Czerwona Seria. W śmiertelnym boju. Pamiętniki niemieckiego żołnierza z frontu wschodniego - Gottlob Herbert Bidermann
49.00 zł

49.00 zł

Reflow text when sidebars are open.
Żołnierze 132 Dywizji Piechoty niemieckiego Wehrmachtu pomaszerowali w 1941 roku na Rosję, mając głębokie przekonanie, iż ruszają na wielką krucjatę. Od młodych lat uczono ich, że mają obowiązek uwolnić świat od bolszewizmu i z tym naiwnym przeświadczeniem, z pełną determinacją podążyli na wschód. Cztery lata później, resztki owej dywizji, zredukowanej do własnego cienia, skąpo odzianej w wyświechtane mundury i zmuszonej do przetrwania na ściśle racjonowanym końskim mięsie, poddały się sowieckiej armii.
Jako bliski przyjaciel rodzimy Bidermannów, od dawna wiedziałem, iż Gottlob Bidermann przesłużył wiele lat na froncie wschodnim, jednakże całkowitego zakresu tej służby nie ujrzałem w pełnym świetle aż do 1985 roku. W owym czasie marynarka wojenna Republiki Federalnej Niemiec poprosiła mnie, bym służył w roli tłumacza i oficera łącznikowego komodora zespołu amerykańskich okrętów wizytujących Kilonię. Przy okazji wypełniania tej misji miałem możliwość zaproszenia moich europejskich przyjaciół na specjalną wycieczkę po pokładach okrętów floty USA, stojących w północnoniemieckim porcie. Zaproszenie do tego pokazu mocy NATO wystosowałem także do G.H. Bidermanna, który uprzejmie zgodził się je przyjąć, dodając jednak przy okazji, że dla niego owe zaproszenie nadeszło "czterdzieści lat za późno". To właśnie dzięki tej dziwnej odpowiedzi miałem poznać prawdziwy wymiar jego doświadczeń z bojów w Kurlandii w 1945 roku i usłyszeć o nieprawdopodobnej pogłosce, w której osaczeni żołnierze pokładali swą ostatnią nadzieję. W maju 1945 roku wśród resztek armii Kurlandii masowo szerzyły się plotki, iż Stany Zjednoczone i Wielka Brytania jakoby wysłały na Bałtyk flotę w celu ewakuacji dywizji Bidermanna i uchronienia jej przed zniszczeniem przez armię sowiecką. Dalej mówiło się o tym, iż weterani z Kurlandii dołączą do amerykańskiej armii nad Łabą, gdzie będą walczyć z Armią Czerwoną w celu wyparcia jej ze środkowej Europy.
Wkrótce potem pojechałem do Szwarcwaldu, aby odwiedzić Bidermanna w ściśle określonym celu: zrekonstruowania i przetłumaczenia na język angielski jego wspomnień z okresu wojny. Przy okazji mojej wizyty w południowych Niemczech dostarczono mi kopię dziennika, który wiele lat wcześniej autor samodzielnie opublikował na użytek weteranów swojej dywizji.
"Krim-Kurland mit der 132 Infanterie-Division 1941-1945" było owocem kilkumiesięcznej pracy, podjętej w 1964 roku, czyli mniej niż dwadzieścia lat po tym, jak obdarte resztki dywizji pomaszerowały do niewoli i mniej niż dziesięć lat po zwolnieniu przez Sowietów ostatniej grupy niemieckich jeńców wojennych. Owe wspomnienia stały się fundamentem, na którym oparta jest niniejsza książka.
Wiele lat po powrocie z labiryntu bezimiennych łagrów i obozów, leżących gdzieś głęboko na terenach Związku Radzieckiego, byłych żołnierzy z Kurlandii coraz bardziej nękały powracające w pamięci sceny gwałtownej śmierci na polu walki. Podobnie jak wielu z tych, przeciwko którym walczyli, oni także żyli w cieniu niewypowiedzianego poczucia winy z powodu faktu, iż przetrwali kataklizm, w którym straciło życie tak wiele milionów ludzi; tym samym w coraz większym stopniu przyszło im mierzyć się z nieuleczalnymi, powracającymi koszmarami pól bitewnych. Noce były pełne krzyków umierających towarzyszy, ginących pod ogniem pistoletów maszynowych lub w płomieniach miotaczy ognia sowieckich piechurów, przerywających skąpo obsadzoną linię obrony. Widoku i odgłosów nieprzyjacielskich żołnierzy, uwięzionych w płonącym czołgu tylko kilka metrów dalej, nie można łatwo wymazać ze świadomości, a mijające lata nie pomogły w zagłuszeniu powracających wizji horroru.
Pisząc swoje wspomnienia, były oficer Wehrmachtu podjął próbę ukojenia swych psychicznych ran i umiejscowienia wojennych doświadczeń w kontekście zrozumiałym dla tych, którym oszczędzono tej walki i który byłby czytelny dla wszystkich weteranów tej konkretnej odsłony apokalipsy. Polegając na własnej pamięci, jak również dzieląc się dawno zapomnianymi doświadczeniami z byłymi żołnierzami jego dywizji, stworzył rękopis, który z obiektywną dokładnością skutecznie oddaje atmosferę frontu wschodniego, widzianą oczami żołnierza piechoty.
G.H. Bidermann zaznaczył we wstępie do oryginalnego rękopisu, iż nie ma wielkiego sensu ponownie przedstawianie brutalnych wydarzeń historycznych, które charakteryzowały II wojnę światową i do pewnego stopnia stały się dla niej reprezentatywne. Pominięcia ich w tej książce nie należy pojmować nawet jako aluzji, iż takowe wydarzenia nie miały miejsca. Celem książki nie jest także określanie winy za przypadki o monumentalnym znaczeniu i niegodziwości, które były ich wynikiem. Jest to opowieść o froncie, jakim widzieli go żołnierze, którzy tam walczyli i wydarzenia zamykają się właśnie w tej perspektywie. Nie ma tu analizy przyczyn wojny. Nie znajdziemy tu także ukrytego poczucia winy, żalu czy wyrzutów sumienia z powodu niezaprzeczalnych wydarzeń politycznych i konsekwencji, które przyszło ponosić niemieckiej armii w czasie jej odysei. Wiele lat temu pułkownik Sepp Drexel napisał o "Krim-Kurland mit der 132 Infanterie-Division 1941-1945": "Ta książka jest dedykowana poległym -?jednakże została napisana dla żyjących". I w takim właśnie celu niniejsze wydanie manuskryptu zostało przetłumaczone i wydane.
Zadanie przeprowadzenia wywiadów, przedyskutowania wydarzeń i starannego przestudiowania starych dokumentów i fotografii rozciągnęło się nam z G.H. Bidermannem -?z przerwami -?na okres kilku lat. Jako tłumacz i współredaktor zapisu jego doświadczeń oraz wydarzeń, których był świadkiem, sądzę, że trafne będzie zwrócenie uwagi czytelnika na kilka spraw.
Uważałem, iż najstosowniejsze będzie zachowanie większości nazewnictwa stopni wojskowych i jednostek w oryginalnym, niemieckim brzmieniu, aby uniknąć przekłamań w terminologii dotyczącej tradycyjnej struktury wojskowej Wehrmachtu. Profesjonalni historycy mogą mieć odmienne zdanie lub też mogą doszukać się nieścisłości w nazewnictwie miejscowości, określeniu sił walczących ze sobą jednostek czy też poprawności dat niektórych wydarzeń. Należy jednak pamiętać, że podstawowych źródeł informacji do niniejszej książki szukano w listach pospiesznie pisanych na polu bitwy, na pożółkłych fotografiach, które przywoływały z zakamarków pamięci dawno zapomniane nazwiska poszczególnych osób i wreszcie, w niektórych przypadkach, w zacierającej się pamięci samego autora i kilku jego wciąż żyjących towarzyszy broni z okresu służby na wschodzie. Niekiedy należało także sięgnąć do oficjalnych meldunków i dzienników bojowych jednostek w celu odszukania informacji o konkretnych datach i miejscach, w których zachodziły różne wydarzenia. Wiele danych, zawartych w oficjalnych dokumentach oraz pamiętnikach, miało swoje źródło w przesłuchaniach jeńców i dokumentach zdobytych na polu walki. Z tego właśnie powodu, oficjalne źródła także nie mogą uchodzić za niepodważalne.
Wiele z tych oficjalnych dokumentów zostało udostępnione przez wdowę po generale Fritzie Lindemannie i jego syna. Istnienie tych zbiorów i ich dostępność zawdzięczamy wyłącznie temu, iż Gestapo, przeszukujące po zamachu na Hitlera rezydencję Lindemannów w północnych Niemczech, przegapiło drugi dom rodziny, położony nad Jeziorem Bodeńskim na południu kraju. Na kilka miesięcy przed zamachem, osobiste dokumenty generała zostały przewiezione do drugiej rezydencji w celu ich przechowania i zabezpieczenia.
Celem tej książki nie jest stanie się wyłącznym źródłem wiedzy i informacji na temat wydarzeń związanych z historią frontu wschodniego. Należy ją jednak postrzegać jako dokładną chronologię doświadczeń i wydarzeń, w jakich uczestniczyli i na jakie reagowali ludzie, którzy łatwowiernie pomaszerowali na wezwanie złej ideologii. Ci, którzy przetrwali ten marsz, przeszli ogromną drogę od najeżdżających zdobywców do wycieńczonych, odciętych oddziałów, uwiązanych w nierówną walkę, zaś historia skryła ich doświadczenia w cieniu. Żyjąc w mroku owego cienia, ci ostatni świadkowie największego w dziejach konfliktu zbrojnego industrialnych potęg, mogą przekazać nam niezliczone nauki płynące z przetrwania i klęski w złowrogim świecie. Na nas ciąży odpowiedzialność, abyśmy wynieśli z owej lekcji stosowną naukę i abyśmy zastanowili się nad przesłaniem, które nam przekazują.
Derek S. Zumbo
Dornstetten, Niemcy
Pragnę wyrazić moje najgłębsze podziękowania Larry'emu Malley, dyrektorowi University of Arkansas Press, którego nieoceniona, profesjonalna pomoc umożliwiła publikację tej książki. Jestem także głęboko wdzięczny Michaelowi Briggsowi, redaktorowi naczelnemu University Press of Kansas, który wykazał się nieograniczoną cierpliwością i udzielał mi fachowych wskazówek na całym etapie powstawania książki, od czytania luźno przetłumaczonych fragmentów do ukończenia całej pracy nad rękopisem. Przede wszystkim zaś chciałbym wyrazić moje uznanie dla Gottloba H. Bidermanna za jego gotowość do uczestniczenia w niezliczonych wywiadach, dyskusjach i pisemnej korespondencji ze mną, podczas których z niesłabnącą energią udzielał mi sprecyzowanych odpowiedzi na moje liczne pytania. Jestem mu również wdzięczny za udostępnienie prywatnych fotografii i materiałów archiwalnych, które pomogły w zobrazowaniu jego żołnierskiej opowieści.
Pragnę także podziękować niżej wymienionym weteranom 132 Dywizji Piechoty, którzy bezinteresownie przekazali istotne informacje dotyczące osobistych przeżyć, zapiski, materiały zdjęciowe i oficjalne dokumenty, będące uzupełnieniem oryginalnego rękopisu G.H. Bidermanna:
Fritz Lindemann Dowódca dywizji. Materiały z jego prywatnego archiwum zostały uprzejmie przekazane przez wdowę po Generale, Panią Lindemann oraz jego syna. Josef Drexel "Wujaszek Sepp" dowódca 436 Pułku Piechoty Jahn (obaj bracia) Dowódcy baterii w 132 Pułku Artylerii Erich Bolte Dowódca batalionu w 132 Pułku Artylerii Hans Gassner Dowódca batalionu w 132 Pułku Artylerii Fritz Schuhmacher Dowódca drużyny w 5 kompanii 437 Pułku Grenadierów Fritz Schmidt Dowódca 437 Pułku Grenadierów Hermann Wetzstein Starszy sierżant 12 kompanii 437 Pułku Grenadierów Erich Volle Adiutant 2 batalionu 437 Pułku Grenadierów Willi Bauer Dowódca 6 kompanii 437 Pułku Grenadierów Erhardt Zoll Dowódca 14 kompanii 436 i 437 Pułku Grenadierów Hans Hanselmann 4 bateria 132 Pułku Artylerii Dr Guenther Weisensee Oficer medyczny 1 batalionu 438 Pułku Grenadierów Albrecht Busch Sztab 437 Pułku Grenadierów Otto Selle Sztab 132 Dywizji Piechoty Franz Lobermeyer Sztab 438 Pułku Grenadierów Otto Reis Sekcja łączności dywizji Richard Bitsch Sztab dywizji i dowódca batalionu Ulrich Erhardt Dowódca 1 batalionu 438 Pułku Grenadierów Gottfried Sperger 2 batalion 437 Pułku Grenadierów Horst Kohl Dowódca batalionu 132 Pułku Artylerii Georg Geitz Starszy sierżant 9 kompanii 437 Pułku Grenadierów Fritz Schramm 3 kompania 436 Pułku Grenadierów Eduard Wunderer Protestancki kapelan dywizyjny Fritz Thielmann 132 Pułk Artylerii Hans Herrle Sztab 437 Pułku Grenadierów Arthur Albert Krentz Starszy szeregowy 14 kompanii 437 Pułku Grenadierów Franz Ketterl Dowódca kompanii i batalionu 438 Pułku Grenadierów Jakob Hohenadel Dowódca plutonu 14 kompanii 438 Pułku Grenadierów Friedrich Moehle Starszy sierżant 1 kompanii saperów 132 Pułku Saperów Hans Stenitzer Sztab 2 i 3 batalionu 437 Pułku Grenadierów Guenther Fleck Łącznościowiec 11 kompanii 437 Pułku Grenadierów Friedel Lang Adiutant i dowódca kompanii 2 batalionu 437 Pułku Grenadierów Ernst Luecker Sztab 1 i 2 batalionu 437 Pułku Grenadierówi inni
Każdy pamiętnik z walk na frontach II wojny światowej rodzi dwa fundamentalne pytania: dlaczego autor robił to, co robił i w jaki sposób to wytrzymał? Gottlob Bidermann opowiada jedną z tych historii, które na przełomie wieków są coraz mniej znane - historię, która domaga się zarówno zaangażowania intelektualnego jak i emocjonalnej reakcji. Bidermann był szarym żołnierzem. Nie był czołgistą czy pilotem, lecz żołnierzem piechoty. Nie służył w elitarnej dywizji, takiej jak "Grossdeutschland" czy "Panzer Lehr", ale w anonimowych formacjach, których kolejne numery przypominają pozycje w książce telefonicznej. Bidermanna nie nagrodzono najwyższymi odznaczeniami, jednymi z tych, które Adolf Hitler wręczał osobiście. Jego dwa Żelazne Krzyże, Odznaka Krymska czy Odznaka za Walkę Wręcz były mniej więcej standardowymi odznaczeniami u weterana piechoty z frontu rosyjskiego, który żył na tyle długo, by je nosić.
To nie oznacza, że otrzymał je za nic. W 1942 roku Bidermann był w pierwszym szeregu szturmujących rosyjską twierdzę w Sewastopolu. To sześć miesięcy oblężenia i zaciekłych bojów, które kosztowały Wehrmacht sto tysięcy ludzi, lecz mimo tego pozostają w cieniu pochodu na Stalingrad. W 1943 roku Bidermann i jego dywizja zostali przerzuceni na północ, na front leningradzki -?lecz wydarzyło się to podczas ostatnich miesięcy epickiej batalii o to miasto, kiedy korespondenci wojenni i fotografowie w poszukiwaniu świeższych historii rozjechali się w inne miejsca. Bidermann zakończył wojnę w "kurlandzkim worku", części całej grupy armii uwięzionej nad brzegami Bałtyku przez wielkie rosyjskie ofensywy z 1944 roku. Podczas zażartych walk 132 Dywizji Piechoty na bagnach i w lasach pod Leningradem, Bidermannowi przyznano bardziej prestiżowe odznaczenia -?Niemiecki Krzyż w Złocie, złotą Odznakę za Rany i Odznakę do Wstęgi Honorowej Wojsk Lądowych. Później, w ostatnich miesiącach wojny, otrzyma także odznakę "Za własnoręczne zniszczenie czołgu". Najbardziej znaczącym aspektem tych późniejszych odznaczeń jest to, że ich właściciel, jako młodszy oficer piechoty, przetrwał liczne zranienia i miesiące niezliczonych bitew, wymaganych do ich nadania. I znów jego doświadczenia stały się uzupełnieniem, tym razem do historii ostatecznego upadku Trzeciej Rzeszy.
Gottlob Bidermann nie jest "typowy". Nie istnieje archetyp niemieckiego żołnierza II wojny światowej, tak jak nie istnieje jego odpowiednik w innych armiach. Mimo to wojenna historia Bidermanna jest historią ich wszystkich -?to saga wiecznych starszych szeregowych i młodszych oficerów, którzy, jak mawia Bruce Catton, nie mając nadziei na gwiazdki na naramiennikach, mają marną szansę na gwiazdy w koronie.
Większość autobiograficznych zapisów z okresu II wojny światowej, wydanych w języku angielskim, ukazuje życie wysokich rangą sztabowców, pilotów myśliwskich Luftwaffe, marynarzy U-bootów Dönitza, pancerniaków czy członków Waffen-SS. Johannes Steinhoff, Guy Sajer, Michael Wittmann -?ich historie wciąż na nowo pojawiają się na półkach księgarskich i w przypisach. Jednakże większość z milionów żołnierzy, którzy służyli w siłach zbrojnych Trzeciej Rzeszy nie doczekała się uczczenia swych doświadczeń i poświęceń. Walczyli anonimowo i anonimowo umierali. Zatarto nawet ślady po grobach tych, którzy polegli w Rosji. Czasami robił to cofający się Wehrmacht, czasami Rosjanie, szukający pomsty za dwadzieścia milionów swoich zabitych.
Ci, którym dane było przetrwać, próbujących odrodzić się moralnie i fizycznie w Niemczech, poza kręgiem rodzinnym nie znaleźli wielu odbiorców, którzy mieliby czas i ochotę na wysłuchiwanie ich opowieści. Pod koniec wieku Niemcy nie doświadczyły znacznego wzrostu liczby publikowanych wspomnień, jakiego byliśmy świadkami w Stanach Zjednoczonych czy Wielkiej Brytanii, kiedy to weterani odeszli na emeryturę i pootwierali swoje szuflady i udostępnili wspomnienia lub kiedy dzieci szperały w rzeczach swych ojców po ich pogrzebach.
Te historie w żadnym razie nie tchną triumfalizmem. Mimo to opisują jednak "dobrą wojnę", tę toczoną przeciwko wrogom, z którymi należało walczyć i których trzeba było pokonać. Co Niemiec z tego samego pokolenia może opowiedzieć o swojej wojnie? Relacja Bidermanna jest ukształtowana ramami armii, w której walczył, naturą Rzeszy, której służył i, co jest nie mniej istotne, zbiorem kulturowych i intelektualnych konwencji, tak bardzo różnych od ich amerykańskich lub brytyjskich odpowiedników.
Genezą niemieckiego pamiętnikarstwa wojennego są doświadczenia z lat 1914-1918. Podobnie jak pamiętnikarstwo brytyjskie, amerykańskie i francuskie, jest ono produktem nielicznej grupy, w głównej mierze wywodzącej się z klasy średniej, czyli tych, których cechowała samoświadomość i zdolność do autorefleksji. Przy okazji stworzyli one standardy, które miały silny wpływ na literaturę wspomnieniową, ponieważ większość autorów wspomnień nie była pisarzami ani intelektualistami. Chcąc po prostu opowiedzieć swoją historię, zwykle robili to w ramach ustalonych konwenansów. Niemieccy pamiętnikarze z lat 1914-1918 mieli tendencję do patrzenia na wojnę przez pryzmat doświadczeń heglowskich, jako część pewnego kontinuum charakteryzującego się cyklami zniszczenia i odrodzenia. Doświadczenia wojenne pojedynczego człowieka stały się częścią Bildungsgeschichte, historią rozwoju poprzez dialektykę pomiędzy osobistym zaangażowaniem i organicznymi, wspólnymi procesami.
Niemcy, którzy zapisali swoje doświadczenia z wojny Hitlera, w głównej mierze wywodzili się z pokolenia, które uważało owe wcześniejsze pamiętniki za normę opowiadania o tym, co autor opisujący okres wojny wietnamskiej, Tim O'Brien, nazywa "prawdziwą opowieścią o wojnie" - konstrukcją przedstawiającą prawdę, na którą nie ma słów. Używali przy tym również stylu, który Niemcy określają jako "heroisch-patetisch", nie w naszym rozumieniu tego słowa, lecz w sensie stosowania swego rodzaju podniosłej retoryki, łączącej romantyzm z metafizyką.
Zbyt często pojmuje się ową frazę jako formę bombastycznego rozczulania się nad samym sobą, co wśród brytyjskich i amerykańskich czytelników sprzyja tendencji do interpretowania niemieckiej literatury wspomnieniowej jako militarystycznej i profaszystowskiej. Osobiste wspomnienia francuskich i brytyjskich uczestników I wojny światowej skupiają się na marności i zdradzie, dysjunkcji i fragmentacji. Świat anglojęzyczny wiąże "prawdziwe" wspomnienia z późniejszych konfliktów z rozczarowaniem Farleya Mowata, rzeczową dykcją Audiego Murphy czy też z groteskowym poststrukturalizmem Tima O'Briena. Żeby jednak zapożyczyć od O'Briena jeszcze jeden koncept, wszystkie historie wojenne są nieprawdziwe -?ale wszystkie wojenne historie są także prawdą. "W śmiertelnym boju" zasługuje na przeczytanie na warunkach autora.
Zasady Bidermanna to przede wszystkim reguły żołnierza piechoty z pierwszej linii. "W śmiertelnym boju" nie było początkowo napisane dla szerszego grona odbiorców ani nawet dla niemieckich weteranów, lecz powstało dla zamkniętej, wewnętrznej grupy: tych żołnierzy z pułku i dywizji Bidermanna, którzy przetrwali wojnę. Autor nie zaprzątał sobie głowy wyjaśnianiem struktur organizacyjnych i terminologii, z którymi jego czytelnicy najprawdopodobniej byli za pan brat. Należy także pamiętać, że jako młodszy oficer, Bidermann niekoniecznie musiał na bieżąco orientować się we wszystkich aspektach działań jego nadrzędnej formacji. Jego amerykański odpowiednik też by się nie orientował. Ostatnie podejrzenia co do autentyczności klasycznego "Zapomnianego żołnierza" Guy Sajera oparte są głównie na szczegółach dotyczących nazewnictwa, wyposażenia, struktury dowodzenia i pewnych lokalizacji, choć jest bardzo mało prawdopodobne, by szary żołnierz mógł odnotować i zapamiętać podobne rzeczy. To samo dotyczy dowódców plutonów czy kompanii.
Tym samym będzie tu na miejscu przybliżenie czytelnikowi niemieckiej piechoty okresu II wojny światowej. Podobnie jak we wszystkich armiach, podstawową częścią jej struktury była dywizja. Jednak w odróżnieniu od praktyki armii amerykańskiej, polegającej na tworzeniu homogenicznych, wymiennych formacji, niemieckie dywizje piechoty były organizowane i wyposażane na zasadzie fal mobilizacyjnych -?Wellen -?których w czasie wojny było nie mniej niż trzydzieści pięć. 132 Dywizja Piechoty Gottloba Bidermanna była jednostką "jedenastej fali", sformowaną we wrześniu 1940 roku do służby podczas inwazji Rosji, którą Hitler i Dowództwo Naczelne już wówczas planowali. Jednostka weszła do boju w czasie krótkiej kampanii na Bałkanach w kwietniu i maju 1941 roku, ale jej prawdziwa wojna zaczęła się wraz z przekroczeniem granicy rosyjskiej w dniu 30 czerwca. To właśnie wtedy Bidermann zaczyna swoją opowieść.
Początkowo dywizje każdej fali mobilizacyjnej miały nieco inne uzbrojenie, w zależności od tego, co było dostępne w arsenałach lub co Rzesza była w stanie ściągnąć z ostatnio podbitych terytoriów. Niektóre dywizje pomaszerowały na Rosję, uzbrojone w zdobyczne francuskie działka przeciwpancerne i z kolumnami zaopatrzeniowymi wyposażonymi we francuskie pojazdy. Na przykład kompania przeciwpancerna, w której początkowo służył Bidermann, do holowania swoich działek używała lekkich francuskich ciągników gąsienicowych -?Chenilette Lorraine.
W porównaniu z wyposażeniem, sama organizacja była już bardziej ustandaryzowana. Niemiecka dywizja piechoty składała się z trzech trzybatalionowych pułków. W przypadku 132 Dywizji Piechoty były to pułki o numerach 436, 437 i 438. Jednostka miała też w składzie pułk artylerii, złożony z czterech batalionów ponumerowanych od I do IV, w przeciwieństwie do amerykańskiej zasady, polegającej na przyporządkowaniu czterech samodzielnych batalionów sztabowi artylerii. Co również niespotykane w armii amerykańskiej, niemiecka dywizja posiadała batalion przeciwpancerny i batalion rozpoznawczy, wyposażony w konie, rowery i niewielką liczbę lekkich samochodów pancernych. Zgodnie z niemieckim standardem, pododdziały te miały numerację zgodną z numerem macierzystej dywizji.
Służby medyczne, saperskie oraz zaopatrzenie i łączność były zorganizowane podobnie jak w armii amerykańskiej, choć istniała jedna, bardzo istotna różnica. Niemieckie dywizje piechoty polegały prawie wyłącznie na ciągu konnym. W 1939 roku, pełnoetatowa jednostka pierwszej fali mobilizacyjnej, z priorytetowym przydziałem sprzętu, posiadała ponad pięć tysięcy koni, ale tylko niecałe sześćset ciężarówek. Wymuszony, chaotyczny proces dozbrojenia, przypadający za czasów władzy nazistowskiej na lata 1933-1939, nie pozwolił nawet na marzenia o rozwinięciu niemieckiego przemysłu motoryzacyjnego do poziomu wystarczającego dla zmotoryzowania potężnej armii. Naczelne dowództwo, które byłoby nikim, o ile nie poddałoby się pewnej logice, odpowiedziało na owe zapotrzebowanie opracowaniem całej gamy najnowocześniejszych wozów ciągniętych przez konie -?z takimi udoskonaleniami jak łożyskowane koła czy gumowe opony. Dostarczano je jednostkom, które i tak miały przemieszczać się na własnych nogach. Jedynym wyjątkiem były tu kompanie i bataliony przeciwpancerne, albowiem oczekiwano od nich szybkiego reagowania na manewry nieprzyjacielskiej broni pancernej. W innych przypadkach, jeśli żołnierz jechał, było to wyjątkiem od ogólnie przyjętej reguły i nazbyt często stanowiło oznakę sytuacji kryzysowej.
Straty w sile żywej i sprzęcie bojowym wymusiły w czasie wojny kilka modyfikacji. W 1944 roku najistotniejszą zmianą organizacyjną w 132 Dywizji Piechoty było zredukowanie każdego pułku piechoty do dwóch batalionów i przekształcenie batalionu rozpoznawczego w tak zwany batalion fizylierów, co w praktyce oznaczało, iż dowódca dywizji miał bezpośrednią zwierzchność nad siedmioma batalionami piechoty.
Zredukowanie liczby żołnierzy było, przynajmniej w teorii, rekompensowane nowym uzbrojeniem. Najlepszym sposobem na prześledzenie tego procesu jest nieco dokładniejsze przeanalizowanie struktury 437 Pułku Piechoty, w którym Bidermann służył przez większość wojny. Ci, którzy interesują się armią amerykańską okresu II wojny światowej, nie znajdą tu wielu niespodzianek. Amerykański pułk piechoty z lat 1941-1945 był, przynajmniej na papierze, niemalże identyczny ze swym niemieckim odpowiednikiem. W rzeczywistości, struktura organizacyjna przyjęta przez Stany Zjednoczone w 1940 roku była świadomą kopią niemieckiego schematu.
Każdy niemiecki batalion piechoty posiadał trzy kompanie i tak zwaną kompanię karabinów maszynowych, choć podobnie jak amerykańska kompania broni ciężkiej, miała ona w składzie pluton moździerzy. Dwanaście kompanii wchodzących w skład pułku amerykańskiego było oznaczonych literami A do M, przy czym omijano literę J. Niemieckie kompanie piechoty były ponumerowane od 1 do 12. Niemiecki pułk piechoty posiadał także trzynastą kompanię o ciągu konnym, wyposażoną w działka krótkiego zasięgu, przeznaczone do bezpośredniego wsparcia piechoty. Amerykański pułk piechoty dysponował organiczną kompanią dział o takim samym przeznaczeniu. W skład każdego niemieckiego pułku piechoty wchodziła również kompania przeciwpancerna -?nosząca numer 14 -?wyposażona w dwanaście działek.
Kompania przeciwpancerna była jedynym w pełni zmotoryzowanym pododdziałem niemieckiego pułku. Przez większość okresu służby Bidermanna w 14 kompanii 437 Pułku Piechoty, posiadała ona na stanie tuzin 37-milimetrowych działek. Były one odpowiednikami, lub raczej pierwowzorami działek, które armia amerykańska zabierze ze sobą do Tunezji pod koniec 1942 roku. Przyjęte na uzbrojenie w 1936 roku, działka te były na tyle lekkie, iż na krótkich dystansach można je było przetaczać ręcznie. W połowie 1941 roku było to już jednak ich niemalże jedyną zaletą. Małe 37-milimetrowe pociski odbijały się od pancerzy rosyjskich czołgów tak skutecznie, że broń dorobiła się wątpliwego miana "kołatki". Szczególnie w walce z czołgami T-34 oraz ciężkimi KW, które weszły do służby w ciągu pierwszych sześciu miesięcy konfliktu z Rosją, niemieckie obsady działek musiały uciekać się do metod polegających na wstrzymaniu się z ostrzałem do ostatniej chwili i celowaniu we wrażliwe miejsca, takie jak pierścień obrotowy wieży czołgu lub też zmuszone były do przepuszczania wrogich maszyn w nadziei na uzyskanie trafienia w bok lub tył pojazdu. Zarówno jedna, jak i druga metoda wiązała się z ogromnym ryzykiem i wymagała stalowych nerwów i absolutnie idealnego zgrania obsługi.
Ów aspekt taktyczny jest istotny, albowiem przez większą część wojny na wschodzie, holowana artyleria przeciwpancerna była podstawowym środkiem niemieckiej obrony przed opancerzonymi pojazdami nieprzyjaciela. W przeciwieństwie do amerykańskiej dywizji piechoty, zwykle mogącej liczyć na wsparcie przydzielonego batalionu pancernego lub samobieżnych niszczycieli czołgów, niemiecka jednostka mogła w najlepszym wypadku polegać na paru tuzinach zaimprowizowanych dział samobieżnych dostępnych na szczeblu dywizji. Reszta zależała od artylerzystów i ich Pak-ów w pułkach piechoty. Na późniejszym etapie wojny działka 37mm ustąpiły miejsca najpierw kalibrowi 50 mm, a następnie działom 75 mm i 76 mm, które charakteryzowały się odpowiednio większą skutecznością w walce z rosyjskimi czołgami i działami szturmowymi. Jednakże sposób myślenia żołnierzy kompanii przeciwpancernych i piechoty, u boku której walczyli, pozostał niezmienny. Jeśli niemiecki landser z II wojny światowej był w bliskim boju równie skuteczny jak każdy żołnierz w historii, to w znacznej mierze zawdzięczał to temu, iż nie miał wyboru.
W 1943 roku, po powrocie ze szkolenia oficerskiego, Bidermann nie trafił już do broni przeciwpancernej. Zamiast działkami, przyszło mu dowodzić pododdziałami piechoty, których uzbrojenie i dynamika działania odbiegały znacznie od wzorców z 1941 roku. Podobnie jak w przypadku armii amerykańskiej, podstawowym elementem kompanii piechoty była gruppe, lub drużyna. Taktyka amerykańskiej piechoty zależała od indywidualnego strzelca i jego samopowtarzalnego karabinu M1 Garand. Automatyczny karabin, organiczny dla każdej drużyny, był bronią wsparcia. Natomiast niemiecka drużyna zbudowana była wokół swego lekkiego karabinu maszynowego. W drugiej części wspomnień Bidermanna, MG-42 odgrywa ogromną rolę. Czy to w obronie, czy w ataku, reszta drużyny ze swymi powtarzalnymi Mauserami miała za zadanie chronić obsługę karabinu maszynowego i dbać o zaopatrzenie jej w amunicję. Dopóki karabin maszynowy był sprawny, istniała dobra szansa na utrzymanie danej pozycji w boju z każdym przeciwnikiem, poza przypadkami, kiedy wróg dysponował przytłaczającą przewagą ilościową - lub czołgami.
Ze swoją ogromną szybkostrzelnością i łatwą do wymiany lufą, MG-42 przynajmniej w części rekompensował osłabienie pierwszoliniowych jednostek niemieckich. Każdy żołnierz, który miał tylko ku temu okazję, zamieniał swój karabin z przełomu wieków na pistolet maszynowy, czy to niemiecki MP-40, czy też któryś z jego rosyjskich odpowiedników. Te ostatnie były popularne ze względu na swoją prostotę, niezawodność, a zwłaszcza różnicę w sile ognia i to pomimo ryzyka wpadnięcia pod ostrzał własnych sił ze względu na swój charakterystyczny odgłos wystrzałów. Podobny status, dokładnie z tych samych powodów, osiągnie kiedyś wśród Amerykanów w Wietnamie słynny AK-47.
Z początkiem 1943 roku, przyciśnięta do muru niemiecka piechota zacznie także otrzymywać dostawy pierwszego na świecie karabinka szturmowego - Sturmgewehr. Mając lżejszy i mniejszy nabój niż jego poprzednicy, karabinek był w stanie strzelać w trybie w pełni automatycznym oraz był odporny na najgorsze warunki pogodowe. Nigdy nie stał się bronią powszechnie używaną, niemniej był dostępny nawet w tak najzwyklejszych formacjach jak 132 Dywizja Piechoty. Choć Bidermann tego nie mówi, można logicznie założyć, iż skorzystał z faktu posiadania stopnia oficerskiego i zadbał o to, by przez większość czasu mieć tę broń przy sobie.
Niemiecka dywizja piechoty posiadała jeszcze jedną jednostkę organizacyjną, nieznaną w dywizji amerykańskiej -?batalion kadrowy czy też zapasowy. Było to częścią przemyślanej polityki. Niemcy były podzielone na dwadzieścia jeden okręgów wojskowych i każda dywizja Wehrmachtu była przyporządkowana do jednego z okręgów jako źródła swych uzupełnień. Okręgi były na tyle małe, by zachować regionalną odrębność i jednocześnie na tyle duże, by nie dopuścić do sytuacji, w której określone miasto czy region traci w jakiejś katastrofie swych wszystkich młodych ludzi, jak to bywało w przypadku brytyjskich pals battalions1 z 1916 roku. 132 Dywizja Piechoty zaczęła swoje istnienie jako formacja bawarska z VII Okręgu. Następnie przeniesiono ją do Okręgu XII, w którego skład wchodziła Saara, Palatynat Eifel, a po 1940 roku także ponownie przyłączona do Rzeszy Lotaryngia -?gdzie Bidermann zameldował się po zakończeniu kursu oficerskiego.
Ogólna zasada polegała na tym, iż rekruci, wyleczeni ranni i żołnierze, którzy ukończyli kursy specjalistyczne, meldowali się w bazie macierzystego pułku, skąd byli wysyłani na front, zwykle jako zorganizowane pododdziały marszowe. Po zgłoszeniu się w batalionie zapasowym, byli rozsyłani zgodnie z zapotrzebowaniem. Lata wojny doprowadziły jednak do pewnej erozji tego systemu. Dowolna baza wysyłała ludzi do dowolnych jednostek -?tam, gdzie ich akurat najbardziej potrzebowano. Z żołnierzy tych formowano także doraźne grupy bojowe, aby reagować na sytuacje kryzysowe. Zatracała się regionalna tożsamość pułków i dywizji, co można wyczytać w opowieści Bidermanna. Tak czy inaczej, koncepcja maksymalnego zachowania tożsamości poszczególnych jednostek nigdy nie uległa ostatecznemu rozkładowi.
Do samego końca wojny owa spójność w znaczący sposób przyczyniła się do utrzymania efektywności niemieckich jednostek na pierwszej linii, w szczególności improwizowanych formacji, jak te, którymi przyszło niekiedy dowodzić Bidermannowi. To, co określa on mianem "rezerwy szturmowej" czy "kompanii alarmowej" było stworzoną ad hoc grupą bojową, która działała jako awaryjna siła uderzeniowa. Grupy takie, tworzone zwykle wokół pułkowego plutonu saperów, mogły mieć w składzie pisarzy, kucharzy, mogących chodzić rannych, maruderów -?wszystkich tych, których niewielu amerykańskich oficerów wybraliby do niebezpiecznych misji, nawet gdyby byli jedynymi pod ręką. Jednakże w ostatnich miesiącach wojny ci Sad Sacks2 437 Pułku Piechoty przyczynili się do uratowania sytuacji w wielu pełnych desperacji chwilach.
Żołnierze nigdy nie walczyli lepiej niż Gottlob Bidermann, landserzy ze 132 Dywizji Piechoty i miliony innych żołnierzy w mundurach feldgrau. I nigdy żadnym żołnierzom nie przyszło bić się o gorszą sprawę. Czy Bidermann i jego towarzysze broni byli, jak sami często się upierają, zwykłymi ludźmi wykonującymi swój obowiązek w niezwykłych czasach? Czy obsceniczna rzeczywistość Nowego Ładu Adolfa Hitlera była tak odległa od okopów na pierwszej linii frontu? Tutaj, rzecz jasna, nie ma opisów scen masakrowania jeńców wojennych czy mordowania cywilów. Wręcz przeciwnie, Bidermann dokłada starań, aby opisać ciepłe stosunki z mieszkańcami Krymu. Wielokrotnie powtarza, że wzięci do niewoli Rosjanie byli "porządnie" traktowani. Wśród kilku odległych nawiązań do holocaustu znajdziemy opis zażartego boju na "żydowskim cmentarzu" w pobliżu Leningradu -?ironii, która zapewne umknęła autorowi i jego ludziom podczas ich walki o przetrwanie w otoczeniu, które niczego nie wybacza.
W tekście Bidermanna nie znajdziemy też ideologicznego napięcia, które w ogólnych zarysach szkicuje Stephen Fritz i Omer Bartov, jako coś charakterystycznego dla Wehrmachtu w miarę postępu wojny. To typowe dla wspomnień nacechowanych pięćdziesięcioma latami refleksji i czterema latami doświadczeń. Byłoby niezwykłe, gdyby samozwańczy "zwykły Niemiec", próbujący odszukać prawdę, którą zapamiętał, przyznał po tylu latach, jak ważny w życiu codziennym był narodowy socjalizm pracujący dla utrzymania morale i wojskowej efektywności. Podobnie nie należy całkowicie brać za dobrą monetę licznych aluzji do rozczarowania, pesymizmu i cynizmu.
Tam, gdzie Bidermann zbliża się do uznania ideologii, to miejsca, w których bezkrytycznie zakłada, iż ponieważ Niemcy są lepszymi żołnierzami niż Rosjanie, muszą też być lepszymi istotami ludzkimi. Zdecydowanie nie będąc symbolem ani punktem odniesienia, Adolf Hitler jest dla żołnierzy 437 Pułku równie odległy, jak Niemcy, którymi rządzi. A mimo to te dwa podteksty łączą się, by opowiedzieć "prawdziwą wojenną historię". Jakimkolwiek połączeniem intencji i pamięci nie byłoby "W śmiertelnym boju", jest ono syntezą poglądów. Świat Bidermanna to jego oddział, jego towarzysze broni -?jego "zgraja", der Haufen. "Społeczność ludowa" staje się zbiorem obrazów z wyblakłych zdjęć i zakamarków gasnącej pamięci. "Niemiecka misja na wschodzie" jest zredukowana do przetrwania w walce z przemożną siłą.
Nawet "braterstwo" staje się konstrukcją. Jednym z najbardziej przerażających zapisów w tych wspomnieniach jest relacja Bidermanna z wojskowej egzekucji. Pierwotnym przestępstwem ofiary była kradzież żywności i papierosów z przesyłki pocztowej -?z pewnością nie błahostka w żadnej armii żadnego okresu w historii. Jednak w armii Hitlera taki występek pociągał za sobą tak surowe konsekwencje, że złodziej wolał posunąć się do morderstwa niż ryzykować doniesienie. To, co w armii brytyjskiej czy amerykańskiej uchodziłoby za drobne przewinienie, w Wehrmachcie było częścią tak brutalnego systemu dyscyplinarnego, że posłał on pod ścianę piętnaście tysięcy własnych żołnierzy, a ponad sto tysięcy skazał na kary więzienia dłuższe niż jeden rok. Kolejne tysiące zesłał do batalionów karnych, w których warunki, według słów jednego z tych, którzy przez nie przeszli, były "podobne do celi śmierci". "To", jak powiedział wybitny historyk Manfred Messerschimdt, "było tym, co naziści nazywali 'ludową wspólnotą'!"
Charakterystyczną dla współczesnych wojen "depersonalizację" i "uprzedmiotowienie" nieprzyjaciół określa się jako warunek wstępny do "odczłowieczenia", które jest z kolei pierwszym krokiem do zabijania, czy to na polu wali, czy na tyłach, czy w obozach koncentracyjnych. Ale uprzedmiotowienie wymaga interakcji. Aby kogoś odczłowieczyć, trzeba go zobaczyć. Wojna także izoluje, stwarzając środowiska, gdzie wszystko "poza" jakimś istotnym centrum jest postrzegane przez żołnierski odpowiednik szklanego klosza Sylwii Plath. Pod koniec opowieści Gottloba Bidermanna, Rosjanie są mniej odczłowieczeni niż niewidoczni. Niemcy nie ulegli demodernizacji, lecz zostali odcywilizowani. Ci żołnierze 437 Pułku Piechoty, którzy ocaleli, przypominają niejako prehistoryczną zgraję ściśnięta przy ognisku, ślepo wpatrzoną w płomień niczym w talizman, mający ich ochronić przed nienazwanym horrorem, który majaczy poza małym kręgiem światła.
Dennis Showalter
Rozdział 1 Marsz na wschód
Jeśli jest coś potężniejszego niż przeznaczenie, to odwaga, która mu się nieugięcie przeciwstawia. Geibel
30 CZERWCA 1941 roku. Letni żar rozlał się po bezkresnych równinach wschodniej Polski i tylko ruch lekko kołyszącego nami pociągu przynosił ulgę od gorąca. Ciężko załadowany eszelon toczył się powoli przez rozrzucone tu i ówdzie sosnowe zagajniki i połacie piaszczystej, leżącej odłogiem ziemi. W naszej drodze na wschód mijaliśmy malutkie wioski i przekraczaliśmy wijące się rzeki.
Poza dziećmi, które niekiedy machały do nas z zakurzonych dróg i poboczy, miejscowa ludność w większości nas ignorowała. Mężczyźni i kobiety w burych ubraniach, których obserwowaliśmy z daleka, rozpływali się w drgającym żarem powietrzu, podczas gdy koła pociągu zostawiały ich coraz dalej w tyle. Wszystkie te godziny spędzaliśmy siedząc lub leżąc, odpoczywając pod bezchmurnym niebem na wagonach-platformach pomiędzy starannie zamocowanymi pojazdami i uzbrojeniem.
W przeciwieństwie do przepisów czasu pokoju, które rządziły naszym dotychczasowym życiem, zezwolono nam na rozpięcie górnego guzika naszych szarozielonych mundurów i na podwinięcie rękawów, abyśmy w palącym upale mogli poczuć przynajmniej odrobinę ulgi. Pierwsze doniesienia z frontu wojny z Rosją pochodziły sprzed kilku dni i nie rozmawialiśmy wiele na temat perspektyw szybkiego wejścia do boju. Wszyscy byli pewni, że wojna ze Związkiem Radzieckim, podobnie jak konflikty z Polską i Francją, zakończy się szybko.
Nad ranem ukazały nam się mury i wieże Krakowa, świętego miasta Polski, gdzie w katedrze złożono serce Piłsudskiego. Poskrzypując hamulcami, nasz skład zatrzymał się na małym, pokrytym pyłem przystanku kolejowym i w ciągu paru sekund otoczył nas wianuszek zaniedbanych dzieciaków, ignorowanych przez stróżujących w pobliżu żołnierzy żandarmerii o kamiennych twarzach. "Bidde um bror, Herr," wołały żałosnym tonem w łamanym niemieckim, brudnymi rączkami chwytając łapczywie smaczne kęski, które wyciągaliśmy dla nich z chlebaków. Pozwolono nam na opuszczenie wagonów i dzieciaki obstąpiły nas ze wszystkich stron.
"Biedna Polska," pomyślałem w duchu. Wręczyłem kawałek chleba sprytnej małej dziewczynce w zamian za wymiętą gazetę. Została wydrukowana dzień wcześniej w języku niemieckim i polskim i można w niej było znaleźć pierwsze wiadomości o operacji na wschodzie: marszu na Lwów. W ręce niemieckie szybko wpadły Gridnow, Wilno, Brześć Litewski, Kowno i Dyneburg. Ekstatyczne nagłówki obwieszczały o zniszczeniu 2.582 sowieckich samolotów i 1.297 pojazdów pancernych. Okupowana przez Sowietów Polska była uwalniana spod jarzma bolszewików.
Wkrótce żandarmeria wojskowa ożywiła się, za pomocą gwizdków, krzyków i gestykulacji dając nam do zrozumienia, iż powinniśmy wracać do pociągu, więc ponownie załadowaliśmy się na platformy. Wagony jęknęły w proteście, napięły się pod ciężarem i gdy powoli zaczęliśmy posuwać się do przodu, na głos odczytałem wiadomości z gazety kolegom z obsługi naszego działa. Wszyscy apatycznie wylegiwali się na platformie, nie przejawiając większego zainteresowania. Podniosłem wzrok znad gazety i spojrzałem do tyłu na peron, teraz zajęty tylko przez grupkę małych obdartusów. Nasza podróż ku nieznanemu przeznaczeniu trwała dalej.
1 lipca zatrzymaliśmy się dziesięć kilometrów na zachód od wsi Pełkinie, niedaleko Jarosławia, gdzie wyładowaliśmy się i ruszyliśmy w kierunku wschodnim. Piechota wyciągnęła się w długą kolumnę marszową, smakując nieuchronny los każdego piechocińca. Nasze działko przeciwpancerne jechało daleko przed nami, podczepione do ciągnika gąsienicowego Chenilette, zdobytego w czasie kampanii francuskiej.
Nasz zmysł powonienia natychmiast wychwycił utrzymujący się w powietrzu zapach dymu i popiołu i wkrótce mogliśmy ujrzeć wielkie leje i wypalone wraki pojazdów, będące dowodem na działalność niemieckich bombowców nurkujących -?Stukasów. Zatrzymaliśmy się na postój przy tymczasowej, przydrożnej kantynie, gdzie pod czujnym okiem wszędobylskiej żandarmerii wojskowej, siostry niemieckiego Czerwonego Krzyża chochlami nabierały zimną kawę z ciągniętej przez konie kuchni polowej i nalewały w podstawiane przez nas kubki. Na próżno zadawały nam pytania o ostatnie wieści z domu.
Kontynuowaliśmy marsz długą, szarą kolumną, zostawiając w tyle siostry Czerwonego Krzyża i posuwając się dalej w kierunku wschodnim. Kiedy zaczął zapadać zmierzch, odnaleźliśmy nasze pojazdy i działa pod drzewami, które z rzadka porastały pobocze wąskiej drogi. Rozkazano nam zamaskować się przed obserwacją z powietrza, co usiłowaliśmy zrobić za pomocą cienkich gałązek.
O świcie wyprzedziły nas kolumny zaopatrzeniowe, toczące się główną szosą w kierunku odległego wschodu słońca. Kolejny dzień spędziliśmy na marszu po śladach zaopatrzeniowców, zaś późnym popołudniem po raz pierwszy ujrzeliśmy nieprzyjaciela.
Pokrytą kurzem drogą w przeciwnym kierunku ciągnęły niemające końca kolumny rosyjskich jeńców wojennych w wymiętych, zielono-brązowych mundurach. Wielu spośród tych żołnierzy, którzy nie mieli czapek, osłaniało głowy przed palącym słońcem za pomocą kępek trawy lub szmat, owiniętych wokół ogolonych na gładko głów. Niektórzy szli boso, na wpół ubrani, dając dowód szybkości, z jaką nasze atakujące oddziały przełamały ich pozycje.
Z powodu owej dziwnej pstrokacizny ubiorów w naszych oczach ledwie przypominali żołnierzy, będąc mieszaniną Rosjan, ciemnoskórych mieszkańców Kaukazu, Kirgizów, Uzbeków, nomadów o mongolskich rysach, przybyszów z dwóch kontynentów, na których rozciągał się Związek Radziecki. Przechodzili obok nas smętnie, ze spuszczonym wzrokiem; gdzieniegdzie można było dostrzec grupki podtrzymujące innych, którzy najwyraźniej doznali obrażeń, byli chorzy lub wycieńczeni. W szkole uczono nas, że góry Uralu oddzielają Europę od Azji; a jednak tutaj widzieliśmy Azję w miejscu, które uważaliśmy za środek Europy. Długa kolumna nieszczęścia zniknęła nam za plecami i wraz z nadejściem ciemności zatrzymaliśmy się na odpoczynek. Pod rozgwieżdżonym niebem okręciliśmy się maskującymi pałatkami i spaliśmy do samego świtu.
14 kompania przeciwpancerna została przesunięta do szpicy i dokładnie o godzinie piątej rano ruszyliśmy w dalszą drogę. Rozsypujące się ruiny wypalonych domów stały, jak niemi świadkowie walk, które o Jarosław toczono w czasie polskiej kampanii, która, choć zakończona tylko dwa lata temu, teraz wydawała się odległa o całe wieki. Przekraczając San w Radymnie, postawiliśmy pierwsze kroki na rosyjskiej ziemi.
Minęliśmy duży niemiecki cmentarz z I wojny światowej. Nad bramą wyblakłe litery na drewnianym tle informowały: "Pamięci naszych towarzyszy broni poległych pod Dubrowicą". Naszej kolumnie nie pozwolono zatrzymać się na tyle długo, byśmy mogli obejrzeć nagrobki. Wtedy nie zdawaliśmy sobie jeszcze sprawy, jak wiele naszych własnych cmentarzy pozostawimy wzdłuż dróg naszego marszu w głąb Rosji. Wkrótce natrafiliśmy na świeże wzgórki ziemi oznaczone ciosanymi z brzozy krzyżami i zwieńczone charakterystycznymi stalowymi hełmami niemieckiego Wehrmachtu. Pierwszych, milczących i krwawych świadków przy drodze na wschód ustawiono w regularnych rzędach i kolumnach, a my próbowaliśmy odwracać od nich wzrok, który jednak ciągle powracał do grobów. Szliśmy dalej bez słowa, a ciche czerwono-brązowe kopczyki zdawały się wzywać nas, jakby chciały powiedzieć, "Nie zostawiajcie nas tutaj... nie porzucajcie nas w tym dziwnym miejscu".
Od strony Lwowa dobiegały przytłumione odgłosy ognia artyleryjskiego. Stan dróg stopniowo się pogarszał i na ludziach, koniach i pojazdach zaczął grubą warstwą osiadać kurz. Gdy słońce stało w zenicie niczym wielka pomarańczowa kula, z trudem przebijając się przez duszące chmury kurzu, przed sobą mogliśmy ujrzeć wyłącznie niewyraźną sylwetkę pojazdu naszego plutonu. Pot i brud łączyły się, tworząc dziwaczne kształty na twarzach pobłyskujących spod ciężkich, zielonych hełmów. W pobliżu Krakowca ponownie połączyliśmy nasze pałatki w namioty i spędziliśmy tam noc.
Nasza odyseja donikąd trwała, a my podążaliśmy ku nieznanemu przeznaczeniu. Mijaliśmy prymitywne wsie, stojące wzdłuż dróg, gdzie rosyjskie kobiety i dzieci wpatrywały się w nas z zacienionych sieni i przyglądały się nam zza zasłony nieheblowanych okien. Jednymi mężczyznami, których mogliśmy dostrzec, byli starzy weterani dawnych wojen.
Pytani, mieszkańcy wiosek opowiadali nam o bolszewikach. Gdy mówili, w ich oczach czaił się strach i obawa przed syberyjskimi łagrami. Twierdzili, że w szkołach wiszą obrazy Chrystusa i Stalina, a kiedy wiejscy nauczyciele zadawali pytanie, "Komu dziękujecie za wasz codzienny chleb?", dzieci zmuszano do odpowiadania: "Stalinowi". Z ulgą stwierdzaliśmy, że o skutkach komunizmu możemy się dowiedzieć z pierwszej ręki, a tego, co poznajemy, nie można tak po prostu złożyć na karb naszej propagandy. Niedermeyer zauważył: "Dopiero po ujrzeniu Rosji wiemy, jakie to szczęście być Niemcem".
5 lipca przeszliśmy przez Lwów. W początkowym okresie wojny miasto dwukrotnie doznało poważnych zniszczeń i z porannej mgły wynurzyły się spalone fabryki, zrujnowane domostwa i zniszczone czołgi. Z ich tłustych, wciąż jeszcze gorących wraków biły w niebo kłęby czarnego dymu. W jednej z częściowo ocalałych dzielnic długa kolejka ludzi stała przed piekarnią. Gdy przechodziliśmy, patrzyli na nas pustym wzrokiem.
Rosyjskie lotnisko we Lwowie zostało zrujnowane przez Stukasy. Poczerniałe samoloty i rozbity sprzęt walały się po okolicy. W czasie przerwy w marszu żołnierze wałęsali się po wrakowisku, fotografując się na tle zniszczonych sowieckich samolotów i ostrożnie grzebali w rumowisku, pamiętając o surowych rozkazach zabraniających rabunku i nielegalnego przywłaszczania zdobycznego sprzętu nieprzyjaciela. Wojna ze Związkiem Radzieckim trwała dopiero od kilku dni, więc wszystko, co miało związek z sowiecką armią, budziło nasze zaciekawienie.
* * *
Nasze przemarsze trwały przez pierwszą połowę lipca. Nasz szlak całymi dniami wiódł pośród ogromnej ilości zniszczonych rosyjskich czołgów, a wywrócone do góry nogami ciągniki z zaprzodkowanymi działami polowymi leżały rozrzucone wzdłuż dróg. Na polach można było zauważyć porzucone stanowiska rosyjskiej artylerii, które wydawały się nienaruszone, co było dowodem na to, jak szybko nasza ofensywa złamała sowieckich obrońców.
Byliśmy zdumieni stopniem nasycenia sowieckiej armii środkami motorowymi, podczas gdy nasza własna artyleria wciąż bazowała na ciągu konnym, przypominającym czasy I wojny światowej. Mogiły niemieckich i rosyjskich żołnierzy napotykało się teraz razem; niemieckie, przyozdobione krzyżami z surowego drewna, stały po prawej stronie drogi, rosyjskie po lewej. Mogiły Rosjan były bezimienne, oznaczone tylko wbitymi w świeżą ziemię karabinami z zatkniętymi bagnetami. Na niemieckich grobach, jak zawsze, zwyczajowo zatknięte były stalowe hełmy, a na niektórych wisiały na sznurkach nieśmiertelniki, czekające na zebranie i opisanie.
8 lipca, kiedy zbliżaliśmy się do Brodów, idąc po szerokiej, pokrytej koleinami drodze, minęły nas pojazdy zaopatrzeniowe i wozy łączności z 72 Dywizji Piechoty 6 Armii. Telefoniści powiedzieli nam, że dywizja wzięła Lwów przy stracie sześciuset ludzi i z ufnością donieśli, że wojna zakończy się w ciągu kilku tygodni.
Nasz przemarsz wstrzymano na starej granicy rosyjsko-galicyjskiej. 6 i 17 Armia podeszła do Linii Stalina, ciągu betonowych umocnień i silnie bronionych punktów oporu. Spodziewaliśmy się, iż nieprzyjaciel będzie się tam zażarcie bronić i byliśmy zawiedzeni, gdy nadeszły wieści, że 132 Dywizja Piechoty otrzymała rozkaz przejścia do odwodu, bowiem większość z nas chciała doczekać się akcji jeszcze przed nieuchronną kapitulacją Związku Radzieckiego.
14 lipca przeszedł bez echa. Życie wypełniła nuda; nasza rzeczywistość skurczyła się do szerokiego na sto metrów traktu, kurzu, błota, palącego słońca, burz i nieskończonej, pustej przestrzeni, gdzie tylko od czasu do czasu rzadkie kępy drzew ciągnęły się ku horyzontowi. W oddali widać było kryte słomą dachy kołchozowych chałup i to na nich skupialiśmy wzrok, niczym na palmach na pustyni, aby zwiodły nas ku prymitywnym studniom. Poinformowano nas, że Armia Czerwona w czasie odwrotu często zatruwała ujęcia wody. Marszowi towarzyszył wszędobylski smród ze szkieletowatych pozostałości końskich trupów, leżących wzdłuż szlaku. Fetor ten zawsze już będzie nam przypominać o sowieckim raju, w który przyszło nam teraz coraz bardziej się zagłębiać.
Po minięciu Jampola nasze tempo spadło. Niekiedy mieliśmy na tyle szczęścia, by w mijanych wioskach zdobyć parę cebul albo marchewek, rzadziej kurczaka czy kilka jajek, co urozmaicało nieco nasze monotonne wyżywienie z kuchni polowych. Z rozrzewnieniem wspominaliśmy czasy spędzone w Karyntii i Zagrzebiu, zanim jeszcze nastąpił atak na Rosję, gdzie raczyliśmy się zimnym piwem i śliwowicą.
Piechota kontynuowała marsz od świtu do zachodu słońca. Pokryci kurzem, spoceni i lepcy, bez szans na ucieczkę przed okrutnym klimatem, wchodziliśmy coraz głębiej na terytorium Związku Radzieckiego. Choć było to wbrew regulaminowi, aby odciążyć nas od niesienia plecaków, rekwirowano małe furmanki ("panje"), ciągnięte przez niezłomne rosyjskie koniki. Gdy cywilizacja, jaką znaliśmy, pozostawała coraz bardziej z tyłu, ten obyczaj robił się coraz powszechniejszy. Nieliczne ludzkie osady były prymitywne i prawdopodobnie zawszone, tak więc noce spędzaliśmy w namiotach, stogach siana lub najczęściej na gołej ziemi, owijając się do snu w ćwiartkę pałatki namiotowej, którą przydziałowo otrzymywał każdy landser. Żołnierze z pododdziałów o ciągu konnym budzili się rankami, muskani nosami przez głodne i spragnione zwierzęta.
Przechodziliśmy obok drewnianych szkół, które były niczym innym, jak prostymi budynkami udekorowanymi charakterystyczną czerwoną gwiazdą i pomalowanymi na czerwono mównicami, służącymi do spotkań członków partii komunistycznej. Postrzępione, pokryte kurzem portrety Lenina i Stalina wisiały na ścianach. Stalin wprowadził przymusowe nauczanie tam, gdzie uprzednio, w epoce caratu, alfabet był czymś prawie nieznanym. Byliśmy zaskoczeni faktem, że wiele dzieci w wieku szkolnym potrafiło porozumiewać się łamanym językiem niemieckim. Ze zdobycznych materiałów propagandowych dowiedzieliśmy się, iż edukacja polityczna była priorytetowym przedmiotem dla dzieci.
17 lipca, po raz pierwszy od momentu rozpoczęcia naszego marszu, otrzymaliśmy pocztę z domu. Dziesięć dni później dywizja wkroczyła na Ukrainę i przeszła przez Koziatyn, maszerując na południowy wschód, w kierunku Różyna. Ukraina gotowała się w letnim skwarze. Po szerokich, piaszczystych i wyłożonych kamieniem drogach weszliśmy w kraj bezkresnych horyzontów.
Niekończące się szerokie stepy, pola zbóż i słoneczników graniczyły z drogami, po których szliśmy na wschód. Horyzont usiany był prymitywnymi, drewnianymi wiatrakami, które służyły nam za miejsca postoju i odpoczynku w tym samotnym marszu przez krainę, która pozostawiła u nas wrażenie wolności, połączonej z przytłaczającym poczuciem pustki.
Zatrzymaliśmy się w zapuszczonym zagajniku akacji, który dawał odrobinę cienia w oceanie traw. Kompania na boleśnie otartych i posiniaczonych nogach przeszła sześćdziesiąt kilometrów w czasie krótszym niż dwadzieścia cztery godziny. Pokryte kurzem, w którym pot porobił bruzdy, ogorzałe w słońcu i wietrze twarze patrzyły spod ciężkich hełmów na nasze "królestwo". Ręce śliskie od potu chwyciły łopatki saperskie, aby ryć dziury w ziemi. Padła komenda: "Okopać się."
Rozebrani do pasa, w milczeniu wgryzaliśmy się w ziemię. Opodal, brzęczenie pszczół przypominało mi o ich własnym, niekończącym się znoju. Clemens i Gehr, kierowcy ciągników, wpadli na pomysł odszukania ula w nadziei na znalezienie miodu. Wyposażeni w menażki, celty namiotowe i maski przeciwgazowe, zniknęli między zabudowaniami kołchozu za pozycjami naszych działek.
Po godzinie pracy, po lewej stronie stanowiska naszego Paka skonstruowałem prawdziwy szaniec, na którym położymy karabiny i granaty; jego wyższa ściana zwrócona była w stronę naszego frontu. Działko przeciwpancerne, dokładnie zamaskowane gałęziami i trawą, stało na skraju zagajnika. Przed nami, przez otwarte pole, po osi wschód-zachód biegła piaszczysta droga. W falującym od popołudniowego słońca powietrzu, na horyzoncie widać było zabudowania odległej wsi.
Po lewej stronie drogi, na tyłach zagajnika, starszy szeregowy Poell ustawił swój pojazd półgąsienicowy, po czym zabrał się za maskowanie swojego Paka. Obserwatorzy artyleryjscy z pododdziałów artylerii i moździerzy wysunęli się do przodu, niosąc na plecach bębny z kablem telefonicznym. Ciszę pozornie spokojnego świata zakłócało tylko sporadyczne pobrzękiwanie łopatek saperskich, menażek i manierek.
Właśnie zwinąłem sobie pod głowę moją zakurzoną bluzę, robiąc z niej poduszkę i w popołudniowym słońcu zaczynałem zapadać w drzemkę, kiedy ciszę rozdarł wystrzał z karabinu. Jednym ruchem stoczyłem się do świeżo wykopanego dołka strzeleckiego, założyłem ciężki, stalowy hełm i przyłożyłem do ramienia kolbę broni. Wpatrując się przed siebie, byłem w stanie dostrzec jedynie pustkę i kołyszące się trawy. W czasie szkolenia piechoty wbijano nam do głowy, by strzelać przy najmniejszych oznakach ruchu, do każdego poruszającego się liścia i każdego źdźbła chwiejącej się trawki. Wszystko po to, by zabić wroga. A teraz, z bijącym sercem łapałem myśli, kłębiące mi się w głowie: czy to dzisiaj będzie ten dzień, w którym będę musiał zabić innego człowieka? Kto strzeli pierwszy, kto pierwszy trafi? On czy ja? Czy będę musiał dzisiaj zabijać, by ocalić życie swoje i swoich towarzyszy? Pamięć przywołała obrazy mijanych po drodze rzędów mogił ze starannie ustawionymi krzyżami i z zawieszonymi na nich nieśmiertelnikami. Próbowałem wyrzucić je z głowy.
Po lewej stronie, jakieś sześćset metrów od naszych pozycji, ciszę przerwał odgłos broni ręcznej. Dźwięki, początkowo przypominające znajomy odgłos wystrzałów na strzelnicy, przerodziły się w szaleńcze wystrzały i nad naszymi głowami zagwizdały rykoszety. W dalszym ciągu wybałuszaliśmy piekące oczy, ale przed naszymi stanowiskami nie dostrzegaliśmy niczego niezwykłego. W oddali, poprzez ogień karabinowy przebił się charakterystyczny trzask działka przeciwpancernego.
Po kilku minutach wszystko się uspokoiło. W powietrzu unosił się kurz i słaby, drażniący zapach spalonego prochu. Po naszej prawej stronie w błękitne popołudniowe niebo bił słup czarnego dymu. Skuleni, pozostaliśmy na stanowiskach; przyciszonymi głosami, z sercami bijącymi z niepokoju, próbowaliśmy ocenić, co się wydarzyło. Jakiś czas później dowiedzieliśmy się od łącznika, iż działko przeciwpancerne Poella zniszczyło sowiecki samochód pancerny oraz że odparto atak kompanii rosyjskiej piechoty.
Nie mogliśmy wiedzieć, że w nadchodzących miesiącach i latach ta krótka utarczka będzie uważana za nic innego, jak zwykłą i nieistotną potyczkę z nieprzyjacielem. To pierwsze drobne starcie pułku nie wyglądało na zwiastun makabrycznych lat walki, nacechowanej wyrzeczeniami, smutkiem i niezliczonymi ofiarami. To miało dopiero nadejść. Wielu z nas miało nigdy nie powrócić z tych przepastnych przestrzeni, ale wtedy nikt nie zaprzątał sobie głowy takimi myślami.
Wróciłem do mojego dziennika, małego, kieszonkowego notatnika oprawionego w czarną ceratę, z rogami już nieco postrzępionymi i kartkami poplamionymi potem i deszczem, by opisać w nim ten incydent.
Nasi dwaj kierowcy powrócili z menażkami kapiącymi od miodu, który stał się wspaniałym dodatkiem do naszych wieczorowych racji. Zjedliśmy miód z komiśniakiem, ciesząc się z odmiany i zastąpienia nim zwyczajowej puszkowanej kaszanki. Spłukaliśmy chleb z miodem zimną herbatą i przygotowaliśmy się do kolejnego wymarszu o świcie.
30 lipca zastał nas na postoju w Michajłowce. W ciągu kilku ostatnich dni niektóre z naszych oddziałów doświadczyły nalotów sowieckich bombowców i samolotów szturmowych, które jednak nie przyczyniły się do spowolnienia tempa naszego marszu. Kompanie piechoty i jednostki o ciągu konnym maszerowały nocą i przebyły około sześćdziesięciu pięciu kilometrów, dochodząc w dniu 31 lipca do Kaharłyka. Podano nocne hasło i rozeszły się pogłoski o zbliżającym się ataku na szerokim froncie, który miał się rozpocząć o godzinie siódmej następnego ranka. Spędziliśmy noc zawinięci w nasze namiotowe "ćwiartki", skuleni w wyścielonych trawą dołkach strzeleckich.
Plotki się sprawdziły i 1 sierpnia, dokładnie o godzinie siódmej rano, rozpoczęliśmy natarcie w kierunku sowieckich umocnień pod Mirowką. Przed nami rozciągało się gigantyczne, puste pole, gdzie wzrokiem można było ogarnąć step, który poza łagodnie pofałdowanym terenem i zagłębieniami niewidocznymi dla niewprawnego oka, nie dawał żadnej osłony. Sowietom zapewniało to dużą przewagę, gdyż obrońcy mogli wgryźć się w ziemię, mając przed swymi stanowiskami czyste pole ostrzału. Poczyniliśmy ostatnie przygotowania do opuszczenia naszych pozycji i do ruszenia przez otwarty step.
Przy niewielkim wysiłku wysunęliśmy nasze działko na stanowisko na skraju pola pszenicy, skąd mieliśmy doskonały widok w kierunku wschodnim, na falujące, zielone morze, tylko gdzieniegdzie z rzadka poznaczone poletkami ziemniaków. Pierwsze promienie porannego słońca tańczyły na źdźbłach ukraińskiej pszenicy i w mgiełce poranka mogliśmy rozpoznać na horyzoncie odległe sylwetki domów dwóch wsi. Usiedliśmy na lawecie działka, popijając ciepłą kawę i próbując rozproszyć uczucie chłodu, które się w nas zalęgło. Każdy chciał wyglądać nonszalancko, mówiąc o rzeczach niezwiązanych z wojną, usiłując poprzez rozmowę ukryć niepokój, dobrze widoczny na spalonych słońcem twarzach. Kilkadziesiąt metrów dalej oficerowie kompanii zbili się w ciasne gromadki, dyskutując przyciszonymi głosami, spoglądając w stronę pozycji nieprzyjaciela i od czasu do czasu podnosząc do oczu lornetki.
O godzinie szóstej pięćdziesiąt nasza artyleria otworzyła ogień. Ciężkie pociski wyły nad naszymi głowami w drodze na ustalone cele na pozycjach wroga, a piechota, obciążona bronią, amunicją, sprzętem łączności i ładunkami wybuchowymi ruszyła do przodu na szerokim froncie. Wydawało się, że natarcie w każdym szczególe posuwa się dokładnie tak, jak zaplanowano, co początkowo sprawiało wrażenie, iż są to kolejne ćwiczenia w Pffarkirchen czy w Dugo Selo.
Zdobyczny francuski ciągnik z głośnym stukotem podjechał na nasze stanowisko. Podczepiliśmy działko, wspięliśmy się na pojazd i pojechaliśmy, zostawiając za sobą wielką chmurę kurzu. Minęliśmy zwiadowczy samochód pancerny, zniszczony dzień wcześniej przez Poella i nasz wzrok przykuł wciąż jeszcze niecodzienny, makabryczny widok na wpół spalonego trupa z nagim tułowiem, zwisającego z jednego z luków.
Dwa działka przeciwpancerne naszego plutonu wyrwały przed siebie po pofałdowanym terenie, towarzysząc pododdziałom przemieszczającym się po piaszczystej drodze w kierunku Kaharłyka. Karabiny maszynowe naszej wysuniętej do przodu piechoty weszły już do akcji; dobrze słyszalne serie MG-34 niosły się w naszą stronę ponad kłosami pszenicy. Za nami, działa artyleryjskie i moździerze tłukły głuchym łomotem, kontrastującym z wysokim dźwiękiem wydawanym przez broń małokalibrową.
Nagle zaświstały rykoszety, odbijając się wokół nas i w poszukiwaniu ukrycia wylądowaliśmy pośród bruzd i kolein na drodze.
"Kryć się!", krzyknął Hartmann, dowódca działonu.
W coraz głośniejszym huku broni wszelkiego kalibru widzieliśmy jego gestykulujące ramiona i poruszające się usta. Jego komendy utonęły w dudniącym grzmocie. I oto nadszedł ten moment. Przyszła chwila, w której będziemy musieli stawić czoła nieprzyjacielowi. Pomimo gniotącego nas strachu, to, co nieuniknione, przyjęliśmy z głęboką ulgą, co było dowodem na zmianę naszych priorytetów od czasu rozpoczęcia marszu.
Obsługi dział rzuciły się do pracy automatycznie, jak to robiły już niezliczoną ilość razy w czasie ćwiczeń. Kanonierzy numer jeden i dwa poluzowali łoże i zablokowali koła. Kanonierzy numer trzy i cztery odciągnęli szeroko na bok ogony łoża, podczas gdy celowniczy jednocześnie ustawiał zasięg strzału i obniżał lufę do położenia w poziomie. Ładowniczy otworzył zamek, a amunicyjni wyrzucali skrzynki z amunicją z jaszcza. Wystarczył jeden ruch, by płynnie wprowadzić pierwszy nabój do komory. Szczęknął zamek i działo było gotowe do strzału. Hartmann przyklęknął obok działa z lornetką w ręku i regulaminowo wydawał rozkazy celowniczemu: "Prawy skraj żywopłotu... odległość czterysta... gniazdo karabinu maszynowego. Ognia!" W odpowiedzi na jego wyuczone komendy, w ciągu najbliższych kilku sekund jeden pocisk za drugim zaczął opuszczać lufę.
Mogliśmy dostrzec, jak pluton piechoty z 5 kompanii zaległ w płytkim zagłębieniu terenu, przygwożdżony ciężkim ogniem nieprzyjacielskich karabinów maszynowych. Pod osłoną ognia z działka przeciwpancernego - nasze pociski spadały teraz bezpośrednio na stanowiska wroga -?pluton zaczął przesuwać się do przodu. Objuczeni oporządzeniem piechurzy, powoli brnący przez pole pszenicy, byli doskonale widoczni. Smużki dymu wskazywały miejsca, w których suche źdźbła zostały podpalone przez serie pocisków smugowych.
Kołchoz o nazwie Mały Kaharłyk, w którym zgodnie z doniesieniami znajdowali się sowieccy obserwatorzy artyleryjscy, został wzięty na cel przez drugiego Paka i ostrzelany z odległości sześciuset metrów. Słomiane strzechy zabudowań kołchozu zaczęły palić się jasnym ogniem, a w czyste niebo podniosły się słupy gęstego, czarnego dymu.
Otrzymaliśmy rozkaz zmiany stanowisk i przesunęliśmy się na skrzyżowanie dróg w stronę płonącej wsi. W huku rozrywających się granatów moździerzowych i dudnieniu karabinów maszynowych słyszeliśmy własne wiwaty, wyrywające nam się ze spieczonych gardeł na widok Rosjan opuszczających swoje pozycje. Usiłowali uciec z gospodarstwa wzdłuż zakurzonej drogi wiodącej w kierunku wschodnim i wtedy ożywiły się nasze szybkostrzelne szpandały3 MG-34, polewając seriami nabojów, odzianych w platerowane miedzią łuski, umykające grupki ludzi w zielono-brązowych mundurach. Po prawej stronie, z przerażonymi spojrzeniami i rękoma podniesionymi w górę, pokazali się pierwsi jeńcy. Szybko zdarto z nich hełmy i oporządzenie, oni zaś instynktownie pobiegli truchtem w stronę naszych tyłów, trzymając ręce założone na tył głowy.
W czasie zmiany stanowiska, nasz Chenilette zgubił gąsienicę. Ciągnik zakręcił się niefortunnie wokół własnej osi i stanął, beznadziejnie utknąwszy pośrodku gołego pola na oczach nieprzyjaciela. Kierowcy wyskoczyli z pojazdu i gorączkowo usiłowali usunąć awarię, my zaś odczepiliśmy działko, zarzuciliśmy uprzęże i próbowaliśmy ręcznie przeciągnąć je do przodu. W tym czasie Pak oznaczony w naszej kompanii numerem 1 minął nas i zostawił z tyłu, podskakując na drodze i oddalając się w kierunku odgłosów wystrzałów.
Pot przesiąkał nasze szarozielone mundury i zostawiał ślady na twarzach pokrytych pyłem i brudem, a ukraińskie słońce rozgrzewało ciężkie hełmy. Zmęczeni, ciężko łapiąc powietrze, napieraliśmy na szelki do ciągnięcia działka, podczas gdy wystrzały karabinowe trzaskały dobrze już znanym echem i kule dziobały suchą, zeskorupiałą nawierzchnię drogi. Od czasu do czasu małe fontanny piasku wystrzeliwały nieregularnymi ściegami wzdłuż drogi, gdy kule wystrzeliwane z cekaemu ustawionego na skraju Małego Kaharłyka uderzały niedaleko nas. Z tarczą ochronną zwróconą do przodu, raz jeszcze gwałtownie szarpnęliśmy za uprząż, aby podciągnąć działko dalej. Na naszych twarzach malowało się znużenie i strach. Niekiedy rozlegał się ostry brzęk, gdy kula niczym młotek uderzała w pancerną tarczę, co w straszny sposób przypominało nam, że wciąż jesteśmy pod ogniem pojedynczych strzelców.
Hartmann pobiegł przodem, aby znaleźć odpowiednie stanowisko dla działka. Na szyi dyndał mu pistolet maszynowy, w prawym ręku ściskał granat. Gdy zeszliśmy z drogi, zauważyliśmy ślady świeżo wzruszonej ziemi, które układały się w kształt niewyraźnej szachownicy. Rosjanie blokowali nam przejście swoimi pudełkowatymi minami. Rekonesansowi Hartmanna zawdzięczamy, że przypadkowo nie zabłąkaliśmy się w to miejsce.
Zatrzymaliśmy się na chwilę, by pod skąpą osłoną tarczy złapać oddech. Nigdzie nie było widać budynku, drzewa czy krzaczka, który mógłby zapewnić choćby najlżejszą ochronę przed palącym południowym słońcem. Z płucami pracującymi jak miechy na chwilę zastygłem na czworakach. Inni padli w rowie na skraju drogi w próżnej nadziei na znalezienie cienia; niektórzy po prostu rozciągnęli się na ukraińskiej ziemi.
Wciąż miałem mglistą świadomość uderzających blisko kul z Maksima, ale gdy leżałem na piasku łomot serca nieco się uspokoił. Niosące śmiertelne zagrożenie kule dalej gwizdały nam nad głowami.
Rosjanie usiłowali wstrzelać się w nasz zepsuty ciągnik, stojący teraz jakieś sto metrów od miejsca, do którego dzięki naszym wysiłkom dowlekliśmy działko. Do góry wyskakiwały fontanny ziemi i Chenilette skrył się w chmurze szarego dymu, gdy obramowały go padające pociski. Pomimo gradu kul, dziurawiących powietrze nad ich głowami, kierowcy nie zostali nawet draśnięci i zdołali zreperować gąsienicę. Clemens wskoczył na siedzenie, gwałtownie wrzucił bieg i rycząc silnikiem wyrwał do przodu, podskakując na wybojach w naszym kierunku.
Drugie działko, stojące po lewej stronie i oddalone od nas o jakieś sto metrów, otworzyło ogień, próbując zniszczyć Maksima. Ciągnik artyleryjski popełzł lewą stroną drogi i skręcił gwałtownie w ogromne, rozciągające się po horyzont pole pszenicy. Karabin maszynowy bezustannie trzymał ciągnik pod ogniem, ale amunicja małego kalibru nie wywierała wielkiego wrażenia na opancerzeniu pojazdu.
Przybycie naszego kierowcy wraz z ciągnikiem powitaliśmy z mieszanymi uczuciami. Bardzo chcieliśmy zmienić pozycję i Chenilette mógł teraz pociągnąć ciężkie działko, z drugiej strony jednak byliśmy w pełni świadomi faktu, iż pojazd skupia na sobie dodatkowy ogień nieprzyjaciela. Przez głowę przemknęła mi myśl, by porzucić działo i poszukać osłony przed ostrzałem Rosjan, ale szybko zrezygnowałem z tej niedorzecznej idei i ze zdwojoną siła naparłem na uprząż. Po chwili, która trwała wieczność, działko zostało podczepione do ciągnika. Wyjąc silnikiem, ciągnął je w podskokach po nierównym gruncie.
Rosjanie skrócili ogień swojej artylerii i przenieśli go teraz bliżej własnych pozycji. Eksplozje ciężkich, wypełnionych silnym materiałem wybuchowym pocisków kładły się coraz bliżej nas, rozrywając się pomiędzy naszymi najbardziej wysuniętymi do przodu pododdziałami. Erupcje nadlatujących pocisków trzęsły ziemią i wydawane komendy można było dosłyszeć tylko z wielkim wysiłkiem.
7 kompania, po naszej lewej stronie, uwikłała się w ciężki bój. Gdy posuwaliśmy się do przodu, Rosjanie opuszczali swoje stanowiska i uciekali przez pole pszenicy w stronę Kaharłyka, odległego o około pięćset metrów. W sięgającym do pasa zbożu, strzelcy karabinów maszynowych, chcąc mieć czyste pole ostrzału, strzelali ze swoich MG-34 w pozycji stojącej, opierając broń na ramionach kolegów z obsługi. Wielu Rosjan zostało trafionych seriami broni maszynowej, przewracając się na ziemię i znikając w pszenicy.
Kawałek dalej wpadliśmy pod sporadyczny ogień karabinowy prowadzony przez grupę Rosjan, którzy potem się poddali i nadbiegli w naszą stronę z podniesionymi rękami. Na ich twarzach wyraźnie było widać zmęczenie i strach.
Cel na dzisiejszy dzień -?nasyp linii kolejowej przed wsią -?został osiągnięty. W ciągu sześciu godzin ciężkiej walki zdobyto dwanaście kilometrów terenu. Nie mogłem opędzić się od myśli, jak bardzo nieistotne jest te dwanaście kilometrów na mapie przepastnego kraju, gdzie od świtu do nocy przed oczami ciągnęły się po horyzont puste pola. Zastanawiałem się, ile jeszcze bojów o kolejne tuziny kilometrów czeka nas podczas naszego marszu, coraz dalej od zachodzącego słońca.
Natknęliśmy się na jednego z naszych zabitych, leżącego bez ruchu w pyle drogi, z hełmem wciąż starannie zapiętym pod brodą i niewidzącymi oczami wpatrzonymi w niebo.
Rosyjscy jeńcy zostali szybko zatrudnieni przy przenoszeniu rannych na punkt opatrunkowy. Eskortowana przez naszych lekko rannych, maszerujących skrajem drogi, godna pożałowania kolumna popełzła na tyły w kierunku punktu zbornego 2 batalionu.
Takim oto sposobem nasz pułk doświadczył swojego pierwszego boju z nieprzyjacielem oraz poniósł swoje pierwsze straty. Nie przepełniała nas radość ze zwycięstwa i uczucie podniecenia szybko z nas wyparowało, zastąpione przez smutek i przemożną chęć opuszczenia tego miejsca. Do tej pory nie doświadczyliśmy jeszcze prawdziwych efektów niekończącej się walki, która sprawia, że wszystkie dotychczasowe więzi łączące człowieka z rodziną i jego kręgiem kulturowym zostają nieuchronnie wyparte przez poczucie bliskości z towarzyszami broni. To miało dopiero nadejść w tygodniach, miesiącach i latach, które nas czekały. Przy okazji, dziennikarze przydzieleni do kompanii propagandowej napiszą barwne relacje z wydarzeń i nie omieszkają dodać, że polegli i ranni spełnili swój obowiązek w służbie ojczyzny i Führera.
Obsługa naszego działka została wyznaczona do pełnienia roli osłony. Kiedy zapadł zmierzch, ustawiliśmy działo przy drodze w pobliżu pozycji obronnych batalionu. Pojedyncze wybuchy pocisków moździerzowych niosły się echem ponad polem pszenicy i sprawiały wrażenie, iż gonią za słońcem, tonącym powoli na zachodzie, od strony Niemiec. Nasze myśli towarzyszyły opuszczającej się za horyzont płomienistej kuli, której blask przebijał się przez wieczorną mgiełkę. Myśleliśmy o naszej ojczyźnie, którą zostawiliśmy tysiąc pięćset kilometrów za sobą.
Front nie chciał zasnąć tej nocy. Pododdziały zwiadowcze obu stron były w ciągłym ruchu, przemykając w ciemności i próbując wymacać pozycje przeciwnika. Raz za razem ogień rosyjskiego Maksima rwał ciemność i zawsze odpowiadał mu stukot naszego szpandała, do którego szybko dołączał bezładny ogień karabinowy. Czasem po polu niósł się huk eksplozji granatów i ostre wystrzały pistoletów maszynowych, a wtedy linie obronne przez dłuższy czas rozświetlały skwierczące, wzlatujące w niebo flary. Nad ranem wycofano nas z linii i przerzucono dwa kilometry dalej na południe, gdzie szykowano nowy atak.
2 sierpnia zapamiętaliśmy odmianę w monotonnym wyżywieniu opartym na suchym prowiancie. Ugotowaliśmy sobie ziemniaki, świeżo nakopane w jakiejś bezimiennej ukraińskiej wsi. Oberschütze Fehr zdążył już oskubać kurę, którą zjedliśmy z ziemniakami i obranymi ze skórki ogórkami.
W odległości kilkuset metrów, na podjeździe do wsi, na małym wzgórku stał wypalony transporter półgąsienicowy, należący do kaprala Aignera. W czasie wczorajszej walki wjechał prosto na dobrze zamaskowane pole minowe, na którym trzech żołnierzy z obsługi działa spotkało swoją śmierć. Dwóch zginęło natychmiast, zaś Aignerowi mina urwał obie nogi i zmarł jeszcze tej samej nocy na punkcie medycznym. Widać stąd było ich hełmy, złożone razem pod brzozowym krzyżem; ich mogiła dopisała się do rosnącej liczby strat, którymi niemiecka armia płaciła za wojnę w Związku Radzieckim.
Niedaleko od ich prostego kopczyka leżał rząd kilkudziesięciu min w drewnianych pudełkach, wykopanych przez saperów. Żołnierze zdążyli już wynaleźć stosowną nazwę dla tych śmiercionośnych, małych pudełek i nazywali je "trumienkami dla dzieci".
W szeregach piechoty rozeszła się wieść o tym, jak dywizyjny kapelan, Satzger, ryzykował życie, aby ściągnąć kilku rannych, którzy leżeli przed pozycjami wroga w czasie wczorajszego ataku. Dla nas zawsze istotne było, jak traktuje się rannych, gdyż zdawaliśmy sobie sprawę, że w każdej chwili, bez żadnego ostrzeżenia możemy dołączyć do ich grona.
Wielu żołnierzy, którzy wcześniej nie zdradzali takich inklinacji, zaczęło uczestniczyć w obrządkach religijnych, a rosnąca świadomość naszej własnej śmiertelności sprawiła, że zaczęliśmy doceniać obecność kapelana. Gdy lista ofiar zaczęła się wydłużać, kapelan, który nie nosił w armii niemieckiej oznak stopnia wojskowego, zaczął odgrywać coraz istotniejszą rolę w naszym życiu. Dla wielu -?zbyt wielu -?będzie miał ostatnie słowo pociechy i będzie ostatnim, który udzieli im wsparcia zanim i oni umrą od śmiertelnych ran.
Z każdym dniem nasze linie zaopatrzenia stawały się coraz bardziej rozciągnięte, a kiedy nasz impet wyhamował, zaczęliśmy w coraz większym stopniu doświadczać sporadycznych ostrzałów artyleryjskich. Któregoś razu odłamek pocisku zerwał moją maskę przeciwgazową wraz z saperką, dziurawiąc przy okazji moją bluzę, ale poza siniakiem na biodrze obyło się bez zranienia. Rosyjskie oddziały osłonowe wycofywały się przed naszym nadejściem, dokładając starań, by spalić jak największą liczbę gliniano-słomianych chat i pozostawiając za sobą wiecznie aktywną kadrę snajperów, którzy za cenę własnego życia powoli wyrywali z naszych szeregów śmiertelną daninę krwi.
3 sierpnia większą część nocy spędziliśmy leżąc pośrodku pola rzepy. Pluton rozpoznawczy ustalił ponad wszelką wątpliwość, iż niezniszczony kołchoz, położony w odległości około pół kilometra od nas, nie był zajęty przez nieprzyjaciela, więc we wczesnych godzinach przed świtem przenieśliśmy się do małego skupiska chat. Kompanijna kuchnia podesłała do przodu trochę gorącej kawy oraz chleb ze smalcem. Obsada naszego działa zajęła dla siebie jedną z chałup, w której zasłaliśmy glinianą podłogę sianem i drzemaliśmy tam przez kilka godzin, zadowoleni, że nie leżymy gdzieś w ciemności pośród rzepy.
Następnego dnia posuwaliśmy się jeszcze dalej na wschód aż do momentu, kiedy nasza wysunięta szpica dotarła do szerokiego Dniepru. Gdy zbliżaliśmy się do brzegów rzeki mieliśmy wrażenie, że gigantyczna masa wojsk wchodzących w skład sowieckiej armii wyparowała i że zwycięstwo wydaje się pewne.
Przez całe tygodnie nasz ustalony porządek składał się z niekończących się przemarszów, przerywanych tylko sporadycznym oporem niewielkich grupek sowieckich maruderów, których przeganiała nasza awangarda. Napotykane co jakiś czas trupy nieprzyjaciół nie budziły już większego zainteresowania, zaś widok nieodmiennie podnoszących się z ziemi i podchodzących do nas z uniesionymi rękami jeńców całkiem spowszedniał. Najczęściej po prostu ich rozbrajano i ruchem ręki kierowano na tyły, często bez żadnej eskorty, aby tam zajęły się nimi nasze tyłowe oddziały.
Wieczór 5 sierpnia zastał nas na nowo pobudowanych stanowiskach obronnych pod wsią Prucki Wielkie. Złowieszczy grzmot ciężkiej nawały nie milkł nawet na chwilę, gdy nasza artyleria kontynuowała ostrzał pozycji nieprzyjaciela gdzieś za linią horyzontu. Przez całą noc nerwowo wyczekiwaliśmy momentu ataku, który miał się rozpocząć następnego ranka.
Ruszyliśmy do przodu dokładnie za dziesięć szósta, mając za cel Dniepr. Baterie naszej artylerii strzelały pociskami dymnymi i burzącymi na górujące nad okolicą wzgórze, oznaczone jako wzgórze 197. Z miejsca, w którym się znajdowaliśmy, widać było sowiecką piechotę uciekającą w chmurach dymu, zasłaniającego pole walki. Jeńcy zeznali później, że wiele ogarniętych paniką pododdziałów uciekło, bojąc się, iż w ataku na ich umocnienia zastosowaliśmy gazy bojowe. Faktycznie, meldunki z placu boju potwierdzały, że w czasie naszego ataku nieprzyjacielscy żołnierze zakładali maski przeciwgazowe.
W ciągu kilku godzin wzgórze zostało zajęte przez naszą piechotę przy minimalnych stratach. Dziesięć minut przed siódmą przeciwnik prowadził działania opóźniające, cofając się na wzgórze 160, gdzie stawił zacięty opór na przygotowanych stanowiskach.
Przesłuchania wycieńczonych jeńców potwierdziły, iż głównym czynnikiem pozbawiającym obrońców woli walki była silna koncentracja ciężkiego ognia artylerii. Późnym popołudniem nasze oddziały zostały zaatakowane przez samoloty szturmowe, ale ich naloty spowodowały tylko minimalne zniszczenia.
Rankiem 7 sierpnia mozoliliśmy się nad kopaniem stanowisk obronnych w okolicach wsi Bałyka, około stu metrów od brzegów Dniepru. Z naszych pozycji rozpościerał się widok na szeroką rzekę. W oczekiwaniu na ataki wrogich szturmowców, jak również dla zabezpieczenia się przed ostrzałem ze strony sowieckich kanonierek, staraliśmy się wgryźć w ziemię najszybciej, jak tylko się dało.
Po paru godzinach ciężkie pociski moździerzowe, wystrzeliwane z monitorów manewrujących na Dnieprze, zaczęły spadać na zbocza wzgórza wokół nas. Działo z pierwszego plutonu próbowało ostrzelać jedną z kanonierek, ale bez powodzenia. Wkrótce nasze stanowiska rozciągnięte wzdłuż rzeki znalazły się pod ogniem wrogiej artylerii i moździerzy. Pomimo naszych gorączkowych przygotowań, byliśmy zmuszeni do wycofania się z naszych stanowisk w celu uniknięcia strat, powodowanych przez ogień nieprzyjaciela, znajdującego się poza naszym zasięgiem.
W tym sektorze stanęliśmy naprzeciwko nieprzyjaciela, który posiadał przewagę w ciężkiej broni, a nasze własne baterie artylerii zostały zobligowane do oszczędzania amunicji, co było efektem wydłużenia linii zaopatrzeniowych. Głębokość naszego włamania na tereny Związku Radzieckiego zaczynała zbierać swoje żniwo i racjonowanie amunicji było pierwszym przejawem braków, których straszliwe efekty miały o sobie dać znać w oczekujących nas zmaganiach.
Odległy grzmot stojących gdzieś daleko ciężkich dział rozbrzmiewał słabym echem w naszych uszach i został szybko przytłumiony rykiem pocisków rozrywających się w otwartym terenie. Wieczór przyniósł nowe ataki ze strony "Szczurów"4 latających nisko nad naszymi pozycjami i przelatujących nam nad głowami w sposób, który nie przypominał żadnego skoordynowanego nalotu. Próbowaliśmy odpędzić je ogniem karabinów i erkaemów, ale bez powodzenia.
Któregoś wieczoru obserwowałem dwóch żołnierzy z baterii artylerii, rozlokowanej poniżej nas, którzy roznosili jedzenie. Szli wzdłuż niżej położonej części wzgórza, kierując się w stronę linii frontu. Prowadzący niósł na plecach cylindryczny termos umocowany na szelkach i widać było, jak wybierają drogę na nierównym gruncie, brnąc powoli w pofałdowanym, przeoranym przez pociski artyleryjskie terenie, błotnistym i nasiąkniętym wodą po ulewnych burzach.
Nieoczekiwanie zostaliśmy raz jeszcze zmuszeni do szukania ukrycia, zaskoczeni przez "Szczura", który wyskoczył z nisko wiszących chmur. Dwie nadchodzące postacie rzuciły się pod osłonę ściany jednej z glinianych chałup na skraju wsi. Samolot, przelatując nam nad głowami, przejechał serią z broni maszynowej po wsi i zniknął w burzowej chmurze tak samo nagle, jak się pojawił.
Chwilę później dwóch żołnierzy ukazało się znowu, powoli posuwając się obok naszych stanowisk. Człapali z trudem, grzęznąc w błocie, idąc blisko jeden za drugim. Bezwietrzny wieczór wyraźnie niósł do nas ich przekleństwa. Drugi z idących przewiesił karabin i wolnymi rękami z obu stron obejmował termos, usiłując ocalić to, co zostało z wieczornego posiłku. Stalowy pojemnik był ewidentnie przestrzelony pociskiem z działka pokładowego myśliwca, który przewiercił go na wylot. Gorąca zawartość dwoma strumykami lała się na ziemię z obu stron termosu. W półmroku wieczoru, omijając leje po pociskach, żołnierze brodzili w błotnistej, rozoranej mazi, kierując się w stronę stanowisk baterii i oczekujących ich towarzyszy. Potykając się, szli do celu, klnąc Iwanów. Tego wieczoru zupa u artylerzystów będzie wydzielana skąpo, ale jak mało by jej nie było, wciąż będzie o niebo lepsza od monotonnej "żelaznej racji" kiszki i twardego chleba, które często przychodziło nam konsumować w czasie marszu.
Wieczorem 9 sierpnia uraczono nas pieczenią wieprzową, dostarczoną z kuchni polowej przez roznosicieli, a następnego ranka ponownie ruszyliśmy w drogę. Siły pancerne nieprzyjaciela podejmowały próby przebicia się na odcinku zajmowanym przez sąsiednią dywizję i elementy 68 i naszej 132 Dywizji Piechoty zostały skierowane do wzmocnienia tego sektora.
Wymarsz przewidziano na godzinę ósmą. Przed wyruszeniem wydano nam kawę i chleb ze smalcem. Pomimo mdlącego odoru martwego konia, którym zalatywało ze skraju drogi, chętnie zjedliśmy nasz pierwszy posiłek od czasu sławnej pieczeni z poprzedniego dnia. W czasie naszej krótkiej przerwy przeleciała nad nami formacja Stukasów. Mogliśmy popatrzeć, jak wyłamują się z szyku i niczym jastrzębie nurkują na niewidzialne ofiary. W czasie, gdy Stukasy zrzucały bomby na kolumny rosyjskich czołgów i miejsca koncentracji oddziałów, skrytych przed naszym wzrokiem za załomami terenu, ich wyjące syreny siały panikę i zamieszanie w szeregach wroga. Grzyby czarnego dymu podnosiły się do nieba, znacząc miejsca, w których pojazdy padły ofiarą bombowców nurkujących.
Rosjanie wkrótce odpowiedzieli własnymi atakami z powietrza. Nie mając czasu na przygotowanie pozycji obronnych, rzuciliśmy się pod osłonę płytkiego zagłębienia terenu, jednakże samoloty przeciwnika przeleciały obok nas. Kilka bomb spadło nam za plecami w pobliżu punktu opatrunkowego, ale obeszło się bez strat.
12 sierpnia nasze lotnictwo dokonało zrzutów amunicji dla baterii artylerii stojących na naszych tyłach. W ciągu ostatnich dni nasza artyleria prowadziła nieprzerwany ogień, odpierając silne sowieckie kontrataki, a obserwatorzy lotniczy meldowali, że Rosjanie pod Kaniowem wycofują swoje siły przez Dniepr i dalej w kierunku wschodnim. Nasze jednostki ponawiały ataki, lecz opór nieprzyjaciela stężał i nasze zdobycze terenowe były nikłe.
Moje działo zajęło stanowisko w pobliżu nasypu kolejowego w celu zabezpieczenia linii kolejowej biegnącej w kierunku Kaniowa i dalej przez Dniepr. Popołudnie było na naszym odcinku spokojne i wraz z Hartmannem wybrałem się na krótki rekonesans okolicy.
Za linią kolejową w kierunku wschodnim, na skraju małego zagajnika, nagle stanęliśmy jak wryci, gapiąc się wprost w otwór lufy Maksima, ustawionego mniej niż dziesięć metrów od nas. Ukryte w cieniu nisko zwieszających się gałęzi, odziane w mundur koloru khaki i zbryzgane krwią ciało leżało bez ruchu na łożu cekaemu, jakby odpoczywając.
Cicho zwalniając bezpieczniki naszych pistoletów maszynowych, ostrożnie posunęliśmy się do przodu, lustrując wzrokiem scenę przed nami. Wzdłuż nasypu kolejowego, w nierównej linii leżało blisko siebie około trzydziestu martwych Rosjan. Z pozycji, w jakich zastygli, jasno wynikało, iż podczas wczorajszych walk wystrzał z czołgu lub ostrzał broni pokładowej samolotu złapał ten pluton flankującym ogniem, w jednej chwili zabijając i raniąc wszystkich.
Powoli podkradłem się, by obejrzeć poległych i dostrzegłem, że martwa dłoń jednego z trupów wciąż ściskała otwarty opatrunek osobisty z bandażem w środku. Ciężko ranny Rosjanin na próżno próbował go sobie nałożyć i nie będąc w stanie zahamować krwotoku, umarł tam, gdzie leżał. Jego bluza była odpięta do pasa, a cały mundur aż czarny od zakrzepłej krwi ze śmiertelnej rany. Mój wzrok prześlizgnął się z pierwszej postaci i zatrzymał się na ciele żołnierza z naszywkami sierżanta. Podoficer trzymał w uścisku jedno z kół łoża Maksima, jego nic już niewidzące oczy wlepione były w pas z amunicją w miejscu, gdzie wchodzi do komory cekaemu. Inny wciąż trzymał w swych zimnych dłoniach karabin i opierał głowę o ziemię, jakby spał. Pasek jego oliwkowego hełmu wciąż był starannie zapięty pod brodą.
Hartmann prześlizgnął się koło mnie i powoli podszedł do dwóch żołnierzy leżących blisko obok siebie. Jeden z nich obejmował ramieniem drugiego, jakby ostatnim uściskiem chciał przynieść pociechę umierającemu towarzyszowi. Gdy Hartmann podszedł do nich, w powietrze wzbiła się protestująca chmara much, przerywając śmiertelną ciszę. Podszedłem do niego, by także spojrzeć na koszmarną scenę.
Chodząc cicho po polu tej masakry, Hartmann nagle odwrócił się i bez słowa przeszedł obok mnie, kierując się w stronę, z której przyszliśmy. Starannie unikając patrzenia w oczy zabitym, szybko poszedłem w jego ślady.
W tym przybytku śmierci tylko drzewa, nieruchome i ciche, wydawały się być jedynymi świadkami walki, która rozegrała się w cieniu leśnej polany. Pomimo, że na przestrzeni ostatnich miesięcy przyszło mi wiele razy patrzeć na śmierć, nieświadomie dla samego siebie pozostałem wciąż wrażliwy na brutalną i przerażającą rzeczywistość wojny. W owym czasie nie wyobrażałem sobie nawet, że po miesiącach i latach stanę się obojętny wobec śmierci na polu walki, a sceny, takie jak ta, staną się dla mnie chlebem powszednim. W miesiącach, które miały nadejść, nasza reakcja na śmierć, której będziemy świadkami, stanie się bezduszna i przyzwalająca. Będziemy obmacywać trupy w poszukiwaniu dokumentów, będziemy zbierać ich broń i oporządzenie, aby samemu zrobić z nich użytek. Na tym wstępnym etapie naszego chrztu bojowego wciąż byliśmy obciążeni naiwnymi wyobrażeniami o współczuciu dla poległych i naszą własną awersją do fizycznego kontaktu z okrwawionymi i rozszarpanymi ciałami, rozrzuconymi tam, gdzie cisnęła je śmierć.
13 sierpnia zajęliśmy byłe rosyjskie pozycje polowe, znajdujące się około dziesięć kilometrów na północny wschód od Kaniowa nad Dnieprem. Przejęliśmy dziury, wyryte w glinie przez nieprzyjaciela, który zasiadał na wzgórzach zaledwie kilka dni temu. Rosjanie, eksperci w budowie i maskowaniu umocnień w otwartym terenie, wykonali tam roboty ziemne, polegające na wykopaniu okrągłych, głębokich do pasa dziur, które rozszerzały się na dnie tak, by można się było tam wygodnie położyć i swobodnie rozprostować nogi. Glina znakomicie się trzymała i była świetnym materiałem do drążenia tuneli, więc śmiało ulepszyłem swoje stanowisko przy pomocy mojej łopatki saperskiej. Przed naszym atakiem, ten konkretny dołek strzelecki musiał zajmować Rosjanin raczej małego wzrostu.
Stwierdziłem, że pomimo parnej pogody, która charakteryzowała ukraińskie lato, chłodna ziemia mojego nowego przybytku zapewnia pewien komfort. W swojej dziurze czułem się bezpiecznie, w tym znaczeniu, że nic nie mogło mi się tam stać szybko czy bez ostrzeżenia. Ostrożnie wyczołgiwaliśmy się na otwarty teren, by zebrać trochę trawy i słomy, którymi zamaskowaliśmy nasze działko przeciwpancerne. O zmierzchu ktoś przytaszczył wielką naręcz słomy, którą podzieliliśmy na poszczególne obsady dział. Tak zaopatrzeni, mieliśmy nadzieję na spędzenie wygodnej nocy, o ile, oczywiście, Iwan nie będzie nas niepokoić.
Wieczorne cienie zniknęły i szarówka przeszła w mrok, pozostawiając naprzeciwko nas tylko poszarpane zarysy nierównych wzgórz i głębokich jarów, widoczne po drugiej stronie Dniepru. Te głębokie wąwozy, "bałki", przyjdzie nam dobrze poznać w czasie czekających nas bojów.
Nieprzyjaciel ponownie zajął pozycje obronne w małym lasku w odległości około trzystu metrów od miejsca, w którym się znajdowaliśmy. Po lewej stronie zaczynała się mała dolinka porośnięta brzozami i gęstymi zaroślami. Robiłaby wrażenie spokojnej samotni, gdyby nie okazjonalna seria z Maksima, który niepokoił nas z tamtego kierunku. Zostawiliśmy na straży jednego człowieka, skulonego za grubą osłoną pancernej tarczy Paka, chroniącej go przed zabłąkaną kulą z karabinu maszynowego lub ostrzałem snajpera. Zmienialiśmy go co godzinę, podczas gdy reszta spędzała noc w wyłożonych słomą dołkach.
W naturze wojny leży nieoczekiwane przypominanie o sobie. Żołnierz może przez chwilę ulec fałszywemu poczuciu bezpieczeństwa -?skulony w prymitywnym schronie obok ciepłego ogniska roznieconego w zimną noc albo zwinięty w okopie, śpiąc głęboko -?by nagle zostać rzuconym w sam środek bezlitosnej i brutalnej konfrontacji. Raz jeszcze nasz odpoczynek został przerwany przez dwóch żołnierzy roznoszących jedzenie, którzy wynurzyli się z ciemności przynosząc niemile widziane wieści, iż znowu mamy zmieniać stanowiska w celu przygotowania się do kolejnego ataku nad ranem.
Z dobrze nam już znanym uczuciem chłodu w żołądkach, niedługo przed północą opuściliśmy nasze wygodne dołki strzeleckie i już wkrótce pod rozgwieżdżonym niebem mozoliliśmy się nad budową nowych pozycji, bardziej na prawo, które należało ukończyć przed świtem. Przypadkowy, przytłumiony brzęk łopatek saperskich był dobrze słyszalny dla nieprzyjaciela i gdy pracowaliśmy, flary z sykiem wystrzeliwały w nocne niebo ze skraju pobliskiego lasku. Raz za razem trzeba było przypadać do ziemi i leżeć nieruchomo, by skryć się przed Maksimem, który macał ogniem nasze pozycje. Kule pruły powietrze nad naszymi głowami, a pociski smugowe zostawiały pomarańczowo-czerwone ślady, wyginające się i drgające w ciemności.
We wczesnych godzinach rannych otrzymaliśmy wsparcie w postaci dwóch dział samobieżnych, które dudniąc ciężkimi gąsienicami podtoczyły się na nasze stanowiska. Nasze początkowe obawy skupiały się na tym, iż warkot ich Maybachów niepotrzebnie przyciągnie uwagę nieprzyjaciela do naszych pozycji. Pomimo naszych lęków, ich obecność nie skupiła na nas ognia broni maszynowej, gdyż Rosjanie najprawdopodobniej nie chcieli ujawniać swoich stanowisk pojazdom pancernym.
Nasz atak rozpoczął się 14 sierpnia o godzinie piętnastej. Po dziesięciominutowej nawale artyleryjskiej, którą moździerze położyły na las, wysunięte grupy szturmowe posunęły się na odległość stu metrów od linii drzew. Wtedy ogień otworzył rosyjski czołg, ukryty na lewym skrzydle. Został zauważony przez jedno ze wspierających nas dział szturmowych i po krótkiej wymianie ognia zapalił się. Nasze ciężkie karabiny maszynowe i moździerze ostrzeliwały skraj lasu, próbując przydusić wszędobylskich snajperów i dołączyliśmy do nich, strzelając z naszego Paka po koronach drzew pociskami odłamkowymi.
Po zniszczeniu nieprzyjacielskiego czołgu nasz atak posunął się głębiej w las. Pomimo naszych obaw z zeszłego wieczoru, teraz wsparcie ciężkich dział samobieżnych dodawało nam otuchy. Pozycję wrogiego czołgu mogliśmy określić po kłębach czarnego dymu, buchających z płonącej wieży pojazdu. Usłyszeliśmy pogłoski, ze zanim został wykryty i zniszczony, zdołał przysporzyć jednej z kompanii sporych strat.
To była ostatnia przeszkoda na drodze do Kaniowa. Mimo, że osiągnęliśmy wyznaczone cele, po otrzymaniu posiłków ponownie nakazano nam ruszać do przodu. O godzinie osiemnastej atak został wznowiony.
Nasze zaprzodkowane działo podskakiwało za ciągnikiem, jadąc w kierunku miasta po śladach szturmowej kompanii piechoty, kiedy to nagle wpadliśmy pod flankujący ogień, prowadzony z polowych pozycji nieprzyjaciela. Przeciwnik, odczekawszy w ukryciu aż przejdzie nasza szpica, otworzył teraz do naszego plutonu ogień z broni ręcznej i kule zaczęły gwizdać nam nad głowami i bębnić w cienki pancerz naszego ciągnika. I w tej właśnie chwili silnik Chenilette'a zadławił się i pojazd stanął bez ruchu pod gradem kul.
Z walącymi sercami chwyciliśmy za pistolety maszynowe i karabiny, desperacko poszukując ukrycia. Świadomość, że ostrzał złapał nas w otwartym terenie, napełniała nas przerażeniem. Nasz kaemista, Robert, z którym służyłem jeszcze od czasów rekruckich, chwycił swój MG-34 i poderwawszy się na równe nogi pognał przed siebie, taszcząc broń pod pachą. Biegł w kierunku błysków wystrzałów, ujawniających położenie stanowisk wroga, nie zatrzymując się i strzelając z biodra seriami.
Kompletnie zaskoczeni tym szturmem, niektórzy Rosjanie podnosili się i potykając się, szli w naszym kierunku z rękoma uniesionymi w górę. Na moment dostrzegliśmy Roberta, który, zanim zniknął za nierównością terenu, strzelał seriami do grupek Rosjan wciąż stawiających opór. Błyskawicznie odczepiliśmy Paka, przygotowując go do strzału, jednakże nie wiedząc, w którym miejscu znajduje się Robert, byliśmy zmuszeni wstrzymać się z otwarciem ognia.
Z pistoletami maszynowymi i karabinami przygotowanymi do strzału, przesunęliśmy się na niewielkie wzniesienie, na którego szczycie znaleźliśmy Roberta leżącego przy swoim MG. Jedna, jedyna kula przeszyła mu klatkę piersiową, trafiając w serce. Kula wyszła plecami i z rany szkarłatnym strumieniem płynęła krew. Hartmann ukląkł przy bezwładnym ciele, odwrócił je ostrożnie na plecy i potwierdził, że Robert nie żyje. Chwycił sznurek, na którym zawieszony był nieśmiertelnik, rozłamał go na pół wzdłuż perforowanej linii, po czym rozpiął jego bluzę, by zabrać książeczkę wojskową i zegarek. W półmroku gapiliśmy się na oczy, utkwione w niebie, w których szokiem zamarło pytanie: "Dlaczego muszę teraz umierać? Dlaczego?"
Ciemność skryła nas, gdy nieśliśmy ciało z powrotem na nasze stanowisko. Doświadczenia ostatnich tygodni teraz właśnie przytłoczyły moje myśli i przed oczami stanęły mi rzędy przydrożnych mogił, pozostawionych gdzieś za nami. Po raz pierwszy w moim dorosłym życiu szlochałem po stracie wyjątkowo bliskiego przyjaciela. Następnego dnia dowódca kompanii napisał listy do rodzin pięciu żołnierzy, którzy polegli w naszych ostatnich bojach z sowiecką armią.
17 sierpnia płytkie pieczary wyryte w ścianach wąwozu zapewniły nam osłonę przed atakami myśliwców bombardujących. Dotarliśmy do wysokiego, zachodniego brzegu Dniepru i znaleźliśmy się w zasięgu nieskoordynowanego ostrzału ze strony sowieckiej artylerii, ukrytej na wschodnim brzegu rzeki. Na południowy wschód od nas leżało miasteczko Kaniów, w którym na wschodnią stronę Dniepru prowadził most kolejowy. Wraz ze zdobyciem tej rubieży przejęliśmy ostatnią lądową drogę odwrotu, którą Rosjanie usiłowali wykorzystać ostatniej nocy w celu dalszego wycofania się na wschód. We wczesnych godzinach rannych drobne grupki żołnierzy przeciwnika próbowały uciekać na drugą stronę rzeki łodziami. W nocy słychać było sporadyczne wystrzały z broni ręcznej. To umykający Rosjanie wpadali pod ogień naszych szperających oddziałów zwiadowczych.
W nasze ręce wpadły ogromne ilości wyposażenia i pojazdów, w tym wiele amerykańskich ciężarówek Forda. Niedaleko jaru znaleźliśmy dwa porzucone, za to całkowicie sprawne czołgi T-34. Były gotowe do boju i miały pełen komplet amunicji. Wspięliśmy się na czołgi, na próżno poszukując czegoś, co mogłoby być dla nas przydatne.
Przez kilka dni cierpiałem na ostrą biegunkę i wkrótce całkowicie obezwładnił mnie potworny ból głowy połączony z dreszczami i silnymi skurczami żołądka. Zaraz po tym pojawiła się gorączka, więc rozkazano mi, abym wraz z kilkoma lekko rannymi udał się na tyły do punktu medycznego.
Po drodze mijaliśmy pole boju z poprzedniego dnia. Naszym zmęczonym oczom małe zagłębienia terenu, porośnięte krzewami i brzozami, wydawały się pełne spokoju, niczym niezdradzające, iż działy się tu tak koszmarne wydarzenia. Poza pojedynczymi lejami i przypadkowymi bliznami po odłamkach nie było widać śladów wojny, która przeszła po tej ziemi.
U stóp długiego wzgórza przeszliśmy obok trzech prostych, brzozowych krzyży, przyozdobionych zielenią i polnymi kwiatami. Pod świeżo usypanym kopczykiem, pod wspólnym krzyżem, wraz ze swymi towarzyszami spoczywał mój przyjaciel Robert, zawinięty w ćwiartkę namiotowej płachty. Jego szarozielony hełm zatknięty był na krzyżu, wskazując miejsce pośród zmarłych.
Szybko odwróciłem myśli od mogił, gdy tylko w oczach, gdzieś z tyłu, powróciło bolesne pulsowanie. W malignie gorączki kuśtykaliśmy przez nasze wysunięte pozycje, opuszczone trzy dni wcześniej. Wypalony wrak czołgu był dobrym punktem orientacyjnym.
Jakieś sto metrów dalej natknęliśmy się na zataczającą się postać ze zwisającymi rękoma i rozchwianym ciałem. Dwóch z nas zdjęło z ramion karabiny i podeszło na tyle blisko, iż pod warstwami kurzu i brudu rozpoznało okrwawiony rosyjski mundur. Gimnastiorka żołnierza, pozbawiona pasa, wisiała luźno na jego ciele. Podszedłem do niego i chwyciłem go za ramię, patrząc w twarz o wyglądzie pergaminu, należącą do człowieka w wieku około dwudziestu ośmiu lat. Szczupła twarz odpowiedziała mi nieruchomym spojrzeniem szeroko otwartych oczu. "Oczy szaleńca", pomyślałem w duchu. Zakrzepnięta krew na jego szyi i tułowiu pozwalała mi wysnuć wniosek, że otrzymał ciężki postrzał w głowę. Szara masa mózgowa sterczała z gładko ogolonej głowy. Chmara much roiła się wokół rany, pokrytej skorupą czarnoczerwonej krwi i było oczywiste, iż kula lub odłamek pocisku oderwał mu część czaszki już kilka dni temu; musiał zatem leżeć w zaroślach nieprzytomny i ocknął się niedługo przed naszym nadejściem. Dwóch z nas chwyciło go pod ramiona i poprowadziło razem z nami w kierunku punktu medycznego, usiłując go podtrzymać, kiedy tak potykał się, nie mogąc odzyskać równowagi.
Poprzez mgłę bólu zarejestrowałem baterię artylerii, ciągniętą przez konie, która zatrzymała się obok nas w chmurze kurzu. Kilku artylerzystów pomogło nam wdrapać się na jaszcze. Dali nam wody ze swoich manierek, a żołnierz w rosyjskim khaki, usadzony ciasno między nami, zaczął się jąkać. W skrzekocie jego głosu mogłem wychwycić słowo "Woti!" (wody).
Wyczerpani, dotarliśmy do punktu medycznego, gdzie zza zasłony gorączki obserwowałem, jak zajmowano się rannymi, którzy mi towarzyszyli i jak bandażowano głowę Rosjaninowi. Dano mi pewną ilość tabletek, zaś oficer medyczny stwierdził, że termometr wskazuje u mnie temperaturę 39,8 stopnia Celsjusza. Następnie dano mi kubek ciepłej herbaty i sanitariusz odprowadził mnie na wymoszczone słomą łózko w budynku byłej szkoły.
Nie obudziłem się aż do popołudnia następnego dnia, przespawszy jednym ciągiem osiemnaście godzin. Czując się wyspany i odświeżony, zostałem uraczony posiłkiem, składającym się z porządnej porcji zupy grochowej i gruboziarnistego czarnego chleba, który łapczywie pochłonąłem. Rozglądając się wokół, stwierdziłem z zaskoczeniem, że okolica jest niemalże pusta; rannych pacjentów punktu medycznego już tam nie było. Albo ich ewakuowano, albo zdiagnozowano jako na tyle zdrowych, by mogli wracać do swoich jednostek. Na miejscu pozostała tylko niewielka liczba chorych żołnierzy, którymi opiekował się młody sanitariusz, ten sam, który pomagał mi przy przyjeździe. Poinformował mnie, że wczesnym rankiem ciężko ranni zostali przetransportowani, a wojskowy lekarz bez powodzenia próbował mnie dobudzić.
Następnego ranka moja gorączka zniknęła i nakazano mi wracać do mojej kompanii. Po podróży przygodnymi ciężarówkami i wozami konnymi, udało mi się zlokalizować moje działo wraz z obsługą. Okazało się, że podczas mojej nieobecności raz jeszcze posłano ich do akcji przeciwko nieprzyjacielowi, który chwilowo przerwał się w okolicy Kaniowa.
Rozdział 2 Przez Dniepr
Obraz obszarpanych osobników... podchodzących do naszych stanowisk z uniesionymi w górę rękami stał się codziennym widokiem...
26 SIERPNIA cały wolny czas, jakim dysponowaliśmy, poświęciliśmy na rozbudowę naszych pozycji. Nadmiernie rozciągnięty sektor, który przydzielono naszej dywizji, dawał nieprzyjacielowi możliwość lądowania w kilku miejscach, ale na szczęście nasza ciężka broń była w stanie zapewnić ogień zaporowy i osłonowy w razie ataku.
Nocą 28 sierpnia przesunęliśmy się pod Chodorów nad Dnieprem, aby wzmocnić kompanię artylerii, która zajmowała ważne wzgórze na pierwszej linii. Górowało ono nad obydwoma brzegami rzeki i było obsadzone przez nieliczne, rozproszone siły. Sama wioska leżała przy gruntowej drodze w miejscu, gdzie zbiegały się dwa wąwozy; prymitywne, pojedyncze chałupy stały rozrzucone wzdłuż całego jaru aż do rzeki. Z miejsca, w którym stało nasze działo, widok na rzekę zasłaniały nam drzewa, krzaczaste żywopłoty i sielskie gliniane chaty o słomianych dachach i bielonych ścianach. Za główny punkt orientacyjny służył duży, rzucający się w oczy budynek z kamienia. Przed naszą nieoczekiwaną i nieproszoną wizytą pełnił zapewne rolę wiejskiej szkoły. Mniej niż sto metrów od naszego stanowiska, pod stromym i wysokim brzegiem leniwie płynęła rzeka, tocząc swe wody nikt nie wie dokąd, zaś na wschodnim skraju wioski znajdowało się pole obsadzone pomidorami. Z brzegu dobrze było widać spory odcinek rzeki, która opływała niewielką grupę wysepek. Wschodni brzeg był gęsto porośnięty krzewami i drzewami. Płaska wysepka, wprost naprzeciwko nas, pokryta była bujną roślinnością, która skutecznie skrywała wszelką obecność Sowietów.
Nasza artyleryjska kompania wsparcia, ulokowana na górującym nad okolicą wzniesieniu, była okopana w pobliżu kołchozu, w którym hodowano pomidory i skąd rozciągał się doskonały widok na terytorium zajęte przez wroga. Miejsca, gdzie koncentrowały się oddziały przeciwnika można było odróżnić po pionowych smużkach dymu, wznoszących się z licznych ognisk, na których gotowano jedzenie. Nasza artyleria podtrzymywała aktywność, podejmując próby zakłócenia dostaw zaopatrzenia przeciwnika poprzez sporadyczny ostrzał dróg, niewidocznych dla naszych oczu. Poza tym na froncie było spokojnie.
Jakiś czas po naszym przybyciu siedzieliśmy przed jedną z chałup. Z wewnętrznej kieszeni bluzy, jej zwyczajowego miejsca, wyjąłem moją harmonijkę ustną. Gdy zacząłem wygrywać ludowe piosenki, szybko otoczyła mnie gromadka cywilów, którzy pojawili się przed nami niczym duchy, wynurzając się z okolicznych zabudowań. Melodia "Nieogolony i daleko od domu" ożywiła publiczność, która klaszcząc w dłonie, odśpiewała swoją piosenkę ludową "Stieńka Razin". Kobiety i dziewczęta, ubrane w jaskrawe chusty, kiwały głowami w takt melodii, a mężczyźni i chłopcy przytupywali na rosyjskiej glinie przy dźwiękach niemieckiej harmonijki.
Po godzinie nadszedł rozkaz dowódcy plutonu przeciwpancernego, aby rozścielić słomę w budynku magazynu, który miał być użyty jako kwatera. Zawiedzeni, iż nie będziemy spać w wolnostojących chatach, niechętnie podporządkowaliśmy się rozkazowi. Wielu z nas czuło się, jakby wpadło w pułapkę, ponieważ budynek miał tylko jedno wejście i stał w samym środku wsi, co nie zapewniało czystego pola ostrzału w żadną stronę. W ostatecznym rozrachunku wolelibyśmy obozować po chmurką, do czego byliśmy przyzwyczajeni.
Nasze działo pozostawało podczepione do ciągnika dwadzieścia czy trzydzieści metrów od nas, ukryte w kępie drzew. Wyznaczyliśmy warty, by czuwały przy pojedynczych drzwiach naszych "koszar". Po bezchmurnym dniu przyszła chłodna letnia noc i około trzydziestu z nas rozłożyło się w zaimprowizowanej kwaterze, gdzie szybko pogrążyliśmy się w głębokim śnie.
Tuż przed świtem ze snu wyrwały nas nagłe detonacje granatów ręcznych, rwących się w pobliżu naszego magazynu. Seria z pistoletu maszynowego zastukała o drewnianą, tylną ścianę budynku, a wartownik wpadł przez drzwi w ciemne wnętrze, krzycząc:
"Rosjanie tu są! Rosjanie tu są!"
Wskoczyłem w buty, chwyciłem moje oporządzenie i ładownice i wraz z Hartmannem i kilkoma innymi kolegami rzuciłem się do jedynego wyjścia. Wierni wyuczonej dyscyplinie niemieckiego Wehrmachtu, najpierw pomyśleliśmy o naszym Paku, więc ruszyliśmy w jego stronę, potykając się w ciemności. Kątem oka dostrzegłem rozżarzony węgielek, lecący łukiem w naszym kierunku od strony strumienia i natychmiast rozpoznałem palący się lont granatu ręcznego. Instynktownie dałem nura pod ciągnik, a granat eksplodował sekundę później, nie robiąc nikomu szkody.
Żołnierze, którzy na początku zaskakującego ataku zdołali zgromadzić się w okolicy działka Hartmanna, teraz otwierali ogień z karabinów i pistoletów maszynowych, klęcząc za ciągnikiem lub leżąc wprost na ziemi. Dwa granaty, które miałem przy pasie, przerzuciłem szerokim łukiem nad ciągnikiem, ciskając je w stronę brzegu strumienia. Hartmann dołożył trzeci, rzucając go do wąwozu.
Gdy zdusiliśmy ogień wroga, trzask rosyjskich pistoletów maszynowych przycichł i od strony strumienia nie rzucano już więcej granatów. W międzyczasie z magazynu wybiegło więcej ludzi z naszego plutonu i teraz próbowało do nas dołączyć. W miejscu, w którym znajdował się drewniany most, około stu metrów od nas, rozpętała się nowa strzelanina.
Nagle ujrzeliśmy dowódcę plutonu, który przebiegając obok nas, krzyknął; "Jestem ranny!", po czym zniknął w ciemności obok magazynu. Korzystając z przerwy w strzelaninie, odczepiliśmy działko przeciwpancerne i rozpoczęliśmy ostrzał gęstych krzewów wzdłuż strumienia, gdzie wciąż można było dostrzec błyski wystrzałów rosyjskiej broni. Doskonale słychać było kule, uderzające o tarczę ochronną naszego Paka, ale parę tuzinów pocisków odłamkowych uciszyło ogień nieprzyjaciela i Rosjanie zaprzestali dalszych ataków.
Wszystko trwało nie dłużej niż dziesięć minut. Hartmann i ja pobiegliśmy do magazynu, w którym leżał porucznik z przestrzelonym udem. Chociaż sanitariusz właśnie go bandażował, rana bardzo mocno krwawiła, ale według jego słów nie uległa uszkodzeniu żadna arteria ani też nie było widać złamań. Zostawiliśmy z porucznikiem jego kierowcę i dwóch łączników, a sami wróciliśmy do naszego plutonu.
Hartmann objął dowództwo nad plutonem i rozkazał Burchardtowi i mnie nawiązać kontakt ze znajdującym się we wsi sztabem kompanii. Ostrożnie weszliśmy na drewniany most i natychmiast zauważyliśmy martwe ciało Rosjanina, leżące kilka metrów od nas; w świetle księżyca kontury ciała stanowiły ostry kontrast wobec jasnego drewna. Nieprzyjaciel najwyraźniej przerwał atak i wycofał się. Po kilku minutach dotarliśmy do sztabu kompanii, ulokowanego w jednym z gospodarstw.
Na miejscu było pełno rannych, którymi zajmował się sierżant służby medycznej. Powiedziano nam, że w czasie ataku na nasze kwatery, Rosjanie zaatakowali jednocześnie inny pododdział stacjonujący na wschodnim krańcu wsi. Złożyliśmy meldunek i ku naszej uldze natychmiast nakazano nam wracać w bardziej znajomą okolicę, gdzie stał nasz pluton.
Po powrocie przesunęliśmy działo na lepsze stanowisko około pięćdziesięciu metrów od magazynu. Z tego miejsca mogliśmy pokryć ogniem odcinek terenu od szczytu wąwozu do mostu i tym samym powitać każdą próbę ataku bezpośrednim ostrzałem. Bacznie obserwowaliśmy jar i jego zbocza po prawej i lewej stronie od nas, ale nie wykryliśmy żadnych dalszych ruchów nieprzyjaciela. Nie byliśmy też ostrzeliwani. Krążyły słuchy, że atak Rosjan został odparty i że porucznik otrzymał "heimatschuss."5
Właśnie zaczynaliśmy się czuć całkiem bezpiecznie na naszych nowych pozycjach, kiedy zupełnie nagle, w jaśniejącym brzasku dnia, dostrzegłem po naszej lewej stronie małą grupkę Rosjan, przeciągających ciężki karabin maszynowy przez niewielki wzgórek za budynkiem szkoły. Jednym skokiem wylądowaliśmy na wyznaczonych stanowiskach obronnych i natychmiast otworzyliśmy do nich ogień. Strzelaliśmy pociskami przeciwpancernymi i burzącymi, gdyż amunicji odłamkowej już nie mieliśmy. Rosjanie rzucili się w poszukiwaniu ukrycia, pozostawiając na otwartym terenie kilku zabitych i rannych. Strzelaliśmy w miejsce, w którym się ukryli oraz ostrzeliwaliśmy szkołę, aby uniemożliwić im zajęcie tam stanowiska z karabinem maszynowym. Po paru strzałach zauważyliśmy kilku szybko wycofujących się Rosjan, ściganych gwałtownym ogniem naszego MG-34.
Niespodziewanie, tuż przed nami, buchnęła kanonada z broni małokalibrowej. Zostaliśmy ostrzelani z bliskiej odległości przez przesączających się Rosjan -?z wąwozu wyraźnie dobiegały krzyki Iwanów. Przeciwnik ponownie próbował posunąć się w stronę naszych stanowisk, przedzierając się przez gęste zarośla, między drzewami i warzywnikami pełnymi słoneczników, pomidorów i fasoli. Rosjanie rzucali granaty, które zanim wybuchły, podtaczały się na dziesięć metrów od naszego działa.
Gorączkowo wyciągnęliśmy ostatnią skrzynkę pocisków 37 mm z naszego ciągnika gąsienicowego, podczas gdy amunicyjni rozgarniali kopniakami hałdę łusek, aby oczyścić miejsce wokół działa. Zostało nam tylko trzydzieści sztuk amunicji przeciwpancernej, a kiedy pakowałem do karabinu ostatnią łódkę z nabojami, rzut oka na innych uświadomił mi, że oni także wystrzelali swoją amunicję. Hartmannowi pozostało tylko pół magazynka nabojów do jego pistoletu maszynowego.
Rosjanie usiłowali przeskoczyć przez drogę i dotrzeć do budynku magazynowego i dla wszystkich stało się jasne, że za wszelką cenę musimy im w tym przeszkodzić, albowiem jeśli im się to uda, będzie to dla nas oznaczać odcięcie od reszty kompanii, co niechybnie skończy się śmiercią lub niewolą. Około godziny dziesiątej z dymiącej lufy naszego Paka wyleciał ostatni pocisk przeciwpancerny. Aby uniemożliwić nam skorzystanie z naszego ciągnika gąsienicowego, Rosjanie zaatakowali teraz budynek bezpośrednio i wkrótce stanął on w ogniu, podpalony pociskami smugowymi lub "koktajlami Mołotowa". Nie wiedząc, czy było dostatecznie dużo czasu na ewakuowanie magazynu, mogliśmy mieć tylko nadzieję, że ranny oficer został zabrany w bezpieczne miejsce.
Po wystrzeleniu ostatniego pocisku, wyciągnąłem rygiel zamka i cisnąłem go w zarośla, po czym dołączyłem do Hartmanna. Poczołgaliśmy się jednym z jarów wiodących w kierunku zachodnim.
Od czasu do czasu pełzaliśmy na brzuchach przez chaszcze, a momentami przebiegaliśmy z jednego ukrycia w drugie, aż wreszcie dotarliśmy do jaskini, wyrytej w ścianie wąwozu. Tam odkryliśmy pewną liczbę mieszkańców wsi, którzy z przestrachem na twarzach przysłuchiwali się odgłosom boju. Było oczywiste, że wioska została ostrzeżona, iż szykowany jest atak i mieszkańcy wpełźli do dziury, aby przeczekać bitwę.
Nie zwracając uwagi na obecność przerażonych cywilów, wspięliśmy się na szczyt wąwozu. Z tego wysoko położonego punktu mogliśmy zaobserwować Rosjan rojących się wokół budynku magazynu w odległości około trzystu metrów od nas. Ulokowawszy się za drzewem, wycelowałem starannie i właśnie oddałem kilka strzałów z karabinu do widocznych postaci, gdy nagle Hartmann krzyknął, że nadchodzi odsiecz. W zachodniej części wsi zebrała się kompania piechoty i część rozproszonego pododdziału, który stacjonował obok nas. Hartmann i ja przedostaliśmy się przez zarośla w dół, ku drodze i dostrzegliśmy naszego dowódcę kompanii, który pędził do wsi swoim motocyklem z koszem.
Daleko za naszymi plecami słychać było wybuchające pociski rosyjskiej artylerii. Nasza własna ciężka broń wzięła pod ostrzał brzegi Dniepru, aby odciąć Rosjanom drogę odwrotu, po czym do przodu ruszyły nasze atakujące kompanie. Po trzydziestu minutach, kiedy to przeszukano okolicę, ponownie wsunąłem rygiel w zamek naszego działka. Po kilku godzinach nieprzyjaciel został wrzucony do rzeki kontratakami. Ci, którzy ocaleli i usiłowali przeprawić się na wschodni brzeg na łodziach i tratwach, zostali ostrzelani przez naszą artylerię.
Odparliśmy atak wroga, którego siły były cztery do pięciu razy liczniejsze niż nasze, po czym udaliśmy się na poszukiwania rannego porucznika. Pomimo, iż przeczesaliśmy całą okolicę, nie byliśmy w stanie go znaleźć. Jedyne, na co natrafiliśmy, to zakrwawiony oficerski but przed wypalonym budynkiem magazynowym.
W czasie poszukiwań oficera natknęliśmy się na rosyjskiego żołnierza, który w ogródku przy jednej z glinianych chat pojadał sobie ziarenka słonecznika. Nie stawiał oporu, podniósł ręce na znak poddania się i podszedł do nas ostrożnie. Rozglądał się przy tym bojaźliwie i lekko machał rękami. Po pobieżnym przeszukaniu, odesłaliśmy go na przesłuchanie do sztabu pułku.
Następnego ranka kompania piechoty zameldowała o znalezieniu niezidentyfikowanego ciała w miejscu, gdzie strumień wpadał do Dniepru. Później od dowódcy kompanii dowiedzieliśmy się, że faktycznie było to ciało porucznika, który został rozstrzelany za pomocą strzału w potylicę, prawdopodobnie przez komisarza politycznego. Nie natrafiono na ślad dwóch innych zaginionych żołnierzy z jednego z plutonów piechoty, więc najprawdopodobniej zostali uprowadzeni za Dniepr jako jeńcy. Rosyjski oficer medyczny, wzięty później do niewoli w czasie okrążenia pod Kijowem, zeznał, że niemieccy żołnierze wzięci do niewoli w tym rejonie, zostali rozstrzelani tuż przed tym, zanim Sowieci oddali miasto.
Słyszeliśmy także opowieści o tym, że w noc ataku wiejski nauczyciel i młoda komunistka Olga (oboje dołączyli do nas, śpiewając "Stieńkę Razina"), pod osłoną ciemności prześlizgnęli się jarem i przepłynęli na drugą stronę Dniepru. Po dotarciu do sowieckich pozycji przekazali dokładne dane na temat naszej liczebności i lokalizacji naszych stanowisk, po czym niezauważenie przeprowadzili rosyjski batalion przez rzekę i wąwóz. Nasze kwatery znajdowały się niedaleko mostu, którym przechodziło się jar w drodze do wsi.
* * *
Wojna na wschodzie zaczynała ujawniać swe brutalne oblicze. Jednakże żaden z nas nie mógł przewidzieć lub pojąć tego, że gorycz i wściekłość Rosjan z powodu najazdu na ich kraj będzie rosła z każdym mijającym rokiem. Większość ludności cywilnej była przeciwna tego typu reakcjom, co szczególnie widać było na południowym odcinku frontu wschodniego, gdzie przyjmowano nas stosunkowo dobrze. Wielu rosyjskich jeńców wojennych, którzy poddali się we wczesnej fazie kampanii, wyrażało chęć walki u naszego boku przeciwko Stalinowi i sowieckiemu rządowi.
Wraz z upływem czasu przywódcy komunistyczni porzucili pomysły na wzywanie ludzi do poświęcenia się w imię komunizmu i zamiast tego próbowali odwołać się do wrodzonego patriotyzmu narodu. Obrona "Matuszki Rosji" przed "napaścią faszystowskich najeźdźców" stała się patriotycznym obowiązkiem każdego obywatela, bez najmniejszego wyjątku. Takim sposobem konflikt, zamiast walki o przetrwanie partii, ewoluował w wojnę narodu rosyjskiego przeciwko niemieckim najeźdźcom.
Niestety, brutalne metody Sowietów można porównać z postępowaniem niemieckich okupantów na tyłach, daleko na zapleczu frontu. Poprzez ekscesy, jakich dopuszczano się wobec narodu rosyjskiego, żołnierz niemiecki stał się dla prostego Rosjanina symbolem kogoś, kto wspiera pogardzane, mordercze instytucje polityczne i walczy za nie z bronią w ręku. Z powodu doktryn, wymyślanych i wcielanych w życie w odległym Berlinie, dopuszczono się wielu okrucieństw na żołnierzach z pierwszej linii frontu, chociaż my, żołnierze frontowi, nie mieliśmy pojęcia o mordowaniu tysięcy niewinnych ludzi przez rozmaite, wierne systemowi Sonderkommanda, czy też o środkach stosowanych przez nasze złote bażanty spod znaku narodowego socjalizmu podczas "pacyfikacji" zajętych terytoriów.
Dowódcy dywizji na froncie, jak również wielu dowódców na szczeblu pułku i batalionu, byli weteranami i uczestnikami I wojny światowej, którzy prowadzili walkę w sposób niewątpliwie nacechowany uczciwością, do której przyzwyczajono ich w czasie służby w korpusie oficerskim armii kaisera. Muszę dodać, że w czasie całej kampanii na wschodzie nigdy nie byłem świadkiem choćby pojedynczego incydentu, kiedy to poddający się żołnierze rosyjscy nie byliby odpowiednio traktowani albo ranni przeciwnicy nie byliby opatrywani na równi z naszymi własnymi żołnierzami. W czasie ataku na Kaniów jeńców po prostu odesłano na tyły bez żadnej eskorty, ponieważ każdy człowiek był desperacko potrzebny na linii frontu. Mimo to uważam, że w masach odsyłanych w ten sposób na tyły jeńców, znalazło się wielu komunistów, jak również rosyjskich patriotów, którzy skorzystali ze sposobności, by zniknąć w zaroślach i ostatecznie nawiązać kontakt z rosnącymi w siłę grupami partyzantów. Tego typu dobrze zorganizowane oddziały partyzanckie staną się coraz poważniejszym problemem dla naszych tyłów. W miarę jak trwać będzie wojna, ludzie zaczną ufać partyzantom i udzielać im znacznego wsparcia do tego stopnia, że będą oni w stanie znaleźć schronienie i opiekę praktycznie wszędzie.
* * *
Przez pierwszą połowę września broniliśmy naszych pozycji nad Dnieprem, zaś Rosjanie usiłowali odzyskać zachodni brzeg rzeki. 14 września nasze pierwsze jednostki przeszły na drugi brzeg. Po rozpoznaniu wyspy na Dnieprze na północ od Bałyki, dokonano skutecznego lądowania i sowieckie pozycje obronne na wysokim brzegu zostały wzięte szturmem. Pomimo silnego oporu, w nasze ręce wpadła znaczna liczba jeńców.
Dwa dni później, nasza pozostająca w rezerwie kompania ruszyła w ślad za pierwszymi jednostkami i wylądowała na przeciwległym brzegu. Korzystając z zamieszania, jakie zapanowało wśród oddziałów nieprzyjaciela, uchwyciliśmy głęboki przyczółek, który był sukcesywnie wzmacniany nowymi siłami przerzucanymi przez rzekę. Z Chodorowa baterie niemieckiej artylerii nieprzerwanie ostrzeliwały pozycje wroga na przeciwległym brzegu. Jednocześnie położono ogień na wschód od dopływu Dniepru w okolicach Bałyki. Przed zapadnięciem nocy nasza szpica doszła pod Jaszniki.
17 września wzmocniony 438 Pułk Piechoty uzyskał kolejne zdobycze terenowe w walce z nielicznym, choć uparcie broniącym się przeciwnikiem w okolicach Bałyki i Rzyszczowa, podejmując jednocześnie próby nawiązania kontaktu z sąsiednim korpusem wzdłuż drogi na Jerkowce. Cel ataku osiągnięto późnym popołudniem, po zlikwidowaniu ostatnich gniazd oporu.
Parliśmy do przodu, posuwając się do ważnej drogi, wiodącej z Kijowa w rejon Jerkowców, odcinając tym samym szlak odwrotu Sowietów. Nocą nie zaznaliśmy odpoczynku, wgryzając się w twardą ziemię w celu umocnienia naszej linii. W pocie i znoju pracowaliśmy w wilgotnym powietrzu aż do świtu. Towarzyszył nam bezustanny warkot silników i klekot gąsienic, niosący się od strony pozycji nieprzyjaciela.
18 września przez cały dzień nieprzerwanie umacnialiśmy nasze stanowiska, choć od strony Rosjan było cicho i nie zauważyliśmy poważnego ruchu. O zmierzchu poczuliśmy się pewnie, zakładając, iż siły sowieckie wycofały się dalej na wschód, pozostawiając tylko straż tylną dla spowolnienia naszych postępów.
Noc buchnęła nagle eksplozjami pocisków artyleryjskich i na północny-zachód od Jerkowców, wzdłuż drogi Rogozów -?Perejesław, pomiędzy godziną 22:10 i 02:50 odparto jedenaście ataków wroga. Świt potwierdził skuteczność naszej obrony, ukazując niezliczone ciała w zielono brązowych mundurach, piętrzące się w stertach przed naszymi stanowiskami. Kłęby dymu z płonących pojazdów biły w niebo czarnymi słupami.
Doniesiono nam, że całkowitemu zniszczeniu uległo kilka jednostek pancernych nieprzyjaciela i ze sztabu pułku nadeszła dumna notatka, wyliczająca ilość zdobytego sprzętu: szesnaście ciężkich i lekkich karabinów maszynowych, osiem ciężkich dział, dziewięć ciężarówek, dwa ambulanse, dwie cysterny i sześć pojazdów amunicyjnych. Do niewoli wzięto czterystu Rosjan, zaś do 19 września liczba ta wzrosła do ośmiuset. Pododdziały 436 Pułku Piechoty, którym przydzielono zadanie oczyszczenia wschodniego brzegu rzeki z pozostających tam sił nieprzyjaciela, także wykonały swoje zadanie, ponosząc przy tym tylko minimalne straty.
W czasie następnych kilku dni, podczas przeczesywania brzegów Dniepru pojmaliśmy ponad tysiąc Rosjan. Przekonani, że Związek Radziecki przegrał wojnę, dezerterzy kradli łodzie i pod osłoną ciemności masowo przeprawiali się przez Dniepr, próbując znaleźć się jak najdalej od sowieckiej armii. Obraz obszarpanych osobników, w pojedynkę lub małymi grupkami podchodzących do naszych stanowisk z uniesionymi w górę rękami, stał się codziennym widokiem i umacniał nasze przekonanie, iż wojna zakończy się przed pierwszymi mrozami.
23 września nasz batalion został zaatakowany przez zaskakująco liczną rosyjską piechotę. Zdołaliśmy odeprzeć atak przy niewielkich stratach i nieprzyjaciel został odrzucony, pozostawiając na polu walki kilka lekkich dział polowych i mnóstwo broni ręcznej. Wszystko to leżało przed naszymi pozycjami. Pozostaliśmy na stanowiskach do chwili, kiedy to otrzymaliśmy informację, iż przeciwległy brzeg Dniepru został oczyszczony z sił sowieckich i że nasza dywizja ma zostać wycofana z tego sektora.
* * *
Wraz z zakończeniem walk na południe i południowy wschód od Kijowa, podliczono nasze rosnące straty. Każda z kompanii poniosła średnie straty w wysokości 15 do 20% składu osobowego, zaś kompanie strzeleckie 437 Pułku Piechoty w ciągu ostatnich dwóch miesięcy straciły średnio czterech zabitych, dwóch zaginionych, czternastu rannych i dwóch chorych, co daje razem dwudziestu dwóch ludzi. Liczebność naszej kompanii przeciwpancernej przed rozpoczęciem operacji wynosiła od stu do stu dwudziestu żołnierzy.
Broń i wyposażenie były w stosunkowo dobrym stanie. Znaczenie odpowiedniego utrzymania wszelkiego wojskowego dobra, co bezustannie wbijano nam do głów w czasie szkolenia, przyniosło widoczne efekty. Oficjalne kanały zaopatrzenia, wiodące z tyłów na pierwszą linię, nabrały charakteru raczej nieformalnego, gdyż żołnierze nauczyli się korzystać z tego, co wpadło im w ręce, jak również żyć ze zdobycznych zapasów nieprzyjaciela.
Wraz z przyjściem deszczów, a więc i błota, oddziały pierwszoliniowe szybko nauczyły się, że małe rosyjskie zaprzęgi konne są dużo bardziej niezawodne niż nasze własne ciężkie wozy zaprzęgnięte w duże konie, które były przewidziane dla dróg o utwardzonej nawierzchni. Rosyjskich furmanek ("panje") zaczęto używać coraz powszechniej, stosując zdobyczne zaprzęgi lub konfiskując je ludności miejscowej, co odbywało się wbrew zarządzeniom zabraniającym nieautoryzowanych rekwizycji.
Nasza 14 kompania przeciwpancerna straciła dwa ciągniki gąsienicowe Chenilette na minach, zaś pozostałe miały uszkodzenia i zużyte silniki i gąsienice. Pomimo wysiłków naszych mechaników, części zamienne były nieosiągalne i to bez względu na fakt, iż w ich poszukiwaniu przeczesywaliśmy zaplecze korpusu i armii na głębokość stu kilometrów.
Armia doszła do mistrzostwa w dbaniu o samą siebie. Od końca sierpnia do początku września kompania starała się wykorzystać zdobyczne ciężarówki. Z ogromnej ilości zdobycznego sprzętu porzuconego przez cofającego się nieprzyjaciela, szczególnie na placu boju pod Kaniowem, nasze oddziały zdołały wybrać dużą ilość sprawnych pojazdów. Dowódca kompanii przyprowadził pełną cysternę, dzięki której znacznie zwiększyliśmy zapas "czarnego", czyli nieoficjalnego paliwa.
Rosjanie dysponowali wielką ilością solidnych, ciężkich ciężarówek Forda, jak również pojazdów marki ZIS. Te dwa rodzaje pojazdów najwyraźniej stanowiły cały park maszynowy przeciwnika i zawsze, jeśli była tylko taka możliwość, wybieraliśmy ciężarówki Forda, ponieważ części zamienne do nich były zawsze szeroko dostępne.
Ze względu na takie metody odzysku i użytkowania środków lokomocji, miało się wrażenie, iż nasza armia składa się z pojazdów każdego typu i rodzaju, pochodzących z połowy Europy, co z kolei sprawiało, że czasami niemożliwością było zdobycie nawet najprostszej części zamiennej. Zaczynaliśmy zazdrościć Rosjanom ich nieskomplikowanego systemu zaopatrzenia. Choć ich inwentarz nie zawierał broni i sprzętu tak wyspecjalizowanego i różnorodnego jak nasz, to jednak wszystko, co posiadali, było niezawodne i praktycznie wszędzie posiadało wsparcie logistyczne.
Tak jak we wszystkich armiach, jednym z głównych tematów rozmów była ilość i jakość wyżywienia. Nasze kompanijne kuchnie polowe dokonywały cudów, jeśli tylko zaopatrzeniowcy radzili sobie z dostarczaniem niezbędnych produktów. W czasie jednej z moich wizyt w kuchni polowej kompanijny kucharz z dumą pokazał mi jaskinię, w której na długich kijach wisiały setki kiełbas i wędzonych mięs. W formie podarunków dla personelu kuchni wręczyłem kucharzowi naręcze zdobycznych sowieckich medali i pistoletów i od tamtej pory mieliśmy zagwarantowane coś więcej niż przewidywał to oficjalny system dystrybucji zaopatrzenia.
* * *
25 i 26 września większa część dywizji opuściła arenę bojów na zachodnim brzegu Dniepru. Raz jeszcze długie, szare kolumny pomaszerowały po pagórkowatym terenie, kierując się na południe. Przeciwnik, który przez ostatnie tygodnie stawiał nam zaciekły opór, sprawiał wrażenie, iż wyparował na wieść o naszym marszu.
Cały październik dywizja przemieszczała się przez Ukrainę, wystrojoną w kolory jesieni. Plony zostały zebrane, na polach stały młockarnie i wysokie stogi siana -?widok przypominający obrazki z Ameryki.
Maszerowaliśmy w kierunku Krzemieńczuka, co oznaczało, że Odessa nad Morzem Czarnym jest wciąż oblegana. Wśród żołnierzy rozeszły się pogłoski, że wraz z jednostkami rumuńskimi zostaliśmy wyznaczeni do jej zdobycia.
17 października dowiedzieliśmy się, że Odessa została zajęta. Dywizja skręciła na południowy wschód i jako nowy cel wyznaczono nam Mikołajów. Po drodze przechodziliśmy przez obszary zamieszkałe przez etnicznych Niemców, których dwieście lat temu osiedliła tu caryca Katarzyna Wielka. Z łatwością można było rozpoznać nazwy wiosek, nadawane dla upamiętnienia miast z naszej ojczyzny: Karlsruhe, Worms, Speyer, Helental i innych. Spotykaliśmy wyłącznie kobiety, dzieci i starców, bowiem Sowieci deportowali wszystkich mężczyzn w wieku poborowym.
W prostym, lecz czystym i porządnie zbudowanym kamiennym domu znalazłem pokoje mieszkalne z sypialnią, którą można byłoby zobaczyć dwa wieki temu w Palatynacie. Stało tam szerokie drewniane łózko, pokryte kolorowymi poduszkami i zwieńczone baldachimem. Miejscowe chłopki mówiły dialektem, który był podobny do tego, który można usłyszeć dzisiaj w Palatynacie. W takich warunkach, częstując się świeżym mlekiem i białym chlebem, czuliśmy się absolutnie swobodnie.
Kilka dni później przekroczyliśmy rzekę Boh po chwiejącym się moście pontonowym z trudem wytrzymującym napór prądu i weszliśmy do portowego miasta Mikołajów. Wraz z dowódcą kompanii i kilkoma innymi żołnierzami miałem okazję obejrzeć częściowo ukończone okręty wojenne o wyporności około tysiąca ton, stojące w suchych dokach.
Kontynuowaliśmy marsz w kierunku naszego nowego celu -?Chersonia. 25 października ponownie przekroczyliśmy potężny Dniepr, w którego wody, jakieś sto kilometrów na północ stąd, polało się tyle naszego potu i krwi. Teraz było jasne, iż południowe skrzydło armii posunęło się do przodu wzdłuż wybrzeży Morza Azowskiego i kierowało się na Rostów, a my mieliśmy nawiązać z nim styczność jako odwód. Wkrótce znaleźliśmy się na zachodnich podejściach do złowrogich, opustoszałych terenów znanych jako Stepy Nogajskie.
Po ciężkich bojach, które trwały od 26 do 28 października, dywizje 11 Armii przebiły się przez wąski przesmyk Perekopski i oczyściły nam drogę do dalszego natarcia na Półwysep Krymski. Jako część rezerwy Naczelnego Dowództwa Wojsk Lądowych (OKH), 132 Dywizja Piechoty została podporządkowana armii von Mansteina. Przy przełamaniu obrony wąskiego korytarza można było użyć wyłącznie ograniczonych sił, niemniej teraz było konieczne wzmocnienie armii w celu dalszego natarcia na półwysep i jego ostatecznej okupacji.
Gdy posuwaliśmy się obok grobowców Tatarów, starożytnych obrońców Krymu przed najeźdźcami z północy, wkroczyliśmy do nowego sektora działań bojowych. Nasza dywizja, wraz z 50 Dywizją Piechoty została włączona w skład 54 Korpusu Armijnego i otrzymała rozkaz bezwzględnego pościgu za nieprzyjacielem w kierunku Bakczysaraju i Sewastopola. Należało także przeciąć drogę do Sewastopola. Przednie elementy jednostek zmotoryzowanych skoncentrowały się na przygotowaniu do ataku.
31 października przeciwnik zdawał się być w pełnym odwrocie. Nasze szpice długimi kolumnami szybko przebijały się na południe, pozostawiając za sobą pododdziały o ciągu konnym, które powoli posuwały się w kierunku frontu. Pod Kara-Najmakiem konie całego pułku piechoty i pułku artylerii musiały pić wodę z jednej studni, gdyż inne źródła zostały zatrute przez cofających się Sowietów. Ogromne ilości wozów i żywego inwentarza sprawiała wrażenie, jakby zatrzymał się czas, a po stepie szły armie z innego wieku. Im głębiej wchodziliśmy na Krym, tym bardziej rosło nasze poczucie odizolowania od zachodniego świata.
Borykaliśmy się z poważnym brakiem wody pitnej, bowiem nieliczne, głębokie studnie i zbiorniki, które nie zostały zatrute przez cofającego się wroga, zawierały słonawą wodę. Jej jakość wahała się od paskudnej w smaku do zupełnie nienadającej się do picia. Żołnierze i konie, pracując w niemiłosiernym upale, walczyli z niemożliwym do zaspokojenia pragnieniem, a brak wody dla zwierząt sprawił, że nawet najsilniejsze i najzdrowsze z nich musiały być często wymieniane w zaprzęgach.
Kompanijna kuchnia próbowała przyrządzić kawę ze słonawej wody, słodząc ją sacharyną, jednak otrzymany napitek miał tak paskudny smak, że wypicie go wymagało prawdziwie żelaznej siły woli.
Zasięg marszu kompanii piechoty i pododdziałów o ciągu konnym wynosił teraz średnio od pięćdziesięciu do sześćdziesięciu kilometrów dziennie. Zmotoryzowane jednostki zwiadowcze oraz niszczyciele czołgów były w stanie osiągać dużo lepsze wyniki i szybko doszły do doliny Almy.
Z zachodu na wschód, w kierunku Morza Czarnego przez Półwysep Krymski biegną trzy pasma dolin: Alma, Kacza i Belbek. Północna część półwyspu to ogromny, słony step. To tam znajdują się duże zasoby soli, które eksploatuje się po odparowaniu wód Sywasza, kiedy to drogocenna sól zalega w kotlinach. W innych rejonach Rosji sól występuje rzadko i trudno się ją wydobywa. W czasie marszu przez Ukrainę mogliśmy zaobserwować, jak miejscowa ludność używała soli w formie środka płatniczego. Sól miała tu dużo większą wartość niż u nas w ojczyźnie. Gdy przechodziliśmy przez wsie, chłopki witały nas chlebem i solą, co było dowodem na to, jak wielkie znaczenie przywiązywano do tego cennego produktu.
Środkowy Krym jest płaską, niemalże w zupełności pozbawioną drzew równiną, która jest jednak żyzna i dobrze utrzymana. Także i tutaj, podobnie jak w całym sowieckim imperium, gospodarstwa rolne funkcjonowały pod zarządem kolektywów i miały formę kołchozów. W okresie zimowym śniegi i burze śnieżne z terenów wschodniej Ukrainy buszują tu po okolicy.
Na południu leżą Góry Jaiłu. Z poziomu wysokości morza wznoszą się stromo aż do dwóch tysięcy metrów, po czym na południowym krańcu półwyspu opadają gwałtownie ku brzegom Morza Czarnego. Góry te są pokryte gęstymi lasami, zaś ciągnące się z południa na północ doliny porasta bujna roślinność. Można tam spotkać plantacje owoców i malownicze tatarskie wioski.
* * *
Wkrótce doszliśmy do odcinka frontu, którego nazwa nie będzie nam dawać spokoju przez wiele miesięcy: Sewastopol. W ciągu najbliższych kilku dni podeszliśmy do jego umocnień od północy i północnego wschodu.
Pierwsze dni listopada charakteryzował minimalny kontakt z przeciwnikiem, choć wysunięte baterie nieprzyjacielskiej artylerii ostrzeliwały naszą odsłoniętą, zachodnią flankę. 2 listopada pododdziały 436 i 437 Pułków Piechoty opuściły rejon ześrodkowania w okolicy osady Czaniszkoj i już wkrótce, we wczesnych godzinach rannych, spotkały się z silnym oporem wroga. Pomimo nacisku przeciwnika na lewym skrzydle, posunęliśmy się w kierunku Adszi-Bułata i przebiliśmy się przez pozycje obronne Sowietów, otwierając drogę do dalszego natarcia.
Wraz z zapadnięciem zmroku silny nacisk nieprzyjaciela na naszą lewą flankę stał się coraz bardziej dokuczliwy i trzeba było dopiero ognia ciężkiej artylerii by rozproszyć jego zgrupowania. Chodziły słuchy, że w związku z niedoborem ludzi, w roli uzupełnień dla obsługi dział używano rosyjskich ochotników z obozów jenieckich.
Nocą sowieckie oddziały piechoty morskiej podejmowały desperackie próby przebicia się przez nasze linie obronne w kierunku Sewastopola i wybrzeża, ale wszystkie ich ataki załamały się przed naszymi pozycjami.
Aby zabezpieczyć nasze nieosłonięte zachodnie skrzydło oraz uciszyć nieprzyjacielskie baterie artylerii brzegowej na skraju Morza Czarnego, utrudniające dalsze posuwanie się dywizji, pododdziały 438 Pułku Piechoty zaatakowały w kierunku zachodnim i południowo-zachodnim. Jakiś czas później niewielki oddział szturmowy z tego pułku dotarł na pozorne stanowiska owej baterii, gdzie żołnierze znaleźli drewniane lufy dział, groźnie lecz nieszkodliwie sterczące w niebo.
Rosjanie zdołali ukryć faktyczne położenie baterii, która rozlokowana była dalej na południe, w pobliżu Nikołajewa. Wraz z nadejściem ciemności, po zaciętej walce, zewnętrzne pozycje nadbrzeżnej artylerii zostały zdobyte. Na wodach Morza Czarnego zauważono nieprzyjacielski statek, który ostrzelaliśmy z naszego Paka. Nocą nieprzyjaciel porzucił działa i ocalałe sowieckie jednostki morskie zostały ewakuowane z półwyspu łodziami i zabrane na pokłady sowieckich statków czekających na otwartym morzu.
W czasie tej operacji śmiercią żołnierza poległ podporucznik Diehl z 2 batalionu 438 Pułku Piechoty oraz dwudziestu innych kolegów. Daleko poza zasięgiem naszych dział krążyły sowieckie okręty wojenne, których sylwetki widać było wyraźnie na horyzoncie. Stało się dla nas jasne, że na Morzu Czarnym całkowicie panują Rosjanie. Podczas wczorajszych walk w ogromnej liczbie pokazało się rosyjskie lotnictwo, ale myśliwce Möldersa już wkrótce oczyściły niebo z wrogich samolotów.
W południe 3 listopada, wysunięte elementy mojego pułku, składające się ze zmotoryzowanej 14 kompanii przeciwpancernej oraz 9 kompanii cyklistów weszły do malutkiej tatarskiej wioski na południowy zachód od Ewel-Szeik, gdzie odkryliśmy porzucony magazyn z rosyjskim zaopatrzeniem, w tym całym mnóstwem paczek papierosów.
Kontynuowaliśmy natarcie doliną rzeki Kacza. W promieniach zachodzącego słońca krajobraz wydawał się zadziwiająco piękny, z wąską drogą obsadzoną topolami, wijącą się między owocowymi plantacjami. Z odległości około półtora kilometra mogliśmy przyglądać się ładnym, małym tatarskim domom z drewnianymi gankami i niskimi dachami, które rozrzucone były po całej dolinie i na szczytach wzgórz.
Kiedy zbliżaliśmy się do skraju osady, nasz czołowy pododdział został nakryty silnym ogniem nieprzyjaciela. Natychmiast rozpocząłem ostrzeliwanie niewidocznego jeszcze wroga z mojego działka. Pod osłoną naszego ognia do przodu ruszył oficer dowodzący 9 kompanią. Ogień broni ręcznej zaczął ostukiwać ścianę domostwa za naszymi plecami, pozostawiając wirujące kłęby kurzu w miejscach, gdzie kule dziobały zabudowania obok naszego stanowiska. Podczas gdy my leżeliśmy płasko lub kryliśmy się za stalową osłoną Paka, nasz dowódca kompanii stał niewzruszenie w samym środku całego tego bałaganu, ignorując kule bębniące w ścianę.
W ogłuszającym huku karabinów maszynowych usłyszałem przejmujący krzyk rannego żołnierza. Ktoś zaczął krzyczeć: "Postrzał w brzuch!". Najbliższy karabin maszynowy strzelał praktycznie bez przerwy -?strzelec posyłał serię za serią w stronę szybko przemieszczających się celów. My skoncentrowaliśmy się na ładowaniu i strzelaniu do odległych postaci przebiegających między domami, podczas gdy strzelec karabinu maszynowego przenosił ogień w miarę przesuwania się przeciwnika.
Próbowaliśmy stworzyć wrażenie, iż jesteśmy tu co najmniej w sile pułku, a nie tyko jako słaba szpica w składzie kompanii cyklistów wspartej dwoma działkami przeciwpancernymi. Podstęp się udał i ujrzeliśmy grupę sowieckich żołnierzy ubranych w ciemnoniebieskie kurtki marynarki, wycofujących się dnem doliny w kierunku zachodnim, w stronę morza.
Ranny żołnierz leżał kilka kroków za nami, na skraju drogi. Jego odwrócony hełm walał się kilka kroków od niego. Sanitariusz ukląkł przy nim i rozpiął jego zakurzoną bluzę, aby przewiązać mu ranę. Po paru sekundach krzyki leżącego w pyle drogi żołnierza, którymi wzywał pomocy, przeszły w niezrozumiałe mamrotanie. Jego pełne gorączki oczy, dobrze widoczne na tle trupiobladej twarzy, otworzyły się szeroko ze zdumienia; patrzyły przed siebie w ciemność i szybko osiadał na nich cień śmierci. Sanitariusz zdjął zegarek z ręki poległego i pospiesznie przetrząsnął kieszenie podartego, splamionego krwią munduru w poszukiwaniu rzeczy osobistych. Odwróciliśmy się, starając się zająć własnymi myślami i obowiązkami.
Myśli tych, którzy znajdowali się w pobliżu, były bardzo osobiste i nikt nie był w stanie uciec od uczucia głębokiego współczucia dla naszego brata w szarym mundurze, którego dopadła śmierć. Jednak myśląc o nim, każdy z nas myślał o sobie samym, o tym, że być może będzie następnym, który zginie, kolejnym, którego los dopełni się w Rosji. Niekiedy tego typu myśli zaczynały nas mocno prześladować, byliśmy wobec nich bezradni, tak jak bezradni byliśmy wobec śmierci, która tak szybko zabrała naszego towarzysza broni. Wtedy właśnie zaczęliśmy pojmować, że ta obca ziemia zaczyna nas pożerać.
Ludzie wahali się i usiłowali stłumić te emocje gdzieś głęboko w sobie. W czasie walki te zduszone doznania splatały się z każdym nerwem i napinały do granic wytrzymałości za każdym razem, gdy doświadczaliśmy uczucia nieopisanego przerażenia. Lekarstwem na wewnętrzny niepokój było wyłącznie działanie -?udzielanie pomocy rannym, obsługa broni i sprzętu, prowadzenie ognia do przeciwnika. Żołnierza piechoty w coraz większym stopniu ogarniała nieposkromiona, narastająca fala wściekłości, zaś rozgorączkowany umysł był w stanie skoncentrować się wyłącznie na jednym: na zemście za poległych kolegów, na zabijaniu wrogów, na niszczeniu. Najwyższa forma takiej wściekłości graniczyła ze stanami samobójczymi, tak cienka była granica między tchórzostwem a odwagą. Czasami, gdy było spokojnie, rozmawialiśmy o tym, jaki wpływ na nasze życie ma codzienny kontakt z niebezpieczeństwem i cierpieniem. Zgadzaliśmy się z opinią, iż ludzie prości, o silnej naturze, nieulegający stresowi psychicznemu, z reguły radzą sobie z takimi sytuacjami lepiej niż ci, których zwykle uważa się za ludzi inteligentnych czy wrażliwych. Jednakże i tak nie istnieją zasady, którymi owa teoria mogłaby się kierować; zależy ona wyłącznie od sytuacji w danej chwili i nigdy się nie powtarza, albowiem na wojnie każda sytuacja jest zupełnie inna. Osobowość żołnierza także zmienia się wraz z upływem czasu, w miarę jak nabiera on doświadczenia.
Często mówi się, że można się do tego przyzwyczaić. Można przywyknąć do bezustannej obecności śmierci czy ciągłego zagrożenia śmiercią, jednakże podczas długich lat kampanii w Rosji bezradne przyglądanie się agonii ciężko rannych żołnierzy zawsze wywierało na mnie daleko większy wpływ niż sytuacje, w których towarzysza broni spotykała szybka i bezbolesna śmierć. Gdy kogoś dopadła śmierć, po prostu odchodził, ale krzyki rannych, czy to naszych własnych, czy też nieprzyjaciół leżących samotnie między liniami, często słyszy się godzinami po tym, jak zamilkną działa.
* * *
W nieśmiałym świetle wczesnego, listopadowego wschodu słońca siedziałem na łożu działa przeciwpancernego, trzymając wartę. Nagle gdzieś blisko rozległ się trzask wystrzałów karabinowych i buchnęły serie z pistoletów maszynowych; kule zaświstały nade mną i obok mnie. Poderwałem się na równe nogi, okręciłem na pięcie i w odległości nie większej niż pięćdziesiąt kroków za moim stanowiskiem dostrzegłem dużą grupę Rosjan, przemieszczającą się pomiędzy drzewami owocowymi. Natychmiast ogarnęło mnie uczucie dziwnego chłodu, gdyż zrozumiałem, że nasz mały pododdział został odcięty od reszty kompanii. Rzuciłem się na ziemię między rozsunięte ogony łoża, nerwowym ruchem przycisnąłem kolbę karabinu do policzka, wziąłem na cel jedną z widmowych postaci i nacisnąłem spust. Lekki karabin dał o sobie znać odrzutem i paraliżujący strach natychmiast ze mnie wyparował. Gdy przeładowywałem broń, obsługa naszego karabinu maszynowego, zaalarmowana wystrzałami, rzuciła się do swego MG i pospiesznie obróciła lufę cekaemu do tyłu. Po kilku sekundach wymiatali już ogniem zarośla i przestrzeń między drzewami. Reszta obsługi mojego działka wyskoczyła z ukrycia i biegiem dopadła swoich stanowisk przy Paku. Nie mogliśmy jednak otworzyć ognia bez narażenia naszych własnych ludzi na niebezpieczeństwo
Rosjanom udało się przemknąć między nami i tatarskimi domkami, w których kwaterowali żołnierze 9 i 14 kompanii. Z daleka widzieliśmy, jak poderwani strzelaniną ludzie wypadają biegiem z domostw. Gęsta strzelanina szybko rozpaliła się pomiędzy owocowymi sadami, gdy Rosjanie obłożyli nasze stanowiska huraganowym ogniem i sami zostali wzięci pod ostrzał przez nasze główne siły. Kiedy nasze pododdziały ostrzelały przeciwnika silnym ogniem z dwóch stron, nieprzyjacielski oddział szturmowy został praktycznie zlikwidowany, a pozostali przy życiu żołnierze sowieccy poddali się.
Zeznania jeńców potwierdziły, iż atakująca nas grupa bojowa była częścią oddziału, który poprzedniego dnia próbował przebić się przez nasze pozycje do brzegu morza. Wzięci do niewoli Rosjanie byli ubrani w ciemnoniebieskie mundury marynarki wojennej, które wyglądały na niedawno wydane, gdyż wciąż były nieskazitelnie czyste. Jeńcy zeznali, iż należą do elitarnej jednostki piechoty morskiej, my zaś byliśmy pod wrażeniem ogromnej siły ognia, jaką dysponowała tak niewielka grupa ludzi. Wszyscy byli uzbrojeni w półautomatyczne karabinki lub krótkolufowe pistolety maszynowe o okrągłych magazynkach, w których mieścił się zapas amunicji w ilości siedemdziesięciu dwóch nabojów.
Od jednego z jeńców wziąłem pistolet maszynowy i kilka okrągłych magazynków, gdyż w bezpośrednim boju nie miałem już wielkiej wiary w skuteczność niezbyt szybkostrzelnego karabinku "Kar98k". Posiadanie automatycznej broni z dużym zapasem amunicji dodawało mi pewności siebie. Potem używałem jej przez wiele miesięcy.
Skrajem warzywnika, wzdłuż wąskiej drogi, pomiędzy rozrzuconymi domostwami, biegł stary kamienny mur, z którego wybiliśmy kilka kamieni, aby stworzyć strzelnice zwrócone w stronę przeciwnika. Za naszym stanowiskiem zbudowaliśmy z luźnych kamieni barykadę dla ochrony przed ogniem moździerzy i artylerii wroga. Na naszym odcinku mieliśmy szczęście, albowiem z tyłu, daleko od nas, słychać było odgłosy rwących się pocisków burzących.
Gdy pilnie pracowaliśmy nad umocnieniem naszych pozycji, nasze zajęcie raz jeszcze przerwał nam kontratak nieprzyjaciela. Korzystając z osłony gęstych zarośli, sowiecka piechota morska podkradła się na bliską odległość i nagle z półmroku świtu wyskoczyły na nas milczące postacie odziane w niebiesko-czarne mundury.
Znowu zajazgotał karabin maszynowy, któremu towarzyszyły szczeknięcia naszych moździerzy, stojących nieco dalej za nami. Po kilku sekundach rozległy się eksplozje pocisków, wyrzucające w powietrze grudy ziemi jakieś sto pięćdziesiąt metrów przed naszymi stanowiskami. Nieprzyjacielski atak załamał się i Rosjanie rozpłynęli się w chaszczach, zostawiając za sobą zabitych i rannych.
Przeczesując okolicę natknęliśmy się na zupełnie zdrowego Rosjanina, który zabłądził i leżał teraz za poszarpanym pniem drzewa, pięćdziesiąt kroków od naszego działka. Krzycząc "Stoj! Ruki w wierch! Idi siuda!" (Stój! Ręce do góry! Podejdź tutaj!) nakazałem mu, aby się do nas zbliżył. Potykając się, z rękoma wysoko uniesionymi w górę, podszedł do nas z dobrodusznym uśmiechem na twarzy. Odpięliśmy mu od pasa pełen magazynek amunicji i dwa granaty, po czym łącznik odprowadził go do dowództwa kompanii.
Nieustający ogień moździerzy uprzykrzał nam życie w ciągu dnia, gdy na naszych liniach bez ostrzeżenia wybuchały pojedyncze, sporadycznie wystrzeliwane pociski. Któregoś razu, gdy dowódca naszej kompanii studiował przez lornetkę położony przed nami teren, nagle szarpnął się do tyłu i wyrzucił w górę obie, poszarpane ręce. Z otwartych ran chlusnęła krew i lała się na rękawy jego munduru. Odłamek granatu moździerzowego, ostry jak brzytwa, przeciął lornetkę i czyściutko amputował mu kilka palców u obu rąk. Poza tym oficer nie odniósł żadnych obrażeń. Jego radiotelegrafista odeskortował go do szpitala polowego.
5 listopada dywizja otrzymała rozkaz opanowania doliny Belbek w okolicach Duwankoj, Gadszikoj i Bejuk-Otarkoj.6 Zadanie wykonano tego samego wieczoru, zaś ataki kontynuowano przez kolejne dwa dni, co przyniosło znaczne zdobycze terenowe w obrębie zewnętrznego pierścienia obrony i pozycji polowych na północny wschód od twierdzy Sewastopol. Wzgórza Mekenzi, samo miasto i górujący nad okolicą teren, oznaczony jako wzgórze 363.5, zostały zajęte i utrzymane w ciężkich bojach.
Późnym popołudniem 7 listopada nadszedł rozkaz z pułku, aby nasze działa zajęły pozycje na linii obrony na zachodnim obrzeżu wzgórz Mekenzi. Wkrótce po tym jedno z dział przeciwpancernych naszej kompanii zniszczyło w czasie nieprzyjacielskiego kontrataku sowiecki czołg.
Nasz ciągnik podskakiwał na wyboistej drodze, kierując się w stronę nowego celu, zachodniego pasma Gór Jaiłu. Leżący przed nami wysoki płaskowyż był porośnięty gęstym lasem i krzewami. Widziane z daleka, łagodnie wznoszące się wzgórza i płytkie doliny, z których właśnie wyjechaliśmy, przypominały gładki kobierzec zieleni i brązu. Przed naszymi oczami rozpościerał się wspaniały widok pól wokół Bakczysaraju, gdzie na południu zachodzące słońce skąpało wapienne skały w delikatnej różowej poświacie. Wszystko sprawiało wrażenie spokoju, jednak ze wzgórz nasze baterie artylerii niosły echo wojny, a w odpowiedzi na płaskowyżu Mekenzi z ostrym hukiem rwały się pociski wroga.
W odległości około dwudziestu metrów od szlaku natknęliśmy się na masywną, betonową ambrazurę, z której sterczała lufa szybkostrzelnego sowieckiego działa ze stalową płytą wznoszącą się ostro w wieczorne niebo. To porzucone niedawno działo było najpewniej jednym z tych, które przysporzyło nam tak wiele kłopotów, ostrzeliwując nas w ostatnich dniach z dominujących nad okolicą wzniesień.
Ciężki ogień artylerii wkrótce zaczął spadać na wzgórza i kryjąc się przed rozżarzonymi do białości odłamkami pocisków szukaliśmy schronienia w opuszczonym bunkrze. Konstrukcja tego wielkiego działa przypominała nasze przeciwlotnicze osiemdziesiątki ósemki, choć w większej skali. Na masywnym zamku widniały głęboko wyryte informacje techniczne w języku angielskim, kaliber i data produkcji -?1938 rok. Założyliśmy, że armata musiała zostać wyprodukowana jako angielskie lub amerykańskie działo morskie.
Po kilku sekundach od chwili, gdy wskoczyliśmy do bunkra, Hartmann zwrócił naszą uwagę na transporter amunicyjny, powoli wspinający się na strome zbocze w ślad za nami. Szykowaliśmy się na jego przybycie, gdy nieoczekiwanie, bez ostrzeżenia, znajdujący się w odległości dwustu metrów trzyosiowy Ford eksplodował kulą ognia i skrył się w chmurze czarnego dymu bijącego w niebo.
Amunicja, naładowana do pełna, zaczęła wylatywać w powietrze gwałtownymi eksplozjami, zasypując nas deszczem rozpalonych odłamków i całych pocisków. Jeszcze przez kilka godzin, pojazd, najwidoczniej trafiony przez ukryte działo bezpośrednio w niezabezpieczony zbiornik paliwa, zarzucał okolicę snopami iskier i postrzępionymi kawałkami metalu. Gdy detonacje ustały, ostrożnie zbliżyliśmy się do płonącej ciężarówki i po tym jak płomienie nieco przygasły, wyciągnęliśmy z niej stłamszone i spalone ciało martwego kierowcy.
Raz jeszcze wraz z zachodem słońca przyszedł deszcz. W strugach wody, spływającej z pałatek narzuconych na zbolałe ramiona, obsługi dział ryły i wydziobywały w kamienistej glebie mogiłę dla poległego starszego szeregowego. Płytki grób powstawał w ciszy; każdy zagubiony był w swoich własnych myślach, nieuchronnie nawiedzających nas za każdym razem, gdy śmierć zabierała jednego z towarzyszy broni. Żołnierze uczepili się mokrych saperek, płytka mogiłka została wykopana, z ciała zdjęto nieśmiertelnik i spalone szczątki zostały złożone na spoczynek, szczelnie zawinięte w gumowany płaszcz przeciwgazowy. Łopatkami nagarnęliśmy niewielki kopczyk i położyliśmy na nim znoszony i pogięty hełm.
I znowu tak trudno było sobie uzmysłowić, że ludzka podróż przez życie dobiegła końca, zostawiając po sobie tylko stalowy hełm i malutki kopczyk gdzieś na zboczu krymskiej góry. Ulewa wzmagała się, zmywając ziemię z osypującej się sterty kamieni, które poukładaliśmy na mogile. Kamienie w ciemności wydawały się kredowobiałe, odbijając blask odległych flar, unoszących się gdzieś daleko nad Mekenzi.
Zimny deszcz padał przez całą noc, ściekając nam z hełmów za kołnierze, gdy w rozmokłej glinie pchaliśmy nasze działko na nowe stanowisko. W pierwszych przebłyskach świtu podzieliliśmy się namiastką naszej kawy z wartownikiem dyżurującym przy karabinie maszynowym. Powiedział nam o silnych sowieckich kontratakach, które miały miejsce w tym sektorze w ostatnich dniach. Zmotywowani jego opowieścią, ponownie zaczęliśmy wgryzać się w ziemię, wkopując się jeszcze głębiej i układając kamienie wokół naszego działa dla ochrony przed odłamkami.
Nieoczekiwanie, bez jednego dźwięku, z ciemności wylały się fale nieprzyjacielskiej piechoty. Rzucono przeciwko nam wyborowe jednostki sowieckiej piechoty morskiej, wzmocnione oddziałami roboczymi, rekrutowanymi w sewastopolskich dokach i fabrykach. Szturmowali nasze pozycje z gęstych zarośli na przedpolu Mekenzi, pędząc na nas ciemnymi falami, z ochrypłymi okrzykami "Urrr-r-r-a!" buchającymi ze zbliżających się szeregów. Rzucając się do naszych dział, z atakujących przeistoczyliśmy się w obrońców, gotowych do obrony swych pozycji z równą zaciętością, z jaką jeszcze kilka dni temu na tych samych wzgórzach robili to Rosjanie.
Z najbliższej odległości otworzyliśmy do atakującej piechoty ogień pociskami odłamkowymi. Ryk bitwy zagłuszył krzyki Sowietów, a gorączkowe ładowanie działa zdusiło ogarniający nas strach. Stojący w pobliży ciężki karabin maszynowy połykał jedną taśmę błyszczącej amunicji za drugą, bez końca wypluwając strumień łusek. Nasze moździerze, stojące za nami, usiłowały powstrzymać pędzące na nas fale i ich pociski eksplodowały na kamienistym gruncie pięćdziesiąt metrów przed naszymi stanowiskami. Powoli atak zaczął się załamywać. Otwarty teren przed nami był usiany ciemnymi zarysami zabitych i rannych. Przez dzwonienie w uszach, spowodowane bliskimi wystrzałami setek broni, przebijały się krzyki poranionych. Wczesne powietrze przedświtu było ciężkie i niemalże duszące od gryzącego zapachu spalonego prochu. Poprzez zasłonę dymu i kurzu widać było wijących się w agonii rannych żołnierzy przeciwnika, pozostawionych przed naszymi pozycjami.
W ciągu kilku minut spadł na nas kolejny atak, a wschodzące słońce podniosło się nad horyzont, ukazując pole walki w całej swej potworności. Nienawiść i żądza krwi, napędzane szczodrymi racjami wódki, gnały rosyjskich żołnierzy, zataczających się, potykających i pędzonych do przodu pod lufami pistoletów komisarzy. Gromkie wrzaski "Urraaa!" raz jeszcze utonęły w ogłuszającym huku strzelającej broni. W zgiełku dobiegł do mnie krzyk strzelca karabinu maszynowego: "Nie mogę tak ich zabijać!". Krzyczał i nie spuszczał palca ze spustu, śląc z dymiącej lufy MG strumień śmierci prosto w masę atakujących. Pociski z naszego Paka wyły i wyrywały luki w chwiejących się szeregach szturmujących Rosjan. Tym razem atak załamał się zaledwie pięćdziesiąt kroków od wylotu lufy naszego działa.
Zajmowaliśmy pozycje na ważnych wzgórzach, strategicznie położonych w pobliżu Mekenzi i Armia Czerwona w pełni zdawała sobie sprawę z faktu, że jeśli pozwoli nam na przedarcie się do Zatoki Północnej, jej najistotniejsze szlaki komunikacyjne zostaną przerwane. Z tego właśnie względu, pod przymusem, ponaglane groźbami i motywowane patriotycznymi apelami komisarzy politycznych, rzucały się na nas coraz to nowe masy Rosjan. Raz za razem, rozpalone hojnymi porcjami wódki, patrząc w lufy pistoletów komisarzy, czekających na najmniejsze oznaki wahania, wylewały się na nas fale rosyjskiej piechoty.
W południe, zataczając się w gęstych oparach prochowego dymu, ledwie trzymaliśmy się na nogach. Dzwoniło nam w uszach, a fizyczne zmęczenie, ciągłe napięcie i strach towarzyszący walce sprawiały, że ciała odmawiały nam posłuszeństwa. Słabnąc, potykaliśmy się o własne nogi, usiłując oczyścić rumowisko naszej pozycji. Strzelcom karabinów maszynowych drętwiały palce prawych dłoni, zaś moździerzyści, wyczerpani, z trudem unosili ramiona. Lufy szpandałów, błyskawicznie wymieniane w czasie krótkich przerw w oboju, walały się po ziemi. Łuski z wystrzelonych pocisków piętrzyły się hałdami i chrzęściły pod stopami wokół naszych stanowisk.
I wreszcie nad naszymi liniami zapadła ciężka cisza. Strzelec i ładowniczy karabinu maszynowego opadli wycieńczeni na swoje MG, patrząc pustym wzrokiem na pustkę, z której wypełzały fale szturmujących. Obsługa Paka legła wprost na ziemi, wciąż nie mogąc w pełni pojąć koszmaru bitwy. Dzwonienie w uszach stopniowo cichło i z tyłu, za naszymi pozycjami, dał się słyszeć słaby odgłos pobrzękujących łopatek saperskich.
Przypomniała mi się historia o tym, jak to w starożytności obrońcy fortecy układali w stosy ciała poległych, aby w razie konieczności posłużyły za osłonę. Teraz porównanie z tamtą sytuacją samo przyszło mi do głowy. Zabici i ranni Rosjanie, skłębieni, gęsto zaściełali przedpole naszej linii obronnej. Splątane krzewy, które osłaniały ich podejście, były poszatkowane i pościnane tysiącami kul i odłamków.
Wraz z zachodem słońca z ulgą powitaliśmy zasłonę ciemności. Przez całą noc prześladowały nas krzyki rannych Rosjan leżących na ziemi niczyjej przed naszymi stanowiskami. My zaś umacnialiśmy nasze pozycje i mozolnie nosiliśmy skrzynki z amunicją. Ze strony Rosjan nie zauważyliśmy żadnych prób ewakuacji rannych, czy to skrycie, czy też pod osłoną białej flagi. Nie dało się spać. W sektorze naszego batalionu, ryzykując ściągnięcie ognia snajperów, pospiesznie podliczono setki ciał leżących na przedpolu. Jeszcze długo potem słyszałem we śnie krzyk naszego strzelca karabinu maszynowego: "Nie mogę tak ich zabijać!"
Jakimś cudem obsługa mojego Paka nie odniosła żadnych obrażeń, choć batalion poniósł znaczne starty. Fale sowieckiej piechoty zdołały w pewnym miejscu przerwać naszą linię i trzeba było je odrzucać w walce wręcz. Tego wieczoru, gdy udaliśmy się na tyły po racje żywnościowe i amunicję, przyszło nam przechodzić koło punktu opatrunkowego, gdzie uszy rozdarły nam jęki naszych własnych rannych. Potykając się, poszliśmy w ich kierunku.
W ciemności ruszyliśmy za dwoma noszowymi, którzy obchodzili leje wypełnione błotnistą wodą. Minęliśmy rzędy naszych poległych, owiniętych w pałatki, czekających na swoją pożegnalną podróż furmankami na tyły. Tej nocy jednak, przed udaniem się w ostatni marsz z niemiecką armią, musieli zaczekać na swoją kolej, bowiem priorytet miał transport rannych. Widzieliśmy młodego chirurga wojskowego, w mdłym świetle lampy pochylonego nad nieruchomą postacią, z podwiniętymi rękawami bezustannie pracującego w asyście swoich sanitariuszy.
Przeciwdeszczowe pałatki, ciężkie od deszczu, zwieszały się nad jamami, w których leżeli ranni. W żółtym blasku syczących lamp podawano zastrzyki przeciwtężcowe i morfinę. Rany płuc były mocno bandażowane, arterie ściskano klamrami, przewiązywano kończyny i składano potrzaskane kości. Rannych kładziono rzędami na stertach słomy i przyczepiano im karty informacyjne do bluz. Gdy tak w swych brudnych, poszarpanych mundurach, owinięci skrwawionymi bandażami czekali na podróż w nieznane, tworzyli wokół siebie niepokojącą atmosferę pełną krzyków, jęków, skomleń i kamiennej ciszy. Niewielkimi grupkami wywożono ich na tyły furmankami zaprzężonymi w małe koniki.
Ciężka rana była dla żołnierza wielkim szokiem psychicznym, niezależnie od tego, jak bardzo silny i odważny by nie był. Pod wpływem tego, co go spotkało, szybko dopadała go trauma. Owładnięty poczuciem bezsilności, nie uważał się już za wojownika, lecz a kogoś, kto pozostaje na całkowitej łasce swoich towarzyszy.
Jedyną nasza myślą było pragnienie ucieczki przed koszmarem, brudem, nieszczęściem i śmiercią i znalezienie się w miejscu, gdzie nie będą spadać pociski. Przyspieszyliśmy kroku i wróciliśmy do znajomego, bezpiecznego sąsiedztwa naszego działa, zostawiając cierpienie za sobą.
Rozdział 3 Mekenzi
Nagle zorientowałem się, że przez nitki celownicze patrzę prosto w okrągły, czarny otwór lufy nieprzyjacielskiego działa...
Druga połowa listopada 1941 roku. Noce przyniosły przymrozki. Na szczęście, na Krymie nikt nie oczekiwał brutalnej rosyjskiej zimy i nie doświadczyliśmy miesięcy cierpień w minusowych temperaturach w takim stopniu, jak nasi koledzy na północnym odcinku frontu. W północnej i centralnej części Półwyspu Krymskiego zimy są bardzo podobne do tych w Niemczech, ze śniegiem i mrozem, ale na południowym wybrzeżu, na "rosyjskiej Riwierze", są stosunkowo łagodne.
Noce i dnie nauczyły nas już, że umundurowanie zimowe, przysługujące zgodnie z rozporządzeniami dywizjom piechoty, było zbyt lekkie, szczególnie dla żołnierzy na wysuniętych, najbardziej odsłoniętych stanowiskach. Na pierwszej linii byliśmy zmuszeni do życia w odkrytych okopach lub za kamiennymi ścianami, gdzie za dach służyły nam płachty namiotowe ze spiętych razem pałatek. Tak prymitywne schronienie wystawiało nas na łaskę żywiołów, zaś nasza dola stała się jeszcze cięższa wraz z nadejściem deszczów i mrozów. Służby tyłowe, zaopatrzeniowcy i sztaby z reguły wykorzystywali możliwość kwaterowania w rosyjskich domostwach i to pomimo faktu, że sowieckie działa okrętowe dużego kalibru oraz artyleria forteczna mogła z łatwością dosięgnąć celów daleko za naszymi liniami.
Nieprzyjacielskie myśliwce i bombowce Martin7 codziennie atakowały stanowiska baterii, szpitale polowe, kolumny z zaopatrzeniem, siedziby dowództw i inne, wybrane cele. Jakby jeszcze było za mało zmartwień, zaczął się sezon błota. Gdy następowała odwilż, szlaki i drogi zamieniały się w bezdenny ocean mazi; wszelki ciężki ruch kołowy praktycznie ustawał. Raz jeszcze okazywało się, że linie zaopatrzeniowe wiodące do oddziałów na pierwszej linii muszą w zupełności polegać na niezmordowanych, malutkich ukraińskich konikach, ciągnących prymitywne zaprzęgi.
Nas, żołnierzy z jednostek pierwszoliniowych, miesiące niedostatków i ciągłej pracy fizycznej zdążyły już dobrze zahartować. Walki, marsze i życie pod chmurką, często o głodzie i chłodzie, sprawiły, że żołnierze stali się twardzi i wytrzymali. Ludzie zrobili się żylaści, bez grama zbędnego tłuszczu na żebrach.
Od wroga nauczyliśmy się sztuki improwizacji i samowystarczalności. Podczas mroźnych nocy ocieplaliśmy nasze bunkry i kamienne schrony niebieskimi marynarskimi szynelami, zdartymi z poległych nieprzyjaciół leżących przed naszymi pozycjami. Sowieckie trupy były także źródłem zaopatrzenia w grube, brązowe rękawice z flaneli. Gdzieś z głębokich tyłów nadeszła instrukcja zawierająca porady, iż w czasie nocnych mrozów jako rękawic można używać przydziałowych skarpetek Wehrmachtu. Napisana precyzyjnym językiem charakterystycznym dla terminologii wojskowej, zawierała instrukcję dla oddziałów frontowych dotyczącą sposobu wycinania dwóch otworów w skarpetce tak, by wchodził w nie kciuk i palec naciskający spust broni. Ktoś najwidoczniej nie miał pojęcia o tym, że nasze buty były znoszone do podeszw, a nasze skarpetki przypominały co najwyżej podarte szmaty z dostatecznie dużą ilością dziur, by swobodnie przetknąć na wylot wszystkie pięć palców.
Podobnie jak błoto na mrozie, które na nas osiadało, linia frontu zastygła i ustabilizowała się. Nieprzyjaciel nieprzerwanie podejmował próby odbicia Mekenzi i wzgórz na południu, podobnie jak wsi Duwankoj. Nasze siły były zaś zbyt słabe, by niespodziewanym atakiem wziąć nadmorską fortecę. Sytuację dodatkowo komplikował brak czołgów i ciężkiej artylerii. Sowiecki garnizon twierdzy zyskał dostatecznie dużo czasu na rozbudowę i wzmocnienie swoich pozycji oraz mobilizację rezerw. Przy absolutnym panowaniu sowieckiej floty na Morzu Czarnym, twierdza mogła bez najmniejszego problemu otrzymywać zaopatrzenie i uzupełnienia z Kubania i Kaukazu.
Nasze własne linie zaopatrzenia były rozciągnięte na obszarze niemożliwym do ogarnięcia, wiodąc z Krymu przez cały kontynent aż do Niemiec. Bardziej na północ plagą stały się awarie delikatnych niemieckich lokomotyw, które psuły się, podróżując przez Ukrainę w temperaturach dużo poniżej zera. Za każdym razem, gdy nadchodziła przejściowa odwilż, zmotoryzowane kolumny zaopatrzeniowe grzęzły w błocie, pojawiającym się na miękkich, niebrukowanych drogach południowej Ukrainy i północnego Krymu. Twarde, gliniaste szlaki, po których stosunkowo łatwo można było przemieszczać się w suchych letnich miesiącach, stawały się absolutnie nieprzejezdne dla jednostek zmechanizowanych, których pojazdy brnęły po miękkiej, rozmoczonej deszczami ziemi. Tylko sama kwestia zaopatrzenia stała się poważnym problemem dla 11 Armii.
Ze względu na pogarszającą się sytuację zaopatrzeniową ciężka amunicja była ściśle racjonowana i mogła być używana wyłącznie przy zachowaniu oszczędnych norm. Wyżywienie stało się jeszcze bardziej monotonne i składało się głownie z pozbawianej smaku polewki na bazie kaszy jęczmiennej z dziwacznym bukietem suszonych warzyw, szyderczo określanym przez żołnierzy piechoty mianem "drahtverhau"8, wspomaganego standardowym wojskowym serem topionym, wyciskanym z tubki.
Wkrótce przed zluzowaniem nas pod Mekenzi przez 24 Saksońską Dywizję Piechoty, ponownie byliśmy nękani przez machinę propagandową bolszewików. Od dawna byliśmy zaznajomieni z ulotkami namawiającymi nas do dezercji, których tony spadały nam na głowy od czasu przeprawy przez Dniepr, całą wieczność temu. Teraz noce często wypełniał skrzek głośników, przez które nadawano niekończące się przemowy polityczne i nieporadne agitki, mające przekonać nas do przejścia na stronę wroga:
"Niemieccy żołnierze i robotnicy! Zrzućcie jarzmo uciskającej was kliki imperialistów i faszystów! Przechodźcie do nas, do ojczyzny chłopów i robotników. Czekają na was czyste i wygodne łóżka, piękne kobiety, dobre jedzenie i słodkie wino! Gwarantujemy, że ocalicie swoje życie!"
Namowy bywały wsparte odegraniem "Międzynarodówki", na którą zwykle odpowiadaliśmy serią z naszego karabinu maszynowego. Jednak następnego ranka całe przedstawienie rozpoczynało się z regularną monotonią.
Wkrótce po tym, jak nas zluzowano, dowiedzieliśmy się, że odcinek zajmowany przez nasz pododdział został zajęty przez Rosjan. Zdawaliśmy sobie sprawę, że to nieszczęście równie dobrze mogło przytrafić się za naszej kadencji, niemniej nasi następcy byli wyszydzani przez landserów, jako "dywizja tango" -?krok do przodu, dwa kroki do tyłu. Stosunki pomiędzy dwoma dywizjami piechoty zrobiły się tak napięte, że jeden z naszych podporuczników i oficer Saksończyków niemalże otarli się o pojedynek, co od wielu lat było w niemieckiej armii zabronione. Poważnemu incydentowi zapobiegł dopiero nasz dowódca, który interweniował w samą porę.
* * *
W grudniu 1941 roku tyły i baza zaopatrzeniowa kompanii rozlokowane były w okolicach Bakczysaraju, we wsi przy głównej drodze prowadzącej do Symferopola. Była tam prawdziwa droga brukowana kocimi łbami, po której toczyły się kolumny zaopatrzeniowe na front pod Sewastopolem. Przed naszą wsią rozciągał się otwarty teren, po którym pojazdy przemieszczały się wyłącznie na pełnym gazie, a furmanki zaprzężone w koniki z klekotem gnały galopem.
Powszechne już określenie "na oczach wroga" było teraz znane każdemu kierowcy. Wszyscy zdawali sobie sprawę z zagrożeń czyhających na tym konkretnym odcinku drogi i nie trzeba było do tego nawet znaków, które umieszczono, by ostrzegać żołnierzy o niebezpieczeństwie. Można było być pewnym, że przejeżdżające pojazdy ściągną pociski wystrzeliwane z północnego sektora sewastopolskiej twierdzy. Ciężkie pociski kalibru 305 mm, wystrzeliwane z opancerzonej baterii o nazwie "Maksym Gorki I" ryły wzdłuż drogi kratery robiące wielkie wrażenie. Większość żołnierzy po raz pierwszy usłyszała nazwisko wielkiego rosyjskiego pisarza przy okazji wypytywania o źródło tych wyjących i ryczących pocisków, które regularnie spadały nieopodal naszych stanowisk. W końcu nie wiedziałem, czy Sowieci sami nadali potężnej baterii imię pisarza, czy też to landserzy, którym uprzykrzała życie, tak ją ochrzcili.
Bakczysaraj leżał na wschód od owej drogi, pięknie położony w malowniczej dolinie. Była to stara stolica krymskich Tatarów i miejsce, w którym znajdował się pałac -?siedziba chanów, ze swymi zgrabnymi minaretami i bogato zdobionymi łukami. Znany był ze swych stu dwudziestu siedmiu fontann, które, choć naruszone zębem czasu, wciąż świadczyły o świetności przedstalinowskiej ery. Na miejscowym bazarze widywaliśmy handlarzy, którzy często sprzedawali i wymieniali przedmioty, które my uważalibyśmy za śmieci.
Kiedy rozeszły się wieści, iż będziemy zluzowani, czym prędzej wysłaliśmy naszych kierowców, aby zabezpieczyli nam odpowiedzenie kwatery w rejonie nowej dyslokacji. Ze swoją zwyczajową skutecznością znaleźli nam dach nad głową w małej tatarskiej osadzie. Dom miał małą werandę, ze smakiem ozdobioną rzeźbionymi ornamentami. Wodę można było czerpać z otwartego zbiornika na zewnątrz. Cały dom składał się z dwóch pokojów i był skromnie umeblowany. Wzdłuż ścian stały niskie ławy do spania i siedzenia. Dano nam dużą, miedzianą balię do kąpieli, co było luksusem z dawna zapomnianym.
Dwie przygarbione i pomarszczone Tatarki zajęły się przygotowywaniem gorącej wody i pomimo naszych protestów nalegały, abyśmy ściągnęli z naszych chudych grzbietów ubłocone mundury, po czym ze szczerym zapałem zabrały się do zeskrobywania z nas warstw brudu, podczas gdy my pławiliśmy się w niecodziennym, wodnym luksusie. Ostatecznie więc poddaliśmy się ich oczyszczającym zabiegom, które zakończyliśmy, goląc brody z użyciem gorącej wody i mydła.
Z mieszkańcami domu szybko nawiązaliśmy przyjacielskie stosunki, wymieniając z nimi chleb i sacharynę na tytoń i świeże warzywa. Dali nam jasno do zrozumienia, że Tatarzy nigdy nie byli przyjaciółmi Sowietów i że czują do nich ogromną urazę za rusyfikację Krymu, która sprawiła, iż stali się mniejszością o niższym statusie. W domu było kilka kobiet i dzieci, które bez przerwy wchodziły i wychodziły, jak również stary mężczyzna, który niewiele mówił. Najwyraźniej wszyscy mężczyźni w wieku poborowym zostali w czasie odwrotu zgarnięci przez sowiecką armię i wcieleni do wojska. Stara kobieta o niemożliwym do określenia wieku, trzymając fajkę w bezzębnych ustach, siedziała zawsze jak mumia w tym samym miejscu na ławeczce. Jedyny przypadek, kiedy ujrzałem jej twarz rozjaśnioną uśmiechem, nastąpił zaraz przed Świętami, kiedy urodziło się dziecko. Stara kobieta ożyła i nieprzerwanie dreptała za młodą matką i noworodkiem.
Kilka dni wcześniej kobietę w ciąży troskliwie przyprowadzono do domu i mogliśmy być świadkami narodzin małego Iwana, którego pierwsze krzyki rozległy się w sąsiednim pokoju. Po narodzinach nasz sanitariusz przyniósł im czyste bandaże, a my podarowaliśmy nowej matce nieliczne cukierki, które jeszcze posiadaliśmy.
W domu żołnierze i rosyjskie kobiety świętowali narodziny nowego życia, a kilka kilometrów dalej słychać było odgłosy niszczycielskiego mechanizmu nowoczesnej wojny, której moc niosła się po łagodnych zboczach wzgórz echem wybuchających pocisków.
W ciągu dnia kilkakrotnie witały nas nawoływania muzułmańskiego imama, który ze szczytu minaretu od świtu do zachodu słońca śpiewnym głosem pięciokrotnie wzywał wiernych na modlitwę.
Przy okazji podwożenia zaopatrzenia podczas walk o Mekenzi, dwóm zaopatrzeniowcom udało się przedostać przez strome, rojące się od partyzantów Góry Jaiłu i dotrzeć do nadbrzeżnej drogi niedaleko Jałty. Z wprawą wygłodniałych szakali natychmiast zlokalizowali zdobyty rosyjski magazyn z żywnością. Obok beczek z kiszoną kapustą i przecierem jabłkowym znajdowały się tam znaczne zapasy wina. Magazyn był już zamknięty i pilnowany przez żołnierzy rumuńskich pod bacznym okiem surowego niemieckiego oficera intendentury.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
1. Bataliony armii brytyjskiej z okresu I wojny światowej, w których służyli żołnierze rekrutowani zwykle przez tę samą lokalną komisję i którym zagwarantowano, iż na froncie będą służyć razem ze swoimi krewnymi, sąsiadami i kolegami z cywila. Podobny mechanizm istniał w czasie amerykańskiej wojny secesyjnej, szczególnie na Południu, gdzie ochotnicy z najbliższej okolicy tworzyli całe kompanie i pułki. Krwawe straty ponoszone na polach bitew, gdzie niejednokrotnie pododdziały były wybijane do nogi, prowadziły do praktycznego wyludnienia całych miejscowości -?przyp. tłum. [wróć]
2. Sad Sack -?amerykański bohater komiksowy z okresu II wojny światowej, synonim bezimiennego, szarego żołnierza doświadczającego wszystkich możliwych mąk i absurdów wojskowego życia. "Sad Sack" w swojej pełnej formie oznaczało "sad sack of shit", co można przetłumaczyć jako "żałosna kupa gówna" -?przyp. tłum. [wróć]
3. Potoczna nazwa niemieckich karabinów maszynowych, pochodząca od arsenału Spandau pod Berlinem (dziś dzielnicy Berlina), gdzie produkowano duże ilości broni strzeleckiej -?przyp. tłum. [wróć]
4. I-16 Polikarpow, jednomiejscowy samolot myśliwski i myśliwsko-bombowy -?przyp. tłum. [wróć]
5. Żołnierze niemieccy określali w ten sposób zranienie, które nie było na tyle poważne, by spowodować kalectwo lub trwałą niezdolność do służby, niemniej wymagało ewakuacji z pierwszej linii i leczenia na tyłach, często w szpitalu w ojczyźnie -?przyp. tłum. [wróć]
6. Obecna nazwa Duwankoj to Werchniosadowe, Gadszikoj to najprawdopodobniej Pyrohowka -?przyp. tłum. [wróć]
7. Autor ma najprawdopodobniej na myśli radzieckie samoloty bombowe SB -?przyp. tłum. [wróć]
8. Drahtverhau (niem.) -?zasieki z drutu kolczastego -?przyp. tłum. [wróć]