Rozdział 12 -?Wokół Rżewa (grudzień 1941 -?styczeń 1942 roku)
Rozdział 12
-?Wokół Rżewa
(grudzień 1941 -?styczeń 1942 roku)
Tym razem postawili nam zadanie podejścia do
wsi nocą z wykorzystaniem ciemności. Pójście do ataku z żołnierzami w nocy to niełatwa sprawa. W ciemności nie widać, kto gdzie idzie, a kto
wtulił się w śnieg i leży. Idź ich poszukać w ciemnicy! Spróbuj ich
znaleźć i podnieść.
Mogę się ostać przed wsią z garstką żołnierzy. Co za naród? Wolą leżeć
pod huraganowym ogniem niż skokiem pobiec w kierunku wioski. Oto
żołnierska psychologia. A może po prostu strach? Sukces nocnego ataku
polega na szybkości. Skok całej kompanii na wieś. Najważniejsze, to
dobiec do pierwszych domów. A tam już pójdzie. Ale czy żołnierza
przekonasz słówami?
W przededniu do kompanii trafiło nowe uzupełnienie. Wszyscy niemłodzi.
Wiedzą, czym żołnierze zajmują się na wojnie. Różni ludziska. Co mają w głowach? Mam setki pytań i ani jednej odpowiedzi. Powinienem z nimi
przećwiczyć nocny atak, rozstawić ich na miejsca i poganiać ich parę
razy gdzieś na tyłach. Ale czy pozwolą mi ściągnąć kompanię z obrony, w której leżymy w polu na śniegu?
Poprzedniego dnia były silne opady śniegu. Ale od dwóch dni z pogodą
jest spokój. Podczas opadów Niemcy zachowywali się niespokojnie,
wzmocnili swoje posterunki, bezustannie strzelali i bez przerwy
oświetlali przedni skraj rakietami. Teraz, kiedy z nieba przestał padać
śnieg i gdy przy wzlocie flary można było zobaczyć dużą przestrzeń
wokoło, Niemcy nieco się uspokoili i przestali strzelać.
Przed nocnym wyjściem ze skraju lasu, postanowiłem rozdać żołnierzom
czyste maskchałaty. Niemcy przyzwyczaili się, że naszych na linii lasu
widzą w szarych szynelach. Do ostatniej chwili trzymałem maskchałaty na
kompanijnej podwodzie i nie pozwalałem starszynie ich wydawać. Dziwił
się, dlaczego je tam trzymam i nikomu nie daję.
Niech Niemcy przywykną do szarawego koloru naszych szyneli. Białe
maskchałaty to dla nich coś nieoczekiwanego. Zaskoczy ich pojawienie się
żołnierzy w ubraniach maskujących. W pamięci będą mieć szynele, a pojawia się przed nimi Rosjanie, wyglądający zupełnie inaczej. Niemcy
mogą pomyśleć, że podeszły do nas świeże rezerwy.
Gdy ucichał strzelanina, ze wsi doleciał nas przytłumiony gwar głosów
niemieckich wartowników. Z dużej odległości nie można było poznać, o czym mówili. Uwielbiali sobie pogadać. Zdaje się, że wartownicy dzień i noc gadali ciągle to samo. Niemcy zamykali usta tylko podczas jedzenia i snu.
W środku nocy żołnierze nałożyli maskchałaty i kompania zaczęła się
przemieszczać do przodu. Postanowiłem, że niewielkimi grupami
skoncentrujemy się w parowie. Żołnierzy doprowadzano tam po kolei. Z jaru można było rzucić się skokiem, dobiec do warzywników i wedrzeć się
do wsi.
Początkowo wszystko szło dobrze. Do parowu dotarliśmy bez hałasu. Wieś
była już na wyciągnięcie ręki. Półgłosem wydaję komendę:
-?Kompania naprzód!
A moi żołnierzykowie leżą jak głusi, uwalili się głębiej w śniegu i popatrują na mnie. Nie mogę podnosić głosu. Niemcy są blisko. Żołnierze
czekają, żeby ktoś dźwignął się pierwszy. Wstaję, wychodzę z jaru i oglądam się do tyłu. Żołnierze zaczynają się poruszać. Paru ludzi
podnosi się i idzie za mną. Do warzywników zostało niewiele. Idę i czekam. Za chwilę Niemiec nas wypatrzy i wygarnie z karabinu
maszynowego. Ciarki idą po plecach. Zapiera dech. Idę dalej. I każdy
swój krok uważam za ostatni. Jeszcze krok i śmierć.
Nie chce się umierać. Dlaczego muszę iść przed wszystkimi swoimi ludźmi
i dawać im przykład, sprawdzając na własnym ciele, czy Niemiec będzie
strzelać, czy nie? Dlaczego mam się wystawiać pod kule jako pierwszy?
Dlaczego oni, moi żołnierze, mają się chować za moimi plecami? A potem
powiedzą, że w składzie kompanii strzeleckiej chodzili do ataku.
Do wsi zostało dziesięć kroków. W skroniach tępymi uderzeniami puls
wybija ostatnie sekundy. Zaraz gruchną wystrzały i wszystko może się
skończyć. I oto znikam w ciemnej dziurze wierzei. Za moimi plecami ktoś
ciężko dyszy. Tak jak przewidywałem, to niewielka grupa moich żołnierzy.
W stodole jest pusto. Wewnątrz śnieżne zaspy. U góry, z dziury w dachu
zwisają spod śniegu pasma zbutwiałej słomy. Żołnierze strumyczkiem
wlewają się przez otwarte wrota stodoły. Nieco się ożywili, stoją
czujnie, przełykają strach i ślinę, ale śmiałości nie odzyskali. Są
zadowoleni, że bez strzału dotarli do stodoły i dostali się do środka.
Stoją zbici w kupę i patrzą na mnie. I znowu wszystko od początku!
Dopóki nie wyjdę ze stodoły, nie zrobią kroku do przodu i żaden nie
ruszy się z miejsca. Zupełnie, jakby tylko mnie jednemu była potrzebna
ta zawszona wiocha i cała wojna.
Plutonowi kulą się z tyłu za żołnierzami. Na froncie są tacy cisi i lękliwi, nie to, co na tyłach. Tam są krzykliwi, wydzierają gardła na
żołnierzy, pokrzykują, gną im karki. Gdzie się podziała ich żwawość?
Co mogę zrobić sam jeden z pięćdziesięcioma ludźmi? Poczekajcie,
weźmiemy wieś, to ja już was pogonię. Będziecie sterczeć u mnie na
śniegu. Moi dziadkowie wiedzą, ile jest warte żołnierskie życie. Ja
jestem w kompanii najmłodszy. Nie można krzyczeć i wykopywać ich ze
stodoły. Chałupy, w których znajdują się Niemcy, są blisko. Ręką
wskazuję, kto ma gdzie biec, a oni stoją bez ruchu i patrzą na mnie
tępo, przyciskając się do siebie.
Lecz wśród nich są i tacy, którzy mają więcej śmiałości. Jest ich nie
więcej niż pięciu. Wyglądają przez wierzeje stodoły, ale boją się zrobić
krok na spotkanie śmierci. Co robić? Nie wyciągnę każdego po kolei za
rękaw, nie wypchnę ich, nie podgonię kolanem w zad, nie wyrzucę na
zewnątrz za kołnierz. Stoją i boją się wyjść ze stodoły.
Oczywiście potem będą się zachłystywać opowieściami, jak to skokiem
wdarli się do wioski. Robię dwa kroki w kierunku stojącego tłumu, a oni
cofają się dwa kroki do tyłu w głąb stodoły.
-?Co za wojsko! Kurwa wasza mać! -?wypaliłem na głos.
Ruchem ręki przywołuję pięciu najbardziej rozgarniętych i wskazuję im na
dwie najbliższe chałupy.
-?Ja i wy weźmiemy te dwa domy. Pozostali niech biegną dalej w wieś.
Żołnierze na znak zgody kiwają głowami.
Oglądam się na pozostałych, kręcę głową i klnę półgłosem, grożąc w ich
stronę kułakiem, po czym sam z tymi pięcioma wychodzę ze stodoły.
Do najbliższej chaty jest jeden skok. Pochyliwszy się, biegniemy po
głębokim śniegu, wyrzucając w górę kolana. A moi żołnierzykowie, którzy
zostali w stodole, niezbyt się śpieszą, za to popatrują, co będzie z nami dalej.
Obchodzimy chatę wzdłuż bocznej ściany i Niemcy od razu nas wykrywają.
Zaczynają wrzeszczeć i otwierają ogień, pod który wpadają ci, którzy
jako ostatni wyszli ze stodoły.
Nas Niemcy już nie widzą, bo przesunęliśmy się do przodu i stoimy pod
ścianą. Teraz, gdy przeciwnik otworzył ogień, krzyczeć i wydawać rozkazy
na cały głos mogę również i ja.
-?Do przodu! -?krzyczę. -?Pod ściany! Pod chałupy! W warzywnikach
wszystkich was wybiją! Skokami do przodu! Przykryjemy was z erkaemu!
-?Daj no ogieńka! Wal wzdłuż ulicy krótkimi seriami! -?mówię do
żołnierza.
Wysuwa się zza węgła, patrzy w dół ulicy, kładzie się na śniegu, ustawia
erkaem i prowadzi ogień krótkimi seriami.
Dzień przed natarciem do kompanii przysłali ręczny karabin maszynowy z dwoma dyskami amunicji. Pułkowo powiedzieli przy tym:
-?Wzmacniamy cię środkami ogniowymi i dajemy erkaem! Dlatego wieś ma być
zdobyta za wszelką cenę!
Automat PPSz miał tylko mój ordynans. Oto właściwie całe środki ogniowe.
Chrząknąłem pod nosem i powiedziałem:
-?Erkaem i pepesza na całą kompanię to według mnie jakby mało i wy to
określacie, jako środki ogniowe? Tu bateria dział będzie za mało! A wy
chcecie, żebym ja to zrobił z jednym erkaemem? Dwie kompanie już padły
pod Czuchino. A efektów nie ma. Na śniegu przed wsią leżą setki trupów.
I wy chcecie, żebym z jednym erkaemem brał wieś?
-?Nie jednym erkaemem! Masz pół setki ludzi!
-?Pół setki ludzi to jak pół setki nabojów. Jeden strzał i nic nie
zostanie.
Jak zawsze, na początku ataku pojawiły się nieoczekiwane trudności, bo
żołnierze drepczą w jednym miejscu. Ani my, ani Niemcy nie możemy się
zorientować, po czyjej stronie jest przewaga. Muszę wraz z żołnierzami
gnać do przodu, bowiem tylko takim manewrem możemy napędzić Niemcom
strachu lub wywołać panikę.
Zadaję sobie pytanie. Dlaczego wcześniej kompanie strzeleckie nie
atakowały nocą? Dlaczego posyłano ich na wioski w świetle dnia, z rana?
Nocą można było niezauważenie wykonać skok i wedrzeć się do wsi z mniejszymi stratami. Zapewne wcześniej z punktu obserwacyjnego batalionu
i pułku chcieli popatrzeć, jak żołnierze idą tyralierą do ataku.
Żołnierz-strzelec to nie zwiadowca! Indywidualne wyszkolenie żołnierza
jest słabe. Idzie do przodu, gdy widzi, że wszyscy idą. Strach jest
wielki. Nocą może się taki położyć i przeleżeć gdzieś z boku albo z tyłu, nic nie robiąc. Idzie i rozgląda się na boki, ogląda się do tyłu.
Jest tam ktoś z przodu? Nie nadział się jeszcze na kule?
Spojrzałem wzdłuż wsi. Sądząc po wszystkim, Niemców ruszyło i uciekli z wioski. Spróbuj nie dać drapaka, kiedy rzucają się na ciebie ruskie
Iwany.
Białe maskchałaty podkradły się jeszcze do dwóch chałup. Wydaję rozkaz i żołnierze wysypują się na ulicę. Rozbiegają się po wsi, a Niemcy
dostrzegli nas i podnieśli krzyk.
To właśnie ten moment, gdy rozpaczliwy wrzask sieje panikę. Dawno na to
czekaliśmy.
Niemieckie karabiny maszynowe umilkły. Słychać tylko trzask karabinów.
Kompania rozlała się i pociekła między domami.
Jeden chyży Niemiec ze strachu wpadł na naszego żołnierza, głową zbił go
z nóg i jak oszalały zakręcił się w miejscu. Gdy Niemiec ocknął się po
uderzeniu, znalazł się pod lufą karabinu drugiego. Wytrzeszczywszy oczy,
nawet nie podniósł w górę rąk. Żołnierz chwycił go za rękaw i pociągnął
na bok. Niemiec był bez hełmu, z potarganymi włosami.
Pomimo wymiany ognia karabinowego, we wsi nie znaleźliśmy zabitych
Niemców. Żołnierz stojący koło Niemca obejrzał się, a Niemiec gdzieś
czmychnął i zniknął. Potem żołnierz opowiadał:
-?Myślałem, że nie było żadnego Niemca! Ze strachu tak mi się wydawało!
Jestem pierwszy raz na froncie!
A kiedy podszedł do niego ten drugi, którego zbiło z nóg, to stało się
jasne, że mimo wszystko pozwolili Niemcowi uciec.
Szara mgiełka na niebie zaczęła się rozjaśniać. Nie liczyłem na to, że
wszystko zakończy się tak lekko i szybko. Obawiałem się, że straty będą
duże. Sądziłem, że Niemcy tak łatwo nie oddadzą nam wsi. W kompanii było
jakichś dziesięciu zabitych i rannych. Strzelanina ucichła. Ostatni
uciekający Niemcy skryli się w krzakach.
Drogą z lasu, saniami zaprzęgniętymi w taborową klacz, nadjechał
kompanijny starszyna. Żołnierze rozleźli się po domach w poszukiwaniu
jedzenia. Po jakimś czasie pojawili się na ulicy. U każdego sterczało
zza pazuchy jakieś niemieckie barachło.
We wsi, na stołach w chałupach, na podłodze i na ławach Niemcy zostawili
chleb, konserwy i parę butelek sznapsa. Z boku na skórce bochenki chleba
miały czterocyfrowe liczby -?8, 9, 0... Żołnierze doszli do wniosku, że
chleb pochodzi z wypieku trzyletniego.
-?Ty, popatrz! Trzyletni zapas chleba!
Chleb dawał się łatwo kroić. Na ząb nie był czerstwy. Puszki konserw
pochodziły z całej Europy. Obok paczki papierosów i porzucone niemieckie
koce.
W jednej z chałup, sztabowej, na stole stała maszyna do pisania, a na
podłodze walały się jakieś papiery. Na szerokiej ławie pod ścianą stały
dwa aparaty telefoniczne z tworzywa sztucznego. Z okopów ciągnął się do
nich cały pęk przewodów. Znaleźliśmy tutaj stertę stearynowych świec w kształcie okrągłych pudełeczek ze sterczącymi pośrodku kartonowymi
knotami. Czego ci Niemcy nie mieli ze sobą na wojnie! Taszczyli wszelkie
graty i drobiazgi.
Na podłodze koło stołu poniewierał się żołnierski plecak. Klapa plecaka
z twardej jeleniej skóry. W tym samym miejscu pod ławą stały
wyczyszczone na błysk buty. Podbicie w tych butach było trochę za małe
na naszą ruską łapę. Wielu żołnierzy łypało na nie okiem, ale nie
odważyli się przymierzać. Na wbitym w ścianę gwoździu wisiał automat z zapasowymi magazynkami pełnymi nabojów. I wreszcie to, co najbardziej
intersujące, a co wszyscy rozdrapali: na oknie leżała cała sterta
niemieckich czasopism z kolorowymi obrazkami.
Podczas gdy chodziłem po wsi, wyznaczałem posterunki i określałem
odcinki obrony dla każdego plutonu, w tejże chacie w akompaniamencie
złośliwych uwag i zgodnego śmiechu żołnierzy odbywało się lustrowanie
nagich niemieckich dam z kolorowych zdjęć. Na okładce jednego z czasopism na pierwszym planie widniał portret człowieka z wąsikiem i kosmykiem włosów na czole.
Kiedy wszedłem do chaty, popatrzyłem na fotografie i przeczytałem
podpis, powiedziałem żołnierzom:
-?To jest właśnie ich Hitler.
Wszyscy stłoczyli się, by jeszcze raz na niego popatrzeć.
-?No, to teraz wiemy, jaki jest ten ichni Hitler.
Żołnierze cisnęli się, by z ciekawością przyjrzeć się niemieckiemu
wodzowi w wojskowym mundurze.
-?Patrzcie, bracia! -?zakrzyknął któryś. -?On też trzyma rękę za
guzikiem, pod marynarką!
Dobrze, że kompanijny politruk przepadł gdzieś na tyłach pułku i już
cały miesiąc nie pokazuje się w kompanii -?pomyślałem. -?Gdyby tak teraz
wyszarpnął z rąk żołnierzy jedno z czasopism, to miałby wszelkie dowody
i bezpośrednie poszlaki na rozkład moralny dowódcy kompanii. Nie
wymigałbym się od kontrrewolucji.
Któremuś z żołnierzy na stronach magazynu trafiły się nagie dziewczęta.
Żołnierze porzucili oglądanie führera i od razu zarechotali. Niemki w grubym makijażu, naciągające pończochy na szczupłe i wdzięczne nóżki,
przyciągnęły ogólną uwagę wojaków.
Od niektórych żołnierzy już zalatywało alkoholem. To oni krzyczeli i rechotali najgłośniej ze wszystkich.
-?To nie to! -?powiedział starszyna, zajrzawszy do czasopisma.
-?Towarzyszu starszy sierżancie, taką to ani z przodu, ani z tyłu!
-?Widzieliście, bracia? U Niemców baby długie i chude!
-?Rzeczywiście, jak lafiryndy!
-?Żeby tak tu była moja Dusia! Wszystkie by swoim tyłkiem zakryła! U niej najlepsze jest z tyłu!
Siedziałem i słuchałem, jak żołnierze naśmiewali się z niemieckich dam.
Młodzi żołnierze stali nieco z tyłu i przysłuchiwali się. Nie mieli nic
do powiedzenia. Te sprawy, podobnie jak wojnę, trzeba pojąć i poczuć w praktyce. Dziadkowie o tym i owym wykładają otwarcie. To nie żarty! Nic,
tylko strzyc uszami! Zaliczysz szkołę! Poznasz teorię życia!
Rozumiałem, że po kolosalnym napięciu i strachu, żołnierze się
rozluźnili. Teraz z każdego serca i każdego spojrzenia biła świadomość,
że zdobyli wieś i zostali przy życiu. Teraz każdy z nich mógł odetchnąć
swobodnie, pośmiać się do łez, popisywać i nawet przeklinać.
Żołnierze, przerywając sobie nawzajem, zaczęli sypać różnymi
powiedzonkami na temat kobiet. I gdyby nie łącznik, który przybiegł z plutonu, rozmowom nie byłoby końca.
Wydałem rozkaz, by zmieniono ludzi na posterunkach, wydałem instrukcje
starszynie odnoście jedzenia i w towarzystwie łącznika poszedłem do
plutonu, który mnie pilnie wzywał. Gdy podszedłem do chałupy, gdzie
rozlokował się pododdział, sierżant zameldował mi, że Niemiec, któremu
pozwolili uciec, odnalazł się w cielętniku. Czmychnął w na wpół otwarte
drzwi, wbiegł do chlewu i zatknął za sobą skobel. Postanowił przeczekać,
a potem wydostać się niezauważenie i uciec. Żołnierze usłyszeli ciche
szmery w chlewie i doszli do wniosku, że Niemcy w panice zostawili tam
wieprzka. Weszli do środka, a tam na kupie nawozu faktycznie siedział
cenny okaz.
Popatrzyłem na Niemca, który był bez nakrycia głowy. Zgubił gdzieś hełm
i furażerkę. Kazałem sierżantowi, by dał mu niemiecki koc. Niech się
Fryc nakryje z głową, bo inaczej odmrozi uszy. Uprzedziłem również
sierżanta, by nasi Słowianie nie wałęsali się bez celu po wsi.
-?Wartownicy na posterunkach! Wolna zmiana po domach!
Kazawszy łącznikowi konwojować jeńca, skierowałem się do chałupy
sztabowej. Podciągnięto tam już łączność z batalionu i telefoniści
grzebali się już z aparatem.
Potem telefon z batalionu. Oczywiście robiono mi wymówki, że nie
zameldowałem wcześniej przez łącznika o zdobyciu wioski. Nie po chamsku,
jak zawsze, a nieco delikatniej, choć z wyrzutem. Zrobiło mi się lżej na
sercu. Nie oczekiwałem po nich tak grzecznego traktowania. W czterdziestym pierwszym nie było to w modzie. Byłem zadowolony z czegoś
innego -?że zająłem wieś przy niewielkich stratach.
Pod wsią poległo w śniegu kilka setek żołnierzy. Nacierali przed nami i ponieśli duże straty. Na prawo od nas atakowały kompanie pułku. Przy
ciężkich stratach zdołały wedrzeć się do wsi Gostiniewo1.
Front obrony Niemców pod Staricą został przerwany przez sąsiednią
dywizję. Zapewne dlatego Niemcy nie stawili nam tutaj zaciętego oporu.
* * *
Niemiec był niewysoki, z ciemnymi, potarganymi
włosami. Zapewne nie Aryjczyk. Nie znalazł czasu, aby rozczesać włosy z przedziałkiem, jak robili to inni. Nie zdążył się umyć i naciągnąć
furażerki na uszy, a tu we wsi wybuchła bezładna strzelanina. Nocą
wyskoczył na burzę śnieżną i umykał, ze strachu odchodząc od zmysłów. A przecież rankiem miał zamiar doprowadzić się do porządku. No pewnie!
Miał ruszać w drogę.
Teraz siedział na ławie i wiercił się niespokojnie. Na pytania
odpowiadał z pośpiechem, nie zastanawiając się nad swoimi odpowiedziami.
Czuło się, że dostawszy się do niewoli, w żaden sposób nie mógł dojść do
siebie i oswoić się ze swą obecną sytuacją. Nazwisko, imię, rok i miejsce urodzenia wyrzucił z siebie jednym tchem. Miał około dwudziestu
lat.
Wszystko szło dobrze i gładko. Lecz gdy zapytałem go o rodzinę, Niemiec
nagle zamrugał oczami, załkał żałośnie i nie mógł usiedzieć w miejscu.
Ryczał prawdziwie i całkiem naturalnie. Płakał z całego serca. Po
policzkach spływały mu wielkie łzy. Zanosił się od płaczu, pomagając
sobie piskliwym głosem.
Chciał coś powiedzieć, wymamrotał kilka niezrozumiałych słów, załkał
parę razy i rozbeczał się z nową siłą.
Moi żołnierze patrzyli i wzruszali ramionami. Byli zdziwieni, a nawet
zmieszani. Teraz spozierali na niego wyrozumiale i wręcz się uśmiechali.
Dorosły chłop, a beczy jak baba. Patrzyli na niego, chrząkali i nie
mogli uwierzyć.
-?Towarzyszu poruczniku! Po co on ryczy?
Odczekałem, aż Niemiec nieco się uspokoi i zdoła wydusić choć parę
składnych słów. Wtedy będzie można go zapytać, dlaczego właściwie
płacze.
Prowadząc go tutaj, nasi go nie kopali, nie szturchali pod żebro kolbą,
nie bili. U nas w ogóle nie było przyjęte, by znęcać się nad jeńcami.
Można rzec, iż nasi żołnierze traktowali jeńców z szacunkiem, jak ludzi.
Bywały przypadki, że podczas konwojowania wziętego do niewoli, gdzieś
tam na tyłach wybiegali zza furmanek woźnice i inni tyłownicy i w uniesieniu zamachiwali się na Niemca, chwaląc się koleżkom swoją
zręcznością i patriotycznymi uczuciami.
-?Cofnąć się, ale już! -?konwojent odganiał ich lufą karabinu. -?Rusz
się na pierwszą linię i złap sobie jeńca, a potem się pchaj! Ten nie
twój! Patrzcie no, jaki szybki! Szczur tyłowy!
Nie znaliśmy przyczyny, dla której Niemiec rozpaczał. Ale oto nieco się
uspokoił, patrzy mi żałośnie w oczy i prosi mnie, żeby go wypuścić.
-?Dokąd wypuścić? Do toalety? -?pytam.
-?Nein, nein... Tam, do Niemców! Nach Hause! Mam urlop!
I czym prędzej wyciąga z kieszeni na piersi munduru swoje
Urlaubsschein2.
-?O, tu! -?pokazuje palcem na papierek. Od sześciu miesięcy jestem na
froncie wschodnim. Należy mi się urlop. Wczoraj dostałem dokumenty.
Muszę jechać do domu! Jestem zmęczony. Verstehen Sie?
-?Rozumiem! Rozumiem! -?odpowiadałem. -?Müde! Verstehen!
-?Co on gada, towarzyszu poruczniku? -?pytali żołnierze.
-?Prosi, żebyśmy go wypuścili. Musi jechać do domu! Ma urlop. Powinien
jechać do Niemiec.
Żołnierze, usłyszawszy powód lamentu, chwycili się za brzuchy i jak
jeden mąż zatoczyli się ze śmiechu. Śmiali się szczerze, do łez. Niemiec
płacze ze zdenerwowania, a oni ze śmiechu.
-?Ale numer! -?wielu zarykiwało się tak, że chwytała ich kolka.
Niemiec najwidoczniej pojął, że przetłumaczyłem jego prośbę żołnierzom.
Popatrzył na nich i znowu się rozpłakał. Żołnierzom łzy ściekały po
policzkach. Wszyscy płakali. I rżeli, jak konie.
-?Ale jaja! No, to nas ubawił! Gad jeden, wszystkich do łez doprowadził!
Niemiec obrzucił wszystkich uważnym spojrzeniem i ponownie się
rozryczał.
-?Towarzyszu poruczniku! Zabierzcie go stąd! Wszystkich nas trupem
położy na podłodze!
-?Patrz, żebyś w gacie nie narobił! -?dorzucił drugi.
-?Jak to się mogło stać?
-?Mamusiu... już nie mogę!
-?Zapytajcie go... -?i żołnierz walił się na wznak i turlał się po
podłodze -?dokąd on to ma jechać?
I znowu przy wtórze ryku żołnierskich gardeł i płaczu Niemca, wszyscy,
którzy siedzieli na ławie, pospadali na podłogę.
-?Ależ dzionek! Gorszego nie wymyślisz! Po czymś takim i śmierć
niestraszna!
-?Dzięki ci za to! Ale mnie rozbawił! Dajcie mi go pocałować!
Namiętności powoli opadły. Ofuknąłem Niemca, by w końcu przestał wyć i zadałem mu pytanie:
-?Powiedzcie, proszę, kiedy to mieliście jechać na urlop?
-?Co wy tam mu mówicie, towarzyszu poruczniku?
-?Pytałem, kiedy chce pojechać na urlop do domu.
-?A on co na to?
-?Mówi, że pojedzie dzisiaj. I że powinniśmy go natychmiast wypuścić.
Żołnierze, usłyszawszy tłumaczenie, zgodnie ryknęli śmiechem.
-?Źle zapytałem -?powiedziałem. -?Chciałem zapytać, dokąd powinien
jechać.
Po moim ostatnim zdaniu Niemiec wyraźnie poweselał. A żołnierze, to
jeden, to drugi, nieoczekiwanie zaczęli parskać. Któryś nie wytrzymał i znowu zanieśli się śmiechem.
Na koniec, po uściśleniu za pomocą szeregu pytań, sprawę wyjaśniono.
Niemiec zdał swoją broń, pożegnał się z przyjaciółmi i wypił z nimi na
drogę.
-?Na pewno chce się wyrobić do swojej długiej i chudej Frau! -
powiedział któryś z żołnierzy.
-?Frau! Frau! -?Niemiec pokiwał radośnie głową.
-?Teraz, Frycu, masz inny urlop! Do samego końca wojny!
-?Oto człek szczęśliwy -?dodał ktoś. -?Po wojnie wróci do domu. A my?
Niemiec opowiedział ochoczo, że ich 252 Dywizja Piechoty3
cofnęła się tu spod Kalinina. Tu, na rubieży Staricy ich batalion
saperów miał wykopać transzeje na pełen profil. W batalionie znajdował
się przedstawiciel z dywizji, który miał odebrać od nich wykonaną pracę.
Jeśli Herr Offizier też jest w niewoli u Rosjan, to może potwierdzić,
iż Niemcowi należy się urlop4.
* * *
Wkrótce wypchnęli nas ze wsi i kazali ścigać
Niemców. Zdaliśmy jeńca i ruszyliśmy do przodu. Zawczasu trudno było
określić, po której z dróg cofała się niemiecka piechota. Niemcy
regularnie odśnieżali przyfrontowe szlaki i obstawiali je tyczkami z wiązkami słomy.
Dzień i noc szliśmy za wycofującymi się Niemcami i przy podejściu do
Rżewa zmieniła nas inna kompania. Poszła do przodu, skręcając ostro na
prawo, ja zaś wraz z moją miałem iść w ślad za nimi.
Nie byliśmy już w składzie 31 Armii. Dywizję włączono do 39 Armii, która
nacierała na prawo od Rżewa. Od jednej wioski do drugiej szliśmy za
saniami i podwodami. Przechodziliśmy przez wsie zupełnie nie tknięte
wojną.
W jednej z nich któregoś razu kompania wraz z taborami stanęła na
nocleg. Wezwał mnie szef sztabu pułku i mogłem rzucić okiem na mapę
rejonu. Pułkowi dogonili nas drogą właśnie w owej wsi. Przyglądając się
mapie, zauważyłem, że drugą dobę obchodzimy od północy miasto Rżew.
Nie posiadałem mapy z trasą przemarszu. Powiedziano mi, żebym zapamiętał
marszrutę w głowie. Punktem wyjściowym dla dalszego ruchu był prawy
brzeg Wołgi. Niestety na brzegu rzeki nie było charakterystycznych
punktów terenowych i pośród zaśnieżonych równin i zasp trudno było
określić, w którym miejscu się znajdowaliśmy.
W tych zaśnieżonych przestworach, w nie do końca jasnej sytuacji, kiedy
to nie wiesz, gdzie są Niemcy, a gdzie ty, nie mając mapy okolicy i nie
wiedząc, w którą stronę w danej chwilki powinieneś się kierować,
utrzymanie zadanego kierunku jest trudne. Idąca przed nami kompania
zastąpiła nas jako osłona taborów, a ja z moimi ludźmi wysunąłem się do
przodu. Szedłem na czuja, kierując się pamięcią i kompasem i starałem
się utrzymać poczucie czasu.
Na każdym rozstaju dróg, na każdym ostrym zakręcie musiałem się
zatrzymywać i analizować przebytą drogę. Nie myślałem wtedy, że logiczna
nitka drogi może przypadkowo lub nagle się zerwać.
Wyszliśmy z lasu i skręciliśmy na drogę. Po tamtej stronie duktu -
zaśnieżone pole i rzadkie, pokryte szronem krzewy. Z przodu -
rozwidlenie dróg. Zatrzymałem się, żołnierze położyli się na śniegu.
Posłałem do tyłu dwóch łączników, aby uściślić, po której drodze mam się
poruszać. Wrócili po jakimś czasie. Rozkazano mi kierować się bardziej
na prawo i przemieszczać się w kierunku stacji Czertolino.
Gdy kompania obeszła kilka wsi po zaśnieżonym korycie rzeki Siszki i wspięła się na pagórek, przy podejściu do jakiejś wsi ostrzelali nas
Niemcy. Zalegliśmy po obu stronach drogi i po krótkim rozpoznaniu
posłałem w tył dwóch żołnierzy z meldunkiem. Prosiłem, aby do kompanii
dostarczono zaprzęg konny z działkiem kalibru 45 mm.
Zaprzęg dotarł. Działko wytoczono na wzgórek. Zaszczekało trzy razy po
wsi. Okazało się, że to wystarczy. Niemcy rozbiegli się w różne strony.
Przemaszerowaliśmy po wiejskiej uliczce, wyszliśmy za płot i, skręciwszy
ostro na południe, poszliśmy w kierunku stacji Czertolino.
Odniosłem wrażenie, iż w owej chwili przerwaliśmy niemiecki front i zachodzimy im na tyły. Poza nietkniętym białym śniegiem, przed nami nie
było nic widać. Przeszliśmy wieś i znaleźliśmy się w strefie niemieckich
szlaków zimowych. Wokół panowała absolutna cisza.
W ślad za naszą kompanią, drogą pociągnęły również inne pododdziały. Na
podejściach do wsi, gdzie strzelaliśmy z działa, tabory utknęły gdzieś
podczas przejazdu przez głęboki parów.
Nad ranem, ze względu na fakt, iż nie spaliśmy trzy doby, zmieniła nas
druga kompania strzelecka. Przenocowaliśmy w jakiejś wiosce i rankiem
ruszyliśmy dalej w ślad za kompaniami naszego pułku. 119 dywizja
wchodziła na głębokie tyły Niemców.
Szliśmy przez strefę zupełnie nietkniętą przez wojnę. Na drogę na
spotkanie wybiegały nam dzieciaki. W drzwiach domostw stały baby i młode
żonki, przytulone do futryn. Obrzucały spojrzeniem żołnierzyków i poprawiały śpiesznie narzucone chustki.
W niektórych wsiach wiedzieli o wojnie, lecz ani razu nie widzieli
Niemców. A tu znowu przyszli nasi! Życie wokół było spokojne, ciche,
pozbawione trosk. Cały szlak do Szizdierowa pokonaliśmy bez jednego
strzału. Naszym zadaniem było zajęcie obrony w tym rejonie, podczas gdy
inne bataliony poszły dalej w kierunku miasta Biełyj5.
Cały szlak do miasta Biełyj nasza dywizja przeszła nie napotykając na
niemiecki opór. Na drogach nierzadko spotykało się chłopów. Jeden jechał
z lasu z drewnem, innego wiózł chłopski konik ciągnący siano,
pozostawione od jesieni w stogach gdzieś na polu. Wszędzie od wczesnego
rana dymiły kominy pieców. Pachniało świeżo upieczonym chlebem, kiszoną
kapustą i samogonem. Zapomniani przez wszystkich i odcięci od wojny i świata, ludzie żyli tutaj swymi sprawami i beztroskim bytem. Tutaj, w śniegi nie do przebycia, Niemcy nie zaglądali. Kobiety nosiły na
koromysłach drewniane cebrzyki z lodowatą woda ze studni. Bydło muczało,
kury gdakały, chrząkały prosiaki, piały koguty i szczekały psy.
Nie można powiedzieć, by na twarzach rumianych i młodych kobietek
malowała się rozpaczliwa tęsknota. U wielu z nich mężowie siedzieli w domu, na gospodarstwie. A te, do których mężowie nie wrócili jesienią,
urządzały się z młodymi, jak to tutaj mówią, "nieślubnymi". Wielu
zawodowych oficerów i żołnierzy, którzy dostali się w okrążenie,
początkowo tułało się po lasach. Potem, stopniowo przemieszczając się za
Niemcami na wschód, osiadali w odległych i leżących w lasach wioskach.
Niektórzy przedostawali się w pobliże rodzinnych stron, wielu docierało
do swoich domów.
Wdówki i młode żonki wybierały robotników i kumów, przyjmowały ich do
domów. Ci mieszkali, pracowali, krzątali się, ale gospodarzami w domu
nie byli. Gospodyni w każdej chwili mogła odmówić robotnikowi jedzenia,
pościeli i noclegu. Zasada prywatnej własności rządziła tu na całego. Ja
jestem gospodarzem! A ty jesteś moim najemnym robotnikiem! Znaj swoje
miejsce! I żyj wedle moich zasad. Za twoje żarcie wezmę dwóch. I będą
jeszcze wdzięczni i zadowoleni. A ty maszeruj i poszukaj sobie miejsca.
Kwitł tutaj bezlitosny rynek siły roboczej. Na pracowników najemnych nie
patrzono jak na ludzi, a jak na niewolników i bydło. Niektórzy z gospodarzy mieli po pięciu, sześciu parobków. Przygotowywali zapasy
drewna w lesie, budowali młyny, rozprowadzali tabuny koni i stada owiec
i krów.
Jak powiadał Marks, trzymało się to na wartości dodanej. Gospodarze
wykorzystywali nieszczęście i biedę bezdomnych włóczęgów i żołnierzy bez
zajęcia. Pracowali za skórkę chleba i skromną miskę cienkiej polewki i można ich było zmusić do zginania karku od świtu do nocy. Przypomnieli
mi się żołnierze Łukonina, których zostawił w okrążeniu. Przecież oni
też gdzieś robią za parobków u gospodarzy. Wspomniałem też chłopa
stojącego na ganku, kiedy się cofaliśmy. W swym cwanym łebku już wtedy z grubsza obliczał, ilu sobie wziąć parobków, jeśli żołnierze zostaną we
wsi. Chciwy był tu narodek.
Z nadejściem zimy zbiegli żołnierze i okrużeńcy postarali się o to, by
pozbyć się swoich mundurów wojskowych. Teraz paradowali w wiejskich
kapotach przewiązanych sznurkiem. Na nogach mieli onuce i łapcie. Jedni
zapracowali na ochędóstwo i obuwie, inni wymienili za całe kirzowe buty.
Gospodarza od razu można było poznać. Nosił tułup i nową watowaną
kapotę. Na nogach mocne walonki, odzież niewytarta i bez łat. Kołysząc
się, przechadzał się leniwie po wsi, trzymał się dostojnie i był pewien,
że Niemcy go nie tkną. Nie śpieszył się, nie krzątał, nie przebierał
gorączkowo nogami i nikomu się nie kłaniał, gdy schodził z ganku na
drogę. A "nieślubni" i parobkowie kręcili się po wsi niepewnie i w pośpiechu, często z obawą.
Popatrzyłem na tych zdrowych młodzianów i chłopów, a w myślach
wyobrażałem sobie, że można by nimi w pełni ukompletować nasze kompanie.
W tych, którzy zdążyli zapuścić długie włosy i brody, wciąż dało się
rozpoznać młodych i silnych ludzi.
W kompaniach mieliśmy mało żołnierzy. Twarz jest zwierciadłem ludzkiej
duszy. Spojrzysz w nią i od razu widzisz, czy człowiek jest posunięty w latach, czy też to młodzieniec z brodą i długimi włosami. Nasi, choć
starawi, to przeszli wojnę, śmierć i ogień na pierwszej linii i każdy z nich był wart więcej niż nieostrzelany zdrowy chłopek czy młokos. Tacy
byli, ci nasi kompanijni dziadkowie, pomarszczeni i na oko słabowici.
Zarośnięci i nieogoleni, być może byli słabsi fizycznie, lecz za to byli
twardzi i silni duchem. A ci młodzi i zdrowi, silni z wyglądu, byli
tchórzami.
Życie sprawia, że człowiek staje się taki czy inny. Dostań się w okrążenie, poganiaj z wioski do wioski na prawach parobka, gdy za tobą,
jak za zającem, węszy psiarnia niemieckich policajów. Od takiego życia
stracisz nie tylko ducha, ale i rozum.
-?Wojować za ojczyznę, to dane od Boga! -?mówili mi moi dziadkowie. -
Raz stchórzymy. A gdzie indziej dwa razy weźmiemy, co nasze. Bez lęku i strachu się nie da -?nie będzie odwagi. Potem czujesz, żeś winien, że
niepotrzebnie stchórzyłeś i leziesz przebojem. Wtedy i śmierć
niestraszna. Kiedy żeś świadom swej winy, to napierasz na całego!
Prosty niepiśmienny żołnierz nie zawsze potrafił wyrazić słówami swoją
filozofię. Ale każdy miał ją w sobie. Idą wszyscy, idzie i on. Ważne,
żeby znalazł się taki, który pójdzie pierwszy. Na wojnie to złożone
pojęcia. Niepojęte są postępki rosyjskiego żołnierza!
* * *
Dziś mamy 3 stycznia6. W kompanii
nieoczekiwanie pojawia się Sawienkow. Wsiąkł na cały miesiąc, a teraz
się pokazał, jakby nigdy nic. Teraz idzie z przodu. Wykombinował, że
kompanię mogą zostawić we wsi i wtedy zdąży nawiązać fachowe stosunki z miejscowymi. Za parą szklanek samogonu na stole może się pojawić miska
solonych ogórków, żeliwny gar gotowanych ziemniaków, kiszona kapusta i,
zanim się obejrzysz, słonina.
Dzień miał się ku końcowi. Na noc kompania stanie gdzieś we wsi. Trzeba
tylko wybrać bogatszy dom, myślał Sawienkow. Z gościnną gospodynią.
Żołnierzy umieścimy osobno, w innej chałupie. Wykalkulował, że musi
wziąć gospodarstwo w swoje ręce, a porucznik niech kieruje służbą
wartowniczą.
Tyły dywizji zostały odcięte. Gdy czołowe pododdziały przeszły przez
głęboki parów przed tą samą wsią, gdzie trzykrotnie wystrzeliła
czterdziestkapiątka, tyłownicy z taborami ugrzęźli do nocy. I kiedy
taboryci ze swoimi klaczami wydostali się na górę, Niemcy uderzyli z dwóch stron i zamknęli wyłom tuż przed ich nosem.
Jednocześnie zostało przerwane zaopatrzenie pododdziałów bojowych naszej
jednostki. Nie było czym karmić ludzi, pułkowe kuchnie gotowały wodę i żołnierze mogli pędzić wyłącznie herbatę.
Po jakimś czasie miejscową ludność obciążono naturalnym podatkiem. W menażkach pojawiły się ziemniaki i kapusta, zaprawiona żytnią mąką.
Mięso i słonina rozchodziły się wyższymi kanałami.
Idziemy drogą, a horyzont stopniowo zaczyna ciemnieć. Droga ostro
skręca, wchodzimy na pagórek i w dole przed nami ukazuje się wioska. Na
razie jednak nie ma rozkazu, by kompania zatrzymała się tam na nocleg.
Mijamy ostatnią chatę, odprowadzając ja zamyślonym spojrzeniem.
Idę w milczeniu. Nie mam chęci na rozmowy z Sawienkowem. Już dawno się
od niego odzwyczaiłem. Gdy dogonił kompanię i przywitał się ze mną,
zamiast odpowiedzieć na powitanie, zapytałem go:
-?Byłeś na kursach dla awansowanych? Myślałem, że pojawisz się w kompanii co najmniej jako kapitan.
-?Ty znowu swoje? Nie zapominaj, że polecono mi, abym ci się przyglądał.
Nie twoja sprawa, gdzie i ile czasu byłem.
-?Wypełniałeś misję specjalną? Dowódca plutonu łączności mówił mi, że
przez cały czas przesiadywałeś u nich. Sądziłem, że przenieśli cię do
łączności.
-?Chodzenie do ataku to twoja robota. Po to jesteś porucznikiem. A moje
zajęcie to patrzeć, czy czegoś niepotrzebnie nie wykręcisz. I umówmy się
na przyszłość, że to, gdzie siedziałem i ile czasu tam byłem, to nie
twoja sprawa. Zamelduję na czas, jeśli zbierasz się do przejścia do
Niemców.
Kompania idzie dalej drogą, a my uparcie milczymy. Za zagajnikiem spoza
pagórka ponownie wyjrzały dachy.
Wyobraziłem sobie, jak po lekkiej popijawie i sytnym żarciu, położy się
na wiejskim skrzypiącym łóżku i miło się zdrzemnie. Dla Sawienkowa
najważniejsze jest jego własne życie. Cała reszta dla niego nie
istnieje. Ataki, ostrzały, zabici i ranni to moja sprawa. A on,
Sawienkow, nie może zginąć. Nie był w stanie znieść ostrzałów z dział.
Przy świście kul i wyciu pocisków coś mu pękało w środku.
Sawienkow postanowił, że napisze raport o dowódcy kompanii, aby mu nie
ufano. Jeśli ten zacznie obwiniać jego, Sawienkowa, to mu nie uwierzą.
Przez miesiąc w kompanii czterokrotnie całkowicie odnowiono skład
osobowy. Można przyjąć, że to trzy -?cztery setki ludzi. Z tych, których
Sawienkow wyprawiał zza Wołgi do Poddubia, nie został przy życiu ani
jeden. Wychodzi na to, że ci, którzy są tu teraz, polegną w ciągu dwóch
tygodni. Świadków w ogóle nie będzie. Żołnierzy Sawienkow się nie
wstydzi. Oni go nie znają. A jeśli porucznik coś gada, to wyłącznie z zemsty i zawiści.
Tymczasem z tyłu dał się słyszeć donośny głos:
-?Ej, uważaj!
Odwróciłem się i dostrzegłem, że pędzi na nas koń z lekkimi saniami.
Drogą z pełną prędkością toczył się woźnica z dwoma pasażerami, ubranymi
w nowe półkożuszki z wyłogami futrem na zewnątrz.
Żołnierze zeszli z drogi i stanęli na poboczu. W saniach siedziało
dowództwo naszego pułku. Malowane sanie na wąskich stalowych płozach,
poskrzypując przemknęły obok. Obsypały żołnierzy wzbitym śnieżnym pyłem
i zniknęły za zakrętem. Tu, na tych zaśnieżonych przestworach, nie
słychać ani wystrzałów, ani świstu kul. Wszyscy wyfrunęli ze swoich
kryjówek i potoczyli się, przeganiając swoich żołnierzy. Patrzcie no,
żołnierzyki, sam wasz dowódca pułku z przodu!
Lecz gdy wyszliśmy na prostą, lekkie saneczki nagle przyhamowały i jeden
z jadących zamachał do mnie ręką. Podbiegłem, by zobaczyć, co się stało.
Sawienkow nie słyszał, o czym mówiło mi pułkowe naczalstwo. Kiwnąłem
głową, a sanie ruszyły z miejsca i kłusem pomknęły gdzieś przed siebie.
Sawienkow nie pytał, o czym rozmawialiśmy. Chciał sprawić wrażenie, że
wie, iż nie mogli mi powiedzieć niczego specjalnego.
Jednak kiedy kompania podeszła do rozwidlenia dróg i jedna z nich
skręciła w stronę wioski, a druga zaparła się w zaśnieżony pagórek,
Sawienkow zrozumiał, że żołnierzy nie poślą na postój we wsi. Na wzgórku
stał pusty budynek szkolny. Wszystkie jego myśli o porządnej gospodyni,
sytnym jedzeniu i ciepłej chałupie od razu legły w gruzach. Zrozumiał,
że w pustej wiejskiej szkole nie nacieszy się jedzeniem. Zdenerwował się
i rozzłościł.
Pozostanie pod jednym dachem z żołnierzami oznacza, że poza chochlą
mętnej bałandy, jemu osobiście nic nie przypadnie. Na oczach żołnierzy
nie nalejesz sobie podwójnej porcji, nawet jeśli starszyna na to
pójdzie. A ten idiota, porucznik, może przywołać cię do porządku. W głowie ma tylko sprawiedliwość.
Porucznik zaraz pośle starszynę do batalionu po prowiant. Sawienkow
zaklął ze złością i popatrzył na drewnianą podłogę, gdzie w rogu
zostawiono mu miejsce do spania na gołych deskach.
Dowódca kompanii wystawił warty, wyznaczył rozprowadzającego,
poinstruował żołnierzy na wypadek alarmu i nie czekając na powrót
starszyny, położył się pod ścianą na deskach podłogi i zapadł w sen.
Nikt z miejscowych nie mieszkał na terenie szkoły. Okna i drzwi były
pozabijane. Sawienkow pokręcił się w miejscu, podrapał w tył głowy, raz
jeszcze popatrzył na podłogę i niechętnie zaczął układać się do snu.
W sali lekcyjnej było zimno, wilgotno i leżał kurz. Ławek w całej szkole
nie było. Kiedyś wyniesiono je i złożono w stodole.
Uprzedziłem żołnierzy, aby do rozpalania pieców nie ważyli się używać
książek i szkolnych ławek. Obok szkoły nie było zapasu drew, więc w pierwszą noc nie było praktycznie niczego, czym można by napalić.
Wiele żeśmy przeszli po drogach wojny. Żołnierze byli zmęczeni,
stłoczyli się w gromadkę i zasnęli na podłodze. W pomieszczeniu
pachniało wszystkim -?i pleśnią, i wilgocią, i zatęchłymi żołnierskimi
onucami i mokrymi znoszonymi walonkami.
Rankiem, gdy już zaczęło świtać, wyszedłem na ganek, aby pooddychać
świeżym mroźnym powietrzem. Nie przywykliśmy do ciężkiego zaduchu.
Maszerowaliśmy, walczyliśmy, umieraliśmy i spaliśmy na śniegu. Na ganek
wyciągnęło mnie przyzwyczajenie, by przez cały czas być na świeżym
powietrzu.
Starszy sierżant i dwóch żołnierzy ruszyło do stodoły, gdzie znaleźli
kilka żelaznych łóżek. Zamiast materaców, ułożyli na nich deski.
-?Zdobędziemy słomę, to będziemy leżeć miękko i wygodnie! -?powiedział
starszyna, ciągnąc łóżka do oddzielnego pomieszczenia.
Ja stałem i zastanawiałem się, czy aby jutro znowu nie przyjdzie nam
maszerować dalej. Po co wozić się z metalowymi łóżkami? Jakby nie można
się obejść i bez nich.
Starszyna i żołnierze upierali się przy swoim:
-?Choć na jedną noc! Co się będziecie z nami walać po podłodze w jednej
sali?
-?Niech będzie! Stawiajcie łózka! Przynoście słomy!
Starszyna odwiedził pułkowe tyły, wziął konia i wraz z żołnierzami
nawiózł drew i wóz słomy. Zasłali nam łóżka, a w żołnierskiej sali
wymościli podłogę. Kompania pozostała w szkole również na następny
dzień. Postawiono nam zadanie patrolowania drogi na Wierchowie.
Nasi sztabowcy stanęli gdzieś w Szajtrowszczinie. Batalion znajdował się
w Żizdierowie. Kompanie drugiego batalionu stały w Żurach, Demidkach,
Strujewie i w zakładzie lniarskim oraz na skraju miasta w rejonie
szpitala.
Miasto Biełyj leżało na nizinie. Niemcy trzymali tam obronę7 i przy pierwszej próbie naszym nie udało się wedrzeć do miasta. Pułkowe
kompanie strzeleckie wyszły spod Czuchino8 porządnie
przetrzepane.
Nasze kompanie strzeleckie liczyły nie więcej niż dwudziestu ludzi.
Rozlokowano je po wsiach w dużych odległościach od siebie.
Z Sawienkowem nie rozmawiałem. Przez cały czas patrzył na mnie krzywym
okiem. W jego spojrzeniu wyczuwałem złość i irytację. Był niezadowolony
ze swojego łózka. Dlaczego położono mu mało słomy?
Tam, po wsiach, żył w inny sposób. Nie miał po co siedzieć z żołnierzami. Następnego dnia zebrał się i ruszył do wioski, w której
stał sztab batalionu. Jednak nie zszedł się tam ze swoimi poprzednimi
koleżkami.
Po trzech dniach wrócił do kompanii jeszcze bardziej rozdrażniony i zły.
I kiedy dotarł do swojego żelaznego łózka, od razu się na nie powalił i usnął. Od tego dnia zaczął gadać bez zarozumiałości i zaczepek. Widząc,
że się nieco zmienił, zacząłem mu odpowiadać.
Po paru dniach nadszedł rozkaz, by zostawić w szkole sześciu ludzi, a pozostałych przekazać do batalionu. Na odcinku obrony pułku były duże
przestrzenie nieosłonięte kompaniami strzeleckimi.
Szkoła opustoszała. Sześciu ludzi zostało, by pełnić służbę wartowniczą
koło szkoły. Sawienkow uprosił dowódcę batalionu, by przenieść go do
wsi, w której kwaterowały pułkowe tabory. Miejsce na łóżku zajął
chorąży, przysłany z dywizji. To nie był nasz człowiek, ale mieszkał
razem z nami. Rozpoczynał pogawędki na rozmaite tematy. Żadna rozmowa
nie mogła się bez niego odbyć.
-?Jestem łącznościowcem! -?powiedział mi.
Postanowiłem sprawdzić jego wiedzę z zakresu telefonicznej łączności
przewodowej. Na uczelni mieliśmy zajęcia z tego tematu, gdzie rzetelnie
przygotowywano nas do użycia telefonii.
-?No to teraz sprawdzę cię z tematu łączności telefonicznej! -
powiedziałem.
Chorąży stracił głowę i wręcz się zmieszał. Zapewne sądził, że nie wiem
nic o telefonii. Miał żałosny wyraz twarzy, jakby wpadł na gorącym
uczynku podczas kradzieży kieszonkowej. Popatrzyłem mu uważnie w oczy,
machnąłem ręką i powiedziałem tak, by wszyscy słyszeli:
-?Nic nie wiesz o łączności! Ciekawe, na czym się dobrze znasz?
Wieczorem chorąży zebrał się i odszedł ze szkoły.
W każdej kompanii kontrwywiad pragnął mieć swoich informatorów.
Widocznie chorąży otrzymał zadanie, by nakłonić do tej roboty któregoś z żołnierzy. Żołnierz nie musi się odłączać i biegać z donosami. Napisze
niby list do domu i nikomu do głowy nie przyjdzie, że w liście nie pisze
do swoich rodziców.
A tam, w dywizji, taki liścik otworzą. Ale przecież tak za darmo nikt
donosić nie będzie. Takiemu za sprawną służbę gwarantują po trzech
miesiącach przeniesienie na stanowisko na tyłach. W tym czasie powinien
zwerbować swojego zmiennika. I taki nowy pismak przez cały czas stara
się, o ile w tym czasie nie wywieje go w boju. Człowiek zginął, a na
czole nie ma napisane, kim był u nas w kompanii.
Na tyłach pułku starszyna usłyszał, że wkrótce kompania dostanie
uzupełnienia. Po wsiach zbierają okrużeńców. Kiedy włączą ich w skład
kompanii strzeleckich, będą o sobie opowiadać.
Po dwóch dniach na dziedziniec szkoły zajechały sanie. Siedziało w nich
dwóch ludzi. Jeden na wpół rozebrany ze związanymi z tyłu rękami, drugi
w półkożuszku i z automatem. Na zakręcie drogi ukazała się jeszcze jedna
para sań. Wśród przybyłych był sztabowiec z naszego pułku i ten sam
chorąży, który przez jakiś czas mieszkał razem z nami.
Rozkazano mi zebrać wszystkich moich żołnierzy i ustawić przed budynkiem
szkoły. Nie powiedziano mi, jaki cel miała ich wizyta. Domyśliłem się
sam po stanowczym wyrazie twarzy przybyłych. Wszystko wskazywało na to,
że przywieziono osądzonego na rozwałkę. Obok niego, trzymając pionowo
automaty, stali szeregowcy z pułkowego plutonu dowodzenia.
Gdy moi żołnierze się ustawili i wszystko było gotowe, przybyły z dywizji nieznajomy kapitan rozpiął mapnik, wyciągnął dokument i przygotował się do czytania. Był to wyrok trybunału wojskowego.
Związanego wywlekli z sań, podciągnęli do skraju parowu i kazali
uklęknąć. Był bez czapki, bez szynela i bez walonek. Stopy miał okręcone
onucami. Jego duża i okrągła głowa z burzą potarganych i sztywnych
włosów była pochylona nieco do przodu. Nie było widać jego twarzy.
Podczas gdy czytali wyrok, zachowywał milczenie i lekko odwróciwszy
głowę, patrzył z ukosa w tył.
Papier stanowił, że przebywał u Niemców. Potem od nich uciekł i znowu
wrócił do swoich. Wówczas mu uwierzono i wybaczono. Podczas ataku pod
wsią gdzieś zniknął, wylazł z leja i skręcił w stronę Niemców. Był
ranny, jednak rana była niewielka i zagoiła się po tygodniu. Nie
przyznał się, gdzie był przez cały ten czas. Teraz go pojmano i postawiono przed sądem. Następnego dnia znowu uciekł i ukrywał się w lesie. Potem wyszedł na drogę i tam został schwytany.
Przeczytawszy dokument, kapitan zapytał go:
-?Przyznajesz się do winy?
Odpowiedział coś niewyraźnie. Widocznie nie umiał mówić po rosyjsku. Kim
był -?Kozakiem, Uzbekiem czy Tatarem?
Kiedy go zapytano, dlaczego uciekł, odpowiedział, że ogarnął go strach i że się czegoś bał. To go zgubiło.
Na końcu wyroku był powiedziane, że za zdradę ojczyzny i przejście na
stronę wroga zostaje skazany na najwyższy wymiar kary -?rozstrzelanie!
To był sąd pokazowy. Nie pojmowałem, po co go tu urządzili. Część
oficjalna został zakończona i zapanowała grobowa cisza. Zaraz zacznie
się koncert. Zaraz żywa ludzka dusza wyruszy w niebiosa ku Najwyższemu.
Dokąd trafi? Chrystusowi za pazuchę czy do świątyni Allacha?
Ze wszystkiego, co zostało powiedziane, nie byłem w stanie zrozumieć,
gdzie to wszystko się wydarzyło. Nazwy wsi nie odczytano. Nie były
wskazane daty i miesiące.
Moi żołnierze jakoś się przygarbili, oklapli i stali zmieszani,
spuściwszy oczy. Tkwili tak bez ruchu, wstrzymując oddech i wlepiając
oczy w ziemię przed sobą.
I tylko ci, którzy przyjechali, palili, spoglądali na siebie i rozmawiali. Ten sam kapitan, który odczytał dokument, podszedł do mnie,
przechylił głowę na bok i powiedział ściszonym głosem:
-?Zapamiętajcie, poruczniku! Dla tego, kto przejdzie do Niemców, litości
nie będzie.
-?Po co mi to mówicie?
-?Przyda się wam, poruczniku, jeśli na to popatrzycie.
Serce mi się ścisnęło. Przez sekundę poczułem chłód w rękach i nogach.
Zrozumiałem, że po donosie Sawienkowa zapragnęli dać mi lekcję
moralności.
-?Specjalnie go tu przywieźliśmy -?jak przez sen usłyszałem słówa
kapitana.
A co tak naprawdę Sawienkow mógł o mnie napisać? Od dawna w ogóle z nim
nie rozmawiam. Mógł wyłożyć wyłącznie własne osądy. Im bardziej są
złośliwe i przewrotne, tym bardziej nieprawdopodobnie muszą brzmieć.
Przez cały ten czas walczyłem, prowadziłem żołnierzy na wsie. Świadków
ani żadnych potwierdzonych faktów nie ma. Ale jego donos może mi wyrobić
złą opinię. Moje myśli przerwały wystrzały. Żołnierze z eskorty
strzelali związanemu w tył głowy. Tamten klęczał i rzęził. W śniadej
szyi czerniał otwór po kuli.
-?Nawet strzelać nie potrafią! -?pomyślałem.
Wokół otworu nie było wiele krwi. Strzelali pojedynczymi. Od pierwszych
trzech wystrzałów żołnierz nie upadł. Zachrapał, potrząsnął głową. Ale
nie upadał i klęcząc, dalej charczał. Kapitan z dywizji krzyknął:
-?Kończcie szybciej!
Jeden z konwojentów podszedł blisko do związanego, puścił długą serię z automatu i pchnął go w plecy nogą. Tamten pochylił się głową do przodu i nieoczekiwanie ponownie się wyprostował. Wtedy konwojent powalił go
uderzeniem kolby w bok. Ktoś niezauważenie podszedł do mnie z tyłu i cicho powiedział:
-?Jeśli któryś z żołnierzy przejdzie do Niemców, nie uniknie kary!
Momentalnie się odwróciłem i ujrzałem oczy chorążego.
-?A, to ty? Od razu wiedziałem!
Cóż jeszcze mogłem mu powiedzieć?
Oficerowie z dywizji zakrzątnęli się, wskoczyli do sań i ruszając z miejsca, krzyknęli w stronę żołnierzy z obstawy:
-?Zrzucić go do jaru!
Dzwoneczek, podwieszony pod jarzmem ogiera, zadźwięczał delikatnie,
sanie ruszyły gwałtownie, siedzący w nich oficerowie szarpnęli się i potoczyli się z dziedzińca szkoły. Konwojenci pośpiesznie zrzucili
nieostygłe ciało ze skarpy, powskakiwali szybko do sań i umknęli.
Tak minął jeszcze jeden dzień wojny.
Jednakże z jakiejś przyczyny w pamięci pozostały mi dwa główne momenty,
związane z dziedzińcem szkoły w Wierchowie.
Pierwszy, gdy z tyłu na ramię opadła mi fizjonomia chorążego, mówiącego
o zemście. Nigdy więcej nie ujrzałem jego twarzy i stopniowo zatarła mi
się w pamięci, za to wstrętny zapach z żołądka i ust zapamiętałem na
długo. Zapamiętałem przy tym, jak przed odjazdem ciągnęli ciało zabitego
na skraj parowu. Na śniegu pozostały krwawe smugi, oświetlone zimowym
słońcem. Zapaćkali krwią cały śnieg! I pojechali!
Generał A.D. Bierezin przyjmuje gwardyjski sztandar
I drugi moment, który
zapamiętałem. Na dziedzińcu tej samej szkoły dowódca dywizji generał
Bierezin przyjmował gwardyjski sztandar. Bierezin i Szerszin złożyli
przysięgę, przyklęknęli w tym samym miejscu koło parowu i jako pierwsi
całowali kraniec czerwonego sztandaru. Czerwony odblask sztandaru był
widoczny na śniegu ponieważ, tak jak poprzednim razem, świeciło zimowe
słońce. Wróćmy jednak do tamtego dnia.
Po wszystkim, co się wydarzyło, żołnierze przycichli, przygarbieni
wrócili do sali i powalili się na słomę, by dosypiać. Ja również
położyłem się na swoim łóżku. Długo leżałem z otwartymi oczami, patrząc
na odżyłe karaluchy, które pełzały wokół ciepłego pieca. Po co ci
tyłownicy dawali krwawą lekcję nam, doświadczonym żołnierzom?
* * *
Po kilku dniach
wezwali mnie do sztabu pułku i rozkazali ruszać do Szajtrowszcziny w celu przyjęcia uzupełnień. Wyprowadzili mi ze stodoły niepozornego
kudłatego konika i dali mi wojskowe siodło.
Położywszy na grzbiecie konia siodło i podciągnąwszy popręgi pod
brzuchem, skoczyłem w strzemię, przełożyłem nogę przez kulbakę i z miejsca pognałem kłusem po drodze.
Konik biegł posłusznie gościńcem. Zmęczywszy się, sam przechodził na
krok, i poruszał się bez popędzania, kręcąc głową i machając ogonem.
Wystarczyło jednak, abym bez dotykania wodzy pochylił ciało do przodu i koń, nie czekając na kopnięcie w bok, sam przechodził na drobny kłus. To
było mądre i inteligentne zwierzę. Co dwa, trzy dni jeździłem do dywizji
i przyprowadzałem stamtąd po dwudziestu, trzydziestu rekrutów. Oto, komu
trzeba było pokazywać solowy występ!
Ludzie byli ubrani w pstrokatą odzież. Każdy w czym innym. Niektórzy
mieli na nogach stare połatane walonki, inni buty z owijaczami, a większość onuce i łapcie. Przybyłych od razu rozdzielali po kompaniach.
Mobilizacja w armii odbywała się w następujący sposób:
Kompania licząca trzydziestu ostrzelanych żołnierzy okrążała nocą wieś.
Wokół wioski rozstawiano posterunki, aby nawet jedna żywa dusza nie
zdołała uciec z wioski drogą czy polem. O świcie do wsi przyjeżdżali
upoważnieni do przeprowadzenia mobilizacji. Wybierali chałupę. Na środku
izby stawiali ławę i dwaj Żydzi-fryzjerzy usadzali tam po kolei świeżo
powołanych rekrutów. Kiedy już ostrzyżono takiego do gołej skóry,
upoważniony mobilizator rejestrował go w książce i uprzedzał:
-?Złapiemy gdzieś ogolonego na łyso -?rozstrzelamy na miejscu bez sądu!
Wszystko jasne? Uciekniesz, to od razu cię złapią! Słuchaj i zapamiętaj!
Jesteś przydzielony do pułku dywizji strzeleckiej. Zapamiętaj te dwa
numery!
-?A dokumenty?
-?Jakie dokumenty? Nie potrzebujesz dokumentów! W kompanii i tak cię
będą znać! Będziesz ujęty w kompanijnym spisie. Nawet dowódca kompanii
nie ma swoich dokumentów, a ty jesteś tylko szeregowym! W kompanii
strzeleckiej żarcie wydaje się bez przedstawiania dokumentów. Patrzcie
go! Nie zdążył jeszcze dostać karabinu, a dokumentów mu się zachciewa! -
nie mógł się uspokoić pełnomocnik. -?Co dla ciebie ważniejsze? Karabin
czy dokument? Następny! Podchodzić!
-?Tu jestem.
-?Jakie "tu"? Nazwisko podawaj!
Z każdej wsi brali do dziesięciu młokosów i dorosłych mężczyzn. Brali
też gospodarzy. Pod wieczór albo następnego dnia kierowali ich do
dywizji na sprawdzenie. Kiedy nadeszła moja kolej, otrzymałem
posortowaną i sprawdzoną dziesiątkę ludzi.
Nie wzięto w kamasze wszystkich parobków po wsiach. Byli również tacy,
którzy wałęsali się bez zajęcia. Ten i ów, aby zdobyć żywność, był
zmuszony do plątania się po wioskach i obchodzenia całej okolicy. A jaką
robotę znajdziesz zimą?
Kiedy nasi podeszli pod Biełyj, niektórzy od razu zaczęli prosić o wzięcie do wojska. Byli to głównie bezdomni włóczykije. Chętnie garnęli
się do wojaczki. Wielu domyśliło się, że będzie mobilizacja, ale czekali
na nią w rozmaity sposób.
Jedni, posmakowawszy wiatru swobody, porzucali zagrzane miejsca i nocami
rozpływali się w śnieżnych przestworach, uciekali w inne okolice, gdzie
nie stały nasze kompanie i gdzie mieszkali ich dalecy krewni. Inni
zakładali, że przyszły ich ostatnie dni, zawadiacko przekrzywiali czapki
i zaczynali upijać się samogonem. I tylko wygłodniali i bezdomni, którzy
przemarzli na drogach, rzucali swoje zajęcie parobka i na ochotnika
zaciągali się do nas. Ochotników instruowano, by na własną rękę szli do
Szajtrowszcziny.
Taki bezdomny włóczęga zwykle ruszał do najbliższej wsi, w której stała
kompania. Strachliwie i niezdecydowanie spozierał na wartownika i ostrożnie, aby go nie spłoszyć, pytał, gdzie i jak można zapisać się na
wojaczkę. Ochotnik stał, przestępując z nogi na nogę i cierpliwie
czekał, az wartownik pójdzie do chałupy zameldować dowództwu. Nie
wszyscy okrużeńcy byli syci i ciepło ubrani. W każdej wsi były zbędne
ręce. Wraz z nadejściem zimy zrobiło się ich więcej. W niektórych domach
żyły niezadowolone i złe staruchy, u których za kawałek chleba i cienką
polewkę nie raz przychodziło im nadwyrężać karku. A żołnierz stoi sobie
na warcie. Dobrze być żołnierzem. Stoisz i o niczym nie myślisz. A te
wieśniaki przy Niemcach od razu poczuli się tutaj panami.
Wygląd zewnętrzy takiego bezdomnego okrużeńca był porażający. Wyliniała
kapota w strzępach, cała w łatach, podwiązana sznurkiem. Wokół szyi
kawałek szmaty z samodziału. Na głowie zniszczona i wytarta czapka.
Zamiast spodni kalesony barwione suszoną jagodą i dębową korą i wyplecione z łyka łapcie z onucami, okręcone na krzyż sznurkiem. Iloma
to szmatami był objuczony taki człowiek! Niósł na sobie wszystko to, co
posiadał. Nic zbędnego, tylko to, co było mu potrzebne w drodze.
Wszystko trzymało się u niego na sznurkach i supełkach. Zarośnięci i nieogoleni, przypominający starców ze zgiętymi rękami wetkniętymi w rękawy, obcy na rosyjskiej ziemi, śpieszyli po zimowych duktach,
przeganiając się i usiłując przechwycić kawałek zbędnego chleba spod
nosa drugiego.
U każdego z nich dyndał na szyi cynowy krzyżyk na skręcanej lnianej
nitce. Niechrześcijan i bluźnierców za próg nie wpuszczano. Dla takich,
jak dla złodziei, nie było wiary. Nie bali się Boga, a więc nie bali się
nikogo. A jeśli w człowieku nie ma bojaźni bożej, to jest gorszy od
złodzieja i nikczemnika, gorszy od złoczyńcy i zabójcy. Wszystkie młode
i stare gospodynie zrobiły się chciwe i ponad miarę pobożne. W owym
czasie krzyżyk na szyi i umiejętność przeżegnania się były niczym
przepustka, niczym porządny znak. Pokorny człek zawsze wzbudzał
współczucie, zmiłowanie i litość. Za skórkę od chleba można go było
zmusić do pracy przez cały dzień. Praca, rzecz jasna, była ciężka, ale
człowiek pobożny nie będzie śmiał narzekać. Będzie zginać kark, a gospodarz będzie na niego ryczeć.
U każdego wisiał na plecach płócienny woreczek, gdzie znajdowały się
nędzne szpargały, zapas szmat i wszelakich sznurków. Kawałek czerstwego
chleba, garść gotowanych ziemniaków i kubek, aby napić się gdzieś wody.
Matuszka Rosja powróciła do czasów cara Fiedora.
Przestępując z nogi na nogę, ze wszystkich sił tupiąc na chrzęszczącym
śniegu, były żołnierzyk już śmielej popatrywał na ganek, na którym lada
minuta powinien pojawić się wartownik, który poszedł do chałupy
zameldować o nim dowództwu.
Wartownik wychodził, przepuszczał go, każąc wejść na rozmowę do domu.
Teraz włóczęga już nie żegnał się krzyżem w progu. Oczywiście denerwował
się, miął czapkę w dłoni, pozdrawiał wychodzących z chałupy żołnierzy,
pod wpływem starych przyzwyczajeń giął szyję w pokłonie, bo do
wszystkiego się człek przyzwyczaja, wałęsając się niczym bezdomny pies.
Ale oto już popychano go do izby.
Odkaszlnąwszy zimno i mróz, pytał, czy aby można się zapisać do
żołnierzyków.
Stopniowo skrępowanie mijało. Słyszał swój naturalny głos i zaczynał
opowiadać starszynie, gdzie i jak dostał się w okrążenie. Starszy
sierżant dla pozoru uściślał to i owo i oznajmiał mu swoją decyzję.
-?Przenocujesz tutaj, we wsi. Rozprowadzający wskaże ci chałupę. Kiedy
będą wydawać posiłek, razem z żołnierzami pójdziesz do kuchni. Nocą nie
wychodzić mi ze wsi! Przenocujesz, a jutro sam pójdziesz do wsi
Szajtrowszczina! Znasz taką? Możesz odejść! Syczew! Odprowadź go na
nocleg!
To byli silni i żylaści faceci, muskularni, głodni, przyzwyczajeni do
ciężkiej pracy. Na gładkiej drodze rozjeżdżały im się łapcie i przebierali nimi w pospiechu, utrzymując równowagę ciałem. I tak
docierali do pierwszej wsi, w której stali nasi żołnierze i rozpoczynali
nowe życie.
Stopniowo włączano ich do kompanii strzeleckich, lecz pozostawali przy
swym uprzednim zaszlajanym wyglądzie. Nie można ich było tak od razu
ubrać w szynele. Lecz z czasem zdejmowali z siebie szmaty i łapcie i palili to razem z wszami, rozniecając ogniska na śniegu. Wydawano im
szynele, waciaki, walonki, czapki, rękawice i żołnierską bieliznę.
Jednakże po wsiach wciąż jeszcze siedziało na przeczekaniu niemało
narodu w wieku poborowym. Przejście od niewolniczego żywota
"nieślubnego" i wiecznych babskich krzyków do służby wojskowej nie u wszystkich odbywało się jednakowo, tak samo szybko i chętnie. Rekruta
nie tylko należało ubrać i ustawić w szeregu, bowiem niektórych trzeba
było od samego początku przyuczać do wszelkich żołnierskich mądrości.
Szczególnie w kwestii strachu i paniki. "Bagnetem kłuj!" nie wchodziło w skład naszego programu nauczania. Od razu uczyliśmy wojny. Wielu z nich
służyło w szeregach wojska. Z takimi było nieco łatwiej, lecz w ich
świadomości należało przełamać przerażenie pierwszych dni wojny. Byli
też i tacy, którzy nie powąchali żołnierskiego życia. Nic to -
przyzwyczają się, trafią pod kule i zostaną żołnierzami.
W krótkim czasie kompanie uzupełniły skład osobowy. Brakowało tylko
młodszych dowódców i kompanijnych oficerów. Wszyscy okrużeńcy szli w kamasze jako szeregowi, bez względu na ich dawne stopnie.
Obecnie rzadko nocowałem w miejscu kwaterowania kompanii. Bez przerwy
posyłano nie to tu, to tam. Majtałem się wierzchem, w siodle. Konik był
niepozorny, ale rozumny i przywiązał się do mnie jak pies.
Przyjeżdżałem do wioski do jakiegoś sztabu, zarzucałem wodze na łęk
siodła i puszczałem konia, by myszkował po saniach i po stodołach w poszukiwaniu siana do poszczypania. Tu wyciągnie strzęp, tu naręcze, a cały czas patrzy i pilnuje mnie. Zejdę z ganku, a konik jest już obok.
Ogólnie rzecz biorąc, chodził za mną po wsi jak piesek. Cierpliwie
czekał, aż poklepię go po kłębie, wsadzę rękę do kieszeni i wyjmę
stamtąd kawałek cukru albo suchara. Po czym ruszaliśmy razem w drogę
powrotną, do domu. Kompanię przeniesiono ze szkoły do wioski.
Swoją kompanię zostawiłem pod okiem starszyny i Sawienkowa. Sawienkow
był zadowolony, że sam beze mnie gospodaruje w kompanii. Starszyna
jeździł po okolicy, zdobywał po wsiach jakieś tam produkty i samogon. Tu
wziął za zgodą, tu wyhandlował, a gdzie indziej rozkopywał kryjówki i jamy i wyciągał stamtąd coś do jedzenia. Pomagali mu w tym byli
parobkowie, a obecnie żołnierze.
Na linii rozgraniczającej nas od Niemców wojny prawie nie było. Niemcy
nie wychodzili poza skraj zajmowanego przez siebie rejonu i pilnie nas
obserwowali, zaś nasi również ich nie ruszali. Żadna ze stron w ogóle
nie strzelała. Po wsiach palono w piecach bez skrępowania. Pogoda przez
długi czas była dobra, ale niemieckie lotnictwo nie latało. Potem
nadchodził wieczór, niebo chmurzyło się i przez równy tydzień szalała
burza śnieżna. Przez wszystkie te dni z powodu niepogody siedziałem w kompanii. A może odpadła konieczność posyłania mnie do sztabów?
* * *
W jeden z takich dni,
gdy na dwa metry nic nie było widać, do naszej wsi wszedł zabłąkany
Niemiec. Był cały obsypany białym pyłem. Ręce miał wetknięte głęboko w kieszenie. Automat i pokrowiec na zapasowe magazynki dyndał mu na
plecach. Niemiec podszedł do skrajnego domostwa i rozejrzał się po
ulicy, która była pusta. Postanowiwszy wejść do najbliższej chałupy,
chwycił za klamkę, ale drzwi były zamknięte od wewnątrz. Wiatr i śnieg
chłostały okna i ściany chat. Niemiec potrzebował ciepła. Długo błądził
i mocno przemarzł, opadł z sił i pragnął tylko jednego -?położyć się,
odpocząć i rozgrzać się. Jutro zapyta o nazwę wsi i dotrze do swoich. A teraz czym prędzej musi znaleźć żywego człowieka, wleźć na ciepłą
leżankę, zamknąć oczy i odespać. Minął kilka domów, dostrzegł słabe
światło w oknie, postał prze progiem, rozejrzał się na boki i zrobił
krok na ganek. Drzwi były uchylone.
Niemiec nie przypuszczał, że we wsi stoją Rosjanie. Na ulicy nie było
ani jednego wartownika.
Posterunki we wsi jednak były. Wartownicy co jakiś czas przechadzali się
ulicą na końcu wsi i pilnowali drogi.
Gdy oczy zalepia śnieżny pył, kto pójdzie w taką zawieję sprawdzać
posterunki? Wartowników było dwóch. Postanowili wejść do sieni, by sobie
zapalić. Robiąc to, zerkali na ulicę przez na wpół otwarte drzwi. Potem
zaś, gdy zawodzenie śnieżnej burzy zawyło i zgrzytnęło jeszcze silniej,
ruszyli do izby, by ogrzać zziębnięte ręce i nogi.
Niemiec wszedł na zaśnieżony ganek, na którym nigdzie nie było widać
śladów ludzkich stóp. Doszedł do wniosku, że z tego domu dawno nikt nie
wychodził na ulicę, zaszedł zatem do ciemnej sieni i przymknął za sobą
drzwi, które lekko skrzypnęły. Kiedy wszedł do izby, owiało go białą
parą, więc nie dostrzegł, iż przy stole siedzi dwóch Rosjan w mundurach.
Rzucił więc pytanie w nieprzeniknioną przestrzeń:
-?Matka zu Hause?
Za oknem po staremu gnała zawieja i chrobotała w szyby. Wartownicy,
siedzący w kucki na podłodze, natychmiast poderwali się na nogi.
Sądzili, że oto wołają ich ci dwaj, którzy siedzieli przy stole i grali
w karty. Na środku izby plecami do nich stał Niemiec z automatem. A żołnierze grający w karty podnieśli ręce do góry i zaczęli wstawać zza
stołu. Wtedy Niemiec poczuł pod żebrami twardą lufę rosyjskiego
karabinu. Chcąc nie chcąc, zrzucił z ramienia pas nośny, opuścił swój
automat i położył go na ławie. Nie miał sił, aby walczyć i stawiać opór.
Odetchnął ciepłym powietrzem i stał z podniesionymi rękami.
Teraz ci dwaj za stołem, widząc zmianę sytuacji, opuścili ręce i odetchnęli z ulgą. Odnieśli wrażenie, iż Niemca przyprowadzili
wartownicy. A ręce unieśli omyłkowo, ze strachu. Uśmiali się, że tak ich
zaskoczono. Że niby to tak ich pochłonęły karty, że nie zauważyli. Ale
nie było się z czego śmiać. Minutę temu Niemiec mógł ich rozstrzelać z automatu. A teraz, gdy ponad wszelką wątpliwość znaleźli się w głupiej
sytuacji, zgodnie rechotali.
Wartownicy stali i mrugali oczami, a ci za stołem radośnie zanosili się
śmiechem, pokazując na Niemca palcami. Byli święcie przekonani, że
Niemiec przyszedł tu z wartownikami. Tylko Niemiec wiedział, co tak
naprawdę zaszło w izbie i kto kogo wziął do niewoli. Jasne było również
to, że on, niemiecki podoficer, z głupoty wpadł w ręce Rosjanom.
Poprzedniego dnia wróciłem do wsi. Ze szkoły przeniesiono nas do wsi o nazwie Bolszaja Kobylszczina. To właśnie tam doszło do tej sytuacji. Gdy
mnie obudzono i zameldowano o tym, co się stało, rozkazałem sierżantowi,
aby Niemca natychmiast odprowadzono do batalionu, którego sztab stał
wtedy w tej samej wsi, tyle że w innej jej części. Po jakimś czasie sam
Bierezin zażyczył sobie, aby zobaczyć jeńca. O czy rozmawiał z nim sam
na sam, kto był tłumaczem owej rozmowy i gdzie podziały się protokoły z przesłuchania -?tego nikt w dywizji nie wiedział.
Sztabowcy kilkakrotnie wzywali mnie do telefonu, chcąc dowiedzieć się
szczegółów o owym zagadkowym Niemcu, lecz ja go nie przesłuchiwałem,
więc nie mogłem im niczego powiedzieć. Nie znałem nawet jego nazwiska.
Automat i pokrowiec z magazynkami zdałem do batalionu.
I oto następnego dnia rankiem do wsi zajechały lekkie saneczki. W towarzystwie adiutanta generała do naszej wsi przybył ten sam feldfebel,
którego pochwyciliśmy nocą. Dlaczego się tu nagle pojawił?
W mojej obecności Niemcowi zwrócono automat, dokumenty i różne
drobiazgi, takie jak zegarek, zapalniczkę na benzynę i latarkę. Może
żołnierze zostawili sobie zdjęcia? -?zastanawiałem się.
Osobisty adiutant generała oddał mi magazynki z nabojami i ustnie
przekazał krótkie polecenie -?Niemca należy doprowadzić lasem do
niemieckich pozycji i tam wypuścić.
Do wsi Bolszaja Kobylszczina nie dopuszczono żadnego sztabowca z pułku
czy z batalionu. Byłem tam kimś w rodzaju komendanta posterunku
granicznego.
-?Bez zbędnych świadków! -?obwieścił mi przybyły adiutant. -?Nie traćcie
czasu, poruczniku! Niemiec musi zdążyć wrócić na czas! Zrozumiałeś
rozkaz? I nikomu o tym ani słówa! Ani w batalionie, ani w pułku nikt nie
może o tym wiedzieć! Tą operacją kieruje osobiście generał, a ty
odpowiadasz za nią głową!
Wziąłem ze sobą czterech żołnierzy i wyszliśmy na drogę. Do końca drogi
pokrowiec z ładownicami był u mnie. Przekazałem je Niemcowi przy
podejściu do linii ich pozycji.
Odprowadziwszy Niemca za las, wróciłem do siebie do wsi. Adiutant
generał czekał tam, aż wrócę.
Nikt z naszych nie wiedział, z jakim to osobistym przesłaniem generała
Niemiec ruszył do swoich. Chodziła ustna wersja, że Niemiec wróci po
tygodniu i przyprowadzi ze sobą całą kompanię żołnierzy. Ale minął
tydzień, potem dwa, a ani Niemca, ani kompanii nie było.
Jednakże sam fakt odesłania wziętego do niewoli Niemca przez linię
frontu na polecenie generała odegrał później swą złowieszczą rolę.
Doszło do tego później, gdy dywizja została okrążona. A tymczasem
mieliśmy styczeń, czas okrutnych mrozów.
Po trzech dniach ponownie wezwano mnie do Szajtrowszcziny w związku z nadejściem uzupełnień. Niemieckie lotnictwo nie latało. Żyliśmy jak w czasach pokoju. Prowadziłem zajęcia ze strzelectwa. Za każdym razem
brałem niewielką grupę żołnierzy i wyprowadzałem ich za wioskę na
nizinę. Żołnierze ustawiali deski pionowo w śniegu i, celując w pozycji
leżącej, strzelali do nich. Kule, rzecz jasna, przelatywały obok celu.
Brak celności zwalali na złe przestrzelenie karabinów. Wtedy brałem
karabin od któregokolwiek z żołnierzy, prosiłem, aby obrócili do mnie
deskę przekrojem poprzecznym, kładłem się na śniegu, celowałem i paroma
wystrzałami pod rząd przestrzeliwałem ją od wąskiej krawędzi. Karabiny
biły doskonale.
Cała bieda polegała na tym, iż przy strzelaniu w warunkach bojowych
żołnierze nie będą celować tak, jak robiłem to ja. Zwykle strzelali z biodra. Oto dlaczego muszki i szczerbinki były na wojnie bezużyteczne.
Żeby zaś trafić w wąską krawędź deski, muszkę i szczerbinkę należy
naprowadzać na cel całym ciałem, poruszając tylną częścią korpusu i nogami. Przy strzelaniu z pozycji leżącej karabinu nie należy
naprowadzać na cel rękami.
Trzeba leżeć spokojnie. Karabin należy trzymać, nie wytężając się.
Trzeba podciągnąć pas nośny i napiąć go łokciem. Potem przykładamy kolbę
do ramienia i policzka. Oddychamy dwa razy i sprawdzamy, gdzie patrzy
muszka i szczerbinka. Jeśli w tym miejscu znajdzie się cel, można
strzelać kilkakrotnie i wszystkie kule ułożą się w dziesiątce.
Teraz, nie poruszając ciała, dłońmi przesuń nieco lufę karabinu w bok i oddaj strzał. Twoja kula znowu trafi w cel, choć linia celownika została
nieco odsunięta w bok.
Teraz można podjąć kolejną próbę. Przesuń karabin nieco w bok od środka
celu i zamknij oczy. Ściśnij łoże karabinu dłońmi, odlicz do dziesięciu
i otwórz oczy. Zobaczysz, że twój karabin wrócił na swoje poprzednie
miejsce -?dokładnie na linię celowania. Chcesz się nauczyć celnie
strzelać? Poruszaj całym korpusem w lewo, w prawo, do przodu i do tyłu.
Poruszaj nogami, przemieszczaj tylną część korpusu, przesuwając kolana.
Kiedy muszka i szczerbinka znajda się dokładnie pod celem, dla
sprawdzenia zamknij oczy, policz do dziesięciu i sprawdź, czy prawidłowo
się przymierzyłeś.
Jeśli wszystko zostało na miejscu, spokojnie oddaj strzał. Spust ściągaj
powoli, bez pośpiechu. Wszystkie dziesiątki twoje!
Ale pamiętaj! Nie ma czegoś takiego, jak szybko i dobrze. Do strzelania
trzeba mieć cierpliwość, całkowity spokój i opanowanie. Jeśli chcesz
dobrze strzelać i przejdziesz prawdziwą szkołę strzelania, będziesz
trafiać Niemców tylko w lewe oko, nie inaczej. Będą gadać, że Moskwa
przysłała zawodowego snajpera.
Żołnierze słuchali i uśmiechali się.
-?Potem, w okopach, będziecie celować inaczej. Może opowiem wam jeden
taki przypadek? Idę sobie kiedyś transzeją. Dopiero co ją zajęliśmy i wyrzuciliśmy stamtąd Niemców. Daję komendę -?"ognia!". Tak było,
Antipow?
-?Tak, towarzyszu poruczniku! Pamiętam, jak dziś!
-?Patrzę, stoi sobie żołnierz. Karabin położył na przedpiersiu lufą do
góry. Repetuje i wali w niebo. Gdzie walisz? -?pytam go. A on, że "tam".
I pokazuje mi w stronę Niemców. Pytam, w którą stronę sterczy lufa
karabinu. No i dalej jest taka rozmowa:
-?Jak to, w którą?
-?Ano tak! W niebo walisz!
-?Kula Niemca znajdzie, towarzyszu poruczniku! Ma krzywą trajektorię!
-?Na trajektoriach się znasz! A od czego jest celownik w karabinie?
Używałeś go kiedyś?
-?Ze dwa razy się zdarzyło. Na punkcie zbornym prowadzali nas na
strzelnicę.
-?To dlaczego strzelasz w Niemców bez celowania?
-?Niemcy, towarzyszu poruczniku, to inna sprawa! Spróbuj się tylko
wysunąć! Tylko się pokaż! Poceluj sobie, jak na strzelnicy! Niemiec z maszynki pociągnie, to mózgu potem nie zbierzesz, cały hełm będzie
dziurawy!
-?A ty chociaż wiesz, jak ustawiać suwak na szczerbince? Jak oceniać na
oko odległość?
-?Nie, towarzyszu poruczniku, nie używamy tych suwaków. Po co nam to na
wojnie? Do niczego się nie przydają! Kiedy trzeba, walimy z biodra
smugaczami!
Owa rozmowa z żołnierzem przypominała mi się również później, gdy
zdarzało się widzieć, jak żołnierze strzelają w boju. A i ja sam w potyczkach strzelałem z automatu bez celowania. Walisz serię smugaczami
i patrzysz, gdzie poszły kule. A wydaj żołnierzom rozkaz "ognia!".
Uniosą karabiny i otworzą bezładny ogień bez celowania. A jeśli
zapytasz, dlaczego walą i nie mierzą, to będą udawać, że celują. Za to
przy strzelaniu do kur po wsiach czy zajęcy w lesie, to inna sprawa.
Niemieckie karabiny maszynowe mają stalowe taśmy, naboje bez kryzy i wspaniałą szybkostrzelność. Podczas gdy ty będziesz celować, skoszą cię
i bądź zdrów. Kula może przedziurawić hełm, przeszyć na wylot łopatkę,
którą osłaniałeś dolną część twarzy, może poharatać usta i gardło. Na
podstawie doświadczenia żołnierz sam określa, co ma dla niego sens, a co
jest bezużyteczne.
Podczas wojny celownik w karabinie był zupełnie niepotrzebny. Kiedy
żołnierz strzela na strzelnicy i widzi dziurki w celu, to jedno. A strzelanina w boju odbywa się w pośpiechu i na celowanie nie ma czasu.
W walce trzeba widzieć nie muszkę i szczerbinkę, a to, gdzie trafiła
kula. Jeśli strzelasz z broni maszynowej, to po wywaleniu taśmy smugaczy
powinieneś od razu widzieć efekty.
Generalnie, z celownikami w broni maszynowej tośmy podczas wojny dali
plamę. Ilu to niepotrzebnie zginęło dobrych i dzielnych żołnierzy.
Ciężki karabin maszynowy nie potrzebuje osłony, tarcza potrzebna jest
jak przysłówiowe sanki w maju, to zbędny detal i tyle. Przy strzelaniu z bezpośrednich i osłoniętych stanowisk "Maksimowi" brakowało możliwości
zdalnego kierowania ogniem. Gdybyśmy podczas wojny mieli możliwość
zdalnego prowadzenia ognia z "Maksimów", nie dalibyśmy Niemcom podnieść
głowy.
* * *
Jakoś nad ranem, któregoś ze styczniowych dni,
wezwano mnie do batalionu celem otrzymania zadania. W batalionie
oznajmili mi, że należy przeprowadzić rozpoznanie, idąc leśną drogą,
która odchodzi w rejon rzeki Łuczesy i Chołmskich Bagien.
-?Po drodze sprawdzisz, czy Niemcy zachodzą do leśnych wioseczek, czy są
tam mieszkańcy i czy nie stoi tam czasem oddział partyzancki.
W lasach na bagnach Niemcy zwykle nie stali. Zajeżdżali tam tylko od
czasu do czasu.
W pułku było kilka par wojskowych nart. Na wszelki wypadek wożono je w sztabowej podwodzie. Narty leżały w saniach pod brezentem razem z rzeczami oficerów. W walizach i workach-plecakach były oficerki z chromowej skóry, letnie czapki z daszkiem i szynele szyte na miarę.
Pułkowi krawcy trudzili się w pocie czoła, by nie trafić na pierwszą
linię. Pruli nowe żołnierskie szynele, nie prostując karku cięli i szyli, dymili żelazkami.
Początkowo krawiectwo w pułku stało na mizernym poziomie. Szwy zarzucali
ręcznie, praca szła powoli. Ale oto w jednej odbitej u Niemców wsi
tyłownicy przechwycili ręczną maszynę do szycia i robota poszła weselej.
Maszynka stukała do późnej nocy.
Krawcy potrzebowali ciepłego pomieszczenia do pracy. Krzywdy nie mieli.
Byli potrzebni w pułku. Wszyscy sztabowcy byli starannie obszyci. Wygląd
wedle wojennej mody, głos wojowniczy, przepity i dźwięczny. Czapki
ostentacyjnie zsunięte na brwi. Gęby bezczelne i nażarte. W rozmowie
cieli słówami, jak szaszkami. A my, oficerowie kompanii strzeleckich,
mieliśmy proste żołnierskie szynele albo półkożuszki.
Pokazano mi marszrutę na mapie i kazano zajść do stodoły w celu
otrzymania nart. Poszedłem za pisarzem do stodoły, w której stała
sztabowa podwoda. Pisarz długo guzdrał się pod brezentem, zanim
wyciągnął spod niego sześć part nart z kijkami.
-?Jest! -?powiedział i cisnął je na śnieg koło stodoły.
Wychodząc na zewnątrz, zamknął drzwi na kłódkę i bez słówa oddalił się
do chałupy sztabowców. Sprawiał takie wrażenie, jakby go właśnie
oderwano od strategicznej mapy w chwili, gdy decydują się losy całej
wojny lub przynajmniej ważniejszej operacji.
Obejrzałem każdą parę, dobrałem do nich kijki i byłem zadowolony.
Wiązania w nartach były w idealnym porządku. Sześciu ludzi wyposażę w narty. To będzie moja pierwsza grupa. Pozostali, także około sześciu,
pójdą pieszo po drodze w ślad za nami. Jeśli w lesie natkniemy się na
Niemców, na nartach będzie ich można obejść bokiem po głębokim śniegu.
Każdą parę nart z kijkami oparłem o ścianę i powiedziałem wartownikowi,
że przyślę starszynę, który je później zabierze.
Dawno nie biegałem na nartach. Od czasu, gdy nas na nich ganiali na
uczelni, minął równo rok. Jutro o świcie mieliśmy ruszać do lasu.
Na tego typu zwiad szliśmy pierwszy raz. Zwykle po natarciu na jakąś
wioskę ruszaliśmy przed siebie duktami, doganiając Niemców. Na drogach
napotykaliśmy zasadzki, ponosiliśmy straty, a niekiedy sami łapaliśmy
Niemca. Na wojnie różnie bywa. Kiedy kompania strzelecka ściga Niemców,
wszystko robi się bardzo prosto: z przodu idzie ubezpieczenie, a za nim,
w zasięgu wzroku drepczą pozostali. Żadnych tam bocznych ubezpieczeń. Na
wojnie wszystko upraszczaliśmy. Rosyjski żołnierz instynktownie
wyczuwał, co ma robić i jak. Szedł po drodze, dopóki go nie ostrzelali.
Dopiero wtedy się martwił, czy lepiej pchać się do przodu, czy może po
prostu poleżeć i przeczekać.
Również i tym razem nie wymądrzałem się i nie opracowywałem naukowego
planu rozpoznania. Czterech ludzi założyło narty i poszło przodem. Na
jednych ja, na drugich ordynans. Piesza grupa złożona z sześciu ludzi
poruszała się za nami.
Leśna droga, którą szliśmy, była zasypana śniegiem. Na nartach idzie się
taką drogą łatwo. I tylko piesi odstawali, dlatego często się
zatrzymywaliśmy i czekaliśmy na tylną grupę.
Szlak cały czas prowadził w dół. Zarośla lasu wymieniały się z prześwitami. Kiedyś tu, za lasem i bagnami, przebiegał przedni skraj
naszego rejonu umocnionego. Teraz te umocnienia zajmowali Niemcy.
Drzewa, pokryte puszystym szronem, nieco się rozstąpiły, pokazał się
skraj lasu i wiejskie ogrodzenie. We wsi mieszkało kilka rodzin, ale
głównie starcy, kobiety i dzieci. Za wsią, jak nam powiedzieli, dwie
wiorsty za bagnem przebiegała droga, po której jeździli Niemcy. Starzec
powiedział nam, że Niemcy kilka razy zajeżdżali do wsi. Potem spadł
głęboki śnieg i od tamtej pory się nie pojawiali.
Porozmawiałem z dziadkiem o tym i owym i dałem żołnierzom odpocząć.
Starzec poczęstował nas swoja samosiejką. Tytoń mocny, pociągniesz dwa
razy i dech zapiera.
Po powrocie do Szizdierowa zameldowałem dowódcy batalionu o danych
wywiadowczych.
* * *
Gdy kompanie strzeleckie uzupełniono
żołnierzami, rejon obrony mojej kompanii rozszerzono. Plutony stały
teraz na linii wsi Zabołocie, Szizdierowo, Bolszaja Kobylszczina i Wasiliewo.
Do miejscowych wiosek przez cały czas jeździ się z górki. Siedzisz w saniach, a konik truchta po drodze drobnym kłusem.
Któregoś razu, wieczorem, kiedy kładłem się spać, Sawienkow zaczął
rozmowę, że należałoby skontrolować żołnierzy w okolicznych wsiach.
Nigdy tam nie jeździł, a tu raptem zapłonął żądzą i usiedzieć nie może.
Przyszedł starszy sierżant i zgodził się z nim.
-?Pojedziemy, pojedziemy! Trzeba popatrzeć, jak tam się mieszka naszym
żołnierzykom. Wczoraj był łącznik z naszego plutonu i gadał, że opływają
w żarcie z miejscowych zapasów.
-?Jedźmy, poruczniku! Zatrzymamy się gdzieś na trasie w małej wioseczce.
Nie będziemy się uganiać po drogach. I w batalionie będą zadowoleni, że
nie czekasz na ich rozkazy, a sam przejawiasz inicjatywę -?wywodził
Sawienkow.
Zgodziłem się. Kazałem starszynie przygotować na jutro sanie i konie.
Rankiem zaszedłem do sztabu batalionu i powiedziałem, że pojadę na
kontrolę do oddalonych plutonów.
Starszyna zajechał saniami pod ganek -?w środku siedział już Sawienkow.
Czekali tylko na mnie. W batalionie nie mieli nic przeciwko temu, abym
sprawdził dalekie rubieże.
-?Siadajcie, towarzyszu poruczniku. Podścielę wam sianka, będzie się
miękko jechało.
-?Coś mi tu złote góry obiecujesz! -?odpowiedziałem, jakbym co nieco
przeczuwał.
-?Pojedziemy z górki kłusem i ani się obejrzymy, jak za dwie godzinki
będziemy na miejscu.
Gdzieś tam za leśnymi polanami leżały niewielkie wioseczki. Były na
uboczu głównych szlaków. Naszych żołnierzy jest tam niewielu, ale
urządzili się tam lepiej, niż my. Żyją spokojnie po chałupach. W brzuchach pełniej i weselej.
Koń jechał z górki, a ja siedziałem i rozglądałem się na boki.
Przejeżdżaliśmy przez bezludne miejsca, zaniesione śniegiem. Nie
wiedzieć czemu nie myślałem o tym, że możemy wpaść w niemiecką zasadzkę.
Przez trzy godziny sunęliśmy drogą z górki. I oto pomiędzy dwoma
zagajnikami dostrzegłem pokryte śniegiem dachy. Wszędzie z kominów walił
szaroniebieski dym. Wartownicy, dwóch na całą wieś, powitali nas z przyjaznymi uśmiechami.
-?Tutaj, tutaj! -?pokrzykiwali.
Ale starszyna skręcił w drugą stronę i podjechał do chałupy.
-?To tutaj? -?zapytał Sawienkow.
Skoro rozumieją się w pół słówa, to było jasne, że umówili się między
sobą w jakiejś sprawie. We wsi, w której Sawienkow nigdy nie był, miał
wspólne interesy ze starszyną.
-?A gdzie dowódca plutonu? -?zapytałem starszynę.
-?Najpierw przekąsimy, tutaj, u gospodyni. Już czeka. A potem zajdziemy
do dowódcy plutonu.
-?Przekąsić nie zaszkodzi -?wzruszyłem ramionami.
W ślad za starszyną weszliśmy do posprzątanego domostwa.
Trzydziestoletnia gospodyni krzątała się przy piecu za przegródką.
Weszliśmy do sieni, starszyna polał nam wodę, co było czymś niezwykłym,
umyliśmy ręce, a on podał nam ręcznik. Potem, pokasłując, zaprosił nas
do stołu.
-?To nasz porucznik, dowódca kompanii -?przedstawił mnie gospodyni. -?A tu mam przyjemność przedstawić naszego komisarza, o którym wam mówiłem.
Na stole stała kiszona kapusta zaprawiona cebulą i pachnącym olejem
lnianym, miękki razowy chleb, gorące ziemniaki i parę kawałków słoniny.
Starszyna zatarł ręce i spojrzał na gospodynię, ta zaś najwidoczniej
zrozumiała go bez zbędnych słów. Na stole pojawił się gąsior samogonu.
Napełniliśmy szklanki, gospodyni dosiadła się do stołu, stuknęliśmy się
i wypiliśmy pierwszą kolejkę.
Kiedy nalano drugą, a znowu była to szklanka po brzegi, wymówiłem się od
picia drugiej kolejki.
-?Muszę jechać! -?powiedziałem, zerkając na starszynę, który szybko się
ze mną zgodził.
Przechylił drugą szklankę, śpiesznie zakąsił i dodał:
-?Zostawimy tutaj towarzysza politruka. Jutro po niego przyjadę, a my z wami towarzyszu poruczniku migiem objedziemy cały rejon obrony.
Zerknąłem na Sawienkowa, który dalej siedział przy stole, uśmiechając
się radośnie. Chrząknąłem, pokręciłem głową i skierowałem się ku
wyjściu. Starszyna, ubierając się w biegu, pochwycił jeszcze ręką
szklankę, ucapił garść kiszonej kapusty i wepchnął ją palcem do ust.
Kapusta sterczał mu z gęby niczym pęk siana u przeżuwającego je konia,
który nagle uniósł głowę, aby gdzieś spojrzeć.
Starszyna wyszedł na ganek i zamachał na woźnicę, dając mu znak, by
podjechał do schodków. Sanie skrzypnęły, oderwały przymarznięte płozy od
śniegu i podjechały do domu. Zajechaliśmy do dowódcy plutonu,
odwiedziliśmy wioski, w których stali nasi ludzie i pod wieczór
wróciliśmy do domu do Kobylszcziny.
Minął jakiś tydzień i o całym wyjeździe można by zapomnieć, lecz jedna
nieprzyjemna okoliczność ponownie go przypomniała.
Po tygodniu wezwano mnie do sztabu i kazali wyjaśnić kwestię
zorganizowanego przeze mnie pijaństwa. Okazuje się, żeś ty nie na
kontrolę jeździł! Jesteś zgniły moralnie i uchlałeś się. Cukier, należny
żołnierzom, przepijasz po wioskach.
-?Upadliście na głowę? -?wykrzyknąłem wzburzony. -?Ja w ogóle nie piję!
Skąd wam się to uroiło?
-?Nie kręć, poruczniku! Byłeś we wsi? Samogon piłeś? Mamy dowody.
-?Jakie dowody? Nie łapcie mnie za słówka!
-?A co to jest?
-?Co?
-?Raport Sawienkowa. W raporcie jest jasno powiedziane o pijaństwie i o cukrze.
-?To łachudra!
-?Kto łachudra?
-?Jak to, kto? Sawienkow! Sam wychlał całą ćwiartkę samogonu, siedział z babą we wsi przez dwa dni i wszystko zwalił na mnie.
Widząc moje oczywiste i nieudawane wzburzenie, sztabowcy dali mi spokój.
Wróciłem do kompanii. Sawienkow, jakby nigdy nic, chodził po wsi.
-?Słuchaj no, ty! -?powiedziałem mu. -?Jak mogłeś napisać takie
świństwa?
-?Jak mogłem? A ty byś chciał, żeby wszystko skupiło się na mnie? Nie
zapominaj, że mimo wszystko jestem pracownikiem politycznym! A ty kto?
Jesteś tylko bezpartyjnym porucznikiem. Teraz możesz klepać na mnie, co
tylko chcesz, a i tak nikt ci nie uwierzy. Skompromitowałem cię na czas.
A gdyby się dowiedzieli o cukrze, że to niby ja, to odebraliby mi
legitymację partyjną. A tobie co zrobią? Nic! Żołnierze cię widzieli,
jak razem ze mną wchodziłeś do tej baby. A kiedy odjechałem -?nie
widzieli! Tak więc nie ma świadków, że zostałem tam na dwa dni.
-?Ależ z ciebie łachudra! Ze świecą takiego szukać! Skąd się tacy biorą?
Na tym nasza rozmowa się zakończyła. Poszedłem spać. Położyłem się na
słomianym materacu, długo się wierciłem i wałkowałem w głowie całą tę
historię.
Następnego dnia znowu wezwali mnie do sztabu, gdzie otrzymałem rozkaz.
Kompania zwija się i udaje się do miasta Biełyj, aby zluzować inny
batalion.
Rankiem ustawiłem ludzi w szyku. Starszy sierżant sprawdził stan
osobowy, ilość broni i wyposażenia i okazało się, że wszystko jest na
swoim miejscu. Podałem komendę i kompania ruszyła drogą. Mieliśmy
samodzielnie dotrzeć do wsi Żury, a tam, przez Demidki i Strujewo, już
nas wyprowadzą na przedni skraj obrony pod zakład lniarski.
Rozdział 13 -?Biełyj (styczeń -?maj 1942 roku)
Rozdział 13
-?Biełyj
(styczeń -?maj 1942 roku)
Miasto Biełyj w obwodzie
kalinińskim9 samo w sobie jest nieduże, ale dość wiekowe.
Po raz pierwszy kroniki wspominają o nim w 1359 roku. Dziś trudno
powiedzieć, kiedy pojawili się tutaj pierwsi ludzie.
W owych odległych czasach ludzie osiedlali się z reguły nad brzegami
rzek. Woda stanowiła dla nich najważniejszy czynnik i służyła za arterię
transportową. Dzięki rzekom Obsza, Mieża i Zachodnia Dźwina miasto
utrzymywało kontakty handlowe z Zachodem. Jednak jak mówią kroniki,
pierwszymi osadnikami byli tutaj członkowie plemion słówiańskich. Ziemie
te onegdaj należały do Rusi Kijowskiej.
Według kronik i latopisów, główne bogactwo krainy stanowił len i biała
mąka krupczatka. Na skraju miasta stał zakład lniarski i młyn. W zakładzie przetwarzano len, a w młynie kręcono żarnami, mielono ziarno i ugniatano białą mąkę.
Podczas wojny zakład lniarski uległ zniszczeniu. Spod śniegu wszędzie
sterczały zardzewiałe fragmenty maszyn do trzepania lnu. Na ceglanym
fundamencie spoczywały filary i po rozmiarach łuków i resztek
potłuczonych cegieł można było sobie wyobrazić, jak w owych czasach
wyglądał zakład. Była to niewielka budowla w typie stodoły.
W 1942 roku Niemcy spalili młyn. Do tego czasu młyn był cały, lecz nie
pracował. Nasi żołnierze, którzy trzymali tam obronę, zmiatali miotełką
z kamieni młyńskich, rynienek i sąsieków resztki tej samej białej mąki,
która pod postacią dwóch worków przewiązanych złotym bajorkiem widnieją
na herbie miasta Biełyj.
Herb miasta ma kształt tarczy. W górnej części widnieje herb smoleński.
W dolnej -?dwa białe worki z mąka krupczatką. Worki są przewiązane
złotymi sznurami i przedstawione są na zielonym tle, co oznacza, iż przy
tej sławetnej przystani odbywa się wielki handel owym towarem.
Ostatni młyn z czasów wojny był drewnianym dwupiętrowym budynkiem. Stał
na brzegu Obszy w tym miejscu, gdzie obecnie10 walają się
okrągłe żarna, białe niczym stare kości. Obok młyna stały dwa niewielki
drewniane domki oraz drzewa, które stoją do dzisiaj. Nie było tylko
tamy11. Została wysadzona podczas odwrotu naszych wojsk.
Ziemia wokół miasta jest gliniasta i lepka. Podczas wiosennych lub
jesiennych roztopów zalega tam błoto nie do przebycia. Postawisz nogę na
drodze przed sobą i z powrotem nie wyciągniesz już buta. Zelówki lepią
się do bielskiej ziemi, jak posmarowane klejem. Podczas roztopów nie
dało się ani przejechać, ani przejść.
Latem transport towarów lądem wymagał dobrych brukowanych dróg. Jednakże
można przyjąć, że do naszych czasów na ziemi bielskiej ich nie było. Z jeden strony miasto otaczają nieprzebyte nielidowskie lasy, z drugiej, w kierunku na Duchowszczinę, sławne baturyńskie bagna.
Popatrzcie na mapę. Na północ od drogi Biełyj -?Duchowszczina
rozpościerają się niemające końca bagna i moczary.
Według dzisiejszych pojęć, gościniec to całkiem dobra brukowana droga. A wówczas, podczas wojny, nie po wszystkich drogach dało się przejść i przejechać. Zimą, gdy po drogach jeżdżono saniami, gościńcami poruszały
się wyładowane tabory. Zaś latem i podczas roztopów po takim gościńcu
nie da się przejechać niedoładowaną furmanką.
W owym czasie gościńce były zaznaczone na mapach jako ulepszone drogi
gruntowe. Miejscami były wybrukowane, miejscami pokryte dziurami i błotem nie do przejścia, a gdzie indziej w ogóle ich nie było.
Z miasta wychodziły cztery drogi. Pierwsza z nich, najbardziej
przejezdna, szła na Prieczystoje i Duchowszczinę. Szczególnie ciężka
była droga na Nielidowo. Gościniec Nielidowo -?Biełyj był w złym stanie,
poważnie zrujnowany. Linia kolejowa szeroko ominęła miasto i z powodu
złej i zniszczonej drogi pozostawało ono przez długi czas odcięte.
Główną drogą na Nielidowo jeżdżono tylko po warstwie kloców i faszyny. W niepogodę i podczas roztopów furmanki turkotały po pływających i obracających się balach. Brązowa ciecz i bagienna woda występowały
spomiędzy kloców, nawet gdy następowała na nie noga naszego żołnierza.
Po wojnie drogi zaczęto budować od nowa. Obecnie mają zupełnie inny i imponujący wygląd. Teraz są wszędzie pokryte asfaltem, a tam, gdzie
trzeba, pobudowano mosty.
Trzecia droga z miasta, podnosząc się na wzgórza, szła na Puszkary.
Jegorie, Wierchowie i dalej na Olenino. Prowadziła równolegle i w dół
rzeki Obszy. I ostatnia, czwarta, w niczym nie przypominająca drogi ani
gościńca, mijała zakład lniarski, wiodąc na Demidki, Szajtrowszczinę i Kobylszczinę12.
Gdy mówię o Biełym, mam na myśli jego starą część. Tę, która leży na
niskim lewym brzegu Obszy. Miasto stoi jakby w zagłębieniu terenu. Wokół
niego ze wszystkich stron znajdują się niezbyt wysokie pagórki, wzgórza
i wzniesienia. Przed miastem do Obszy wpada rzeka Nacza. Sama Obsza
bierze swój początek na dziale wodnym (punkt wysokościowy 228), skąd
wypływa również Dniepr. Ich źródła znajdują się w rejonie wsi
Tiszyno13.
Obecnie miasto się rozbudowało, wokół niego na wzgórzach pojawiły się
drewniane domy i płoty. A do wojny cztery tysiące mieszkańców mieszkało
w dolnej, murowanej części miasta.
Podczas wojny na wzgórzach nie było domów ani zabudowań. Wokół były
tylko gołe, zryte okopami wzniesienia. Obecnie na pagórkach wokół
starego miasta wyrosły drewniane domy i całe ulice. Lecz one wszystkie,
dla waszej wiadomości, stoją na żołnierskich kościach i mogiłach. Kiedy
miejscowi i ludność napływowa zaczęli się tutaj budować, kiedy kopali
jamy pod piwnice i stawiali fundamenty, to wraz z ziemią wyrzucali na
górę białe żołnierskie kości. I oczywiście na ten temat nic nie mówią.
Tak, tak! To dlatego, że na owych wzgórzach znajdowały się nasze okopy i przebiegały wysunięte transzeje. Tutaj kopaliśmy mogiły i chowaliśmy
swych towarzyszy broni. Wiele setek i tysięcy bezimiennych mogił
ukrytych jest na wzgórzach wokół miasta.
Teraz w tych miejscach pojawiły się domy i nowe ulice, którym nadano
nowe nazwy. Potem opowiem o jednej z nich, która nosi imię Bierezina,
człowieka niegodnego, ponoszącego winę za wiele rzeczy (rozgromienie
naszej dywizji, skutkiem czego było okrążenie 39 Armii i 11 Korpusu
Kawalerii) i zbiegłego na stronę Niemców.
Ziemia bielska leży na granicy lądu i nieprzebytych bagien. Opływają je
rzeki Mieża i Łuczesa. Latem czterdziestego pierwszego, kiedy armia
niemiecka nacierała na Rżew, poruszała się jedną kolumna wzdłuż linii
kolejowej od strony Wielkich Łuków, a drugą szła z Duchowszcziny drogą
na Biełyj i Olenino.
W tym czasie w Rżewie stała kompania strzelecka i pluton saperów ze 119
Dywizji Strzeleckiej, który miał wysadzić most przez Wołgę. W tym czasie
na stacji Żarkowskij stał 143 Samodzielny Batalion Rozpoznawczy 119
Dywizji Strzeleckiej i czekał na Niemców w Ziemcach14. W owym
czasie dowódcą batalionu był dobrze nam znany Karamuszko.
Miasta Biełyj broniła 53 Dywizja Kawalerii. Miała w swym składzie 1100
aktywnych bagnetów, 5 dział przeciwpancernych, 18 ciężkich karabinów
maszynowych "Maksim" i 27 ręcznych karabinów maszynowych. 3 października
w mieście pojawił się generał Lebiedienko, a 4 października miasto
oddano Niemcom.
10 października Niemcy siłami 9 Armii i 3 Grupy Pancernej wyprowadzili z rejonu Jarcewa uderzenie na Zubcow i Kalinin. 12 października niemiecki
41 Korpus Pancerny zdobył Zubcow, Pogoriełoje-Gorodiszcze, Łotoszino i Staricę. Tak dla miasta Biełyj zaczęła się wojna.
Jakieś trzydzieści lat po wojnie, przypadkowo zebraliśmy się i 9 maja
pojechaliśmy do miasta, które pozostało w naszej pamięci jako prawdziwie
białe. Do dziś stara kamienna część miasta błyszczała czystością i niezwykłą połyskliwą bielą. Tutaj, wśród domów, białych niczym letnie
obłoki, w cieniu wąskich brukowanych ulic, czujesz się związany z odległą przeszłością rosyjskiej ziemi. Po spaleniźnie, sadzy i dymach
Moskwy, nawet powietrze jest tutaj szczególne, swoje.
Niestety, tu i tam biel dawnych czasów zasłonięta jest i upstrzona
koślawymi wywieszkami i plakatami. Myślę, że jeśli zasłoni się nimi
pradawne klasztory, to co pozostanie ze wspaniałego oblicza pierwotnego
piękna? A owa biała pradawność jest nie tylko wielka i przedwieczna, ale
również doniosła i pełna patriotyzmu. Radziecka ojczyzna to nie tylko
hasła i plakaty -?wręcz przeciwnie. To historia naszej ziemi.
Jeśli po nielidowskiej drodze przejdzie się most na Obszy w stronę
miasta, to tutaj pośród drewnianych budynków gospodarczych od razu
poczujecie znajomy zapach kuchni i stołówki. Skręcicie odrobinę w prawo
i ujrzycie przy drodze bielską jadłodajnię.
Rzeczywiście! Nie powinniśmy najpierw zajrzeć właśnie tam? Tak
postanowiliśmy i tak zrobiliśmy. Jeśli skosztujecie tam stołówkowego
kapuśniaku z wieprzowiną to na długo zapamiętacie jego naturalny smak i zapach. Nawet ciemny chleb inaczej tu smakuje. A półsłodka stołówkowa
herbata ze słabą esencją nie ma tutaj posmaku chloru, jak u nas w Moskwie. Chcecie czy nie, wszystko tutaj ma swój naturalny i prowincjonalny zapach i smak.
* * *
Kiedy w styczniu 1942 roku podeszliśmy do
miasta Biełyj, nie pachniało nam tu stołówkowym kapuśniakiem. Wtedy
zamiast żołnierskiej polewki dostawaliśmy niemieckie kule, pociski i bomby. Nawet połówki bochenków zmrożonego chleba nie zawsze do nas
docierały. Wtedy nasi żołnierze musieli umierać w okopach na głodnego. A umierać z pustym żołądkiem -?powiem wam -?jest rzeczą nie do pomyślenia.
Oczywiście mówiono nam, że iść do ataku z pełnym żołądkiem to sprawa
niebezpieczna. Kula trafi cię w brzuch i dostaniesz zakażenia krwi. Ale
my wiedzieliśmy swoje. Jeśli kula trafi żołnierza w pusty brzuch to tak
czy inaczej wojak długo nie pociągnie. Atakować z pustym żołądkiem i patrzeć na głodniaka śmierci w oczy to niesprawiedliwość. Nawet
skazanemu na śmierć przestępcy przed wykonaniem wyroku pozwala się na
zamówienie eleganckiego obiadu. Skąd nasi żołnierze czerpali moralne
siły do przezwyciężania strasznego głodu, zimna i ciężaru wojny?
W owym czasie zaopatrzenie naszej dywizji było przerwane. Nasze tyły
pozostały po drugiej stronie linii frontu i stały gdzieś w okolicy
Nielidowa. Zimę czterdziestego pierwszego zapamiętaliśmy jako
szczególnie mroźną i głodną. Oto, dlaczego znajomość z powojennym
miastem zaczęła się właśnie od jadłodajni. Wydawało mi się, że tylko
wrócę do Biełego, a znowu zacznę tam głodować. Stołówkowy kapuśniak na
wieprzowinie rozwiał moje wątpliwości.
W styczniu 1942 roku staliśmy na skraju miasta i trzymaliśmy głuchą
obronę. A Niemca można było wydłubać z miasta, dopóki śniegi i mróz
trzymały go po nagrzanych domach. My zaś siedzieliśmy w kamiennej
piwnicy i zamarzniętych okopach. Z zaopatrzeniem było, jak zawsze,
kiepsko. Nasze racje rozpływały się na pułkowych tyłach. Nawet machorka,
gorzkawa w smaku, była rozsypywana w kieszenie dowództwa. Na pierwszą
linię dolatywał tylko zapach jej szaroniebieskiego dymu. Sawienkow, mój
zastępca do spraw politycznych, w związku z ważnymi sprawami często i na
długo znikał na tyłach pułk i batalionu. Wracał do okopu i dyszał na nas
odorem samogonu i zapachem tytoniu. A my, to żołnierze, dowódca plutonu
starszyna Panin i ja, dowódca kompanii.
Nasza linia obrony biegła przedmieściami miasta. Trzymaliśmy Niemców w półokrążeniu: magazyn wina -?zakład lniarski -?młyn i kaplica koło
szpitala. Niemcy mieli z miasta tylko jedną drogę odwrotu -?po drodze na
Duchowszczinę.
Tym sposobem w naszych rękach pozostawała ceglana kaplica obok szpitala.
Kiedyś do tej kaplicy wynoszono zmarłych. Kostnica, nie kostnica -?coś w tym stylu. Kaplica mieściła dwóch nieboszczyków. Żołnierze, którzy
trzymali w niej obronę, pytali:
-?Co to za budka z cegieł?
Kaplica była oddalona od budynku szpitala raptem o dwadzieścia metrów. W szpitalu siedziało do kompanii Niemców. Bierezinowi zaproponowano, by
kaplicę ochrzcić mianem kuźni. Zgodził się. Od tej pory we wszystkich
meldunkach i raportach zaczęli pisać właśnie tak -?"kuźnia!".
Myśmy w tę nazwę nie uwierzyli. To znaczy, początkowo wierzyliśmy, ale
potem nabraliśmy wątpliwości. Ani tam paleniska, ani zardzewiałego
kowadła, ani starych podków czy drutu, ani pordzewiałych gwoździ -?nic
takiego nie poniewierało się po okolicy. Z okien szpitala Niemcy
postrzeliwali w "kuźnię" przez pusty otwór wejściowy. Leżąc za ceglanym
postumentem, nie można było podnieść głowy. Teraz nie ma ani szpitala,
ani "kuźni". W ich miejscu pozostały w ziemi warstwy potłuczonych
cegieł. Dawno pokryły się ziemią i porosły zieloną trawą. Miejsce, w którym stał szpital, odnalazłem po pokruszonej cegle. O tym, w jaki
sposób zniknął, opowiem oddzielnie.
W styczniu śnieg, mróz i zamiecie zagoniły Niemców do ogrzanych miejsc.
Nie wyłazili z nich i stali w obronie. Bez sprzętu technicznego nacierać
nie byli w stanie. A czołgi zimą nie jechały po głębokim śniegu. Na
silnym mrozie gasły silniki. Za paliwo do czołgów służyła Niemcom
błękitna ersatz-benzyna.
W mieście i na przedmieściu w rękach Niemców znajdowały się wszystkie
domy mieszkalne. A my siedzieliśmy w pustej murowanej piwnicy. Leżała
dwadzieścia metrów od domu mieszkalnego.
Niemcy nie byli durniami, nie zajęli pustej i zimnej piwnicy. Nawet do
głowy im nie przyszło, że w kamiennym oblodzonym lochu można usadzić
żywych ludzi i kazać im tam tkwić całą zimę. Nasz generał rozumował
inaczej. Piwnicę na wino ochrzcił mianem "magazynu maszyn rolniczych" i kazał w niej posadzić pół kompanii żołnierzy z karabinami.
Nie myślcie, że byłem wtedy niezadowolony ze swojego generała. Wręcz
przeciwnie. Wierzyłem jemu i wszystkim, którzy kręcili się wokół niego.
Wtedy wszystko przyjmowałem za dobrą monetę. Trzeba, znaczy się trzeba!
Dla ojczyzny, za władzę radziecką jesteśmy gotowi na wszystko!
A generał wetknął pół kompanii żywych żołnierzy do lodowatej kamiennej
mogiły i ręka mu nie zadrżała, kiedy podpisywał taki rozkaz. Wówczas nie
uważano nas za ludzi, wtedy byliśmy po prostu żołnierzami!
Pluton siedział w piwnicy, a w "kuźni" posadzono dwóch ludzi. Dwóch to
jakby mało. Zameldowano mu -?rozkazał dodać trzeciego. Co? Ciasno? Nie
ma się gdzie wcisnąć? Nic to! Rosyjski żołnierz, jak wesz, w każdą
dziurę wlezie!
A nie zaszkodziłoby samemu Bierezinowi i jego zastępcy Szerszinowi
posiedzieć dzionek -?dwa w kuźni albo w piwnicy. Szerszin nie łgałby
wtedy jak bura suka w swoich wspomnieniach. Najwyraźniej, określenia
"kuźnia" i "magazyn maszyn rolniczych" były przyjemne i współgrały z duszą generała. "Zdobyto kuźnię!" -?sami rozumiecie, jak to brzmi.
Podczas wojny oficerowie wyżsi rangą popijać "nie lubili". Nazwa
"magazyn wina" powodowała u nich rozdrażnienie. Kaplica również nie
pasowała na miejsce zamieszkania dla żywych. Kamienna kaplica miała
raptem trzy ściany. Na ziemi klepisko i ceglany piedestał z podwyższeniem na dwóch nieboszczyków. Z przodu pusty otwór drzwiowy
patrzył w kierunku szpitala, z którego okien Niemcy go przestrzeliwali.
Otwór był otwarty na wiatr i śnieg. Dachu nad głową nie było, kłujący
śnieg hulał tam od świtu i do świtu.
Trzymało tam obronę trzech przemarzniętych żołnierzy. Na rozkaz generała
pilnowali kaplicy. W kwietniu czterdziestego pierwszego z generała i z kaplicy nic nie zostało. O tym, jak do tego doszło, będzie osobna
opowieść.
Niemcy w żaden sposób nie przypuszczali, że Rosjanie wpełzną pomiędzy
oblodzone ściany kaplicy i magazynu win i zostaną tam przez całą zimę.
Ale czy Bierezin uważał swoich żołnierzy za żywych ludzi?
W Biełym nasze kompanie strzeleckie spotkały się z Niemcami w styczniu
czterdziestego pierwszego. Podeszły do miasta i po otrzymaniu uzupełnień
zaczęły wysuwać się do przodu, aby zluzować resztki drugiej kompanii
strzeleckiej, która poniosła tu duże straty. Gdy nasi Słowianie posuwali
się naprzód i próbowali z marszu wedrzeć się do miasta, Niemcy w zdecydowany sposób, ogniem karabinów maszynowych, zagrodzili im drogę.
Pewna liczba żołnierzy wczołgała się do piwnicy i kaplicy, aby do zmroku
przeczekać ostrzał. Tak oto powstała linia obrony.
Zameldowano Bierezinowi, a on wydał rozkaz utrzymania nakazanej rubieży
-?i ani kroku w tył!
Nasza piąta kompania strzelecka podeszła do miasta po tygodniu -?20
stycznia. O tej porze trzymały niezwykle silne mrozy. Śnieg pod nogami
skrzypiał, jak drobno potłuczone szkło.
Pamiętam, jak we wsi Szajtrowszczina wyszedł nam na spotkanie sztabowiec
z pułku.
-?Jestem przedstawicielem pułku! -?poinformował rzeczowo. -?Wiecie,
poruczniku, dokąd iść?
-?Do wsi Żury -?odpowiedziałem, przyjrzawszy się kapitanowi.
-?Dokładnie tak! Twoja kompania zostaje przydzielona kombatowi
Kowaliowowi.
Zaraz, zaraz, pomyślałem. Czy to aby nie ten sam Kowaliow, który był w mojej kompanii, kiedy go sprawdzali? Jakiś czas temu wydostał się z okrążenia.
-?To czasem nie pogranicznik? -?zapytałem.
-?A ty co, znasz go?
-?Owszem! Zdarzyło się nam spotkać!
Nie powiedziałem mu, że miesiąc temu Kowaliow wyszedł z okrążenia i przechodził "sprawdzian na zawszenie".
Mieliśmy zluzować silnie przetrzebioną kompanię strzelców, która
trzymała obronę w zakładzie lniarskim i w piwnicy składu win. Resztki
tej przerzedzonej kompanii z niecierpliwością wyczekiwały naszego
pojawienia się na pierwszej linii.
We wsi Żury zameldowałem dowódcy batalionu o naszym przybyciu.
-?Rozprowadź ludzi po chałupach! Niech odpoczną po marszu. Luzowanie
będzie jutro! A ty idź do tamtej chaty. Mieszkają tam cekaemiści i łącznościowcy. Jak będziesz potrzebny, to przyślę łącznika!
Nie wiedzieliśmy, że czeka nas przeprowadzka do lodowej mogiły.
W chałupie, do której wszedłem, było ciemno, gorąco i mocno nadymione.
Przebywali tam telefoniści i żołnierze kompanii cekaemów, którzy akurat
nie dyżurowali na posterunkach. Dowódcą kompanii był porucznik A.
Kuwszynow15, a jego zastępcą do spraw politycznych młodszy
politruk P. Sokow16.
W izbie znalazł się również chorąży, dowódca tej samej przetrzepanej
kompanii, którą miałem zmienić. Szybko podniósł się z ławy i uśmiechając
się całą gębą wyszedł mi na spotkanie.
-?Chodziemy, poruczniku!
O ile zrozumiałem, miał zapewne na myśli "chodźmy!".
-?Zrobimy zmianę i zameldujemy kombatowi.
Nie za bardzo rozumiałem, dlaczego właściwie tak się śpieszy.
-?Kiedy będzie rozkaz, to pójdziemy -?odpowiedziałem mu.
-?Jest tu ktoś z Moskwy? -?zapytałem głośno, tak aby wszyscy usłyszeli.
-?Są Moskwianie! -?usłyszałem głos z kąta. -?Ja jestem z Moskwy! -
odpowiedział politruk cekaemistów Sokow.
Miał okrągłą twarz, maleńki nos, duże i okrągłe czoło. Oczy jasne,
głęboko osadzone. Patrzę na niego i widzę, że nawet w chałupie nie
rozstawał się ze swoim stalowym hełmem. Założył go na zimową czapkę.
-?Skąd z Moskwy? -?zapytałem.
-?Z Krasnoj Priesni! Pewnie słyszałeś?
-?Jasne, wiem! Choroszewska szosa! Zoo!
-?To może i znasz Trzecią Magistralną?
-?Nie, ulicy Magistralnej nie znam!
Politruk zaprosił mnie, abym usiadł.
-?A ty idź do kombata! -?powiedziałem chorążemu. -?Jego poganiaj! Jak mi
każą robić luzowanie, to pójdę i zrobię. Jak mogę, tak pomogę. A rozkazu
na razie nie ma.
Odwróciłem się do Sokowa i kontynuowaliśmy rozmowę. Tym sposobem
zaznajomiłem się z krajanem. Potem na wojnie los nas połączył -?i to na
długo. W całej dywizji z Moskwy było nas dwóch. Następnego dnia
rozstaliśmy się. Poszedłem z żołnierzami do zakładu lniarskiego.
Ze wsi Żury zeszliśmy na lód zamarzniętej rzeki Nacza i ścieżką
wydeptaną w głębokim śniegu poszliśmy w kierunku miasta.
Zamarznięte koryto rzeki prowadziło najniżej położoną częścią terenu i stanowiło dobrą osłonę dla drogi na pierwszą linię. Wyjeżdżono tu
niezbyt szeroką i całkiem równą trasę po lodzie. Obeszliśmy nią kilka
pagórków, na których stały wsie Strujewo i Demidki. Rzeka miała tu dość
wysokie i strome brzegi.
Z doliny rzeki nie było widać, co było tam, u góry. Szliśmy głębokim
zapadliskiem pomiędzy pokrytymi śniegiem wzgórzami. Gdzieś po drodze
rzeka Nacza połączyła się z Obszą. Wiatr hulał u góry na wzgórzach, a tu
na dole było bezwietrznie i cicho. I tylko drobny śnieg, powoli
opadający z góry, łaskotał brwi, nos i usta. Gałęzie krzewów, zatopione
w głębokim śniegu i obleczone szronem, trwały w bezruchu. Nad stromymi
wysokimi i brzegami zwieszały się cudaczne śnieżne zaspy, podchodząc do
samej drogi. Rzeka wraz z drogą robiła tu kilka ostrych zakrętów.
Miało się wrażenie, że tam u góry siedzą Niemcy, a my, żywe i malutkie
ludziki brniemy przez śnieżny labirynt, zachodząc im na tyły. Patrzę na
prowadzących. Dowódca luzowanej kompanii idzie spokojnie. Po jego
zachowaniu można wywnioskować, że Niemcy są jeszcze daleko.
Obchodzimy wysokie wzgórze.
-?Minęliśmy Demidki! -?mówi do mnie w marszu i wskazuje w stronę miasta.
Przed nami Biełyj. Ale oto z lewej strony otwiera się zaśnieżony wąwóz.
Droga skręca w lewo i wychodzimy z lodu na twardą ziemię, powoli
wspinając się jarem w kierunku zakładu lniarskiego.
Tutaj pośród resztek zniszczonego fundamentu i ceglanej podstawy widać
zaniesione śniegiem górki -?to mechanizmy maszyn do trzepania lnu. Spod
śniegu wszędzie sterczy żelazo, zniekształcone resztki stropów i ceglane
filary. Dają pojęcie o tym, że zakład był kiedyś niewielkim budynkiem o długości dwudziestu-trzydziestu kroków. Droga kończy się za zakładem
lniarskim. Dalej prowadzi wydeptana w śniegu ścieżka. Przed nami widać
dwie chałupy z bierwion, poczerniałe od upływu czasu. Jedna z nich
przekrzywiła się, na drugiej brakuje dachu. To tutaj tak naprawdę
zaczyna się nasza rubież obrony. Poza dwoma zniszczonymi chatami z bierwion ani po prawej, ani po lewej stronie aż do samego miasta nic nie
widać.
Na lewo od ścieżki, która skręca w prawo i biegnie do miasta, stoją
nagie, pokryte białym szronem drzewa. Nie rosły gęsto, lecz zajmowały
całą odkrytą przestrzeń do samego miasta. Widocznie posadzono je dla
wzmocnienia gruntu, ponieważ cały teren od Demidek obniża się w stronę
Biełego. Po prawej stronie drzew znajduje się pochyłość i urwisko, za
którym leży niski brzeg rozlewiska rzeki. Te stare drzewa nie wszędzie
się zachowały. Wzdłuż drogi pozostały tylko pnie o imponujących
rozmiarach. W dużej części większość ścięto po wojnie, kiedy miejscowi
zaczęli się tu osiedlać i budować. Jeśli zatrzymać się przy takim
pojedynczym drzewie i uważnie przyjrzeć jego pniu, można dostrzec
draśnięcia i głębokie ślady po kulach i odłamkach. To ślady z czasów
wojny.
Wtedy, w czterdziestym pierwszym, cały teren do miasta był widoczny i przestrzeliwany z dwóch stron. Strzelano i z naszej, i z niemieckiej
strony. Choć prawdę mówiąc nasi żołnierze nie lubili niepotrzebnie
strzelać. Podczas gdy celujesz muszką i patrzysz przez szczerbinkę,
wystawiwszy gębę, mogą cię skosić z karabinu maszynowego. Nie należy
sterczeć na widoku u Niemców. Obszar wzdłuż zaśnieżonej ścieżki,
prowadzącej od zakładu lniarskiego do piwnicy składu win, był
przestrzeliwany na wylot. Kiedy nocą nasi ludzie szli do piwnicy, drzewa
nie przeszkadzały Niemcom w strzelaniu po ścieżce z broni maszynowej.
Gdy tylko skręciliśmy ze ścieżki i zbliżyliśmy się do chat z bali, w naszą stronę na wysokości ramion od razu poleciały niemieckie pociski
smugowe. Z niewiedzy znaleźliśmy się na otwartym terenie. Zatrzymałem
kompanię. Żołnierze, nie czekając na rozkaz, powalili się w śnieg.
Komendy "Padnij!" używa się na tyłach, podczas szkolenia. A na froncie
tego typu rozkazów żołnierzom się nie wydaje. Sam musisz patrzeć i decydować, czy masz stać w miejscu, czy leżeć zaryty w śniegu.
Lecą kule! Chcesz, to stój, a chcesz -?padaj! Nikt nie będzie cię
szarpać za rękaw i ciągnąć ku ziemi. Kiedy trzeba będzie poderwać
kompanię, jej dowódca wyda odpowiedni rozkaz. I dopiero wtedy twój
porucznik się na ciebie wydrze. To dlatego, że po pierwszym słówie
żołnierz zwykle się nie rusza. Tu nie tylko trzeba wydać rozkaz, ale
należy się podeprzeć zdrową wiązanką i rzucić znane żołnierzowi słówo.
Dopiero wtedy wojak poczuje, że sprawa dotyczy właśnie jego. Inaczej
może sobie pomyśleć, że któryś z żołnierzy sobie zażartował.
-?Daleko stąd do piwnicy składu win? -?zapytałem chorążego.
-?Do magazynu maszyn rolniczych? -?upewnił się. -?Nie, niedaleko! Ale za
dnia nie należy łazić ścieżyną, to bardzo niebezpieczne. Co noc tracimy
ludzi na ścieżce! Każdej nocy ktoś tu ginie!
Teraz jest to piwnica, a kiedyś piętrowy budynek z cegły. Piwnica miała
ściany grube na cztery cegły i wystawała na pół metra z ziemi. Jedyna
kondygnacja, na której było kiedyś biuro, zawaliła się pod wpływem
eksplozji. Przy wybuchu ocalał tylko jeden róg, zwrócony w stronę
miasta, który teraz sterczał ponad piwnicą niczym wieża strażnicza. Na
podłodze piwnicy leżała cała kupa potłuczonych cegieł.
Kiedyś w piwnicy naprawdę przechowywano alkohol. Opowiadał nam o tym
żołnierz z naszej kompanii, który był z miejscowych. Piwnica miała
lukowe sklepienie. Wewnątrz było pusto -?goła podłoga i oblodzone
ściany. Ani piecyków, ani kominów. Chłodnia, grobowiec, mogiła dla
żywego żołnierza.
Obecnie miejsce to jest ogrodzone drewnianym płotem, za którym znajduje
się bielski rejonowy punkt skupu. Piwnica składu win była naszym
najbardziej wysuniętym punktem obrony w stronę miasta, położonym
najbliżej czołowych pozycji Niemców.
Piwnica nie zachowała się do dzisiejszych czasów. Niemcy wysadzili ją w maju czterdziestego drugiego. Później opowiem, jak do tego doszło.
Dzisiaj w tym miejscu pozostały tylko ślady rozbitych cegieł.
Łukowe sklepienie piwnicy ocalałego spichlerza
Jednakże najcenniejszą relikwię i osobliwość z czasów wojny stanowi żelazna wiata z półokrągłym dachem, poprzebijanym
kulami i odłamkami. Nawet dzisiaj wiata stoi na swoim starym
miejscu17 i wygląda tak samo jak wtedy, gdy codziennie mieliśmy
ją przed sobą. Znajdowała się nieco bliżej Niemców. My siedzieliśmy z jednej strony, jakieś dwadzieścia kroków od niej, a Niemcy odrobinę
bardziej na lewo i o dziesięć metrów bliżej z przeciwnej strony.
Tędy przechodziła linia rozdziału walczących stron. Wiata to prawdziwy
pomnik tych ludzi, którzy walczyli tutaj w imię zwycięstwa na naszej
ziemi. W półokrągłym żelaznym dachu są i moje przestrzeliny. Zamykam
oczy i widzę je, jak świadectwo niezapomnianych i ciężkich czasów wojny.
Na lewo od wiaty stał drewniany dom. Znajdowało się tam gniazdo
niemieckiego karabinu maszynowego, ich punkt oporu. Przy samej ziemi w ścianie z bali była wycięta wąska ambrazura, którą ze wszystkich stron
obłożono workami z piaskiem. Przestrzeń pomiędzy Niemcami i naszą
pozycją w piwnicy, mniejsza niż dwadzieścia metrów, była przestrzeliwana
na wylot. Nieliczne pnie drzew nie przeszkadzały w ostrzale z ich
strony.
Dom po lewej stronie wiaty
Kiedy wraz z kompanią dotarłem do zakładu
lniarskiego, nocą od razu rozstawiłem swoich żołnierzy po wszystkich
punktach oporu, w tym w kamiennej piwnicy.
Sam zainstalowałem się wtedy przy drodze pod na wpół zniszczonym domem z bali, niedaleko od zakładu. Pod domem była wyryta niewielka ziemianka i leżały na niej trzy warstwy kloców. W ziemiance mieliśmy piecyk,
wykopany bezpośrednio w ziemnej bocznej ścianie. Komin stanowił przebity
od góry otwór w ziemi. Nocą w piecyku paliły się drwa. Przez noc ziemia
i ściana boczna dostatecznie się nagrzewały. Ciepła, które zachowała
ziemia, wystarczało na noc. W każdym razie, nocą można było w ziemiance
siedzieć i leżeć bez półkożuszka nie zamarzając. W środku było zadymione
i śmierdziało, ale za to było wilgotno i ciepło.
W ciągu dnia zachodziłem do piwnicy, pilnowałem zmiany żołnierzy,
wracałem do zakładu lniarskiego i kierowałem kopaniem transzei.
Wraz ze mną w ziemiance mieszkał politruk Sawienkow. Często chodził do
Demidek, Strujewa i Żyrów -?jak to określał, "w sprawach swojej pracy".
Widząc, że wcześniej lub później i tak przyjdzie mu udać się do
żołnierzy w piwnicy, zaczął namawiać komisarza batalionu Kozłowa, aby na
stałe skierował mnie, dowódcę kompanii, do podziemia. On, Sawienkow,
zostanie w zakładzie lniarskim i będzie kierować kopaniem transzei.
Zadanie nie jest trudne i w zupełności sobie z nim poradzi. A z żołnierzami w piwnicy będzie przebywać, jak by nie było, dowódca
kompanii!
-?Słuchaj no, Sawienkow! -?powiedziałem po pierwszym tygodniu. -?Musi
być jakaś sprawiedliwość na świecie. Teraz twoja kolej ruszać do
piwnicy. Łaziłem tam przez cały pierwszy tydzień. Przez następny ty
sobie tam pochodź!
-?Niepotrzebnie zgrywasz ważniaka, poruczniku! Do piwnicy w ogóle nie
pójdę. I weź pod uwagę, że nie jestem twoim zastępcą. Jestem
przedstawicielem politycznym w kompanii. Nie podlegam ci, tylko cię
nadzoruję i pilnuję. Do piwnicy ruszysz ty i będziesz tam siedzieć, nie
wyłażąc. Takie jest zdanie komisarza batalionu Kozłowa.
-?Jakie znowu zdanie?
-?Takie! Uzgodnione z kombatem Kowaliowem. Wczoraj byłem w batalionie i polecono mi, abym ci to przekazał. Co też właśnie robię.
-?Nie wierzę twojej gadaninie, Sawienkow. Łżesz na każdym kroku!
-?Telefonista! -?zawołał Sawienkow. -?Połącz mnie z drugim! Halo!
Towarzysz drugi? Melduje się Sawienkow. Porucznik nie chce wykonać
waszego polecenia. Jak to, jakiego? Żeby iść do piwnicy. Tak jest! Już
go daję do telefonu!
Podszedłem do aparatu, wziąłem słuchawkę i Kozłow od razu wszystko mi
wyklarował:
-?Żadnej samowolki! Idziesz do piwnicy! Tak zadecydowano. I bez
pozwolenia Kowaliowa z piwnicy nie wyłazisz! Wszystko jasne?
Przemilczałem. Sawienkow promieniał. Był zadowolony.
Po telefonie do batalionu wszystko wylądowało na swoich miejscach.
Sawienkowowi odpadło zagrożenie, że zostanie zabity na ścieżce. Kwestia
moralna nie powodowała jego niepokoju. Miał gdzieś moralność, gdy sprawa
dotyczyła jego własnej skóry. Strasznie się bał, że straci swe
drogocenne życie. Nie dbał o to, co będą o nim myśleć i mówić żołnierze.
Na wojnie każdy człowiek powinien umieć zatroszczyć się o samego siebie.
Nie umiesz, toś dureń. Ty jesteś dowódcą kompanii, więc orka to twoja
sprawa!
Porucznicy i żołnierze nie zagrzewali długo miejsca na froncie. Dzisiaj
żyją, a jutro ich wśród żywych nie ma. I świadków nie będzie. Po wojnie
nikt nie powie, że on, Sawienkow, ratował swój tyłek. Teraz ważne jest
to, aby wyrobić sobie dobrą opinię u szefostwa. On, Sawienkow, jest
gotów pójść na wszystko, aby przedłużyć sobie życie do końca wojny.
Porucznika odesłali do piwnicy, a on teraz jest swoim własnym panem -?w ogrzewanej ziemiance z trzywarstwowym stropem. Chcesz, śpij. Chcesz,
siedź albo leż sobie.
Przed udaniem się do piwnicy wyłożyłem mu swoją opinię o jego
tchórzostwie i dbaniu o własną skórę:
-?Posłuchaj, Sawienkow! Gdy tylko kompania zbliża się do przeciwnika, w wydziale politycznym pułku wyskakują ci sprawy niecierpiące zwłoki.
Politruk powinien chodzić do ataku razem z dowódcą kompanii. A ty za
każdym razem się chowasz. Żołnierze się śmieją. Gadają o tobie otwarcie.
Posiedzisz tydzień na tyłach, pojawiasz się w dowództwie i robisz
wrażenie, że dopiero co przylazłeś z kompanii. A w kompanii nie było cię
od tygodni. Jak ty patrzysz w oczy bezpartyjnym żołnierzom i komsomolcom?
Sawienkow w ogóle się nie zmieszał i tylko odpowiedział rozdrażnionym
głosem:
-?A znasz rozkaz Kwatery Głównej w kwestii personelu politycznego i komisarzy? Na froncie pracowników politycznych należy oszczędzać. Partia
powierzyła nam pilnowanie was i raportowanie do wydziałów politycznych,
jak wypełniacie jej rozkazy.
-?Zapewne z samego rana żłopałeś samogon?
-?Nic nie żłopałem! I zapamiętaj sobie: wśród was, dowódców, jest
mnóstwo wszelakich zdrajców ojczyzny i sprzedawczyków. Na froncie nie
jesteśmy waszymi zastępcami i pomagierami. Jesteśmy instytucją
komisarzy. Na nas trzyma się front i spoczywa cały ciężar wojny. Musimy
was pilnować i oceniać stan waszego moralnego ducha. Zapewne
zapomniałeś, że wisi na tobie wyrok? Myślisz, że partia będzie chronić
nie mój, a twój bezpartyjny żywot? Że pod niemieckie kule rzucą nas,
pracowników politycznych? Leź do kamiennej piwnicy i schładzaj tam sobie
mózg. I zacznij myśleć, jak należy. Bo tu jest gorąco przy piecu i od
ciepła rozum ci omdlał. Nie dość, że chwiejny moralnie, to jeszcze się
rozpędza w osądach.
Rozmowa się urwała. Ktoś z zewnątrz szarpnął wiszącą w przejściu
zasłonkę i zastukał oblodzonymi walonkami. Żołnierz przyniósł naręcze
drew.
Przyznaję, że oczywiście zamyśliłem się nad jego słówami. Sawienkow dość
jasno określił, gdzie jest moje miejsce i ile właściwie jest warte moje
życie. Tak w ogóle, to byłem durniem. Wszystko przyjmowałem za dobrą
monetę. Ale ja swoją decyzję podjąłem. Każdy człowiek powinien mieć swój
prawidłowy kręgosłup. Bijemy się za swoją wspaniałą radziecką ojczyznę.
Ojciec nakazywał, abym był mężny. Chciał, żebym był prawdziwym
komunistą. Sam był członkiem partii i pracował w moskiewskim
Kremlu18.
Wtedy w milczeniu wyszedłem z ziemianki i poszedłem do przodu transzeją.
Przeszedłem dwadzieścia metrów wyrytym okopem i zacząłem patrzeć ponad
śniegiem przed siebie. Tam, na śniegu, nieco wystając, leżał zabity
Niemiec. Młody, jasnowłosy, w zielono błękitnym mundurze. Nie wiedzieć
czemu był bez szynela. Mundur był zapięty na wszystkie guziki i ściągnięty pasem. Ciemny wykładany kołnierz podkreślał bladość i młodość
jego twarzy. Miał otwarte oczy. Leżał na wznak, odwróciwszy głowę nieco
w bok i patrzył w niebiosa.
Któregoś razu, kiedy się ociepliło, Niemcy chcieli nas zaskoczyć. Przed
świtem dwudziestu ludzi postanowiło rzucić się na nasze okopy. Ten,
który tu leżał, szedł na przedzie i wszyscy go widzieli. Zachowywał się
spokojnie i wręcz z godnością. Wtedy z naszej strony rozległy się
rzadkie wystrzały karabinowe. Strzelały czujki, które ryły okopy.
Niemieccy żołnierze tchórzliwie cię cofnęli i zawrócili. A ten młodzian
nagle się potknął i upadł. W głębi ducha zapewne nie wierzył, że coś
takiego może mu się przytrafić.
Zawieje i zamiecie nie zasypały go śniegiem. Wręcz przeciwnie. Leżał
jakby na białym postumencie. Czasami odnosiłem wrażenie, że wcale nie
został zabity. Że przychodzi po ciemku i nocą kładzie się w tamtym
miejscu. Wiatr zwiewał z niego wszystkie białe śnieżynki.
O świcie za każdym razem przychodziłem na koniec transzei, gdzie moi
żołnierze dłubali w zmarzniętej ziemi. Zgodnie ze zwyczajem
kontrolowałem ich pracę i spoglądałem w stronę leżącego na śniegu
Niemca. Jego postać zawsze ledwie dotykała pokrywy śniegu. Żołnierze,
którzy ryli okop, również na niego zerkali. Dlaczego był ubrany jak na
lato? Dlaczego poszedł do ataku bez szynela? Co chciał pokazać swoim
Frycom, idąc tak na czele?
Zabitego było także widać z niemieckich pozycji. Niemcy nawet nie
strzelali w jego stronę, obawiając się, że posiekają go kulami. Któregoś
razu pod osłoną ciemności próbowali przedostać się w pobliże ciała. Lecz
bracia Słowianie zauważyli ich na czas. Rozpętała się bezładna
strzelanina. Niemcom nie starczyło ducha, by zrobić jeszcze jeden krok
do przodu.
Popatrzyłem na zabitego Niemca i westchnąłem głęboko. Blond włosy Niemca
poruszały się na wietrze. Przypomniały mi się słówa Sawienkowa -
"Pamiętaj, że masz wyrok!". Znowu ukłuły mnie w serce. Żeby już był
wieczór! Teraz jest mi wszystko jedno! Żeby tylko szybciej stąd odejść,
a nie siedzieć przy piecu z tą brudną świnią i patrzeć na nią. Lepiej
kusić los na ścieżce, chodzić pod kulami i ruszyć do tej kamiennej
piwnicy. Lepiej już siedzieć w tym piekielnym miejscu razem z żołnierzami.
Gdy opadła noc i całkiem się ściemniło, przyszedł starszyna. Wyszliśmy
na ścieżkę i wkrótce dotarliśmy do piwnicy. Umościłem się na podłodze na
cienkiej podściółce z łodyg lnu i momentalnie poczułem jej lodowaty
oddech. Piwnica nie była ogrzewana, paliła się w niej tylko nocna
kopciłka ze spłaszczonej łuski po pocisku. Na półkolistym sklepieniu
tańczyły szare cienie.
Starszyna rozdał mączną pochlipkę, mrożony chleb, życzył mi wszystkiego
dobrego, odwrócił się i poszedł z powrotem. Przez krótki czas leżałem i myślałem o życiu. Pokręciłem się, podrapałem za pazuchą, pouganiałem się
za natrętnymi wszami i wkrótce zasnąłem.
Wraz z moim przyjściem do piwnicy, żołnierze nieco się ożywili. Jednak
widząc, że umościłem się na podłodze i nie zbieram się do wyjścia,
jeszcze bardziej zmarkotnieli i posmutnieli. Zrozumieli. Jeśli
wepchnięto tu dowódcę kompanii, to ich, żołnierzy, nigdy stąd nie
wypuszczą. Podłożyłem pod głowę czyjąś starą i dziurawą menażkę i zasnąłem. Żołnierze powiercili się i szybko się uspokoili. I tak jak
wcześniej, było ponuro, półsennie, nieruchomo, zimno i głodno. Ludzie
już dawno przemarzli w tym kamiennym grobie, ale nie szemrali. Widzieli,
że dowódca kompanii tak samo jak oni wala się na zimnej podłodze.
Kilkakrotnie zwracałem się do batalionu oraz bezpośrednio do pułku z prośbą o wydanie kompanii jeszcze jednego żelaznego piecyka. Ale jak go
nie było, tak nie było i nie przysłali go do samej wiosny. I jeszcze
powiedzieli:
-?I tak nie naściągacie drewna! A szczapami piwnicy nie nagrzejecie.
Żołnierze nie mogli tego pojąć. Leżąc na podłodze, kulili się z zimna. W piwnicy stali wartownicy. Ten, kto schodził z warty, natychmiast układał
się do spania. Sen na jakiś czas wybawiał ludzi od myślenia, od zimna,
od głodu i męczarni. Kamień nie tylko wydzielał straszliwe zimno, ale
sprawiał, że przenikało człowiekowi do szpiku kości. To przez nie łamało
stawy i bolały oczodoły. Ostrze zimna docierało do kręgosłupa. Maź
stawowa zastygała w kręgach.
Jeśli żołnierza próbowano obudzić, to pobudka zaczynała się od szarpania
i popychania. Żołnierza długo potrząsali, unosili z podłogi i dopiero po
tym otwierał oczy, patrząc ze zdziwieniem na stających nad nim kolegów.
Z zimna żołnierzowi wszystko wylatywało z pamięci.
Kiedy leżysz na boku na oblodzonej kamiennej podłodze, to sztywnieje
połowa twarzy i cała dolna część ciała. Nie tylko sztywnieje, ale i traci czucie. I kiedy musisz wstać, możesz poruszyć tylko tą drugą
połową. Usta i twarz są odkształcone, szyja jest nienaturalnie wygięta w bok. Na twarzy zastyga grymas cierpienia i śmiechu. Usta wykrzywiają się
tak, jakby człowiek was przedrzeźniał. Jednak każdy, kto to widzi,
rozumie, że to ludzkie męki, a nie grymasy i złość, którą można dostrzec
na zadowolonych i sytych twarzach naszych tyłowników z batalionu i pułku.
Zimno stalową obręczą gniecie głowę, w skroniach pojawia się okropny,
ćmiący ból. Nie poruszają się gałki oczne. Kiedy chciałem spojrzeć w bok, odwracałem tam całe ciało. Potem, stanąwszy ostatecznie na nogach,
zaczynasz chodzić po piwnicy. W ten sposób stopniowo odtajesz i wydobędziesz z siebie głos.
Cała dwudziestka żołnierzy wytężała ostatnie siły, ale nikt nie
utyskiwał. Wielki jest rosyjski żołnierz! A w tym czasie na tyłach nasi
dowódcy żuli kęski świńskiej słoniny, zapijając tłustym bulionem.
Niektórych żołnierzy trzeba było całkiem wymienić. Pojawili się chorzy i ranni. Po jednym odsyłano ich do zakładu lniarskiego.
W kamiennej piwnicy, w której siedzieliśmy, od oddechów ludzi sufit i ściany były pokryte białym szronem i lodem. Szron osadzał się na zimnych
cegłach ścian i sklepienia. Stopniowo robił się twardy i zamieniał się w oblodzoną skorupę. Piecyków w piwnicy nie było. To był punkt najbardziej
wysunięty w stronę Niemców. Staliśmy obok siebie tak blisko, że wątpliwe
jest, by ktoś widział przed sobą niemieckie pozycje z bliższej
odległości, niż my. Również potem, do końca wojny, przyszło mi wojować
na pierwszej linii, ale nigdy i nigdzie nie staliśmy tak blisko Niemców,
jak tutaj. I to nie epizod, nie postój na dwa czy trzy dni. Szacuję, że
obronę trzymaliśmy tam nie krócej, niż pół roku.
Chcę zaznaczyć jeszcze jedno. Niemcy siedzieli we wnętrzu domu z okrąglaków i dzień i noc palili w piecu. Ich wartownicy stali na
zewnątrz i za rogiem. Było wyraźnie słychać, jak śnieg poskrzypuje im
pod nogami. Po głosie i pokasływaniu nasi żołnierze odróżniali, który z nich stoi dziś na posterunku. Spotkasz kiedyś Fryca, którego nigdy nie
widziałeś, a głos poznasz od razu. Na posterunkach Niemcy bezustannie
gadają. Oto, jak blisko od siebie staliśmy. Niemiec zakaszle, puści
strugę gazu w portki, zadźwięczy sycząca nutą, a naszym żołnierzom w piwnicy duszę z głodu wywraca. Obżarli się, czorty! Żrą jak konie! Na
posterunku stoją, pierdzą i wąchają spod siebie. A tu jeść dają tyle, że
i odpowiedzieć nie ma czym... A najgorsze, że przykro. Karmiliby do syta
bodaj czarnym chlebem, to godnie byśmy im odpowiedzieli, jak należy,
wedle rosyjskiego obyczaju. Na wojnie żołnierz zwykle nie patrzy na to,
co jest na zewnątrz, a raczej wnika w samą treść, zagląda w głąb, do
wnętrza i tam poszukuje korzeni zła.
Nasi żołnierze potrafili dokładnie określić na słuch, kiedy Niemcom
dostarczano do domu żywność i kiedy po jedzeniu wychodzili popalić i poniuchać na świeżym powietrzu.
-?To swołocze, trzeci raz dzisiaj jedzą obiad! -?odzywał się któryś z żołnierzy dyżurujących przy wejściu.
A ci, którzy leżeli na podłodze, zaczynali się wiercić.
Jako punkt oporu nasza piwnica nie przedstawiała sobą żadnej specjalnej
wartości. Pod wszystkimi względami była niewygodna dla całości obrony,
gdyż była wysunięta daleko przed główną rubież i zupełnie od niej
oderwana. Każdy wystrzał w stronę Niemców, oddany z wąskiego piwnicznego
okna, za każdym razem kończył się dla nas nowymi stratami.
Przy pierwszym takim wystrzale Niemiec otwierał wściekły ogień z kilku
karabinów maszynowych i przez parę godzin pod rząd ostrzeliwał ze
wszystkich stron ścieżkę i każde okno piwnicy. Setki przeciwpancernych,
rozrywających i smugowych pocisków od razu wpadały do wnętrza podziemia.
Odpryski leciały ze ścian, kule ze zgrzytem i świstem rykoszetowały po
kamiennych łukach. Nie było się gdzie schować. Wszyscy kładli się na
podłodze, odpełzali w kąty, ale kogoś tam trafiało -?dobrze, jeśli
lekko. Żołnierze doszli do wniosku, że lepiej jest nie strzelać.
Nasza piwnica znajdowała się w wyjątkowo niewygodnym miejscu. Ścieżka,
którą żołnierze do niej chodzili, na całej swojej długości była pod
ostrzałem Niemców. Na samym końcu podchodziła do bocznej ściany piwnicy,
zwróconej ku niemieckiemu stanowisku ogniowemu, obłożonemu workami z piaskiem. Niestety, nie mieliśmy środków, aby zmusić je do milczenia.
Aby dotrzeć do piwnicy trzeba było na oczach Niemców podejść do bocznej
ściany, odwrócić się twarzą do nich, przyklęknąć, położyć się na ziemi i ześlizgnąć na brzuchu po śniegu, odpychając się rękami, trafić nogami w wąski otwór dymnika, znajdujący się w ścianie przy samej ziemi.
Trafiwszy w okno nogami i wpychając się tyłem do piwnicy, żołnierz
przeciskał się przez wąski otwór. Nawet nocą, przy słabej widoczności,
Niemcy mogli dostrzec nieostrożny ruch żołnierza, który podbiegał lub
podczołgiwał się ścieżką do tej ściany. Wszyscy, którzy szli do piwnicy
lub z niej wracali, przed wyjściem zakładali czyste maskchałaty. Niemcy
wiedzieli, że wraz z nadejściem ciemności pójdziemy po ścieżce do
piwnicy i z powrotem. I polowali na nas. Zaśnieżona ścieżka była
wydeptana i miejscami wręcz oblodzona. Wzdłuż ścieżki, z jednej jej
strony wznosiła się niewysoka krawędź. Pod jej osłoną można było w niektórych miejscach leżeć lub pełzać. Każdej nocy do piwnicy
przychodził starszyna i jego pomocnik woźnica, który niósł na plecach
termos z żołnierską pochlipką. Starszy sierżant dźwigał na ramieniu
worek z zmrożonym chlebem. Jakiś czas potem, po odejściu starszyny, do
piwnicy ruszała grupa żołnierzy-zmienników. Luzowali tych, którzy
odsiedzieli tydzień w lochu. Po zapadnięciu zmroku Niemiec uzupełniał
naboje w metalowych taśmach i zaczynał ostrzał naszych ludzi wzdłuż
ścieżki. Pod kule wpadali głownie bojaźliwi i nieroztropni. Brakowało im
opanowania, wyobraźni i zdolności do błyskawicznej reakcji, jak u naszego starszyny. On także ryzykował każdej nocy. Lecz chodził
ostrożnie i jednocześnie zdecydowanie. Takich rzeczy nie można nauczyć,
choćby komuś ciosać kołki na głowie. Każdej nocy na ścieżce żołnierze
płacili swoją krwią, pojawiali się ranni i zabici. Rankiem, zmęczywszy
się przez noc, Niemcy przerywali ostrzał. Posterunki obejmowali ich
zmiennicy. Oni również znali się na swojej robocie. Krótkimi seriami z karabinu maszynowego rwali nam przewód telefoniczny i łączność z piwnicą
zrywała się do samej nocy. Rankiem telefonista zazwyczaj brał do ręki
słuchawkę, kręcił korbką i odkładał słuchawkę z powrotem. Nie było sensu
krzyczeć "Halo! Halo! Halo!". Wtedy telefonista niechętnie podnosił się
z podłogi i przygarbiony podchodził do mnie. Ja leżałem na podłodze za
filarem w drugim końcu piwnicy, a on meldował:
-?Łączność zerwana, towarzyszu poruczniku!
-?Dobra! Jesteś wolny! -?odpowiadałem zachrypniętym głosem, nie
poruszając się i nie podnosząc głowy.
Telefonista powoli wracał na swoje miejsce, kładł się obok aparatu i zamykał oczy. Do następnej nocy nie miał już tutaj żadnych zajęć i zmartwień. Nocą zmiennik przeciągnie przewód, a on pójdzie do siebie do
Żurów, gdzie stacjonuje jego pluton łączności.
Przy piwnicznych oknach stali nasi wartownicy i dyżurna obsługa
"Maksima". Pozostali leżeli na podłodze i spali. Sen zachowywał w człowieku ciepło i siły życiowe. Życie w piwnicy zamierało do nocy.
Pieców nie było. Dostarczenie drew do piwnicy było niemożliwością. Nie
było czym grzać i rozpalać ogniska na podłodze. Przez całą zimę piwnica
nie była ogrzewana. Na zewnątrz było poniżej trzydziestu stopni, a w kamiennym worku jeszcze zimniej. Łatwiej znieść trzydzieści stopni leżąc
w śniegu. A w kamiennej piwnicy promieniowanie zimna przebijało i przenikało na wylot całe ciało do samych kości. Żołnierzy karmiono raz
na dobę. Bezustanne niedojadanie i wychłodzenie wprowadzało żołnierzy w stan ciężkiego półsnu. Bez łączności telefonicznej było spokojniej. Z batalionu nie dzwonili. Byliśmy całkowicie odcięci od świata.
-?Towarzyszu poruczniku!
-?No, co tam?
-?Niemcy mogą nocą naskoczyć od góry i rzucić w okna granaty i butelki z płynem łatwopalnym. Nie ma żadnej łączności! W batalionie i w pułku nie
będą wiedzieć, co się z nami stało! Wszyscy się spalimy albo udusimy od
dymu.
Oczywiście możemy się wcisnąć w odległy kąt z nadzieją, że Niemcy nie
polezą do piwnicy! My będziemy siedzieć, zdychać i naiwnie się łudzić,
że tylko patrzeć, a pomogą nam ci z batalionu albo z pułku. A oni maja
do naszego pożaru w piwnicy daleko, nie widzą go i dawno mają go gdzieś.
W batalionie, w pułku i w dywizji wszędzie siedzą mądrale i stratedzy.
Pędzą beztroskie życie w cieple i sytości. A my mamy nadzieję, że oni
wymyślą, jak nas wyzwolić z ognia. Poinformują ich o tym, a oni nawet
nie kiwną palcem. Po to jest wojna, żeby żołnierze trwali do śmierci!
Nikt nie dopuści, aby z winy bałaganiarza dowódcy kompanii żołnierze
żywymi zostawili piwnicę. Za kamiennymi ścianami z czterech cegieł
możesz umrzeć, ale nie wolno ci oddać swoich pozycji tylko po to, aby
przeżyć. W praktyce nikt nie miał zamiaru okazywać nam żadnej pomocy.
Po to jesteśmy kompanią strzelecką, aby trzymać obronę i bronić przed
Niemcami tych z batalionu, pułku i tyłów. Na nas, na kompaniach
strzelców, trzyma się cały front. Za naszymi plecami, kryjąc się przed
Niemcami, siedzi dowódca batalionu i pułku. I jeśli kompania strzelecka
nie wytrzyma i drgnie, a żołnierze się rozbiegną, to można przyjąć, że
front na naszym odcinku będzie przerwany, a zatykać go dywizja nie ma
czym.
Rzecz jasna, z racji młodego wieku żyłem nadzieją i wierzyłem, że w ciężkiej chwili uratują nas przed daremną śmiercią. Jednakże, tak jak
każdego dnia podczas wojny, oszukiwałem sam siebie. Liczyłem wręcz na
to, że w krytycznej chwili dadzą mi zgodę na wycofanie się do zakładu
lniarskiego. Ale to nie tak. Samowolne wycofanie się, trybunał albo
bohaterska śmierć z żołnierzami -?wybieraj, co lepsze! Co będzie dla
ciebie mniejszym zamieszaniem i kłopotem? Przez cała wojnę, czyli przez
cały okres zaczepnych działań bojowych ani razu nie widziałem, ani nie
słyszałem, żeby dowódca pułku, mając na uwadze wymogi taktyczne i ochronę życia żołnierzy, wydał rozkaz lub dał milcząca zgodę kompanii
strzeleckiej na wycofanie się z zajmowanych przez nią pozycji. Cofaliśmy
się tylko wtedy, gdy cały pułk razem z taborami uciekł jeszcze
wcześniej, kiedy po batalionowych i pułkowych nie zostało już nawet
wspomnienia. Ale jeśli w krytycznej chwili siedzieli na miejscu, to ile
byś nie kręcił korbką aparatu, ile byś nie dzwonił do sztabu batalionu,
to i tak nikt ci nie odpowie. I co będziesz robić, gdy nie ma rozkazu do
odwrotu? Na drugim końcu drutu siedzą i słyszą twój zdenerwowany głos,
ale będą udawać, że łączność została zerwana. Taka jest prawda wojny!
Nigdy przed nią nie uciekniesz! Wyobraźcie sobie na chwilę, że do
piwnicy podjechał niemiecki czołg. Podjechał, zgasił silnik i opuścił
lufę działa i skierował ją w okno przy ziemi, przez które właziliśmy i wyłaziliśmy ze środka. Artylerii w pułku nie ma. Nie ma jak walić do
czołgu ogniem bezpośrednim. Podnosicie słuchawkę i wzywacie sztab
batalionu. Na drugim końcu ktoś sapie i dyszy, ale nie zdradza się
głosem. Wie, że będziesz prosić o zgodę na odwrót. Miałem kiedyś podobną
rozmówkę z dowódcą batalionu w kwestii tego, że żołnierze nie wytrzymują
siedzenia w oblodzonej piwnicy.
-?Masz walczyć, a nie wisieć na telefonie! Co, Niemcy na ciebie
napierają? Jesteś po prostu tchórzem, śmierci się boisz! Jedno sobie
zapamiętaj! Masz walczyć i trzymać obronę! Że co? Siedzisz w lodowej
piwnicy? No i co? A ja się duszę z gorąca w nagrzanej chałupie.
Nie dziwcie się, na wojnie działy się również i takie rzeczy.
-?Co tam gadasz? Naboje ci się kończą? A ty... taki owaki... kurwa twoja
mać! Wcześniej nie mogłeś pomyśleć? Może kombat ma ci naboje nosić?
W nikim nie mogliśmy pokładać nadziei. Stopniowo się tego nauczyliśmy.
Tylko Niemiec uderzy mocniej, a wszyscy nasi mądrale i stratedzy
rozbiegną się po lasach i bagnach. Przebiegnie do Niemców i nasz
staruszek dowódca dywizji. Uciekną sztabowcy, złapawszy ze sobą kapitana
służby medycznej z żonką-lekarzem wojskowym i przebiegną na stronę
Niemców. Wszystko to wydarzy się naprawdę, ale potem, w kwietniu
czterdziestego drugiego.
A na razie soplem na nosie wisiał luty. Długie zimowe noce. Na początku
lutego są wyjątkowo mroźne. A w kamiennej piwnicy siedziało ze mną
dwudziestu ludzi. W tym trzech kaemistów i jeden telefonista. Dowódcą
obsługi "Maksima" był plutonowy Kozłow. Chłopak wysokiego wzrostu z ciemnymi dobrymi oczami. Jego chuda twarz była zawsze spokojna i skupiona. O czym wtedy myślał, siedząc z nami w piwnicy? Co tydzień
żołnierze-strzelcy zamieniali się grupami. Kaemiści siedzieli bez
zmiany, podobnie ja i starszyna -?pomocnik dowódcy kompanii. Telefoniści
także dyżurowali po kolei. Dobę jeden, drugą dobę inny. Przychodziła
noc, telefonista ciągnął do piwnicy przewód, a nad ranem drut był
zerwany. Leżał sobie zatem do ciemna i czekał, aż przyjdzie kolejna
zmiana. Z nadejściem północy po ścieżce kroczyła śmierć i zbierała swoje
żniwo. Człowiek wyczuwa ją wcześniej i myśli o niej. Każdy, kto siedział
w piwnicy, myślał, że jutro go zabiją na ścieżce. Nie było ani jednej
nocy bez ofiar. Zabije na ścieżce czy też wyjmą martwe ciało z piwnicy -
jaka to różnica, gdzie zginąłeś? Ważne, że człowieka więcej nie ma. W batalionie był jeszcze jeden Kozłow. Ten tutaj był plutonowym kaemistą,
a tamten... nie będę o nim na razie nic mówić.
Wewnątrz piwnica była całkiem pusta. Gołe ściany, kamienne łukowate
sklepienie i wąskie dymniki na poziomie ziemi. Ciężki karabin maszynowy
"Maksim" stał przy końcu przedniej ściany i patrzył lufą w stronę
miasta, gdzie po ulicach, osłonięci płotem, chodzili i jeździli Niemcy.
W ocalałym rogu ponad piwnicą dyżurowało dwóch naszych żołnierzy. Każdy
niewielki szczegół ma istotne znaczenie, bowiem w tym kącie, jak również
na górze, żołnierze niekiedy rozstawali się z życiem. Łukowate
sklepienie piwnicy miało przyzwoitą grubość. Siedząc na dole pod
sklepieniem nie obawialiśmy się bezpośredniego trafienia pocisku. Nie
przebiłaby go stukilogramowa bomba. Baliśmy się czegoś innego.
Niekiedy dokuczały nam niemieckie działa, prowadzące bezpośredni
ostrzał. Strzelały po oknach i mogły trafić w piwnicę. Któregoś razu w ciągu dnia doświadczyliśmy na sobie takiego ostrzału z 37-milimetrowego
działka. Z góry sypał się tynk, pryskały, jak stal, zimne cegły, ale po
dziewięciu wystrzałach Niemcom udało się trafić w okno tylko dwa razy.
Ich przeciwpancerne działko stało zbyt daleko od piwnicy. Prawdę
powiedziawszy, Niemcy nie wiedzieli, ile pocisków wleciało do środka.
Przy pierwszych wystrzałach przy ścianie wyrosła chmura dymu i kurzu.
Strzelali odłamkowymi, zapalającymi i burzącymi. Zarysy okien znikały w kłębie dymu. Działko było lekkie, podskakiwało przy wystrzale.
Celownikiem nic się tu nie zdziała. Trzeba strzelać tylko według lufy i liczyć na łut szczęścia. Ale napędzili nam strachu. I to jakiego! Przy
każdym zewnętrznym uderzeniu pocisku ściany i sklepienie piwnicy huczały
niczym dzwon. Pociski i tak wpadły do środka. Uderzyły w filar,
spłaszczyły się i spadły na podłogę. Leżeliśmy wtedy w przeciwległym
kącie, choć stać wyprostowanym za filarami stropu było o niebo
bezpieczniej. Jednak nigdy nie wiesz z wyprzedzeniem, gdzie jest
niebezpiecznie, gdzie stracisz, a gdzie znajdziesz własne życie.
Niemcy zauważyli, że skutki ostrzału są mizerne i w ogóle przestali bić
z działka ogniem bezpośrednim. Żeby osiągnąć jakiś efekt, lufa działka
musiałaby znajdować się dziesięć metrów od okna. Po tym wszystkim
przeciwko jednemu naszemu "Maksimowi" ustawili trzy swoje ciężkie
karabiny maszynowe i tłukli z nich po tym samym oknie. Wtedy ognisty
szkwał pocisków smugowych wdzierał się do wnętrza oślepiającą zasłoną.
Trzask ołowiu o kamienie, zawodzenie i zgrzyt kul przy rykoszetach w pomieszczeniu przygniatał żołnierzy do podłogi. Z piwnicy strzelaliśmy w stronę Niemców dość rzadko i dlatego chodzili po mieście niemalże nie
kryjąc się i nie bojąc się niczego. Staraliśmy się jakoś poszerzyć
boczne okno, przez które schodziliśmy do piwnicy. Lecz ceglany mur był
na tyle twardy, że nie brał go ani łom, ani kilof, ani materiał
wybuchowy, ani granaty. Przy detonacji granatu burzącego od ściany
odleciały tylko drobne odpryski. Kiedy nocą po ścieżce przebiegał
żołnierz, lądował przed kamienną ścianą piwnicy. Za każdym razem, gdy
wracając z zakładu lniarskiego podchodziłem do niej, ja również czułem
się pod tą ścianą jak skazany na śmierć. Owe uczucie nie odstępowało
mnie i wracało raz za razem, gdy się do niej zbliżałem, aby pochylić się
w stronę wąskiego otworu i wsunąć weń nogi. Czułem się, jakby postawiono
mnie pod murem na rozstrzelanie. Cała ściana wokół otworu okiennego była
poszatkowana kulami i usiana dziurami. Każdy z nas, podchodząc do niej,
liczył sekundy do serii z karabinu maszynowego, która przyniesie
uderzenie ołowiu. Człowiek podbiegający do ściany miał tylko jedno
pragnienie -?zdążyć jak najszybciej przecisnąć nogi i ciało przez wąskie
okno, przeskoczyć, jak mysz, do piwnicy. A zimą wszyscy byliśmy odziani
ciepło i solidnie. Waciaki pod szynelem, półkożuszki u oficerów...
Podbiegłszy po stromym spadku do piwnicy, człowiek opierał się rękami o ścianę. Następnie odwracał się w stronę niemieckiego karabinu
maszynowego i opadał przed nim na kolana niczym przed ikoną. Kładł się
na śniegu i cofał się rakiem, usiłując trafić nogami w wąskie piwniczne
okno. Każdy próbował jak najszybciej przecisnąć się przez ciasną dziurę.
W każdej sekundzie mógł ujrzeć błysk ognia broni maszynowej. Siedzisz w piwnicy, obserwujesz boczne okno i widzisz, jak najpierw pokazują się
walonki, potem przeciska się tylna część tułowia z zadartym ku głowie
szynelem. Teraz można powiedzieć, że żołnierz właściwie jest już cały w piwnicy, a brakuje tylko rak, ramion i głowy. Lecz po żołnierskich
gaciach trudno jest określić, kim ten żołnierz jest i jak się nazywa. Do
piwnicy przychodził starszyna ze zmrożonym chlebem, woźnica z termosem,
telefonista z przewodem w zębach albo dwóch, trzech strzelców, którzy
przyszli, aby zmienić innych. Kiedy przybyły przepychał przez dziurę
swoje ciało, głowa i ramiona sterczały na zewnątrz, a on już machał
nogami i wymacywał podłogę. Żołnierze niewielcy wzrostem nie dosięgali
nogami podłogi, więc chwytano ich i wciągano do środka. Wszyscy, którzy
przy świetle kopciłki siedzieli w piwnicy, patrzyli z ciekawością na
przybysza z tamtego świata. Powinien zginąć, a przeżył.
Żołnierze-strzelcy oraz telefoniści, którzy wcześniej nie przychodzili
na zmianę, osuwali się do piwnicy niczym w piekielną czeluść. Zwykle w celu zluzowania strzelców przychodzili raz w tygodniu, po dwóch -
trzech, a dwóch chorych albo przemarzniętych odsyłało się do zakładu
lniarskiego do rycia okopu. Żołnierze, którzy przychodzili na zmianę,
zabierali ze sobą po naręczu łodyg lnu. Naręcza były niewielkie. Z dużymi nie dało się przejść po ścieżce, bo Niemiec mógł zauważyć. Łodygi
brali sobie na podściółkę. Wpychali je do worka-plecaka albo za pazuchę
szynela. Starszyna i woźnica raz na dobę dźwigali do piwnicy jedzenie.
Przychodzili nocą. Żołnierskie jedzenie przechodziło przewartościowanie
na tyłach. Zanim dotarło do żołnierza, kurczyło się o połowę. Nawet ja,
dowódca kompanii, nie mogłem wystąpić w obronie żołnierskich racji
żywieniowych. Od razu dostawałem reprymendę przez telefon. Że niby
dlaczego na pierwszej linii w obecności żołnierzy wszczynam takie
kontrrewolucyjne dyskusje. Po takim czymś wzywali mnie do batalionu na
rozmowę na temat żywienia żołnierzy. I wtedy zrozumiałem. Jeśli przez
telefon wygadałem się o przydziałach jedzenia, to tego samego dnia
zmuszali mnie do przebiegnięcia ścieżką w tę i z powrotem. Wezwą i powinienem iść pod kule. Pomyślałem, że trzeba milczeć, bo inaczej co
noc będę biegać w tę i wewtę. Bywały przypadki, kiedy podbiegający do
ściany żołnierz nie zdążył położyć się na brzuchu i nie trafiał od razu
nogami w otwór. Momentalnie dostawał dwie, trzy serie ołowiu. Kula w brzuch to najstraszniejsza i najbardziej bolesna śmierć dla człowieka.
Kiedy indziej żołnierz zdążał się położyć i wsunąć nogi w okno, ale
dostawszy serię zostawał już tak, leżąc nieruchomo. Niektórzy zdążali
wsunąć do piwnicy nogi, boki i tułów, ale w ostatniej chwili chwytali
powietrze ustami, zachłystując się własną krwią. Byli i tacy, którzy
sięgnąwszy nogami podłogi, zaczynali rzęzić i walili się na dół z zakrwawiona twarzą.
Jeszcze inni, wsunąwszy w dziurę nogi i ramiona, zostawali w przejściu
niczym swoista zatyczka. Ci, którzy podbiegali do dziury w ślad za nimi,
nie mieli się gdzie podziać. Miotali się na zewnątrz, starając się ujść
przed kulami. Zabity sterczał w oknie. W pierwszej chwili nie należało
się do niego zbliżać ani z zewnątrz, ani od wewnątrz. Kule świstały
wokół obwisłego ciała. Potem ciało wciągano do piwnicy i jeśli żołnierz
jeszcze żył, robiono mu opatrunek. Nocne polowanie na naszych żołnierzy
miało określony cel -?wzbudzić strach i wywołać przerażenie. W batalionie grożono niesumiennym żołnierzom, że wyśle się ich do piwnicy
na ponowne wychowanie. Na ścieżce i pod ścianą Niemcy nie zabijali
wszystkich, którzy znaleźli się w celowniku. Wybierali określoną porę i bili wściekle długimi seriami. Najczęściej ludzie ginęli w miejscu,
gdzie ścieżka stromo schodziła w dół ku piwnicy. Żołnierze
przemieszczali się na różne sposoby -?chodzili i biegali po ścieżce.
Każdy miał swój własny sposób. Jeden zrywał się z miejsca i gnał na
całego. Inny, oblewając się potem, pełzał bez unoszenia głowy. Ważne
było tylko to, aby dotrzeć żywym do podziemia. Można rzec, że to było
jak dzień twoich narodzin. Idziesz ścieżką i nagle napotykasz
czołgającego się przed tobą żołnierza i nie masz gdzie się podziać.
Musisz schodzić w śnieg i omijać go. Albo inny przypadek. Dwóch ludzi
biegnie sobie na spotkanie. Ścieżka jest wąska niczym kolejna
wąskotorowa. Jak tu się rozjechać, jak się rozejść? Kto kogo powinien
przepuścić? A tu z tyłu poganiają cię kulami w plecy. Kiedy Niemcy
zaczynali strzelać wzdłuż ścieżki, pociski smugowe trafiały w miejsca,
gdzie była warstwa lodu i rozlatywały się rykoszetem w górę i na
wszystkie strony. W ten sposób Niemcy wymacywali sobie wąski pas
ścieżyny i czekali na swą kolejna ofiarę. Niektórzy
żołnierze-nowicjusze, nasłuchawszy się strasznych opowieści o owej
ścieżce, bali się tam w ogóle wychodzić. Całą drogę pokonywali pełzając
na brzuchu i drżąc ze strachu.
W każdym danym momencie ścieżka od zakładu lniarskiego do piwnicy była
drożna tylko w jedną stronę. Z batalionu dzwonili do piwnicy i informowali, że dwóch ludzi czołga się ścieżyną. Należało przyjąć, że w takim momencie cała ścieżka jest zajęta. Staraliśmy się nie dopuszczać
do sytuacji, kiedy trzeba było się mijać. Przy nieoczekiwanych
spotkaniach na ścieżce często dochodziło do strat. Poza biegiem na
złamanie karku i pełzaniem na brzuchu istniał jeszcze jeden sposób
przemieszczania się po ścieżce. Polegał na posuwaniu się płynnym kaczym
chodem bez gwałtownych ruchów i najmniejszego wzdrygania się, nawet
jeśli w twoją stronę leciała kula. Z tej metody korzystało trzech ludzi
-?ja, kompanijny starszyna i jego woźnica. Mieliśmy na tyle
samoopanowania, by iść po ścieżce bez pośpiechu, wykonując płynne, ledwo
zauważalne ruchy.
Starszyna pojawiał się w piwnicy co noc. W sensie moralnym i duchowym
był silniejszy niż inni. W najdrobniejszych szczegółach wiedział, w których miejscach można spodziewać się ostrzału. Zakładał czysty
maskchałat, nie wykonywał gwałtownych ruchów i Niemiec nie widział go,
gdy przemieszczał się po ścieżce. Nie wszyscy jednak mieli na tyle woli,
by chodzić w taki sposób. Przemknie coś tam z przodu i już Niemiec
wpatruje się w biały mrok nocy. Ktoś się skuli ze strachu i już go
widać. Przebiegnie kawałek, upadnie na ścieżkę, a Niemiec od razu go
widzi i bierze na cel. Czeka, aż wstaniesz. Im bardziej niemiecka czujka
będzie się wpatrywać w śnieżną dal, tym mniej będzie widzieć i wkrótce
całkiem oślepnie. Z naprężenia zacznie im migotać w oczach. Wiedzieliśmy
o tym i skrupulatnie to wykorzystywaliśmy.
Bywało też tak. Niemiec puszcza próbną serię po ścieżce i obserwuje, czy
aby nie drgnie ktoś na niej, nie przysiądzie ze strachu. Pociski smugowe
niekiedy lecą wprost na ciebie. Na ich widok powoli się zatrzymujesz.
Zamierasz w miejscu i czekasz, aż przelecą obok. Oczywiście, jedną z nich możesz dostać po nogach. Ale jeśli nie wytrzymasz i skulisz się, to
możesz przyjąć, że masz całą porcję ołowiu w brzuchu. Niemiec zwykle
strzela pod skraj śnieżnej krawędzi. Szybki i gwałtowny ruch może cię
zdradzić na ścieżce. Schowasz gwałtownie głowę w ramiona, poruszysz
plecami, przygniesz nieco grzbiet do ziemi, zegniesz ze strachu nogi,
poślizgniesz się, zamachasz rękami w powietrzu i dostaniesz porcję
ołowiu. I tak oto chodziliśmy po ścieżce w tę i z powrotem. I tak co
noc, za każdym razem pod niemieckimi kulami kusząc los na przedmieściach
miasta Biełyj.
Rozumowi oraz woli można podporządkować wszystko: i niebezpieczeństwo, i bojaźń, i nawet niemożliwy do zniesienia strach przed śmiercią. Taki
sposób chodzenia po ścieżce później bardzo mi się przydał. Któregoś razu
już się zbierałem, aby wyjść na zewnątrz, gdy poinformowano mnie, że
dopiero co na zakręcie zabiło dwóch ludzi. Ścieżka w dwóch miejscach
przechodzi po gołym stoku. Bardzo łatwo jest wpaść w tym miejscu pod
nieoczekiwany ostrzał. Gołe miejsca przechodzimy ze starszyną, że tak
powiem, na wstrzymanym oddechu. A ci, co się czołgali, wpadali pod kule.
Każdej nocy któryś z żołnierzy łapał na ścieżce swoją kulkę. Każdej nocy
ktoś płacił tu swoją krwią lub życiem. Mieliśmy zamiar ustawić płot
wzdłuż ścieżki. Niech walą bez patrzenia po płocie, na ślepo. Lecz
dowódca pułku zabronił nam wznoszenia ogrodzenia:
-?Co to za pierwsza linia, zasłonięta od przodu płotem!
Krawędź ścieżki chcieliśmy obłożyć workami z piaskiem. Jednakże u naszych zaopatrzeniowców nie można było znaleźć takich worków.
Kontynuowaliśmy rycie transzei do piwnicy, podkopując się pod
zamarzniętą warstwę ziemi. Przez dzień nieprzerwanej pracy posuwaliśmy
się do przodu nie więcej niż o trzy metry. O widnej porze pod
zamarzniętą warstwą rozpalano ogień. Górna warstwa tajała i rozbijało
się ją kilofami i łomami. Materiałów wybuchowych do tej pracy nam nie
dawano i nie pozwalano na rozpalanie ognisk na całej długości ścieżki.
Wzdłuż ścieżki chciałem postawić zasłonę dymną z oddzielnych ognisk i jednocześnie odmrozić ziemię w wielu miejscach, ale kombat nazwał mnie
durniem. Po tym wszystkim uspokoiłem się i miałem wszystko gdzieś. Praca
z kopaniem transzei posuwała się powoli.
Któregoś dnia o świcie celowniczy Kozłow stanął przy cekaemie.
Postanowił zlustrować pas obrony Niemców. Tamtego dnia robił to
szczególnie starannie. Dzień wcześniej na ścieżce zginął strzelec
karabinu maszynowego. Nocą szedł do piwnicy ze skrzynką nabojów i niósł
zapasową lufę do "Maksima". Uwagę plutonowego zwróciło jedno miejsce, na
obecnej ulicy Kirowa, gdzie Niemcy ustawiali wzdłuż ulicy nowy płot.
Postanowiwszy odpłacić im za śmierć przyjaciela, ustawił dokładnie
celownik na broni i wypuścił długą serię w stronę Niemców. Trzech z nich
od razu się przewróciło. Plutonowy Kozłow przerwał ogień i zaczął
patrzeć, co będzie dalej. Po jakimś czasie do zabitych podbiegło jeszcze
trzech. I kiedy był już gotów, by raz jeszcze nacisnąć spust, po
ambrazurze uderzyły od razu dwa niemieckie karabiny maszynowe. Do
piwnicy wdarł się snop iskier i ognistych kul. Plutonowy nie zdążył
odskoczyć od tarczy cekaemu i kolejne uderzenie ołowiu zadzwoniło o szczyt osłony. Nikt nie widział, jak przebiło mu gardło. Wyrwało je całe
od szczęki do obojczyka, dosłównie odcinając je od kręgu szyjnego.
Plutonowego odrzuciło od "Maksima", a krew chlusnęła na wszystkie
strony, zalewając mu twarz i pierś. Wypływając, krew wydostawała się ze
skrzekiem i rzężeniem, nad dziurą bąblami zbierała się czerwona piana.
Krew ściekała po piersi i lała się na podłogę. Żołnierze rzucili się ku
niemu, chcąc go zabandażować. Ale on pokręcił głową i zerwał opatrunek.
Chodził po piwnicy, rzęził i ociekał krwią. Jego pełne błagania, dzikie
oczy, szukały u nas wsparcia i prosiły o pomoc. Miotał się po piwnicy,
szarpał głową i oszalałym, rozdzierającym serce wzrokiem, w osłupieniu
patrzył każdemu w oczy. Nikt w piwnicy nie wiedział, co robić.
-?Idź do zakładu lniarskiego! -?mówili mu żołnierze, wskazując na boczne
okno.
-?Tu się wykrwawisz i zginiesz! Idź! Może przejdziesz! -?powiedziałem do
niego.
Słyszał nasze głosy i rozumiał, o czym mówiliśmy. Za każdym razem się
odwracał i jednym spojrzeniem zmuszał mówiącego do zamilknięcia.
Żołnierze drętwieli ze zgrozy. Plutonowy umierał na naszych oczach
straszną, pełną męczarni śmiercią. Po jakimś czasie podszedł do mnie i wskazał ręką na pistolet, który wisiał mi przy pasie. Prosił, abym dobił
go z pistoletu i skrócił jego straszne cierpienia.
-?Co ty, kochany! -?wykrzyknąłem. Nie mogę tego zrobić! Masz, weź sam i idź gdzieś w drugi kąt, tylko nie rób tego na oczach żołnierzy. Nie
mogę! Rozumiesz? Nie mogę! Potem nie wybaczę sobie przez całe życie!
Plutonowy wszystko słyszał i wszystko zrozumiał, ale pistoletu ode mnie
nie wziął.
-?Wyłaź na zewnątrz i idź do zakładu lniarskiego! Niemcy teraz śpią i nie pilnują ścieżki. Przejdziesz spokojnie! Słuchaj no, to twoja jedyna
szansa. Idź wyprostowany i niczego się nie bój.
Ale on znowu pokręcił głową. Nie zdecydował się, by wyjść z piwnicy na
zewnątrz. Nie chciał. Czegoś się bał, ale nie śmierci. Ona już stała mu
przed oczami. Bał się wystrzałów. Lękał się rozstrzelania. Rzęził i bryzgał krwią, miotał się po piwnicy w tę i z powrotem. Po jakimś czasie
opadł z sił, odszedł w odległy kąt, skulił się tam i ucichł. Nikt nie
śmiał do niego podejść. Wszyscy rozumieli, że umiera, że życie go
opuszcza i że powoli ucieka z niego na zawsze.
Ociekał krwią i nikt nie mógł mu pomóc. W swych mękach i cierpieniach
był sam. Pod wieczór starszyna Panin, dowódca plutonu strzelców,
podniósł się z podłogi i poszedł do oddalonego kąta, by na niego
popatrzeć. Plutonowy siedział w rogu, odchyliwszy głowę do ściany. Jego
otwarte, pełne smutku oczy, były już nieruchome. Zmarł z upływu krwi.
Jak można go było uratować? Jak można było pomóc temu człowiekowi?
Plutonowy Kozłow zginął na oczach żołnierzy straszną, bolesną śmiercią.
Nocą jego ciało wyniesiono na zewnątrz, położono przy zawalonej
murowanej ścianie i po cichu obłożono rozbitymi cegłami. Na mogile nie
było żadnego kamienia, żadnego napisu, bo w tych strasznych warunkach
fizycznie nie byliśmy w stanie tego zrobić. Jego kamienna mogiła była
obok piwnicy. Nie było na niej ani gwiazdy, ani obelisku. Po wojnie
hałdy rozbitych cegieł zrównali z ziemią, kiedy wybierano cegły na
budowę pieców i kamiennych fundamentów domów.
Znane jest tylko miejsce, w którym zginął strzelec karabinu maszynowego
plutonowy Kozłow. A gdzie jest teraz jego mogiła, teraz nikt już tego
nie wie. Szkoda tylko, że ulicę, na której poległ ten dzielny żołnierz,
obłudnie nazwano imieniem generała-majora Bierezina. Imieniem starowiny,
który latem 1942 roku zdołał zapędzić całą dywizję do niemieckiej
niewoli. Zapędził i zbiegł w niewiadomym kierunku. Wówczas Bierezin
wystawił pod uderzenie nie tylko 17 Dywizję Gwardii19, która w pełnym składzie została wzięta do niewoli, ale pomógł Niemcom jednym
uderzeniem rozprawić się z 39 Armią i 11 Korpusem Kawalerii. Beriezinowi
za owe "wybitne zasługi" nasi idioci postawili w mieście Biełyj obelisk.
Wszystko to "zasługa" pułkowego komisarza Szerszina. Aby wybielić samego
siebie, po wojnie zaczął wywyższać Bierezina. Szerszinowi uwierzono i również postawiono obelisk.
Żal mi młodego strzelca karabinu maszynowego, który w Biełym poległ w otwartej walce twarzą w twarz z wrogiem. Zginęło tam wielu, którzy o głodzie i chłodzie faktycznie trwali do śmierci z bronią w ręku. Nie
mogę pojąć tylko jednego, dlaczego pamięć o sprzedawczyku Bierezinie
ceni się tutaj bardziej, niż cierpienia i złożone w ofierze życia
prostych żołnierzy i kompanijnych oficerów, którzy tutaj rzeczywiście
bili się o naszą rosyjską ziemię.
* * *
Co noc w piwnicy
odbywało się luzowanie. Zmieniano niewielką grupę żołnierzy. Jedni,
szczęśliwi, wychodzili z piwnicy i znikali na ścieżce w przestworze
nocy, a inni, poczerniali od zimna, w milczeniu patrzyli im w plecy.
Byli jeszcze i trzeci, który jutro mieli opuścić piwnicę. Ze smutkiem
spoglądali na odchodzących, lecz cieszyli się w duchu, że nie muszą już
długo czekać. Jutro przyjdzie i ich kolej.
Tutaj każdy z żołnierzy wiedział, ile ma jeszcze odsiedzieć w piwnicy.
Przyjdzie czas, że i on uwolni się od zimna i piekielnego miejsca.
Dopóki na zmianę do piwnicy szli nowi ludzie, którzy jeszcze nie zdążyli
tam pobyć, wszystko, jak to się mówi, dało się wytrzymać i spokojnie
znieść.
Każdy wyczekiwał tego dnia, kiedy przyjdzie jego pora i kiedy odetchnie
swobodnie i ruszy do zakładu lniarskiego. Tutaj w piwnicy każdy dzień
wydawał się wiecznością.
Lecz kiedy wszyscy nowi ludzie już pobyli w lochu, żołnierze powinni tam
iść na drugą turę. Nad każdym z nich zawisnął rozpaczliwy cień strachu i śmierci. Nikt nie chciał wracać do piwnicy. Ale rozkaz to rozkaz!
Kompanijny starszyna przynosił żołnierskie racje, z nadejściem ciemności
zbierał kolejną partię i nocą wyprowadzał na ścieżkę. Ze starszyną
specjalnie nie pogadasz. Żołnierze wychodzili na ścieżkę ponurzy, do
piwnicy docierali przybici. Jednych witano tam ze śmiechem, rechotaniem
i trzymaniem się za brzuch, inni sami włazili w okno, uśmiechali się,
krzywili gęby i przedrzeźniali śmiejących się. Ale byli i tacy, którzy
po cichu spełzali z okna na podłogę i jak najszybciej usiłowali
niezauważenie prześlizgnąć się gdzieś do kąta. Każdy wybierał sobie
miejsce na podstawie doświadczeń poprzednich dni.
-?Kupriańczyk! Znowu tu trafiłeś? -?krzyczeli żołnierze do wysokiego
chłopaka.
Ten w milczeniu opędzał się od nich ręką i witał się ze mną.
-?No dobra, Kuprianow! Nie obrażaj się! Żartowałem!
Żołnierze siedzący w piwnicy wiedzieli, że każdy ziemny barłóg jest
wygodniejszy i cieplejszy niż ta kamienna oblodzona mogiła. Nikt się nie
skarżył na swój los. Pozbawieni kręgosłupa żołnierze wszystko znosili i byli w stanie znieść jeszcze więcej. Piwnica była miernikiem ludzkich
cierpień. Jeśli ktoś z żołnierzy znalazł się tam w styczniu, to na całe
życie pozostawał mu w pamięci karb niczym głęboka rana.
W celu obserwowania Niemców wystawialiśmy na górze dwóch wartowników. U góry, nad piwnicą, pomiędzy dwoma zawalonymi ścianami, zachował się
niewielki kąt. W tym to kącie, zerkając wokół na miasto, stali nasi
wartownicy. W zimie dni są krótkie. Żołnierzy nie można było zmienić,
gdy było widno. Dwóch żołnierzy zostawało na górze od zmroku do zmroku.
W nocy wartowników zmieniało się dwa razy. W rezultacie wychodziły trzy
zmiany na dobę. Obowiązkiem wartowników było prowadzenie obserwacji. Na
wypadek nieoczekiwanego ataku Niemców mieli nas uprzedzić wystrzałami.
Tak porządek został tu przyjęty jeszcze przed nami, a my się go
trzymaliśmy bez zmian. Obawialiśmy się, że Niemcy mogą się podkraść
niezauważenie do piwnicy i przez okna zarzucić nas granatami. Jednak
poza ostrzałem otworu wejściowego i ścieżki z broni maszynowej, zimą nie
podejmowali żadnych wypadów w naszą stronę. Jednakże któregoś razu przed
świtem na górze rozległ się wystrzał z karabinu. W tamtą noc w piwnicy
dyżurował starszy sierżant. Usłyszawszy wystrzał, starszyna poderwał
się, wylazł na zewnątrz i rozejrzał się wokoło.
-?Gdzie nie spojrzę, wszędzie cicho! -?opowiadał później. -?Patrzę, a jeden z wartowników siedzi w rogu, oparty plecami.
Starszyna wrócił i złożył mi meldunek:
-?Towarzyszu poruczniku! Jeden z wartowników został ciężko ranny!
-?Gdzie ranny? -?zapytałem.
-?W brzuch!
-?Jak kula może trafić w brzuch, jeśli dolna krawędź okna znajduje się
na wysokości piersi? Co z nim? Uciekał z posterunku?
-?Skądże! Mówi, że jak stał w rogu, tak go raniło.
-?Bierz bandaże! Na pewno ma krwotok. Pójdziemy razem. Trzeba sprawdzić,
co tam się dzieje.
Niechętnie podniosłem się z podłogi, podszedłem do wyjścia,
ponasłuchiwałem i poczekałem na starszynę, aż ten upora się z grzebaniem
w worku i wyciąganiem pakietów opatrunkowych. Kiedy wszystko było
gotowe, ostrożnie wyleźliśmy na górę.
-?Kula nie mogła przelecieć tak nisko -?powiedziałem, podchodząc do
rannego.
Żołnierz, opuściwszy głowę, siedział w rogu. Oparł o ścianę bezwładne
ciało i rozsunął nogi. Pomiędzy nimi widać było ciemną kałużę krwi. Miał
zamknięte oczy, słaby oddech i w ogóle się nie poruszał. Rękami z dwóch
stron zaparł się o ziemię. Karabin walał się ciśnięty pod wyłom w ścianie. Usunąłem się na bok. Starszyna podszedł i nachylił się nad nim.
Ale na opatrunek było już za późno.
Raz jeszcze obejrzałem kąt i obie części zniszczonej ściany i upewniłem
się, że stanowią dostatecznie dobre zabezpieczenie przed kulami
niemieckich wartowników. Przypadkowa, zabłąkana kula mogła trafić
wyłącznie w głowę, w klatkę piersiowa lub ramię. To było niezwykłe i nieprzypadkowe zranienie. Na pierwszy rzut oka zrozumiałem, że to
samozranienie, z powodu którego będę mieć duże nieprzyjemności. Kowaliow
i Karamuszko mi tego nie wybaczą. Ukryć się tego nie da. Drugi wartownik
potem wszystko rozgada. Nie można z nim ryzykować. Kim on jest?
Uczestnikiem czy organizatorem samostrzału? Żołnierz, który dostał kulę
w brzuch, nie oddychał i nie ruszał się. Zimno i utrata dużej ilości
krwi załatwiły sprawę.
-?Więc jak, Mietruszkin? Jak to wszystko się stało?
-?Ja nie Mietruszkin, towarzyszu poruczniku. Ja jestem Moniaszkin.
-?Proszę, proszę! -?powiedziałem i wyjąłem z rak Moniaszkina karabin z lufą ciepłą od wystrzału. -?Jaka to teraz różnica, czy jesteś
Matrioszkin czy Moniaszkin! Mnie oddadzą pod sąd, a ciebie wyślą do
kompanii karnej. Prowadź go do piwnicy! -?powiedziałem do starszyny. -?I postaw przy nim wartownika! A ty, braciszku Moniaszkin, jesteś
aresztowany. Wracasz do piwnicy i będziesz siedzieć pod strażą.
Starszyna! Przyjdziesz tu z dwoma żołnierzami. Trzeba sprzątnąć trupa.
Odnieście go za ścianę i zarzućcie cegłami. Niech wezmą ze sobą łopatę.
Trzeba zasypać śniegiem krew na śniegu, bo będzie działać ludziom na
psychikę.
Wydałem instrukcje starszynie, który wraz z żołnierzem zszedł do
piwnicy. Ja zostałem zamiast wartownika. Stałem, a w nogach siedział mi
zabity przy samostrzale.
Pojedynczy nocny wystrzał w ogóle nie zaniepokoił Niemców. Można nawet
stwierdzić, że wręcz przeciwnie -?zupełnie dali sobie spokój ze
strzelaniem po ścieżce. Wystrzał zdenerwował wyłącznie nas, ponieważ
oczekiwaliśmy go od dawna. A teraz dookoła było cicho i spokojnie.
Przyglądałem się nocnemu miastu i niewyraźnym zarysom domów. Niemcy
również się nas bali. Nie chodzili otwarcie po mieście, choć nasi
żołnierze w ogóle nie strzelali w ich stronę. Być może gdzieś tam
przechodzili po odsłoniętych miejscach, ale czy w nocy można wszystko
wypatrzyć i czy da się zauważyć, gdzie idą?
Kiedyś mieszkali tu Rosjanie. W czasach pokoju ich życie mijało na pracy
i troskach. Teraz po ulicach miasta chodzili niemieccy żołnierze. Kto by
pomyślał, że będą się tu przechadzać? Co jest tam, dalej, za tymi domami
z brzegu? W których z nich stoją karabiny maszynowe, w których kwateruje
niemiecka piechota? Na pierwszy rzut oka trudno to określić.
Wychodzenie tutaj w każdą noc, by samemu wypatrywać do rana, nie ma
najmniejszego sensu. Leżenie z pustym żołądkiem na ziemi doba za dobą
oznacza, że pojawi się nie tylko apatia i zupełne zobojętnienie na
wszystko, ale i chęć do milczącego sprzeciwu. Nawet żołnierzy wymieniali
w lodowatej piwnicy. A ja byłem tu na specjalnych warunkach. Nie miałem
zmiennika. Nie miałem ochoty, aby co noc wyłazić z piwnicy na górę.
Siedziałem tu nieprzerwanie od miesiąca. Ci z pułku byli zadowoleni, a mi z zimna mózg zaczynał przymarzać do czaszki. Potrzebowali tego, bym
siedział w piwnicy. No więc siedziałem. Rozkazaliście mi, zatem siedzę w lochu.
Gdzieś obok łażą Niemcy. Zebrać by tak niewielką grupkę, pójść i naskoczyć na nich po nocy. Spokojnie można by zająć bez strat parę
domów. A co to da? Odznaczenia dla dowództwa? Taki zryw może mieć różne
finały. Zajęcie domów bez strat i jednego wystrzału, lub... wszyscy padną
pod kulami niemieckiego karabinu maszynowego. Taka zabawa, jak fałszywa
moneta, ma dwie strony. Żeby pójść na pewniaka, trzeba by najpierw
samemu popełznąć z kolegą do miasta. Wybadać wszystko dookoła, dokładnie
wszystko sprawdzić. A komu to potrzebne? Skoro dla Kowaliowa jestem
tylko zatyczką!
Ale oto zaskrzypiał śnieg pod nogami i starszyna wraz z dwoma
żołnierzami wspiął się na górę i podszedł do mnie.
-?Wszystko zrobiłem tak, jak rozkazaliście! Zabitego wynieśliśmy. Kałużę
krwi przysypaliśmy śniegiem.
Z piwnicy wyszło na górę dwóch wartowników. Zmienili mnie i wróciłem na
dół. W piwnicy wezwałem do siebie Mitroszkina, czy, jak mu tam,
Maniaszkina.
-?No więc jak, Matiuszkin! Gadaj, ale już! Jak to było? Za co zabiłeś
swojego kompana?
-?Nie zabiłem.
-?Radzę ci nie kręcić! Gadaj od razu wszystko jak na spowiedzi i nie
plącz się. Będziesz łgać -?zarobisz kulkę. Już tam z ciebie szybciutko
zrobią wroga narodu. Lepiej, braciszku, wykładaj wszystko otwarcie.
Żołnierzowi latały oczy. Trząsł się i próbował wziąć się w garść. Na
koniec zrozumiał, że mogą mu wlepić rozwałkę. Rozstrzelają jako wroga
narodu zgodnie z prawem czasu wojny.
-?Wyście byli krajanie? -?zapytałem.
Chciał coś powiedzieć, ale zaczął się mylić i tylko wybełkotał coś bez
związku. Potem wziął oddech i powiedział:
-?My z jednego rejonu. On pierwszy powiedział, żeby mu strzelać w nogę.
-?A tyś wziął i kropnął go w kałdun?
-?Bardzo się bałem, a on powiedział "Strzelaj!" Strzeliłem, a on od razu
przysiadł. Kiedy trafiłem go w brzuch, bardzo się przestraszyłem.
-?Pewnie wcześniej żeście się ugadali? Ty go w nogę, a on ciebie w rękę.
A dlaczego strzelałeś jako pierwszy? Co, groził ci?
-?Powiedział: "Jak będziesz strzelać jedną ręką?" No, to strzeliłem.
Bałem się, że mnie zabije.
-?A więc tak, Moniaszkin. Trzeba cię będzie odesłać do pułku na rozmowę
ze śledczym. Starszyna, przypilnuj go, a ja zadzwonię do batalionu.
Czegoś takiego się nie ukryje!
-?Strzelający utrzymuje -?powiedziałem do telefonu -?że tamten mu
groził. Bał się, że ten drugi go zabije. Gdzie go trzymać i co z nim
robić?
Kazano mi natychmiast samemu przybyć do batalionu i osobiście dostawić
żołnierza. Bali się, że po drodze żołnierz ucieknie.
-?Zbieraj się! Pójdziesz ze mną do batalionu. Zaczęła się kołomyja.
Starszyna! Daj nam po czystym maskchałacie! A ty nie gadaj tam za dużo.
Mów wszystko, jak było! Bo jak zaczniesz kręcić, to sam się zaprowadzisz
pod ścianę.
Kolejno wydostaliśmy się na górę przez okno w bocznej ścianie. Najpierw
wyszedłem ja, potem on. Na ścieżce zamieniliśmy się miejscami. On
poszedł przodem, ja z tyłu. Odsłonięty i niebezpieczny odcinek ścieżki
pokonaliśmy cicho i bez szwanku. Niemcy nie strzelali. Dowódca pułku
Karamuszko w samookaleczeniu dopatrzył się mojej niesumienności i niedbalstwa. Moja kariera jako dowódcy kompanii od razu się rozsypała.
Na czas nieokreślony zawisłem w powietrzu. Z puku odesłano mnie do
batalionu. Z batalionu ponownie do pułku w celu złożenia wyjaśnień. W pułku przesłuchano mnie i znowu odesłano do batalionu. Generalnie,
łaziłem tam i z powrotem, a oni robili minę, że tak trzeba. Kiedy
pojawiłem się w Żurach, politruk Sawienkow był już we wsi. Chodził
nadęty i strugał wielkiego ważniaka. Zachowywał się tak, jakbym tylko ja
ponosił winę za samookaleczenie, gdyż nie zajmowałem się ludźmi i moralną stroną ich wychowania.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki