Czerwona Seria. Wańka Trep Tom 3. Dziennik Żołnierza - Aleksander Iljicz Szumilin

Kup ebooka

42.00 zł
35.21 zł (35,11 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Od wydawcy

Od wydawcy

Na Wscho­dzie bez zmian -?tak można by okre­ślić w naj­więk­szym skró­cie tom trzeci "Wańki-trepa" dla tych, któ­rzy są po lek­tu­rze dwóch pierw­szych tomów. Bez zmian w podej­ściu do ludz­kiego życia. Ci na pierw­szej linii muszą bowiem ginąć - po to prze­cież są. Ta filo­zo­fia wojny jest w Armii Czer­wo­nej nie­zmienna. Na ich miej­sce przyjdą prze­cież nowi. A ordery dla tyło­wych dowód­ców spły­wają tylko w jed­nym wypadku: kiedy ich woj­sko idzie "WPIE­RIOD"! A więc gonią tych oko­po­wych do przodu wciąż i wciąż, nie zwa­ża­jąc na straty czy na bez­denną głu­potę roz­ka­zów, gdy po odkry­tym polu pod górę każą iść pie­cho­cie zdo­by­wać wzgó­rze bez wspar­cia arty­le­rii czy broni maszy­no­wej. Ordery do pierw­szej linii -?dla fron­tow­ców -?oczy­wi­ście nie docie­rają. A po co im ordery, gdy zaraz i tak zginą? Zanim wnio­sek o ich przy­zna­nie zosta­nie roz­pa­trzony. Giną­cych w oko­pie wyrzuca się na zewnątrz, za okop, aby ciała tam spo­koj­nie sobie zamar­zły. Za chwilę przy­kryje je śnieg i nie będą rzu­cać się w oczy. Szkoda sił na kopa­nie gro­bów! Taka to filo­zo­fia panuje na pierw­szej linii frontu...

Nasz główny boha­ter, Szu­mi­lin, w tym tomie zna­lazł się w eli­tar­nej gru­pie zwia­dow­ców. Zostaje dowódcą puł­ko­wego zwiadu. Buduje wokół sie­bie zespół praw­dzi­wych "psów wojny". Nawet ochot­nicy do zwiadu z wojsk powietrzno-desan­to­wych, a więc też eli­tar­nej w sumie jed­nostki, w zwia­dzie muszą się wiele rze­czy nauczyć. Pogar­dzają oni zwy­czajną pie­chotą, która ginie na ich oczach w oko­pach w spo­sób masowy. Jed­nego dnia Szu­mi­lin zostaje wysłany w misji spe­cjal­nej do okopu, aby wyja­śnić sprawę zabi­cia w oko­pie w nocy pra­wie 20 ludzi. Wszy­scy oni zostali zabici we śnie w nocy, nożem. Jak się oka­zało, zabił ich jeden czło­wiek - fiń­ski zwia­dowca, który samot­nie wszedł do okopu i zabi­jał wszyst­kich jakich spo­tkał na swo­jej dro­dze śpią­cych Rosjan nożem, po czym bez­piecz­nie powró­cił na nie­miecka stronę!

Książka, jak już czy­tel­nik pierw­szych dwóch tomów wie, będzie obfi­to­wać w nie­zwy­kłe epi­zody. Ale będzie też potwier­dzać zbrod­ni­cze w sumie dzia­ła­nia dowódz­twa rosyj­skiego, posy­ła­ją­cego pro­stych żoł­nie­rzy na pewną śmierć. Dla­tego dłu­gość życia żoł­nie­rza na pierw­szej linii wyno­siła śred­nio dwa tygo­dnie! Szczę­ściem jest zostać ran­nym. Ranny będzie prze­cież żyć, choć przez chwilę, dopóki go nie wyle­czą i nie poślą z powro­tem do tej fabryki śmierci na pierw­szą linię.

Szu­mi­lin ni­gdy się nie znu­dzi. Jego spo­sób nar­ra­cji i ilość nie­zwy­kłych epi­zo­dów wojen­nych, a także obraz Armii Czer­wo­nej idą­cej jak walec do przodu bez względu na wła­sne straty, na długo pew­nie zosta­nie w pamięci czy­tel­ni­ków.

Andrzej Ryba

Rozdział 19 -?Na tyłach pułku (styczeń 1943 roku)

Roz­dział 19 -?Na tyłach pułku (sty­czeń 1943 roku)

Teraz, po poran­nym mro­zie i ostrym słońcu w ciągu dnia, w lesie zro­biło się cał­kiem ciemno i mokro. Gdzieś z boku zawiał wil­gotny wiatr, zako­ły­sał gałę­ziami świer­ków i zahu­czał w żela­znym komi­nie. Zwil­got­niały śnieg spa­dał z gałęzi na zie­mię. W twarz dmuch­nęło mokrą mgłą, ale zaraz poryw wia­tru ucichł. W lesie zro­biło się cicho, niczym przed burzą.

Po jakimś cza­sie w powie­trzu zakrę­ciły się lek­kie śnie­żynki. W ślad za nimi naj­pierw rzad­kie, a potem ogromne i mokre płaty śniegu ponio­sły się gęstą ścianą. Cięż­kie, lep­kie, syp­nęły tak szczel­nie i gęsto, że zlały się w jeden potok i prze­sło­niły sobą cały prze­stwór.

Gdzie nie spoj­rzysz, wszę­dzie leci biała i mokra masa. Ośle­pia oczy, topi się na twa­rzy, ciek­nie po czole i brwiach, łasko­cze noz­drza i mrozi pod­bró­dek. Zimna ciecz wpada za koł­nierz, topi się na karku i zim­nym stru­my­kiem spływa po gołym ciele wzdłuż krę­go­słupa. Spoza gęstej śnież­nej ściany nic nie widać.

Z tego morza śniegu wypływa nagle głowa konia, oprze się o cie­bie, pchnie cię hoło­blą, a woź­nicy i sań z tyłu nie widać. War­tow­nicy koło cie­pla­ków wci­skają się pod dachy. Wszystko co żyje, chowa się przed lecą­cym z góry cięż­kim śnie­giem. Nawet konie, przy­wią­zane do pali­ków pod dasz­kami, pod­ku­liły ogony.

-?To dopiero pogódka! Szlag by ją tra­fił! Wybacz mi, Boże! -?mówi star­szyna, wci­ska­jąc się w przej­ście w cie­plaku. -?Za dia­bła nic nie widać, choć oko wykol! Mało do Niem­ców nie tra­fiłem!

Star­szyna ścią­gnął z sie­bie spęcz­niały od wody pół­ko­żu­szek, usiadł na ławie, oparł się ręką o kra­wędź stołu i zaczął zdej­mo­wać cięż­kie od wil­goci walonki. Zaczął mu poma­gać żoł­nierz, który sie­dział w kucki koło pie­cyka.

-?Weź no, bra­cie, pod­susz moje łaszki! A ja się przy­tulę po tej jeź­dzie. Całą noc plą­ta­łem się po wil­got­nym śniegu, jestem mokry do pasa!

Odmo­taw­szy mokre onuce, star­szyna trzep­nął nimi o pod­łogę, ścią­gnął z głowy czapkę i poka­słu­jąc wlazł na nary. Nacią­gnął na sie­bie suchy szy­nel, zapa­lił, uło­żył się i w tej pozy­cji kon­ty­nu­ował mono­log.

-?Led­wie dotar­łem do bata­lionu! Wiele razy zła­zi­łem z sań, tupa­łem przed sobą, wyma­cy­wa­łem nogami drogę. Prze­mo­kłem do suchej nitki!

Powie­dział jesz­cze parę moc­nych słów pod adre­sem pogody, prze­krę­cił się na bok, podra­pał się za sprawą wszy i wkrótce usnął. W schro­nie zapa­dło mil­cze­nie.

Leża­łem na pry­czy z otwar­tymi oczami, zało­żyw­szy ręce pod głowę i patrzy­łem w sufit. Przed oczami mia­łem zakop­cone belki i ster­czącą pod kątem pordze­wiałą żela­zną rurę komina od pie­cyka, która poprzez wycię­cie wycho­dziła przez strop.

Na dwo­rze był dzień. Biel śniegu smutno prze­bi­jała się przez szkło nie­wiel­kiego okna. Na zewnątrz na­dal uno­siła się śnieżna zasłona. Pod sufi­tem stał sza­ro­nie­bie­ski dym. Po szorst­kiej korze bali w tę i z powro­tem peł­zały grube kro­ple wody. W cie­plaku było duszno i wil­gotno. Wil­goć wła­ziła wszę­dzie, we wszyst­kie szpary pomię­dzy drew­niane okrą­glaki. O ile w mroźne dni w szcze­li­nach mię­dzy balami przy­le­piała się gruba war­stwa śniegu, lodu i szronu, tak teraz wszystko się sto­piło i po ścia­nach spły­wały stru­myczki wody.

W drew­nia­nym otwo­rze wisi kawa­łek mokrej szmaty. W samym przej­ściu woda chlu­pie pod nogami. W cie­plaku cza­sami jest to chłodno, to gorąco. Sie­dzący przy stole dyżurny żoł­nierz unie­sie głowę, nie­chęt­nie wsta­nie i pod­rzuci narę­cze drew do żela­znego pie­cyka, oprze się pier­sią o kra­wędź stołu, zamknie oczy i zaśnie. Przez jakiś czas żela­zna beczka będzie pło­nąć roz­pa­lo­nymi bokami. Drwa się spalą, beczka osty­gnie i znowu zrobi się zimno. Kiedy jest gorąco, na narach nie ode­tchniesz -?za dużo tu cięż­kiego smrodu, sza­ro­nie­bie­skiego dymu i cuch­ną­cej pary, biją­cej od roz­wie­szo­nej wszę­dzie odzieży.

Nad lasem cią­gle wisi biała mgła. War­tow­nicy narzu­cili na sie­bie pele­ryny prze­ciw­desz­czowe. Każ­demu nawa­liły na głowę i ramiona ogromne zaspy lep­kiego śniegu. Żoł­nie­rze stoją bez ruchu. Popa­trzysz na nich i widzisz cudaczne posągi.

Wie­czo­rem star­szyna wyłazi spod cie­płego szy­nela, krzywi się z nie­za­do­wo­le­niem, naciąga na sie­bie pomarsz­czony suchy pół­ko­żu­szek, wsuwa nogi w walonki, wzdy­cha, kaszle, wci­ska na głowę czapkę, zakłada ręka­wice i szarp­nąw­szy na bok mokrą szmatę przy wej­ściu, z prze­kleń­stwem na ustach odcho­dzi w śnieżną zasłonę. Ja też muszę wsta­wać.

Woź­nica z koniem i saniami już czeka przy wyj­ściu. Wstał wcze­śniej. Zało­żył koni­kowi cho­mąto, oczy­ścił sanie ze śniegu, któ­rego nawa­liło w ciągu dnia, pod­rzu­cił narę­cze suchego siana i ponow­nie nakrył sanie suchym gru­bym bre­zen­tem. Star­szyna pakuje się do sań i wcho­dzi pod bre­zent. Woź­nica pod­suwa się do kra­wę­dzi sań i szar­pie wodzami konia. Razem ruszają do kuchni.

Konik, par­ska­jąc, trzę­sie głową i okłada się ogo­nem po mokrych bokach. Drogi nie widać. Z góry leci biała zasłona. Lecz zwie­rzę czuje zapach kuchen­nego kotła i rzad­kiej żoł­nier­skiej lury. Z daleka wychwy­tuje noz­drzami zna­jomą woń. Koń jest z wyglądu marny, z zapad­nię­tymi bokami, niski w kłę­bie. Ani tu rasy, ani urody! Taki sobie! Ale głów­kuje nie­źle! Pew­nie obiera odpo­wiedni kie­ru­nek i śmiało kro­czy. Otrzy­maw­szy na kuchni chleb i napeł­niw­szy ter­mosy, star­szyna znowu chowa się pod bre­zen­tem. Woź­nica szar­pie wodze. Konik obraca sanie w prze­ciwną stronę i tupie po dro­dze. Mar­szrutę zna na pamięć.

Stoję przy dro­dze i cze­kam na star­szynę. Dzi­siaj muszę zaje­chać na pierw­szą linię. Chcę popa­trzeć, jak tam peł­nią służbę nasi żoł­nie­rze.

-?No i pogoda paskudna! -?mówi star­szyna, gdy przy­sia­dam się do niego, wła­żąc pod bre­zent.

Fak­tycz­nie! Komu przyj­dzie do głowy taki pomysł, aby w taką pogodę i roz­topy wlec się po bło­cie roz­my­tych dróg. Na saniach pod par­cianką jest sucho i pach­nie sia­nem. Spod jej kra­wę­dzi widać, jak ciężki śnieg nie­sie się ku ziemi nie­prze­nik­nioną zasłoną.

-?No i co? Cze­goś gębę roz­dzia­wił? -?roz­lega się spod bre­zentu bas star­szyny, skie­ro­wany do woź­nicy. -?Idź i szu­kaj! Zje­cha­łeś z drogi!

W lesie stropy schro­nów i zie­mia­nek zrów­nały się z zie­mią. Zbu­do­wane z bier­wion cie­plaki, sto­jące na powierzchni, jakoś tak nagle zapa­dły się po same dachy. Dookoła w śniegu ani ście­żek, ani dróg. Na wszyst­kim zalega nowy śnieg i nie­prze­byte błoto. Gałę­zie świer­ków przy­gięły się i obwi­sły pod cię­ża­rem bieli. Śnieżny cię­żar zwa­lił się na nie i przy­du­sił do ziemi. Tu i ówdzie wiją się tylko bruzdy po saniach, a głę­bo­kie ślady koń­skich kopyt robią pętle wokół świer­ków. Co będzie dalej, jeśli śnieg nie prze­sta­nie padać? Kto ma chęć leźć po kolana w takiej brei?

Hansy i Fryce, posma­ko­waw­szy śnież­nego śluzu, rów­nież przy­ci­chli. Na pierw­szej linii trwała nie­zwy­kła cisza. Naszym Sło­wia­nom było dużo lżej -?swoj­ska pogódka! Ani wojny, ani strze­la­niny. Jakby czas pokoju. Wie­rzyć się nawet nie chce -?będzie tak kie­dyś? Nasi żoł­nie­rze mają teraz tylko jedno zmar­twie­nie -?żeby jak naj­szyb­ciej dostać rację chleba, cho­chlę zupiny i uciec, nie zamo­czyw­szy por­tek.

Nikt się nie uma­wiał. Strze­la­nina uci­chła i ustała sama z sie­bie. Żoł­nie­rze czym prę­dzej wybie­gną na wezwa­nie star­szyny. Zagrze­cho­czą menaż­kami i zręcz­nie poła­pią mokre bochenki chleba. Star­szyna chlap­nie im czer­pak pochlipki, a oni zado­wo­leni już śpie­szą z powro­tem do swo­ich nor. I sie­dzą gdzieś tam pod zie­mią, sku­leni nad menaż­kami, cedzą przez zęby bałandę i dra­pią się w tyłki. A z wierz­chu leci i sypie mokry śnieg. Cisza, aż w uszach dzwoni!

Rozej­rza­łem się wokoło. Patrzę na zbo­cze przed­niego skraju obrony, na dziury, do któ­rych żoł­nie­rze zdą­żyli zwin­nie zanur­ko­wać. Pod zale­ga­ją­cym śnie­giem nie widać ich nor. Wszę­dzie, gdzie nie spoj­rzeć, leży biały śnieg i wręcz nie chce się wie­rzyć, że pod zie­mią żyją i funk­cjo­nują żywi ludzie.

Dwa dni wcze­śniej trwała tu wojna, świ­stały kule, roz­ry­wały się poci­ski i ryczały gra­naty moź­dzie­rzowe. A teraz cisza! To nie wojna, a jakaś bzdura! Tak mówi star­szyna, kiedy wraca do cie­plaka z pierw­szej linii. Zasy­pało drogi. Ukró­ciło Niem­com pod­wóz zaopa­trze­nia. Oszczę­dzają poci­ski! A nasi nie mają czego wozić. U nas, nawet gdy drogi zimą tward­nieją pod nogami, wydają po dzie­sięć poci­sków na działo jako nie­na­ru­szalny zapas.

Żoł­nie­rze są teraz zado­wo­leni, że wokoło zro­biło się cicho. Zresztą, do kogo strze­lać? Wystar­czy spoj­rzeć! Dookoła wszystko białe i nic nie widać. Cza­sami sto­isz i zasta­na­wiasz się, z któ­rej strony są Niemcy, a z któ­rej sie­dzą nasi Sło­wia­nie. W która stronę strze­lać? Może tam sie­dzą nasi?

Leniwe zobo­jęt­nie­nie, gnu­śność i senna apa­tia z pierw­szej linii dotarły na tyły. I tam, w szta­bach i dru­gich esze­lo­nach, poja­wiła się sen­ność. Śnieg zatrzy­mał i uga­sił pło­mień wojny.

Nasi wsłu­chi­wali się, czy aby Niemcy nie zaczną postrze­li­wać. A Niemcy sie­dzieli i bali się, żeby w ten śnieg i sza­rugę nie zwa­lili się na nich Rosja­nie. Jedni i dru­dzy pra­gnęli tego samego -?ciszy i spo­koju.

Śnieg zała­twił sprawę. Dał począ­tek leni­stwu i sen­no­ści, bez per­spek­tyw na jakąś zmianę. W taką pogodę nie było szans, aby roz­ru­szać Sło­wian. Nawet dowódcy kom­pa­nii, przy­wy­kli do nęka­nia żoł­nie­rzy, zaczęli się odgry­zać przez tele­fon:

-?Wszyst­kie okopy zalało wodą! Ludzie są mokrzy po tyłki! Jakie znowu strze­la­nie? Czu­jek nie ma gdzie wysta­wić!

Teraz wszy­scy sie­dzieli i cze­kali, kiedy znikną zaspy i zej­dzie woda. Innych trosk na pierw­szej linii i na tyłach nie było. Każdy zabi­jał czas, jak mógł.

I oto stop­niowo, poma­lutku, z tej bez­czyn­no­ści i ospa­ło­ści w tyło­wych zie­mian­kach, zaczęto grać w karty. Od nie­win­nego "dur­nia", po grę na roz­ma­ite rze­czy i pie­nią­dze.

Nasz kom­bat Malecz­nik także nie wytrzy­mał. Już dawno swę­działy go ręce, aby zasiąść i nas ograć. I major, ufny w swe umie­jęt­no­ści i pełen wiary w suk­ces, poja­wił się któ­re­goś razu w szta­bo­wym cie­plaku i zapro­po­no­wał, by uciąć par­tyjkę na pie­nią­dze. Gra, pełna har­mi­dru, tar­za­nia się po pry­czach i trzy­ma­nia się za brzu­chy ze śmie­chu, prze­cią­gnęła się na całą noc. Czę­sto roz­le­gały się okrzyki "Ura!", jak­by­śmy co naj­mniej ruszali do ataku1. Do ranka major sta­ran­nie uskła­dał pokaźny plik dzie­się­cio­ru­bló­wek, po czym, zado­wo­lony ze zwy­cię­stwa, ruszył do swo­jego schronu aby się wyspać.

Następ­nego dnia z pustymi kie­sze­niami, mając jedy­nie resztki jakichś drob­nych, na pocie­sze­nie uda­li­śmy się do puł­ko­wego che­mika na małą par­tyjkę. Przez kilka dni nie spo­ty­ka­li­śmy się z Malecz­ki­nem przy kar­tach.

U che­mika pułku zebrała się wszawa kom­pa­nia gra­czy. Sie­dzieli, śli­nili karty, obsta­wiali tyle co nic, skrom­nie, bez ryzyka, a i to ze zmien­nym szczę­ściem. Trze­ciego dnia z gry były nici. Nie poszło i już! I nasza kom­pa­nia się roz­pa­dła.

Minęła noc i dzień, a my wał­ko­ni­li­śmy się na narach. Do cie­plaka zaj­rzał Malecz­kin i zapro­si­li­śmy go, aby przy­ciął w kar­cioszki.

-?Dobra, przyjdę póź­niej -?powie­dział i wyszedł na zewnątrz. -?Pójdę i powiem Jegorce, żeby wyczy­ścił konia -?usły­sza­łem jego głos za pro­giem.

Do naszego cie­plaka major zawsze przy­cho­dził wesoły. Także i tym razem, poka­zaw­szy się w przej­ściu i odsło­niw­szy mokrą zasłonę, uśmiech­nął się i puścił do nas oko. Od razu usa­do­wił się na pry­czy, spode łba obrzu­cił nas zde­cy­do­wa­nym spoj­rze­niem i zaczął z zado­wo­le­niem zacie­rać ręce.

-?Sia­daj­cie, sokoły! Dosia­daj­cie się, bra­cia ceka­emi­ści! Coś tak czuję, gwar­dzi­ści, że znowu poja­wiły się u was pie­niążki! Peł­zają na piersi jak robale pod koszu­liną! Nie dają spo­koju! -?i podra­pał się paznok­ciami pod koszulą. Ogra­li­ście che­mika pułku? Zaczę­li­ście sto­so­wać moją metodę? Pro­szę, pro­szę! Zoba­czymy, jak sobie przy­swo­ili­ście moje nauki!

Major zrzu­cał z nóg walonki, wycią­gał z kie­szeni talię kart i zara­żał nas swoim rado­snym duchem walki. Ani jedna karta nie wycho­dziła z talii bez jego weso­łego żar­ciku, aneg­dotki czy dow­cipu. Być może cała tak­tyka i stra­te­gia jego gry była zbu­do­wana wokół weso­łych powie­dzo­nek, co miało nas pod­pu­ścić i skło­nić do pój­ścia na ryzyko. I pod­da­wa­li­śmy się temu, ryzy­ko­wa­li­śmy, gra­li­śmy w ciemno i zgar­nia­li­śmy nad­wyżki.

Major tak od razu nas nie ogry­wał i grał z rezerwą -?dawał nam czas, byśmy się poba­wili i roz­we­se­lili. A nam było wesoło i czas szybko leciał. Kiedy ma się dwa­dzie­ścia lat to dzień wle­cze się długo, a zimowa noc to już jak cała wiecz­ność. Przy kar­tach czas mija szybko.

Major nie kom­bi­no­wał, grał pro­sto i uczci­wie. Przy akom­pa­nia­men­cie jego żar­ci­ków sami szu­ka­li­śmy guza.

-?No, dobra, gwar­dzi­ści! Wystar­czy na dzi­siaj! Już ranek! -?mówił, odchy­la­jąc się na prycz. -?Spać mi się chce! Zresztą na pewno nie macie już pie­nię­dzy? Wystar­czy! Bo cał­kiem stra­ci­cie ochotę do gry! Znowu pew­nie pole­ci­cie do puł­ko­wego che­mika, żeby go ogry­wać. Znam ja was!

U puł­ko­wego che­mika gra w karty się nie kle­iła. Po pro­stu -?ani rusz! Grało się jakoś ospale, obo­jęt­nie. Wszystko ma swój koniec. Gra w karty się nam prze­ja­dła.

Lecz che­mik pułku to świa­tła głowa! Wał­koń i próż­niak, za to potra­fił myśleć, jak mało kto. Widocz­nie nie tra­fił na pierw­szą linię wła­śnie dzięki swemu inte­lek­towi. Nie to, co my, któ­rzy leź­li­śmy pod kule jak barany. Che­mik rów­nież pod­czas walki przez cały czas wycie­rał kąty na tyłach ze swymi maskami prze­ciw­ga­zo­wymi. Nie miał wyso­kiej szarży. Był rap­tem w stop­niu star­szego tech­nika-porucz­nika, ale w kociołku goto­wał nie bied­niej gene­rała. Gdyby nie nik­czemna szarża i nie maski prze­ciw­ga­zowe, które pozo­sta­wały w jego gestii, to wła­śnie on, a nie jakiś tam Dobro­wol­ski objąłby 17 Dywi­zję Gwar­dii.

Dzwoni do nas kie­dyś i pro­po­nuje, żeby­śmy do niego zaszli. Zapra­sza usil­nie.

-?Jest pół manierki spi­ry­tusu z zaką­ską -?mówi.

Widocz­nie zaczął tęsk­nić i roz­bo­lało go serce. Wzdy­cha do naszej kom­pa­nii. Skoro prosi -?trzeba iść! Obie­cał, że na zaką­skę pod­smaży sło­niny. Skąd che­mik ma sło­ninę? Pod­wę­dził, nie ina­czej! Nie wymie­nił się aby z maga­zy­nie­rem na maski prze­ciw­ga­zowe? Zebrał w lesie porzu­cone maski i prze­han­dlo­wał za sło­ninę! Ha, ha! Bo skąd by ją wziął?

Naro­dek na fron­cie jest sprytny. Coś źle poło­żysz -?zaraz pod­cią­gną. Potem możesz nie szu­kać. Sło­nina to nie drwa -?nie ponie­wiera się na dro­dze w lesie. Pew­nie mu się spodo­ba­li­śmy i che­mik zatę­sk­nił za naszym towa­rzy­stwem. Bo kim my dla niego jeste­śmy? Po pro­stu kum­plami i przy­ja­ciółmi.

Powi­tał nas ser­decz­nie, z cie­płym uśmie­chem. Zgod­nie z obiet­nicą nalał, by paroma łycz­kami prze­myć gar­dło -?po pół kubka. Po dru­gim podał na stół skwier­czącą sło­ninę na patelni. Jakby chciał nam zapchać usta sma­żoną sło­niną, żeby­śmy ich nie otwie­rali i nie odbie­rali mu głosu w prze­rwach pomię­dzy dys­ku­sjami. Wszystko dla­tego, iż miał zamiar ura­czyć nas czymś w rodzaju refe­ratu.

-?Dzi­siaj opo­wiem wam o pew­nej pra­sta­rej grze -?zaczął.

Rzecz jasna nie wie­dzie­li­śmy, jaki będzie sens jego wypo­wie­dzi. Wzru­szy­li­śmy ramio­nami, zupeł­nie jakby nam zapro­po­no­wano, aby stawką w grze były wszy.

Nic nie poj­mo­wa­li­śmy, a on buchał entu­zja­zmem. Niczego się nie domy­śla­li­śmy, a on się uśmie­chał od ucha do ucha.

-?Teraz jest naj­lep­sza pora -?powie­dział -?aby opo­wie­dzieć o isto­cie tej ofi­cer­skiej gry. Ale pamię­taj­cie -?dodał przy­mil­nym tonem -?że to zaję­cie nie tyle zabawne, co namiętne i trzy­ma­jące w napię­ciu, to hazard. Jeste­śmy gwar­dzi­stami! Gra jest ide­alna dla nas! Naj­pierw opo­wiem nie o samej grze, a że tak to okre­ślę, o przed­mio­cie badań. Powin­ni­ście zwró­cić nań szcze­gólną uwagę, bowiem to ów przed­miot wła­śnie będzie­cie obsta­wiać swo­imi pie­niędzmi. Jeśli komuś moja opo­wieść nie przy­pad­nie do gustu i wyzwoli nie­przy­jemne emo­cje, a myślę, że wśród ludzi o sub­tel­nej natu­rze takowi się znajdą, ten zawsze może powie­dzieć z pogardą: "Ech, ty tam! Ale to wstrętne!". Radzę wam więc puścić mimo uszu lichą część mojej nar­ra­cji.

Che­mik zwi­nął dłoń w trąbkę, wsu­nął tam usta i wydał gło­śny dźwięk tak, że nie zro­zu­mie­li­śmy, skąd tak naprawdę się wyrwał. Zary­czał niczym stara zardze­wiała trąba. Następ­nie wytwor­nym i pre­ten­sjo­nal­nym ruchem wyjął chu­s­teczkę do nosa i otarł wargi. Inte­li­gentny czło­wiek zawsze powi­nien mieć w kie­szeni chustkę. Nie to, co my. Przy­ło­żył do warg chustkę do nosa, choć mógł to zro­bić po pro­stu papie­rem.

W zie­miance u che­mika było gorąco i duszno. A jesz­cze doszedł do nas zapach zepsu­tej kiszo­nej kapu­sty.

Zakasz­law­szy kil­ka­kroć, aby sku­pić naszą uwagę na sobie i żeby odcią­gnąć nasze myśli od żucia twar­dej skóry ze sło­niny oraz zapa­chu, który wisiał teraz pod sufi­tem, che­mik kon­ty­nu­ował swój wykład:

-?Z punktu widze­nia nauki i histo­rii wesz to nie­od­łączny towa­rzysz każ­dej wojny. Opo­wieść o wszach należy zaczy­nać od daw­nych cza­sów. Innymi słowy, trzeba ją roz­wi­nąć histo­rycz­nie. Wesz, jako żywą istotę stwo­rzoną przez Boga, należy poznać myślowo, czyli inte­lek­tem, a nie wydra­py­wać ją sobie spod sznurka w gaciach, jak to czy­nią nasi żoł­nie­rze. Powo­do­wani bra­kiem wie­dzy, roz­gnia­tają oni wesz na łopa­cie paznok­ciem. Po łaci­nie nazwa wszy brzmi pedi­cu­lus -?kon­ty­nu­ował che­mik.

-?To jakby dam­ska torebka2, którą damulki noszą pod pachą! - powie­dział ktoś, by wyka­zać się zna­jo­mo­ścią zagra­nicz­nego słow­nic­twa.

-?Tu torebka, a tu pedi­cu­lus! Jest róż­nica? Czu­jesz? -?popra­wił go che­mik. -?Pedi­cu­lus Pota­pienko! W języku leka­rzy ozna­cza to, że jesteś wszawy Pota­pienko.

-?Jasne! -?bąk­nął Pota­pienko. -?Nie wie­dzia­łem!

I zamy­śliw­szy się, podra­pał się w tył głowy.

Weźmy na przy­kład dane z tysiąc­leci! -?mówił dalej che­mik. -?Czło­wiek poja­wił się na ziemi sześć­set tysięcy lat temu. A wesz już ist­niała i cze­kała na niego. Trzy­dzie­ści tysięcy lat temu ludzie wyna­leźli kamienne topory, a wszy gry­zły im wło­chate karki. Dzie­sięć tysięcy lat przed naszą erą poja­wiły się szli­fo­wane krze­mienne topory. Jed­nakże na ich pole­ro­wa­nej powierzchni nauce nie udało się odkryć śla­dów roz­gnie­cio­nych wszy. Lecz oto cztery tysiące lat przed naszą erą w Egip­cie, któ­rym wów­czas wła­dali fara­ono­wie -?a to już naukowcy dokład­nie usta­lili - zna­la­zły się roze­tki i amu­lety z tru­pami zasu­szo­nych wszy. Tak, tak! W amu­le­tach odkryto zasu­szone trupy wszy fara­onów. Damy z wyż­szych sfer rów­nież zbie­rały na sobie robac­two. Kawał czasu! Cztery tysiące lat! Oto, kiedy ludz­kość po raz pierw­szy przy­znała, że dopie­kają jej i żrą ją wszy i pchły.

Che­mik umilkł i podra­pał się za uchem. Potem poskro­bał się po piersi i pod paskiem spodni i nad czymś się zamy­ślił.

-?Był sobie kie­dyś król, pchła po nim łaziła... -?zaśpie­wał aksa­mit­nym gło­sem.

Che­mik był mądrym czło­wie­kiem. Nalał nam jesz­cze. Takich nie­biań­skich teo­rii nie należy wykła­dać w jed­nym rzu­cie, jeśli słu­cha­czom z nad­miaru uwagi zaschło w gar­dłach. Konieczne jest, by audy­to­rium odsap­nęło, poczuło, prze­my­ślało i prze­tra­wiło usły­szane, wczu­wa­jąc się w istotę idei. I żeby poczo­chrało się po kar­kach.

Dzi­siaj nawet nie śmiesz pomy­śleć o czymś takim, ale wtedy na woj­nie wszy były rze­czą natu­ralną i powsze­dnią. Choć dzi­siaj nie mamy na sobie owych stwo­rzeń, to jed­nak od czasu do czasu zda­rzy się nam, że się dra­piemy.

Che­mik ma rację. Drogi wojny były usłane nie tylko naszymi tru­pami, ale na zachód szły po nich wraz z woj­skami także i wszy. Wszy były dumą naro­dową nie tylko Rosji, ale i Wiel­kich Nie­miec.

Zima to naj­su­row­szy i naj­bar­dziej wszawy okres w roku. Wszy poja­wiają się wraz z pierw­szym śnie­giem i zni­kają wraz z pierw­szym odde­chem wio­sny. O zawsze­niu armii nie­miec­kiej można snuć odrębną opo­wieść. Wzię­tych do nie­woli prze­słu­chi­wa­li­śmy na oko­licz­ność spraw woj­sko­wych i roz­ma­itych tajem­nic oraz grzecz­nie zada­wa­li­śmy im pyta­nia o wszy. Odpo­wia­dali dość szcze­gó­łowo i dra­pali się przy tym. Do Niem­ców wró­cimy potem. Przy­po­mniał mi się jed­nak pewien epi­zod, który chcę wam przy­to­czyć, zanim zapo­mnę.

Wszy to wszy! Sługi narodu! Sługi zimna, głodu, ludz­kich cier­pień i okrop­no­ści wojny. Pamię­tam pewną roz­mowę żoł­nie­rzy na pierw­szej linii. Sie­dzia­łem obok w oko­pie i wypa­try­wa­łem Niem­ców.

-?Bra­cisz­ko­wie, jakoś zupeł­nie nie ma na mnie wszy! Nie­dawno ucie­kły!

-?Ech, kiep­sko z tobą!

-?Niby dla­czego?

-?Kiedy tonie sta­tek, pierw­sze ucie­kają szczury! A szczury są jak wszy! No i ucie­kły od cie­bie!

-?No i co?

-?Jak to, co? Jutro cię utłuką!

-?Aku­rat!

-?Będziesz miał aku­rat! Wesz bez przy­czyny ni­gdy żywego nie porzuci! To, bra­ciszku, nie baba, która nie poleci do dru­giego, pókiś żyw!

-?To dla­czego ode mnie ucie­kły?

-?Powie­dzia­łem ci! Jesteś już nie­bosz­czy­kiem!

-?To co mam robić?

-?Żoł­nierz nie może ist­nieć bez wszy!

Gdyby nie wykład che­mika, nie wspo­mniał­bym tej roz­mowy. Lek­cja zawsze napro­wa­dzi coś na myśl i przy­po­mni o czymś, co prze­ży­łeś, o jakichś fak­tach. Pamię­tam, jak przed wojną na uczelni spraw­dzano nas na oko­licz­ność wsza­wicy. Na poran­nym apelu wszyst­kim usta­wio­nym w szyku star­szyna kazał wywra­cać koł­nie­rzyki na lewą stronę, po czym cho­dził i uważ­nie prze­glą­dał każdy szew.

My, ludzie radzieccy, przy­wy­kli­śmy do wszyst­kiego. Od małego przy­zwy­cza­ili­śmy się do brudu, zimna i głodu. Zaś na nie­miec­kich żoł­nie­rzy strach było patrzeć. Już pierw­szej zimy utra­cili wstyd i ludzką god­ność. Dra­pią się w cha­łu­pie przy damach (zna­czy się przy babach), roz­gnia­tają wszy przy jedze­niu.

Co tam dalej che­mik opo­wia­dał o wszach i o woj­nie -?nie sły­sza­łem, ponie­waż wpa­dłem w zadumę. Przy­po­mniał mi się wtedy jesz­cze jeden eks­tra­wa­gancki przy­pa­dek. Kiedy sie­dzi się na lek­cji, to zawsze myśli się o czymś innym. I wła­śnie dla­tego w pamięci odżyło mi owe nie­zwy­kłe zda­rze­nie.

Pamię­tam szpi­tal i pew­nego mło­dego porucz­nika. Leżał w gip­sie z prze­strze­lo­nym bio­drem. Nie wolno mu było się ruszać. A on mio­tał się i jęczał nie z bólu, a z powodu wszy, które się u niego zalę­gły i gry­zły go pod gip­sem. Odcho­dził od zmy­słów z powodu tego, iż nie można było roz­ciąć gipsu i wygnać stam­tąd wszy. Pro­sił i bła­gał leka­rzy, aby coś zro­bili i prze­rwali jego strasz­liwe męczar­nie.

Chło­paki, poru­sza­jący się na kulach, przy­no­sili mu z ulicy frag­menty prze­wo­dów i kawałki drutu. Wygi­nał je w pętlę, wsu­wał pod zagip­so­waną szynę i dra­pał się, prze­ga­nia­jąc wszy z zagrza­nego miej­sca. Usi­ło­wał je pod­wa­żyć i wycią­gnąć na zewnątrz, ale one wpeł­zały głę­biej i gry­zły jesz­cze moc­niej.

-?Włażą dalej! -?krzy­czał i patrzył nam w oczy.

Nie dawał nam spo­koju ani w dzień, ani w nocy. Leży porucz­nik -?młody chło­pak, kręci głową, patrzy otę­piały, jęczy, zgrzyta zębami, a leka­rze go uspo­ka­jają:

-?Pocierp, kocha­nieńki! Pocierp jesz­cze tro­szeczkę! Teraz nie wolno ruszać gipsu na nodze!

Któ­re­goś razu na obcho­dzie poja­wił się lekarz, taki żwawy sta­ru­szek. Pod bia­łym far­tu­chem nie było widać stop­nia. Porucz­nik poskar­żył mu się na swój los i straszną mękę. Dzia­dek obej­rzał gips, zru­gał sto­ją­cych za ple­cami leka­rzy i kazał wieść porucz­nika na salę ope­ra­cyjną.

Gdy­by­ście go zoba­czyli, kiedy wró­cił na salę ze szczę­śli­wym licem i rado­snym pro­mien­nym uśmie­chem! Uwol­nił się od swo­ich męczarni. Zapo­mniał o bólu i o swo­jej cięż­kiej ranie.

Prze­sądni twier­dzą, że wszy lęgną się ze zgry­zot i nie­szczęść. Przy­szło mi wiele prze­mie­lić w pamięci, zanim usta­li­łem, gdzie i kiedy po przy­by­ciu na front nasza kom­pa­nia po raz pierw­szy zła­pała wszy. Po zesta­wie­niu pew­nej liczby fak­tów dosze­dłem do wnio­sku, że kom­pa­nia zaczęła się dra­pać, kiedy weszli­śmy w skład 119 Dywi­zji Strzel­ców. W 297 Samo­dziel­nym Bata­lio­nie Broni Maszy­no­wej i Arty­le­rii Frontu Zachod­niego kar­mili nas do syta. Jak widać, wtedy nasi zaopa­trze­niowcy nie umieli jesz­cze kraść. W bata­lio­nie wszy­scy byli nowy, z Moskwy. W owym okre­sie nie mie­li­śmy wszy. Gdy tylko jed­nak tra­fi­li­śmy do jed­nego okopu z żoł­nie­rzami z dywi­zji sybe­ryj­skiej, to od razu siorb­nę­li­śmy cien­kiej bałandy i kom­pa­nia zaczęła się dra­pać.

Mówią, że wszy biorą się także z głodu. A co my tu mamy? Wojna! Okopy! Śmier­telny strach! Inten­denci zło­dzieje! Głód i wszy!

Nie chcę tu opo­wia­dać o czymś szcze­gól­nym. Nic nie ubar­wiam i nie upięk­szam. Opo­wia­dam o tym, co się wyda­rzyło, ponie­waż należy zało­żyć, że nasze życie nie potrwa wiecz­nie. Może się skoń­czyć w każ­dej chwili. Nie ma naj­mniej­szego sensu, abym ukry­wał cokol­wiek z prze­szło­ści i zabie­rał ze sobą do grobu tajem­nice życia pie­choty.

Mogę to uści­ślić. W oko­pie nie tylko zła­pa­li­śmy wszy, ale ich szcze­gólną i okrutną sybe­ryj­ską odmianę, odporną na mrozy. Tym samym wszy zado­mo­wiły się szybko na naszych moskiew­skich koł­nie­rzy­kach, roz­ple­niły się i roz­sza­lały niczym nasze ówcze­sne nowe puł­kowe naczal­stwo. Dra­pież­no­ścią i krwio­żer­czo­ścią wszy prze­cho­dziły same sie­bie. My ginę­li­śmy pod kulami i poci­skami, a one żarły nas za to, że nie szli­śmy zde­cy­do­wa­nie do przodu i drep­ta­li­śmy w miej­scu.

Zachod­nio­eu­ro­pej­skich i tym bar­dziej zamor­skich gatun­ków z owymi sybe­ryj­skimi wszami porów­nać się nie da.

Sybe­ryj­skie wszy są złe i dra­pieżne niczym sybe­ryj­skie mrozy, wście­kłe niczym psy z tajgi, dzi­kie jak rodo­wici Sybi­racy. Niczym przed wągli­kiem, nie uciek­niesz przed nimi ni­gdzie. Nie mogły się z nimi rów­nać żadne bawar­skie, pru­skie i wszel­kie inne nie­miec­kie i zagra­niczne gatunki.

Na przy­kład nie­miec­kie Laus­bube z czarną plamką i pasem­kami w prze­dzia­łek, które od dziecka nosili z dumą nie­mieccy żoł­nie­rze, od razu zgu­biły czy­stość rasy i krwi i zatra­ciły, że tak powiem, rodo­wód, ponie­waż już w pierw­szą zimę czter­dzie­stego pierw­szego skrzy­żo­wały się z leni­wym i kar­ło­wa­tym gatun­kiem twer­skim. Niemcy nie zacho­wali raso­wej czy­sto­ści swo­ich wszy. I wszystko dla­tego, że nie byli w sta­nie sie­dzieć i spać w śniegu. Trzeba im było nagrza­nych cha­łup. Wła­zili pod nabite pie­rzyny i na mięk­kie puchowe poduszki, pod koł­dry, uszyte w owych cza­sach z pstro­ka­tych kawał­ków i róż­no­ko­lo­ro­wych kli­nów. Czyli cze­goś w stylu naszego puł­ko­wego dowódz­twa.

Niemcy, rzecz jasna, mogą opo­no­wać, iż wszy zła­pali na woj­nie, a wcze­śniej ich nie mieli i że owej roz­ko­szy naba­wili się pod­czas zwy­cię­skich pocho­dów. Lecz my ze sta­rych ksiąg wiemy, że Laus­bube ist­niały od zawsze. Czy aby nie zamiesz­kały u nich od cza­sów Fry­de­ryka Wiel­kiego?

Niemcy prze­szli przez całą Europę. Nagra­bili się od serca, ile wle­zie. Tu i ówdzie wynie­śli ostat­nią wesz. A kiedy masze­ro­wali po prze­stwo­rach Rosji, owych żyją­tek mieli ze sobą w nad­mia­rze.

I teraz, kiedy nastą­piło zaci­sze, gdy cały front zawa­liło mokrym śnie­giem, dumali o pocho­dzie na Rosję i na pewno się dra­pali.

Nasi żoł­nie­rze sie­dzą teraz na pierw­szej linii i bez pamięci ganiają wszy. My, młodsi ofi­ce­ro­wie, wysłu­chu­jemy wykładu o teo­rii żyją­tek. Zaj­mu­jemy się łącze­niem idei i prak­tyki, czyli ludz­kim doświad­cze­niem. A nasi dowódcy, ci o wyż­szych stop­niach, otrzy­maw­szy czy­stą bie­li­znę, chłosz­czą się w baniach brzo­zo­wymi mio­teł­kami. Każ­demu swoje!

Che­mik pułku po lek­cji pro­po­nuje nam urzą­dze­nie semi­na­rium -?grę na pie­nią­dze za pomocą wła­snych wszy.

Chce­cie poznać szczerą prawdę o woj­nie? Bez żad­nych tam upięk­szeń i "ura!"? Mogę wam co nieco opo­wie­dzieć.

Wspo­mi­nam pogodną osobę puł­ko­wego che­mika. Czło­wiek był z niego tchórz­liwy, lecz powiem wam, że o szla­chet­nej duszy, choć prawdą jest, że przez cały czas sie­dział na tyłach i trząsł się o wła­sną skórę.

My zaś, mło­dzi, nie mie­li­śmy wtedy prze­szło­ści, a teraź­niej­szość była pozba­wiona nadziei i smutna. A świe­tla­nej przy­szło­ści nie było w ogóle.

Przed nami cze­kała krwawa droga, którą musie­li­śmy przejść i na któ­rej w każ­dej chwili cza­iła się śmierć. Gnano nas i popę­dzano. I chyba wła­śnie w tym tkwił wyż­szy zamysł całej tej wojny.

Począt­kowo było dla nas nie­po­jęte, dla­czego mamy znik­nąć z obli­cza ziemi. Lecz potem stop­niowo przy­zwy­cza­ili­śmy się do tej myśli i co nieco zaczę­li­śmy postrze­gać i rozu­mieć ina­czej. Szli­śmy i trzę­śli­śmy swo­imi wszami. Wszy były dla nas nagrodą -?czymś w rodzaju medalu czy orderu. I żeby zapo­mnieć o nie­spra­wie­dli­wo­ści, zaczę­li­śmy skro­bać się po kar­kach, roz­glą­da­jąc się na boki. Z cza­sem, w obli­czu cią­głego zagro­że­nia śmier­cią, prze­bu­dziła się w nas świa­do­mość poczu­cia god­no­ści i zdol­ność do posła­nia wszyst­kiego w dia­bły.

Teraz zaś, gdy nie było co robić, kiedy mokry śnieg zale­pił wszyst­kim oczy, sie­dzie­li­śmy u che­mika i zabi­ja­li­śmy czas.

Nie uczest­ni­czy­łem w grach hazar­do­wych. Na fron­cie zgu­bi­łem duchowe źró­dła hazardu. Krwawe lata wojny i roz­pacz­liwa tęsk­nota za nor­mal­nym życiem zdo­mi­no­wały mnie. Rozumny czło­wiek nie będzie zabi­jać czasu. Zresztą, co to za przy­jem­ność gnieść łapami wytarte karty z wypa­cy­ko­wa­nymi damul­kami i uty­tła­nymi kró­lami?

Pod­czas wojny byli­śmy odcięci od życia i zewnętrz­nego świata. Jedną nogą sta­li­śmy w gro­bie, a w drugą dra­pa­li­śmy się pod kola­nem przez wszy. Na co mógł liczyć kom­pa­nijny ofi­cer?

Była wśród nas jedna świe­tlana oso­bo­wość -?che­mik pułku. Gdzie on się teraz podziewa? Oto, kto miał szyb­kie i zwinne wszy. Po pułku cho­dziły wręcz słu­chy, że za dzie­sią­taka sprze­da­wał innym po parze swo­ich wszy do roz­mno­że­nia.

-?Masz, bierz! -?mawiał. -?Nie poża­łu­jesz!

I zna­cząco uno­sił palec wska­zu­jący.

-?Sadzaj ostroż­nie! Gdzie pchasz? Sadzaj pod pachę! Nie uszkodź jej nogi! Za parę dni możesz nimi grać!

Nie­któ­rzy obżarci inten­denci mieli leniwe wszy, brzu­chate, na krót­kich nóż­kach, z tłu­stymi obwi­słymi zadami. A u che­mika odwrot­nie -?szczu­płe, chude wręcz, z dłu­gimi i sil­nymi nogami niczym u dłu­go­dy­stan­so­wych bie­ga­czy.

Nama­casz taką leciutko pod pachą -?bierz deli­kat­nie, żeby nie zgnieść nóżki! Nie trzy­maj na zim­nym stole! Może się prze­zię­bić! Puść ją lepiej dla próby, żeby pobie­gała po cie­płej dłoni. Od razu wszystko można dowie­dzieć się o niej po tym, jak szybko bie­gnie i jak poru­sza nóż­kami na świe­tle. Nada się? Można na nią posta­wić pięć­dzie­sią­taka? Czy może lepiej zacze­kać? I wyjąć drugą? Nie zawsze prze­wi­dzisz, kiedy wygar­niesz odpo­wied­nią!

Sta­ty­styka gry jest nie­ubła­gana. Jeśli twój rywal jest łysy i posu­nięty w latach, jeśli zaokrą­glił mu się kał­dun i jeśli fizjo­no­mię goli mu puł­kowy fry­zjer Jośka Katz, to o jakiej przy­zwo­itej pręd­ko­ści i chy­żo­ści możemy tu mówić? Po ciele peł­zają mu ocię­żałe stwo­rze­nia. Oczy­wi­ście łapy go swę­dzą. Ma chętkę na wygra­nie cen­nego zdo­bycz­nego cacka. Obrączki albo papie­ro­śnicy. O zegarku na sie­dem­na­stu kamie­niach nawet nie wspo­mi­nam. Pod­czas gry nie może liczyć na suk­ces swych wol­no­bież­nych wszy. On rów­nież chce wal­czyć szyb­kimi i zwin­nymi wyżłami. No i płaci che­mi­kowi po czer­wońcu za każdą parę.

-?A teraz o samej grze! -?usły­sza­łem głos che­mika, odry­wa­jąc się od wła­snych prze­my­śleń.

-?Jeśli na pry­czy roz­ło­żymy czy­stą pałatkę i wygła­dzimy ją ręką, a tutaj z brzegu nary­su­jemy ołów­kiem pro­stą linię, to ta linia będzie dla wszy star­tem.

Che­mik wygła­dził dło­nią pałatkę i na samym krańcu nary­so­wał kre­skę.

-?A tam -?powie­dział -?na dru­gim końcu, ozna­czymy ołów­kiem linię mety. I wszystko gotowe do gry! Jeśli ktoś chce zagrać, pro­szę wrzu­cać do banku po dwa­dzie­ścia pięć rubli. Każdy wyciąga spod koszuli wesz i na moją komendę sta­wia ją na linii startu. Po komen­dzie "marsz!" wszy­scy wypusz­czają swoje wszy. Pod­no­szę zapa­loną łuskę do skraju pałatki i wszy uciekną przed ogniem w ciem­ność. Nie skręcą ani w lewo, ani w prawo. Będą gnać tylko przed sie­bie. Zostało to nie­jed­no­krot­nie udo­wod­nione i dokład­nie spraw­dzone. Czyja wesz szyb­ciej dobie­gnie do linii mety, ten zgar­nia z banku trzy­krot­ność stawki. Ale pamię­taj­cie! Z każ­dym nowym bie­giem rośnie ogólna suma w banku. Zaczy­naj­cie od małych sum, a potem może­cie obsta­wiać set­kami.

Byli­śmy zachwy­ceni! Pora­żeni! Jakaż logika! Jaka zna­jo­mość histo­rii! Takiego czło­wieka należy do końca wojny chro­nić i oszczę­dzać! Jakież on potem wszy i gnidy roz­mnoży!

Wszy, które nas do tej pory żarły i gry­zły, teraz nabrały dla nas wyjąt­kowo cen­nego zna­cze­nia i zyskały, że tak powiem, war­tość gry­walną i pie­niężną. Dobra wesz była teraz w cenie. Mogła wzbo­ga­cić każ­dego zawszo­nego ofi­cera. Tak, tak! Ozło­cić, jeśli woli­cie! A to dla­tego, że poza pie­niędzmi, zdo­bycz­nymi zegar­kami i roz­ma­itymi cac­kami i przed­mio­tami, do banku wrzu­cano złote pier­ścionki, bran­so­lety i łań­cuszki. Sta­wiano także nie­miec­kie papie­rosy, kolo­rowe latarki, scy­zo­ryki, brzy­twy "Solin­gen", pędzle z natu­ral­nego wło­sia, grze­bie­nie, paczki rosyj­skiej machorki, sło­ninę i kon­serwy. Tak więc, posia­da­jąc szybką i zwinną wesz, można było wypić i zaką­sić.

Każdy miał nadzieję, że to wła­śnie jego wesz jako pierw­sza dobie­gnie do linii mety i pół manierki spi­ry­tusu, posta­wione przez inten­denta, dosta­nie się jemu.

Nie liczy­li­śmy na to, że doży­jemy końca wojny. Świe­ci­dełka i złote pier­ścionki nie były nam do niczego potrzebne.

Bywało jed­nak i tak: wesz bie­gnie, bie­gnie, no i nagle weź­mie i sta­nie. Zatrzyma się na środku drogi i stoi. Wła­ści­ciel wycho­dzi z sie­bie. Potrząsa kuła­kami. Klnie na czym świat stoi. A ona, ścierwo jedne, zamiera w pół drogi i odpo­czywa. Ten z wście­kło­ści roz­gniata ją paznok­ciem. Wesz głu­cho chrup­nie i pęk­nie, a na pałatce zostaje plama z czar­nej roz­ma­za­nej krwi.

Świet­nie się bawi­li­śmy. Oto jed­nak któ­re­goś razu do dywi­zji przy­wieźli czy­stą bie­li­znę. Żoł­nie­rzom i kom­pa­nij­nym ofi­ce­rom roz­grzano banie. Przy­wieźli i usta­wili odwszal­nie. To coś na kształt skrzyni na san­kach z bali, równe roz­mia­rem wzro­stowi czło­wieka. Ładuje się tam żoł­nier­skie mun­dury i gotuje w wyso­kiej tem­pe­ra­tu­rze. Pod skrzy­niami są w tym celu zro­bione spe­cjalne pale­ni­ska. Po bani wszyst­kich żoł­nie­rzom i nam urzą­dzono dezyn­sek­cję. Tam, gdzie rosły u nas włosy, dłu­gim pomio­tłem wyma­zano nas cuch­nącą mazią z wia­dra. Potruli wszyst­kie wszy. Che­mik pułku wzdy­chał:

-?Jaka szkoda! Zepsuli taką zabawę!

Przez jakiś czas fak­tycz­nie nie mie­li­śmy wszy.

Rozdział 20 -?Przegrupowanie (luty 1943 roku)

Roz­dział 20 -?Prze­gru­po­wa­nie (luty 1943 roku)

Życie w lesie, gdzie stały puł­kowe sztaby i tabory, szło swoim ryt­mem. Krzą­ta­nina zaczy­nała się z rana, kiedy budziło się dowódz­two. Przez długą zimową noc ogłu­piałe od sadzy, spa­le­ni­zny, gorąca i zadu­chu, puł­kowe naczal­stwo wyła­ziło na zewnątrz z cie­pla­ków, aby zaczerp­nąć świe­żego powie­trza, strzą­snąć odrę­twie­nie i sen­ność, opłu­kać się zimną wodą. Nowy dzień zaczy­nał się od zie­wa­nia, prze­cią­ga­nia i dra­pa­nia się. W lesie sły­chać było głę­bo­kie wes­tchnie­nia, char­czący kaszel, wymy­śla­nia i chra­pliwe głosy. Jeden dra­pał się za uchem, patrzył w górę przez czubki drzew na szare prze­bły­ski nieba, bez­dź­więcz­nie poru­szał war­gami i usi­ło­wał dociec:

-?Jaka dziś będzie pogoda? Niemcy będą bom­bar­do­wać?

Drugi prze­cią­gał dło­nią po nie­ogo­lo­nym pod­bródku, krzy­wił kąciki ust, marsz­czył czer­wony nos i w zadu­mie ogła­szał:

-?Będą!

Z żoł­nier­skiego cie­plaka wypa­dał na zewnątrz zaspany i na wpół senny żoł­nierz, dra­pał się pod koszulą, za pazu­chą, gania­jąc dokucz­liwe wszy, po czym komu­ni­ko­wał zachryp­nię­tym gło­sem:

-?Dzi­siaj Fryce nie będą latać! Koło obiadu powi­nien syp­nąć śnieg! O, jak niebo zacią­gnęło! Będzie­cie się myć, towa­rzy­szu kapi­ta­nie gwar­dii?

Kapi­tan wycią­gał ręce. Żoł­nierz czer­pał menażką lodo­watą wodę z beczki, lał i mówił przy tym:

-?Niech się myją! Dra­pać im się nie chce!

Pole­wał sze­fo­stwu ręce, nie żału­jąc wody. Puł­kowi chla­pali i pry­chali, stę­kali jak baby i spo­zie­rali na żoł­nie­rza. Dopiero teraz docie­rał do nich zamysł jego słów. Z czego ten uprzej­miak jest nie­za­do­wo­lony? Zaczął krę­cić nosem. I jakoś tak chlu­sta gdzie popad­nie. Nie zaba­wia się aby?

Ale żoł­nierz ani myślał żar­to­wać. Tak mu się tylko wyrwało, jako że był na wpół śpiący. Czer­pał i pole­wał, sta­ra­jąc się wszyst­kim dogo­dzić. Czło­wiek nie będzie żar­to­wać z wła­snego życia. Któż ma ochotę, by iść na śmierć? A stąd szyb­ciutko odpra­wią na pierw­szą linię. A tam to już nie kino. Żoł­nie­rzy wysyła się tam, aby umie­rali.

Starsi stop­niem ofi­ce­ro­wie mieli swo­ich oso­bi­stych, jak to można okre­ślić, ordy­nan­sów. Już od progu dźwięcz­nie dawali głos. Ordy­nansi, usły­szaw­szy mowę, pod­ska­ki­wali i bie­gli na dźwięk słów "samego". Spró­buj tylko nie zdą­żyć, potknąć się, popeł­nić błąd -?pod wie­czór zwi­niesz manatki i podrep­czesz na pierw­szą linię. Tu na tyłach pułku trzeba pil­nie nad­sta­wiać ucha, tu są potrzebni obrotni i roz­tropni ludzie. Popa­trzysz na takiego wojaka z pierw­szej linii, a on dla puł­ko­wych ofi­ce­rów ma zero uwagi. Nie odwróci głowy, gdy zawoła go wła­sny ofi­cer.

Puł­kowe naczal­stwo roz­pro­stuje zasty­głe mię­śnie, odświeży się zimną woda, podje, popije z rana dla wła­snej ucie­chy, rozej­dzie się po zie­mian­kach i cie­pla­kach i ucich­nie na cały dzień. W lesie zapa­nuje cisza i spo­kój. Sły­chać tylko pobrzę­ki­wa­nie sta­lo­wych wędzi­deł przy uzdach u puł­ko­wych koni, żują­cych siano i dobiega odgłos ude­rzeń topo­rów -?to puł­kowe żoł­nie­rzyki wzięły się za piło­wa­nie i rąba­nie drew.

Minie nieco czasu i obra­zek w lesie ule­gnie zmia­nie. Dla żoł­nie­rzy rów­nież nastąpi długo wycze­ki­wana chwila. Kucharz zdej­mie pokrywkę z kuchen­nego kotła, postuka cho­chlą po jej bokach, zamie­sza żoł­nier­ską lurę i ockną się szare szy­nelki. Tuż obok, na okrą­głym pieńku, jak na sza­fo­cie, rąbią nie głowy, a zamar­z­nięte bochenki chleba -?i lecą wokół lodo­wate odpry­ski.

Żoł­nie­rze, rzu­ciw­szy robotę, bie­gną, łomo­cząc menaż­kami śpie­szą się do kotła. Przy saga­nie zebrał się tłum, wszy­scy lezą do przodu, popy­chają się nawza­jem -?żad­nego porządku! Po zmro­żo­nym chle­bie i gorą­cej pochlipce można przy­siąść i zapa­lić. Tak mija dzień za dniem u puł­ko­wych, szta­bo­wych, tyło­wych i tabo­ro­wych żoł­nie­rzy i ofi­ce­rów.

Kom­pa­nijny sier­żanci wra­cają nad ranem pole­gu­jąc w saniach. Nie cho­dzą przy samych saniach, nie pocią­gają za lejce, jak to robią puł­kowi tabo­ryci. W lesie, na oczach dowódz­twa tyłowi wozacy bali się jeź­dzić w saniach, więc kro­czyli obok, popę­dza­jąc konie. Trzeba prze­strze­gać usta­lo­nych porząd­ków. Lecz wystar­czy, że tylko wyjadą na leśną drogę, już roz­sia­dają się na pod­wo­dach. Dbają o ety­kietę!

Życie puł­ko­wego tyłow­nika toczy się wła­snym ryt­mem. Nie przy­po­mina życia żoł­nie­rza z pierw­szej linii. Jedni i dru­dzy ina­czej wyglą­dają i ina­czej cho­dzą. Mają różne spoj­rze­nia i inny wyraz twa­rzy. Jeden żyje na ziemi ze śmier­cią za pan brat, drugi gnie kark, sta­ra­jąc się dogo­dzić, aby nie wyle­cieć z hukiem do okopu. U jed­nego życie jest jak dzień, u dru­giego niczym minuta.

Pogoda w lutym jest kapry­śna, zmie­nia się każ­dego dnia. Raz chłodno i mroź­nie, śnieg skrzypi pod nogami, wyje wiatr, a jutro nagle zrobi się cie­plej, zadzwo­nią kro­ple top­nie­ją­cego śniegu. I wszyst­kimi kolo­rami tęczy zapło­nie w nich zimowe słońce.

Gdy przyj­rzeć się życiu w lesie, odnosi się wra­że­nie, że wszystko niby idzie wła­snym try­bem. Ale przyj­rzysz się jesz­cze raz i rzuca ci się w oczy jakiś skryty ruch. Nie ma jaw­nych oznak, nie widać nie­po­koju, ale zauwa­żasz coś nie­zwy­kłego w życiu pułku.

Na pierw­szą linię prze­stali przy­wo­zić amu­ni­cję. Kom­pa­nie otrzy­mały roz­kaz pogłę­bie­nia oko­pów i dopro­wa­dze­nia ich do porządku. Żoł­nie­rze leni­wie i z nie­chę­cią dłu­bali w ziemi łopa­tami.

Któ­re­goś razu z lasu odje­chał nie­wielki tabor wyła­do­wany dobyt­kiem. Kolej­nym kazano napra­wiać uprząż i zbie­rać sprzęt. Ni­gdy się tak jesz­cze nie zda­rzało, aby przy prze­wle­kłej obro­nie zaczy­nali prze­trzą­sać wszel­kie graty i rupie­cie. Prze­gru­po­wa­nie dywi­zji trzy­mano w ści­słej tajem­nicy. Na wszelki wypa­dek! Szta­bow­com nic nie mówiono. Jed­nakże pomału zaczę­li­śmy dostrze­gać, że tyły puł­ków szy­kują się do odjazdu.

Dywi­zyjny wete­ry­narz, nasz główny kono­wał, obwie­szony odzna­cze­niami i orde­rami, dostał ochrzan za to, że puł­kowe konie nie zostały prze­kute. Che­mik pułku o mały włos nie pole­ciał ze stołka, ponie­waż nie zebrał roz­rzu­co­nych po lesie masek prze­ciw­ga­zo­wych. Ranni, przy­cho­dzący z pierw­szej linii, rzu­cali je byle gdzie -?a to pod świerk, a to wie­szali na gałęzi albo po pro­stu ciskali byle dalej w śnieg. I tak oto zaczęli spraw­dzać jedne służby za dru­gimi, sta­wia­jąc je do pionu. Nie ruszali tylko ludzi z pierw­szej linii.

A gdy majora Malecz­kina zapy­tano o liczbę ludzi3 i wypo­sa­że­nia tech­nicz­nego, stało się jasne, że dywi­zja szy­kuje się do prze­mar­szu.

Nie­miec­kie lot­nic­two nie latało. A dni były jasne i sło­neczne. Niemcy mogliby zauwa­żyć, jak po tyło­wych dro­gach pocią­gnęły tabory, jak na pierw­szej linii zakrząt­nęli się żoł­nie­rze. Niemcy jed­nak nie przy­pusz­czali, że w takie roz­topy przej­dziemy do natar­cia.

I oto któ­re­goś razu w miej­sce, gdzie roz­lo­ko­wane były nasze tyły, przy­szli żoł­nie­rze jakiejś innej dywi­zji. Nasi tabo­ryci nagle zerwali się z miej­sca, zaczęli bie­gać i odje­chali gdzieś za las.

Następ­nego dnia na pierw­szej linii prze­pro­wa­dzono luzo­wa­nie. Zosta­wiw­szy po sobie sterty śmieci, porwa­nych szmat i odpad­ków, dywi­zja wyszła z lasu i zaczęła obcho­dzić bokiem linię frontu. Dokąd szli­śmy, nie mie­li­śmy poję­cia.

Posu­wa­jąc się nocami, w ciągu dnia za każ­dym razem zatrzy­my­wa­li­śmy się na postój. Pod­czas całego naszego mar­szu nocne niebo roz­świe­tlały roz­bły­ski ognia arty­le­rii. Gdzieś w oddali sły­chać było huk i ude­rze­nia cięż­kich poci­sków. A to nara­stały, przy­bli­żały się, to znowu odda­lały się.

Ostat­nia noc była jasna i mroźna. Powoli i ze zmę­cze­niem posu­wa­li­śmy się po leśnej dro­dze. Na prawo od nas poja­wiła się jesz­cze jedna droga. Po niej rów­no­le­głym mar­szem peł­zły puł­kowe tabory i zaprzęgi arty­le­ryj­skie. Rów­nież tam­tędy szła puł­kowa brać roz­ma­itej maści. Kom­pa­nie strze­lec­kie i kom­pa­nie kara­bi­nów maszy­no­wych masze­ro­wały oddziel­nie z boku.

Skraj lasu, po któ­rym wędro­wa­li­śmy, skoń­czył się i droga skrę­ciła w krzaki. Minąw­szy je, nie­ocze­ki­wa­nie zna­leź­li­śmy się na skrzy­żo­wa­niu dróg.

Dostrze­głem, iż na pobo­czu drogi stoi nie­duża grupa ludzi. Nie­opo­dal - wyście­łane sanie, a nieco dalej ruiny wsi. Te same wyście­lane sanie, które prze­mknęły, wyprze­dza­jąc tabory.

Pode­szli­śmy bli­żej i ujrze­li­śmy dwóch dowód­ców w oto­cze­niu ochrony. Roz­ma­wiali o czymś, wska­zu­jąc w naszą stronę.

Malecz­kin jechał za nami konno. Zauwa­żyw­szy dowódz­two, od razu się oży­wił i kłu­sem pod­je­chał do przodu. Major zwin­nie zesko­czył na zie­mię, popra­wił pas, uniósł się na czub­kach butów, zasa­lu­to­wał i stuk­nął dźwięcz­nie ostro­gami. W biegu zdą­żył ścią­gnąć ręka­wiczki, musnął pal­cami skroń i zro­bił krok w bok. A ja, jak sze­dłem, tak i sze­dłem. Pomy­śla­łem, że może to jego zna­jomy. Pode­szli­śmy bli­żej i zatrzy­ma­li­śmy się. Dopiero teraz zro­zu­mia­łem, że przed nami stoi wyż­sze dowódz­two. Po raz pierw­szy zoba­czy­łem naszego nowego dowódcę dywi­zji, puł­kow­nika Kwasz­nina. Zmiana na sta­no­wi­sku dowódcy dywi­zji nastą­piła w grud­niu czter­dzie­stego dru­giego. I oto po dwóch mie­sią­cach ujrze­li­śmy go na wła­sne oczy. Stał w oto­cze­niu swo­jej oso­bi­stej ochrony. Dosły­sza­łem jego głu­chy głos.

-?Ty znowu palisz? -?zapy­tał, zwró­ciw­szy się do żoł­nie­rza ochrony. - Dopiero co rzu­ci­łeś i znowu dymisz! Popatrz no na sie­bie, cały żeś zie­lony, a papie­ros znowu w gębie!

Zer­k­ną­łem na żoł­nie­rza w nowym pół­ko­żuszku, który stał, palił i z jakie­goś powodu się uśmie­chał. Nam, ofi­ce­rom bata­lionu, do pale­nia wyda­wano machorkę. A ten stał i pykał papie­ro­ska.

Spoj­rza­łem na majora Malecz­kina, który stał bez ruchu. Cze­kał, co powie mu puł­kow­nik. Obok Kwasz­nina stał młody kapi­tan. Jak mówiono w pułku, był to Kawie­rin, ulu­bie­niec, któ­rego Kwasz­nin przy­wiózł ze sobą do dywi­zji. Poszły nawet słu­chy, że był to jego nie­ślubny syn.

Kapi­tan uniósł brew i popa­trzył na żoł­nie­rzy kom­pa­nii kara­bi­nów maszy­no­wych. Nie spodo­bało mu się coś w wyglą­dzie zewnętrz­nym naszych woja­ków. Odwró­cił się w stronę Malecz­kina, wydął dolną wargę i lek­ce­wa­żąco, a wręcz z pogardą, wła­ściwą dla mło­dych, wygło­sił:

-?Co to za gwar­dzi­ści? Ani jed­nej choć tro­chę god­nej jed­nostki! Ani postawy, ani woj­sko­wego wyglądu. Roz­la­złe u cie­bie woj­sko, majo­rze!

Sto­jąc obok, mimo­wol­nie wypro­sto­wa­łem plecy i wyda­łem naszym żoł­nie­rzom komendę "bacz­ność". Obu­dziła się moja postawa defi­la­dowa, którą zaszcze­piono mi musz­trą w szkole ofi­cer­skiej. Żoł­nie­rze kom­pa­nii broni maszy­no­wej zako­ły­sali się ciężko i zamarli w miej­scu.

Chcia­łem pomóc majo­rowi w wyplą­ta­niu się z nie­zręcz­nej sytu­acji. Dla mnie jasne było jedno -?że zewnętrzny wygląd naszych żoł­nie­rzy o niczym nie sta­nowi i nie ma żad­nego zna­cze­nia. To fron­towi żoł­nie­rze, spraw­dzeni przez czas i ogień. Na nich trzyma się front, jeśli chce­cie. Lecz nie­za­do­wo­le­nie kapi­tana mogło odbić się na służ­bo­wej pozy­cji naszego majora.

A ja? Porucz­nik! W dywi­zji z twa­rzy mało kto mnie zna. Inna sprawa major Malecz­kin! Moja rola to orka na pierw­szej linii. Prze­sia­dy­wa­nie z żoł­nie­rzami w oko­pach. Na moje miej­sce ama­tora nie znaj­dziesz. Kapi­tan nie może zepsuć mi kariery. Ale kom­ba­towi Malecz­kinowi może już poważ­nie zaszko­dzić.

Wypad­nie z sze­regu jeden z dowód­ców puł­ków, a Malecz­kin to pierw­sza osoba, aby prze­jąć pułk w miej­sce nie­obec­nego. Kapi­tan Kawie­rin był odde­le­go­wany do sztabu dywi­zji, ale przez cały czas był przy Kwasz­ni­nie i ukry­wał fakt, że sam mie­rzy w pułk. Młody, no i z tych pierw­szych! Kwasz­nin i on sam liczyli przy tym, że jest wyjąt­kowo uzdol­niony i bły­sko­tliwy. Oto, dla­czego posta­no­wił przy pierw­szym spo­tka­niu usa­dzić naszego majora i usta­wić go na miej­scu. Niech no się tylko Malecz­kin potknie na jakimś głup­stwie, wtedy żadną prawdą nie udo­wod­nisz, żeś nie wiel­błąd. Wystar­czy, że jeden czy drugi szep­nie coś o majo­rze i masz jak w banku, że droga do obję­cia pułku jest zamknięta. Jeśli odwróci się od niego szta­bowa brać, jeśli straci przy­ja­ciół i ludzi życz­li­wych, można przy­jąć, że w tej dywi­zji już po majo­rze poza­mia­tane. Szepną, komu trzeba, że jest nie­pewny i chwiejny moral­nie i zosta­nie z pięt­nem nie­udacz­nika.

Kwasz­nin naj­wy­raź­niej zauwa­żył, że kapi­tan gada nie tak, jak należy. Dostrzegł, że Kawie­rin pró­buje pod­ko­pać majora. Rzu­cił na niego szybko okiem i Kawie­rin, nie­za­do­wo­lony z tego spoj­rze­nia, zro­bił głu­pią minę i nadął wargi.

Zewnętrz­nie ceka­emi­ści zawsze róż­nili się od strzel­ców. To byli rośli, silni i wytrzy­mali żoł­nie­rze. Byli wśród nich i chu­der­lacy, ale w więk­szo­ści to były silne chłopy. Tak więc kapi­tan na próżno ucze­pił się Malecz­kina. To wszystko było dęte. Zapewne ni­gdy wcze­śniej nie widział praw­dzi­wych woja­ków "z przodka".

Kwasz­nin obrzu­cił wzro­kiem sto­ją­cych na dro­dze żoł­nie­rzy -?w prze­cho­dzo­nych szy­ne­lach, brud­nych, nie­ogo­lo­nych i ponu­rych. Zakasz­lał, dając znać kapi­ta­nowi, aby ten nie pchał się ze swymi uwa­gami tam, gdzie nie trzeba -?tak sądzi­łem. W tym kon­kret­nym przy­padku to nie wygląd zewnętrzny inte­re­so­wał dowódcę dywi­zji. Nie w nogę i nie na paradę szli nasi żoł­nie­rze. Z przodu cze­kała na nich śmierć i dowódca dywi­zji chciał poznać duch żoł­nie­rzy.

Sta­łem i na tle bia­łych krza­ków i sza­rego pobły­sku­ją­cego nieba widzia­łem przed sobą puł­kow­nika, kapi­tana, ochronę w nowych pół­ko­żusz­kach, wyście­łane saneczki i nakra­pia­nego ogiera. Patrzy­łem na nich i myśla­łem: "Co oni wie­dzą o żoł­nier­zach, o nas, o woj­nie".

Przed nimi na wie­trze koły­sały się szare wytarte szy­nele, które nie mają tak zadba­nego wyglądu, jak u żoł­nie­rzy ochrony, sto­ją­cych za ple­cami puł­kow­nika Kwasz­nina. Oni nie od razu pojęli, że stoją przed nimi praw­dziwi wojacy z pierw­szej linii, któ­rzy utrzy­mują front na wła­snym grzbie­cie, któ­rzy pro­wa­dzą wojnę. W ich poję­ciu żoł­nierz -?to jeden z ochro­nia­rzy o wiel­kiej mor­dzie i w nowym pół­ko­żuszku. Przy­glą­dali się nam. A my upar­cie, spod oka, patrzy­li­śmy na nich. I cze­ka­li­śmy na roz­kaz, aby czym prę­dzej stąd odejść.

Kwasz­nin chciał popa­trzeć na tych, któ­rzy prze­sią­kli spa­le­ni­zną tro­tylu, na tych, któ­rzy naba­wiali się kalec­twa i umie­rali na pierw­szej linii. Tych, któ­rzy swoją krwią zdo­by­wali sławę dla niego i całej jego szta­bo­wej i tyło­wej ferajny. Tyłow­nicy i wozacy także byli gwar­dzi­stami. Istotne było rów­nież to, że ci ludzie ni­gdy o nic nie pro­sili. Nie mieli odzna­czeń i nie narze­kali na swój los. Teraz też ruszą w mil­cze­niu, zako­ły­szą się do przodu, odejdą w szarą nocną mgłę i on, Kwasz­nin, ni­gdy wię­cej ich nie zoba­czy. Patrzył na nich, żyją­cych, a w myślach widział ich w brat­niej mogile. Ale nawet tutaj się mylił. Zabici żoł­nie­rze zwy­kle ponie­wie­rają się na śniegu. Dywi­zja pój­dzie, a trupy zostaną, leżąc na powierzchni ziemi. Im wię­cej ich zgi­nie, tym bar­dziej zna­czące będą jego zasługi. Czy udało mu się i zmu­sił ich, aby bez stra­chu poszli na śmierć? Zapewne myślał rów­nież i o tym, dla­czego dobro­wol­nie i potul­nie idą umie­rać za wspólną sprawę. Bo jeśli głę­biej się nad tym zasta­no­wić, to żoł­nie­rze wojo­wali za naród. A przy życiu zostaną oni - tyłow­nicy. Przy­fron­towi "fron­towcy" i "wete­rani". I potem chwałę wspól­nej sprawy chęt­nie przy­pi­szą samym sobie.

Nie­czę­sto dane mu jest widzieć fron­to­wych żoł­nie­rzy gwar­dzi­stów. Takie spo­tka­nia zda­rzają się rzadko. Codzien­nie przed jego oczami prze­my­kają szta­bowcy, tyłow­nicy i słu­żal­czy ordy­nansi. Zoba­czyć pierw­szo­li­niową kom­pa­nię -?to wyjąt­kowa sprawa. Cze­kaj, aż ci się poszczę­ści, by tak po pro­stu na dro­dze na tyłach spo­tkać i popa­trzeć na żoł­nie­rzy z pierw­szej linii. Oto on, rosyj­ski żoł­nierz, stoi przed tobą, zmę­czony, głodny i ponury. Stoi, mil­czy i czeka, kiedy poślą mu wią­zankę prze­kleństw. Teraz puł­kow­nik zoba­czył, co przed­sta­wia sobą ów rosyj­ski żoł­nierz, prze­siąk­nięty pro­chem, pocięty gorą­cymi odłam­kami, prze­szyty oło­wia­nymi kulami. Czym on żyje? Co ma w gło­wie? Za co się bije?

Na woj­nie wszystko jest pro­ste. Dostał puł­kow­nik roz­kaz z góry, prze­ka­zał go do pułku, a tam przez bata­lion roze­słali go po kom­pa­niach. Dowódca kom­pa­nii krzyk­nie swoim żoł­nie­rzy­kom:

-?Kurwa wasza mać! Dawać, Sło­wia­nie, naprzód! Ojczy­zna o was nie zapo­mni!

I pójdą gonić Niemca, przy­gar­biw­szy się i zgiąw­szy pod kulami i wybu­chami poci­sków. Popa­trzysz na nich -?marne to, powłó­czące nogami, w sza­rych szy­ne­lach, a idą i śmierci się nie boją. Po oczach widać, że żreć się chce łaj­da­kom, to i napie­rają do przodu -?może zdo­bycz się trafi.

A obok, sze­roko roz­sta­wiw­szy nogi, stoją za ple­cami puł­kow­nika syte pod­cha­limy. Mają nie tylko okrą­głe pyski, ale i bez­czelny, pewny sie­bie wygląd. Kla­merki na pasach wyczysz­czone, w zębach papie­ro­ski, wygląd gwar­dyj­ski, jak trzeba, medale na pier­siach, wszy­scy przez kontr­wy­wiad prze­świe­tleni na "zawsze­nie". A wsadź go teraz do okopu na pierw­szej linii, to okaże się pierw­szym tchó­rzem. To nie tajem­nica, że są odważni, dopóki pasą się na tyłach, za ple­cami dowódz­twa.

Tak! Pod Bie­łym wielu takich się wyka­zało, porzu­ciw­szy broń i doku­menty. A prze­cież byli spraw­dzeni, wybrani... Zda­rzały się przy­padki, że takich pod­cha­li­mów wysy­łali żoł­nie­rzom na pierw­szą linię, kiedy coś zawi­nili, komuś nie dogo­dzili albo wpa­dli na kra­dzieży gdzieś na tyłach. Ścią­gali z takiego, kocha­niut­kiego, nowy pół­ko­żu­szek, futrzaną czapę i ręka­wiczki z bibre­tów. "Boha­te­rowi" wyda­wano wytartą szy­ne­linę z zabi­tego, dawano kara­bin i dwa maga­zynki nabo­jów. I truch­taj, bra­ciszku, do strzel­ców na pierw­szą linię, idź do żoł­nie­rzy­ków do okopu chli­pać prze­zro­czy­stą bałandę i kar­mić wszy. Truch­taj! Truch­taj, kocha­nieńki. Pozdrów wszyst­kich od nas! Takiemu iść do kom­pa­nii strze­lec­kiej, to jak żywemu głowę w pętlę wsu­nąć. Doszedł taki do tran­szei, a nocą szu­kaj wia­tru w polu, wypa­ro­wał. Albo go utłu­kło tak, że mokrej plamy nie zostało, albo ślady w stronę Niemca pro­wa­dzą. Oto macie spraw­dzo­nego, macie odda­nego wspól­nej spra­wie.

* * *

Na wie­trze stoją dwie kom­pa­nie kara­bi­nów maszy­no­wych. Wydać im tylko roz­kaz, a zako­ły­szą się i ruszą do przodu.

Nie wie­dzie­li­śmy dokład­nie, dokąd idziemy. Za każ­dym razem poda­wano nam mar­szrutę na jeden nocny prze­marsz. Oba­wiano się, że tajem­nica rejonu ześrod­ko­wa­nia może się wydać. Przed świ­tem pod­cho­dzi­li­śmy do miej­sca postoju, roz­kła­da­li­śmy się w lesie, otrzy­my­wa­li­śmy jedze­nie i nasz fel­czer za każ­dym razem żar­to­wał:

-?Prze­myli kiszki? Znowu przy kuchni kolejka do lewa­tywy!

Szli­śmy tak przez parę dni, ale nie odcho­dzi­li­śmy daleko od linii frontu. W końcu stało się dla nas jasne, że obcho­dzimy bokiem mia­sto Bie­łyj.

Wkrótce nie­opo­dal drogi ujrze­li­śmy okopy, nasypy i kop­czyki zie­mia­nek. Pod­szedł­szy do lasu, poczu­li­śmy zapach żoł­nier­skich sie­dzib, spa­le­ni­zny i koń­skiego nawozu. Nocny wiatr doniósł do nas woń miejsc pobytu ludzi i bli­sko­ści frontu. Pod niskimi roz­ło­ży­stymi sosnami widać było zie­mianki, okopy i jakieś zada­sze­nia, na pierw­szy rzut oka dziw­nie wyglą­da­jące. Na palach wko­pa­nych w zie­mię były zbu­do­wane okapy chro­niące przed poci­skami, grube na dwie-trzy war­stwy bali. Dla nas była to nowość. Wcze­śniej ni­gdzie nie widzie­li­śmy takich kon­struk­cji. Nawet u Niem­ców nie spo­ty­ka­li­śmy niczego podob­nego. Stali tutaj nie­znani nam rze­mieśl­nicy. Potem we wszyst­kim się poła­pa­li­śmy. Jeśli w takie zada­sze­nie tra­fił ciężki pocisk, burzący lub z opóź­nio­nym zapal­ni­kiem, to roz­ry­wał się na osła­nia­ją­cym oka­pie. A schron, znaj­du­jący się niżej, nie dozna­wał uszko­dzeń przy wybu­chu. Naj­wi­docz­niej Niemcy czę­sto wypusz­czali tu poci­ski dużego kali­bru. Jed­nak nie wszyst­kie zie­mianki i schrony były wypo­sa­żone w owe ochronne daszki. Tutaj, jak nam powie­dziano, na wzgó­rzach przed nami bro­niła się bry­gada ałtaj­ska.

Zwy­kle żoł­nie­rze róż­nych jed­no­stek budo­wali schrony i zie­mianki po swo­jemu. Ałtajcy ryli głę­bo­kie wykopy, wpusz­czali w zie­mię wil­gotne bier­wiona i na górze budo­wali stropy. Żoł­nie­rze naszej dywi­zji nad jamą w ziemi sta­wiali powałę, prze­sy­pu­jąc ją war­stwami ziemi. Wyją­tek sta­no­wiło nasze dowódz­two. Sape­rzy budo­wali dla nich wyjąt­kowo porządne schrony. A pro­ści żoł­nie­rze i ofi­ce­ro­wie miesz­kali, jak kto mógł -?w ziem­nych schro­nach z dwu-trzy­war­stwo­wymi stro­pami. Do dywi­zji jako uzu­peł­nie­nie dla kom­pa­nii przy­słano nam nowych żoł­nie­rzy: Uzbe­ków, Tadży­ków i człon­ków innych naro­do­wo­ści z repu­blik środ­ko­wo­azja­tyc­kich. Ryli sobie nory niczym świ­staki w wąwo­zach. A nasi Sło­wia­nie ze środ­ko­wej czę­ści kraju miesz­kali w sza­ła­sach i w oko­pach, które nakry­wali od góry świer­czyną i żer­dziami. Wszy­scy budo­wali schrony na swój spo­sób. Ałtajcy mieli prze­stronne zie­mianki, poło­żone bar­dzo bli­sko sie­bie. Uzbecy i Tadży­ko­wie ryli swoje nory w ziemi, jedną przy dru­giej. Sybi­racy budo­wali je w spo­sób roz­pro­szony. Sadyby Sło­wian także były poroz­rzu­cane.

Weszli­śmy do lasu, gdzie pod nie­du­żymi sosnami wyzna­czono nam puste zie­mianki ałtaj­ców, poło­żone z dala od nich. Bier­wiona zie­mia­nek, osa­dzo­nych w ziemi, nie­malże się doty­kały. Kie­dyś stał tu drugi rzut bry­gady ałtaj­skiej. Ale bry­gada ponio­sła duże straty, żoł­nie­rzy na tyłach porząd­nie odsiano i wysłano na pierw­szą linię. Można przy­jąć, że połowa schro­nów świe­ciła teraz pust­kami.

Widzie­li­śmy z daleka ich żoł­nie­rzy, któ­rzy stali na poste­run­kach. Można rzec, że teraz byli­śmy ich sąsia­dami. Żoł­nie­rze byli nie­wiel­kiego wzro­stu, jacyś tacy krępi i sze­rocy w bio­drach. Nie to, co nasze tyczki -?chu­der­laki.

Ich żoł­nie­rze drep­tali w pół­mroku, inni prze­bie­gali, prze­sta­wia­jąc nogi małymi krocz­kami. Prze­ta­czali się po ścież­kach niczym kulki.

Nawet ich konie, sto­jące przy pali­kach pod nie­wy­so­kimi zada­sze­niami i pasu­jące do nich, były kar­ło­wate, krót­ko­no­gie i wło­chate. Ogól­nie rzecz bio­rąc, nocną porą ałtaj­scy żoł­nie­rze wydali nam się malutcy i nie­malże karzeł­ko­waci. Albo tak się zmę­czy­li­śmy prze­mar­szami, albo nie­wy­so­kie sosny przy­gięły tych ludzi do ziemi. Ale prze­cież nasi się nie przy­gar­bili i nie pochy­lili!

Naj­wi­docz­niej Ałtaj­ców cecho­wał ponury cha­rak­ter, gdyż trzy­mali się od nas z daleka. I kiedy nasi żoł­nie­rze do nich wołali, to tamci od razu odwra­cali się ple­cami.

-?Jak tu u was, bra­cia, sprawy się mają? Ścierwa Niemcy pew­nie zdrowo tłuką? -?krzy­czeli w ich stronę nasi strzelcy.

Lecz zamiast odpo­wie­dzi widzieli tylko ich plecy.

-?To chyba poważny naro­dek!

Po mar­szu nasi strzelcy nie mieli sił, aby wsta­wać z ziemi i iść tam do nich tylko po to, aby cokol­wiek wyja­śniać. Gdzie tam! Nogi im odjęło! Kolana nie chciały się zgi­nać! Język się plą­tał! Zawsze tak jest, gdy po mar­szu doj­dzie się na miej­sce. Nie da się unieść nóg, ważą chyba po pięt­na­ście kilo. A powiedz im, że jesz­cze nie doszli do celu, że zostały jesz­cze dwa, trzy prze­mar­sze -?skąd wtedy biorą siły? Z rękawa wytrze­pią. Tutaj, kiedy żoł­nierz już przy­szedł, układa się na boku, leży na śniegu i czeka, żeby tylko dowlec się do pry­czy. Nie ruszysz go z ziemi. Chyba poga­damy jutro! Rano sami się rozej­rzymy!

Z daleka widać war­tow­ni­ków. To nasze drą­gale leżą tam roz­wał­ko­wani.

Chłopy, jak to chłopy! Postaw go teraz na poste­runku -?czy aby będzie stać w miej­scu? Przy­sią­dzie przy zie­miance, spu­ści głowę i sie­dzi, niby śpi, niby czuwa. Możesz na niego krzy­czeć albo i nie, a on i tak wie, co ma robić. A ci Ałtajcy na poste­runku nie ustoją spo­koj­nie ani minuty. Bez prze­rwy się wiercą, kręcą, cią­gle gdzieś patrzą. Zoba­czyw­szy, że nasi ludzie roze­szli się po zie­mian­kach, Ałtajcy zaczęli pod­cho­dzić bli­żej. Ale kto ma ochotę im się przy­glą­dać nocą, po takiej dro­dze? Toż to żoł­nie­rze jak wszy­scy inni, tylko kara­biny za ple­cami ster­czą im tro­chę wysoko.

I dopiero kiedy wszy­scy się wyspali, kiedy nad­szedł świt, kiedy wszy­scy wyleźli z zie­mia­nek na zewnątrz, w świe­tle poranka od razu przej­rze­li­śmy na oczy. Przed nami na poste­run­kach maja­czyli nie żoł­nie­rze, a ałtaj­skie kobiety. Ubrane były tak jak my, w woj­skowe mun­dury.

-?No, bra­cie, ale histo­ria! Baby nas tu pil­no­wały! A my jak drwa, jak świer­kowe polana, taką noc żeśmy prze­spali!

Ałtaj­ska bry­gada skła­dała się z ochot­ni­ków i w swym skła­dzie miała dużą liczbę kobiet. Drugi rzut bry­gady skła­dał się z nich w cało­ści. Kobiety peł­niły tam role snaj­pe­rów, strzel­ców kara­bi­nów maszy­no­wych, sape­rów, tele­fo­ni­stów, amu­ni­cyj­nych i sani­ta­riu­szy. Wiele z nich wal­czyło na pierw­szej linii.

-?Ale robota! Niech to licho! Malinki dla naszej braci!

-?Idź, podejdź tylko! Ze snaj­perką stoi! No? Prze­cież sam widzę!

Major Malecz­kin krę­cił głową i zacie­rał ręce.

-?Słu­chaj­cie no, sze­fie sztabu. Dla mnie zostaw­cie zie­miankę na jedną osobę. Tele­fon posta­wisz u sie­bie. Tele­fonistów też posa­dzisz u sie­bie. Mi są nie­po­trzebni. A ja pojadę do dywi­zji. Wrócę pod wie­czór. Przy­każ, żeby wszystko było gotowe!

Wró­ciw­szy z dywi­zji, oznaj­mił:

-?Bata­lion broni maszy­no­wej na razie zostaje w rezer­wie. W dywi­zji wydali ści­sły roz­kaz. Wydać pole­ce­nie, aby nasi tu się po próż­nicy nie szwen­dali! Dookoła wszę­dzie baby! Żoł­nie­rze zaraz się za amory wezmą.

Wokół zaję­tych przez nas zie­mia­nek roz­cią­gnę­li­śmy sznu­rek i każ­dej kom­pa­nii przy­ka­za­li­śmy, że wycho­dze­nie zań jest surowo zabro­nione. Tylko Malecz­kin miał prawo robić krok w tamtą stronę.

Dru­giego dnia naszego postoju w szta­bo­wej zie­miance, w któ­rej miesz­ka­łem, poja­wił się Malecz­kin i od progu oznaj­mił:

-?Ty, szef sztabu, zosta­jesz w moim zastęp­stwie! Przyj­mij, że zacho­ro­wa­łem! W dywi­zji o tym wie­dzą. A ty siedź na tele­fo­nach, mogą zadzwo­nić. Komi­sarz wyje­chał do wydziału poli­tycz­nego i pobę­dzie tam przez czas nie­okre­ślony. Ty zosta­jesz tu jako szef. Jegor poje­dzie po żar­cie i zaj­dzie do cie­bie. Jakby co, prze­ka­żesz przez niego mel­du­nek. No, to na razie! Życzę powo­dze­nia!

Major odwró­cił się i znik­nął. My zaś sta­li­śmy na dotych­cza­so­wym miej­scu. Tele­fo­nów z dywi­zji nie było.

Po dwóch dniach major wró­cił. Zoba­czy­łem go prze­lot­nie. Był zado­wo­lony, zmę­czony i zmi­zer­niały. Nie zacho­dząc do mnie, poszedł do sie­bie i uwa­lił się do snu. Następ­nego dnia przy­szedł do mnie do zie­mianki.

-?No, jak tam sprawy u szefa sztabu? Jak wam idzie beze mnie? Z dywi­zji ktoś dzwo­nił?

Pokrę­ci­łem głową.

-?Przejdź się po kom­pa­niach! Szy­kuj żoł­nie­rzy. Sprawdź broń! Na dniach ruszamy. Prze­cho­dzimy do natar­cia. Ale na razie o tym nikomu ani mru mru! Wie­czo­rem zajdę do cie­bie, pogramy w kar­cioszki.

To ozna­czało, że o wszyst­kim pomó­wimy. Chcia­łem mu zamel­do­wać o goto­wo­ści kom­pa­nii. Tele­fo­ni­stów i pisa­rzy ode­sła­łem ze schronu do zie­mianki żoł­nie­rzy. Nie musieli słu­chać naszych roz­mów.

-?Wie­czo­rem mi o wszyst­kim opo­wiesz!

Pod wie­czór major poja­wił się u mnie, przy­siadł do stołu, wes­tchnął głę­boko i uśmiech­nął się.

-?No i mamy tu baby! -?powie­dział jakoś tak z zadumą. -?W bata­lio­nie zostało nam mało ludzi. Nie cze­kaj na uzu­peł­nie­nia, nie będzie żad­nych. Do natar­cia pój­dziemy w obec­nym skła­dzie. Będziemy się posu­wać w pasie 48 Pułku.

Zamel­do­wa­łem mu o goto­wo­ści kom­pa­nii i popro­si­łem, aby każdą z nich wypo­sa­żyć w pod­wodę.

-?Pod­czas mar­szu musimy mieć pełen zapas amu­ni­cji. Żoł­nie­rze nie dadzą rady nieść ceka­emów i amu­ni­cji na grzbie­cie.

-?Dobrze! Odbie­rzemy pod­wody naszym zaopa­trze­niow­com. Co prawda, to prawda, nasi Sło­wia­nie fak­tycz­nie wychu­dli.

Major wycią­gnął saty­no­wane karty. Rze­czowa roz­mowa toczyła się dalej. Gra­li­śmy, major zada­wał pyta­nia i opo­wia­dał. Słu­cha­łem go, odpo­wia­da­łem na pyta­nia, a sam myśla­łem o czymś innym.

W puł­kach i w dywi­zji nie mia­łem bli­skich przy­ja­ciół ani dobrych zna­jo­mych. Byłem sam jak palec. Uwol­nili mnie z pierw­szej linii, ale do kom­pa­nii szta­bo­wej nie przy­jęli. Dla nich dalej byłem "Wańką -?tre­pem". Szta­bowcy nie zawie­rali zna­jo­mo­ści z ludźmi z oko­pów. No, ale kim ja byłem? Porucz­ni­kiem, dowódcą kom­pa­nii ceka­emów, z braku zna­ją­cych się na rze­czy wyzna­czo­nym na szefa sztabu bata­lionu. Inna sprawa -?major Malecz­nik. On był gościem. Miał dużo przy­ja­ciół. Dzier­żył w ręku mie­nie i zaopa­trze­nie w żyw­ność. Przy­jaźń trzeba pod­trzy­my­wać, pod­kar­miać, niczym ogni­sko domowe. Za co mu się nie­kiedy dosta­wało.

Major wie­dział, że w dywi­zji nie mam bli­skich przy­ja­ciół i dla­tego powie­rzał mi swoje naj­skryt­sze tajem­nice. Opo­wia­dał mi o swo­ich przy­go­dach. Musiał się z kimś podzie­lić, poroz­ma­wiać o tym i owym. Przed komi­sa­rzem bata­lionu sta­rał się nie wyzew­nę­trzać. Żyli zgod­nie, ale o oso­bi­stych spra­wach mię­dzy sobą nie roz­ma­wiali. Komi­sarz czę­sto wyjeż­dżał do wydziału poli­tycz­nego dywi­zji. Malecz­kin się temu nie sprze­ci­wiał. Rów­nież teraz komi­sarz był gdzieś tam.

-?Jesteś jesz­cze za młody, żeby się włó­czyć za babami! Tak naprawdę niczego w babach nie poj­mu­jesz. I z racji wieku, i sta­no­wi­ska, jest na to dla cie­bie za wcze­śnie. Ty lepiej słu­chaj i zapa­mię­tuj. Tobie są potrzebne panny. A baby to dla cie­bie nie­od­po­wiedni mate­riał. Strasz­nie stare. Twoja nie­win­ność będzie cię peszyć. Im trzeba praw­dzi­wego chłopa. U bab byłem. Roz­go­ni­łem smutki i tęsk­noty. Ja, porucz­niku, jestem w takim wieku, że bab bokiem obcho­dzić nie mogę. Czego sie­dzisz? Twoja kolej! Uszy zwie­sił!

Przez jakiś czas gra­li­śmy w mil­cze­niu. Lecz oto major wstał, pod­szedł do wyj­ścia i zagwiz­dał jak gołę­biarz, wsu­wa­jąc dwa palce do ust. W ten spo­sób wzy­wał swo­jego ordy­nansa Jegorkę. Potem wró­cił do stołu, zmru­żył prze­wrot­nie jedno oko, splu­nął przez zęby, zatarł ręce i powie­dział:

-?Dzi­siaj się wyspa­łem. Można jechać i sma­lić cho­lewki.

Usły­szaw­szy kroki Jegorki, major przy­brał poważny i srogi wygląd. Jegorka wpadł do zie­mianki, major pod­niósł na niego baczny wzrok, chrząk­nął dla porządku i powie­dział jakby w zadu­mie:

-?Odbierz od naszego zło­dzieja inten­denta pro­dukty i wódkę jako suchy pro­wiant! Niech wyda od razu na tydzień!

-?Mówi, że ostat­nim razem dosta­li­śmy na tydzień, a wró­ci­li­śmy po trzech dniach.

-?Prze­każ mu, żeby ten tyłowy szczur nie żydził! I niech nie miele za dużo jęzo­rem. Dzi­siaj żywi­łem się żoł­nier­ską bałandą. O, tu sior­ba­łem z menażki, u szefa sztabu. Szef sztabu może potwier­dzić. Powiedz mu tam, że major kazał całą kaszę prze­li­czyć po kalo­riach na wódkę i kon­serwy. Cukier i oma­stę niech zostawi sobie. Lubi słod­kie. Jęzor u niego nie łopata. Jak odbie­rzesz pro­dukty, to sio­dłaj konie. Poje­dziemy do dywi­zji.

Jegorka zro­bił krok w przej­ście i znik­nął za zasłonką, wiszącą nad drzwiami. Przez jakiś czas sie­dzie­li­śmy w mil­cze­niu.

Kiedy na zewnątrz roz­legł się stu­kot koń­skich kopyt po zamar­z­nię­tej ziemi, major oży­wił się, zgar­nął ze stołu roz­rzu­cone karty, wło­żył pół­ko­żu­szek, ścią­gnął się pasem, popra­wił czapkę na gło­wie i zało­żył ręka­wice. Kla­snąw­szy nimi gło­śno, pochy­lił się nad pro­giem, dziar­skim ruchem odgar­nął zasłonę i, odwró­ciw­szy się, powie­dział:

-?Pil­nuj porządku! Zosta­jesz w moim zastęp­stwie!

Mru­gnąw­szy do mnie jakby na poże­gna­nie, odwró­cił się do wyj­ścia i znik­nął z oczu. Poszedł, a ja sie­dzia­łem dalej, pogrą­żony w zadu­mie. Zadzi­wiła mnie łatwość, z jaką bez namy­słu potra­fił roz­strzy­gać wszel­kie kwe­stie. Zapewne i w spra­wach kobiet był bystry i sta­now­czy. A ja fak­tycz­nie byłem wsty­dliwy i mia­łem skryty cha­rak­ter. Nie mia­łem ani­mu­szu, by z mar­szu podej­mo­wać decy­zje. Sądzi­łem, że wszystko samo się jakoś ułoży. W życiu trzeba tylko zdo­być doświad­cze­nie. Ja myśla­łem o życiu, a major wykła­dał mi o babach.

-?Czort z życiem! -?mówił i uśmie­chał się. -?Ten dzień jest mój! O czym tu gadać? Popatrz na Ałtajki! Mor­dują się na wie­trze jak ostrzy­żone owce. Ster­cze­nie z kara­bi­nem to nie zaję­cie dla baby. Chło­pom kolana nie chcą się zgi­nać. A kobie­cie na mro­zie dusza może zamar­z­nąć. Czym ją będziesz roz­grze­wać po woj­nie?

Choć sta­li­śmy w dru­gim rzu­cie, Niemcy nas bez­u­stan­nie ostrze­li­wali. Przy­leci nie­miec­kie ustroj­stwo zapa­la­jące, nakryje schron i koniec wsze­la­kich dys­ku­sji. Wypruje na zewnątrz wszyst­kie cztery war­stwy stropu razem z zie­mią -?fla­ków nie znaj­dziesz.

W szybko prze­mi­ja­ją­cym życiu majora była jedna szcze­gólna oso­bli­wość. Napę­dzał go nie tylko nie­po­skro­miony i zde­cy­do­wany cha­rak­ter, lecz zawsze towa­rzy­szyła mu myśl o rychłej i nie­unik­nio­nej śmierci. Czło­wiek czuje, gdy zie­mia ucieka mu spod nóg. Nie­spre­cy­zo­wany strach zmu­szał go do pośpie­chu. Ani minuty nie mógł spo­koj­nie usie­dzieć na miej­scu. Przez cały czas dokądś się śpie­szył. Wielu szta­bow­ców, znaj­du­jąc się w dru­gim rzu­cie, trzę­sło się, bla­dło i żegnało się z życiem pod­czas ostrza­łów. To tylko my z pierw­szej linii, przy­wy­kli do tar­za­nia się po ziemi w rytm ryku poci­sków, jakoś nie bar­dzo mie­li­śmy się czego bać. Prze­cież Nie­miec nie tłukł sal­wami całych bate­rii, a rap­tem okre­sowo wypusz­czał poci­ski z dwóch czy trzech dział. Z pół setki poci­sków wystrze­lo­nych na las, jeden mógł fak­tycz­nie tra­fić w dowolny schron. Poci­ski były cięż­kie, burzące, z opóź­nio­nym zapal­ni­kiem. Wszystko pod sobą mie­liły. Jed­nakże tra­fie­nie w schron, kiedy poci­ski roz­ry­wają się na powierzchni setek metrów, to sprawa skom­pli­ko­wana i prak­tycz­nie nie do zro­bie­nia. Lecz i takie przy­padki, rzecz jasna, się zda­rzają!

Od jakie­goś czasu w oczach naszego majora zaczą­łem zauwa­żać śmier­telny strach i smu­tek. Jakby anioły mu szep­tały, że trzeba się szy­ko­wać, że sprawa ma się ku koń­cowi. Gdy nad­la­tu­jące nie­miec­kie poci­ski zaczy­nały huczeć gdzieś w pobliżu i wywa­lać ogromne leje, w lesie wszy­scy pod­ska­ki­wali, ści­skali się w sprę­żynę, rzu­cali na zie­mię i dłońmi nakry­wali głowy, jeśli aku­rat nie mieli na nich heł­mów. W spoj­rze­niu majora, jak zauwa­ży­łem, poja­wiało się tępe sza­leń­stwo. Źre­nice mu się roz­sze­rzały, spoj­rze­nie mar­twiało, twarz przy­bie­rała zie­mi­sty kolor.

Ostrzał się koń­czył -?klę­li­śmy, strze­py­wa­li­śmy z sie­bie zie­mię i sie­dząc w miej­scu, na pod­ło­dze zie­mianki, zapa­la­li­śmy papie­rosa. A major ska­mie­niały, stał jak kołek i patrzył przed sie­bie, niczego nie widząc. W środku coś w nim pękło.

Nad naszymi gło­wami cho­dziły i pod­ska­ki­wały bale stropu, latała zie­mia, trzesz­czały belki pod­ło­gowe, łamały się pod­pory. Leże­li­śmy plac­kiem na pod­ło­dze, przy­ci­ska­jąc do niej brzu­chy. Obok tur­lały się puszki, brzę­czały puste menażki, prze­wra­cały się kara­biny oparte o ściany. Kawa­łek płótna namio­to­wego, wiszący nad drzwiami, szar­pał się i łopo­tał, z pieca sypał się węgiel i leciały iskry, a mosiężna łuska kop­ciółki dzwo­niła niczym elek­tryczny dzwo­nek. Wszy­scy pospołu koły­sa­li­śmy się razem z zie­mią i naszą budowlą z bier­wion. Apa­raty tele­fo­niczne spa­dały na pod­łogę i łącz­ność się ury­wała. Pod­nie­siesz na moment głowę, przez uła­mek sekundy rozej­rzysz się wokoło, a w schro­nie kłęby dymu, pyłu, nic nie widać. Nawet nie wiesz, gdzie jesteś -?na pod­ło­dze, czy w powie­trzu? Może już fru­niesz razem z bel­kami? A to, że żyjesz, to tylko ci się tak wydaje. I szar­piesz się, trzę­siesz w rytm cio­sów fali ude­rze­nio­wej. Przy­cho­dzisz do sie­bie, pod­no­sisz głowę, sia­dasz na pod­ło­dze, a w ustach jakby ci kot naro­bił.

Ostrzał się koń­czył, cichł w końcu ryk poci­sków. Na haczyku wbi­tym w ścianę bujała się maska prze­ciw­ga­zowa. Po jej waha­dło­wych ruchach można było oce­nić, jak rzu­cało schro­nem pod­czas ostrzału.

Po kano­na­dzie wyj­dziesz na zewnątrz, zaczerp­niesz świe­żego powie­trza, otrzą­śniesz się niczym spar­szy­wiały pies, strzep­niesz pył z głowy i ramion, prze­trzesz kuła­kiem oczy, spoj­rzysz na świat boży i wyj­dzie na to, że oto jak­byś prze­żył.

Gdzieś cał­kiem obok ude­rzył ciężki pocisk. Rąb­nął tak, że nasz schron pod­sko­czył na pół metra. Nie­da­leko sły­chać krzyki żoł­nie­rzy. Nie­sie stam­tąd zapa­chem nie­miec­kiego tro­tylu.

W tym cza­sie major wró­cił z dywi­zji. Pod­jeż­dża­jąc, sły­szał po dro­dze ude­rze­nia cięż­kich poci­sków. Posta­no­wił odpo­cząć, ale przed­tem zaszedł do mnie, aby się dowie­dzieć, czy w kom­pa­niach nie ma strat. Tylko zesko­czył w przej­ście w mojej zie­miance, gdy w powie­trzu ponow­nie zasze­le­ściły nie­miec­kie poci­ski. W pobliżu wybu­chy nastę­po­wały jeden po dru­gim. Dym zasnuł wszystko wokół. Dopóki rwały się poci­ski, sta­li­śmy przy­gięci w przej­ściu. Ale oto wszystko uci­chło. Pod­nie­śli­śmy głowy.

Masz no swój schron i majora! Bier­wiona i stropy sta­nęły dęba. W miej­scu leżanki kom­bata powstała wielka jama. Zabiło dwa konie. Poległ żoł­nierz, sto­jący na poste­runku przy wej­ściu. W powie­trze wyle­ciała waliza majora, w któ­rej trzy­mał bry­czesy i ofi­cerki z chro­mo­wej skóry z ostro­gami. Nie zwra­ca­jąc się do nikogo kon­kret­nego, Malecz­kin podra­pał się po poty­licy i jakby sam do sie­bie, wygło­sił zagad­kowe zda­nie:

-?Nie­miec, kana­lia, dawno we mnie celuje! Trzeci raz ucie­kam spod ogni­ska wybu­chu.

Major odwró­cił się do mnie i dodał:

-?Czym to się skoń­czy? Cały czas na mnie poluje!

Wzrok miał roz­tar­gniony, jakiś taki zatrwo­żony, pełen smutku i gory­czy.

-?Ty żeś się codzien­nie włó­czył po pierw­szej linii. Sie­dzia­łeś pod kulami i poci­skami. Ilu to ludzi pogi­nęło na szo­sie biel­skiej? A ty żyjesz i jesteś cały. Ja sie­dzę w dru­gim rzu­cie i nie ruszam się stąd ani na krok do przodu. A on na mnie poluje każ­dego dnia. Gdzie mu tam, żeby tra­fić w schron naszego inten­denta! Jed­nego zło­dzieja i kom­bi­na­tora byłoby mniej. A on, ścierwo, poluje na mnie, tropi ofi­cera -?fron­towca.

Kom­bat Malecz­kin nie był tchó­rzem. Na początku wojny wojo­wał na pierw­szej linii, cho­dził do szturmu, był dwa razy ranny. Ale potem, osiadł­szy na puł­ko­wych tyłach, zaczął uni­kać pierw­szej linii, wojna zaczęła dzia­łać mu na nerwy. W jego duszy zalęgł się strach. A ten, jeśli cię już dopad­nie, to ni­gdzie się przed nim nie scho­wasz.

Pokrę­ci­li­śmy się dookoła jego znisz­czo­nego schronu. Major zakrzyk­nął na swo­jego masz­ta­le­rza Jegorkę, obec­nie pozo­sta­ją­cego bez konia i kazał mu iść do Pota­pienki.

-?Prze­każ, żeby odce­dził manierkę!

Zeszli­śmy do mojej zie­mianki szta­bo­wej, usie­dli­śmy na pry­czach i tkwi­li­śmy tak w mil­cze­niu, bo roz­mowa się nie kle­iła. Po jakimś cza­sie poja­wił się Jegorka z manierką w ręku. Pod­szedł do majora i zaczął szep­tać mu na ucho:

-?Pota­pienko mówił, żeby nikomu nie gadać o manierce!

-?Czort z tym twoim Pota­pienko! I z jego kon­spi­ra­cją! Pole­waj! Uczcimy takie oto wyda­rze­nie: moje zmar­twych­wsta­nie! Dotarło do cie­bie, Jegor? Twój major zmar­twych­wstał!

Jegor pod­niósł wala­jące się po pod­ło­dze meta­lowe kubki. Postu­kał dnem i brze­gami o kra­wędź stołu i przy­go­to­wał się, aby nale­wać.

-?Prze­płu­kał byś je cho­ciaż, kołku! Nale­jesz nam razem z zie­mią! A potem pluj, krztuś się! Pia­sek będzie chrzę­ścić mię­dzy zębami! Nic nie możesz sku­mać?

Jegorka pobiegł po wodę, obmył kubki i wytarł je szmatką. Kiedy kubki zostały napeł­nione, major przy­ło­żył do nich dłoń, pokrę­cił głową, zro­bił wdech i skrzy­wił się. W oczach miał zado­wo­le­nie. Wie­dział, że alko­hol lekko wej­dzie w duszę. Wypu­ściw­szy powie­trze dla czy­stego pozoru, opróż­nił kubek w sze­roko otwarte usta.

-?To jest to! Dusza pognała do raju! -?powie­dział łapiąc oddech, po czym zaśpie­wał:

-?Daj Bóg, bra­cia, się nie zga­pić, by przed śmier­cią się nie napić, bo potem uschniesz jak mumia! -?A potem zwró­cił się do Jegorki: -?Jegor, nalej jesz­cze! Polej po kro­pelce, tylko pil­nuj, żeby było równo z brze­giem! Ja cię, zło­dzie­jaszku, na wylot znam! Chcesz przy­osz­czę­dzić na mnie, na wła­snym majo­rze! Nie mam ja farta, panie porucz­niku! Przy­leci do mnie taki jeden szajs i po wszyst­kim. Cie­bie to ani kule, ani poci­ski nie ruszają. A mi nie dane będzie dożyć końca wojny. Mia­łem pro­ro­czy sen. W twój schron ni­gdy nie tra­fią. Będę z tobą miesz­kać pod jed­nym dachem.

I major polazł na nary, umo­ścił się wygod­niej i wkrótce zasnął.

Ranek przy­szedł jasny i sło­neczny. Odwilż zastu­kała kro­plami top­nie­ją­cego śniegu i poja­wiły się kałuże. Ocie­ple­nie spa­dło także na Niem­ców. Roz­myło drogi. Ustał dowóz amu­ni­cji i Niemcy prze­stali strze­lać. Nie mieli siły, by tłuc się po roz­mo­kłych szla­kach.

Major nieco pochra­py­wał, ale wkrótce się obu­dził. Nie lubił się wyle­gi­wać po obu­dze­niu i prze­cią­gać się na leżąco. Otwo­rzyw­szy oczy, zry­wał się na nogi i od razu zabie­rał się za różne sprawy.

-?Towa­rzy­szu majo­rze! Może podać wody do mycia? -?pytał Jegorka.

-?Naszy­kuj gorą­cej. Będę się golić.

Malecz­kin golił się codzien­nie. Po gole­niu spry­ski­wał się wodą koloń­ską.

-?Żeby ładne panny wąchały ładne zapa­chy! -?wyja­śniał.

Teraz wody koloń­skiej nie było. Roz­le­ciała się razem z ostro­gami i walizą.

Nam, mło­dym, nie rosły jesz­cze brody. Nie­któ­rzy z chło­pa­ków dla powagi zapusz­czali wąsy. Malecz­kin spo­zie­rał na nich z nie­za­do­wo­le­niem.

-?Co ty tam masz za puszek na war­gach? Jak u nie­do­no­szo­nego kur­czaka! Zapewne nie masz brzy­twy? Idź do star­szyny, niech cię ogoli. Potem zamel­du­jesz się u mnie oso­bi­ście!

Major był porządny i zawsze dbał o swój wygląd zewnętrzny. Ogrom­nie się zamar­twiał ostro­gami i wodą koloń­ską. Skąd on teraz weź­mie ostrogi?

-?Ty, sze­fie sztabu, przejdź się do ceka­emi­stów, bo na pewno cał­kiem się roze­spali! -?powie­dział, oglą­da­jąc się w lusterku. -?Sprawdź jesz­cze raz ceka­emy i broń oso­bi­stą! Wie­czo­rem jadę do dywi­zji ode­brać roz­kaz bojowy. Zabra­nia się o tym mówić! Na dniach prze­cho­dzimy do natar­cia.

Ubra­łem się, pod­cią­gną­łem pas i posze­dłem do żoł­nie­rzy. Major poje­chał do dywi­zji i spo­tka­li­śmy się dopiero wie­czo­rem. Kiedy wró­ci­łem z kom­pa­nii, major sie­dział na skrzynce przy wej­ściu do schronu. Przed nim stali kom­pa­nijni sier­żanci i nasi inten­denci -?zaopa­trze­niowcy.

-?Do nocy macie zwi­nąć gospo­dar­stwo! -?usły­sza­łem jego głos. -?Zbie­rać się powoli i bez gorączki! Nie szla­jać się po lesie! Tabory przy­go­to­wać do wymar­szu i cze­kać na mój roz­kaz. Mar­szrutę podam przed samym wymar­szem. A teraz wszy­scy na swoje miej­sca!

Zamel­do­wa­łem majo­rowi stan kom­pa­nii. Roz­ka­zał mi zwi­jać łącz­ność tele­fo­niczną.

O świ­cie ruszy­li­śmy w drogę.

Rozdział 21 -?Frontowe drogi (marzec -?kwiecień 1943 roku)

Roz­dział 21 -?Fron­towe drogi (marzec -?kwie­cień 1943 roku)

Kiedy woj­ska zry­wają się z miej­sca i rzu­cają się do pościgu za cofa­ją­cymi się Niem­cami, lasy, pola, domy i wsie, leżące na dro­dze i w bok od niej, zle­wają się we wspo­mnie­niach w jedną szarą wstęgę. W pamięci prze­mkną oddzielne postoje i krwawe potyczki i pozo­staną gdzieś z tyłu.

Przy­cho­dzi nowy dzień, koń­czy się doba, a my cią­gle idziemy i idziemy, i nie widać końca drogi. Ludzie i konie zmę­czyli się, opa­dli z sił i led­wie peł­zną. Na dro­dze błoto nie do prze­by­cia.

Na początku pil­no­wa­li­śmy szlaku, obcho­dzi­li­śmy nie­rów­no­ści i podej­rzane miej­sca. Niemcy, cofa­jąc się, mogli posta­wić miny, aby się od nas ode­rwać. Lecz potem stop­niowo wkra­dło się zmę­cze­nie, ciężka bez­sen­ność opa­dła na oczy, poja­wiło się zobo­jęt­nie­nie wobec min i nie­spo­dzia­nek.

Wysił­kiem woli wytrzesz­cza­li­śmy oczy. Spoj­rzysz przed sie­bie i masz przed oczami plecy żoł­nie­rzy, buty brnące w bło­cie i odpły­wa­jącą drogę. Żoł­nierz chciałby skrę­cić na pobo­cze, zła­pać oddech, przy­siąść i przy­tu­lić się do ziemi. Gdyby teraz ogło­sić postój, to wszy­scy się powalą nie patrząc, gdzie sucho, a gdzie mokro po pas. Potem możesz ich tra­to­wać końmi, strze­lać z dział, ter­ko­tać nad samym uchem z kara­binu maszy­no­wego, a oni nawet nie drgną, nie uniosą głowy, nie otwo­rzą oczu, aby spoj­rzeć, co tam się dzieje.

W ślad za nami posy­łają jeźdź­ców, poga­niają nas. Nie ma mowy o postoju. Dowódz­two wie, że konie opa­dły z sił, że mogą paść po dro­dze, ale ich samych rów­nież poga­niają z góry.

Oto jeden z żoł­nie­rzy zawo­dząc, pod­gina nogi, macha rękami niczym cza­pla skrzy­dłami, chwyta ustami powie­trze i ze łzami powoli osuwa się na drogę. Pod­no­szą go, bo sam nie ma już siły, aby sta­nąć na nogi. Kole­dzy wloką go do tyłu, do kom­pa­nij­nej pod­wody. Po dro­dze dwóch żoł­nie­rzy padło tru­pem. Odcią­gnięto ich na pobo­cze.

W kom­pa­niach broni maszy­no­wej ludzie są sil­niejsi. Ale i oni idą, chwie­jąc się, bo są porząd­nie zmę­czeni. Idą jak pijani, poty­ka­jąc się o wła­sne nogi.

Skąd u żoł­nie­rzy bie­rze się tyle siły? Żeby na głod­nego iść dzień i noc w peł­nym opo­rzą­dze­niu? Kom­pa­nijni ofi­ce­ro­wie trzy­mają się na nogach. Są młodsi i idą bez obcią­że­nia.

Przo­dem idą dwa plu­tony strzel­ców. Za nimi posu­wają się ceka­emi­ści z dwoma pod­wo­dami. Kara­biny maszy­nowe jadą na wozie gotowe do strzału. Za nami wle­cze się pod­woda kom­pa­nii strze­lec­kiej. Raz zostaje w tyle, raz nas doga­nia. Zabie­rają na nią żoł­nie­rzy, któ­rzy opa­dli z sił. Ja idę z tyłu za drugą fur­manką, razem z dowódcą kom­pa­nii kara­bi­nów maszy­no­wych. Idziemy, roz­ma­wiamy i powoli wspi­namy się pod górkę po piasz­czy­stym odcinku drogi. Wody tutaj nie ma, pod nogami jest suchy pia­sek. Po syp­kim pia­sku też się ciężko idzie. Nogi grzę­zną, każdy krok wymaga dużego wysiłku. Ale oto poko­na­li­śmy nie­wiel­kie wznie­sie­nie, poro­śnięte z dwóch stron mło­dym świer­ko­wym lasem, zeszli­śmy lekko ze skarpy i w tej samej chwili pod tylną pod­wodą nie­ocze­ki­wa­nie roze­rwała się mina.

Ostry i gło­śny huk prze­to­czył się wzdłuż drogi. Ludzie i konie szarp­nęli się, rzu­cili się w bok, zako­ły­sały się świer­kowe gałę­zie, fala ude­rze­niowa trzep­nęła po twa­rzy. Wszyst­kich, któ­rzy szli obok mnie za fur­manką, owiała chmura pia­sku i ziemi. Na dro­dze, w miej­scu w któ­rym wybu­chła mina, dymią roz­rzu­cone ciała żoł­nie­rzy. Są zabici i ranni.

Obok leja roz­bita pod­woda i zad konia z ode­rwa­nymi tyl­nymi nogami. Zie­mia jest zbry­zgana krwią. Sto­isz, gapisz się osza­la­łym wzro­kiem, krę­cisz głową i dzi­wisz się. Jakaż to siła drze­mie w minie? Wybuch spra­wił, że żoł­nie­rzom ode­chciało się spać.

Eks­plo­zja szarp­nęła nerwy. Wystrzel teraz nie­chcący z kara­binu, a wszy­scy, któ­rzy stoją na dro­dze, pod­sko­czą jak przy poprzed­nim wybu­chu.

-?No, cze­go­ście sta­nęli? -?krzy­czy star­szyna. -?Już, ruszać się! Roze­rwało strzel­ców, a nie naszych! Sami się poła­pią!

Ceka­emi­ści odwra­cają się i powoli ruszają z miej­sca. Obok nas prze­cho­dzi do tyłu pię­ciu ludzi z kom­pa­nii strze­lec­kiej. Kazano im ścią­gnąć z drogi ciała zabi­tych i udzie­lić pomocy ran­nym.

Idziemy drogą i znowu wle­piamy oczy pod nogi. Być może pod śnie­giem lub zamar­z­niętą zie­mią dostrze­żemy meta­liczny ślad miny. Woź­nice roz­pu­ścili wodze na całą dłu­gość i idą pobo­czem z dala od pod­wód. Mija jakiś czas i żoł­nie­rzy znowu ogar­nia zmę­cze­nie i sen, tępiące uwagę. Nie­koń­czący się prze­marsz zbiera swoje żniwo. Ludzie już nie mysz­kują wzro­kiem po dro­dze. Pod ich cięż­kimi, zmę­czo­nymi kro­kami, droga powoli odpływa do tyłu. Idą i cię­ża­rem opuch­nię­tych nóg odmie­rzają nie­zli­czone kroki. O minach już zapo­mniano.

Trzeba rzec, że mina to zdra­dziecka broń. Ludzie z pierw­szej linii przy­zwy­cza­ili się do kul i poci­sków, które na dolo­cie sze­lesz­czą, wyją i poświ­stują. Usły­szysz ich zna­jomy odgłos, rzu­cisz się w porę w bok, zanur­ku­jesz do rowu albo do leja, chlap­niesz w błoto i jak­byś był cały.

A mina leży na dro­dze, leży sobie i nie wydaje dźwięku. Leży, ścierwo jedne, przy­sy­pana zie­mią i czeka na swoją ofiarę. Niech tylko koń ude­rzy ją kopy­tem, niech naje­dzie na nią koło wozu, a wtedy roze­rwie się na dwa­dzie­ścia metrów. Łup­nie tak, że bry­zgnie i wyleci mózg. Jeśli znaj­dziesz się w zasięgu, to nie poczu­jesz ani bólu, ani wybu­chu. Zrobi ci się lekko. Bły­śnie biały śnieg i popłyną ci do oczu kolo­rowe kręgi. Potem zga­sną i one, a oczy zasłoni czarny aksa­mit.

Jeśli znaj­dziesz się dwa­dzie­ścia metrów dalej, to możesz uwa­żać się za szczę­ścia­rza. Rzuci cię na pobo­cze, rąb­nie hoło­blą w głowę, a ty siedź i cze­kaj, dopóki się nie ock­niesz. Potrzą­śniesz głową, splu­niesz skrze­pem krwi i możesz wsta­wać. To tylko fala ude­rze­niowa tobą cisnęła. To nie ty wyle­cia­łeś w powie­trze -?to fur­manka z ludźmi. Odle­cieli w czarną otchłań.

Gnać w bok lub padać na zie­mię po wybu­chu nie ma naj­mniej­szego sensu. Stój i patrz. Zbie­raj siły.

Zabi­tych zwy­kle ścią­gają z drogi, aby fur­manki, które jadą po śla­dach, nie pod­ska­ki­wały na tru­pach. Z tabo­rami pułku, gdzieś tam w tyle, wle­cze się dru­żyna pogrze­bowa. To wul­garne towa­rzy­stwo, trzy­mają ich na tyłach z nie­ży­tem żołądka, mają do czy­nie­nia tylko z tru­pami. Podejdą, popa­trzą, ścią­gną z zabi­tych wszystko, co zbędne: szy­nel, buty, czapkę, o ile jej nie roze­rwało, mogą narzu­cić świer­czyny, a mogą i tak po pro­stu zosta­wić w spo­koju. Sami decy­dują o tych spra­wach. Komu posta­wić deseczkę, a kogo zosta­wić bez niej na wieczny spo­czy­nek. Cza­sami cisną ciało zabi­tego w krzaki, a deseczkę wetkną przy dro­dze. Tak lepiej widać. Żeby dowódz­two nie miało wąt­pli­wo­ści -?żoł­nie­rza zako­pano w ziemi.

Ran­nych także kładą obok drogi, w widocz­nym miej­scu na pobo­czu. W kupie lepiej ich widać. No bo jesz­cze puł­kowi przejdą i nie zauważą?

I znowu przy akom­pa­nia­men­cie krzy­ków i prze­kleństw tabo­ry­tów konie wyry­wają wozy z rowów. I znowu woj­sko zie­mi­stego koloru peł­znie po dro­dze, doga­nia­jąc Niem­ców.

Za dnia na dro­dze wil­goć i chlapa. Nocą droga tward­nieje, robi się wybo­ista. Wypłu­czy­ska, ślady i bruzdy po kołach na koniec dnia pokry­wają się sko­rupą lodu. Masze­ro­wa­nie po takiej dro­dze to jedna wielka męczar­nia. Dniem, kiedy grzeją nie­biosa, idzie się lżej, na sercu robi się wese­lej, droga jest bar­dziej miękka. Za dnia mielą ją żoł­nier­skie buciory, mną koń­skie kopyta, ugnia­tają koła tabo­ro­wych fur­ma­nek. Śnieżna breja i błoto chlu­pią pod nogami. Stę­chłe wio­senne powie­trze łechce noz­drza. W obni­że­niach terenu zbie­rają się potoki wody. Woź­nice roz­pę­dzają swoje konie, szar­pią je lej­cami, krzy­czą, prze­kli­nają, popy­chają fur­manki od tyłu. Konie reszt­kami sił gra­molą się na pagórki. Piesi żoł­nie­rze z nie­chę­cią włażą w błoto i idą noga za nogą.

A może w tej samej chwili, kiedy ty tara­ba­nisz się na pagó­rek, czeka na cie­bie nie­miecka mina? Kop­nij nogą powa­loną żerdź, zaczep lekko o kawa­łek prze­wodu tele­fo­nicz­nego, rzu­co­nego w poprzek drogi i boczny zapal­nik przy naciągu odpo­wie wybu­chem. Sądzi­cie, że w wodzie i bło­cie spłonka zawil­got­nieje i deto­na­cja nie nastąpi? Żoł­nie­rze tak nie myślą.

Patrzę na idą­cych obok mnie żoł­nie­rzy i sta­ram się pojąć, o czym teraz roz­my­ślają. Twa­rze znu­żone, szy­nele zbry­zgane bło­tem, wymę­czony wygląd. Idą ceka­emi­ści. Patrzysz na nich i nie wiesz, z jakiego powodu wydają się obcy. Choć każ­dego z nich znasz z wyglądu. Myślę, że to ze zmę­cze­nia. Idziemy i idziemy, a końca drogi nie widać.

Niemcy ode­rwali się od nas i umy­kają. Nie możemy ich dogo­nić, choć tupiemy już całą dobę. Dzieje się coś nie­po­ję­tego. Z góry po wszyst­kich szcze­blach doma­gają się mel­dunku sytu­acyj­nego. A tu nie wie­dzą, gdzie wła­ści­wie znaj­dują się Niemcy. Świe­żych rezerw dywi­zja nie ma. Ceka­emi­stom roz­ka­zali iść z przodu, pod­mie­nia­jąc kom­pa­nię strze­lecką.

Wiać i umy­kać jest zawsze lżej, niż doga­niać. Niem­ców popę­dza strach. Od tyłu napie­rają na nich Sło­wia­nie. A nasi nie­zbyt się śpie­szą -?idą sobie i idą. W pie­cho­cie zawsze tak jest. Ile byś się nie nacho­dził, to i tak pierw­sze nie­miec­kie kule z pew­no­ścią cię gdzieś powi­tają. To dla­tego, że wojo­wa­li­śmy pra­wie samymi pie­cho­ciń­cami.

Dla wyli­czeń i rapor­tów potrzebne były kilo­me­try, pię­dzi ziemi, wyzwo­lone wio­ski. Liczba ran­nych i zabi­tych nie była brana pod uwagę.

Kiedy prze­ry­wano obronę, zna­czyło to duże straty. Naj­waż­niej­sze było to, żeby ją prze­rwać. Zakła­dano, że pod­czas takiego prze­ła­ma­nia dywi­zja szybko opad­nie z sił i straci masę ludzi. Ku naszemu zdzi­wie­niu, Niemcy jed­nak od razu wszystko rzu­cali i gnali na nową rubież. Wszystko poszło tym razem ina­czej niż zakła­dano. W pierw­szej chwili wręcz się zasie­dzie­li­śmy.

W stycz­niu 1943 roku Niem­ców nie udało się zepchnąć z głów­nej drogi Bie­łyj -?Duchowsz­czina. Prze­ła­ma­nie wykon­cy­po­wano poprzez obej­ście mia­sta Bie­łyj. Oka­zało się, że Niemcy mieli tam słabą osłonę. Już przy pierw­szym ude­rze­niu, oba­wia­jąc się wpad­nię­cia w okrą­że­nie, Niemcy zała­mali się i popę­dzili na nową rubież.

Prze­rwa­nie nie­miec­kiej obrony odbyło się bez szcze­gól­nych strat. Niemcy nie dys­po­no­wali rezer­wami. Arty­le­ria była czę­ściowo zwi­nięta. Ustał dowóz amu­ni­cji po roz­mo­kłych dro­gach. Zupeł­nie nie spo­dzie­wali się po nas natar­cia w takim okre­sie.

Obe­szli­śmy Bie­łyj od strony Szajt­rowsz­cziny i zaczę­li­śmy posu­wać się na Batu­rino rów­no­le­gle do szosy biel­skiej. Wyrwa­li­śmy się do przodu. Bie­łyj został wyzwo­lony przez inne nacie­ra­jące tu jed­nostki. Nie­wiel­kie mia­steczko kosz­to­wało nas wiele tysięcy żyć żoł­nie­rzy i kom­pa­nij­nych ofi­ce­rów. Wielu z naszych żoł­nie­rzy legło na tej ziemi. A jesz­cze wię­cej, ku naszemu wsty­dowi, dostało się tu do nie­woli nie ze swo­jej winy.

Oka­zało się, że teraz, pod­czas wio­sen­nych roz­to­pów, wystar­czyło jedno nie­wiel­kie ude­rze­nie i groźna nie­miecka obrona roz­sy­pała się i zawa­liła w jeden dzień. Oto dla­czego szli­śmy bez snu i odpo­czynku, śpie­sząc za cofa­ją­cymi się Niem­cami.

Dowódz­two podą­żało za nami najaz­dami, tocząc się w lek­kich zaprzę­gach. Mieli czas, aby wyspać się w nocy, dobrze pod­jeść i ruszyć w ślad za nami, mając drogę oczysz­czoną żoł­nier­skimi bucio­rami, kopy­tami naszych koni i kołami wozów. Jechali bez obaw, popę­dza­jąc i poga­nia­jąc nas do przodu.

Pamię­tam, jak pode­szli­śmy do Szajt­rowsz­cziny. Przed oczami wyro­sła zna­joma wio­ska. Kie­dyś stał tu duży dom o pię­ciu ścia­nach4. w któ­rym zamiesz­ki­wał sam Bie­re­zin. W maju czter­dzie­stego dru­giego porzu­cił tutaj swoje gwar­dyj­skie woj­sko i ukrył się, oddaw­szy Niem­com do nie­woli osiem tysięcy żoł­nie­rzy. Ostatni raz widziano go w towa­rzy­stwie leka­rza z bata­lionu sani­tar­nego oraz jego żony, kiedy szli w stronę Niem­ców.

Pamię­tam jak na ganku tego domu stali żoł­nie­rze z jego oso­bi­stej ochrony. Z wyso­ko­ści owego ganku patrzyli na mnie, porucz­nika, pew­nym wzro­kiem, trzy­ma­jąc na brzu­chach swoje auto­maty.

Wspo­mnie­nia i prze­szłość odsuńmy jed­nak na bok. Musimy trzy­mać kie­ru­nek na Bru­lewo. Stam­tąd leśną drogą idziemy na Koro­wia­kino, nocą skrę­camy na pół­noc i nad ranem 12 marca wycho­dzimy ku pod­nóżu wzgó­rza 236.

Takiego wznie­sie­nia dawno nie widzie­li­śmy. Sta­li­śmy, zadarł­szy głowy do góry i patrzy­li­śmy na jego szczyt, ster­czący gdzieś w nie­bie. Ze skraju lasu droga zyg­za­kami wspina się po jego zbo­czu ku górze. Wyrwaw­szy się na prze­stwór i świa­tło z zaba­gnio­nego lasu, nagle usły­sze­li­śmy dźwięki nad­la­tu­ją­cych poci­sków. I w tej samej sekun­dzie zasze­le­ściły one nam nad gło­wami.

-?No i wresz­cie dopę­dzi­li­śmy Niemca! -?wes­tchnęli z ulgą żoł­nie­rze.

Z tyłu unio­sły się słupy dymu. Kłę­bia­ste chmury wybu­chów ponio­sły się rzę­dem po dro­dze. Żoł­nie­rze raz jesz­cze unie­śli głowy, spoj­rzeli w stronę szczytu, skąd pew­nie można ocze­ki­wać następ­nych poci­sków, zeszli z drogi i wci­snęli się do przy­droż­nego rowu. Odcze­kaw­szy minutę czy dwie, gdy ponow­nie usły­szeli war­cze­nie poci­sków, ceka­emi­ści pod okrzy­kami dowód­ców roz­bie­gli się po polu i zale­gli.

Żoł­nie­rze byli ewi­dent­nie zado­wo­leni, że dotarli do Niemca, że nie trzeba będzie wię­cej iść i że teraz można wybrać sobie rów lub dołek, wycią­gnąć nogi i wyspać się.

Zanim puł­kowi się poła­pią, o co cho­dzi i gdzie są Niemcy, żoł­nie­rzom może przy­śnią się kobiety i w noc­nych maja­kach będą im przy­no­sić menażki z kaszą. Będą spać, dopóki nie pode­rwą ich na nogi dowódcy kom­pa­nii. W tym cza­sie możesz strze­lać, krzy­czeć, a żoł­nie­rze i tak nie pod­niosą głów. Bez krzyku żoł­nie­rza może pode­rwać na nogi wyłącz­nie zapach peł­nego kociołka, chleba, woj­sko­wej bałandy, czy gorz­kiego smaku dymu z machorki. Te led­wie wyczu­walne aro­maty pod­ry­wają na nogi cho­rych i zdro­wych. Tylko mar­twi ich nie czują. Mar­twego poznasz od razu, jeśli nie wstał w chwili roz­da­wa­nia jedze­nia.

Spa­li­śmy cały dzień i całą noc. Momen­tami się budzi­łem, uno­si­łem głowę i przy­glą­da­łem się wzgó­rzu i ciem­nym nie­bie­skim prze­stwo­rzom. Nie­miec przez całą noc świe­cił rakie­tami i od czasu do czasu pusz­czał serię poci­sków w stronę lasu.

A kiedy przed świ­tem do kom­pa­nii przy­nie­śli chleb i pochlipkę i kiedy żoł­nie­rze niczym mrówki przed burzą zaczęli bie­gać z menaż­kami, Nie­miec cał­kiem prze­stał strze­lać.

-?Nie chce nam psuć ape­tytu!

-?Teraz nie trzeba się śpie­szyć z żar­ciem! Rano ze wscho­dem słońca możemy iść do ataku!

-?Może ostatni raz bie­rzesz żar­cie do gęby!

-?Dzi­siaj żar­cie jakieś lep­sze i bar­dziej gęste!

I żoł­nierz połą szy­nela prze­cie­rał swoją łyżkę z kurzu.

Nagła cisza, podob­nie jak gło­śny ostrzał, działa na ludzi. Teraz albo roz­pusz­czą gębę, albo Nie­miec pode­rwał się i zwiał ze wzgó­rza. Wszyst­kie oznaki świad­czyły o tym, że Niemcy szy­ko­wali się, aby nam czymś napa­sku­dzić. Dopóki Nie­miec strze­lał, w ser­cach był spo­kój. Dowódz­two sie­działo w lesie i nie cze­piało się nas.

Nie­wy­klu­czone, że Niem­com ugrzę­zło gdzieś działo, może oba­liło się na prze­gni­łym moście. Osło­nili się więc ogniem arty­le­ryj­skim. Działa mają cięż­kie, nie to, co nasze, które przy wystrzale ska­czą jak żaby. No i przy­ha­mo­wali nas na dobę. To były moje przy­pusz­cze­nia, ale moż­liwe, że szy­ko­wało się coś innego.

Wkrótce przy­słali po mnie łącz­nika. Razem z nim ruszy­łem do lasu, do Malecz­kina. Mach­nę­li­śmy trzy kilo­me­try i skrę­ci­li­śmy z drogi.

-?Oto, jak się sprawy mają, sze­fie sztabu! Dowódca dywi­zji każe wziąć wzgó­rze. Kom­pa­nię strze­lecką posłali okrężną drogą, a na miej­scu poza ceka­emi­stami nikt nie pozo­stał. Musisz wra­cać do kom­pa­nii i orga­ni­zo­wać natar­cie. Dwie kom­pa­nie broni maszy­no­wej wystar­czą, aby zająć wznie­sie­nie. Damy ci łącz­ność tele­fo­niczną. Sztab dywi­zji roz­ka­zał, abyś oso­bi­ście dowo­dził obiema kom­pa­niami. Prze­ka­żesz roz­kaz bojowy dowód­com kom­pa­nii. Na przy­go­to­wa­nia daję pół godziny, nie wię­cej. Wszystko jasne? No, to ruszaj! Zdo­by­waj wzgó­rze dla ojczy­zny!

Wró­ci­łem do kom­pa­nii, prze­ka­za­łem roz­kazy dowód­com, wska­za­łem na wzgó­rze i doda­łem:

-?Zasu­waj­cie gwar­dzi­ści, póki Niemca tam nie ma!

-?Skąd wie­cie, że nie ma?

-?Gdyby był, nie dałby nam się ruszyć po dro­dze. A jak sami widzie­li­ście, szli­śmy do lasu i z powro­tem nie kry­jąc się. Myślisz, że wytrzy­małby bez pusz­cze­nia serii po dro­dze? To nie ten sam Nie­miec, co w czter­dzie­stym pierw­szym. Teraz się śpie­szy i ucieka. Nie ma czasu na myśle­nie i osądy. Dawaj­cie, dawaj­cie, chło­paki! Im szyb­ciej zaj­dziemy na szczyt, tym lepiej dla nas wszyst­kich. Bo jesz­cze się Fryc roz­my­śli i zawróci!

Pode­rwa­li­śmy ludzi i wyszli­śmy na drogę, gdzie cze­kało na nas trzech tele­fo­ni­stów ze szpu­lami prze­wo­dów. Przed nami zupeł­nie odkryty teren. Kręta droga wspi­nała się gdzieś do nieba. Pod nogami mie­li­śmy suchą i twardą zie­mię.

Czas pły­nie powoli i nie­spiesz­nie. Oczy­wi­ście w głębi ducha mam wąt­pli­wo­ści. Może Niemcy się przy­cza­ili i cze­kają, aż podej­dziemy bli­żej. Po pra­wej i lewej stro­nie drogi posu­wają się obsady ceka­emów. Ja, Samo­chin i tele­fo­ni­ści wspi­namy się na wzgó­rze. Patrzymy przed sie­bie, roz­glą­damy się na boki i na razie wszę­dzie panuje spo­kój. Jed­nak w każ­dej chwili może wygar­nąć nie­miecki kara­bin maszy­nowy lub grzmot­nąć sterta poci­sków.

Wspi­namy się, ocze­ku­jąc powi­tal­nych strza­łów i głów­ku­jemy, gdzie można będzie zale­gnąć. Lecz dookoła panuje pełna napię­cia cisza. Nie sły­chać nic poza wła­snym odde­chem. Nie­pew­ność i wąt­pli­wo­ści spra­wiają, że przy podej­ściu zwal­nia się kroku. Nie­zwy­kła cisza odzywa się dzwo­nie­niem w uszach i sły­chać, jak zaczy­nają cykać pasi­ko­niki. Przy­pa­da­jąc do ziemi, żoł­nie­rze cią­gną za sobą cięż­kie kara­biny maszy­nowe.

Wspi­namy się wciąż wyżej i wyżej, w każ­dej sekun­dzie gotowi do roz­wi­nię­cia ceka­emów. Odno­szę wra­że­nie, że sto­imy i drep­czemy w miej­scu. Idziemy po dro­dze, a jej końca nie widać. Wspi­namy się na szczyt, a on się od nas oddala.

Tele­fo­ni­sta szar­pie mnie za rękaw i mówi, że gdy roz­wi­niemy parę szpul, powin­ni­śmy się zatrzy­mać i połą­czyć z Malecz­ki­nem. Zatrzy­muję się i cze­kam. Tele­fo­ni­sta koń­czy roz­wi­ja­nie, usta­wia apa­rat na ziemi, pod­łą­cza prze­wód i podaje mi słu­chawkę.

Z daleka sły­szę głos Malecz­kina. Domy­ślam się, że pew­nie chce, aby­śmy posu­wali się szyb­ciej.

-?Podej­dzie­cie do Niem­ców na sto metrów... posta­wisz zada­nie kom­pa­niom... pode­rwiesz ludzi do ataku!

Ciskam słu­chawkę żoł­nie­rzowi i krzy­czę do ludzi, aby przy­śpie­szyli kroku. Ci machają do mnie rękami, że niby zro­zu­mieli, ale dalej idą tak samo powoli.

Ci zaś, któ­rzy sie­dzą w lesie, chcą oczy­wi­ście, żebyś im wszystko podał jak naj­szyb­ciej i zwy­kle nie mają do niczego cier­pli­wo­ści. Dla nich ważne jest, kto pierw­szy powie "miau!". Że wzgó­rze zdo­byte! "Dawaj, dawaj!" -?nie­sie się w słu­chawce w ślad za nami.

Jesz­cze tro­chę i oto grzbiet. Jedna z obsad ceka­emów już uło­żyła się na ziemi. Leżą jak sowy i wytrzesz­czają oczy spod heł­mów. Nasta­wili uszu i przy­ci­skają się do ziemi.

Ruchem głowy przy­wo­łuję dowódcę kom­pa­nii i wycho­dzimy na grzbiet, aby z góry spoj­rzeć przed sie­bie. Tele­fo­ni­ści zostali na prze­ciw­le­głym skło­nie.

Przed nami wokoło roz­ta­cza się nie­skoń­czona prze­strzeń. Roz­ciąga się po sam hory­zont. Widać lasy, nie­wiel­kie prze­świty gołych pól i białe pasy poran­nej mgły, która wisi nad bagnami i paro­wami. A tam dalej prze­ziera błę­kit­nawa dal, która ucieka nam spod nóg. Z przodu u pod­nóża wznie­sie­nia widać dachy wiej­skich cha­łup. Parę domów miesz­kal­nych i dwie, trzy sto­doły. Po pra­wej i lewej stro­nie krzewy pora­stają zbo­cza wzgó­rza. Sto­imy na szczy­cie wypro­sto­wani i twa­rze owiewa nam świeży, chłodny wiatr. Ze wszyst­kich stron dosko­nale nas widać. Scho­dzę z drogi i wspi­nam się na pod­wyż­sze­nie, na sam czu­bek, uno­szę lor­netkę i omia­tam wzro­kiem leżący przede mną teren.

Tele­fo­ni­ści roz­cią­gają prze­wód, kucają, wbi­jają w zie­mię szpilę i pod­łą­czają apa­rat do kabla. Łącz­no­ści nie ma.

-?No, co tam u was? -?pytam.

-?Zrywka na linii!

Oku­la­rami lor­netki prze­śli­zguję się po zbo­czach, patrzę na drogę, spły­wa­jącą w dół ku pod­nóżu, obser­wuję maleń­kie szare dachy pokryte gon­tem, przy­kle­jone do skraju lasu na samym dole. Stąd, ze szczytu, widać je w dziw­nej skali.

Do tej pory sie­dzie­li­śmy na bagnach i w nisko poło­żo­nym tere­nie. Na Niem­ców i twardą zie­mię patrzy­li­śmy z dołu ku górze. Wów­czas ota­cza­jący nas świat jawił się nam w jakiejś żabiej per­spek­ty­wie. Teraz byli­śmy na górze i nie­ma­jący końca prze­stwór ucie­kał nam spod nóg gdzieś w dal. Tutaj oddy­cha się lekko, swo­bod­nie, pełną pier­sią. Ma się wra­że­nie, że szy­bu­jemy nad zie­mią niczym ptaki. Sto­imy w nie­bie­skich prze­stwo­rzach i patrzymy na drogę, którą teraz przyj­dzie nam scho­dzić w dół.

Pod­czas gdy tele­fo­ni­ści grze­bią się z tele­fo­nem, posta­na­wiam zer­k­nąć do tyłu, tam, gdzie w lesie sie­dzą nasze tyły. Na skraju lasu na ziemi roją się maleń­kie figurki żoł­nie­rzy.

Opusz­czam lor­netkę i spo­glą­dam na łącz­no­ściow­ców. Muszę zło­żyć mel­du­nek. Malecz­kin czeka na raport. A ci spo­glą­dają na mnie skru­szeni. Na twa­rzach zdu­mie­nie i zakło­po­ta­nie.

-?Dawać mnie szyb­ciej na linię! Kurwa mać... -?krzy­czę do nich. -?Macie gdzieś zrywkę na linii, a wy dłu­bie­cie w apa­ra­cie!

-?Prze­wód jest stary! Porwany w wielu miej­scach! Pomo­tany z kawał­ków!

-?Zwy­kła sprawa na woj­nie! Szybko na linię! Żeby mi tu śladu po was nie było!

Na szczy­cie jest cicho, nikt nie strzela. Można i nie krzy­czeć, powie­dzieć to samo cicho i spo­koj­nie. Ale my jeste­śmy ludźmi z oko­pów, przy­zwy­cza­jo­nymi do huku. Dla nas cisza jest nie wtedy, kiedy jesteś z babą, ale gdy leżysz w obję­ciach śmierci. Kiedy duszę prze­nika ci przy­jemny dotyk nie­biań­skiego życia. Po tym żoł­nie­rzowi już nic nie jest potrzebne. I wła­śnie dla­tego krzy­czę.

Jeden z tele­fo­ni­stów zrywa się z miej­sca, chwyta prze­wód w ręce i niczym pies na uwięzi, pochy­lony, pusz­cza się pędem w dół po dru­cie.

Ja zaś patrzę do przodu, gdzie być może znaj­duje się nowa linia obrony Niem­ców. Jed­nakże nie widać tam ani wzgórz ani grzęd, obra­mo­wu­ją­cych cały hory­zont. Z przodu nie ma wygod­nych rubieży. Jeśli Niemcy gdzieś są, to kryją się na niżej poło­żo­nym tere­nie.

Sto­imy pod samym nie­bem na tle pły­ną­cych obło­ków i z góry wszystko widzimy. Niemcy nie będą budo­wać nowych rubieży na bagnach i w obni­że­niach terenu, więc będziemy jesz­cze szli i szli!

Niemcy uni­kają nizin i lasów, zawsze sta­rają się zasia­dać wyżej. Dla­czego jed­nak nie umoc­nili się na takim góru­ją­cym nad oko­licą wzgó­rzu? Dla­czego oddali je bez walki? Posadź tam pół setki żoł­nie­rzy, osłoń wzgó­rze bate­rią dział i nasi musie­liby poło­żyć tam nie­jedną setkę wła­snych ludzi.

Gdy wspi­na­li­śmy się na wznie­sie­nie, sądzi­łem, że Niemcy powi­tają nas sil­nym ogniem. Wycho­dzi na to, że nie­po­trzeb­nie dła­wi­li­śmy w sobie strach i wąt­pli­wo­ści. Ileż to przy­szło prze­żyć, sta­wia­jąc krok za kro­kiem i powoli wspi­na­jąc się pod górę.

Nie­skoń­czona wstęga pół i lasów roz­cią­gała się po hory­zont. Ilu żoł­nie­rzy, ile dział i kara­bi­nów maszy­no­wych trzeba posta­wić, aby przy­kryć tak długą linię frontu?

W sierp­niu 1942 roku Niemcy mieli w Pusz­ka­rach parę­dzie­siąt luf na kilo­metr frontu. Dzień i noc orali naszą pierw­szą linię. I tamto wzgó­rze było niż­sze od tego. Dzie­siątki dział i nie­ogra­ni­czona ilość amu­ni­cji!

Niemcy byli twar­dzi, gdy zie­mia ryczała nam nad gło­wami, kiedy zaście­łali ją set­kami poci­sków. A teraz żoł­nie­rze führera naj­wi­docz­niej opa­dli z sił. Zabra­kło dział. Znik­nęły zapasy poci­sków. No i ucie­kają nach Hause. Cie­kawe, jak by wojo­wali, gdyby im tak zosta­wić, jak naszym Sło­wia­nom, same kara­biny i nie dać armat. Syp­nąć po dzie­sięć nabo­jów na głowę i powie­dzieć: " Los! Los! Zasu­wać! Vorwärts!"

Chęt­nie byśmy na nich popa­trzyli. No i teraz umy­kają. Ratuj się, kto może! Żoł­nie­rze führera nie mogą wojo­wać samymi kara­bi­nami, bez dział. Cho­dzić do ataku z pochy­lo­nym kara­bi­nem mogą tylko Rosja­nie. Do tego Sło­wia­nie przy­zwy­cza­ili się od czter­dzie­stego pierw­szego. Naszym wodzom potrzebne były wio­ski i kilo­me­try. My zaś odmie­rza­li­śmy te kilo­me­try kro­kami, ozna­cza­jąc nie­miec­kie ubez­pie­cze­nia żoł­nier­skimi tru­pami.

Odwró­ci­łem się, usły­szaw­szy tętent koń­skich kopyt. Major Malecz­kin wraz z Jegorką konno zbli­żali się do wzgó­rza. Malecz­kin nie docwa­ło­wał do szczytu, osa­dził konia i lekko zesko­czył na zie­mię. Ordy­nans Jegorka zła­pał wodze i zawró­cił konie. A major, pod­trzy­mu­jąc ręką buja­jący się przy boku map­nik, wbiegł na wierz­cho­łek, na któ­rym sta­li­śmy.

Malecz­kin zła­pał oddech, obsztor­co­wał tele­fo­ni­stów i z miej­sca wydał mi nowy roz­kaz:

-?Kom­pa­niom roz­ka­zano osio­dłać wzgó­rze! Zająć obronę okrężną i ani kroku w tył! Oso­bi­ście każ­dego dopil­nuj, żeby zarył się w zie­mię! Puł­kowi zwia­dowcy wysuną się do przodu, a kom­pa­nie broni maszy­no­wej zostaną tutaj! Wasze pod­wody są tam, w paro­wie na skraju lasu! Tam będzie­cie odsy­łać ran­nych!

Jak zro­zu­mia­łem, nas, ceka­emi­stów, prze­su­nięto do dru­giego rzutu. Pozo­sta­wiono nas tutaj, aby­śmy przy­kryli wzgó­rze. Niemcy mogli zepchnąć wysu­nięte kom­pa­nie, zmu­sić do odwrotu zwia­dow­ców i wró­cić tutaj. Jed­nak wąt­pliwe jest, aby zebrali swoje roz­pro­szone woj­sko.

Malecz­kin był zado­wo­lony, że zaję­li­śmy wzgó­rze. Pokle­pał po ple­cach Samo­china i skie­ro­wał się do koni. Jak się póź­niej dowie­dzia­łem, za wzię­cie wzgó­rza major został przed­sta­wiony do odzna­cze­nia.

Obsługi kara­bi­nów maszy­no­wych zajęły obronę i oko­pały się. Żoł­nie­rze wolni od dyżu­rów poło­żyli się spać. Kto wie, ile czasu będziemy ster­czeć na wznie­sie­niu. W każ­dej chwili mogą nas pchnąć do przodu na Niem­ców.

W dole, dokąd poszli puł­kowi zwia­dowcy, gdzie u pod­nóża góry widać było dachy nie­za­miesz­ka­łych cha­łup, trza­snęły wystrzały. Po jakimś cza­sie, zachły­stu­jąc się, ode­zwał się nie­miecki kara­bin maszy­nowy. Minęło jesz­cze nieco czasu i wszystko uci­chło.

Łącz­ność tele­fo­niczna została przy­wró­cona. Połą­czy­łem się z Malecz­ki­nem i zamel­do­wa­łem o strze­la­ni­nie.

-?Masz obser­wo­wać i dokład­nie mi o wszyst­kim mel­do­wać! -?usły­sza­łem w słu­chawce jego głos.

Pod wie­czór otrzy­ma­li­śmy roz­kaz, by zwi­jać się ze wzgó­rza i ruszać w dół po dro­dze. Gdy pode­szli­śmy do trzech cha­łup, przy któ­rych doszło do wymiany ognia, ujrze­li­śmy trzech zabi­tych zwia­dow­ców. Dla­czego nie obe­szli tych cha­łup bokiem po krza­kach? Dla­czego poszli na zabu­do­wa­nia po odkry­tym tere­nie? Nie­stety, na woj­nie takie rze­czy czę­sto się zda­rzają.

Czło­wiek idzie drogą i nikt do niego nie strzela. Wydaje się, że nie trzeba zacho­wy­wać ostroż­no­ści. Po co na próżno mar­no­wać czas? Żoł­nierz zapo­mina o nie­bez­pie­czeń­stwie, o tym, że może się nadziać na strzał, a już dawno wzięli go na muszkę. On zaś idzie spo­koj­nie. A Niemcy tylko cze­kają, żeby pod­szedł bli­żej. Prze­cież wojak nie będzie omi­jać każ­dego krzaka, obcho­dzić bokiem każ­dego pagórka, sto­doły czy chaty, sto­ją­cej na ubo­czu. Nie ma sensu kłaść się przed każdą szopą i peł­zać na brzu­chu zabło­co­nym rowem. Idziesz sobie drogą i nikt do cie­bie nie strzela. Jaki tu sens, żeby się kryć i roz­glą­dać na boki? Może jakoś prze­nie­sie! - głów­kują wszy­scy.

Na woj­nie trudno jest zgad­nąć, w któ­rym momen­cie stra­cisz życie. Wystrzał -?to jedno mgnie­nie oka! Kula tra­fia i życie nagle się skoń­czyło!

Pod­czas pościgu za Niem­cami nie mie­li­śmy moż­li­wo­ści prze­cze­sy­wa­nia oko­licy od krzaka do krzaka. Szli­śmy po dro­dze, dopóki nie zaczy­nano do nas strze­lać. Nie będziesz się czoł­gać, gdy wokół głu­cho i cicho. Nie oszczę­dza­li­śmy nabo­jów, ale strze­la­nie po pustych cha­łu­pach i sto­do­łach jakoś nie miało sensu. Choć nie­raz prze­ko­ny­wa­li­śmy się, że to wła­śnie tam za każ­dym razem cze­kali na nas Niemcy.

Przy­po­mi­nam sobie teraz zaję­cia z tak­tyki na uczelni woj­sko­wej. Gania­li­śmy po polu i krzy­cze­li­śmy "Ura!". Potem, przy podej­ściu do wsi, kła­dli­śmy się i peł­za­jąc zbli­ża­li­śmy się do domów. Na woj­nie nie zmu­sisz żoł­nie­rza do czoł­ga­nia się, dopóki kule nie zaczną mu gwiz­dać nad głową. A skąd to wszystko? Z żoł­nier­skiego leni­stwa! Ech, leni­stwa nie wybi­jesz z żoł­nie­rza dębową pałką. Teraz to wojna wszyst­kiego nas uczyła. Nie uczy­li­śmy się na doświad­cze­niach wojny domo­wej, kiedy to peł­zano na brzu­chu i rzu­cano się do walki wręcz, macha­jąc bagne­tami. Myśmy się uczyli na wła­snej skó­rze. Wykła­dow­ców mie­li­śmy doświad­czo­nych -?prze­szli prze­cież całą Europę.

Przy­swo­iw­szy sobie ten szybki kurs naukowy uzu­peł­ni­li­śmy go rosyj­skim spry­tem. Czego jak czego, ale siły ducha i doświad­cze­nia, zawsze naby­tego po szko­dzie, rosyj­skiemu żoł­nie­rzowi ni­gdy nie bra­kuje. Prze­ści­gnę­li­śmy w końcu swych nauczy­cieli we wszyst­kich dzie­dzi­nach!

Ist­niały jesz­cze inne powody naszej odwagi i leni­stwa. Wojo­wa­li­śmy mię­dzy mło­tem a kowa­dłem. Z jed­nej strony -?Niemcy. Z dru­giej -?nasi waleczni tyłowi sze­fo­wie i dowódcy. Kto przy­ci­śnie nas moc­niej?

Pod­czas natar­cia bra­ko­wało nam zarówno poci­sków, jak i dział. Dostawy chleba odby­wały się z prze­rwami. Na samej bałan­dzie nie pognasz, aby oble­cieć wszyst­kie krzaki i sto­doły. A dowódz­two nie dawało nam czasu, aby­śmy spo­koj­nie się uło­żyli i leżąc, umie­rali. Poga­niano nas, przy­mu­szano i pona­glano. Potrzebne nam były kilo­me­try odbi­tej Niem­cowi ziemi. Ceną za każdy nasz krok było życie pro­stych żoł­nie­rzy i ofi­ce­rów. Po dro­dze tra­ci­li­śmy wię­cej ludzi niż pustych łusek po nabo­jach kara­bi­no­wych.

Komu, jak komu, ale rosyj­skiemu żoł­nie­rzowi, który prze­szedł wojnę z kom­pa­nią w pie­cho­cie, należy kła­niać się do ziemi. Zapła­cił wła­sną krwią i życiem za wszyst­kie czer­wone strzałki, wyry­so­wane na wojen­nych mapach. Nie­stety, jego sławne imię zostało zapo­mniane. Zwy­cięz­cami zostali drobni tyłowi funk­cjo­na­riu­sze od bata­lionu wzwyż. Teraz są fron­tow­cami z pierw­szej linii, szlag by ich tra­fił! Nie wia­domo już, kto wal­czył, a kto jaw­nie cho­wał się na tyłach pułku i dywi­zji.

Ludzie ci, rzecz jasna, także doświad­czali nędzy i nie­szczę­ścia. Pod­czas natar­cia musieli wła­zić na sio­dła i obi­jać tyłki, doga­nia­jąc pie­chotę. Byli zmu­szęni kłaść się spać, okry­wa­jąc się na furach. Nie mieli swych tra­dy­cyj­nych mate­racy i podu­szek. Za to o woj­nie i o Niem­cach wie­dzieli ze sły­sze­nia. Któ­re­goś razu zada­łem dowódcy bata­lionu tego typu pyta­nie. Spoj­rzał na mnie zagad­kowo i spro­wa­dził roz­mowę na inne tory.

Odłóżmy dys­ku­sję, kto wojo­wał, a kto "uczest­ni­czył", sie­dząc na tyłach jak naj­da­lej od frontu. Wróćmy na drogę, po któ­rej mie­li­śmy masze­ro­wać. Tam, przed nami, wiele nas cze­kało. Każdy krok na naszej dro­dze kosz­to­wał czy­jeś życie5.

* * *

Minęła jesz­cze jedna fron­towa noc. O świ­cie odcho­dzimy od trzech nie­za­miesz­ka­łych cha­łup, gdzie pole­gli zwia­dowcy.

Równa i pokryta świe­żym śnie­giem droga skrę­ciła w las. Poprzed­niego wie­czoru niebo jakoś tak nagle pociem­niało, zerwał się zimny wiatr i z pół­nocy syp­nęło świe­żym śnie­giem. Wszystko, co dzień wcze­śniej roz­mię­kło i chlu­pało pod nogami, od razu ska­mie­niało. Przed naszymi oczami roz­po­starła się biała zasłona. Po dro­dze szło się łatwo i przy­jem­nie.

Gdzieś na prawo od nas, w odle­gło­ści trzech kilo­me­trów, idzie drogą kom­pa­nia strze­lecka. Jeste­śmy, że tak powiem, sąsia­dami, ale nie widzimy się wza­jem­nie.

Na dro­dze widać świeże ślady umy­ka­ją­cych Niem­ców. Patrzę na nie i liczę, ile to ich zostało przed nami. Jeśli ślad się urwie lub skręci gdzieś w bok, należy zacho­wać ostroż­ność, gdyż można spo­dzie­wać się zasadzki. To jest jak polo­wa­nie na zające po pierw­szym opa­dzie śniegu.

Cichy i przy­sy­pany śnie­giem las zamarł w bez­ru­chu. Świt jesz­cze nie zapło­nął. Lecz oto wyglą­dają już wierz­chołki drzew i droga tro­chę jaśnieje.

Przed nami widać sze­roki prze­świt. Droga ostro odbija w bok. Z przodu nie widać pło­tów ani zabu­do­wań. Po pra­wej i po lewej stro­nie jest równe pole. Droga omija bagno. Las to się zbliża, to oddala. Przed nami leży pagó­rek, za któ­rym można dostrzec dachy domostw. Wzdłuż drogi cią­gnie się ogro­dze­nie z żer­dzi. Obok stoją poje­dyn­cze zaśnie­żone drzewa.

Pod­cho­dzimy jesz­cze tro­chę do przodu i wspi­namy się na wzgó­rek. Przy­glą­dam się uważ­nie szczy­tom dachów, czy aby nie ukaże się nad nimi głowa lub hełm Niemca. Okien i przyzb jesz­cze nie widać.

Macham ręką dowódcy kom­pa­nii, który zatrzy­muje swo­ich ceka­emi­stów. Otwie­ram map­nik i spo­glą­dam na mapę. Chcę poznać nazwę wsi. Na samym końcu pola rosną krzewy i znaj­duje się mostek przez stru­mień. Podej­ścia do mostu mogą być zami­no­wane. Iść drogą czy obcho­dzić wio­skę bokiem po polu? Może ścią­gnąć z tyłów sape­rów? Zanim nadejdą, minie sporo czasu, a jeśli nie znajdą min, to za zwle­ka­nie dostanę repry­mendę.

Teraz należy roz­strzy­gnąć jesz­cze jedno. Niemcy są jesz­cze we wsi, czy już poszli?

Wołam Samo­china i pytam go:

-?Jak sądzisz? Niemcy są we wsi?

Samo­chin patrzy, kręci głową i mówi:

-?Nie wiem!

-?Popatrz na kominy. Widzisz? Z wierz­chu leży biała war­stwa świe­żego śniegu. Jeśli Niemcy zosta­liby na noc we wsi, to napa­li­liby w pie­cach. Nie przy­wy­kli do sie­dze­nia w zim­nie.

Po pew­nym namy­śle mówię do Samo­china:

-?Poślij do wsi plu­to­no­wego i niech weź­mie ze sobą pię­ciu ludzi. Nie wysy­łaj go drogą. Niech idzie po krza­kach i warzyw­ni­kami.

Plu­to­nowy oddala się wraz z żoł­nie­rzami. My zosta­jemy na miej­scu. Żoł­nierz, który przy­biegł z powro­tem, zamel­do­wał, że wio­ska jest pusta i nie ma w niej miesz­kań­ców.

Idziemy po dro­dze. Tu i tam widać hałdy poci­sków i min. Obok skraj­nego domu przy wej­ściu leżą roz­rzu­cone nie­miec­kie rupie­cie. Pod­cho­dzę bli­żej i widzę na ganku nie­miecki ple­cak z rudym futrem na zewnętrz­nej kla­pie. Obok żoł­nier­ski hełm i parę gru­bych puszek z maskami prze­ciw­ga­zo­wymi. Ni­gdzie nie widać porzu­co­nych kara­bi­nów. Przy ganku całą kupą leżą gra­naty ręczne z dłu­gimi drew­nia­nymi trzon­kami.

Wcho­dzę po stop­niach. Drzwi są otwarte na oścież. Stą­pam po skrzy­pią­cych deskach pod­ło­go­wych i wcho­dzę do izby. Na środku stoi drew­niany stół. Pod ścianą po pra­wej stro­nie -?pię­trowe pry­cze zasłane słomą. Pry­cze mają z boku drew­niany rant, obity brzo­zową listwą. Pod­cho­dzę bli­żej i oglą­dam ją. Biała brzo­zowa żerdź jest prze­pi­ło­wana wzdłuż na dwie czę­ści. Na pół­okrą­głej stro­nie pozo­sta­wiono korę. Na tle pociem­nia­łych desek jaśnieje sre­brzy­stą bielą. Brzo­zowe żer­dzie są przy­bite pła­ską stroną do bocz­nych desek leżanki.

Zabawny widok! Trwa wojna, a oni zaj­mują się zdo­bie­niem. Nawet tutaj, na fron­cie, zaba­wiają się niczym małe dzieci.

Pod­cho­dzę do stołu, na któ­rym stoi meta­lowa skrzynka. Na wieczku, które jest uchy­lone, wid­nieje wymyślny wzór. Jeden z żoł­nie­rzy, któ­rych posłano z plu­to­no­wym do wsi, powie­dział mi, że nie­wy­klu­czone jest, iż Niemcy zosta­wili miny w cha­łu­pie. Zasta­na­wiam się, dla­czego tak sądził.

Nie śpie­szę się. Za moimi ple­cami stoi ten sam żoł­nierz, który mówił o minach.

-?Skąd­żeś wymy­ślił, że dom jest zami­no­wany?

-?Bo za domem leży cała kupa min!

Stoję, wzru­szam ramio­nami i nie odwra­ca­jąc się do niego, mówię:

-?Skocz i przy­nieś jakiś dłuż­szy kij!

A sam myślę, że gdyby nie miny za cha­łupą, tej szka­tułki już dawno by nie było.

Żoł­nierz wraca i podaje mi długi drąg. Odcho­dzę od stołu, pod­wa­żam kijem wieczko i popy­cham je. Wybuch nie nastę­puje. W cha­łu­pie wszystko jest w porządku i dalej panuje cisza. Wra­cam do stołu i zaglą­dam do wnę­trza skrzy­neczki. Wzro­kiem szu­kam drutu, prze­cią­gnię­tego pod stół do zapal­nika miny.

Na dnie skrzynki leżą nie­miec­kie Żela­zne Krzyże. Jest ich tam ponad pięć­dzie­siąt, a z boku przy ściance są jesz­cze dwie tabliczki zagra­nicz­nej cze­ko­lady. Ponow­nie badam stół. Wszystko gra -?żad­nych nitek ani dru­tów. Wypro­sto­wuję się i zer­kam na żoł­nie­rza. Jedną ręką powoli pod­no­szę szka­tułkę.

Żoł­nierz zamiera, prze­stał nawet oddy­chać. Ode­brało mu dech, nie mruga oczami. Wyj­muję obie tabliczki cze­ko­lady i wpy­cham je do kie­szeni. Potem zanu­rzam dłoń w skrzy­neczce i wygrze­buję garść Żela­znych Krzyży. Szka­tułkę wci­skam żoł­nie­rzowi w ręce. Ten bie­rze ją i zagląda do środka, patrząc na dno. Nie­miec­kie ordery lśnią zim­nym sre­brzy­sto­czar­nym bla­skiem.

Cał­kiem nie­dawno oddzia­ły­wały magiczną siłą na żoł­nie­rzy führera. Teraz nic nie są warte i nic nie zna­czą, choć i lśnią bla­skiem nie­rdzew­nej stali. Po pro­stu inte­re­su­jący widok.

Wsu­ną­łem parę sztuk do kie­szeni. Trafi się jeniec, to dla żartu uro­czy­ście go odzna­czymy. Powiemy, że to roz­kaz führera -?kazano wrę­czyć odzna­cze­nie. Jak masz na nazwi­sko? Zga­dza się, to dla cie­bie!

Nie­miecki guzik, odpruty z mun­duru i przy­szyty w roz­porku gaci przez naszego żoł­nie­rza, miał więk­sze zna­cze­nie niż te pół setki Żela­znych Krzyży.

-?Zosta­niesz na miej­scu we wsi! Pocze­kasz na dowódz­two pułku! Uro­czy­ście prze­ka­żesz im puszkę z krzy­żami! -?poin­stru­owa­łem żoł­nie­rza.

Sam przy­sia­dłem na ławie, wycią­gną­łem kap­ciuch, zwi­ną­łem skręta, zapa­li­łem i obej­rza­łem izbę. Na pod­ło­dze wszę­dzie ponie­wie­rają się papiery. W rogu pod pry­czą stoi skrzynka z butel­kami. Wcho­dzi Samo­chin. Ruchem głowy wska­zuję mu skrzynkę pod narami. Pochyla się i wyciąga ją spod pry­czy. Teraz skrzynka stoi u mnie mię­dzy nogami.

W środku są puste i pełne butelki. To nie po naszemu, by trzy­mać w skrzyni nie­wy­pity sznaps. Wyj­muję jedną flaszkę i obra­cam w dłoni, sta­ra­jąc się prze­czy­tać, co tam napi­sano na ety­kie­cie.

-?Te osiem sztuk zabierz do ana­lizy! -?gło­śno mówię Samo­chi­nowi, aby żoł­nie­rze sły­szeli. -?Prze­każ star­szy­nie! Niech odbie­rze za pokwi­to­wa­niem. Malecz­ki­nowi dwie. Pozo­stałe na próbę. Powiedz star­szy­nie, żeby na odle­głość strzału nikogo do nich nie dopusz­czał!

Żoł­nie­rze byli pora­żeni naszym odkry­ciem. Samo­chin wziął pół skrzynki kon­serw i zabrał je na pod­wodę ceka­emi­stów. Kiedy wró­cił do cha­łupy, wycią­gną­łem z kie­szeni tabliczkę cze­ko­lady, poło­ży­łem na wierz­chu nie­miecki Żela­zny Krzyż i wrę­czy­łem mu.

-?Za odwagę i zdo­by­cie wzgó­rza 236 odzna­czam cię naj­wyż­szym zdo­bycz­nym orde­rem!

Samo­chin roze­śmiał się. Żela­zny Krzyż przy­cze­pił sobie do szy­nela. A cze­ko­lada mu się nie spodo­bała.

Wyją­łem jesz­cze jeden order, poło­ży­łem go na dłoni i zaczą­łem oglą­dać. Był świet­nie wyko­nany. Miał czy­telną formę i ładne wypu­kłe obra­mo­wa­nie. Sre­brzy­ste żło­bie­nie w oksy­do­wa­nej powierzchni pod­kre­ślało jego kon­tur.

-?Ładna robota! -?powie­dział sto­jący obok żoł­nierz.

-?Tak! -?przy­tak­ną­łem i zamy­śli­łem się.

Za kawa­łek nie­po­trzeb­nego żelaza Niemcy oddają swoje życie. Może krzyż zapew­nia im jakieś przy­wi­leje albo nada­nia ziem­skie?

Przez drzwi otwarte na ulicę dostrze­głem ruch żoł­nie­rzy we wsi. Pod­nio­słem się z ławy i wysze­dłem na ganek. Na ogie­rze do wio­ski wjeż­dżał major Malecz­kin. Pod­je­chał do rogu cha­łupy, dał mi znak ręką, abym pod­szedł bli­żej i zesko­czył na zie­mię. Jegorka zła­pał wodze konia, a my ode­szli­śmy na bok. Major spoj­rzał na mnie i powie­dział pół­gło­sem:

-?Wczo­raj zgi­nęła druga kom­pa­nia ceka­emów.

-?A co się stało?

-?Pułk, z któ­rym szła, wpa­ko­wał się na czołgi. Przy podej­ściu nie­miec­kiej kolumny nasi zale­gli, a pie­chota ucie­kła w krzaki. Czołgi roz­strze­lały ceka­emi­stów z naj­bliż­szej odle­gło­ści. Pułk się cof­nął, a nasi zgi­nęli. Teraz mamy w bata­lio­nie jedną kom­pa­nię broni maszy­no­wej. Byłem w dywi­zji, pro­si­łem o uzu­peł­nie­nia, ale powie­dzieli mi, że ludzi nie ma i nie będzie. Nie opo­wia­daj o tym nikomu. Dowódcy kom­pa­nii też nie mów. Niech wojuje spo­koj­nie.

-?Na naszej dro­dze działa nie­wielka grupa nie­miec­kiej pie­choty - powie­dzia­łem.

Prze­wa­ża­jąca część Niem­ców naj­wi­docz­niej wyco­fała się na połu­dnie, na Izdiesz­kowo i w stronę Jar­cewa. My zaś poru­szamy się boczną drogą z dala od głów­nych sił Niem­ców. Zwró­ci­łem uwagę na drogi, które pro­wa­dzą w kie­runku połu­dnio­wym. Wszyst­kie są poryte i roz­jeż­dżone. Tutaj zaś, na dro­dze, którą idziemy, świeże ślady są led­wie widoczne.

-?I taka to robota! -?powie­dział Malecz­kin. -?Zamel­duję w dywi­zji. Teraz musimy oszczę­dzać swo­ich ludzi, bo ina­czej zosta­niemy we dwóch, bez woj­ska.

Do wsi weszła kom­pa­nia strzel­ców. Jakichś dwu­dzie­stu ludzi, nie wię­cej. Żoł­nie­rze nie roze­szli się dobrze po cha­łu­pach, a już ich zebrano i roz­ka­zano ruszać dalej. Przo­dem poszła kom­pa­nia strze­lecka, a za nią ceka­emi­ści. Z tyłu jechał nasz star­szyna z dwoma pod­wo­dami.

Po jakimś cza­sie do wio­ski pode­szły nasze tyły. Osio­dłano mi konia i wraz z majo­rem puści­li­śmy się wierz­chem, aby dogo­nić swo­ich żoł­nie­rzy.

Jecha­li­śmy stępa bok w bok, jak to się mówi -?strze­mię w strze­mię. Opo­wie­dzia­łem majo­rowi o skrzynce ze sznap­sem i o szka­tułce z nie­miec­kimi krzy­żami.

-?Nie­miaszki się śpie­szą! Ze stra­chu zapo­mnieli nawet o orde­rach! Naj­wi­docz­niej nie­wielu ich tu jest, to i porzu­cają wszystko po dro­dze!

Przed nocą idące z przodu kom­pa­nie zatrzy­mały się. Teraz pozwo­lono nam na postój. Wraz z majo­rem uło­ży­łem się do spa­nia na pod­wo­dzie star­szyny. Spa­li­śmy całą noc. Ran­kiem obu­dził nas ordy­nans majora, Jegorka. Przy­niósł wodę do mycia. Po raz pierw­szy w cza­sie prze­mar­szu namy­dli­łem szyję mydłem toa­le­to­wym.

Następną istotną sprawą było zapo­zna­nie się z mapą majora. Otwo­rzył mi swój map­nik. Długo wpa­try­wa­łem się w mapę, sta­ra­jąc się zapa­mię­tać mar­szrutę. Na mapie była zazna­czona trasa, którą poko­na­li­śmy oraz droga, którą powin­ni­śmy iść dalej. Na kawałku papieru zano­to­wa­łem nazwy wsi: Buru­liewo, Oko­lica, Koro­wia­kino, wzgó­rze 236, Tere­szino, Batu­rino (znaj­du­jące się w pobliżu wsi Moszki), Wojen­naja, Jer­chow. Przed nami były Sta­rica i Sielco.

Nasyp kolei od sta­cji Łomo­no­sowo na Smo­leńsk był usy­pany przed wojną, lecz nie poło­żono pod­kła­dów ani szyn. Dzia­łał odci­nek mię­dzy Łomo­no­so­wem i Ziem­cami. Pode­szli­śmy do nowej linii obrony Niem­ców na rzece Wotria.

Nasyp, Sielco, wieś Poczi­nok i brzeg Wotrii -?oto cały zyg­zak, któ­rym prze­cho­dził nasz przedni skraj. Kom­pa­nie strze­lec­kie obsa­dziły lewy brzeg Wotrii i zaczęły się oko­py­wać. Kom­pa­nię broni maszy­no­wej roz­dy­spo­no­wano po puł­kach.

W lutym 1943 roku dla żoł­nie­rzy i ofi­ce­rów wpro­wa­dzono nowe rodzaje umun­du­ro­wa­nia i dys­tynk­cji. Zamiast wykła­da­nych koł­nie­rzy i pasków z trój­ką­tami, kwa­dra­ci­kami, pro­sto­ką­tami oraz naszy­wek na ręka­wach, mie­li­śmy zało­żyć na ramiona pagony, naszywki i gwiaz­deczki. Poja­wiły się kurtki ze sto­ją­cym koł­nie­rzem i bluzy mun­du­rowe dla star­szych ofi­ce­rów.

Dywi­zja stała w obro­nie, naczal­stwo dzier­gało sobie nowe uni­formy. Dywi­zyjni i puł­kowi krawcy szyli nowe mun­dury. Prze­cież dowódz­two nie będzie cho­dzić, jak my, z odpru­tymi naszyw­kami na wyli­nia­łych blu­zach i szy­ne­lach.

Kom­bat Malecz­kin rów­nież zamó­wił sobie nowy mun­dur. Zdo­był mate­riał na kurtkę mun­durową i kawał sukna na szy­nel. Mun­dur i szy­nel szyto mu w dywi­zji.

Przy­jęto mnie do par­tii. Reko­men­da­cję dał mi nasz bata­lio­nowy komi­sarz, kapi­tan Bra­gin.

Któ­re­goś razu nocą major zaszedł do mnie do zie­mianki, poga­dał o for­mal­no­ściach, powie­dział, że poje­dzie do dywi­zji i uprze­dził mnie, abym ni­gdzie nie cho­dził.

-?Cze­kaj tu na mnie! Wrócę i będziemy oble­wać mój nowy mun­dur i twoje wstą­pie­nie w sze­regi człon­ków par­tii.

Od nas do dywi­zji jest dwa­na­ście kilo­me­trów. Z grub­sza oce­ni­łem, że major wróci dopiero nad ranem. Musi obró­cić w te i wewtę. Noc ciemna. Drogę kiep­sko widać. Konia kłu­sem nie puścisz.

Wezwa­łem star­szego sier­żanta i prze­ka­za­łem pole­ce­nie, aby na powrót majora przy­go­to­wać wszystko, co trzeba.

-?Wszystko zro­bimy! Bądź­cie spo­kojni! Nie­miecka wódeczka jesz­cze jest!

Star­szyna poszedł. Ja poło­ży­łem się spać. Nie pamię­tam, kiedy się obu­dzi­łem. Wysze­dłem na powie­trze, noc była ciemna. Wil­gotna i chmurna, z pory­wami wia­tru. Przy­siadł­szy przy wej­ściu do zie­mianki, wycią­gną­łem kap­ciuch i zapa­li­łem. "Nie opi­jesz nowego mun­duru -?drogi nie będzie!" - wspo­mnia­łem słowa majora. Czy to był prze­sąd, czy pusta fraza? Powie­dziane tak po pro­stu, że trudno oce­nić... Prze­sądy zawsze gnają czło­wieka na spo­tka­nie z nie­bez­pie­czeń­stwem.

Obró­ci­łem głowę w prawo i wsłu­cha­łem się. Odnio­słem wra­że­nie, że ktoś nie­sie się galo­pem po dro­dze. I oto można już odróż­nić ude­rze­nia koń­skich kopyt. Ktoś gnał konia drogą, nie zwra­ca­jąc uwagi na ciem­ność. Po minu­cie dźwięk koń­skich kopyt usły­sza­łem już wyraź­nie. Po galo­pie można było się domy­ślić, że ktoś pędzi wła­śnie tutaj. Po kolej­nej minu­cie w mroku uka­zała się postać żoł­nie­rza, który przy­padł do grzywy konia.

Osa­dził rumaka koło zie­mianki i nie zdą­żył jesz­cze zesko­czyć z sio­dła i cokol­wiek powie­dzieć, gdy już zro­zu­mia­łem, że coś stało się z majo­rem. To był jego ordy­nans Jegorka.

-?Towa­rzy­szu porucz­niku! -?wyję­czał, ujrzaw­szy mnie.

Po gło­wie ciach­nęło mnie czymś ostrym. Jakby Jegor na doskoku ciął mnie obna­żoną klingą.

-?Majora zabiło! -?krzyk­nął.

-?Gdzie?! -?krzyk­ną­łem.

I nie docze­kaw­szy się odpo­wie­dzi, rzu­ci­łem się do słupka, gdzie stały przy­wią­zane nasze konie. Zerwa­łem derkę z pierw­szego konia, który nawi­nął się pod rękę, wyszarp­ną­łem sio­dło spod głowy śpią­cego żoł­nie­rza, zarzu­ci­łem je na grzbiet zwie­rzę­cia, pod­cią­gną­łem popręg i wsko­czy­łem na kul­bakę. Spiąw­szy konia, zna­la­złem się obok Jegora i nie słu­cha­jąc jego papla­niny, wrza­sną­łem:

-?Dawaj naprzód! Poka­zuj drogę!

-?Star­szyna! Gnaj pod­wodę! -?krzyk­ną­łem już w biegu.

Dopiero, gdy prze­ga­lo­po­wa­li­śmy jakieś osiem kilo­me­trów, poczu­łem zimno w całym ciele i dresz­cze na ple­cach. Poją­łem, że galo­puję roze­brany, w samej blu­zie i bez czapki.

-?O, tutaj objaz­dem! -?krzyk­nął do mnie Jegorka, odwra­ca­jąc się.

Nie zmniej­sza­jąc tempa, skrę­ci­łem ostro w bok. Osa­dzi­li­śmy konie i prze­szli­śmy w stęp. Konie chra­pały.

Gdy pod­je­cha­li­śmy na miej­sce, dostrze­głem gnia­do­sza majora. Ogier leżał na dro­dze. Był roze­rwany na pół. Nie od razu zdo­ła­łem odszu­kać wzro­kiem ciało majora.

Rzu­ciw­szy wodze na sio­dło, zesko­czy­łem na zie­mię. Trzę­sły mi się nogi i ręce. Być może od zimna całym moim cia­łem wstrzą­sały drobne dresz­cze.

Jegorka o coś mnie pytał, pocią­gał za rękaw. Sły­sza­łem jego głos, ale w żaden spo­sób nie mogłem zro­zu­mieć słów. Wcze­śniej nic podob­nego się ze mną nie działo. Do mro­zów i zimna już dawno przy­wy­kłem.

Malecz­kin leżał na skraju drogi, kilka metrów od roze­rwa­nego konia. Wciąż jesz­cze było czuć świeży zapach eks­plo­zji. Ciało majora leżało nie­ru­chomo. Ode­rwało mu lewą rękę. W pra­wej trzy­mał kawa­łek wodzów. Głowa była roz­bita. Z bio­dra lała się ciemna krew.

Umarł od razu w chwili wybu­chu. Zerwało z niego szy­nel, nowa kurtka mun­du­rowa była porwana i zbry­zgana krwią.

W ślad za nami pod­je­chał star­szy sier­żant. Rzu­cił mi na ręce szy­nel i czapkę. Ubra­łem się. Minęło nieco czasu, zanim zaczą­łem się roz­grze­wać. Tro­pem star­szyny, który przy­je­chał wierz­chem, tur­ko­cząc po kępach, pod­to­czyła się pod­woda.

Na nie­bie poja­wiły się pierw­sze prze­bły­ski poran­nego świtu. Dla nas świe­ciło niebo, dla majora nastał czarny mrok.

Zro­biło się zauwa­żal­nie jaśniej. Przyj­rza­łem się majo­rowi, miej­scu i szcze­gó­łom wybu­chu. Jego koń tylną nogą nastą­pił na minę prze­ciw­czoł­gową. Skąd ona się tutaj wzięła? Dla­czego nie eks­plo­do­wała wcze­śniej? W tym miej­scu drogą jeż­dżono i galo­po­wano przez cały tydzień. Całą drogę poryto kołami wozów. Jak mogła się tu ostać nie­tknięta mina? Wydało mi się to nie­wia­ry­godne i nie­po­jęte.

Mina eks­plo­do­wała pod brzu­chem konia. Kom­bat zna­lazł się w samym cen­trum wybu­chu. Śmierć była lekka i natych­mia­stowa.

Sta­li­śmy pół­ko­lem i patrzy­li­śmy na naszego dowódcę. Wiatr szar­pał poły naszych szy­neli i lekko poru­szał kosmyki wło­sów majora z zaschnięta krwią.

Stra­ci­li­śmy swo­jego majora i tro­skli­wego dowódcę. Był czło­wie­kiem weso­łym, peł­nym rado­ści życia, o nie­spo­ży­tej ener­gii, humo­rze i upo­rze. Major był dla nas przy­ja­cie­lem i wyma­ga­ją­cym dowódcą. Pod­czas wspól­nej służby na fron­cie ni­gdy nie zazna­łem z jego strony cham­skiego despo­ty­zmu i tępej zaro­zu­mia­ło­ści. To był czło­wiek ener­gii i czynu, otwarty i spra­wie­dliwy. Sta­rał się nas roz­ru­szać i natchnąć duchem, skło­nić do patrze­nia na wojnę i życie bez smutku, poczu­cia klę­ski i żalu.

"I oto patrz­cie. Leżę przed wami. To zna­czy, że tak trzeba. Nie czuję żalu" -?powie­działby nam. Tak! Był dobrym czło­wie­kiem. Rozu­miał każ­dego z nas -?nie to, co inni. Sta­rał się nie zauwa­żać naszych grzesz­ków i drob­nych potknięć. Przez całą wojnę spo­tka­łem dwóch porząd­nych ludzi. Mój pierw­szy dowódca Archi­pow w czter­dzie­stym pierw­szym zagi­nął bez wie­ści. I oto teraz zgi­nął kom­bat Alek­san­der Iwa­nicz Malecz­kin6. Tych dwóch pozo­sta­wiło w mojej pamięci coś, co w skali całej wojny wiąże się u mnie z tym, co ludz­kie i dobre. Dwóch ludzi pozo­sta­wiło w mojej świa­do­mo­ści nie­za­tarty ślad sumien­no­ści i przy­zwo­ito­ści.

Wie­dzia­łem, że Malecz­kin miał rodzinę gdzieś w Gor­kim. Czę­sto poka­zy­wał mi foto­gra­fię, na któ­rej była żona i syn, i długo o nich opo­wia­dał. Nawet teraz mam ją przed oczami.

I to wła­ści­wie wszystko, co mogę powie­dzieć o życiu kom­bata. Szcze­rze boleję, że zgi­nął taki czło­wiek.

Rozdział 22 -?Pułkowy zwiad (kwiecień 1943 roku)

Roz­dział 22 -?Puł­kowy zwiad (kwie­cień 1943 roku)

Śmierć Malecz­kina zade­cy­do­wała o losie wielu z nas. Żoł­nie­rzy z kara­bi­nami maszy­no­wymi prze­nie­śli do puł­ków strze­lec­kich, sztab bata­lionu i jego służby tyłowe roz­for­mo­wali i 4 Samo­dzielny Gwar­dyj­ski Bata­lion Cięż­kich Kara­bi­nów Maszy­no­wych prze­stał ist­nieć.

W celu otrzy­ma­nia nowego przy­działu wezwano mnie do sztabu dywi­zji. Po krót­kiej roz­mo­wie zapro­po­no­wano mi przej­ście do puł­ko­wego zwiadu.

-?Sam decy­duj! Albo zwiad, albo kom­pa­nia strze­lecka w pułku! Idź, przejdź się i dawaj odpo­wiedź!

Wysze­dłem, zapa­li­łem i zgo­dzi­łem się na puł­kowy zwiad. Skie­ro­wano mnie do 52 Pułku Strzel­ców Gwar­dii. Szefa sztabu, majora Deni­sowa7, zna­łem oso­bi­ście. Wcze­śniej kilka razy spo­ty­ka­łem się z nim się w szta­bie dywi­zji. Wyzna­czono mnie jego pomoc­ni­kiem od roz­po­zna­nia. Dowódcy pułku nie zna­łem8.

Na sta­no­wi­sku szefa sztabu bata­lionu kara­bi­nów maszy­no­wych nie odry­wa­łem się na długo od pierw­szej linii, roz­po­zna­nie zaś było dla mnie nową i nie­znaną sprawą.

Pod­czas roz­mowy z dowódcą pułku dowie­dzia­łem się, że obec­nie w pułku cier­pimy na znaczny nie­do­bór ludzi.

-?Na razie sto­imy w obro­nie -?wyja­śnił. -?Przy­patrz się swoim żoł­nie­rzom, prze­stu­diuj przedni skraj i bez potrzeby nie pchaj się Niem­com w oczy. Orga­ni­zuj obser­wa­cję. Teraz two­ich zwia­dow­ców wyko­rzy­stuje się przy ochro­nie sta­no­wi­ska dowo­dze­nia i na noc­nych patro­lach. Nie ruszaj ich i nie odcią­gaj od peł­nie­nia służby. Obrona jest roz­cią­gnięta. W pułku bra­kuje ludzi. Patrz tutaj!

I poka­zał mi na mapie odci­nek obrony pułku.

-?Wzgó­rze 203, Sielco, Sta­rina, lewy brzeg rzeki Wopria, wzgó­rze 248, Rekta, Poczi­nok. Nie­miecki skraj obrony bie­gnie po nie­ukoń­czo­nym nasy­pie kole­jo­wym, przez wio­ski Sklia­jewo, Moro­zowo, osadę Pie­trowo, wzgó­rze 243, Otrię i Zabo­bury. Dalej na sta­cję Kaza­rina, Łosiewo, Ria­dyni i Sza­mowo9. Nie­wy­klu­czone, że Niemcy będą roz­po­zna­wać bojem przedni skraj naszej obrony. Szef sztabu da ci prze­wod­nika. Pój­dziesz do puł­ko­wego plu­tonu roz­po­zna­nia. Tam będziesz sie­dzieć. Zapo­znaj się z ludźmi. Jeśli coś potrzeba -?przyjdź do mnie.

Dowódca pułku zadzwo­nił do szefa sztabu. Major Deni­sow dał mi plu­to­no­wego tele­fo­ni­stę za prze­wod­nika i razem z nim ruszy­łem na pierw­szą linię.

Były ostat­nie dni marca. W powie­trzu pach­niało wil­go­cią i zbu­twia­łym listo­wiem. Koń­cówka mie­siąca była spo­kojna i cie­pła. Mgła zebrała resztki śniegu. Słońce zli­zało pozo­sta­ło­ści lodu w wąwo­zach i paro­wach. Drogi pode­schły, ale błoto w zagłę­bie­niach terenu pozo­stało.

Na pierw­szej linii ist­nieje wła­sny spo­sób poru­sza­nia się po odkry­tym tere­nie. Nad ranem ruch w zasięgu wzroku usta­wał. Żoł­nie­rze przy­ci­skali się do ścian swo­ich oko­pów, bez pośpie­chu dymili skrę­tami i dla fasonu wyglą­dali nie­kiedy ponad przed­pier­sie, popa­tru­jąc w stronę Niem­ców. Ci zaś nocą nie strze­lali, świe­cili tylko gor­li­wie rakie­tami. W ciągu dnia w naszą stronę leciały poci­ski i gra­naty moź­dzie­rzowe. Małego kali­bru - na oko­pow­ców, a cięż­kie -?na tyłow­ni­ków.

Na powierzchni ziemi zale­gało wio­senne błoto. Z wyglądu i koloru w sam raz do bar­wie­nia żoł­nier­skich szy­neli. Tak samo spło­wiałe i bez­barw­nie szare. Desz­cze nie zdą­żyły zmyć z ziemi zeszło­rocz­nego błota. Wszę­dzie wokół stały nagie krzewy i drzewa.

Puł­kowy plu­ton roz­po­zna­nia roz­miesz­czony był w jarze nie­da­leko od pierw­szej linii. Tutaj do wąwozu nie­zau­wa­żo­nym dało się dojść krza­kami nawet w ciągu dnia. Na nie­wiel­kim kawałku ziemi przy­le­piły się do sie­bie trzy nie­duże zie­mianki, wyryte w ścia­nie wąwozu. Wzdłuż zie­mia­nek - nie­zbyt sze­roki pas suchej ziemi, udep­ta­nej żoł­nier­skimi butami.

Kie­dyś nad jarem stały drzewa. Spi­ło­wano je i ponie­wie­rały się dookoła. Samot­nie sto­jące drzewa mogą słu­żyć Niem­com za przy­datne punkty orien­ta­cyjne przy wstrze­li­wa­niu się. Na pierw­szej linii zawsze sta­rano się je zawczasu usu­nąć.

Stromą ścieżką zeszli­śmy do wąwozu i poszli­śmy w kie­runku zie­mia­nek. Nie­opo­dal tkwił war­tow­nik. Żoł­nierz z auto­ma­tem sie­dział na pniu powa­lo­nej brzozy. Spu­ścił głowę i grze­bał za czymś paty­kiem w ziemi. Nie zwró­cił na nas żad­nej uwagi. Mało to narodu szwenda się tu bez celu?

Zbli­ży­li­śmy się do niego. Prze­lot­nie rzu­cił na nas okiem. Łazi tu masa wsze­la­kich Sło­wian. To idą na pierw­szą linię, to wra­cają w prze­ciw­nym kie­runku. Nie posta­wili go tu, aby pil­no­wał wąwozu przed swo­imi. Niemcy -?inna sprawa. Niemcy mają inne mun­dury, od razu ich widać.

Wyglą­dem zewnętrz­nym war­tow­nik niczym nie róż­nił się od żoł­nie­rza kom­pa­nii strze­lec­kiej. Weźmy dla porów­na­nia bodaj ceka­emi­stę. Takiego odróż­nisz od strzelca po kościach, po sze­ro­ko­ści ramion. Tabo­rytę rów­nież. Po tym, jak jest ubrany. Po pasie, który niczym cho­mąto, buja mu się pod kał­du­nem.

Szcze­rze powie­dziaw­szy, nie pomy­śla­łem, że to zwia­dowca. I dla­tego sądzi­łem, że nie doszli­śmy na miej­sce. War­tow­nik miał na sobie jakiś wytarty, porwany i brudny szy­nel. Czapka przy­gnie­ciona z góry jak nale­śnik. Nie­ogo­lona twarz, usma­ro­wane ręce z czar­nym bru­dem pod paznok­ciami...

Spoj­rza­łem na jego nogi. Na nogach kirzowe buciory z ode­rwaną pode­szwą, pod­wią­zaną prze­wo­dem tele­fo­nicz­nym. I tylko kto mu dał auto­mat, wiszący na ramie­niu? Nawia­sem mówiąc, auto­mat odróż­niał go od pro­stego pie­cho­cińca.

-?No i doszli­śmy! -?powie­dział plu­to­nowy.

War­tow­nik, usły­szaw­szy słowo "doszli­śmy", sko­ja­rzył, że przy­by­li­śmy do zwia­dow­ców. Nie­chęt­nie pod­niósł się z brzozy, wytarł dło­nią nos, odwró­cił twarz w naszą stronę i uśmiech­nął się. Nieco pokasz­law­szy, zazię­bio­nym i zachryp­nię­tym gło­sem zapy­tał:

-?Kogo budzić, plu­to­nowy? Dowódcy plu­tonu nie ma! Star­szy sier­żant też wyje­chał! Pomoc­nik dowódcy plu­tonu śpi w zie­miance! Zszedł ze służby!

Plu­to­nowy pod­szedł i zasiadł na powa­lo­nej brzo­zie. Wycią­gnął kap­ciuch i zapy­tał war­tow­nika:

-?Będziesz palić?

-?Dawaj, skrę­cimy!

Plu­to­nowy ode­rwał kawa­łek gazety i podał go zwia­dowcy. Żoł­nierz zapu­ścił swoją brudną łapę w kap­ciuch pod­ofi­cera, wziął pal­cami szczyptę i sze­lesz­cząc skraw­kiem gazety, zwin­nie skrę­cił i skleił śliną papie­ro­ska. Trą­cił łok­ciem plu­to­no­wego i nachy­lił się, aby przy­pa­lić. Żoł­nierz zacią­gnął się parę razy i popa­trzył na mnie. Popa­trzył i nie wie­dzieć czemu, głę­boko wes­tchnął.

-?No i wła­śnie tutaj w tych trzech zie­mian­kach kwa­te­rują wasi zwia­dowcy! -?powie­dział plu­to­nowy.

-?Budź pomoc­nika dowódcy plu­tonu! Powiedź, że przy­był do was nowy dowódca puł­ko­wego zwiadu! Jutro pod­cią­gniemy wam tutaj tele­fon! Połą­czymy bez­po­śred­nio ze szta­bem pułku! Roz­lo­kuj­cie się, towa­rzy­szu porucz­niku, a ja pójdę za waszym pozwo­le­niem.

-?Jasne, idź! -?zgo­dzi­łem się, wzru­szyw­szy ramio­nami.

Z przej­ścia w zie­miance wylazł na zewnątrz obu­dzony pomoc­nik dowódcy plu­tonu. Plu­to­nowy poże­gnał się i ruszył w drogę powrotną.

Pomoc­nik dowódcy plu­tonu pod­szedł do mnie w narzu­co­nym na ramiona szy­nelu, przy­gar­biony i zaspany. Chciał się już zamel­do­wać jak należy, regu­la­mi­nowo, ale powstrzy­ma­łem go i zapro­si­łem, aby usiadł na powa­lo­nej brzo­zie. Zasiadł obok mnie i nie prze­sta­wał trzeć dłońmi oczu, żało­śnie i gło­śno zie­wa­jąc.

-?Wybacz­cie! Dopiero co wró­ci­łem ze służby! Ponad dobę na nogach!

-?Nie szko­dzi! Idź się umyj!

Moja pro­po­zy­cja, aby się umył, wpra­wiła go w kon­ster­na­cję, a wręcz spe­szyła. Nie wie­dział, co odpo­wie­dzieć i jak wyja­śnić, że oni tutaj w ogóle ni­gdy się nie myją. Zresztą i tak nie mają na miej­scu wody do tego celu.

-?No dobra, zapal sobie! -?powie­dzia­łem, zro­zu­miaw­szy jego kło­poty.

-?Kiedy wróci dowódca plu­tonu?

-?Fie­dor Fie­doricz?

-?Nazywa się Fie­dor Fie­doricz?

-?Tak! Razem ze star­szyną poje­chał po umun­du­ro­wa­nie i powi­nien wró­cić jutro z rana.

-?Do puł­ko­wego maga­zynu?

-?Nie, do bata­lionu sani­tar­nego! Tam ze zmar­łych zdej­mują. Jak nie porwane i nie­sfa­ty­go­wane, to nasi biorą. Chło­pa­kom wszystko się zno­siło. Nie­któ­rzy w ogóle bez butów cho­dzą. O, jak Pria­chin.

Nie­wiele się dowie­dzia­łem z roz­mowy z pomoc­ni­kiem dowódcy plu­tonu.

-?A więc tak, sier­żan­cie! Ja też nie spa­łem ponad dobę. Pokaż mi miej­sce, gdzie mogę się poło­żyć i oby­dwaj wyśpimy się, jak należy.

Pod­pro­wa­dził mnie do zie­mianki i zeszli­śmy w mrok. Wska­zał mi wolne miej­sce na pry­czy i poło­ży­łem się tam na war­stwie pod­ściółki z igli­wia. Pod głowę sier­żant dał mi jakiś worek. Obu­dzi­łem się późno. W środku - ciemno. Rozej­rza­łem się -?w zie­miance nikogo. Pole­ża­łem, wsłu­chu­jąc się w głosy z zewnątrz. Z boku wiszą­cej w przej­ściu szmatki widać było jasną szcze­linę. To wypeł­niała się świa­tłem, to zakry­wał ją cień prze­cho­dzą­cych obok żoł­nie­rzy. Z wąwozu zala­tuje dym­kiem, sły­chać nie­zro­zu­miałe frag­menty roz­mów. Gdzieś nie­da­leko zachro­bo­tała dwu­ręczna piła i sły­chać ude­rze­nia topora po gałę­ziach. Ktoś szczę­kał zam­kiem, naj­wi­docz­niej spraw­dza­jąc i czysz­cząc broń.

-?Co tam za dowódca do nas przy­był? Śpi i nie wycho­dzi na zewnątrz!

-?A kto go wie? Zacznie od broni? Czy będzie wzy­wać po nazwi­sku?

Nie śpie­sząc się, pod­nio­słem się z pry­czy, wydo­sta­łem się na zewnątrz, ode­tchną­łem czy­stym poran­nym powie­trzem i z lubo­ścią się prze­cią­gną­łem.

W wąwo­zie stali, sie­dzieli i prze­cha­dzali się żoł­nie­rze. Sier­żanta wśród nich nie było.

-?A gdzie pomoc­nik dowódcy plu­tonu? -?zapy­ta­łem war­tow­nika.

Tym razem na poste­runku stał inny młody żoł­nierz. Był schlud­nie odziany, sprę­ży­sty i patrzył wesel­szym okiem.

Do późna prze­sie­dzia­łem z żoł­nie­rzami, wypy­tu­jąc ich o służbę i zwiad.

* * *

Wsta­wiony star­szyna i zdrowo pod­pity dowódca plu­tonu, nie cze­ka­jąc na ciem­ność, w środku bia­łego dnia prze­je­chali wozem po odkry­tym tere­nie na miej­sce dys­lo­ka­cji zwiadu.

-?Dawaj pro­sto! -?zdo­łał wymam­ro­tać Ria­zan­cew, uwa­la­jąc się na fur­mance.

Ode­braw­szy w bata­lio­nie sani­tar­nym szy­nele, buty i kilka par wypra­nej bie­li­zny, star­szyna uło­żył wszystko na furze i zdą­żył jesz­cze zaj­rzeć do plu­tonu gospo­dar­czego medy­ków.

Na miej­scu odszu­kał swo­jego koleżkę i szep­nął mu na ucho, że na wymianę jest para zegar­ków. Jeden kie­szon­kowy z łań­cusz­kiem, drugi z paskiem na rękę. Poka­zu­jąc zegarki dodał, że potrzebna jest manierka spi­ry­tusu. Fel­czer o nala­nej gębie, nie zasta­na­wia­jąc się długo, zabrał pustą manierkę i gdzieś znik­nął. Nie­ba­wem wró­cił, wrę­czył star­szy­nie napeł­nioną manierkę i poda­jąc meta­lowy kubek w mil­cze­niu wska­zał pal­cem, że jemu także należy nalać. Star­szyna odkrę­cił korek i odlał mu sto­sowną łapówkę za fatygę. Cen­nej zdo­by­czy, prze­le­wa­ją­cej się pod samą szyjką, nie przy­cze­pił do pasa, jak to zwy­kle robią z manierką napeł­nioną wodą, lecz wsu­nął za pazu­chę. Oddaj no tylko manierkę porucz­ni­kowi, a ten zaraz przy­tro­czy ją do pasa i będzie para­do­wać. A manierka będzie się bujać i tłuc go po boku.

Star­szy sier­żant był odmien­nej kon­struk­cji niż dowódca plu­tonu. Nie lubił fir­cy­ków i chwa­li­pię­tów. Do obo­wiąz­ków pod­cho­dził roz­waż­nie, nie­spiesz­nie i ze skrom­no­ścią. Na fra­je­rów patrzył z nie­uf­no­ścią i uwa­żał ich za pustych ludzi.

Wygląd zewnętrzny nie świad­czył o czło­wieku. Jest wręcz odwrot­nie. Jeśli taki jeden zbyt dba o samego sie­bie, to wewnątrz nie ma ani duszy, ani serca.

Sam star­szyna, choć miał dostęp do wszyst­kiego i mógł się przy­zwo­icie ubrać, nosił pro­sty żoł­nier­ski szy­nel i duże nie­zgrabne kirzowe buciory ze zno­szo­nymi obca­sami. Korzy­sta­jąc ze zna­jo­mo­ści, mógł się­gnąć ręką po cokol­wiek, co leżało w tyło­wych maga­zy­nach jako nie­na­ru­szalny zapas dla dowódz­twa. Lecz star­szy sier­żant był skromny i głów­ko­wał pra­wi­dłowo, poj­mu­jąc swoje miej­sce w puł­ko­wym zwia­dzie i nie chcąc wyglą­dać przed żoł­nie­rzami jak fir­cyk. Wie­dział, że naj­waż­niej­szy jest sza­cu­nek żoł­nie­rzy, a nie zapra­so­wane bry­czesy i wypusz­czona bluza ści­śnięta pasem. Sza­cunku ludzi nie zaskar­bisz sobie cham­stwem i wrza­skiem.

Spójrz­cie sami. W rękach dzierży nie tylko zaopa­trze­nie i wszel­kie rupie­cie, ale, jeśli woli­cie, rów­nież i wła­dzę. Ale naj­pierw będzie wymie­niać buty chło­pa­kom. Bierz­cie, przy­mie­rzaj­cie! A dla mnie coś tam zosta­nie!

Chło­paki nocami cho­dzą na patrole. W ciągu dnia odpo­czy­wają. Im, mło­dym, chce się poła­zić w moc­nych butach. Są jak młode koguty. Patrzą, w co są ubrani kole­dzy.

Star­szyna ma już swoje lata. Po służ­bie nie lgnie do ofi­ce­rów. Lubi popa­trzeć na zado­wo­lone twa­rze chło­pa­ków. I żaden z nich nie może nawet pisnąć, że on, star­szyna, zgar­nia coś pod sie­bie. Tak się już zło­żyło, że u zwia­dow­ców jest kimś w rodzaju rodzo­nego ojca. Trzyma w gar­ści nie tylko ich brzu­chy i dusze, posiada też nad­zwy­czajną zdol­ność do pokrze­pie­nia żoł­nie­rzy, gdy jest szcze­gól­nie ciężko. Pro­stymi sło­wami był w sta­nie pod­nieść na duchu ludzi, gdy wra­cali po nie­uda­nym wypa­dzie, mając zabi­tych i ran­nych.

Chło­pa­kom pusz­czały nerwy. Cza­sami wielu było na gra­nicy sza­leń­stwa. Puł­kowy zwiad to męcząca i ciężka praca, któ­rej towa­rzy­szy ogromne napię­cie ner­wowe i moralne. Przy czę­stych nie­po­wo­dze­niach, śmierci towa­rzy­szy i nie­prze­rwa­nych poraż­kach, nerwy i rozum czło­wieka czę­sto odma­wiały posłu­szeń­stwa.

Puł­kowy zwia­dowca to nie strze­lec we wspól­nej tran­szei. Strzel­ców - pie­cho­ciń­ców ginęło wielu, nie ma co, ale samą śmierć mieli lżej­szą. Sie­dzi żoł­nierz w oko­pie. Przy­le­ciał pocisk, roze­rwał się i czasu na roz­my­śle­nia nie ma. Pie­cho­ci­niec nie szuka śmierci i nie pcha się jej na spo­tka­nie. Bier­nie sie­dzi w oko­pie i czeka -?prze­nie­sie albo nie prze­nie­sie. Kule nie wpa­dają za przed­pier­sie. To się zda­rza tylko wtedy, gdy zasze­le­ści pocisk albo zawyje gra­nat moź­dzie­rzowy.

Zwia­dowca wycho­dzi z okopu. I idzie w odkry­tym tere­nie na zie­mię niczyją -?a tam wszyst­kie kule jego. Seria z kara­binu maszy­no­wego albo odłamki w brzuch, zanim zbli­żasz się ku Niem­com, zanim dotrzesz do nie­miec­kiego drutu kol­cza­stego. A wszystko to dopiero na podej­ściu. I pod dru­tem kol­cza­stym możesz z bli­ska rado­śnie łyk­nąć oło­wiu. Sie­dzieć pod osłoną okopu jest bez­piecz­niej, ale tak samo strasz­nie i nie­zno­śnie -?tra­cisz mnó­stwo sił ducho­wych, gdy Nie­miec na górze wali. Ale to zupeł­nie coś innego, kiedy dobro­wol­nie leziesz pod kule i zawie­sisz się na nie­miec­kim dru­cie kol­cza­stym. Kiedy wykry­wają grupę zwia­dow­ców przy podej­ściu do zasie­ków i wpada ona pod wście­kły ogień, to z grupy dzie­się­ciu ludzi, jak Bóg da, żywych wróci połowa. A naj­czę­ściej spod zasie­ków z dzie­siątki wycho­dzi dwóch -?trzech, nie wię­cej. I znowu owa trójka z nową piątką wyru­sza pod druty, żeby wynieść ran­nych i zabi­tych. Bez tych trzech się nie obę­dzie. Tylko oni znają i wskażą miej­sce, w któ­rym leżą ich przy­ja­ciele. Lżej jest sie­dzieć i trząść się w oko­pie! Wróci taki żoł­nierz z roz­po­zna­nia, a z dywi­zji znowu dzwo­nią:

-?Szy­kuj­cie nową grupę do noc­nego wypadu! Sztab armii żąda języka!

I żoł­nie­rza z nad­szarp­nię­tym morale, spu­sto­szo­nego wewnętrz­nie, raz jesz­cze usi­łują puścić do przodu. Nie pod­chodź do takiego. Tu i ręka puł­kow­nika nie pomoże. Ale zawoła go star­szy sier­żant, zawe­zwie, by pomógł swoim -?pod­nie­sie się z pry­czy i pój­dzie poma­gać star­szynie, nie bacząc na zmę­cze­nie. Inni niech się nie wtrą­cają. Star­szyna wie­dział jedno -?że w takiej chwili czło­wieka nie można zosta­wiać samego z wła­snymi myślami. Może i zada­nie jest try­wialne, pole­ce­nie bzdurne, nie­po­trzebne i zupeł­nie nie pilne, ale przy takim zaję­ciu czło­wiek łapie rów­no­wagę.

Pod­czas gdy wojak jest czymś zajęty, star­szyna prze­rzuci się z nim dwoma sło­wami, że niby w związku z zada­niem, po czym zacznie roz­mowę. Patrzysz, a żoł­nie­rzyna odcho­dzi i oczy mu się świecą. A oczy to zwier­cia­dło duszy.

Do żoł­nie­rzy i ich potrzeb star­szyna zawsze pod­cho­dzi uczci­wie. Sam może wszystko, a z niczego nie korzy­sta.

Kiedy w plu­to­nie po serii nie­po­wo­dzeń ryso­wał się kry­zys, star­szyna na jakiś czas odsta­wiał kla­moty i robotę. Dobie­rał sobie towa­rzy­szy na ochot­nika i szedł z nimi na nocny wypad. Zwiad to dla niego nie pierw­szy­zna. Żoł­nie­rze powie­rzali mu nie tylko wła­sne życie, lecz i zdo­byte łupy. Oto, dla­czego wszel­kie zbędne zaba­weczki i dro­bia­zgi wędro­wały potem zza żoł­nier­skich pazuch do kirzo­wej torby sier­żanta, która dyn­dała mu się przy boku, gdy wra­cał na swoje śmieci.

Star­szyna miał sza­cu­nek dla każ­dego. Wymie­nia dupe­rele i błysz­czące bibe­loty na sło­ninę, kon­serwy i inne jedze­nie, które dzie­lono równo na wszyst­kich. Takie mie­li­śmy zasady w zwia­dzie.

Star­szyna ni­gdy nie doma­gał się za to wyna­gro­dze­nia ani łapó­wek. Pro­wi­zji od żoł­nie­rzy nie brał. Wszystko do ostat­niego okru­cha wywa­lał na wspólny stół. I jeśli żoł­nie­rze pro­sili go, aby wziął jakąś część czy dolę, na znak odmowy uno­sił wska­zu­jący palec i z uśmie­chem im wygra­żał.

-?Oj, weź­cie towa­rzy­szu star­szyno! Nie macie zapal­niczki, a ja mam dwie! -?pro­sili go.

-?No dobra, namó­wi­li­ście mnie! -?odpo­wia­dał w końcu. -?Poży­teczne cacko! -?doda­wał.

I zapal­niczka zni­kała we wło­cha­tej łapie sier­żanta. Żoł­nie­rze nie­kiedy prze­ka­zy­wali coś i dla dowódcy plu­tonu, ale robili to zawsze przez star­szynę.

Albo inna histo­ria. Do star­szyny pod­cho­dzi żoł­nierz, postoi, zmarsz­czy się i wywala na stół od razu kilka błysz­czą­cych zegar­ków i mówi:

-?Mia­łem dzi­siaj zły sen. Leżę niby w mogile, a one mi cykają nad samym uchem. Jak­bym był mar­twy! A one biją na różne głosy! Weź, star­szyna! Wybaw mnie od nich! Może lżej mi się zrobi!

Star­szyna ze zro­zu­mie­niem uno­sił brew i w mil­cze­niu brał pęczek zegar­ków. Wło­chatą dło­nią oce­niał je na wagę, kiwał głową i z sze­ro­kim uśmie­chem mówił:

-?O śmierci i mogile, chłop­cze, nie roz­my­ślaj! Nikt przed tym ścier­wem nie uciek­nie! Tyle, że na każ­dego przy­cho­dzi wła­sny czas!

I star­szyna wsu­wał pęczek zegar­ków do swo­jej kirzo­wej torby. Kle­pał żoł­nie­rza po ramie­niu i odcho­dził.

Rów­nież i tym razem, kiedy to wraz z Ria­zan­ce­wem wyru­szyli do bata­lionu sani­tar­nego, star­szyna roz­pro­wa­dził zdo­bycz z zaso­bów kirzo­wej torby.

Dzi­siaj star­szyna nie wziął ze sobą woź­nicy i sam powo­ził koniem. Konik nie pobie­gnie kłu­sem z gra­tami i trzema pasa­że­rami. Po dro­dze wszystko może się wyda­rzyć. Być może trzeba będzie gnać galo­pem. Do łapi­du­chów musiał jechać sam. Kto zamiast niego będzie się grze­bać w łachach, zdję­tych z zabi­tych? Ria­zan­cew poje­chał odwie­dzić lekko ran­nych zwia­dow­ców, któ­rzy prze­by­wali w laza­re­cie na lecze­niu.

Kiedy star­szyna ode­brał manierkę z rąk fel­czera, nie przy­tro­czył jej do pasa, żeby nie maj­tała się na oczach wszyst­kich i prze­zor­nie umie­ścił ją za pazu­chą. Bo jesz­cze trafi się po dro­dze jakiś dowódca albo pra­cow­nik poli­tyczny, a przy bata­lio­nie sani­tar­nym, gdzie jest pełno bab, masa ich wałęsa się bez celu. Podej­dzie taki jeden, dotknie palu­chem i zapyta, co to takiego? Pstryk­nie w manierkę, usły­szy głu­chy dźwięk, poczuje zapach alko­holu i zacznie się dopy­ty­wać -?skąd wzięte i dokąd nie­sione? A jeśli się uprzesz i nie oddasz od razu bez słowa, pod­nie­sie krzyk i wokół zbie­rze się cały naro­dek. Każe zdjąć pas i ode­śle na docho­dze­nie.

Ci tyłow­nicy mają wyostrzony węch na alko­hol. Star­szyna znał wszyst­kie sztuczki i dla­tego od razu wsu­nął manierkę bli­żej brzu­cha. Ciężka i zimna manierka brzu­chowi nie prze­szka­dzała. Teraz znaj­duje się w odpo­wied­nim miej­scu, choć i nieco ziębi.

Star­szyna bez pośpie­chu pod­szedł do fur­manki i wsu­nął manierkę do cho­lewy kirzo­wego buta, leżą­cego na furze. Nikt nie będzie się pchać do hałdy sta­rych szy­neli, by szu­kać w cho­le­wie bez­cen­nego ładunku. Sier­żant odszedł i odwró­cił się. Albo­wiem do wozu pod­szedł oto dowódca plu­tonu, Ria­zan­cew. Manierkę ze spi­ry­tu­sem ma pod nosem i nie czuje jej. Żoł­nier­skie szy­nele i buciory tłu­mią zapach.

I dopiero, kiedy opu­ścili laza­ret i tyły, gdy wyje­chali z lasu i minęli ostry zakręt drogi, star­szyna wsu­nął rękę do buta i wycią­gnął stam­tąd manierkę.

Za zakrę­tem odkrę­cił gwin­to­waną zakrętkę i podał manierkę Ria­zan­ce­wowi. Ten spoj­rzał na nią i chwy­cił mocno dło­nią, jak bie­rze się odbez­pie­czony gra­nat. Nie pytał, skąd i jak się wzięła. Wetknął szyjkę do ust i odrzu­cił głowę do tyłu.

Star­szyna odniósł wra­że­nie, że Ria­zan­cew ni­gdy się od niej nie ode­rwie. Nie żało­wał spi­ry­tusu, ale nie chciał, aby dowódca się upił. Wie­dział, że Fie­dor Fie­doricz na pewno wypije wię­cej, niż trzeba.

-?Wystar­czy! -?powie­dział do porucz­nika.

I z wysił­kiem pocią­gnął ku sobie manierkę. Ria­zan­cew zwol­nił chwyt i na moment zamarł. Zebrał siły i wes­tchnął głę­boko. Pękata manierka leżała w dłoni sier­żanta. Star­szyna zmarsz­czył się i wziął dwa krót­kie łyki. Nie pił chci­wie niczym przy­ssawka, jak to robił dowódca plu­tonu. Tyle, by ogrzać wnętrz­no­ści. Kilka łyków opa­liło mu gar­dło i pło­mie­niem popę­dziło w trze­wia.

-?Nie­roz­cień­czony! -?powie­dział sam do sie­bie. -?Zło­dzieje, a jed­nak nalali uczci­wie!

Popa­trzyw­szy na manierkę, któ­rej ulżyło, pogła­dził ją dło­nią, nało­żył gwin­to­waną nakrętkę i zakrę­cił, po czym wsu­nął manierkę do cho­lewy.

Nie­za­wodne miej­sce! Ria­zan­cew nie widział! Będzie pro­sić -?wię­cej nie dam!

-?Fie­dor! Ułóż się wygod­niej! Bo cię z górki wytrzę­sie! Trzy­maj się!

Ria­zan­cew leżał na środku fur­manki. Jego twarz roz­pły­nęła się, wargi zro­biły się pełne i wywi­nęły się, niczym u Żyda.

-?Star­szyna! Zasu­waj na prze­łaj!

-?Wpad­niemy pod ostrzał!

-?Bzdura! Prze­sko­czymy! W takim sta­nie to i umrzeć nie wstyd! Powie­dzą, że nam się poszczę­ściło! Gazu dodali, Bogu ducha oddali! Hej, baj­kal­ski wie­trze, fale gnaj, zuchowi pły­nąć już nie­da­leko...

Dowódca plu­tonu coś tam jesz­cze mru­czał, a star­szyna w mil­cze­niu szarp­nął wodzami, bo wie­dział, że jeśli dowódca wypił, to się go nie zatrzyma. Pole­zie, gdzie mu się spodoba.

-?Sławne morze, święty Baj­kał...

Teren, po któ­rym jechali, był widoczny od strony prze­ciw­nika. Odkryte pole stop­niowo scho­dziło w dół. Rów­no­le­gle do drogi cią­gnęły się dwa nie­zbyt głę­bo­kie parowy, poro­śnięte krze­wami. Jed­nak tam­tędy nie da się prze­je­chać wozem. W ciągu dnia można tam było przejść wyłącz­nie krza­kami. Tu i ówdzie w prze­świ­tach parowu Nie­miec przez krótką chwilę widział naszych żoł­nie­rzy, ale nie strze­lał do nich. Uka­zy­wali się na chwilę i od razu zni­kali. A z arty­le­rii nie będzie prze­cież po nich tłuc. Cza­sami jed­nak Niemcy pod­ry­wali się i zaczy­nali ostrze­li­wać cały przy­le­gły teren. Poci­ski szem­rały i rwały się po ude­rze­niu w zie­mię. W jarach ście­lił się sza­ro­nie­bie­ski dym. Polo­wa­nie na ludzi odby­wało się okre­sowo.

A tu, za dnia, na odkryty teren bez­czel­nie wytur­lała się po dro­dze pod­woda. Bez pośpie­chu zatur­ko­tała po zbo­czu, jakby z nie­chę­cią draż­niąc Niem­ców. Takiej bez­czel­no­ści Niemcy nie mogli daro­wać.

Koń leni­wym kro­kiem posu­wał się do przodu, a wóz koły­sał się na wybo­jach. Star­szyna, wie­dząc że zaraz zacznie się ostrzał i że Niemcy są dobrze wstrze­lani w drogę, skrę­cił w bok i poje­chał po polu.

Sier­żant już z daleka wychwy­cił zna­jomy sze­lest poci­sków. Rozej­rzał się na boki, odcze­kał jakiś czas i gwał­tow­nie skrę­cił w bok, wście­kle sma­ga­jąc swoją kobyłkę. Konik, poczuw­szy ude­rze­nia bata, szarp­nął nogą i czu­jąc nie­do­bry znak swo­jego pana, wyrwał z miej­sca, tar­gnął wóz i poszedł galo­pem w dół ku pod­nóżu wznie­sie­nia. Nasta­wiw­szy uszu, z coraz więk­szą pręd­ko­ścią ucie­kał przed napie­ra­jącą na nią z tyłu fur­manką.

Z przodu -?parów i zaro­śla. Do krza­ków -?jak ręką się­gnąć. Można się tam zatrzy­mać, prze­cze­kać ostrzał i wyzna­czyć następny prze­skok po polu. Fur­manka z łosko­tem sto­czyła się w obni­że­nie terenu, star­szyna ścią­gnął wodze i koń prze­szedł na leniwy krok. Teraz szedł, koły­sząc się i par­ska­jąc. W krza­kach star­szyna zatrzy­mał konia, który odwró­cił do tyłu głowę i niczym wierny pies sma­gnął się ogo­nem po bokach, chcąc od razu ruszyć dalej. Star­szy sier­żant odgadł zamiary zwie­rzę­cia i pogro­ził mu pal­cem. Stój w miej­scu i nie kom­bi­nuj! Kobyłka od razu go zro­zu­miała i prze­stała się szar­pać.

Star­szyna wycią­gnął kap­ciuch, nasy­pał machorki, zwi­nął skręta i pstryk­nął błysz­czącą zdo­byczną zapal­niczką. Pod­czas gdy wypusz­czał w górę dym, konik stał spo­koj­nie. Dostrze­gł­szy, że pod­woda nie poja­wiła się za krza­kami na zbo­czu, Niemcy prze­rwali ogień.

-?Ale to jesz­cze nie wszystko! -?pod­su­mo­wał star­szyna. -?Niemcy tylko cze­kają, żeby­śmy poja­wili się w odkry­tym tere­nie. A my musimy prze­sko­czyć przez gołe wznie­sie­nie.

Ria­zan­cew leżał na ster­cie szy­neli. Nie uczest­ni­czył w wybo­rze drogi. Mimo to uniósł głowę i wtrą­cił:

-?Nie będziemy tu ster­czeć do wie­czora! Tra­cimy czas, star­szyna!

Star­szy sier­żant zbył go mil­cze­niem. Nie brał na poważ­nie uwag porucz­nika. Każ­dym nie­bez­piecz­nym zaję­ciem powinna dyry­go­wać jedna osoba. Kiedy w sprawy pcha nos dwóch ludzi, nie można spo­dzie­wać się niczego dobrego! Star­szyna był kie­dyś zwia­dowcą, cha­dzał po języka i wie­dział z doświad­cze­nia, że dowo­dzi zawsze jeden, ten, który pro­wa­dzi grupę. To może być plu­to­nowy lub sze­re­gowy, nawet jeśli z grupą idzie porucz­nik. Dowódca grupy wypa­do­wej jest jej głową!

Star­szyna pomy­ślał, że z Ria­zan­cewa nie wyci­śnie się rze­czo­wej porady. Żeby jesz­cze był trzeźwy! Dla niego jasne było jedno -?choć leciutki szum w gło­wie nie pozwa­lał mu na dokładną i bystrą ocenę, to decy­zję, dokąd jechać i kiedy ruszać, powi­nien podej­mo­wać tylko on sam.

Nie śpie­sząc się, dopa­lił skręta, splu­nął na niego, zlazł z wozu i przy­dep­tał nie­do­pa­łek nogą. To takie fron­towe przy­zwy­cza­je­nie, by ni­gdy i ni­gdzie nie zosta­wiać po sobie ognia.

Star­szyna pochy­lił głowę, nad­sta­wił ucha w stronę nieba, pona­słu­chi­wał, po czym usa­do­wił się wygod­niej na wozie, poru­szył wodzami i dodał:

-?No, poma­lutku! Ruszaj!

Pod­woda szarp­nęła i zaczęła wypeł­zać z zaro­śli na otwarty teren. Prze­je­chaw­szy dwa­dzie­ścia metrów i wspiąw­szy się na pagó­rek, star­szyna od razu wychwy­cił słu­chem dźwięk lecą­cych poci­sków. Sądząc po odgło­sie ich lotu, powinny prze­le­cieć gdzieś do tyłu. Doszedł do wnio­sku, że teraz jest naj­bar­dziej odpo­wied­nia chwila, aby prze­sko­czyć wznie­sie­nie, zatem szarp­nął lej­cami. Gdy pod­woda wyto­czyła się na grzbiet i nabie­ra­jąc szyb­ko­ści zatur­ko­tała w dół, ostrzał nie nastą­pił.

I oto jest już zna­jomy parów, a dalej za nim wąwóz. Koń pod­je­chał do zie­mianki i zatrzy­mał się. Pomoc­nik dowódcy plu­tonu pod­szedł do star­szyny, popa­trzył na fur­mankę i na leżą­cego w niej porucz­nika i powie­dział do sier­żanta:

-?Przy­był nowy szef roz­po­zna­nia!

* * *

Obu­dzi­łem się wcze­śnie. Ran­kiem nikt mnie nie zry­wał. Leża­łem i patrzy­łem na jasne pasma i plamy świa­tła, które prze­świe­cały spoza skraju namio­to­wej tka­niny, wiszą­cej w przej­ściu. Patrzy­łem i zasta­na­wia­łem się, jak ułoży się moja nowa służba i dal­sze życie. Co repre­zen­tują sobą owi ludzie? Teraz przyj­dzie mi wojo­wać razem z nimi.

Do tej pory nie­zu­peł­nie kla­row­nie wyobra­ża­łem sobie pracę puł­ko­wego zwiadu, nie zna­łem niu­an­sów jego codzien­nych zajęć. Mia­łem doświad­cze­nie wynie­sione z kom­pa­nii strze­lec­kiej i kom­pa­nii broni maszy­no­wej. Pod­czas walk nie­jed­no­krot­nie trzeba było prze­pro­wa­dzać roz­po­zna­nie wio­sek i wzgórz. Ale to było roz­po­zna­nie w pasie natar­cia kom­pa­nii. A tutaj? Front pułku.

Otrzy­maw­szy nomi­na­cję, powi­nie­nem nie tylko samemu znać się na rze­czy, ale i uczyć ludzi szcze­gó­łów puł­ko­wego zwiadu.

Dowódca plu­tonu, jak powie­dziano mi w szta­bie pułku, rów­nież dołą­czył do plu­tonu nie­dawno. Przy­je­chał z tyłów z przy­spie­szo­nego kursu. Należy zatem zakła­dać, że doświad­cze­nia bojo­wego na woj­nie mu bra­kuje. Prak­tyka w roz­po­zna­niu -?cał­kiem nie­wielka.

Pod­czas roz­mowy ze mną dowódca pułku nie posta­wił zwia­dow­com kon­kret­nych zadań. Zapewne tak jest wszę­dzie. Kom­bi­nuj sam i o wszyst­kim sam decy­duj. A jak ma być -?nie wie nikt! Nie ma cię kto nauczyć! Dowódz­two nie ma czasu, aby się tym zaj­mo­wać. To nie jego sprawa. Pierw­sza linia to nie papie­rek, na któ­rym napi­sano mel­du­nek. Dowódcy zakła­dają, że wojna nie jest do nauki. Kiedy trzeba będzie wziąć języka -?powie­dzą mi. A jak go wziąć? A, to już twoja sprawa, bra­ciszku! Sam głów­kuj! A prze­cież nie pój­dziesz tak po pro­stu i nie pochwy­cisz jeńca. Tu trzeba wszystko zapla­no­wać z dokład­no­ścią do minut i sekund.

Moje myśli zostały prze­rwane przez tur­kot fur­manki w wąwo­zie. Dało się sły­szeć par­ska­nie konia, pobrzę­ki­wa­nie wędzi­dła, głosy żoł­nie­rzy i roz­mowę pomię­dzy dwoma ludźmi, któ­rzy naj­wy­raź­niej sie­dzieli na wozie. Wywnio­sko­wa­łem, że przy­je­chał dowódca plu­tonu, więc pod­nio­słem się z pry­czy i posze­dłem do wyj­ścia.

Odsło­niw­szy zasłonę wiszącą w przej­ściu do zie­mianki, wysze­dłem na świat boży i dostrze­głem pod­wodę. Woź­nica wyprzę­gał kobyłę. Zdjął z konia wędzi­dło, odwią­zał lejce, a kobyła trą­cała go war­gami w rękaw, popy­chała i cze­kała, aż z kie­szeni wyj­rzy prze­le­żała skórka od chleba.

Star­szyna stał przy wozie ple­cami do mnie. Zachryp­nię­tym i spo­koj­nym gło­sem wyda­wał pole­ce­nia żoł­nie­rzom, skąd i dokąd nosić i gdzie skła­dać przy­wie­zione rze­czy. Wraz z poja­wie­niem się w wąwo­zie star­szego sier­żanta, żoł­nie­rze -?zwia­dowcy się oży­wili. Sta­łem w mil­cze­niu i przy­glą­da­łem się im z zain­te­re­so­wa­niem. Patrzy­łem, jak pod­cho­dzą do fur­manki, biorą wytarte żoł­nier­skie ciu­chy i odno­szą w naka­zane miej­sce.

Z roz­mowy można było wywnio­sko­wać, że oto teraz dostaną mocne buty i zmie­nią prze­pa­lone przez zimę szy­nele, wytarte na wylot bluzy i spodnie. Sam fakt tych nie­znacz­nych zmian był dla nich waż­nym wyda­rze­niem. Takie głup­stwo. Zno­szone szy­nele. A w życiu czło­wieka całe wyda­rze­nie. Łachy ścią­gnięte z zabi­tych poru­szyły żoł­nie­rzy. Jak nie­wiele potrzeba czło­wie­kowi!

Wymiana sta­rej, nie­zdat­nej do niczego odzieży, spo­wo­do­wała, że u nich serca rosły. Uży­wane, pod­re­pe­ro­wane buty i szy­nele wzbu­dziły w nich radość jak widok zaba­wek w skle­pie zabaw­kar­skim u dzieci. Każdy z nich wypa­try­wał, co mu przy­pad­nie ze wspól­nej sterty.

Przy­glą­da­łem się żoł­nie­rzom, patrzy­łem na ich krzą­ta­ninę i widzia­łem to ich pra­gnie­nie zrzu­ce­nia z sie­bie podziu­ra­wio­nego ubra­nia i zdję­cia zno­szo­nych butów. Pod­czas gdy w mil­cze­niu obser­wo­wa­łem ten widok, ktoś pod­szedł do mnie z tyłu i ostroż­nie trą­cił mnie w ramię. Pomy­śla­łem, że to koń domaga się chleba. Odwró­ci­łem się i ujrza­łem nie kobyłę, a dowódcę plu­tonu, Fie­dora Fie­do­ri­cza Ria­zan­cewa, z któ­rym przyj­dzie mi wspól­nie wojo­wać. Już wcze­śniej wie­dzia­łem, że strat i nie­po­wo­dzeń w puł­ko­wych pod­od­dzia­łach roz­po­zna­nia było nie­mało, a suk­cesy były rzad­ko­ścią i można je było poli­czyć na pal­cach.

Popa­trzy­łem na dowódcę plu­tonu i pomy­śla­łem sobie: "Jak ułoży się moja nowa służba i praca w zwia­dzie? Co to za ludzie, z któ­rymi mam razem słu­żyć?"

Przy­wi­ta­łem się z nim i od razu dostrze­głem, że jest zdrowo wlany, ale uda­łem, że niczego nie zauwa­ży­łem. W głębi ducha posta­no­wi­łem, że się z tym nie zdra­dzę. Kto wie, co się może czło­wie­kowi przy­tra­fić. Nie wia­domo, co go przy­pi­liło, aby wypić. Nie należy zaczy­nać służby od kon­fliktu. Być może to sprawa przy­padku. Każ­demu może się przy­tra­fić, jeśli naczal­stwo mu nie­spra­wie­dli­wie dopie­kło.

Ode­szli­śmy ku powa­lo­nej brzo­zie, zasie­dli­śmy na jej pniu i zapa­li­li­śmy. Roz­mowa się nie kle­iła, obaj mil­cze­li­śmy. Ja cze­ka­łem, aż on zacznie. A on doszedł do wnio­sku, że to ja będę zada­wać pyta­nia.

-?W pułku mi powie­dzieli, że ty też jesteś z Moskwy.

-?Tak! -?odpo­wie­dział.

"Nie­ga­da­tliwy!" -?pomy­śla­łem.

Tak zaczęła się nasza wspólna służba. W zwia­dzie było nam sądzone prze­wo­jo­wać razem około roku. Dla puł­ko­wego zwia­dowcy to czas nie­mały, jeśli zało­żyć, że okres prze­by­wa­nia na pierw­szej linii ogól­nie liczy się w skali paru tygo­dni. Nam, moskwia­nom, Naj­wyż­szy wydzie­lił solidny kawał czasu. Rok w puł­ko­wym zwia­dzie -?to jak cała wiecz­ność!

Robota za przed­nim skra­jem jest ciężka i nie­bez­pieczna. To nie sie­dze­nie w oko­pie i dra­pa­nie się od wszy. Śmierć codzien­nie wyrywa kogoś z naszej nie­wiel­kiej grupy zwia­dow­czej. W puł­ko­wym zwia­dzie razem ze mną, Ria­zan­ce­wem, star­szyną Woło­szy­nem, woź­nicą Walie­je­wem i koniem imie­niem Mańka, jest rap­tem dwu­dzie­stu ludzi.

Następ­nego dnia z nie­spiesz­nej opo­wie­ści Fie­dora Fie­do­ri­cza dowie­dzia­łem się, że przed wojną miesz­kał w Moskwie na ulicy Roż­die­stwienka, dom numer 2. Wej­ście od podwórka na prawo.

Teraz tego pię­tro­wego domu już nie ma. Na jego miej­scu po woj­nie wybu­do­wano budy­nek domu towa­ro­wego "Świat Dzieci".

-?Pra­co­wa­łem jako kamie­niarz -?opo­wia­dał. -?Robota brudna. Pył z kamie­nia stoi słu­pem, wżera się w skórę. Po robo­cie nie zeskro­biesz go ani mydłem, ani szczotką. Pie­nię­dzy mi spe­cjal­nie nie bra­ko­wało. Popi­ja­łem codzien­nie. Na kamie­niu zawsze mia­łem dodat­kowy zaro­bek. Weź­miemy pry­watne zamó­wie­nie, wytniemy z gra­nitu postu­ment i nagro­bek, wypo­le­ru­jemy -?i pie­niążki lądują na stole. Można pójść i zoba­czyć, ile wycią­łem płyt z bryły.

Żona i córka miesz­kają w Moskwie, na Roż­die­stwience. Ale mał­żeń­stwo było nie­udane. Mówię szcze­rze. Tra­fiła mi się kobita natrętna, awan­tur­ni­cza i pyskata. Skąd się takie baby biorą? Awan­tu­ro­wała się bez żad­nego powodu. Widać taką miała cho­robę. Uwol­ni­łem się od niej dopiero, kiedy posze­dłem na ochot­nika na front. A z racji pracy mia­łem zwol­nie­nie ze służby. Robi­li­śmy nagrobki dla wyż­szego dowódz­twa. Wcze­śniej miesz­ka­łem z ojcem na wsi. Rodzina była duża. Żyło się bied­nie, nie wystar­czało chleba. U nas we wsi miesz­kał taki jeden ręko­dziel­nik. No i ojciec zała­twił, żeby uczył mnie rze­mio­sła. Naj­pierw byłem chłop­cem do wszyst­kiego, potem dali mnie do cię­cia kamie­nia. Cię­li­śmy mar­mur, gra­nit, kamień. Wyci­na­li­śmy napisy, pła­sko­rzeźby i co tam jesz­cze. Wkrótce naszego mistrza zabrali i posa­dzili, że niby miał związki z ese­rami. Nasza spół­dziel­nia się roz­le­ciała. Ruszy­łem do Moskwy. Ima­łem się róż­nych zajęć. Cią­gnęło mnie jed­nak do kamie­nia. Posze­dłem na kamie­niarza. W Moskwie był wtedy nie­wielki zakład obróbki kamie­nia. Oże­ni­łem się przed samą wojną. Słabo się wtedy zna­łem na dzie­wu­chach. Wyda­wało mi się, że wszyst­kie są dobre do życia w rodzi­nie. I wpa­ko­wa­łem się na taką głu­pią z jęzo­rem do ziemi. Ja sam nie za bar­dzo lubię się kłó­cić i sprze­czać. Baba zaczyna krzy­czeć, to ja idę się napić. Do wódki przy­wy­kłem za młodu. Kamie­nia­rze nie mogą haro­wać bez wódki. Pył włazi do gar­dła. Bryły leżą na wol­nym powie­trzu. Zimą śnieg i zimno, jesie­nią deszcz, latem upał. W zimie od brył gra­nitu cią­gnie zią­bem. Latem koło nich spie­kota, że nie ma czym oddy­chać. Do wódki w ogóle mnie nie cią­gnie. Nie ma jej -?mam to gdzieś! A jeśli jest -?pole­waj! Dla­czego mam jej sobie odma­wiać? Orga­nizm mam zdrowy. Każda szklanka idzie na zdrówko!

Ria­zan­cew miał krzepką i mocną budowę ciała. Ciężka praca fizyczna zro­biła swoje. Był nie­wiel­kiego wzro­stu. Sze­roki w ramio­nach. Zro­go­wa­ciale dło­nie. Jasne włosy. Oczy błę­kit­no­szare. Twarz pro­mie­nio­wała zdro­wiem. Na policz­kach ryso­wał się rumie­niec. Górna warga wydęta, że tylko nale­wać i pod­sta­wiać meta­lowy kubek. Ria­zan­cew był parę lat star­szy ode mnie.

-?Na odkry­tym placu, gdzie tną bloki -?kon­ty­nu­ował -?panuje taki chrzęst i chro­bot, że nie sły­chać ludz­kich gło­sów. Bałem się, że ogłuchnę. Na tar­czowy frez leje się woda, żeby go schło­dzić i nasma­ro­wać. Obok stu­kają młotki, prze­ci­naki przy ude­rze­niu wydają prze­raź­liwy zgrzyt. Na zębach i w gar­dle masz gra­ni­towy pył. Splu­niesz, kich­niesz, a z gęby jakby ci czarna żaba wysko­czyła. Cho­dzisz po wodzie. Woda chla­pie za koł­nierz. Koń­czysz zmianę i choć­byś się namy­dlił, choć­byś wodą zmy­wał, brud przy­le­pił się do ciała. Idziesz do domu i plu­jesz cemen­tem.

Ze wszyst­kich chło­pów na placu ja zara­bia­łem naj­wię­cej. Sąsiadki zazdro­ściły mojej żonie. Odda­wa­łem jej pen­sję, a lewy zaro­bek trzy­ma­łem przy sobie w kie­szeni. Ostat­nimi czasy zaczą­łem ucie­kać z domu. Ona widzi, że się ubie­ram, otwiera drzwi i zaczyna wrzesz­czeć na cały dom. Czeka, aż się zlecą sąsie­dzi. Mia­łem tego dość. Cie­szę się, że wzięli mnie do woj­ska. Uwol­ni­łem się od idiotki. Stała mi ością w gar­dle.

Ria­zan­cew nachmu­rzył się i prze­cią­gnął dło­nią po gar­dle.

-?Jeśli mnie nie zabiją, to jak skoń­czy się wojna, nie wrócę do niej. To już posta­no­wione. Jak się będziesz żenić, porucz­niku, nie daj Bóg, żeby ci się taka głu­pia baba tra­fiła. Na woj­sko­wej komi­sji uzu­peł­nień zapro­po­no­wali mi, żebym poszedł do uczelni woj­sko­wej. Ale myślę sobie, że po co sobie głowę pasku­dzić jakąś tam nauką. Kole­dzy jed­nak mnie namó­wili. Służba ofi­cer­ska -?czy­sta sprawa. No i zosta­łem porząd­ni­siem. Kiedy przy­by­łem do pułku, zapro­po­no­wali, żeby iść do zwiadu. No i jestem tutaj.

-?A jak tam u cie­bie z ogól­nym wykształ­ce­niem? -?zapy­ta­łem.

-?Szkółki sześć klas. Cho­dzić na azy­mut po mapie nie umiem. Ty mnie lepiej posy­łaj do Niem­ców po języka.

Pod­szedł do nas star­szyna, który zakoń­czył pracę. Przy­wi­tał się i przy­siadł na brzo­zie. I tak prze­sie­dzie­li­śmy przez jakiś czas, oma­wia­jąc różne sprawy.

Wie­czo­rem wraz z Ria­zan­ce­wem powi­nie­nem wyru­szyć na pierw­szą linię. Chcia­łem obej­rzeć przedni skraj obrony pułku. W każ­dym bata­lio­nie mamy z przodu nie wię­cej niż po stu ludzi. Linia frontu jest mocno roz­cią­gnięta. Bra­ko­wało żoł­nie­rzy. Nocą Niemcy mogli prze­pro­wa­dzić roz­po­zna­nie bojem i rzu­cić się na tran­szeję.

Dowódcy bata­lio­nów wymo­gli na dowódcy pułku, żeby zwia­dow­ców posy­łać na nocne patrole. Zwia­dowcy mieli jedno zada­nie -?ochronę sztabu pułku i wypady po nocy. W roz­po­zna­niu rów­nież bra­ko­wało ludzi. Na nocne patrole posy­łano po jed­nym zwia­dowcy.

-?Jak to? -?zapy­ta­łem Ria­zan­cewa. -?Zabije kogoś albo rani i nie ma komu udzie­lić pierw­szej pomocy.

-?A co ja mogę zro­bić? Zmniej­szyć liczbę poste­run­ków?

-?Oczy­wi­ście! Jeśli Niemcy ruszą się nocą, to i tak się ich zauważy.

Po wyda­niu jedze­nia wraz z nie­wielką grupką zwia­dow­ców ruszy­li­śmy na pierw­szą linię. Zapy­ta­łem żoł­nie­rzy, gdzie i jak pro­wa­dzą obser­wa­cję.

-?Sie­dzimy w lejach i przed świ­tem wra­camy do tyłu.

-?Jak daleko wycho­dzi­cie przed przedni skraj?

-?Nie wię­cej niż na trzy­sta metrów.

-?Co stam­tąd widać?

-?Kła­dziesz się w leju i słu­chasz. Niem­ców stam­tąd nie widać.

-?A pod nasyp cho­dzi­li­ście?

-?Cho­dzi­li­śmy! Niemcy patro­lują go nocą. Sły­chać, jak roz­ma­wiają.

-?Nie zaszko­dzi zer­k­nąć, gdzie nasi żoł­nie­rze dyżu­rują po nocach! - powie­dzia­łem do Ria­zan­cewa.

-?No to już, idziemy!

-?Więc chodźmy!

Poszli­śmy z dwoma żoł­nie­rzami do miej­sca, w któ­rym się kła­dli. Wydo­staw­szy się z tran­szei na miękki grunt, przy­kuc­nę­li­śmy i zaczę­li­śmy się wsłu­chi­wać. Trzeba przyj­rzeć się ziemi niczy­jej i obrać kie­ru­nek. Od tego się zaczyna. Każdy puł­kowy zwiad ma swoje oby­czaje. Pod­nió­sł­szy się na nogi, ruszy­li­śmy za żoł­nie­rzami, któ­rzy szli przo­dem. Ich ciemne posta­cie cicho prze­śli­zgi­wały się w dół zbo­cza. Żoł­nie­rze kilka razy się zatrzy­my­wali, przy­sia­dali i roz­glą­dali na boki. Ja i Ria­zan­cew powta­rza­li­śmy każdy ich ruch. Zaczęły nas sma­gać po twa­rzach gałązki krze­wów. Bez pośpie­chu prze­kro­czy­li­śmy nie­wielki parów.

Prze­szli­śmy rap­tem trzy­sta metrów, ale w nocy ma się wra­że­nie, że to cała wior­sta. Nie można ani kich­nąć, ani kaszl­nąć. Gdy tylko zwia­dowca zrobi krok za przed­pier­sie, musi być zupeł­nie bez­sze­lestny. Żad­nych pytań, żad­nych odpo­wie­dzi. Idziesz, powta­rzasz ruchy tych z przodu, któ­rzy mogą ci dać umó­wiony sygnał wyłącz­nie ręką.

Żoł­nie­rze zwol­nili kroku, dali sygnał i zatrzy­mali się. Jeden z nich pochy­lił się i przy­siadł. Drugi zro­bił znak, żeby­śmy pode­szli bli­żej.

Widzę, że pogłę­bili nieco lej. Można się w nim teraz zmie­ścić w dwie osoby. Świeżą zie­mię sypali w worki i przed świ­tem zabie­rali ze sobą i wysy­py­wali obok tran­szei. Nie wolno zosta­wiać świeżo wyko­pa­nej ziemi koło leja. Po świe­żych hał­dach Niemcy mogą wykryć sta­no­wi­sko noc­nej czujki. Za dnia się przyj­rzą, a nocą posta­wią miny. Wszystko jest logiczne. Jed­nak na razie Niemcy nie wycho­dzili do przodu ze swo­jego okopu. Bali się cho­dzić małymi gru­pami.

W isto­cie rze­czy był to mój pierw­szy wypad ze zwia­dow­cami na zie­mię niczyją. Wcze­śniej też cha­dza­łem, ale nie w towa­rzy­stwie zwia­dow­ców.

Z żoł­nie­rzami byli­śmy nie­długo. Oni zostali na czujce, a my z Ria­zan­ce­wem wró­ci­li­śmy. Sądzi­łem, że póź­niej w szta­bie pułku odbędą ze mną roz­mowę o noc­nych war­tach i poste­run­kach, więc posta­no­wi­łem wcze­śniej wyjść za skraj i obej­rzeć wszystko samemu. Mia­łem marne wyobra­że­nie o tym, czego tak naprawdę zwia­dowcy pil­nują na ziemi niczy­jej. Pierw­szej linii, czy snu żoł­nie­rzy, zasia­da­ją­cych w oko­pach?

Począt­kowo opusz­cza­nie tran­szei i wysu­wa­nie się do przodu to nie­przy­jemna sprawa. Kiedy sie­dzisz w oko­pie osło­nięty zie­mią od kul, to na sercu jest jakby lżej. A cho­dze­nie po powierzchni ziemi pod nosem Niem­ców jest nie­bez­pieczne, bo można nadziać się na kulkę albo odła­mek. No i nie ma się gdzie ukryć. Zda­rza się, że kula leci bez­gło­śnie, jak dola­tu­jący gra­nat moź­dzie­rzowy. I to jest wła­śnie twoja kula. Stuk­nie cię nie­spo­dzie­wa­nie i możesz przy­jąć, że jest poza­mia­tane.

Albo takie coś. Wra­casz do okopu, a tu też możesz zła­pać kulkę, bo jakiś baran nagle się obu­dzi i wygar­nie do cie­bie ze stra­chu. Gdyby celo­wał - w życiu by nie tra­fił. A tak, w pół­śnie, wlepi ci na pew­niaka. Albo wygarną do cie­bie z kara­binu maszy­no­wego, bo dojdą do wnio­sku, że strzał był sygna­łem alar­mo­wym, choć wszy­scy wie­dzą, że nasi ludzie są z przodu. Wszystko może się zda­rzyć. Pomy­ślą, że naszych już dawno stuk­nęli, a teraz biją po tran­szei. Potem tak naplotą, że puł­kowi tak­tycy i stra­te­go­wie się nie poła­pią.

Fie­dor Fie­doricz opo­wia­dał, że jed­nego z chło­pa­ków wła­śnie tak zabili. Zali­czył kulkę od swo­ich. Na takie coś nie jesteś przy­go­to­wany. Zawsze dosta­jesz pocisk nie­ocze­ki­wa­nie.

Nie­miec­kim kulom się kła­niasz. Wróg strzela według sys­temu. Cze­kasz na te kule i wiesz, kiedy zacho­wać czuj­ność. Odli­czasz sekundy. Sto­isz, patrzysz i decy­du­jesz, czy wygarną, czy nie. Niemcy witają nas i odpro­wa­dzają oło­wiem. My nie wal­czymy, lecz codzien­nie cho­dzimy na spo­tka­nie śmierci i ma się wra­że­nie, że nie ma w tym żad­nego boha­ter­stwa. Taka robota -?cho­dzić na śmierć!

Stra­chu nie czu­jesz, gdy trafi cię kula. Strach jest wtedy, kiedy kula prze­la­tuje obok. A kiedy ude­rza, tra­fia w nogę, opala szyję albo roz­pruwa kość policz­kową, to stra­chu już nie ma, bo kula prze­cież nie prze­le­ciała obok.

I jeśli masz jesz­cze siłę, aby biec, kuś­ty­kać czy czoł­gać się do swo­ich, to ruszaj czym prę­dzej. Ina­czej stra­cisz mnó­stwo krwi. A jeśli nie masz sił, to leż i cze­kaj. Nie poja­wisz się na czas przed świ­tem, to pójdą po cie­bie i cię wyniosą.

Jak dotrzesz do tran­szei, to nałóż sobie opa­tru­nek, ban­daże i możesz odpo­czy­wać. I wtedy znowu poja­wia się strach, czy aby nie masz gan­greny. Ale to przej­dzie, gdy ułożą cię na noszach i pod­niosą z okopu na powierzch­nię ziemi. Znowu będziesz wtedy myśleć o kulach, poci­skach i gra­na­tach moź­dzie­rzo­wych, które Nie­miec wypusz­cza, aby Sło­wia­nie nie zapo­mnieli, gdzie się znaj­dują.

Potem dodźwi­gają cię do wąwozu, położą na ziemi i będziesz cze­kać na fur­mankę. Po dro­dze do bata­lionu sani­tar­nego pod­woda może wpaść pod ostrzał.

Leżysz na wozie, patrzysz w niebo, a tu nagle woź­nica cisnął lejce, odbiegł byle dalej i zaległ w rowie. Będzie tam leżeć, dopóki nie skoń­czy się ostrzał. Łatwiej jest wal­czyć ze stra­chem, gdy sto­isz na nogach, a nie wtedy, gdy leżysz bez­sil­nie i cze­kasz, kiedy obok roze­rwie się pocisk i odłamki trzepną cię wachla­rzem. Dobrze jesz­cze, że nie tra­fi­łeś na fur­mankę z puł­ko­wych tabo­rów. Wtedy jakiś wozak z nalaną mordą i knu­tem za cho­lewą może wyrzu­cić cię do rowu i będziesz się tam ponie­wie­rać do rana, dopóki nie zabie­rze cię ktoś inny.

Udało ci się jed­nak. Żyjesz i docią­gną­łeś do stołu ope­ra­cyj­nego. Roz­cięli na tobie odzież, odwi­nęli ban­daże, roze­brali, obmyli, ostrzy­gli gdzie trzeba i przy­wią­zali do stołu. Nie zdą­żyli dać nar­kozy, a tu na nie­bie poja­wiły się nie­miec­kie samo­loty. Leka­rze i pie­lę­gniarki ucie­kli do szcze­lin, a ty znowu patrzysz w sufit i zosta­łeś sam ze swo­imi myślami, stra­chem i nadzieją. W myślach przy­go­to­wa­łeś się na śmierć, a ona się nie spie­szy.

Strach na woj­nie jest zawsze i wszę­dzie. Wszyst­kie prze­ży­cia można okre­ślić jed­nym sło­wem -?strach. Ten, kto wal­czył, zna wagę tego słowa.

Temu woza­kowi z nalaną gębą ze stra­chu oczy wyla­zły z orbit. To nie był zwy­czajny strach, a zwie­rzęcy. Tylko głupi smar­ka­cze mają w oczach wię­cej cie­ka­wo­ści niż stra­chu. Oni nie widzieli śmierci, a kiedy jej nie znasz, to czego się bać?

Zastępca do spraw poli­tycz­nych, Sien­kie­wicz, był ogar­nięty takim prze­ra­że­niem, taką paniczną trwogą o wła­sną skórę i życie, że uciekł spod Bie­łego, porzu­ciw­szy żoł­nie­rzy. Potem poszedł do góry. Oto, jak się zda­rza. Stra­chy rów­nież bywają różne.

Ja tu sobie dywa­guję o stra­chu, a prze­cież nale­ża­łoby dla porządku wspo­mnieć naszego dziadka, Bie­re­zina. Ten nie odczu­wał stra­chu, kiedy osiem tysięcy żoł­nie­rzy dostało się do nie­miec­kiej nie­woli pod Bie­łym. I dla­tego okrę­cił się żoł­nier­skim szy­ne­lem i poszedł w stronę mia­sta. Odtąd nikt go wię­cej nie widział.

A na punk­cie dowo­dze­nia sztabu armii cze­kał na niego samo­chód z ludźmi z kontr­wy­wiadu. Mieli roz­kaz go zabrać i powieźć, gdzie trzeba.

Stra­chu nie ma, gdy go pod­le­jesz alko­ho­lem. Pod­pity Ria­zan­cew był w sta­nie pójść i prze­leźć nie­miec­kie zasieki!

Wyszli­śmy zatem z ziemi niczy­jej. Dwa­dzie­ścia metrów dalej jest nasza tran­szeja.

-?Coś zim­nem cią­gnie po ple­cach! Jutro na pewno zmieni się pogoda! - powie­dział Ria­zan­cew.

Ja też czuję jakiś chłód pod łopat­kami. Z tyłu w ślad za nami nio­sły się nie­miec­kie smu­ga­cze. To nie­przy­jemne uczu­cie, gdy tak idziesz i ple­cami wyczu­wasz ołów. Po dro­dze do wąwozu można było poroz­ma­wiać. Zapy­ta­łem Ria­zan­cewa:

-?Jak sądzisz? Na czym tak naprawdę polega zamysł noc­nych patroli? Co oni robią? Trzy­mają obronę, czy osła­niają pie­chotę?

-?Co tu myśleć? Kazali mi, to ich posta­wi­łem.

-?Jakie zada­nie bojowe sta­wiasz zwia­dowcy? Za co ma odpo­wia­dać? Co powi­nien robić, jeśli Niemcy się ruszą? Co? Bie­gać i budzić pie­chotę czy bro­nić się w swoim leju? -?dopy­ty­wa­łem się.

-?Nie wiem! W szta­bie, gdy mi dawali roz­kaz, nie pyta­łem się o to.

Następ­nego dnia wzią­łem ze sobą jed­nego żoł­nie­rza i poro­śnię­tym krze­wami jarem wyru­szy­łem do sztabu pułku.

W schro­nie majora paliła się ben­zy­nowa kop­ciłka. Kiedy major spał lub pra­co­wał, łuski z kno­tem nie gaszono. War­tow­nik wpu­ścił mnie do środka. Major sie­dział przy stole i prze­kła­dał jakieś papiery. Zoba­czyw­szy mnie, prze­rwał swoje zaję­cie.

-?Ze sprawą do mnie?

Zaczą­łem wykła­dać mu swoje wąt­pli­wo­ści.

-?Jeśli Niemcy podejmą próbę prze­kro­cze­nia ziemi niczy­jej, to wpadną na naszych chło­pa­ków. Zwia­dowcy nie zdążą się wyco­fać. Leżą w płyt­kich lejach albo po pro­stu na gołej ziemi i przy­kry­wają się krza­kami. Od razu ich wszyst­kich zabiją. A ranni tra­fią do nie­miec­kiej nie­woli. Nie wiem, gdzie u nas prze­biega pierw­sza linia. Może wypro­wa­dzić pie­chotę z oko­pów i posa­dzić tam naszych chło­pa­ków?

Major popa­trzył na mnie w mil­cze­niu. Być może pomy­ślał, że powie­dzia­łem już wszystko i przy­sze­dłem wyłącz­nie w tej spra­wie.

W tym momen­cie majora odwo­łano do tele­fonu. Pod­czas gdy roz­ma­wiał, wspo­mnia­łem o Ria­zan­ce­wie. To wła­śnie Fie­dia jest mil­czący i ze wszyst­kim się zga­dza. Przyj­dzie do majora, zacznie mówić, a major mu prze­rwie i powie:

-?Wiemy! Dobra, idź już!

Ria­zan­cew zmie­sza się i pój­dzie. A po dro­dze przy­po­mni sobie, że zapo­mniał popro­sić o buty. Roz­mowa z dowódz­twem odbie­rała mu rozum i wyci­skała pot na czoło. Wes­tchnie i mach­nie ręką. Dobra -?innym razem. Potem do majora posyła star­szynę. Fiedkę po dwóch czy trzech zda­niach to na zmianę mro­ziło, to oble­wało potem.

Major odło­żył słu­chawkę i wró­cił do stołu.

-?Jak to wszystko rozu­mieć? Kto się ma bro­nić? Kom­pa­nie strze­lec­kie czy zwia­dowcy? Nocą może wybuch­nąć strze­la­nina. Nasi ceka­emi­ści dadzą ognia w stronę Niem­ców. A prze­cież po ciemku łupną jak nic po zwia­dow­cach. Co wy o tym sądzi­cie? -?zapy­ta­łem majora.

Major mil­czał, a ja kon­ty­nu­owa­łem

-?Może mówię bez sensu? Pod­czas wojny domo­wej wysu­wano dozory. Cza­pa­jew poległ, nadziaw­szy się na czujkę. Jakie zada­nie bojowe powi­nie­nem posta­wić zwia­dow­com? Że niby idź, bra­ciszku, poleż do rana na ziemi niczy­jej?

Umil­kłem i spoj­rza­łem na majora. Ten pokrę­cił głową i słu­cha­jąc, uśmie­chał się.

-?Dowódca pułku może nam wydać roz­kaz zaję­cia obrony na jakimś odcinku. Ale nikt nie może nam wydać roz­kazu, żeby ochra­niać kom­ba­tów i kom­pa­nie strze­lec­kie. Dowódca plu­tonu roz­po­zna­nia mel­duje mi, że jeden z dowód­ców bata­lio­nów już na niego pokrzy­kuje. Jestem trzeci rok na fron­cie, byłem dowódcą kom­pa­nii i zdą­ży­łem rów­nież liznąć roboty szta­bo­wej, ale żeby pie­chota spała w oko­pie, a zwia­dowcy jej pil­no­wali, to cze­goś takiego ani razu nie widzia­łem. Kiedy słu­ży­łem w kom­pa­nii, dowódcy bata­lionu darli ze mnie skórę pasami i gro­zili roz­strze­la­niem za piędź ziemi. A tu co się dzieje? Może dowódcy bata­lio­nów boją się, że żoł­nie­rze w nocy uciekną do Niem­ców. Więc niech ich dowódcy kom­pa­nii nie śpią i niech sami ich pil­nują. Niech sobie krążą nocami po tran­szei. Pro­szę o poru­sze­nie tego tematu z dowódcą pułku. Albo odpo­wia­dam za okop i dostaję od dowódcy pułku ofi­cjalny roz­kaz i odci­nek do obrony, albo jutro ścią­gam zwia­dow­ców z czu­jek. Za mie­siąc będą chcieli, żeby­śmy wzięli jeńca, a w plu­to­nie zamiast zwia­dow­ców są wiej­scy stróże z tłucz­kami do mięsa. Potem będą mnie jebać za to, że nie wzię­li­śmy języka.

Parę dni temu prze­sze­dłem do roz­po­zna­nia. Widzę, że żoł­nierz sie­dzi na powa­lo­nej brzo­zie. Scho­wał pod sie­bie nogi, żebym ich nie widział i patrzy na mnie. Pode­szwę ma pod­wią­zaną dru­tem tele­fo­nicz­nym. A na tyłach pułku szew­ców i kraw­ców -?jak psów. Z mojej strony towa­rzy­szu majo­rze to wszystko. Pro­szę o mel­du­nek do dowódcy pułku rów­nież i w tej kwe­stii.

-?Wygar­ną­łeś jak trzeba! Słu­cha­łem cię uważ­nie. W pułku jest kiep­sko z ludźmi. Bra­kuje żoł­nie­rzy i broni. Front pułku jest roz­cią­gnięty. Jeśli jutro zabie­rzesz swo­ich chło­pa­ków, to ogo­limy obronę. Prze­bu­dowa wymaga czasu. Zro­bimy tak -?w każdą kolejną noc będziesz posy­łać na nocne patrole o dwóch żoł­nie­rzy mniej. Uma­wiamy się, że ostat­nią parę zdej­miesz za tydzień. W tym cza­sie dowódcy bata­lio­nów prze­stroją swoje szyki. Jeśli się zga­dzasz, idę do dowódcy pułku i dostaję na to zgodę. Jutro roze­ślemy roz­kaz puł­kowy i stop­niowo będziemy zdej­mo­wać zwia­dow­ców. Jak widzisz, nie tylko cię rozu­miem, ale cał­ko­wi­cie się z tobą zga­dzam! Więc jak? Pasuje?

-?Pro­szę o wyda­nie pole­ce­nia zastępcy do spraw tyło­wych w kwe­stii butów i umun­du­ro­wa­nia.

Major poszedł z mel­dun­kiem do dowódcy pułku. A ja wysze­dłem na zewnątrz, zawo­ła­łem swo­jego żoł­nie­rza i ruszy­li­śmy z powro­tem do wąwozu.

* * *

Minęły dwa tygo­dnie. Zwia­dow­ców zdjęto z poste­run­ków i noc­nego stró­żo­wa­nia. Star­szyna zor­ga­ni­zo­wał chło­pa­kom banię i prze­brał ich w czy­stą bie­li­znę. Celem pro­wa­dze­nia obser­wa­cji prze­ciw­nika na przed­nim skraju, usta­wiono lor­netę noży­cową. Zwia­dow­ców roz­bito na grupy bojowe. I teraz każda grupa otrzy­my­wała swój odci­nek do noc­nych wypa­dów i roz­po­zna­nia nie­miec­kiej obrony.

Pierw­sze, z czym się zetkną­łem i co wpra­wiło mnie w kon­ster­na­cję to fakt, iż zwia­dowcy nie potra­fili czy­tać mapy ani się nią posłu­gi­wać. Wraca żoł­nie­rzyna z noc­nego patrolu, a ja mówię do niego:

-?Pokaż mi na mapie miej­sce, w któ­rym sie­dzia­łeś w nocy i obiekt, który obser­wo­wa­łeś pod dru­tem kol­cza­stym.

Ten nie jest w sta­nie nic powie­dzieć. Orien­ta­cja w tere­nie, poru­sza­nie się według mapy i azy­mu­tów to dla zwia­dowcy pierw­szy­zna.

Trzeba było orga­ni­zo­wać zaję­cia. Żoł­nie­rze powoli, acz sku­tecz­nie, przy­swa­jali sobie zawi­ło­ści wojen­nych nauk.

Pod­czas wojny zwia­dow­ców spe­cjal­nie nie szko­lono. Do puł­ko­wego zwiadu przyj­mo­wano ochot­ni­ków z kom­pa­nii strze­lec­kich. Czę­sto do roz­po­zna­nia szli mło­dzi chłopcy. Świe­żego czło­wieka nie wolno było od razu pusz­czać na głę­boką wodę.

To nie roman­tyka i nie zabawa w Koza­ków -?roz­bój­ni­ków. To nie­bez­pieczna i wyczer­pu­jąca praca. Do roz­po­zna­nia nabrali ochot­ni­ków. Przed żoł­nie­rzami nie ukry­wano, że czeka ich cięż­kie i nie­bez­pieczne życie.

Ria­zan­cew oso­bi­ście spraw­dzał każ­dego na oko­licz­ność ducha, słu­chu i wzroku. Duch -?to nie­od­parta chęć zosta­nia zwia­dowcą, bez względu na wszel­kie trud­no­ści tej pro­fe­sji. Słuch! Zwia­dowca powi­nien mieć nie­malże muzy­kalny słuch. Jed­nakże powi­nien odróż­niać nie bemole i krzy­żyki, a szmery wia­tru, sze­lest trawy pod nogami idą­cego, przy­tłu­mione roz­mowy war­tow­ni­ków w oko­pie.

Ria­zan­cew usta­wiał żoł­nie­rza ple­cami do sie­bie i odcho­dząc od niego na dzie­sięć metrów, wyma­wiał szep­tem roz­ma­ite prze­kleń­stwa i cyfry. No i naj­waż­niej­sze w teście -?to wzrok. Nocą Ria­zan­cew wycho­dził z żoł­nie­rzem w teren i poka­zu­jąc pal­cem w prze­strzeń, pytał:

-?Co to?

-?Gdzie? -?wypy­ty­wał żoł­nierz.

Zapro­po­no­wa­łem Ria­zan­ce­wowi inną metodę. U żegla­rzy to się nazywa sema­for. Kiedy jeden dru­giemu prze­ka­zuje tekst za pomocą macha­nia rękami. Sta­wiasz żoł­nie­rza jak naj­da­lej od sie­bie i niech powta­rza ruchy two­ich rąk. To na począ­tek. Teraz dru­gie! Przy znu­żo­nym wzroku u nie­któ­rych żoł­nie­rzy poja­wiają się oznaki kurzej śle­poty. Cho­robę tę wywo­łuje brak wita­min i cią­głe żywie­nie potra­wami mącz­nymi, ale nie u wszyst­kich. U pew­nych żoł­nie­rzy poja­wia się okre­sowo. Potem sama prze­cho­dzi. Dla nas naj­waż­niej­sza nie jest cho­roba. Naj­waż­niej­sze to - odmowa wyj­ścia na zada­nie. Sam fakt odmowy oddzia­łuje psy­cho­lo­gicz­nie na innych. Budzi zwąt­pie­nie i pod­rywa ducha.

Żoł­nierz nie jest winien temu, że mu się tra­fia kurza śle­pota.

Po wstęp­nym spraw­dze­niu nowi­cju­sza czy się nadaje, przy­dzie­lano go do grupy zwia­dow­czej i stop­niowo wdra­żał się on w życie i sprawy puł­ko­wego zwiadu. W puł­ko­wym roz­po­zna­niu każdy słu­żył na zasa­dach dobro­wol­no­ści. Mało kto wra­cał do kom­pa­nii strze­lec­kich, choć każdy wie­dział, że ma prawo w dowol­nej chwili porzu­cić zwiad i prze­nieść się do strzel­ców.

Zwia­dowca miał swoje prawa i zwy­czaje. Zasady gry ze śmier­cią nie były przez nikogo roz­pi­sane ani usta­no­wione. Rodziły się i poja­wiały w pro­ce­sie służby bojo­wej, wery­fi­ko­wały się przy pracy i stop­niowo wcho­dziły w życie jako prawo. Poszli na nocne roz­po­zna­nie, nadziali się na zasadzkę, wpa­dli pod ogień, ponie­śli straty, wcią­gnęli gar­dłem krwi - i już stało się jasne, jak należy dzia­łać.

Pro­rok Moj­żesz napi­sał Żydom Tal­mud i kodeks praw wiary żydow­skiej. My z Ria­zan­ce­wem nie byli­śmy pro­ro­kami. Wszyst­kie nasze prawa i oby­czaje zostały zapi­sane żoł­nier­ską krwią i śmier­cią.

Oby­czaje u zwia­dow­ców były strasz­niej­sze niż prawa cza­sów wojny. Żoł­nierz idzie pod nie­miec­kie zasieki nie po to, by sobie tak po pro­stu posłu­chać i pole­żeć. Za każ­dym razem powi­nien przy­nieść cenne infor­ma­cje. Powi­nien okre­ślić, gdzie naj­le­piej chwy­tać języka. Powi­nien wyśle­dzić swoją ofiarę i spraw­dzić wszystko w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach.

Na pod­sta­wie jego danych do nie­miec­kiego okopu pój­dzie grupa prze­chwy­tu­jąca. Kiedy będą brać Niemca za koł­nierz, dobrze by było, aby ten nie zdą­żył ani mru­gnąć, ani pisnąć. Do tego wszyst­kiego potrzebna jest bystrość, nie­złomny duch, wie­dza i szyb­kie koja­rze­nie oraz zna­jo­mość ist­nie­ją­cych warun­ków. Gdy grupa prze­chwy­tu­jąca idzie na tran­szeję, to ma umrzeć albo wziąć jeńca.

Przyj­mu­jąc do swo­jej rodziny rekruta, wykła­da­li­śmy mu wszystko bez upięk­szeń:

-?Pra­cu­jemy po nocach! Na tej woj­nie, bra­ciszku, jeste­śmy noc­nymi mar­kami. Musisz być czuj­nym, uważ­nym, zde­cy­do­wa­nym i ostroż­nym. Nocą trzeba umieć patrzeć i słu­chać, wyła­py­wać cie­nie, sze­le­sty i nie­ja­sne dźwięki, psim węchem wyła­wiać z ciem­no­ści nocy żywy cel. Nocą cho­dzimy bez­sze­lest­nie, jak zwidy. Minie jeden tydzień, drugi, a zda­rza się, że w tym cza­sie jed­nego jasnego dzionka nie ujrzysz. I będziesz żyć, jak nie­to­perz w ciem­no­ści. Wie­czo­rem będziesz wycho­dzić, a nad ranem wra­cać. Zwia­dowcy nawet umie­rają nocą. Za dnia śpią. Jest jesz­cze jedna istotna sprawa. Swoją broń zwia­dowca zawsze i wszę­dzie powi­nien mieć w ide­al­nym porządku. Ani ja, ani dowódca plu­tonu two­jej broni spraw­dzać tego nie będzie. Swo­jej broni każdy pil­nuje sam. Broń to ostat­nia szansa, aby pozo­stać przy życiu. Zwia­dowca w każ­dym momen­cie powi­nien być gotowy do jej uży­cia.

W odróż­nie­niu od żoł­nie­rzy kom­pa­nii strze­lec­kiej, któ­rzy noszą broń na ple­cach, zwia­dowca zawsze powi­nien mieć w ręku auto­mat. Naboje są pisto­le­towe. Kule lecą nie­da­leko, mają nie­wielką siłę raże­nia. Pod­czas strze­la­nia auto­mat ska­cze, nie pozwala na pro­wa­dze­nie dokład­nego, cel­nego ognia. Jest duży roz­rzut. Trza­sku i hałasu dużo, a sensu mało!

Auto­mat jest dobry w bli­skim boju. Nie ma kiedy bawić się z muszką i szczer­binką. Ogień pro­wa­dzi się z ręki, z bio­dra albo z pasa. Zoba­czysz cel -?wal z bli­ska! Do bar­dziej odle­głych celów ognia nie pro­wadź! Próżna robota! Strze­la­nie krót­kimi seriami daje nie­złe rezul­taty. Wszystko to powin­ni­śmy wie­dzieć, aby potem w pół słowa rozu­mieć chło­pa­ków.

I jesz­cze jedna uwaga. Nocą w pół­mroku okopu nie­ru­choma postać Niemca jest słabo widoczna. Nie­miec może się przy­czaić, a potem drap­nąć spod nosa. Widzieć nocą -?to szcze­gólna sztuka. Doświad­czony zwia­dowca może podejść do Niemca na dwa­dzie­ścia metrów, a ten tego nie zauważy. Potem pokażę wam to na przy­kła­dzie i wytłu­ma­czę, dla­czego tak się dzieje.

Trzeba jesz­cze jedno wie­dzieć o zwia­dowcy. Kie­sze­nie ma pełne ban­daży i w każ­dej kie­szeni sie­dzi też gra­nat. Jeśli zoba­czysz, że u któ­re­goś z chło­pa­ków majta się na pasie pochwa ze zdo­bycz­nym nożem, to wiedz, że pod­czas noc­nych wypa­dów noży się nie używa. Nóż jest zwia­dowcy potrzebny do tego, by otwo­rzyć butelkę sznapsa albo puszkę kon­serw.

Przez rok służby w zwia­dzie ani razu nie mia­łem oka­zji, by zoba­czyć nóż uma­zany nie­miecką krwią. Nam nie jest potrzebna zarżnięta nożem tłu­sta nie­miecka świ­nia, a żywy i cały Nie­miec. Jeniec to dla nas wielki skarb. Jest dla nas niczym naj­droż­szy gość!

Przy­tasz­czymy go do sie­bie do zie­mianki, obszu­kamy, nale­jemy dwa razy po setce, nakar­mimy, zmaj­stru­jemy skręta, damy zapa­lić. Z wzię­tym do nie­woli Niem­cem obcho­dzi się u nas wyjąt­kowo uprzej­mie. Serca mu przy­chy­limy. A to dla­tego, że kosz­tuje wiele żyć naszych chło­pa­ków. A tu się obe­szło bez strat i nie­po­trzeb­nego hałasu.

Niemca w oko­pie bie­rze się zasko­cze­niem, stra­chem, prze­ra­że­niem. Od samego naszego poja­wie­nia się, para­li­żuje mu ręce i nogi. Ze stra­chu może tylko wrza­snąć. Kul­tu­ral­nie zakry­jemy mu dło­nią usta. Po to, aby tra­fiło do niego, że nie ma sensu krzy­czeć.

Czę­ściej jed­nak bywa tak, że Niemcy nas wykry­wają pod­czas podej­ścia. Pierw­szy, na któ­rego tra­fimy, rzuca się do ucieczki i zaczyna się drzeć, jakby go zarzy­nali. Na ich przed­nim skraju momen­tal­nie ogła­szają alarm bojowy. Zaczy­nają ryczeć moź­dzie­rze i kara­biny maszy­nowe. Zie­mię niczyją sieką wybu­chy poci­sków. Tra­fić na taką oprawę to nic weso­łego. Zdu­sić tego wście­kłego ognia nasi nie mogą. Nie mają dział. Boją się poza tym strze­lać nocą. Po bły­skach wystrza­łów od razu ich namie­rzą i zgniotą.

U Niem­ców roz­po­zna­nie znaj­do­wało się na wzgó­rzach. Łącz­ność pra­co­wała tam spraw­nie. U nas od pierw­szej linii na tyły cią­gnie się jeden prze­wód tele­fo­niczny. A oni mają po pięć, sześć linii. U nas, aby połą­czyć się z arty­le­rią, trzeba dzwo­nić przez bata­lion, skąd infor­muje się sztab pułku. Oni zaś mają bez­po­śred­nią łącz­ność z pozy­cjami ognio­wymi arty­le­rii. I wszystko to dubluje się prze­wo­dami łącz­no­ści.

Zwia­dowcy pułku nie mogą liczyć na wspar­cie ogniowe swo­jej arty­le­rii. Nikt temu nie zaprze­czy. Mogę to powie­dzieć w oczy Sławce Lewi­nowi, zastępcy dowódcy pułku i sze­fowi arty­le­rii.

Kiedy i gdzie arty­le­rzy­ści wspie­rali ogniem puł­kowy zwiad? Tak więc jeden nie­ostrożny ruch, drobne potknię­cie czy głupi przy­pa­dek czę­sto dopro­wa­dzały do śmierci ludzi.

Ale jeśli Nie­miec się zaga­pił i wpa­ko­wa­łeś się do niego do okopu, to na sam twój widok zamie­rał z prze­ra­że­nia. Sam rzu­cał broń na zie­mię i z entu­zja­zmem, krzy­wiąc gębę, uno­sił łapy w górę i mam­ro­tał "Hitler kaputt!". I sprawa ni­gdy do noża nie docho­dzi. Dajesz mu znak głową, że niby siedź cicho i wyłaź na wierzch, a on, gadzina, wszystko rozu­mie bez słów. Ocho­czo bie­gnie po ziemi niczy­jej i nie ogląda się do tyłu na swo­ich.

A jeśli Nie­miec stoi na poste­runku i przy­pad­kowo się obej­rzy i zoba­czy, że idziesz na niego z obna­żo­nym nożem, to możesz być spo­kojny, że bez żad­nego krzyku wpa­kuje ci z bli­ska kulkę.

No i pchnij go wtedy nożem! A dalej co? Prze­bity nożem nikomu nie jest potrzebny! Z nożami zwia­dowcy bie­gają tylko w kinie.

Do Niemca trzeba podejść spo­koj­nie, szturch­nąć go w bok auto­ma­tem, przy­ło­żyć palec do ust i od razu zro­zu­mie, z kim ma do czy­nie­nia. Pode­pchnij go leciutko muszką pod tyłek i jak wytre­so­wany wysko­czy z tran­szei. Oto kla­syczny przy­kład, jak należy bez hałasu zwi­jać nie­miec­kiego war­tow­nika.

W sytu­acji bojo­wej zwia­dowca nie obej­dzie się jed­nak bez dobrego i ostrego noża. Trzeba prze­ciąć Niem­com łącz­ność tele­fo­niczną, roz­ciąć but przy ranie­niu w nogę, wyciąć zgrab­nie darń i pod­ło­żyć minę. Nad­bie­gnie nie­miecki łącz­no­ścio­wiec, dotknie prze­rwa­nego prze­wodu, a koniec drutu jest pod­wią­zany do zapal­nika. Pomy­ślą, że wysko­czył w powie­trze na wła­snej minie.

* * *

Ostatni śnieg zszedł z ziemi w kwiet­niu. Kolor ziemi zmie­nił się z bru­nat­nego na zie­lony. W kwiet­niu dosta­li­śmy par­tię mask­cha­ła­tów zszy­tych z takiego wła­śnie mate­riału. Spodnie w plamy, ze ścią­ga­czami jak w piża­mie i bluzy z kap­tu­rami w smu­gach kamu­flażu, z zie­loną zasłoną z gazy na twarz.

W kwiet­niu było jesz­cze dość chłodno. Zwia­dowcy długo leżeli na ziemi niczy­jej. Pod mask­cha­łaty zakła­dali piko­wane waciaki. Uży­wano rów­nież zimo­wych cza­pek. Tylko nasz star­szyna Woło­szyn cho­dził w czapce z dasz­kiem i nie zdej­mo­wał jej. Zarówno on, jak i woź­nica, nie nosili heł­mów.

A pro­pos heł­mów. W zwia­dzie nie było przy­jęte, aby nosić hełmy. Jeśli nie liczyć przy­pad­ków, kiedy chło­paki zakła­dali nie­miec­kie. Nocą nie da się roz­po­znać, kto idzie w nie­miec­kim heł­mie po nie­miec­kiej obro­nie, swój czy obcy. Ich hełmy miały spe­cy­ficzny kształt, nie­po­dobny do naszych. Wci­śniesz taki na czapkę i możesz podejść bli­sko do Niemca w jego wła­snym oko­pie. A dalej hełm jest już nie­po­trzebny i można go wyrzu­cić, bo pod­czas powrotu robi się nie­bez­pieczny dla swo­ich.

U nas na fron­cie hełmy nosili strzelcy, arty­le­rzy­ści, tele­fo­ni­ści, sape­rzy, zaopa­trze­niowcy, krawcy i fry­zje­rzy oraz wszelcy inni woj­skowi spe­cja­li­ści z puł­ko­wych tyłów. Arty­le­rzy­ści nie tylko w nich jedli i spali, ale co wię­cej, bez­boż­nicy, bez zdej­mo­wa­nia heł­mów cho­dzili w krzaki.

Maski prze­ciw­ga­zowe i hełmy nosili wszy­scy poza zwia­dow­cami. Żoł­nierz z jakiej­kol­wiek for­ma­cji nie mógł się poka­zać na powierzchni ziemi bez maski prze­ciw­ga­zowej. Jeśli na tyłach pułku tra­fiał się żoł­nierz bez hełmu i maski, to wszy­scy od razu wie­dzieli, że idzie im na spo­tka­nie zwia­dowca.

Wszyst­kich żoł­nie­rzy w pułku strzy­żono do gołej skóry. Tylko zwia­dowcy i ordy­nansi gru­bych ryb nie pod­le­gali temu. Zwia­dowcy byli z tego dumni. Spod hełmu fry­zury nie widzisz. Żela­zny hełm prze­szka­dzał zwia­dowcy w robo­cie. Spod niego nie tylko fry­zury nie widać, ale sie­dzi na gło­wie niczym cho­mąto na szyi u kobyły. I jakież to nocne chro­boty! Nałóż hełm, a ten dźwię­czy na gło­wie! Wiatr gra w nim ponure melo­die. Sta­lowy hełm hała­suje przy ude­rza­niu w niego gałę­ziami. W heł­mie -?jak pod koł­pa­kiem. Nawet w myśle­niu prze­szka­dza.

Chcia­łem dodać jesz­cze jedno. Przez rok wojo­wa­nia w plu­to­nie zwiadu stra­ci­li­śmy wielu ludzi. Ale ani jeden z chło­pa­ków nie został ranny ani nie zgi­nął od tra­fie­nia w głowę. Ja sam byłem ranny pięć razy. Mia­łem kon­tu­zje i zra­nie­nia w twarz, szyję, brzuch i w nogi. Odłamki do tej pory sie­dzą we mnie gdzieś tam pod skórą. Ale ani razu nie tra­fiło mnie powy­żej brwi. A hełmu nie nosi­łem przez całą wojnę. Każdy ma swoje prze­zna­cze­nie, a ty nie prze­wi­dzisz, co i gdzie się może wyda­rzyć.

Zwia­dow­com ury­wało nogi i ręce, wywle­kało wnętrz­no­ści, kule prze­szy­wały im piersi na wylot, ale fry­zury ni­gdy się nie psuły. Może to spe­cy­fika naszej pracy? Kule naj­czę­ściej biły po nogach. Ja też więk­szość razy byłem ranny w nogi.

Bez końca można wyli­czać zasady panu­jące w puł­ko­wym zwia­dzie. Codzien­nie poja­wia się jakaś nowa, co noc zda­rzało się coś, nad czym nale­żało pody­sku­to­wać i pod­jąć jakieś decy­zje. Za każ­dym razem powsta­wała nie­zwy­kła sytu­acja i pro­blemy.

Niemcy zaczęli się nam teraz tra­fiać różni. Po total­nej mobi­li­za­cji, prze­pro­wa­dzo­nej w Niem­czech, w oko­pach u nie­przy­ja­ciół poja­wili się i dziad­ko­wie, i mło­dzie­niasz­ko­wie. Teraz lżej nam się oddy­chało i łatwiej zała­twiało nasze sprawki. Ale czę­sto wpa­da­li­śmy na kadrowe dywi­zje, które przy­by­wały na front wschodni z zachod­niej Europy.

* * *

Minęło tro­chę czasu. Otrzy­ma­li­śmy pole­ce­nie z dywi­zji, aby wziąć kon­tro­l­nego jeńca10. Byli­śmy gotowi do wyko­na­nia zada­nia. Nasi co noc wycho­dzili pod drut kol­cza­sty i zaj­mo­wali pozy­cję wyj­ściową. Zwia­dowcy mieli się przy­zwy­czaić do myśli, że któ­re­goś dnia przyj­dzie im iść na nasyp i brać jeńca.

Kiedy czło­wiek pod­cho­dzi bli­sko oko­pów prze­ciw­nika, za każ­dym razem poja­wia się u niego natu­ralny strach i wąt­pli­wo­ści. Zde­ner­wo­wa­nie prze­cho­dzi z każ­dym nowym wypa­dem. Emo­cje prze­szka­dzają. Trzeba je poko­nać.

Wszystko wydaje się pro­ste. Pod­sze­dłeś nie­zau­wa­żony. Zale­głeś gdzieś w paro­wie. Leż, obser­wuj, słu­chaj i patrz. A wąt­pli­wo­ści i tak cię gryzą.

Obec­nie na zie­mię niczyją wycho­dzą trzy grupy na raz. Dzia­łają osobno. Każda grupa zaj­muje swoją pozy­cję wyj­ściową. Do rana stu­diują obiekt. Wie­dzą, że pod­czas jed­nego z takich wypa­dów przyj­dzie im wstać i ruszyć na nasyp. Okop, w któ­rym Niemcy sie­dzą na nasy­pie kole­jo­wym, jest nie­wielki. Sie­dzi w nim dwóch Niem­ców. Można by pójść do nich bez­czel­nie. Po co się za długo zasta­na­wiać? Każdy zwia­dowca może odczu­wać lęk, strach i przed­śmiertne męczar­nie. Nadzie­jesz się na kara­bin maszy­nowy i życie zała­twione. A może Niemcy nie mają kara­binu maszy­no­wego i wszel­kie wąt­pli­wo­ści nie mają sensu? A może i mają, tylko ani razu z niego nie strze­lali? Ale nie zda­rza się raczej, aby Niemcy nie wypró­bo­wali swo­jej broni. To tylko u naszych Sło­wian może się broń pokryć rdzą. Ale i tak nikt do niej nie podej­dzie. Strze­lać nie chcesz, bo możesz dostać odpo­wiedź. A Niemcy to naród zdy­scy­pli­no­wany. Kara­bin maszy­nowy służy do tego, żeby z niego strze­lać. Zatem skoro nie ma ognia z broni maszy­no­wej, to nie ma i samej broni!

Mnie rów­nież zda­rzały się roz­ma­ite wąt­pli­wo­ści, kiedy trzeba było iść i długo leżeć pod zasie­kami pod nosem u Niem­ców. Jed­nej nocy mógł­bym wstać i spo­koj­nie dojść bez­po­śred­nio do tego nasypu, żeby samemu wszystko oce­nić. Popa­trzeć, posłu­chać, co i jak. A innym razem lęk ści­skał mi serce, poja­wiał się strach, szar­pały mną wąt­pli­wo­ści, choć nie było ku temu spe­cjal­nych powo­dów. Jedyne, co nas przy­tła­czało, to zma­so­wane ostrzały nie­miec­kiej arty­le­rii i upo­rczywe mil­cze­nie naszych dział.

Do pro­blemu stra­chu jesz­cze wró­cimy. Istotne jest, aby sze­roko wyja­śnić, kto i gdzie się boi, a kiedy się zda­rza, że ma wszystko gdzieś!

Tym razem obser­wo­wa­li­śmy Niem­ców długo i upo­rczy­wie. Dzwo­ni­łem do wydziału roz­po­znaw­czego dywi­zji. Powie­dziano mi, że nie ma się co śpie­szyć.

Co noc wysu­wa­li­śmy się do przodu w peł­nej goto­wo­ści i za każ­dym razem z róż­nych powo­dów odkła­da­li­śmy pochwy­ce­nie języka. Wycze­ki­wa­li­śmy, jak to mówią, sto­sow­nej chwili. Cze­ka­li­śmy na ciemną noc, nie­wielki wiatr, lekką mgłę lub sią­piący deszcz.

Odkła­da­nie wypadu po jeńca zda­rza się czę­sto. Ale to też nie jest dobre. Ludzie się do tego przy­zwy­cza­jają i potem koniem ich nie wycią­gniesz. Nie każdy jest gotowy zro­bić swój ostatni krok w życiu. W zwia­dzie jed­nak nie to jest naj­waż­niej­sze. Tu musisz zostać przy życiu i wziąć języka. Trzeba to robić fachowo.

Za któ­rymś tam razem musisz wyko­nać ów pierw­szy krok. Prze­kro­czyć gra­nicę w nie­znane oraz mieć nadzieję, że będziesz mógł wró­cić. Ale ile razy można cze­kać i ile razy to robić, odpy­cha­jąc dło­nią śmierć?

Mogę wydać chło­pa­kom roz­kaz, aby ope­ra­cję prze­pro­wa­dzić dzi­siaj. Pójdą. Ale jeśli wyj­dzie z tego klapa, moje roz­kazy nie będą miały potem żad­nego sensu i nic nie będą warte!

Wydaję roz­kaz do wzię­cia jeńca tylko wtedy, gdy sam jestem psy­chicz­nie gotów, aby iść z nimi do samego pie­kła. Oto, kiedy zwia­dowca będzie dzia­łać zde­cy­do­wa­nie i nie­złom­nie.

Szta­bowi dywi­zji wyda­wa­nie roz­ka­zów przy­cho­dzi lekko. Masz roz­kaz! Oto data! W naka­za­nym cza­sie trzeba wziąć jeńca! Szef wydziału roz­po­znaw­czego dywi­zji chce zabły­snąć przed dowódcą dywi­zji.

"Idź! Spró­buj i weź! A ja popa­trzę!" -?tak sobie myślę, gdy zaczy­nają na mnie naci­skać z góry.

Ale Niem­cowi z nasypu nie było sądzone, aby wpaść nam w ręce. Wie­czo­rem przed wyj­ściem na zada­nie wezwano mnie do sztabu pułku w związku z pilną sprawą.

-?Dywi­zja -?powie­dział dowódca pułku -?otrzy­mała roz­kaz, aby zdać swoją obronę. Nasze pozy­cje przej­mie inna jed­nostka. Zwi­jaj roz­po­zna­nie i ruszaj na tyły! I żebyś to zro­bił bez hałasu! Przy luzo­wa­niu oddzia­łów ma pano­wać abso­lutna cisza! Tutaj, na skraju lasu, mamy swój rejon ześrod­ko­wa­nia.

I dowódca pułku poka­zał mi na mapie leśną drogę na linii lasu.

-?Tutaj będą przy­by­wać kom­pa­nie strze­lec­kie! O, w tym miej­scu będzie ulo­ko­wany sztab i nasze tyły! Wypro­wa­dzisz tam swo­ich ludzi i będziesz cze­kać na moje roz­kazy!

Zwia­dowcy opu­ścili okop. Zebrali w wąwo­zie doby­tek i ruszyli do lasu. Luzo­wa­nie kom­pa­nii strze­lec­kich prze­cią­gnęło się na dobę.

Rozdział 23 -?Dywizja przechodzi na tyły (maj 1943 roku)

Roz­dział 23 -?Dywi­zja prze­cho­dzi na tyły (maj 1943 roku)

Szare nie­ru­chome niebo zawi­sło nad lasem. Pomię­dzy pniami drzew wszę­dzie leżą żoł­nie­rze. Popa­trzysz na nich -?na ich zgięte plecy, ster­czące ręce i nogi -?wyglą­dają jak mar­twi, ponie­wie­ra­jący się na ziemi.

Tutaj w ogól­nej kupie ciał są i kolby kara­bi­nów, i brudne buty, oparte komuś o twarz. Pośród cha­osu śpią­cych sły­chać grom­kie chra­pa­nie. Tam­ten leży w heł­mie, w owi­ja­czach i butach, inny z owi­ja­czami wokół szyi, które okrę­cił sobie niczym sza­lik. Leży i mru­czy jak kot. Ujrzał we śnie rodzinny dom, zatem uśmie­cha się od ucha do ucha.

Wielu śpi, pochy­lo­nych nad zie­mią, inni sie­dzą i zło­żyli głowy na kola­nach. A tam­ten pole­guje na boku z otwar­tymi ustami i łapie nimi muchy, choć na muchy za wcze­śnie i jesz­cze się nie wylę­gły.

Żoł­nie­rze przy­szli, padli i pogrą­żyli się w zapo­mnie­niu snu. Cze­kamy na roz­kaz do wymar­szu. Na dro­dze nie­wielką grupką stoją żoł­nie­rze, bez­gło­śni niczym cie­nie. To dyżurna grupa -?poste­ru­nek. Naka­zano jej przyj­mo­wać kom­pa­nie i kie­ro­wać je do lasu. Jeśli nie posta­wisz na dro­dze czujki, to pójdą, czort wie gdzie, a potem będzie się ich zbie­rać po oko­licz­nych wio­skach. Zaraz by gdzieś poszli ziem­nia­ków nako­pać.

Tutaj w lesie gro­ma­dzą się wszy­scy żoł­nie­rze naszego pułku. Szybko nad­ciąga noc, a na dro­dze znów widać zauwa­żalny ruch. To masze­ruje kom­pa­nia z pierw­szej linii. Cie­kawy widok. Ileż to zostało w pułku pierw­szo­li­nio­wych bagne­tów? Jeśli nie liczyć tabo­ry­tów, arty­le­rzy­stów i wszyst­kich innych z tyło­wego esze­lonu, to nie zbie­rze się ich wię­cej niż jakieś żało­sne dwie setki.

Gdzieś pośród nocy sły­chać komendę "powstań!". To sygnał do ogól­nej zbiórki. Zwia­dowcy wstają, wycho­dzą na drogę i cze­kają, aż pie­chota się ustawi. Zwia­dow­ców nie trzeba sztur­chać i budzić, cią­gnąć za rękaw i prze­kli­nać. Nikomu nie przyj­dzie do głowy, aby pod­no­sić ich za koł­nierz i spraw­dzać według listy. Wydano im roz­kaz, a oni wstali i poszli.

Rów­nież teraz stoją na dro­dze i cze­kają, aż z lasu wypro­wa­dzą kom­pa­nie strze­lec­kie. W puł­ko­wym zwia­dzie zostało jakichś dwu­dzie­stu ludzi, ale pod wzglę­dem war­to­ści bojo­wej są nie gorsi od każ­dego bata­lionu.

Sto­imy, prze­stę­pu­jemy z nogi na nogę i cze­kamy, aż strzel­ców wygo­nią z lasu. Nie­któ­rzy żoł­nie­rze dymią skrę­tami z rękawa. Otwar­cie palić nie wolno, bo dowódz­two zoba­czy i zaraz obszczeka. Tlący się nie­do­pa­łek widać z dużej odle­gło­ści.

Dosta­li­śmy roz­kaz na jeden etap prze­mar­szu. Rzecz jasna dowódz­two pułku zna całą mar­szrutę, ale nam tego nie mówią. Nie powin­ni­śmy o tym wie­dzieć. Tajem­nica woj­skowa!

Pod­czas gdy zbie­rają pie­chotę i usta­wiają ją na dro­dze, ja patrzę przed sie­bie i roz­glą­dam się na boki. Z przodu pod nogami lepka glina, a dalej nic nie widać, tylko mrok nocy.

Skądś z boku zawiało zapa­chem błot­ni­stej wil­goci. Któ­ryś ze strzel­ców posta­no­wił zapa­lić w szyku. W ciem­no­ści pstryk­nęła zapałka i od razu pod­niósł się krzyk. Ogie­niek bły­snął i zgasł. Głosy i prze­kleń­stwa ustały. Żoł­nie­rze stoją i pobrzę­kują pustymi pusz­kami i menaż­kami, które prze­wa­lają się im w ple­ca­kach -?wor­kach, zarzu­co­nych na plecy.

Wresz­cie usta­wia­nie zakoń­czono i woj­sko sta­nęło w szyku. Prze­li­czono żoł­nie­rzy i chyba wszy­scy stoją w kolum­nie na dro­dze. Pada komenda i ruszamy z miej­sca. Dwie nie­pełne kom­pa­nie bata­lionu masze­rują w ślad za nami.

Leśna droga wycho­dzi na skraj lasu. Przed nami roz­ciąga się nie­ma­jące końca gołe i ciemne pole. Nad gło­wami mamy zachmu­rzone nocne niebo, a po pra­wej i lewej stro­nie mgli­ste zarysy rzad­kich zaro­śli. Pozo­stają one z tyłu razem z drogą.

Idziemy w mil­cze­niu. Wpa­truję się w ciem­ność. Skądś zacią­gnęło dym­kiem i zapa­chem zbu­twia­łej słomy. Po jakimś cza­sie przed nami poka­zała się wio­ska. Pod­cho­dzimy bli­żej. Droga skręca w lewo. Nie­wy­raźne kształty przy­sa­dzi­stych cha­łup odpły­wają w bok.

Pod nogami zachlu­po­tała woda. Droga pro­wa­dzi samym skra­jem bagna. Robisz krok do przodu, a nogi jadą do tyłu i ześli­zgują się po roz­mo­kłej gli­nie.

Lecz oto pod nogami znowu jest sucha i twarda zie­mia. Nad głową migają nagie gałę­zie drzew. Iskrzące się świa­tło nieba stop­niowo znika w wąskich prze­strze­niach lasu. Wokoło znów zapada ciem­ność. Obok mnie idą żoł­nie­rze i sły­chać nie­składny rytm ich kro­ków, można jesz­cze dostrzec koły­szące się syl­wetki. A dalej nic nie widać.

Plu­ton zwia­dow­ców idzie nie­malże bez­sze­lest­nie. Zwia­dowcy mają swoje nawyki. Dokąd by nie szli, muszą się poru­szać bez hałasu, jak cie­nie. Takiego przy­zwy­cza­je­nia nie nabiera się od razu, wyra­bia się je stop­niowo.

Gdy żoł­nie­rzy bata­lionu strzel­ców usta­wiano na dro­dze, uszy­ko­wano ich w kolumnę po czte­rech. Jed­nak gdy tylko zro­bili krok do przodu, kolumna się roz­pa­dła i ludzie roz­cią­gnęli się na dro­dze.

Pod­czas prze­mar­szu nikt ni­gdy nie trzyma szyku. Nie ma bała­ganu, ale żoł­nie­rze idą, jak popa­dło. Tu poje­dyn­czo, tam po dwóch, a gdzie indziej sta­dem. Nikt nikogo nie poga­nia i nie pona­gla. Idą i idą! Wszystko jest niby w porządku, choć masze­rują bez­ład­nie, nie w nogę.

Idę z Ria­zan­ce­wem, zwia­dowcy kro­czą z tyłu. Plu­to­nowy Stańko, drą­gal z Bia­ło­rusi, idzie obok razem z chło­pa­kami. Dopiero co wró­cił ze szpi­tala po zra­nie­niu. Po wyle­cze­niu, zwia­dow­ców zwy­kle kie­rują do ich jed­nostki. Stańko jest dowódcą grupy prze­chwy­tu­ją­cej, ale teraz nie dowo­dzi żad­nymi zwia­dow­cami. Idzie razem ze swo­imi kole­gami.

W plu­to­nie roz­po­zna­nia jest wła­sny porzą­dek i sub­or­dy­na­cja. Kto ile słu­żył? Czym się zaj­mo­wał? Wziął oso­bi­ście jeńca? Wszystko to się liczy. Sier­żant Sera­fim Sieńko jest doświad­czo­nym zwia­dowcą.

Za to ten młody i tam­tych dwóch, choć są w zwia­dzie nowi­cju­szami, ze względu na swoje zada­nia są na spe­cjal­nych pra­wach. W puł­ko­wym zwia­dzie każdy ma swoje miej­sce. Czy to w mar­szu, w szyku, czy też w zie­miance, gdzie z przodu i na naj­lep­szych miej­scach leżą ludzie naj­bar­dziej doświad­czeni i zapra­wieni w zwia­dow­czej robo­cie. Jedni dzia­łają w gru­pach prze­chwy­tu­ją­cych -?ci bar­dziej niż inni ryzy­kują swoim życiem. Inni przy­go­to­wują akcję, pro­wa­dzą obser­wa­cję, zbie­rają dane o Niem­cach i długo leżą na ziemi niczy­jej. Nie­któ­rzy z chło­pa­ków cha­dzali w gru­pach osło­no­wych, gdy główna grupa wysu­wała się do przodu, aby prze­stu­dio­wać swój obiekt lub pochwy­cić jeńca. Grupa prze­chwy­tu­jąca posiada swoją oso­bi­stą ochronę. Zawsze i wszę­dzie jest osła­niana i chro­niona, bo zasłu­guje na taką uwagę.

Weźmy tę trójkę, która masze­ruje obok mnie. Przy­go­to­wy­wała się do wzię­cia jeńca na nasy­pie. Ona idzie z przodu. A tych sze­ściu, któ­rzy kro­czą w ślad za nią, to chło­paki z grupy wspar­cia. Kiedy zwia­dowcy stają w szyku, nikt nie usta­wia ich według wzro­stu -?tego do przodu, tam­tego do tyłu. Nie ma zna­cze­nia, od jak dawna ktoś służy w roz­po­zna­niu. Ważne jest, gdzie wal­czy. Tu jest tylko jeden wykład­nik. Kto rzuca się do nie­miec­kiego okopu i idzie na śmierć brać jeńca, a kto, że tak powiem, osła­nia jego dzia­ła­nia spod drutu kol­cza­stego. Tylko normy żyw­no­ściowe są takie same dla wszyst­kich, zaś wszystko inne oce­niane jest według stop­nia ryzyka, zgod­nie z nie­pi­sa­nymi pra­wami spra­wie­dli­wo­ści.

Pod­czas mar­szu idę na wła­snych nogach z chło­pa­kami. Mógł­bym oczy­wi­ście poje­chać wierz­chem razem z sze­fem sztabu. Ale kiep­ski jest ze mnie służ­bi­sta. Nie lubi­łem ster­czeć na widoku u sze­fo­stwa.

Droga nie wszę­dzie jest jed­na­kowa. Gdzie­nie­gdzie jest równa, gdzie indziej roz­jeż­dżona. Gdzieś tam z przodu posu­wają się puł­kowe tabory. Na razie idziemy po śla­dach fur­ma­nek, ale potem się rozej­dziemy. Tabory odbiją w bok i pojadą naokoło lep­szą drogą, a my i pie­chota zbo­czymy i skró­cimy sobie trasę innym szla­kiem.

Ciemne krzewy i rowy powoli odpeł­zają do tyłu. Mijamy prze­krzy­wione i zala­tu­jące ski­słym zapa­chem wiej­skie cha­łupy. Ich ciemne syl­wetki są bli­sko sie­bie. Mrok nocy zaciera odle­gło­ści i kur­czy prze­strzeń. Nie­kiedy odnosi się wra­że­nie, iż wcale się nie poru­szamy i drep­czemy w miej­scu. Jak­by­śmy stali i tylko mie­szali glinę nogami, a wiej­skie chaty wypły­wają z ciem­no­ści i prze­su­wają się obok.

Po twa­rzy trzep­nęła pierw­sza gałązka, za nią druga. Nad gło­wami zwie­siły się roz­ło­ży­ste gałę­zie świer­ków. Skoń­czyła się otwarta prze­strzeń. Nie­znana wieś znik­nęła za zakrę­tem drogi. Uto­nęła w mroku i zgi­nęła dla nas na zawsze.

Ciem­ność nocy roz­lała się nad zie­mią. Z przodu nie widać ani drogi, ani prze­świtu. Lecz oto znowu wycho­dzimy z lasu. Po zapa­chu można by sądzić, że przed nami jest wieś zamiesz­kała przez ludzi.

I znowu pole i nie­wielka wio­ska. Pod­cho­dzimy bli­żej, lecz we wsi nie ma ani świa­tła, ani nie sły­chać uja­da­nia psów. Przy ganku stoi wyła­do­wana woj­skowa pod­woda, zaprzę­gnięta w parę koni. Tył pod­wody zwisa, zepsuło się koło. Obok stoi żoł­nierz z kara­bi­nem na ple­cach. Być może jest z naszych puł­ko­wych tabo­rów. Jed­nakże nas ani tro­chę to nie obcho­dzi. Nie pytamy go, co się stało. Idziemy dalej.

Gdzieś w środku wsi doga­nia nas żoł­nierz na koniu. To łącz­nik szefa sztabu. Prosi, żeby­śmy się zatrzy­mali. Pie­chota została w tyle.

Sto­imy i roz­glą­damy się na boki, wsłu­chu­jąc się w odgłosy wia­tru. Sze­le­ści w sło­mia­nych strze­chach, stuka otwar­tymi na oścież okien­ni­cami, skrzypi furtką w ogro­dze­niu warzyw­nika.

Nagle spa­dają pierw­sze kro­ple desz­czu. Ude­rzyły po ple­cach, bry­zgnęły w twarz, zastu­kały po dachu. Zwia­dowcy wyjęli pele­ryny, nacią­gnęli je na sie­bie i roz­wi­nęli kap­tury nad gło­wami. Sły­chać nara­sta­jący odgłos zbli­ża­ją­cej się ulewy. Dmuch­nął wiatr, pod­chwy­cił poły szy­neli i pele­ryn. Wszystko wokół wpra­wił w ruch. Szum inten­syw­nego desz­czu zwa­lił się na zie­mię.

A my sto­imy na dro­dze. Wokoło ciemna noc. Słu­chamy ochry­płego głosu desz­czu i sły­szymy jego nara­sta­jący tupot. Leje coraz bar­dziej. Żoł­nie­rze gar­bią się. Iść drogą w ulew­nym desz­czu to żadna przy­jem­ność. Lecz nikt nie pozwoli żoł­nie­rzom zbo­czyć pod­czas mar­szu i kryć się pod dachem na czas opa­dów. A na razie musisz stać niczym krowa, wysu­nąw­szy język i zbie­ra­jąc chłodne strugi wody, które spły­wają ci po twa­rzy. Sma­kiem przy­po­mi­nają roz­to­piony śnieg. To nie to, co woda ze studni czy stru­mie­nia! Desz­czówką się nie napi­jesz!

Sto­imy zatem w desz­czu i cze­kamy, aż pod­cią­gnie nasza pie­chota. Pod­cho­dzę do ganka i odpi­nam kie­szon­kową latarkę, którą poda­ro­wał mi star­szyna Woło­szyn. W sno­pie jasnego świa­tła zami­go­tały strugi desz­czu. Nikt na mnie nie krzy­czy, choć świecę w ciem­no­ści bez wyraź­nej przy­czyny. Zwia­dowcy na pewno myślą, że pstryk­ną­łem świa­tło, żeby wejść do cha­łupy i spraw­dzić, czy nie można tam prze­cze­kać, aż prze­sta­nie padać. Bo prze­cież z nudów nie ma co świe­cić latarką.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. W ręko­pi­sie autor użył zda­nia: "Kiedy rusza­li­śmy do natar­cia, nie krzy­cze­li­śmy "Ura!", które prze­kre­ślił. [wróć]

2. Gra słów -?reti­cu­lum -?łac., ridi­kul -?ros., mała dam­ska torebka -?przyp. tłum. [wróć]

3. Wykaz strat bez­pow­rot­nych 4 Samo­dziel­nego Gwar­dyj­skiego Bata­lionu Cięż­kich Kara­bi­nów Maszy­no­wych za marzec 1943 roku. [wróć]

4. Podzie­lony na dwie czę­ści ścianą nośną -?przyp. tłum. [wróć]

5. Wykaz strat bez­pow­rot­nych 4 Samo­dziel­nego Gwar­dyj­skiego Bata­lionu Cięż­kich Kara­bi­nów Maszy­no­wych za marzec 1943 roku. [wróć]

6. Tak naprawdę nazwi­sko kom­bata brzmiało Malicz­kin. Major gwar­dii Alek­san­der Iwa­no­wicz Malicz­kin. Uro­dził się w 1914 roku, a zgi­nął 8 kwiet­nia 1943 roku w wybu­chu miny w rejo­nie wsi Żidki (rejon batu­ryń­ski obwodu smo­leń­skiego). [wróć]

7. N.I. Deni­sow -?major gwar­dii, szef sztabu 52 Pułku Strzel­ców Gwar­dii po 12.11.1943.. [wróć]

8. Skor­nia­kow -?pod­puł­kow­nik gwar­dii, dowódca 52 Pułku Strzel­ców Gwar­dii w 17 Dywi­zji Strzel­ców Gwar­dii, marzec 1943 r. [wróć]

9. Praw­do­po­dob­nie Moro­zowo i Pie­trowo są wymie­nione błęd­nie. Kru­lino, gdzie wcze­śniej został pocho­wany major Malecz­kin, nie jest wymie­nione, zaś Moro­zowo jest nieco za bli­sko. [wróć]

10. Zgod­nie z defi­ni­cją Mini­ster­stwa Obrony Fede­ra­cji Rosyj­skiej, kon­tro­lny jeniec to "czło­nek sił zbroj­nych prze­ciw­nika, wzięty do nie­woli celem potwier­dze­nia (uści­śle­nia) posia­da­nych danych wywia­dow­czych lub wyja­wie­nia zmian w ugru­po­wa­niu wojsk nie­przy­ja­ciela". Ter­min sto­so­wano w latach Wiel­kiej Wojny Ojczyź­nia­nej -?przyp. tłum. [wróć]