Czerwona Seria. Wańka Trep Tom 1 - Aleksander Iljicz Szumilin

Kup ebooka

49.00 zł

-
Proszę czekać

Przedmowa tłumacza

Przed­mowa tłu­ma­cza

Wśród lite­ra­tury wspo­mnie­nio­wej frontu wschod­niego zapi­ski Alek­san­dra Ilji­cza Szu­mi­lina sta­no­wią nie­by­wały ewe­ne­ment. Spo­śród wete­ra­nów Armii Czer­wo­nej, w któ­rej, by posłu­żyć się sło­wami autora, "kom­pa­nii wystar­czało na tydzień", po woj­nie za pióro chwy­tali naj­czę­ściej ci, któ­rzy "sie­dzieli pod czte­rema war­stwami belek pięć kilo­me­trów od pierw­szej linii". To natu­ralne -?oni prze­żyli. Szu­mi­lin nazywa ich "przy­fron­to­wymi uczest­ni­kami" wojny i wie­lo­krot­nie daje jasno do zro­zu­mie­nia, co o nich myśli.

Pod­czas wojny autor znaj­do­wał się bez­u­stan­nie na linii frontu -?od 1941 do 1944 roku, kiedy to po kolej­nym, pią­tym zra­nie­niu i dłu­gim lecze­niu nie wró­cił do służby linio­wej i peł­nił inne funk­cje woj­skowe. W począt­ko­wym okre­sie wojny pro­wa­dził nie­le­galny pamięt­nik, który instynk­tow­nie znisz­czył. Sądząc po tre­ści odtwo­rzo­nych po latach wspo­mnień, postą­pił słusz­nie. Gdyby je odkryto, dla fron­to­wego ofi­cera wyrok try­bu­nału woj­skowego mógł ozna­czać tylko jedno...

Alek­san­der Iljicz pra­co­wał nad swo­imi wspo­mnie­niami do ostat­nich dni życia. Dokładną chro­no­lo­gię zda­rzeń zre­kon­stru­ował głów­nie na pod­sta­wie listów, które pisał do domu. Szczę­śli­wie, miał feno­me­nalną pamięć. W 2012 roku inter­nauci rosyj­scy ruszyli w podróż śla­dami Szu­mi­lina i oka­zało się, że jego opisy terenu i miejsc, w któ­rych wal­czył są tak dokładne, że po latach można je było bez pro­blemu odszu­kać. W swo­jej książce autor wie­lo­krot­nie pod­kre­śla, iż opi­suje wyłącz­nie zda­rze­nia, któ­rych był bez­po­śred­nim świad­kiem oraz że wszyst­kie osoby i nazwi­ska ujęte w tek­ście są praw­dziwe.

A. I. Szu­mi­lin nie zdą­żył dopro­wa­dzić swo­jej pracy do końca. Pla­no­wał roz­wi­nię­cie nie­któ­rych wąt­ków i doda­nie swo­ich ręcz­nie ryso­wa­nych ilu­stra­cji, z któ­rych zdo­łał przy­go­to­wać tylko kilka. Nie­ubła­gany upływ czasu spra­wił, iż upo­rząd­ko­wa­nie ręko­pisu legło na bar­kach jego syna Niko­łaja, który wraz z grupą pomoc­ni­ków ska­no­wał i segre­go­wał zapi­ski ojca, zamiesz­cza­jąc je w inter­ne­cie.

Wspo­mnie­nia zostały dwu­krot­nie wydane w Rosji, jed­nak z jakie­goś powodu były to wer­sje nie­pełne. Chcia­łoby się powie­dzieć -?skró­cone, choć ciśnie się na usta słowo ocen­zu­ro­wane. Jak ina­czej oce­nić fakt, iż z wydań znik­nęło pra­wie dwie trze­cie ręko­pisu? Zapewne to, o czym pisze autor, zupeł­nie nie wpi­suje się w mar­ty­ro­lo­gię Wojny Ojczyź­nia­nej, jaką ser­wuje nie­śmier­telna pro­pa­ganda. W wyda­niach tych znik­nęły nie tylko poszcze­gólne słowa, zda­nia i aka­pity, ale i całe roz­działy. Nie znaj­dziemy tam opi­sów branki na wyzwo­lo­nych tere­nach, nie dowiemy się, za co autor sta­nął przed try­bu­na­łem i nie znaj­dziemy opi­sów wio­sek, które nie widząc wojny żyły w prze­past­nej głu­szy Rosji na modłę jak naj­bar­dziej kapi­ta­li­styczną, korzy­sta­jąc masowo z najem­nej pracy licz­nych dezer­te­rów z Armii Czer­wo­nej. Nie doszu­kamy się opi­sów głodu w oko­pach, rabun­ków doko­ny­wa­nych przez jadą­cych na front i wielu innych obra­zów, nie­pa­su­ją­cych do ofi­cjal­nej histo­rii.

Szu­mi­lin zapa­mię­tał dużo wię­cej, opi­su­jąc przede wszyst­kim, co czuje czło­wiek w mun­du­rze, gdy jak ska­za­niec idzie po skrzy­pią­cym śniegu na wieś, zajętą przez prze­ciw­nika. A może nie zajętą? Czy strach jest wtedy inny? Jak sam zauwa­żył, to nie sama śmierć jest straszna, lecz cze­ka­nie na nią. Alek­san­der Iljicz cze­kał na nią codzien­nie.

Ogrom mate­riału i szcze­gó­łów zawar­tych w zapi­skach może się nie­kiedy wydać nie­malże przy­tła­cza­jący, ale może dla­tego jest tak wyjąt­kowy. Ni­gdzie indziej nie znaj­dziemy takich opi­sów nocy w opu­sto­sza­łym mie­ście, ogar­nię­tym pło­mie­niami, z któ­rego ucie­kło woj­sko i miesz­kańcy i nie zaj­rzymy na samo dno stra­chu, gdy żoł­nie­rzowi przy­cho­dzi czoł­gać się pod dru­tem kol­cza­stym.

Wspo­mnie­nia A.I. Szu­mi­lina są praw­dzi­wym rary­ta­sem także z innego powodu. To jedyny znany mi tak dokładny zapis dzia­łań zwia­dow­ców na pierw­szej linii, nakre­ślony ręką ich bez­po­śred­niego uczest­nika.

Alek­san­der Iljicz Szu­mi­lin zmarł w 1983 roku i wraz z żoną Augu­stą i synem Niko­ła­jem jest pocho­wany na cmen­ta­rzu św. Archa­nioła w mie­ście Bała­szy­cha, na wschód od Moskwy.

Piotr Tymiń­ski

Wstęp -?co to takiego wojna?

Wstęp -?co to takiego wojna?1

W paź­dzier­niku 1975 roku otrzy­ma­łem list od kom­so­mol­ców z wojenno-patrio­tycz­nego oddziału "Marie­sje­wiec" szkoły nr 42 w Kali­ni­nie2 z prośbą, aby podać nazwi­ska tych, któ­rzy pocho­wani są w brat­niej mogile obok peronu sta­cji Czu­pria­nowka3. W liście napi­sa­łem o bojach o sta­cję Czu­pria­nowka i o tym, jak pole­gli żoł­nie­rze stali się nie­znani. Oko­licz­no­ści zło­żyły się tak, że od tam­tego czasu posta­no­wi­łem dopro­wa­dzić do porządku swoje wspo­mnie­nia. Tak naprawdę, ów list posłu­żył za począ­tek pracy nad książką -?dokład­nym odtwo­rze­niem w pamięci wszyst­kich daw­nych prze­żyć. Teraz, gdy mój "finisz" jest już nie­da­leko, chcia­łoby się zdą­żyć z jak naj­więk­szą ilo­ścią pracy. Wol­nego czasu jest mało, a to cho­ruję, to znowu pra­cuję, a czas prze­mija szyb­ciej niż myśl.

W tamte surowe dni wojny cały cię­żar walki o oswo­bo­dze­nie naszej ziemi legł na pie­chotę, na barki pro­stych żoł­nie­rzy. Otrzy­mu­jąc uzu­peł­nie­nia w ludziach, toczy­li­śmy bez­u­stanne boje, nie zazna­jąc ani snu, ani odpo­czynku. Zachły­stu­jąc się krwią i zaście­ła­jąc tru­pami żoł­nie­rzy tę piękną zie­mię, cze­pia­li­śmy się każ­dego pagórka, każ­dego krzaczka, skraju lasu, każ­dej wio­ski, każ­dej spa­lo­nej cha­łupy i roz­wa­lo­nej sto­doły. Wiele tysięcy i tysięcy naszych żoł­nie­rzy na wieki zostało na tych bez­i­mien­nych rubie­żach.

W grud­niu 1941 roku byli­śmy kiep­sko uzbro­jeni i bra­ko­wało amu­ni­cji. Arty­le­rii i poci­sków prak­tycz­nie nie było. U nas, w kom­pa­niach strze­lec­kich, były tylko kara­biny i dzie­siątka patro­nów4 na czło­wieka. Czas był ciężki, wróg stał pod Moskwą. Trudno wam będzie sobie wyobra­zić, jakie to były boje. Nie­miec był uzbro­jony po zęby, jego arty­le­ria roz­no­siła nasze pozy­cje, nie żału­jąc poci­sków...

Bar­dzo wielu z nas, mając powierz­chowne wyobra­że­nie o tym, co to takiego wojna, uważa, iż jest w dosta­tecz­nym stop­niu uświa­do­miona. O woj­nie czy­tali w książ­kach i oglą­dali ją w kinie. Mnie na przy­kład, obu­rzają bro­szury "o woj­nie", napi­sane przez przy­fron­to­wych "fron­tow­ców" i "oko­pow­ców" ze szta­bów i służb tyło­wych, lite­racko opra­co­wane przez dzien­ni­ka­rzy.

A co piszą ci, któ­rych wynie­siono do miana gło­si­cieli prawdy?! Weźmy bodaj takiego Kon­stan­tina Simo­nowa z jego powie­ściami o woj­nie. Sam Simo­now5 wojny nie widział, śmierci w oczy nie patrzył. Jeź­dził po przy­fron­to­wych dro­gach, wycie­rał mięk­kie sie­dze­nia w samo­cho­dzie oso­bo­wym. O woj­nie snuł domy­sły i przed­sta­wiał ją z opo­wia­dań innych, a wojny, aby o niej napi­sać, trzeba doświad­czyć na wła­snej skó­rze! Nie wolno pisać o tym, czego się nie zna. O czym może opo­wie­dzieć czło­wiek, jeśli od wojny dzie­liło go kil­ka­dzie­siąt kilo­me­trów?!

Wielu o woj­nie uczy się z kina. Na przy­kład, pewien mój zna­jomy twier­dził, że gdy walka toczy się w lesie, to płoną drzewa.

-?A to dla­czego? -?zapy­ta­łem go.

-?Czyż­byś w kinie nie widział?

-?...

Wie­dzę o woj­nie wyno­szą z kina tylko dzieci. Nie poj­mują bólu żoł­nier­skiej duszy, bo w kinie ser­wują im strze­la­ninę, walkę wręcz z fikoł­kami i bucha­jące ogniem drzewa, oblane przed zdję­ciami ben­zyną.

Wytwór arty­styczny, przed­sta­wiony w kinie, lub też tak zwana "kro­nika wyda­rzeń"6, daje zbior­czy obraz bojów i epi­zo­dów, mgli­ście przy­po­mi­na­jący wojnę. Muszę was roz­cza­ro­wać: od kina do real­nej rze­czy­wi­sto­ści wojny jest bar­dzo daleko. To, co wyczy­niało się na pierw­szej linii pod­czas ataku kom­pa­nii strze­lec­kich, do kina nie dotarło. Te straszne dni pie­chota zabrała ze sobą do grobu.

Wojny nie należy wyobra­żać sobie na pod­sta­wie komu­ni­ka­tów Biura Infor­ma­cyj­nego. Wojna to nie łzawe kino o miło­ści na "fron­cie". To nie pano­ra­miczne opo­wie­ści z ich roman­ty­za­cją i pod­ma­lo­wy­wa­niem rze­czy­wi­sto­ści. To nie utwory owych pro­za­ików-"fron­tow­ców", u któ­rych wojna jest tylko dru­gim pla­nem, tłem, pod­czas gdy na pierw­szym pla­nie, zasła­nia­jąc całą prze­strzeń koron­kami lite­rac­kich zwro­tów i frę­dzel­ków, wid­nieje arty­styczny wymysł. To nie krzywa strzałka, nary­so­wana czer­wo­nym ołów­kiem, ozna­cza­jąca na mapie kie­ru­nek głów­nego ude­rze­nia dywi­zji. To nie wio­ska, zazna­czona kół­kiem na mapie...

Wojna -?to żywy, ludzki krok żoł­nie­rza: na spo­tka­nie wroga, na spo­tka­nie śmierci, na spo­tka­nie wiecz­no­ści. To ludzka krew na śniegu, dopóki jesz­cze jest jasna i dopóki jesz­cze wycieka. To trupy żoł­nie­rzy porzu­cone do wio­sny. To wypro­sto­wany chód z otwar­tymi oczami -?na schadzkę ze śmier­cią. To strzępy szorst­kiego szy­nela z gru­dami krwi i wnętrz­no­ści, wiszące na sęcz­kach i gałąz­kach drzew. To różowa piana w dziu­rze koło oboj­czyka -?żoł­nie­rzowi urwało dolną szczękę i krtań. To bucior, wypeł­niony różową breją. To bry­zgi krwi w twarz -?krwi roze­rwa­nego poci­skiem żoł­nie­rza. To setki i tysiące innych krwa­wych wido­ków na dro­dze, którą prze­szli za nami przy­fron­towi "fron­towcy" i "oko­powcy" bata­lio­no­wych, puł­ko­wych i dywi­zyj­nych służb.

Ale wojna to nie tylko krwawa breja. To cią­gły głód, kiedy do żoł­nie­rza do kom­pa­nii dociera tylko pod­so­lona wodzianka, zamie­szana na gar­ści mąki, wyglą­da­jąca niczym bez­barwna bałanda. To zimno na mro­zie i śniegu, w kamien­nych piw­ni­cach, gdy od lodu i sza­dzi zastyga szpik w krę­gach. To nie­ludz­kie warunki cze­pia­nia się życia na pierw­szej linii, pod gra­dem odłam­ków i kul. To prze­kleń­stwa bez ogró­dek, oskar­że­nia i groźby ze strony szta­bo­wych "fron­tow­ców" i "oko­pow­ców"7.

Wojna to aku­rat to, o czym nie mówią -?bo nie wie­dzą. Z kom­pa­nii strze­lec­kich, z pierw­szej linii, wró­cili poje­dyn­czy ludzie. Nikt ich nie zna i do pro­gra­mów tele­wi­zyj­nych ich nie zapra­szają, a jeśli któ­ryś z nich nawet decy­duje się na powie­dze­nie prawdy o woj­nie, to grzecz­nie zamy­kają mu usta...

Nasuwa się pyta­nie: kto z oca­la­łych świad­ków może opo­wie­dzieć o ludziach, któ­rzy wojo­wali w kom­pa­niach? Sie­dzieć pod stro­pem jak naj­da­lej od pierw­szej linii, to jedno, a cho­dzić do ataku ze wzro­kiem utkwio­nym w Niem­ców, to dru­gie. Wojnę trzeba poczuć w kościach, zaznać wszyst­kimi włók­nami duszy. Wojna to zupeł­nie nie to, co napi­sali ludzie, któ­rzy nie wal­czyli w kom­pa­niach!

Tych, któ­rzy pod­czas wojny byli przy­dzie­leni do czyn­nej Armii Czer­wo­nej8, dzielę na dwie grupy: na fron­tow­ców i "uczest­ni­ków", na tych żoł­nie­rzy i ofi­ce­rów, któ­rzy byli w kom­pa­niach na pierw­szej linii pod­czas walki i na tych, któ­rzy sie­dzieli u nich za ple­cami, na tyłach. Dla nich i dla tych dru­gich wojna wyglą­dała ina­czej, dla­tego jedni i dru­dzy mówią o niej i wspo­mi­nają ją w inny spo­sób.

To były nie­ludz­kie doświad­cze­nia. Krwawe, zaśnie­żone pola były zasłane cia­łami zabi­tych, kawał­kami roz­rzu­co­nego ludz­kiego mięsa, jasno­czer­wo­nymi strzę­pami szy­neli, ze wszyst­kich stron nio­sły się roz­pacz­liwe krzyki i jęki żoł­nie­rzy... Wszystko to trzeba samemu prze­żyć, usły­szeć i zoba­czyć, aby ze wszyst­kimi szcze­gó­łami uzmy­sło­wić sobie te kosz­marne widoki wojny.

Teraz oto sie­dzę, piszę i widzę9 -?stoją przede mną, jak żywi...

Widzę wycień­czone, blade twa­rze żoł­nie­rzy, a każdy z nich, umie­ra­jąc, chciał coś powie­dzieć... Chciał powie­dzieć coś tym, któ­rym po nich przyj­dzie żyć na tej ziemi, nasiąk­nię­tej ich krwią. I te myśli nie dają mi spo­koju.

Z jaką bez­na­dziejną tęsk­notą za życiem, w jak nie­ludz­kim cier­pie­niu i z bła­gal­nym spoj­rze­niem umie­rali ci ludzie! Nie ginęli nie­dbale i nie w ciszy głę­bo­kich tyłów, jak ci syci i przy­fron­towi "fron­towcy i "oko­powcy", ogrzani cie­płem wiej­skich cha­łup i ich miesz­kań­ców10.

Oni -?fron­towcy i oko­powcy kom­pa­nii strze­lec­kich -?przed śmier­cią okrut­nie mar­zli, lodo­wa­cieli i na wie­trze zasty­gali na śmierć w śnież­nych polach. Szli na śmierć z otwar­tymi oczami, wie­dząc o tym, ocze­ku­jąc końca w każ­dej sekun­dzie, w każ­dym mgnie­niu oka, a te maleń­kie okru­chy czasu cią­gnęły się niczym dłu­gie godziny.

Ska­zany na śmierć w dro­dze na sza­fot, podob­nie jak żoł­nierz z kara­bi­nem w ręku, idący na Niemca, wszyst­kimi cząst­kami swo­jej duszy czuje nie­oce­nioną war­tość ucho­dzą­cego życia. Chce mu się po pro­stu oddy­chać, widzieć świa­tło, ludzi i zie­mię. W takiej chwili czło­wiek oczysz­cza się z wyra­cho­wa­nia i zawi­ści, obłudy i fał­szu. Pro­ści, uczciwi, wolni od ludz­kich przy­war, żoł­nierze za każ­dym razem zbli­żali się do swo­jej ostat­niej tra­gicz­nej gra­nicy.

Bez "Wańki-trepa" zoł­nie­rze naprzód nie ruszą. Ja byłem "Wańką-tre­pem" i sze­dłem razem z nimi. Śmierć nie oszczę­dzała nikogo. Jedni umie­rali w oka mgnie­niu, inni w męczar­niach ocie­kali krwią. Tylko nie­licz­nym z setek i tysięcy żoł­nie­rzy przy­pa­dek pozwo­lił żyć dalej. Przy życiu zostały nie­liczne jed­nostki -?mam tu na myśli pie­cho­ciń­ców z oko­pów. Los poda­ro­wał im życie niczym naj­więk­sze tro­feum.

Wielu przy­szło z frontu, za naszymi ple­cami była masa wsze­la­kiego luda, ale z pie­choty, z owych kom­pa­nii strze­lec­kich, nie wró­cił pra­wie nikt.

Na fron­cie prze­by­wa­łem od wrze­śnia 1941 roku, byłem wie­lo­krot­nie ranny. W bojach przy­szło mi przejść długi i ciężki szlak po dro­gach wojny. Obok mnie ginęły setki i tysiące żoł­nie­rzy i młod­szych ofi­ce­rów. Wiele nazwisk zatarło się w pamięci. Nie­kiedy nawet nie zna­łem nazwisk swo­ich żoł­nie­rzy, ponie­waż kom­pa­nii w boju wystar­czało na tydzień. Spisy żoł­nie­rzy znaj­do­wały się w szta­bie pułku. Oni pro­wa­dzili rachunki i roz­li­czali się ze strat. Oni wysy­łali rodzi­nom zawia­do­mie­nia.

Na kom­pa­nij­nym porucz­niku spo­czy­wały cięż­kie obo­wiązki. Wła­sną głową odpo­wia­dał za wynik boju. A takie coś, powiem wam, to nie pro­sta sprawa! Jak w kinie -?sia­daj i patrz. Nie­miec strzela -?głowy się pod­nieść nie da, a "Wańka-trep", choćby sczezł, musi pode­rwać kom­pa­nię i wziąć wieś. I ani kroku w tył -?tak brzmi roz­kaz bojowy.

I znowu w tej samej chwili przed oczami wyraź­nie poja­wiły mi się tamte kosz­marne dni wojny. Wszystko nagle napły­nęło. Bły­snęły żoł­nier­skie twa­rze, cofa­jący się i ucie­ka­jący Niemcy, wyzwo­lone wsie, zaśnie­żone pola i drogi. Jak­bym znowu poczuł zapach śniegu, mrocz­nego lasu i spa­lo­nych cha­łup. Raz jesz­cze usły­sza­łem dud­nie­nie i nara­sta­jący grzmot nie­miec­kiej arty­le­rii, przy­ci­szone roz­mowy swo­ich żoł­nie­rzy i nie­da­le­kie beł­ko­ta­nie przy­cza­jo­nych Niem­ców.

Na pewno wielu z was sądzi, iż wojna to cie­kawe przed­sta­wie­nie, roman­tyka, hero­izm i epi­zody walk. Ale to nie tak. Nikt wtedy -?ani mło­dzi, ani sta­rzy -?nie chciał umie­rać. Czło­wiek rodzi się, aby żyć. I żaden z żoł­nie­rzy, pole­głych w boju, nie zamie­rzał tak szybko ginąć. Każdy liczył tylko na lep­sze. Lecz życie pie­chura w boju wisi na cie­niut­kiej niteczce, którą z łatwo­ścią może zerwać nie­miecka kula albo malutki odła­mek. Żoł­nierz nie zdąży doko­nać niczego boha­ter­skiego, a już dopada go śmierć.

W każ­dym czło­wieku drze­mią siły do urze­czy­wist­nie­nia cze­goś wiel­kiego i zna­czą­cego. Ale ku temu potrzebne są warunki. Muszą zajść oko­licz­no­ści, aby zryw czło­wieka został zauwa­żony. A na woj­nie, w boju pie­choty, gdzie pozo­sta­wiano nas samych sobie, naj­czę­ściej zda­rzało się, iż taki zryw koń­czył się śmier­cią.

Pod­czas wojny nasza zie­mia utra­ciła miliony swych naj­lep­szych synów. Czyż ci, któ­rzy w czter­dzie­stym pierw­szym z kara­bi­nem w rękach i gar­ścią nabo­jów szli na pewną śmierć, nie byli boha­te­rami?! Sądzę, że to wła­śnie oni są tymi jedy­nymi i praw­dzi­wymi boha­te­rami. Oni oca­lili naszą zie­mię przed najaz­dem i ich kości zostały w ziemi. Ale i do dziś leżą bez­i­mien­nie -?ani mogił, ani nazwisk.

I tylko za to, co prze­cier­piał rosyj­ski żoł­nierz, zasłu­guje on na świętą pamięć swo­jego narodu! Bez snu i odpo­czynku, głodne i w strasz­li­wym napię­ciu, na mro­zie i bez­u­stan­nie w śniegu, pod hura­ga­no­wym ogniem Niem­ców, czo­łowe kom­pa­nie szły do przodu. Nie­zno­śne męczar­nie ciężko ran­nych, któ­rych cza­sami nie było komu wyno­sić -?wszystko to stało się udzia­łem idą­cego na wroga pie­chura.

Czło­wie­kowi życie dane jest tylko jedno i jest tym, co dla każ­dego jest naj­cen­niej­sze i naj­droż­sze. Na woj­nie bywało wielu, ale jesz­cze wię­cej, dzie­siątki milio­nów11, na zawsze legło w mar­twej ciszy. Nie wszy­scy żyjący, któ­rzy wró­cili z wojny, wie­dzą, co to zna­czy iść na pewną śmierć w skła­dzie kom­pa­nii strze­lec­kiej.

W mojej książce "Wańka-trep" jest wię­cej ludz­kiego smutku i cier­pie­nia niż rado­snych i weso­łych wojen­nych epi­zo­dów.

Nie­wy­klu­czone, iż nie udało mi się w peł­nej mie­rze i w spo­sób bez­stronny prze­ka­zać wszyst­kich daw­nych prze­żyć. Ale tak było -?w moim życiu, na woj­nie, w rze­czy­wi­sto­ści i naprawdę. Powin­ni­ście poznać tę surową prawdę!

Żoł­nierz z oko­pów zro­zu­miałby mnie od razu i bez domy­słów. I nie tylko zro­zu­miał, a i dodałby od sie­bie, że zbyt deli­kat­nie nakre­śli­łem nie­które obrazy wojny i że nie nazwa­łem jej od serca moc­nym sło­wem.

Prze­czy­taj­cie książkę "Wańka-trep" i zasta­nów­cie się, czym różni się fron­towy żoł­nierz od dru­giego "fron­towca" i co to takiego wojna!

Alek­san­der Iljicz Szu­mi­lin 3 maja 1983

Rozdział 1 -?Wyjazd na front (sierpień 1941 roku)

Roz­dział 1 -?Wyjazd na front (sier­pień 1941 roku)

Jed­nostka woj­skowa, do któ­rej zosta­łem przy­dzie­lony po ukoń­cze­niu uczelni12, for­mo­wała się w let­nich obo­zach na brzegu jeziora Sie­nież13. Przez pierw­sze dni nie zna­li­śmy prze­zna­cze­nia bojo­wego ani numeru nowej jed­nostki. Jed­nego byli­śmy pewni -?od razu będziemy wysłani na front. Na punkt zborny żoł­nie­rze przy­by­wali do nas dru­ży­nami z Moskwy -?przy­jeż­dża­jąc pocią­gami, a potem pie­szo masze­ru­jąc wokół jeziora do obo­zów. Tam ich przyj­mo­wano, sor­to­wano i roz­dzie­lano po kom­pa­niach. W owym cza­sie miesz­ka­li­śmy w namio­tach, oddziel­nie od let­nich obo­zów uczelni.

Pobo­rowi otrzy­my­wali umun­du­ro­wa­nie na punk­tach zbor­nych w Moskwie, do któ­rych przy­by­wali zgod­nie z wezwa­niem, sta­wia­jąc się w towa­rzy­stwie matek, żon i dzieci. Prze­cho­dząc przez żela­zną bramę przed­sta­wiali wezwa­nia, żegnali się z bli­skimi i zni­kali w drzwiach koszar. Potem przez jakiś czas poka­zy­wali się gdzieś w wąskim oknie, machali rękami i spo­glą­dali w tłum sto­jący za żela­znym ogro­dze­niem. Skom­ple­to­wane dru­żyny wyjeż­dżały samo­cho­dami z dru­giej strony. A matki, dzieci i żony stały dalej w nadziei, że zoba­czą ich w wąskim oknie jesz­cze raz.

Na dro­dze do sta­cji wkrótce zatur­ko­tały dwu­kółki, kuch­nie polowe i woj­skowe pod­wody. Potem zaku­rzyły dwie kryte pół­to­ra­to­nówki i jedna oso­bowa Emka. Fur­manki, samo­chody i ludzie nie dołą­czali od razu do woj­skowego szyku. Naj­pierw była prze­py­chanka, bie­ga­nina i zwy­cza­jowy bała­gan. Decy­do­wano, kogo gdzie skie­ro­wać. Potem stop­niowo wszystko tra­fiało na swoje miej­sce. Do kom­pa­nii tra­fiały fur­manki, konie i woź­nice. Moskiew­scy woź­nice koni pocią­go­wych, wyse­lek­cjo­no­wani w obo­zie, popa­try­wali z boku na żoł­nie­rzy dru­żyn ognio­wych i byli zado­wo­leni, że przy­dzie­lono ich do koni, a nie wepchnięto do kara­bi­nów maszy­no­wych i dział.

Należy powie­dzieć, że w naszych plu­to­nach strze­lec­kich pro­stych żoł­nie­rzy-strzel­ców nie było. Kom­ple­to­wano nas spe­cja­li­stami z obsad dział i cięż­kich kara­bi­nów maszy­no­wych. Wśród naszych żoł­nie­rzy byli dowódcy dzia­ło­nów, celow­ni­czo­wie, ładow­ni­czo­wie, rusz­ni­ka­rze, tele­fo­ni­ści. Wie­kiem żoł­nie­rze byli nie­mło­dzi. Śred­nio mieli po czter­dzie­ści lat14. W plu­to­nie było dwóch, trzech mło­dych chło­pa­ków, któ­rzy peł­nili rolę dorę­czy­cieli poci­sków i nabo­jów.

Naszej jed­no­stce przy­dzie­lono numer i zaczęła nazy­wać się 297 Samo­dziel­nym Bata­lio­nem Broni Maszy­no­wej i Arty­le­rii RU15 Frontu Zachod­niego. Mie­li­śmy obsa­dzić DOT-y16 rejonu umoc­nio­nego, cią­gnące się od Jar­cewa do Ostasz­kowa17. Tego nam nie mówiono i nie powin­ni­śmy o tym wie­dzieć.

Minęło kilka dni; do kom­pa­nii przy­byli ofi­ce­ro­wie rezerwy. Poja­wił się i nasz dowódca kom­pa­nii, porucz­nik Archi­pow. Miał wtedy około trzy­dziestki. Archi­pow był ciem­nym blon­dy­nem śred­niego wzro­stu, o pro­stej, szcze­rej twa­rzy. Miał cie­pły uśmiech. Uśmie­chał się jed­nak nie­czę­sto, czę­ściej bywał sku­piony i zajęty spra­wami kom­pa­nii. Był kadro­wym ofi­ce­rem i przy­był do naszego bata­lionu z innej jed­nostki woj­sko­wej. Ruchy i spo­sób wysła­wia­nia miał spo­kojne, roz­kazy i pole­ce­nia wyda­wał nie­gło­śno, bez krzyku. Tak jakby nie roz­kazywał, a nie­jako pro­sił. Począt­kowo było to dziwne. Wcze­śniej wrzesz­czano na nas i wyma­gano, aby­śmy roz­kazy wyda­wali grom­kim gło­sem, a tutaj oto miała miej­sce pro­sta, rze­czowa roz­mowa. Wkrótce prze­sta­li­śmy się uwi­jać, wier­cić na obca­sach i salu­to­wać na bacz­ność. Jego wyjąt­kowy spo­kój, a przede wszyst­kim roz­waga, udzie­liły się nam i nie­zręcz­nie było pod­cho­dzić do niego mia­ro­wym kro­kiem, szu­rać nogami i stu­kać obca­sami, jak wyma­gano tego od nas na uczelni.

Cała postura Archi­powa i jego uważny wzrok świad­czyły o tym, że na woj­nie potrzebna jest głowa, a nie postawa defi­la­dowa. Dys­cy­plina nie bie­rze się z bra­wury i dziar­sko­ści, a z pro­stych rosyj­skich słów. Oto, co teraz powinno zado­mo­wić się w naszym życiu. Na woj­nie nie trzeba będzie salu­to­wać i strze­lać obca­sami. Na woj­nie potrzebna jest wytrwa­łość i opa­no­wa­nie, cier­pli­wość i spo­kój, dokładne wyko­ny­wa­nie roz­kazu i komendy. Na woj­nie żoł­nierz powi­nien rozu­mieć cię w pół słowa.

Pew­nego pięk­nego dnia przy­wie­ziono i wydano nam hełmy. Dowódca kom­pa­nii wezwał nas do sie­bie i powie­dział:

-?Naucz­cie żoł­nie­rzy nosić hełmy! I nie na tyłku przy pasie, a na gło­wie, jak powi­nien robić to żoł­nierz według prze­pi­sów. Widzę, że łażą i roz­rzu­cają je gdzie popad­nie.

Żoł­nie­rze byli per­so­nami wybit­nie cywil­nymi. Pod­czas obiadu i przy pale­niu ręce same się u nich wycią­gały ku kości policz­ko­wej -?cały czas mieli odruch, aby polu­zo­wać pasek.

-?Jak się będą mogli uwi­nąć z menażką bez zdej­mo­wa­nia hełmu, może­cie przy­jąć, że już ich żeście nauczyli!

Z dnia na dzień ocze­ki­wa­li­śmy odjazdu na front. Na szkol­nych pla­cach uczelni uczy­li­śmy żoł­nie­rzy walki na bagnety -?kłu­cia i posłu­gi­wa­nia się kolbą.

-?Towa­rzy­szu porucz­niku, nam to nie­po­trzebne! Będziemy jak Fino­wie w schro­nach sie­dzieć.

Nie zaprze­cza­łem, ale powie­dzia­łem im tak:

-?Bez ćwi­czeń fizycz­nych nie­moż­liwe jest indy­wi­du­alne wyszko­le­nie żoł­nie­rza. Żoł­nierz bez wykształ­co­nych cech fizycz­nych -?nie żoł­nierz!

-?No, jeśli w ramach ćwi­czeń, niech będzie. Komen­de­ruj nami, porucz­niku!

Już przy pierw­szych kro­kach posta­no­wili mnie wyba­dać i pod­dać pró­bie. Chcieli wie­dzieć, na ile jestem uparty i cze­pial­ski, a na ile zgodny i ustę­pliwy. Żoł­nierz zawsze rwie się, aby wszystko wie­dzieć z wyprze­dze­niem. Nie zamę­cza­łem ich krzy­kami i spo­koj­nie wyma­ga­łem wypeł­nia­nia pole­ceń. Nie­chęt­nie się pod­po­rząd­ko­wali, ale za każ­dym razem pró­bo­wali się wymi­gi­wać, trwała próba sił. Koniec koń­ców powie­dzia­łem im:

-?Zosta­li­ście powo­łani do służby czyn­nej i macie obo­wią­zek wyko­ny­wa­nia tego, czego od was wyma­gają. Na tego, kto będzie sta­wać oko­niem, będę musiał zło­żyć raport celem prze­nie­sie­nia go do pie­choty!

Ostat­nie moje słowa wywarły na nich wyjąt­kowo głę­bo­kie wra­że­nie.

* * *

I oto przy­szedł dzień wymar­szu na sta­cję i zała­dunku do wago­nów. Kom­pa­nie usta­wiły się w kolumnę mar­szową i zna­joma, wyło­żona kocimi łbami droga, przy wtó­rze łomotu żoł­nier­skich bucio­rów popeł­zła do tyłu. Pod­wody, zała­do­wane fura­żem, żyw­no­ścią, ekwi­pun­kiem i amu­ni­cją, postu­ku­jąc i pod­no­sząc tumany kurzu, pocią­gnęły na sta­cję w ślad za kom­pa­niami. Za nimi, plu­to­nami, poma­sze­ro­wali żoł­nie­rze. Plu­ton za plu­to­nem, kom­pa­nia za kom­pa­nią, odcho­dzili na wojnę. I teraz ów wąski bru­ko­wany trakt wokół Sie­nieża18 stał się dla nas począt­kiem nie­zna­nej drogi.

Patrzeć na żoł­nie­rzy było i smutno i wesoło. Dzia­łały tu jakieś pstro­kate prawa żywego tłumu. Jedni masze­ro­wali lekko, żywo i wręcz wesoło, inni -?wręcz prze­ciw­nie, szli ponuro, ze zmę­cze­niem i nie­chęt­nie. Jedni się śpie­szyli, wyry­wali z szyku gdzieś do przodu, inni ledwo wle­kli nogi po ziemi.

Droga wyło­żona bru­kow­cami była tylko jedna -?w bok nie skrę­cisz. Dzień był upalny i duszny. Nie­któ­rym żoł­nie­rzom z braku wprawy zro­lo­wane koce ocie­rały i parzyły szyje, więc prze­kła­dali je bez końca na ramio­nach i krę­cili gło­wami. Spod heł­mów po skro­niach i policz­kach ście­kały strużki potu. Bluzy na ple­cach szybko namo­kły od potu i pociem­niały. Jedni zoł­nie­rze pod brze­mie­niem cię­żaru szli w mil­cze­niu, o niczym nie myśląc. Inni wręcz prze­ciw­nie, roz­ma­wiali, żar­to­wali, cie­sząc się, że skoń­czyli ze sta­rym życiem. U trze­cich na spo­co­nej twa­rzy gościła tęsk­nota i w myślach grze­bali sie­bie, żegna­jąc się z bli­skimi i z życiem. Jak widać, w kolum­nie mar­szo­wej byli różni ludzie, odziani w żoł­nier­skie mun­dury. Byli tu silni, trzy­ma­jący się pro­sto, byli i zgar­bieni, niczym na pogrze­bie. Nad drogą koły­sał się żywy potok żoł­nie­rzy. To roz­pły­wał się na całą sze­ro­kość do pobo­cza, to stło­czyw­szy się obok wybi­tej dziury, drep­tał w miej­scu.

Było gorąco, bez­chmur­nie i bez­wietrz­nie. Kurz z drogi wła­ził do oczu. Pach­niało cie­lęcą skórą, nową kie­rzą, uprzężą, dzieg­ciem zaprzę­gów i koń­skim łaj­nem.

W ruchu, w upale i w kurzu masze­ro­wali żoł­nie­rze i pocili się ze zde­ner­wo­wa­nia. U jed­nego hełm zsu­nięty na tył głowy, u innego -?na nos. Spod heł­mów spo­zie­rały zaczer­wie­nione i spo­cone twa­rze. Kolumna poru­szała się to zwal­nia­jąc, to przy­śpie­sza­jąc kroku.

Potem, na fron­cie, na przy­fron­to­wych dro­gach, przy­swoją sobie swój nie­spieszny rytm i krok, pójdą bez szar­pa­niny, oszczę­dza­jąc siły. Pójdą powoli i jakby od nie­chce­nia, nie zacho­wu­jąc szyku i nie myląc kroku. Z cza­sem zapo­mną, jak żoł­nie­rze cho­dzą w nogę. "Raz, dwa, lewa!" -?to nie na woj­nie. Potra­fić przejść pół setki kilo­me­trów bez odpo­czynku i posto­jów, w peł­nym opo­rzą­dze­niu -?to, powiem wam, wyż­sza szkoła jazdy dla żoł­nie­rza.

Tym­cza­sem esze­lon stał na bocz­nicy towa­ro­wej19. Kom­pa­nia wyszła na zakręt drogi i wtedy zoba­czy­li­śmy sto­jący na torach skład. Ze dwa­dzie­ścia wago­nów towa­ro­wych, odkryte plat­formy i jeden zie­lony wagon pasa­żer­ski.

Dla żoł­nie­rzy i koni -?dwu­osiowe wagony towa­rowe, na pod­wody, ładu­nek i kuch­nie -?odkryte dwu­osiowe plat­formy. Zie­lony pasa­żer­ski -?dla per­so­nelu medycz­nego i naszego sztabu. Wagony towa­rowe dla żoł­nie­rzy były wypo­sa­żone w dwu­po­zio­mowe drew­niane pry­cze z gru­bych nie­he­blo­wa­nych desek.

Żoł­nie­rzy usta­wiono wzdłuż pociągu i pozo­sta­wało tylko dowie­dzieć się, do jakiego wagonu trzeba ich pro­wa­dzić. Lecz skład nie był w pełni skom­ple­to­wany i trzeba było zmie­nić plan zała­dunku. Kiedy już wszystko było roz­dy­spo­no­wane i roz­pi­sane, żoł­nie­rze, prze­py­cha­jąc się, pobie­gli do wago­nów. Nie mogli się docze­kać, by wyrwać do przodu. Wła­żąc do wago­nów robili har­mi­der, roz­py­chali się i sprze­czali. Każdy sta­rał się zająć jak naj­lep­sze miej­sce. Niczym uczniaki na wycieczce, nie­do­rzecz­nie cze­piali się jeden dru­giego, pra­co­wali łok­ciami i toro­wali sobie drogę. Jakby to było ważne, gdzie im się na narach dosta­nie miej­sce. Wła­zili po nasy­pie, roz­po­ście­rali ręce, krzy­czeli, że tu zajęte i machali do swo­ich koleż­ków. Wszy­scy wrzesz­czeli i usi­ło­wali prze­krzy­czeć się nawza­jem.

Oto ludzi­ska! Jadą na front i nawet wten­czas nie chcą być stratni. Sta­ra­łem się utrzy­mać swo­ich żoł­nie­rzy i w szyku popro­wa­dzić do wagonu, w zor­ga­ni­zo­wany spo­sób wpu­ścić ich do środka dru­ży­nami. Ale gdzie tam! Utrzy­masz ich, skoro sąsied­nie plu­tony tłum­nie rzu­ciły się do schod­ków?

Kiedy wspią­łem się do wagonu, żoł­nie­rze zdą­żyli się roz­lo­ko­wać. Opa­dły namięt­no­ści i uspo­ko­ili się. Teraz, gdy wywal­czyli miej­sca leżące i każdy miał przy wez­gło­wiu worek i zro­lo­wany koc, zwy­czajne leże­nie na pry­czy zro­biło się mało cie­kawe. Teraz wszy­scy znowu zleźli na dół, poze­ska­ki­wali na zie­mię i grup­kami stali koło wagonu.

Kaza­łem star­szy­nie zago­nić wszyst­kich z powro­tem. Tym razem stało się dla nich istotne, by zająć miej­sce przy otwar­tych drzwiach wzdłuż schodka. Chcieli mieć dobry widok i wie­dzieć, co się dzieje na zewnątrz, kto cho­dzi wzdłuż składu i o czym dys­ku­tuje. Ster­czeli w drzwiach do czasu, aż wró­ci­łem od dowódcy kom­pa­nii i kaza­łem im zająć miej­sca na pry­czach. Dowódz­two zapra­gnęło spraw­dzić, czy w żoł­nier­skich wago­nach nie ma wol­nych miejsc.

-?Na dole przy wago­nie może stać tylko star­szy sier­żant i ja, przy porę­czy w drzwiach -?dyżurni plu­tonu!

Żoł­nie­rze nie­chęt­nie poleźli na pry­cze.

Wszy­scy żoł­nie­rze byli jed­na­kowo ubrani, choć odzież leżała na nich roz­ma­icie, a i cha­rak­te­rami też się róż­nili. Zdą­żyli dobrać się po dwóch, trzech i razem mościli się na pry­czach. A tak ogól­nie rzecz bio­rąc, to nie znali nawet swo­ich nazwisk. Byli wśród nich milcz­ko­wie i ponu­racy, byli, jak to bywa, gaduły i wier­ci­pięty. Ci wszę­dzie wty­kali swoje nosy. Bali się, że coś prze­ga­pią, wszę­dzie węszyli za korzy­ściami i nowin­kami, pchali się ze swo­imi radami. Choćby roz­mowa ich nie doty­czyła i nikt ich o radę nie pro­sił.

Patrzy­łem na wszyst­kich i zasta­na­wia­łem się: kto z nich stchó­rzy na fron­cie, kto roz­sieje panikę, porzuci ran­nego towa­rzy­sza, gdy zwie­rzęcy strach odej­mie mu rozum. Kto? Może tam­ten mil­czek albo ten spry­ciarz, a może -?ten rudzie­lec z pie­gami na nosie? Teraz, kiedy do wojny nie tak daleko, po wyglą­dzie nie okre­ślisz, kto okaże się czło­wie­kiem, a kto będzie rato­wać skórę. Mia­łem mało czasu, by ich prze­stu­dio­wać i okre­ślić, kto jest do czego zdolny. Jak to leci w pio­sence? "Ten w pło­nący dom wej­dzie...".

Na dole wzdłuż wago­nów bie­gali ofi­ce­ro­wie i łącz­nicy, przede­fi­lo­wali kole­ja­rze, pobrzę­ku­jąc maź­ni­cami i postu­ku­jąc w koła malut­kimi młot­kami na dłu­gich trzon­kach. Tu i ówdzie przy wago­nach drep­tały jesz­cze spóź­nione grupki żoł­nie­rzy. Na odkryte plat­formy doła­do­wy­wano jesz­cze skrzynki i tłu­moki. Sły­chać było krzyki, komendy i prze­kleń­stwa żoł­nie­rzy-tabo­ry­tów. Z jed­nej strony świ­sta­nie i krót­kie gwizdy paro­wozu, z dru­giej -?głosy ludzi, rże­nie koni. Ludzi­ska, niczym mrówki, krzą­tali się koło esze­lonu, popę­dza­jąc i przy­na­gla­jąc się wza­jem­nie. Lecz oto, jak pierw­sza kro­pla desz­czu, prze­cią­gły gwizd paro­wozu pogo­nił wszyst­kich, któ­rzy teraz roz­bie­gli się do wago­nów. Wagony szarp­nęły, brzęk­nęły dźwięcz­nie sprzęgi i dzwo­nie­nie, jak echo, jak nara­sta­jący zardze­wiały zgiełk, prze­to­czyło się wzdłuż składu. Szarp­nię­cie za szarp­nię­ciem, skrzy­piąc i zgrzy­ta­jąc, wagony powoli ruszyły z miej­sca i poto­czyły się po szy­nach.

Wszy­scy ocze­ki­wali, że esze­lon poje­dzie w kie­runku Klina20, a ten, skrzy­piąc i postu­ku­jąc, wyto­czył się ku wyjaz­do­wemu sema­fo­rowi głów­nej linii. Paro­wóz prze­cze­pili z dru­giej strony i od razu zro­zu­mie­li­śmy, że skład skie­ruje się na Moskwę. Nikt nie wie­dział dokład­nie, jakiej trasy będzie się trzy­mać pociąg. Cho­dziły naj­roz­ma­it­sze słu­chy.

Pociąg nabrał pręd­ko­ści i obok wago­nów mignęły pola i lasy. Potem po dro­dze zaczęły tra­fiać się pery­fe­ryjne sta­cyjki i perony z ludźmi, cze­ka­ją­cymi na pod­miej­ską kolejkę. Nie dojeż­dża­jąc do Moskwy, esze­lon prze­je­chał na obwod­nicę21 i kołu­jąc po nie­koń­czą­cych się skrzy­pią­cych toro­wi­skach, wyje­chał na Licho­bory. Na obwod­nicy skład czę­sto sta­wał, cze­ka­jąc na swo­bodny prze­jazd22.

W Licho­bo­rach posta­li­śmy około godziny. Ktoś posta­no­wił wypu­ścić żoł­nie­rzy na peron, aby wydali pie­nią­dze, które mieli ze sobą. W bud­kach brali wszystko: jedni cia­steczka i cukierki, a nie­któ­rzy, oczy­wi­ście, flaszki z wódką i winem. Ten, kto na to pozwo­lił, popeł­nił gruby błąd. Po jakiejś pół godzi­nie w wago­nach huczała już pijacka zabawa.

Byłem młody i w kwe­stiach życio­wych spe­cjal­nie się nie orien­to­wa­łem. Nie dopil­no­wa­łem i nie byłem w sta­nie dostrzec, jak w Licho­bo­rach moi zoł­nie­rze prze­my­cili do wagonu z dzie­sięć bute­lek wódki i wina. Nie widzia­łem, jak spryt­nie wci­skali babom pie­nią­dze, a one, obró­ciw­szy w minutę, sprze­da­wały im z toreb butelki ze "świętą wodą". Nie od razu zauwa­ży­łem zaczer­wie­nione gęby swo­ich ludzi. Sie­dzieli cicho i pocią­gali z bute­lek, wci­snąw­szy się głę­biej na pry­cze. Potem zna­lazł się jeden spry­ciarz, przy­wo­łał mnie i zapro­po­no­wał, abym dla kurażu wypił nieco czer­wo­niut­kiego winka.

-?Wypij­cie, towa­rzy­szu porucz­niku! Skom­bi­no­wa­li­śmy dla was tro­chę czer­wo­nego cer­kiew­nego kagora! Wszyst­kie nasze chło­paki was pro­szą! O, popa­trz­cie, nawet i star­szyna!

Popa­trzy­łem w stronę star­szego sier­żanta, któ­remu ze szczę­ścia roz­pły­wała się gęba. Raz jesz­cze zer­k­ną­łem na swo­jego pomoc­nika dowódcy plu­tonu, obrzu­ci­łem uważ­nym spoj­rze­niem żoł­nie­rzy sie­dzą­cych na pry­czach i odwró­ci­łem się, nic nie mówiąc. Dla star­szyny moje mil­cze­nie było niczym poli­czek.

Wszy­scy od razu zro­zu­mieli, że nie pochwa­lam popi­jawy. Że wszystko to należy natych­miast zakoń­czyć, zanim dowie się o tym dowódca kom­pa­nii. Nie robi­łem wymó­wek star­szemu sier­żan­towi i żoł­nie­rzom, ale na jed­nym z posto­jów, zesko­czyw­szy z wagonu na zie­mię, dostrze­głem, jak w sąsied­nim plu­to­nie porucz­nik Łuko­nin stu­kał się kub­kami ze swo­imi żoł­nie­rzami. A potem, pod­czas jazdy, gdy sta­łem w otwar­tych drzwiach wagonu, opie­ra­jąc się na poprzecz­nej desce, zało­żo­nej w cha­rak­te­rze poprzeczki w otwo­rze drzwio­wym, ujrza­łem, jak w jadą­cym z tyłu wago­nie przez taką samą deskę prze­wie­szają się żoł­nie­rze -?i rzy­gają.

"Sprawa jest poważna -?pomy­śla­łem. -?Jadą na front. Po dro­dze wszystko może się zda­rzyć, nie­wy­klu­czone jest bom­bar­do­wa­nie, w każ­dej chwili może nad­le­cieć nie­miec­kie lot­nic­two". Nie rozu­mia­łem szcze­gól­nej rado­ści tych, któ­rzy urżnęli się bez żad­nego powodu. Nie znaj­do­wa­łem na to racjo­nal­nego wytłu­ma­cze­nia. Oczy­wi­ście nie mogłem kate­go­rycz­nie zabro­nić swoim żoł­nie­rzom nie brać do ust wina, kiedy cały esze­lon huczał, prze­krzy­ku­jąc się pijac­kimi gło­sami.

Mówiono, że jedną dywi­zje MWD23 wyła­do­wali z esze­lonu i zapro­wa­dzili do lasu, a żoł­nie­rze poło­żyli się na trawce i nie pomy­śleli, aby się oko­pać. Byli trzeźwi, nie tak jak ci. Przy­le­ciało nie­miec­kie lot­nic­two, roz­nio­sło cały las i wszyst­kich powy­bi­jało odłam­kami i drza­zgami z drzew.

Na jed­nym z posto­jów wezwano mnie do dowódcy kom­pa­nii, który był miły, choć na wskroś zasko­czony, iż z czte­rech dowód­ców plu­to­nów to ja byłem cał­ko­wi­cie trzeźwy. Porucz­nik sam nie przy­mie­rzał się w esze­lo­nie do wina, ale i mi nic na ten temat nie powie­dział. Po pro­stu zapa­mię­tał ów fakt na przy­szłość.

-?Esze­lon pod­je­dzie do sta­cji Sie­li­ża­rowo, będziemy się wyła­do­wy­wać o świ­cie. Wyła­du­nek powi­nien się odbyć w spo­sób zor­ga­ni­zo­wany. Bez żad­nego zamętu i bie­ga­niny. Plu­tonu nie roz­pusz­czać, trzy­mać wszyst­kich w szyku! Z wagonu w szyku i od razu bie­giem na sta­cję! Twój plu­ton pój­dzie jako ostatni. Jeśli się odłą­czę, zastą­pisz mnie. Wszystko jasne?

-?Pozwól­cie odma­sze­ro­wać.

-?Wszyst­kie butelki wywa­lić po dro­dze! Przy wyła­dunku żadne flaszki nie mogą pozo­stać w wago­nach!

-?Wszystko będzie zro­bione, towa­rzy­szu porucz­niku!

-?Liczę na cie­bie. Marsz do swo­jego wagonu!

Nastrój mi się popra­wił i, stą­pa­jąc sze­roko, posze­dłem w kie­runku swo­jego wagonu. Oto mia­łem waż­kie potwier­dze­nie swo­jego sto­sunku do wódki i pijań­stwa moich żoł­nie­rzy.

Pod­nió­sł­szy nogę na dra­binkę, wsko­czy­łem lekko w otwarte drzwi, prze­sko­czy­łem nad deską-poprzeczką24 i zawo­ła­łem do sie­bie star­szego sier­żanta.

-?Wezwał mnie do sie­bie dowódca kom­pa­nii i naka­zał skoń­czyć z winem. Jeśli za godzinę znajdę w wago­nie choć jedną butelkę alko­holu, miej pre­ten­sje do sie­bie. Daję ci dwa­dzie­ścia minut na wyko­na­nie roz­kazu dowódcy kom­pa­nii! I żad­nych dobi­tek i dopi­ja­nia! Zro­zu­mia­łeś? Dopil­nuj, żeby ani w wor­kach, ani w tor­bach na maski prze­ciw­ga­zowe, ani za pazu­chą nic u nikogo nie zostało!

-?Wszystko będzie zro­bione, towa­rzy­szu porucz­niku!

Żoł­nie­rze, widząc ostry zwrot i nie cze­ka­jąc, aż star­szyna zacznie prze­trzą­sać ich worki, zaczęli wyrzu­cać butelki przez otwarte drzwi. Ciskali puste, nie­do­pite, rzu­cali i całe. Wzdy­chali, stę­kali, żar­to­wali i nawet jęczeli.

-?To dopiero człeka szczę­ście spo­tka! Przej­dzie się skra­jem lasu wzdłuż nasypu, patrzeć, a pod nogami, jak boży dar, leży butelka z białą szyjką!

-?Sły­szysz, Spi­ri­do­nicz?

-?Dobra, prze­stań szcze­rzyć żeby, i bez cie­bie ciężko się na sercu robi!

-?Nie, Spi­ri­do­nicz, ty tu nie kom­bi­nuj! Rzu­caj leciutko, mądrze, żeby się nie roz­biła, żeby czło­wiek mógł ją calutką zna­leźć! Ależ by dusza śpie­wała, gdyby takie coś mi się przy­tra­fiło po dro­dze!

-?Wszyst­kie flaszki wywa­lić, zro­bię kon­trolę! -?powie­dział star­szyna i dodał: -?Jeśli u kogoś coś znajdę, roz­mowa będzie krótka! Zro­zu­mieli? Ruszać się szyb­ciej!

-?Nie, ty sam posłu­chaj! Od takiego cze­goś można jąkałą zostać. Idziesz, idziesz, a tu calutka butelka wódki przed tobą leży!

Nad­cią­gnęła noc i spa­dła nie­po­strze­że­nie wraz z roz­mo­wami i rwe­te­sem. Żoł­nie­rze pozbyli się bute­lek, zale­gli na pry­czach i przy­ci­chli. Leżeli na narach nie roz­bie­ra­jąc się, pode­tknąw­szy pod głowy swoje worki i zro­lo­wane szy­nele.

Koła mia­rowo stu­kały na złą­czach szyn. Wyj­rzysz przez na wpół otwarte drzwi -?a tu długi skład peł­znie po jed­no­to­ro­wym szlaku. Wagony koły­szą się, deski skrzy­pią, a esze­lon pędzi po szy­nach, to zwal­nia­jąc, to przy­spie­sza­jąc biegu.

Gdzieś pod Sie­li­ża­ro­wem powin­ni­śmy zająć obronę. Nie­miec pod­szedł do tej rubieży czy nie? Nocą pociąg kilka razy się zatrzy­mał. Paro­wóz gwał­tow­nie pry­chał, wyda­jąc krót­kie, piskliwe sygnały. Potem, naj­wy­raź­niej nabraw­szy sił, wyda­wał prze­cią­gły dźwięk, z wście­kło­ścią tar­gał wagony i wzdłuż składu nio­sło się gra­nie łań­cu­chów. Wagony szarp­nię­ciami ruszały z miej­sca i pociąg, ponow­nie nabie­ra­jąc pręd­ko­ści, jechał śpiesz­nie przed sie­bie.

Budzi­łem się kil­ka­krot­nie i za każ­dym razem sły­sza­łem to ude­rze­nia tale­rzy bufo­rów, to mia­rowy stu­kot jadą­cych kół, to abso­lutną ciszę i zgodne chra­pa­nie żoł­nie­rzy. Uno­si­łem głowę i patrzy­łem w otwór drzwi, gdzie na czar­nym tle prze­my­ka­ją­cej ziemi maja­czył szary kon­tur war­tow­nika, sie­dzą­cego przy wej­ściu. Albo spał na sie­dząco, albo po pro­stu się zamy­ślił, opu­ściw­szy głowę.

W wago­nie nie było świa­tła, nie pozwa­lano go palić. Postać war­tow­nika było widać wtedy, gdy palił. Po ogniku papie­rosa, zaci­śnię­tego w gar­ści, można było okre­ślić, w którą stronę się patrzy, czy sie­dzi, czy stoi. Dyżurni sie­dzieli w drzwiach bez słowa i albo palili, albo na wpół sen­nie kiwali gło­wami w takt jazdy. Sie­dzieli cicho i bez pośpie­chu dymili tyto­niem i wsłu­chi­wali się w dźwięki prze­my­ka­ją­cej nocy. Ale przez hałas stu­kotu kół i skrzy­pie­nia wagonu pew­nie nie da się usły­szeć ryku samo­lotu. Nocą prze­je­cha­li­śmy Zub­cow, zro­bi­li­śmy postój w Rże­wie i skrę­ciw­szy w bok na inny tor, poto­czy­li­śmy się na Tor­żok i Kuw­szy­nowo.

Gdzieś w Kuw­szy­no­wie do składu pod­cze­piono jesz­cze jeden paro­wóz. Poszło spraw­niej. A to dla­tego, że przez cały czas pełź­li­śmy pod górę. Nad ranem paro­wozy, dymiąc i wyrzu­ca­jąc iskry, nagle przy­śpie­szyły i pogwiz­du­jąc do sie­bie, zaczęły nabie­rać pręd­ko­ści. Po pra­wej i lewej stro­nie wesoło prze­my­kała linia lasu. Ciemne kształty pagór­ków i zagaj­ni­ków zakrę­ciły się to w jedną, to w drugą stronę. A wagony koły­sząc się pędziły po sta­lo­wym szlaku, poskrzy­pu­jąc i wzdy­cha­jąc, jak żywe.

Żoł­nie­rze pochra­py­wali na pry­czach. Nie wie­dzieli, że po raz ostatni sły­szą mia­rowy stu­kot kół, spa­zma­tyczny, gło­śny gwizd paro­wozu, pobrzę­ki­wa­nie łań­cu­chów, prze­raź­liwe skrzy­pie­nie bufo­rów, kole­ba­nie się roz­pę­dzo­nych wago­nów.

Przed świ­tem pociąg wyha­mo­wał, zadud­nił na zwrot­ni­cach wjaz­do­wych przy sema­fo­rze, pod­to­czył się do jakiejś sta­cji i zamarł w miej­scu. Potem jakby z nie­chę­cią cof­nął się i wzdłuż wago­nów zakrzą­tali się ludzie.

Począt­kowo trudno było się zorien­to­wać, co krzy­czeli. Ale oto wzdłuż składu poniósł się jeden, drugi roz­kaz. I wresz­cie, dono­śny głos gońca, który wsu­nął głowę w otwarte drzwi, obwie­ścił, że oto przy­je­cha­li­śmy i przy­stę­pu­jemy do wyła­dunku.

Trzeba było z wie­czora uprze­dzić swo­ich żoł­nie­rzy, żeby do ranka przy­go­to­wali całe swoje opo­rzą­dze­nie. Za to teraz grze­bali się z szy­ne­lami i pasami, heł­mami i wor­kami-ple­ca­kami. W tłu­mie ktoś może nawet zapo­mnieć o wła­snym kara­bi­nie, prze­cież nie są do nich przy­uczeni tak, jak od dzie­ciń­stwa uczono ich zakła­dać ran­kiem por­tki.

Trzeba powie­dzieć star­szy­nie, aby spraw­dził całe opo­rzą­dze­nie. A i tak, ku mojemu nie­za­do­wo­le­niu, ten sam natrętny i cwany żoł­nierz zna­lazł spo­sób, by pozo­sta­wić na pry­czy hełm i maskę prze­ciw­ga­zową.

Star­szy sier­żant podał komendę i zoł­nie­rze zgod­nie wysy­pali się z wagonu. Plu­ton usta­wił się i pośpie­szył poza gra­nice sta­cji. W mroku przed­świtu sły­chać było głosy, krzyki i tupot żoł­nie­rzy bie­gną­cych po ulicy.

Posła­łem łącz­nika do dowódcy kom­pa­nii i zaczą­łem cze­kać na usta­wie­nie się kom­pa­nii w szyku. Z ogól­nego ści­sku fur­ma­nek, koni i żoł­nie­rzy zaczęły stop­niowo oddzie­lać się plu­tony, pod­wody, kom­pa­nie i w końcu cały roz­ła­do­wany esze­lon wycią­gnął się na dro­dze w kolumnę mar­szową.

Przy wago­nach i odkry­tych plat­for­mach zostali jesz­cze ludzie, któ­rzy pako­wali ładunki na fur­manki i sta­czali po deskach na zie­mię cięż­kie kuch­nie.

Kom­pa­nia ruszyła i poszła w ślad za odcho­dzącą kolumną. Bru­ko­wana droga stop­niowo pięła się coraz wyżej i po jakimś cza­sie wyszli­śmy z obni­że­nia terenu na świat. Zza ple­ców dobiegł nas odgłos kilku gwizd­ków paro­wozu, niczym ostatni poże­gnalny głos żywego świata. Dźwięki te roz­to­piły się w przed­świ­cie.

* * *

Szli­śmy bru­ko­waną drogą, powoli pnąc się pod górę. Przed nami stop­niowo zaczy­nał roz­ta­czać się odle­gły i mroczny hory­zont. Wspiąw­szy się na grzbiet, po raz pierw­szy ujrze­li­śmy nie­koń­czącą się dal. Pierw­sze spoj­rze­nie zawsze pozo­sta­wia w pamięci nie­za­tarty obraz. Z każ­dym kro­kiem odda­la­jąc się od Sie­li­ża­rowa, szli­śmy w mil­cze­niu, nie zmie­nia­jąc i nie przy­spie­sza­jąc kroku.

Kolumna roz­cią­gnęła się na dro­dze i podzie­liła. W końcu jedna z kom­pa­nii skrę­ciła w bok, a my dalej szli­śmy gdzieś przed sie­bie. Każda z kom­pa­nii samo­dziel­nie wybie­rała swoją mar­szrutę. Szli­śmy po nie­rów­nej nawierzchni nie­zbyt sze­ro­kiej drogi, postu­ku­jąc żela­znymi gwoź­dziami butów. Obok, powoli, zamie­nia­jąc się miej­scami, prze­pły­wały pola i lasy. Żoł­nie­rze roz­glą­dali się na boki, sądząc, że zbli­żają się do linii frontu, ale wokół wciąż było po sta­remu, cicho i ponuro. Cisza! Zło­wiesz­cza cisza! Wokół pano­wał taki spo­kój, takie mil­cze­nie, iż wyda­wało się, że po zgrzy­cie i stu­ko­cie kół pociągu towa­ro­wego teraz dzwoni nam w uszach. Łoskot pociągu i hałas ludz­kich gło­sów zostały daleko z tyłu.

Szary pora­nek powi­tał nas chło­dem i drob­nym desz­czem. Bru­ko­wana jezd­nia skoń­czyła się i szli­śmy po grun­to­wej dro­dze.

Jeśli idący na czele dowódca kom­pa­nii nie przy­śpie­sza kroku, ozna­cza to, że trzeba będzie daleko iść. Dłu­gie odcinki woj­ska zwy­kle poko­nują bez pośpie­chu, oszczę­dza­jąc siły, roz­kła­da­jąc je na całą mar­szrutę.

Doświad­czony dowódca zaraz po wymar­szu podaje nie­śpieszny i mia­rowy krok. Choć pod­czas mar­szu szyk szybko się łamie, to nie ma zna­cze­nia, czy ktoś idzie na prze­dzie, czy wle­cze się z tyłu, powłó­cząc nogami. Sze­dłem z tyłu i pil­no­wa­łem, aby nikt się nie odłą­czał. Otrzy­ma­łem pole­ce­nie roz­glą­da­nia się za żoł­nie­rzami pozo­sta­ją­cymi w tyle. Zdej­mo­wa­łem bagaż z ramion spóź­nial­skiego żoł­nie­rza, usa­dza­łem go na pod­wo­dzie i wra­ca­łem na koniec szyku. Po jakimś cza­sie wypo­częty żoł­nierz ruszał, aby dogo­nić swo­ich towa­rzy­szy, a jego miej­sce na fur­mance zaj­mo­wał nowy, który opadł z sił.

Nie­da­leko od drogi, po pra­wej stro­nie, uka­zała się wieś. Szare dachy, kryte desz­czuł­kami, przy­le­piały się do sie­bie. Cha­łupy stały bez żad­nego ładu i składu. Gdy zrów­na­li­śmy się z domami, zauwa­ży­li­śmy, że nie roz­lega się pia­nie kogu­tów, w ogóle nie sły­chać szcze­ka­nia psów, że ni­gdzie nie prze­my­kają kobiety z wia­drami, a na pło­tach nie wiszą gli­niane garnki. Miało się wra­że­nie, że wieś wymarła od jakiejś strasz­nej zarazy.

Pomy­śla­łem, że naj­praw­do­po­dob­niej miesz­kań­ców wsi ewa­ku­owano. Czy wojna jest bli­sko? Czy gdzieś obok prze­biega linia frontu? Według mojej rachuby, zdą­ży­li­śmy przejść około trzy­dzie­ści kilo­me­trów. Za wsią ponow­nie uka­zał się las, a za lasem -?pole. Droga skrę­ciła ostro w lewo i pobie­gła w dół. Poszli­śmy po roz­sy­pa­nym chru­ście, omi­ja­jąc bagno i weszli­śmy w rzadki las. Krzaki i trawa, błoto i zie­mia, sze­ro­kie pasy usu­nię­tej darni, hałdy nawa­lo­nych po budo­wie śmieci, pia­sku i tłucz­nia, pod­mo­kłe worki z sza­rym cemen­tem -?wszystko to były ślady jakichś robót budow­la­nych. Tu ryli, tam kopali, gdzie indziej osa­dzali bier­wiona i sta­wiali słupy, lali beton, sypali pia­sek, rów­nali zie­mię, ukła­dali darń, przy­bi­ja­jąc ją drew­nia­nymi koł­kami. Tutaj prze­biegała linia obrony. Przy­by­li­śmy na przedni skraj rejonu umoc­nio­nego25. Po krót­kiej nara­dzie z dowód­cami plu­to­nów, dowódca kom­pa­nii oznaj­mił:

-?Map rejonu do ręki nie dosta­nie­cie, dowód­com plu­to­nów nie przy­słu­guje. Pój­dziemy zapo­znać się z oko­licą, obej­dziemy na pie­chotę cały sek­tor obrony.

I popro­wa­dził nas po pierw­szej linii kom­pa­nii. Gęsiego prze­dzie­ra­li­śmy się przez gęste kępy krze­wów i drzew, pochy­leni prze­ska­ki­wa­li­śmy nad tran­sze­jami, nie­od­łącz­nie kro­cząc za nim. Wspi­na­li­śmy się na nasypy, prze­ska­ki­wa­li­śmy rowy łącz­ni­kowe i w nie­dłu­gim cza­sie obe­szli­śmy cały sek­tor obrony kom­pa­nii. Teraz, uści­śliw­szy gra­nice podziału plu­to­nów, sek­tory ostrzału i obser­wa­cji, mie­li­śmy roz­pro­wa­dzić swo­ich żoł­nie­rzy po oko­pach.

Roz­kaz do zaję­cia obrony jesz­cze nie nad­szedł, dla­tego urzą­dze­nie i dopo­sa­że­nie pozy­cji nie nale­żało do nas. Plu­tony miały roz­środ­ko­wać się na całej sze­ro­ko­ści odcinka i cze­kać roz­kazu bojo­wego z góry. Zaję­li­śmy nie­wielką zie­miankę, wysta­wi­łem warty, wyzna­czy­łem zmiany war­tow­ni­ków i usta­li­łem plan dnia. Na to wszystko nie zej­dzie za wiele żoł­nier­skiego czasu. Żoł­nie­rze są w woj­sku rap­tem od tygo­dnia, nie są przy­zwy­cza­jeni do polo­wego życia na wol­nym powie­trzu. Wszystko robią nie tak i bar­dzo powoli, czę­sto dys­ku­tują i dają nie­po­trzebne rady.

W cza­sie prze­mar­szu czte­rech żoł­nie­rzy obtarło nogi, nie­umie­jęt­nie i w pośpie­chu zawi­ja­jąc onuce. Do zajęć szko­le­nio­wych i przy­go­to­wa­nia bojo­wego nie doszli­śmy, a teraz istot­nym było, aby przy­zwy­czaić żoł­nie­rzy do rytmu życia w warun­kach polo­wych. Pod wie­czór nie­któ­rzy z nich zaczęli popa­try­wać na drogę, zakła­da­jąc, że na noc­leg popro­wa­dzą ich do wsi. Nie brali pod uwagę, iż zostaną na noc po pro­stu na ziemi i będą leżeć na dnie wil­got­nego okopu. Nie sądzili, że od teraz ich domem i pościelą będzie wyłącz­nie zie­mia.

Oko­powe życie zaczęło się dla żoł­nie­rzy jakoś tak od razu, bez żad­nych wstę­pów i przy­go­to­wa­nia. Cały plu­ton nie mógł pomie­ścić się w zie­miance, część ludzi pozo­stała na noc w odkry­tych oko­pach bez dasz­ków. Na miej­sce noc­legu każdy mógł przy­nieść sobie narę­cze chru­stu albo słomy, jeśli gdzieś pod bokiem była szansa na ich zna­le­zie­nie.

Jesz­cze wczo­raj, leżąc w wago­nie na suchych, chro­po­wa­tych i nie­he­blo­wa­nych deskach, pocią­gali z szyjki słod­kawy port­wajn, palili papie­rosy i bez­tro­sko wypusz­czali pod sufit tyto­niowy dym. Dzi­siaj, umę­czeni for­sow­nym mar­szem, tra­fili do wil­got­nych i lep­kich oko­pów. Z braku przy­zwy­cza­je­nia ręce i nogi zro­biły się cięż­kie, bolał grzbiet i szyja, a zdjąć coś z sie­bie i cisnąć na zie­mię żoł­nie­rzowi nie było wolno. W co tam żoł­nierz obuty, w tym się kła­dzie! No i lepiej niech jesz­cze moc­niej ści­ska swój kara­bin. Tu nie będziesz się kotło­wać objęty z babą w mięk­kiej pościeli!

Tu trze pas, tu uwiera szelka od maski prze­ciw­ga­zo­wej, wrzy­nają się w plecy postronki od worka-ple­caka, ramię rani pas nośny od kara­binu i nie można ich ani zrzu­cić, ani zdjąć. Wszystko, co nało­żyli i powie­sili na żoł­nie­rzu, to jak pie­przyki na wła­snej skó­rze, nie zdej­muje się ich na noc, gdy idzie się spać. A tu hełm, maska prze­ciw­ga­zowa, kara­bin, ładow­nica wypchana nabo­jami, pas, łopatka saper­ska, worek na plecy, manierka, kubek, menażka, para gra­na­tów, nie­na­ru­szalny zapas sucha­rów, zapa­sowe onuce, kawa­łek mydła i inne graty. Wszystko to żoł­nierz powi­nien nosić na sobie razem z butami, szy­ne­lem i wła­snym cia­łem, dopóki go nie zabiją, dopóki nie wycią­gnie gdzieś nóg. Od teraz powi­nien w tej uprzęży cho­dzić, jeść, spać, stać, sie­dzieć, bie­gać, peł­zać, strze­lać. Żoł­nierz powi­nien zawsze być w peł­nym opo­rzą­dze­niu, nawet ogłu­szony, prze­bity kulą, roze­rwany bombą na drobne kawałki. Żoł­nierz morze się oswo­bo­dzić od amu­ni­cji i cię­żaru tylko wtedy, gdy go zabiją. Dopiero wtedy będą mu prze­szka­dzać i można rzec, że wtedy się bez nich w pełni obej­dzie. Ale wszystko to cze­kało żoł­nierza w przy­szło­ści, a ten dzień był dopiero począt­kiem.

Teraz żoł­nie­rze padali ze zmę­cze­nia na dno wil­got­nych oko­pów i tran­szei. Myśleli tylko o tym, żeby się roz­luź­nić. Obo­jętna była im ota­cza­jąca ich przy­roda, kwit­nąca jesień, pło­nące pur­pu­ro­wym ogniem wierz­chołki wiej­skich chat i sina dal. Na uczelni ganiano nas bez­li­to­śnie pocho­dami i for­sow­nymi mar­szami -?co jak co, ale w sen­sie fizycz­nym sta­li­śmy krzepko na nogach. Przejść trzy­dzie­ści wiorst -?to dla mnie sama przy­jem­ność, żad­nego zmę­cze­nia. Cho­dzi­łem jak na sprę­ży­nach.

Od rana pod­łą­czy­łem żoł­nie­rzy do roboty. Niczego nie poj­mu­jąc, ryli w ziemi. Wie­dzia­łem z doświad­cze­nia, że żoł­nie­rzom trzeba od razu narzu­cić rytm pracy i suro­wego reżimu. Przede wszyst­kim -?nie pozwo­lić żoł­nie­rzowi roz­luź­nić się i oklap­nąć. Czeka nas nie­mało cięż­kich przejść i po każ­dym trzeba mieć zapas sił. W tym naj­pew­niej tkwi mądrość fizycz­nego zahar­to­wa­nia żoł­nie­rza. Teraz, kiedy kom­pa­nia wyszła na rubież obronną, sytu­acja mogła ulec zmia­nie w każ­dej chwili, o czym uprze­dził mnie dowódca kom­pa­nii.

Sta­li­śmy na zbo­czu wzgó­rza, a przed nami w pod­mo­kłym obni­że­niu terenu widać było ubar­wiony jesie­nią las. Za lasem w każ­dej chwili mogli poja­wić się Niemcy, ale na razie tam, przed nami, było spo­koj­nie i cicho.

Wie­czo­rem, gdy wezwano mnie do dowódcy kom­pa­nii, usły­sza­łem tam roz­mowę na temat Niem­ców. Ofi­cer przy­były ze sztabu bata­lionu opo­wia­dał, że konno poje­chali jakieś dwa­dzie­ścia kilo­me­trów do przodu i na zacho­dzie sły­szeli huk arty­le­rii. Działa strze­lały sal­wami. Praw­dziwa kano­nada! Słowo "kano­nada" w opo­wie­ści ofi­cera brzmiało poważ­nie i ciężko. Ja sam ni­gdy nie sły­sza­łem dud­nie­nia arty­le­ryj­skiej kano­nady i mogłem sobie ją tylko wyobra­zić na pod­sta­wie fabuły kino­wej. A ów nie­zna­jomy ofi­cer sły­szał ją z oddali. Miał wyjąt­kowe szczę­ście! Zdą­żył pobyć na linii frontu i ognia26.

Wró­ciw­szy na pozy­cje swo­jego plu­tonu, wezwa­łem star­szego sier­żanta. Popa­trzy­łem na niego i oznaj­mi­łem:

-?Ludzie sły­szeli z przodu kano­nadę!

-?To na pewno nasi! -?obwie­ścił star­szyna z prze­ko­na­niem.

-?Ja też tak myślę -?zgo­dzi­łem się -?ina­czej być nie może! Urzą­dzić kano­nadę mogli tylko nasi!

Przy­po­mniało mi się, że jako mały chło­pak bawi­łem się w wojnę. "Ty po jakiej stro­nie?", "Ja po stro­nie czer­wo­nych!"

-?Wszy­scy chcieli być po stro­nie czer­wo­nych -?powie­dzia­łem na głos w zadu­mie.

-?Dla­czego czer­wo­nych? -?zapy­tał star­szyna.

-?A tak, nic takiego! -?odpo­wie­dzia­łem z wes­tchnie­niem.

By­naj­mniej nie przy­pusz­cza­łem, że na fron­cie zachod­nim nie mamy ani poci­sków, ani arty­le­rii. W przy­fron­to­wych maga­zy­nach wogóle nie było amu­ni­cji, a u cofa­ją­cych się żoł­nie­rzy dawno skoń­czyły się naboje do broni ręcz­nej. Oto dla­czego wielu z tych, któ­rzy ucie­kali i cofali się przed Niem­cami, porzu­ciło swoje kara­biny.

Minęło parę dni i zza lasu, gdzie, według rela­cji ofi­cera ze sztabu, grzmiała kano­nada, poja­wiły się malut­kie grupy żoł­nie­rzy. Szli bez masek prze­ciw­ga­zo­wych, bez heł­mów i bez kara­bi­nów, w roz­pię­tych szy­ne­lach - jak to mówią, dusza na wierz­chu. Gdy ich zatrzy­ma­li­śmy i zapy­ta­li­śmy, kim są i skąd idą, gdzie teraz trwa bój i dudni nasza kano­nada, bar­dzo się zdzi­wili i prze­cząco pokrę­cili gło­wami.

-?Stam­tąd idziemy! -?i w nie­okre­ślony spo­sób poka­zali w stronę lasu.

-?Żad­nej kano­nady tam nie było -?odpo­wie­dział sier­żant.

Niczego kon­kret­nego o bojach i o naszej arty­le­rii powie­dzieć nie byli w sta­nie. Szli przez lasy i błota, bez jedze­nia i bez tyto­niu. Prze­cho­dzili przez dużą wieś i widzieli, jak miesz­kańcy wycią­gali z koł­cho­zo­wych spi­chle­rzy ziarno i wywo­zili je na fur­man­kach do swo­ich domów. We wsi wzbo­ga­cili się o dwie piętki chleba. Miej­scowi brali ziarno bez skrę­po­wa­nia, nie kry­jąc się. Jak mówili, zabie­rają swoją krwa­wicę, zdo­bytą pracą.

-?Koł­cho­zo­wych ziem­nia­ków nie kopią -?wyja­śnił opo­wia­da­jący. -?Zimą zostaną na polach, swo­ich po ogród­kach pełno.

"Co to takiego? -?pomy­śla­łem. -?Bez­rząd i powrót do pry­wat­nej wła­sno­ści, do indy­wi­du­al­nej gospo­darki?"

-?Dopóki byli swoi, gospo­darka była wspólna. A teraz każdy sam dla sie­bie! -?powie­dział żoł­nierz w roz­pię­tym szy­nelu.

-?We wsi baby i dziad­ko­wie bez ogró­dek cho­dzą po ziarno, a chłopy i mło­dzieńcy w wieku pobo­ro­wym po cha­łu­pach się cho­wają. W oczy nie lezą. Wojnę we wsi chcą prze­cze­kać. -?wyja­śnił jeden z żoł­nie­rzy.

-?A czemu ich wcze­śniej nie ewa­ku­owali? -?zapy­tał któ­ryś z naszych żoł­nie­rzy. -?Tutaj w oko­licy wszyst­kich ze wsi wywieźli!

-?My o tym nic nie wiemy!

Wycho­dzą­cym z okrą­że­nia poka­zano drogę na Sie­li­ża­rowo, gdzie znaj­do­wały się sztaby i pod­od­działy tyłowe i gdzie na poste­run­kach trwała radziecka wła­dza.

Wysta­raw­szy się u naszych chło­pa­ków o chleb na drogę i garść machorki na wszyst­kich, "okru­żeńcy" ruszyli drogą na Sie­li­ża­rowo.

* * *

Noc minęła nie­spo­koj­nie. W duszy pozo­stał zamęt i nie­przy­jemny nie­po­kój. Wokół było po sta­remu cicho i z woj­sko­wego punktu widze­nia naj­zu­peł­niej spo­koj­nie. Nie wie­dzie­li­śmy, że przed nami naszych wojsk już dawno nie ma.

Ran­kiem nad pozy­cjami znowu poja­wiły się desz­czowe chmury. Ude­rzył gromki grzmot i prze­to­czył się nad lasem. Być może nasz ofi­cer ze sztabu pomy­lił ude­rze­nia pio­ru­nów z fron­tową kano­nadą i "zale­wał" nam w kwe­stii pierw­szej linii? Zaczął sią­pić kapu­śnia­czek. Nad zie­mią zawi­sła siwa nie­prze­nik­niona mgła.

Po raz pierw­szy widzia­łem, aby kudłate ciemne chmury zacze­piały ogo­nami o zie­mię. I wtedy sobie przy­po­mnia­łem. Prze­cież znaj­do­wa­li­śmy się na Grzę­dzie Wał­daj­skiej. Plu­ton zaj­muje pozy­cje pomię­dzy jezio­rami Sig i Wołgo. Z tyłu za nami bie­gnie szosa Ostasz­ków -?Sie­li­ża­rowo, a we wsi Janowo roz­lo­ko­wał się nasz dowódca kom­pa­nii. Znaj­do­wa­li­śmy się na linii obrony, która prze­cho­dziła skra­jem wsi Wią­zow­nia27.

Z przodu las. Za lasem -?droga i wsie Jasień­skie, Pusto­sza i Sie­mie­nowo. Za drogą wzgó­rze 288, a dalej wieś Kosa­rowo i linia kole­jowa ze sta­cją Sigowo28.

U ofi­cera szta­bo­wego, gdy przy­jeż­dżał, oglą­da­łem mapę. Naszki­co­wa­łem plan oko­licy bez nano­sze­nia schro­nów bojo­wych i rubieży obrony. Zgod­nie z ogól­nym sche­ma­tem obrony rejonu umoc­nio­nego, plu­ton nie zaj­mo­wał naj­bar­dziej wysu­nię­tej linii oko­pów i DOT-ów. Dowie­dzia­łem się, że wypro­wa­dzono nas na tę rubież tym­cza­sowo. Budowle inży­nie­ryjno-for­ty­fi­ka­cyjne na tej linii nie były jesz­cze gotowe. Mie­li­śmy doglą­dać jako­ści robót i odbie­rać od budow­ni­czych każdy obiekt. Pil­no­wa­li­śmy jako­ści betonu, czy­sto­ści sypa­nego żwiru, uży­tecz­no­ści sza­lun­ków, gru­bo­ści beto­no­wych stro­pów.

Nikt nie wie­dział, że za tydzień ze sztabu frontu nadej­dzie roz­kaz, aby w try­bie pil­nym prze­rzu­cić nas na inny odci­nek rejonu umoc­nio­nego, w oko­lice Syczewki29. Przez wiele dni będziemy musieli iść pie­szo przez lasy, pola i wsie po roz­jeż­dżo­nych i zala­nych desz­czem i bło­tem dro­gach. Będziemy poko­ny­wać stro­mi­zny i spadki terenu, aż na koniec, 20 wrze­śnia30, wyj­dziemy na lewe skrzy­dło naszego rejonu umoc­nio­nego, gdzie wśród wielu wsi jedną nazy­wają Szen­tra­pa­łowką.

Fak­tycz­nie, po tygo­dniu otrzy­ma­li­śmy roz­kaz, aby się zwi­jać i masze­ro­wać w naka­zany rejon. Wyleź­li­śmy na górę z rowów łącz­ni­ko­wych i pokrę­ci­li­śmy się u obwi­słych krze­wów. Usta­wiw­szy żoł­nie­rzy tyle o ile, poda­łem komendę:

-?Na wprost, marsz! -?i plu­ton ruszył, idąc po dro­dze na nowe miej­sce.

Obra­li­śmy kie­ru­nek na Jazowo, gdzie cze­kał na nas dowódca kom­pa­nii. Zbli­żyw­szy się do jazow­skich cha­łup, zatrzy­ma­li­śmy się przy skraj­nej cha­cie koło ganku. Na miej­scu tło­czył się naród, nasza brać i miej­scowi miesz­kańcy. Na ganku stali i sie­dzieli chło­paki z trze­ciego plu­tonu. To byli zoł­nie­rze Łuko­nina, a wśród nich kilka miej­sco­wych dam. Prze­miłe kobietki, w kafta­nach okry­tych barw­nymi chu­s­tami, sie­działy na balu­stra­dzie i machały nogami. Na ulicy było ciemno. Kolo­rów na sza­lach nie było widać, dziew­czyny sie­działy przy­ci­śnięte do żoł­nie­rzy i nie­kiedy śpie­wa­jąco mówiły:

-?Oj! Aj! -?i bez prze­rwy piskli­wie chi­cho­tały.

Żoł­nie­rze bar­dziej posu­nięci w latach, ci starsi, trzy­mali się na ubo­czu. Dymili skrę­tami i spo­zie­rali na balu­strady.

Zatrzy­ma­łem swo­ich żoł­nie­rzy przy ganku, wspią­łem się po stop­niach i wsze­dłem do cha­łupy, by zamel­do­wać porucz­ni­kowi, iż przy­był czwarty plu­ton w peł­nym skła­dzie.

-?Trzeba będzie zacze­kać, porucz­niku, jesz­cze nie wszy­scy są na miej­scu! Jak tylko wszy­scy podejdą, wyjdę na ganek i wydam komendę na zbiórkę kom­pa­nii.

-?Mogę wyjść na ulicę?

-?Tak! Idź, baw się!

Wysze­dłem z cha­łupy, zsze­dłem z ganku i powie­dzia­łem star­szy­nie:

-?Niech nikt się nie roz­cho­dzi! Zbiórka kom­pa­nii będzie tu, na miej­scu! Ja się przejdę, dopil­nuję pod­wód. Zosta­jesz w moim zastęp­stwie!

Posze­dłem wzdłuż wsi ku sto­do­łom, gdzie roz­ło­żyły się tabory kom­pa­nii. Wieś nie­duża, wszyst­kie domy stoją po jed­nej stro­nie. Droga bie­gnie pochyło i domy schod­kowo pod­no­szą się ku górze. Zapy­ta­łem żoł­nie­rza-woź­nicę, czy wszystko jest gotowe, ponie­waż znowu będę szedł z tyłu i zbie­rał żoł­nie­rzy, któ­rzy pozo­staną w tyle za kom­pa­nią. Prze­sze­dłem się po wsi, po pro­stu tak, bez celu, zapa­li­łem papie­rosa i wró­ci­łem.

Niebo było ciemne, zakryte gęstymi chmu­rami. Niech no tylko wyda­dzą komendę, by iść bez mapy bez stycz­no­ści z kom­pa­nią, to w takiej ciem­nicy można z łatwo­ścią zgu­bić drogę. Kom­pas w map­niku jest, a mapy na całą mar­szrutę nie ma. Na wszelki wypa­dek trzeba prze­pa­trzeć drogę na mapie dowódcy kom­pa­nii. Kiedy pod­sze­dłem do ganku, dwie pan­nice już się krę­ciły koło moich żoł­nie­rzy. Coś tam mówiły i machały rękami. "Bra­kuje har­moszki" -?pomy­śla­łem.

Młodsi żoł­nie­rze byli oży­wieni. Ale oto na ganek wybiegł łącz­nik i prze­ka­zał roz­kaz dowódcy kom­pa­nii, by usta­wiać się na zbiórkę. Zoł­nie­rze nie­rów­nymi sze­re­gami ruszyli po grzą­skiej i śli­skiej ziemi, zosta­wiw­szy dziew­częta na progu w mroku nocy, nie objąw­szy ich na poże­gna­nie i nie powie­dziaw­szy im ser­decz­nych słów. Na ganku poja­wił się dowódca kom­pa­nii.

Plu­ton dołą­czył z tyłu kom­pa­nii, przy­ją­łem sto­sowne pole­ce­nie na oko­licz­ność pozo­sta­ją­cych w tyle żoł­nie­rzy i kom­pa­nia powoli, koły­sząc się, zaczęła prze­miesz­czać się pod górę po roz­my­tej desz­czem dro­dze.

W ciem­no­ści upar­cie prze­bie­ra­li­śmy nogami i wkrótce dotar­li­śmy do kolej­nej wsi. Minąw­szy ją, zaczę­li­śmy ponow­nie iść pod górę. Dopiero gdy wkro­czy­li­śmy na bru­ko­waną drogę, przy­ję­li­śmy mia­rowy krok, rusza­jąc pew­nie, czu­jąc pod sto­pami twarde pod­łoże. Na błoto i kałuże nikt już nie zwra­cał uwagi. Szli­śmy na prze­łaj, bry­zga­jąc to wodą, to bło­tem. I kiedy star­szyna podał komendę do śpiewu, plu­ton, roz­ko­ły­su­jąc się i rów­na­jąc krok, zacią­gnął żoł­nier­ską pieśń.

Gdy idziesz w rytm żoł­nier­skich gło­sów, kiedy wsłu­chu­jesz się w słowa zapie­wajły, w nie­równy stu­kot butów, to zapo­mi­nasz o dro­dze, o wodzie, o kału­żach i bło­cie. I o zmę­cze­niu, poko­na­nych kilo­me­trach i dłu­giej dro­dze, która jesz­cze cię czeka. Jeśli żoł­nie­rze roz­śpie­wają się z wła­snej woli, to po pierw­szej mar­szo­wej pio­sence nastę­puje kolejna. Tak masze­rują pośród nocy, pogwiz­du­jąc sto­sowne kuplety. Ale wystar­czy zro­bić po dro­dze nie­wielki postój, to wycho­dzą potem na drogę w mil­cze­niu, z nie­chę­cią stają w szyku i potem już w mar­szu nie śpie­wają. Zapie­wajła zanuci swój pierw­szy kuplet, a pod­cią­gnąć nie ma komu, nikt nie chce i wycho­dzi tak, że ode­zwał się niczym kogut. Zaśpie­wał, a po nim choćby potop!

Po dro­dze kom­pa­nia prze­szła porzu­coną wieś. W ciem­no­ści stały chaty, kry­jąc się jedna za drugą. Pośród cha­łup krę­ciły się nie­wy­raźne posta­cie żoł­nie­rzy, dobie­gał odgłos ści­szo­nych roz­mów, pobrzę­ki­wa­nie uprzęży i par­ska­nie koni. Nasze służby tyłowe i tabo­ryci bata­lionu zbie­rali się do dal­szej, nie­ła­twej drogi. Tu i ówdzie pośród nie­zgrab­nych cha­łup migały ogienki papie­ro­sów i dzięki nim można było dostrzec, ilu się tam tło­czyło ludzi. W ciem­no­ści sły­chać było trza­ska­nie drzwi, skrzy­pie­nie otwie­ra­nych wie­rzei i tupot żoł­nier­skich nóg na schod­kach. Wszyst­kich sku­pisk nie można było dostrzec, noc odgra­dzała od nas ludzi i fur­manki.

Powie­trze było zimne i wil­gotne. W zagłę­bie­niach terenu i wzdłuż skraju lasu zbie­rała się gęsta mgła. Bli­żej nocy w powie­trzu poja­wił się chłód.

I oto wio­ska została z tyłu. Przed nami i po bokach, gdzie nie spoj­rzeć, wszę­dzie mrok i niczego nie widać. Czu­jesz pod nogami drogę, a zakrę­tów nie widzisz. Droga to wspina się na pagó­rek, to pełź­nie w dół i opada w zagłę­bie­nie terenu. Nie­wy­raźne kształty linii lasu prze­su­wają się do tyłu. Droga mean­druje w nie­prze­nik­nioną ciem­ność lasu i ponow­nie wybiega w szarą zasłonę pól i krze­wów. A nie­koń­czące się dale hory­zontu, które zadzi­wiały nas poprzed­niego dnia, teraz są nie­wi­doczne. Stra­ciw­szy rachubę czasu i poko­na­nych kilo­me­trów, nie byłem w sta­nie dokład­nie okre­ślić, gdzie się w danej chwili znaj­du­jemy. My, porucz­nicy, nie posia­da­li­śmy zegar­ków, by okre­ślać czas według wska­zó­wek.

Według zegarka można by obli­czyć, ile prze­szli­śmy i w któ­rym punk­cie drogi się znaj­du­jemy. Mówią, że u Niem­ców wszy­scy żoł­nie­rze mają zegarki. A tutaj drep­czesz drogą i nie wiesz, ile jesz­cze przyj­dzie ci iść.

Już dawno zauwa­ży­łem, że jeden z żoł­nie­rzy zaczął zosta­wać w tyle za plu­to­nem. Gdy zaczy­nał odsta­wać, przy­spie­szał kroku i doga­niał idą­cych z tyłu żoł­nie­rzy. Pod koniec mar­szu zaczął to robić czę­ściej. Zrów­na­łem się z nim i spoj­rza­łem mu w twarz. To był star­szy wie­kiem żoł­nierz, nie­wiel­kiego wzro­stu. Uty­kał jakoś tak nie­na­tu­ral­nie, sta­ra­jąc się prze­nieść cię­żar ciała na piętę. Oce­ni­łem, że zapewne obtarł nogi i zwró­ci­łem się do niego:

-?Ty co, bra­cie, nie umiesz wią­zać onuc?

-?Nie, towa­rzy­szu porucz­niku. Nie mam pal­ców w pra­wej nodze!

-?Że niby jak nie masz?

-?Odcięli mi palce w szpi­talu. Kiedy jesz­cze byłem młody. Mocno je odmro­zi­łem, to i obcięli!

-?Prze­pra­szam, ale jak ty tra­fi­łeś na front?

-?Nie wiem. Na komi­sji powie­dzieli "zdolny".

-?Jaki zdolny? Może do służby na tyłach to się nada­jesz. A u nas nawet star­szych wie­kiem żoł­nie­rzy, byle z rękami i nogami, uważa się za zdol­nych do służby na woj­nie.

-?Palce u rąk mam. Strze­lać mogę. Powie­dzieli, że będę sie­dzieć pod zie­mią w schro­nie, tam cho­dzić nie ma potrzeby.

-?Ale gadka! Mówi­łeś na komi­sji, że ci bra­kuje pal­ców u nogi? Poka­zy­wa­łeś nogę leka­rzom?

-?Myśla­łem, że sami to wie­dzą.

-?A więc tak! Do Sie­li­ża­rowa zostało dwie godziny mar­szu, właź na wóz! Doje­dziesz na miej­sce -?pój­dziesz do bata­lio­no­wej kom­pa­nii sani­tar­nej. Powiesz, że cię ode­sła­łem na komi­sję lekar­ską, poka­żesz im nogę. Rozu­miesz?

-?Dobrze, towa­rzy­szu porucz­niku!

-?Nie "dobrze", ale "tak jest, na komi­sję lekar­ską". Tak trzeba odpo­wia­dać.

-?Tak jest!

Wzią­łem od niego kara­bin, maskę prze­ciw­ga­zową i maga­zynki, poło­ży­łem na kom­pa­nijną pod­wodę i powie­dzia­łem woź­nicy, że wszystko to zostaje u niego.

-?Dowie­ziesz żoł­nie­rza fur­manką do Sie­li­ża­rowa i poka­żesz, gdzie stoi kom­pa­nia sani­tarna. Swo­ich tyłow­ni­ków znasz.

Po krót­kim dzie­się­cio­mi­nu­to­wym odpo­czynku kom­pa­nia ponow­nie się usta­wiła i ruszyła naprzód. Pozo­stał ostatni nie­wielki odci­nek31.

Pod koniec mar­szu postoje są zwy­kle częst­sze i ma się wra­że­nie, że szybko się koń­czą. Żoł­nie­rzy poin­for­mo­wano, że pozo­stało jesz­cze pięć-sześć kilo­me­trów mar­szu. Usły­szaw­szy, że nie­długo dotrą do miej­sca biwaku, ludzie oży­wili się i przy­spie­szyli kroku.

Wszy­scy chcieli czym prę­dzej dotrzeć na miej­sce, powa­lić się na zie­mię, wycią­gnąć nogi i zamknąć oczy. Przed nami nie poka­zały się jesz­cze budynki sta­cyjne Sie­li­ża­rowa, gdy kom­pa­nia skrę­ciła z drogi i zna­la­zła się w lesie. Tam kom­pa­nię zatrzy­mano, roz­środ­ko­wano, a żoł­nie­rze od razu padli na zie­mię i wycią­gnęli się tu i tam. Roz­ka­za­łem usta­wić kara­biny w kozły, a dla ochrony i utrzy­ma­nia porządku wyzna­czyć war­tow­ni­ków.

Ktoś tam jesz­cze zna­lazł siły, aby zatu­pać nogami, pokrę­cić się, zaszu­rać obca­sem po tra­wie, sta­ra­jąc się zna­leźć w ciem­no­ści suche miej­sce. Ale więk­szość poło­żyła się tam, gdzie ich zatrzy­mano. Walili się na zie­mię tak, jak padają mar­twe ciała, tra­fione kulą. I tylko war­tow­nicy przez resztę nocy ster­czeli pio­nowo niczym pnie.

Ja i star­szy sier­żant nie mogli­śmy się od razu uło­żyć, mie­li­śmy różne sprawy do zała­twie­nia, wezwał nas do sie­bie Archi­pow. Gdy się uwol­ni­li­śmy, na nie­bie już zale­gła szara smuga świtu. Dzień zapo­wia­dał się jasny, bez­desz­czowy, ale i bez­sen­sowny. Bez końca nas wzy­wali, oznaj­miali coś waż­nego i na koniec kazali sie­dzieć i na coś tam cze­kać. Służby tyłowe wiecz­nie nie dają ludziom spo­koju. A to im pokaż zesta­wie­nia, to roz­licz się z pobra­nia ksią­żeczki zaopa­trze­nio­wej, a to chcą ci wydać buty z cie­lę­cej skóry, które już dawno otrzy­ma­łeś i masz je na nogach.

O świ­cie, kiedy wstało jesienne słońce i nad­cią­ga­jący wiatr zaczął roz­ga­niać chmury, od strony drogi nagle przy­jem­nie zacią­gnęło dym­kiem. Stu­ko­cząc po bru­ko­wa­nej nawierzchni, z drogi skrę­ciła bata­lio­nowa kuch­nia. Z pło­ną­cym pale­ni­skiem miękko wto­czyła się w las i pobudki żoł­nie­rzom nie trzeba było robić. Ów zna­jomy i wycze­ki­wany zapach oraz par­ska­nie koni, pobrzę­ki­wa­nie uprzęży i łań­cu­chów w oka mgnie­niu pode­rwały na nogi leżą­cych na ziemi. W takiej chwili nawet śpiący, nie otwie­ra­jąc oczu, jest w sta­nie pode­tknąć swoją menażkę pod cho­chlę.

Star­szy sier­żant od razu usta­no­wił żela­zny porzą­dek, aby żaden kom­bi­na­tor nie wkrę­cił się bez kolejki. Za takie coś prze­bie­głych cwa­nia­ków surowo karano. Odsta­wiano ich na bok na oczach wszyst­kich i mieli pod­cho­dzić do kuchni jako ostatni. Owa metoda była dla żoł­nie­rzy wielce wycho­waw­cza, wyra­biała u nich sza­cu­nek do innych i roz­wi­jała poczu­cie kole­żeń­stwa.

A kucharz jest nie­ubła­gany, liczy w myślach każdą cho­chlę i auto­ma­tycz­nie zatrzyma się na jakiejś tylko jemu zna­nej cyfrze. Naj­pierw z mocą zatrza­skuje meta­lową pokrywę gorą­cego kotła i jeśli przy kuchni zostali żoł­nie­rze z pustymi menaż­kami, to naszemu star­szy­nie od razu dosta­nie się od kucha­rza. Oto dla­czego tre­ściwy zapach kuchni powi­nien w pierw­szej kolej­no­ści wyczuć sam star­szy sier­żant.

W tym celu nad ranem postawi na poste­runku roz­gar­nię­tego war­tow­nika, który powi­nien pil­nie obser­wo­wać drogę, aby odpo­wied­nio wcze­śniej wykryć, skąd pokaże się para koni z jedną hoło­blą pośrodku. I gdy tylko dostrzeże dymiący grzy­bek kuchen­nego komina, a w powie­trzu poczuje zapach żar­cia, powi­nien bez­wa­run­kowo budzić star­szynę.

Star­szy sier­żant od razu, bez pośpie­chu, przy­stę­puje do rze­czy. Zgod­nie z wypi­ską musi otrzy­mać n-tą liczbę bochen­ków chleba, pry­zmę cukru według wagi i machorkę, nasy­paną miarką. I cały ten stos pro­duk­tów powi­nien roz­dzie­lić i roz­dać swoim żoł­nie­rzom. Por­cje powinny być dość dokładne, aby żaden z żoł­nie­rzy nie miał wąt­pli­wo­ści i by nikomu nie stała się krzywda. Każdy żoł­nierz będzie się przy­glą­dać por­cji sąsiada. Wobec kuchni i star­szyny, niczym wobec Boga, wszy­scy są równi.

Zaopa­try­wano nas dobrze i żoł­nie­rzy w bata­lio­nie kar­miono do syta. Jedze­nie w kotłach było gęste, tłu­ste, smaczne i sycące. Wszy­scy kucha­rze, woź­nice, sze­fo­wie kom­pa­nii, maga­zy­nie­rzy i ofi­ce­ro­wie zaopa­trze­nia byli świeżo powo­ła­nymi moskwia­nami. Nie zdą­żyli się zgrać, oswoić i sku­mać jeden z dru­gim. Jesz­cze się nie "zestro­ili" i wystrze­gali się jaw­nego lub skry­tego pod­kra­da­nia ze wspól­nego kotła. Tu nie było sfory sto­łow­ni­ków, szan­ta­ży­stów i zło­dziei. Wszystko to pozna­li­śmy póź­niej, kiedy tra­fi­li­śmy do kadro­wej sybe­ryj­skiej dywi­zji. A póki co, można było rzec, iż napy­cha­li­śmy sobie żołądki. A nasz kom­pa­nijny woź­nica na sytym żar­ciu wyho­do­wał kar­czek.

Wszystko to byli w armii ludzie nowi. Byli spe­cjal­nie wyse­lek­cjo­no­wani i powo­łani z rezerwy. Cał­kiem nie­dawno opu­ścili swoje rodziny, swo­ich przy­ja­ciół, swoje miej­sca pracy. Nie zdą­żyli nauczyć się, jak chwy­tać i kraść. Każdy miał sumie­nie i ludzką świa­do­mość. W pierw­sze dni wojny przed żoł­nier­skim kotłem, jak przed Bogiem, stali czy­ści i nie­winni. Pro­dukty wykła­dano i otrzy­my­wano pod czuj­nym okiem ofi­ce­rów. Mistrzo­wie maga­zy­nów i kucha­rze nie wyła­wiali z kotła kawał­ków mięsa, nie cho­wali i nie wyno­sili ich na han­del. Pro­dukty z żoł­nier­skiego przy­działu w cało­ści tra­fiały do brzu­cha żoł­nie­rza i były dzie­lone równo i spra­wie­dli­wie.

Dzień od samego świtu był jasny. Po ran­nym apelu i posiłku, żoł­nie­rzom pozwo­lono na odpo­czy­nek. Ponow­nie uwa­lili się na zie­mię, ale już w jakimś natu­ral­nym porządku. Po sytym obie­dzie nie ma co tra­cić czasu, zatem nie mar­nu­jąc ani minuty uło­żyli się tam, gdzie było bar­dziej sucho i miękko, pod­ło­żyw­szy pod głowy swoje worki.

Około połu­dnia w rejon kom­pa­nii pod­je­chała kryta pół­to­ra­to­nówka. Wszyst­kich ofi­ce­rów i star­szych sier­żan­tów wezwano celem pobra­nia żołdu. Otrzy­my­wa­li­śmy grube paczki bank­no­tów za okres miniony oraz za przy­szły. Co to takiego? Dla­czego tak szczo­drze wyda­wali pie­nią­dze? Może szosa została prze­cięta? Albo worki z pie­niędzmi zro­biły się nie­po­trzebne na tyłach? Pierw­szy raz w życiu32 trzy­ma­łem w rękach cały mają­tek.

-?Skąd przy­je­cha­li­ście? -?zapy­ta­łem szefa służby finan­so­wej, który wyda­wał nam pie­nią­dze.

-?Skąd trzeba! Dosta­łeś, zmy­waj się czym prę­dzej! W Sie­li­ża­ro­wie działa tele­graf, idź­cie na sta­cję i prze­sy­łaj­cie pie­nią­dze do domu. A ty sam skąd?

-?Z Moskwy!

-?Łącz­ność tele­gra­ficzna z Moskwa na razie działa.

Wypchaw­szy kie­sze­nie pie­niędzmi, nie będziesz ich tasz­czyć po oko­pach na pierw­szej linii. "Trzeba się przejść!" -?pomy­śla­łem. Na sta­cję wraz ze mną poszło jesz­cze kilku ofi­ce­rów z kom­pa­nii.

Tego dnia nic szcze­gól­nego się nie wyda­rzyło. Po raz drugi wydano posi­łek. Wie­czo­rem kom­pa­nia usta­wiła się i wyszła na drogę. Robiąc krót­sze i dłuż­sze prze­rwy oraz obraw­szy kie­ru­nek na Rżew, kon­ty­nu­owa­li­śmy prze­miesz­cza­nie się do Kuw­szy­nowa.

* * *

Z Sie­li­ża­rowa na Rżew pro­wa­dziły dwie drogi. Jedna pro­sta i krótka, ale cał­ko­wi­cie zruj­no­wana. Druga droga -?okrężna i twarda -?prze­jezdna dla woj­sko­wych tabo­rów i pojaz­dów. Pierw­sza, bez­po­śred­nia, szła przez Bol­szuju Koszu, Sucho­dół i Bach­mu­towo33. Jed­nak na tym odcinku prze­ci­nała mnó­stwo stru­mieni i małych rze­czek. Mosty były na wpół znisz­czone, a wokół nie­prze­byte błota. Tam­tędy nawet w suchą pogodę nie dało się przejść z tabo­rami.

W owym cza­sie w Rosji było wiele dróg, ozna­czo­nych na mapie grubą linią. Lecz wszyst­kie, lub więk­szość z nich, nada­wała się tylko dla chłop­skich wozów. Jesie­nią i w roz­topy mógł nimi prze­peł­znąć co naj­wy­żej wiej­ski konik z pustą lub nie­do­ła­do­waną fur­manką. Druga, okrężna droga, którą szli­śmy, bie­gła przez Kuw­szy­nowo i Tor­żok34. Tu droga była bru­ko­wana i w zupeł­no­ści prze­jezdna dla kół zała­do­wa­nych woj­sko­wych pod­wód. Jed­nak odle­głość do Rżewa była dwa razy więk­sza. No i tą wła­śnie drogą poszli­śmy.

Z Sie­li­ża­rowa nasza kom­pa­nia wyszła o świ­cie. Na dro­dze nie widzie­li­śmy pozo­sta­łych kom­pa­nii naszego bata­lionu. Po dro­dze zro­bi­li­śmy kilka posto­jów i pod wie­czór zbli­ży­li­śmy się do Kuw­szy­nowa. Po dro­dze nie napo­tka­li­śmy nic god­nego uwagi, wokół same bez­ludne pola i lasy, jak wszę­dzie.

Kuwszynowo

Gdy ze skraju lasu zaczę­li­śmy iść pod górę po zbo­czu nie­głę­bo­kiego wąwozu, za nasy­pem kole­jo­wym dostrze­gli­śmy dachy domów i poczu­li­śmy zapach spa­le­ni­zny i dymu. Skrę­ciw­szy na tory kole­jowe, przy­śpie­szyw­szy kroku po pod­kła­dach, kom­pa­nia pode­szła do skraju mia­sta. Mia­steczko było nie­wiel­kie, w czter­dzie­stym pierw­szym miesz­kało tu w sumie osiem tysięcy miej­sco­wych. Popa­trzy­li­śmy przed sie­bie. Na torach przy sta­cji stały znisz­czone i wypa­lone wagony. Uno­sił się z nich jesz­cze gry­zący zapach i dym. Przed naszym nadej­ściem Niemcy zbom­bar­do­wali sta­cję. Wokół świeże leje po bom­bach, opa­lone szkie­lety wago­nów towa­ro­wych i dopa­la­jące się sta­cyjne budynki maga­zy­nowe...

Po raz pierw­szy ujrze­li­śmy żywy obraz wojny. Tak się nam przy­naj­mniej wtedy wyda­wało. Z jakiejś przy­czyny przy­sta­nę­li­śmy. Sta­li­śmy i długo przy­glą­da­li­śmy się w mil­cze­niu, sta­ra­jąc się wyobra­zić sobie, jak to się wszystko odby­wało, samo bom­bar­do­wa­nie i wybu­chy bomb zapa­la­ją­cych. Dla nas było to nowe i cał­kiem nie­znane. Trudno jest wyobra­zić sobie coś, czego się samemu nie widziało i nie doświad­czyło na wła­snej skó­rze. Samo Kuw­szy­nowo nie ucier­piało od nalotu nie­miec­kiego lot­nic­twa. Niemcy bom­bar­do­wali wyłącz­nie sta­cję. Wszyst­kie domy, w któ­rych miesz­kali ludzie, były całe. Zapach dymu i spa­le­ni­zny uno­sił się tylko od strony sta­cji.

Omi­nąw­szy osie­dle bokiem i wyszedł­szy na drogę pro­wa­dzącą na Tor­żok, kom­pa­nia zatrzy­mała się w sosno­wym lesie. Przy dro­dze pod sosnami były wyko­pane dłu­gie zie­mianki z dwu­spa­do­wymi dachami. W jed­nej takiej zie­miance można było zmie­ścić całą kom­pa­nię. Nad zie­mią ster­czały tylko spi­cza­ste dachy, pokryte tra­wia­stą dar­nią. Od góry, poza dar­nią, przy­kry­wały je mechate gałę­zie drzew. To były przed­wo­jenne budowle. Przy porząd­nym bom­bar­do­wa­niu, gdy w taką zie­miankę trafi poje­dyn­cza bomba, z sie­dzą­cej w środku kom­pa­nii nic by nie zostało. Póź­niej, na fron­cie, takich zie­mia­nek nie budo­wa­li­śmy. Lecz wtedy, roz­lo­ko­waw­szy swych żoł­nie­rzy na narach z desek, przy świe­tle lamp naf­to­wych, byli­śmy prze­ko­nani, że jest tam cał­kiem bez­piecz­nie. Wysta­wiw­szy na zewnątrz war­tow­ni­ków i wyzna­czyw­szy w środku dyżur­nych przy wej­ściu, przy­stą­pi­li­śmy do czysz­cze­nia broni i spraw­dza­nia sta­nów amu­ni­cji u żoł­nie­rzy. Star­szy­nie naka­za­łem wyszu­kać żoł­nie­rzy z obtar­tymi nogami oraz cho­rych. Zakoń­czyw­szy kon­trolę, zamel­do­wa­łem dowódcy kom­pa­nii, iż wszystko jest w ide­al­nym porządku i wysze­dłem na zewnątrz pood­dy­chać świe­żym powie­trzem.

W sąsied­niej zie­miance, w któ­rej roz­lo­ko­wała się druga kom­pa­nia, mia­łem przy­ja­ciela, rów­nież porucz­nika i także dowódcę plu­tonu -?Żeńkę Michaj­łowa, z któ­rym uczy­łem się na uczelni woj­sko­wej. Jako kur­sanci byli­śmy w jed­nej dru­ży­nie. Dawno się nie widzie­li­śmy i nie spo­tka­li­śmy od dnia zała­dunku do esze­lonu. Dziś zrzą­dze­niem losu zna­leź­li­śmy się po sąsiedzku. Żoł­nie­rze jesz­cze wier­cili się na pry­czach, bolały ich nogi, a dla nas, porucz­ni­ków, taki prze­marsz nie sta­no­wił więk­szego pro­blemu. Nawet teraz, po mar­szu, cho­dzi­li­śmy jak na sprę­ży­nach. Oto, co zna­czy przy­zwy­cza­je­nie!

Na uczelni zdrowo nas ganiali. O woj­nie i o Niem­cach prak­tycz­nie nic nie wie­dzie­li­śmy. Nie zna­li­śmy ich sprzętu i tak­tyki, zdol­no­ści bojo­wej i współ­pracy czoł­gów z lot­nic­twem i pie­chotą. Byli­śmy dobrze przy­go­to­wani fizycz­nie, potra­fi­li­śmy dosko­nale strze­lać, czy­tać mapy i orien­to­wać się w topo­gra­fii, lecz do wojny w sen­sie moral­nym, teo­re­tycz­nym i prak­tycz­nym nie byli­śmy gotowi.

Moi zoł­nie­rze uło­żyli się do snu, więc dys­po­no­wa­łem wol­nym cza­sem. Dowódca kom­pa­nii pozwo­lił mi się przejść i poba­wić przez dwie godziny. Uda­łem się do swo­jego przy­ja­ciela do sąsied­niej zie­mianki. Przy powi­ta­niu Żeńka zapro­po­no­wał, by przejść się po Kuw­szy­no­wie.

-?Pój­dziemy, rozej­rzymy się. Dzi­siaj mają tam tańce.

Uprze­dziw­szy dyżur­nego kom­pa­nii, że pójdę na godzinkę do miej­sco­wego klubu, wyszli­śmy na ulicę i powę­dro­wa­li­śmy wzdłuż par­kanu. Na ulicy nikogo. Wszę­dzie w domach poza­my­kane okien­nice i nie­prze­nik­niony mrok, ni­gdzie ni dźwięku, ni jed­nego ogieńka.

Szli­śmy wąskim drew­nia­nym tro­tu­arem. Na jezd­nię nie nale­żało wcho­dzić. Nie­prze­byte błoto, głę­bo­kie po kolana! A my z Żeńką wyczy­ści­li­śmy buty i wytar­li­śmy je do bla­sku.

Wyko­nana z desek nawierzch­nia chod­nika leżała na okrą­głych poprzecz­kach, a one z kolei opie­rały się na wbi­tych w zie­mię palach. Tro­tuar nie był sze­roki. Wiele desek w nawierzchni było powy­gi­na­nych, nie­które cał­kiem prze­gniły, a w nie­któ­rych miej­scach w ogóle ich nie było. Aby nie wpaść nogą mię­dzy deski i w ciem­no­ści nie zro­bić kroku w wielką dziurę, trzeba było przez cały czas patrzeć sobie pod nogi. Szli­śmy w mil­cze­niu i nie roz­glą­da­li­śmy się na boki. I gdyby teraz raz jesz­cze kazać mi iść tą drogą, nie zna­la­zł­bym jej, bowiem patrzy­łem wyłącz­nie pod nogi.

Na pierw­szym rogu tra­fił nam się miej­scowy chło­pak. Miał ze dwa­na­ście lat i dopro­wa­dził nas do miej­sco­wego klubu. Weszli­śmy do drew­nia­nego domu z bali.

Naj­pierw był wąski i ciemny kory­tarz, a dalej duży pokój oświe­tlony lampą naf­tową. Po dro­dze zapy­ta­li­śmy chło­paka:

-?A do jakiej muzyki tutaj tań­czą? Pod har­mo­nię czy pate­fon?

-?Nie! -?odpo­wie­dział z nie­jaką dumą. -?Pod orkie­strę dętą!

Rze­czy­wi­ście! W rogu prze­stron­nej i skąpo oświe­tlo­nej izby w bla­sku naf­to­wej lampy pobły­ski­wały mie­dziane i niklo­wane tuby instru­men­tów dętych. Było ich nie­wiele. Wszyst­kiego parę sztuk. Ale muzy­kanci! Oto, co nas zadzi­wiło! Patrzyły na nas ważne, sku­pione twa­rze dzieci. Sie­działy rzę­dem na sze­ro­kiej ławce i cze­kały na koniec prze­rwy. Po jakimś cza­sie orkie­stra poru­szyła się, dźwi­gnęła trąby na wąskie ramiona i dmuch­nęła parę nie­stroj­nych dźwię­ków. Potem, zahu­czaw­szy, niczym stary paro­sta­tek, cał­kiem nie­roz­po­zna­walną melo­dię, orkie­stra nastro­iła się i wyko­nała coś w stylu mar­szu lub foks­trota.

Mło­dzież, sto­jąca pod ścia­nami i przy drzwiach zaczęła dzie­lić się na pary. Głów­nie tań­czyły dziew­częta -?same ze sobą. A mło­dzieńcy, któ­rzy wypro­wa­dzali swoje wybranki na śro­dek, przy­tu­py­wali i szu­ra­jąc nogami po pod­ło­dze z desek, dymili papie­ro­skami. Pew­nie było to dla nich waż­niej­sze od samych tań­ców. To wszystko byli nie­ro­zumni chło­pacy, któ­rzy na tań­cach zajęli miej­sca swo­ich star­szych braci, któ­rzy zdą­żyli już pójść na wojnę.

Starsi poszli na front, zosta­wiw­szy mie­dziane trąby i chętne do tań­ców dziew­częta i przy­ja­ciółki poko­le­niu mal­ców. Wokół wojna. W ciągu dnia bom­bar­do­wali sta­cję. A tutaj tań­czą, nie zdej­mu­jąc cza­pek i płasz­czy, szu­rają sta­rymi ojco­wymi butami po drew­nia­nej pod­ło­dze i dmu­chają w mie­dziane trąby. Naprawdę byli­śmy zdzi­wieni.

Trzeba jed­nak zauwa­żyć, że praw­dzi­wej wojny jesz­cze nie widzie­li­śmy, nie odczu­li­śmy jej na sobie i nie mie­li­śmy o niej żad­nego poję­cia. Do tej pory wyko­ny­wa­li­śmy wyłącz­nie mar­sze z jed­nego odcinka frontu na drugi.

Nasz wolny czas dobie­gał końca i trzeba było wra­cać do swo­ich żoł­nie­rzy. Zali­czyw­szy jesz­cze jeden taniec i obrzu­ciw­szy wzro­kiem orkie­strę, mrocz­nym kory­ta­rzem wyszli­śmy na ulicę. Wokół było ciemno i cicho. Wzdłuż pło­tów nie było sły­chać nawet psów, które zwy­kle obszcze­kują prze­cho­dzą­cych.

Kuw­szy­nowo dało się zapa­mię­tać błot­ni­stą roz­mytą drogą, drew­nia­nymi tro­tu­arami, zachmu­rzo­nym noc­nym nie­bem, zapa­chem sadzy, orkie­strą dętą i tań­cami przy świe­tle lampy naf­to­wej.

Nocne Kuw­szy­nowo zapi­sało się w pamięci, ponie­waż wszyst­kie kolejne dni i prze­mar­sze niczym szcze­gól­nym się nie wyróż­niały. Ja i moi żoł­nie­rze prze­by­li­śmy długą i ciężką drogę.

Jed­no­stajny szary pej­zaż zamil­kłych wio­sek, roz­myte desz­czem drogi i odcinki wyło­żone bru­kow­cami, zmę­czone i nie­ogo­lone twa­rze żoł­nie­rzy - oto, co pozo­stało w pamięci z tego prze­mar­szu.

Gdzie zatrzy­my­wała się kom­pa­nia? Kiedy pod­jeż­dżała do niej kuch­nia polowa? Ilu cho­rych i pozo­sta­ją­cych w tyle żoł­nie­rzy posa­dzi­li­śmy na fur­manki tabo­ry­tów? Wszystko to się pomie­szało i zlało w nie­koń­czące się mla­ska­nie butów, tupot żoł­nier­skich fle­ków po kamien­nych nawierzch­niach w jeden zupeł­nie szary i mono­tonny obraz peł­zną­cej drogą masy żoł­nie­rzy. Pod­czas mar­szu czło­wiek tak bar­dzo opada z sił, że wokół sie­bie niczego nie widzi i nie zauważa.

Rozdział 2 -?Rejon umocniony (wrzesień 1941 roku)

Roz­dział 2 -?Rejon umoc­niony (wrze­sień 1941 roku)

W pewien wrze­śniowy dzień35, o świ­cie, minąw­szy kilka lichych cha­łup, roz­rzu­co­nych przy dro­dze36, kom­pa­nia skrę­ciła w stronę lasu i weszła pod drzewa. Pod­od­dział zatrzy­mał się i żoł­nie­rze powa­lili się na zie­mię to tu, to tam. Ile prze­szli­śmy przez te dni?37 Stra­ci­li­śmy rachubę czasu, kilo­me­trów, dzien­nych posto­jów i noc­nych prze­mar­szów.

Dowódca kom­pa­nii przez cały czas szedł na prze­dzie i wzy­wano mnie do niego celem otrzy­ma­nia dal­szych pole­ceń. Żoł­nie­rze sądzili, że to zwy­kły codzienny postój. Lecz minęło cał­kiem nie­wiele czasu, a ja już byłem z powro­tem. Żoł­nie­rze dopiero co usie­dli na ziemi, a już poja­wił się pod­po­rucz­nik i wydał roz­kaz, aby się usta­wiać.

-?Wsta­wać! -?zakrzyk­nął star­szy sier­żant.

Żoł­nie­rze, wzdy­cha­jąc i stę­ka­jąc, zaczęli się nie­chęt­nie pod­no­sić.

-?Ruszać się! -?dodał basem star­szyna.

Po nie­ja­kim zamie­sza­niu i prze­py­chance, żoł­nie­rze usta­wili się, wyrów­nali szyk i poszli za mną w głąb lasu.

Gdy na jasnym nie­bie poja­wiło się słońce i oświe­tliło wszystko wokół mięk­kim i cie­płym świa­tłem, gdy wszyst­kimi kolo­rami tęczy zagrało jesienne listo­wie, wyszli­śmy na skraj lasu.

Barwy jesieni we wszyst­kich kolo­rach i odcie­niach pło­nęły w listo­wiu przy­ci­chłych drzew. A tro­chę dalej, pośród zie­lo­nych krze­wów i bia­łych brzóz, dostrze­gli­śmy DOT, zama­sko­wany dar­niną i nasa­dze­niem. To był nasz DOT, sto­jący na skraju lewego skrzy­dła rżew­skiego odcinka rejonu umoc­nio­nego. Na lewo od nas i dalej umoc­nień nie było, roz­po­ście­rał się tam masyw leśny i bagna. Tylko za lasem, bar­dziej na połu­dnie, gdzieś pod Syczewką, znowu cią­gnęła się linia wia­ziem­skiego rejonu umoc­nio­nego38. Wyszli­śmy na rubież, na któ­rej powin­ni­śmy powstrzy­mać Niem­ców, nacie­ra­ją­cych na Moskwę, Rżew i Kali­nin.

Umoc­nie­nia i beto­nowe schrony bojowe odcho­dziły od Szen­tra­pa­łowki39 w kie­runku sta­cji Mostowa i dalej, do mia­steczka Ostasz­ków. Na naszym odcinku linia obrony prze­bie­gała po zbo­czach wzgó­rza 254. Dalej zakrę­cała na Wią­zo­wa­chę, Borki, Dubrowkę i Mostową. To był odci­nek obrony naszego bata­lionu. Dal­sza linia obrony prze­ci­nała wzgó­rze 280 i szła na Tit­niewo, Zagwoź­dzie, wzgó­rze 291, po brzegu jeziora Wołgo na wieś Sie­lisz­cze i na Wią­zow­nię, skąd dopiero co przy­by­li­śmy. Potem szła jezio­rem Sig, a dalej na Sie­li­ża­rowo, Zamo­sze i mia­steczko Ostasz­ków. Kto był w tych rejo­nach po woj­nie, to zapewne napo­ty­kał na wpół znisz­czone umoc­nie­nia i beto­nowe kapo­niery.

Pod wsią Szen­tra­pa­łowka mie­li­śmy obsa­dzić gotowy beto­nowy DOT40.

W czę­ści czo­ło­wej schronu bojo­wego wmon­to­wana była płyta pan­cerna. W niej obra­cało się pół­me­trowe jarzmo kuli­ste, w któ­rego cen­trum znaj­do­wał się prze­cho­dzący na wylot otwór dla działa.

Od strony wewnętrz­nej DOT-a w jarzmo wsta­wiona była lufa 45-mili­me­tro­wego działa. Wewnątrz schronu jarzmo kuli­ste i lufa były połą­czone z mecha­niczną obrot­nicą i sie­dze­niem dla celow­ni­czego. Obrot­nica, laweta, lufa działa i sie­dze­nie celow­ni­czego obra­cały się wraz z jarz­mem.

Jeśli popa­trzeć na schron od strony zewnętrz­nej, to wyglą­dem przy­po­mi­nał nie­wielki wzgó­rek obsa­dzony trawą, krza­kami i rosną­cymi na nim nie­du­żymi drzew­kami. I tylko przy samej ziemi, z bli­skiej odle­gło­ści, można było dostrzec szare sta­lowe jabłko z czarną źre­nicą pośrodku. Niczym u żywego cyklopa krę­ciło się we wszyst­kie strony i czuj­nie obser­wo­wało, ocze­ku­jąc poja­wie­nia się Niem­ców i ich czoł­gów.

Przy otwar­tym zamku działa, przez lufę, na któ­rej był zamo­co­wany celow­nik optyczny, można było widzieć całą oko­licę, leżąca przed schro­nem. Wokół, przed DOT-em, na pla­nie sza­chow­nicy roz­miesz­czono dzie­się­cio­me­trowe wil­cze doły, zama­sko­wane kra­tami i trawą. Te głę­bo­kie jamy słu­żyły za prze­szkodę dla czoł­gów prze­ciw­nika, na wypa­dek, gdyby zachciało im się podejść w bez­po­śred­nie sąsiedz­two schronu w celu zakry­cia jego ambra­zury swoim pan­ce­rzem.

Dalej za dołami w pasie obrony przed schro­nem, szły zasieki z drutu kol­cza­stego i sze­ro­kie pole minowe z minami prze­ciw­czoł­go­wymi i prze­ciw­pie­chot­nymi. Pod­czas prze­ka­zy­wa­nia zabez­pie­czeń inży­nie­ryj­nych sape­rzy poka­zali nam wąskie i kręte przej­ścia w polu mino­wym. Były ozna­czone nie­malże nie­wi­docz­nymi drew­nia­nymi kołecz­kami.

Następ­nego dnia, po pod­pi­sa­niu aktu o prze­ję­ciu umoc­nień, otrzy­ma­li­śmy roz­kaz bojowy, naka­zu­jący obronę zaj­mo­wa­nej rubieży. 297 Samo­dzielny Bata­lion Broni Maszy­no­wej i Arty­le­rii Frontu Zachod­niego zajął swoje pozy­cje i był gotów do odpar­cia ata­ków prze­ciw­nika.

Po pierw­szym dniu odpo­czynku, żoł­nie­rze wolni od dyżu­rów bojo­wych przy­stą­pili do robót ziem­nych i budow­la­nych. Dopo­sa­ża­li­śmy pod­ziemne przej­ścia, łączy­li­śmy je z pod­ziem­nymi schro­nami miesz­kal­nymi i wzmac­nia­li­śmy na nich stropy oraz przy­stą­piliśmy do budowy obiek­tów gospo­dar­czych. Wysta­wiw­szy poste­runki na polu mino­wym, war­tow­ni­ków na podej­ściu do schronu bojo­wego i ochronę tam, gdzie prze­cho­wy­wano amu­ni­cję, z werwą zaję­li­śmy się budową podziem­nych maga­zy­nów i bani.

Po kilku dniach do oko­pów i tran­szei w odstępy mię­dzy DOT-ami weszły pod­od­działy pie­choty 119 Dywi­zji Strze­lec­kiej41. Żoł­nie­rze kom­pa­nii strze­lec­kich także zajęli się robo­tami ziem­nymi. Odcinki pomię­dzy schro­nami bojo­wymi, gdzie sie­działa pie­chota, mie­rzyły od dwóch do trzech kilo­me­trów.

Nasze beto­nowe kaza­maty posia­dały roz­ma­ite urzą­dze­nia tech­niczne i wypo­sa­że­nie.

W schro­nie było elek­tryczne oświe­tle­nie z aku­mu­la­to­rów, sys­tem sygna­li­za­cji i dwie pod­ziemne linie łącz­no­ści tele­fo­nicz­nej, które głę­boko pod zie­mią szły do kom­pa­nij­nego sta­no­wi­ska dowo­dze­nia i rejonu umoc­nio­nego. Słu­chawki tele­fo­niczne były nie­zwy­kłej wiel­ko­ści. Można było przez nie roz­ma­wiać pod­czas strze­la­nia z ceka­emu i działa. Zaś w cza­sie pro­wa­dze­nia ognia w schro­nie był taki huk, że nie było sły­chać krzy­ków i basa star­szego sier­żanta.

W głów­nej komo­rze beto­no­wego DOT-a, tam, gdzie stało działo i ciężki kara­bin maszy­nowy, strze­la­jący przez lufę samej armaty42, za żel­be­tową ścianką od góry wmon­to­wany był pod­no­szony pery­skop do obser­wa­cji pola walki.

Pery­skop można było pod­no­sić i opusz­czać, obra­cać we wszyst­kie strony i zmie­niać kąt nachy­le­nia. Ja i celow­ni­czy mie­li­śmy ogólne punkty orien­ta­cyjne. Od nich wyli­cza­li­śmy punkty odnie­sie­nia według skali optyki w tysięcz­nych.

Wiele tysięcy miesz­kań­ców Rżewa i Kali­nina, Torżka, Sta­ricy i Ostasz­kowa oraz innych miast obwodu kali­niń­skiego pra­co­wało przy budo­wie tego samego pasa obrony. Rżew­ski rejon umoc­niony wydłu­żył się na setki kilo­me­trów. W krót­kim cza­sie w rejo­nie tym wznie­siono kil­ka­set ziem­nych i żel­be­to­wych schro­nów bojo­wych oraz wybe­to­no­wa­nych sta­cjo­nar­nych sta­no­wisk arty­le­rii. Lecz głę­bo­kość pasa obrony była nie­wielka, prak­tycz­nie była roz­cią­gnięta w jedną wąską linię. Jej prze­rwa­nie przy zma­so­wa­nym ude­rze­niu arty­le­rii i lot­nic­twa nie nastrę­czało więk­szych trud­no­ści.

(Wybie­gnę nieco w przy­szłość i wyja­śnię na przy­kła­dzie. Pod Wiaźmą w rejo­nie umoc­nio­nym w okrą­że­nie wpa­dły cztery armie Frontu Zachod­niego).

W pracy czas na naszej pozy­cji mijał nie­zau­wa­że­nie. Do pod­ziem­nych skła­dów sypa­li­śmy ziem­niaki i kapu­stę, piło­wa­li­śmy i rąba­li­śmy drzewo na opał, grun­tow­nie przy­go­to­wu­jąc się do dłu­giego pozo­sta­nia na owej rubieży.

Jakoś tak przed świ­tem na polu mino­wym grzmot­nęła mina. Z ciem­no­ści dobie­gły krzyki i zanie­po­ko­jone głosy. Momen­tal­nie ogło­szono alarm bojowy. Już wcze­śniej uczy­li­śmy żoł­nie­rzy zaj­mo­wa­nia swo­ich miejsc pod­czas alarmu. A tym razem sta­no­wi­ska zgodne z wytycz­nymi bojo­wymi obsa­dzono aku­rat z dużym opóź­nie­niem.

To zwy­kłe zja­wi­sko, kiedy żoł­nie­rze na poważ­nie nie ocze­kują ogło­sze­nia alarmu bojo­wego. Przed­tem wszę­dzie było cicho i spo­koj­nie. Uprze­dzono nas, że Niemcy powinni już gdzieś pod­cho­dzić, ale przed nami jesz­cze się nie poja­wili.

O goto­wo­ści bojo­wej zamel­do­wali wszy­scy, ale noc i ciem­ność nie pozwo­liły nam od razu spraw­dzić, co wyda­rzyło się na polu mino­wym. Odcze­ka­łem jakiś czas. Nowych wybu­chów nie było. Wezwa­łem swo­jego star­szynę Sie­nina.

-?A więc tak, pomoc­niku dowódcy plu­tonu! Poślij dwóch żoł­nie­rzy na skraj pola mino­wego, niech wyja­śnią z noc­nym poste­run­kiem, kto wyle­ciał w powie­trze na minie. Daję ci pięć minut! Masz szybko wró­cić i mel­do­wać!

Wkrótce zoł­nie­rze wró­cili i powie­dzieli:

-?Poste­ru­nek sły­szał, że po wybu­chu krzy­czano po rosyj­sku.

Przy­po­mniało mi się, jak w rejo­nie Sie­li­ża­rowa na naszą obronę wyszła grupa żoł­nie­rzy. "Może oni też z okrą­że­nia?" -?pomy­śla­łem i kaza­łem przy­nieść żela­zną tubę, którą poprzed­niego dnia zmaj­stro­wa­li­śmy z bla­chy. Dyżurny war­tow­nik poszedł krzy­czeć przez tubę, aby ci, któ­rzy tra­fili na pole minowe, nie poru­szali się i pozo­stali na miej­scu, dopóki nie nadej­dzie świt.

Po sygnale alarmu bojo­wego, obsady bojowe pozo­stały na swo­ich miej­scach. Sta­ną­łem przy pery­sko­pie, celow­ni­czy sie­dział za obrot­nicą ceka­emu, ładow­ni­czo­wie z nabo­jami w rękach stali w goto­wo­ści nieco z tyłu.

-?Zosta­je­cie na miej­scu! -?roz­ka­za­łem i pole­ci­łem dowódcy działa, by otwo­rzył obro­towe gwin­to­wane zasuwy na tyl­nej czę­ści drzwi pan­cer­nych.

Wysze­dłem na górę, na powierzch­nię ziemi i zapa­li­łem. Posta­no­wi­łem popa­trzeć na pole minowe. Z ogien­kiem papie­rosa i w otwar­tym tere­nie nie należy pchać się na widok. Z dużej odle­gło­ści mogą okre­ślić, gdzie leży schron.

Dosko­nale o tym pamię­ta­łem, albo­wiem sam usta­li­łem taki porzą­dek. Przy­sia­dłem przy drzwiach za przed­pier­siem i zaczą­łem wsłu­chi­wać się w nocną ciszę.

Wewnątrz też nie wolno palić, wszyst­kim zabro­ni­łem. Nie­wielka wewnętrzna kuba­tura posia­dała dwa wen­ty­la­tory -?jeden elek­tryczny, drugi z napę­dem ręcz­nym -?ale jak roz­kaz to roz­kaz. Ja rów­nież powi­nie­nem do roz­kazu się dosto­so­wać. Pozwól palić w środku, a z rury wen­ty­la­tora dym będzie lecieć komi­nem. Dopa­liw­szy papie­rosa i zdu­siw­szy nie­do­pa­łek nogą, wspią­łem się na nasyp DOT-a i zaczą­łem patrzeć na nie­wy­raźne kształty pola mino­wego.

Na gorę na szczyt DOT-a wspiął się star­szy sier­żant i kaza­łem mu posłać łącz­nika do noc­nej warty, by dowie­dział się, jak się sprawy mają u tych, któ­rzy tra­fili na pole minowe. Star­szyna zawo­łał dyżur­nego i ten pobiegł naprzód.

-?Leżą w miej­scu, towa­rzy­szu porucz­niku. Jak roz­ka­za­li­ście, cze­kają na świt.

-?A dużo ich tam?

-?Chło­paki z poste­runku mówią, że ośmiu!

-?Dobra, idź! Pocze­kamy do rana!

* * *

7 wrze­śnia 1941 roku roz­ka­zem, jak to u nas mówią, trzy-zera-pięć­set-dzie­więt­na­ście dla wojsk Moskiew­skiego Okręgu Woj­sko­wego, nadano mi sto­pień pod­po­rucz­nika, a 22 wrze­śnia, pięt­na­ście dni po odpra­wie na front, zosta­łem ranny w nogę.

A było to tak. Wezwał mnie do sie­bie dowódca kom­pa­nii w celu ode­bra­nia amu­ni­cji dla schronu bojo­wego. Dzień był gorący i sło­neczny. Szli­śmy ze star­szym sier­żan­tem Sie­ni­nem po wąskiej leśnej dróżce, skwarno było nawet w cie­niu.

-?No i mamy pogodę! -?nada­wał basem. -?Praw­dziwe babie lato! Cie­kawe, jaka zima będzie?

Pode­szli­śmy do wsi, gdzie stały nasze kom­pa­nijne pod­wody i w tym samym cza­sie pod­je­chały dwa samo­chody zała­do­wane amu­ni­cją. Dowódca kom­pa­nii skie­ro­wał je na skraj lasu. Wje­chały na linię lasu, pode­szli­śmy, aby ode­brać sobie amu­ni­cję i w tej samej chwili przy­le­ciał skądś nie­miecki samo­lot. Skąd on się wziął? Wszystko wyda­rzyło się tak nagle i szybko! Nie zdą­ży­li­śmy odbiec od pojazdu, gdy tam­ten zdą­żył zrzu­cić parę bomb zapa­la­ją­cych. Zrzu­cił i pole­ciał. Na tym wszystko się zakoń­czyło. Samo­cho­dom i amu­ni­cji nic się nie stało, prze­la­tu­jący Nie­miec zdrowo chy­bił, ale mnie odła­mek ryko­sze­tem tra­fił w nogę. Prze­bił but, od góry tra­fił w stopę, pocie­kła krew, ale bólu żad­nego nie poczu­łem. Star­szyna pomógł mi ścią­gnąć but z nogi, rana była nie­wielka. Odła­mek prze­ciął mi powierz­chow­nie nogę na jakieś dwa cen­ty­me­try. Spód stopy był cały. Przy­biegł kom­pa­nijny sani­ta­riusz, posma­ro­wał mi czymś ranę i nało­żył opa­tru­nek. Nawet do głowy mi nie przy­szło, że moi żoł­nie­rze w plu­to­nie nie mają środ­ków opa­trun­ko­wych. Dopiero póź­niej sobie o tym przy­po­mnia­łem.

Star­szyna Sie­nin pobrał amu­ni­cję, a ja na kom­pa­nij­nej pod­wo­dzie poje­cha­łem do sie­bie. Przez jakiś czas kula­łem i cho­dzi­łem nawet z laską, którą zmaj­stro­wali mi żoł­nie­rze. Ale wkrótce rana prze­stała boleć, naj­wy­raź­niej się zabliź­niła.

O tym zra­nie­niu nawet nie chcia­łem wspo­mi­nać, to było dra­śnię­cie w porów­na­niu z kolejną raną. Lecz wyda­rze­nia następ­nych dni, moje uty­ka­nie, które utrud­niało mi cho­dze­nie i gwał­towna zmiana sytu­acji w jeden dzień odmie­niły całe nasze spo­kojne życie.

Nikt nie przy­pusz­czał, że pew­nego razu nasz pobyt w rejo­nie umoc­nio­nym, i to z miej­sca, nie­ocze­ki­wa­nie się zakoń­czy. Wszyst­kie pod­ziemne budowle i beto­nowe umoc­nie­nia przyj­dzie nam nagle porzu­cić i wiać.

9 paź­dzier­nika, w pią­tek, w plu­to­nie zor­ga­ni­zo­wano banię. Zakoń­czono obty­ka­nie jej wysu­szo­nym na słońcu mchem. Na obrę­czach uło­żono kamie­nie do pale­nia jak w dym­nej cha­cie, żeby dym­kiem pach­niało i posta­no­wiono zacząć palić. Star­szy sier­żant ogło­sił dzień łazienny i żoł­nie­rze, wolni od dyżu­ro­wa­nia, poszli wypa­rzać się jako pierwsi, żeby potem zamie­nić się z pozo­sta­łymi. Kiedy pole­wali je wodą, roz­pa­lone kamie­nie syczały i pry­chały...

Po bani wszy­scy oklap­nęli i poczer­wie­nieli, mieli zamiar wziąć się za picie her­batki, grę w kar­cioszki, by odsap­nąć po łaźni, po lek­ko­ści, po świe­żo­ści, po mio­teł­kach i myciu. Dzień zbli­żał się do końca.

A pod wie­czór do plu­tonu przy­biegł dowódca sąsied­niej kom­pa­nii strze­lec­kiej i w biegu wypa­lił:

-?Zbie­ramy się! Mamy roz­kaz cofać się za Wołgę! Wasi na całej linii poszli ze schro­nów jesz­cze za dnia! Zosta­li­ście ostatni! Ja się zbie­ram za dzie­sięć minut! Mam roz­kaz natych­miast zosta­wić okopy!

Rzu­ci­łem się do swo­ich tele­fo­nów, któ­rych na dwóch liniach mia­łem dwie sztuki. Ale pod­ziemna łącz­ność rejonu umoc­nio­nego już nie dzia­łała. Dla­czego do nas nie zadzwo­nili i nie prze­ka­zali roz­kazu? Dosze­dłem do wnio­sku, że zwy­czaj­nie o nas zapo­mnieli.

-?Nie mam roz­kazu do odej­ścia. Nie mogę porzu­cić sprzętu i amu­ni­cji, zosta­wić schronu i samo­wol­nie pójść sobie za Wołgę! -?powie­dzia­łem dowódcy kom­pa­nii strze­lec­kiej.

-?Chodźmy do mnie! -?powie­dział. -?Mam jesz­cze łącz­ność z naszym puł­kiem. Poga­daj z sze­fem sztabu. Powie ci, co robić.

Posze­dłem do kom­pa­nii strze­lec­kiej, połą­czy­łem się tele­fo­nicz­nie ze szta­bem pułku i zapy­ta­łem:

-?Kto mówi?

-?Nie ważne, kto! Jest roz­kaz natych­miast zwi­jać pozy­cję i jak naj­szyb­ciej cofać się za Wołgę. Niemcy prze­bili się pod Mostową. Nie­za­jęty prze­smyk o sze­ro­ko­ści trzech kilo­me­trów znaj­duje się nieco na zachód od Rżewa. Jutro pod wie­czór trzeba go prze­sko­czyć. Wysa­dzaj­cie wypo­sa­że­nie woj­skowe i natych­miast się zwi­jaj­cie. Za dzie­sięć minut ścią­gam kom­pa­nię z oko­pów. Dowódca kom­pa­nii ci wyja­śni, z kim roz­ma­wia­łeś.

Na wypa­dek alar­mo­wej zbiórki mie­li­śmy zawie­szoną szynę. Po bani ogło­szono czas wolny i wiel­bi­ciele zbie­ra­nia grzy­bów mogli pójść do lasu. Star­szy sier­żant ude­rzył w szynę i żoł­nie­rze od razu się zebrali. Obrzu­ci­łem ich okiem -?wszy­scy stali w szyku. Poin­for­mo­wa­łem ich o roz­ka­zie i dałem pięć minut na roz­my­śla­nia i przy­go­to­wa­nia. Po pię­ciu minu­tach star­szyna jesz­cze raz ude­rzył w szynę -?wszy­scy byli w kom­ple­cie i w peł­nym opo­rzą­dze­niu. Wysa­dziw­szy zamki w dziale i ceka­emie i oblaw­szy ben­zyną zapasy pro­duk­tów, ruszy­li­śmy na pozy­cję kom­pa­nii strze­lec­kiej.

Rozdział 3 -?W okrążeniu (październik 1941 roku)

Roz­dział 3 -?W okrą­że­niu (paź­dzier­nik 1941 roku)

Na drogę opadł wie­czorny zmierzch. Szli­śmy za kom­pa­nią strze­lecką i każdy był zajęty swo­imi myślami.

Kule­jąc, roz­my­śla­łem, dla­czego nas nie uprze­dzili i porzu­cili w schro­nie bojo­wym? Jak to się stało, że zosta­li­śmy sami? Cie­kawe, gdzie teraz znaj­dują się Niemcy? Nie zamknęli aby trzy­ki­lo­me­tro­wego prze­smyku, do któ­rego będziemy musieli iść przez całą dobę? Zasta­na­wia­jąc się i snu­jąc domy­sły, zupeł­nie nie zauwa­ży­łem, że noc otu­liła zie­mię.

Kilka kro­ków z przodu pra­wie bez­sze­lest­nie idą żoł­nie­rze kom­pa­nii strze­lec­kiej. Kom­pa­nię pro­wa­dzi ofi­cer, przed­sta­wi­ciel pułku43. Ma mapę i plan mar­szruty. W ślad za puł­kiem moja kom­pa­nia cofa się ostat­nia, jak to mówią, w roli straży tyl­nej pułku. Pod­od­działy pułku zdą­żyły zwi­nąć się wcze­śniej. Ze wszyst­kich cofa­ją­cych się wojsk my masze­ru­jemy na końcu jako ostatni.

Przed nami idzie kom­pa­nia, a za nią drep­czemy my. I kim my jeste­śmy? Dla nich to tylko postronni i obcy ludzie. Jest im wszystko jedno, czy za nimi nadą­żymy, czy nie. Dobrze, że nas uprze­dzili, a nie zosta­wili w schro­nie bojo­wym, sie­dzą­cych i cze­ka­ją­cych na Niem­ców.

Pod­czas mar­szu, kiedy w prze­dzie idą inni zoł­nie­rze, drogi nie pil­nu­jesz i nie myślisz o niej. Pod­łą­czy­li­śmy się z tyłu i szli­śmy u nich na ogo­nie, sta­ra­jąc się nie zosta­wać w tyle. Idziesz sobie spo­koj­nie, dumasz o czym­kol­wiek, to doga­niasz kom­pa­nię strze­lecką, to zosta­jesz w tyle. I oto moje zamy­śle­nie i uty­ka­nie miało dla nas nie­ocze­ki­wany finał.

Za któ­rymś ostrym zakrę­tem kom­pa­nia strze­lecka dała nura w ciem­ność, ode­rwała się od nas i znik­nęła z oczu. Przy­śpie­szy­li­śmy kroku, czego pod­czas mar­szu zwy­kle się nie robi i pró­bo­wa­li­śmy ją dogo­nić. W ciem­nicy gna­li­śmy za nią dobre dwa­dzie­ścia minut, ale na dro­dze nikogo nie zna­leź­li­śmy.

Na dro­dze przed nami po sta­remu pusto, cicho, żad­nego ruchu. Miało się takie wra­że­nie, że ludzie zapa­dli się pod zie­mię. Roz­pę­dziw­szy się, nie zorien­to­wa­li­śmy się od razu, że bie­gniemy na próżno i że powin­ni­śmy się zatrzy­mać. Ciężko dysząc, sta­nę­li­śmy zakło­po­tani, pró­bu­jąc słu­chem wyło­wić tupot odda­la­ją­cych się od nas żoł­nier­skich nóg. Ale nocą żoł­nie­rze cho­dzą po dro­dze grun­to­wej po cichu, o ile razem z nimi drogą nie tur­ko­czą pod­wody i nie skrzy­pią koła i nie pry­chają konie ani nie awan­tu­rują się woź­nice.

Zgu­bi­li­śmy kom­pa­nię strze­lecką i samot­nie sta­nę­li­śmy w ciem­no­ści na dro­dze. Ciężko wes­tchnąw­szy, pełen skru­chy, poto­czy­łem okiem po swo­ich żoł­nier­zach. Zbili się w gro­madkę i patrzyli na mnie w mil­cze­niu.

"To fajt­łapa!" -?musieli sobie pomy­śleć. Porucz­nik, dowódca plu­tonu, lezie na czele, pro­wa­dzi za sobą cały plu­ton, a sam śpi idąc. Prze­ga­pił kom­pa­nię strze­lecką! Od tej jed­nej myśli zro­biło mi się gorąco. Na nosie pot, ze zde­ner­wo­wa­nia i wstydu pieką uszy. Ot, masz swoją pierw­szą gafę, porucz­niku! Kie­dyś musia­łeś popeł­nić błąd! To nie kolumna mar­szowa, gdzie pro­wa­dzą cię w szyku i wręcz wska­zują kie­ru­nek na zakrę­tach drogi. Oto poucza­jący przy­kład two­jej bez­tro­ski i braku uwagi. Teraz, niczym sowa, będziesz się gapić przed sie­bie. Nie na darmo powia­dają -?"Za jed­nego bitego dwóch nie­bi­tych dają!"44

"Co teraz zro­bisz, porucz­niku?" -?zapy­ta­łem sam sie­bie.

Stało się coś abso­lut­nie nie­po­ję­tego, przy­krego i nie­mal nie do napra­wie­nia! Wszystko na raz! Ale żeby aku­rat teraz zgu­bić w ciem­no­ści kom­pa­nię strzel­ców -?tego w żaden spo­sób nie prze­wi­dzia­łem.

Sta­łem na dro­dze, patrzy­łem na swo­ich żoł­nie­rzy, ście­ra­łem ręką pot z twa­rzy i nie znaj­do­wa­łem ani jed­nego słowa na swoje uspra­wie­dli­wie­nie.

Żad­nego planu mar­szruty! Żad­nej mapy oko­licy! Zupeł­nie nie mia­łem poję­cia, dokąd iść. Po wyj­ściu z lasu, kiedy pod­łą­cza­li­śmy się do ogona kom­pa­nii strze­lec­kiej, zapo­mnia­łem, by popro­sić szta­bowca o moż­li­wość rzu­ce­nia okiem na jego mapę. Teraz mia­łem tylko kom­pas i głowę na karku. Myśl! Zasta­nów się! Co będzie dalej? Co powiesz swoim ludziom?

Cof­nę­li­śmy się do miej­sca, gdzie w naszej oce­nie kom­pa­nia mogła skrę­cić z drogi w bok. Pokrę­ci­li­śmy się w miej­scu, pomysz­ko­wa­li­śmy w ciem­no­ści, sta­ra­jąc się odszu­kać ślady na dro­dze i tra­cąc przy tym nie­mało czasu. Ale wszyst­kie drogi wojny są tak samo roz­jeż­dżone, roz­myte i wydep­tane, zatem nasze poszu­ki­wa­nia nic nie dały.

Prze­mknęła mi myśl, aby roze­słać żoł­nie­rzy na różne strony. Ale następna pod­po­wie­działa coś cał­kiem prze­ciw­nego. Nocą możesz bie­gać, albo i nie, a i tak niczego nie znaj­dziesz! Poślesz żoł­nie­rzy na poszu­ki­wa­nia w różne strony i wszyst­kich pogu­bisz w ciem­no­ści! Przede wszyst­kim, dookoła pustka i nie ma kogo zapy­tać! Dokąd pro­wa­dzą te drogi? Jaką wybrać? Którą z nich iść?

Strze­lać w powie­trze i krzy­czeć nie ma sensu. Na taką oko­licz­ność nie było umowy z kom­pa­nią. Usły­szą krzyki i wystrzały, pomy­ślą, że nadzia­li­śmy się na Niem­ców. A potem to już nie wia­domo -?może Niemcy fak­tycz­nie stoją gdzieś bli­sko drogi i tylko się zdra­dzimy. Nie można zapo­mi­nać o tym, że cały rejon jest okrą­żony przez nie­miec­kie woj­ska i trudno powie­dzieć, gdzie się na nie natkniemy.

Popa­trzy­łem na kom­pas, wsłu­cha­łem się w nocną ciszę, spoj­rza­łem na czarne niebo i polu­zo­wa­łem blo­kadę na strzałce. Błę­kitny trój­kąt, świe­cący w ciem­no­ści, drgnął i zako­ły­sał się wraz ze strzałką. Wziąw­szy azy­mut na pół­nocny wschód, gdzie według moich wyli­czeń powi­nien leżeć Rżew, odwró­ci­łem się twa­rzą w stronę wycię­cia.

Kie­dyś widzia­łem mapę tego rejonu. W pamięci pozo­stały mi mia­sta i punkty, roz­rzu­cone w prze­strzeni. Wyobra­zi­łem sobie krętą linię Wołgi i poło­że­nie rżew­skiej linii kole­jo­wej. Pod­czas prze­mar­szu widzia­łem mapę tego rejonu u dowódcy kom­pa­nii. Ruszy­łem z miej­sca i poszli­śmy drogą przed sie­bie.

Ciemne i gęste gałę­zie krze­wów i kosmate roz­ło­ży­ste łapy kłu­ją­cych świer­ków wycią­gają się ku nam z obu stron drogi. Ma się wra­że­nie, że w ciem­no­ści stoją jak żywe, roz­ło­żyły ręce na boki i chcą nas pochwy­cić, zatrzy­mać, ostrzec przed nie­miecką zasadzką. Jakieś nie­ru­chome czarne syl­wetki przy­gięły się do ziemi i cze­kają, aż podej­dziemy bli­żej. Nie­wy­klu­czone, że wła­śnie za tym pagór­kiem tra­fimy pod nie­miec­kie kule. Chcą nas pod­pu­ścić jesz­cze bli­żej i ude­rzyć z naj­bliż­szej odle­gło­ści.

Nie będziemy prze­cież padać plac­kiem za każ­dym razem, gdy wyda nam się, że za krza­kiem czy wzgór­kiem czeka zasadzka, nie będziemy przy­gi­nać się do ziemi, peł­zać po dro­dze i chył­kiem pod­cho­dzić do podej­rza­nego miej­sca. Poza tym w ogóle nie mamy poję­cia, kiedy i gdzie na naszej dro­dze fak­tycz­nie powi­tają nas Niemcy. Może gdzieś tam, a może za dwa albo trzy kroki?

Wokół ciemno, drogi też nie widać. Nie­prze­nik­niona noc zasło­niła sobą cały prze­stwór! Kro­czymy po dro­dze i wyczu­wamy ją tylko nogami. Nie­wielki rów i każdy z nas się o niego potyka. Co leży przed nami w owej ciem­nej i mrocz­nej prze­strzeni? Można się tylko domy­ślać i fan­ta­zjo­wać sobie w wyobraźni.

Ni­gdy nie cho­dzi­li­ście w ciemną noc po polnych i leśnych dro­gach lub głu­chych polach i krza­kach? W ciem­no­ści, gdy jesteś czujny, zawsze jawią ci się wsze­la­kie bzdury. Dokąd zakręca ta droga, dla­czego przez cały czas kręci i kołuje? Wyraź­nie czuję, że idziemy w prze­ciw­nym kie­runku. Jesz­cze chwila i pokaże się skraj lasu i podej­dziemy do samego DOT-a.

Bez­sen­sowna myśl zmu­sza mnie do ock­nię­cia się. Wycią­gam z map­nika kom­pas, szybko odcią­gam kółeczko blo­kady, patrzę na strzałkę i upew­niam się, że idziemy we wła­ści­wym kie­runku, choć w oko­licy nie ma się czego ucze­pić okiem. Stop­niowo się uspo­ka­jam i odpy­cham na bok wszel­kie myśli. I tak idziemy i idziemy w mroku i ciszy nocy.

Zła­pa­łem się na myśli, że do głowy lezą mi jakieś bzdury i dia­bel­stwa. A co, jeśli w tym głę­bo­kim i wąskim paro­wie czeka na nas zasadzka i powi­ta­nie oło­wiem? Dobre miej­sce na zasadzkę, nie ma co gadać! Zaraz wej­dziemy do parowu, podej­dziemy bli­żej i gruchną strzały! Spo­tka­nia z nie­miec­kimi czoł­gami z jakiejś przy­czyny sobie nie wyobra­ża­łem.

Co powi­nie­nem zro­bić, jeśli roz­le­gną się strzały? Jaki roz­kaz powi­nie­nem wydać swoim żoł­nie­rzom? W takich spra­wach nie mie­li­śmy żad­nego doświad­cze­nia. Moi żoł­nie­rze to jed­nostki wybit­nie cywilne z zacię­ciem tech­nicz­nym, pod wzglę­dem wieku i zdro­wia do dzia­łań bojo­wych w cza­sie służby woj­sko­wej słabo się nadają. Ani razu nie byli w boju pod kulami i, poza zna­jo­mo­ścią sprzętu, w niczym nie są prze­szko­leni. Czyli co? Wpad­niemy teraz pod ogień, a ja podam komendę -?"Pad­nij!". Powalą się w ciem­no­ści jak kłody, a potem ich nie ruszysz z miej­sca.

Prze­szli­śmy wąwóz, po któ­rego dnie cią­gnęła się droga, wspię­li­śmy się na wzgó­rek i nie­ocze­ki­wa­nie wyszli­śmy na gości­niec. Wię­cej tu sze­ro­kiej i otwar­tej prze­strzeni. W każdą stronę od drogi widać na więk­szą odle­głość. Było nawet widać pobo­cza drogi. Wtedy nie wie­dzia­łem, że po leśnych dro­gach, krza­kach i gęstwi­nie można było iść, niczego się nie bojąc. Niemcy takich miejsc uni­kali. A na gościńcu, gdzie widok był na obie strony, gdzie zwy­kle towa­rzy­szyły im czołgi i samo­bieżne działa pan­cerne, ist­niała kon­kretna moż­li­wość, że się na nich nadzie­jemy. No, ale wtedy nie mia­łem o tym poję­cia45.

Przy­gnia­tała nas ciem­ność i wła­sna samot­ność, poczu­cie ode­rwa­nia od całego świata, a przede wszyst­kim -?nie­pew­ność. My wszy­scy, błą­dzący po noc­nych dro­gach, a ja w szcze­gól­no­ści, doświad­cza­li­śmy wów­czas uczu­cia nie­po­koju i fata­li­zmu. Idziesz w ciem­no­ści nie wie­dząc dokąd, nie panu­jąc nad kie­run­kiem i bez końca wąt­pisz. Samo z sie­bie poja­wia się przy­gnę­bia­jące uczu­cie i świa­do­mość mar­no­ści.

To nawet nie lęk czy strach. Nie byli­śmy pod ostrza­łem, nie widzie­li­śmy krwi, tru­pów i śmierci, w ogóle nie zazna­li­śmy stra­chu. Zapewne tak wła­śnie nie­ro­zumni chło­pacy, nie­ostrze­lani żoł­nie­rze, bez stra­chu lezą do przodu i giną w pierw­szym boju. Potem, jeśli po pierw­szych wal­kach zostaną przy życiu, poznają mądrość żoł­nier­skiej śmierci i żoł­nier­skiego życia.

Wtedy nie bałem się wojny, nie zna­łem jej i nie widzia­łem. Nie byłem pod ogniem i nie wącha­łem pro­chu, poza wystrza­łami na uczelni. Wyda­wało mi się, że wojna to manewry i strze­la­nie z ognio­wych rubieży.

Zagro­że­nie zasadzką rodzi się w wyobraźni na pierw­szych eta­pach, na pierw­szych kilo­me­trach, na początku drogi, kiedy idziesz w ciem­no­ści, do któ­rej stop­niowo przy­wy­kasz. A kiedy już przej­dziesz z dzie­sięć kilo­me­trów to zapo­mi­nasz o wszyst­kim, nie myślisz o Niem­cach, przy­zwy­cza­jasz się do samot­no­ści, do poplą­ta­nych skrzy­żo­wań dróg, mrocz­nych syl­we­tek i noc­nej ciszy. I wszystko to wraz z drogą prze­pływa do tyłu w rytm powol­nych żoł­nier­skich kro­ków i na zawsze zostaje za tobą. Każdy nowy dzień i każda noc pozo­sta­wiają w two­jej pamięci roz­ma­ite wyobra­że­nia. I jeśli wczo­raj mia­łeś jakieś wąt­pli­wo­ści, to dzi­siaj sam się sobie dzi­wisz. Wszystko jest pro­ste i logiczne. A potem nawet te nowe rze­czy odkła­dasz na bok. Doświad­cze­nie to wielka sprawa! To, co zostało za nami, zostało nam na zawsze.

Nad nami roz­po­starło się ciemne niebo. Nad zie­mią zwie­sił się bez­gra­niczny nocny prze­stwór. Kim my jeste­śmy? Maleń­kimi dro­bin­kami, zagu­bio­nymi w prze­strzeni nocy, mar­nymi robacz­kami, peł­za­ją­cymi po ziemi. I jakież my mamy zna­cze­nie na tej ogrom­nej nie­skoń­czo­nej ziemi?

Gdzie my jeste­śmy? W jakim punk­cie globu się teraz znaj­du­jemy? Czy los umy­ślił sobie, że ujrzymy świt i jasny pora­nek, który przyj­dzie na zmianę nocy? A noc, jak niebo, jest nie­zmie­rzona i nie­po­ję­cie wielka.

W któ­rymś momen­cie, scho­dząc z pagórka, dostrze­gli­śmy przed sobą nie­wy­raźne ludz­kie kształty. Od razu wytę­ży­li­śmy uwagę i zaczę­li­śmy nasłu­chi­wać. Widać było, jak ciemne syl­wetki ludzi, prze­sta­wia­jąc nogi, chwieją się nad drogą. Odda­lały się od nas w mil­cze­niu.

Posta­no­wi­li­śmy ich ostroż­nie dogo­nić. Podejść bli­żej i przyj­rzeć im się z pew­nej odle­gło­ści. Tym spo­so­bem znowu zna­leź­li­śmy się na ogo­nie grupy żoł­nie­rzy, masze­ru­ją­cych po tej samej dro­dze. Ale byli to zupeł­nie inni żoł­nie­rze, nie ci, któ­rych żeśmy zgu­bili. Było ich nie­wielu -?wszyst­kich rap­tem ze dwu­dzie­stu. Pod­łą­czy­li­śmy się do nich z tyłu i prze­szli­śmy pozo­stałą część nocy.

Ran­kiem na naszą drogę zaczęły wycho­dzić coraz to nowe i nowe grupy żoł­nie­rzy. Poja­wiali się nie­ocze­ki­wa­nie i dołą­czali do naszej dzi­kiej kolumny, która szła, postu­ku­jąc pod­ku­tymi butami po kamie­ni­stej dro­dze. Z jakie­goś zagłę­bie­nia terenu wyje­chały na drogę dwie woj­skowe pod­wody, a w ślad za nimi na dro­dze poja­wiło się działo. Skrę­ciło w naszą stronę i wsą­czyło się w ogólny potok. Ale wszystko to, działo, fur­manki i zoł­nie­rze, idący przed nami i za nami, wyglą­dało jak nie­wiel­kie roz­pro­szone grupy. Przy­pad­kowo zeszły się na jed­nej dro­dze i teraz, roz­cią­gnąw­szy się, masze­ro­wały nie­śpiesz­nie jedna za drugą. Nikt z nich dokład­nie nie wie­dział, dokąd ta droga pro­wa­dzi i dla­czego po niej idzie. Nikt nie był w sta­nie pre­cy­zyj­nie okre­ślić, gdzie znaj­duje się trzy­ki­lo­me­trowe wyj­ście z pętli okrą­że­nia.

Począt­kowo żoł­nie­rze dołą­cza­jący do kolumny sądzili, że drogą cią­gnie zor­ga­ni­zo­wana jed­nostka z pie­chotą i arty­le­rią. Jedno działo na pułk to w owych cza­sach było solidne uzbro­je­nie!

Nikt z nas nie myślał wtedy, iż na współ­cze­snej woj­nie na wąskich odcin­kach frontu będą uczest­ni­czyć w bojach od razu całe setki samo­lo­tów i czoł­gów i po kil­ka­set luf arty­le­rii. A pie­choty będzie uży­wać się po pro­stu do wymia­ta­nia po nawale.

Na naszym szlaku poja­wiały się nie­kiedy nowe grupy żoł­nie­rzy, ale prze­szedł­szy razem z nami z dzie­sięć kilo­me­trów i wyja­śniw­szy, że jeste­śmy dzi­ku­sami i nie­zor­ga­ni­zo­wa­nymi włó­czę­gami, że nie mamy zapasu machorki i sucha­rów, odbi­jały w bok i odcho­dziły gdzieś do wio­sek. Byli­śmy zdu­mieni i zakło­po­tani.

Pod­wody i działo ode­rwały się od nas. Nie mogli­śmy ganiać pod górę za tur­ko­czą­cymi fur­man­kami. Powolny i mia­rowy rytm mar­szu, przy­jęty na początku drogi, gwa­ran­to­wał nam nie­prze­rwany ruch bez zbęd­nego wysiłku i potrzeby posto­jów. Na całej dłu­go­ści przemar­szu szli­śmy bez przy­stan­ków. Każdy żoł­nierz naszego plu­tonu niósł na sobie broń, amu­ni­cję i łopatkę saper­ską. Szedł w peł­nym opo­rzą­dze­niu i dźwi­gał na ple­cach wszystko to, co żoł­nierz powi­nien mieć na woj­nie. W plu­to­nie był kara­bin maszy­nowy z zapa­sem dys­ków i nieco bla­sza­nych skrzy­nek z nabo­jami. Cały ten cię­żar był rów­no­mier­nie roz­dzie­lony i spra­wie­dli­wie roz­ło­żony według moż­li­wo­ści każ­dego żoł­nierza. Ciężki krok nie pozwa­lał nam na bie­ga­nie po dro­dze.

Nie poga­nia­łem swo­ich ludzi i nie chcia­łem pod­krę­cać tempa mar­szu. Jed­nakże w kwe­stii ekwi­punku woj­sko­wego, broni i amu­ni­cji ostrze­głem każ­dego, że niczego nie wolno gubić ani porzu­cać. Teraz to nasze główne i pod­sta­wowe zada­nie. Nie zwa­ża­jąc na zmę­cze­nie, każdy musi dotrzeć do swo­ich z bro­nią i w peł­nym opo­rzą­dze­niu. To nasza twarz, nasz żoł­nier­ski obo­wią­zek. Według tego będą nas sądzić i według tego witać i oka­zy­wać zaufa­nie.

Żoł­nie­rze idą powoli, ciężko prze­sta­wia­jąc nogi. Każdy wie i czuje, że cokol­wiek by się nie działo, to trzeba iść. Dziś trzeba wyjść z okrą­że­nia. To nasze zada­nie numer jeden. W tym nasza nadzieja! A czym tak naprawdę żyje czło­wiek, jeśli nie nadzieją? Żoł­nie­rze sądzili i mieli nadzieję, że jeśli wyniosą to wszystko na sobie, to nie prze­rzucą ich tak po pro­stu do pie­choty. Ufali, że gdzieś tam z przodu znowu wyszy­kują im schrony bojowe. Ina­czej być nie mogło! Tak myśleli.

W tym roku jesień jest sucha i krótka. Dziś mamy 10 paź­dzier­nika. Ran­kiem wszyst­kie przy­drożne rowy i krzewy pokry­wają się szro­nem. W ruchu, pod­czas mar­szu, nie czuje się zimna. Ale w zim­nym powie­trzu wyraź­nie widać kłęby wydy­cha­nej gorą­cej pary. Począ­tek paź­dzier­nika, a w nocy zie­mię już zdą­żył zła­pać przy­mro­zek! Dzień był jasny i sło­neczny. Na nie­bie prze­pły­wają lek­kie obłoczki. Nad drogą wisi jakiś mgli­sty i pełen kurzu opar. Ścięta szro­nem trawa i krzewy cią­gną się jed­no­staj­nie po obu stro­nach drogi i odpły­wają do tyłu. Przed nami i po bokach nie ma nikogo, ani ludzi, ani bydła na polach i pastwi­skach, tylko nie­ru­choma pustka i ocze­ki­wa­nie nie wia­domo na co.

Około połu­dnia prze­cho­dzimy przez jakąś wio­skę. Nie pyta­li­śmy, jak się nazywa, nic nas nie obcho­dzi. Wieś jak wieś, na kilka pod­gro­dzi. Na ganku jed­nego z domów stoi chłop, mający na oko ze czter­dzie­ści lat, ubrany w skó­rzane buty, żoł­nier­ską bluzę i fura­żerkę z gwiazdką, zamiast szy­nela ma nało­żoną wiej­ską kapotę. Wszystko wska­zuje na to, że cofa­jąc się, doszedł do swo­jej cha­łupy i dalej iść nie miał zamiaru.

Na chu­dej i nie­ogo­lo­nej twa­rzy -?malut­kie i żywe oczka. Albo ocze­ki­wał od nas wspar­ciu i zro­zu­mie­nia, albo potę­pie­nia. Widać jed­nak, że idąca przez wieś kolumna żoł­nie­rzy obu­dziła w nim wąt­pli­wo­ści i zaże­no­wa­nie.

-?Dokąd to idzie­cie, bra­cia Rosja­nie? -?zwró­cił się do nas , gdy prze­cho­dzi­li­śmy koło ganku. -?Dość tam mło­dych, głu­pich i nie­ro­zum­nych. Wy chyba wszy­scy doro­śli i wie­kowi!

I popa­trzył ponad heł­mami żoł­nie­rzy gdzieś w nie­bie­ską dal.

-?Naprawdę i wy żad­nego rozumu nie macie?

Z uwagą przy­glą­dał się moim zmę­czo­nym żoł­nie­rzom, a przed jego bystrym spoj­rze­niem nie umkną­łem i ja, porucz­nik.

-?Nie­miec wziął wczo­raj Sta­ricę i Zub­cow. Dzi­siaj rzu­cił woj­ska na Kali­nin. Nie ma się gdzie podziać! Tylko patrzeć, jak za tydzień i Moskwę weź­mie! Oczy­wi­ście, ofi­ce­ro­wie i porucz­nicy muszą ucie­kać w las i kryć się jak naj­da­lej. A ja jestem żoł­nie­rzem, dosze­dłem do domu i stop! Wystar­czy, nawo­jo­wa­łem się! Nie ma gdzie iść dalej. Cała ta wojna nie­długo się skoń­czy!

Mówił, prze­ko­ny­wał, macał żoł­nie­rzy spoj­rze­niem, a w duszy miał nie­pew­ność i zwąt­pie­nie. Gdyby był zde­cy­do­wany i twardy w swym posta­no­wie­niu, nie stałby na ganku i nie szu­kałby u nas uzna­nia i wspar­cia -?u nas, prze­cho­dzą­cych obok, wycień­czo­nych i umę­czo­nych żoł­nie­rzy. Patrzył na nas ze współ­czu­ciem, a sam cze­goś się bał. Żoł­nie­rze mil­cząc, powoli prze­bie­ra­jąc nogami, prze­cho­dzili obok niego, opusz­cza­jąc głowy jesz­cze niżej. Szli niczym na wła­snym pogrze­bie.

"Moż­liwe -?pomy­śla­łem -?że jeśli ktoś cał­kiem opadł z sił, to zachce mu się zostać po dro­dze gdzieś we wsi. Ludzie nie mają siły, by nieść na sobie cho­rego czy bez­no­giego".

Tak pomy­śla­łem, ale nie powie­dzia­łem nic swoim żoł­nie­rzom i nie odpowie­dzia­łem mówcy, sto­ją­cemu na wyso­kim ganku.

Za takie rze­czy mogli go roz­strze­lać na miej­scu. Ale na jego szczę­ście, wśród nas nie było ludzi, któ­rzy zaj­mo­wali się tym jako swym rze­mio­słem. Oni już dawno, przy pierw­szych ozna­kach nie­miec­kiego prze­ła­ma­nia, pode­brali dłu­gie poły szy­neli, wsie­dli do samo­cho­dów i odto­czyli się na głę­bo­kie tyły.

Wszy­scy moi zoł­nie­rze byli moskwia­nami. A to, muszę wam powie­dzieć, ma nie­ba­ga­telne zna­cze­nie. Żaden z nich bez spe­cjal­nej ku temu potrzeby nie zechce osia­dać w pierw­szej napo­tka­nej wio­sce. Ponadto wie­rzy­li­śmy, że dobrniemy do Wołgi i że na tam­tym stro­mym brzegu na nas cze­kają i powi­tają z sza­cun­kiem. Nie tylko mie­li­śmy nadzieję, ale byli­śmy prze­ko­nani, że za Wołgą prze­biega jesz­cze jedna linia umoc­nień, że zosta­wiono tam dla nas miej­sce w beto­no­wej kaza­ma­cie, a oni tylko cze­kają, aby­śmy czym prę­dzej tam dotarli. Do głowy nam nie przy­szło, że za Wołgą nie ma żad­nych for­ty­fi­ka­cji, że w pośpie­chu po pro­stu o nas zapo­mniano i że nikt już na nas nie czeka.

Obrona naszego rżew­skiego rejonu umoc­nio­nego była uszy­ko­wana w jed­nej linii i już przy pierw­szym ude­rze­niu Niem­ców została prze­rwana. Droga na Zub­cow, Sta­ricę, Pogo­riełe Goro­disz­cze, Kali­nin i Moskwę stała otwo­rem. Łącz­ność ze szta­bem została prze­rwana. Powstał "kocioł", z któ­rego, teraz już tra­cąc oddech, ucie­kała żoł­nier­ska ciżba. A to, że idziemy i obie­ramy sobie drogę, chcemy wyrwać się z nie­miec­kiego okrą­że­nia, zale­żało wyłącz­nie od naszej chęci, świa­do­mo­ści i sumie­nia. Skręćmy teraz tylko w byle jaką stronę, obierzmy nie­chcący zły kie­ru­nek i na zawsze pozo­sta­niemy poza teatrem wojny.

Byli­śmy pozo­sta­wieni sami sobie, ale w duszy mie­li­śmy wiarę i chęć. Z tru­dem prze­sta­wia­li­śmy cięż­kie nogi, całe ciało ćmiło i nie­skoń­cze­nie bolało od mar­szu. Na początku drogi nie wie­dzieć czemu bolała tylko szyja, potem ból dosię­gał lędźwi, a pod wie­czór nie­moż­li­wie bolały nogi i po pro­stu wle­kli­śmy je za sobą.

Ważne dla nas było jedno: trzy­ma­li­śmy się sie­bie, nikogo nie zgu­bi­li­śmy i nikt nie został z tyłu. To był chyba nasz naj­więk­szy suk­ces. Niech no ktoś zosta­nie sam, legnie chory we wsi, a tam mu nikt nie pomoże, nikt nie ma wobec niego zobo­wią­zań. Tak więc trzy­maj się, żoł­nie­rzu, swo­ich! I cóż z tego, żeśmy się nacho­dzili i opa­dli z sił, nie mamy, bra­ciszku, innego wyj­ścia! Trzeba iść! Sam rozu­miesz!

Na dru­gim końcu wsi popró­bo­wa­li­śmy wypy­tać sta­ruszkę. Lecz o dro­dze nie mogła nam nic powie­dzieć. Sama była uchodź­czy­nią i dopiero co, nocą, przy­je­chała wozem spod Zub­cowa.

Choć wszyst­kie drobne grupki szły jedną kolumną i w jed­nym kie­runku, to jed­no­ści w sen­sie woj­sko­wym wśród nich nie było. Wraz z upad­kiem Zub­cowa i Sta­ricy, idący na prze­dzie zauwa­żal­nie zwol­nili kroku. Pośród poje­dyn­czych grup żoł­nie­rzy byli rów­nież porucz­nicy, lecz oni, podob­nie jak ja, nie dys­po­no­wali mar­szrutą ani mapami. Szli na ślepo i spra­wo­wali opiekę wyłącz­nie nad swo­imi żoł­nie­rzami.

Nad gło­wami bez końca latały nam grupy nie­miec­kich samo­lo­tów. Leciały w tym samym kie­runku, gdzie i my zmie­rza­li­śmy. Widząc to, poje­dyn­cze grupy żoł­nie­rzy zaczęły odłą­czać się od ogól­nego potoku. Scho­dzili z drogi i skrę­cali gdzieś w bok.

Jedna z grup żoł­nie­rzy, która szła razem z nami, pro­po­no­wała, by obrać kurs na wschód, od razu iść na Moskwę. Inni, wręcz prze­ciw­nie, pod­su­wali myśl, aby iść na Ole­nino.

Lecz oto na spo­tka­nie nam, drogą od strony Zub­cowa wysy­puje się na gości­niec duża grupa żoł­nie­rzy. Gdzieś tam z przodu nadziali się na Niem­ców, postrze­lali i sami zostali ostrze­lani. Porzu­ciw­szy zabi­tych i ran­nych, wyprze­dza­jąc jeden dru­giego, ucie­kali wprost na nas. Śmiesz­nie i smutno było na nich patrzeć. Brudni, zmę­czeni, z prze­ra­żo­nymi twa­rzami. Zoba­czyw­szy nas, ucie­szyli się, zama­chali rękami, przy­śpie­szyli kroku i poszli nam na spo­tka­nie. Pod­szedł­szy bli­żej, zatrzy­mali się i prze­krzy­ku­jąc się wza­jem­nie, od razu wzięli się za gar­dło­wa­nie. Zaczęli opo­wia­dać o tym, co przy­tra­fiło im się po dro­dze.

Na głów­nej dro­dze zeszły się dwie par­tie, podą­ża­jące w prze­ciw­nych kie­run­kach. Jedna szła na Rżew, druga przy­bie­gła spod Zub­cowa. A gdzie był ów prze­smyk, sze­roki na trzy kilo­me­try, nikt dokład­nie nie wie­dział.

Poha­ła­so­waw­szy, poga­daw­szy i zdrowo się nakląw­szy, żoł­nie­rze wyja­śnili sobie sta­no­wi­ska, stra­te­giczną sytu­ację na fron­cie i, niczym nie­spo­kojny rój psz­czół, zahu­czeli, zako­ły­sali się i zerwali się z miej­sca. Pognali w bok od drogi, tłum­nie sto­czyli się z traktu i, obraw­szy kie­ru­nek na Ole­nino, odda­lili się od nas. Powstrzy­my­wa­nie ich nie miało sensu. Zadzia­łał tu instynkt tłumu.

W jed­nej chwili wszystko się zmie­niło. Spo­koj­nie idący, zmę­czony potok wykoń­czo­nych żoł­nie­rzy nagle się pode­rwał i śpiesz­nie prze­bie­ra­jąc nogami, skrył się za zakrę­tem drogi, za linią lasu. Polnymi i leśnymi dro­gami, na które bali się wcho­dzić Niemcy, zoł­nie­rze roz­bie­gli się i prze­pa­dli bez wie­ści. Być może nie­któ­rzy z nich śpie­szyli się do domu, a inni nie mieli nic prze­ciwko temu, aby urzą­dzić się na gar­nuszku u nie­za­męż­nej gospo­dyni.

Patrząc w ślad za nimi, byli­śmy zdu­mieni i nie wie­dzie­li­śmy, co robić. Oto jeste­śmy sami! Jak wcze­śniej, dalej sta­li­śmy na trak­cie. Teraz raz jesz­cze musie­li­śmy obrać sobie wła­sną drogę.

Nie­miec­kie samo­loty, ciężko zawo­dząc, leciały nam nad gło­wami w gru­pach bojo­wych. Szły zgrab­nymi klu­czami, w ogóle nie zwra­ca­jąc na nas uwagi. Miały do zała­twie­nia sprawy gdzieś dalej.

Roz­mó­wiw­szy się ze star­szym sier­żan­tem i wysłu­chaw­szy, co powie­dzą żoł­nie­rze, w myślach wyce­lo­wa­łem w to miej­sce, do któ­rego leciały samo­loty. Poda­łem komendę i plu­ton ruszył z miej­sca.

Dosze­dłem do wnio­sku, że tam, dokąd lecą samo­loty, trwają walki i powinno być wyj­ście z "kotła". Idziemy tym samym gościń­cem, lecz nastrój jest nie­tęgi, pełen zakło­po­ta­nia i tupiemy po dro­dze w mil­cze­niu. Cza­sami odno­simy wra­że­nie, że idziemy nie tam, gdzie trzeba i że nasza droga będzie cią­gnąć się bez końca. Na dro­dze, niczym na pustyni, dookoła bez­lud­nie i nic się nie rusza.

Dopiero póź­niej uświa­do­mi­łem sobie, że wojna z Niem­cami to nie zaję­cia z tak­tyki koło skrzyni z pia­skiem. To nie zaję­cia polowe na uczelni, gdy z kara­bi­nem model 1891 i z roz­dzia­wioną gębą bie­ga­li­śmy i krzy­cze­li­śmy "Ura!". Wtedy trój­gra­nia­stymi bagne­tami kłu­li­śmy na lewo i prawo wyima­gi­no­wa­nego prze­ciw­nika. Teraz wojnę nale­żało poznać od kuchni, doświad­czyć empi­rycz­nie, poznać ją z zupeł­nie innej, dra­pież­nej strony.

Cza­sami nad gło­wami poja­wiała nam się nie­miecka "ważka"46. Nieco nas to oży­wiało w dro­dze i odcią­gało od ponu­rych roz­my­ślań. Nie­miecki "kostur" (ów przy­do­mek przy­kle­jono mu potem) krę­cił się nad drogą, po któ­rej szli­śmy. Prze­wra­cał się ze skrzy­dła na skrzy­dło, obni­żał lot tak, że w kabi­nie widać było poje­dyn­czego lot­nika. Potem wbi­jał się w górę, wyla­ty­wał do przodu i po jakimś cza­sie znowu wra­cał. Ponie­waż jed­nak nie strze­lał i nie zrzu­cał bomb, a tylko war­czał natręt­nie i krą­żył nad drogą, szli­śmy z zupeł­nym spo­ko­jem. Cza­sami wręcz spo­zie­ra­łem w górę i sta­ra­łem się dokład­nie mu przyj­rzeć.

Wojna trwała już w naj­lep­sze, a my nie zna­li­śmy ani typów, ani zna­ków roz­po­znaw­czych nie­miec­kich samo­lo­tów. Krzyże na skrzy­dłach i kadłu­bach miały czer­woną obwódkę, więc z dołu wyglą­dały nam na czer­wone gwiazdy. Zatrzy­my­wa­li­śmy się i zadarł­szy głowy, przy­glą­da­li­śmy się im.

Nie­wy­klu­czone, że w kie­runku, w któ­rym odla­ty­wał nie­miecki "kostur", leżał wąski prze­smyk, do któ­rego zmie­rza­li­śmy.

11 paź­dzier­nika, w sobotę, roz­biw­szy nasze ubez­pie­cze­nie pod Sta­ricą, Niemcy skie­ro­wali się na Kali­nin. Prze­ciąw­szy linię kole­jową pod Zub­co­wem, rzu­cili się na drugą główną magi­stralę. Ludzie, błą­ka­jący się w tym cza­sie w okrą­że­niu, wszyst­kich naj­śwież­szych nowin dowia­dy­wali się od innych roz­pro­szo­nych żoł­nie­rzy i ucie­ki­nie­rów.

Tak szli­śmy przez koń­cówkę dnia i cały wie­czór. Dzień gasł, nad­cią­gał zmierzch. Pod nogami na dro­dze to pia­sek, to kamie­nie, to stward­niała od zimna zie­mia. A kiedy weszli­śmy do lasu, droga miej­scami poprze­ci­nana korze­niami drzew. Czas bie­gnie, a my z upo­rem po sta­remu powoli posu­wamy się do przodu. Gdy zro­biło się cał­kiem ciemno, skrę­ci­li­śmy na sze­roką polanę, wspię­li­śmy się na wzgó­rek i weszli­śmy na nawierzch­nię z porząd­nie uło­żo­nych bru­kow­ców, po któ­rej zoł­nie­rze od razu zastu­kali gwoź­dziami butów.

Po sta­nie drogi wyczu­wało się bli­skość dużego mia­sta. Pod nogami nale­ży­cie utwar­dzona droga. Na tere­nach pod­miej­skich takie odcinki zwy­kle nie są dłu­gie i cią­gną się na sto­sun­kowo nie­wielką odle­głość. Można powie­dzieć, że wła­dze miej­skie utrzy­mują wyłącz­nie paradny wjazd.

Idziemy, a wokół po sta­remu wszystko w bez­ru­chu, mroku i nie­uchwyt­nej ciszy. Za pobo­czem drogi widać czarne kształty par­te­ro­wych domów i otwory okienne zabite deskami. Nie­które z domów mają meta­lowe dachy.

Ale to nie Rżew tylko wąski pas domów, które wycią­gnęły się jed­nym rzę­dem wzdłuż drogi. Wydają się posępne, a ludzie jakby wymarli. Otwarte drzwi poskrzy­pują gdzieś na wie­trze. Na tle nie­zbyt gło­śnego odgłosu żoł­nier­skich nóg, prze­bie­ra­ją­cych po nawierzchni, owe skrzy­pie­nie sły­chać pod­czas mar­szu i nie trzeba się zatrzy­my­wać, aby się wsłu­chać. Być może ludzie gdzieś są. Nie wszy­scy roz­stali się ze swo­imi gra­tami i ucie­kli. Udają tylko, że domy są puste i porzu­cone przez wszyst­kich, a sami kryją się przed nami i tym, co nie­znane. Kto tam kro­czy w ciem­no­ści z bro­nią na ramie­niu?

Idziemy przed sie­bie i nie czu­jemy nóg. Wokół ciem­ność i przed nami nic nie widać.

"Nocą Niemcy nie wojują!" -?mówili nam cofa­jący się żoł­nie­rze, któ­rzy zdą­żyli doświad­czyć bojów i strze­la­niny. -?"W nie­dzielę Niemcy mają wolne!"

Dzi­siaj mamy jede­na­stego, a jutro dwu­na­stego -?nie­dzielę. Być może nam się poszczę­ściło i można będzie prze­sko­czyć Wołgę. Teraz mamy przed sobą pusty gości­niec, który według naszych ocen powi­nien nas wypro­wa­dzić na brzeg Wołgi. Rzecz jed­nak w tym, iż na razie nie wiemy, gdzie i jak się przez nią prze­pra­wimy.

Niech no tylko trafi się nam ktoś po dro­dze i powie, że jeste­śmy na podej­ściach do Zub­cowa, to od razu uwie­rzymy i czym prę­dzej zawró­cimy. I tak oto poru­sza­li­śmy się w ciem­no­ści, jakby na maca­nego, w bez­dź­więcz­nej prze­strzeni, nie wie­dząc, co jesz­cze nas czeka.

-?Zaraz będzie Rżew -?powie­dział star­szy sier­żant.

I rze­czy­wi­ście, przed nami zaczął się roz­pa­lać blady zachód słońca. Popa­trzy­łem na strzałkę kom­pasu. Zachód był na pół­nocy. Co to takiego? Złu­dze­nie optyczne, pół­nocna zorza, ano­ma­lia magne­tyczna czy odblask pożaru? Jesz­cze raz obie­ram azy­mut na jasną plamę, która odbija się na nie­bie.

Pierw­sza doba skoń­czyła się w momen­cie naszego wyj­ścia z rejonu umoc­nio­nego. Przez godzinę robimy trzy kilo­me­try, nie wię­cej. Ile zdą­ży­li­śmy przejść, jeśli przez całą drogę ani razu się nie zatrzy­ma­li­śmy, nie przy­sie­dli­śmy?

Lecz oto za zakrę­tem drogi ponow­nie uka­zały się jasno oświe­tlone chmury i w ciem­nym obni­że­niu terenu dostrze­gli­śmy na brzegu nie­wy­raźne kształty mostu. Drew­niany most był cały. Pod mostem cicho plu­skała woda.

-?Myślę, że pode­szli­śmy do Rżewa! -?powie­dzia­łem star­szy­nie, masze­ru­ją­cemu obok. -?Oto Wołga, a na tam­tym brzegu Rżew. Pozna­jesz, star­szyna? Kie­dyś żeśmy razem tędy prze­cho­dzili! Tyle, że szli­śmy w drugą stronę. Pozna­jesz? To ta sama droga, którą skrę­ci­li­śmy, kiedy robi­li­śmy prze­marsz w rejon umoc­niony. Nie pozna­li­śmy jej po ciemku!

Rżew

Zza skraju stro­mego brzegu, po tam­tej stro­nie Wołgi, widać było ciemne dachy domów i nawi­słe nisko chmury, pod­świe­tlone od dołu ogniem. Dopiero teraz, scho­dząc do mostu, dostrze­gli­śmy przed sobą łunę wiel­kiego pożaru. Pło­mie­nie wisiały nad mia­stem i zło­wiesz­czo mio­tały się nad dachami. Snopy lecą­cych iskier krą­żyły w powie­trzu i uno­siły się w niebo. Blask ognia oświe­tlał kłęby czar­nego dymu. Cięż­kie, nalane dymem chmury pły­nęły nad mia­stem.

Wszedł­szy na most przez Wołgę, pokryty drew­nia­nymi balami, od razu zauwa­ży­li­śmy ludzi, prze­bie­ga­ją­cych od balu­strady do balu­strady. Jakieś nie­wy­raźne posta­cie mio­tały się w ciem­nym prze­lo­cie mostu.

"Być może utkwiła tam fur­manka? -?przy­szło mi do głowy. -?Koń nogę wsa­dził przez poszy­cie. Teraz trzeba go wycią­gać na wła­snym grzbie­cie. Na pewno myślą, że to dobrze, żeśmy w porę nade­szli!"

Jed­nakże żoł­nie­rze, zajęci na moście swo­imi spra­wami, nie zwró­cili na nas żad­nej uwagi. Pod­szedł­szy bli­żej i przyj­rzaw­szy się im, zatrzy­ma­li­śmy się, chcąc zapy­tać, gdzie są nasi i dokąd mamy iść.

-?Dawaj szyb­ciej! -?zakrzyk­nęli tamci, zoba­czyw­szy nas na moście. - Galo­pem na drugą stronę! Wysa­dzamy most!

I to było wszystko, czego zdo­ła­li­śmy się w biegu od nich dowie­dzieć. To byli sape­rzy z tej samej 119 Dywi­zji Strze­lec­kiej. Plu­ton, ciężko stą­pa­jąc, zagru­cho­tał po drew­nia­nym poszy­ciu, prze­biegł łuki mostu i zaczął powoli pod­cho­dzić w górę po bocz­nej dro­dze. Brzeg Wołgi od strony Rżewa był stromy.

Spóź­ni­li­by­śmy się o minutę -?i pofru­nę­li­by­śmy razem z mostem. Nie zdą­ży­li­śmy zro­bić nawet paru kro­ków po dro­dze, gdy za naszymi ple­cami, nad rzeką, roz­le­gły się dwie potężne eks­plo­zje. W powie­trze pole­ciały deski i bale, pode­rwała się zie­mia, ku niebu wbiły się fon­tanny wody.

Od razu powa­li­li­śmy się na dro­dze. Upa­dli­śmy, gdzie kto stał, nie wie­dząc, jak się ukryć przed wybu­chami. Przez jakiś czas leże­li­śmy, przy­le­pieni do zim­nych kamieni nawierzchni. Sądzi­li­śmy, że sape­rzy nie zde­to­no­wali jesz­cze wszyst­kich zało­żo­nych ładun­ków. Z góry zaczęły na nas spa­dać drew­niane odłupki, oblało nas wodą. W powie­trzu nio­sły się bry­zgi i mgła wodna. Miało się takie wra­że­nie, jakby nasiąk­nięte desz­czem chmury, zawie­szone nad rzeką, nie wytrzy­mały wła­snego cię­żaru i z hukiem lunęły na zie­mię.

Byli­śmy prze­ko­nani, że sape­rzy, wysa­dziw­szy most, od razu nas dogo­nią i wskażą nam drogę i kie­ru­nek, w któ­rym należy iść. Jed­nak zanim ogłu­szeni, mokrzy i krań­cowo umę­czeni, pod­no­si­li­śmy się, otrze­py­wa­li­śmy i docho­dzi­li­śmy do sie­bie, sape­rzy znik­nęli bez śladu w ciem­no­ściach.

Wspię­li­śmy się na górę i wyszli­śmy na wznie­sie­nie. Przed naszymi oczami leżało mia­sto, ską­pane w ogniu. Wszystko wokół -?i domy, i par­kany, roz­bite szyby i wyrwane z zawia­sów ramy, oba­lone ściany, zapad­nięte dachy, bez­ludne ulice -?odbi­jało się, jak w krzy­wym zwier­cia­dle i koły­sało się w poto­kach roz­grza­nego powie­trza. Wszystko w oczach dokądś pły­nęło.

Mia­sto zostało porzu­cone. Na uli­cach nie było widać ludzi. Gdzie szu­kać drogi? Gdzie się obró­cić? I w ogóle, dokąd mamy iść? Sta­li­śmy i patrzy­li­śmy na pło­nące domy. Ogromne czarne kłęby dymu, jak kule gigan­tycz­nych roz­mia­rów, prze­wa­lały się, krę­ciły i powoli wypeł­zały w górę. Nie było sły­chać ani huku, ani strze­la­niny. Potrza­ski­wały i syczały objęte pło­mie­niami drew­niane prze­pie­rze­nia domów. W powie­trzu wisiał wstrętny zapach spa­le­ni­zny. Pod nogami -?szara war­stwa popiołu. Przej­dziesz po niej pierw­szy i widać twoje ślady. Lecąca z góry sadza i popiół osia­dają ci na ramio­nach i heł­mie. Jaskrawe iskry i żarzące się ogienki węgli uno­szą się w powie­trzu i pobły­skują na ciem­nym tle.

Wepchnę­li­śmy się w jedną z ulic, ale gorące powie­trze odrzu­ciło nas z powro­tem. Rozej­rzaw­szy się wokół, rzu­ci­li­śmy się w drugą stronę, gdzie było mniej ognia. Co tam powie­trze i tlen! Nie było czym ode­tchnąć, nie było jak zła­pać tchu!

Żoł­nie­rze padali z nóg, droga zupeł­nie ich wyczer­pała. Przez dobę mar­szu ani razu nie przy­sie­dli­śmy! Kie­dyś odle­głość od tego mia­sta do rejonu umoc­nio­nego poko­na­li­śmy w trzech prze­mar­szach. Po każ­dym noc­nym mar­szu żoł­nie­rze mieli cały dzień odpo­czynku plus gorący posi­łek. Trzy prze­mar­sze! A teraz? Cały sie­dem­dzie­się­cio­ki­lo­me­trowy odci­nek prze­szli­śmy w dobę!

Zakła­da­li­śmy, że w mie­ście stoją woj­ska, że oto tutaj, na stro­mym brzegu, jest dobra pozy­cja obronna. Myśle­li­śmy, że nas tutaj powi­tają, dadzą odpo­cząć oraz, rzecz jasna, nakar­mią. A potem już poślą na nowe sta­no­wi­sko. Poza nie­wiel­kim zapa­sem chleba i sucha­rów nic ze sobą nie mie­li­śmy.

Zmę­czony i wycień­czony czło­wiek zawsze pokłada w kimś nadzieję. Ufa, że ktoś inny pomoże mu i zatrosz­czy się o niego. Żoł­nierz wyszedł z bro­nią, wyniósł na sobie amu­ni­cję, poko­nał taką drogę, a tutaj? Poza ogniem i dymem żywego ducha! Tu nie tylko nikt nas nie powi­tał, ale i nie ugo­to­wał menażki zupy. Czym oni wła­ści­wie byli tu zajęci?

W ogóle nie liczy­li­śmy się z tym, że w takim dużym mie­ście będziemy sami, że mia­sto porzu­cono, że będziemy musieli znowu iść i szu­kać sobie drogi. Do tej pory mie­li­śmy nadzieję i wiarę, że musimy tylko dotrzeć do Rżewa. Wszyst­kie swe siły prze­zna­czy­li­śmy i zuży­li­śmy na ten prze­marsz.

Ale gdzie roz­mi­nę­li­śmy się z Niem­cami, dla­czego nie ostrze­lali nas przy podej­ściu do mia­sta? A może skryła nas ciem­ność? Być może wzięli nas za swo­ich, za plu­ton nie­miec­kich żoł­nie­rzy, spo­koj­nie masze­ru­ją­cych drogą ku brze­gowi Wołgi... Nie, to raczej wyklu­czone!

To raczej nasi sape­rzy się pośpie­szyli, krzy­cząc nam jesz­cze, gdy prze­bie­ga­li­śmy most -?"Ruszać się szyb­ciej! Nie­miec­kie czołgi pod­cho­dzą do brzegu!". Żad­nych czoł­gów na tam­tym brzegu nie było widać. Nie było sły­chać odgłosu sil­ni­ków. Po pro­stu chcieli czym prę­dzej zakoń­czyć swoją robotę na moście.

Na uli­cach i w domach było zupeł­nie pusto, Ani jed­nej żywej duszy! Nawet nocni miesz­kańcy, ulu­bieńcy sta­ru­szek -?koty, gdzieś znik­nęły. O psach nawet nie mówię!

Sta­li­śmy na roz­wi­dle­niu dróg, przed nami stał znisz­czony bombą, bucha­jący ogniem dom. Jego wnę­trze ogar­nęły pło­mie­nie. Widać, że dom zapa­lił się póź­niej od zrzu­co­nych bomb zapa­la­ją­cych albo pada­ją­cych z góry węgli. Bomba burząca nie pod­pali budynku.

Pie­go­waty żoł­nierz, młody chło­pak, naj­młod­szy i naj­spryt­niej­szy w plu­to­nie, pobiegł ku pło­ną­cemu domowi. Chciał wsko­czyć na par­ter, jesz­cze nie objęty pożogą.

-?Gdzieś w pie­kło polazł? -?zakrzyk­nął star­szyna. -?Wra­caj tutaj! Zachciało mu się spło­nąć żyw­cem!

-?Łyżkę chcia­łem zna­leźć -?odpo­wie­dział tam­ten, wra­ca­jąc do pozo­sta­łych.

-?Nie ma łyżki! -?pod­chwy­cił któ­ryś ze sto­ją­cych żoł­nie­rzy.

-?Zgu­bił po dro­dze. Fajt­łapa!

-?No i masz!

-?On, towa­rzy­szu porucz­niku, chciał kapu­śniaczku ze świ­ninką pochli­pać. Wsa­dził łapę do kie­szeni, a łyżki na miej­scu nie ma!

-?Ty przy­pad­kiem nie do teścio­wej na bliny?

-?Nie. Niby dla­czego? Czego się śmie­je­cie?

-?A łyżka ci po co?

-?Myślisz, że zaraz pod­je­dzie kuch­nia?

-?Wszy­scy mają zostać na miej­scu! Nie szpe­rać po domach! Wszy­scy sły­szeli? To roz­kaz porucz­nika! -?powie­dział basem star­szyna.

Sta­łem i patrzy­łem w ogień. Wspo­mi­na­łem, jak we wcze­snej mło­do­ści, pod­kła­da­jąc drwa do roz­pa­lo­nego pieca47, sie­dzia­łem i patrzy­łem, jak poru­szają się ogni­ste polana, oto­czone kolo­rami pło­mieni. Długo można było patrzeć na palące się drwa i ogień -?i myśleć. I teraz sta­łem, patrzy­łem w ogień i zasta­na­wia­łem się. Musia­łem zebrać myśli. Musia­łem roz­wią­zać zada­nie z wie­loma nie­wia­do­mymi. W którą stronę popro­wa­dzić swo­ich żoł­nie­rzy, gdzie ich naj­le­piej uło­żyć na noc­leg?

Przy­po­mnia­łem sobie, że w ciągu dnia, gdy szli­śmy tutaj, klucz za klu­czem prze­la­ty­wały nad nami samo­loty. Oto ich robota! Niemcy, zająw­szy Zub­cow, prze­rwali się na Sta­ricę. Oba­wiali się flan­ku­ją­cego ude­rze­nia od strony Rżewa, więc zbom­bar­do­wali go i pod­pa­lili. Kie­ru­jąc na mia­sto lot­nic­two, zro­bili to pod­ręcz­ni­kowo. Bom­bar­do­wa­niem mia­sta osło­nili swoje woj­ska, prze­ry­wa­jące się na Kali­nin. Dzia­ła­jąc wyra­cho­wa­nie i według reguł, tym razem jed­nak popeł­nili błąd. Zało­żyli, że w mie­ście znaj­dują się nasze woj­ska i że roz­lo­ko­wane są po domach, cze­ka­jąc tylko na dogodny moment do ataku. Ogromny zapas bomb zrzu­cili na zupeł­nie puste mia­sto. 10 paź­dzier­nika przez cały dzień bom­bar­do­wali wylud­nione ulice, zaś nasze woj­ska, które dzień wcze­śniej ścią­gały do mia­sta, opu­ściły je jesz­cze w nocy. Z góry nie widać, czy idą woj­ska czy też poje­dyn­cze drobne grupy. Rów­nież miej­scowa lud­ność porzu­ciła mia­sto jesz­cze przed świ­tem. Tak więc Niemcy na próżno bom­bar­do­wali i pod­pa­lili mia­sto.

I oto my, ostatni plu­ton żoł­nie­rzy, prze­cho­dzimy po pło­ną­cych uli­cach Rżewa.

Sami widzi­cie na ilu stro­nach roz­ło­żyła się tylko jedna noc. Długa, nie­ma­jąca końca oraz jeden ciężki dzień 10 paź­dzier­nika 1941 roku. A ile ich jesz­cze będzie potem, bez­sen­nych, nie do znie­sie­nia, krwa­wych i cięż­kich ponad siły!

Rozdział 4 -?Rżew (październik 1941 roku)

Roz­dział 4 -?Rżew (paź­dzier­nik 1941 roku)

Zanim opo­wiem o naszym poby­cie w pło­ną­cym Rże­wie, chciał­bym powie­dzieć nieco o histo­rii i obli­czu mia­sta, które sta­nęło wtedy przed naszymi oczami. Nie dys­po­nuję dokład­nymi danymi o histo­rii tej kra­iny. Jed­nakże inte­re­sują mnie mia­sta, takie jak Rżew, Sta­rica, a w szcze­gól­no­ści Bie­łyj. To z nimi zwią­zane są dłu­gie i cięż­kie lata wojny.

Rżew to dość stare mia­sto na Rusi. Wspo­mina o nim jedna z wcze­snych kro­nik. Rżew po raz pierw­szy wspo­mniany jest w kro­nikach w roku 1216, kiedy to kniaź Świa­to­sław wraz ze swoją dru­żyną pró­bo­wał opa­no­wać mia­sto. Rżew się wtedy nie pod­dał. Jed­nak na początku następ­nego wieku mia­sto padło po najaz­dach Litwy. I dopiero po bitwie na Kuli­ko­wym Polu i roz­gro­mie­niu Ordy Mamaja, mia­sto wyzwo­liło się spod obcego uci­sku.

W 1485 roku Rżew wszedł w skład Księ­stwa Moskiew­skiego. Pod­czas wojen inf­lanc­kich Rżew został ponow­nie opa­no­wany przez Litwi­nów i Pola­ków. Gdy Polacy wtar­gnęli na zie­mie Rusi, w Rże­wie prze­by­wał przez jakiś czas Dymitr Samo­zwa­niec III.

Od naj­daw­niej­szych lat w gór­nym biegu Wołgi kwitł oży­wiony han­del i roz­wi­jało się rze­mio­sło. W tych odle­głych cza­sach ludzie osie­dlali się zwy­kle na brze­gach rzek i prze­wo­zili towary szla­kami wod­nymi. Łódki i stru­ganki były na pewno pierw­szymi środ­kami trans­por­to­wymi i poja­wiły się wcze­śniej niż wozy i drogi dla zaprzę­gów. W daw­nych wie­kach Wołga sta­no­wiła główny szlak trans­por­towy.

Gdy przez Rżew prze­szła win­daw­ska kolej żela­zna (dziś nazy­wana ryską), w mie­ście nastą­pił bujny roz­wój rze­mio­sła i han­dlu. W 1941 roku Rżew liczył 54 tysiące miesz­kań­ców. Do wojny mia­sto posia­dało głów­nie drew­nianą zabu­dowę. Oko­liczne lasy zapew­niały obfi­tość taniego budulca. Także i dziś Rżew jest oto­czony od zachodu dużymi masy­wami leśnymi.

Ulice w owym cza­sie były krzywe i wąskie. Drew­niane domy były par­te­rowe, kryte bla­chą oraz łupa­nym i cię­tym gon­tem. Po mie­ście były roz­rzu­cone kamienne budowle i domy. Stały głów­nie w cen­trum i na stro­mym brzegu rzeki, przy wjeź­dzie do mia­sta.

Nawierzch­nie, tro­tu­ary i lampy gazowe były tylko na głów­nych prze­lo­to­wych uli­cach, które słu­żyły za magi­strale. To po nich w cza­sach pokoju od wcze­snego ranka do póź­nego wie­czoru dud­niły wozy z towa­rami i skrzy­piały powolne chłop­skie fur­manki.

Z mia­sta w głów­nych kie­run­kach wycho­dziło pięć dróg. Pierw­sza główna droga szła na Sta­ricę i Kali­nin. Druga bru­ko­wana droga bie­gła na Zub­cow i Woło­ko­łamsk. Trze­cia, nie­malże cał­ko­wi­cie zde­wa­sto­wana, wiła się przez lasy i bagna w stronę Nie­li­dowa. Czwarta, zupeł­nie nie­przy­datna dla woj­sko­wych tabo­rów i arty­le­rii, szła wzdłuż lewego brzegu Wołgi na Sie­li­ża­rowo. Od niej, jeśli skrę­cić na pół­noc, można było odbić na Tor­żok. I ostat­nia, piąta, pod­cho­dziła do Rżewa zza Wołgi i to wła­śnie po niej weszli­śmy nocą do mia­sta. I to są wła­ści­wie wszyst­kie szlaki i drogi, które prze­cho­dzą przez Rżew.

Mia­łem w pamięci przy­bli­żoną loka­li­za­cję tych pię­ciu dróg, ale znaj­du­jąc się wśród wąskich i poplą­ta­nych ulic, nie mogłem zła­pać orien­ta­cji i nie byłem w sta­nie wybrać odpo­wied­niego kie­runku. Kie­dyś widzia­łem mapę tego rejonu, lecz wów­czas nie sądzi­łem, iż przyj­dzie mi pro­wa­dzić żoł­nie­rzy przez puste i wylud­nione mia­sto. Gdy­bym wie­dział to wcze­śniej, zapa­mię­tał­bym wszystko jak należy. A teraz sze­dłem i z wysił­kiem wyszu­ki­wa­łem w pamięci roz­miesz­cze­nie tych pię­ciu dróg.

Według kom­pasu wybra­łem ulicę pro­wa­dzącą w kie­runku pół­noc­nym. Ruszy­li­śmy z miej­sca i poszli­śmy nią, ale ta wkrótce ostro zawi­nęła i wypro­wa­dziła nas z powro­tem na brzeg Wołgi. Bez mapy trudno było okre­ślić, gdzie się w danym momen­cie znaj­du­jemy i któ­rędy będzie lepiej iść.

Nie mie­li­śmy ze sobą planu mia­sta, a z pło­ną­cego Rżewa trzeba było ucie­kać jak naj­szyb­ciej. Pożar objął całą połu­dniową część oraz dwor­cową stronę mia­sta.

Patrzy­łem na morze ognia i myśla­łem -?mia­sto spło­nie w ciągu naj­bliż­szych dni. Wszę­dzie buszują pło­mie­nie, ryczą i nabie­rają siły! Ogień w oka­mgnie­niu prze­rzuca się z jed­nego budynku na drugi. Dzieje się to tak szybko, że nie zdą­żysz nawet mru­gnąć okiem. Roz­grzana do gra­nic ściana sąsied­niego drew­nia­nego domu pokrywa się war­stwą ognia w sekundę. Ogień tylko ją liź­nie swym sze­ro­kim pędz­lem czer­wo­nego pło­mie­nia i z bla­do­sza­rej nagle robi się jaskrawa i dyszy pożogą. Za kilka dni w mie­ście pozo­staną gołe kamienne ściany i puste pudełka domów, opa­lone szkie­lety pie­ców i kominy, samot­nie ster­czące do góry. Tu i ówdzie z sadzy i popiołu będą wysta­wać opar­cia żela­znych łóżek i opa­lone arku­sze dacho­wej bla­chy. Nad mia­stem zawi­śnie sza­ro­nie­bie­sko­czarną chmurą duszący zapach zetlo­nych ludz­kich sie­dzib, spa­lo­nych szmat i odpad­ków.

Sto­imy na rogu dwóch bru­ko­wa­nych ulic, po lewej i pra­wej stro­nie palą się domy. Muszę na nowo wybrać kie­ru­nek. Którą z tych ulic lepiej iść? Dokąd pro­wa­dzą te drogi? Którą z nich wyj­dziemy na pół­nocne pery­fe­ria mia­sta? Moi zoł­nie­rze stoją z tyłu. Nie mają sił, by nie­po­trzeb­nie prze­bie­rać nogami. Stoją i cze­kają, kiedy ja wraz ze star­szym sier­żan­tem Sie­ni­nem wybie­rzemy ulicę. Wycze­ku­jąco patrzą mi w plecy. Czuję to i śpie­szę się.

W końcu decy­duję się i robię krok w stronę ulicy odbi­ja­ją­cej w lewo. Żoł­nie­rze ruszają z miej­sca i powoli odcho­dzimy gdzieś w ciem­ność. Idąc jeste­śmy czę­sto zmu­szeni , by przy­ci­skać się do jed­nej strony ulicy - druga ogar­nięta jest bucha­ją­cym ogniem i gry­zą­cymi kłę­bami dymu, który pali i kłuje w oczy. Bywa, że zakry­wa­jąc twarz ręka­wem szy­nela, przy­cho­dzi nam poje­dyn­czo prze­bie­gać wąskie prze­strze­nie pomię­dzy poża­rami.

Powia­dają, że pod­czas kre­ma­cji zmar­łych ludzi, ci zaczy­nają się chy­bo­tać w ogniu i poru­szają sta­wami. Nie podej­muję się oceny czy tak się dzieje, czy nie. Ale w Rże­wie w pło­ną­cych domach sam widzia­łem, jak sprzęty domowe, dzie­cięce wózki, żela­zne łóżka, cyno­wane samo­wary kur­czyły się we wście­kłym ogniu, wykrzy­wiały się i gięły, jak żywe.

W ogniu waliło się wszystko, nie tylko dachy i ściany. W powie­trze fru­nęły arku­sze bla­chy z dachów, pło­nęły i łamały się jak zapałki grube bale, od ognia roz­sy­py­wały się roz­pa­lone ściany z cegieł.

Ale oto pło­mienne kłęby dymu i gore­jące budynki zostały z tyłu. Powoli odda­lamy się w ciem­ność pustyn­nych ulic i zauł­ków. Wyło­żona bru­kow­cami jezd­nia powinna nas wypro­wa­dzić na ciche przed­mie­ście.

Zoł­nie­rze potrze­bują odpo­czynku. Zważ­cie, że jeste­śmy na nogach już całą dobę! Ludzie są u kresu sił!

Długo i powoli idziemy, postu­ku­jąc sta­lo­wymi pod­ko­wami butów po nawierzchni, a ten dźwięk żoł­nier­skich bucio­rów roz­nosi się w gro­bo­wej ciszy szcze­gól­nie zło­wiesz­czo. Ciemna ulica nie­ocze­ki­wa­nie skrę­ciła i rów­nie nie­spo­dzie­wa­nie urwała się na skraju gołego nie­prze­nik­nio­nego pola. Zna­leź­li­śmy się na przed­mie­ściu Rżewa.

Ostat­nim budyn­kiem przy dro­dze był nie­wielki drew­niany dom. Okna zasło­nięte gru­bymi okien­ni­cami. Drzwi prze­pa­sane w poprzek sta­lową sztabą z zawie­szo­nym na niej masyw­nym zam­kiem. Maga­zyn, nie maga­zyn? Sklepu też nie przy­po­mina! Pośrodku domu widać ganek wysoki na cztery stop­nie. Dach żela­zny, a poni­żej żad­nego pań­stwo­wego szyldu.

Z mia­sta wyszli­śmy nie­ocze­ki­wa­nie i dla­tego od razu się zatrzy­ma­li­śmy. W ciem­ność odcho­dziła tylko bru­ko­wana droga, którą dopiero co szli­śmy. Rozej­rza­łem się wokoło. Obok mnie jest star­szyna Sie­nin, żoł­nie­rze nieco z tyłu stoją pod pło­tem. Nie­wiel­kie drew­niane domki, bar­dziej podobne do wiej­skich chat -?wszyst­kie czer­nieją z tyłu po obu stro­nach ulicy. Przed nami odkryte pole i na sto kro­ków prak­tycz­nie żad­nej widocz­no­ści. Powie­trze jest tu czy­ste. Pocią­gniesz nosem -?ani smrodu, ani spa­le­ni­zny. W gar­dle dra­pie tylko sadza, która osia­dła wcze­śniej.

-?Gdzie zano­cu­jemy? -?zapy­ta­łem star­szynę. -?Domy wszę­dzie są maleń­kie. Wszy­scy do jed­nego nie wlezą.

Star­szy sier­żant nie zdą­żył odpo­wie­dzieć. Któ­ryś ze sto­ją­cych z tyłu żoł­nie­rzy potarł zapałką i posta­no­wił zapa­lić. Na błysk ogieńka, z ciem­no­ści, od strony odsło­nię­tej drogi, gorą­cymi smu­ga­czami wygar­nął kara­bin maszy­nowy. Kule szły wyżej nad głową, na pozio­mie dachów, dosze­dłem zatem do wnio­sku, że nie trzeba padać na zie­mię. Star­szyna Sie­nin rów­nież pozo­stał na nogach, odpro­wa­dza­jąc kule wzro­kiem. Patrze­li­śmy przed sie­bie, tam, gdzie droga ucho­dziła w mrok i gwał­tow­nie opa­dała w dół. Stam­tąd, z zagłę­bie­nia terenu, leciały w naszą stronę roz­pa­lone kule. W ślad za pierw­szymi strza­łami ciem­ność prze­cięło jesz­cze kilka dłu­gich serii, które zabrzę­czały po sąsied­nim bla­sza­nym dachu. Mimo­wol­nie pochy­li­li­śmy głowy, lecz sta­li­śmy dalej. Sły­chać było, jak kule świsz­czą i ude­rzają w meta­lowe pokry­cie.

Lecz co było w owym ostrzale dzi­wacz­nego i nie­zwy­kłego? Ani okrzyku - "Stój! Kto idzie?", -?ani innych rosyj­skich czy nie­miec­kich słów i prze­kleństw. Nie wyda­łem moim żoł­nie­rzom komendy "pad­nij!". Wszystko stało się samo z sie­bie w mgnie­niu oka. Żoł­nie­rze ujrzeli kule, szybko odbie­gli do tyłu i teraz, przy­ci­snąw­szy brzu­chy, leżeli w przy­droż­nym rowie. Ja i star­szyna sta­li­śmy i patrzy­li­śmy, skąd bije kara­bin maszy­nowy.

-?Kto to, nasi czy Niemcy? -?powie­dzia­łem głu­chym i ści­szo­nym gło­sem. - Jeśli nasi, to dla­czego na nas nie zawo­łali jak należy i tłuką po swo­ich, nie patrząc?

-?To Niemcy, towa­rzy­szu porucz­niku! -?odrzekł star­szy sier­żant zachryp­nię­tym basem. -?Mogli podejść do mia­sta po linii kole­jo­wej od strony Ole­nina!

Wspią­łem się po schod­kach na otwarty ze wszyst­kich stron ganek i posta­no­wi­łem popa­trzeć z góry, skąd strzela kara­bin maszy­nowy. Dosze­dłem do wnio­sku, że w ciem­no­ści nie powinni mnie zauwa­żyć, więc bez­po­śred­nie tra­fie­nie jest pra­wie nie­moż­liwe.

Star­szyna obej­rzał się do tyłu i powie­dział coś do leżą­cych w rowie żoł­nie­rzy. Wie­kiem wszy­scy wojacy byli dużo starsi ode mnie. Ich doświad­cze­nie życiowe podpowie­działo im, że stać tu nie należy, bo można zła­pać kulkę. Od razu odbie­gli w tył i scho­wali się w rowie. A ja po to jestem porucz­ni­kiem, żeby stać na ganku i patrzeć przed sie­bie na drogę. Powi­nie­nem decy­do­wać, co robić dalej.

Wraz z sier­żan­tem prze­cze­ka­łem ostrzał, choć każdy z nas mógł zali­czyć zabłą­kaną kulę w brzuch -?niech no tylko strze­lec obniży tro­chę celow­nik.

Pod kulami zna­leź­li­śmy się po raz pierw­szy i natu­ral­nie nie do końca rozu­mie­li­śmy, jak zabi­jają ludzi. Nie mie­li­śmy przy sobie nawet środ­ków opa­trun­ko­wych. Przy odjeź­dzie z Moskwy wszy­scy myśleli, że po przy­by­ciu na front wszystko nam zapew­nią i wyda­dzą. Lecz sprawy poto­czyły się tak, że zosta­li­śmy bez środ­ków opa­trun­ko­wych.

Tak jak wcze­śniej, sta­li­śmy i patrzy­li­śmy w ciem­ność -?ja na ganku, a star­szyna cztery stop­nie niżej.

-?A może to nasi? -?zapy­ta­łem star­szynę, scho­dząc po schod­kach na zie­mię.

-?U naszych, porucz­niku, poci­sków smu­go­wych nie widy­wa­łem.

Sta­li­śmy w zadu­mie, mil­cze­li­śmy i nie wie­dzie­li­śmy, co robić. Świst kul na jakiś czas ucichł. Ale oto znowu z brzę­kiem ude­rzyły w dach i zmu­siły nas do pochy­le­nia się. Po raz pierw­szy nad głowa gwiz­dały mi praw­dziwe kule. Wyda­wały jakiś wstrętny brzę­czący dźwięk. Nie wyobra­ża­łem sobie, aby mogły tak po pro­stu pozba­wić czło­wieka życia. Za to moi żoł­nie­rze poj­mo­wali to lepiej ode mnie. Od razu wykal­ku­lo­wali, że nie powinni pchać się do przodu.

Przed sobą widzia­łem jak kule, prze­la­tu­jąc nad samym grzbie­tem pagórka, zacze­piały o zie­mię i roz­la­ty­wały się wachla­rzem w górę na różne strony. Od razu zro­zu­mia­łem, że nie ma naj­mniej­szego sensu kłaść się na zie­mię. Kara­bin maszy­nowy raz jesz­cze wygar­nął w naszą stronę, a strze­lec widocz­nie chciał wyce­lo­wać nieco niżej, bo na bru­ko­wa­nej dro­dze wyrósł roz­ca­pie­rzony snop gorą­cych smu­ga­czy. Ude­rzały o kocie łby i leciały wachla­rzem w górę. Stało się dla mnie jasne, że znaj­du­jemy się w mar­twej stre­fie ostrzału. Sto­imy w takim miej­scu, w takim punk­cie terenu, do któ­rego kule nie dolecą. Star­szyna najwidocz­niej rów­nież o tym pomy­ślał.

"Nie­chaj pomy­ślę -?zwró­ci­łem się w myślach sam do sie­bie. Jak zatem mogli dostrzec ogie­niek zapa­lo­nej zapałki czy skręta, jeśli kule kara­binu maszy­no­wego zacze­piają o kamie­nie na dro­dze, gdy strze­lec usi­łuje celo­wać tro­chę niżej? Ktoś tam u nich stoi wypro­sto­wany i kory­guje ogień, a strze­lec bije z pozy­cji leżą­cej. Kara­bin maszy­nowy ewi­dent­nie pró­buje nas wyma­cać i stara się puścić serię na pozio­mie pod­nóża ściany domu, ale to mu się nie udaje."

Ode­szli­śmy z Sie­ni­nem od ganku, a kule grze­cho­tały teraz po bla­sza­nym dachu od naszej strony. Nie wie­dząc, co robić i jakie pod­jąć kroki, sta­łem nie­zde­cy­do­wa­nie za węgłem i myśla­łem. Patrzy­łem na drogę i usi­ło­wa­łem sobie przy­po­mnieć pasu­jący przy­kład z kur­sanc­kiej prak­tyki na uczelni woj­sko­wej, ale nie znaj­do­wa­łem odpo­wie­dzi. Nie mogę prze­cież hanieb­nie umy­kać przed pierw­szą napo­tkaną kulą czy serią z erka­emu.

Obej­rza­łem się za sie­bie. Żoł­nie­rze już nie palili. Nad kra­wę­dzią rowu spod heł­mów wyzie­rały ich twa­rze. Na twa­rzach -?nie­do­wie­rza­nie.

-?Na co on czeka? O co mu tak naprawdę cho­dzi?

-?Trzeba czmy­chać czym prę­dzej! A on stoi i mar­nuje czas!

-?Niech no jesz­cze wymy­śli -?"Peł­za­niem, naprzód marsz!"

Nie­stety było ciemno i nie mogłem przy­wią­zać nazwisk do twa­rzy. A tak po praw­dzie, nale­ża­łoby znać swo­ich żoł­nie­rzy i wie­dzieć, który z nich bojaź­li­wie sku­lił się w rowie.

Strze­la­nina ustała. Dokład­nie zano­to­wa­łem w pamięci, skąd strze­lał kara­bin maszy­nowy. Wzgó­rek, za któ­rym skry­wała się droga, był bli­żej nie­miec­kiego erka­emu niż mnie. Mogłem go dosię­gnąć pła­skim ogniem, celu­jąc według lecą­cych na spo­tka­nie poci­sków smu­go­wych. Mógł­bym ściąć tych, któ­rzy stali koło kara­binu maszy­no­wego.

-?Star­szyna! -?powie­dzia­łem zde­cy­do­wa­nym tonem. -?Szybko erkaem na ganek!

-?Co wy, towa­rzy­szu porucz­niku! Nie mamy środ­ków opa­trun­ko­wych!

-?Dwaj erkaem! Mówię do cie­bie prze­cież! Sam będę strze­lać! Celow­ni­czego zostaw pod pło­tem!

Żoł­nie­rze w rowie cof­nęli się.

"Całe życie sobie nie daruję, że na oczach wszyst­kich prze­stra­szy­łem się nie­miec­kiego kara­binu maszy­no­wego!" -?pomy­śla­łem.

Star­szy sier­żant wezwał strzelca, wziął od niego erkaem, usta­wił go na ganku, poło­żył obok dysk nabity nabo­jami i odszedł za róg domu.

"Dobrze zro­bił -?pomy­śla­łem. -?Nie ma sensu ryzy­ko­wać we dwóch naraz."

Usta­wi­łem listwę celow­nika na odpo­wied­nią odle­głość, ude­rze­niem dłoni wci­sną­łem dysk pod blo­kadę w komo­rze, zarzu­ci­łem pas nośny za łokieć, przy­ci­sną­łem kolbę erka­emu do ramie­nia i policzka i zaczą­łem spo­koj­nie cze­kać na uka­za­nie się smu­go­wego ognika nad zała­ma­niem drogi. Z broni strze­lec­kiej kro­pi­łem dosko­nale. Długo cze­ka­łem na poja­wie­nie się bły­sku smu­ga­czy. Ale oto wresz­cie zalśnił w ciem­no­ści. I wtedy naci­sną­łem spust.

Pięć kul, jesz­cze pięć i ponow­nie krótka seria w tamtą stronę. Uspo­ka­ja­łem sam sie­bie, że mie­rzony ogień należy pro­wa­dzić krót­kimi seriami.

"Strze­laj celu­jąc, spo­koj­nie, bez pośpie­chu!" -?mówi­łem sam do sie­bie, puściw­szy jesz­cze trzy krót­kie serie nad kra­wę­dzią drogi.

-?Towa­rzy­szu porucz­niku! Kara­bin maszy­nowy zamilkł! Zatkał się zaraz po waszym pierw­szym wystrzale! -?powie­dział basem star­szyna, wycho­dząc zza węgła.

Daję jesz­cze trzy krót­kie serie, wpa­truję się i czuj­nie wsłu­chuję w ciem­ność, po czym pod­no­szę się z ganku. Roz­ka­zuję star­szy­nie zabrać erkaem i oddać go celow­ni­czemu.

-?No i teraz, star­szyna, mamy porzą­dek! A w sercu mam bło­gość i spo­kój! Jak ci to lepiej wytłu­ma­czyć?

-?Teraz można spo­koj­nie podrep­tać z powro­tem i poszu­kać nowej drogi!

-?Ale z naszymi żoł­nie­rzy­kami to się jesz­cze gory­czy nały­kamy! Zapa­mię­taj moje słowa!

I fak­tycz­nie, potem star­szy sier­żant tra­fił wraz z nimi do nie­woli, a mi te słowa na długo utkwiły w pamięci.

Mia­łem dobry nastrój. Zmu­si­łem do mil­cze­nia nie­miecki kara­bin maszy­nowy. Choć tak naprawdę nie zro­bi­łem niczego szcze­gól­nego.

-?Idziemy z powro­tem! -?zako­men­de­ro­wa­łem, odwró­ci­łem się i posze­dłem wzdłuż par­kanu. Być może Niemcy zdą­żyli prze­pra­wić się przez Wołgę i podejść do mia­sta z tej strony. Czy nie strze­la­łem aby po swo­ich?

Żoł­nie­rze wyle­gli z rowu, wypro­sto­wali plecy, zarzu­cili kara­biny na ramiona i poszli, skro­biąc fle­kami butów po nawierzchni.

"No i pło­chliwi jacyś są" -?pomy­śla­łem, patrząc z ukosa w ich stronę. Wszy­scy w kon­kret­nym wieku i o solid­nym wyglą­dzie. Kiedy nie strze­lają, roz­ma­wiają, wszyst­kiego docie­kają z prze­ko­na­niem, a nawet z upo­rem. Zapewne im mniej czło­wiek wie, tym bar­dziej jest prze­ko­nany o wła­snym zda­niu. I oto idą, skro­biąc bucio­rami po bruku, moi żoł­nie­rze, z któ­rymi jutro mam zaczy­nać praw­dziwą wojnę. Usły­szeli poświ­sty­wa­nie kul i pocho­wali się! Tra­fili pod ostrzał i wpa­dli do rowu!

A może ja tak... nie­po­trzeb­nie, może nie mam racji? Być może się mylę? W tej chwili fak­tycz­nie wyglą­dają na umę­czo­nych i sko­na­nych. Prze­cież prze­szli­śmy bez mała sie­dem­dzie­siąt kilo­me­trów i przez całą dobę ani razu nie przy­sie­dli­śmy. Szli­śmy cały wie­czór, całą noc i potem cały dzień. Teraz jest już noc, a końca drogi nie widać! Oni zwy­czaj­nie opa­dli z sił i padają z nóg, więc uwa­lili się w rowie, żeby odpo­cząć. Ja jestem młod­szy i trzy­mam się na nogach, a dla nich takie leże­nie w rowie to od dawna wycze­ki­wany odpo­czy­nek.

Jak ode­brać ten ostrzał? Jako począ­tek wojny? Chrzest bojowy? Czy pierw­sze prze­ra­że­nie? Moi czter­dzie­sto­letni żoł­nie­rze nie tylko nie zechcieli odpo­wie­dzieć ogniem, ale byli głę­boko prze­ko­nani, że powinni wojo­wać wyłącz­nie w pod­ziem­nych schro­nach. Ni­gdy nie przy­pusz­czali, że tra­fią do pie­choty niczym pro­ści żoł­nie­rze-strzelcy. Nie uwa­żali się za odpo­wied­nich do służby linio­wej , ponie­waż zostali wybrani do sie­dze­nia pod zie­mią w beto­no­wych kapo­nie­rach. Na powierzchni ziemi mogłem wojo­wać ja, star­szyna Sie­nin i żoł­nierz Zachar­kin. Wszy­scy pozo­stali byli spe­cja­li­stami i mogli obsłu­gi­wać wyłącz­nie pod­ziemną tech­nikę. Nawet na front wysłano ich z myślą, aby sie­dzieli w rejo­nie umoc­nio­nym, a nie bie­gali jak głupcy z kara­bi­nami przez pierś i krzy­czeli pod kulami "Ura!". Wtedy, masze­ru­jąc po mrocz­nych uli­cach Rżewa, wiele prze­my­śla­łem.

Zawi­nąw­szy za róg, poszli­śmy z powro­tem do mia­sta. Po jakimś cza­sie dotar­li­śmy do dru­giej bru­ko­wa­nej ulicy, odcho­dzą­cej na pół­noc. Skrę­ci­li­śmy nią w ciem­ność i poma­sze­ro­wa­li­śmy w nowym kie­runku.

W mie­ście na­dal było bez­lud­nie, głu­cho i cicho. I tylko dźwięczne ude­rze­nia sta­lo­wych fle­ków żoł­nier­skich butów ostro i gło­śno grzmiały na kamien­nej jezdni.

Idę i przy­glą­dam się fasa­dom domów, dębo­wym wie­rze­jom i nie­wy­raź­nym pło­tom. Kro­czę środ­kiem bru­ko­wa­nej ulicy, roz­glą­dam się na boki i usi­łuję zro­zu­mieć, co tak naprawdę jest szcze­gól­nego i god­nego uwagi w wyglą­dzie tego mia­sta. Gdzie się podziała pięć­dzie­się­cio­ty­sięczna lud­ność? Za dwa dni domy, ulice i całe mia­sto znikną w ogniu i obraz sta­rego grodu pozo­sta­nie tylko w pamięci żywych ludzi. Cał­kiem nie­dawno kotło­wało się tu praw­dziwe życie i kipiały ludz­kie namięt­no­ści. Dni mijały na tro­skach i pracy. W domach miesz­kali ludzie, w pie­cach wrzały gary, na kuch­niach syczały patel­nie, na węglach sapały samo­wary, skrzy­piały deski pod­ło­gowe, trza­skały drzwi, bie­li­zna wisiała na sznur­kach, przy szo­pach rąbano drewno i skła­dano je w sto­sach pod pło­tami, a po uli­cach tur­ko­tały wozy. I co jest cha­rak­te­ry­styczne: gdzie nie spoj­rzeć, wszę­dzie par­te­rowe, oto­czone na głu­cho pło­tami, pry­watne domy i bramy, zamknięte na zasuwy i rygle. Okna domów szczel­nie zasło­nięte dwu­skrzy­dło­wymi okien­ni­cami. Oszczę­dzają szyby czy boją się zło­dziei?

Stoją wśród nich i zmur­szałe, cał­kiem pochy­lone domeczki kryte gon­tem, zzie­le­nia­łym od sta­ro­ści. W nie­któ­rych dachy poro­sły drob­nym mchem przy­po­mi­na­ją­cym aksa­mit.

Rżew jest róż­no­rodny. Jed­nak więk­szość domów jest jesz­cze solidna i przy­zwo­icie zbu­do­wana. Przy ulicy stały także jed­no­pię­trowe drew­niane domy miesz­kalne. Zapewne miesz­kali w nich robot­nicy. Wycho­dziły fasa­dami bez­po­śred­nio na ulicę, okna miały otwarte na oścież, drzwi maj­tały się na obwi­słych zawia­sach. Wewnątrz hulały prze­ciągi i wiatr, z wnę­trza wyle­wały się na ulicę roz­ma­ite zapa­chy. Pach­niało miesz­ka­niami, sprzę­tami kuchen­nymi, spa­le­ni­zną nafty, czymś ski­słym, jakby skwa­śnia­łymi goto­wa­nymi ziem­nia­kami albo kiszoną kapu­stą. Już całą dobę niczego nie jedli­śmy i od tych kuchen­nych zapa­chów bur­czało w brzu­chu, mąciło świa­do­mość, zbi­jało z nóg.

Star­szyna Sie­nin to praw­dziwy nie­go­dzi­wiec! Nie­po­trzeb­nie wtedy przy poża­rze zru­gał żoł­nie­rza Zachar­kina. Z otwar­tego okna jaw­nie zawiało zapa­chem kiszo­nej kapu­sty. A gdyby tak teraz kapu­śniak ze świ­ninką? Całe zmę­cze­nie by prze­szło!

Star­szy sier­żant Sie­nin masze­ruje obok. Pociąga z kułaka papie­ro­ska i mil­czy. Oto i jego nos pro­wa­dził ku otwar­temu oknu, ale potrzą­snął głową jak byk i nic nie powie­dział. Mil­czą też zoł­nie­rze, wychwy­tu­jąc zapach.

Dosyć tego! -?posta­na­wiam. Nie będę roz­po­czy­nać dys­ku­sji z powodu kapu­śniaku. Star­szyna ma lep­szy węch niż ja. Kiedy zza Wołgi pod­cho­dzi­li­śmy do Rżewa, świa­tła i samego pożaru za lasem nie było widać. Obró­cił wtedy do mnie głowę i powie­dział:

-?Pach­nie spa­le­ni­zną, porucz­niku! Rżew jest gdzieś nie­da­leko, mia­sto musi się palić.

Sze­dłem wtedy drogą i zapa­chu spa­le­ni­zny nie czu­łem. Teraz, gdy prze­cho­dzi­łem obok otwar­tych okien, ude­rzył mnie w noz­drza zapach przy­pa­lo­nych ziem­nia­ków na sło­ni­nie. Star­szyna pokrę­cił nosem, poczo­chrał się dło­nią za uchem, potarł pod­bró­dek, spoj­rzał ze zło­ścią w tamtą stronę i wes­tchnąw­szy głę­boko w mil­cze­niu przy­spie­szył kroku.

-?Bra­cia, pach­nie jedze­niem! -?powie­dział gło­śno któ­ryś z żoł­nie­rzy.

-?Wędruj, wędruj! -?usły­sza­łem głos Zachar­kina. -?Na mnie za łyżkę się wydzie­rali! A sami? Tylko przy­pa­lo­nymi ziem­niacz­kami zapach­niało, a już ślinka pole­ciała!

-?Nie zosta­wać! -?krzyk­nął basem star­szyna.

Żoł­nie­rze przy­śpie­szyli kroku i od razu jakoś się zgar­bili i stra­cili humor.

Nie wszyst­kie domy miesz­kalne były tak samo szare i podobne do sie­bie. Komu­nalne budynki patrzą na ulicę fasa­dami. A pry­watne głów­nie kryją się za pło­tami. W leci­wych domach przy­zby są z ziemi, a te cał­kiem stare i na wpół znisz­czone osia­dły w ziemi i wro­sły w nią po same okna. Stały przez całe wieki, a teraz wraz z innymi doży­wają swego ostat­niego dnia.

Ulica, ulica! Wszystko tu przy­ci­chło i czeka, aż zbliży się ogniowa burza!

Domy są niczym żywi ludzie. Mają różne cha­rak­tery, wygląd i styl: szare, ciemne, gład­kie i sękate, przy­gar­bione i wypro­sto­wane o wiel­kiej uro­dzie i postu­rze, z wyglądu nieco jak nasz star­szyna. Każdy jest inny, a jed­no­cze­śnie w czymś podobny wyglą­dem swych okien­nic, obra­mo­wań, drzwi i okien.

Wszyst­kie zostały kie­dyś zbu­do­wane od nowa wprawną i pokrytą odci­skami ręką. Prze­stały wiele lat, słu­żyły ludziom, były dla nich bli­skie. Wielu ludzi spę­dziło tu dzie­ciń­stwo i mło­dość, cicho i nie­zau­wa­żal­nie upły­nęło tu całe ich życie. Każdy miał tu swój kącik, swoją furtkę, roz­po­zna­walną po omacku, drzwi otwarte sze­roko na ulicę, skrzy­piące schody i deski pod­łogi, nie­wielki pokój i tanie tapety na ścia­nach.

Tam w ramce pod szkłem wiszą na ścia­nie foto­gra­fie ludzi, któ­rzy tu kie­dyś miesz­kali i dawno ode­szli z tego świata, nie pozo­sta­wia­jąc po sobie śladu na ziemi. Oto otwarte okienko z kre­to­nową zasłonką i doniczką gera­nii na para­pe­cie. Wszystko to dziś stoi i czeka swej ostat­niej godziny. Jutro wszystko spło­nie, zamieni się w hałdę sza­rego żużlu i nie­po­trzeb­nego popiołu. Nie będzie ani mia­sta, ani zna­jo­mej ulicy, ani rodzin­nego domu, gdzie wcze­śniej był i miesz­kał czło­wiek. Potem będą do niego wra­cać tylko w snach. Rodzin­nego domu ni­gdy nie da się zapo­mnieć!

Gdzieś z tyłu buszuje i ryczy pożoga. Pło­mie­nie pędzą uli­cami coraz szyb­ciej.

A może w tych domach oto­czo­nych pło­tami sie­dzą ukryci żywi ludzie? Powiedzmy, wła­ści­ciel domu -?były han­dlarz z bazaru albo fur­man z pry­wat­nym zezwo­le­niem, który nagro­ma­dził złotka czy innego dobra. Sie­dzi w środku i czeka na zmianę wła­dzy. A dopóki idziemy i postu­ku­jemy butami po jezdni to zna­czy, że wła­dza jest na miej­scu i jesz­cze się nie zmie­niła.

Spa­li­cie się odszcze­pieńcy żyw­cem ze swoim dobrem, jeśli w ocze­ki­wa­niu na nowe rządy będzie zawzięci i uparci. Nie wolno sprze­da­wać swej ziemi i narodu. Na darmo się ukry­li­ście i zamknę­li­ście na zasuwy. Dach i ściany domu, płoty, oka i drzwi nagrzeją się nie wia­domo kiedy, pło­mie­nie w jed­nej chwili ogarną wszystko wokół. Spło­nie­cie w strasz­nym ogniu i nie zdą­ży­cie pisnąć.

Żoł­nie­rze idą po bru­ko­wa­nej jezdni, grzmią sta­lo­wymi fle­kami wśród mil­cze­nia nocy.

Nie­po­trzeb­nie cho­wają się i kryją przed nami. Jeste­śmy pro­stymi żoł­nie­rzami i takimi samymi Rosja­nami. Nas także czeka nie­znane. My chcemy tylko zapy­tać, dokąd pro­wa­dzi ta droga? Nie mamy sił, aby stu­kać po kolei do każ­dego domu i pytać o drogę odlud­ków, zamknię­tych i pocho­wa­nych, sie­dzą­cych po cichu, któ­rzy nie wie­dzą, że w "Wiel­kich Niem­czech" prawo chroni pry­watną wła­sność, ale tylko nie­miecką. A pozo­stałe, inne nacje, pod­le­gają likwi­da­cji wraz z mająt­kiem. Nam, żoł­nie­rzom wojny, cudze dobro i graty nie są potrzebne. Nam, bie­da­kom, pożar w Rże­wie nie straszny. Żoł­nie­rzowi pas od kara­binu prze­tarł ramię, worek-ple­cak, nabity amu­ni­cją, tnie tro­kami kark. Tak roz­my­śla­łem, masze­ru­jąc po mar­twym mie­ście.

Ulica, ulica! Cicha jesteś niczym pusty­nia! Drżysz i koły­szesz się w bla­sku pło­mieni pożaru i mroku nocy! Jaka będziesz jutro w jasnym świe­tle słońca? Jeste­śmy ostat­nimi, któ­rzy kro­czą po two­jej nawierzchni!

Przy rogu pię­tro­wego domu, wprost na jezdni, twa­rzą do ziemi leżał czło­wiek w żoł­nier­skim szy­nelu. Leżał i nie ruszał się.

Do tej pory ani razu nie widzie­li­śmy zabi­tego. Oczy­wi­ście było to dla nas coś nowego i nie­zwy­kłego. Żoł­nie­rze od razu go obstą­pili. Stali i patrzyli na niego z góry, szu­ka­jąc oczami plam krwi na ulicy. Każdy myślał po swo­jemu i wyobra­żał sobie, jak to się stało i jak dopa­dła go śmierć. Weźmy takie smu­ga­cze, gore­jące w ciem­no­ści oło­wiane kule. Jedna taka, szybka i zwinna, nad­le­ciała jak maleńka psz­czółka, użą­dliła i nie ma czło­wieka, nie ma żoł­nie­rza! Został szy­nel, buty i bez­kształtne ciało zabi­tego, leżące na jezdni.

To był pro­sty sze­re­gowy, w pomię­tym szy­nelu, bez pasa, bez hełmu czy fura­żerki na gło­wie i bez swo­jego kara­binu.

Wielu z naszych dziad­ków, popa­trzyw­szy nań, obna­żyło głowy. Stali nad mar­twym cia­łem żoł­nie­rza i tak, jak jest to przy­jęte, przez jakiś czas mil­czeli.

Star­szy sier­żant Sie­nin pod­szedł do tłumku, roze­pchnął żoł­nie­rzy i pochy­lił się nad tru­pem.

"Czego on tam węszy? -?pomy­śla­łem. -?Chce poznać po zapa­chu, czy dawno go zabili?"

Star­szyna pochwy­cił leżą­cego na brzu­chu za rękaw i pocią­gnął do sie­bie, prze­wra­ca­jąc go ostroż­nie na plecy. I ciało żoł­nie­rza nagle drgnęło i zaczęło oddy­chać. Wybeł­ko­tał coś nie­zro­zu­mia­łego i wszyst­kim od razu wyrwało się -?"żyje!"

Star­szyna nachy­lił się jesz­cze niżej i z nie­sma­kiem odwró­cił nos w bok. Następ­nie się wypro­sto­wał, chrząk­nął, pokrę­cił głową i odwró­cił się do mnie.

-?Pijany, towa­rzy­szu porucz­niku! -?wyja­śnił, spo­zie­ra­jąc na żoł­nie­rzy.

-?A to gaga­tek! -?krzyk­nął ktoś.

Dziad­ko­wie z nie­za­do­wo­le­niem zaczęli zakła­dać fura­żerki i hełmy.

-?Dobrze by wie­dzieć, skąd się wziął?

-?Sam widzisz, słowa nie wyci­śniesz!

-?Beł­ko­cze ze szczę­ścia!

-?Na pewno myśli, że to żona go sztur­cha! -?zaczęli mówić zoł­nie­rze.

Leżą­cego pocią­gnęli jesz­cze raz za rękaw, ale poza prze­cią­głym "Mu!" niczego nie uzy­skali. Był nie do obu­dze­nia.

Pod­sze­dłem do star­szyny, popa­trzy­łem na leżą­cego pija­czynę i zwró­ci­łem się do swo­ich ludzi:

-?Który ponie­sie? Nie można porzu­cać czło­wieka w pło­ną­cym mie­ście!

Żoł­nie­rze stali, patrzyli na pija­nego i upar­cie mil­czeli. Rozu­mia­łem to. Każdy z nich był skraj­nie zmę­czony. Nikt nie wie­dział, ile nas jesz­cze cze­kało wędrówki po mie­ście. Nikt nie chciał nieść na sobie pija­nego. Nie nale­ga­łem i nie zmu­sza­łem ich do tego. Każdy już ponad dobę był na nogach. Idąc, prze­sta­wiali nogi, jakby ważyły tonę. Koń­czyny im opu­chły, kolana nie chciały się zgi­nać. A tu jesz­cze nieść na sobie taki cię­żar.

Raz jesz­cze obrzu­ci­łem swych żoł­nie­rzy pyta­ją­cym spoj­rze­niem, zoba­czy­łem ich ponure, zapad­nięte i poczer­niałe twa­rze, odsze­dłem na śro­dek ulicy i zde­cy­do­wa­nym gło­sem powie­dzia­łem:

-?Idziemy!

Żoł­nie­rze wes­tchnęli z ulgą i od razu przy­śpie­szyli. Dopiero co stali przed nim z obna­żo­nymi gło­wami, a teraz żywy stał się im nie­po­trzeb­nym cię­ża­rem.

Domy, oświe­tlone roz­bły­skami pożogi , znowu popły­nęły do tyłu. Przez czarne kłęby dymu prze­bi­jały się nie­kiedy bla­ski pło­mieni i refleksy pożaru.

Po jakimś cza­sie zoba­czy­li­śmy pod pło­tem jesz­cze jed­nego pija­nego żoł­nie­rza. Ten leżał wygod­nie na mięk­kiej tra­wie i chra­pał, jak to mówią, na całe gar­dło. Żoł­nie­rze nie pró­bo­wali go sztur­chać ani budzić.

Na rogu ciem­nego zaułka leżało jesz­cze dwóch żoł­nie­rzy, pija­nych w trupa. Jeden uło­żył się na ganku, a drugi, jakby niż­szy stop­niem, zale­gał na ziemi u nóg tego wyżej.

Dobrze, że nie ponie­śli­śmy na ple­cach tego pierw­szego! Tu, żeby zebrać wszyst­kich pija­nych i wywieźć ich z mia­sta, trzeba całego taboru! Nic to! Podej­dzie ogień, dziob­nie ich czer­wony kur w dup­ska, od razu otrzeź­wieją i pode­rwą się na nogi!

-?Idziemy dobrym tro­pem! -?mówi mi star­szyna.

I fak­tycz­nie, skrę­ciw­szy za róg, pode­szli­śmy do otwar­tej żela­znej bramy. Na pół­okrą­głej tabliczce z meta­lo­wej siatki, obra­mo­wa­nej odle­wa­nymi zawi­ja­sami i mono­gra­mami, przy­cią­gał wzrok wypu­kły napis -?"Rżew­skie Zakłady Spi­ry­tu­sowe". A poni­żej, o wiele mniej­szymi, ale też odle­wa­nymi lite­rami było powie­dziane, że zakład został zało­żony w 1901 roku.

Żoł­nie­rze zadarli nosy, bo spod heł­mów słabo widać, i zaczęli czy­tać napis na tabliczce. Roz­ka­za­łem, aby wszy­scy pozo­stali na miej­scu i nie pod­cho­dzili do otwar­tej bramy.

-?Czy­tać z daleka! Nie odcze­piać mena­żek!

-?Ja mam słaby wzrok, towa­rzy­szu porucz­niku! -?powie­dział zachryp­nię­tym basem żoł­nierz-drą­gal.

Roz­pią­łem kaburę, wycią­gną­łem Nagana, prze­rzu­ci­łem go w dłoni tak, jak robią to w kinie, po czym pogro­zi­łem lufą w jego stronę.

-?U mnie od razu odzy­skasz wzrok! Wszy­scy odejść pod płot i nie zła­zić z chod­nika!

Żoł­nie­rze posłusz­nie, choć nie­chęt­nie, cof­nęli się do par­kanu.

-?Led­wie nogi wloką! A tu patrz! Poczuli wódeczkę i wywie­sili jęzory! Do gorzały, jak widać, gęba pierw­sza! Niech tylko który zrobi krok, to położę na miej­scu! Nie żar­tuję! Wszy­scy zro­zu­mieli? Mało wam tych czte­rech, któ­rzy się walają po ulicy? Na zwiad pój­dzie star­szyna. Pozwa­lam mu wziąć ze sobą jed­nego żoł­nie­rza! A wy stój­cie w miej­scu, patrz­cie na tabliczkę i wąchaj­cie z daleka! I niech nikt nie pali! Bo od jed­nej zapałki wyle­ci­cie w powie­trze!

Star­szyna wziął ze sobą sze­re­go­wego Zachar­kina. Star­szy sier­żant i żoł­nierz, któ­remu teraz oka­zano szcze­gólne zaufa­nie, znik­nęli w przej­ściu za żela­zną bramą.

Od razu zro­zu­mia­łem, że żoł­nie­rzom należy wydać okre­śloną por­cję wódki. Niech żoł­nier­ska dusza odro­binę odtaje, to i ustąpi drę­twota w nogach. Nakażę star­szy­nie wydać każ­demu po sto pięć­dzie­siąt gram, nie wię­cej. I to bez żad­nego upra­sza­nia z ich strony -?gdy tylko doj­dziemy na miej­sce noc­legu.

Nasz dowódca kom­pa­nii, porucz­nik Archi­pow, któ­rego teraz z nami nie było, potę­piłby mnie. W isto­cie rze­czy dałem star­szy­nie mil­czącą zgodę. "Ale wymy­ślił! -?powie­działby mi porucz­nik. -?pozwo­lił star­szy­nie iść po spi­ry­tus!". Ale spró­buj nie pozwo­lić, utrzy­maj ich siłą -?mówił mi wewnętrzny głos. Nocą, kiedy wszy­scy posną, pójdą i napiją się, ile wle­zie. Urżną się do utraty świa­do­mo­ści, a potem bie­gaj, szu­kaj ich, zbie­raj. Trudno prze­wi­dzieć, co to za naród i do czego jest zdolny.

Ponad mie­siąc razem i żad­nego z nich nie znam, jak należy. Przy­glą­dać się -?przy­glą­dam. I od każ­dego ocze­kuję jakie­goś wybryku. Który jest pewny? A który przez całe życie jest bała­ga­nia­rzem? Wiek nie ma tu żad­nego zna­cze­nia. Wszystko zależy od przy­zwy­cza­jeń i cha­rak­teru czło­wieka. Niech lepiej idą za wia­drem spi­ry­tusu, jak cie­lak za wia­drem z wodą.

A w kwe­stii picia to już się kie­dyś wyka­zali. W esze­lo­nie, gdy jechali na front, pociąg stał w Moskwie na sta­cji w Licho­bo­rach i zdo­łali wtedy w tajem­nicy przed wszyst­kimi przy­nieść do wagonu butelki z alko­ho­lem. "Wypij, porucz­niku! -?pro­sili. -?Dla cie­bie się wysta­ra­li­śmy i skom­bi­no­wa­li­śmy czer­wo­nego cer­kiew­nego kagora!" -?przy­po­mniały mi się ich nad­ska­ku­jące głosy.

A co się tak naprawdę zmie­niło od tam­tej pory? Że niby stali się lepsi? Dla­czego dzi­siaj nie zabro­ni­łem star­szy­nie? Zawsze to lepiej wydać im według normy, niż z nimi wojo­wać i trzy­mać na smy­czy. Przyjdą na miej­sce noc­legu, połkną sto­sowną por­cję i od razu zasną. Rano się obu­dzą, a spi­ry­tusu już nie będzie. Nie będę wysta­wiać na noc wart. Posta­wisz czy nie, i tak wszy­scy usną!

Wkrótce w mroku bramy poja­wił się star­szy sier­żant, za któ­rym z tyłu szedł Zachar­kin. Niósł w ręku wia­dro, wypeł­nione spi­ry­tu­sem. Żoł­nie­rze sto­jący pod pło­tem od razu się oży­wili. Zmę­cze­nie gdzieś znik­nęło, wypro­sto­wały się plecy i poja­wiły uśmie­chy. Gęby się im przy tym roz­cią­gnęły od ucha do ucha. Pole­ciały żar­ciki, dow­cipy i roz­ma­ite nie­przy­zwo­ite słówka.

-?Pro­wa­dzący! Zacho­wać odstęp! Kro­kiem naprzód marsz! -?poda­łem komendę i ruszy­li­śmy z miej­sca.

Sze­dłem za czujką, star­szyna Sie­nin obok, a Zachar­kin z wia­drem trzy kroki z tyłu. I kiedy oży­wie­nie i żoł­nier­skie żarty zamie­niły się w ogólny poryw, odwró­ci­łem się i powie­dzia­łem:

-?Do wia­dra na pięć kro­ków nie pod­cho­dzić! Kto nie chce zostać bez wódki, niech trzyma dystans! To mój roz­kaz! I żar­ciki na bok!

-?Towa­rzy­szu porucz­niku! Pozwo­li­cie wia­dro pową­chać? Bo może star­szyna dla kawału zwy­kłej wody tam nalał. A my idziemy jak głupki i trzy­mamy odle­głość.

-?Zachar­kin! -?zwró­ci­łem się do żoł­nie­rza. -?Życie ci dro­gie? Odpo­wia­dasz głową, jeśli któ­ryś z nich podej­dzie do cie­bie choć na pół metra bli­żej! Wtedy naka­zuję użyć broni! Strze­lać z bli­ska i bez uprze­dze­nia!

-?Oni do mojego wia­dra nie podejdą!

Zachar­kin posta­wił wia­dro na jezdni, zdjął z ramie­nia kara­bin, odcią­gnął ręką zamek, zagnał nabój do komory i zwol­nił bez­piecz­nik. I wszy­scy żoł­nie­rze od razu zro­zu­mieli, że z Zachar­kinem żar­tów nie ma. Zachar­kin to ten sam żoł­nierz, z któ­rego się śmiali, że po dro­dze zgu­bił swoją łyżkę. Teraz można przy­jąć, że był trze­cią per­soną w plu­to­nie. Po porucz­niku i star­szym sier­żan­cie, ze swoim wia­drem był na naj­bar­dziej eks­po­no­wa­nym miej­scu.

Tak oto utrata nic nie­zna­czą­cej łyżki nagle posta­wiła go w cen­trum uwagi. Plu­to­no­wemu, dowódcy dzia­łonu, nie powie­rzono nie­sie­nia wia­dra, a jego, będą­cego u wszyst­kich wiecz­nym chłop­cem na posyłki, obda­rzono takim zaufa­niem i szcze­gól­nym hono­rem.

Wró­ci­li­śmy zauł­kiem i wyszli­śmy na główną ulice. Ubez­pie­cze­nie poszło przo­dem, Zachar­kin z wia­drem dwa­dzie­ścia metrów z tyłu, potem ja i star­szyna Sie­nin, a nieco za nami pozo­stali żoł­nie­rze.

Idę środ­kiem ulicy i roz­glą­dam się na boki. Trzeba wybrać odpo­wiedni dom na noc­leg. O, myślę sobie, taki pię­trowy będzie nam paso­wać, a jeśli trafi się dalej, to wej­dziemy i prze­no­cu­jemy. Czuć już przed­mie­ścia, ale końca ulicy jesz­cze nie widać.

Obok prze­pły­nęły zamknięte okien­nice, głu­chy płot z desek i bla­szany dach. I nagle w sąsied­nim domo­stwie przez szparę w dwu­skrzy­dło­wych okien­ni­cach mignęło świa­tełko. Dostrze­głem cał­kiem wyraź­nie, jak bły­snęło i zga­sło. Od razu się zatrzy­ma­łem. "Może mi się wyda­wało" - pomy­śla­łem.

-?Co to, porucz­niku? Zwich­nę­li­ście nogę? -?zapy­tał star­szyna, odwra­ca­jąc się za sie­bie.

-?Nie, Sie­nin! Ogie­niek bły­snął w oknie. Widzia­łem wyraź­nie za tamtą zamkniętą okien­nicą. Widzisz no, w domu ciemno, okna poza­my­kane, ani gło­sów, ani pła­czu dzieci, żad­nego ruchu ani szmeru. Ktoś od wewnątrz patrzył przez szparę, zoba­czył nas, zdu­sił ogień albo zasu­nął zasłonę. Usły­szeli kroki na ulicy i posta­no­wili popa­trzeć, kto tam idzie -?swoi czy Niemcy. Jeśli w tym domu są żywi ludzie, powin­ni­śmy tam zajść i dowie­dzieć się, dokąd pro­wa­dzi ta droga.

-?Zaraz wszystko zro­bimy, towa­rzy­szu porucz­niku!

Star­szyna przy­wo­łał do sie­bie czte­rech żoł­nie­rzy i powie­dział im:

-?Pój­dzie­cie ze mną! Trzeba spraw­dzić ten dom!

Zro­bi­łem trzy kroki do tyłu i zaczą­łem uważ­nie obser­wo­wać okien­nice. Chcia­łem odszu­kać tę samą szcze­linę, z któ­rej bły­snął ogie­niek, ale wię­cej nie było go widać.

Star­szyna pod­szedł do furtki, szarp­nął za klamkę, lecz furtka była zamknięta. Brama rów­nież była zamknięta od wewnątrz na zasuwę. Star­szyna odcze­pił od pasa swój bagnet, wsu­nął ostrze pod zasuwkę i pocią­gnął furtkę do sie­bie. Żela­zny rygiel ustą­pił do góry, pro­sta zawora stuk­nęła dźwięcz­nie i zamknięta na głu­cho furtka otwo­rzyła się.

Star­szyna wska­zał żoł­nie­rzom zamkniętą bramę, kazał im zdjąć poprzeczną belkę i otwo­rzyć wie­rzeje sze­rzej.

-?Pro­szę, towa­rzy­szu porucz­niku, droga wolna!

Odwró­ciw­szy się do żoł­nie­rzy, któ­rzy pozo­stali na jezdni, w mil­cze­niu poka­za­łem na okna i doda­łem:

-?Być w pogo­to­wiu i mieć oczy otwarte!

A sam wraz ze star­szyną i czte­rema żoł­nie­rzami wsze­dłem na wewnętrzny podwó­rzec domu. Był nie­wielki, oto­czony na głu­cho wyso­kim pło­tem. Naprze­ciwko szopa, po pra­wej płot, po lewej ganek z jed­nym schod­kiem. Przed nami ele­wa­cja czte­ro­ścien­nego domu z bali. Dom nie ma okien wycho­dzą­cych na podwó­rzec. Star­szyna zro­bił krok na ganek i pocią­gnął za klamkę drzwi. Były zamknięte od środka na zasuwę. Star­szy sier­żant gło­śno i z roz­ma­chem zadud­nił kuła­kiem w drzwi, ale na stuk nikt nie odpo­wie­dział.

Do głowy nam nie przy­szło, że w domu mogli się usa­do­wić i przy­czaić Niemcy. Dzia­ła­li­śmy jaw­nie, niczego się nie bojąc, jak u sie­bie w domu. Star­szyna odwró­cił się tyłem do drzwi i z całej siły kilka razy ude­rzył w nie obca­sem buta. I tym razem na łomot buta nikt nie odpo­wie­dział. Star­szyna ude­rzył jesz­cze parę razy. Jed­nak w środku dalej było mar­two i głu­cho.

-?Może mi się pomy­liło? -?powie­dzia­łem do Sie­nina.

Lecz on, jak chart w goni­twie, już niczego nie chciał sły­szeć.

-?Przy­nieść kwa­dra­tową belkę z bramy! -?nie odpo­wia­da­jąc mi, roz­ka­zał żoł­nie­rzom. -?Po co czas po próż­nicy tra­cić! Jak sami nie otwie­rają, wywa­limy drzwi razem z zasuwą i zawia­sami! Zaraz nam tu zatań­cują!

Żoł­nie­rze pod­chwy­cili na ręce ciężką belkę i podali jej koniec star­szy­nie. Na komendę sier­żanta roz­ko­ły­sali bal i ude­rzyli w drzwi. Pierw­szy atak był nie­udany. Zawiasy i zasuwa trzy­mały.

-?No, daj­cie tro­chę w bok, tutaj! Tu rąb­niemy! Brać razem! Raz, dwa, roz­ma­chać... Gotowi? Na moją komendę... poszło!

Dru­gie ude­rze­nie tra­fiło w odpo­wied­nie miej­sce. Drzwi zachrzę­ściły i otwo­rzyły się z hukiem. Deski, szczapy, gwoź­dzie i zła­mana zasuwa - wszystko pole­ciało na pod­łogę.

-?No i po robo­cie! Pełen suk­ces! -?powie­dział star­szyna, poda­jąc belkę do tyłu na ręce żoł­nie­rzy.

Sta­ną­łem przed otwar­tymi drzwiami. Przede mną był wąski ciemny kory­tarz. Drzwi do wewnętrz­nej czę­ści domu znaj­do­wały się po lewej stro­nie. Pomię­dzy drzwiami i nad­pro­żem widać było wąski pasek świa­tła. Wyglą­dało na to, że te drzwi nie były zamknięte. A być może gospo­da­rze domu zawczasu zdjęli wewnętrzny haczyk zakła­da­jąc, że i te podwoje mogą im wywa­lić razem z zawia­sami.

Star­szyna deli­kat­nie pocią­gnął je do sie­bie. Drzwi zaskrzy­piały żało­śnie i uchy­liły się. Na gest star­szyny dwóch żoł­nie­rzy szybko sta­nęło po obu stro­nach, pod­ry­wa­jąc kara­biny.

Star­szy sier­żant jesz­cze raz pocią­gnął za klamkę i drzwi ponow­nie zaśpie­wały cie­niut­kim gło­sem. Sta­li­śmy w ciem­nym kory­ta­rzu, patrząc w na wpół otwarte wej­ście. W mroku kory­ta­rza za pro­giem widać było oświe­tloną wewnętrzną część domo­stwa.

Zupeł­nie nie ocze­ki­wa­li­śmy, że ujrzymy przed sobą zapa­lone świece i pło­nące lampki oliwne. Od wewnątrz, od strony ulicy i podwórca to był zwy­czajny i szary dom z bali, bar­dziej podobny do wiej­skiej chaty. A zaj­rzaw­szy do środka, do oświe­tlo­nych migo­czą­cym ogniem pokoi, ujrze­li­śmy coś na podo­bień­stwo ołta­rza, świą­tyni wiary, klasz­toru.

Na środku pokoju stał długi stół. Na stole leżały wyszy­wane ście­reczki, na nich bochny chleba, sol­niczki z białą solą i cer­kiewne pros­fory. Bra­ko­wało tylko czer­wo­nego kagora, któ­rym kie­dyś w esze­lo­nie chcieli mnie poczę­sto­wać moi żoł­nie­rze. Na stole stały wyczysz­czone na błysk cięż­kie lich­ta­rze z brązu. Wetknięto weń woskowe świece, cien­kie jak gwoź­dzie. Paliły się jasnym, żół­tym pło­mie­niem. Do głowy przy­cho­dziła znana nie­gdyś pio­senka: "Pamię­tasz tę nockę ciemną ? W trojce mknę­li­śmy we dwoje. I tylko latar­nie palą się samot­nie, mato­wym i żół­tym ogniem..."48. Pło­mie­nie nie­któ­rych świec zga­sły, zdmuch­nięte powie­wem, gdy otwo­rzyły się drzwi. Teraz dymiły i wyda­wały nie­przy­jemną won. Bił od nich zapach niczym od spa­lo­nych odpad­ków. Weszli­śmy do domu ze świe­żego powie­trza i teraz w twa­rze ude­rzył nam z pokoju ciężki zapach ludz­kich ciał. Czuć było potem, ole­jem palą­cych się lamp i cer­kiew­nym kadzi­dłem.

Niziutka izba, gdzie ręką można dosię­gnąć sufitu, to nie kopuła i nie skle­pie­nie cer­kwi.

-?Dookoła wojna, a tutaj boży raj! -?powie­dział star­szyna, prze­stę­pu­jąc przez próg izby.

W pierw­szej chwili byli­śmy oszo­ło­mieni i wręcz zmie­szani. Lecz rozej­rzaw­szy się i szybko doszedł­szy do sie­bie, śmiało wkro­czy­li­śmy do środka, schy­liw­szy się pod niskim nad­pro­żem. Na ścia­nach i na hono­ro­wym miej­scu w kącie wszę­dzie wisiały ikony, z któ­rych patrzyły na nas spo­kojne twa­rze świę­tych. Gdzie byś się nie odsu­nął, gdzie byś nie odszedł, spoj­rze­nie świę­tego zawsze podą­żało za tobą, a oczy w sku­pie­niu patrzyły w twoją stronę. "Cen­tralna per­spek­tywa" -?pomy­śla­łem. Kie­dyś mówiono nam o tym na kółku arty­stycz­nym.

Przed każdą ikoną stała pło­nąca lampka oliwna. Odblask jej pło­mie­nia cicho koły­sał się w prze­zro­czy­stym naczy­niu, wypeł­nio­nym ole­jem. W rogu przed dużą ikoną pali się duża lampa z czer­wo­nego szkła w srebr­nej opra­wie. Jest pod­wie­szona do sufitu na trzech ażu­ro­wych i roz­cho­dzą­cych się ku dołowi łań­cu­chach z brązu. Pod oknem, wzdłuż ściany fron­to­wej, stała sze­roka drew­niana ława.

Przy niej na pod­ło­dze modliły się mniszki w czar­nych okry­ciach. Ich twa­rze były ukryte pod czar­nymi pele­ryn­kami, ale ster­czały spod nich nosy, kości­ste pod­bródki i usta, pokryte wokół zmarszcz­kami. Pąt­niczki w mil­cze­niu poru­szały war­gami i raz za razem, jak na komendę, żegnały się i biły pokłony.

Nie odwró­ciły głów, gdy weszli­śmy. Nie drgnęły i nie poru­szyły się, kiedy prze­stę­po­wa­li­śmy próg ich klasz­toru. Nie rzu­ciły nawet spoj­rze­nia, gdy pode­szli­śmy bli­sko do stołu. Z jesz­cze więk­szym zapa­łem, z jesz­cze więk­szą gor­li­wo­ścią i pasją zaczęły się żegnać, chcąc prze­bić drew­nianą pod­łogę wła­snymi czo­łami. Takie przy­naj­mniej odnio­słem wra­że­nie.

-?No, boże krówki! Dla­czego nie otwie­ra­ły­ście drzwi? -?zapy­tał star­szyna, ryk­nąw­szy swym potęż­nym basem.

Nawet pło­mie­nie zako­ły­sały się w lam­pach i świecz­ni­kach. Ale pąt­niczki nie odpo­wie­działy i nawet nie drgnęły pod jego grom­kim gło­sem. Prze­stały się tylko żegnać, zamarły, ska­mie­niały i wywró­ciły oczy do góry.

Star­szyna pod­szedł bli­żej stołu, roz­ca­pie­rzył kciuk, naci­snął okrą­gły bochen ciem­nego chleba i powie­dział:

-?Jesz­cze cie­pły i cał­kiem świeży!

Zebrał ze stołu parę bochen­ków na zgięty łokieć, spoj­rzał na mnie i podał je sto­ją­cemu z tyłu żoł­nie­rzowi.

-?Nie mamy chleba! Żoł­nie­rze gryzą suchary. Zostało po trzy suchary na jed­nego. A tu się szy­ko­wali, żeby Niem­ców chle­bem i solą witać! Nie mam czym kar­mić ludzi! -?zwró­cił się do mnie Sie­nin, jakby się uspra­wie­dli­wia­jąc.

Modlące się nie tylko na niego nie spoj­rzały, ale udały, że niczego nie widziały i niczego nie sły­szały. W mar­twym i pło­ną­cym mie­ście zetknę­li­śmy się z isto­tami nie­zdol­nymi do wymó­wie­nia słowa. Przed nami w świe­tle palą­cych się lamp oliw­nych mrocz­nie migo­tała przy­gne­bia­jąca rze­czy­wi­stość śre­dnio­wie­cza. Sta­ruszki, od któ­rych wiało nie­uchron­nymi zaświa­tami, sie­działy w izbie wypeł­nio­nej cięż­kim gro­bo­wym powie­trzem i odra­ża­jącą mie­sza­niną woni pło­ną­cego w lam­pach oleju i zatę­chłego tłusz­czu świec.

Wyko­rzy­stu­jąc nasze mil­cze­nie, sta­ruszka, która klę­czała przed wszyst­kimi naj­bli­żej wiszą­cej w rogu dużej ikony, zacią­gnęła głu­chym pier­sio­wym gło­sem jakąś modli­twę.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

1. "Co to takiego wojna?" -?słowa autora, które zebrać w jeden tekst w 1984 roku przy­szło mi już samemu. Nie chcia­łem pozo­sta­wiać ich poza ręko­pi­sem. [wróć]

2. Pod­czas "pie­re­strojki" w 1990 roku prze­mia­no­wany na Twer. [wróć]

3. Sta­cja Czu­pria­nowka -?drugi przy­sta­nek na linii kolejki elek­trycz­nej Twer -?Moskwa. [wróć]

4. "Patron" -?woj­skowy żar­gon okre­śla­jący naboje, w tek­ście książki pozo­sta­wiony bez zmian. [wróć]

5. K. Simo­now kie­dyś zauwa­żył, iż "nie mając oso­bi­stego doświad­cze­nia, w ogóle nie można pisać o woj­nie". Zbiór "Lite­ra­tura wiel­kiego czynu", M., 1970, wyd. 1, s. 61. [wróć]

6. Autor opo­wia­dał, jak krę­cono "kro­nikę wyda­rzeń" pod­czas wojny: "Kom­pa­nię odpro­wa­dzali na tyły i kazali bie­gać po polu". Oto, jakim spo­so­bem nasi boha­ter­scy "fron­towi" kino­ope­ra­to­rzy krę­cili "doku­men­talną kro­nikę". [wróć]

7. Dowódz­twa szcze­bla bata­lionu, pułku i dywi­zji. [wróć]

8. DKA (ros. ДКА -?Действующая Красная Армия) -?część sił zbroj­nych, pro­wa­dzą­cych pod­czas wojny dzia­ła­nia bojowe oraz zabez­pie­cza­ją­cych te dzia­ła­nia. [wróć]

9. To nie są tylko piękne słowa, to real­ność. Autor był z powo­ła­nia arty­stą. 40 lat po woj­nie, gdy zaczął pisać wspo­mnie­nia, widział swoją wojnę niczym film w kolo­rze. [wróć]

10. Począt­kowo autor napi­sał "kobiet", a póź­niej, w warian­cie dla uczniów zmie­nił je na "miesz­kań­ców". [wróć]

11. O stra­tach Rosji i Nie­miec pod­czas dru­giej wojny świa­to­wej. [wróć]

12. Odzna­czona Orde­rem Czer­wo­nego Sztan­daru Moskiew­ska Wyż­sza Ofi­cer­ska Szkoła Woj­skowa Pie­choty im. Rady Naj­wyż­szej RSFRR (zwana także Krem­low­ską, albo­wiem od 1918 do 1935 roku zapew­niała ochronę i obronę Kremla i tam była roz­miesz­czona). 7 listo­pada absol­wenci uczelni brali zwy­kle udział w para­dzie na Placu Czer­wo­nym. 22 czerwca 1941 roku kur­sanci uczelni prze­by­wali na let­nich poli­go­nach na brzegu jeziora Sie­nież. Po mityngu na oko­licz­ność wystą­pie­nia Moło­towa w radiu, zwią­za­nym z wypo­wie­dze­niem wojny, pra­wie wszy­scy kur­sanci zło­żyli wnio­ski o natych­mia­stowe skie­ro­wa­nie na front. Ze słów autora: on w owym cza­sie sie­dział w aresz­cie woj­sko­wym. [wróć]

13. Mia­sto Soł­necz­no­gorsk w obwo­dzie moskiew­skim. [wróć]

14. Lista odna­le­zio­nych w "OBD Memo­riał", 297 Samo­dzielny Bata­lion Broni Maszy­no­wej i Arty­le­rii For­tecz­nej. [wróć]

15. W ofi­cjal­nych źró­dłach: RU -?rejon umoc­niony, 297 OPAB -?Samo­dzielny Bata­lion Broni Maszy­no­wej i Arty­le­rii For­tecz­nej od 20.09.41 do 01.11.41. Front Rezer­wowy 1 for­mo­wa­nia utwo­rzono 30 lipca 1941 r. w celu sko­or­dy­no­wa­nia dzia­łań rezer­wo­wych armii Frontu Zachod­niego na rżew­sko-wia­ziem­skiej linii obrony. W skład frontu weszły armie: 24, 31, 32, 33, 34, i od 7 sierp­nia 43 i 49. Po dwóch mie­sią­cach, 12 paź­dzier­nika, Front Rezer­wowy połą­czono z Fron­tem Zachod­nim. 30 lipca 1941 r. Grupa Armii "Śro­dek" i wcho­dząca w jej skład 9 Armia Wehr­machtu pod dowódz­twem gene­rała Straussa, zatrzy­mały natar­cie na Moskwę i w ramach przy­go­to­wań do ope­ra­cji "Taj­fun" przy­stą­piły do budowy pozy­cji obron­nych. -?przyp. aut. [wróć]

16. DOT -?beto­nowa for­ty­fi­ka­cja stała, schron bojowy. [wróć]

17. Rżew­sko-wia­ziem­ska linia obrony Frontu Rezer­wo­wego cią­gnęła się od Ostasz­kowa na Sie­li­ża­rowo i Jelcy. Od Jel­ców skrę­cała na Ole­nino, wygi­nała się na zachód wokół Ole­nina i szła na połu­dniowy wschód ku źró­dłom Dnie­pru. Następ­nie w z bie­giem Dnie­pru szła na Doro­go­buż i Jel­nię. Na początku paź­dzier­nika 1941 r., z pla­no­wa­nych 5 tysięcy żel­be­to­wych umoc­nień sta­łych, zbu­do­wano 853. Zamiast beto­no­wych for­ty­fi­ka­cji sta­łych wznie­siono ponad 3 tysiące schro­nów drew­niano-ziem­nych. [wróć]

18. Jezioro Sie­nież. [wróć]

19. Zapa­sowy tor, prze­zna­czony dla ruchu towa­ro­wego. [wróć]

20. Mia­sto Klin w obwo­dzie moskiew­skim. [wróć]

21. W owym cza­sie Moskwa leżała w gra­ni­cach obwod­nicy kole­jo­wej. [wróć]

22. Ze słów autora: esze­lon stał przez jakiś czas na roz­jaz­dach w "Niko­ła­jewce", czyli za obecną sta­cją metra Riż­skaja. [wróć]

23. Dywi­zję NKWD. [wróć]

24. Gwar­dzi­ści i zwia­dowcy nie pochy­lają się -?prze­ska­kują. [wróć]

25. Komu­ni­kat numer 113 z dnia 22.09.1941: "297 Bata­lion Broni Maszy­no­wej zajął obronę na rubieży Radu­chowo, Sie­mie­nowo, Wią­zow­nia celem współ­dzia­ła­nia z jed­nost­kami 22 Armii" [wróć]

26. List z frontu z dnia 24.09.41, poczta polowa nr 812, 297 OPAB, 3 kom­pa­nia. "Od 21 wrze­śnia znaj­duję się na fron­cie, w rejo­nie miej­sco­wo­ści Ostasz­ków. Prze­ciw­nik jest 26 kilo­me­trów od mia­sta. Trzeci dzień trwa kano­nada. Lata lot­nic­two. Samo­po­czu­cie dobre. Sądzę, że woj­skowy nie jest zdolny do głęb­szych myśli. Przy­ty­łem i nawet zgłu­pia­łem". [wróć]

27. Sigowo -?Wią­zow­nia -?Jazowo -?Sie­li­ża­rowo. [wróć]

28. Nazwy wsi podane przez autora według mapy "pię­cio­ki­lo­me­trówki" Sztabu Gene­ral­nego Armii Czer­wo­nej, data wyda­nia, lipiec 1941 r. [wróć]

29. W rejon 19 km na połu­dniowy wschód od Ole­nina. [wróć]

30. Praw­do­po­dob­nie 4 paź­dzier­nika, ponie­waż w liście z frontu autor pisze: "Od 21 wrze­śnia znaj­duję się na fron­cie". [wróć]

31. Słowa autora: "Będę opo­wia­dać bez pośpie­chu, wszystko według kolej­no­ści, dość dokład­nie, dzień po dniu do samego końca wojny. Mia­łem szczę­ście, bo w bojach prze­sze­dłem długą i ciężką drogę. Kto chce znać prawdę o woj­nie, niech się nie śpie­szy! [wróć]

32. 31 stycz­nia 1941 roku autor skoń­czył 20 lat. [wróć]

33. Sie­li­ża­rowo -?Bol­szaja Kosza -?Jelcy. [wróć]

34. Sie­li­ża­rowo -?Kuw­szy­nowo -?Tor­żok -?Rżew. [wróć]

35. 04-05.10.1941. Roz­kaz bojowy 31Armii nr 4 z dn. 06.10.1941, godz. 08:15. [wróć]

36. Zabrody. [wróć]

37. Około 300 km przez 7 dób. [wróć]

38. Linia umoc­nień cią­gnęła się do źró­deł Dnie­pru. [wróć]

39. Ole­nino -?Szen­tra­pa­łowka. [wróć]

40. Na współ­cze­snej mapie zazna­czono poło­że­nie wsi Szen­tra­pa­łowka przy zaro­śnię­tej dro­dze "uro­czy­sko Sze­re­mie­tiew Bol­szak". Autor, gdy pisał, miał pod ręką tylko pię­cio­ki­lo­me­trówkę z 1941 roku, dla­tego koor­dy­naty podane w ręko­pi­sie należy uwa­żać za umowne. Arty­le­ryj­ski DOT stoi 3 km na połu­dniowy wschód od Szen­tra­pa­łowki -?to Sinergi. Schron znaj­duje się około 500 metrów na zachód od repera 254,7. W ust­nych opo­wia­da­niach autor wspo­mi­nał o wieży trian­gu­la­cyj­nej. [wróć]

41. Od 22 czerwca do 10 lipca 1941 r. 119 DS wcho­dziła w skład 24 Armii Rezerwy Kwa­tery Głów­nej. Wysłana na front z Kra­sno­jar­ska w pierw­szych dniach lipca. Od 14 do 30 lipca 1941 r. w skła­dzie 30 Armii Frontu Rezer­wo­wego. Od 1 sierp­nia do 12 paź­dzier­nika 1941 r w skła­dzie 3 Armii Frontu Rezer­wo­wego. 12 paź­dzier­nika Front Rezer­wowy połą­czono z Fron­tem Zachod­nim. 17 paź­dzier­nika 1941 r. utwo­rzono Front Kali­niń­ski. Od 19 paź­dzier­nika w skła­dzie 29 Armii Frontu Kali­niń­skiego. ROZ­KAZ BOJOWY NR 02. SZTAB 30 ARMII, RŻEW. 14 lipca 1941, godz. 22:15. "3. 119 DS., 542 Pułk Arty­le­rii Kor­pu­śnej z 4 bate­riami grupy art. mor­skiej, 3 kom­pa­nia 263 Samo­dziel­nego Bat. Sape­rów -?bro­nić rubieży Pri­wale, Ole­nino, Wasi­liewo, Afa­na­siewo, Mon­cza­łowo, mając przedni skraj pasa obrony na linii Pri­wale, Ple­cha­nowo, Boro­da­towo, Ole­nino, Szen­tra­pa­łowka, Gon­cza­rowka, Wasi­liewa. Goto­wośc prac for­ty­fi­ka­cyj­nych na głów­nej linii obrony -?18.7.41 r., w pasie zapo­ro­wym -?do końca 20.7.41 r. Pod­od­działy roz­po­zna­nia do godz. 20:00 15.7.41 r mieć na linii Iliń­skoje, Bie­łyj Ług". (Ole­nino -?Szen­tra­pa­łowka -?Gon­cza­rowka -?Wasi­liewa; Mon­cza­łowo -?Afa­na­sowo). RAPORT OPE­RA­CYJNY SZTABU FRONTU REZER­WO­WEGO nr 9, 16.07.1941 r., godz. 20:00. "3. 30 armia kon­ty­nu­uje prace for­ty­fi­ka­cyjne na fron­cie Sie­li­ża­rowo, Wasi­liewo, koń­cząc ześrod­ko­wa­nie jed­no­stek. 119 DS. kon­ty­nu­uje umac­nia­nie pasa Pri­wo­lie, Ole­nino, Wasi­liewo, Afa­na­siewo; arty­le­ria dywi­zji zakoń­czyła kon­cen­tra­cję". [wróć]

42. Zestaw DOT-4 -?prze­ciw­czoł­gowa armata kali­bru 45 mm sprzę­żona z cięż­kim kara­bi­nem maszy­no­wym DS kali­bru 7,62 mm i celow­ni­kiem optycz­nym KT-1. W jarz­mie kuli­stym nad lufą działa są dwa otwory: jeden dla lufy ceka­emu, drugi dla celow­nika, który jest wspólny dla działa i sprzę­żo­nego z nim ceka­emu. [wróć]

43. 421 Pułk Strze­lecki 119 DS. [wróć]

44. "Piotr Pierw­szy", Aleksy Niko­ła­je­wicz Toł­stoj -?przyp. tłum. [wróć]

45. Piszę o przy­ro­dzie i warun­kach pogo­do­wych, przy­ta­czam swoje roz­my­śla­nia i opo­wia­dam o wąt­pli­wo­ściach. Chcę, aby­ście mieli sto­sowne poję­cie o nie­ja­snej i ner­wo­wej sytu­acji i żeby­ście byli w sta­nie pojąć naszą samot­ność i poczu­cie ode­rwa­nia od całego żyją­cego świata. -?przyp. aut. [wróć]

46. "Ważka", "kostur" -?nie­miecki samo­lot zwia­dow­czy Hen­schel Hs-126. [wróć]

47. Drew­niany dom w Moskwie na ulicy Bol­szoj Pie­re­je­sław­skoj był ogrze­wany pie­cem. [wróć]

48. Przy oka­zji: motyw pio­senki "Błę­kitna chu­s­teczka" pocho­dził wła­śnie od niej -?przyp. autora. [wróć]