Czerwona Seria. Wańka Trep Tom 2 - Aleksander Iljicz Szumilin

Kup ebooka

42.00 zł
35.11 zł (34,81 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 12 -?Wokół Rżewa (grudzień 1941 -?styczeń 1942 roku)

Roz­dział 12 -?Wokół Rżewa (gru­dzień 1941 -?sty­czeń 1942 roku)

Tym razem posta­wili nam zada­nie podej­ścia do wsi nocą z wyko­rzy­sta­niem ciem­no­ści. Pój­ście do ataku z żoł­nie­rzami w nocy to nie­ła­twa sprawa. W ciem­no­ści nie widać, kto gdzie idzie, a kto wtu­lił się w śnieg i leży. Idź ich poszu­kać w ciem­nicy! Spró­buj ich zna­leźć i pod­nieść.

Mogę się ostać przed wsią z garstką żoł­nie­rzy. Co za naród? Wolą leżeć pod hura­ga­no­wym ogniem niż sko­kiem pobiec w kie­runku wio­ski. Oto żoł­nier­ska psy­cho­lo­gia. A może po pro­stu strach? Suk­ces noc­nego ataku polega na szyb­ko­ści. Skok całej kom­pa­nii na wieś. Naj­waż­niej­sze, to dobiec do pierw­szych domów. A tam już pój­dzie. Ale czy żoł­nie­rza prze­ko­nasz słó­wami?

W przeded­niu do kom­pa­nii tra­fiło nowe uzu­peł­nie­nie. Wszy­scy nie­mło­dzi. Wie­dzą, czym żoł­nie­rze zaj­mują się na woj­nie. Różni ludzi­ska. Co mają w gło­wach? Mam setki pytań i ani jed­nej odpo­wie­dzi. Powi­nie­nem z nimi prze­ćwi­czyć nocny atak, roz­sta­wić ich na miej­sca i poga­niać ich parę razy gdzieś na tyłach. Ale czy pozwolą mi ścią­gnąć kom­pa­nię z obrony, w któ­rej leżymy w polu na śniegu?

Poprzed­niego dnia były silne opady śniegu. Ale od dwóch dni z pogodą jest spo­kój. Pod­czas opa­dów Niemcy zacho­wy­wali się nie­spo­koj­nie, wzmoc­nili swoje poste­runki, bez­u­stan­nie strze­lali i bez prze­rwy oświe­tlali przedni skraj rakie­tami. Teraz, kiedy z nieba prze­stał padać śnieg i gdy przy wzlo­cie flary można było zoba­czyć dużą prze­strzeń wokoło, Niemcy nieco się uspo­ko­ili i prze­stali strze­lać.

Przed noc­nym wyj­ściem ze skraju lasu, posta­no­wi­łem roz­dać żoł­nie­rzom czy­ste mask­cha­łaty. Niemcy przy­zwy­cza­ili się, że naszych na linii lasu widzą w sza­rych szy­ne­lach. Do ostat­niej chwili trzy­ma­łem mask­cha­łaty na kom­pa­nij­nej pod­wo­dzie i nie pozwa­la­łem star­szy­nie ich wyda­wać. Dzi­wił się, dla­czego je tam trzy­mam i nikomu nie daję.

Niech Niemcy przy­wykną do sza­ra­wego koloru naszych szy­neli. Białe mask­cha­łaty to dla nich coś nie­ocze­ki­wa­nego. Zasko­czy ich poja­wie­nie się żoł­nie­rzy w ubra­niach masku­ją­cych. W pamięci będą mieć szy­nele, a poja­wia się przed nimi Rosja­nie, wyglą­da­jący zupeł­nie ina­czej. Niemcy mogą pomy­śleć, że pode­szły do nas świeże rezerwy.

Gdy uci­chał strze­la­nina, ze wsi dole­ciał nas przy­tłu­miony gwar gło­sów nie­miec­kich war­tow­ni­ków. Z dużej odle­gło­ści nie można było poznać, o czym mówili. Uwiel­biali sobie poga­dać. Zdaje się, że war­tow­nicy dzień i noc gadali cią­gle to samo. Niemcy zamy­kali usta tylko pod­czas jedze­nia i snu.

W środku nocy żoł­nie­rze nało­żyli mask­cha­łaty i kom­pa­nia zaczęła się prze­miesz­czać do przodu. Posta­no­wi­łem, że nie­wiel­kimi gru­pami skon­cen­tru­jemy się w paro­wie. Żoł­nie­rzy dopro­wa­dzano tam po kolei. Z jaru można było rzu­cić się sko­kiem, dobiec do warzyw­ni­ków i wedrzeć się do wsi.

Począt­kowo wszystko szło dobrze. Do parowu dotar­li­śmy bez hałasu. Wieś była już na wycią­gnię­cie ręki. Pół­gło­sem wydaję komendę:

-?Kom­pa­nia naprzód!

A moi żoł­nie­rzy­ko­wie leżą jak głusi, uwa­lili się głę­biej w śniegu i popa­trują na mnie. Nie mogę pod­no­sić głosu. Niemcy są bli­sko. Żoł­nie­rze cze­kają, żeby ktoś dźwi­gnął się pierw­szy. Wstaję, wycho­dzę z jaru i oglą­dam się do tyłu. Żoł­nie­rze zaczy­nają się poru­szać. Paru ludzi pod­nosi się i idzie za mną. Do warzyw­ni­ków zostało nie­wiele. Idę i cze­kam. Za chwilę Nie­miec nas wypa­trzy i wygar­nie z kara­binu maszy­no­wego. Ciarki idą po ple­cach. Zapiera dech. Idę dalej. I każdy swój krok uwa­żam za ostatni. Jesz­cze krok i śmierć.

Nie chce się umie­rać. Dla­czego muszę iść przed wszyst­kimi swo­imi ludźmi i dawać im przy­kład, spraw­dza­jąc na wła­snym ciele, czy Nie­miec będzie strze­lać, czy nie? Dla­czego mam się wysta­wiać pod kule jako pierw­szy? Dla­czego oni, moi żoł­nie­rze, mają się cho­wać za moimi ple­cami? A potem powie­dzą, że w skła­dzie kom­pa­nii strze­lec­kiej cho­dzili do ataku.

Do wsi zostało dzie­sięć kro­ków. W skro­niach tępymi ude­rze­niami puls wybija ostat­nie sekundy. Zaraz gruchną wystrzały i wszystko może się skoń­czyć. I oto zni­kam w ciem­nej dziu­rze wie­rzei. Za moimi ple­cami ktoś ciężko dyszy. Tak jak prze­wi­dy­wa­łem, to nie­wielka grupa moich żoł­nie­rzy.

W sto­dole jest pusto. Wewnątrz śnieżne zaspy. U góry, z dziury w dachu zwi­sają spod śniegu pasma zbu­twia­łej słomy. Żoł­nie­rze stru­mycz­kiem wle­wają się przez otwarte wrota sto­doły. Nieco się oży­wili, stoją czuj­nie, prze­ły­kają strach i ślinę, ale śmia­ło­ści nie odzy­skali. Są zado­wo­leni, że bez strzału dotarli do sto­doły i dostali się do środka. Stoją zbici w kupę i patrzą na mnie. I znowu wszystko od początku! Dopóki nie wyjdę ze sto­doły, nie zro­bią kroku do przodu i żaden nie ruszy się z miej­sca. Zupeł­nie, jakby tylko mnie jed­nemu była potrzebna ta zawszona wio­cha i cała wojna.

Plu­to­nowi kulą się z tyłu za żoł­nie­rzami. Na fron­cie są tacy cisi i lękliwi, nie to, co na tyłach. Tam są krzy­kliwi, wydzie­rają gar­dła na żoł­nie­rzy, pokrzy­kują, gną im karki. Gdzie się podziała ich żwa­wość?

Co mogę zro­bić sam jeden z pięć­dzie­się­cioma ludźmi? Pocze­kaj­cie, weź­miemy wieś, to ja już was pogo­nię. Będzie­cie ster­czeć u mnie na śniegu. Moi dziad­ko­wie wie­dzą, ile jest warte żoł­nier­skie życie. Ja jestem w kom­pa­nii naj­młod­szy. Nie można krzy­czeć i wyko­py­wać ich ze sto­doły. Cha­łupy, w któ­rych znaj­dują się Niemcy, są bli­sko. Ręką wska­zuję, kto ma gdzie biec, a oni stoją bez ruchu i patrzą na mnie tępo, przy­ci­ska­jąc się do sie­bie.

Lecz wśród nich są i tacy, któ­rzy mają wię­cej śmia­ło­ści. Jest ich nie wię­cej niż pię­ciu. Wyglą­dają przez wie­rzeje sto­doły, ale boją się zro­bić krok na spo­tka­nie śmierci. Co robić? Nie wycią­gnę każ­dego po kolei za rękaw, nie wypchnę ich, nie pod­go­nię kola­nem w zad, nie wyrzucę na zewnątrz za koł­nierz. Stoją i boją się wyjść ze sto­doły.

Oczy­wi­ście potem będą się zachły­sty­wać opo­wie­ściami, jak to sko­kiem wdarli się do wio­ski. Robię dwa kroki w kie­runku sto­ją­cego tłumu, a oni cofają się dwa kroki do tyłu w głąb sto­doły.

-?Co za woj­sko! Kurwa wasza mać! -?wypa­li­łem na głos.

Ruchem ręki przy­wo­łuję pię­ciu naj­bar­dziej roz­gar­nię­tych i wska­zuję im na dwie naj­bliż­sze cha­łupy.

-?Ja i wy weź­miemy te dwa domy. Pozo­stali niech bie­gną dalej w wieś. Żoł­nie­rze na znak zgody kiwają gło­wami.

Oglą­dam się na pozo­sta­łych, kręcę głową i klnę pół­gło­sem, gro­żąc w ich stronę kuła­kiem, po czym sam z tymi pię­cioma wycho­dzę ze sto­doły.

Do naj­bliż­szej chaty jest jeden skok. Pochy­liw­szy się, bie­gniemy po głę­bo­kim śniegu, wyrzu­ca­jąc w górę kolana. A moi żoł­nie­rzy­ko­wie, któ­rzy zostali w sto­dole, nie­zbyt się śpie­szą, za to popa­trują, co będzie z nami dalej.

Obcho­dzimy chatę wzdłuż bocz­nej ściany i Niemcy od razu nas wykry­wają. Zaczy­nają wrzesz­czeć i otwie­rają ogień, pod który wpa­dają ci, któ­rzy jako ostatni wyszli ze sto­doły.

Nas Niemcy już nie widzą, bo prze­su­nę­li­śmy się do przodu i sto­imy pod ścianą. Teraz, gdy prze­ciw­nik otwo­rzył ogień, krzy­czeć i wyda­wać roz­kazy na cały głos mogę rów­nież i ja.

-?Do przodu! -?krzy­czę. -?Pod ściany! Pod cha­łupy! W warzyw­ni­kach wszyst­kich was wybiją! Sko­kami do przodu! Przy­kry­jemy was z erka­emu!

-?Daj no ogieńka! Wal wzdłuż ulicy krót­kimi seriami! -?mówię do żoł­nie­rza.

Wysuwa się zza węgła, patrzy w dół ulicy, kła­dzie się na śniegu, usta­wia erkaem i pro­wa­dzi ogień krót­kimi seriami.

Dzień przed natar­ciem do kom­pa­nii przy­słali ręczny kara­bin maszy­nowy z dwoma dys­kami amu­ni­cji. Puł­kowo powie­dzieli przy tym:

-?Wzmac­niamy cię środ­kami ognio­wymi i dajemy erkaem! Dla­tego wieś ma być zdo­byta za wszelką cenę!

Auto­mat PPSz miał tylko mój ordy­nans. Oto wła­ści­wie całe środki ogniowe. Chrząk­ną­łem pod nosem i powie­dzia­łem:

-?Erkaem i pepe­sza na całą kom­pa­nię to według mnie jakby mało i wy to okre­śla­cie, jako środki ogniowe? Tu bate­ria dział będzie za mało! A wy chce­cie, żebym ja to zro­bił z jed­nym erka­emem? Dwie kom­pa­nie już padły pod Czu­chino. A efek­tów nie ma. Na śniegu przed wsią leżą setki tru­pów. I wy chce­cie, żebym z jed­nym erka­emem brał wieś?

-?Nie jed­nym erka­emem! Masz pół setki ludzi!

-?Pół setki ludzi to jak pół setki nabo­jów. Jeden strzał i nic nie zosta­nie.

Jak zawsze, na początku ataku poja­wiły się nie­ocze­ki­wane trud­no­ści, bo żoł­nie­rze drep­czą w jed­nym miej­scu. Ani my, ani Niemcy nie możemy się zorien­to­wać, po czy­jej stro­nie jest prze­waga. Muszę wraz z żoł­nie­rzami gnać do przodu, bowiem tylko takim manew­rem możemy napę­dzić Niem­com stra­chu lub wywo­łać panikę.

Zadaję sobie pyta­nie. Dla­czego wcze­śniej kom­pa­nie strze­lec­kie nie ata­ko­wały nocą? Dla­czego posy­łano ich na wio­ski w świe­tle dnia, z rana? Nocą można było nie­zau­wa­że­nie wyko­nać skok i wedrzeć się do wsi z mniej­szymi stra­tami. Zapewne wcze­śniej z punktu obser­wa­cyj­nego bata­lionu i pułku chcieli popa­trzeć, jak żoł­nie­rze idą tyra­lierą do ataku.

Żoł­nierz-strze­lec to nie zwia­dowca! Indy­wi­du­alne wyszko­le­nie żoł­nie­rza jest słabe. Idzie do przodu, gdy widzi, że wszy­scy idą. Strach jest wielki. Nocą może się taki poło­żyć i prze­le­żeć gdzieś z boku albo z tyłu, nic nie robiąc. Idzie i roz­gląda się na boki, ogląda się do tyłu. Jest tam ktoś z przodu? Nie nadział się jesz­cze na kule?

Spoj­rza­łem wzdłuż wsi. Sądząc po wszyst­kim, Niem­ców ruszyło i ucie­kli z wio­ski. Spró­buj nie dać dra­paka, kiedy rzu­cają się na cie­bie ruskie Iwany.

Białe mask­cha­łaty pod­kra­dły się jesz­cze do dwóch cha­łup. Wydaję roz­kaz i żoł­nie­rze wysy­pują się na ulicę. Roz­bie­gają się po wsi, a Niemcy dostrze­gli nas i pod­nie­śli krzyk.

To wła­śnie ten moment, gdy roz­pacz­liwy wrzask sieje panikę. Dawno na to cze­ka­li­śmy.

Nie­miec­kie kara­biny maszy­nowe umil­kły. Sły­chać tylko trzask kara­bi­nów. Kom­pa­nia roz­lała się i pocie­kła mię­dzy domami.

Jeden chyży Nie­miec ze stra­chu wpadł na naszego żoł­nie­rza, głową zbił go z nóg i jak osza­lały zakrę­cił się w miej­scu. Gdy Nie­miec ock­nął się po ude­rze­niu, zna­lazł się pod lufą kara­binu dru­giego. Wytrzesz­czyw­szy oczy, nawet nie pod­niósł w górę rąk. Żoł­nierz chwy­cił go za rękaw i pocią­gnął na bok. Nie­miec był bez hełmu, z potar­ga­nymi wło­sami.

Pomimo wymiany ognia kara­bi­no­wego, we wsi nie zna­leź­li­śmy zabi­tych Niem­ców. Żoł­nierz sto­jący koło Niemca obej­rzał się, a Nie­miec gdzieś czmych­nął i znik­nął. Potem żoł­nierz opo­wia­dał:

-?Myśla­łem, że nie było żad­nego Niemca! Ze stra­chu tak mi się wyda­wało! Jestem pierw­szy raz na fron­cie!

A kiedy pod­szedł do niego ten drugi, któ­rego zbiło z nóg, to stało się jasne, że mimo wszystko pozwo­lili Niem­cowi uciec.

Szara mgiełka na nie­bie zaczęła się roz­ja­śniać. Nie liczy­łem na to, że wszystko zakoń­czy się tak lekko i szybko. Oba­wia­łem się, że straty będą duże. Sądzi­łem, że Niemcy tak łatwo nie odda­dzą nam wsi. W kom­pa­nii było jakichś dzie­się­ciu zabi­tych i ran­nych. Strze­la­nina uci­chła. Ostatni ucie­ka­jący Niemcy skryli się w krza­kach.

Drogą z lasu, saniami zaprzę­gnię­tymi w tabo­rową klacz, nad­je­chał kom­pa­nijny star­szyna. Żoł­nie­rze roz­leźli się po domach w poszu­ki­wa­niu jedze­nia. Po jakimś cza­sie poja­wili się na ulicy. U każ­dego ster­czało zza pazu­chy jakieś nie­miec­kie bara­chło.

We wsi, na sto­łach w cha­łu­pach, na pod­ło­dze i na ławach Niemcy zosta­wili chleb, kon­serwy i parę bute­lek sznapsa. Z boku na skórce bochenki chleba miały czte­ro­cy­frowe liczby -?8, 9, 0... Żoł­nie­rze doszli do wnio­sku, że chleb pocho­dzi z wypieku trzy­let­niego.

-?Ty, popatrz! Trzy­letni zapas chleba!

Chleb dawał się łatwo kroić. Na ząb nie był czer­stwy. Puszki kon­serw pocho­dziły z całej Europy. Obok paczki papie­ro­sów i porzu­cone nie­miec­kie koce.

W jed­nej z cha­łup, szta­bo­wej, na stole stała maszyna do pisa­nia, a na pod­ło­dze walały się jakieś papiery. Na sze­ro­kiej ławie pod ścianą stały dwa apa­raty tele­fo­niczne z two­rzywa sztucz­nego. Z oko­pów cią­gnął się do nich cały pęk prze­wo­dów. Zna­leź­li­śmy tutaj stertę ste­ary­no­wych świec w kształ­cie okrą­głych pude­łe­czek ze ster­czą­cymi pośrodku kar­to­no­wymi kno­tami. Czego ci Niemcy nie mieli ze sobą na woj­nie! Tasz­czyli wszel­kie graty i dro­bia­zgi.

Na pod­ło­dze koło stołu ponie­wie­rał się żoł­nier­ski ple­cak. Klapa ple­caka z twar­dej jele­niej skóry. W tym samym miej­scu pod ławą stały wyczysz­czone na błysk buty. Pod­bi­cie w tych butach było tro­chę za małe na naszą ruską łapę. Wielu żoł­nie­rzy łypało na nie okiem, ale nie odwa­żyli się przy­mie­rzać. Na wbi­tym w ścianę gwoź­dziu wisiał auto­mat z zapa­so­wymi maga­zyn­kami peł­nymi nabo­jów. I wresz­cie to, co naj­bar­dziej inter­su­jące, a co wszy­scy roz­dra­pali: na oknie leżała cała sterta nie­miec­kich cza­so­pism z kolo­ro­wymi obraz­kami.

Pod­czas gdy cho­dzi­łem po wsi, wyzna­cza­łem poste­runki i okre­śla­łem odcinki obrony dla każ­dego plu­tonu, w tejże cha­cie w akom­pa­nia­men­cie zło­śli­wych uwag i zgod­nego śmie­chu żoł­nie­rzy odby­wało się lustro­wa­nie nagich nie­miec­kich dam z kolo­ro­wych zdjęć. Na okładce jed­nego z cza­so­pism na pierw­szym pla­nie wid­niał por­tret czło­wieka z wąsi­kiem i kosmy­kiem wło­sów na czole.

Kiedy wsze­dłem do chaty, popa­trzy­łem na foto­gra­fie i prze­czy­ta­łem pod­pis, powie­dzia­łem żoł­nie­rzom:

-?To jest wła­śnie ich Hitler.

Wszy­scy stło­czyli się, by jesz­cze raz na niego popa­trzeć.

-?No, to teraz wiemy, jaki jest ten ichni Hitler.

Żoł­nie­rze cisnęli się, by z cie­ka­wo­ścią przyj­rzeć się nie­miec­kiemu wodzowi w woj­sko­wym mun­du­rze.

-?Patrz­cie, bra­cia! -?zakrzyk­nął któ­ryś. -?On też trzyma rękę za guzi­kiem, pod mary­narką!

Dobrze, że kom­pa­nijny poli­truk prze­padł gdzieś na tyłach pułku i już cały mie­siąc nie poka­zuje się w kom­pa­nii -?pomy­śla­łem. -?Gdyby tak teraz wyszarp­nął z rąk żoł­nie­rzy jedno z cza­so­pism, to miałby wszel­kie dowody i bez­po­śred­nie poszlaki na roz­kład moralny dowódcy kom­pa­nii. Nie wymi­gał­bym się od kontr­re­wo­lu­cji.

Któ­re­muś z żoł­nie­rzy na stro­nach maga­zynu tra­fiły się nagie dziew­częta. Żoł­nie­rze porzu­cili oglą­da­nie führera i od razu zare­cho­tali. Niemki w gru­bym maki­jażu, nacią­ga­jące poń­czo­chy na szczu­płe i wdzięczne nóżki, przy­cią­gnęły ogólną uwagę woja­ków.

Od nie­któ­rych żoł­nie­rzy już zala­ty­wało alko­ho­lem. To oni krzy­czeli i recho­tali naj­gło­śniej ze wszyst­kich.

-?To nie to! -?powie­dział star­szyna, zaj­rzaw­szy do cza­so­pi­sma.

-?Towa­rzy­szu star­szy sier­żan­cie, taką to ani z przodu, ani z tyłu!

-?Widzie­li­ście, bra­cia? U Niem­ców baby dłu­gie i chude!

-?Rze­czy­wi­ście, jak lafi­ryndy!

-?Żeby tak tu była moja Dusia! Wszyst­kie by swoim tył­kiem zakryła! U niej naj­lep­sze jest z tyłu!

Sie­dzia­łem i słu­cha­łem, jak żoł­nie­rze naśmie­wali się z nie­miec­kich dam. Mło­dzi żoł­nie­rze stali nieco z tyłu i przy­słu­chi­wali się. Nie mieli nic do powie­dze­nia. Te sprawy, podob­nie jak wojnę, trzeba pojąć i poczuć w prak­tyce. Dziad­ko­wie o tym i owym wykła­dają otwar­cie. To nie żarty! Nic, tylko strzyc uszami! Zali­czysz szkołę! Poznasz teo­rię życia!

Rozu­mia­łem, że po kolo­sal­nym napię­ciu i stra­chu, żoł­nie­rze się roz­luź­nili. Teraz z każ­dego serca i każ­dego spoj­rze­nia biła świa­do­mość, że zdo­byli wieś i zostali przy życiu. Teraz każdy z nich mógł ode­tchnąć swo­bod­nie, pośmiać się do łez, popi­sy­wać i nawet prze­kli­nać.

Żoł­nie­rze, prze­ry­wa­jąc sobie nawza­jem, zaczęli sypać róż­nymi powie­dzon­kami na temat kobiet. I gdyby nie łącz­nik, który przy­biegł z plu­tonu, roz­mo­wom nie byłoby końca.

Wyda­łem roz­kaz, by zmie­niono ludzi na poste­run­kach, wyda­łem instruk­cje star­szy­nie odno­ście jedze­nia i w towa­rzy­stwie łącz­nika posze­dłem do plu­tonu, który mnie pil­nie wzy­wał. Gdy pod­sze­dłem do cha­łupy, gdzie roz­lo­ko­wał się pod­od­dział, sier­żant zamel­do­wał mi, że Nie­miec, któ­remu pozwo­lili uciec, odna­lazł się w cie­lęt­niku. Czmych­nął w na wpół otwarte drzwi, wbiegł do chlewu i zatknął za sobą sko­bel. Posta­no­wił prze­cze­kać, a potem wydo­stać się nie­zau­wa­że­nie i uciec. Żoł­nie­rze usły­szeli ciche szmery w chle­wie i doszli do wnio­sku, że Niemcy w panice zosta­wili tam wie­przka. Weszli do środka, a tam na kupie nawozu fak­tycz­nie sie­dział cenny okaz.

Popa­trzy­łem na Niemca, który był bez nakry­cia głowy. Zgu­bił gdzieś hełm i fura­żerkę. Kaza­łem sier­żan­towi, by dał mu nie­miecki koc. Niech się Fryc nakryje z głową, bo ina­czej odmrozi uszy. Uprze­dzi­łem rów­nież sier­żanta, by nasi Sło­wia­nie nie wałę­sali się bez celu po wsi.

-?War­tow­nicy na poste­run­kach! Wolna zmiana po domach!

Kazaw­szy łącz­ni­kowi kon­wo­jo­wać jeńca, skie­ro­wa­łem się do cha­łupy szta­bo­wej. Pod­cią­gnięto tam już łącz­ność z bata­lionu i tele­fo­ni­ści grze­bali się już z apa­ra­tem.

Potem tele­fon z bata­lionu. Oczy­wi­ście robiono mi wymówki, że nie zamel­do­wa­łem wcze­śniej przez łącz­nika o zdo­by­ciu wio­ski. Nie po cham­sku, jak zawsze, a nieco deli­kat­niej, choć z wyrzu­tem. Zro­biło mi się lżej na sercu. Nie ocze­ki­wa­łem po nich tak grzecz­nego trak­to­wa­nia. W czter­dzie­stym pierw­szym nie było to w modzie. Byłem zado­wo­lony z cze­goś innego -?że zają­łem wieś przy nie­wiel­kich stra­tach.

Pod wsią pole­gło w śniegu kilka setek żoł­nie­rzy. Nacie­rali przed nami i ponie­śli duże straty. Na prawo od nas ata­ko­wały kom­pa­nie pułku. Przy cięż­kich stra­tach zdo­łały wedrzeć się do wsi Gosti­niewo1. Front obrony Niem­ców pod Sta­ricą został prze­rwany przez sąsied­nią dywi­zję. Zapewne dla­tego Niemcy nie sta­wili nam tutaj zacię­tego oporu.

* * *

Nie­miec był nie­wy­soki, z ciem­nymi, potar­ga­nymi wło­sami. Zapewne nie Aryj­czyk. Nie zna­lazł czasu, aby roz­cze­sać włosy z prze­dział­kiem, jak robili to inni. Nie zdą­żył się umyć i nacią­gnąć fura­żerki na uszy, a tu we wsi wybu­chła bez­ładna strze­la­nina. Nocą wysko­czył na burzę śnieżną i umy­kał, ze stra­chu odcho­dząc od zmy­słów. A prze­cież ran­kiem miał zamiar dopro­wa­dzić się do porządku. No pew­nie! Miał ruszać w drogę.

Teraz sie­dział na ławie i wier­cił się nie­spo­koj­nie. Na pyta­nia odpo­wia­dał z pośpie­chem, nie zasta­na­wia­jąc się nad swo­imi odpo­wie­dziami. Czuło się, że dostaw­szy się do nie­woli, w żaden spo­sób nie mógł dojść do sie­bie i oswoić się ze swą obecną sytu­acją. Nazwi­sko, imię, rok i miej­sce uro­dze­nia wyrzu­cił z sie­bie jed­nym tchem. Miał około dwu­dzie­stu lat.

Wszystko szło dobrze i gładko. Lecz gdy zapy­ta­łem go o rodzinę, Nie­miec nagle zamru­gał oczami, załkał żało­śnie i nie mógł usie­dzieć w miej­scu. Ryczał praw­dzi­wie i cał­kiem natu­ral­nie. Pła­kał z całego serca. Po policz­kach spły­wały mu wiel­kie łzy. Zano­sił się od pła­czu, poma­ga­jąc sobie piskli­wym gło­sem.

Chciał coś powie­dzieć, wymam­ro­tał kilka nie­zro­zu­mia­łych słów, załkał parę razy i roz­be­czał się z nową siłą.

Moi żoł­nie­rze patrzyli i wzru­szali ramio­nami. Byli zdzi­wieni, a nawet zmie­szani. Teraz spo­zie­rali na niego wyro­zu­miale i wręcz się uśmie­chali. Doro­sły chłop, a beczy jak baba. Patrzyli na niego, chrzą­kali i nie mogli uwie­rzyć.

-?Towa­rzy­szu porucz­niku! Po co on ryczy?

Odcze­ka­łem, aż Nie­miec nieco się uspo­koi i zdoła wydu­sić choć parę skład­nych słów. Wtedy będzie można go zapy­tać, dla­czego wła­ści­wie pła­cze.

Pro­wa­dząc go tutaj, nasi go nie kopali, nie sztur­chali pod żebro kolbą, nie bili. U nas w ogóle nie było przy­jęte, by znę­cać się nad jeń­cami. Można rzec, iż nasi żoł­nie­rze trak­to­wali jeń­ców z sza­cun­kiem, jak ludzi. Bywały przy­padki, że pod­czas kon­wo­jo­wa­nia wzię­tego do nie­woli, gdzieś tam na tyłach wybie­gali zza fur­ma­nek woź­nice i inni tyłow­nicy i w unie­sie­niu zama­chi­wali się na Niemca, chwa­ląc się koleż­kom swoją zręcz­no­ścią i patrio­tycz­nymi uczu­ciami.

-?Cof­nąć się, ale już! -?kon­wo­jent odga­niał ich lufą kara­binu. -?Rusz się na pierw­szą linię i złap sobie jeńca, a potem się pchaj! Ten nie twój! Patrz­cie no, jaki szybki! Szczur tyłowy!

Nie zna­li­śmy przy­czyny, dla któ­rej Nie­miec roz­pa­czał. Ale oto nieco się uspo­koił, patrzy mi żało­śnie w oczy i prosi mnie, żeby go wypu­ścić.

-?Dokąd wypu­ścić? Do toa­lety? -?pytam.

-?Nein, nein... Tam, do Niem­ców! Nach Hause! Mam urlop!

I czym prę­dzej wyciąga z kie­szeni na piersi mun­duru swoje Urlaubs­schein2.

-?O, tu! -?poka­zuje pal­cem na papie­rek. Od sze­ściu mie­sięcy jestem na fron­cie wschod­nim. Należy mi się urlop. Wczo­raj dosta­łem doku­menty. Muszę jechać do domu! Jestem zmę­czony. Ver­ste­hen Sie?

-?Rozu­miem! Rozu­miem! -?odpo­wia­da­łem. -?Müde! Ver­ste­hen!

-?Co on gada, towa­rzy­szu porucz­niku? -?pytali żoł­nie­rze.

-?Prosi, żeby­śmy go wypu­ścili. Musi jechać do domu! Ma urlop. Powi­nien jechać do Nie­miec.

Żoł­nie­rze, usły­szaw­szy powód lamentu, chwy­cili się za brzu­chy i jak jeden mąż zato­czyli się ze śmie­chu. Śmiali się szcze­rze, do łez. Nie­miec pła­cze ze zde­ner­wo­wa­nia, a oni ze śmie­chu.

-?Ale numer! -?wielu zary­ki­wało się tak, że chwy­tała ich kolka.

Nie­miec naj­wi­docz­niej pojął, że prze­tłu­ma­czy­łem jego prośbę żoł­nie­rzom. Popa­trzył na nich i znowu się roz­pła­kał. Żoł­nie­rzom łzy ście­kały po policz­kach. Wszy­scy pła­kali. I rżeli, jak konie.

-?Ale jaja! No, to nas uba­wił! Gad jeden, wszyst­kich do łez dopro­wa­dził!

Nie­miec obrzu­cił wszyst­kich uważ­nym spoj­rze­niem i ponow­nie się roz­ry­czał.

-?Towa­rzy­szu porucz­niku! Zabierz­cie go stąd! Wszyst­kich nas tru­pem położy na pod­ło­dze!

-?Patrz, żebyś w gacie nie naro­bił! -?dorzu­cił drugi.

-?Jak to się mogło stać?

-?Mamu­siu... już nie mogę!

-?Zapy­taj­cie go... -?i żoł­nierz walił się na wznak i tur­lał się po pod­ło­dze -?dokąd on to ma jechać?

I znowu przy wtó­rze ryku żoł­nier­skich gar­deł i pła­czu Niemca, wszy­scy, któ­rzy sie­dzieli na ławie, pospa­dali na pod­łogę.

-?Ależ dzio­nek! Gor­szego nie wymy­ślisz! Po czymś takim i śmierć nie­straszna!

-?Dzięki ci za to! Ale mnie roz­ba­wił! Daj­cie mi go poca­ło­wać!

Namięt­no­ści powoli opa­dły. Ofuk­ną­łem Niemca, by w końcu prze­stał wyć i zada­łem mu pyta­nie:

-?Powiedz­cie, pro­szę, kiedy to mie­li­ście jechać na urlop?

-?Co wy tam mu mówi­cie, towa­rzy­szu porucz­niku?

-?Pyta­łem, kiedy chce poje­chać na urlop do domu.

-?A on co na to?

-?Mówi, że poje­dzie dzi­siaj. I że powin­ni­śmy go natych­miast wypu­ścić.

Żoł­nie­rze, usły­szaw­szy tłu­ma­cze­nie, zgod­nie ryk­nęli śmie­chem.

-?Źle zapy­ta­łem -?powie­dzia­łem. -?Chcia­łem zapy­tać, dokąd powi­nien jechać.

Po moim ostat­nim zda­niu Nie­miec wyraź­nie powe­se­lał. A żoł­nie­rze, to jeden, to drugi, nie­ocze­ki­wa­nie zaczęli par­skać. Któ­ryś nie wytrzy­mał i znowu zanie­śli się śmie­chem.

Na koniec, po uści­śle­niu za pomocą sze­regu pytań, sprawę wyja­śniono. Nie­miec zdał swoją broń, poże­gnał się z przy­ja­ciółmi i wypił z nimi na drogę.

-?Na pewno chce się wyro­bić do swo­jej dłu­giej i chu­dej Frau! - powie­dział któ­ryś z żoł­nie­rzy.

-?Frau! Frau! -?Nie­miec poki­wał rado­śnie głową.

-?Teraz, Frycu, masz inny urlop! Do samego końca wojny!

-?Oto człek szczę­śliwy -?dodał ktoś. -?Po woj­nie wróci do domu. A my?

Nie­miec opo­wie­dział ocho­czo, że ich 252 Dywi­zja Pie­choty3 cof­nęła się tu spod Kali­nina. Tu, na rubieży Sta­ricy ich bata­lion sape­rów miał wyko­pać tran­szeje na pełen pro­fil. W bata­lionie znaj­do­wał się przed­sta­wi­ciel z dywi­zji, który miał ode­brać od nich wyko­naną pracę. Jeśli Herr Offi­zier też jest w nie­woli u Rosjan, to może potwier­dzić, iż Niem­cowi należy się urlop4.

* * *

Wkrótce wypchnęli nas ze wsi i kazali ści­gać Niem­ców. Zda­li­śmy jeńca i ruszy­li­śmy do przodu. Zawczasu trudno było okre­ślić, po któ­rej z dróg cofała się nie­miecka pie­chota. Niemcy regu­lar­nie odśnie­żali przy­fron­towe szlaki i obsta­wiali je tycz­kami z wiąz­kami słomy.

Dzień i noc szli­śmy za wyco­fu­ją­cymi się Niem­cami i przy podej­ściu do Rżewa zmie­niła nas inna kom­pa­nia. Poszła do przodu, skrę­ca­jąc ostro na prawo, ja zaś wraz z moją mia­łem iść w ślad za nimi.

Nie byli­śmy już w skła­dzie 31 Armii. Dywi­zję włą­czono do 39 Armii, która nacie­rała na prawo od Rżewa. Od jed­nej wio­ski do dru­giej szli­śmy za saniami i pod­wo­dami. Prze­cho­dzi­li­śmy przez wsie zupeł­nie nie tknięte wojną.

W jed­nej z nich któ­re­goś razu kom­pa­nia wraz z tabo­rami sta­nęła na noc­leg. Wezwał mnie szef sztabu pułku i mogłem rzu­cić okiem na mapę rejonu. Puł­kowi dogo­nili nas drogą wła­śnie w owej wsi. Przy­glą­da­jąc się mapie, zauwa­ży­łem, że drugą dobę obcho­dzimy od pół­nocy mia­sto Rżew.

Nie posia­da­łem mapy z trasą prze­mar­szu. Powie­dziano mi, żebym zapa­mię­tał mar­szrutę w gło­wie. Punk­tem wyj­ścio­wym dla dal­szego ruchu był prawy brzeg Wołgi. Nie­stety na brzegu rzeki nie było cha­rak­te­ry­stycz­nych punk­tów tere­no­wych i pośród zaśnie­żo­nych rów­nin i zasp trudno było okre­ślić, w któ­rym miej­scu się znaj­do­wa­li­śmy.

W tych zaśnie­żo­nych prze­stwo­rach, w nie do końca jasnej sytu­acji, kiedy to nie wiesz, gdzie są Niemcy, a gdzie ty, nie mając mapy oko­licy i nie wie­dząc, w którą stronę w danej chwilki powi­nie­neś się kie­ro­wać, utrzy­ma­nie zada­nego kie­runku jest trudne. Idąca przed nami kom­pa­nia zastą­piła nas jako osłona tabo­rów, a ja z moimi ludźmi wysu­ną­łem się do przodu. Sze­dłem na czuja, kie­ru­jąc się pamię­cią i kom­pa­sem i sta­ra­łem się utrzy­mać poczu­cie czasu.

Na każ­dym roz­staju dróg, na każ­dym ostrym zakrę­cie musia­łem się zatrzy­my­wać i ana­li­zo­wać prze­bytą drogę. Nie myśla­łem wtedy, że logiczna nitka drogi może przy­pad­kowo lub nagle się zerwać.

Wyszli­śmy z lasu i skrę­ci­li­śmy na drogę. Po tam­tej stro­nie duktu - zaśnie­żone pole i rzad­kie, pokryte szro­nem krzewy. Z przodu - roz­wi­dle­nie dróg. Zatrzy­ma­łem się, żoł­nie­rze poło­żyli się na śniegu. Posła­łem do tyłu dwóch łącz­ni­ków, aby uści­ślić, po któ­rej dro­dze mam się poru­szać. Wró­cili po jakimś cza­sie. Roz­ka­zano mi kie­ro­wać się bar­dziej na prawo i prze­miesz­czać się w kie­runku sta­cji Czer­to­lino.

Gdy kom­pa­nia obe­szła kilka wsi po zaśnie­żo­nym kory­cie rzeki Siszki i wspięła się na pagó­rek, przy podej­ściu do jakiejś wsi ostrze­lali nas Niemcy. Zale­gli­śmy po obu stro­nach drogi i po krót­kim roz­po­zna­niu posła­łem w tył dwóch żoł­nie­rzy z mel­dun­kiem. Pro­si­łem, aby do kom­pa­nii dostar­czono zaprzęg konny z dział­kiem kali­bru 45 mm.

Zaprzęg dotarł. Działko wyto­czono na wzgó­rek. Zaszcze­kało trzy razy po wsi. Oka­zało się, że to wystar­czy. Niemcy roz­bie­gli się w różne strony. Prze­ma­sze­ro­wa­li­śmy po wiej­skiej uliczce, wyszli­śmy za płot i, skrę­ciw­szy ostro na połu­dnie, poszli­śmy w kie­runku sta­cji Czer­to­lino.

Odnio­słem wra­że­nie, iż w owej chwili prze­rwa­li­śmy nie­miecki front i zacho­dzimy im na tyły. Poza nie­tknię­tym bia­łym śnie­giem, przed nami nie było nic widać. Prze­szli­śmy wieś i zna­leź­li­śmy się w stre­fie nie­mieckich szla­ków zimo­wych. Wokół pano­wała abso­lutna cisza.

W ślad za naszą kom­pa­nią, drogą pocią­gnęły rów­nież inne pod­od­działy. Na podej­ściach do wsi, gdzie strze­la­li­śmy z działa, tabory utknęły gdzieś pod­czas prze­jazdu przez głę­boki parów.

Nad ranem, ze względu na fakt, iż nie spa­li­śmy trzy doby, zmie­niła nas druga kom­pa­nia strze­lecka. Prze­no­co­wa­li­śmy w jakiejś wio­sce i ran­kiem ruszy­li­śmy dalej w ślad za kom­pa­niami naszego pułku. 119 dywi­zja wcho­dziła na głę­bo­kie tyły Niem­ców.

Szli­śmy przez strefę zupeł­nie nie­tkniętą przez wojnę. Na drogę na spo­tka­nie wybie­gały nam dzie­ciaki. W drzwiach domostw stały baby i młode żonki, przy­tu­lone do futryn. Obrzu­cały spoj­rze­niem żoł­nie­rzy­ków i popra­wiały śpiesz­nie narzu­cone chustki.

W nie­któ­rych wsiach wie­dzieli o woj­nie, lecz ani razu nie widzieli Niem­ców. A tu znowu przy­szli nasi! Życie wokół było spo­kojne, ciche, pozba­wione trosk. Cały szlak do Sziz­die­rowa poko­na­li­śmy bez jed­nego strzału. Naszym zada­niem było zaję­cie obrony w tym rejo­nie, pod­czas gdy inne bata­liony poszły dalej w kie­runku mia­sta Bie­łyj5.

Cały szlak do mia­sta Bie­łyj nasza dywi­zja prze­szła nie napo­ty­ka­jąc na nie­miecki opór. Na dro­gach nie­rzadko spo­ty­kało się chło­pów. Jeden jechał z lasu z drew­nem, innego wiózł chłop­ski konik cią­gnący siano, pozo­sta­wione od jesieni w sto­gach gdzieś na polu. Wszę­dzie od wcze­snego rana dymiły kominy pie­ców. Pach­niało świeżo upie­czo­nym chle­bem, kiszoną kapu­stą i samo­go­nem. Zapo­mniani przez wszyst­kich i odcięci od wojny i świata, ludzie żyli tutaj swymi spra­wami i bez­tro­skim bytem. Tutaj, w śniegi nie do prze­by­cia, Niemcy nie zaglą­dali. Kobiety nosiły na koro­my­słach drew­niane cebrzyki z lodo­watą woda ze studni. Bydło muczało, kury gda­kały, chrzą­kały pro­siaki, piały koguty i szcze­kały psy.

Nie można powie­dzieć, by na twa­rzach rumia­nych i mło­dych kobie­tek malo­wała się roz­pacz­liwa tęsk­nota. U wielu z nich mężo­wie sie­dzieli w domu, na gospo­dar­stwie. A te, do któ­rych mężo­wie nie wró­cili jesie­nią, urzą­dzały się z mło­dymi, jak to tutaj mówią, "nie­ślub­nymi". Wielu zawo­do­wych ofi­ce­rów i żoł­nie­rzy, któ­rzy dostali się w okrą­że­nie, począt­kowo tułało się po lasach. Potem, stop­niowo prze­miesz­cza­jąc się za Niem­cami na wschód, osia­dali w odle­głych i leżą­cych w lasach wio­skach. Niektó­rzy prze­do­sta­wali się w pobliże rodzin­nych stron, wielu docie­rało do swo­ich domów.

Wdówki i młode żonki wybie­rały robot­ni­ków i kumów, przyj­mo­wały ich do domów. Ci miesz­kali, pra­co­wali, krzą­tali się, ale gospo­da­rzami w domu nie byli. Gospo­dyni w każ­dej chwili mogła odmó­wić robot­ni­kowi jedze­nia, pościeli i noc­legu. Zasada pry­wat­nej wła­sno­ści rzą­dziła tu na całego. Ja jestem gospo­da­rzem! A ty jesteś moim najem­nym robot­ni­kiem! Znaj swoje miej­sce! I żyj wedle moich zasad. Za twoje żar­cie wezmę dwóch. I będą jesz­cze wdzięczni i zado­wo­leni. A ty masze­ruj i poszu­kaj sobie miej­sca.

Kwitł tutaj bez­li­to­sny rynek siły robo­czej. Na pra­cow­ni­ków najem­nych nie patrzono jak na ludzi, a jak na nie­wol­ni­ków i bydło. Nie­któ­rzy z gospo­da­rzy mieli po pię­ciu, sze­ściu parob­ków. Przy­go­to­wy­wali zapasy drewna w lesie, budo­wali młyny, roz­pro­wa­dzali tabuny koni i stada owiec i krów.

Jak powia­dał Marks, trzy­mało się to na war­to­ści doda­nej. Gospo­da­rze wyko­rzy­sty­wali nie­szczę­ście i biedę bez­dom­nych włó­czę­gów i żoł­nie­rzy bez zaję­cia. Pra­co­wali za skórkę chleba i skromną miskę cien­kiej polewki i można ich było zmu­sić do zgi­na­nia karku od świtu do nocy. Przy­po­mnieli mi się żoł­nie­rze Łuko­nina, któ­rych zosta­wił w okrą­że­niu. Prze­cież oni też gdzieś robią za parob­ków u gospo­da­rzy. Wspo­mnia­łem też chłopa sto­ją­cego na ganku, kiedy się cofa­li­śmy. W swym cwa­nym łebku już wtedy z grub­sza obli­czał, ilu sobie wziąć parob­ków, jeśli żoł­nie­rze zostaną we wsi. Chciwy był tu naro­dek.

Z nadej­ściem zimy zbie­gli żoł­nie­rze i okru­żeńcy posta­rali się o to, by pozbyć się swo­ich mun­du­rów woj­sko­wych. Teraz para­do­wali w wiej­skich kapo­tach prze­wią­za­nych sznur­kiem. Na nogach mieli onuce i łap­cie. Jedni zapra­co­wali na ochę­dó­stwo i obu­wie, inni wymie­nili za całe kirzowe buty. Gospo­da­rza od razu można było poznać. Nosił tułup i nową wato­waną kapotę. Na nogach mocne walonki, odzież nie­wy­tarta i bez łat. Koły­sząc się, prze­cha­dzał się leni­wie po wsi, trzy­mał się dostoj­nie i był pewien, że Niemcy go nie tkną. Nie śpie­szył się, nie krzą­tał, nie prze­bie­rał gorącz­kowo nogami i nikomu się nie kła­niał, gdy scho­dził z ganku na drogę. A "nie­ślubni" i parob­ko­wie krę­cili się po wsi nie­pew­nie i w pośpie­chu, czę­sto z obawą.

Popa­trzy­łem na tych zdro­wych mło­dzia­nów i chło­pów, a w myślach wyobra­ża­łem sobie, że można by nimi w pełni ukom­ple­to­wać nasze kom­pa­nie. W tych, któ­rzy zdą­żyli zapu­ścić dłu­gie włosy i brody, wciąż dało się roz­po­znać mło­dych i sil­nych ludzi.

W kom­pa­niach mie­li­śmy mało żoł­nie­rzy. Twarz jest zwier­cia­dłem ludz­kiej duszy. Spoj­rzysz w nią i od razu widzisz, czy czło­wiek jest posu­nięty w latach, czy też to mło­dzie­niec z brodą i dłu­gimi wło­sami. Nasi, choć sta­rawi, to prze­szli wojnę, śmierć i ogień na pierw­szej linii i każdy z nich był wart wię­cej niż nie­ostrze­lany zdrowy chło­pek czy mło­kos. Tacy byli, ci nasi kom­pa­nijni dziad­ko­wie, pomarsz­czeni i na oko sła­bo­wici. Zaro­śnięci i nie­ogo­leni, być może byli słabsi fizycz­nie, lecz za to byli twar­dzi i silni duchem. A ci mło­dzi i zdrowi, silni z wyglądu, byli tchó­rzami.

Życie spra­wia, że czło­wiek staje się taki czy inny. Dostań się w okrą­że­nie, poga­niaj z wio­ski do wio­ski na pra­wach parobka, gdy za tobą, jak za zają­cem, węszy psiar­nia nie­miec­kich poli­ca­jów. Od takiego życia stra­cisz nie tylko ducha, ale i rozum.

-?Wojo­wać za ojczy­znę, to dane od Boga! -?mówili mi moi dziad­ko­wie. - Raz stchó­rzymy. A gdzie indziej dwa razy weź­miemy, co nasze. Bez lęku i stra­chu się nie da -?nie będzie odwagi. Potem czu­jesz, żeś winien, że nie­po­trzeb­nie stchó­rzy­łeś i leziesz prze­bo­jem. Wtedy i śmierć nie­straszna. Kiedy żeś świa­dom swej winy, to napie­rasz na całego!

Pro­sty nie­pi­śmienny żoł­nierz nie zawsze potra­fił wyra­zić słó­wami swoją filo­zo­fię. Ale każdy miał ją w sobie. Idą wszy­scy, idzie i on. Ważne, żeby zna­lazł się taki, który pój­dzie pierw­szy. Na woj­nie to zło­żone poję­cia. Nie­po­jęte są postępki rosyj­skiego żoł­nierza!

* * *

Dziś mamy 3 stycz­nia6. W kom­pa­nii nie­ocze­ki­wa­nie poja­wia się Sawien­kow. Wsiąkł na cały mie­siąc, a teraz się poka­zał, jakby ni­gdy nic. Teraz idzie z przodu. Wykom­bi­no­wał, że kom­pa­nię mogą zosta­wić we wsi i wtedy zdąży nawią­zać fachowe sto­sunki z miej­sco­wymi. Za parą szkla­nek samo­gonu na stole może się poja­wić miska solo­nych ogór­ków, żeliwny gar goto­wa­nych ziem­nia­ków, kiszona kapu­sta i, zanim się obej­rzysz, sło­nina.

Dzień miał się ku koń­cowi. Na noc kom­pa­nia sta­nie gdzieś we wsi. Trzeba tylko wybrać bogat­szy dom, myślał Sawien­kow. Z gościnną gospo­dy­nią. Żoł­nie­rzy umie­ścimy osobno, w innej cha­łu­pie. Wykal­ku­lo­wał, że musi wziąć gospo­dar­stwo w swoje ręce, a porucz­nik niech kie­ruje służbą war­tow­ni­czą.

Tyły dywi­zji zostały odcięte. Gdy czo­łowe pod­od­działy prze­szły przez głę­boki parów przed tą samą wsią, gdzie trzy­krot­nie wystrze­liła czter­dziest­ka­piątka, tyłow­nicy z tabo­rami ugrzęźli do nocy. I kiedy tabo­ryci ze swo­imi kla­czami wydo­stali się na górę, Niemcy ude­rzyli z dwóch stron i zamknęli wyłom tuż przed ich nosem.

Jed­no­cze­śnie zostało prze­rwane zaopa­trze­nie pod­od­dzia­łów bojo­wych naszej jed­nostki. Nie było czym kar­mić ludzi, puł­kowe kuch­nie goto­wały wodę i żoł­nie­rze mogli pędzić wyłącz­nie her­batę.

Po jakimś cza­sie miej­scową lud­ność obcią­żono natu­ral­nym podat­kiem. W menaż­kach poja­wiły się ziem­niaki i kapu­sta, zapra­wiona żyt­nią mąką. Mięso i sło­nina roz­cho­dziły się wyż­szymi kana­łami.

Idziemy drogą, a hory­zont stop­niowo zaczyna ciem­nieć. Droga ostro skręca, wcho­dzimy na pagó­rek i w dole przed nami uka­zuje się wio­ska. Na razie jed­nak nie ma roz­kazu, by kom­pa­nia zatrzy­mała się tam na noc­leg. Mijamy ostat­nią chatę, odpro­wa­dza­jąc ja zamy­ślo­nym spoj­rze­niem.

Idę w mil­cze­niu. Nie mam chęci na roz­mowy z Sawien­ko­wem. Już dawno się od niego odzwy­cza­iłem. Gdy dogo­nił kom­pa­nię i przy­wi­tał się ze mną, zamiast odpo­wie­dzieć na powi­ta­nie, zapy­ta­łem go:

-?Byłeś na kur­sach dla awan­so­wa­nych? Myśla­łem, że poja­wisz się w kom­pa­nii co naj­mniej jako kapi­tan.

-?Ty znowu swoje? Nie zapo­mi­naj, że pole­cono mi, abym ci się przy­glą­dał. Nie twoja sprawa, gdzie i ile czasu byłem.

-?Wypeł­nia­łeś misję spe­cjalną? Dowódca plu­tonu łącz­no­ści mówił mi, że przez cały czas prze­sia­dy­wa­łeś u nich. Sądzi­łem, że prze­nie­śli cię do łącz­no­ści.

-?Cho­dze­nie do ataku to twoja robota. Po to jesteś porucz­ni­kiem. A moje zaję­cie to patrzeć, czy cze­goś nie­po­trzeb­nie nie wykrę­cisz. I umówmy się na przy­szłość, że to, gdzie sie­dzia­łem i ile czasu tam byłem, to nie twoja sprawa. Zamel­duję na czas, jeśli zbie­rasz się do przej­ścia do Niem­ców.

Kom­pa­nia idzie dalej drogą, a my upar­cie mil­czymy. Za zagaj­ni­kiem spoza pagórka ponow­nie wyj­rzały dachy.

Wyobra­zi­łem sobie, jak po lek­kiej popi­ja­wie i syt­nym żar­ciu, położy się na wiej­skim skrzy­pią­cym łóżku i miło się zdrzem­nie. Dla Sawien­kowa naj­waż­niej­sze jest jego wła­sne życie. Cała reszta dla niego nie ist­nieje. Ataki, ostrzały, zabici i ranni to moja sprawa. A on, Sawien­kow, nie może zgi­nąć. Nie był w sta­nie znieść ostrza­łów z dział. Przy świ­ście kul i wyciu poci­sków coś mu pękało w środku.

Sawien­kow posta­no­wił, że napi­sze raport o dowódcy kom­pa­nii, aby mu nie ufano. Jeśli ten zacznie obwi­niać jego, Sawien­kowa, to mu nie uwie­rzą.

Przez mie­siąc w kom­pa­nii czte­ro­krot­nie cał­ko­wi­cie odno­wiono skład oso­bowy. Można przy­jąć, że to trzy -?cztery setki ludzi. Z tych, któ­rych Sawien­kow wypra­wiał zza Wołgi do Pod­du­bia, nie został przy życiu ani jeden. Wycho­dzi na to, że ci, któ­rzy są tu teraz, pole­gną w ciągu dwóch tygo­dni. Świad­ków w ogóle nie będzie. Żoł­nie­rzy Sawien­kow się nie wsty­dzi. Oni go nie znają. A jeśli porucz­nik coś gada, to wyłącz­nie z zemsty i zawi­ści.

Tym­cza­sem z tyłu dał się sły­szeć dono­śny głos:

-?Ej, uwa­żaj!

Odwró­ci­łem się i dostrze­głem, że pędzi na nas koń z lek­kimi saniami. Drogą z pełną pręd­ko­ścią toczył się woź­nica z dwoma pasa­że­rami, ubra­nymi w nowe pół­ko­żuszki z wyło­gami futrem na zewnątrz.

Żoł­nie­rze zeszli z drogi i sta­nęli na pobo­czu. W saniach sie­działo dowódz­two naszego pułku. Malo­wane sanie na wąskich sta­lo­wych pło­zach, poskrzy­pu­jąc prze­mknęły obok. Obsy­pały żoł­nie­rzy wzbi­tym śnież­nym pyłem i znik­nęły za zakrę­tem. Tu, na tych zaśnie­żo­nych prze­stwo­rach, nie sły­chać ani wystrza­łów, ani świ­stu kul. Wszy­scy wyfru­nęli ze swo­ich kry­jó­wek i poto­czyli się, prze­ga­nia­jąc swo­ich żoł­nie­rzy. Patrz­cie no, żoł­nie­rzyki, sam wasz dowódca pułku z przodu!

Lecz gdy wyszli­śmy na pro­stą, lek­kie saneczki nagle przy­ha­mo­wały i jeden z jadą­cych zama­chał do mnie ręką. Pod­bie­głem, by zoba­czyć, co się stało.

Sawien­kow nie sły­szał, o czym mówiło mi puł­kowe naczal­stwo. Kiw­ną­łem głową, a sanie ruszyły z miej­sca i kłu­sem pomknęły gdzieś przed sie­bie.

Sawien­kow nie pytał, o czym roz­ma­wia­li­śmy. Chciał spra­wić wra­że­nie, że wie, iż nie mogli mi powie­dzieć niczego spe­cjal­nego.

Jed­nak kiedy kom­pa­nia pode­szła do roz­wi­dle­nia dróg i jedna z nich skrę­ciła w stronę wio­ski, a druga zaparła się w zaśnie­żony pagó­rek, Sawien­kow zro­zu­miał, że żoł­nie­rzy nie poślą na postój we wsi. Na wzgórku stał pusty budy­nek szkolny. Wszyst­kie jego myśli o porząd­nej gospo­dyni, syt­nym jedze­niu i cie­płej cha­łu­pie od razu legły w gru­zach. Zro­zu­miał, że w pustej wiej­skiej szkole nie nacie­szy się jedze­niem. Zde­ner­wo­wał się i roz­zło­ścił.

Pozo­sta­nie pod jed­nym dachem z żoł­nie­rzami ozna­cza, że poza cho­chlą męt­nej bałandy, jemu oso­bi­ście nic nie przy­pad­nie. Na oczach żoł­nie­rzy nie nale­jesz sobie podwój­nej por­cji, nawet jeśli star­szyna na to pój­dzie. A ten idiota, porucz­nik, może przy­wo­łać cię do porządku. W gło­wie ma tylko spra­wie­dli­wość.

Porucz­nik zaraz pośle star­szynę do bata­lionu po pro­wiant. Sawien­kow zaklął ze zło­ścią i popa­trzył na drew­nianą pod­łogę, gdzie w rogu zosta­wiono mu miej­sce do spa­nia na gołych deskach.

Dowódca kom­pa­nii wysta­wił warty, wyzna­czył roz­pro­wa­dza­ją­cego, poin­stru­ował żoł­nie­rzy na wypa­dek alarmu i nie cze­ka­jąc na powrót star­szyny, poło­żył się pod ścianą na deskach pod­łogi i zapadł w sen.

Nikt z miej­sco­wych nie miesz­kał na tere­nie szkoły. Okna i drzwi były poza­bi­jane. Sawien­kow pokrę­cił się w miej­scu, podra­pał w tył głowy, raz jesz­cze popa­trzył na pod­łogę i nie­chęt­nie zaczął ukła­dać się do snu.

W sali lek­cyj­nej było zimno, wil­gotno i leżał kurz. Ławek w całej szkole nie było. Kie­dyś wynie­siono je i zło­żono w sto­dole.

Uprze­dzi­łem żoł­nie­rzy, aby do roz­pa­la­nia pie­ców nie ważyli się uży­wać ksią­żek i szkol­nych ławek. Obok szkoły nie było zapasu drew, więc w pierw­szą noc nie było prak­tycz­nie niczego, czym można by napa­lić.

Wiele żeśmy prze­szli po dro­gach wojny. Żoł­nie­rze byli zmę­czeni, stło­czyli się w gro­madkę i zasnęli na pod­ło­dze. W pomiesz­cze­niu pach­niało wszyst­kim -?i ple­śnią, i wil­go­cią, i zatę­chłymi żoł­nier­skimi onu­cami i mokrymi zno­szo­nymi walon­kami.

Ran­kiem, gdy już zaczęło świ­tać, wysze­dłem na ganek, aby pood­dy­chać świe­żym mroź­nym powie­trzem. Nie przy­wy­kli­śmy do cięż­kiego zadu­chu. Masze­ro­wa­li­śmy, wal­czy­li­śmy, umie­ra­li­śmy i spa­li­śmy na śniegu. Na ganek wycią­gnęło mnie przy­zwy­cza­je­nie, by przez cały czas być na świe­żym powie­trzu.

Star­szy sier­żant i dwóch żoł­nie­rzy ruszyło do sto­doły, gdzie zna­leźli kilka żela­znych łóżek. Zamiast mate­ra­ców, uło­żyli na nich deski.

-?Zdo­bę­dziemy słomę, to będziemy leżeć miękko i wygod­nie! -?powie­dział star­szyna, cią­gnąc łóżka do oddziel­nego pomiesz­cze­nia.

Ja sta­łem i zasta­na­wia­łem się, czy aby jutro znowu nie przyj­dzie nam masze­ro­wać dalej. Po co wozić się z meta­lo­wymi łóż­kami? Jakby nie można się obejść i bez nich.

Star­szyna i żoł­nie­rze upie­rali się przy swoim:

-?Choć na jedną noc! Co się będzie­cie z nami walać po pod­ło­dze w jed­nej sali?

-?Niech będzie! Sta­wiaj­cie łózka! Przy­no­ście słomy!

Star­szyna odwie­dził puł­kowe tyły, wziął konia i wraz z żoł­nie­rzami nawiózł drew i wóz słomy. Zasłali nam łóżka, a w żoł­nier­skiej sali wymo­ścili pod­łogę. Kom­pa­nia pozo­stała w szkole rów­nież na następny dzień. Posta­wiono nam zada­nie patro­lo­wa­nia drogi na Wier­cho­wie.

Nasi szta­bowcy sta­nęli gdzieś w Szajt­rowsz­czi­nie. Bata­lion znaj­do­wał się w Żiz­die­ro­wie. Kom­pa­nie dru­giego bata­lionu stały w Żurach, Demid­kach, Stru­je­wie i w zakła­dzie lniar­skim oraz na skraju mia­sta w rejo­nie szpi­tala.

Mia­sto Bie­łyj leżało na nizi­nie. Niemcy trzy­mali tam obronę7 i przy pierw­szej pró­bie naszym nie udało się wedrzeć do mia­sta. Puł­kowe kom­pa­nie strze­lec­kie wyszły spod Czu­chino8 porząd­nie prze­trze­pane.

Nasze kom­pa­nie strze­lec­kie liczyły nie wię­cej niż dwu­dzie­stu ludzi. Roz­lo­ko­wano je po wsiach w dużych odle­gło­ściach od sie­bie.

Z Sawien­ko­wem nie roz­ma­wia­łem. Przez cały czas patrzył na mnie krzy­wym okiem. W jego spoj­rze­niu wyczu­wa­łem złość i iry­ta­cję. Był nie­za­do­wo­lony ze swo­jego łózka. Dla­czego poło­żono mu mało słomy?

Tam, po wsiach, żył w inny spo­sób. Nie miał po co sie­dzieć z żoł­nie­rzami. Następ­nego dnia zebrał się i ruszył do wio­ski, w któ­rej stał sztab bata­lionu. Jed­nak nie zszedł się tam ze swo­imi poprzed­nimi koleż­kami.

Po trzech dniach wró­cił do kom­pa­nii jesz­cze bar­dziej roz­draż­niony i zły. I kiedy dotarł do swo­jego żela­znego łózka, od razu się na nie powa­lił i usnął. Od tego dnia zaczął gadać bez zaro­zu­mia­ło­ści i zacze­pek. Widząc, że się nieco zmie­nił, zaczą­łem mu odpo­wia­dać.

Po paru dniach nad­szedł roz­kaz, by zosta­wić w szkole sze­ściu ludzi, a pozo­sta­łych prze­ka­zać do bata­lionu. Na odcinku obrony pułku były duże prze­strze­nie nie­osło­nięte kom­pa­niami strze­lec­kimi.

Szkoła opu­sto­szała. Sze­ściu ludzi zostało, by peł­nić służbę war­tow­ni­czą koło szkoły. Sawien­kow upro­sił dowódcę bata­lionu, by prze­nieść go do wsi, w któ­rej kwa­te­ro­wały puł­kowe tabory. Miej­sce na łóżku zajął cho­rąży, przy­słany z dywi­zji. To nie był nasz czło­wiek, ale miesz­kał razem z nami. Roz­po­czy­nał poga­wędki na roz­ma­ite tematy. Żadna roz­mowa nie mogła się bez niego odbyć.

-?Jestem łącz­no­ściow­cem! -?powie­dział mi.

Posta­no­wi­łem spraw­dzić jego wie­dzę z zakresu tele­fo­nicz­nej łącz­no­ści prze­wo­do­wej. Na uczelni mie­li­śmy zaję­cia z tego tematu, gdzie rze­tel­nie przy­go­to­wy­wano nas do uży­cia tele­fo­nii.

-?No to teraz spraw­dzę cię z tematu łącz­no­ści tele­fo­nicz­nej! - powie­dzia­łem.

Cho­rąży stra­cił głowę i wręcz się zmie­szał. Zapewne sądził, że nie wiem nic o tele­fo­nii. Miał żało­sny wyraz twa­rzy, jakby wpadł na gorą­cym uczynku pod­czas kra­dzieży kie­szon­ko­wej. Popa­trzy­łem mu uważ­nie w oczy, mach­ną­łem ręką i powie­dzia­łem tak, by wszy­scy sły­szeli:

-?Nic nie wiesz o łącz­no­ści! Cie­kawe, na czym się dobrze znasz?

Wie­czo­rem cho­rąży zebrał się i odszedł ze szkoły.

W każ­dej kom­pa­nii kontr­wy­wiad pra­gnął mieć swo­ich infor­ma­to­rów. Widocz­nie cho­rąży otrzy­mał zada­nie, by nakło­nić do tej roboty któ­re­goś z żoł­nie­rzy. Żoł­nierz nie musi się odłą­czać i bie­gać z dono­sami. Napi­sze niby list do domu i nikomu do głowy nie przyj­dzie, że w liście nie pisze do swo­ich rodzi­ców.

A tam, w dywi­zji, taki liścik otwo­rzą. Ale prze­cież tak za darmo nikt dono­sić nie będzie. Takiemu za sprawną służbę gwa­ran­tują po trzech mie­sią­cach prze­nie­sie­nie na sta­no­wi­sko na tyłach. W tym cza­sie powi­nien zwer­bo­wać swo­jego zmien­nika. I taki nowy pismak przez cały czas stara się, o ile w tym cza­sie nie wywieje go w boju. Czło­wiek zgi­nął, a na czole nie ma napi­sane, kim był u nas w kom­pa­nii.

Na tyłach pułku star­szyna usły­szał, że wkrótce kom­pa­nia dosta­nie uzu­peł­nie­nia. Po wsiach zbie­rają okru­żeń­ców. Kiedy włą­czą ich w skład kom­pa­nii strze­lec­kich, będą o sobie opo­wia­dać.

Po dwóch dniach na dzie­dzi­niec szkoły zaje­chały sanie. Sie­działo w nich dwóch ludzi. Jeden na wpół roze­brany ze zwią­za­nymi z tyłu rękami, drugi w pół­ko­żuszku i z auto­ma­tem. Na zakrę­cie drogi uka­zała się jesz­cze jedna para sań. Wśród przy­by­łych był szta­bo­wiec z naszego pułku i ten sam cho­rąży, który przez jakiś czas miesz­kał razem z nami.

Roz­ka­zano mi zebrać wszyst­kich moich żoł­nie­rzy i usta­wić przed budyn­kiem szkoły. Nie powie­dziano mi, jaki cel miała ich wizyta. Domy­śli­łem się sam po sta­now­czym wyra­zie twa­rzy przy­by­łych. Wszystko wska­zy­wało na to, że przy­wie­ziono osą­dzo­nego na roz­wałkę. Obok niego, trzy­ma­jąc pio­nowo auto­maty, stali sze­re­gowcy z puł­ko­wego plu­tonu dowo­dze­nia.

Gdy moi żoł­nie­rze się usta­wili i wszystko było gotowe, przy­były z dywi­zji nie­zna­jomy kapi­tan roz­piął map­nik, wycią­gnął doku­ment i przy­go­to­wał się do czy­ta­nia. Był to wyrok try­bu­nału woj­sko­wego.

Zwią­za­nego wywle­kli z sań, pod­cią­gnęli do skraju parowu i kazali uklęk­nąć. Był bez czapki, bez szy­nela i bez walo­nek. Stopy miał okrę­cone onu­cami. Jego duża i okrą­gła głowa z burzą potar­ga­nych i sztyw­nych wło­sów była pochy­lona nieco do przodu. Nie było widać jego twa­rzy. Pod­czas gdy czy­tali wyrok, zacho­wy­wał mil­cze­nie i lekko odwró­ciw­szy głowę, patrzył z ukosa w tył.

Papier sta­no­wił, że prze­by­wał u Niem­ców. Potem od nich uciekł i znowu wró­cił do swo­ich. Wów­czas mu uwie­rzono i wyba­czono. Pod­czas ataku pod wsią gdzieś znik­nął, wylazł z leja i skrę­cił w stronę Niem­ców. Był ranny, jed­nak rana była nie­wielka i zago­iła się po tygo­dniu. Nie przy­znał się, gdzie był przez cały ten czas. Teraz go poj­mano i posta­wiono przed sądem. Następ­nego dnia znowu uciekł i ukry­wał się w lesie. Potem wyszedł na drogę i tam został schwy­tany.

Prze­czy­taw­szy doku­ment, kapi­tan zapy­tał go:

-?Przy­zna­jesz się do winy?

Odpo­wie­dział coś nie­wy­raź­nie. Widocz­nie nie umiał mówić po rosyj­sku. Kim był -?Koza­kiem, Uzbe­kiem czy Tata­rem?

Kiedy go zapy­tano, dla­czego uciekł, odpo­wie­dział, że ogar­nął go strach i że się cze­goś bał. To go zgu­biło.

Na końcu wyroku był powie­dziane, że za zdradę ojczy­zny i przej­ście na stronę wroga zostaje ska­zany na naj­wyż­szy wymiar kary -?roz­strze­la­nie!

To był sąd poka­zowy. Nie poj­mo­wa­łem, po co go tu urzą­dzili. Część ofi­cjalna został zakoń­czona i zapa­no­wała gro­bowa cisza. Zaraz zacznie się kon­cert. Zaraz żywa ludzka dusza wyru­szy w nie­biosa ku Naj­wyż­szemu. Dokąd trafi? Chry­stu­sowi za pazu­chę czy do świą­tyni Alla­cha?

Ze wszyst­kiego, co zostało powie­dziane, nie byłem w sta­nie zro­zu­mieć, gdzie to wszystko się wyda­rzyło. Nazwy wsi nie odczy­tano. Nie były wska­zane daty i mie­siące.

Moi żoł­nie­rze jakoś się przy­gar­bili, okla­pli i stali zmie­szani, spu­ściw­szy oczy. Tkwili tak bez ruchu, wstrzy­mu­jąc oddech i wle­pia­jąc oczy w zie­mię przed sobą.

I tylko ci, któ­rzy przy­je­chali, palili, spo­glą­dali na sie­bie i roz­ma­wiali. Ten sam kapi­tan, który odczy­tał doku­ment, pod­szedł do mnie, prze­chy­lił głowę na bok i powie­dział ści­szo­nym gło­sem:

-?Zapa­mię­taj­cie, porucz­niku! Dla tego, kto przej­dzie do Niem­ców, lito­ści nie będzie.

-?Po co mi to mówi­cie?

-?Przyda się wam, porucz­niku, jeśli na to popa­trzy­cie.

Serce mi się ści­snęło. Przez sekundę poczu­łem chłód w rękach i nogach. Zro­zu­mia­łem, że po dono­sie Sawien­kowa zapra­gnęli dać mi lek­cję moral­no­ści.

-?Spe­cjal­nie go tu przy­wieź­li­śmy -?jak przez sen usły­sza­łem słówa kapi­tana.

A co tak naprawdę Sawien­kow mógł o mnie napi­sać? Od dawna w ogóle z nim nie roz­ma­wiam. Mógł wyło­żyć wyłącz­nie wła­sne osądy. Im bar­dziej są zło­śliwe i prze­wrotne, tym bar­dziej nie­praw­do­po­dob­nie muszą brzmieć. Przez cały ten czas wal­czy­łem, pro­wa­dzi­łem żoł­nie­rzy na wsie. Świad­ków ani żad­nych potwier­dzo­nych fak­tów nie ma. Ale jego donos może mi wyro­bić złą opi­nię. Moje myśli prze­rwały wystrzały. Żoł­nie­rze z eskorty strze­lali zwią­za­nemu w tył głowy. Tam­ten klę­czał i rzę­ził. W śnia­dej szyi czer­niał otwór po kuli.

-?Nawet strze­lać nie potra­fią! -?pomy­śla­łem.

Wokół otworu nie było wiele krwi. Strze­lali poje­dyn­czymi. Od pierw­szych trzech wystrza­łów żoł­nierz nie upadł. Zachra­pał, potrzą­snął głową. Ale nie upa­dał i klę­cząc, dalej char­czał. Kapi­tan z dywi­zji krzyk­nął:

-?Kończ­cie szyb­ciej!

Jeden z kon­wo­jen­tów pod­szedł bli­sko do zwią­za­nego, puścił długą serię z auto­matu i pchnął go w plecy nogą. Tam­ten pochy­lił się głową do przodu i nie­ocze­ki­wa­nie ponow­nie się wypro­sto­wał. Wtedy kon­wo­jent powa­lił go ude­rze­niem kolby w bok. Ktoś nie­zau­wa­że­nie pod­szedł do mnie z tyłu i cicho powie­dział:

-?Jeśli któ­ryś z żoł­nie­rzy przej­dzie do Niem­ców, nie unik­nie kary!

Momen­tal­nie się odwró­ci­łem i ujrza­łem oczy cho­rą­żego.

-?A, to ty? Od razu wie­dzia­łem!

Cóż jesz­cze mogłem mu powie­dzieć?

Ofi­ce­ro­wie z dywi­zji zakrząt­nęli się, wsko­czyli do sań i rusza­jąc z miej­sca, krzyk­nęli w stronę żoł­nie­rzy z obstawy:

-?Zrzu­cić go do jaru!

Dzwo­ne­czek, pod­wie­szony pod jarz­mem ogiera, zadźwię­czał deli­kat­nie, sanie ruszyły gwał­tow­nie, sie­dzący w nich ofi­ce­ro­wie szarp­nęli się i poto­czyli się z dzie­dzińca szkoły. Kon­wo­jenci pośpiesz­nie zrzu­cili nie­osty­głe ciało ze skarpy, powska­ki­wali szybko do sań i umknęli.

Tak minął jesz­cze jeden dzień wojny.

Jed­nakże z jakiejś przy­czyny w pamięci pozo­stały mi dwa główne momenty, zwią­zane z dzie­dziń­cem szkoły w Wier­cho­wie.

Pierw­szy, gdy z tyłu na ramię opa­dła mi fizjo­no­mia cho­rą­żego, mówią­cego o zemście. Ni­gdy wię­cej nie ujrza­łem jego twa­rzy i stop­niowo zatarła mi się w pamięci, za to wstrętny zapach z żołądka i ust zapa­mię­ta­łem na długo. Zapa­mię­ta­łem przy tym, jak przed odjaz­dem cią­gnęli ciało zabi­tego na skraj parowu. Na śniegu pozo­stały krwawe smugi, oświe­tlone zimo­wym słoń­cem. Zapać­kali krwią cały śnieg! I poje­chali!

Generał A.D. Bierezin przyjmuje gwardyjski sztandar

I drugi moment, który zapa­mię­ta­łem. Na dzie­dzińcu tej samej szkoły dowódca dywi­zji gene­rał Bie­re­zin przyj­mo­wał gwar­dyj­ski sztan­dar. Bie­re­zin i Szer­szin zło­żyli przy­sięgę, przy­klęk­nęli w tym samym miej­scu koło parowu i jako pierwsi cało­wali kra­niec czer­wo­nego sztan­daru. Czer­wony odblask sztan­daru był widoczny na śniegu ponie­waż, tak jak poprzed­nim razem, świe­ciło zimowe słońce. Wróćmy jed­nak do tam­tego dnia.

Po wszyst­kim, co się wyda­rzyło, żoł­nie­rze przy­ci­chli, przy­gar­bieni wró­cili do sali i powa­lili się na słomę, by dosy­piać. Ja rów­nież poło­ży­łem się na swoim łóżku. Długo leża­łem z otwar­tymi oczami, patrząc na odżyłe kara­lu­chy, które peł­zały wokół cie­płego pieca. Po co ci tyłow­nicy dawali krwawą lek­cję nam, doświad­czo­nym żoł­nie­rzom?

* * *

Po kilku dniach wezwali mnie do sztabu pułku i roz­ka­zali ruszać do Szajt­rowsz­cziny w celu przy­ję­cia uzu­peł­nień. Wypro­wa­dzili mi ze sto­doły nie­po­zor­nego kudła­tego konika i dali mi woj­skowe sio­dło.

Poło­żyw­szy na grzbie­cie konia sio­dło i pod­cią­gnąw­szy popręgi pod brzu­chem, sko­czy­łem w strze­mię, prze­ło­ży­łem nogę przez kul­bakę i z miej­sca pogna­łem kłu­sem po dro­dze.

Konik biegł posłusz­nie gościń­cem. Zmę­czyw­szy się, sam prze­cho­dził na krok, i poru­szał się bez popę­dza­nia, krę­cąc głową i macha­jąc ogo­nem. Wystar­czyło jed­nak, abym bez doty­ka­nia wodzy pochy­lił ciało do przodu i koń, nie cze­ka­jąc na kop­nię­cie w bok, sam prze­cho­dził na drobny kłus. To było mądre i inte­li­gentne zwie­rzę. Co dwa, trzy dni jeź­dzi­łem do dywi­zji i przy­pro­wa­dza­łem stam­tąd po dwu­dzie­stu, trzy­dzie­stu rekru­tów. Oto, komu trzeba było poka­zy­wać solowy występ!

Ludzie byli ubrani w pstro­katą odzież. Każdy w czym innym. Nie­któ­rzy mieli na nogach stare poła­tane walonki, inni buty z owi­ja­czami, a więk­szość onuce i łap­cie. Przy­by­łych od razu roz­dzie­lali po kom­pa­niach.

Mobi­li­za­cja w armii odby­wała się w nastę­pu­jący spo­sób:

Kom­pa­nia licząca trzy­dzie­stu ostrze­la­nych żoł­nie­rzy okrą­żała nocą wieś. Wokół wio­ski roz­sta­wiano poste­runki, aby nawet jedna żywa dusza nie zdo­łała uciec z wio­ski drogą czy polem. O świ­cie do wsi przy­jeż­dżali upo­waż­nieni do prze­pro­wa­dze­nia mobi­li­za­cji. Wybie­rali cha­łupę. Na środku izby sta­wiali ławę i dwaj Żydzi-fry­zje­rzy usa­dzali tam po kolei świeżo powo­ła­nych rekru­tów. Kiedy już ostrzy­żono takiego do gołej skóry, upo­waż­niony mobi­li­za­tor reje­stro­wał go w książce i uprze­dzał:

-?Zła­piemy gdzieś ogo­lo­nego na łyso -?roz­strze­lamy na miej­scu bez sądu! Wszystko jasne? Uciek­niesz, to od razu cię zła­pią! Słu­chaj i zapa­mię­taj! Jesteś przy­dzie­lony do pułku dywi­zji strze­lec­kiej. Zapa­mię­taj te dwa numery!

-?A doku­menty?

-?Jakie doku­menty? Nie potrze­bu­jesz doku­men­tów! W kom­pa­nii i tak cię będą znać! Będziesz ujęty w kom­pa­nij­nym spi­sie. Nawet dowódca kom­pa­nii nie ma swo­ich doku­men­tów, a ty jesteś tylko sze­re­go­wym! W kom­pa­nii strze­lec­kiej żar­cie wydaje się bez przed­sta­wia­nia doku­men­tów. Patrz­cie go! Nie zdą­żył jesz­cze dostać kara­binu, a doku­men­tów mu się zachciewa! - nie mógł się uspo­koić peł­no­moc­nik. -?Co dla cie­bie waż­niej­sze? Kara­bin czy doku­ment? Następny! Pod­cho­dzić!

-?Tu jestem.

-?Jakie "tu"? Nazwi­sko poda­waj!

Z każ­dej wsi brali do dzie­się­ciu mło­ko­sów i doro­słych męż­czyzn. Brali też gospo­da­rzy. Pod wie­czór albo następ­nego dnia kie­ro­wali ich do dywi­zji na spraw­dze­nie. Kiedy nade­szła moja kolej, otrzy­ma­łem posor­to­waną i spraw­dzoną dzie­siątkę ludzi.

Nie wzięto w kama­sze wszyst­kich parob­ków po wsiach. Byli rów­nież tacy, któ­rzy wałę­sali się bez zaję­cia. Ten i ów, aby zdo­być żyw­ność, był zmu­szony do plą­ta­nia się po wio­skach i obcho­dze­nia całej oko­licy. A jaką robotę znaj­dziesz zimą?

Kiedy nasi pode­szli pod Bie­łyj, nie­któ­rzy od razu zaczęli pro­sić o wzię­cie do woj­ska. Byli to głów­nie bez­domni włó­czy­kije. Chęt­nie gar­nęli się do wojaczki. Wielu domy­śliło się, że będzie mobi­li­za­cja, ale cze­kali na nią w roz­ma­ity spo­sób.

Jedni, posma­ko­waw­szy wia­tru swo­body, porzu­cali zagrzane miej­sca i nocami roz­pły­wali się w śnież­nych prze­stwo­rach, ucie­kali w inne oko­lice, gdzie nie stały nasze kom­pa­nie i gdzie miesz­kali ich dalecy krewni. Inni zakła­dali, że przy­szły ich ostat­nie dni, zawa­diacko prze­krzy­wiali czapki i zaczy­nali upi­jać się samo­go­nem. I tylko wygłod­niali i bez­domni, któ­rzy prze­mar­zli na dro­gach, rzu­cali swoje zaję­cie parobka i na ochot­nika zacią­gali się do nas. Ochot­ni­ków instru­owano, by na wła­sną rękę szli do Szajt­rowsz­cziny.

Taki bez­domny włó­częga zwy­kle ruszał do naj­bliż­szej wsi, w któ­rej stała kom­pa­nia. Stra­chli­wie i nie­zde­cy­do­wa­nie spo­zie­rał na war­tow­nika i ostroż­nie, aby go nie spło­szyć, pytał, gdzie i jak można zapi­sać się na wojaczkę. Ochot­nik stał, prze­stę­pu­jąc z nogi na nogę i cier­pli­wie cze­kał, az war­tow­nik pój­dzie do cha­łupy zamel­do­wać dowódz­twu. Nie wszy­scy okru­żeńcy byli syci i cie­pło ubrani. W każ­dej wsi były zbędne ręce. Wraz z nadej­ściem zimy zro­biło się ich wię­cej. W nie­któ­rych domach żyły nie­za­do­wo­lone i złe sta­ru­chy, u któ­rych za kawa­łek chleba i cienką polewkę nie raz przy­cho­dziło im nad­wy­rę­żać karku. A żoł­nierz stoi sobie na war­cie. Dobrze być żoł­nierzem. Sto­isz i o niczym nie myślisz. A te wie­śniaki przy Niem­cach od razu poczuli się tutaj panami.

Wygląd zewnę­trzy takiego bez­dom­nego okru­żeńca był pora­ża­jący. Wyli­niała kapota w strzę­pach, cała w łatach, pod­wią­zana sznur­kiem. Wokół szyi kawa­łek szmaty z samo­działu. Na gło­wie znisz­czona i wytarta czapka. Zamiast spodni kale­sony bar­wione suszoną jagodą i dębową korą i wyple­cione z łyka łap­cie z onu­cami, okrę­cone na krzyż sznur­kiem. Iloma to szma­tami był obju­czony taki czło­wiek! Niósł na sobie wszystko to, co posia­dał. Nic zbęd­nego, tylko to, co było mu potrzebne w dro­dze. Wszystko trzy­mało się u niego na sznur­kach i supeł­kach. Zaro­śnięci i nie­ogo­leni, przy­po­mi­na­jący star­ców ze zgię­tymi rękami wetknię­tymi w rękawy, obcy na rosyj­skiej ziemi, śpie­szyli po zimo­wych duk­tach, prze­ga­nia­jąc się i usi­łu­jąc prze­chwy­cić kawa­łek zbęd­nego chleba spod nosa dru­giego.

U każ­dego z nich dyn­dał na szyi cynowy krzy­żyk na skrę­ca­nej lnia­nej nitce. Nie­chrze­ści­jan i bluź­nier­ców za próg nie wpusz­czano. Dla takich, jak dla zło­dziei, nie było wiary. Nie bali się Boga, a więc nie bali się nikogo. A jeśli w czło­wieku nie ma bojaźni bożej, to jest gor­szy od zło­dzieja i nik­czem­nika, gor­szy od zło­czyńcy i zabójcy. Wszyst­kie młode i stare gospo­dy­nie zro­biły się chciwe i ponad miarę pobożne. W owym cza­sie krzy­żyk na szyi i umie­jęt­ność prze­że­gna­nia się były niczym prze­pustka, niczym porządny znak. Pokorny człek zawsze wzbu­dzał współ­czu­cie, zmi­ło­wa­nie i litość. Za skórkę od chleba można go było zmu­sić do pracy przez cały dzień. Praca, rzecz jasna, była ciężka, ale czło­wiek pobożny nie będzie śmiał narze­kać. Będzie zgi­nać kark, a gospo­darz będzie na niego ryczeć.

U każ­dego wisiał na ple­cach płó­cienny wore­czek, gdzie znaj­do­wały się nędzne szpar­gały, zapas szmat i wsze­la­kich sznur­ków. Kawa­łek czer­stwego chleba, garść goto­wa­nych ziem­nia­ków i kubek, aby napić się gdzieś wody. Matuszka Rosja powró­ciła do cza­sów cara Fie­dora.

Prze­stę­pu­jąc z nogi na nogę, ze wszyst­kich sił tupiąc na chrzęsz­czą­cym śniegu, były żoł­nie­rzyk już śmie­lej popa­try­wał na ganek, na któ­rym lada minuta powi­nien poja­wić się war­tow­nik, który poszedł do cha­łupy zamel­do­wać o nim dowódz­twu.

War­tow­nik wycho­dził, prze­pusz­czał go, każąc wejść na roz­mowę do domu. Teraz włó­częga już nie żegnał się krzy­żem w progu. Oczy­wi­ście dener­wo­wał się, miął czapkę w dłoni, pozdra­wiał wycho­dzą­cych z cha­łupy żoł­nie­rzy, pod wpły­wem sta­rych przy­zwy­cza­jeń giął szyję w pokło­nie, bo do wszyst­kiego się człek przy­zwy­czaja, wałę­sa­jąc się niczym bez­domny pies. Ale oto już popy­chano go do izby.

Odkaszl­nąw­szy zimno i mróz, pytał, czy aby można się zapi­sać do żoł­nie­rzy­ków.

Stop­niowo skrę­po­wa­nie mijało. Sły­szał swój natu­ralny głos i zaczy­nał opo­wia­dać star­szy­nie, gdzie i jak dostał się w okrą­że­nie. Star­szy sier­żant dla pozoru uści­ślał to i owo i oznaj­miał mu swoją decy­zję.

-?Prze­no­cu­jesz tutaj, we wsi. Roz­pro­wa­dza­jący wskaże ci cha­łupę. Kiedy będą wyda­wać posi­łek, razem z żoł­nie­rzami pój­dziesz do kuchni. Nocą nie wycho­dzić mi ze wsi! Prze­no­cu­jesz, a jutro sam pój­dziesz do wsi Szajt­rowsz­czina! Znasz taką? Możesz odejść! Syczew! Odpro­wadź go na noc­leg!

To byli silni i żyla­ści faceci, musku­larni, głodni, przy­zwy­cza­jeni do cięż­kiej pracy. Na gład­kiej dro­dze roz­jeż­dżały im się łap­cie i prze­bie­rali nimi w pospie­chu, utrzy­mu­jąc rów­no­wagę cia­łem. I tak docie­rali do pierw­szej wsi, w któ­rej stali nasi żoł­nie­rze i roz­po­czy­nali nowe życie.

Stop­niowo włą­czano ich do kom­pa­nii strze­lec­kich, lecz pozo­sta­wali przy swym uprzed­nim zaszla­ja­nym wyglą­dzie. Nie można ich było tak od razu ubrać w szy­nele. Lecz z cza­sem zdej­mo­wali z sie­bie szmaty i łap­cie i palili to razem z wszami, roz­nie­ca­jąc ogni­ska na śniegu. Wyda­wano im szy­nele, waciaki, walonki, czapki, ręka­wice i żoł­nier­ską bie­li­znę.

Jed­nakże po wsiach wciąż jesz­cze sie­działo na prze­cze­ka­niu nie­mało narodu w wieku pobo­ro­wym. Przej­ście od nie­wol­ni­czego żywota "nie­ślub­nego" i wiecz­nych bab­skich krzy­ków do służby woj­sko­wej nie u wszyst­kich odby­wało się jed­na­kowo, tak samo szybko i chęt­nie. Rekruta nie tylko nale­żało ubrać i usta­wić w sze­regu, bowiem nie­któ­rych trzeba było od samego początku przy­uczać do wszel­kich żoł­nier­skich mądro­ści. Szcze­gól­nie w kwe­stii stra­chu i paniki. "Bagne­tem kłuj!" nie wcho­dziło w skład naszego pro­gramu naucza­nia. Od razu uczy­li­śmy wojny. Wielu z nich słu­żyło w sze­re­gach woj­ska. Z takimi było nieco łatwiej, lecz w ich świa­do­mo­ści nale­żało prze­ła­mać prze­ra­że­nie pierw­szych dni wojny. Byli też i tacy, któ­rzy nie pową­chali żoł­nier­skiego życia. Nic to - przy­zwy­czają się, tra­fią pod kule i zostaną żoł­nie­rzami.

W krót­kim cza­sie kom­pa­nie uzu­peł­niły skład oso­bowy. Bra­ko­wało tylko młod­szych dowód­ców i kom­pa­nij­nych ofi­ce­rów. Wszy­scy okru­żeńcy szli w kama­sze jako sze­re­gowi, bez względu na ich dawne stop­nie.

Obec­nie rzadko noco­wa­łem w miej­scu kwa­te­ro­wa­nia kom­pa­nii. Bez prze­rwy posy­łano nie to tu, to tam. Maj­ta­łem się wierz­chem, w sio­dle. Konik był nie­po­zorny, ale rozumny i przy­wią­zał się do mnie jak pies.

Przy­jeż­dża­łem do wio­ski do jakie­goś sztabu, zarzu­ca­łem wodze na łęk sio­dła i pusz­cza­łem konia, by mysz­ko­wał po saniach i po sto­do­łach w poszu­ki­wa­niu siana do poszczy­pa­nia. Tu wycią­gnie strzęp, tu narę­cze, a cały czas patrzy i pil­nuje mnie. Zejdę z ganku, a konik jest już obok. Ogól­nie rzecz bio­rąc, cho­dził za mną po wsi jak pie­sek. Cier­pli­wie cze­kał, aż pokle­pię go po kłę­bie, wsa­dzę rękę do kie­szeni i wyjmę stam­tąd kawa­łek cukru albo suchara. Po czym rusza­li­śmy razem w drogę powrotną, do domu. Kom­pa­nię prze­nie­siono ze szkoły do wio­ski.

Swoją kom­pa­nię zosta­wi­łem pod okiem star­szyny i Sawien­kowa. Sawien­kow był zado­wo­lony, że sam beze mnie gospo­da­ruje w kom­pa­nii. Star­szyna jeź­dził po oko­licy, zdo­by­wał po wsiach jakieś tam pro­dukty i samo­gon. Tu wziął za zgodą, tu wyhan­dlo­wał, a gdzie indziej roz­ko­py­wał kry­jówki i jamy i wycią­gał stam­tąd coś do jedze­nia. Poma­gali mu w tym byli parob­ko­wie, a obec­nie żoł­nie­rze.

Na linii roz­gra­ni­cza­ją­cej nas od Niem­ców wojny pra­wie nie było. Niemcy nie wycho­dzili poza skraj zaj­mo­wa­nego przez sie­bie rejonu i pil­nie nas obser­wo­wali, zaś nasi rów­nież ich nie ruszali. Żadna ze stron w ogóle nie strze­lała. Po wsiach palono w pie­cach bez skrę­po­wa­nia. Pogoda przez długi czas była dobra, ale nie­miec­kie lot­nic­two nie latało. Potem nad­cho­dził wie­czór, niebo chmu­rzyło się i przez równy tydzień sza­lała burza śnieżna. Przez wszyst­kie te dni z powodu nie­po­gody sie­dzia­łem w kom­pa­nii. A może odpa­dła koniecz­ność posy­ła­nia mnie do szta­bów?

* * *

W jeden z takich dni, gdy na dwa metry nic nie było widać, do naszej wsi wszedł zabłą­kany Nie­miec. Był cały obsy­pany bia­łym pyłem. Ręce miał wetknięte głę­boko w kie­sze­nie. Auto­mat i pokro­wiec na zapa­sowe maga­zynki dyn­dał mu na ple­cach. Nie­miec pod­szedł do skraj­nego domo­stwa i rozej­rzał się po ulicy, która była pusta. Posta­no­wiw­szy wejść do naj­bliż­szej cha­łupy, chwy­cił za klamkę, ale drzwi były zamknięte od wewnątrz. Wiatr i śnieg chło­stały okna i ściany chat. Nie­miec potrze­bo­wał cie­pła. Długo błą­dził i mocno prze­marzł, opadł z sił i pra­gnął tylko jed­nego -?poło­żyć się, odpo­cząć i roz­grzać się. Jutro zapyta o nazwę wsi i dotrze do swo­ich. A teraz czym prę­dzej musi zna­leźć żywego czło­wieka, wleźć na cie­płą leżankę, zamknąć oczy i ode­spać. Minął kilka domów, dostrzegł słabe świa­tło w oknie, postał prze pro­giem, rozej­rzał się na boki i zro­bił krok na ganek. Drzwi były uchy­lone.

Nie­miec nie przy­pusz­czał, że we wsi stoją Rosja­nie. Na ulicy nie było ani jed­nego war­tow­nika.

Poste­runki we wsi jed­nak były. War­tow­nicy co jakiś czas prze­cha­dzali się ulicą na końcu wsi i pil­no­wali drogi.

Gdy oczy zale­pia śnieżny pył, kto pój­dzie w taką zawieję spraw­dzać poste­runki? War­tow­ni­ków było dwóch. Posta­no­wili wejść do sieni, by sobie zapa­lić. Robiąc to, zer­kali na ulicę przez na wpół otwarte drzwi. Potem zaś, gdy zawo­dze­nie śnież­nej burzy zawyło i zgrzyt­nęło jesz­cze sil­niej, ruszyli do izby, by ogrzać zzięb­nięte ręce i nogi.

Nie­miec wszedł na zaśnie­żony ganek, na któ­rym ni­gdzie nie było widać śla­dów ludz­kich stóp. Doszedł do wnio­sku, że z tego domu dawno nikt nie wycho­dził na ulicę, zaszedł zatem do ciem­nej sieni i przy­mknął za sobą drzwi, które lekko skrzyp­nęły. Kiedy wszedł do izby, owiało go białą parą, więc nie dostrzegł, iż przy stole sie­dzi dwóch Rosjan w mun­du­rach. Rzu­cił więc pyta­nie w nie­prze­nik­nioną prze­strzeń:

-?Matka zu Hause?

Za oknem po sta­remu gnała zawieja i chro­bo­tała w szyby. War­tow­nicy, sie­dzący w kucki na pod­ło­dze, natych­miast pode­rwali się na nogi. Sądzili, że oto wołają ich ci dwaj, któ­rzy sie­dzieli przy stole i grali w karty. Na środku izby ple­cami do nich stał Nie­miec z auto­ma­tem. A żoł­nie­rze gra­jący w karty pod­nie­śli ręce do góry i zaczęli wsta­wać zza stołu. Wtedy Nie­miec poczuł pod żebrami twardą lufę rosyj­skiego kara­binu. Chcąc nie chcąc, zrzu­cił z ramie­nia pas nośny, opu­ścił swój auto­mat i poło­żył go na ławie. Nie miał sił, aby wal­czyć i sta­wiać opór. Ode­tchnął cie­płym powie­trzem i stał z pod­nie­sio­nymi rękami.

Teraz ci dwaj za sto­łem, widząc zmianę sytu­acji, opu­ścili ręce i ode­tchnęli z ulgą. Odnie­śli wra­że­nie, iż Niemca przy­pro­wa­dzili war­tow­nicy. A ręce unie­śli omył­kowo, ze stra­chu. Uśmiali się, że tak ich zasko­czono. Że niby to tak ich pochło­nęły karty, że nie zauwa­żyli. Ale nie było się z czego śmiać. Minutę temu Nie­miec mógł ich roz­strze­lać z auto­matu. A teraz, gdy ponad wszelką wąt­pli­wość zna­leźli się w głu­piej sytu­acji, zgod­nie recho­tali.

War­tow­nicy stali i mru­gali oczami, a ci za sto­łem rado­śnie zano­sili się śmie­chem, poka­zu­jąc na Niemca pal­cami. Byli świę­cie prze­ko­nani, że Nie­miec przy­szedł tu z war­tow­ni­kami. Tylko Nie­miec wie­dział, co tak naprawdę zaszło w izbie i kto kogo wziął do nie­woli. Jasne było rów­nież to, że on, nie­miecki pod­ofi­cer, z głu­poty wpadł w ręce Rosja­nom.

Poprzed­niego dnia wró­ci­łem do wsi. Ze szkoły prze­nie­siono nas do wsi o nazwie Bol­szaja Kobylsz­czina. To wła­śnie tam doszło do tej sytu­acji. Gdy mnie obu­dzono i zamel­do­wano o tym, co się stało, roz­ka­za­łem sier­żan­towi, aby Niemca natych­miast odpro­wa­dzono do bata­lionu, któ­rego sztab stał wtedy w tej samej wsi, tyle że w innej jej czę­ści. Po jakimś cza­sie sam Bie­re­zin zaży­czył sobie, aby zoba­czyć jeńca. O czy roz­ma­wiał z nim sam na sam, kto był tłu­ma­czem owej roz­mowy i gdzie podziały się pro­to­koły z prze­słu­cha­nia -?tego nikt w dywi­zji nie wie­dział.

Szta­bowcy kil­ka­krot­nie wzy­wali mnie do tele­fonu, chcąc dowie­dzieć się szcze­gó­łów o owym zagad­ko­wym Niemcu, lecz ja go nie prze­słu­chi­wa­łem, więc nie mogłem im niczego powie­dzieć. Nie zna­łem nawet jego nazwi­ska. Auto­mat i pokro­wiec z maga­zyn­kami zda­łem do bata­lionu.

I oto następ­nego dnia ran­kiem do wsi zaje­chały lek­kie saneczki. W towa­rzy­stwie adiu­tanta gene­rała do naszej wsi przy­był ten sam feld­fe­bel, któ­rego pochwy­ci­li­śmy nocą. Dla­czego się tu nagle poja­wił?

W mojej obec­no­ści Niem­cowi zwró­cono auto­mat, doku­menty i różne dro­bia­zgi, takie jak zega­rek, zapal­niczkę na ben­zynę i latarkę. Może żoł­nie­rze zosta­wili sobie zdję­cia? -?zasta­na­wia­łem się.

Oso­bi­sty adiu­tant gene­rała oddał mi maga­zynki z nabo­jami i ust­nie prze­ka­zał krót­kie pole­ce­nie -?Niemca należy dopro­wa­dzić lasem do nie­miec­kich pozy­cji i tam wypu­ścić.

Do wsi Bol­szaja Kobylsz­czina nie dopusz­czono żad­nego szta­bowca z pułku czy z bata­lionu. Byłem tam kimś w rodzaju komen­danta poste­runku gra­nicz­nego.

-?Bez zbęd­nych świad­ków! -?obwie­ścił mi przy­były adiu­tant. -?Nie trać­cie czasu, porucz­niku! Nie­miec musi zdą­żyć wró­cić na czas! Zro­zu­mia­łeś roz­kaz? I nikomu o tym ani słówa! Ani w bata­lio­nie, ani w pułku nikt nie może o tym wie­dzieć! Tą ope­ra­cją kie­ruje oso­bi­ście gene­rał, a ty odpo­wia­dasz za nią głową!

Wzią­łem ze sobą czte­rech żoł­nie­rzy i wyszli­śmy na drogę. Do końca drogi pokro­wiec z ładow­ni­cami był u mnie. Prze­ka­za­łem je Niem­cowi przy podej­ściu do linii ich pozy­cji.

Odpro­wa­dziw­szy Niemca za las, wró­ci­łem do sie­bie do wsi. Adiu­tant gene­rał cze­kał tam, aż wrócę.

Nikt z naszych nie wie­dział, z jakim to oso­bi­stym prze­sła­niem gene­rała Nie­miec ruszył do swo­ich. Cho­dziła ustna wer­sja, że Nie­miec wróci po tygo­dniu i przy­pro­wa­dzi ze sobą całą kom­pa­nię żoł­nie­rzy. Ale minął tydzień, potem dwa, a ani Niemca, ani kom­pa­nii nie było.

Jed­nakże sam fakt ode­sła­nia wzię­tego do nie­woli Niemca przez linię frontu na pole­ce­nie gene­rała ode­grał póź­niej swą zło­wiesz­czą rolę. Doszło do tego póź­niej, gdy dywi­zja została okrą­żona. A tym­cza­sem mie­li­śmy sty­czeń, czas okrut­nych mro­zów.

Po trzech dniach ponow­nie wezwano mnie do Szajt­rowsz­cziny w związku z nadej­ściem uzu­peł­nień. Nie­miec­kie lot­nic­two nie latało. Żyli­śmy jak w cza­sach pokoju. Pro­wa­dzi­łem zaję­cia ze strze­lec­twa. Za każ­dym razem bra­łem nie­wielką grupę żoł­nie­rzy i wypro­wa­dza­łem ich za wio­skę na nizinę. Żoł­nie­rze usta­wiali deski pio­nowo w śniegu i, celu­jąc w pozy­cji leżą­cej, strze­lali do nich. Kule, rzecz jasna, prze­la­ty­wały obok celu. Brak cel­no­ści zwa­lali na złe prze­strze­le­nie kara­bi­nów. Wtedy bra­łem kara­bin od któ­re­go­kol­wiek z żoł­nie­rzy, pro­si­łem, aby obró­cili do mnie deskę prze­kro­jem poprzecz­nym, kła­dłem się na śniegu, celo­wa­łem i paroma wystrza­łami pod rząd prze­strze­li­wa­łem ją od wąskiej kra­wę­dzi. Kara­biny biły dosko­nale.

Cała bieda pole­gała na tym, iż przy strze­la­niu w warun­kach bojo­wych żoł­nie­rze nie będą celo­wać tak, jak robi­łem to ja. Zwy­kle strze­lali z bio­dra. Oto dla­czego muszki i szczer­binki były na woj­nie bez­u­ży­teczne.

Żeby zaś tra­fić w wąską kra­wędź deski, muszkę i szczer­binkę należy napro­wa­dzać na cel całym cia­łem, poru­sza­jąc tylną czę­ścią kor­pusu i nogami. Przy strze­la­niu z pozy­cji leżą­cej kara­binu nie należy napro­wa­dzać na cel rękami.

Trzeba leżeć spo­koj­nie. Kara­bin należy trzy­mać, nie wytę­ża­jąc się. Trzeba pod­cią­gnąć pas nośny i napiąć go łok­ciem. Potem przy­kła­damy kolbę do ramie­nia i policzka. Oddy­chamy dwa razy i spraw­dzamy, gdzie patrzy muszka i szczer­binka. Jeśli w tym miej­scu znaj­dzie się cel, można strze­lać kil­ka­krot­nie i wszyst­kie kule ułożą się w dzie­siątce.

Teraz, nie poru­sza­jąc ciała, dłońmi prze­suń nieco lufę kara­binu w bok i oddaj strzał. Twoja kula znowu trafi w cel, choć linia celow­nika została nieco odsu­nięta w bok.

Teraz można pod­jąć kolejną próbę. Prze­suń kara­bin nieco w bok od środka celu i zamknij oczy. Ści­śnij łoże kara­binu dłońmi, odlicz do dzie­się­ciu i otwórz oczy. Zoba­czysz, że twój kara­bin wró­cił na swoje poprzed­nie miej­sce -?dokład­nie na linię celo­wa­nia. Chcesz się nauczyć cel­nie strze­lać? Poru­szaj całym kor­pu­sem w lewo, w prawo, do przodu i do tyłu. Poru­szaj nogami, prze­miesz­czaj tylną część kor­pusu, prze­su­wa­jąc kolana. Kiedy muszka i szczer­binka znajda się dokład­nie pod celem, dla spraw­dze­nia zamknij oczy, policz do dzie­się­ciu i sprawdź, czy pra­wi­dłowo się przy­mie­rzy­łeś.

Jeśli wszystko zostało na miej­scu, spo­koj­nie oddaj strzał. Spust ścią­gaj powoli, bez pośpie­chu. Wszyst­kie dzie­siątki twoje!

Ale pamię­taj! Nie ma cze­goś takiego, jak szybko i dobrze. Do strze­la­nia trzeba mieć cier­pli­wość, cał­ko­wity spo­kój i opa­no­wa­nie. Jeśli chcesz dobrze strze­lać i przej­dziesz praw­dziwą szkołę strze­la­nia, będziesz tra­fiać Niem­ców tylko w lewe oko, nie ina­czej. Będą gadać, że Moskwa przy­słała zawo­do­wego snaj­pera.

Żoł­nie­rze słu­chali i uśmie­chali się.

-?Potem, w oko­pach, będzie­cie celo­wać ina­czej. Może opo­wiem wam jeden taki przy­pa­dek? Idę sobie kie­dyś tran­szeją. Dopiero co ją zaję­li­śmy i wyrzu­ci­li­śmy stam­tąd Niem­ców. Daję komendę -?"ognia!". Tak było, Anti­pow?

-?Tak, towa­rzy­szu porucz­niku! Pamię­tam, jak dziś!

-?Patrzę, stoi sobie żoł­nierz. Kara­bin poło­żył na przed­pier­siu lufą do góry. Repe­tuje i wali w niebo. Gdzie walisz? -?pytam go. A on, że "tam". I poka­zuje mi w stronę Niem­ców. Pytam, w którą stronę ster­czy lufa kara­binu. No i dalej jest taka roz­mowa:

-?Jak to, w którą?

-?Ano tak! W niebo walisz!

-?Kula Niemca znaj­dzie, towa­rzy­szu porucz­niku! Ma krzywą tra­jek­to­rię!

-?Na tra­jek­to­riach się znasz! A od czego jest celow­nik w kara­bi­nie? Uży­wa­łeś go kie­dyś?

-?Ze dwa razy się zda­rzyło. Na punk­cie zbor­nym pro­wa­dzali nas na strzel­nicę.

-?To dla­czego strze­lasz w Niem­ców bez celo­wa­nia?

-?Niemcy, towa­rzy­szu porucz­niku, to inna sprawa! Spró­buj się tylko wysu­nąć! Tylko się pokaż! Poce­luj sobie, jak na strzel­nicy! Nie­miec z maszynki pocią­gnie, to mózgu potem nie zbie­rzesz, cały hełm będzie dziu­rawy!

-?A ty cho­ciaż wiesz, jak usta­wiać suwak na szczer­bince? Jak oce­niać na oko odle­głość?

-?Nie, towa­rzy­szu porucz­niku, nie uży­wamy tych suwa­ków. Po co nam to na woj­nie? Do niczego się nie przy­dają! Kiedy trzeba, walimy z bio­dra smu­ga­czami!

Owa roz­mowa z żoł­nie­rzem przy­po­mi­nała mi się rów­nież póź­niej, gdy zda­rzało się widzieć, jak żoł­nie­rze strze­lają w boju. A i ja sam w potycz­kach strze­la­łem z auto­matu bez celo­wa­nia. Walisz serię smu­ga­czami i patrzysz, gdzie poszły kule. A wydaj żoł­nie­rzom roz­kaz "ognia!". Uniosą kara­biny i otwo­rzą bez­ładny ogień bez celo­wa­nia. A jeśli zapy­tasz, dla­czego walą i nie mie­rzą, to będą uda­wać, że celują. Za to przy strze­la­niu do kur po wsiach czy zajęcy w lesie, to inna sprawa.

Nie­miec­kie kara­biny maszy­nowe mają sta­lowe taśmy, naboje bez kryzy i wspa­niałą szyb­ko­strzel­ność. Pod­czas gdy ty będziesz celo­wać, sko­szą cię i bądź zdrów. Kula może prze­dziu­ra­wić hełm, prze­szyć na wylot łopatkę, którą osła­nia­łeś dolną część twa­rzy, może poha­ra­tać usta i gar­dło. Na pod­sta­wie doświad­cze­nia żoł­nierz sam okre­śla, co ma dla niego sens, a co jest bez­u­ży­teczne.

Pod­czas wojny celow­nik w kara­bi­nie był zupeł­nie nie­po­trzebny. Kiedy żoł­nierz strzela na strzel­nicy i widzi dziurki w celu, to jedno. A strze­la­nina w boju odbywa się w pośpie­chu i na celo­wa­nie nie ma czasu.

W walce trzeba widzieć nie muszkę i szczer­binkę, a to, gdzie tra­fiła kula. Jeśli strze­lasz z broni maszy­no­wej, to po wywa­le­niu taśmy smu­ga­czy powi­nie­neś od razu widzieć efekty.

Gene­ral­nie, z celow­ni­kami w broni maszy­no­wej tośmy pod­czas wojny dali plamę. Ilu to nie­po­trzeb­nie zgi­nęło dobrych i dziel­nych żoł­nie­rzy. Ciężki kara­bin maszy­nowy nie potrze­buje osłony, tar­cza potrzebna jest jak przy­słó­wiowe sanki w maju, to zbędny detal i tyle. Przy strze­la­niu z bez­po­śred­nich i osło­nię­tych sta­no­wisk "Mak­si­mowi" bra­ko­wało moż­li­wo­ści zdal­nego kie­ro­wa­nia ogniem. Gdy­by­śmy pod­czas wojny mieli moż­li­wość zdal­nego pro­wa­dze­nia ognia z "Mak­si­mów", nie dali­by­śmy Niem­com pod­nieść głowy.

* * *

Jakoś nad ranem, któ­re­goś ze stycz­nio­wych dni, wezwano mnie do bata­lionu celem otrzy­ma­nia zada­nia. W bata­lio­nie oznaj­mili mi, że należy prze­pro­wa­dzić roz­po­zna­nie, idąc leśną drogą, która odcho­dzi w rejon rzeki Łuczesy i Chołm­skich Bagien.

-?Po dro­dze spraw­dzisz, czy Niemcy zacho­dzą do leśnych wio­se­czek, czy są tam miesz­kańcy i czy nie stoi tam cza­sem oddział par­ty­zancki.

W lasach na bagnach Niemcy zwy­kle nie stali. Zajeż­dżali tam tylko od czasu do czasu.

W pułku było kilka par woj­sko­wych nart. Na wszelki wypa­dek wożono je w szta­bo­wej pod­wo­dzie. Narty leżały w saniach pod bre­zen­tem razem z rze­czami ofi­ce­rów. W wali­zach i wor­kach-ple­ca­kach były ofi­cerki z chro­mo­wej skóry, let­nie czapki z dasz­kiem i szy­nele szyte na miarę. Puł­kowi krawcy tru­dzili się w pocie czoła, by nie tra­fić na pierw­szą linię. Pruli nowe żoł­nier­skie szy­nele, nie pro­stu­jąc karku cięli i szyli, dymili żelaz­kami.

Począt­kowo kra­wiec­two w pułku stało na mizer­nym pozio­mie. Szwy zarzu­cali ręcz­nie, praca szła powoli. Ale oto w jed­nej odbi­tej u Niem­ców wsi tyłow­nicy prze­chwy­cili ręczną maszynę do szy­cia i robota poszła wese­lej. Maszynka stu­kała do póź­nej nocy.

Krawcy potrze­bo­wali cie­płego pomiesz­cze­nia do pracy. Krzywdy nie mieli. Byli potrzebni w pułku. Wszy­scy szta­bowcy byli sta­ran­nie obszyci. Wygląd wedle wojen­nej mody, głos wojow­ni­czy, prze­pity i dźwięczny. Czapki osten­ta­cyj­nie zsu­nięte na brwi. Gęby bez­czelne i nażarte. W roz­mo­wie cieli słó­wami, jak szasz­kami. A my, ofi­ce­ro­wie kom­pa­nii strze­lec­kich, mie­li­śmy pro­ste żoł­nier­skie szy­nele albo pół­ko­żuszki.

Poka­zano mi mar­szrutę na mapie i kazano zajść do sto­doły w celu otrzy­ma­nia nart. Posze­dłem za pisa­rzem do sto­doły, w któ­rej stała szta­bowa pod­woda. Pisarz długo guz­drał się pod bre­zen­tem, zanim wycią­gnął spod niego sześć part nart z kij­kami.

-?Jest! -?powie­dział i cisnął je na śnieg koło sto­doły.

Wycho­dząc na zewnątrz, zamknął drzwi na kłódkę i bez słówa odda­lił się do cha­łupy szta­bow­ców. Spra­wiał takie wra­że­nie, jakby go wła­śnie ode­rwano od stra­te­gicz­nej mapy w chwili, gdy decy­dują się losy całej wojny lub przy­naj­mniej waż­niej­szej ope­ra­cji.

Obej­rza­łem każdą parę, dobra­łem do nich kijki i byłem zado­wo­lony. Wią­za­nia w nar­tach były w ide­al­nym porządku. Sze­ściu ludzi wypo­sażę w narty. To będzie moja pierw­sza grupa. Pozo­stali, także około sze­ściu, pójdą pie­szo po dro­dze w ślad za nami. Jeśli w lesie natkniemy się na Niem­ców, na nar­tach będzie ich można obejść bokiem po głę­bo­kim śniegu.

Każdą parę nart z kij­kami opar­łem o ścianę i powie­dzia­łem war­tow­ni­kowi, że przy­ślę star­szynę, który je póź­niej zabie­rze.

Dawno nie bie­ga­łem na nar­tach. Od czasu, gdy nas na nich ganiali na uczelni, minął równo rok. Jutro o świ­cie mie­li­śmy ruszać do lasu.

Na tego typu zwiad szli­śmy pierw­szy raz. Zwy­kle po natar­ciu na jakąś wio­skę rusza­li­śmy przed sie­bie duk­tami, doga­nia­jąc Niem­ców. Na dro­gach napo­ty­ka­li­śmy zasadzki, pono­si­li­śmy straty, a nie­kiedy sami łapa­li­śmy Niemca. Na woj­nie róż­nie bywa. Kiedy kom­pa­nia strze­lecka ściga Niem­ców, wszystko robi się bar­dzo pro­sto: z przodu idzie ubez­pie­cze­nie, a za nim, w zasięgu wzroku drep­czą pozo­stali. Żad­nych tam bocz­nych ubez­pie­czeń. Na woj­nie wszystko uprasz­cza­li­śmy. Rosyj­ski żoł­nierz instynk­tow­nie wyczu­wał, co ma robić i jak. Szedł po dro­dze, dopóki go nie ostrze­lali. Dopiero wtedy się mar­twił, czy lepiej pchać się do przodu, czy może po pro­stu pole­żeć i prze­cze­kać.

Rów­nież i tym razem nie wymą­drza­łem się i nie opra­co­wy­wa­łem nauko­wego planu roz­po­zna­nia. Czte­rech ludzi zało­żyło narty i poszło przo­dem. Na jed­nych ja, na dru­gich ordy­nans. Pie­sza grupa zło­żona z sze­ściu ludzi poru­szała się za nami.

Leśna droga, którą szli­śmy, była zasy­pana śnie­giem. Na nar­tach idzie się taką drogą łatwo. I tylko piesi odsta­wali, dla­tego czę­sto się zatrzy­my­wa­li­śmy i cze­ka­li­śmy na tylną grupę.

Szlak cały czas pro­wa­dził w dół. Zaro­śla lasu wymie­niały się z prze­świ­tami. Kie­dyś tu, za lasem i bagnami, prze­bie­gał przedni skraj naszego rejonu umoc­nio­nego. Teraz te umoc­nie­nia zaj­mo­wali Niemcy.

Drzewa, pokryte puszy­stym szro­nem, nieco się roz­stą­piły, poka­zał się skraj lasu i wiej­skie ogro­dze­nie. We wsi miesz­kało kilka rodzin, ale głów­nie starcy, kobiety i dzieci. Za wsią, jak nam powie­dzieli, dwie wior­sty za bagnem prze­bie­gała droga, po któ­rej jeź­dzili Niemcy. Sta­rzec powie­dział nam, że Niemcy kilka razy zajeż­dżali do wsi. Potem spadł głę­boki śnieg i od tam­tej pory się nie poja­wiali.

Poroz­ma­wia­łem z dziad­kiem o tym i owym i dałem żoł­nie­rzom odpo­cząć. Sta­rzec poczę­sto­wał nas swoja samo­siejką. Tytoń mocny, pocią­gniesz dwa razy i dech zapiera.

Po powro­cie do Sziz­die­rowa zamel­do­wa­łem dowódcy bata­lionu o danych wywia­dow­czych.

* * *

Gdy kom­pa­nie strze­lec­kie uzu­peł­niono żoł­nie­rzami, rejon obrony mojej kom­pa­nii roz­sze­rzono. Plu­tony stały teraz na linii wsi Zabo­ło­cie, Sziz­die­rowo, Bol­szaja Kobylsz­czina i Wasi­liewo.

Do miej­sco­wych wio­sek przez cały czas jeź­dzi się z górki. Sie­dzisz w saniach, a konik truchta po dro­dze drob­nym kłu­sem.

Któ­re­goś razu, wie­czo­rem, kiedy kła­dłem się spać, Sawien­kow zaczął roz­mowę, że nale­ża­łoby skon­tro­lo­wać żoł­nie­rzy w oko­licz­nych wsiach. Ni­gdy tam nie jeź­dził, a tu rap­tem zapło­nął żądzą i usie­dzieć nie może. Przy­szedł star­szy sier­żant i zgo­dził się z nim.

-?Poje­dziemy, poje­dziemy! Trzeba popa­trzeć, jak tam się mieszka naszym żoł­nie­rzy­kom. Wczo­raj był łącz­nik z naszego plu­tonu i gadał, że opły­wają w żar­cie z miej­sco­wych zapa­sów.

-?Jedźmy, porucz­niku! Zatrzy­mamy się gdzieś na tra­sie w małej wio­seczce. Nie będziemy się uga­niać po dro­gach. I w bata­lio­nie będą zado­wo­leni, że nie cze­kasz na ich roz­kazy, a sam prze­ja­wiasz ini­cja­tywę -?wywo­dził Sawien­kow.

Zgo­dzi­łem się. Kaza­łem star­szy­nie przy­go­to­wać na jutro sanie i konie. Ran­kiem zasze­dłem do sztabu bata­lionu i powie­dzia­łem, że pojadę na kon­trolę do odda­lo­nych plu­to­nów.

Star­szyna zaje­chał saniami pod ganek -?w środku sie­dział już Sawien­kow. Cze­kali tylko na mnie. W bata­lio­nie nie mieli nic prze­ciwko temu, abym spraw­dził dale­kie rubieże.

-?Sia­daj­cie, towa­rzy­szu porucz­niku. Pod­ścielę wam sianka, będzie się miękko jechało.

-?Coś mi tu złote góry obie­cu­jesz! -?odpo­wie­dzia­łem, jak­bym co nieco prze­czu­wał.

-?Poje­dziemy z górki kłu­sem i ani się obej­rzymy, jak za dwie godzinki będziemy na miej­scu.

Gdzieś tam za leśnymi pola­nami leżały nie­wiel­kie wio­seczki. Były na ubo­czu głów­nych szla­ków. Naszych żoł­nie­rzy jest tam nie­wielu, ale urzą­dzili się tam lepiej, niż my. Żyją spo­koj­nie po cha­łu­pach. W brzu­chach peł­niej i wese­lej.

Koń jechał z górki, a ja sie­dzia­łem i roz­glą­da­łem się na boki. Prze­jeż­dża­li­śmy przez bez­ludne miej­sca, zanie­sione śnie­giem. Nie wie­dzieć czemu nie myśla­łem o tym, że możemy wpaść w nie­miecką zasadzkę. Przez trzy godziny sunę­li­śmy drogą z górki. I oto pomię­dzy dwoma zagaj­ni­kami dostrze­głem pokryte śnie­giem dachy. Wszę­dzie z komi­nów walił sza­ro­nie­bie­ski dym. War­tow­nicy, dwóch na całą wieś, powi­tali nas z przy­ja­znymi uśmie­chami.

-?Tutaj, tutaj! -?pokrzy­ki­wali.

Ale star­szyna skrę­cił w drugą stronę i pod­je­chał do cha­łupy.

-?To tutaj? -?zapy­tał Sawien­kow.

Skoro rozu­mieją się w pół słówa, to było jasne, że umó­wili się mię­dzy sobą w jakiejś spra­wie. We wsi, w któ­rej Sawien­kow ni­gdy nie był, miał wspólne inte­resy ze star­szyną.

-?A gdzie dowódca plu­tonu? -?zapy­ta­łem star­szynę.

-?Naj­pierw prze­ką­simy, tutaj, u gospo­dyni. Już czeka. A potem zaj­dziemy do dowódcy plu­tonu.

-?Prze­ką­sić nie zaszko­dzi -?wzru­szy­łem ramio­nami.

W ślad za star­szyną weszli­śmy do posprzą­ta­nego domo­stwa. Trzy­dzie­sto­let­nia gospo­dyni krzą­tała się przy piecu za prze­gródką. Weszli­śmy do sieni, star­szyna polał nam wodę, co było czymś nie­zwy­kłym, umy­li­śmy ręce, a on podał nam ręcz­nik. Potem, poka­słu­jąc, zapro­sił nas do stołu.

-?To nasz porucz­nik, dowódca kom­pa­nii -?przed­sta­wił mnie gospo­dyni. -?A tu mam przy­jem­ność przed­sta­wić naszego komi­sa­rza, o któ­rym wam mówi­łem.

Na stole stała kiszona kapu­sta zapra­wiona cebulą i pach­ną­cym ole­jem lnia­nym, miękki razowy chleb, gorące ziem­niaki i parę kawał­ków sło­niny. Star­szyna zatarł ręce i spoj­rzał na gospo­dy­nię, ta zaś naj­wi­docz­niej zro­zu­miała go bez zbęd­nych słów. Na stole poja­wił się gąsior samo­gonu. Napeł­ni­li­śmy szklanki, gospo­dyni dosia­dła się do stołu, stuk­nę­li­śmy się i wypi­li­śmy pierw­szą kolejkę.

Kiedy nalano drugą, a znowu była to szklanka po brzegi, wymó­wi­łem się od picia dru­giej kolejki.

-?Muszę jechać! -?powie­dzia­łem, zer­ka­jąc na star­szynę, który szybko się ze mną zgo­dził.

Prze­chy­lił drugą szklankę, śpiesz­nie zaką­sił i dodał:

-?Zosta­wimy tutaj towa­rzy­sza poli­truka. Jutro po niego przy­jadę, a my z wami towa­rzy­szu porucz­niku migiem obje­dziemy cały rejon obrony.

Zer­k­ną­łem na Sawien­kowa, który dalej sie­dział przy stole, uśmie­cha­jąc się rado­śnie. Chrząk­ną­łem, pokrę­ci­łem głową i skie­ro­wa­łem się ku wyj­ściu. Star­szyna, ubie­ra­jąc się w biegu, pochwy­cił jesz­cze ręką szklankę, uca­pił garść kiszo­nej kapu­sty i wepchnął ją pal­cem do ust. Kapu­sta ster­czał mu z gęby niczym pęk siana u prze­żu­wa­ją­cego je konia, który nagle uniósł głowę, aby gdzieś spoj­rzeć.

Star­szyna wyszedł na ganek i zama­chał na woź­nicę, dając mu znak, by pod­je­chał do schod­ków. Sanie skrzyp­nęły, ode­rwały przy­mar­z­nięte płozy od śniegu i pod­je­chały do domu. Zaje­cha­li­śmy do dowódcy plu­tonu, odwie­dzi­li­śmy wio­ski, w któ­rych stali nasi ludzie i pod wie­czór wró­ci­li­śmy do domu do Kobylsz­cziny.

Minął jakiś tydzień i o całym wyjeź­dzie można by zapo­mnieć, lecz jedna nie­przy­jemna oko­licz­ność ponow­nie go przy­po­mniała.

Po tygo­dniu wezwano mnie do sztabu i kazali wyja­śnić kwe­stię zor­ga­ni­zo­wa­nego przeze mnie pijań­stwa. Oka­zuje się, żeś ty nie na kon­trolę jeź­dził! Jesteś zgniły moral­nie i uchla­łeś się. Cukier, należny żoł­nie­rzom, prze­pi­jasz po wio­skach.

-?Upa­dli­ście na głowę? -?wykrzyk­ną­łem wzbu­rzony. -?Ja w ogóle nie piję! Skąd wam się to uro­iło?

-?Nie kręć, porucz­niku! Byłeś we wsi? Samo­gon piłeś? Mamy dowody.

-?Jakie dowody? Nie łap­cie mnie za słówka!

-?A co to jest?

-?Co?

-?Raport Sawien­kowa. W rapor­cie jest jasno powie­dziane o pijań­stwie i o cukrze.

-?To łachu­dra!

-?Kto łachu­dra?

-?Jak to, kto? Sawien­kow! Sam wychlał całą ćwiartkę samo­gonu, sie­dział z babą we wsi przez dwa dni i wszystko zwa­lił na mnie.

Widząc moje oczy­wi­ste i nie­uda­wane wzbu­rze­nie, szta­bowcy dali mi spo­kój. Wró­ci­łem do kom­pa­nii. Sawien­kow, jakby ni­gdy nic, cho­dził po wsi.

-?Słu­chaj no, ty! -?powie­dzia­łem mu. -?Jak mogłeś napi­sać takie świń­stwa?

-?Jak mogłem? A ty byś chciał, żeby wszystko sku­piło się na mnie? Nie zapo­mi­naj, że mimo wszystko jestem pra­cow­ni­kiem poli­tycz­nym! A ty kto? Jesteś tylko bez­par­tyj­nym porucz­ni­kiem. Teraz możesz kle­pać na mnie, co tylko chcesz, a i tak nikt ci nie uwie­rzy. Skom­pro­mi­to­wa­łem cię na czas. A gdyby się dowie­dzieli o cukrze, że to niby ja, to ode­bra­liby mi legi­ty­ma­cję par­tyjną. A tobie co zro­bią? Nic! Żoł­nie­rze cię widzieli, jak razem ze mną wcho­dzi­łeś do tej baby. A kiedy odje­cha­łem -?nie widzieli! Tak więc nie ma świad­ków, że zosta­łem tam na dwa dni.

-?Ależ z cie­bie łachu­dra! Ze świecą takiego szu­kać! Skąd się tacy biorą?

Na tym nasza roz­mowa się zakoń­czyła. Posze­dłem spać. Poło­ży­łem się na sło­mia­nym mate­racu, długo się wier­ci­łem i wał­ko­wa­łem w gło­wie całą tę histo­rię.

Następ­nego dnia znowu wezwali mnie do sztabu, gdzie otrzy­ma­łem roz­kaz. Kom­pa­nia zwija się i udaje się do mia­sta Bie­łyj, aby zlu­zo­wać inny bata­lion.

Ran­kiem usta­wi­łem ludzi w szyku. Star­szy sier­żant spraw­dził stan oso­bowy, ilość broni i wypo­sa­że­nia i oka­zało się, że wszystko jest na swoim miej­scu. Poda­łem komendę i kom­pa­nia ruszyła drogą. Mie­li­śmy samo­dziel­nie dotrzeć do wsi Żury, a tam, przez Demidki i Stru­jewo, już nas wypro­wa­dzą na przedni skraj obrony pod zakład lniar­ski.

Rozdział 13 -?Biełyj (styczeń -?maj 1942 roku)

Roz­dział 13 -?Bie­łyj (sty­czeń -?maj 1942 roku)

Mia­sto Bie­łyj w obwo­dzie kali­niń­skim9 samo w sobie jest nie­duże, ale dość wie­kowe. Po raz pierw­szy kro­niki wspo­mi­nają o nim w 1359 roku. Dziś trudno powie­dzieć, kiedy poja­wili się tutaj pierwsi ludzie.

W owych odle­głych cza­sach ludzie osie­dlali się z reguły nad brze­gami rzek. Woda sta­no­wiła dla nich naj­waż­niej­szy czyn­nik i słu­żyła za arte­rię trans­por­tową. Dzięki rze­kom Obsza, Mieża i Zachod­nia Dźwina mia­sto utrzy­my­wało kon­takty han­dlowe z Zacho­dem. Jed­nak jak mówią kro­niki, pierw­szymi osad­ni­kami byli tutaj człon­ko­wie ple­mion słó­wiań­skich. Zie­mie te oneg­daj nale­żały do Rusi Kijow­skiej.

Według kro­nik i lato­pi­sów, główne bogac­two kra­iny sta­no­wił len i biała mąka krup­czatka. Na skraju mia­sta stał zakład lniar­ski i młyn. W zakła­dzie prze­twa­rzano len, a w mły­nie krę­cono żar­nami, mie­lono ziarno i ugnia­tano białą mąkę.

Pod­czas wojny zakład lniar­ski uległ znisz­cze­niu. Spod śniegu wszę­dzie ster­czały zardze­wiałe frag­menty maszyn do trze­pa­nia lnu. Na cegla­nym fun­da­men­cie spo­czy­wały filary i po roz­mia­rach łuków i resz­tek potłu­czo­nych cegieł można było sobie wyobra­zić, jak w owych cza­sach wyglą­dał zakład. Była to nie­wielka budowla w typie sto­doły.

W 1942 roku Niemcy spa­lili młyn. Do tego czasu młyn był cały, lecz nie pra­co­wał. Nasi żoł­nie­rze, któ­rzy trzy­mali tam obronę, zmia­tali mio­tełką z kamieni młyń­skich, rynie­nek i sąsie­ków resztki tej samej bia­łej mąki, która pod posta­cią dwóch wor­ków prze­wią­za­nych zło­tym bajor­kiem wid­nieją na her­bie mia­sta Bie­łyj.

Herb mia­sta ma kształt tar­czy. W gór­nej czę­ści wid­nieje herb smo­leń­ski. W dol­nej -?dwa białe worki z mąka krup­czatką. Worki są prze­wią­zane zło­tymi sznu­rami i przed­sta­wione są na zie­lo­nym tle, co ozna­cza, iż przy tej sła­wet­nej przy­stani odbywa się wielki han­del owym towa­rem.

Ostatni młyn z cza­sów wojny był drew­nia­nym dwu­pię­tro­wym budyn­kiem. Stał na brzegu Obszy w tym miej­scu, gdzie obec­nie10 walają się okrą­głe żarna, białe niczym stare kości. Obok młyna stały dwa nie­wielki drew­niane domki oraz drzewa, które stoją do dzi­siaj. Nie było tylko tamy11. Została wysa­dzona pod­czas odwrotu naszych wojsk.

Zie­mia wokół mia­sta jest gli­nia­sta i lepka. Pod­czas wio­sen­nych lub jesien­nych roz­to­pów zalega tam błoto nie do prze­by­cia. Posta­wisz nogę na dro­dze przed sobą i z powro­tem nie wycią­gniesz już buta. Zelówki lepią się do biel­skiej ziemi, jak posma­ro­wane kle­jem. Pod­czas roz­to­pów nie dało się ani prze­je­chać, ani przejść.

Latem trans­port towa­rów lądem wyma­gał dobrych bru­ko­wa­nych dróg. Jed­nakże można przy­jąć, że do naszych cza­sów na ziemi biel­skiej ich nie było. Z jeden strony mia­sto ota­czają nie­prze­byte nie­li­dow­skie lasy, z dru­giej, w kie­runku na Duchowsz­czinę, sławne batu­ryń­skie bagna.

Popa­trz­cie na mapę. Na pół­noc od drogi Bie­łyj -?Duchowsz­czina roz­po­ście­rają się nie­ma­jące końca bagna i moczary.

Według dzi­siej­szych pojęć, gości­niec to cał­kiem dobra bru­ko­wana droga. A wów­czas, pod­czas wojny, nie po wszyst­kich dro­gach dało się przejść i prze­je­chać. Zimą, gdy po dro­gach jeż­dżono saniami, gościń­cami poru­szały się wyła­do­wane tabory. Zaś latem i pod­czas roz­to­pów po takim gościńcu nie da się prze­je­chać nie­do­ła­do­waną fur­manką.

W owym cza­sie gościńce były zazna­czone na mapach jako ulep­szone drogi grun­towe. Miej­scami były wybru­ko­wane, miej­scami pokryte dziu­rami i bło­tem nie do przej­ścia, a gdzie indziej w ogóle ich nie było.

Z mia­sta wycho­dziły cztery drogi. Pierw­sza z nich, naj­bar­dziej prze­jezdna, szła na Prie­czy­stoje i Duchowsz­czinę. Szcze­gól­nie ciężka była droga na Nie­li­dowo. Gości­niec Nie­li­dowo -?Bie­łyj był w złym sta­nie, poważ­nie zruj­no­wany. Linia kole­jowa sze­roko omi­nęła mia­sto i z powodu złej i znisz­czo­nej drogi pozo­sta­wało ono przez długi czas odcięte. Główną drogą na Nie­li­dowo jeż­dżono tylko po war­stwie klo­ców i faszyny. W nie­po­godę i pod­czas roz­to­pów fur­manki tur­ko­tały po pły­wa­ją­cych i obra­ca­ją­cych się balach. Brą­zowa ciecz i bagienna woda wystę­po­wały spo­mię­dzy klo­ców, nawet gdy nastę­po­wała na nie noga naszego żoł­nie­rza.

Po woj­nie drogi zaczęto budo­wać od nowa. Obec­nie mają zupeł­nie inny i impo­nu­jący wygląd. Teraz są wszę­dzie pokryte asfal­tem, a tam, gdzie trzeba, pobu­do­wano mosty.

Trze­cia droga z mia­sta, pod­no­sząc się na wzgó­rza, szła na Pusz­kary. Jego­rie, Wier­cho­wie i dalej na Ole­nino. Pro­wa­dziła rów­no­le­gle i w dół rzeki Obszy. I ostat­nia, czwarta, w niczym nie przy­po­mi­na­jąca drogi ani gościńca, mijała zakład lniar­ski, wio­dąc na Demidki, Szajt­rowsz­czinę i Kobylsz­czinę12.

Gdy mówię o Bie­łym, mam na myśli jego starą część. Tę, która leży na niskim lewym brzegu Obszy. Mia­sto stoi jakby w zagłę­bie­niu terenu. Wokół niego ze wszyst­kich stron znaj­dują się nie­zbyt wyso­kie pagórki, wzgó­rza i wznie­sie­nia. Przed mia­stem do Obszy wpada rzeka Nacza. Sama Obsza bie­rze swój począ­tek na dziale wod­nym (punkt wyso­ko­ściowy 228), skąd wypływa rów­nież Dniepr. Ich źró­dła znaj­dują się w rejo­nie wsi Tiszyno13.

Obec­nie mia­sto się roz­bu­do­wało, wokół niego na wzgó­rzach poja­wiły się drew­niane domy i płoty. A do wojny cztery tysiące miesz­kań­ców miesz­kało w dol­nej, muro­wa­nej czę­ści mia­sta.

Pod­czas wojny na wzgó­rzach nie było domów ani zabu­do­wań. Wokół były tylko gołe, zryte oko­pami wznie­sie­nia. Obec­nie na pagór­kach wokół sta­rego mia­sta wyro­sły drew­niane domy i całe ulice. Lecz one wszyst­kie, dla waszej wia­do­mo­ści, stoją na żoł­nier­skich kościach i mogi­łach. Kiedy miej­scowi i lud­ność napły­wowa zaczęli się tutaj budo­wać, kiedy kopali jamy pod piw­nice i sta­wiali fun­da­menty, to wraz z zie­mią wyrzu­cali na górę białe żoł­nier­skie kości. I oczy­wi­ście na ten temat nic nie mówią.

Tak, tak! To dla­tego, że na owych wzgó­rzach znaj­do­wały się nasze okopy i prze­bie­gały wysu­nięte tran­szeje. Tutaj kopa­li­śmy mogiły i cho­wa­li­śmy swych towa­rzy­szy broni. Wiele setek i tysięcy bez­i­mien­nych mogił ukry­tych jest na wzgó­rzach wokół mia­sta.

Teraz w tych miej­scach poja­wiły się domy i nowe ulice, któ­rym nadano nowe nazwy. Potem opo­wiem o jed­nej z nich, która nosi imię Bie­re­zina, czło­wieka nie­god­nego, pono­szą­cego winę za wiele rze­czy (roz­gro­mie­nie naszej dywi­zji, skut­kiem czego było okrą­że­nie 39 Armii i 11 Kor­pusu Kawa­le­rii) i zbie­głego na stronę Niem­ców.

Zie­mia biel­ska leży na gra­nicy lądu i nie­prze­by­tych bagien. Opły­wają je rzeki Mieża i Łuczesa. Latem czter­dzie­stego pierw­szego, kiedy armia nie­miecka nacie­rała na Rżew, poru­szała się jedną kolumna wzdłuż linii kole­jo­wej od strony Wiel­kich Łuków, a drugą szła z Duchowsz­cziny drogą na Bie­łyj i Ole­nino.

W tym cza­sie w Rże­wie stała kom­pa­nia strze­lecka i plu­ton sape­rów ze 119 Dywi­zji Strze­lec­kiej, który miał wysa­dzić most przez Wołgę. W tym cza­sie na sta­cji Żar­kow­skij stał 143 Samo­dzielny Bata­lion Roz­po­znaw­czy 119 Dywi­zji Strze­lec­kiej i cze­kał na Niem­ców w Ziem­cach14. W owym cza­sie dowódcą bata­lionu był dobrze nam znany Kara­muszko.

Mia­sta Bie­łyj bro­niła 53 Dywi­zja Kawa­le­rii. Miała w swym skła­dzie 1100 aktyw­nych bagne­tów, 5 dział prze­ciw­pan­cer­nych, 18 cięż­kich kara­bi­nów maszy­no­wych "Mak­sim" i 27 ręcz­nych kara­bi­nów maszy­no­wych. 3 paź­dzier­nika w mie­ście poja­wił się gene­rał Lebie­dienko, a 4 paź­dzier­nika mia­sto oddano Niem­com.

10 paź­dzier­nika Niemcy siłami 9 Armii i 3 Grupy Pan­cer­nej wypro­wa­dzili z rejonu Jar­cewa ude­rze­nie na Zub­cow i Kali­nin. 12 paź­dzier­nika nie­miecki 41 Kor­pus Pan­cerny zdo­był Zub­cow, Pogo­rie­łoje-Goro­disz­cze, Łoto­szino i Sta­ricę. Tak dla mia­sta Bie­łyj zaczęła się wojna.

Jakieś trzy­dzie­ści lat po woj­nie, przy­pad­kowo zebra­li­śmy się i 9 maja poje­cha­li­śmy do mia­sta, które pozo­stało w naszej pamięci jako praw­dzi­wie białe. Do dziś stara kamienna część mia­sta błysz­czała czy­sto­ścią i nie­zwy­kłą poły­skliwą bielą. Tutaj, wśród domów, bia­łych niczym let­nie obłoki, w cie­niu wąskich bru­ko­wa­nych ulic, czu­jesz się zwią­zany z odle­głą prze­szło­ścią rosyj­skiej ziemi. Po spa­le­niź­nie, sadzy i dymach Moskwy, nawet powie­trze jest tutaj szcze­gólne, swoje.

Nie­stety, tu i tam biel daw­nych cza­sów zasło­nięta jest i upstrzona kośla­wymi wywiesz­kami i pla­ka­tami. Myślę, że jeśli zasłoni się nimi pra­dawne klasz­tory, to co pozo­sta­nie ze wspa­nia­łego obli­cza pier­wot­nego piękna? A owa biała pra­daw­ność jest nie tylko wielka i przed­wieczna, ale rów­nież donio­sła i pełna patrio­ty­zmu. Radziecka ojczy­zna to nie tylko hasła i pla­katy -?wręcz prze­ciw­nie. To histo­ria naszej ziemi.

Jeśli po nie­li­dow­skiej dro­dze przej­dzie się most na Obszy w stronę mia­sta, to tutaj pośród drew­nia­nych budyn­ków gospo­dar­czych od razu poczu­je­cie zna­jomy zapach kuchni i sto­łówki. Skrę­ci­cie odro­binę w prawo i ujrzy­cie przy dro­dze biel­ską jadło­daj­nię.

Rze­czy­wi­ście! Nie powin­ni­śmy naj­pierw zaj­rzeć wła­śnie tam? Tak posta­no­wi­li­śmy i tak zro­bi­li­śmy. Jeśli skosz­tu­je­cie tam sto­łów­ko­wego kapu­śniaku z wie­przo­winą to na długo zapa­mię­ta­cie jego natu­ralny smak i zapach. Nawet ciemny chleb ina­czej tu sma­kuje. A pół­słodka sto­łów­kowa her­bata ze słabą esen­cją nie ma tutaj posmaku chloru, jak u nas w Moskwie. Chce­cie czy nie, wszystko tutaj ma swój natu­ralny i pro­win­cjo­nalny zapach i smak.

* * *

Kiedy w stycz­niu 1942 roku pode­szli­śmy do mia­sta Bie­łyj, nie pach­niało nam tu sto­łów­ko­wym kapu­śnia­kiem. Wtedy zamiast żoł­nier­skiej polewki dosta­wa­li­śmy nie­miec­kie kule, poci­ski i bomby. Nawet połówki bochen­ków zmro­żo­nego chleba nie zawsze do nas docie­rały. Wtedy nasi żoł­nie­rze musieli umie­rać w oko­pach na głod­nego. A umie­rać z pustym żołąd­kiem -?powiem wam -?jest rze­czą nie do pomy­śle­nia.

Oczy­wi­ście mówiono nam, że iść do ataku z peł­nym żołąd­kiem to sprawa nie­bez­pieczna. Kula trafi cię w brzuch i dosta­niesz zaka­że­nia krwi. Ale my wie­dzie­li­śmy swoje. Jeśli kula trafi żoł­nie­rza w pusty brzuch to tak czy ina­czej wojak długo nie pocią­gnie. Ata­ko­wać z pustym żołąd­kiem i patrzeć na głod­niaka śmierci w oczy to nie­spra­wie­dli­wość. Nawet ska­za­nemu na śmierć prze­stępcy przed wyko­na­niem wyroku pozwala się na zamó­wie­nie ele­ganc­kiego obiadu. Skąd nasi żoł­nie­rze czer­pali moralne siły do prze­zwy­cię­ża­nia strasz­nego głodu, zimna i cię­żaru wojny?

W owym cza­sie zaopa­trze­nie naszej dywi­zji było prze­rwane. Nasze tyły pozo­stały po dru­giej stro­nie linii frontu i stały gdzieś w oko­licy Nie­li­dowa. Zimę czter­dzie­stego pierw­szego zapa­mię­ta­li­śmy jako szcze­gól­nie mroźną i głodną. Oto, dla­czego zna­jo­mość z powo­jen­nym mia­stem zaczęła się wła­śnie od jadło­dajni. Wyda­wało mi się, że tylko wrócę do Bie­łego, a znowu zacznę tam gło­do­wać. Sto­łów­kowy kapu­śniak na wie­przo­wi­nie roz­wiał moje wąt­pli­wo­ści.

W stycz­niu 1942 roku sta­li­śmy na skraju mia­sta i trzy­ma­li­śmy głu­chą obronę. A Niemca można było wydłu­bać z mia­sta, dopóki śniegi i mróz trzy­mały go po nagrza­nych domach. My zaś sie­dzie­li­śmy w kamien­nej piw­nicy i zamar­z­nię­tych oko­pach. Z zaopa­trze­niem było, jak zawsze, kiep­sko. Nasze racje roz­pły­wały się na puł­ko­wych tyłach. Nawet machorka, gorz­kawa w smaku, była roz­sy­py­wana w kie­sze­nie dowódz­twa. Na pierw­szą linię dola­ty­wał tylko zapach jej sza­ro­nie­bie­skiego dymu. Sawien­kow, mój zastępca do spraw poli­tycz­nych, w związku z waż­nymi spra­wami czę­sto i na długo zni­kał na tyłach pułk i bata­lionu. Wra­cał do okopu i dyszał na nas odo­rem samo­gonu i zapa­chem tyto­niu. A my, to żoł­nie­rze, dowódca plu­tonu star­szyna Panin i ja, dowódca kom­pa­nii.

Nasza linia obrony bie­gła przed­mie­ściami mia­sta. Trzy­ma­li­śmy Niem­ców w pół­okrą­że­niu: maga­zyn wina -?zakład lniar­ski -?młyn i kaplica koło szpi­tala. Niemcy mieli z mia­sta tylko jedną drogę odwrotu -?po dro­dze na Duchowsz­czinę.

Tym spo­so­bem w naszych rękach pozo­sta­wała ceglana kaplica obok szpi­tala. Kie­dyś do tej kaplicy wyno­szono zmar­łych. Kost­nica, nie kost­nica -?coś w tym stylu. Kaplica mie­ściła dwóch nie­bosz­czy­ków. Żoł­nie­rze, któ­rzy trzy­mali w niej obronę, pytali:

-?Co to za budka z cegieł?

Kaplica była odda­lona od budynku szpi­tala rap­tem o dwa­dzie­ścia metrów. W szpi­talu sie­działo do kom­pa­nii Niem­ców. Bie­re­zi­nowi zapro­po­no­wano, by kaplicę ochrzcić mia­nem kuźni. Zgo­dził się. Od tej pory we wszyst­kich mel­dun­kach i rapor­tach zaczęli pisać wła­śnie tak -?"kuź­nia!".

Myśmy w tę nazwę nie uwie­rzyli. To zna­czy, począt­kowo wie­rzy­li­śmy, ale potem nabra­li­śmy wąt­pli­wo­ści. Ani tam pale­ni­ska, ani zardze­wia­łego kowa­dła, ani sta­rych pod­ków czy drutu, ani pordze­wia­łych gwoź­dzi -?nic takiego nie ponie­wie­rało się po oko­licy. Z okien szpi­tala Niemcy postrze­li­wali w "kuź­nię" przez pusty otwór wej­ściowy. Leżąc za cegla­nym postu­men­tem, nie można było pod­nieść głowy. Teraz nie ma ani szpi­tala, ani "kuźni". W ich miej­scu pozo­stały w ziemi war­stwy potłu­czo­nych cegieł. Dawno pokryły się zie­mią i poro­sły zie­loną trawą. Miej­sce, w któ­rym stał szpi­tal, odna­la­złem po pokru­szo­nej cegle. O tym, w jaki spo­sób znik­nął, opo­wiem oddziel­nie.

W stycz­niu śnieg, mróz i zamie­cie zago­niły Niem­ców do ogrza­nych miejsc. Nie wyła­zili z nich i stali w obro­nie. Bez sprzętu tech­nicz­nego nacie­rać nie byli w sta­nie. A czołgi zimą nie jechały po głę­bo­kim śniegu. Na sil­nym mro­zie gasły sil­niki. Za paliwo do czoł­gów słu­żyła Niem­com błę­kitna ersatz-ben­zyna.

W mie­ście i na przed­mie­ściu w rękach Niem­ców znaj­do­wały się wszyst­kie domy miesz­kalne. A my sie­dzie­li­śmy w pustej muro­wa­nej piw­nicy. Leżała dwa­dzie­ścia metrów od domu miesz­kalnego.

Niemcy nie byli dur­niami, nie zajęli pustej i zim­nej piw­nicy. Nawet do głowy im nie przy­szło, że w kamien­nym oblo­dzo­nym lochu można usa­dzić żywych ludzi i kazać im tam tkwić całą zimę. Nasz gene­rał rozu­mo­wał ina­czej. Piw­nicę na wino ochrzcił mia­nem "maga­zynu maszyn rol­ni­czych" i kazał w niej posa­dzić pół kom­pa­nii żoł­nie­rzy z kara­bi­nami.

Nie myśl­cie, że byłem wtedy nie­za­do­wo­lony ze swo­jego gene­rała. Wręcz prze­ciw­nie. Wie­rzy­łem jemu i wszyst­kim, któ­rzy krę­cili się wokół niego. Wtedy wszystko przyj­mo­wa­łem za dobrą monetę. Trzeba, zna­czy się trzeba! Dla ojczy­zny, za wła­dzę radziecką jeste­śmy gotowi na wszystko!

A gene­rał wetknął pół kom­pa­nii żywych żoł­nie­rzy do lodo­wa­tej kamien­nej mogiły i ręka mu nie zadrżała, kiedy pod­pi­sy­wał taki roz­kaz. Wów­czas nie uwa­żano nas za ludzi, wtedy byli­śmy po pro­stu żoł­nie­rzami!

Plu­ton sie­dział w piw­nicy, a w "kuźni" posa­dzono dwóch ludzi. Dwóch to jakby mało. Zamel­do­wano mu -?roz­ka­zał dodać trze­ciego. Co? Cia­sno? Nie ma się gdzie wci­snąć? Nic to! Rosyj­ski żoł­nierz, jak wesz, w każdą dziurę wle­zie!

A nie zaszko­dzi­łoby samemu Bie­re­zi­nowi i jego zastępcy Szer­szi­nowi posie­dzieć dzio­nek -?dwa w kuźni albo w piw­nicy. Szer­szin nie łgałby wtedy jak bura suka w swo­ich wspo­mnie­niach. Naj­wy­raź­niej, okre­śle­nia "kuź­nia" i "maga­zyn maszyn rol­ni­czych" były przy­jemne i współ­grały z duszą gene­rała. "Zdo­byto kuź­nię!" -?sami rozu­mie­cie, jak to brzmi.

Pod­czas wojny ofi­ce­ro­wie wyżsi rangą popi­jać "nie lubili". Nazwa "maga­zyn wina" powo­do­wała u nich roz­draż­nie­nie. Kaplica rów­nież nie paso­wała na miej­sce zamiesz­ka­nia dla żywych. Kamienna kaplica miała rap­tem trzy ściany. Na ziemi kle­pi­sko i ceglany pie­de­stał z pod­wyż­sze­niem na dwóch nie­bosz­czy­ków. Z przodu pusty otwór drzwiowy patrzył w kie­runku szpi­tala, z któ­rego okien Niemcy go prze­strze­li­wali. Otwór był otwarty na wiatr i śnieg. Dachu nad głową nie było, kłu­jący śnieg hulał tam od świtu i do świtu.

Trzy­mało tam obronę trzech prze­mar­z­nię­tych żoł­nie­rzy. Na roz­kaz gene­rała pil­no­wali kaplicy. W kwiet­niu czter­dzie­stego pierw­szego z gene­rała i z kaplicy nic nie zostało. O tym, jak do tego doszło, będzie osobna opo­wieść.

Niemcy w żaden spo­sób nie przy­pusz­czali, że Rosja­nie wpeł­zną pomię­dzy oblo­dzone ściany kaplicy i maga­zynu win i zostaną tam przez całą zimę. Ale czy Bie­re­zin uwa­żał swo­ich żoł­nie­rzy za żywych ludzi?

W Bie­łym nasze kom­pa­nie strze­lec­kie spo­tkały się z Niem­cami w stycz­niu czter­dzie­stego pierw­szego. Pode­szły do mia­sta i po otrzy­ma­niu uzu­peł­nień zaczęły wysu­wać się do przodu, aby zlu­zo­wać resztki dru­giej kom­pa­nii strze­lec­kiej, która ponio­sła tu duże straty. Gdy nasi Sło­wia­nie posu­wali się naprzód i pró­bo­wali z mar­szu wedrzeć się do mia­sta, Niemcy w zde­cy­do­wany spo­sób, ogniem kara­bi­nów maszy­no­wych, zagro­dzili im drogę. Pewna liczba żoł­nie­rzy wczoł­gała się do piw­nicy i kaplicy, aby do zmroku prze­cze­kać ostrzał. Tak oto powstała linia obrony.

Zamel­do­wano Bie­re­zi­nowi, a on wydał roz­kaz utrzy­ma­nia naka­za­nej rubieży -?i ani kroku w tył!

Nasza piąta kom­pa­nia strze­lecka pode­szła do mia­sta po tygo­dniu -?20 stycz­nia. O tej porze trzy­mały nie­zwy­kle silne mrozy. Śnieg pod nogami skrzy­piał, jak drobno potłu­czone szkło.

Pamię­tam, jak we wsi Szajt­rowsz­czina wyszedł nam na spo­tka­nie szta­bo­wiec z pułku.

-?Jestem przed­sta­wi­cie­lem pułku! -?poin­for­mo­wał rze­czowo. -?Wie­cie, porucz­niku, dokąd iść?

-?Do wsi Żury -?odpo­wie­dzia­łem, przyj­rzaw­szy się kapi­ta­nowi.

-?Dokład­nie tak! Twoja kom­pa­nia zostaje przy­dzie­lona kom­ba­towi Kowa­lio­wowi.

Zaraz, zaraz, pomy­śla­łem. Czy to aby nie ten sam Kowa­liow, który był w mojej kom­pa­nii, kiedy go spraw­dzali? Jakiś czas temu wydo­stał się z okrą­że­nia.

-?To cza­sem nie pogra­nicz­nik? -?zapy­ta­łem.

-?A ty co, znasz go?

-?Ow­szem! Zda­rzyło się nam spo­tkać!

Nie powie­dzia­łem mu, że mie­siąc temu Kowa­liow wyszedł z okrą­że­nia i prze­cho­dził "spraw­dzian na zawsze­nie".

Mie­li­śmy zlu­zo­wać sil­nie prze­trze­bioną kom­pa­nię strzel­ców, która trzy­mała obronę w zakła­dzie lniar­skim i w piw­nicy składu win. Resztki tej prze­rze­dzo­nej kom­pa­nii z nie­cier­pli­wo­ścią wycze­ki­wały naszego poja­wie­nia się na pierw­szej linii.

We wsi Żury zamel­do­wa­łem dowódcy bata­lionu o naszym przy­by­ciu.

-?Roz­pro­wadź ludzi po cha­łu­pach! Niech odpoczną po mar­szu. Luzo­wa­nie będzie jutro! A ty idź do tam­tej chaty. Miesz­kają tam ceka­emi­ści i łącz­no­ściowcy. Jak będziesz potrzebny, to przy­ślę łącz­nika!

Nie wie­dzie­li­śmy, że czeka nas prze­pro­wadzka do lodo­wej mogiły.

W cha­łu­pie, do któ­rej wsze­dłem, było ciemno, gorąco i mocno nady­mione. Prze­by­wali tam tele­fo­ni­ści i żoł­nie­rze kom­pa­nii ceka­emów, któ­rzy aku­rat nie dyżu­ro­wali na poste­run­kach. Dowódcą kom­pa­nii był porucz­nik A. Kuw­szy­now15, a jego zastępcą do spraw poli­tycz­nych młod­szy poli­truk P. Sokow16.

W izbie zna­lazł się rów­nież cho­rąży, dowódca tej samej prze­trze­pa­nej kom­pa­nii, którą mia­łem zmie­nić. Szybko pod­niósł się z ławy i uśmie­cha­jąc się całą gębą wyszedł mi na spo­tka­nie.

-?Cho­dziemy, porucz­niku!

O ile zro­zu­mia­łem, miał zapewne na myśli "chodźmy!".

-?Zro­bimy zmianę i zamel­du­jemy kom­ba­towi.

Nie za bar­dzo rozu­mia­łem, dla­czego wła­ści­wie tak się śpie­szy.

-?Kiedy będzie roz­kaz, to pój­dziemy -?odpo­wie­dzia­łem mu.

-?Jest tu ktoś z Moskwy? -?zapy­ta­łem gło­śno, tak aby wszy­scy usły­szeli.

-?Są Moskwia­nie! -?usły­sza­łem głos z kąta. -?Ja jestem z Moskwy! - odpo­wie­dział poli­truk ceka­emi­stów Sokow.

Miał okrą­głą twarz, maleńki nos, duże i okrą­głe czoło. Oczy jasne, głę­boko osa­dzone. Patrzę na niego i widzę, że nawet w cha­łu­pie nie roz­sta­wał się ze swoim sta­lo­wym heł­mem. Zało­żył go na zimową czapkę.

-?Skąd z Moskwy? -?zapy­ta­łem.

-?Z Kra­snoj Prie­sni! Pew­nie sły­sza­łeś?

-?Jasne, wiem! Cho­ro­szew­ska szosa! Zoo!

-?To może i znasz Trze­cią Magi­stralną?

-?Nie, ulicy Magi­stral­nej nie znam!

Poli­truk zapro­sił mnie, abym usiadł.

-?A ty idź do kom­bata! -?powie­dzia­łem cho­rą­żemu. -?Jego poga­niaj! Jak mi każą robić luzo­wa­nie, to pójdę i zro­bię. Jak mogę, tak pomogę. A roz­kazu na razie nie ma.

Odwró­ci­łem się do Sokowa i kon­ty­nu­owa­li­śmy roz­mowę. Tym spo­so­bem zazna­jo­mi­łem się z kra­ja­nem. Potem na woj­nie los nas połą­czył -?i to na długo. W całej dywi­zji z Moskwy było nas dwóch. Następ­nego dnia roz­sta­li­śmy się. Posze­dłem z żoł­nie­rzami do zakładu lniar­skiego.

Ze wsi Żury zeszli­śmy na lód zamar­z­nię­tej rzeki Nacza i ścieżką wydep­taną w głę­bo­kim śniegu poszli­śmy w kie­runku mia­sta.

Zamar­z­nięte koryto rzeki pro­wa­dziło naj­ni­żej poło­żoną czę­ścią terenu i sta­no­wiło dobrą osłonę dla drogi na pierw­szą linię. Wyjeż­dżono tu nie­zbyt sze­roką i cał­kiem równą trasę po lodzie. Obe­szli­śmy nią kilka pagór­ków, na któ­rych stały wsie Stru­jewo i Demidki. Rzeka miała tu dość wyso­kie i strome brzegi.

Z doliny rzeki nie było widać, co było tam, u góry. Szli­śmy głę­bo­kim zapa­dli­skiem pomię­dzy pokry­tymi śnie­giem wzgó­rzami. Gdzieś po dro­dze rzeka Nacza połą­czyła się z Obszą. Wiatr hulał u góry na wzgó­rzach, a tu na dole było bez­wietrz­nie i cicho. I tylko drobny śnieg, powoli opa­da­jący z góry, łasko­tał brwi, nos i usta. Gałę­zie krze­wów, zato­pione w głę­bo­kim śniegu i oble­czone szro­nem, trwały w bez­ru­chu. Nad stro­mymi wyso­kimi i brze­gami zwie­szały się cudaczne śnieżne zaspy, pod­cho­dząc do samej drogi. Rzeka wraz z drogą robiła tu kilka ostrych zakrę­tów.

Miało się wra­że­nie, że tam u góry sie­dzą Niemcy, a my, żywe i malut­kie ludziki brniemy przez śnieżny labi­rynt, zacho­dząc im na tyły. Patrzę na pro­wa­dzą­cych. Dowódca luzo­wa­nej kom­pa­nii idzie spo­koj­nie. Po jego zacho­wa­niu można wywnio­sko­wać, że Niemcy są jesz­cze daleko.

Obcho­dzimy wyso­kie wzgó­rze.

-?Minę­li­śmy Demidki! -?mówi do mnie w mar­szu i wska­zuje w stronę mia­sta.

Przed nami Bie­łyj. Ale oto z lewej strony otwiera się zaśnie­żony wąwóz. Droga skręca w lewo i wycho­dzimy z lodu na twardą zie­mię, powoli wspi­na­jąc się jarem w kie­runku zakładu lniar­skiego.

Tutaj pośród resz­tek znisz­czo­nego fun­da­mentu i cegla­nej pod­stawy widać zanie­sione śnie­giem górki -?to mecha­ni­zmy maszyn do trze­pa­nia lnu. Spod śniegu wszę­dzie ster­czy żelazo, znie­kształ­cone resztki stro­pów i ceglane filary. Dają poję­cie o tym, że zakład był kie­dyś nie­wiel­kim budyn­kiem o dłu­go­ści dwu­dzie­stu-trzy­dzie­stu kro­ków. Droga koń­czy się za zakła­dem lniar­skim. Dalej pro­wa­dzi wydep­tana w śniegu ścieżka. Przed nami widać dwie cha­łupy z bier­wion, poczer­niałe od upływu czasu. Jedna z nich prze­krzy­wiła się, na dru­giej bra­kuje dachu. To tutaj tak naprawdę zaczyna się nasza rubież obrony. Poza dwoma znisz­czo­nymi cha­tami z bier­wion ani po pra­wej, ani po lewej stro­nie aż do samego mia­sta nic nie widać.

Na lewo od ścieżki, która skręca w prawo i bie­gnie do mia­sta, stoją nagie, pokryte bia­łym szro­nem drzewa. Nie rosły gęsto, lecz zaj­mo­wały całą odkrytą prze­strzeń do samego mia­sta. Widocz­nie posa­dzono je dla wzmoc­nie­nia gruntu, ponie­waż cały teren od Demi­dek obniża się w stronę Bie­łego. Po pra­wej stro­nie drzew znaj­duje się pochy­łość i urwi­sko, za któ­rym leży niski brzeg roz­le­wi­ska rzeki. Te stare drzewa nie wszę­dzie się zacho­wały. Wzdłuż drogi pozo­stały tylko pnie o impo­nu­ją­cych roz­mia­rach. W dużej czę­ści więk­szość ścięto po woj­nie, kiedy miej­scowi zaczęli się tu osie­dlać i budo­wać. Jeśli zatrzy­mać się przy takim poje­dyn­czym drze­wie i uważ­nie przyj­rzeć jego pniu, można dostrzec dra­śnię­cia i głę­bo­kie ślady po kulach i odłam­kach. To ślady z cza­sów wojny.

Wtedy, w czter­dzie­stym pierw­szym, cały teren do mia­sta był widoczny i prze­strze­li­wany z dwóch stron. Strze­lano i z naszej, i z nie­miec­kiej strony. Choć prawdę mówiąc nasi żoł­nie­rze nie lubili nie­po­trzeb­nie strze­lać. Pod­czas gdy celu­jesz muszką i patrzysz przez szczer­binkę, wysta­wiw­szy gębę, mogą cię sko­sić z kara­binu maszy­no­wego. Nie należy ster­czeć na widoku u Niem­ców. Obszar wzdłuż zaśnie­żo­nej ścieżki, pro­wa­dzą­cej od zakładu lniar­skiego do piw­nicy składu win, był prze­strze­li­wany na wylot. Kiedy nocą nasi ludzie szli do piw­nicy, drzewa nie prze­szka­dzały Niem­com w strze­la­niu po ścieżce z broni maszy­no­wej.

Gdy tylko skrę­ci­li­śmy ze ścieżki i zbli­ży­li­śmy się do chat z bali, w naszą stronę na wyso­ko­ści ramion od razu pole­ciały nie­miec­kie poci­ski smu­gowe. Z nie­wie­dzy zna­leź­li­śmy się na otwar­tym tere­nie. Zatrzy­ma­łem kom­pa­nię. Żoł­nie­rze, nie cze­ka­jąc na roz­kaz, powa­lili się w śnieg.

Komendy "Pad­nij!" używa się na tyłach, pod­czas szko­le­nia. A na fron­cie tego typu roz­ka­zów żoł­nie­rzom się nie wydaje. Sam musisz patrzeć i decy­do­wać, czy masz stać w miej­scu, czy leżeć zaryty w śniegu.

Lecą kule! Chcesz, to stój, a chcesz -?padaj! Nikt nie będzie cię szar­pać za rękaw i cią­gnąć ku ziemi. Kiedy trzeba będzie pode­rwać kom­pa­nię, jej dowódca wyda odpo­wiedni roz­kaz. I dopiero wtedy twój porucz­nik się na cie­bie wydrze. To dla­tego, że po pierw­szym słó­wie żoł­nierz zwy­kle się nie rusza. Tu nie tylko trzeba wydać roz­kaz, ale należy się pode­przeć zdrową wią­zanką i rzu­cić znane żoł­nierzowi słówo. Dopiero wtedy wojak poczuje, że sprawa doty­czy wła­śnie jego. Ina­czej może sobie pomy­śleć, że któ­ryś z żoł­nierzy sobie zażar­to­wał.

-?Daleko stąd do piw­nicy składu win? -?zapy­ta­łem cho­rą­żego.

-?Do maga­zynu maszyn rol­ni­czych? -?upew­nił się. -?Nie, nie­da­leko! Ale za dnia nie należy łazić ście­żyną, to bar­dzo nie­bez­pieczne. Co noc tra­cimy ludzi na ścieżce! Każ­dej nocy ktoś tu ginie!

Teraz jest to piw­nica, a kie­dyś pię­trowy budy­nek z cegły. Piw­nica miała ściany grube na cztery cegły i wysta­wała na pół metra z ziemi. Jedyna kon­dy­gna­cja, na któ­rej było kie­dyś biuro, zawa­liła się pod wpły­wem eks­plo­zji. Przy wybu­chu oca­lał tylko jeden róg, zwró­cony w stronę mia­sta, który teraz ster­czał ponad piw­nicą niczym wieża straż­ni­cza. Na pod­ło­dze piw­nicy leżała cała kupa potłu­czo­nych cegieł.

Kie­dyś w piw­nicy naprawdę prze­cho­wy­wano alko­hol. Opo­wia­dał nam o tym żoł­nierz z naszej kom­pa­nii, który był z miej­sco­wych. Piw­nica miała lukowe skle­pie­nie. Wewnątrz było pusto -?goła pod­łoga i oblo­dzone ściany. Ani pie­cy­ków, ani komi­nów. Chłod­nia, gro­bo­wiec, mogiła dla żywego żoł­nierza.

Obec­nie miej­sce to jest ogro­dzone drew­nia­nym pło­tem, za któ­rym znaj­duje się biel­ski rejo­nowy punkt skupu. Piw­nica składu win była naszym naj­bar­dziej wysu­nię­tym punk­tem obrony w stronę mia­sta, poło­żo­nym naj­bli­żej czo­ło­wych pozy­cji Niem­ców.

Piw­nica nie zacho­wała się do dzi­siej­szych cza­sów. Niemcy wysa­dzili ją w maju czter­dzie­stego dru­giego. Póź­niej opo­wiem, jak do tego doszło. Dzi­siaj w tym miej­scu pozo­stały tylko ślady roz­bi­tych cegieł.

Łukowe sklepienie piwnicy ocalałego spichlerza

Jed­nakże naj­cen­niej­szą reli­kwię i oso­bli­wość z cza­sów wojny sta­nowi żela­zna wiata z pół­okrą­głym dachem, poprze­bi­ja­nym kulami i odłam­kami. Nawet dzi­siaj wiata stoi na swoim sta­rym miej­scu17 i wygląda tak samo jak wtedy, gdy codzien­nie mie­li­śmy ją przed sobą. Znaj­do­wała się nieco bli­żej Niem­ców. My sie­dzie­li­śmy z jed­nej strony, jakieś dwa­dzie­ścia kro­ków od niej, a Niemcy odro­binę bar­dziej na lewo i o dzie­sięć metrów bli­żej z prze­ciw­nej strony.

Tędy prze­cho­dziła linia roz­działu wal­czą­cych stron. Wiata to praw­dziwy pomnik tych ludzi, któ­rzy wal­czyli tutaj w imię zwy­cię­stwa na naszej ziemi. W pół­okrą­głym żela­znym dachu są i moje prze­strze­liny. Zamy­kam oczy i widzę je, jak świa­dec­two nie­za­po­mnia­nych i cięż­kich cza­sów wojny.

Na lewo od wiaty stał drew­niany dom. Znaj­do­wało się tam gniazdo nie­miec­kiego kara­binu maszy­no­wego, ich punkt oporu. Przy samej ziemi w ścia­nie z bali była wycięta wąska ambra­zura, którą ze wszyst­kich stron obło­żono wor­kami z pia­skiem. Prze­strzeń pomię­dzy Niem­cami i naszą pozy­cją w piw­nicy, mniej­sza niż dwa­dzie­ścia metrów, była prze­strze­li­wana na wylot. Nie­liczne pnie drzew nie prze­szka­dzały w ostrzale z ich strony.

Dom po lewej stronie wiaty

Kiedy wraz z kom­pa­nią dotar­łem do zakładu lniar­skiego, nocą od razu roz­sta­wi­łem swo­ich żoł­nie­rzy po wszyst­kich punk­tach oporu, w tym w kamien­nej piw­nicy.

Sam zain­sta­lo­wa­łem się wtedy przy dro­dze pod na wpół znisz­czo­nym domem z bali, nie­da­leko od zakładu. Pod domem była wyryta nie­wielka zie­mianka i leżały na niej trzy war­stwy klo­ców. W zie­miance mie­li­śmy pie­cyk, wyko­pany bez­po­śred­nio w ziem­nej bocz­nej ścia­nie. Komin sta­no­wił prze­bity od góry otwór w ziemi. Nocą w pie­cyku paliły się drwa. Przez noc zie­mia i ściana boczna dosta­tecz­nie się nagrze­wały. Cie­pła, które zacho­wała zie­mia, wystar­czało na noc. W każ­dym razie, nocą można było w zie­miance sie­dzieć i leżeć bez pół­ko­żuszka nie zama­rza­jąc. W środku było zady­mione i śmier­działo, ale za to było wil­gotno i cie­pło.

W ciągu dnia zacho­dzi­łem do piw­nicy, pil­no­wa­łem zmiany żoł­nie­rzy, wra­ca­łem do zakładu lniar­skiego i kie­ro­wa­łem kopa­niem tran­szei.

Wraz ze mną w zie­miance miesz­kał poli­truk Sawien­kow. Czę­sto cho­dził do Demi­dek, Stru­jewa i Żyrów -?jak to okre­ślał, "w spra­wach swo­jej pracy". Widząc, że wcze­śniej lub póź­niej i tak przyj­dzie mu udać się do żoł­nie­rzy w piw­nicy, zaczął nama­wiać komi­sa­rza bata­lionu Kozłowa, aby na stałe skie­ro­wał mnie, dowódcę kom­pa­nii, do pod­zie­mia. On, Sawien­kow, zosta­nie w zakła­dzie lniar­skim i będzie kie­ro­wać kopa­niem tran­szei. Zada­nie nie jest trudne i w zupeł­no­ści sobie z nim pora­dzi. A z żoł­nie­rzami w piw­nicy będzie prze­by­wać, jak by nie było, dowódca kom­pa­nii!

-?Słu­chaj no, Sawien­kow! -?powie­dzia­łem po pierw­szym tygo­dniu. -?Musi być jakaś spra­wie­dli­wość na świe­cie. Teraz twoja kolej ruszać do piw­nicy. Łazi­łem tam przez cały pierw­szy tydzień. Przez następny ty sobie tam pochodź!

-?Nie­po­trzeb­nie zgry­wasz waż­niaka, porucz­niku! Do piw­nicy w ogóle nie pójdę. I weź pod uwagę, że nie jestem twoim zastępcą. Jestem przed­sta­wi­cie­lem poli­tycz­nym w kom­pa­nii. Nie pod­le­gam ci, tylko cię nad­zo­ruję i pil­nuję. Do piw­nicy ruszysz ty i będziesz tam sie­dzieć, nie wyła­żąc. Takie jest zda­nie komi­sa­rza bata­lionu Kozłowa.

-?Jakie znowu zda­nie?

-?Takie! Uzgod­nione z kom­ba­tem Kowa­lio­wem. Wczo­raj byłem w bata­lio­nie i pole­cono mi, abym ci to prze­ka­zał. Co też wła­śnie robię.

-?Nie wie­rzę two­jej gada­ni­nie, Sawien­kow. Łżesz na każ­dym kroku!

-?Tele­fo­ni­sta! -?zawo­łał Sawien­kow. -?Połącz mnie z dru­gim! Halo! Towa­rzysz drugi? Mel­duje się Sawien­kow. Porucz­nik nie chce wyko­nać waszego pole­ce­nia. Jak to, jakiego? Żeby iść do piw­nicy. Tak jest! Już go daję do tele­fonu!

Pod­sze­dłem do apa­ratu, wzią­łem słu­chawkę i Kozłow od razu wszystko mi wykla­ro­wał:

-?Żad­nej samo­wolki! Idziesz do piw­nicy! Tak zade­cy­do­wano. I bez pozwo­le­nia Kowa­liowa z piw­nicy nie wyła­zisz! Wszystko jasne?

Prze­mil­cza­łem. Sawien­kow pro­mie­niał. Był zado­wo­lony.

Po tele­fo­nie do bata­lionu wszystko wylą­do­wało na swo­ich miej­scach. Sawien­ko­wowi odpa­dło zagro­że­nie, że zosta­nie zabity na ścieżce. Kwe­stia moralna nie powo­do­wała jego nie­po­koju. Miał gdzieś moral­ność, gdy sprawa doty­czyła jego wła­snej skóry. Strasz­nie się bał, że straci swe dro­go­cenne życie. Nie dbał o to, co będą o nim myśleć i mówić żoł­nie­rze. Na woj­nie każdy czło­wiek powi­nien umieć zatrosz­czyć się o samego sie­bie. Nie umiesz, toś dureń. Ty jesteś dowódcą kom­pa­nii, więc orka to twoja sprawa!

Porucz­nicy i żoł­nie­rze nie zagrze­wali długo miej­sca na fron­cie. Dzi­siaj żyją, a jutro ich wśród żywych nie ma. I świad­ków nie będzie. Po woj­nie nikt nie powie, że on, Sawien­kow, rato­wał swój tyłek. Teraz ważne jest to, aby wyro­bić sobie dobrą opi­nię u sze­fo­stwa. On, Sawien­kow, jest gotów pójść na wszystko, aby prze­dłu­żyć sobie życie do końca wojny.

Porucz­nika ode­słali do piw­nicy, a on teraz jest swoim wła­snym panem -?w ogrze­wa­nej zie­miance z trzy­war­stwo­wym stro­pem. Chcesz, śpij. Chcesz, siedź albo leż sobie.

Przed uda­niem się do piw­nicy wyło­ży­łem mu swoją opi­nię o jego tchó­rzo­stwie i dba­niu o wła­sną skórę:

-?Posłu­chaj, Sawien­kow! Gdy tylko kom­pa­nia zbliża się do prze­ciw­nika, w wydziale poli­tycz­nym pułku wyska­kują ci sprawy nie­cier­piące zwłoki. Poli­truk powi­nien cho­dzić do ataku razem z dowódcą kom­pa­nii. A ty za każ­dym razem się cho­wasz. Żoł­nie­rze się śmieją. Gadają o tobie otwar­cie. Posie­dzisz tydzień na tyłach, poja­wiasz się w dowódz­twie i robisz wra­że­nie, że dopiero co przy­la­złeś z kom­pa­nii. A w kom­pa­nii nie było cię od tygo­dni. Jak ty patrzysz w oczy bez­par­tyj­nym żoł­nie­rzom i kom­so­mol­com?

Sawien­kow w ogóle się nie zmie­szał i tylko odpo­wie­dział roz­draż­nio­nym gło­sem:

-?A znasz roz­kaz Kwa­tery Głów­nej w kwe­stii per­so­nelu poli­tycz­nego i komi­sa­rzy? Na fron­cie pra­cow­ni­ków poli­tycz­nych należy oszczę­dzać. Par­tia powie­rzyła nam pil­no­wa­nie was i rapor­to­wa­nie do wydzia­łów poli­tycz­nych, jak wypeł­nia­cie jej roz­kazy.

-?Zapewne z samego rana żło­pa­łeś samo­gon?

-?Nic nie żło­pa­łem! I zapa­mię­taj sobie: wśród was, dowód­ców, jest mnó­stwo wsze­la­kich zdraj­ców ojczy­zny i sprze­daw­czy­ków. Na fron­cie nie jeste­śmy waszymi zastęp­cami i poma­gie­rami. Jeste­śmy insty­tu­cją komi­sa­rzy. Na nas trzyma się front i spo­czywa cały cię­żar wojny. Musimy was pil­no­wać i oce­niać stan waszego moral­nego ducha. Zapewne zapo­mnia­łeś, że wisi na tobie wyrok? Myślisz, że par­tia będzie chro­nić nie mój, a twój bez­par­tyjny żywot? Że pod nie­miec­kie kule rzucą nas, pra­cow­ni­ków poli­tycz­nych? Leź do kamien­nej piw­nicy i schła­dzaj tam sobie mózg. I zacznij myśleć, jak należy. Bo tu jest gorąco przy piecu i od cie­pła rozum ci omdlał. Nie dość, że chwiejny moral­nie, to jesz­cze się roz­pę­dza w osą­dach.

Roz­mowa się urwała. Ktoś z zewnątrz szarp­nął wiszącą w przej­ściu zasłonkę i zastu­kał oblo­dzo­nymi walon­kami. Żoł­nierz przy­niósł narę­cze drew.

Przy­znaję, że oczy­wi­ście zamy­śli­łem się nad jego słó­wami. Sawien­kow dość jasno okre­ślił, gdzie jest moje miej­sce i ile wła­ści­wie jest warte moje życie. Tak w ogóle, to byłem dur­niem. Wszystko przyj­mo­wa­łem za dobrą monetę. Ale ja swoją decy­zję pod­ją­łem. Każdy czło­wiek powi­nien mieć swój pra­wi­dłowy krę­go­słup. Bijemy się za swoją wspa­niałą radziecką ojczy­znę. Ojciec naka­zy­wał, abym był mężny. Chciał, żebym był praw­dzi­wym komu­ni­stą. Sam był człon­kiem par­tii i pra­co­wał w moskiew­skim Kremlu18.

Wtedy w mil­cze­niu wysze­dłem z zie­mianki i posze­dłem do przodu tran­szeją. Prze­sze­dłem dwa­dzie­ścia metrów wyry­tym oko­pem i zaczą­łem patrzeć ponad śnie­giem przed sie­bie. Tam, na śniegu, nieco wysta­jąc, leżał zabity Nie­miec. Młody, jasno­włosy, w zie­lono błę­kit­nym mun­du­rze. Nie wie­dzieć czemu był bez szy­nela. Mun­dur był zapięty na wszyst­kie guziki i ścią­gnięty pasem. Ciemny wykła­dany koł­nierz pod­kre­ślał bla­dość i mło­dość jego twa­rzy. Miał otwarte oczy. Leżał na wznak, odwró­ciw­szy głowę nieco w bok i patrzył w nie­biosa.

Któ­re­goś razu, kiedy się ocie­pliło, Niemcy chcieli nas zasko­czyć. Przed świ­tem dwu­dzie­stu ludzi posta­no­wiło rzu­cić się na nasze okopy. Ten, który tu leżał, szedł na prze­dzie i wszy­scy go widzieli. Zacho­wy­wał się spo­koj­nie i wręcz z god­no­ścią. Wtedy z naszej strony roz­le­gły się rzad­kie wystrzały kara­bi­nowe. Strze­lały czujki, które ryły okopy. Nie­mieccy żoł­nie­rze tchórz­li­wie cię cof­nęli i zawró­cili. A ten mło­dzian nagle się potknął i upadł. W głębi ducha zapewne nie wie­rzył, że coś takiego może mu się przy­tra­fić.

Zawieje i zamie­cie nie zasy­pały go śnie­giem. Wręcz prze­ciw­nie. Leżał jakby na bia­łym postu­men­cie. Cza­sami odno­si­łem wra­że­nie, że wcale nie został zabity. Że przy­cho­dzi po ciemku i nocą kła­dzie się w tam­tym miej­scu. Wiatr zwie­wał z niego wszyst­kie białe śnie­żynki.

O świ­cie za każ­dym razem przy­cho­dzi­łem na koniec tran­szei, gdzie moi żoł­nie­rze dłu­bali w zmar­z­nię­tej ziemi. Zgod­nie ze zwy­cza­jem kon­tro­lo­wa­łem ich pracę i spo­glą­da­łem w stronę leżą­cego na śniegu Niemca. Jego postać zawsze led­wie doty­kała pokrywy śniegu. Żoł­nie­rze, któ­rzy ryli okop, rów­nież na niego zer­kali. Dla­czego był ubrany jak na lato? Dla­czego poszedł do ataku bez szy­nela? Co chciał poka­zać swoim Fry­com, idąc tak na czele?

Zabi­tego było także widać z nie­miec­kich pozy­cji. Niemcy nawet nie strze­lali w jego stronę, oba­wia­jąc się, że posie­kają go kulami. Któ­re­goś razu pod osłoną ciem­no­ści pró­bo­wali prze­do­stać się w pobliże ciała. Lecz bra­cia Sło­wia­nie zauwa­żyli ich na czas. Roz­pę­tała się bez­ładna strze­la­nina. Niem­com nie star­czyło ducha, by zro­bić jesz­cze jeden krok do przodu.

Popa­trzy­łem na zabi­tego Niemca i wes­tchną­łem głę­boko. Blond włosy Niemca poru­szały się na wie­trze. Przy­po­mniały mi się słówa Sawien­kowa - "Pamię­taj, że masz wyrok!". Znowu ukłuły mnie w serce. Żeby już był wie­czór! Teraz jest mi wszystko jedno! Żeby tylko szyb­ciej stąd odejść, a nie sie­dzieć przy piecu z tą brudną świ­nią i patrzeć na nią. Lepiej kusić los na ścieżce, cho­dzić pod kulami i ruszyć do tej kamien­nej piw­nicy. Lepiej już sie­dzieć w tym pie­kiel­nym miej­scu razem z żoł­nie­rzami.

Gdy opa­dła noc i cał­kiem się ściem­niło, przy­szedł star­szyna. Wyszli­śmy na ścieżkę i wkrótce dotar­li­śmy do piw­nicy. Umo­ści­łem się na pod­ło­dze na cien­kiej pod­ściółce z łodyg lnu i momen­tal­nie poczu­łem jej lodo­waty oddech. Piw­nica nie była ogrze­wana, paliła się w niej tylko nocna kop­ciłka ze spłasz­czo­nej łuski po poci­sku. Na pół­ko­li­stym skle­pie­niu tań­czyły szare cie­nie.

Star­szyna roz­dał mączną pochlipkę, mro­żony chleb, życzył mi wszyst­kiego dobrego, odwró­cił się i poszedł z powro­tem. Przez krótki czas leża­łem i myśla­łem o życiu. Pokrę­ci­łem się, podra­pa­łem za pazu­chą, pouga­nia­łem się za natręt­nymi wszami i wkrótce zasną­łem.

Wraz z moim przyj­ściem do piw­nicy, żoł­nie­rze nieco się oży­wili. Jed­nak widząc, że umo­ści­łem się na pod­ło­dze i nie zbie­ram się do wyj­ścia, jesz­cze bar­dziej zmar­kot­nieli i posmut­nieli. Zro­zu­mieli. Jeśli wepchnięto tu dowódcę kom­pa­nii, to ich, żoł­nie­rzy, ni­gdy stąd nie wypusz­czą. Pod­ło­ży­łem pod głowę czy­jąś starą i dziu­rawą menażkę i zasną­łem. Żoł­nie­rze powier­cili się i szybko się uspo­ko­ili. I tak jak wcze­śniej, było ponuro, pół­sen­nie, nie­ru­chomo, zimno i głodno. Ludzie już dawno prze­mar­zli w tym kamien­nym gro­bie, ale nie szem­rali. Widzieli, że dowódca kom­pa­nii tak samo jak oni wala się na zim­nej pod­ło­dze.

Kil­ka­krot­nie zwra­ca­łem się do bata­lionu oraz bez­po­śred­nio do pułku z prośbą o wyda­nie kom­pa­nii jesz­cze jed­nego żela­znego pie­cyka. Ale jak go nie było, tak nie było i nie przy­słali go do samej wio­sny. I jesz­cze powie­dzieli:

-?I tak nie naścią­ga­cie drewna! A szcza­pami piw­nicy nie nagrze­je­cie.

Żoł­nie­rze nie mogli tego pojąć. Leżąc na pod­ło­dze, kulili się z zimna. W piw­nicy stali war­tow­nicy. Ten, kto scho­dził z warty, natych­miast ukła­dał się do spa­nia. Sen na jakiś czas wyba­wiał ludzi od myśle­nia, od zimna, od głodu i męczarni. Kamień nie tylko wydzie­lał strasz­liwe zimno, ale spra­wiał, że prze­ni­kało czło­wie­kowi do szpiku kości. To przez nie łamało stawy i bolały oczo­doły. Ostrze zimna docie­rało do krę­go­słupa. Maź sta­wowa zasty­gała w krę­gach.

Jeśli żoł­nie­rza pró­bo­wano obu­dzić, to pobudka zaczy­nała się od szar­pa­nia i popy­cha­nia. Żoł­nie­rza długo potrzą­sali, uno­sili z pod­łogi i dopiero po tym otwie­rał oczy, patrząc ze zdzi­wie­niem na sta­ją­cych nad nim kole­gów. Z zimna żoł­nie­rzowi wszystko wyla­ty­wało z pamięci.

Kiedy leżysz na boku na oblo­dzo­nej kamien­nej pod­ło­dze, to sztyw­nieje połowa twa­rzy i cała dolna część ciała. Nie tylko sztyw­nieje, ale i traci czu­cie. I kiedy musisz wstać, możesz poru­szyć tylko tą drugą połową. Usta i twarz są odkształ­cone, szyja jest nie­na­tu­ral­nie wygięta w bok. Na twa­rzy zastyga gry­mas cier­pie­nia i śmie­chu. Usta wykrzy­wiają się tak, jakby czło­wiek was prze­drzeź­niał. Jed­nak każdy, kto to widzi, rozu­mie, że to ludz­kie męki, a nie gry­masy i złość, którą można dostrzec na zado­wo­lo­nych i sytych twa­rzach naszych tyłow­ni­ków z bata­lionu i pułku.

Zimno sta­lową obrę­czą gnie­cie głowę, w skro­niach poja­wia się okropny, ćmiący ból. Nie poru­szają się gałki oczne. Kiedy chcia­łem spoj­rzeć w bok, odwra­ca­łem tam całe ciało. Potem, sta­nąw­szy osta­tecz­nie na nogach, zaczy­nasz cho­dzić po piw­nicy. W ten spo­sób stop­niowo odta­jesz i wydo­bę­dziesz z sie­bie głos.

Cała dwu­dziestka żoł­nie­rzy wytę­żała ostat­nie siły, ale nikt nie uty­ski­wał. Wielki jest rosyj­ski żoł­nierz! A w tym cza­sie na tyłach nasi dowódcy żuli kęski świń­skiej sło­niny, zapi­ja­jąc tłu­stym bulio­nem.

Nie­któ­rych żoł­nie­rzy trzeba było cał­kiem wymie­nić. Poja­wili się cho­rzy i ranni. Po jed­nym odsy­łano ich do zakładu lniar­skiego.

W kamien­nej piw­nicy, w któ­rej sie­dzie­li­śmy, od odde­chów ludzi sufit i ściany były pokryte bia­łym szro­nem i lodem. Szron osa­dzał się na zim­nych cegłach ścian i skle­pie­nia. Stop­niowo robił się twardy i zamie­niał się w oblo­dzoną sko­rupę. Pie­cy­ków w piw­nicy nie było. To był punkt naj­bar­dziej wysu­nięty w stronę Niem­ców. Sta­li­śmy obok sie­bie tak bli­sko, że wąt­pliwe jest, by ktoś widział przed sobą nie­miec­kie pozy­cje z bliż­szej odle­gło­ści, niż my. Rów­nież potem, do końca wojny, przy­szło mi wojo­wać na pierw­szej linii, ale ni­gdy i ni­gdzie nie sta­li­śmy tak bli­sko Niem­ców, jak tutaj. I to nie epi­zod, nie postój na dwa czy trzy dni. Sza­cuję, że obronę trzy­ma­li­śmy tam nie kró­cej, niż pół roku.

Chcę zazna­czyć jesz­cze jedno. Niemcy sie­dzieli we wnę­trzu domu z okrą­gla­ków i dzień i noc palili w piecu. Ich war­tow­nicy stali na zewnątrz i za rogiem. Było wyraź­nie sły­chać, jak śnieg poskrzy­puje im pod nogami. Po gło­sie i poka­sły­wa­niu nasi żoł­nie­rze odróż­niali, który z nich stoi dziś na poste­runku. Spo­tkasz kie­dyś Fryca, któ­rego ni­gdy nie widzia­łeś, a głos poznasz od razu. Na poste­run­kach Niemcy bez­u­stan­nie gadają. Oto, jak bli­sko od sie­bie sta­li­śmy. Nie­miec zakaszle, puści strugę gazu w por­tki, zadźwię­czy sycząca nutą, a naszym żoł­nie­rzom w piw­nicy duszę z głodu wywraca. Obżarli się, czorty! Żrą jak konie! Na poste­runku stoją, pier­dzą i wąchają spod sie­bie. A tu jeść dają tyle, że i odpo­wie­dzieć nie ma czym... A naj­gor­sze, że przy­kro. Kar­mi­liby do syta bodaj czar­nym chle­bem, to god­nie byśmy im odpo­wie­dzieli, jak należy, wedle rosyj­skiego oby­czaju. Na woj­nie żoł­nierz zwy­kle nie patrzy na to, co jest na zewnątrz, a raczej wnika w samą treść, zagląda w głąb, do wnę­trza i tam poszu­kuje korzeni zła.

Nasi żoł­nie­rze potra­fili dokład­nie okre­ślić na słuch, kiedy Niem­com dostar­czano do domu żyw­ność i kiedy po jedze­niu wycho­dzili popa­lić i poniu­chać na świe­żym powie­trzu.

-?To swo­ło­cze, trzeci raz dzi­siaj jedzą obiad! -?odzy­wał się któ­ryś z żoł­nie­rzy dyżu­ru­ją­cych przy wej­ściu.

A ci, któ­rzy leżeli na pod­ło­dze, zaczy­nali się wier­cić.

Jako punkt oporu nasza piw­nica nie przed­sta­wiała sobą żad­nej spe­cjal­nej war­to­ści. Pod wszyst­kimi wzglę­dami była nie­wy­godna dla cało­ści obrony, gdyż była wysu­nięta daleko przed główną rubież i zupeł­nie od niej ode­rwana. Każdy wystrzał w stronę Niem­ców, oddany z wąskiego piw­nicz­nego okna, za każ­dym razem koń­czył się dla nas nowymi stra­tami.

Przy pierw­szym takim wystrzale Nie­miec otwie­rał wście­kły ogień z kilku kara­bi­nów maszy­no­wych i przez parę godzin pod rząd ostrze­li­wał ze wszyst­kich stron ścieżkę i każde okno piw­nicy. Setki prze­ciw­pan­cer­nych, roz­ry­wa­ją­cych i smu­go­wych poci­sków od razu wpa­dały do wnę­trza pod­zie­mia. Odpry­ski leciały ze ścian, kule ze zgrzy­tem i świ­stem ryko­sze­to­wały po kamien­nych łukach. Nie było się gdzie scho­wać. Wszy­scy kła­dli się na pod­ło­dze, odpeł­zali w kąty, ale kogoś tam tra­fiało -?dobrze, jeśli lekko. Żoł­nie­rze doszli do wnio­sku, że lepiej jest nie strze­lać.

Nasza piw­nica znaj­do­wała się w wyjąt­kowo nie­wy­god­nym miej­scu. Ścieżka, którą żoł­nie­rze do niej cho­dzili, na całej swo­jej dłu­go­ści była pod ostrza­łem Niem­ców. Na samym końcu pod­cho­dziła do bocz­nej ściany piw­nicy, zwró­co­nej ku nie­miec­kiemu sta­no­wi­sku ognio­wemu, obło­żo­nemu wor­kami z pia­skiem. Nie­stety, nie mie­li­śmy środ­ków, aby zmu­sić je do mil­cze­nia.

Aby dotrzeć do piw­nicy trzeba było na oczach Niem­ców podejść do bocz­nej ściany, odwró­cić się twa­rzą do nich, przy­klęk­nąć, poło­żyć się na ziemi i ześli­zgnąć na brzu­chu po śniegu, odpy­cha­jąc się rękami, tra­fić nogami w wąski otwór dym­nika, znaj­du­jący się w ścia­nie przy samej ziemi. Tra­fiw­szy w okno nogami i wpy­cha­jąc się tyłem do piw­nicy, żoł­nierz prze­ci­skał się przez wąski otwór. Nawet nocą, przy sła­bej widocz­no­ści, Niemcy mogli dostrzec nie­ostrożny ruch żoł­nierza, który pod­bie­gał lub pod­czoł­gi­wał się ścieżką do tej ściany. Wszy­scy, któ­rzy szli do piw­nicy lub z niej wra­cali, przed wyj­ściem zakła­dali czy­ste mask­cha­łaty. Niemcy wie­dzieli, że wraz z nadej­ściem ciem­no­ści pój­dziemy po ścieżce do piw­nicy i z powro­tem. I polo­wali na nas. Zaśnie­żona ścieżka była wydep­tana i miej­scami wręcz oblo­dzona. Wzdłuż ścieżki, z jed­nej jej strony wzno­siła się nie­wy­soka kra­wędź. Pod jej osłoną można było w nie­któ­rych miej­scach leżeć lub peł­zać. Każ­dej nocy do piw­nicy przy­cho­dził star­szyna i jego pomoc­nik woź­nica, który niósł na ple­cach ter­mos z żoł­nier­ską pochlipką. Star­szy sier­żant dźwi­gał na ramie­niu worek z zmro­żo­nym chle­bem. Jakiś czas potem, po odej­ściu star­szyny, do piw­nicy ruszała grupa żoł­nierzy-zmien­ni­ków. Luzo­wali tych, któ­rzy odsie­dzieli tydzień w lochu. Po zapad­nię­ciu zmroku Nie­miec uzu­peł­niał naboje w meta­lo­wych taśmach i zaczy­nał ostrzał naszych ludzi wzdłuż ścieżki. Pod kule wpa­dali głow­nie bojaź­liwi i nie­roz­tropni. Bra­ko­wało im opa­no­wa­nia, wyobraźni i zdol­no­ści do bły­ska­wicz­nej reak­cji, jak u naszego star­szyny. On także ryzy­ko­wał każ­dej nocy. Lecz cho­dził ostroż­nie i jed­no­cze­śnie zde­cy­do­wa­nie. Takich rze­czy nie można nauczyć, choćby komuś cio­sać kołki na gło­wie. Każ­dej nocy na ścieżce żoł­nierze pła­cili swoją krwią, poja­wiali się ranni i zabici. Ran­kiem, zmę­czyw­szy się przez noc, Niemcy prze­ry­wali ostrzał. Poste­runki obej­mo­wali ich zmien­nicy. Oni rów­nież znali się na swo­jej robo­cie. Krót­kimi seriami z kara­binu maszy­no­wego rwali nam prze­wód tele­fo­niczny i łącz­ność z piw­nicą zry­wała się do samej nocy. Ran­kiem tele­fo­ni­sta zazwy­czaj brał do ręki słu­chawkę, krę­cił korbką i odkła­dał słu­chawkę z powro­tem. Nie było sensu krzy­czeć "Halo! Halo! Halo!". Wtedy tele­fo­ni­sta nie­chęt­nie pod­no­sił się z pod­łogi i przy­gar­biony podcho­dził do mnie. Ja leża­łem na pod­ło­dze za fila­rem w dru­gim końcu piw­nicy, a on mel­do­wał:

-?Łącz­ność zerwana, towa­rzy­szu porucz­niku!

-?Dobra! Jesteś wolny! -?odpo­wia­da­łem zachryp­nię­tym gło­sem, nie poru­sza­jąc się i nie pod­no­sząc głowy.

Tele­fo­ni­sta powoli wra­cał na swoje miej­sce, kładł się obok apa­ratu i zamy­kał oczy. Do następ­nej nocy nie miał już tutaj żad­nych zajęć i zmar­twień. Nocą zmien­nik prze­cią­gnie prze­wód, a on pój­dzie do sie­bie do Żurów, gdzie sta­cjo­nuje jego plu­ton łącz­no­ści.

Przy piw­nicz­nych oknach stali nasi war­tow­nicy i dyżurna obsługa "Mak­sima". Pozo­stali leżeli na pod­ło­dze i spali. Sen zacho­wy­wał w czło­wieku cie­pło i siły życiowe. Życie w piw­nicy zamie­rało do nocy. Pie­ców nie było. Dostar­cze­nie drew do piw­nicy było nie­moż­li­wo­ścią. Nie było czym grzać i roz­pa­lać ogni­ska na pod­ło­dze. Przez całą zimę piw­nica nie była ogrze­wana. Na zewnątrz było poni­żej trzy­dzie­stu stopni, a w kamien­nym worku jesz­cze zim­niej. Łatwiej znieść trzy­dzie­ści stopni leżąc w śniegu. A w kamien­nej piw­nicy pro­mie­nio­wa­nie zimna prze­bi­jało i prze­ni­kało na wylot całe ciało do samych kości. Żoł­nie­rzy kar­miono raz na dobę. Bez­u­stanne nie­do­ja­da­nie i wychło­dze­nie wpro­wa­dzało żoł­nie­rzy w stan cięż­kiego pół­snu. Bez łącz­no­ści tele­fo­nicz­nej było spo­koj­niej. Z bata­lionu nie dzwo­nili. Byli­śmy cał­ko­wi­cie odcięci od świata.

-?Towa­rzy­szu porucz­niku!

-?No, co tam?

-?Niemcy mogą nocą nasko­czyć od góry i rzu­cić w okna gra­naty i butelki z pły­nem łatwo­pal­nym. Nie ma żad­nej łącz­no­ści! W bata­lio­nie i w pułku nie będą wie­dzieć, co się z nami stało! Wszy­scy się spa­limy albo udu­simy od dymu.

Oczy­wi­ście możemy się wci­snąć w odle­gły kąt z nadzieją, że Niemcy nie polezą do piw­nicy! My będziemy sie­dzieć, zdy­chać i naiw­nie się łudzić, że tylko patrzeć, a pomogą nam ci z bata­lionu albo z pułku. A oni maja do naszego pożaru w piw­nicy daleko, nie widzą go i dawno mają go gdzieś. W bata­lio­nie, w pułku i w dywi­zji wszę­dzie sie­dzą mądrale i stra­te­dzy. Pędzą bez­tro­skie życie w cie­ple i syto­ści. A my mamy nadzieję, że oni wymy­ślą, jak nas wyzwo­lić z ognia. Poin­for­mują ich o tym, a oni nawet nie kiwną pal­cem. Po to jest wojna, żeby żoł­nie­rze trwali do śmierci! Nikt nie dopu­ści, aby z winy bała­ga­nia­rza dowódcy kom­pa­nii żoł­nie­rze żywymi zosta­wili piw­nicę. Za kamien­nymi ścia­nami z czte­rech cegieł możesz umrzeć, ale nie wolno ci oddać swo­ich pozy­cji tylko po to, aby prze­żyć. W prak­tyce nikt nie miał zamiaru oka­zy­wać nam żad­nej pomocy.

Po to jeste­śmy kom­pa­nią strze­lecką, aby trzy­mać obronę i bro­nić przed Niem­cami tych z bata­lionu, pułku i tyłów. Na nas, na kom­pa­niach strzel­ców, trzyma się cały front. Za naszymi ple­cami, kry­jąc się przed Niem­cami, sie­dzi dowódca bata­lionu i pułku. I jeśli kom­pa­nia strze­lecka nie wytrzyma i drgnie, a żoł­nie­rze się roz­bie­gną, to można przy­jąć, że front na naszym odcinku będzie prze­rwany, a zaty­kać go dywi­zja nie ma czym.

Rzecz jasna, z racji mło­dego wieku żyłem nadzieją i wie­rzy­łem, że w cięż­kiej chwili ura­tują nas przed daremną śmier­cią. Jed­nakże, tak jak każ­dego dnia pod­czas wojny, oszu­ki­wa­łem sam sie­bie. Liczy­łem wręcz na to, że w kry­tycz­nej chwili dadzą mi zgodę na wyco­fa­nie się do zakładu lniar­skiego. Ale to nie tak. Samo­wolne wyco­fa­nie się, try­bu­nał albo boha­ter­ska śmierć z żoł­nie­rzami -?wybie­raj, co lep­sze! Co będzie dla cie­bie mniej­szym zamie­sza­niem i kło­po­tem? Przez cała wojnę, czyli przez cały okres zaczep­nych dzia­łań bojo­wych ani razu nie widzia­łem, ani nie sły­sza­łem, żeby dowódca pułku, mając na uwa­dze wymogi tak­tyczne i ochronę życia żoł­nie­rzy, wydał roz­kaz lub dał mil­cząca zgodę kom­pa­nii strze­lec­kiej na wyco­fa­nie się z zaj­mo­wa­nych przez nią pozy­cji. Cofa­li­śmy się tylko wtedy, gdy cały pułk razem z tabo­rami uciekł jesz­cze wcze­śniej, kiedy po bata­lio­no­wych i puł­ko­wych nie zostało już nawet wspo­mnie­nia. Ale jeśli w kry­tycz­nej chwili sie­dzieli na miej­scu, to ile byś nie krę­cił korbką apa­ratu, ile byś nie dzwo­nił do sztabu bata­lionu, to i tak nikt ci nie odpo­wie. I co będziesz robić, gdy nie ma roz­kazu do odwrotu? Na dru­gim końcu drutu sie­dzą i sły­szą twój zde­ner­wo­wany głos, ale będą uda­wać, że łącz­ność została zerwana. Taka jest prawda wojny! Ni­gdy przed nią nie uciek­niesz! Wyobraź­cie sobie na chwilę, że do piw­nicy pod­je­chał nie­miecki czołg. Pod­je­chał, zga­sił sil­nik i opu­ścił lufę działa i skie­ro­wał ją w okno przy ziemi, przez które wła­zi­li­śmy i wyła­zi­li­śmy ze środka. Arty­le­rii w pułku nie ma. Nie ma jak walić do czołgu ogniem bez­po­śred­nim. Pod­no­si­cie słu­chawkę i wzy­wa­cie sztab bata­lionu. Na dru­gim końcu ktoś sapie i dyszy, ale nie zdra­dza się gło­sem. Wie, że będziesz pro­sić o zgodę na odwrót. Mia­łem kie­dyś podobną roz­mówkę z dowódcą bata­lionu w kwe­stii tego, że żoł­nie­rze nie wytrzy­mują sie­dze­nia w oblo­dzo­nej piw­nicy.

-?Masz wal­czyć, a nie wisieć na tele­fo­nie! Co, Niemcy na cie­bie napie­rają? Jesteś po pro­stu tchó­rzem, śmierci się boisz! Jedno sobie zapa­mię­taj! Masz wal­czyć i trzy­mać obronę! Że co? Sie­dzisz w lodo­wej piw­nicy? No i co? A ja się duszę z gorąca w nagrza­nej cha­łu­pie.

Nie dziw­cie się, na woj­nie działy się rów­nież i takie rze­czy.

-?Co tam gadasz? Naboje ci się koń­czą? A ty... taki owaki... kurwa twoja mać! Wcze­śniej nie mogłeś pomy­śleć? Może kom­bat ma ci naboje nosić?

W nikim nie mogli­śmy pokła­dać nadziei. Stop­niowo się tego nauczy­li­śmy. Tylko Nie­miec ude­rzy moc­niej, a wszy­scy nasi mądrale i stra­te­dzy roz­bie­gną się po lasach i bagnach. Prze­bie­gnie do Niem­ców i nasz sta­ru­szek dowódca dywi­zji. Uciekną szta­bowcy, zła­paw­szy ze sobą kapi­tana służby medycz­nej z żonką-leka­rzem woj­sko­wym i prze­bie­gną na stronę Niem­ców. Wszystko to wyda­rzy się naprawdę, ale potem, w kwiet­niu czter­dzie­stego dru­giego.

A na razie soplem na nosie wisiał luty. Dłu­gie zimowe noce. Na początku lutego są wyjąt­kowo mroźne. A w kamien­nej piw­nicy sie­działo ze mną dwu­dzie­stu ludzi. W tym trzech kaemi­stów i jeden tele­fo­ni­sta. Dowódcą obsługi "Mak­sima" był plu­to­nowy Kozłow. Chło­pak wyso­kiego wzro­stu z ciem­nymi dobrymi oczami. Jego chuda twarz była zawsze spo­kojna i sku­piona. O czym wtedy myślał, sie­dząc z nami w piw­nicy? Co tydzień żoł­nie­rze-strzelcy zamie­niali się gru­pami. Kaemi­ści sie­dzieli bez zmiany, podob­nie ja i star­szyna -?pomoc­nik dowódcy kom­pa­nii. Tele­fo­ni­ści także dyżu­ro­wali po kolei. Dobę jeden, drugą dobę inny. Przy­cho­dziła noc, tele­fo­ni­sta cią­gnął do piw­nicy prze­wód, a nad ranem drut był zerwany. Leżał sobie zatem do ciemna i cze­kał, aż przyj­dzie kolejna zmiana. Z nadej­ściem pół­nocy po ścieżce kro­czyła śmierć i zbie­rała swoje żniwo. Czło­wiek wyczuwa ją wcze­śniej i myśli o niej. Każdy, kto sie­dział w piw­nicy, myślał, że jutro go zabiją na ścieżce. Nie było ani jed­nej nocy bez ofiar. Zabije na ścieżce czy też wyjmą mar­twe ciało z piw­nicy - jaka to róż­nica, gdzie zgi­ną­łeś? Ważne, że czło­wieka wię­cej nie ma. W bata­lio­nie był jesz­cze jeden Kozłow. Ten tutaj był plu­to­nowym kaemi­stą, a tam­ten... nie będę o nim na razie nic mówić.

Wewnątrz piw­nica była cał­kiem pusta. Gołe ściany, kamienne łuko­wate skle­pie­nie i wąskie dym­niki na pozio­mie ziemi. Ciężki kara­bin maszy­nowy "Mak­sim" stał przy końcu przed­niej ściany i patrzył lufą w stronę mia­sta, gdzie po uli­cach, osło­nięci pło­tem, cho­dzili i jeź­dzili Niemcy. W oca­la­łym rogu ponad piw­nicą dyżu­ro­wało dwóch naszych żoł­nie­rzy. Każdy nie­wielki szcze­gół ma istotne zna­cze­nie, bowiem w tym kącie, jak rów­nież na górze, żoł­nie­rze nie­kiedy roz­sta­wali się z życiem. Łuko­wate skle­pie­nie piw­nicy miało przy­zwo­itą gru­bość. Sie­dząc na dole pod skle­pie­niem nie oba­wia­li­śmy się bez­po­śred­niego tra­fie­nia poci­sku. Nie prze­bi­łaby go stu­ki­lo­gra­mowa bomba. Bali­śmy się cze­goś innego.

Nie­kiedy doku­czały nam nie­miec­kie działa, pro­wa­dzące bez­po­średni ostrzał. Strze­lały po oknach i mogły tra­fić w piw­nicę. Któ­re­goś razu w ciągu dnia doświad­czy­li­śmy na sobie takiego ostrzału z 37-mili­me­tro­wego działka. Z góry sypał się tynk, pry­skały, jak stal, zimne cegły, ale po dzie­wię­ciu wystrza­łach Niem­com udało się tra­fić w okno tylko dwa razy. Ich prze­ciw­pan­cerne działko stało zbyt daleko od piw­nicy. Prawdę powie­dziaw­szy, Niemcy nie wie­dzieli, ile poci­sków wle­ciało do środka. Przy pierw­szych wystrza­łach przy ścia­nie wyro­sła chmura dymu i kurzu. Strze­lali odłam­ko­wymi, zapa­la­ją­cymi i burzą­cymi. Zarysy okien zni­kały w kłę­bie dymu. Działko było lek­kie, pod­ska­ki­wało przy wystrzale. Celow­ni­kiem nic się tu nie zdziała. Trzeba strze­lać tylko według lufy i liczyć na łut szczę­ścia. Ale napę­dzili nam stra­chu. I to jakiego! Przy każ­dym zewnętrz­nym ude­rze­niu poci­sku ściany i skle­pie­nie piw­nicy huczały niczym dzwon. Poci­ski i tak wpa­dły do środka. Ude­rzyły w filar, spłasz­czyły się i spa­dły na pod­łogę. Leże­li­śmy wtedy w prze­ciw­le­głym kącie, choć stać wypro­sto­wa­nym za fila­rami stropu było o niebo bez­piecz­niej. Jed­nak ni­gdy nie wiesz z wyprze­dze­niem, gdzie jest nie­bez­piecz­nie, gdzie stra­cisz, a gdzie znaj­dziesz wła­sne życie.

Niemcy zauwa­żyli, że skutki ostrzału są mizerne i w ogóle prze­stali bić z działka ogniem bez­po­śred­nim. Żeby osią­gnąć jakiś efekt, lufa działka musia­łaby znaj­do­wać się dzie­sięć metrów od okna. Po tym wszyst­kim prze­ciwko jed­nemu naszemu "Mak­si­mowi" usta­wili trzy swoje cięż­kie kara­biny maszy­nowe i tłu­kli z nich po tym samym oknie. Wtedy ogni­sty szkwał poci­sków smu­go­wych wdzie­rał się do wnę­trza ośle­pia­jącą zasłoną. Trzask oło­wiu o kamie­nie, zawo­dze­nie i zgrzyt kul przy ryko­sze­tach w pomiesz­cze­niu przy­gnia­tał żoł­nie­rzy do pod­łogi. Z piw­nicy strze­la­li­śmy w stronę Niem­ców dość rzadko i dla­tego cho­dzili po mie­ście nie­malże nie kry­jąc się i nie bojąc się niczego. Sta­ra­li­śmy się jakoś posze­rzyć boczne okno, przez które scho­dziliśmy do piw­nicy. Lecz ceglany mur był na tyle twardy, że nie brał go ani łom, ani kilof, ani mate­riał wybu­chowy, ani gra­naty. Przy deto­na­cji gra­natu burzą­cego od ściany odle­ciały tylko drobne odpry­ski. Kiedy nocą po ścieżce prze­bie­gał żoł­nierz, lądo­wał przed kamienną ścianą piw­nicy. Za każ­dym razem, gdy wra­ca­jąc z zakładu lniar­skiego pod­cho­dzi­łem do niej, ja rów­nież czu­łem się pod tą ścianą jak ska­zany na śmierć. Owe uczu­cie nie odstę­po­wało mnie i wra­cało raz za razem, gdy się do niej zbli­ża­łem, aby pochy­lić się w stronę wąskiego otworu i wsu­nąć weń nogi. Czu­łem się, jakby posta­wiono mnie pod murem na roz­strze­la­nie. Cała ściana wokół otworu okien­nego była poszat­ko­wana kulami i usiana dziu­rami. Każdy z nas, pod­cho­dząc do niej, liczył sekundy do serii z kara­binu maszy­nowego, która przy­nie­sie ude­rze­nie oło­wiu. Czło­wiek pod­bie­ga­jący do ściany miał tylko jedno pra­gnie­nie -?zdą­żyć jak naj­szyb­ciej prze­ci­snąć nogi i ciało przez wąskie okno, prze­sko­czyć, jak mysz, do piw­nicy. A zimą wszy­scy byli­śmy odziani cie­pło i solid­nie. Waciaki pod szy­ne­lem, pół­ko­żuszki u ofi­ce­rów...

Pod­bie­gł­szy po stro­mym spadku do piw­nicy, czło­wiek opie­rał się rękami o ścianę. Następ­nie odwra­cał się w stronę nie­miec­kiego kara­binu maszy­no­wego i opa­dał przed nim na kolana niczym przed ikoną. Kładł się na śniegu i cofał się rakiem, usi­łu­jąc tra­fić nogami w wąskie piw­niczne okno. Każdy pró­bo­wał jak naj­szyb­ciej prze­ci­snąć się przez cia­sną dziurę. W każ­dej sekun­dzie mógł ujrzeć błysk ognia broni maszy­no­wej. Sie­dzisz w piw­nicy, obser­wu­jesz boczne okno i widzisz, jak naj­pierw poka­zują się walonki, potem prze­ci­ska się tylna część tuło­wia z zadar­tym ku gło­wie szy­ne­lem. Teraz można powie­dzieć, że żoł­nierz wła­ści­wie jest już cały w piw­nicy, a bra­kuje tylko rak, ramion i głowy. Lecz po żoł­nier­skich gaciach trudno jest okre­ślić, kim ten żoł­nierz jest i jak się nazywa. Do piw­nicy przy­cho­dził star­szyna ze zmro­żo­nym chle­bem, woź­nica z ter­mo­sem, tele­fo­ni­sta z prze­wo­dem w zębach albo dwóch, trzech strzel­ców, któ­rzy przy­szli, aby zmie­nić innych. Kiedy przy­były prze­py­chał przez dziurę swoje ciało, głowa i ramiona ster­czały na zewnątrz, a on już machał nogami i wyma­cy­wał pod­łogę. Żoł­nie­rze nie­wielcy wzro­stem nie dosię­gali nogami pod­łogi, więc chwy­tano ich i wcią­gano do środka. Wszy­scy, któ­rzy przy świe­tle kop­ciłki sie­dzieli w piw­nicy, patrzyli z cie­ka­wo­ścią na przy­by­sza z tam­tego świata. Powi­nien zgi­nąć, a prze­żył. Żoł­nie­rze-strzelcy oraz tele­fo­ni­ści, któ­rzy wcze­śniej nie przy­cho­dzili na zmianę, osu­wali się do piw­nicy niczym w pie­kielną cze­luść. Zwy­kle w celu zlu­zo­wa­nia strzel­ców przy­cho­dzili raz w tygo­dniu, po dwóch - trzech, a dwóch cho­rych albo prze­mar­z­nię­tych odsy­łało się do zakładu lniar­skiego do rycia okopu. Żoł­nie­rze, któ­rzy przy­cho­dzili na zmianę, zabie­rali ze sobą po narę­czu łodyg lnu. Narę­cza były nie­wiel­kie. Z dużymi nie dało się przejść po ścieżce, bo Nie­miec mógł zauwa­żyć. Łodygi brali sobie na pod­ściółkę. Wpy­chali je do worka-ple­caka albo za pazu­chę szy­nela. Star­szyna i woź­nica raz na dobę dźwi­gali do piw­nicy jedze­nie. Przy­cho­dzili nocą. Żoł­nier­skie jedze­nie prze­cho­dziło prze­war­to­ścio­wa­nie na tyłach. Zanim dotarło do żoł­nierza, kur­czyło się o połowę. Nawet ja, dowódca kom­pa­nii, nie mogłem wystą­pić w obro­nie żoł­nier­skich racji żywie­nio­wych. Od razu dosta­wa­łem repry­mendę przez tele­fon. Że niby dla­czego na pierw­szej linii w obec­no­ści żoł­nierzy wsz­czy­nam takie kontr­re­wo­lu­cyjne dys­ku­sje. Po takim czymś wzy­wali mnie do bata­lionu na roz­mowę na temat żywie­nia żoł­nierzy. I wtedy zro­zu­mia­łem. Jeśli przez tele­fon wyga­da­łem się o przy­dzia­łach jedze­nia, to tego samego dnia zmu­szali mnie do prze­bie­gnię­cia ścieżką w tę i z powro­tem. Wezwą i powi­nie­nem iść pod kule. Pomy­śla­łem, że trzeba mil­czeć, bo ina­czej co noc będę bie­gać w tę i wewtę. Bywały przy­padki, kiedy pod­bie­ga­jący do ściany żoł­nierz nie zdą­żył poło­żyć się na brzu­chu i nie tra­fiał od razu nogami w otwór. Momen­tal­nie dosta­wał dwie, trzy serie oło­wiu. Kula w brzuch to naj­strasz­niej­sza i naj­bar­dziej bole­sna śmierć dla czło­wieka.

Kiedy indziej żoł­nierz zdą­żał się poło­żyć i wsu­nąć nogi w okno, ale dostaw­szy serię zosta­wał już tak, leżąc nie­ru­chomo. Nie­któ­rzy zdą­żali wsu­nąć do piw­nicy nogi, boki i tułów, ale w ostat­niej chwili chwy­tali powie­trze ustami, zachły­stu­jąc się wła­sną krwią. Byli i tacy, któ­rzy się­gnąw­szy nogami pod­łogi, zaczy­nali rzę­zić i walili się na dół z zakrwa­wiona twa­rzą.

Jesz­cze inni, wsu­nąw­szy w dziurę nogi i ramiona, zosta­wali w przej­ściu niczym swo­ista zatyczka. Ci, któ­rzy pod­bie­gali do dziury w ślad za nimi, nie mieli się gdzie podziać. Mio­tali się na zewnątrz, sta­ra­jąc się ujść przed kulami. Zabity ster­czał w oknie. W pierw­szej chwili nie nale­żało się do niego zbli­żać ani z zewnątrz, ani od wewnątrz. Kule świ­stały wokół obwi­słego ciała. Potem ciało wcią­gano do piw­nicy i jeśli żoł­nierz jesz­cze żył, robiono mu opa­tru­nek. Nocne polo­wa­nie na naszych żoł­nierzy miało okre­ślony cel -?wzbu­dzić strach i wywo­łać prze­ra­że­nie. W bata­lio­nie gro­żono nie­su­mien­nym żoł­nierzom, że wyśle się ich do piw­nicy na ponowne wycho­wa­nie. Na ścieżce i pod ścianą Niemcy nie zabi­jali wszyst­kich, któ­rzy zna­leźli się w celow­niku. Wybie­rali okre­śloną porę i bili wście­kle dłu­gimi seriami. Naj­czę­ściej ludzie ginęli w miej­scu, gdzie ścieżka stromo scho­dziła w dół ku piw­nicy. Żoł­nie­rze prze­miesz­czali się na różne spo­soby -?cho­dzili i bie­gali po ścieżce. Każdy miał swój wła­sny spo­sób. Jeden zry­wał się z miej­sca i gnał na całego. Inny, oble­wa­jąc się potem, peł­zał bez uno­sze­nia głowy. Ważne było tylko to, aby dotrzeć żywym do pod­zie­mia. Można rzec, że to było jak dzień two­ich naro­dzin. Idziesz ścieżką i nagle napo­ty­kasz czoł­ga­ją­cego się przed tobą żoł­nierza i nie masz gdzie się podziać. Musisz scho­dzić w śnieg i omi­jać go. Albo inny przy­pa­dek. Dwóch ludzi bie­gnie sobie na spo­tka­nie. Ścieżka jest wąska niczym kolejna wąsko­to­rowa. Jak tu się roz­je­chać, jak się rozejść? Kto kogo powi­nien prze­pu­ścić? A tu z tyłu poga­niają cię kulami w plecy. Kiedy Niemcy zaczy­nali strze­lać wzdłuż ścieżki, poci­ski smu­gowe tra­fiały w miej­sca, gdzie była war­stwa lodu i roz­la­ty­wały się ryko­sze­tem w górę i na wszyst­kie strony. W ten spo­sób Niemcy wyma­cy­wali sobie wąski pas ście­żyny i cze­kali na swą kolejna ofiarę. Niektó­rzy żoł­nierze-nowi­cju­sze, nasłu­chaw­szy się strasz­nych opo­wie­ści o owej ścieżce, bali się tam w ogóle wycho­dzić. Całą drogę poko­ny­wali peł­za­jąc na brzu­chu i drżąc ze stra­chu.

W każ­dym danym momen­cie ścieżka od zakładu lniar­skiego do piw­nicy była drożna tylko w jedną stronę. Z bata­lionu dzwo­nili do piw­nicy i infor­mo­wali, że dwóch ludzi czołga się ście­żyną. Nale­żało przy­jąć, że w takim momen­cie cała ścieżka jest zajęta. Sta­ra­li­śmy się nie dopusz­czać do sytu­acji, kiedy trzeba było się mijać. Przy nie­ocze­ki­wa­nych spo­tka­niach na ścieżce czę­sto docho­dziło do strat. Poza bie­giem na zła­ma­nie karku i peł­za­niem na brzu­chu ist­niał jesz­cze jeden spo­sób prze­miesz­cza­nia się po ścieżce. Pole­gał na posu­wa­niu się płyn­nym kaczym cho­dem bez gwał­tow­nych ruchów i naj­mniej­szego wzdry­ga­nia się, nawet jeśli w twoją stronę leciała kula. Z tej metody korzy­stało trzech ludzi -?ja, kom­pa­nijny star­szyna i jego woź­nica. Mie­li­śmy na tyle samo­opa­no­wa­nia, by iść po ścieżce bez pośpie­chu, wyko­nu­jąc płynne, ledwo zauwa­żalne ruchy.

Star­szyna poja­wiał się w piw­nicy co noc. W sen­sie moral­nym i ducho­wym był sil­niej­szy niż inni. W naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach wie­dział, w któ­rych miej­scach można spo­dzie­wać się ostrzału. Zakła­dał czy­sty mask­cha­łat, nie wyko­ny­wał gwał­tow­nych ruchów i Nie­miec nie widział go, gdy prze­miesz­czał się po ścieżce. Nie wszy­scy jed­nak mieli na tyle woli, by cho­dzić w taki spo­sób. Prze­mknie coś tam z przodu i już Nie­miec wpa­truje się w biały mrok nocy. Ktoś się skuli ze stra­chu i już go widać. Prze­bie­gnie kawa­łek, upad­nie na ścieżkę, a Nie­miec od razu go widzi i bie­rze na cel. Czeka, aż wsta­niesz. Im bar­dziej nie­miecka czujka będzie się wpa­try­wać w śnieżną dal, tym mniej będzie widzieć i wkrótce cał­kiem oślep­nie. Z naprę­że­nia zacznie im migo­tać w oczach. Wie­dzie­li­śmy o tym i skru­pu­lat­nie to wyko­rzy­sty­wa­li­śmy.

Bywało też tak. Nie­miec pusz­cza próbną serię po ścieżce i obser­wuje, czy aby nie drgnie ktoś na niej, nie przy­sią­dzie ze stra­chu. Poci­ski smu­gowe nie­kiedy lecą wprost na cie­bie. Na ich widok powoli się zatrzy­mu­jesz. Zamie­rasz w miej­scu i cze­kasz, aż prze­lecą obok. Oczy­wi­ście, jedną z nich możesz dostać po nogach. Ale jeśli nie wytrzy­masz i sku­lisz się, to możesz przy­jąć, że masz całą por­cję oło­wiu w brzu­chu. Nie­miec zwy­kle strzela pod skraj śnież­nej kra­wę­dzi. Szybki i gwał­towny ruch może cię zdra­dzić na ścieżce. Scho­wasz gwał­tow­nie głowę w ramiona, poru­szysz ple­cami, przy­gniesz nieco grzbiet do ziemi, zegniesz ze stra­chu nogi, pośli­zgniesz się, zama­chasz rękami w powie­trzu i dosta­niesz por­cję oło­wiu. I tak oto cho­dzi­li­śmy po ścieżce w tę i z powro­tem. I tak co noc, za każ­dym razem pod nie­miec­kimi kulami kusząc los na przed­mie­ściach mia­sta Bie­łyj.

Rozu­mowi oraz woli można pod­po­rząd­ko­wać wszystko: i nie­bez­pie­czeń­stwo, i bojaźń, i nawet nie­moż­liwy do znie­sie­nia strach przed śmier­cią. Taki spo­sób cho­dze­nia po ścieżce póź­niej bar­dzo mi się przy­dał. Któ­re­goś razu już się zbie­ra­łem, aby wyjść na zewnątrz, gdy poin­for­mo­wano mnie, że dopiero co na zakrę­cie zabiło dwóch ludzi. Ścieżka w dwóch miej­scach prze­cho­dzi po gołym stoku. Bar­dzo łatwo jest wpaść w tym miej­scu pod nie­ocze­ki­wany ostrzał. Gołe miej­sca prze­cho­dzimy ze star­szyną, że tak powiem, na wstrzy­ma­nym odde­chu. A ci, co się czoł­gali, wpa­dali pod kule. Każ­dej nocy któ­ryś z żoł­nie­rzy łapał na ścieżce swoją kulkę. Każ­dej nocy ktoś pła­cił tu swoją krwią lub życiem. Mie­li­śmy zamiar usta­wić płot wzdłuż ścieżki. Niech walą bez patrze­nia po pło­cie, na ślepo. Lecz dowódca pułku zabro­nił nam wzno­sze­nia ogro­dze­nia:

-?Co to za pierw­sza linia, zasło­nięta od przodu pło­tem!

Kra­wędź ścieżki chcie­li­śmy obło­żyć wor­kami z pia­skiem. Jed­nakże u naszych zaopa­trze­niow­ców nie można było zna­leźć takich wor­ków. Kon­ty­nu­owa­li­śmy rycie tran­szei do piw­nicy, pod­ko­pu­jąc się pod zamar­z­niętą war­stwę ziemi. Przez dzień nie­prze­rwa­nej pracy posu­wa­li­śmy się do przodu nie wię­cej niż o trzy metry. O wid­nej porze pod zamar­z­niętą war­stwą roz­pa­lano ogień. Górna war­stwa tajała i roz­bi­jało się ją kilo­fami i łomami. Mate­ria­łów wybu­cho­wych do tej pracy nam nie dawano i nie pozwa­lano na roz­pa­la­nie ognisk na całej dłu­go­ści ścieżki. Wzdłuż ścieżki chcia­łem posta­wić zasłonę dymną z oddziel­nych ognisk i jed­no­cze­śnie odmro­zić zie­mię w wielu miej­scach, ale kom­bat nazwał mnie dur­niem. Po tym wszyst­kim uspo­ko­iłem się i mia­łem wszystko gdzieś. Praca z kopa­niem tran­szei posu­wała się powoli.

Któ­re­goś dnia o świ­cie celow­ni­czy Kozłow sta­nął przy ceka­emie. Posta­no­wił zlu­stro­wać pas obrony Niem­ców. Tam­tego dnia robił to szcze­gól­nie sta­ran­nie. Dzień wcze­śniej na ścieżce zgi­nął strze­lec kara­binu maszy­no­wego. Nocą szedł do piw­nicy ze skrzynką nabo­jów i niósł zapa­sową lufę do "Mak­sima". Uwagę plu­to­no­wego zwró­ciło jedno miej­sce, na obec­nej ulicy Kirowa, gdzie Niemcy usta­wiali wzdłuż ulicy nowy płot. Posta­no­wiw­szy odpła­cić im za śmierć przy­ja­ciela, usta­wił dokład­nie celow­nik na broni i wypu­ścił długą serię w stronę Niem­ców. Trzech z nich od razu się prze­wró­ciło. Plu­to­nowy Kozłow prze­rwał ogień i zaczął patrzeć, co będzie dalej. Po jakimś cza­sie do zabi­tych pod­bie­gło jesz­cze trzech. I kiedy był już gotów, by raz jesz­cze naci­snąć spust, po ambra­zu­rze ude­rzyły od razu dwa nie­miec­kie kara­biny maszy­nowe. Do piw­nicy wdarł się snop iskier i ogni­stych kul. Plu­to­nowy nie zdą­żył odsko­czyć od tar­czy ceka­emu i kolejne ude­rze­nie oło­wiu zadzwo­niło o szczyt osłony. Nikt nie widział, jak prze­biło mu gar­dło. Wyrwało je całe od szczęki do oboj­czyka, dosłów­nie odci­na­jąc je od kręgu szyj­nego. Plu­to­no­wego odrzu­ciło od "Mak­sima", a krew chlu­snęła na wszyst­kie strony, zale­wa­jąc mu twarz i pierś. Wypły­wa­jąc, krew wydo­sta­wała się ze skrze­kiem i rzę­że­niem, nad dziurą bąblami zbie­rała się czer­wona piana. Krew ście­kała po piersi i lała się na pod­łogę. Żoł­nie­rze rzu­cili się ku niemu, chcąc go zaban­da­żo­wać. Ale on pokrę­cił głową i zerwał opa­tru­nek. Cho­dził po piw­nicy, rzę­ził i ocie­kał krwią. Jego pełne bła­ga­nia, dzi­kie oczy, szu­kały u nas wspar­cia i pro­siły o pomoc. Mio­tał się po piw­nicy, szar­pał głową i osza­la­łym, roz­dzie­ra­ją­cym serce wzro­kiem, w osłu­pie­niu patrzył każ­demu w oczy. Nikt w piw­nicy nie wie­dział, co robić.

-?Idź do zakładu lniar­skiego! -?mówili mu żoł­nie­rze, wska­zu­jąc na boczne okno.

-?Tu się wykrwa­wisz i zgi­niesz! Idź! Może przej­dziesz! -?powie­dzia­łem do niego.

Sły­szał nasze głosy i rozu­miał, o czym mówi­li­śmy. Za każ­dym razem się odwra­cał i jed­nym spoj­rze­niem zmu­szał mówią­cego do zamilk­nię­cia. Żoł­nie­rze drę­twieli ze zgrozy. Plu­to­nowy umie­rał na naszych oczach straszną, pełną męczarni śmier­cią. Po jakimś cza­sie pod­szedł do mnie i wska­zał ręką na pisto­let, który wisiał mi przy pasie. Pro­sił, abym dobił go z pisto­letu i skró­cił jego straszne cier­pie­nia.

-?Co ty, kochany! -?wykrzyk­ną­łem. Nie mogę tego zro­bić! Masz, weź sam i idź gdzieś w drugi kąt, tylko nie rób tego na oczach żoł­nie­rzy. Nie mogę! Rozu­miesz? Nie mogę! Potem nie wyba­czę sobie przez całe życie!

Plu­to­nowy wszystko sły­szał i wszystko zro­zu­miał, ale pisto­letu ode mnie nie wziął.

-?Wyłaź na zewnątrz i idź do zakładu lniar­skiego! Niemcy teraz śpią i nie pil­nują ścieżki. Przej­dziesz spo­koj­nie! Słu­chaj no, to twoja jedyna szansa. Idź wypro­sto­wany i niczego się nie bój.

Ale on znowu pokrę­cił głową. Nie zde­cy­do­wał się, by wyjść z piw­nicy na zewnątrz. Nie chciał. Cze­goś się bał, ale nie śmierci. Ona już stała mu przed oczami. Bał się wystrza­łów. Lękał się roz­strze­la­nia. Rzę­ził i bry­zgał krwią, mio­tał się po piw­nicy w tę i z powro­tem. Po jakimś cza­sie opadł z sił, odszedł w odle­gły kąt, sku­lił się tam i ucichł. Nikt nie śmiał do niego podejść. Wszy­scy rozu­mieli, że umiera, że życie go opusz­cza i że powoli ucieka z niego na zawsze.

Ocie­kał krwią i nikt nie mógł mu pomóc. W swych mękach i cier­pie­niach był sam. Pod wie­czór star­szyna Panin, dowódca plu­tonu strzel­ców, pod­niósł się z pod­łogi i poszedł do odda­lo­nego kąta, by na niego popa­trzeć. Plu­to­nowy sie­dział w rogu, odchy­liw­szy głowę do ściany. Jego otwarte, pełne smutku oczy, były już nie­ru­chome. Zmarł z upływu krwi. Jak można go było ura­to­wać? Jak można było pomóc temu czło­wie­kowi? Plu­to­nowy Kozłow zgi­nął na oczach żoł­nie­rzy straszną, bole­sną śmier­cią.

Nocą jego ciało wynie­siono na zewnątrz, poło­żono przy zawa­lo­nej muro­wa­nej ścia­nie i po cichu obło­żono roz­bi­tymi cegłami. Na mogile nie było żad­nego kamie­nia, żad­nego napisu, bo w tych strasz­nych warun­kach fizycz­nie nie byli­śmy w sta­nie tego zro­bić. Jego kamienna mogiła była obok piw­nicy. Nie było na niej ani gwiazdy, ani obe­li­sku. Po woj­nie hałdy roz­bi­tych cegieł zrów­nali z zie­mią, kiedy wybie­rano cegły na budowę pie­ców i kamien­nych fun­da­men­tów domów.

Znane jest tylko miej­sce, w któ­rym zgi­nął strze­lec kara­binu maszy­no­wego plu­to­nowy Kozłow. A gdzie jest teraz jego mogiła, teraz nikt już tego nie wie. Szkoda tylko, że ulicę, na któ­rej poległ ten dzielny żoł­nierz, obłud­nie nazwano imie­niem gene­rała-majora Bie­re­zina. Imie­niem sta­ro­winy, który latem 1942 roku zdo­łał zapę­dzić całą dywi­zję do nie­miec­kiej nie­woli. Zapę­dził i zbiegł w nie­wia­do­mym kie­runku. Wów­czas Bie­re­zin wysta­wił pod ude­rze­nie nie tylko 17 Dywi­zję Gwar­dii19, która w peł­nym skła­dzie została wzięta do nie­woli, ale pomógł Niem­com jed­nym ude­rze­niem roz­pra­wić się z 39 Armią i 11 Kor­pu­sem Kawa­le­rii. Berie­zi­nowi za owe "wybitne zasługi" nasi idioci posta­wili w mie­ście Bie­łyj obe­lisk.

Wszystko to "zasługa" puł­ko­wego komi­sa­rza Szer­szina. Aby wybie­lić samego sie­bie, po woj­nie zaczął wywyż­szać Bie­re­zina. Szer­szi­nowi uwie­rzono i rów­nież posta­wiono obe­lisk.

Żal mi mło­dego strzelca kara­binu maszy­no­wego, który w Bie­łym poległ w otwar­tej walce twa­rzą w twarz z wro­giem. Zgi­nęło tam wielu, któ­rzy o gło­dzie i chło­dzie fak­tycz­nie trwali do śmierci z bro­nią w ręku. Nie mogę pojąć tylko jed­nego, dla­czego pamięć o sprze­daw­czyku Bie­re­zi­nie ceni się tutaj bar­dziej, niż cier­pie­nia i zło­żone w ofie­rze życia pro­stych żoł­nie­rzy i kom­pa­nij­nych ofi­ce­rów, któ­rzy tutaj rze­czy­wi­ście bili się o naszą rosyj­ską zie­mię.

* * *

Co noc w piw­nicy odby­wało się luzo­wa­nie. Zmie­niano nie­wielką grupę żoł­nie­rzy. Jedni, szczę­śliwi, wycho­dzili z piw­nicy i zni­kali na ścieżce w prze­stwo­rze nocy, a inni, poczer­niali od zimna, w mil­cze­niu patrzyli im w plecy. Byli jesz­cze i trzeci, który jutro mieli opu­ścić piw­nicę. Ze smut­kiem spo­glą­dali na odcho­dzą­cych, lecz cie­szyli się w duchu, że nie muszą już długo cze­kać. Jutro przyj­dzie i ich kolej.

Tutaj każdy z żoł­nie­rzy wie­dział, ile ma jesz­cze odsie­dzieć w piw­nicy. Przyj­dzie czas, że i on uwolni się od zimna i pie­kiel­nego miej­sca.

Dopóki na zmianę do piw­nicy szli nowi ludzie, któ­rzy jesz­cze nie zdą­żyli tam pobyć, wszystko, jak to się mówi, dało się wytrzy­mać i spo­koj­nie znieść.

Każdy wycze­ki­wał tego dnia, kiedy przyj­dzie jego pora i kiedy ode­tchnie swo­bod­nie i ruszy do zakładu lniar­skiego. Tutaj w piw­nicy każdy dzień wyda­wał się wiecz­no­ścią.

Lecz kiedy wszy­scy nowi ludzie już pobyli w lochu, żoł­nie­rze powinni tam iść na drugą turę. Nad każ­dym z nich zawi­snął roz­pacz­liwy cień stra­chu i śmierci. Nikt nie chciał wra­cać do piw­nicy. Ale roz­kaz to roz­kaz! Kom­pa­nijny star­szyna przy­no­sił żoł­nier­skie racje, z nadej­ściem ciem­no­ści zbie­rał kolejną par­tię i nocą wypro­wa­dzał na ścieżkę. Ze star­szyną spe­cjal­nie nie poga­dasz. Żoł­nie­rze wycho­dzili na ścieżkę ponu­rzy, do piw­nicy docie­rali przy­bici. Jed­nych witano tam ze śmie­chem, recho­ta­niem i trzy­ma­niem się za brzuch, inni sami wła­zili w okno, uśmie­chali się, krzy­wili gęby i prze­drzeź­niali śmie­ją­cych się. Ale byli i tacy, któ­rzy po cichu speł­zali z okna na pod­łogę i jak naj­szyb­ciej usi­ło­wali nie­zau­wa­że­nie prze­śli­zgnąć się gdzieś do kąta. Każdy wybie­rał sobie miej­sce na pod­sta­wie doświad­czeń poprzed­nich dni.

-?Kupriań­czyk! Znowu tu tra­fi­łeś? -?krzy­czeli żoł­nie­rze do wyso­kiego chło­paka.

Ten w mil­cze­niu opę­dzał się od nich ręką i witał się ze mną.

-?No dobra, Kupria­now! Nie obra­żaj się! Żar­to­wa­łem!

Żoł­nie­rze sie­dzący w piw­nicy wie­dzieli, że każdy ziemny bar­łóg jest wygod­niej­szy i cie­plej­szy niż ta kamienna oblo­dzona mogiła. Nikt się nie skar­żył na swój los. Pozba­wieni krę­go­słupa żoł­nie­rze wszystko zno­sili i byli w sta­nie znieść jesz­cze wię­cej. Piw­nica była mier­ni­kiem ludz­kich cier­pień. Jeśli ktoś z żoł­nie­rzy zna­lazł się tam w stycz­niu, to na całe życie pozo­sta­wał mu w pamięci karb niczym głę­boka rana.

W celu obser­wo­wa­nia Niem­ców wysta­wia­li­śmy na górze dwóch war­tow­ni­ków. U góry, nad piw­nicą, pomię­dzy dwoma zawa­lo­nymi ścia­nami, zacho­wał się nie­wielki kąt. W tym to kącie, zer­ka­jąc wokół na mia­sto, stali nasi war­tow­nicy. W zimie dni są krót­kie. Żoł­nie­rzy nie można było zmie­nić, gdy było widno. Dwóch żoł­nie­rzy zosta­wało na górze od zmroku do zmroku. W nocy war­tow­ni­ków zmie­niało się dwa razy. W rezul­ta­cie wycho­dziły trzy zmiany na dobę. Obo­wiąz­kiem war­tow­ni­ków było pro­wa­dze­nie obser­wa­cji. Na wypa­dek nie­ocze­ki­wa­nego ataku Niem­ców mieli nas uprze­dzić wystrza­łami. Tak porzą­dek został tu przy­jęty jesz­cze przed nami, a my się go trzy­ma­li­śmy bez zmian. Oba­wia­li­śmy się, że Niemcy mogą się pod­kraść nie­zau­wa­że­nie do piw­nicy i przez okna zarzu­cić nas gra­na­tami. Jed­nak poza ostrza­łem otworu wej­ścio­wego i ścieżki z broni maszy­no­wej, zimą nie podej­mo­wali żad­nych wypa­dów w naszą stronę. Jed­nakże któ­re­goś razu przed świ­tem na górze roz­legł się wystrzał z kara­binu. W tamtą noc w piw­nicy dyżu­ro­wał star­szy sier­żant. Usły­szaw­szy wystrzał, star­szyna pode­rwał się, wylazł na zewnątrz i rozej­rzał się wokoło.

-?Gdzie nie spoj­rzę, wszę­dzie cicho! -?opo­wia­dał póź­niej. -?Patrzę, a jeden z war­tow­ni­ków sie­dzi w rogu, oparty ple­cami.

Star­szyna wró­cił i zło­żył mi mel­du­nek:

-?Towa­rzy­szu porucz­niku! Jeden z war­tow­ni­ków został ciężko ranny!

-?Gdzie ranny? -?zapy­ta­łem.

-?W brzuch!

-?Jak kula może tra­fić w brzuch, jeśli dolna kra­wędź okna znaj­duje się na wyso­ko­ści piersi? Co z nim? Ucie­kał z poste­runku?

-?Skądże! Mówi, że jak stał w rogu, tak go raniło.

-?Bierz ban­daże! Na pewno ma krwo­tok. Pój­dziemy razem. Trzeba spraw­dzić, co tam się dzieje.

Nie­chęt­nie pod­nio­słem się z pod­łogi, pod­sze­dłem do wyj­ścia, pona­słu­chi­wa­łem i pocze­ka­łem na star­szynę, aż ten upora się z grze­ba­niem w worku i wycią­ga­niem pakie­tów opa­trun­ko­wych. Kiedy wszystko było gotowe, ostroż­nie wyleź­li­śmy na górę.

-?Kula nie mogła prze­le­cieć tak nisko -?powie­dzia­łem, pod­cho­dząc do ran­nego.

Żoł­nierz, opu­ściw­szy głowę, sie­dział w rogu. Oparł o ścianę bez­władne ciało i roz­su­nął nogi. Pomię­dzy nimi widać było ciemną kałużę krwi. Miał zamknięte oczy, słaby oddech i w ogóle się nie poru­szał. Rękami z dwóch stron zaparł się o zie­mię. Kara­bin walał się ciśnięty pod wyłom w ścia­nie. Usu­ną­łem się na bok. Star­szyna pod­szedł i nachy­lił się nad nim. Ale na opa­tru­nek było już za późno.

Raz jesz­cze obej­rza­łem kąt i obie czę­ści znisz­czo­nej ściany i upew­ni­łem się, że sta­no­wią dosta­tecz­nie dobre zabez­pie­cze­nie przed kulami nie­miec­kich war­tow­ni­ków. Przy­pad­kowa, zabłą­kana kula mogła tra­fić wyłącz­nie w głowę, w klatkę pier­siowa lub ramię. To było nie­zwy­kłe i nie­przy­pad­kowe zra­nie­nie. Na pierw­szy rzut oka zro­zu­mia­łem, że to samozra­nie­nie, z powodu któ­rego będę mieć duże nie­przy­jem­no­ści. Kowa­liow i Kara­muszko mi tego nie wyba­czą. Ukryć się tego nie da. Drugi war­tow­nik potem wszystko roz­gada. Nie można z nim ryzy­ko­wać. Kim on jest? Uczest­ni­kiem czy orga­ni­za­to­rem samo­strzału? Żoł­nierz, który dostał kulę w brzuch, nie oddy­chał i nie ruszał się. Zimno i utrata dużej ilo­ści krwi zała­twiły sprawę.

-?Więc jak, Mie­trusz­kin? Jak to wszystko się stało?

-?Ja nie Mie­trusz­kin, towa­rzy­szu porucz­niku. Ja jestem Moniasz­kin.

-?Pro­szę, pro­szę! -?powie­dzia­łem i wyją­łem z rak Moniasz­kina kara­bin z lufą cie­płą od wystrzału. -?Jaka to teraz róż­nica, czy jesteś Matriosz­kin czy Moniasz­kin! Mnie odda­dzą pod sąd, a cie­bie wyślą do kom­pa­nii kar­nej. Pro­wadź go do piw­nicy! -?powie­dzia­łem do star­szyny. -?I postaw przy nim war­tow­nika! A ty, bra­ciszku Moniasz­kin, jesteś aresz­to­wany. Wra­casz do piw­nicy i będziesz sie­dzieć pod strażą. Star­szyna! Przyj­dziesz tu z dwoma żoł­nie­rzami. Trzeba sprząt­nąć trupa. Odnie­ście go za ścianę i zarzuć­cie cegłami. Niech wezmą ze sobą łopatę. Trzeba zasy­pać śnie­giem krew na śniegu, bo będzie dzia­łać ludziom na psy­chikę.

Wyda­łem instruk­cje star­szy­nie, który wraz z żoł­nie­rzem zszedł do piw­nicy. Ja zosta­łem zamiast war­tow­nika. Sta­łem, a w nogach sie­dział mi zabity przy samo­strzale.

Poje­dyn­czy nocny wystrzał w ogóle nie zanie­po­koił Niem­ców. Można nawet stwier­dzić, że wręcz prze­ciw­nie -?zupeł­nie dali sobie spo­kój ze strze­la­niem po ścieżce. Wystrzał zde­ner­wo­wał wyłącz­nie nas, ponie­waż ocze­ki­wa­li­śmy go od dawna. A teraz dookoła było cicho i spo­koj­nie.

Przy­glą­da­łem się noc­nemu mia­stu i nie­wy­raź­nym zary­som domów. Niemcy rów­nież się nas bali. Nie cho­dzili otwar­cie po mie­ście, choć nasi żoł­nie­rze w ogóle nie strze­lali w ich stronę. Być może gdzieś tam przecho­dzili po odsło­nię­tych miej­scach, ale czy w nocy można wszystko wypa­trzyć i czy da się zauwa­żyć, gdzie idą?

Kie­dyś miesz­kali tu Rosja­nie. W cza­sach pokoju ich życie mijało na pracy i tro­skach. Teraz po uli­cach mia­sta cho­dzili nie­mieccy żoł­nie­rze. Kto by pomy­ślał, że będą się tu prze­cha­dzać? Co jest tam, dalej, za tymi domami z brzegu? W któ­rych z nich stoją kara­biny maszy­nowe, w któ­rych kwa­te­ruje nie­miecka pie­chota? Na pierw­szy rzut oka trudno to okre­ślić.

Wycho­dze­nie tutaj w każdą noc, by samemu wypa­try­wać do rana, nie ma naj­mniej­szego sensu. Leże­nie z pustym żołąd­kiem na ziemi doba za dobą ozna­cza, że pojawi się nie tylko apa­tia i zupełne zobo­jęt­nie­nie na wszystko, ale i chęć do mil­czą­cego sprze­ciwu. Nawet żoł­nie­rzy wymie­niali w lodo­wa­tej piw­nicy. A ja byłem tu na spe­cjal­nych warun­kach. Nie mia­łem zmien­nika. Nie mia­łem ochoty, aby co noc wyła­zić z piw­nicy na górę. Sie­dzia­łem tu nie­prze­rwa­nie od mie­siąca. Ci z pułku byli zado­wo­leni, a mi z zimna mózg zaczy­nał przy­ma­rzać do czaszki. Potrze­bo­wali tego, bym sie­dział w piw­nicy. No więc sie­działem. Roz­ka­za­li­ście mi, zatem sie­dzę w lochu.

Gdzieś obok łażą Niemcy. Zebrać by tak nie­wielką grupkę, pójść i nasko­czyć na nich po nocy. Spo­koj­nie można by zająć bez strat parę domów. A co to da? Odzna­cze­nia dla dowódz­twa? Taki zryw może mieć różne finały. Zaję­cie domów bez strat i jed­nego wystrzału, lub... wszy­scy padną pod kulami nie­miec­kiego kara­binu maszy­no­wego. Taka zabawa, jak fał­szywa moneta, ma dwie strony. Żeby pójść na pew­niaka, trzeba by naj­pierw samemu popeł­znąć z kolegą do mia­sta. Wyba­dać wszystko dookoła, dokład­nie wszystko spraw­dzić. A komu to potrzebne? Skoro dla Kowa­liowa jestem tylko zatyczką!

Ale oto zaskrzy­piał śnieg pod nogami i star­szyna wraz z dwoma żoł­nie­rzami wspiął się na górę i pod­szedł do mnie.

-?Wszystko zro­bi­łem tak, jak roz­ka­za­li­ście! Zabi­tego wynie­śli­śmy. Kałużę krwi przy­sy­pa­li­śmy śnie­giem.

Z piw­nicy wyszło na górę dwóch war­tow­ni­ków. Zmie­nili mnie i wró­ci­łem na dół. W piw­nicy wezwa­łem do sie­bie Mitrosz­kina, czy, jak mu tam, Maniasz­kina.

-?No więc jak, Matiusz­kin! Gadaj, ale już! Jak to było? Za co zabi­łeś swo­jego kom­pana?

-?Nie zabi­łem.

-?Radzę ci nie krę­cić! Gadaj od razu wszystko jak na spo­wie­dzi i nie plącz się. Będziesz łgać -?zaro­bisz kulkę. Już tam z cie­bie szyb­ciutko zro­bią wroga narodu. Lepiej, bra­ciszku, wykła­daj wszystko otwar­cie.

Żoł­nie­rzowi latały oczy. Trząsł się i pró­bo­wał wziąć się w garść. Na koniec zro­zu­miał, że mogą mu wle­pić roz­wałkę. Roz­strze­lają jako wroga narodu zgod­nie z pra­wem czasu wojny.

-?Wyście byli kra­ja­nie? -?zapy­ta­łem.

Chciał coś powie­dzieć, ale zaczął się mylić i tylko wybeł­ko­tał coś bez związku. Potem wziął oddech i powie­dział:

-?My z jed­nego rejonu. On pierw­szy powie­dział, żeby mu strze­lać w nogę.

-?A tyś wziął i krop­nął go w kał­dun?

-?Bar­dzo się bałem, a on powie­dział "Strze­laj!" Strze­li­łem, a on od razu przy­siadł. Kiedy tra­fi­łem go w brzuch, bar­dzo się prze­stra­szy­łem.

-?Pew­nie wcze­śniej żeście się uga­dali? Ty go w nogę, a on cie­bie w rękę. A dla­czego strze­la­łeś jako pierw­szy? Co, gro­ził ci?

-?Powie­dział: "Jak będziesz strze­lać jedną ręką?" No, to strze­li­łem. Bałem się, że mnie zabije.

-?A więc tak, Moniasz­kin. Trzeba cię będzie ode­słać do pułku na roz­mowę ze śled­czym. Star­szyna, przy­pil­nuj go, a ja zadzwo­nię do bata­lionu. Cze­goś takiego się nie ukryje!

-?Strze­la­jący utrzy­muje -?powie­dzia­łem do tele­fonu -?że tam­ten mu gro­ził. Bał się, że ten drugi go zabije. Gdzie go trzy­mać i co z nim robić?

Kazano mi natych­miast samemu przy­być do bata­lionu i oso­bi­ście dosta­wić żoł­nie­rza. Bali się, że po dro­dze żoł­nierz uciek­nie.

-?Zbie­raj się! Pój­dziesz ze mną do bata­lionu. Zaczęła się koło­myja. Star­szyna! Daj nam po czy­stym mask­cha­ła­cie! A ty nie gadaj tam za dużo. Mów wszystko, jak było! Bo jak zaczniesz krę­cić, to sam się zapro­wa­dzisz pod ścianę.

Kolejno wydo­sta­li­śmy się na górę przez okno w bocz­nej ścia­nie. Naj­pierw wysze­dłem ja, potem on. Na ścieżce zamie­ni­li­śmy się miej­scami. On poszedł przo­dem, ja z tyłu. Odsło­nięty i nie­bez­pieczny odci­nek ścieżki poko­na­li­śmy cicho i bez szwanku. Niemcy nie strze­lali. Dowódca pułku Kara­muszko w samo­oka­le­cze­niu dopa­trzył się mojej nie­su­mien­no­ści i nie­dbal­stwa. Moja kariera jako dowódcy kom­pa­nii od razu się roz­sy­pała. Na czas nie­okre­ślony zawi­słem w powie­trzu. Z puku ode­słano mnie do bata­lionu. Z bata­lionu ponow­nie do pułku w celu zło­że­nia wyja­śnień. W pułku prze­słu­chano mnie i znowu ode­słano do bata­lionu. Gene­ral­nie, łazi­łem tam i z powro­tem, a oni robili minę, że tak trzeba. Kiedy poja­wi­łem się w Żurach, poli­truk Sawien­kow był już we wsi. Cho­dził nadęty i stru­gał wiel­kiego waż­niaka. Zacho­wy­wał się tak, jak­bym tylko ja pono­sił winę za samo­oka­le­cze­nie, gdyż nie zaj­mo­wa­łem się ludźmi i moralną stroną ich wycho­wa­nia.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. Gostie­niewo. [wróć]

2. Urlaubs­schein -?zezwo­le­nie na urlop. [wróć]

3. 161 Dywi­zja Pie­choty [wróć]

4. Z zeznań wzię­tego do nie­woli żoł­nie­rza z bata­lionu sape­rów 161 Dywi­zji Pie­choty Rudiego Nadela. [wróć]

5. Bie­łyj -?Sziz­die­rowo -?Bol­szaja Malaw­nia. [wróć]

6. W rze­czy­wi­sto­ści było to po 21.01.1942 r. [wróć]

7. Według planu na marzec i kwie­cień 1942 roku, w skład gar­ni­zonu m. Bie­łyj wcho­dziło 1700 ludzi. [wróć]

8. Spod Woły­nowa, na pół­nocny wschód od Zub­cowa. [wróć]

9. Obwód prze­mia­no­wano na twer­ski. [wróć]

10. Wzmianki "dzi­siaj", "teraz", "obec­nie" należy rozu­mieć jako nawią­za­nie do wizyty autora w Bie­łym w maju 1970 roku. [wróć]

11. Pod­czas wojny tama w więk­szo­ści się zacho­wała i autor wspo­mi­nał o niej w ust­nych prze­ka­zach. Jed­nakże nie można było prze­pra­wić się po niej z jed­nego brzegu na drugi. Odci­nek przy pra­wym brzegu był znisz­czony. Przed tamą prak­tycz­nie nie było spię­trze­nia wody. Po woj­nie na zapo­rze dzia­łała elek­trow­nia wodna o zna­cze­niu miej­sco­wym. W maju 1970 roku tamy już nie było. [wróć]

12. Pięć głów­nych dróg: 1. Bie­łyj -?Nie­li­dowo; 2. Bie­łyj -?Pusz­kary -?Nie­stie­rowo -?Ole­nino; 3. Bie­łyj -?Jego­rie -?Sziz­die­rowo -?Ole­nino; 4. Bie­łyj -?Demidki -?Szajt­rowsz­czina -?Kawielsz­czino -?Komary; 5. Bie­łyj -?Demie­chy -?Prie­czy­stoje -?Duchowsz­czina. [wróć]

13. Tiszyno -?na obec­nych mapach Dud­kino. [wróć]

14. 21.07.1941 roku. [wróć]

15. Kuw­szy­now -?wykaz strat od 1.04 do 10.04 1942 roku. [wróć]

16. Sokow -?wykaz strat od 1.07.1941 do 10.11.1942 r. [wróć]

17. Z wiaty pozo­stały tylko beto­nowe pod­pory. [wróć]

18. Według ust­nej rela­cji autora, był stra­ża­kiem. [wróć]

19. Roz­wi­ja­jąc natar­cie, 119 Dywi­zja Strze­lecka w dniu 29 stycz­nia 1942 roku wyzwo­liła mia­sto Bie­łyj, a 17 marca 1942 roku została prze­mia­no­wana na 17 Strze­lecką Dywi­zją Gwar­dii. [wróć]