby nalewać.
-?Przepłukał byś je chociaż, kołku! Nalejesz nam razem z ziemią! A potem
pluj, krztuś się! Piasek będzie chrzęścić między zębami! Nic nie możesz
skumać?
Jegorka pobiegł po wodę, obmył kubki i wytarł je szmatką. Kiedy kubki
zostały napełnione, major przyłożył do nich dłoń, pokręcił głową, zrobił
wdech i skrzywił się. W oczach miał zadowolenie. Wiedział, że alkohol
lekko wejdzie w duszę. Wypuściwszy powietrze dla czystego pozoru,
opróżnił kubek w szeroko otwarte usta.
-?To jest to! Dusza pognała do raju! -?powiedział łapiąc oddech, po czym
zaśpiewał:
-?Daj Bóg, bracia, się nie zgapić, by przed śmiercią się nie napić, bo
potem uschniesz jak mumia! -?A potem zwrócił się do Jegorki: -?Jegor,
nalej jeszcze! Polej po kropelce, tylko pilnuj, żeby było równo z brzegiem! Ja cię, złodziejaszku, na wylot znam! Chcesz przyoszczędzić na
mnie, na własnym majorze! Nie mam ja farta, panie poruczniku! Przyleci
do mnie taki jeden szajs i po wszystkim. Ciebie to ani kule, ani pociski
nie ruszają. A mi nie dane będzie dożyć końca wojny. Miałem proroczy
sen. W twój schron nigdy nie trafią. Będę z tobą mieszkać pod jednym
dachem.
I major polazł na nary, umościł się wygodniej i wkrótce zasnął.
Ranek przyszedł jasny i słoneczny. Odwilż zastukała kroplami
topniejącego śniegu i pojawiły się kałuże. Ocieplenie spadło także na
Niemców. Rozmyło drogi. Ustał dowóz amunicji i Niemcy przestali
strzelać. Nie mieli siły, by tłuc się po rozmokłych szlakach.
Major nieco pochrapywał, ale wkrótce się obudził. Nie lubił się
wylegiwać po obudzeniu i przeciągać się na leżąco. Otworzywszy oczy,
zrywał się na nogi i od razu zabierał się za różne sprawy.
-?Towarzyszu majorze! Może podać wody do mycia? -?pytał Jegorka.
-?Naszykuj gorącej. Będę się golić.
Maleczkin golił się codziennie. Po goleniu spryskiwał się wodą kolońską.
-?Żeby ładne panny wąchały ładne zapachy! -?wyjaśniał.
Teraz wody kolońskiej nie było. Rozleciała się razem z ostrogami i walizą.
Nam, młodym, nie rosły jeszcze brody. Niektórzy z chłopaków dla powagi
zapuszczali wąsy. Maleczkin spozierał na nich z niezadowoleniem.
-?Co ty tam masz za puszek na wargach? Jak u niedonoszonego kurczaka!
Zapewne nie masz brzytwy? Idź do starszyny, niech cię ogoli. Potem
zameldujesz się u mnie osobiście!
Major był porządny i zawsze dbał o swój wygląd zewnętrzny. Ogromnie się
zamartwiał ostrogami i wodą kolońską. Skąd on teraz weźmie ostrogi?
-?Ty, szefie sztabu, przejdź się do cekaemistów, bo na pewno całkiem się
rozespali! -?powiedział, oglądając się w lusterku. -?Sprawdź jeszcze raz
cekaemy i broń osobistą! Wieczorem jadę do dywizji odebrać rozkaz
bojowy. Zabrania się o tym mówić! Na dniach przechodzimy do natarcia.
Ubrałem się, podciągnąłem pas i poszedłem do żołnierzy. Major pojechał
do dywizji i spotkaliśmy się dopiero wieczorem. Kiedy wróciłem z kompanii, major siedział na skrzynce przy wejściu do schronu. Przed nim
stali kompanijni sierżanci i nasi intendenci -?zaopatrzeniowcy.
-?Do nocy macie zwinąć gospodarstwo! -?usłyszałem jego głos. -?Zbierać
się powoli i bez gorączki! Nie szlajać się po lesie! Tabory przygotować
do wymarszu i czekać na mój rozkaz. Marszrutę podam przed samym
wymarszem. A teraz wszyscy na swoje miejsca!
Zameldowałem majorowi stan kompanii. Rozkazał mi zwijać łączność
telefoniczną.
O świcie ruszyliśmy w drogę.
Rozdział 21 -?Frontowe drogi (marzec -?kwiecień 1943 roku)
Rozdział 21
-?Frontowe drogi
(marzec -?kwiecień 1943 roku)
Kiedy wojska zrywają się z miejsca i rzucają
się do pościgu za cofającymi się Niemcami, lasy, pola, domy i wsie,
leżące na drodze i w bok od niej, zlewają się we wspomnieniach w jedną
szarą wstęgę. W pamięci przemkną oddzielne postoje i krwawe potyczki i pozostaną gdzieś z tyłu.
Przychodzi nowy dzień, kończy się doba, a my ciągle idziemy i idziemy, i nie widać końca drogi. Ludzie i konie zmęczyli się, opadli z sił i ledwie pełzną. Na drodze błoto nie do przebycia.
Na początku pilnowaliśmy szlaku, obchodziliśmy nierówności i podejrzane
miejsca. Niemcy, cofając się, mogli postawić miny, aby się od nas
oderwać. Lecz potem stopniowo wkradło się zmęczenie, ciężka bezsenność
opadła na oczy, pojawiło się zobojętnienie wobec min i niespodzianek.
Wysiłkiem woli wytrzeszczaliśmy oczy. Spojrzysz przed siebie i masz
przed oczami plecy żołnierzy, buty brnące w błocie i odpływającą drogę.
Żołnierz chciałby skręcić na pobocze, złapać oddech, przysiąść i przytulić się do ziemi. Gdyby teraz ogłosić postój, to wszyscy się
powalą nie patrząc, gdzie sucho, a gdzie mokro po pas. Potem możesz ich
tratować końmi, strzelać z dział, terkotać nad samym uchem z karabinu
maszynowego, a oni nawet nie drgną, nie uniosą głowy, nie otworzą oczu,
aby spojrzeć, co tam się dzieje.
W ślad za nami posyłają jeźdźców, poganiają nas. Nie ma mowy o postoju.
Dowództwo wie, że konie opadły z sił, że mogą paść po drodze, ale ich
samych również poganiają z góry.
Oto jeden z żołnierzy zawodząc, podgina nogi, macha rękami niczym czapla
skrzydłami, chwyta ustami powietrze i ze łzami powoli osuwa się na
drogę. Podnoszą go, bo sam nie ma już siły, aby stanąć na nogi. Koledzy
wloką go do tyłu, do kompanijnej podwody. Po drodze dwóch żołnierzy
padło trupem. Odciągnięto ich na pobocze.
W kompaniach broni maszynowej ludzie są silniejsi. Ale i oni idą,
chwiejąc się, bo są porządnie zmęczeni. Idą jak pijani, potykając się o własne nogi.
Skąd u żołnierzy bierze się tyle siły? Żeby na głodnego iść dzień i noc
w pełnym oporządzeniu? Kompanijni oficerowie trzymają się na nogach. Są
młodsi i idą bez obciążenia.
Przodem idą dwa plutony strzelców. Za nimi posuwają się cekaemiści z dwoma podwodami. Karabiny maszynowe jadą na wozie gotowe do strzału. Za
nami wlecze się podwoda kompanii strzeleckiej. Raz zostaje w tyle, raz
nas dogania. Zabierają na nią żołnierzy, którzy opadli z sił. Ja idę z tyłu za drugą furmanką, razem z dowódcą kompanii karabinów maszynowych.
Idziemy, rozmawiamy i powoli wspinamy się pod górkę po piaszczystym
odcinku drogi. Wody tutaj nie ma, pod nogami jest suchy piasek. Po
sypkim piasku też się ciężko idzie. Nogi grzęzną, każdy krok wymaga
dużego wysiłku. Ale oto pokonaliśmy niewielkie wzniesienie, porośnięte z dwóch stron młodym świerkowym lasem, zeszliśmy lekko ze skarpy i w tej
samej chwili pod tylną podwodą nieoczekiwanie rozerwała się mina.
Ostry i głośny huk przetoczył się wzdłuż drogi. Ludzie i konie szarpnęli
się, rzucili się w bok, zakołysały się świerkowe gałęzie, fala
uderzeniowa trzepnęła po twarzy. Wszystkich, którzy szli obok mnie za
furmanką, owiała chmura piasku i ziemi. Na drodze, w miejscu w którym
wybuchła mina, dymią rozrzucone ciała żołnierzy. Są zabici i ranni.
Obok leja rozbita podwoda i zad konia z oderwanymi tylnymi nogami.
Ziemia jest zbryzgana krwią. Stoisz, gapisz się oszalałym wzrokiem,
kręcisz głową i dziwisz się. Jakaż to siła drzemie w minie? Wybuch
sprawił, że żołnierzom odechciało się spać.
Eksplozja szarpnęła nerwy. Wystrzel teraz niechcący z karabinu, a wszyscy, którzy stoją na drodze, podskoczą jak przy poprzednim wybuchu.
-?No, czegoście stanęli? -?krzyczy starszyna. -?Już, ruszać się!
Rozerwało strzelców, a nie naszych! Sami się połapią!
Cekaemiści odwracają się i powoli ruszają z miejsca. Obok nas przechodzi
do tyłu pięciu ludzi z kompanii strzeleckiej. Kazano im ściągnąć z drogi
ciała zabitych i udzielić pomocy rannym.
Idziemy drogą i znowu wlepiamy oczy pod nogi. Być może pod śniegiem lub
zamarzniętą ziemią dostrzeżemy metaliczny ślad miny. Woźnice rozpuścili
wodze na całą długość i idą poboczem z dala od podwód. Mija jakiś czas i żołnierzy znowu ogarnia zmęczenie i sen, tępiące uwagę. Niekończący się
przemarsz zbiera swoje żniwo. Ludzie już nie myszkują wzrokiem po
drodze. Pod ich ciężkimi, zmęczonymi krokami, droga powoli odpływa do
tyłu. Idą i ciężarem opuchniętych nóg odmierzają niezliczone kroki. O minach już zapomniano.
Trzeba rzec, że mina to zdradziecka broń. Ludzie z pierwszej linii
przyzwyczaili się do kul i pocisków, które na dolocie szeleszczą, wyją i poświstują. Usłyszysz ich znajomy odgłos, rzucisz się w porę w bok,
zanurkujesz do rowu albo do leja, chlapniesz w błoto i jakbyś był cały.
A mina leży na drodze, leży sobie i nie wydaje dźwięku. Leży, ścierwo
jedne, przysypana ziemią i czeka na swoją ofiarę. Niech tylko koń uderzy
ją kopytem, niech najedzie na nią koło wozu, a wtedy rozerwie się na
dwadzieścia metrów. Łupnie tak, że bryzgnie i wyleci mózg. Jeśli
znajdziesz się w zasięgu, to nie poczujesz ani bólu, ani wybuchu. Zrobi
ci się lekko. Błyśnie biały śnieg i popłyną ci do oczu kolorowe kręgi.
Potem zgasną i one, a oczy zasłoni czarny aksamit.
Jeśli znajdziesz się dwadzieścia metrów dalej, to możesz uważać się za
szczęściarza. Rzuci cię na pobocze, rąbnie hołoblą w głowę, a ty siedź i czekaj, dopóki się nie ockniesz. Potrząśniesz głową, spluniesz skrzepem
krwi i możesz wstawać. To tylko fala uderzeniowa tobą cisnęła. To nie ty
wyleciałeś w powietrze -?to furmanka z ludźmi. Odlecieli w czarną
otchłań.
Gnać w bok lub padać na ziemię po wybuchu nie ma najmniejszego sensu.
Stój i patrz. Zbieraj siły.
Zabitych zwykle ściągają z drogi, aby furmanki, które jadą po śladach,
nie podskakiwały na trupach. Z taborami pułku, gdzieś tam w tyle, wlecze
się drużyna pogrzebowa. To wulgarne towarzystwo, trzymają ich na tyłach
z nieżytem żołądka, mają do czynienia tylko z trupami. Podejdą,
popatrzą, ściągną z zabitych wszystko, co zbędne: szynel, buty, czapkę,
o ile jej nie rozerwało, mogą narzucić świerczyny, a mogą i tak po
prostu zostawić w spokoju. Sami decydują o tych sprawach. Komu postawić
deseczkę, a kogo zostawić bez niej na wieczny spoczynek. Czasami cisną
ciało zabitego w krzaki, a deseczkę wetkną przy drodze. Tak lepiej
widać. Żeby dowództwo nie miało wątpliwości -?żołnierza zakopano w ziemi.
Rannych także kładą obok drogi, w widocznym miejscu na poboczu. W kupie
lepiej ich widać. No bo jeszcze pułkowi przejdą i nie zauważą?
I znowu przy akompaniamencie krzyków i przekleństw taborytów konie
wyrywają wozy z rowów. I znowu wojsko ziemistego koloru pełznie po
drodze, doganiając Niemców.
Za dnia na drodze wilgoć i chlapa. Nocą droga twardnieje, robi się
wyboista. Wypłuczyska, ślady i bruzdy po kołach na koniec dnia pokrywają
się skorupą lodu. Maszerowanie po takiej drodze to jedna wielka
męczarnia. Dniem, kiedy grzeją niebiosa, idzie się lżej, na sercu robi
się weselej, droga jest bardziej miękka. Za dnia mielą ją żołnierskie
buciory, mną końskie kopyta, ugniatają koła taborowych furmanek. Śnieżna
breja i błoto chlupią pod nogami. Stęchłe wiosenne powietrze łechce
nozdrza. W obniżeniach terenu zbierają się potoki wody. Woźnice
rozpędzają swoje konie, szarpią je lejcami, krzyczą, przeklinają,
popychają furmanki od tyłu. Konie resztkami sił gramolą się na pagórki.
Piesi żołnierze z niechęcią włażą w błoto i idą noga za nogą.
A może w tej samej chwili, kiedy ty tarabanisz się na pagórek, czeka na
ciebie niemiecka mina? Kopnij nogą powaloną żerdź, zaczep lekko o kawałek przewodu telefonicznego, rzuconego w poprzek drogi i boczny
zapalnik przy naciągu odpowie wybuchem. Sądzicie, że w wodzie i błocie
spłonka zawilgotnieje i detonacja nie nastąpi? Żołnierze tak nie myślą.
Patrzę na idących obok mnie żołnierzy i staram się pojąć, o czym teraz
rozmyślają. Twarze znużone, szynele zbryzgane błotem, wymęczony wygląd.
Idą cekaemiści. Patrzysz na nich i nie wiesz, z jakiego powodu wydają
się obcy. Choć każdego z nich znasz z wyglądu. Myślę, że to ze
zmęczenia. Idziemy i idziemy, a końca drogi nie widać.
Niemcy oderwali się od nas i umykają. Nie możemy ich dogonić, choć
tupiemy już całą dobę. Dzieje się coś niepojętego. Z góry po wszystkich
szczeblach domagają się meldunku sytuacyjnego. A tu nie wiedzą, gdzie
właściwie znajdują się Niemcy. Świeżych rezerw dywizja nie ma.
Cekaemistom rozkazali iść z przodu, podmieniając kompanię strzelecką.
Wiać i umykać jest zawsze lżej, niż doganiać. Niemców popędza strach. Od
tyłu napierają na nich Słowianie. A nasi niezbyt się śpieszą -?idą sobie
i idą. W piechocie zawsze tak jest. Ile byś się nie nachodził, to i tak
pierwsze niemieckie kule z pewnością cię gdzieś powitają. To dlatego, że
wojowaliśmy prawie samymi piechocińcami.
Dla wyliczeń i raportów potrzebne były kilometry, piędzi ziemi,
wyzwolone wioski. Liczba rannych i zabitych nie była brana pod uwagę.
Kiedy przerywano obronę, znaczyło to duże straty. Najważniejsze było to,
żeby ją przerwać. Zakładano, że podczas takiego przełamania dywizja
szybko opadnie z sił i straci masę ludzi. Ku naszemu zdziwieniu, Niemcy
jednak od razu wszystko rzucali i gnali na nową rubież. Wszystko poszło
tym razem inaczej niż zakładano. W pierwszej chwili wręcz się
zasiedzieliśmy.
W styczniu 1943 roku Niemców nie udało się zepchnąć z głównej drogi
Biełyj -?Duchowszczina. Przełamanie wykoncypowano poprzez obejście
miasta Biełyj. Okazało się, że Niemcy mieli tam słabą osłonę. Już przy
pierwszym uderzeniu, obawiając się wpadnięcia w okrążenie, Niemcy
załamali się i popędzili na nową rubież.
Przerwanie niemieckiej obrony odbyło się bez szczególnych strat. Niemcy
nie dysponowali rezerwami. Artyleria była częściowo zwinięta. Ustał
dowóz amunicji po rozmokłych drogach. Zupełnie nie spodziewali się po
nas natarcia w takim okresie.
Obeszliśmy Biełyj od strony Szajtrowszcziny i zaczęliśmy posuwać się na
Baturino równolegle do szosy bielskiej. Wyrwaliśmy się do przodu. Biełyj
został wyzwolony przez inne nacierające tu jednostki. Niewielkie
miasteczko kosztowało nas wiele tysięcy żyć żołnierzy i kompanijnych
oficerów. Wielu z naszych żołnierzy legło na tej ziemi. A jeszcze
więcej, ku naszemu wstydowi, dostało się tu do niewoli nie ze swojej
winy.
Okazało się, że teraz, podczas wiosennych roztopów, wystarczyło jedno
niewielkie uderzenie i groźna niemiecka obrona rozsypała się i zawaliła
w jeden dzień. Oto dlaczego szliśmy bez snu i odpoczynku, śpiesząc za
cofającymi się Niemcami.
Dowództwo podążało za nami najazdami, tocząc się w lekkich zaprzęgach.
Mieli czas, aby wyspać się w nocy, dobrze podjeść i ruszyć w ślad za
nami, mając drogę oczyszczoną żołnierskimi buciorami, kopytami naszych
koni i kołami wozów. Jechali bez obaw, popędzając i poganiając nas do
przodu.
Pamiętam, jak podeszliśmy do Szajtrowszcziny. Przed oczami wyrosła
znajoma wioska. Kiedyś stał tu duży dom o pięciu ścianach4. w którym zamieszkiwał sam Bierezin. W maju czterdziestego drugiego
porzucił tutaj swoje gwardyjskie wojsko i ukrył się, oddawszy Niemcom do
niewoli osiem tysięcy żołnierzy. Ostatni raz widziano go w towarzystwie
lekarza z batalionu sanitarnego oraz jego żony, kiedy szli w stronę
Niemców.
Pamiętam jak na ganku tego domu stali żołnierze z jego osobistej
ochrony. Z wysokości owego ganku patrzyli na mnie, porucznika, pewnym
wzrokiem, trzymając na brzuchach swoje automaty.
Wspomnienia i przeszłość odsuńmy jednak na bok. Musimy trzymać kierunek
na Brulewo. Stamtąd leśną drogą idziemy na Korowiakino, nocą skręcamy na
północ i nad ranem 12 marca wychodzimy ku podnóżu wzgórza 236.
Takiego wzniesienia dawno nie widzieliśmy. Staliśmy, zadarłszy głowy do
góry i patrzyliśmy na jego szczyt, sterczący gdzieś w niebie. Ze skraju
lasu droga zygzakami wspina się po jego zboczu ku górze. Wyrwawszy się
na przestwór i światło z zabagnionego lasu, nagle usłyszeliśmy dźwięki
nadlatujących pocisków. I w tej samej sekundzie zaszeleściły one nam nad
głowami.
-?No i wreszcie dopędziliśmy Niemca! -?westchnęli z ulgą żołnierze.
Z tyłu uniosły się słupy dymu. Kłębiaste chmury wybuchów poniosły się
rzędem po drodze. Żołnierze raz jeszcze unieśli głowy, spojrzeli w stronę szczytu, skąd pewnie można oczekiwać następnych pocisków, zeszli
z drogi i wcisnęli się do przydrożnego rowu. Odczekawszy minutę czy
dwie, gdy ponownie usłyszeli warczenie pocisków, cekaemiści pod
okrzykami dowódców rozbiegli się po polu i zalegli.
Żołnierze byli ewidentnie zadowoleni, że dotarli do Niemca, że nie
trzeba będzie więcej iść i że teraz można wybrać sobie rów lub dołek,
wyciągnąć nogi i wyspać się.
Zanim pułkowi się połapią, o co chodzi i gdzie są Niemcy, żołnierzom
może przyśnią się kobiety i w nocnych majakach będą im przynosić menażki
z kaszą. Będą spać, dopóki nie poderwą ich na nogi dowódcy kompanii. W tym czasie możesz strzelać, krzyczeć, a żołnierze i tak nie podniosą
głów. Bez krzyku żołnierza może poderwać na nogi wyłącznie zapach
pełnego kociołka, chleba, wojskowej bałandy, czy gorzkiego smaku dymu z machorki. Te ledwie wyczuwalne aromaty podrywają na nogi chorych i zdrowych. Tylko martwi ich nie czują. Martwego poznasz od razu, jeśli
nie wstał w chwili rozdawania jedzenia.
Spaliśmy cały dzień i całą noc. Momentami się budziłem, unosiłem głowę i przyglądałem się wzgórzu i ciemnym niebieskim przestworzom. Niemiec
przez całą noc świecił rakietami i od czasu do czasu puszczał serię
pocisków w stronę lasu.
A kiedy przed świtem do kompanii przynieśli chleb i pochlipkę i kiedy
żołnierze niczym mrówki przed burzą zaczęli biegać z menażkami, Niemiec
całkiem przestał strzelać.
-?Nie chce nam psuć apetytu!
-?Teraz nie trzeba się śpieszyć z żarciem! Rano ze wschodem słońca
możemy iść do ataku!
-?Może ostatni raz bierzesz żarcie do gęby!
-?Dzisiaj żarcie jakieś lepsze i bardziej gęste!
I żołnierz połą szynela przecierał swoją łyżkę z kurzu.
Nagła cisza, podobnie jak głośny ostrzał, działa na ludzi. Teraz albo
rozpuszczą gębę, albo Niemiec poderwał się i zwiał ze wzgórza. Wszystkie
oznaki świadczyły o tym, że Niemcy szykowali się, aby nam czymś
napaskudzić. Dopóki Niemiec strzelał, w sercach był spokój. Dowództwo
siedziało w lesie i nie czepiało się nas.
Niewykluczone, że Niemcom ugrzęzło gdzieś działo, może obaliło się na
przegniłym moście. Osłonili się więc ogniem artyleryjskim. Działa mają
ciężkie, nie to, co nasze, które przy wystrzale skaczą jak żaby. No i przyhamowali nas na dobę. To były moje przypuszczenia, ale możliwe, że
szykowało się coś innego.
Wkrótce przysłali po mnie łącznika. Razem z nim ruszyłem do lasu, do
Maleczkina. Machnęliśmy trzy kilometry i skręciliśmy z drogi.
-?Oto, jak się sprawy mają, szefie sztabu! Dowódca dywizji każe wziąć
wzgórze. Kompanię strzelecką posłali okrężną drogą, a na miejscu poza
cekaemistami nikt nie pozostał. Musisz wracać do kompanii i organizować
natarcie. Dwie kompanie broni maszynowej wystarczą, aby zająć
wzniesienie. Damy ci łączność telefoniczną. Sztab dywizji rozkazał, abyś
osobiście dowodził obiema kompaniami. Przekażesz rozkaz bojowy dowódcom
kompanii. Na przygotowania daję pół godziny, nie więcej. Wszystko jasne?
No, to ruszaj! Zdobywaj wzgórze dla ojczyzny!
Wróciłem do kompanii, przekazałem rozkazy dowódcom, wskazałem na wzgórze
i dodałem:
-?Zasuwajcie gwardziści, póki Niemca tam nie ma!
-?Skąd wiecie, że nie ma?
-?Gdyby był, nie dałby nam się ruszyć po drodze. A jak sami
widzieliście, szliśmy do lasu i z powrotem nie kryjąc się. Myślisz, że
wytrzymałby bez puszczenia serii po drodze? To nie ten sam Niemiec, co w czterdziestym pierwszym. Teraz się śpieszy i ucieka. Nie ma czasu na
myślenie i osądy. Dawajcie, dawajcie, chłopaki! Im szybciej zajdziemy na
szczyt, tym lepiej dla nas wszystkich. Bo jeszcze się Fryc rozmyśli i zawróci!
Poderwaliśmy ludzi i wyszliśmy na drogę, gdzie czekało na nas trzech
telefonistów ze szpulami przewodów. Przed nami zupełnie odkryty teren.
Kręta droga wspinała się gdzieś do nieba. Pod nogami mieliśmy suchą i twardą ziemię.
Czas płynie powoli i niespiesznie. Oczywiście w głębi ducha mam
wątpliwości. Może Niemcy się przyczaili i czekają, aż podejdziemy
bliżej. Po prawej i lewej stronie drogi posuwają się obsady cekaemów.
Ja, Samochin i telefoniści wspinamy się na wzgórze. Patrzymy przed
siebie, rozglądamy się na boki i na razie wszędzie panuje spokój. Jednak
w każdej chwili może wygarnąć niemiecki karabin maszynowy lub grzmotnąć
sterta pocisków.
Wspinamy się, oczekując powitalnych strzałów i główkujemy, gdzie można
będzie zalegnąć. Lecz dookoła panuje pełna napięcia cisza. Nie słychać
nic poza własnym oddechem. Niepewność i wątpliwości sprawiają, że przy
podejściu zwalnia się kroku. Niezwykła cisza odzywa się dzwonieniem w uszach i słychać, jak zaczynają cykać pasikoniki. Przypadając do ziemi,
żołnierze ciągną za sobą ciężkie karabiny maszynowe.
Wspinamy się wciąż wyżej i wyżej, w każdej sekundzie gotowi do
rozwinięcia cekaemów. Odnoszę wrażenie, że stoimy i drepczemy w miejscu.
Idziemy po drodze, a jej końca nie widać. Wspinamy się na szczyt, a on
się od nas oddala.
Telefonista szarpie mnie za rękaw i mówi, że gdy rozwiniemy parę szpul,
powinniśmy się zatrzymać i połączyć z Maleczkinem. Zatrzymuję się i czekam. Telefonista kończy rozwijanie, ustawia aparat na ziemi, podłącza
przewód i podaje mi słuchawkę.
Z daleka słyszę głos Maleczkina. Domyślam się, że pewnie chce, abyśmy
posuwali się szybciej.
-?Podejdziecie do Niemców na sto metrów... postawisz zadanie kompaniom...
poderwiesz ludzi do ataku!
Ciskam słuchawkę żołnierzowi i krzyczę do ludzi, aby przyśpieszyli
kroku. Ci machają do mnie rękami, że niby zrozumieli, ale dalej idą tak
samo powoli.
Ci zaś, którzy siedzą w lesie, chcą oczywiście, żebyś im wszystko podał
jak najszybciej i zwykle nie mają do niczego cierpliwości. Dla nich
ważne jest, kto pierwszy powie "miau!". Że wzgórze zdobyte! "Dawaj,
dawaj!" -?niesie się w słuchawce w ślad za nami.
Jeszcze trochę i oto grzbiet. Jedna z obsad cekaemów już ułożyła się na
ziemi. Leżą jak sowy i wytrzeszczają oczy spod hełmów. Nastawili uszu i przyciskają się do ziemi.
Ruchem głowy przywołuję dowódcę kompanii i wychodzimy na grzbiet, aby z góry spojrzeć przed siebie. Telefoniści zostali na przeciwległym
skłonie.
Przed nami wokoło roztacza się nieskończona przestrzeń. Rozciąga się po
sam horyzont. Widać lasy, niewielkie prześwity gołych pól i białe pasy
porannej mgły, która wisi nad bagnami i parowami. A tam dalej przeziera
błękitnawa dal, która ucieka nam spod nóg. Z przodu u podnóża
wzniesienia widać dachy wiejskich chałup. Parę domów mieszkalnych i dwie, trzy stodoły. Po prawej i lewej stronie krzewy porastają zbocza
wzgórza. Stoimy na szczycie wyprostowani i twarze owiewa nam świeży,
chłodny wiatr. Ze wszystkich stron doskonale nas widać. Schodzę z drogi
i wspinam się na podwyższenie, na sam czubek, unoszę lornetkę i omiatam
wzrokiem leżący przede mną teren.
Telefoniści rozciągają przewód, kucają, wbijają w ziemię szpilę i podłączają aparat do kabla. Łączności nie ma.
-?No, co tam u was? -?pytam.
-?Zrywka na linii!
Okularami lornetki prześlizguję się po zboczach, patrzę na drogę,
spływającą w dół ku podnóżu, obserwuję maleńkie szare dachy pokryte
gontem, przyklejone do skraju lasu na samym dole. Stąd, ze szczytu,
widać je w dziwnej skali.
Do tej pory siedzieliśmy na bagnach i w nisko położonym terenie. Na
Niemców i twardą ziemię patrzyliśmy z dołu ku górze. Wówczas otaczający
nas świat jawił się nam w jakiejś żabiej perspektywie. Teraz byliśmy na
górze i niemający końca przestwór uciekał nam spod nóg gdzieś w dal.
Tutaj oddycha się lekko, swobodnie, pełną piersią. Ma się wrażenie, że
szybujemy nad ziemią niczym ptaki. Stoimy w niebieskich przestworzach i patrzymy na drogę, którą teraz przyjdzie nam schodzić w dół.
Podczas gdy telefoniści grzebią się z telefonem, postanawiam zerknąć do
tyłu, tam, gdzie w lesie siedzą nasze tyły. Na skraju lasu na ziemi roją
się maleńkie figurki żołnierzy.
Opuszczam lornetkę i spoglądam na łącznościowców. Muszę złożyć meldunek.
Maleczkin czeka na raport. A ci spoglądają na mnie skruszeni. Na
twarzach zdumienie i zakłopotanie.
-?Dawać mnie szybciej na linię! Kurwa mać... -?krzyczę do nich. -?Macie
gdzieś zrywkę na linii, a wy dłubiecie w aparacie!
-?Przewód jest stary! Porwany w wielu miejscach! Pomotany z kawałków!
-?Zwykła sprawa na wojnie! Szybko na linię! Żeby mi tu śladu po was nie
było!
Na szczycie jest cicho, nikt nie strzela. Można i nie krzyczeć,
powiedzieć to samo cicho i spokojnie. Ale my jesteśmy ludźmi z okopów,
przyzwyczajonymi do huku. Dla nas cisza jest nie wtedy, kiedy jesteś z babą, ale gdy leżysz w objęciach śmierci. Kiedy duszę przenika ci
przyjemny dotyk niebiańskiego życia. Po tym żołnierzowi już nic nie jest
potrzebne. I właśnie dlatego krzyczę.
Jeden z telefonistów zrywa się z miejsca, chwyta przewód w ręce i niczym
pies na uwięzi, pochylony, puszcza się pędem w dół po drucie.
Ja zaś patrzę do przodu, gdzie być może znajduje się nowa linia obrony
Niemców. Jednakże nie widać tam ani wzgórz ani grzęd, obramowujących
cały horyzont. Z przodu nie ma wygodnych rubieży. Jeśli Niemcy gdzieś
są, to kryją się na niżej położonym terenie.
Stoimy pod samym niebem na tle płynących obłoków i z góry wszystko
widzimy. Niemcy nie będą budować nowych rubieży na bagnach i w obniżeniach terenu, więc będziemy jeszcze szli i szli!
Niemcy unikają nizin i lasów, zawsze starają się zasiadać wyżej.
Dlaczego jednak nie umocnili się na takim górującym nad okolicą wzgórzu?
Dlaczego oddali je bez walki? Posadź tam pół setki żołnierzy, osłoń
wzgórze baterią dział i nasi musieliby położyć tam niejedną setkę
własnych ludzi.
Gdy wspinaliśmy się na wzniesienie, sądziłem, że Niemcy powitają nas
silnym ogniem. Wychodzi na to, że niepotrzebnie dławiliśmy w sobie
strach i wątpliwości. Ileż to przyszło przeżyć, stawiając krok za
krokiem i powoli wspinając się pod górę.
Nieskończona wstęga pół i lasów rozciągała się po horyzont. Ilu
żołnierzy, ile dział i karabinów maszynowych trzeba postawić, aby
przykryć tak długą linię frontu?
W sierpniu 1942 roku Niemcy mieli w Puszkarach parędziesiąt luf na
kilometr frontu. Dzień i noc orali naszą pierwszą linię. I tamto wzgórze
było niższe od tego. Dziesiątki dział i nieograniczona ilość amunicji!
Niemcy byli twardzi, gdy ziemia ryczała nam nad głowami, kiedy
zaściełali ją setkami pocisków. A teraz żołnierze führera najwidoczniej
opadli z sił. Zabrakło dział. Zniknęły zapasy pocisków. No i uciekają
nach Hause. Ciekawe, jak by wojowali, gdyby im tak zostawić, jak
naszym Słowianom, same karabiny i nie dać armat. Sypnąć po dziesięć
nabojów na głowę i powiedzieć: " Los! Los! Zasuwać! Vorwärts!"
Chętnie byśmy na nich popatrzyli. No i teraz umykają. Ratuj się, kto
może! Żołnierze führera nie mogą wojować samymi karabinami, bez dział.
Chodzić do ataku z pochylonym karabinem mogą tylko Rosjanie. Do tego
Słowianie przyzwyczaili się od czterdziestego pierwszego. Naszym wodzom
potrzebne były wioski i kilometry. My zaś odmierzaliśmy te kilometry
krokami, oznaczając niemieckie ubezpieczenia żołnierskimi trupami.
Odwróciłem się, usłyszawszy tętent końskich kopyt. Major Maleczkin wraz
z Jegorką konno zbliżali się do wzgórza. Maleczkin nie docwałował do
szczytu, osadził konia i lekko zeskoczył na ziemię. Ordynans Jegorka
złapał wodze i zawrócił konie. A major, podtrzymując ręką bujający się
przy boku mapnik, wbiegł na wierzchołek, na którym staliśmy.
Maleczkin złapał oddech, obsztorcował telefonistów i z miejsca wydał mi
nowy rozkaz:
-?Kompaniom rozkazano osiodłać wzgórze! Zająć obronę okrężną i ani kroku
w tył! Osobiście każdego dopilnuj, żeby zarył się w ziemię! Pułkowi
zwiadowcy wysuną się do przodu, a kompanie broni maszynowej zostaną
tutaj! Wasze podwody są tam, w parowie na skraju lasu! Tam będziecie
odsyłać rannych!
Jak zrozumiałem, nas, cekaemistów, przesunięto do drugiego rzutu.
Pozostawiono nas tutaj, abyśmy przykryli wzgórze. Niemcy mogli zepchnąć
wysunięte kompanie, zmusić do odwrotu zwiadowców i wrócić tutaj. Jednak
wątpliwe jest, aby zebrali swoje rozproszone wojsko.
Maleczkin był zadowolony, że zajęliśmy wzgórze. Poklepał po plecach
Samochina i skierował się do koni. Jak się później dowiedziałem, za
wzięcie wzgórza major został przedstawiony do odznaczenia.
Obsługi karabinów maszynowych zajęły obronę i okopały się. Żołnierze
wolni od dyżurów położyli się spać. Kto wie, ile czasu będziemy sterczeć
na wzniesieniu. W każdej chwili mogą nas pchnąć do przodu na Niemców.
W dole, dokąd poszli pułkowi zwiadowcy, gdzie u podnóża góry widać było
dachy niezamieszkałych chałup, trzasnęły wystrzały. Po jakimś czasie,
zachłystując się, odezwał się niemiecki karabin maszynowy. Minęło
jeszcze nieco czasu i wszystko ucichło.
Łączność telefoniczna została przywrócona. Połączyłem się z Maleczkinem
i zameldowałem o strzelaninie.
-?Masz obserwować i dokładnie mi o wszystkim meldować! -?usłyszałem w słuchawce jego głos.
Pod wieczór otrzymaliśmy rozkaz, by zwijać się ze wzgórza i ruszać w dół
po drodze. Gdy podeszliśmy do trzech chałup, przy których doszło do
wymiany ognia, ujrzeliśmy trzech zabitych zwiadowców. Dlaczego nie
obeszli tych chałup bokiem po krzakach? Dlaczego poszli na zabudowania
po odkrytym terenie? Niestety, na wojnie takie rzeczy często się
zdarzają.
Człowiek idzie drogą i nikt do niego nie strzela. Wydaje się, że nie
trzeba zachowywać ostrożności. Po co na próżno marnować czas? Żołnierz
zapomina o niebezpieczeństwie, o tym, że może się nadziać na strzał, a już dawno wzięli go na muszkę. On zaś idzie spokojnie. A Niemcy tylko
czekają, żeby podszedł bliżej. Przecież wojak nie będzie omijać każdego
krzaka, obchodzić bokiem każdego pagórka, stodoły czy chaty, stojącej na
uboczu. Nie ma sensu kłaść się przed każdą szopą i pełzać na brzuchu
zabłoconym rowem. Idziesz sobie drogą i nikt do ciebie nie strzela. Jaki
tu sens, żeby się kryć i rozglądać na boki? Może jakoś przeniesie! -
główkują wszyscy.
Na wojnie trudno jest zgadnąć, w którym momencie stracisz życie.
Wystrzał -?to jedno mgnienie oka! Kula trafia i życie nagle się
skończyło!
Podczas pościgu za Niemcami nie mieliśmy możliwości przeczesywania
okolicy od krzaka do krzaka. Szliśmy po drodze, dopóki nie zaczynano do
nas strzelać. Nie będziesz się czołgać, gdy wokół głucho i cicho. Nie
oszczędzaliśmy nabojów, ale strzelanie po pustych chałupach i stodołach
jakoś nie miało sensu. Choć nieraz przekonywaliśmy się, że to właśnie
tam za każdym razem czekali na nas Niemcy.
Przypominam sobie teraz zajęcia z taktyki na uczelni wojskowej.
Ganialiśmy po polu i krzyczeliśmy "Ura!". Potem, przy podejściu do wsi,
kładliśmy się i pełzając zbliżaliśmy się do domów. Na wojnie nie zmusisz
żołnierza do czołgania się, dopóki kule nie zaczną mu gwizdać nad głową.
A skąd to wszystko? Z żołnierskiego lenistwa! Ech, lenistwa nie wybijesz
z żołnierza dębową pałką. Teraz to wojna wszystkiego nas uczyła. Nie
uczyliśmy się na doświadczeniach wojny domowej, kiedy to pełzano na
brzuchu i rzucano się do walki wręcz, machając bagnetami. Myśmy się
uczyli na własnej skórze. Wykładowców mieliśmy doświadczonych -?przeszli
przecież całą Europę.
Przyswoiwszy sobie ten szybki kurs naukowy uzupełniliśmy go rosyjskim
sprytem. Czego jak czego, ale siły ducha i doświadczenia, zawsze
nabytego po szkodzie, rosyjskiemu żołnierzowi nigdy nie brakuje.
Prześcignęliśmy w końcu swych nauczycieli we wszystkich dziedzinach!
Istniały jeszcze inne powody naszej odwagi i lenistwa. Wojowaliśmy
między młotem a kowadłem. Z jednej strony -?Niemcy. Z drugiej -?nasi
waleczni tyłowi szefowie i dowódcy. Kto przyciśnie nas mocniej?
Podczas natarcia brakowało nam zarówno pocisków, jak i dział. Dostawy
chleba odbywały się z przerwami. Na samej bałandzie nie pognasz, aby
oblecieć wszystkie krzaki i stodoły. A dowództwo nie dawało nam czasu,
abyśmy spokojnie się ułożyli i leżąc, umierali. Poganiano nas,
przymuszano i ponaglano. Potrzebne nam były kilometry odbitej Niemcowi
ziemi. Ceną za każdy nasz krok było życie prostych żołnierzy i oficerów.
Po drodze traciliśmy więcej ludzi niż pustych łusek po nabojach
karabinowych.
Komu, jak komu, ale rosyjskiemu żołnierzowi, który przeszedł wojnę z kompanią w piechocie, należy kłaniać się do ziemi. Zapłacił własną krwią
i życiem za wszystkie czerwone strzałki, wyrysowane na wojennych mapach.
Niestety, jego sławne imię zostało zapomniane. Zwycięzcami zostali
drobni tyłowi funkcjonariusze od batalionu wzwyż. Teraz są frontowcami z pierwszej linii, szlag by ich trafił! Nie wiadomo już, kto walczył, a kto jawnie chował się na tyłach pułku i dywizji.
Ludzie ci, rzecz jasna, także doświadczali nędzy i nieszczęścia. Podczas
natarcia musieli włazić na siodła i obijać tyłki, doganiając piechotę.
Byli zmuszęni kłaść się spać, okrywając się na furach. Nie mieli swych
tradycyjnych materacy i poduszek. Za to o wojnie i o Niemcach wiedzieli
ze słyszenia. Któregoś razu zadałem dowódcy batalionu tego typu pytanie.
Spojrzał na mnie zagadkowo i sprowadził rozmowę na inne tory.
Odłóżmy dyskusję, kto wojował, a kto "uczestniczył", siedząc na tyłach
jak najdalej od frontu. Wróćmy na drogę, po której mieliśmy maszerować.
Tam, przed nami, wiele nas czekało. Każdy krok na naszej drodze
kosztował czyjeś życie5.
* * *
Minęła jeszcze jedna frontowa noc. O świcie
odchodzimy od trzech niezamieszkałych chałup, gdzie polegli zwiadowcy.
Równa i pokryta świeżym śniegiem droga skręciła w las. Poprzedniego
wieczoru niebo jakoś tak nagle pociemniało, zerwał się zimny wiatr i z północy sypnęło świeżym śniegiem. Wszystko, co dzień wcześniej rozmiękło
i chlupało pod nogami, od razu skamieniało. Przed naszymi oczami
rozpostarła się biała zasłona. Po drodze szło się łatwo i przyjemnie.
Gdzieś na prawo od nas, w odległości trzech kilometrów, idzie drogą
kompania strzelecka. Jesteśmy, że tak powiem, sąsiadami, ale nie widzimy
się wzajemnie.
Na drodze widać świeże ślady umykających Niemców. Patrzę na nie i liczę,
ile to ich zostało przed nami. Jeśli ślad się urwie lub skręci gdzieś w bok, należy zachować ostrożność, gdyż można spodziewać się zasadzki. To
jest jak polowanie na zające po pierwszym opadzie śniegu.
Cichy i przysypany śniegiem las zamarł w bezruchu. Świt jeszcze nie
zapłonął. Lecz oto wyglądają już wierzchołki drzew i droga trochę
jaśnieje.
Przed nami widać szeroki prześwit. Droga ostro odbija w bok. Z przodu
nie widać płotów ani zabudowań. Po prawej i po lewej stronie jest równe
pole. Droga omija bagno. Las to się zbliża, to oddala. Przed nami leży
pagórek, za którym można dostrzec dachy domostw. Wzdłuż drogi ciągnie
się ogrodzenie z żerdzi. Obok stoją pojedyncze zaśnieżone drzewa.
Podchodzimy jeszcze trochę do przodu i wspinamy się na wzgórek.
Przyglądam się uważnie szczytom dachów, czy aby nie ukaże się nad nimi
głowa lub hełm Niemca. Okien i przyzb jeszcze nie widać.
Macham ręką dowódcy kompanii, który zatrzymuje swoich cekaemistów.
Otwieram mapnik i spoglądam na mapę. Chcę poznać nazwę wsi. Na samym
końcu pola rosną krzewy i znajduje się mostek przez strumień. Podejścia
do mostu mogą być zaminowane. Iść drogą czy obchodzić wioskę bokiem po
polu? Może ściągnąć z tyłów saperów? Zanim nadejdą, minie sporo czasu, a jeśli nie znajdą min, to za zwlekanie dostanę reprymendę.
Teraz należy rozstrzygnąć jeszcze jedno. Niemcy są jeszcze we wsi, czy
już poszli?
Wołam Samochina i pytam go:
-?Jak sądzisz? Niemcy są we wsi?
Samochin patrzy, kręci głową i mówi:
-?Nie wiem!
-?Popatrz na kominy. Widzisz? Z wierzchu leży biała warstwa świeżego
śniegu. Jeśli Niemcy zostaliby na noc we wsi, to napaliliby w piecach.
Nie przywykli do siedzenia w zimnie.
Po pewnym namyśle mówię do Samochina:
-?Poślij do wsi plutonowego i niech weźmie ze sobą pięciu ludzi. Nie
wysyłaj go drogą. Niech idzie po krzakach i warzywnikami.
Plutonowy oddala się wraz z żołnierzami. My zostajemy na miejscu.
Żołnierz, który przybiegł z powrotem, zameldował, że wioska jest pusta i nie ma w niej mieszkańców.
Idziemy po drodze. Tu i tam widać hałdy pocisków i min. Obok skrajnego
domu przy wejściu leżą rozrzucone niemieckie rupiecie. Podchodzę bliżej
i widzę na ganku niemiecki plecak z rudym futrem na zewnętrznej klapie.
Obok żołnierski hełm i parę grubych puszek z maskami przeciwgazowymi.
Nigdzie nie widać porzuconych karabinów. Przy ganku całą kupą leżą
granaty ręczne z długimi drewnianymi trzonkami.
Wchodzę po stopniach. Drzwi są otwarte na oścież. Stąpam po skrzypiących
deskach podłogowych i wchodzę do izby. Na środku stoi drewniany stół.
Pod ścianą po prawej stronie -?piętrowe prycze zasłane słomą. Prycze
mają z boku drewniany rant, obity brzozową listwą. Podchodzę bliżej i oglądam ją. Biała brzozowa żerdź jest przepiłowana wzdłuż na dwie
części. Na półokrągłej stronie pozostawiono korę. Na tle pociemniałych
desek jaśnieje srebrzystą bielą. Brzozowe żerdzie są przybite płaską
stroną do bocznych desek leżanki.
Zabawny widok! Trwa wojna, a oni zajmują się zdobieniem. Nawet tutaj, na
froncie, zabawiają się niczym małe dzieci.
Podchodzę do stołu, na którym stoi metalowa skrzynka. Na wieczku, które
jest uchylone, widnieje wymyślny wzór. Jeden z żołnierzy, których
posłano z plutonowym do wsi, powiedział mi, że niewykluczone jest, iż
Niemcy zostawili miny w chałupie. Zastanawiam się, dlaczego tak sądził.
Nie śpieszę się. Za moimi plecami stoi ten sam żołnierz, który mówił o minach.
-?Skądżeś wymyślił, że dom jest zaminowany?
-?Bo za domem leży cała kupa min!
Stoję, wzruszam ramionami i nie odwracając się do niego, mówię:
-?Skocz i przynieś jakiś dłuższy kij!
A sam myślę, że gdyby nie miny za chałupą, tej szkatułki już dawno by
nie było.
Żołnierz wraca i podaje mi długi drąg. Odchodzę od stołu, podważam kijem
wieczko i popycham je. Wybuch nie następuje. W chałupie wszystko jest w porządku i dalej panuje cisza. Wracam do stołu i zaglądam do wnętrza
skrzyneczki. Wzrokiem szukam drutu, przeciągniętego pod stół do
zapalnika miny.
Na dnie skrzynki leżą niemieckie Żelazne Krzyże. Jest ich tam ponad
pięćdziesiąt, a z boku przy ściance są jeszcze dwie tabliczki
zagranicznej czekolady. Ponownie badam stół. Wszystko gra -?żadnych
nitek ani drutów. Wyprostowuję się i zerkam na żołnierza. Jedną ręką
powoli podnoszę szkatułkę.
Żołnierz zamiera, przestał nawet oddychać. Odebrało mu dech, nie mruga
oczami. Wyjmuję obie tabliczki czekolady i wpycham je do kieszeni. Potem
zanurzam dłoń w skrzyneczce i wygrzebuję garść Żelaznych Krzyży.
Szkatułkę wciskam żołnierzowi w ręce. Ten bierze ją i zagląda do środka,
patrząc na dno. Niemieckie ordery lśnią zimnym srebrzystoczarnym
blaskiem.
Całkiem niedawno oddziaływały magiczną siłą na żołnierzy führera. Teraz
nic nie są warte i nic nie znaczą, choć i lśnią blaskiem nierdzewnej
stali. Po prostu interesujący widok.
Wsunąłem parę sztuk do kieszeni. Trafi się jeniec, to dla żartu
uroczyście go odznaczymy. Powiemy, że to rozkaz führera -?kazano wręczyć
odznaczenie. Jak masz na nazwisko? Zgadza się, to dla ciebie!
Niemiecki guzik, odpruty z munduru i przyszyty w rozporku gaci przez
naszego żołnierza, miał większe znaczenie niż te pół setki Żelaznych
Krzyży.
-?Zostaniesz na miejscu we wsi! Poczekasz na dowództwo pułku! Uroczyście
przekażesz im puszkę z krzyżami! -?poinstruowałem żołnierza.
Sam przysiadłem na ławie, wyciągnąłem kapciuch, zwinąłem skręta,
zapaliłem i obejrzałem izbę. Na podłodze wszędzie poniewierają się
papiery. W rogu pod pryczą stoi skrzynka z butelkami. Wchodzi Samochin.
Ruchem głowy wskazuję mu skrzynkę pod narami. Pochyla się i wyciąga ją
spod pryczy. Teraz skrzynka stoi u mnie między nogami.
W środku są puste i pełne butelki. To nie po naszemu, by trzymać w skrzyni niewypity sznaps. Wyjmuję jedną flaszkę i obracam w dłoni,
starając się przeczytać, co tam napisano na etykiecie.
-?Te osiem sztuk zabierz do analizy! -?głośno mówię Samochinowi, aby
żołnierze słyszeli. -?Przekaż starszynie! Niech odbierze za
pokwitowaniem. Maleczkinowi dwie. Pozostałe na próbę. Powiedz
starszynie, żeby na odległość strzału nikogo do nich nie dopuszczał!
Żołnierze byli porażeni naszym odkryciem. Samochin wziął pół skrzynki
konserw i zabrał je na podwodę cekaemistów. Kiedy wrócił do chałupy,
wyciągnąłem z kieszeni tabliczkę czekolady, położyłem na wierzchu
niemiecki Żelazny Krzyż i wręczyłem mu.
-?Za odwagę i zdobycie wzgórza 236 odznaczam cię najwyższym zdobycznym
orderem!
Samochin roześmiał się. Żelazny Krzyż przyczepił sobie do szynela. A czekolada mu się nie spodobała.
Wyjąłem jeszcze jeden order, położyłem go na dłoni i zacząłem oglądać.
Był świetnie wykonany. Miał czytelną formę i ładne wypukłe obramowanie.
Srebrzyste żłobienie w oksydowanej powierzchni podkreślało jego kontur.
-?Ładna robota! -?powiedział stojący obok żołnierz.
-?Tak! -?przytaknąłem i zamyśliłem się.
Za kawałek niepotrzebnego żelaza Niemcy oddają swoje życie. Może krzyż
zapewnia im jakieś przywileje albo nadania ziemskie?
Przez drzwi otwarte na ulicę dostrzegłem ruch żołnierzy we wsi.
Podniosłem się z ławy i wyszedłem na ganek. Na ogierze do wioski
wjeżdżał major Maleczkin. Podjechał do rogu chałupy, dał mi znak ręką,
abym podszedł bliżej i zeskoczył na ziemię. Jegorka złapał wodze konia,
a my odeszliśmy na bok. Major spojrzał na mnie i powiedział półgłosem:
-?Wczoraj zginęła druga kompania cekaemów.
-?A co się stało?
-?Pułk, z którym szła, wpakował się na czołgi. Przy podejściu
niemieckiej kolumny nasi zalegli, a piechota uciekła w krzaki. Czołgi
rozstrzelały cekaemistów z najbliższej odległości. Pułk się cofnął, a nasi zginęli. Teraz mamy w batalionie jedną kompanię broni maszynowej.
Byłem w dywizji, prosiłem o uzupełnienia, ale powiedzieli mi, że ludzi
nie ma i nie będzie. Nie opowiadaj o tym nikomu. Dowódcy kompanii też
nie mów. Niech wojuje spokojnie.
-?Na naszej drodze działa niewielka grupa niemieckiej piechoty -
powiedziałem.
Przeważająca część Niemców najwidoczniej wycofała się na południe, na
Izdieszkowo i w stronę Jarcewa. My zaś poruszamy się boczną drogą z dala
od głównych sił Niemców. Zwróciłem uwagę na drogi, które prowadzą w kierunku południowym. Wszystkie są poryte i rozjeżdżone. Tutaj zaś, na
drodze, którą idziemy, świeże ślady są ledwie widoczne.
-?I taka to robota! -?powiedział Maleczkin. -?Zamelduję w dywizji. Teraz
musimy oszczędzać swoich ludzi, bo inaczej zostaniemy we dwóch, bez
wojska.
Do wsi weszła kompania strzelców. Jakichś dwudziestu ludzi, nie więcej.
Żołnierze nie rozeszli się dobrze po chałupach, a już ich zebrano i rozkazano ruszać dalej. Przodem poszła kompania strzelecka, a za nią
cekaemiści. Z tyłu jechał nasz starszyna z dwoma podwodami.
Po jakimś czasie do wioski podeszły nasze tyły. Osiodłano mi konia i wraz z majorem puściliśmy się wierzchem, aby dogonić swoich żołnierzy.
Jechaliśmy stępa bok w bok, jak to się mówi -?strzemię w strzemię.
Opowiedziałem majorowi o skrzynce ze sznapsem i o szkatułce z niemieckimi krzyżami.
-?Niemiaszki się śpieszą! Ze strachu zapomnieli nawet o orderach!
Najwidoczniej niewielu ich tu jest, to i porzucają wszystko po drodze!
Przed nocą idące z przodu kompanie zatrzymały się. Teraz pozwolono nam
na postój. Wraz z majorem ułożyłem się do spania na podwodzie starszyny.
Spaliśmy całą noc. Rankiem obudził nas ordynans majora, Jegorka.
Przyniósł wodę do mycia. Po raz pierwszy w czasie przemarszu namydliłem
szyję mydłem toaletowym.
Następną istotną sprawą było zapoznanie się z mapą majora. Otworzył mi
swój mapnik. Długo wpatrywałem się w mapę, starając się zapamiętać
marszrutę. Na mapie była zaznaczona trasa, którą pokonaliśmy oraz droga,
którą powinniśmy iść dalej. Na kawałku papieru zanotowałem nazwy wsi:
Buruliewo, Okolica, Korowiakino, wzgórze 236, Tereszino, Baturino
(znajdujące się w pobliżu wsi Moszki), Wojennaja, Jerchow. Przed nami
były Starica i Sielco.
Nasyp kolei od stacji Łomonosowo na Smoleńsk był usypany przed wojną,
lecz nie położono podkładów ani szyn. Działał odcinek między Łomonosowem
i Ziemcami. Podeszliśmy do nowej linii obrony Niemców na rzece Wotria.
Nasyp, Sielco, wieś Poczinok i brzeg Wotrii -?oto cały zygzak, którym
przechodził nasz przedni skraj. Kompanie strzeleckie obsadziły lewy
brzeg Wotrii i zaczęły się okopywać. Kompanię broni maszynowej
rozdysponowano po pułkach.
W lutym 1943 roku dla żołnierzy i oficerów wprowadzono nowe rodzaje
umundurowania i dystynkcji. Zamiast wykładanych kołnierzy i pasków z trójkątami, kwadracikami, prostokątami oraz naszywek na rękawach,
mieliśmy założyć na ramiona pagony, naszywki i gwiazdeczki. Pojawiły się
kurtki ze stojącym kołnierzem i bluzy mundurowe dla starszych oficerów.
Dywizja stała w obronie, naczalstwo dziergało sobie nowe uniformy.
Dywizyjni i pułkowi krawcy szyli nowe mundury. Przecież dowództwo nie
będzie chodzić, jak my, z odprutymi naszywkami na wyliniałych bluzach i szynelach.
Kombat Maleczkin również zamówił sobie nowy mundur. Zdobył materiał na
kurtkę mundurową i kawał sukna na szynel. Mundur i szynel szyto mu w dywizji.
Przyjęto mnie do partii. Rekomendację dał mi nasz batalionowy komisarz,
kapitan Bragin.
Któregoś razu nocą major zaszedł do mnie do ziemianki, pogadał o formalnościach, powiedział, że pojedzie do dywizji i uprzedził mnie,
abym nigdzie nie chodził.
-?Czekaj tu na mnie! Wrócę i będziemy oblewać mój nowy mundur i twoje
wstąpienie w szeregi członków partii.
Od nas do dywizji jest dwanaście kilometrów. Z grubsza oceniłem, że
major wróci dopiero nad ranem. Musi obrócić w te i wewtę. Noc ciemna.
Drogę kiepsko widać. Konia kłusem nie puścisz.
Wezwałem starszego sierżanta i przekazałem polecenie, aby na powrót
majora przygotować wszystko, co trzeba.
-?Wszystko zrobimy! Bądźcie spokojni! Niemiecka wódeczka jeszcze jest!
Starszyna poszedł. Ja położyłem się spać. Nie pamiętam, kiedy się
obudziłem. Wyszedłem na powietrze, noc była ciemna. Wilgotna i chmurna,
z porywami wiatru. Przysiadłszy przy wejściu do ziemianki, wyciągnąłem
kapciuch i zapaliłem. "Nie opijesz nowego munduru -?drogi nie będzie!" -
wspomniałem słowa majora. Czy to był przesąd, czy pusta fraza?
Powiedziane tak po prostu, że trudno ocenić... Przesądy zawsze gnają
człowieka na spotkanie z niebezpieczeństwem.
Obróciłem głowę w prawo i wsłuchałem się. Odniosłem wrażenie, że ktoś
niesie się galopem po drodze. I oto można już odróżnić uderzenia
końskich kopyt. Ktoś gnał konia drogą, nie zwracając uwagi na ciemność.
Po minucie dźwięk końskich kopyt usłyszałem już wyraźnie. Po galopie
można było się domyślić, że ktoś pędzi właśnie tutaj. Po kolejnej
minucie w mroku ukazała się postać żołnierza, który przypadł do grzywy
konia.
Osadził rumaka koło ziemianki i nie zdążył jeszcze zeskoczyć z siodła i cokolwiek powiedzieć, gdy już zrozumiałem, że coś stało się z majorem.
To był jego ordynans Jegorka.
-?Towarzyszu poruczniku! -?wyjęczał, ujrzawszy mnie.
Po głowie ciachnęło mnie czymś ostrym. Jakby Jegor na doskoku ciął mnie
obnażoną klingą.
-?Majora zabiło! -?krzyknął.
-?Gdzie?! -?krzyknąłem.
I nie doczekawszy się odpowiedzi, rzuciłem się do słupka, gdzie stały
przywiązane nasze konie. Zerwałem derkę z pierwszego konia, który
nawinął się pod rękę, wyszarpnąłem siodło spod głowy śpiącego żołnierza,
zarzuciłem je na grzbiet zwierzęcia, podciągnąłem popręg i wskoczyłem na
kulbakę. Spiąwszy konia, znalazłem się obok Jegora i nie słuchając jego
paplaniny, wrzasnąłem:
-?Dawaj naprzód! Pokazuj drogę!
-?Starszyna! Gnaj podwodę! -?krzyknąłem już w biegu.
Dopiero, gdy przegalopowaliśmy jakieś osiem kilometrów, poczułem zimno w całym ciele i dreszcze na plecach. Pojąłem, że galopuję rozebrany, w samej bluzie i bez czapki.
-?O, tutaj objazdem! -?krzyknął do mnie Jegorka, odwracając się.
Nie zmniejszając tempa, skręciłem ostro w bok. Osadziliśmy konie i przeszliśmy w stęp. Konie chrapały.
Gdy podjechaliśmy na miejsce, dostrzegłem gniadosza majora. Ogier leżał
na drodze. Był rozerwany na pół. Nie od razu zdołałem odszukać wzrokiem
ciało majora.
Rzuciwszy wodze na siodło, zeskoczyłem na ziemię. Trzęsły mi się nogi i ręce. Być może od zimna całym moim ciałem wstrząsały drobne dreszcze.
Jegorka o coś mnie pytał, pociągał za rękaw. Słyszałem jego głos, ale w żaden sposób nie mogłem zrozumieć słów. Wcześniej nic podobnego się ze
mną nie działo. Do mrozów i zimna już dawno przywykłem.
Maleczkin leżał na skraju drogi, kilka metrów od rozerwanego konia.
Wciąż jeszcze było czuć świeży zapach eksplozji. Ciało majora leżało
nieruchomo. Oderwało mu lewą rękę. W prawej trzymał kawałek wodzów.
Głowa była rozbita. Z biodra lała się ciemna krew.
Umarł od razu w chwili wybuchu. Zerwało z niego szynel, nowa kurtka
mundurowa była porwana i zbryzgana krwią.
W ślad za nami podjechał starszy sierżant. Rzucił mi na ręce szynel i czapkę. Ubrałem się. Minęło nieco czasu, zanim zacząłem się rozgrzewać.
Tropem starszyny, który przyjechał wierzchem, turkocząc po kępach,
podtoczyła się podwoda.
Na niebie pojawiły się pierwsze przebłyski porannego świtu. Dla nas
świeciło niebo, dla majora nastał czarny mrok.
Zrobiło się zauważalnie jaśniej. Przyjrzałem się majorowi, miejscu i szczegółom wybuchu. Jego koń tylną nogą nastąpił na minę
przeciwczołgową. Skąd ona się tutaj wzięła? Dlaczego nie eksplodowała
wcześniej? W tym miejscu drogą jeżdżono i galopowano przez cały tydzień.
Całą drogę poryto kołami wozów. Jak mogła się tu ostać nietknięta mina?
Wydało mi się to niewiarygodne i niepojęte.
Mina eksplodowała pod brzuchem konia. Kombat znalazł się w samym centrum
wybuchu. Śmierć była lekka i natychmiastowa.
Staliśmy półkolem i patrzyliśmy na naszego dowódcę. Wiatr szarpał poły
naszych szyneli i lekko poruszał kosmyki włosów majora z zaschnięta
krwią.
Straciliśmy swojego majora i troskliwego dowódcę. Był człowiekiem
wesołym, pełnym radości życia, o niespożytej energii, humorze i uporze.
Major był dla nas przyjacielem i wymagającym dowódcą. Podczas wspólnej
służby na froncie nigdy nie zaznałem z jego strony chamskiego despotyzmu
i tępej zarozumiałości. To był człowiek energii i czynu, otwarty i sprawiedliwy. Starał się nas rozruszać i natchnąć duchem, skłonić do
patrzenia na wojnę i życie bez smutku, poczucia klęski i żalu.
"I oto patrzcie. Leżę przed wami. To znaczy, że tak trzeba. Nie czuję
żalu" -?powiedziałby nam. Tak! Był dobrym człowiekiem. Rozumiał każdego
z nas -?nie to, co inni. Starał się nie zauważać naszych grzeszków i drobnych potknięć. Przez całą wojnę spotkałem dwóch porządnych ludzi.
Mój pierwszy dowódca Archipow w czterdziestym pierwszym zaginął bez
wieści. I oto teraz zginął kombat Aleksander Iwanicz
Maleczkin6. Tych dwóch pozostawiło w mojej pamięci coś, co w skali całej wojny wiąże się u mnie z tym, co ludzkie i dobre. Dwóch
ludzi pozostawiło w mojej świadomości niezatarty ślad sumienności i przyzwoitości.
Wiedziałem, że Maleczkin miał rodzinę gdzieś w Gorkim. Często pokazywał
mi fotografię, na której była żona i syn, i długo o nich opowiadał.
Nawet teraz mam ją przed oczami.
I to właściwie wszystko, co mogę powiedzieć o życiu kombata. Szczerze
boleję, że zginął taki człowiek.
Rozdział 22 -?Pułkowy zwiad (kwiecień 1943 roku)
Rozdział 22
-?Pułkowy zwiad
(kwiecień 1943 roku)
Śmierć Maleczkina zadecydowała o losie wielu z nas. Żołnierzy z karabinami maszynowymi przenieśli do pułków
strzeleckich, sztab batalionu i jego służby tyłowe rozformowali i 4
Samodzielny Gwardyjski Batalion Ciężkich Karabinów Maszynowych przestał
istnieć.
W celu otrzymania nowego przydziału wezwano mnie do sztabu dywizji. Po
krótkiej rozmowie zaproponowano mi przejście do pułkowego zwiadu.
-?Sam decyduj! Albo zwiad, albo kompania strzelecka w pułku! Idź,
przejdź się i dawaj odpowiedź!
Wyszedłem, zapaliłem i zgodziłem się na pułkowy zwiad. Skierowano mnie
do 52 Pułku Strzelców Gwardii. Szefa sztabu, majora Denisowa7,
znałem osobiście. Wcześniej kilka razy spotykałem się z nim się w sztabie dywizji. Wyznaczono mnie jego pomocnikiem od rozpoznania.
Dowódcy pułku nie znałem8.
Na stanowisku szefa sztabu batalionu karabinów maszynowych nie odrywałem
się na długo od pierwszej linii, rozpoznanie zaś było dla mnie nową i nieznaną sprawą.
Podczas rozmowy z dowódcą pułku dowiedziałem się, że obecnie w pułku
cierpimy na znaczny niedobór ludzi.
-?Na razie stoimy w obronie -?wyjaśnił. -?Przypatrz się swoim
żołnierzom, przestudiuj przedni skraj i bez potrzeby nie pchaj się
Niemcom w oczy. Organizuj obserwację. Teraz twoich zwiadowców
wykorzystuje się przy ochronie stanowiska dowodzenia i na nocnych
patrolach. Nie ruszaj ich i nie odciągaj od pełnienia służby. Obrona
jest rozciągnięta. W pułku brakuje ludzi. Patrz tutaj!
I pokazał mi na mapie odcinek obrony pułku.
-?Wzgórze 203, Sielco, Starina, lewy brzeg rzeki Wopria, wzgórze 248,
Rekta, Poczinok. Niemiecki skraj obrony biegnie po nieukończonym nasypie
kolejowym, przez wioski Skliajewo, Morozowo, osadę Pietrowo, wzgórze
243, Otrię i Zabobury. Dalej na stację Kazarina, Łosiewo, Riadyni i Szamowo9. Niewykluczone, że Niemcy będą rozpoznawać bojem
przedni skraj naszej obrony. Szef sztabu da ci przewodnika. Pójdziesz do
pułkowego plutonu rozpoznania. Tam będziesz siedzieć. Zapoznaj się z ludźmi. Jeśli coś potrzeba -?przyjdź do mnie.
Dowódca pułku zadzwonił do szefa sztabu. Major Denisow dał mi
plutonowego telefonistę za przewodnika i razem z nim ruszyłem na
pierwszą linię.
Były ostatnie dni marca. W powietrzu pachniało wilgocią i zbutwiałym
listowiem. Końcówka miesiąca była spokojna i ciepła. Mgła zebrała
resztki śniegu. Słońce zlizało pozostałości lodu w wąwozach i parowach.
Drogi podeschły, ale błoto w zagłębieniach terenu pozostało.
Na pierwszej linii istnieje własny sposób poruszania się po odkrytym
terenie. Nad ranem ruch w zasięgu wzroku ustawał. Żołnierze przyciskali
się do ścian swoich okopów, bez pośpiechu dymili skrętami i dla fasonu
wyglądali niekiedy ponad przedpiersie, popatrując w stronę Niemców. Ci
zaś nocą nie strzelali, świecili tylko gorliwie rakietami. W ciągu dnia
w naszą stronę leciały pociski i granaty moździerzowe. Małego kalibru -
na okopowców, a ciężkie -?na tyłowników.
Na powierzchni ziemi zalegało wiosenne błoto. Z wyglądu i koloru w sam
raz do barwienia żołnierskich szyneli. Tak samo spłowiałe i bezbarwnie
szare. Deszcze nie zdążyły zmyć z ziemi zeszłorocznego błota. Wszędzie
wokół stały nagie krzewy i drzewa.
Pułkowy pluton rozpoznania rozmieszczony był w jarze niedaleko od
pierwszej linii. Tutaj do wąwozu niezauważonym dało się dojść krzakami
nawet w ciągu dnia. Na niewielkim kawałku ziemi przylepiły się do siebie
trzy nieduże ziemianki, wyryte w ścianie wąwozu. Wzdłuż ziemianek -
niezbyt szeroki pas suchej ziemi, udeptanej żołnierskimi butami.
Kiedyś nad jarem stały drzewa. Spiłowano je i poniewierały się dookoła.
Samotnie stojące drzewa mogą służyć Niemcom za przydatne punkty
orientacyjne przy wstrzeliwaniu się. Na pierwszej linii zawsze starano
się je zawczasu usunąć.
Stromą ścieżką zeszliśmy do wąwozu i poszliśmy w kierunku ziemianek.
Nieopodal tkwił wartownik. Żołnierz z automatem siedział na pniu
powalonej brzozy. Spuścił głowę i grzebał za czymś patykiem w ziemi. Nie
zwrócił na nas żadnej uwagi. Mało to narodu szwenda się tu bez celu?
Zbliżyliśmy się do niego. Przelotnie rzucił na nas okiem. Łazi tu masa
wszelakich Słowian. To idą na pierwszą linię, to wracają w przeciwnym
kierunku. Nie postawili go tu, aby pilnował wąwozu przed swoimi. Niemcy
-?inna sprawa. Niemcy mają inne mundury, od razu ich widać.
Wyglądem zewnętrznym wartownik niczym nie różnił się od żołnierza
kompanii strzeleckiej. Weźmy dla porównania bodaj cekaemistę. Takiego
odróżnisz od strzelca po kościach, po szerokości ramion. Taborytę
również. Po tym, jak jest ubrany. Po pasie, który niczym chomąto, buja
mu się pod kałdunem.
Szczerze powiedziawszy, nie pomyślałem, że to zwiadowca. I dlatego
sądziłem, że nie doszliśmy na miejsce. Wartownik miał na sobie jakiś
wytarty, porwany i brudny szynel. Czapka przygnieciona z góry jak
naleśnik. Nieogolona twarz, usmarowane ręce z czarnym brudem pod
paznokciami...
Spojrzałem na jego nogi. Na nogach kirzowe buciory z oderwaną podeszwą,
podwiązaną przewodem telefonicznym. I tylko kto mu dał automat, wiszący
na ramieniu? Nawiasem mówiąc, automat odróżniał go od prostego
piechocińca.
-?No i doszliśmy! -?powiedział plutonowy.
Wartownik, usłyszawszy słowo "doszliśmy", skojarzył, że przybyliśmy do
zwiadowców. Niechętnie podniósł się z brzozy, wytarł dłonią nos,
odwrócił twarz w naszą stronę i uśmiechnął się. Nieco pokaszlawszy,
zaziębionym i zachrypniętym głosem zapytał:
-?Kogo budzić, plutonowy? Dowódcy plutonu nie ma! Starszy sierżant też
wyjechał! Pomocnik dowódcy plutonu śpi w ziemiance! Zszedł ze służby!
Plutonowy podszedł i zasiadł na powalonej brzozie. Wyciągnął kapciuch i zapytał wartownika:
-?Będziesz palić?
-?Dawaj, skręcimy!
Plutonowy oderwał kawałek gazety i podał go zwiadowcy. Żołnierz zapuścił
swoją brudną łapę w kapciuch podoficera, wziął palcami szczyptę i szeleszcząc skrawkiem gazety, zwinnie skręcił i skleił śliną papieroska.
Trącił łokciem plutonowego i nachylił się, aby przypalić. Żołnierz
zaciągnął się parę razy i popatrzył na mnie. Popatrzył i nie wiedzieć
czemu, głęboko westchnął.
-?No i właśnie tutaj w tych trzech ziemiankach kwaterują wasi zwiadowcy!
-?powiedział plutonowy.
-?Budź pomocnika dowódcy plutonu! Powiedź, że przybył do was nowy
dowódca pułkowego zwiadu! Jutro podciągniemy wam tutaj telefon!
Połączymy bezpośrednio ze sztabem pułku! Rozlokujcie się, towarzyszu
poruczniku, a ja pójdę za waszym pozwoleniem.
-?Jasne, idź! -?zgodziłem się, wzruszywszy ramionami.
Z przejścia w ziemiance wylazł na zewnątrz obudzony pomocnik dowódcy
plutonu. Plutonowy pożegnał się i ruszył w drogę powrotną.
Pomocnik dowódcy plutonu podszedł do mnie w narzuconym na ramiona
szynelu, przygarbiony i zaspany. Chciał się już zameldować jak należy,
regulaminowo, ale powstrzymałem go i zaprosiłem, aby usiadł na powalonej
brzozie. Zasiadł obok mnie i nie przestawał trzeć dłońmi oczu, żałośnie
i głośno ziewając.
-?Wybaczcie! Dopiero co wróciłem ze służby! Ponad dobę na nogach!
-?Nie szkodzi! Idź się umyj!
Moja propozycja, aby się umył, wprawiła go w konsternację, a wręcz
speszyła. Nie wiedział, co odpowiedzieć i jak wyjaśnić, że oni tutaj w ogóle nigdy się nie myją. Zresztą i tak nie mają na miejscu wody do tego
celu.
-?No dobra, zapal sobie! -?powiedziałem, zrozumiawszy jego kłopoty.
-?Kiedy wróci dowódca plutonu?
-?Fiedor Fiedoricz?
-?Nazywa się Fiedor Fiedoricz?
-?Tak! Razem ze starszyną pojechał po umundurowanie i powinien wrócić
jutro z rana.
-?Do pułkowego magazynu?
-?Nie, do batalionu sanitarnego! Tam ze zmarłych zdejmują. Jak nie
porwane i niesfatygowane, to nasi biorą. Chłopakom wszystko się znosiło.
Niektórzy w ogóle bez butów chodzą. O, jak Priachin.
Niewiele się dowiedziałem z rozmowy z pomocnikiem dowódcy plutonu.
-?A więc tak, sierżancie! Ja też nie spałem ponad dobę. Pokaż mi
miejsce, gdzie mogę się położyć i obydwaj wyśpimy się, jak należy.
Podprowadził mnie do ziemianki i zeszliśmy w mrok. Wskazał mi wolne
miejsce na pryczy i położyłem się tam na warstwie podściółki z igliwia.
Pod głowę sierżant dał mi jakiś worek. Obudziłem się późno. W środku -
ciemno. Rozejrzałem się -?w ziemiance nikogo. Poleżałem, wsłuchując się
w głosy z zewnątrz. Z boku wiszącej w przejściu szmatki widać było jasną
szczelinę. To wypełniała się światłem, to zakrywał ją cień
przechodzących obok żołnierzy. Z wąwozu zalatuje dymkiem, słychać
niezrozumiałe fragmenty rozmów. Gdzieś niedaleko zachrobotała dwuręczna
piła i słychać uderzenia topora po gałęziach. Ktoś szczękał zamkiem,
najwidoczniej sprawdzając i czyszcząc broń.
-?Co tam za dowódca do nas przybył? Śpi i nie wychodzi na zewnątrz!
-?A kto go wie? Zacznie od broni? Czy będzie wzywać po nazwisku?
Nie śpiesząc się, podniosłem się z pryczy, wydostałem się na zewnątrz,
odetchnąłem czystym porannym powietrzem i z lubością się przeciągnąłem.
W wąwozie stali, siedzieli i przechadzali się żołnierze. Sierżanta wśród
nich nie było.
-?A gdzie pomocnik dowódcy plutonu? -?zapytałem wartownika.
Tym razem na posterunku stał inny młody żołnierz. Był schludnie odziany,
sprężysty i patrzył weselszym okiem.
Do późna przesiedziałem z żołnierzami, wypytując ich o służbę i zwiad.
* * *
Wstawiony starszyna i zdrowo podpity dowódca
plutonu, nie czekając na ciemność, w środku białego dnia przejechali
wozem po odkrytym terenie na miejsce dyslokacji zwiadu.
-?Dawaj prosto! -?zdołał wymamrotać Riazancew, uwalając się na furmance.
Odebrawszy w batalionie sanitarnym szynele, buty i kilka par wypranej
bielizny, starszyna ułożył wszystko na furze i zdążył jeszcze zajrzeć do
plutonu gospodarczego medyków.
Na miejscu odszukał swojego koleżkę i szepnął mu na ucho, że na wymianę
jest para zegarków. Jeden kieszonkowy z łańcuszkiem, drugi z paskiem na
rękę. Pokazując zegarki dodał, że potrzebna jest manierka spirytusu.
Felczer o nalanej gębie, nie zastanawiając się długo, zabrał pustą
manierkę i gdzieś zniknął. Niebawem wrócił, wręczył starszynie
napełnioną manierkę i podając metalowy kubek w milczeniu wskazał palcem,
że jemu także należy nalać. Starszyna odkręcił korek i odlał mu stosowną
łapówkę za fatygę. Cennej zdobyczy, przelewającej się pod samą szyjką,
nie przyczepił do pasa, jak to zwykle robią z manierką napełnioną wodą,
lecz wsunął za pazuchę. Oddaj no tylko manierkę porucznikowi, a ten
zaraz przytroczy ją do pasa i będzie paradować. A manierka będzie się
bujać i tłuc go po boku.
Starszy sierżant był odmiennej konstrukcji niż dowódca plutonu. Nie
lubił fircyków i chwalipiętów. Do obowiązków podchodził rozważnie,
niespiesznie i ze skromnością. Na frajerów patrzył z nieufnością i uważał ich za pustych ludzi.
Wygląd zewnętrzny nie świadczył o człowieku. Jest wręcz odwrotnie. Jeśli
taki jeden zbyt dba o samego siebie, to wewnątrz nie ma ani duszy, ani
serca.
Sam starszyna, choć miał dostęp do wszystkiego i mógł się przyzwoicie
ubrać, nosił prosty żołnierski szynel i duże niezgrabne kirzowe buciory
ze znoszonymi obcasami. Korzystając ze znajomości, mógł sięgnąć ręką po
cokolwiek, co leżało w tyłowych magazynach jako nienaruszalny zapas dla
dowództwa. Lecz starszy sierżant był skromny i główkował prawidłowo,
pojmując swoje miejsce w pułkowym zwiadzie i nie chcąc wyglądać przed
żołnierzami jak fircyk. Wiedział, że najważniejszy jest szacunek
żołnierzy, a nie zaprasowane bryczesy i wypuszczona bluza ściśnięta
pasem. Szacunku ludzi nie zaskarbisz sobie chamstwem i wrzaskiem.
Spójrzcie sami. W rękach dzierży nie tylko zaopatrzenie i wszelkie
rupiecie, ale, jeśli wolicie, również i władzę. Ale najpierw będzie
wymieniać buty chłopakom. Bierzcie, przymierzajcie! A dla mnie coś tam
zostanie!
Chłopaki nocami chodzą na patrole. W ciągu dnia odpoczywają. Im, młodym,
chce się połazić w mocnych butach. Są jak młode koguty. Patrzą, w co są
ubrani koledzy.
Starszyna ma już swoje lata. Po służbie nie lgnie do oficerów. Lubi
popatrzeć na zadowolone twarze chłopaków. I żaden z nich nie może nawet
pisnąć, że on, starszyna, zgarnia coś pod siebie. Tak się już złożyło,
że u zwiadowców jest kimś w rodzaju rodzonego ojca. Trzyma w garści nie
tylko ich brzuchy i dusze, posiada też nadzwyczajną zdolność do
pokrzepienia żołnierzy, gdy jest szczególnie ciężko. Prostymi słowami
był w stanie podnieść na duchu ludzi, gdy wracali po nieudanym wypadzie,
mając zabitych i rannych.
Chłopakom puszczały nerwy. Czasami wielu było na granicy szaleństwa.
Pułkowy zwiad to męcząca i ciężka praca, której towarzyszy ogromne
napięcie nerwowe i moralne. Przy częstych niepowodzeniach, śmierci
towarzyszy i nieprzerwanych porażkach, nerwy i rozum człowieka często
odmawiały posłuszeństwa.
Pułkowy zwiadowca to nie strzelec we wspólnej transzei. Strzelców -
piechocińców ginęło wielu, nie ma co, ale samą śmierć mieli lżejszą.
Siedzi żołnierz w okopie. Przyleciał pocisk, rozerwał się i czasu na
rozmyślenia nie ma. Piechociniec nie szuka śmierci i nie pcha się jej na
spotkanie. Biernie siedzi w okopie i czeka -?przeniesie albo nie
przeniesie. Kule nie wpadają za przedpiersie. To się zdarza tylko wtedy,
gdy zaszeleści pocisk albo zawyje granat moździerzowy.
Zwiadowca wychodzi z okopu. I idzie w odkrytym terenie na ziemię niczyją
-?a tam wszystkie kule jego. Seria z karabinu maszynowego albo odłamki w brzuch, zanim zbliżasz się ku Niemcom, zanim dotrzesz do niemieckiego
drutu kolczastego. A wszystko to dopiero na podejściu. I pod drutem
kolczastym możesz z bliska radośnie łyknąć ołowiu. Siedzieć pod osłoną
okopu jest bezpieczniej, ale tak samo strasznie i nieznośnie -?tracisz
mnóstwo sił duchowych, gdy Niemiec na górze wali. Ale to zupełnie coś
innego, kiedy dobrowolnie leziesz pod kule i zawiesisz się na niemieckim
drucie kolczastym. Kiedy wykrywają grupę zwiadowców przy podejściu do
zasieków i wpada ona pod wściekły ogień, to z grupy dziesięciu ludzi,
jak Bóg da, żywych wróci połowa. A najczęściej spod zasieków z dziesiątki wychodzi dwóch -?trzech, nie więcej. I znowu owa trójka z nową piątką wyrusza pod druty, żeby wynieść rannych i zabitych. Bez tych
trzech się nie obędzie. Tylko oni znają i wskażą miejsce, w którym leżą
ich przyjaciele. Lżej jest siedzieć i trząść się w okopie! Wróci taki
żołnierz z rozpoznania, a z dywizji znowu dzwonią:
-?Szykujcie nową grupę do nocnego wypadu! Sztab armii żąda języka!
I żołnierza z nadszarpniętym morale, spustoszonego wewnętrznie, raz
jeszcze usiłują puścić do przodu. Nie podchodź do takiego. Tu i ręka
pułkownika nie pomoże. Ale zawoła go starszy sierżant, zawezwie, by
pomógł swoim -?podniesie się z pryczy i pójdzie pomagać starszynie, nie
bacząc na zmęczenie. Inni niech się nie wtrącają. Starszyna wiedział
jedno -?że w takiej chwili człowieka nie można zostawiać samego z własnymi myślami. Może i zadanie jest trywialne, polecenie bzdurne,
niepotrzebne i zupełnie nie pilne, ale przy takim zajęciu człowiek łapie
równowagę.
Podczas gdy wojak jest czymś zajęty, starszyna przerzuci się z nim dwoma
słowami, że niby w związku z zadaniem, po czym zacznie rozmowę.
Patrzysz, a żołnierzyna odchodzi i oczy mu się świecą. A oczy to
zwierciadło duszy.
Do żołnierzy i ich potrzeb starszyna zawsze podchodzi uczciwie. Sam może
wszystko, a z niczego nie korzysta.
Kiedy w plutonie po serii niepowodzeń rysował się kryzys, starszyna na
jakiś czas odstawiał klamoty i robotę. Dobierał sobie towarzyszy na
ochotnika i szedł z nimi na nocny wypad. Zwiad to dla niego nie
pierwszyzna. Żołnierze powierzali mu nie tylko własne życie, lecz i zdobyte łupy. Oto, dlaczego wszelkie zbędne zabaweczki i drobiazgi
wędrowały potem zza żołnierskich pazuch do kirzowej torby sierżanta,
która dyndała mu się przy boku, gdy wracał na swoje śmieci.
Starszyna miał szacunek dla każdego. Wymienia duperele i błyszczące
bibeloty na słoninę, konserwy i inne jedzenie, które dzielono równo na
wszystkich. Takie mieliśmy zasady w zwiadzie.
Starszyna nigdy nie domagał się za to wynagrodzenia ani łapówek.
Prowizji od żołnierzy nie brał. Wszystko do ostatniego okrucha wywalał
na wspólny stół. I jeśli żołnierze prosili go, aby wziął jakąś część czy
dolę, na znak odmowy unosił wskazujący palec i z uśmiechem im wygrażał.
-?Oj, weźcie towarzyszu starszyno! Nie macie zapalniczki, a ja mam dwie!
-?prosili go.
-?No dobra, namówiliście mnie! -?odpowiadał w końcu. -?Pożyteczne cacko!
-?dodawał.
I zapalniczka znikała we włochatej łapie sierżanta. Żołnierze niekiedy
przekazywali coś i dla dowódcy plutonu, ale robili to zawsze przez
starszynę.
Albo inna historia. Do starszyny podchodzi żołnierz, postoi, zmarszczy
się i wywala na stół od razu kilka błyszczących zegarków i mówi:
-?Miałem dzisiaj zły sen. Leżę niby w mogile, a one mi cykają nad samym
uchem. Jakbym był martwy! A one biją na różne głosy! Weź, starszyna!
Wybaw mnie od nich! Może lżej mi się zrobi!
Starszyna ze zrozumieniem unosił brew i w milczeniu brał pęczek
zegarków. Włochatą dłonią oceniał je na wagę, kiwał głową i z szerokim
uśmiechem mówił:
-?O śmierci i mogile, chłopcze, nie rozmyślaj! Nikt przed tym ścierwem
nie ucieknie! Tyle, że na każdego przychodzi własny czas!
I starszyna wsuwał pęczek zegarków do swojej kirzowej torby. Klepał
żołnierza po ramieniu i odchodził.
Również i tym razem, kiedy to wraz z Riazancewem wyruszyli do batalionu
sanitarnego, starszyna rozprowadził zdobycz z zasobów kirzowej torby.
Dzisiaj starszyna nie wziął ze sobą woźnicy i sam powoził koniem. Konik
nie pobiegnie kłusem z gratami i trzema pasażerami. Po drodze wszystko
może się wydarzyć. Być może trzeba będzie gnać galopem. Do łapiduchów
musiał jechać sam. Kto zamiast niego będzie się grzebać w łachach,
zdjętych z zabitych? Riazancew pojechał odwiedzić lekko rannych
zwiadowców, którzy przebywali w lazarecie na leczeniu.
Kiedy starszyna odebrał manierkę z rąk felczera, nie przytroczył jej do
pasa, żeby nie majtała się na oczach wszystkich i przezornie umieścił ją
za pazuchą. Bo jeszcze trafi się po drodze jakiś dowódca albo pracownik
polityczny, a przy batalionie sanitarnym, gdzie jest pełno bab, masa ich
wałęsa się bez celu. Podejdzie taki jeden, dotknie paluchem i zapyta, co
to takiego? Pstryknie w manierkę, usłyszy głuchy dźwięk, poczuje zapach
alkoholu i zacznie się dopytywać -?skąd wzięte i dokąd niesione? A jeśli
się uprzesz i nie oddasz od razu bez słowa, podniesie krzyk i wokół
zbierze się cały narodek. Każe zdjąć pas i odeśle na dochodzenie.
Ci tyłownicy mają wyostrzony węch na alkohol. Starszyna znał wszystkie
sztuczki i dlatego od razu wsunął manierkę bliżej brzucha. Ciężka i zimna manierka brzuchowi nie przeszkadzała. Teraz znajduje się w odpowiednim miejscu, choć i nieco ziębi.
Starszyna bez pośpiechu podszedł do furmanki i wsunął manierkę do
cholewy kirzowego buta, leżącego na furze. Nikt nie będzie się pchać do
hałdy starych szyneli, by szukać w cholewie bezcennego ładunku. Sierżant
odszedł i odwrócił się. Albowiem do wozu podszedł oto dowódca plutonu,
Riazancew. Manierkę ze spirytusem ma pod nosem i nie czuje jej.
Żołnierskie szynele i buciory tłumią zapach.
I dopiero, kiedy opuścili lazaret i tyły, gdy wyjechali z lasu i minęli
ostry zakręt drogi, starszyna wsunął rękę do buta i wyciągnął stamtąd
manierkę.
Za zakrętem odkręcił gwintowaną zakrętkę i podał manierkę Riazancewowi.
Ten spojrzał na nią i chwycił mocno dłonią, jak bierze się odbezpieczony
granat. Nie pytał, skąd i jak się wzięła. Wetknął szyjkę do ust i odrzucił głowę do tyłu.
Starszyna odniósł wrażenie, że Riazancew nigdy się od niej nie oderwie.
Nie żałował spirytusu, ale nie chciał, aby dowódca się upił. Wiedział,
że Fiedor Fiedoricz na pewno wypije więcej, niż trzeba.
-?Wystarczy! -?powiedział do porucznika.
I z wysiłkiem pociągnął ku sobie manierkę. Riazancew zwolnił chwyt i na
moment zamarł. Zebrał siły i westchnął głęboko. Pękata manierka leżała w dłoni sierżanta. Starszyna zmarszczył się i wziął dwa krótkie łyki. Nie
pił chciwie niczym przyssawka, jak to robił dowódca plutonu. Tyle, by
ogrzać wnętrzności. Kilka łyków opaliło mu gardło i płomieniem popędziło
w trzewia.
-?Nierozcieńczony! -?powiedział sam do siebie. -?Złodzieje, a jednak
nalali uczciwie!
Popatrzywszy na manierkę, której ulżyło, pogładził ją dłonią, nałożył
gwintowaną nakrętkę i zakręcił, po czym wsunął manierkę do cholewy.
Niezawodne miejsce! Riazancew nie widział! Będzie prosić -?więcej nie
dam!
-?Fiedor! Ułóż się wygodniej! Bo cię z górki wytrzęsie! Trzymaj się!
Riazancew leżał na środku furmanki. Jego twarz rozpłynęła się, wargi
zrobiły się pełne i wywinęły się, niczym u Żyda.
-?Starszyna! Zasuwaj na przełaj!
-?Wpadniemy pod ostrzał!
-?Bzdura! Przeskoczymy! W takim stanie to i umrzeć nie wstyd! Powiedzą,
że nam się poszczęściło! Gazu dodali, Bogu ducha oddali! Hej, bajkalski
wietrze, fale gnaj, zuchowi płynąć już niedaleko...
Dowódca plutonu coś tam jeszcze mruczał, a starszyna w milczeniu
szarpnął wodzami, bo wiedział, że jeśli dowódca wypił, to się go nie
zatrzyma. Polezie, gdzie mu się spodoba.
-?Sławne morze, święty Bajkał...
Teren, po którym jechali, był widoczny od strony przeciwnika. Odkryte
pole stopniowo schodziło w dół. Równolegle do drogi ciągnęły się dwa
niezbyt głębokie parowy, porośnięte krzewami. Jednak tamtędy nie da się
przejechać wozem. W ciągu dnia można tam było przejść wyłącznie
krzakami. Tu i ówdzie w prześwitach parowu Niemiec przez krótką chwilę
widział naszych żołnierzy, ale nie strzelał do nich. Ukazywali się na
chwilę i od razu znikali. A z artylerii nie będzie przecież po nich
tłuc. Czasami jednak Niemcy podrywali się i zaczynali ostrzeliwać cały
przyległy teren. Pociski szemrały i rwały się po uderzeniu w ziemię. W jarach ścielił się szaroniebieski dym. Polowanie na ludzi odbywało się
okresowo.
A tu, za dnia, na odkryty teren bezczelnie wyturlała się po drodze
podwoda. Bez pośpiechu zaturkotała po zboczu, jakby z niechęcią drażniąc
Niemców. Takiej bezczelności Niemcy nie mogli darować.
Koń leniwym krokiem posuwał się do przodu, a wóz kołysał się na
wybojach. Starszyna, wiedząc że zaraz zacznie się ostrzał i że Niemcy są
dobrze wstrzelani w drogę, skręcił w bok i pojechał po polu.
Sierżant już z daleka wychwycił znajomy szelest pocisków. Rozejrzał się
na boki, odczekał jakiś czas i gwałtownie skręcił w bok, wściekle
smagając swoją kobyłkę. Konik, poczuwszy uderzenia bata, szarpnął nogą i czując niedobry znak swojego pana, wyrwał z miejsca, targnął wóz i poszedł galopem w dół ku podnóżu wzniesienia. Nastawiwszy uszu, z coraz
większą prędkością uciekał przed napierającą na nią z tyłu furmanką.
Z przodu -?parów i zarośla. Do krzaków -?jak ręką sięgnąć. Można się tam
zatrzymać, przeczekać ostrzał i wyznaczyć następny przeskok po polu.
Furmanka z łoskotem stoczyła się w obniżenie terenu, starszyna ściągnął
wodze i koń przeszedł na leniwy krok. Teraz szedł, kołysząc się i parskając. W krzakach starszyna zatrzymał konia, który odwrócił do tyłu
głowę i niczym wierny pies smagnął się ogonem po bokach, chcąc od razu
ruszyć dalej. Starszy sierżant odgadł zamiary zwierzęcia i pogroził mu
palcem. Stój w miejscu i nie kombinuj! Kobyłka od razu go zrozumiała i przestała się szarpać.
Starszyna wyciągnął kapciuch, nasypał machorki, zwinął skręta i pstryknął błyszczącą zdobyczną zapalniczką. Podczas gdy wypuszczał w górę dym, konik stał spokojnie. Dostrzegłszy, że podwoda nie pojawiła
się za krzakami na zboczu, Niemcy przerwali ogień.
-?Ale to jeszcze nie wszystko! -?podsumował starszyna. -?Niemcy tylko
czekają, żebyśmy pojawili się w odkrytym terenie. A my musimy
przeskoczyć przez gołe wzniesienie.
Riazancew leżał na stercie szyneli. Nie uczestniczył w wyborze drogi.
Mimo to uniósł głowę i wtrącił:
-?Nie będziemy tu sterczeć do wieczora! Tracimy czas, starszyna!
Starszy sierżant zbył go milczeniem. Nie brał na poważnie uwag
porucznika. Każdym niebezpiecznym zajęciem powinna dyrygować jedna
osoba. Kiedy w sprawy pcha nos dwóch ludzi, nie można spodziewać się
niczego dobrego! Starszyna był kiedyś zwiadowcą, chadzał po języka i wiedział z doświadczenia, że dowodzi zawsze jeden, ten, który prowadzi
grupę. To może być plutonowy lub szeregowy, nawet jeśli z grupą idzie
porucznik. Dowódca grupy wypadowej jest jej głową!
Starszyna pomyślał, że z Riazancewa nie wyciśnie się rzeczowej porady.
Żeby jeszcze był trzeźwy! Dla niego jasne było jedno -?choć leciutki
szum w głowie nie pozwalał mu na dokładną i bystrą ocenę, to decyzję,
dokąd jechać i kiedy ruszać, powinien podejmować tylko on sam.
Nie śpiesząc się, dopalił skręta, splunął na niego, zlazł z wozu i przydeptał niedopałek nogą. To takie frontowe przyzwyczajenie, by nigdy
i nigdzie nie zostawiać po sobie ognia.
Starszyna pochylił głowę, nadstawił ucha w stronę nieba, ponasłuchiwał,
po czym usadowił się wygodniej na wozie, poruszył wodzami i dodał:
-?No, pomalutku! Ruszaj!
Podwoda szarpnęła i zaczęła wypełzać z zarośli na otwarty teren.
Przejechawszy dwadzieścia metrów i wspiąwszy się na pagórek, starszyna
od razu wychwycił słuchem dźwięk lecących pocisków. Sądząc po odgłosie
ich lotu, powinny przelecieć gdzieś do tyłu. Doszedł do wniosku, że
teraz jest najbardziej odpowiednia chwila, aby przeskoczyć wzniesienie,
zatem szarpnął lejcami. Gdy podwoda wytoczyła się na grzbiet i nabierając szybkości zaturkotała w dół, ostrzał nie nastąpił.
I oto jest już znajomy parów, a dalej za nim wąwóz. Koń podjechał do
ziemianki i zatrzymał się. Pomocnik dowódcy plutonu podszedł do
starszyny, popatrzył na furmankę i na leżącego w niej porucznika i powiedział do sierżanta:
-?Przybył nowy szef rozpoznania!
* * *
Obudziłem się wcześnie. Rankiem nikt mnie nie
zrywał. Leżałem i patrzyłem na jasne pasma i plamy światła, które
przeświecały spoza skraju namiotowej tkaniny, wiszącej w przejściu.
Patrzyłem i zastanawiałem się, jak ułoży się moja nowa służba i dalsze
życie. Co reprezentują sobą owi ludzie? Teraz przyjdzie mi wojować razem
z nimi.
Do tej pory niezupełnie klarownie wyobrażałem sobie pracę pułkowego
zwiadu, nie znałem niuansów jego codziennych zajęć. Miałem doświadczenie
wyniesione z kompanii strzeleckiej i kompanii broni maszynowej. Podczas
walk niejednokrotnie trzeba było przeprowadzać rozpoznanie wiosek i wzgórz. Ale to było rozpoznanie w pasie natarcia kompanii. A tutaj?
Front pułku.
Otrzymawszy nominację, powinienem nie tylko samemu znać się na rzeczy,
ale i uczyć ludzi szczegółów pułkowego zwiadu.
Dowódca plutonu, jak powiedziano mi w sztabie pułku, również dołączył do
plutonu niedawno. Przyjechał z tyłów z przyspieszonego kursu. Należy
zatem zakładać, że doświadczenia bojowego na wojnie mu brakuje. Praktyka
w rozpoznaniu -?całkiem niewielka.
Podczas rozmowy ze mną dowódca pułku nie postawił zwiadowcom konkretnych
zadań. Zapewne tak jest wszędzie. Kombinuj sam i o wszystkim sam
decyduj. A jak ma być -?nie wie nikt! Nie ma cię kto nauczyć! Dowództwo
nie ma czasu, aby się tym zajmować. To nie jego sprawa. Pierwsza linia
to nie papierek, na którym napisano meldunek. Dowódcy zakładają, że
wojna nie jest do nauki. Kiedy trzeba będzie wziąć języka -?powiedzą mi.
A jak go wziąć? A, to już twoja sprawa, braciszku! Sam główkuj! A przecież nie pójdziesz tak po prostu i nie pochwycisz jeńca. Tu trzeba
wszystko zaplanować z dokładnością do minut i sekund.
Moje myśli zostały przerwane przez turkot furmanki w wąwozie. Dało się
słyszeć parskanie konia, pobrzękiwanie wędzidła, głosy żołnierzy i rozmowę pomiędzy dwoma ludźmi, którzy najwyraźniej siedzieli na wozie.
Wywnioskowałem, że przyjechał dowódca plutonu, więc podniosłem się z pryczy i poszedłem do wyjścia.
Odsłoniwszy zasłonę wiszącą w przejściu do ziemianki, wyszedłem na świat
boży i dostrzegłem podwodę. Woźnica wyprzęgał kobyłę. Zdjął z konia
wędzidło, odwiązał lejce, a kobyła trącała go wargami w rękaw, popychała
i czekała, aż z kieszeni wyjrzy przeleżała skórka od chleba.
Starszyna stał przy wozie plecami do mnie. Zachrypniętym i spokojnym
głosem wydawał polecenia żołnierzom, skąd i dokąd nosić i gdzie składać
przywiezione rzeczy. Wraz z pojawieniem się w wąwozie starszego
sierżanta, żołnierze -?zwiadowcy się ożywili. Stałem w milczeniu i przyglądałem się im z zainteresowaniem. Patrzyłem, jak podchodzą do
furmanki, biorą wytarte żołnierskie ciuchy i odnoszą w nakazane miejsce.
Z rozmowy można było wywnioskować, że oto teraz dostaną mocne buty i zmienią przepalone przez zimę szynele, wytarte na wylot bluzy i spodnie.
Sam fakt tych nieznacznych zmian był dla nich ważnym wydarzeniem. Takie
głupstwo. Znoszone szynele. A w życiu człowieka całe wydarzenie. Łachy
ściągnięte z zabitych poruszyły żołnierzy. Jak niewiele potrzeba
człowiekowi!
Wymiana starej, niezdatnej do niczego odzieży, spowodowała, że u nich
serca rosły. Używane, podreperowane buty i szynele wzbudziły w nich
radość jak widok zabawek w sklepie zabawkarskim u dzieci. Każdy z nich
wypatrywał, co mu przypadnie ze wspólnej sterty.
Przyglądałem się żołnierzom, patrzyłem na ich krzątaninę i widziałem to
ich pragnienie zrzucenia z siebie podziurawionego ubrania i zdjęcia
znoszonych butów. Podczas gdy w milczeniu obserwowałem ten widok, ktoś
podszedł do mnie z tyłu i ostrożnie trącił mnie w ramię. Pomyślałem, że
to koń domaga się chleba. Odwróciłem się i ujrzałem nie kobyłę, a dowódcę plutonu, Fiedora Fiedoricza Riazancewa, z którym przyjdzie mi
wspólnie wojować. Już wcześniej wiedziałem, że strat i niepowodzeń w pułkowych pododdziałach rozpoznania było niemało, a sukcesy były
rzadkością i można je było policzyć na palcach.
Popatrzyłem na dowódcę plutonu i pomyślałem sobie: "Jak ułoży się moja
nowa służba i praca w zwiadzie? Co to za ludzie, z którymi mam razem
służyć?"
Przywitałem się z nim i od razu dostrzegłem, że jest zdrowo wlany, ale
udałem, że niczego nie zauważyłem. W głębi ducha postanowiłem, że się z tym nie zdradzę. Kto wie, co się może człowiekowi przytrafić. Nie
wiadomo, co go przypiliło, aby wypić. Nie należy zaczynać służby od
konfliktu. Być może to sprawa przypadku. Każdemu może się przytrafić,
jeśli naczalstwo mu niesprawiedliwie dopiekło.
Odeszliśmy ku powalonej brzozie, zasiedliśmy na jej pniu i zapaliliśmy.
Rozmowa się nie kleiła, obaj milczeliśmy. Ja czekałem, aż on zacznie. A on doszedł do wniosku, że to ja będę zadawać pytania.
-?W pułku mi powiedzieli, że ty też jesteś z Moskwy.
-?Tak! -?odpowiedział.
"Niegadatliwy!" -?pomyślałem.
Tak zaczęła się nasza wspólna służba. W zwiadzie było nam sądzone
przewojować razem około roku. Dla pułkowego zwiadowcy to czas niemały,
jeśli założyć, że okres przebywania na pierwszej linii ogólnie liczy się
w skali paru tygodni. Nam, moskwianom, Najwyższy wydzielił solidny kawał
czasu. Rok w pułkowym zwiadzie -?to jak cała wieczność!
Robota za przednim skrajem jest ciężka i niebezpieczna. To nie siedzenie
w okopie i drapanie się od wszy. Śmierć codziennie wyrywa kogoś z naszej
niewielkiej grupy zwiadowczej. W pułkowym zwiadzie razem ze mną,
Riazancewem, starszyną Wołoszynem, woźnicą Waliejewem i koniem imieniem
Mańka, jest raptem dwudziestu ludzi.
Następnego dnia z niespiesznej opowieści Fiedora Fiedoricza dowiedziałem
się, że przed wojną mieszkał w Moskwie na ulicy Rożdiestwienka, dom
numer 2. Wejście od podwórka na prawo.
Teraz tego piętrowego domu już nie ma. Na jego miejscu po wojnie
wybudowano budynek domu towarowego "Świat Dzieci".
-?Pracowałem jako kamieniarz -?opowiadał. -?Robota brudna. Pył z kamienia stoi słupem, wżera się w skórę. Po robocie nie zeskrobiesz go
ani mydłem, ani szczotką. Pieniędzy mi specjalnie nie brakowało.
Popijałem codziennie. Na kamieniu zawsze miałem dodatkowy zarobek.
Weźmiemy prywatne zamówienie, wytniemy z granitu postument i nagrobek,
wypolerujemy -?i pieniążki lądują na stole. Można pójść i zobaczyć, ile
wyciąłem płyt z bryły.
Żona i córka mieszkają w Moskwie, na Rożdiestwience. Ale małżeństwo było
nieudane. Mówię szczerze. Trafiła mi się kobita natrętna, awanturnicza i pyskata. Skąd się takie baby biorą? Awanturowała się bez żadnego powodu.
Widać taką miała chorobę. Uwolniłem się od niej dopiero, kiedy poszedłem
na ochotnika na front. A z racji pracy miałem zwolnienie ze służby.
Robiliśmy nagrobki dla wyższego dowództwa. Wcześniej mieszkałem z ojcem
na wsi. Rodzina była duża. Żyło się biednie, nie wystarczało chleba. U nas we wsi mieszkał taki jeden rękodzielnik. No i ojciec załatwił, żeby
uczył mnie rzemiosła. Najpierw byłem chłopcem do wszystkiego, potem dali
mnie do cięcia kamienia. Cięliśmy marmur, granit, kamień. Wycinaliśmy
napisy, płaskorzeźby i co tam jeszcze. Wkrótce naszego mistrza zabrali i posadzili, że niby miał związki z eserami. Nasza spółdzielnia się
rozleciała. Ruszyłem do Moskwy. Imałem się różnych zajęć. Ciągnęło mnie
jednak do kamienia. Poszedłem na kamieniarza. W Moskwie był wtedy
niewielki zakład obróbki kamienia. Ożeniłem się przed samą wojną. Słabo
się wtedy znałem na dziewuchach. Wydawało mi się, że wszystkie są dobre
do życia w rodzinie. I wpakowałem się na taką głupią z jęzorem do ziemi.
Ja sam nie za bardzo lubię się kłócić i sprzeczać. Baba zaczyna
krzyczeć, to ja idę się napić. Do wódki przywykłem za młodu. Kamieniarze
nie mogą harować bez wódki. Pył włazi do gardła. Bryły leżą na wolnym
powietrzu. Zimą śnieg i zimno, jesienią deszcz, latem upał. W zimie od
brył granitu ciągnie ziąbem. Latem koło nich spiekota, że nie ma czym
oddychać. Do wódki w ogóle mnie nie ciągnie. Nie ma jej -?mam to gdzieś!
A jeśli jest -?polewaj! Dlaczego mam jej sobie odmawiać? Organizm mam
zdrowy. Każda szklanka idzie na zdrówko!
Riazancew miał krzepką i mocną budowę ciała. Ciężka praca fizyczna
zrobiła swoje. Był niewielkiego wzrostu. Szeroki w ramionach.
Zrogowaciale dłonie. Jasne włosy. Oczy błękitnoszare. Twarz
promieniowała zdrowiem. Na policzkach rysował się rumieniec. Górna warga
wydęta, że tylko nalewać i podstawiać metalowy kubek. Riazancew był parę
lat starszy ode mnie.
-?Na odkrytym placu, gdzie tną bloki -?kontynuował -?panuje taki chrzęst
i chrobot, że nie słychać ludzkich głosów. Bałem się, że ogłuchnę. Na
tarczowy frez leje się woda, żeby go schłodzić i nasmarować. Obok
stukają młotki, przecinaki przy uderzeniu wydają przeraźliwy zgrzyt. Na
zębach i w gardle masz granitowy pył. Spluniesz, kichniesz, a z gęby
jakby ci czarna żaba wyskoczyła. Chodzisz po wodzie. Woda chlapie za
kołnierz. Kończysz zmianę i choćbyś się namydlił, choćbyś wodą zmywał,
brud przylepił się do ciała. Idziesz do domu i plujesz cementem.
Ze wszystkich chłopów na placu ja zarabiałem najwięcej. Sąsiadki
zazdrościły mojej żonie. Oddawałem jej pensję, a lewy zarobek trzymałem
przy sobie w kieszeni. Ostatnimi czasy zacząłem uciekać z domu. Ona
widzi, że się ubieram, otwiera drzwi i zaczyna wrzeszczeć na cały dom.
Czeka, aż się zlecą sąsiedzi. Miałem tego dość. Cieszę się, że wzięli
mnie do wojska. Uwolniłem się od idiotki. Stała mi ością w gardle.
Riazancew nachmurzył się i przeciągnął dłonią po gardle.
-?Jeśli mnie nie zabiją, to jak skończy się wojna, nie wrócę do niej. To
już postanowione. Jak się będziesz żenić, poruczniku, nie daj Bóg, żeby
ci się taka głupia baba trafiła. Na wojskowej komisji uzupełnień
zaproponowali mi, żebym poszedł do uczelni wojskowej. Ale myślę sobie,
że po co sobie głowę paskudzić jakąś tam nauką. Koledzy jednak mnie
namówili. Służba oficerska -?czysta sprawa. No i zostałem porządnisiem.
Kiedy przybyłem do pułku, zaproponowali, żeby iść do zwiadu. No i jestem
tutaj.
-?A jak tam u ciebie z ogólnym wykształceniem? -?zapytałem.
-?Szkółki sześć klas. Chodzić na azymut po mapie nie umiem. Ty mnie
lepiej posyłaj do Niemców po języka.
Podszedł do nas starszyna, który zakończył pracę. Przywitał się i przysiadł na brzozie. I tak przesiedzieliśmy przez jakiś czas, omawiając
różne sprawy.
Wieczorem wraz z Riazancewem powinienem wyruszyć na pierwszą linię.
Chciałem obejrzeć przedni skraj obrony pułku. W każdym batalionie mamy z przodu nie więcej niż po stu ludzi. Linia frontu jest mocno
rozciągnięta. Brakowało żołnierzy. Nocą Niemcy mogli przeprowadzić
rozpoznanie bojem i rzucić się na transzeję.
Dowódcy batalionów wymogli na dowódcy pułku, żeby zwiadowców posyłać na
nocne patrole. Zwiadowcy mieli jedno zadanie -?ochronę sztabu pułku i wypady po nocy. W rozpoznaniu również brakowało ludzi. Na nocne patrole
posyłano po jednym zwiadowcy.
-?Jak to? -?zapytałem Riazancewa. -?Zabije kogoś albo rani i nie ma komu
udzielić pierwszej pomocy.
-?A co ja mogę zrobić? Zmniejszyć liczbę posterunków?
-?Oczywiście! Jeśli Niemcy ruszą się nocą, to i tak się ich zauważy.
Po wydaniu jedzenia wraz z niewielką grupką zwiadowców ruszyliśmy na
pierwszą linię. Zapytałem żołnierzy, gdzie i jak prowadzą obserwację.
-?Siedzimy w lejach i przed świtem wracamy do tyłu.
-?Jak daleko wychodzicie przed przedni skraj?
-?Nie więcej niż na trzysta metrów.
-?Co stamtąd widać?
-?Kładziesz się w leju i słuchasz. Niemców stamtąd nie widać.
-?A pod nasyp chodziliście?
-?Chodziliśmy! Niemcy patrolują go nocą. Słychać, jak rozmawiają.
-?Nie zaszkodzi zerknąć, gdzie nasi żołnierze dyżurują po nocach! -
powiedziałem do Riazancewa.
-?No to już, idziemy!
-?Więc chodźmy!
Poszliśmy z dwoma żołnierzami do miejsca, w którym się kładli.
Wydostawszy się z transzei na miękki grunt, przykucnęliśmy i zaczęliśmy
się wsłuchiwać. Trzeba przyjrzeć się ziemi niczyjej i obrać kierunek. Od
tego się zaczyna. Każdy pułkowy zwiad ma swoje obyczaje. Podniósłszy się
na nogi, ruszyliśmy za żołnierzami, którzy szli przodem. Ich ciemne
postacie cicho prześlizgiwały się w dół zbocza. Żołnierze kilka razy się
zatrzymywali, przysiadali i rozglądali na boki. Ja i Riazancew
powtarzaliśmy każdy ich ruch. Zaczęły nas smagać po twarzach gałązki
krzewów. Bez pośpiechu przekroczyliśmy niewielki parów.
Przeszliśmy raptem trzysta metrów, ale w nocy ma się wrażenie, że to
cała wiorsta. Nie można ani kichnąć, ani kaszlnąć. Gdy tylko zwiadowca
zrobi krok za przedpiersie, musi być zupełnie bezszelestny. Żadnych
pytań, żadnych odpowiedzi. Idziesz, powtarzasz ruchy tych z przodu,
którzy mogą ci dać umówiony sygnał wyłącznie ręką.
Żołnierze zwolnili kroku, dali sygnał i zatrzymali się. Jeden z nich
pochylił się i przysiadł. Drugi zrobił znak, żebyśmy podeszli bliżej.
Widzę, że pogłębili nieco lej. Można się w nim teraz zmieścić w dwie
osoby. Świeżą ziemię sypali w worki i przed świtem zabierali ze sobą i wysypywali obok transzei. Nie wolno zostawiać świeżo wykopanej ziemi
koło leja. Po świeżych hałdach Niemcy mogą wykryć stanowisko nocnej
czujki. Za dnia się przyjrzą, a nocą postawią miny. Wszystko jest
logiczne. Jednak na razie Niemcy nie wychodzili do przodu ze swojego
okopu. Bali się chodzić małymi grupami.
W istocie rzeczy był to mój pierwszy wypad ze zwiadowcami na ziemię
niczyją. Wcześniej też chadzałem, ale nie w towarzystwie zwiadowców.
Z żołnierzami byliśmy niedługo. Oni zostali na czujce, a my z Riazancewem wróciliśmy. Sądziłem, że później w sztabie pułku odbędą ze
mną rozmowę o nocnych wartach i posterunkach, więc postanowiłem
wcześniej wyjść za skraj i obejrzeć wszystko samemu. Miałem marne
wyobrażenie o tym, czego tak naprawdę zwiadowcy pilnują na ziemi
niczyjej. Pierwszej linii, czy snu żołnierzy, zasiadających w okopach?
Początkowo opuszczanie transzei i wysuwanie się do przodu to
nieprzyjemna sprawa. Kiedy siedzisz w okopie osłonięty ziemią od kul, to
na sercu jest jakby lżej. A chodzenie po powierzchni ziemi pod nosem
Niemców jest niebezpieczne, bo można nadziać się na kulkę albo odłamek.
No i nie ma się gdzie ukryć. Zdarza się, że kula leci bezgłośnie, jak
dolatujący granat moździerzowy. I to jest właśnie twoja kula. Stuknie
cię niespodziewanie i możesz przyjąć, że jest pozamiatane.
Albo takie coś. Wracasz do okopu, a tu też możesz złapać kulkę, bo jakiś
baran nagle się obudzi i wygarnie do ciebie ze strachu. Gdyby celował -
w życiu by nie trafił. A tak, w półśnie, wlepi ci na pewniaka. Albo
wygarną do ciebie z karabinu maszynowego, bo dojdą do wniosku, że strzał
był sygnałem alarmowym, choć wszyscy wiedzą, że nasi ludzie są z przodu.
Wszystko może się zdarzyć. Pomyślą, że naszych już dawno stuknęli, a teraz biją po transzei. Potem tak naplotą, że pułkowi taktycy i strategowie się nie połapią.
Fiedor Fiedoricz opowiadał, że jednego z chłopaków właśnie tak zabili.
Zaliczył kulkę od swoich. Na takie coś nie jesteś przygotowany. Zawsze
dostajesz pocisk nieoczekiwanie.
Niemieckim kulom się kłaniasz. Wróg strzela według systemu. Czekasz na
te kule i wiesz, kiedy zachować czujność. Odliczasz sekundy. Stoisz,
patrzysz i decydujesz, czy wygarną, czy nie. Niemcy witają nas i odprowadzają ołowiem. My nie walczymy, lecz codziennie chodzimy na
spotkanie śmierci i ma się wrażenie, że nie ma w tym żadnego
bohaterstwa. Taka robota -?chodzić na śmierć!
Strachu nie czujesz, gdy trafi cię kula. Strach jest wtedy, kiedy kula
przelatuje obok. A kiedy uderza, trafia w nogę, opala szyję albo
rozpruwa kość policzkową, to strachu już nie ma, bo kula przecież nie
przeleciała obok.
I jeśli masz jeszcze siłę, aby biec, kuśtykać czy czołgać się do swoich,
to ruszaj czym prędzej. Inaczej stracisz mnóstwo krwi. A jeśli nie masz
sił, to leż i czekaj. Nie pojawisz się na czas przed świtem, to pójdą po
ciebie i cię wyniosą.
Jak dotrzesz do transzei, to nałóż sobie opatrunek, bandaże i możesz
odpoczywać. I wtedy znowu pojawia się strach, czy aby nie masz gangreny.
Ale to przejdzie, gdy ułożą cię na noszach i podniosą z okopu na
powierzchnię ziemi. Znowu będziesz wtedy myśleć o kulach, pociskach i granatach moździerzowych, które Niemiec wypuszcza, aby Słowianie nie
zapomnieli, gdzie się znajdują.
Potem dodźwigają cię do wąwozu, położą na ziemi i będziesz czekać na
furmankę. Po drodze do batalionu sanitarnego podwoda może wpaść pod
ostrzał.
Leżysz na wozie, patrzysz w niebo, a tu nagle woźnica cisnął lejce,
odbiegł byle dalej i zaległ w rowie. Będzie tam leżeć, dopóki nie
skończy się ostrzał. Łatwiej jest walczyć ze strachem, gdy stoisz na
nogach, a nie wtedy, gdy leżysz bezsilnie i czekasz, kiedy obok rozerwie
się pocisk i odłamki trzepną cię wachlarzem. Dobrze jeszcze, że nie
trafiłeś na furmankę z pułkowych taborów. Wtedy jakiś wozak z nalaną
mordą i knutem za cholewą może wyrzucić cię do rowu i będziesz się tam
poniewierać do rana, dopóki nie zabierze cię ktoś inny.
Udało ci się jednak. Żyjesz i dociągnąłeś do stołu operacyjnego.
Rozcięli na tobie odzież, odwinęli bandaże, rozebrali, obmyli, ostrzygli
gdzie trzeba i przywiązali do stołu. Nie zdążyli dać narkozy, a tu na
niebie pojawiły się niemieckie samoloty. Lekarze i pielęgniarki uciekli
do szczelin, a ty znowu patrzysz w sufit i zostałeś sam ze swoimi
myślami, strachem i nadzieją. W myślach przygotowałeś się na śmierć, a ona się nie spieszy.
Strach na wojnie jest zawsze i wszędzie. Wszystkie przeżycia można
określić jednym słowem -?strach. Ten, kto walczył, zna wagę tego słowa.
Temu wozakowi z nalaną gębą ze strachu oczy wylazły z orbit. To nie był
zwyczajny strach, a zwierzęcy. Tylko głupi smarkacze mają w oczach
więcej ciekawości niż strachu. Oni nie widzieli śmierci, a kiedy jej nie
znasz, to czego się bać?
Zastępca do spraw politycznych, Sienkiewicz, był ogarnięty takim
przerażeniem, taką paniczną trwogą o własną skórę i życie, że uciekł
spod Biełego, porzuciwszy żołnierzy. Potem poszedł do góry. Oto, jak się
zdarza. Strachy również bywają różne.
Ja tu sobie dywaguję o strachu, a przecież należałoby dla porządku
wspomnieć naszego dziadka, Bierezina. Ten nie odczuwał strachu, kiedy
osiem tysięcy żołnierzy dostało się do niemieckiej niewoli pod Biełym. I dlatego okręcił się żołnierskim szynelem i poszedł w stronę miasta.
Odtąd nikt go więcej nie widział.
A na punkcie dowodzenia sztabu armii czekał na niego samochód z ludźmi z kontrwywiadu. Mieli rozkaz go zabrać i powieźć, gdzie trzeba.
Strachu nie ma, gdy go podlejesz alkoholem. Podpity Riazancew był w stanie pójść i przeleźć niemieckie zasieki!
Wyszliśmy zatem z ziemi niczyjej. Dwadzieścia metrów dalej jest nasza
transzeja.
-?Coś zimnem ciągnie po plecach! Jutro na pewno zmieni się pogoda! -
powiedział Riazancew.
Ja też czuję jakiś chłód pod łopatkami. Z tyłu w ślad za nami niosły się
niemieckie smugacze. To nieprzyjemne uczucie, gdy tak idziesz i plecami
wyczuwasz ołów. Po drodze do wąwozu można było porozmawiać. Zapytałem
Riazancewa:
-?Jak sądzisz? Na czym tak naprawdę polega zamysł nocnych patroli? Co
oni robią? Trzymają obronę, czy osłaniają piechotę?
-?Co tu myśleć? Kazali mi, to ich postawiłem.
-?Jakie zadanie bojowe stawiasz zwiadowcy? Za co ma odpowiadać? Co
powinien robić, jeśli Niemcy się ruszą? Co? Biegać i budzić piechotę czy
bronić się w swoim leju? -?dopytywałem się.
-?Nie wiem! W sztabie, gdy mi dawali rozkaz, nie pytałem się o to.
Następnego dnia wziąłem ze sobą jednego żołnierza i porośniętym krzewami
jarem wyruszyłem do sztabu pułku.
W schronie majora paliła się benzynowa kopciłka. Kiedy major spał lub
pracował, łuski z knotem nie gaszono. Wartownik wpuścił mnie do środka.
Major siedział przy stole i przekładał jakieś papiery. Zobaczywszy mnie,
przerwał swoje zajęcie.
-?Ze sprawą do mnie?
Zacząłem wykładać mu swoje wątpliwości.
-?Jeśli Niemcy podejmą próbę przekroczenia ziemi niczyjej, to wpadną na
naszych chłopaków. Zwiadowcy nie zdążą się wycofać. Leżą w płytkich
lejach albo po prostu na gołej ziemi i przykrywają się krzakami. Od razu
ich wszystkich zabiją. A ranni trafią do niemieckiej niewoli. Nie wiem,
gdzie u nas przebiega pierwsza linia. Może wyprowadzić piechotę z okopów
i posadzić tam naszych chłopaków?
Major popatrzył na mnie w milczeniu. Być może pomyślał, że powiedziałem
już wszystko i przyszedłem wyłącznie w tej sprawie.
W tym momencie majora odwołano do telefonu. Podczas gdy rozmawiał,
wspomniałem o Riazancewie. To właśnie Fiedia jest milczący i ze
wszystkim się zgadza. Przyjdzie do majora, zacznie mówić, a major mu
przerwie i powie:
-?Wiemy! Dobra, idź już!
Riazancew zmiesza się i pójdzie. A po drodze przypomni sobie, że
zapomniał poprosić o buty. Rozmowa z dowództwem odbierała mu rozum i wyciskała pot na czoło. Westchnie i machnie ręką. Dobra -?innym razem.
Potem do majora posyła starszynę. Fiedkę po dwóch czy trzech zdaniach to
na zmianę mroziło, to oblewało potem.
Major odłożył słuchawkę i wrócił do stołu.
-?Jak to wszystko rozumieć? Kto się ma bronić? Kompanie strzeleckie czy
zwiadowcy? Nocą może wybuchnąć strzelanina. Nasi cekaemiści dadzą ognia
w stronę Niemców. A przecież po ciemku łupną jak nic po zwiadowcach. Co
wy o tym sądzicie? -?zapytałem majora.
Major milczał, a ja kontynuowałem
-?Może mówię bez sensu? Podczas wojny domowej wysuwano dozory. Czapajew
poległ, nadziawszy się na czujkę. Jakie zadanie bojowe powinienem
postawić zwiadowcom? Że niby idź, braciszku, poleż do rana na ziemi
niczyjej?
Umilkłem i spojrzałem na majora. Ten pokręcił głową i słuchając,
uśmiechał się.
-?Dowódca pułku może nam wydać rozkaz zajęcia obrony na jakimś odcinku.
Ale nikt nie może nam wydać rozkazu, żeby ochraniać kombatów i kompanie
strzeleckie. Dowódca plutonu rozpoznania melduje mi, że jeden z dowódców
batalionów już na niego pokrzykuje. Jestem trzeci rok na froncie, byłem
dowódcą kompanii i zdążyłem również liznąć roboty sztabowej, ale żeby
piechota spała w okopie, a zwiadowcy jej pilnowali, to czegoś takiego
ani razu nie widziałem. Kiedy służyłem w kompanii, dowódcy batalionu
darli ze mnie skórę pasami i grozili rozstrzelaniem za piędź ziemi. A tu
co się dzieje? Może dowódcy batalionów boją się, że żołnierze w nocy
uciekną do Niemców. Więc niech ich dowódcy kompanii nie śpią i niech
sami ich pilnują. Niech sobie krążą nocami po transzei. Proszę o poruszenie tego tematu z dowódcą pułku. Albo odpowiadam za okop i dostaję od dowódcy pułku oficjalny rozkaz i odcinek do obrony, albo
jutro ściągam zwiadowców z czujek. Za miesiąc będą chcieli, żebyśmy
wzięli jeńca, a w plutonie zamiast zwiadowców są wiejscy stróże z tłuczkami do mięsa. Potem będą mnie jebać za to, że nie wzięliśmy
języka.
Parę dni temu przeszedłem do rozpoznania. Widzę, że żołnierz siedzi na
powalonej brzozie. Schował pod siebie nogi, żebym ich nie widział i patrzy na mnie. Podeszwę ma podwiązaną drutem telefonicznym. A na tyłach
pułku szewców i krawców -?jak psów. Z mojej strony towarzyszu majorze to
wszystko. Proszę o meldunek do dowódcy pułku również i w tej kwestii.
-?Wygarnąłeś jak trzeba! Słuchałem cię uważnie. W pułku jest kiepsko z ludźmi. Brakuje żołnierzy i broni. Front pułku jest rozciągnięty. Jeśli
jutro zabierzesz swoich chłopaków, to ogolimy obronę. Przebudowa wymaga
czasu. Zrobimy tak -?w każdą kolejną noc będziesz posyłać na nocne
patrole o dwóch żołnierzy mniej. Umawiamy się, że ostatnią parę
zdejmiesz za tydzień. W tym czasie dowódcy batalionów przestroją swoje
szyki. Jeśli się zgadzasz, idę do dowódcy pułku i dostaję na to zgodę.
Jutro roześlemy rozkaz pułkowy i stopniowo będziemy zdejmować
zwiadowców. Jak widzisz, nie tylko cię rozumiem, ale całkowicie się z tobą zgadzam! Więc jak? Pasuje?
-?Proszę o wydanie polecenia zastępcy do spraw tyłowych w kwestii butów
i umundurowania.
Major poszedł z meldunkiem do dowódcy pułku. A ja wyszedłem na zewnątrz,
zawołałem swojego żołnierza i ruszyliśmy z powrotem do wąwozu.
* * *
Minęły dwa tygodnie. Zwiadowców zdjęto z posterunków i nocnego stróżowania. Starszyna zorganizował chłopakom
banię i przebrał ich w czystą bieliznę. Celem prowadzenia obserwacji
przeciwnika na przednim skraju, ustawiono lornetę nożycową. Zwiadowców
rozbito na grupy bojowe. I teraz każda grupa otrzymywała swój odcinek do
nocnych wypadów i rozpoznania niemieckiej obrony.
Pierwsze, z czym się zetknąłem i co wprawiło mnie w konsternację to
fakt, iż zwiadowcy nie potrafili czytać mapy ani się nią posługiwać.
Wraca żołnierzyna z nocnego patrolu, a ja mówię do niego:
-?Pokaż mi na mapie miejsce, w którym siedziałeś w nocy i obiekt, który
obserwowałeś pod drutem kolczastym.
Ten nie jest w stanie nic powiedzieć. Orientacja w terenie, poruszanie
się według mapy i azymutów to dla zwiadowcy pierwszyzna.
Trzeba było organizować zajęcia. Żołnierze powoli, acz skutecznie,
przyswajali sobie zawiłości wojennych nauk.
Podczas wojny zwiadowców specjalnie nie szkolono. Do pułkowego zwiadu
przyjmowano ochotników z kompanii strzeleckich. Często do rozpoznania
szli młodzi chłopcy. Świeżego człowieka nie wolno było od razu puszczać
na głęboką wodę.
To nie romantyka i nie zabawa w Kozaków -?rozbójników. To niebezpieczna
i wyczerpująca praca. Do rozpoznania nabrali ochotników. Przed
żołnierzami nie ukrywano, że czeka ich ciężkie i niebezpieczne życie.
Riazancew osobiście sprawdzał każdego na okoliczność ducha, słuchu i wzroku. Duch -?to nieodparta chęć zostania zwiadowcą, bez względu na
wszelkie trudności tej profesji. Słuch! Zwiadowca powinien mieć niemalże
muzykalny słuch. Jednakże powinien odróżniać nie bemole i krzyżyki, a szmery wiatru, szelest trawy pod nogami idącego, przytłumione rozmowy
wartowników w okopie.
Riazancew ustawiał żołnierza plecami do siebie i odchodząc od niego na
dziesięć metrów, wymawiał szeptem rozmaite przekleństwa i cyfry. No i najważniejsze w teście -?to wzrok. Nocą Riazancew wychodził z żołnierzem
w teren i pokazując palcem w przestrzeń, pytał:
-?Co to?
-?Gdzie? -?wypytywał żołnierz.
Zaproponowałem Riazancewowi inną metodę. U żeglarzy to się nazywa
semafor. Kiedy jeden drugiemu przekazuje tekst za pomocą machania
rękami. Stawiasz żołnierza jak najdalej od siebie i niech powtarza ruchy
twoich rąk. To na początek. Teraz drugie! Przy znużonym wzroku u niektórych żołnierzy pojawiają się oznaki kurzej ślepoty. Chorobę tę
wywołuje brak witamin i ciągłe żywienie potrawami mącznymi, ale nie u wszystkich. U pewnych żołnierzy pojawia się okresowo. Potem sama
przechodzi. Dla nas najważniejsza nie jest choroba. Najważniejsze to -
odmowa wyjścia na zadanie. Sam fakt odmowy oddziałuje psychologicznie na
innych. Budzi zwątpienie i podrywa ducha.
Żołnierz nie jest winien temu, że mu się trafia kurza ślepota.
Po wstępnym sprawdzeniu nowicjusza czy się nadaje, przydzielano go do
grupy zwiadowczej i stopniowo wdrażał się on w życie i sprawy pułkowego
zwiadu. W pułkowym rozpoznaniu każdy służył na zasadach dobrowolności.
Mało kto wracał do kompanii strzeleckich, choć każdy wiedział, że ma
prawo w dowolnej chwili porzucić zwiad i przenieść się do strzelców.
Zwiadowca miał swoje prawa i zwyczaje. Zasady gry ze śmiercią nie były
przez nikogo rozpisane ani ustanowione. Rodziły się i pojawiały w procesie służby bojowej, weryfikowały się przy pracy i stopniowo
wchodziły w życie jako prawo. Poszli na nocne rozpoznanie, nadziali się
na zasadzkę, wpadli pod ogień, ponieśli straty, wciągnęli gardłem krwi -
i już stało się jasne, jak należy działać.
Prorok Mojżesz napisał Żydom Talmud i kodeks praw wiary żydowskiej. My z Riazancewem nie byliśmy prorokami. Wszystkie nasze prawa i obyczaje
zostały zapisane żołnierską krwią i śmiercią.
Obyczaje u zwiadowców były straszniejsze niż prawa czasów wojny.
Żołnierz idzie pod niemieckie zasieki nie po to, by sobie tak po prostu
posłuchać i poleżeć. Za każdym razem powinien przynieść cenne
informacje. Powinien określić, gdzie najlepiej chwytać języka. Powinien
wyśledzić swoją ofiarę i sprawdzić wszystko w najdrobniejszych
szczegółach.
Na podstawie jego danych do niemieckiego okopu pójdzie grupa
przechwytująca. Kiedy będą brać Niemca za kołnierz, dobrze by było, aby
ten nie zdążył ani mrugnąć, ani pisnąć. Do tego wszystkiego potrzebna
jest bystrość, niezłomny duch, wiedza i szybkie kojarzenie oraz
znajomość istniejących warunków. Gdy grupa przechwytująca idzie na
transzeję, to ma umrzeć albo wziąć jeńca.
Przyjmując do swojej rodziny rekruta, wykładaliśmy mu wszystko bez
upiększeń:
-?Pracujemy po nocach! Na tej wojnie, braciszku, jesteśmy nocnymi
markami. Musisz być czujnym, uważnym, zdecydowanym i ostrożnym. Nocą
trzeba umieć patrzeć i słuchać, wyłapywać cienie, szelesty i niejasne
dźwięki, psim węchem wyławiać z ciemności nocy żywy cel. Nocą chodzimy
bezszelestnie, jak zwidy. Minie jeden tydzień, drugi, a zdarza się, że w tym czasie jednego jasnego dzionka nie ujrzysz. I będziesz żyć, jak
nietoperz w ciemności. Wieczorem będziesz wychodzić, a nad ranem wracać.
Zwiadowcy nawet umierają nocą. Za dnia śpią. Jest jeszcze jedna istotna
sprawa. Swoją broń zwiadowca zawsze i wszędzie powinien mieć w idealnym
porządku. Ani ja, ani dowódca plutonu twojej broni sprawdzać tego nie
będzie. Swojej broni każdy pilnuje sam. Broń to ostatnia szansa, aby
pozostać przy życiu. Zwiadowca w każdym momencie powinien być gotowy do
jej użycia.
W odróżnieniu od żołnierzy kompanii strzeleckiej, którzy noszą broń na
plecach, zwiadowca zawsze powinien mieć w ręku automat. Naboje są
pistoletowe. Kule lecą niedaleko, mają niewielką siłę rażenia. Podczas
strzelania automat skacze, nie pozwala na prowadzenie dokładnego,
celnego ognia. Jest duży rozrzut. Trzasku i hałasu dużo, a sensu mało!
Automat jest dobry w bliskim boju. Nie ma kiedy bawić się z muszką i szczerbinką. Ogień prowadzi się z ręki, z biodra albo z pasa. Zobaczysz
cel -?wal z bliska! Do bardziej odległych celów ognia nie prowadź!
Próżna robota! Strzelanie krótkimi seriami daje niezłe rezultaty.
Wszystko to powinniśmy wiedzieć, aby potem w pół słowa rozumieć
chłopaków.
I jeszcze jedna uwaga. Nocą w półmroku okopu nieruchoma postać Niemca
jest słabo widoczna. Niemiec może się przyczaić, a potem drapnąć spod
nosa. Widzieć nocą -?to szczególna sztuka. Doświadczony zwiadowca może
podejść do Niemca na dwadzieścia metrów, a ten tego nie zauważy. Potem
pokażę wam to na przykładzie i wytłumaczę, dlaczego tak się dzieje.
Trzeba jeszcze jedno wiedzieć o zwiadowcy. Kieszenie ma pełne bandaży i w każdej kieszeni siedzi też granat. Jeśli zobaczysz, że u któregoś z chłopaków majta się na pasie pochwa ze zdobycznym nożem, to wiedz, że
podczas nocnych wypadów noży się nie używa. Nóż jest zwiadowcy potrzebny
do tego, by otworzyć butelkę sznapsa albo puszkę konserw.
Przez rok służby w zwiadzie ani razu nie miałem okazji, by zobaczyć nóż
umazany niemiecką krwią. Nam nie jest potrzebna zarżnięta nożem tłusta
niemiecka świnia, a żywy i cały Niemiec. Jeniec to dla nas wielki skarb.
Jest dla nas niczym najdroższy gość!
Przytaszczymy go do siebie do ziemianki, obszukamy, nalejemy dwa razy po
setce, nakarmimy, zmajstrujemy skręta, damy zapalić. Z wziętym do
niewoli Niemcem obchodzi się u nas wyjątkowo uprzejmie. Serca mu
przychylimy. A to dlatego, że kosztuje wiele żyć naszych chłopaków. A tu
się obeszło bez strat i niepotrzebnego hałasu.
Niemca w okopie bierze się zaskoczeniem, strachem, przerażeniem. Od
samego naszego pojawienia się, paraliżuje mu ręce i nogi. Ze strachu
może tylko wrzasnąć. Kulturalnie zakryjemy mu dłonią usta. Po to, aby
trafiło do niego, że nie ma sensu krzyczeć.
Częściej jednak bywa tak, że Niemcy nas wykrywają podczas podejścia.
Pierwszy, na którego trafimy, rzuca się do ucieczki i zaczyna się drzeć,
jakby go zarzynali. Na ich przednim skraju momentalnie ogłaszają alarm
bojowy. Zaczynają ryczeć moździerze i karabiny maszynowe. Ziemię niczyją
sieką wybuchy pocisków. Trafić na taką oprawę to nic wesołego. Zdusić
tego wściekłego ognia nasi nie mogą. Nie mają dział. Boją się poza tym
strzelać nocą. Po błyskach wystrzałów od razu ich namierzą i zgniotą.
U Niemców rozpoznanie znajdowało się na wzgórzach. Łączność pracowała
tam sprawnie. U nas od pierwszej linii na tyły ciągnie się jeden przewód
telefoniczny. A oni mają po pięć, sześć linii. U nas, aby połączyć się z artylerią, trzeba dzwonić przez batalion, skąd informuje się sztab
pułku. Oni zaś mają bezpośrednią łączność z pozycjami ogniowymi
artylerii. I wszystko to dubluje się przewodami łączności.
Zwiadowcy pułku nie mogą liczyć na wsparcie ogniowe swojej artylerii.
Nikt temu nie zaprzeczy. Mogę to powiedzieć w oczy Sławce Lewinowi,
zastępcy dowódcy pułku i szefowi artylerii.
Kiedy i gdzie artylerzyści wspierali ogniem pułkowy zwiad? Tak więc
jeden nieostrożny ruch, drobne potknięcie czy głupi przypadek często
doprowadzały do śmierci ludzi.
Ale jeśli Niemiec się zagapił i wpakowałeś się do niego do okopu, to na
sam twój widok zamierał z przerażenia. Sam rzucał broń na ziemię i z entuzjazmem, krzywiąc gębę, unosił łapy w górę i mamrotał "Hitler
kaputt!". I sprawa nigdy do noża nie dochodzi. Dajesz mu znak głową, że
niby siedź cicho i wyłaź na wierzch, a on, gadzina, wszystko rozumie bez
słów. Ochoczo biegnie po ziemi niczyjej i nie ogląda się do tyłu na
swoich.
A jeśli Niemiec stoi na posterunku i przypadkowo się obejrzy i zobaczy,
że idziesz na niego z obnażonym nożem, to możesz być spokojny, że bez
żadnego krzyku wpakuje ci z bliska kulkę.
No i pchnij go wtedy nożem! A dalej co? Przebity nożem nikomu nie jest
potrzebny! Z nożami zwiadowcy biegają tylko w kinie.
Do Niemca trzeba podejść spokojnie, szturchnąć go w bok automatem,
przyłożyć palec do ust i od razu zrozumie, z kim ma do czynienia.
Podepchnij go leciutko muszką pod tyłek i jak wytresowany wyskoczy z transzei. Oto klasyczny przykład, jak należy bez hałasu zwijać
niemieckiego wartownika.
W sytuacji bojowej zwiadowca nie obejdzie się jednak bez dobrego i ostrego noża. Trzeba przeciąć Niemcom łączność telefoniczną, rozciąć but
przy ranieniu w nogę, wyciąć zgrabnie darń i podłożyć minę. Nadbiegnie
niemiecki łącznościowiec, dotknie przerwanego przewodu, a koniec drutu
jest podwiązany do zapalnika. Pomyślą, że wyskoczył w powietrze na
własnej minie.
* * *
Ostatni śnieg zszedł z ziemi w kwietniu. Kolor
ziemi zmienił się z brunatnego na zielony. W kwietniu dostaliśmy partię
maskchałatów zszytych z takiego właśnie materiału. Spodnie w plamy, ze
ściągaczami jak w piżamie i bluzy z kapturami w smugach kamuflażu, z zieloną zasłoną z gazy na twarz.
W kwietniu było jeszcze dość chłodno. Zwiadowcy długo leżeli na ziemi
niczyjej. Pod maskchałaty zakładali pikowane waciaki. Używano również
zimowych czapek. Tylko nasz starszyna Wołoszyn chodził w czapce z daszkiem i nie zdejmował jej. Zarówno on, jak i woźnica, nie nosili
hełmów.
A propos hełmów. W zwiadzie nie było przyjęte, aby nosić hełmy. Jeśli
nie liczyć przypadków, kiedy chłopaki zakładali niemieckie. Nocą nie da
się rozpoznać, kto idzie w niemieckim hełmie po niemieckiej obronie,
swój czy obcy. Ich hełmy miały specyficzny kształt, niepodobny do
naszych. Wciśniesz taki na czapkę i możesz podejść blisko do Niemca w jego własnym okopie. A dalej hełm jest już niepotrzebny i można go
wyrzucić, bo podczas powrotu robi się niebezpieczny dla swoich.
U nas na froncie hełmy nosili strzelcy, artylerzyści, telefoniści,
saperzy, zaopatrzeniowcy, krawcy i fryzjerzy oraz wszelcy inni wojskowi
specjaliści z pułkowych tyłów. Artylerzyści nie tylko w nich jedli i spali, ale co więcej, bezbożnicy, bez zdejmowania hełmów chodzili w krzaki.
Maski przeciwgazowe i hełmy nosili wszyscy poza zwiadowcami. Żołnierz z jakiejkolwiek formacji nie mógł się pokazać na powierzchni ziemi bez
maski przeciwgazowej. Jeśli na tyłach pułku trafiał się żołnierz bez
hełmu i maski, to wszyscy od razu wiedzieli, że idzie im na spotkanie
zwiadowca.
Wszystkich żołnierzy w pułku strzyżono do gołej skóry. Tylko zwiadowcy i ordynansi grubych ryb nie podlegali temu. Zwiadowcy byli z tego dumni.
Spod hełmu fryzury nie widzisz. Żelazny hełm przeszkadzał zwiadowcy w robocie. Spod niego nie tylko fryzury nie widać, ale siedzi na głowie
niczym chomąto na szyi u kobyły. I jakież to nocne chroboty! Nałóż hełm,
a ten dźwięczy na głowie! Wiatr gra w nim ponure melodie. Stalowy hełm
hałasuje przy uderzaniu w niego gałęziami. W hełmie -?jak pod kołpakiem.
Nawet w myśleniu przeszkadza.
Chciałem dodać jeszcze jedno. Przez rok wojowania w plutonie zwiadu
straciliśmy wielu ludzi. Ale ani jeden z chłopaków nie został ranny ani
nie zginął od trafienia w głowę. Ja sam byłem ranny pięć razy. Miałem
kontuzje i zranienia w twarz, szyję, brzuch i w nogi. Odłamki do tej
pory siedzą we mnie gdzieś tam pod skórą. Ale ani razu nie trafiło mnie
powyżej brwi. A hełmu nie nosiłem przez całą wojnę. Każdy ma swoje
przeznaczenie, a ty nie przewidzisz, co i gdzie się może wydarzyć.
Zwiadowcom urywało nogi i ręce, wywlekało wnętrzności, kule przeszywały
im piersi na wylot, ale fryzury nigdy się nie psuły. Może to specyfika
naszej pracy? Kule najczęściej biły po nogach. Ja też większość razy
byłem ranny w nogi.
Bez końca można wyliczać zasady panujące w pułkowym zwiadzie. Codziennie
pojawia się jakaś nowa, co noc zdarzało się coś, nad czym należało
podyskutować i podjąć jakieś decyzje. Za każdym razem powstawała
niezwykła sytuacja i problemy.
Niemcy zaczęli się nam teraz trafiać różni. Po totalnej mobilizacji,
przeprowadzonej w Niemczech, w okopach u nieprzyjaciół pojawili się i dziadkowie, i młodzieniaszkowie. Teraz lżej nam się oddychało i łatwiej
załatwiało nasze sprawki. Ale często wpadaliśmy na kadrowe dywizje,
które przybywały na front wschodni z zachodniej Europy.
* * *
Minęło trochę czasu. Otrzymaliśmy polecenie z dywizji, aby wziąć kontrolnego jeńca10. Byliśmy gotowi do
wykonania zadania. Nasi co noc wychodzili pod drut kolczasty i zajmowali
pozycję wyjściową. Zwiadowcy mieli się przyzwyczaić do myśli, że
któregoś dnia przyjdzie im iść na nasyp i brać jeńca.
Kiedy człowiek podchodzi blisko okopów przeciwnika, za każdym razem
pojawia się u niego naturalny strach i wątpliwości. Zdenerwowanie
przechodzi z każdym nowym wypadem. Emocje przeszkadzają. Trzeba je
pokonać.
Wszystko wydaje się proste. Podszedłeś niezauważony. Zaległeś gdzieś w parowie. Leż, obserwuj, słuchaj i patrz. A wątpliwości i tak cię gryzą.
Obecnie na ziemię niczyją wychodzą trzy grupy na raz. Działają osobno.
Każda grupa zajmuje swoją pozycję wyjściową. Do rana studiują obiekt.
Wiedzą, że podczas jednego z takich wypadów przyjdzie im wstać i ruszyć
na nasyp. Okop, w którym Niemcy siedzą na nasypie kolejowym, jest
niewielki. Siedzi w nim dwóch Niemców. Można by pójść do nich
bezczelnie. Po co się za długo zastanawiać? Każdy zwiadowca może
odczuwać lęk, strach i przedśmiertne męczarnie. Nadziejesz się na
karabin maszynowy i życie załatwione. A może Niemcy nie mają karabinu
maszynowego i wszelkie wątpliwości nie mają sensu? A może i mają, tylko
ani razu z niego nie strzelali? Ale nie zdarza się raczej, aby Niemcy
nie wypróbowali swojej broni. To tylko u naszych Słowian może się broń
pokryć rdzą. Ale i tak nikt do niej nie podejdzie. Strzelać nie chcesz,
bo możesz dostać odpowiedź. A Niemcy to naród zdyscyplinowany. Karabin
maszynowy służy do tego, żeby z niego strzelać. Zatem skoro nie ma ognia
z broni maszynowej, to nie ma i samej broni!
Mnie również zdarzały się rozmaite wątpliwości, kiedy trzeba było iść i długo leżeć pod zasiekami pod nosem u Niemców. Jednej nocy mógłbym wstać
i spokojnie dojść bezpośrednio do tego nasypu, żeby samemu wszystko
ocenić. Popatrzeć, posłuchać, co i jak. A innym razem lęk ściskał mi
serce, pojawiał się strach, szarpały mną wątpliwości, choć nie było ku
temu specjalnych powodów. Jedyne, co nas przytłaczało, to zmasowane
ostrzały niemieckiej artylerii i uporczywe milczenie naszych dział.
Do problemu strachu jeszcze wrócimy. Istotne jest, aby szeroko wyjaśnić,
kto i gdzie się boi, a kiedy się zdarza, że ma wszystko gdzieś!
Tym razem obserwowaliśmy Niemców długo i uporczywie. Dzwoniłem do
wydziału rozpoznawczego dywizji. Powiedziano mi, że nie ma się co
śpieszyć.
Co noc wysuwaliśmy się do przodu w pełnej gotowości i za każdym razem z różnych powodów odkładaliśmy pochwycenie języka. Wyczekiwaliśmy, jak to
mówią, stosownej chwili. Czekaliśmy na ciemną noc, niewielki wiatr,
lekką mgłę lub siąpiący deszcz.
Odkładanie wypadu po jeńca zdarza się często. Ale to też nie jest dobre.
Ludzie się do tego przyzwyczajają i potem koniem ich nie wyciągniesz.
Nie każdy jest gotowy zrobić swój ostatni krok w życiu. W zwiadzie
jednak nie to jest najważniejsze. Tu musisz zostać przy życiu i wziąć
języka. Trzeba to robić fachowo.
Za którymś tam razem musisz wykonać ów pierwszy krok. Przekroczyć
granicę w nieznane oraz mieć nadzieję, że będziesz mógł wrócić. Ale ile
razy można czekać i ile razy to robić, odpychając dłonią śmierć?
Mogę wydać chłopakom rozkaz, aby operację przeprowadzić dzisiaj. Pójdą.
Ale jeśli wyjdzie z tego klapa, moje rozkazy nie będą miały potem
żadnego sensu i nic nie będą warte!
Wydaję rozkaz do wzięcia jeńca tylko wtedy, gdy sam jestem psychicznie
gotów, aby iść z nimi do samego piekła. Oto, kiedy zwiadowca będzie
działać zdecydowanie i niezłomnie.
Sztabowi dywizji wydawanie rozkazów przychodzi lekko. Masz rozkaz! Oto
data! W nakazanym czasie trzeba wziąć jeńca! Szef wydziału
rozpoznawczego dywizji chce zabłysnąć przed dowódcą dywizji.
"Idź! Spróbuj i weź! A ja popatrzę!" -?tak sobie myślę, gdy zaczynają na
mnie naciskać z góry.
Ale Niemcowi z nasypu nie było sądzone, aby wpaść nam w ręce. Wieczorem
przed wyjściem na zadanie wezwano mnie do sztabu pułku w związku z pilną
sprawą.
-?Dywizja -?powiedział dowódca pułku -?otrzymała rozkaz, aby zdać swoją
obronę. Nasze pozycje przejmie inna jednostka. Zwijaj rozpoznanie i ruszaj na tyły! I żebyś to zrobił bez hałasu! Przy luzowaniu oddziałów
ma panować absolutna cisza! Tutaj, na skraju lasu, mamy swój rejon
ześrodkowania.
I dowódca pułku pokazał mi na mapie leśną drogę na linii lasu.
-?Tutaj będą przybywać kompanie strzeleckie! O, w tym miejscu będzie
ulokowany sztab i nasze tyły! Wyprowadzisz tam swoich ludzi i będziesz
czekać na moje rozkazy!
Zwiadowcy opuścili okop. Zebrali w wąwozie dobytek i ruszyli do lasu.
Luzowanie kompanii strzeleckich przeciągnęło się na dobę.
Rozdział 23 -?Dywizja przechodzi na tyły (maj 1943 roku)
Rozdział 23
-?Dywizja przechodzi na tyły
(maj 1943 roku)
Szare nieruchome niebo zawisło nad lasem.
Pomiędzy pniami drzew wszędzie leżą żołnierze. Popatrzysz na nich -?na
ich zgięte plecy, sterczące ręce i nogi -?wyglądają jak martwi,
poniewierający się na ziemi.
Tutaj w ogólnej kupie ciał są i kolby karabinów, i brudne buty, oparte
komuś o twarz. Pośród chaosu śpiących słychać gromkie chrapanie. Tamten
leży w hełmie, w owijaczach i butach, inny z owijaczami wokół szyi,
które okręcił sobie niczym szalik. Leży i mruczy jak kot. Ujrzał we śnie
rodzinny dom, zatem uśmiecha się od ucha do ucha.
Wielu śpi, pochylonych nad ziemią, inni siedzą i złożyli głowy na
kolanach. A tamten poleguje na boku z otwartymi ustami i łapie nimi
muchy, choć na muchy za wcześnie i jeszcze się nie wylęgły.
Żołnierze przyszli, padli i pogrążyli się w zapomnieniu snu. Czekamy na
rozkaz do wymarszu. Na drodze niewielką grupką stoją żołnierze,
bezgłośni niczym cienie. To dyżurna grupa -?posterunek. Nakazano jej
przyjmować kompanie i kierować je do lasu. Jeśli nie postawisz na drodze
czujki, to pójdą, czort wie gdzie, a potem będzie się ich zbierać po
okolicznych wioskach. Zaraz by gdzieś poszli ziemniaków nakopać.
Tutaj w lesie gromadzą się wszyscy żołnierze naszego pułku. Szybko
nadciąga noc, a na drodze znów widać zauważalny ruch. To maszeruje
kompania z pierwszej linii. Ciekawy widok. Ileż to zostało w pułku
pierwszoliniowych bagnetów? Jeśli nie liczyć taborytów, artylerzystów i wszystkich innych z tyłowego eszelonu, to nie zbierze się ich więcej niż
jakieś żałosne dwie setki.
Gdzieś pośród nocy słychać komendę "powstań!". To sygnał do ogólnej
zbiórki. Zwiadowcy wstają, wychodzą na drogę i czekają, aż piechota się
ustawi. Zwiadowców nie trzeba szturchać i budzić, ciągnąć za rękaw i przeklinać. Nikomu nie przyjdzie do głowy, aby podnosić ich za kołnierz
i sprawdzać według listy. Wydano im rozkaz, a oni wstali i poszli.
Również teraz stoją na drodze i czekają, aż z lasu wyprowadzą kompanie
strzeleckie. W pułkowym zwiadzie zostało jakichś dwudziestu ludzi, ale
pod względem wartości bojowej są nie gorsi od każdego batalionu.
Stoimy, przestępujemy z nogi na nogę i czekamy, aż strzelców wygonią z lasu. Niektórzy żołnierze dymią skrętami z rękawa. Otwarcie palić nie
wolno, bo dowództwo zobaczy i zaraz obszczeka. Tlący się niedopałek
widać z dużej odległości.
Dostaliśmy rozkaz na jeden etap przemarszu. Rzecz jasna dowództwo pułku
zna całą marszrutę, ale nam tego nie mówią. Nie powinniśmy o tym
wiedzieć. Tajemnica wojskowa!
Podczas gdy zbierają piechotę i ustawiają ją na drodze, ja patrzę przed
siebie i rozglądam się na boki. Z przodu pod nogami lepka glina, a dalej
nic nie widać, tylko mrok nocy.
Skądś z boku zawiało zapachem błotnistej wilgoci. Któryś ze strzelców
postanowił zapalić w szyku. W ciemności pstryknęła zapałka i od razu
podniósł się krzyk. Ogieniek błysnął i zgasł. Głosy i przekleństwa
ustały. Żołnierze stoją i pobrzękują pustymi puszkami i menażkami, które
przewalają się im w plecakach -?workach, zarzuconych na plecy.
Wreszcie ustawianie zakończono i wojsko stanęło w szyku. Przeliczono
żołnierzy i chyba wszyscy stoją w kolumnie na drodze. Pada komenda i ruszamy z miejsca. Dwie niepełne kompanie batalionu maszerują w ślad za
nami.
Leśna droga wychodzi na skraj lasu. Przed nami rozciąga się niemające
końca gołe i ciemne pole. Nad głowami mamy zachmurzone nocne niebo, a po
prawej i lewej stronie mgliste zarysy rzadkich zarośli. Pozostają one z tyłu razem z drogą.
Idziemy w milczeniu. Wpatruję się w ciemność. Skądś zaciągnęło dymkiem i zapachem zbutwiałej słomy. Po jakimś czasie przed nami pokazała się
wioska. Podchodzimy bliżej. Droga skręca w lewo. Niewyraźne kształty
przysadzistych chałup odpływają w bok.
Pod nogami zachlupotała woda. Droga prowadzi samym skrajem bagna. Robisz
krok do przodu, a nogi jadą do tyłu i ześlizgują się po rozmokłej
glinie.
Lecz oto pod nogami znowu jest sucha i twarda ziemia. Nad głową migają
nagie gałęzie drzew. Iskrzące się światło nieba stopniowo znika w wąskich przestrzeniach lasu. Wokoło znów zapada ciemność. Obok mnie idą
żołnierze i słychać nieskładny rytm ich kroków, można jeszcze dostrzec
kołyszące się sylwetki. A dalej nic nie widać.
Pluton zwiadowców idzie niemalże bezszelestnie. Zwiadowcy mają swoje
nawyki. Dokąd by nie szli, muszą się poruszać bez hałasu, jak cienie.
Takiego przyzwyczajenia nie nabiera się od razu, wyrabia się je
stopniowo.
Gdy żołnierzy batalionu strzelców ustawiano na drodze, uszykowano ich w kolumnę po czterech. Jednak gdy tylko zrobili krok do przodu, kolumna
się rozpadła i ludzie rozciągnęli się na drodze.
Podczas przemarszu nikt nigdy nie trzyma szyku. Nie ma bałaganu, ale
żołnierze idą, jak popadło. Tu pojedynczo, tam po dwóch, a gdzie indziej
stadem. Nikt nikogo nie pogania i nie ponagla. Idą i idą! Wszystko jest
niby w porządku, choć maszerują bezładnie, nie w nogę.
Idę z Riazancewem, zwiadowcy kroczą z tyłu. Plutonowy Stańko, drągal z Białorusi, idzie obok razem z chłopakami. Dopiero co wrócił ze szpitala
po zranieniu. Po wyleczeniu, zwiadowców zwykle kierują do ich jednostki.
Stańko jest dowódcą grupy przechwytującej, ale teraz nie dowodzi żadnymi
zwiadowcami. Idzie razem ze swoimi kolegami.
W plutonie rozpoznania jest własny porządek i subordynacja. Kto ile
służył? Czym się zajmował? Wziął osobiście jeńca? Wszystko to się liczy.
Sierżant Serafim Sieńko jest doświadczonym zwiadowcą.
Za to ten młody i tamtych dwóch, choć są w zwiadzie nowicjuszami, ze
względu na swoje zadania są na specjalnych prawach. W pułkowym zwiadzie
każdy ma swoje miejsce. Czy to w marszu, w szyku, czy też w ziemiance,
gdzie z przodu i na najlepszych miejscach leżą ludzie najbardziej
doświadczeni i zaprawieni w zwiadowczej robocie. Jedni działają w grupach przechwytujących -?ci bardziej niż inni ryzykują swoim życiem.
Inni przygotowują akcję, prowadzą obserwację, zbierają dane o Niemcach i długo leżą na ziemi niczyjej. Niektórzy z chłopaków chadzali w grupach
osłonowych, gdy główna grupa wysuwała się do przodu, aby przestudiować
swój obiekt lub pochwycić jeńca. Grupa przechwytująca posiada swoją
osobistą ochronę. Zawsze i wszędzie jest osłaniana i chroniona, bo
zasługuje na taką uwagę.
Weźmy tę trójkę, która maszeruje obok mnie. Przygotowywała się do
wzięcia jeńca na nasypie. Ona idzie z przodu. A tych sześciu, którzy
kroczą w ślad za nią, to chłopaki z grupy wsparcia. Kiedy zwiadowcy
stają w szyku, nikt nie ustawia ich według wzrostu -?tego do przodu,
tamtego do tyłu. Nie ma znaczenia, od jak dawna ktoś służy w rozpoznaniu. Ważne jest, gdzie walczy. Tu jest tylko jeden wykładnik.
Kto rzuca się do niemieckiego okopu i idzie na śmierć brać jeńca, a kto,
że tak powiem, osłania jego działania spod drutu kolczastego. Tylko
normy żywnościowe są takie same dla wszystkich, zaś wszystko inne
oceniane jest według stopnia ryzyka, zgodnie z niepisanymi prawami
sprawiedliwości.
Podczas marszu idę na własnych nogach z chłopakami. Mógłbym oczywiście
pojechać wierzchem razem z szefem sztabu. Ale kiepski jest ze mnie
służbista. Nie lubiłem sterczeć na widoku u szefostwa.
Droga nie wszędzie jest jednakowa. Gdzieniegdzie jest równa, gdzie
indziej rozjeżdżona. Gdzieś tam z przodu posuwają się pułkowe tabory. Na
razie idziemy po śladach furmanek, ale potem się rozejdziemy. Tabory
odbiją w bok i pojadą naokoło lepszą drogą, a my i piechota zboczymy i skrócimy sobie trasę innym szlakiem.
Ciemne krzewy i rowy powoli odpełzają do tyłu. Mijamy przekrzywione i zalatujące skisłym zapachem wiejskie chałupy. Ich ciemne sylwetki są
blisko siebie. Mrok nocy zaciera odległości i kurczy przestrzeń.
Niekiedy odnosi się wrażenie, iż wcale się nie poruszamy i drepczemy w miejscu. Jakbyśmy stali i tylko mieszali glinę nogami, a wiejskie chaty
wypływają z ciemności i przesuwają się obok.
Po twarzy trzepnęła pierwsza gałązka, za nią druga. Nad głowami zwiesiły
się rozłożyste gałęzie świerków. Skończyła się otwarta przestrzeń.
Nieznana wieś zniknęła za zakrętem drogi. Utonęła w mroku i zginęła dla
nas na zawsze.
Ciemność nocy rozlała się nad ziemią. Z przodu nie widać ani drogi, ani
prześwitu. Lecz oto znowu wychodzimy z lasu. Po zapachu można by sądzić,
że przed nami jest wieś zamieszkała przez ludzi.
I znowu pole i niewielka wioska. Podchodzimy bliżej, lecz we wsi nie ma
ani światła, ani nie słychać ujadania psów. Przy ganku stoi wyładowana
wojskowa podwoda, zaprzęgnięta w parę koni. Tył podwody zwisa, zepsuło
się koło. Obok stoi żołnierz z karabinem na plecach. Być może jest z naszych pułkowych taborów. Jednakże nas ani trochę to nie obchodzi. Nie
pytamy go, co się stało. Idziemy dalej.
Gdzieś w środku wsi dogania nas żołnierz na koniu. To łącznik szefa
sztabu. Prosi, żebyśmy się zatrzymali. Piechota została w tyle.
Stoimy i rozglądamy się na boki, wsłuchując się w odgłosy wiatru.
Szeleści w słomianych strzechach, stuka otwartymi na oścież okiennicami,
skrzypi furtką w ogrodzeniu warzywnika.
Nagle spadają pierwsze krople deszczu. Uderzyły po plecach, bryzgnęły w twarz, zastukały po dachu. Zwiadowcy wyjęli peleryny, naciągnęli je na
siebie i rozwinęli kaptury nad głowami. Słychać narastający odgłos
zbliżającej się ulewy. Dmuchnął wiatr, podchwycił poły szyneli i peleryn. Wszystko wokół wprawił w ruch. Szum intensywnego deszczu zwalił
się na ziemię.
A my stoimy na drodze. Wokoło ciemna noc. Słuchamy ochrypłego głosu
deszczu i słyszymy jego narastający tupot. Leje coraz bardziej.
Żołnierze garbią się. Iść drogą w ulewnym deszczu to żadna przyjemność.
Lecz nikt nie pozwoli żołnierzom zboczyć podczas marszu i kryć się pod
dachem na czas opadów. A na razie musisz stać niczym krowa, wysunąwszy
język i zbierając chłodne strugi wody, które spływają ci po twarzy.
Smakiem przypominają roztopiony śnieg. To nie to, co woda ze studni czy
strumienia! Deszczówką się nie napijesz!
Stoimy zatem w deszczu i czekamy, aż podciągnie nasza piechota.
Podchodzę do ganka i odpinam kieszonkową latarkę, którą podarował mi
starszyna Wołoszyn. W snopie jasnego światła zamigotały strugi deszczu.
Nikt na mnie nie krzyczy, choć świecę w ciemności bez wyraźnej
przyczyny. Zwiadowcy na pewno myślą, że pstryknąłem światło, żeby wejść
do chałupy i sprawdzić, czy nie można tam przeczekać, aż przestanie
padać. Bo przecież z nudów nie ma co świecić latarką.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. W rękopisie autor użył zdania: "Kiedy ruszaliśmy do natarcia, nie krzyczeliśmy "Ura!", które przekreślił. [wróć]
2. Gra słów -?reticulum -?łac., ridikul -?ros., mała damska torebka -?przyp. tłum. [wróć]
3. Wykaz strat bezpowrotnych 4 Samodzielnego Gwardyjskiego Batalionu Ciężkich Karabinów Maszynowych za marzec 1943 roku. [wróć]
4. Podzielony na dwie części ścianą nośną -?przyp. tłum. [wróć]
5. Wykaz strat bezpowrotnych 4 Samodzielnego Gwardyjskiego Batalionu Ciężkich Karabinów Maszynowych za marzec 1943 roku. [wróć]
6. Tak naprawdę nazwisko kombata brzmiało Maliczkin. Major gwardii Aleksander Iwanowicz Maliczkin. Urodził się w 1914 roku, a zginął 8 kwietnia 1943 roku w wybuchu miny w rejonie wsi Żidki (rejon baturyński obwodu smoleńskiego). [wróć]
7. N.I. Denisow -?major gwardii, szef sztabu 52 Pułku Strzelców Gwardii po 12.11.1943.. [wróć]
8. Skorniakow -?podpułkownik gwardii, dowódca 52 Pułku Strzelców Gwardii w 17 Dywizji Strzelców Gwardii, marzec 1943 r. [wróć]
9. Prawdopodobnie Morozowo i Pietrowo są wymienione błędnie. Krulino, gdzie wcześniej został pochowany major Maleczkin, nie jest wymienione, zaś Morozowo jest nieco za blisko. [wróć]
10. Zgodnie z definicją Ministerstwa Obrony Federacji Rosyjskiej, kontrolny jeniec to "członek sił zbrojnych przeciwnika, wzięty do niewoli celem potwierdzenia (uściślenia) posiadanych danych wywiadowczych lub wyjawienia zmian w ugrupowaniu wojsk nieprzyjaciela". Termin stosowano w latach Wielkiej Wojny Ojczyźnianej -?przyp. tłum. [wróć]