Rozdział 7
Nadszedł świt i musieliśmy przełknąć gorzką
pigułkę, jaką było poddanie się Rosjanom. 2 maja 1945 roku o godzinie
piątej pięćdziesięt pięć, nasza broń została złożona na stosy i wszyscy
pomaszerowaliśmy kolumną w szarej berlińskiej mżawce. Szedł tam sztab
korpusu Weidlinga i pewna liczba ludzi z łączności (techników łączności
radiowej i telefonicznej), którzy pozostali na Bendlerstrasse po tym,
jak kwaterę Najwyższego Dowództwa Wojsk Lądowych przeniesiono poza
Berlin. Wokół nas rozpościerał się obraz totalnego zniszczenia. Deszcz
mżył, a większa część miasta wciąż płonęła, atakując nasze nozdrza i oczy gryzącym dymem.
Weidling pojechał już samochodem do kwatery rosyjskiego generała
Czujkowa w pobliżu lotniska Tempelhof. Zająłem się formowaniem oddziałów
w szyk i upewnieniem się, że nikt nie ma przy sobie broni. Pułkownik von
Dufving, pułkownik Refior, major Wolff i ja poprowadziliśmy kolumnę na
koniec Bendlerstrasse, niecały blok od siedziby sztabu, gdzie Rosjanie
czekali na nas po drugiej stronie kanału Landwehr. Kanał miał około
trzydziestu metrów szerokości i strome, betonowe nabrzeża po obu
stronach. Kiedyś odbywał się na nim ruch barek. Most na kanale był
zniszczony, ale wielkie wiązki kabli, które zawieszone były pod mostem,
wciąż tam wisiały. Były tam kable telefoniczne i elektryczne, grube i cienkie, we wszystkich kolorach, schodzące pod ziemię na obu brzegach
kanału.
Wiązka kabli o grubości około metra, związanych razem, tworzyła kładkę i wysoki rangą oficer rosyjski przeszedł na nasza stronę. Von Dufving
zasalutował i złożył mu meldunek.
Rosjanin pomówił z von Dufvingiem i wrócił na drugą stronę kanału. Na
przeciwległym brzegu, przy kilku jeepach produkcji amerykańskiej,
czekały dwa tuziny rosyjskich żołnierzy z pistoletami maszynowymi. Nasza
kolumna, idąc gęsiego, przeszła kanał po kładce z kabli. Gdy stanąłem na
drugim brzegu, pomyślałem, że jest to symboliczny koniec mojego życia.
Gdy dochodziliśmy do przeciwległego nabrzeża, rosyjscy żołnierze z pistoletami maszynowymi uśmiechali się od ucha do ucha. Jeden z nich
powiedział "Hitler kaputt!" i wszyscy roześmiali się radośnie. Cieszyli
się ze swojego sukcesu na całego, tak jak cieszyłby się każdy zwycięski
żołnierz.
Von Dufving zamienił kilka słów z rosyjskim oficerem, po czym zwrócił
się do Refiora, Wolffa i mnie z informacją, iż będziemy przewiezieni do
kwatery generała Czujkowa, oddalonej o około trzy kilometry. Jednakże
zanim do tego doszło, zawieziono nas kilka domów dalej, do sztabu
rosyjskiej dywizji, gdzie pokazano nas personelowi, który przyglądał nam
się z ogromną ciekawością.
Kwatera generała Czujkowa znajdowała się w bocznej ulicy w pobliżu
lotniska Tempelhof, w okolicy zamieszkałej przez bogatsze warstwy klasy
średniej.
Sama siedziba sztabu Czujkowa mieściła się na pierwszym piętrze dużego
apartamentowca zbudowanego na początku wieku. Kilku młodszych rosyjskich
oficerów poprowadziło nas korytarzami do dużego pokoju, gdzie czekał na
nas generał Weidling, któremu von Dufving zameldował o zorganizowanym
sposobie przemarszu i oddania się do niewoli przy moście. Następnie
pojawił się szef sztabu Czujkowa i wreszcie sam Czujkow. Zasalutowaliśmy
i to samo uczynił Czujkow. Czujkow poprosił Weidlinga o sporządzenie
pisemnego rozkazu, nakazującego złożenie broni tym wszystkim żołnierzom
niemieckim w mieście, którzy jeszcze stawiali opór. Przyniesiono
niemiecką maszynę do pisania i wystukałem na niej podyktowany przez
Weidlinga rozkaz (w artykule, który w późniejszym okresie przeczytałem,
rosyjski pisarz Ilja Erenburg błędnie opisywał, iż rozkaz był pisany
przez sekretarkę o blond włosach -?byłem co prawda blondynem, ale nie
kobietą, no i byłem majorem sztabu generalnego). Zgodnie z poleceniem
Rosjan, rozkaz był pisany przez kalkę w kilku kopiach i Weidling złożył
swój podpis na wszystkich egzemplarzach. Rosjanie zatrzymali jedną
kopię, zaś resztę wręczyli Wolffowi i mnie. Weidling, von Dufving i Refior zostali następnie zaproszeni do Rosjan na uroczyste śniadanie w kwaterze Czujkowa, natomiast ja i major Wolff dostarczyliśmy rozkazy do
wciąż walczących oddziałów niemieckich. Śniadanie było najwidoczniej
ucztą zwycięstwa. Jestem pewien, że Weidling, von Dufving i Refior nie
mieli na nie ochoty, ale w ich sytuacji nie mogli nie przyjąć
zaproszenia.
Pojechałem jednym z amerykańskich jeepów w towarzystwie rosyjskiego
kapitana do sztabu rosyjskiego korpusu, a następnie do sztabu dywizji.
Wszędzie wpatrywano się we mnie z ogromnym zaciekawieniem. W dowództwie
korpusu mówiący po niemiecku rosyjscy oficerowie wypytywali mnie o Hitlera i Göringa. Powiedziałem im, że Hitler nie żyje, i że nie wiem,
gdzie może znajdować się Göring. Miałem wrażenie, że z trudem docierał
do nich fakt, iż oto pokonali Niemcy, a Berlin leży u ich stóp.
Jeden z rosyjskich oficerów w siedzibie sztabu dywizji zapytał mnie po
niemiecku:
-?Co pan ma do powiedzenia w kwestii Oświęcimia?
Kiedy zapytałem go, co ma na myśli, ze złością zapytał:
-?A co z Bergen-Belsen? Co z Treblinką? Co z Buchenwaldem?
Twarz poczerwieniała mu ze złości. Owe nazwy nic mi nie mówiły i nie
mogłem zrozumieć, dlaczego tak się denerwuje. W końcu wykrzyknął:
-?Niech pan nie udaje, że pan nie rozumie! -?i wybiegł z pokoju.
Rosyjski kapitan i ja udaliśmy się następnie do sztabu rosyjskiego
batalionu ulokowanego na stacji kolejowej Anhalter, w okolicy której
wciąż trwał opór. Zabrano mnie do grupy niemieckich jeńców wojennych i poinstruowano, abym wybrał spośród nich dwóch żołnierzy, którzy przekażą
pisemne rozkazy generała Weidlinga. Powiedziano mi, żebym zapewnił ich,
iż ci, którzy zaniosą rozkazy otrzymają pisemne zezwolenie na udanie się
do domu. Później nauczyłem się, by nie dawać wiary tego typu obietnicom,
ale na tym etapie nie miałem powodu, by nie wierzyć w szczerość owych
zapewnień. Zachęta sprawiła, że nie brakowało ochotników i wybrałem
dwóch sierżantów. Wręczyłem im białą flagę oraz kopię rozkazu generała.
Mieli dostarczyć ją do niemieckiego dowódcy w "Europa Haus", wielkiego
budynku biurowego w pobliżu. Patrzyłem, jak znikają, idąc wzdłuż torów
kolejowych ze stacji Anhalter w kierunku, gdzie toczyła się walka. Potem
rosyjski kapitan i ja udaliśmy się do innego batalionu, gdzie
powtórzyliśmy całą procedurę, i wreszcie do trzeciego batalionu. Dziś
jestem pewien, że Rosjanie nigdy nie dotrzymali słowa danego tym
ludziom. Szybko nauczyłem się, że są gotowi obiecać wszystko, aby tylko
ktoś zrobił to, na czym im zależy, a następnie, jak dopną swego, po
prostu ignorują wszelkie przyrzeczenia. Na dodatek była to niebezpieczna
misja, gdyż broniący się Niemcy prawdopodobnie byli esesmanami
zdeterminowanymi, by walczyć do ostatniego człowieka i gotowymi strzelać
do każdego, kto by im w tym przeszkodził.
Rosyjski kapitan odwiózł mnie następnie do kwatery Czujkowa. Po drodze
mijaliśmy rejon, w którym dzień wcześniej toczyły się bardzo zacięte
boje. Ulice zawalone były wypalonymi wrakami czołgów, martwymi końmi i ciałami ludzi. Rosyjskie i niemieckie trupy leżały obok siebie. W pamięci utkwiło mi dwóch martwych żołnierzy rosyjskich, leżących na
balkonie. Wydawało się, że utkwili w nas spojrzenie swych pozbawionych
życia oczu, podczas gdy ich krew barwiła smugami ścianę poniżej balkonu.
Ogarnęło mnie straszne uczucie niepokoju, ponieważ jechałem jeepem z rosyjskim oficerem, byłem na łasce Rosjan i w pewnym stopniu
odpowiadałem za to, co się stało z tymi dwoma, choć rzecz jasna nie
brałem bezpośredniego udziału w walkach ulicznych, jako oficer sztabowy
dowodząc walką i odpowiadając za oliwienie machiny oporu.
Było to dla mnie bardzo nieprzyjemne uczucie, lecz towarzyszący mi
Rosjanin zdawał się nie zwracać uwagi na zabitych. Ogólnie rzecz biorąc,
zachowanie rosyjskich oficerów było bez zastrzeżeń. Musieli rzecz jasna
widzieć, jak traktował nas Czujkow i jego sztab, tak więc zachowywali
się podobnie.
Kiedy przybyliśmy z powrotem do kwatery Czujkowa, Weidlinga już tam nie
było. Na miejscu pozostał von Dufving i Refior. Zaprowadzono mnie do
sali bankietowej, gdzie wielki stół zastawiony był smakołykami.
Poproszono, abym się częstował. Był tam szampan, tarteletki z kawiorem,
mięsa wszelkich możliwych rodzajów, sery i generalnie wszelkie rodzaje
jedzenia, jakie tylko można sobie wyobrazić.
Major Wolff także zdążył już wrócić i był tam ze mną, więc
skorzystaliśmy ze sposobności, by coś zjeść. Nigdy nie wiadomo, kiedy
będzie okazja do następnego posiłku. Po tym spóźnionym śniadaniu
nakazano nam zabrać nasze rzeczy, zapakowano nas do jeepa i podwieziono
w pobliże maszerującej kolumny niemieckich jeńców. Rozkazano nam, abyśmy
do nich dołączyli.
Przez cały dzień Wolff i ja maszerowaliśmy w kolumnie wraz z innymi
jeńcami. Nie obyło się bez przerażającego momentu, gdy w czasie
przemarszu przez zalesioną okolicę rosyjski strażnik wyciągnął mnie z kolumny i gestami nakazał mi, abym oddał mu swoje buty.
Sądząc, że nie przetrwam bez butów, postawiłem wszystko na jedną kartę i zacząłem krzyczeć na Rosjanina, rugając go tak, jak robiłbym to z niemieckim żołnierzem, który właśnie się źle zachował. Podziałało!
Rosjanin instynktownie strzelił obcasami, a ja szybko wtopiłem się w kolumnę zanim zdążył odzyskać mowę. Była to wielce ryzykowna zagrywka i prawdopodobnie dość głupia, bo mógł mnie po prostu zastrzelić, zabrać
buty i nikogo by to nie obchodziło. Ale tym razem się udało i w danym
momencie tylko to się liczyło.
Tej nocy przybyliśmy do dużego, improwizowanego obozu, ogrodzonego
drutem kolczastym. Była to fabryka cementu i zarazem duża żwirownia,
położona na przedmieściach Berlina, w okolicy Rüdersdorf.
W obozie zakwaterowano ponad tysięc osób. Na terenie znajdowało się
kilka dużych budynków, w których można było skryć się przed deszczem.
Wolff i ja znaleźliśmy sobie jakiś kąt i po prostu czekaliśmy na rozwój
wydarzeń. Obaj mieliśmy ze sobą zapas żywności, więc nie brakowało nam
jedzenia, chociaż przez pierwsze dni Rosjanie nie zapewniali żadnego
wyżywienia.
Kompleks, w którym nas przetrzymywano był ogromny. Wszystko, co nam na
początku udostępniono to woda i latryny. Nie do końca spełniały one
warunki sanitarne, ale Rosjanie robili, co mogli, gdyż bardzo obawiali
się wybuchu epidemii. Mimo, że nie było łazienek ani mydła, mieliśmy
nieograniczony dostęp do bieżącej wody, a na terenie żwirowni palił się
ogień i tym sposobem można było podgrzewać wodę.
Wolff i ja zbadaliśmy teren całego obozu. Nie było nic innego do roboty.
Po nieludzkim tempie, w jakim przez kilka ostatnich miesięcy toczyło się
nasze życie, tego typu wymuszona bezczynność niemalże wykańczała nas
nerwowo. Musiałem tłumić w sobie chęć zerwania się na równe nogi i oddania się jakiemuś zajęciu; z trudem przychodziło nam zaakceptować
fakt, że nie mieliśmy co robić. Próbowałem powstrzymać się przed
myśleniem o konsekwencjach przegranej wojny, o najbliższej przyszłości i o tym, co musiało nadejść.
Przez ten czas miałem okazję lepiej poznać Wolffa. Miał pod
trzydziestkę, prawie sto osiemdziesięt centymetrów wzrostu, ciemne
włosy, niebieskie oczy i wieczny uśmiech na twarzy.
Wolff miał ze sobą trochę kawy i pudełko wyśmienitych cygar, więc
popołudniami, o szesnastej, gotowaliśmy trochę wody i wypalaliśmy po
cygarze. Były tak dobre, że umówiliśmy się, iż będziemy to robić każdego
popołudnia tak długo, jak będziemy razem. Nie mieliśmy pojęcia, co się
wydarzy, jak długo będziemy tam przebywać i czy w ogóle pozostaniemy
przy życiu, tak więc codziennie o szesnastej parzyliśmy kawę i zasiadaliśmy do holenderskich cygar "Ritmeester". Stało się to naszym
codziennym rytuałem, godziną, w której mogliśmy pomówić o rodzinach i o domu, o przyszłości i o tym, co się prawdopodobnie wydarzy i czy
kiedykolwiek dane nam będzie znaleźć się znowu wśród bliskich. Tak
naprawdę nie paliłem tytoniu, ale w tych pierwszych dniach w obozie, w czasie tej jednej godziny i przy wspominkach i rozmowach o domu i przyszłości, stało się to czymś specjalnym. Poza tym nasze życie w obozie było bardzo monotonne i nudne. Czas upływał na rozmowach z innymi
jeńcami, ciągłym liczeniu nas, itd. Spaliśmy na ziemi, ale mogliśmy
schronić się pod dachem, gdy pogoda się psuła. Będąc nagle uwolniony od
odpowiedzialności za ciągłe podejmowanie decyzji, zapadłem na swoisty
głód snu i wydawało mi się, że ciągle mam go za mało.
Dzień po tym, jak minęły dwa tygodnie naszego pobytu w obozie, moje
nazwisko zostało wywołane przez głośniki: "Major Knappe ma się
zameldować przy bramie". Pomyślałem sobie: "A więc to teraz... teraz mnie
rozstrzelają". Na myśl o śmierci nie czułem żadnych specjalnych
sensacji. Zginęło tak wielu ludzi, więc będę tylko jeszcze jednym.
Uścisnąłem Wolffowi rękę i pożegnałem się z nim. Zapisał mój adres na
wypadek, gdyby udało mu się wrócić do domu. Zabrałem mój plecak i poszedłem w kierunku bramy. Tam, obok jeepa, czekał na mnie komendant
obozu wraz z rosyjskim majorem. Komendant powiedział po prostu, "Proszę
iść z majorem". Wsiedliśmy do jeepa i pojechaliśmy do Köpenick. Poza mną
i majorem był tam jeszcze kierowca i strażnik z pistoletem maszynowym.
Zatrzymali pojazd przed pięciopiętrowym budynkiem mieszkalnym. Zabrano
mnie na trzecie czy czwarte piętro, które okazało się swoistym "aresztem
domowym" dla niemieckich oficerów. Nie znałem żadnego z nich, ale było
ich tam około tuzina. Niektórzy byli generałami, inni wysokimi oficerami
sztabowymi, a niektórzy oficerami łączności. Traktowano nas całkiem
dobrze. W pokojach były łóżka, a poszczególne apartamenty były
wyposażone w kuchnie. Otrzymaliśmy produkty żywnościowe do przyrządzania
posiłków. Wyglądało to o wiele lepiej, niż obóz przy żwirowni,
zamieszkały przez tysięc jeńców, z całym swoim pyłem, brudem, ściskiem i mizerną szansą na umycie się.
Po tylu miesięcach gorączkowej aktywności wszystkim nam z trudem
przychodziło przystosowanie się do bezczynności. Opowiadaliśmy sobie
historie z ostatnich miesięcy, ale poza gotowaniem posiłków i wykorzystywaniem okazji do bliższego poznania się nawzajem, nie było nic
do roboty. Raz dziennie pozwalano nam na godzinny spacer wokół podwórza
na tyłach budynku i wtedy pilnowali nas uzbrojeni strażnicy. Zdjąłem
moje wojskowe spodnie i chodziłem w spodniach do konnej jazdy z czerwonymi lampasami sztabu generalnego. Rosyjscy strażnicy przy tylnym
wejściu, gdy wchodziłem i wychodziłem z budynku, zawsze mi salutowali,
najprawdopodobniej biorąc mnie za generała właśnie z powodu tych
lampasów. Musieli być zdumieni, jak młodzi bywają niektórzy niemieccy
generałowie!
Jednym z nas był stary generał, mający pewnie z siedemdziesięt lat,
który odszedł na emeryturę całe wieki temu. Mieszkał w Berlinie i ktoś z jego sąsiadów powiedział Rosjanom, że jest generałem, więc zmusili go do
założenia munduru i przywieźli tutaj. Fakt, iż człowieka w jego wieku
przywieziono do tego dość wygodnego miejsca, był dla niego szczęśliwym
zbiegiem okoliczności.
Z okien apartamentowca mogliśmy obserwować ulicę przed budynkiem. Tył
bloku wychodził na Szprewę, zaś między rzeką a budynkiem rozciągały się
ogrody. Odległość między Szprewą a budynkiem wynosiła kilkaset metrów.
Rzeka w tym miejscu miała może jakieś dwieście metrów szerokości.
Zdecydowałem, że spróbuję uciec i przepłynąć rzekę. Nie miałem pojęcia,
co może mnie czekać po przeciwnej stronie, ale przynajmniej zawsze była
jakaś nadzieja, że nie będzie tam Rosjan. Sądziłem, że poczynając od
drugiego brzegu będę mógł ukrywać się za dnia i pokonywać krótkie
dystanse w nocy (do Lipska miałem stąd około dwustu kilometrów). Po
drugiej stronie rzeki także rozciągały się ogrody, a w każdym stała
niewielka szopa na narzędzia. Myślałem, aby pierwszej nocy ukryć się w jednej z nich. Miałem też nadzieję, że od mieszkających tam ludzi
dostanę jakieś cywilne ubrania. Zrządzeniem losu nasz apartamentowiec
był ostatnim w szeregu i gdyby wybudowano następny blok, jego ściana
przylegałaby do ściany naszego budynku. Mogliśmy swobodnie się poruszać,
więc zacząłem badać okolicę, aby dowiedzieć się wszystkiego, co mogłoby
być pomocne w ucieczce. Na poddaszu znalazłem gruby sznur do
rozwieszania bielizny, na tyle długi, by sięgnął do ziemi. Zorientowałem
się również, że z poddasza da się usunąć kilka dachówek. Mógłbym
zaczepić tam linę i spuścić ją w dół po ślepej ścianie na końcu naszego
budynku.
Zacząłem obserwować strażników, aby ustalić schemat ich zachowania.
Zauważyłem, że co pewien czas dwaj strażnicy dochodzą do końca budynku w tym samym czasie, co sprawia, że przeciwległy koniec nie jest wtedy
obserwowany. Ustaliłem, że zmiana warty przed budynkiem i na jego tyłach
odbywa się o jednej porze i wartownicy z reguły spędzają tam razem kilka
minut na pogawędkach. Straże patrolowały front i tył apartamentowca, ale
nie pilnowały jego boku. Pilnie obserwowałem więc wartowników i obliczałem czas ich przejścia. Wyliczyłem, że jeśli rozegram wszystko
dokładnie, będę w stanie zejść po linie na dół i ukryć się w wysokich
zaroślach na końcu budynku do czasu, aż obaj strażnicy znajdą się na
drugim końcu bloku, lub do czasu, aż zostaną zamienieni. Wtedy dotrę do
rzeki, przepłynę na drugą stronę i ukryję się w jednej z szop na
narzędzia. Będę musiał zrobić to nocą i będzie to musiała być
bezksiężycowa noc. Niestety, w tym okresie księżyc świecił dość jasno,
więc mogłem tylko czekać cierpliwie na jakąś ciemną noc. Wszystko inne
było gotowe.
W końcu nadszedł czas, kiedy poczułem, iż kolejna noc będzie
dostatecznie ciemna. Tego ranka jednak, w czasie gdy jedliśmy śniadanie,
nadszedł rosyjski oficer odpowiadający za budynek. Na jego twarzy gościł
szeroki uśmiech. Gdy mnie ujrzał, rozpromienił się jeszcze bardziej.
-?Majorze Knappe, szczęściarz z pana! -?powiedział. -?Jedzie pan do
Moskwy!
Dla Rosjanina podróż do Moskwy była czymś wspaniałym; dla mnie jednak
nie była to równie fantastyczna perspektywa. Tej nocy, zamiast
przepływać Szprewę w drodze ku możliwej wolności, będę lądować w Moskwie. Rosjanin poprosił mnie, abym był gotów na godzinę dziesiątą. W pośpiechu napisałem list do Lilo i dałem go staremu generałowi, który
udawał się do domu, i który zaproponował, że zabierze list.
Na lotnisku Tempelhof wsadzono mnie na pokład amerykańskiego samolotu
transportowego DC-3 po brzegi wypełnionego łupami, które Rosjanie
zabierali do Moskwy. Pasażerowie -?około tuzina rosyjskich oficerów i żołnierzy -?siedzieli na zrolowanych, drogich dywanach. Zastanawiałem
się, czy mogły to być te same dywany, po których stąpałem wraz z generałem Weidlingiem w podziemiach kwatery Hitlera. W momencie
wsiadania na pokład rosyjscy żołnierze gapili się na mnie, ale potem
zupełnie mnie zignorowali.
Samolot oderwał się od ziemi, zatoczył łuk w oślepiającym czerwcowym
słońcu i skierował się na wschód, w stronę ogromnego Związku
Radzieckiego. Serce ściskało mi się na myśl, że oto przepadła ostatnia
szansa na łatwą ucieczkę. Miałem wrażenie, że im wyżej wznosi się
samolot, tym szybciej ulatniają się moje nadzieje na wolność. Moim
następnym przystankiem miała być Moskwa i los, który pozostawał wielką
niewiadomą.
Lecieliśmy nad tymi samymi terenami, po których maszerowałem jako młody
porucznik i dowódca baterii artylerii, gdy zaatakowaliśmy Rosję w 1941
roku -?było to dokładnie cztery lata wcześniej. W 1941 roku pokonanie
tej samej odległości, którą dzisiaj możemy przelecieć w kilka godzin,
zajęło nam sześć miesięcy -?konno i na własnych nogach. Oczywiście po
drodze musieliśmy toczyć boje, ale walki nie były wtedy zbyt zacięte,
przynajmniej dopóki w drodze do Moskwy nie minęliśmy Smoleńska.
Nie mogłem przestać myśleć o tym, czy kiedykolwiek dane mi będzie odbyć
podróż w przeciwną stronę, choć jednocześnie byłem pewien, że Rosjanie
zastrzelą mnie, gdy już wydobędą ze mnie wszystko, co będzie im
potrzebne.
A przecież wszystko zaczęło się tak obiecująco.
Moje myśli uleciały do początku 1936 roku, kiedy to ukończyłem gimnazjum
Petri i wraz z czterema przyjaciółmi wybrałem się w Sudety na narty, aby
świętować odebranie naszych dyplomów.
Rozdział 8
Droga zaczynała piąć się w górę coraz bardziej
stromo i stawała się coraz bardziej kręta, zaś widoki za każdym kolejnym
zakrętem były wspanialsze, niż za poprzednim. W samochodzie było nas
pięciu: Friedrich Werner, Hans Liebelt, Siegfried Ebert, Ernst Michaelis
i ja. Tydzień wcześniej, 6 marca 1936 roku, wszyscy ukończyliśmy naukę w naszym gimnazjum. Dziewięć lat wcześniej, w wieku dziesięciu lat,
poszliśmy razem do szkoły, a od dwóch lat planowaliśmy wspólną wyprawę
na narty, aby uczcić jej zakończenie.
Friedrich jak zwykle był pełen energii, wzywając wszystkich do
współzawodnictwa, gdy tylko dotrzemy na stok narciarski. Utrzymywał przy
tym, że nie mamy z nim najmniejszych szans. Wszyscy jak jeden mąż
czekaliśmy na tę wyprawę podekscytowani.
W końcu pokonaliśmy ostatni, ciasny zakręt i oto przed nami, położona
lekko w dole, otulona śląskimi Sudetami, leżała nasza narciarska wioska.
Znaleźliśmy miejsce, w którym można było pozostawić samochód -?sedan,
należący do ojca Liebelta -?i kierując się znakami informacyjnymi oraz
obrzucając się po drodze śnieżkami, pospieszyliśmy do recepcji, aby
odebrać klucze do naszej chaty z drewnianych bali. Nasze czerwone z zimna i biegu twarze musiały trochę wystraszyć starszego człowieka, na
którego wpadliśmy za drzwiami.
-?Witam wszystkich -?powiedział. -?Czym mogę służyć?
Patrzył na nas przy tym badawczym okiem zza swoich drucianych okularów.
-?Rezerwowaliśmy jedną z pana drewnianych chat -?powiedział Ebert. -
Rezerwacja na nazwisko Siegfried Ebert.
-?Popatrzmy... -?pogrzebał w stosie czegoś, co wyglądało na ścinki gazet.
-?Jest tutaj! -?powiedział. -?Nazywam się Hoffer.
Wyciągnął rękę, aby się przywitać, a my po kolei ją ściskaliśmy. Pomimo
swojego zaawansowanego wieku i kruchej budowy, miał silne dłonie. Każdy
z nas położył na kontuarze swoją część należnej opłaty. Hoffer powoli
przeliczył pieniądze i starannie ułożył je w starym, drewnianym pudełku
zamykanym na kluczyk. Następnie przejrzał stos kluczy i wydobył z niego
ten, którego szukał.
-?Oto wasz klucz -?powiedział. Uśmiechał się, a jego stare oczy skrzyły
się zza okularów, gdy machał kluczem przed nosem Eberta. -?Bawcie się
dobrze, chłopcy.
Przepychając się w drzwiach, wyskoczyliśmy na zewnątrz, nie mogąc się
doczekać rozpoczęcia naszej przygody. Zaczęliśmy wypakowywać z samochodu
nasze bagaże, co sprowadzało się do rzucania ich na jedną stertę.
-?Masz, nieś te graty -?rozległa się komenda, po której coś z łomotem
trafiło mnie w plecy.
Nie musiałem oglądać się za siebie, żeby wiedzieć, że to robota
Friedricha. Jak zwykle obejmował dowództwo i rozdzielał bagaże, które
trzeba było przenieść do chaty. Gdy ku satysfakcji Friedricha wszyscy
byliśmy już równo objuczeni, rozpoczęliśmy mozolny marsz pod górę w kierunku naszej chaty z bali. Chociaż temperatura wynosiła około -17°C,
to wspinaczka sprawiła, że oblaliśmy się potem.
Chata składała się z jednego wielkiego pokoju w kształcie prostokąta, z jednym oknem wychodzącym na wschód, lub front, i drugim, z którego
rozpościerał się widok na stoki po stronie zachodniej. Północną ścianę
zajmował wielki kominek, wyposażony w zestaw akcesoriów do pieczenia
mięs, uchwyty z zawieszonymi czajnikami i metalowy kojec z patelniami,
garnkami, rondlami i innymi naczyniami, z których część dodatkowo
rozwieszona była na gzymsie kominka. Na południowej ścianie znajdowały
się dwa piętrowe łóżka. Zawczasu poinstruowano nas, abyśmy zabrali ze
sobą śpiwory i poduszki.
-?A teraz na narty! -?wykrzyknął Friedrich.
Pędem wydobyliśmy nasze narty spod sterty bagażu. Wystarczyło przejść
dosłownie kilka kroków i już byliśmy na stoku. Zjeżdżaliśmy w dół, by
następnie z trudem gramolić się pod górę tylko po to, by nie móc się
oprzeć pokusie ponownego zjazdu.
Zabawę powtarzaliśmy do momentu, gdy nawet czołganie się przychodziło
nam z trudem. W końcu mieliśmy dosyć i wróciliśmy do chaty.
Postanowiliśmy zjeść coś we wsi, gdyż byliśmy zbyt zmęczeni, aby gotować
samemu.
Aromaty unoszące się w restauracji wywołały głośne burczenie w naszych
pustych żołądkach. W środku nie było klientów i wydawało się, że nie ma
też obsługi. Nas natomiast po prostu trzęsło z głodu. Friedrich i ja
przechyliliśmy się do tyłu na naszych krzesłach.
-?Uważajcie na meble! -?rozległ się znajomy głos pana Hoffera, który
pojawił się dosłownie znikąd. Krzesła błyskawicznie powróciły do
właściwej pozycji na czterech nogach.
-?Czołem chłopaki! Nie chce wam się gotować, co? Nie ma problemu, moja
małżonka was nakarmi.
Chwilę później do sali wpadła pani Hoffer i poinformowała nas, co możemy
zjeść.
Wiedząc, że za chwilę pojawi się kolacja, rozsiedliśmy się wygodnie.
Spojrzałem przez okno. Zza naszego stołu z ledwością można było dostrzec
podnóża gór, otulone miękką poświatą nielicznych latarń. Za oknem
leniwie zaczął prószyć śnieg i wielkie białe śnieżynki, kołysząc się bez
celu, powoli osiadały na ziemi. Ciepłe wnętrze kafejki oraz świadomość,
że właśnie szykuje się dla nas posiłek, sprawiały, że czuliśmy radosną
swobodę, mając jednocześnie świadomość, że ktoś o nas dba. Na zewnątrz
wiejski chłopak w naszym wieku powoli prowadził konia zaprzężonego do
sań, załadowanych sianem. Staruszek Hoffer wraz z innym mężczyzną w podobnym wieku rozpoczynali właśnie partię szachów przy stoliku obok
nas. Grze towarzyszyła niekończąca się dyskusja na tematy związane z polityką.
Pani Hoffer wynurzyła się z kuchni, popychając stolik na kółkach
załadowany potrawami. Zręcznie ustawiła misy z jedzeniem przed każdym z nas i wręczyła nam dodatkowe talerze i niezbędne sztućce. Nie tracąc
czasu na zbędne rozmowy, sprawnie uporaliśmy się z każdym kęskiem. Miało
się wrażenie, że wszyscy zakończyliśmy jedzenie w tym samym momencie,
biorąc jednocześnie głęboki, pełen satysfakcji oddech. Pani Hoffer
musiała nas obserwować z kuchni, ponieważ pojawiła się ponownie z pustym
stoliczkiem. Szybko uprzątnęła naczynia i pozostawiła nas samym sobie,
abyśmy mogli pogrążyć się w poobiedniej dyskusji. I wtedy nagle dotarło
do nas, że głos pana Hoffera staje się coraz bardziej donośny.
-?Hitler wplącze nas w kolejną wojnę! -?mówił dobitnie.
-?Dlaczego tak sądzisz? -?pytał jego partner od szachów.
-?Ponieważ Hitler to hazardzista, a hazardziści nigdy nie mają dosyć,
dopóki się nie zgrają.
-?Nie rozumiem, jak możesz tak mówić -?upierał się jego kolega. -?Hitler
zapewnił ludziom miejsca pracy, ożywił ekonomię, ukrócił polityczne
przepychanki, pobudował autostrady, wyrzucił na śmietnik Traktat
Wersalski i odrodził narodową dumę. I nawet Nadrenię odzyskał -?starszy
człowiek wyliczał, aż zabrakło mu oddechu.
-?I jakim niby sposobem osiągnął to wszystko? -?zagrzmiał pan Hoffer. -
Zapewnił miejsca pracy rozbudowując przemysł zbrojeniowy. Jak sądzisz,
do czego ma zamiar użyć tych wszystkich armat? Będzie je podziwiał? A spokój na ulicach zagwarantował wysyłając swych przeciwników
politycznych -?i przy okazji mnóstwo Żydów -?do obozów koncentracyjnych.
Wszyscy ukradkiem spojrzeliśmy na Michaelisa, który był Żydem.
-?No, więc dlaczego sądzisz, że Hitler jest hazardzistą? -?nie ustępował
drugi mężczyzna.
-?Jak myślisz, co by się stało, gdyby Francuzi stawili opór w momencie,
kiedy nasze oddziały wkraczały do Nadrenii? -?zapytał pan Hoffer. -
Powiem ci: nasze nędzne siły zostałyby wyrżnięte w pień. Ale Hitler grał
w pokera i założył, że jego przeciwnik nie zorientuje się, że wszystko
jest blefem. Wygrał partię i niewykluczone, że wygra jeszcze kolejne.
Ale w końcu go poniesie, ponieważ hazardziści nigdy nie przestają grać,
gdy wygrywają. Zawsze obstawiają dalej, aż do zupełnej przegranej.
-?Ale on przecież tylko przywraca nam to, co zabrał nam Traktat
Wersalski! -?protestował jego kolega.
Pan Hoffer wstał, podszedł do kominka i wystukał tam popiół ze swojej
fajki.
-?Nie zatrzyma się -?powiedział. -?Będzie naciskał dalej, aż wciągnie
nas w kolejną wojnę. I jakim kosztem? -?odwrócił się i zamachał ręką w naszym kierunku. -?Zapewne kosztem życia tych młodych chłopaków, jak
również kosztem życia milionów innych ludzi.
-?Co za stary zrzęda! -?zwrócił się do nas szeptem Friedrich.
-?Nie jestem pewien, czy aby nie ma racji -?cicho odezwał się Michaelis.
Nikt więcej nie powiedział ani słowa. Fakt, że Michaelis był Żydem
sprawiał, że rozmowa dwóch staruszków napawała nas niepokojem.
Wróciliśmy do naszej chaty i rozpaliliśmy ogień w kominku, gdyż szybko
robiło się zimno.
O świcie następnego dnia, po wypiciu herbaty i zjedzeniu śniadania, w czasie krótszym niż godzina wspinaliśmy się na zbocze, niosąc na
ramionach narty. Gdy stanęliśmy na szczycie, widok w stronę
Czechosłowacji zapierał dech w piersiach -?podobnie zresztą, jak widok w stronę Niemiec. Cały dzień jeździliśmy na nartach, pędząc w dół po
nieskazitelnie czystym, skrzącym się stoku i pnąc się z powrotem pod
górę z nartami na ramionach. Na koniec urządziliśmy bieg przełajowy na
nartach po trasie, którą wyznaczyliśmy sobie poprzedniego wieczoru.
Późnym popołudniem mieliśmy w końcu dosyć i zjechaliśmy na niemiecką
stronę do naszej chaty. Po rozpaleniu ognia, wsypaliśmy fasolę do
garnka, zalaliśmy ją wodą i powiesiliśmy gar nad ogniem. Obraliśmy
ziemniaki i zawiesiliśmy je w garnku obok. Wkrótce w obu kociołkach
bulgotała woda, a my cierpliwie czekaliśmy, aż ich zawartość się
ugotuje. Pół godziny później szturchane widelcem ziemniaki wydawały się
być gotowe, ale fasola była wciąż tak samo twarda, jak na początku.
Zdjęliśmy ziemniaki z ognia i ustawiliśmy garnek w pobliżu kominka, aby
nie wystygły, podczas gdy fasola dalej się gotowała. Po godzinie fasolki
kotłowały się w garnku -?wciąż niezmiennie twarde, niczym kamienie.
-?Co za fasolę kupiłeś, Knappe? -?zapytał w końcu zniecierpliwiony
Friedrich.
-?Po prostu fasolę. Niby dlaczego? Są różne fasole? -?odpowiedziałem
pytaniem, czując się zażenowany.
-?Nie mam pojęcia. Ale jesteś pewien, że akurat ta nadaje się do
gotowania? Wisi nad ogniem od półtorej godziny!
-?Zjedzmy ziemniaki -?zasugerował Ebert. -?Fasolą zajmiemy się, jak
będzie miękka.
Podzieliliśmy ziemniaki na pięć równych porcji i pożarliśmy je,
dopychając się chlebem z masłem i kubkiem świeżo zaparzonej herbaty. Po
jedzeniu poczuliśmy się lepiej, chociaż same ziemniaki nie do końca
zaspokoiły nasz głód. Wspólnie i bez pośpiechu posprzątaliśmy bałagan
oraz zalaliśmy wciąż gotujące się fasolki świeżą wodą.
-?Chcecie trochę amerykańskiego popcornu? -?zapytał Liebelt, podnosząc
się, aby wygrzebać go ze swojego plecaka.
-?A co to jest? -?zapytałem.
-?Pokażę ci -?odpowiedział Liebelt, wracając z torebką małych ziaren
kukurydzy i rondlem. -?Przysłał nam to mój wuj z Chicago. Ziarna
podgrzewa się w rondlu, a one skaczą, otwierając się. Są niezłe.
Zdejmijcie tą głupią fasolę z ognia, i tak nigdy nie będzie nadawała się
do jedzenia.
Liebelt włożył do rondla odrobinę masła, rozpuścił je, po czym napełnił
rondel do połowy żółtymi ziarnami kukurydzy. Następnie rozgarnął płonące
drewno, położył na nim żelazną kratkę i ostrożnie ustawił na niej
rondel. Popcorn zaczął strzelać -?najpierw powoli, a potem coraz
szybciej.
-?Dawajcie pokrywkę! -?krzyknął Liebelt, gdy ziarna zaczęły wyskakiwać z rondla i wpadać do ognia.
Sytuacja wymknęła się spod kontroli, albowiem popcorn strzelał tak
szybko, że jego poziom podniósł się znacznie ponad brzeg garnka i wszystko wysypywało się do ognia. Liebelt najwidoczniej nasypał za dużo
ziaren. Teraz, gdy kukurydza paliła się w kominku, cały pokój wypełnił
się zapachem spalenizny.
-?Otwórzcie drzwi -?padła czyjaś komenda.
Liebelt wyciągnął rondel z kominka, ale rozgrzana kratka wciąż
utrzymywała swoją temperaturę i popcorn w dalszym ciągu strzelał i rozsypywał się po podłodze. Mimo to, część wciąż nadawała się do
jedzenia, więc grzebiąc w rondlu zaczęliśmy wyciągać z niego pełne
garście popcornu.
-?Miałeś racje. To jest naprawdę dobre -?pochwalił Friedrich.
Rozległo się pukanie do drzwi. To był pan Hoffer.
-?Pani Hoffer pomyślała, że będą wam smakować te ciasteczka -
powiedział.
Kiedy spojrzał na gar wypełniony fasolą, na jego twarzy zagościł szeroki
uśmiech.
-?Widzę, że próbowaliście ugotować fasolę bez namoczenia? -?zapytał.
Odpowiedziały mu tylko nasze puste spojrzenia.
-?Bez namoczenia? -?spytałem łamiącym się głosem.
-?Fasolę trzeba moczyć w wodzie przez całą noc -?odpowiedział. -?To
bardzo powszechny błąd.
Spojrzeliśmy po sobie, a w duchu aż jęknęliśmy.
Następnego ranka już od wczesnych godzin zameldowaliśmy się po
niemieckiej stronie stoku. Ten dzień był jednym wielkim
współzawodnictwem. Urządzaliśmy wyścigi, zawody w skokach i rywalizowaliśmy, kto pierwszy wdrapie się z powrotem na szczyt. Do
zachodu słońca byliśmy wykończeni i zachwyceni. Na kolację uraczyliśmy
się wędliną i herbatą, a potem leniuchowaliśmy przy cieple kominka.
-?Wiecie, że jutro jest ostatni dzień? -?zapytał Ebert ze smutkiem w głosie.
Przez chwilę wszyscy w milczeniu wpatrywaliśmy się w ogień. Jeszcze
jeden dzień i trzeba będzie rozpocząć nowe, dorosłe życie. Ja dołączę do
Służby Pracy Rzeszy, Friedrich wstąpi do wojska (zgadzając się po
pierwszym roku służby na zostanie kandydatem na oficera, uniknął Służby
Pracy), Michaelis pójdzie na uniwersytet ( nie musiał dołączać do Służby
Pracy Rzeszy ani iść do wojska, gdyż był Żydem), zaś Ebert i Liebelt
rozpoczną studia medyczne, które także zwalniały ich z obowiązku
półrocznego stażu w Służbie Pracy. Nagle, przejście z dziecka do
dorosłości nabierało realnego znaczenia -?będziemy musieli się rozstać.
Ostatniego dnia nie było już zawodów. Każdy z nas ostatnie chwile
spędzał w samotności. Jeździłem na nartach, zaliczając szerokie, strome
zjazdy i próbując rozkoszować się tymi pożegnalnymi momentami. W pewnej
chwili zatrzymałem się, by posłuchać śpiewu drozdów pośród sosen, na
których pracowicie budowały swoje gniazda. Niemcy były naprawdę pięknym
krajem. Mając na uwadze te wszystkie wspaniałości, jakim cudem pan
Hoffer mógłby mieć rację w swoich osądach? Jakim sposobem coś mogłoby
pójść nie tak? Wziąłem głęboki oddech i nabierając prędkości ruszyłem w dół zbocza.
Rozdział 9
Rankiem 6 kwietnia 1936 roku obudziłem się
wcześnie, pełen niecierpliwego wyczekiwania. O godzinie dziewiątej
miałem zameldować się na Placu Augusta, skąd autobus miał mnie przewieźć
gdzieś do Bawarii, do miejsca, w którym przez następne sześć miesięcy
będę służyć w strukturach Służby Pracy Rzeszy.
Śniadanie było rodzinne. Mój czternastoletni brat Fritz był bardzo
podekscytowany moją zbliżającą się przygodą i cieszył się nią za mnie.
Moja najstarsza siostra, Ingeborga -?wysoka, szczupła blondynka o racjonalnym spojrzeniu na świat -?była przekonana, że robię wielki błąd
nie idąc od razu na uniwersytet, zamiast tego chcąc uporać się najpierw
ze Służbą Pracy i armią. Mówiła o tym głośno. Moja mama krążyła wokół
mnie z matczyną troską, pełna energii i od czasu do czasu popłakująca.
Podczas śniadania wyrzucała Indze, że wygłasza pod moim adresem
niestosowne uwagi. Siostra przybrała nadąsany wyraz twarzy i nie
odezwała się już ani słowem. Gdy wstawałem od stołu, wszyscy czuliśmy
się trochę niezręcznie.
-?No, chyba pora -?powiedział mój ojciec, nie patrząc na mnie
bezpośrednio.
-?Tak -?odpowiedziałem, zauważając jego zakłopotanie i brak słów.
Poczułem suchość w gardle. Przełknąłem ślinę w nadziei, że znajdę sposób
na odpowiednie zachowanie w takiej chwili.
Nie znalazłem żadnego, więc po prostu wyciągnąłem rękę. Ojciec powoli
się podniósł, uchwycił moją dłoń i oburącz mocno ją ścisnął. Z tyłu
dobiegało chlipanie mojej matki, która po chwili objęła mnie za szyję.
Padło tylko kilka słów; nie było potrzeby mówić nic więcej. Rozejrzałem
się za Ingą, ale nie było jej już w pokoju. Fritz klepnął mnie po
ramieniu. Dźwignąłem walizkę i skierowałem się ku drzwiom. Gdy znalazłem
się na ulicy, od razu ruszyłem przed siebie szybkim krokiem, podczas gdy
rodzina wołała w ślad za mną na pożegnanie.
Na Placu Augusta, w tłumie kręcących się wokół młodych mężczyzn w moim
wieku, próbowałem wypatrzeć znajome twarze, ale nikogo nie zauważyłem.
Dostrzegłem za to postać w mundurze Służby Pracy, stojącą obok trzech
zaparkowanych tam autobusów.
Chwilę przed godzina dziewiątą osobnik ów zaryczał niewiarygodnie
donośnym głosem:
-?No dobra! Teraz zapełnimy te trzy autobusy od przodu do tyłu! Chcę,
żeby wszystkie miejsca w pierwszym autobusie były zajęte, zanim
ktokolwiek postawi nogę na stopniu kolejnego! Gdy wyczytam wasze
nazwiska, macie biegiem udać się do pojazdu!
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Rozdział 1
Kapitan Kafurke, mój adiutant, obudził mnie
pukając w szybę mojego samochodu.
-?Panie majorze, naczelnik stacji ma dla pana wiadomość -?powiedział.
Zmusiłem rozespany umysł i ciało do przebudzenia i rozejrzałem się
wokół. Mój samochód umocowany był do wagonu-platformy, stanowiącego
część składu, którym przez całą noc podróżowaliśmy w Góry Harz celem
dołączenia do formującej się tam właśnie 12 Armii generała Wencka.
Spałem w samochodzie, gdyż było to wygodniejsze niż cokolwiek innego, co
mieliśmy do dyspozycji.
Sądząc, iż nad ranem dotrzemy w okolice Lipska, poinstruowałem mojego
ordynansa żeby obudził mnie w Eilenburgu, abym mógł wsiąść na motocykl i odwiedzić tam moją żonę Lilo i naszego małego syna, Klausa, a następnie
dogonić wolno jadący pociąg gdzieś w innym mieście. Nie byliśmy jednak w Eilenburgu, lecz w Budziszynie. Przeciągnąłem się, wysiadłem z samochodu, zszedłem z platformy i udałem się na stację.
-?Ma pan jakąś wiadomość? -?zapytałem naczelnika.
-?Tak jest, panie majorze -?odpowiedział. -?Otrzymałem polecenie, aby
skierować pana pociąg na północ, w kierunku Berlina.
Jego informacja zaskoczyła mnie.
-?Czy linia kolejowa na zachód jest odcięta? -?zapytałem, próbując
znaleźć wytłumaczenie dla faktu, iż zmieniają naszą marszrutę na północ.
-?Nie. Ruch odbywa się powoli, ale bez przeszkód.
Podziękowałem mu i wróciłem do pociągu. Prawdopodobnie po prostu
skierują nas do Berlina, a następnie wyślą inną drogą w Góry Harz, ale
zabiło to moje nadzieje na zobaczenie Lilo i Klausa. Odwiedzenie ich i tak było wbrew wszelkim przepisom, ale zdecydowałem, że nie przepuszczę
szansy, o ile tylko będzie to możliwe. Cóż, teraz i tak nie było na to
nadziei.
Około godziny jedenastej dotarliśmy do południowej części pętli
kolejowej wokół Berlina. Zdążyliśmy wtoczyć się na stację metra w Neukölln, gdy głośno zawyły syreny alarmu przeciwlotniczego.
Skonsultowałem się z naczelnikiem stacji i dowiedziałem się, że nie
będziemy mogli jechać dalej, dopóki nie odwołają alarmu. Rozstawiłem
posterunki wzdłuż składu i odesłałem resztę naszych ludzi do okolicznych
schronów przeciwlotniczych.
Jako oficer operacyjny 56 Korpusu Pancernego nadzorowałem
przemieszczenie sztabu ze Śląska, gdzie dopiero co walczyliśmy z Rosjanami, w Góry Harz. Podpułkownik Theodor von Dufving, szef sztabu 56
Korpusu Pancernego i mój bezpośredni przełożony, udał się w Góry Harz
przed nami wraz z niewielką czołówką.
Kapitan Kafurke, major Wolff (oficer kadrowy 56 Korpusu) oraz ja
udaliśmy się do schronu przeciwlotniczego, który w większości zajmowali
cywile. Nastroje wśród nich były smutne, ale jednocześnie spokojne. Nikt
nie był w nastroju do żartów, lecz nie okazywano wobec nas niechęci za
to, że wciąż walczymy, choć przejawy tego typu zachowań można było już
wcześniej zauważyć wśród niektórych cywilów.
Alarm trwał nadal, ale ponieważ nie słychać było żadnych eksplozji,
zdecydowałem się wyjść na zewnątrz, aby się rozejrzeć. Ulice były
oczywiście puste, a gdzieś wysoko na głową słyszałem przelatujące
alianckie samoloty bombowe. Nie było widać oznak niemieckiego
przeciwdziałania. Patrzyłem na bombowce i jak zawsze zastanawiałem się,
czy Michaelis -?mój żydowski przyjaciel, z którym ukończyłem gimnazjum
Petri i który wraz z rodziną przeprowadził się do Anglii w 1938 roku -
mógłby być w którymś z nich. Wreszcie, około godziny szesnastej,
nastąpił odbój alarmu przeciwlotniczego i wszyscy wrócili do pociągu.
Ruszyliśmy powoli, ale ku mojemu zdenerwowaniu, w kierunku wschodnim!
Gdy otrzymałem rozkazy, aby wyładowywać się w Müncheberg, około
pięćdziesięciu kilometrów od linii frontu, stało się jasne, że wracamy
do walki z Rosjanami i serce mi się ścisnęło. Rozładowaliśmy skład w Müncheberg i pojechałem do Waldsieversdorf, gdzie, jak mi powiedziano,
miał znajdować się nasz sztab. Na miejscu wraz z naszą wysuniętą grupą
był już podpułkownik von Dufving. Był raczej niewysokim człowiekiem
żylastej budowy o ciemnych oczach.
-?Mam wrażenie, że ktoś tu nadużył stanowiska -?powiedział z cieniem
złości i goryczy w głosie. -?Najwidoczniej zamieniamy się miejscami ze
sztabem innego korpusu, na którego czele stoi generał.
Nasz stary generał został przeniesiony na inne stanowisko, a nowy
jeszcze nie przybył.
W Waldsieversdorf dowiedzieliśmy się, że mamy zluzować sztab korpusu
pancernego, który zawiadywał tam dwoma dywizjami z rezerwy armii -?w miejscu, które zgodnie z oczekiwaniami miało stać się centrum rosyjskiej
ofensywy! Zakładaliśmy, że dowodzący luzowanym korpusem miał koneksje w naczelnym dowództwie i zdołał załatwić swojemu sztabowi nasze miejsce w Górach Harz, podczas gdy nas wysłano zamiast nich do 9 Armii. Sztab
korpusu, który mieliśmy zastąpić, znał okolicę, znał dywizje i orientował się w sytuacji bojowej, jak również posiadał wszelkie
niezbędne środki łączności. My zaś przybyliśmy w zupełnie nowy rejon,
nie znaliśmy nikogo w przydzielonych nam dywizjach czy też w ich
sztabach lub sztabie korpusu i mieliśmy na wyposażeniu tylko około
połowy naszych telefonów i ledwie trzydzieści pięć procent urządzeń
łączności bezprzewodowej -?wszystko dlatego, że dopiero co wycofano nas
z walk na Śląsku.
I przy wszystkich tych utrudnieniach mieliśmy teraz zająć się bardzo
trudnym zadaniem kierowania ruchomą obroną w walce przeciwko
nieprzyjacielowi posiadającemu miażdżącą przewagę zarówno w sile żywej,
jak i wyposażeniu! Nasz nowy dowódca, generał artylerii Helmut Weidling,
był już w drodze, lecz jeszcze nie przybył na miejsce. Cóż, niewiele
mogliśmy na to poradzić. Von Dufving i ja przejęliśmy dowodzenie
odcinkiem obrony korpusu od naszych poprzedników, którzy szybko się
ulotnili. Generał Weidling przybył następnego ranka, 13 kwietnia 1945
roku. Von Dufving, który znał Weidlinga, udzielił mi porad odnośnie
upodobań i awersji generała, z których skorzystałem, gdy zameldowałem
się u Weidlinga, składając zwięzły meldunek będący podsumowaniem
bieżącej sytuacji. Generał był bardzo miły i miałem przeczucie, iż
wywarłem na nim dobre wrażenie. Ponieważ miał zwyczaj wyrabiania sobie
stałej opinii o podkomendnych na bazie pierwszego wrażenia, dla naszej
przyszłej współpracy było bardzo istotne, abym jako jego oficer
operacyjny wywarł właśnie takie wrażenie.
Po południu Weidling zabrał mnie i Wolfa w teren celem nawiązania
kontaktu z naszymi własnymi dywizjami oraz z sąsiednimi jednostkami. Po
drodze Weidling wymaglował nas zdrowo, starając się dowiedzieć, jak
wygląda nasze doświadczenie bojowe, co miało pomóc mu w ocenie, czy
będziemy w stanie zapewnić mu realne wsparcie. Wydawało się, że był
zadowolony z tego, co usłyszał. Sytuacja na pierwszej linii dowodziła,
iż Rosjanie prowadzą bezustanne przygotowania do ofensywy na całym
froncie. Nieprzyjaciel uchwycił trzy przyczółki na zachodnim brzegu
Odry, my zaś wciąż utrzymywaliśmy skrawki terenu na wschodnim brzegu w rejonie Kostrzynia i Frankfurtu.
Zdjęcia lotnicze wskazywały, iż na każde dziesięć metrów linii frontu
przypadało jedno rosyjskie działo! Duże baterie artylerii, liczące po
dwanaście sztuk dział każda, rozmieszczono w prostych liniach wzdłuż
dróg i linii kolejowych, nie bawiąc się nawet w jakiekolwiek maskowanie.
Rosyjska artyleria stanowiłaby idealny cel dla Luftwaffe z poprzednich
lat, ale do tej pory nasze lotnictwo jako siła bojowa przestało już
istnieć, tak więc Rosjanom nic nie zagrażało. Rosjanie posiadali także
nieskończone ilości czołgów, jak również wszystkiego innego. Było
oczywiste, że nie ma żadnej nadziei na to, byśmy zdołali ich zatrzymać.
W najlepszym wypadku będziemy w stanie ich opóźnić. Wyliczyliśmy, że
Rosjanie przeważają nad nami w stosunku sześć do jednego w piechocie,
dziesięć do jednego w artylerii, dwadzieścia do jednego w czołgach i trzydzieści do jednego w samolotach bojowych.
Generał Weidling, major Wolff i ja pojechaliśmy na wzgórza na północ od
Seelow, skąd rozciągał się szeroki widok na cały front odrzański po obu
stronach Kostrzynia. Owe pasmo wzgórz oddalone od Odry o około
siedemnaście kilometrów, znane jako Wzgórza Seelow, uważane było za
naszą drugą linię obrony, tyle, że nie było oddziałów do jej obsadzenia.
Była to po prostu linia, na którą moglibyśmy się cofnąć. Przy okazji
odwiedziliśmy także generała Mummerta, dowodzącego nowo sformowaną
dywizją pancerną "Müncheberg", która podlegała nam w ramach nadchodzącej
operacji. Zorientowaliśmy się, że wyposażenie dywizji było dobre, lecz
niekompletne, zaś jej skład osobowy posiadał odpowiednie wyszkolenie i był doświadczony, jednak żołnierze byli ze sobą dopiero od kilku dni.
Dywizja Pancerna "Müncheberg" była tak naprawdę improwizowaną jednostką.
Naczelne dowództwo od jakiegoś czasu zdawało sobie sprawę, że ostateczne
uderzenie Rosjan wyjdzie właśnie tutaj, na drodze do Berlina i każdy
żołnierz był wysyłany do miasteczka Müncheberg. Dywizja Pancerna
"Müncheberg" została naprędce zorganizowana z tych właśnie ludzi. W taki
to sposób często formowano jednostki w końcowym okresie wojny.
Po obiedzie w stołówce oficerskiej dywizji "Müncheberg" udaliśmy się do
20 Dywizji Pancernej SS, drugiej z naszych dywizji mającej podlegać nam
w nadchodzących bojach. Także i ta jednostka nie była w pełni
ukompletowana i wyposażona, ponieważ jeszcze niedawno brała z nami
udział w walkach o Śląsk (wszystkie jednostki tzw. Waffen SS składały
się z żołnierzy frontowych, w przeciwieństwie do upolitycznionych
jednostek SS zarządzających obozami koncentracyjnymi).
Po powrocie próbowałem zadzwonić do Lilo, ale nie byłem w stanie uzyskać
połączenia. Dodzwoniłem się za to do mojej matki i dowiedziałem się, że
amerykańska armia stoi na przedmieściach Lipska!
-?Siegfried, co ja mam robić? -?zapytała płaczliwym tonem.
-?Zostań w domu i nic nie rób -?powiedziałem jej. -?Jeśli zacznie się
strzelanina, zejdź do piwnicy i przeczekaj. Jeśli będziesz próbować
opuścić dom, staniesz się tylko kolejnym uchodźcą. Nie podejmuj takiego
ryzyka, mamo. To, co dzieje się z uchodźcami, jest straszne.
Rozmowa była na podsłuchu (linii nie można było używać do celów
prywatnych) i kobiecy głos przerwał mi, pytając o cel rozmowy, tak więc
musiałem szybko ją przerwać. Mogłem mieć tylko nadzieję, że moja matka
będzie bezpieczna, i że Lilo i Klaus wciąż mają się dobrze. Strząsnąłem
owładające mną poczucie bezsilności i zbliżającego się nieszczęścia i zmusiłem się do skoncentrowania się na pracy.
Nasz 56 Korpus Pancerny stanowił obecnie rezerwę 9 Armii dowodzonej
przez generała Busse. Dwa pozostałe korpusy wchodzące w skład 9 Armii
stały na pozycjach nad Odrą i wokół rosyjskich przyczółków. Zostaliśmy
rozmieszczeni w tyle za tymi korpusami i byliśmy trzymani w pogotowiu na
wypadek przerwania się nieprzyjaciela lub zaistnienia sytuacji, w której
niezbędne byłoby użycie rezerw.
Rosyjska ofensywa marszałka Żukowa rozpoczęła się 14 kwietnia o godzinie
piątej rano, kiedy to na naszym froncie otworzyło ogień czterdzieści
tysięcy dział artyleryjskich -?największa koncentracja artylerii w historii wojen. Jako rezerwa staliśmy za linią frontu. Mieliśmy dobry
widok na całą okolicę, choć i tak nie mogliśmy widzieć więcej, niż to,
gdzie szedł bój. Generał Busse prawidłowo przewidział moment rozpoczęcia
rosyjskiej ofensywy i w ostatniej chwili wycofał naszą piechotę z pozycji, które ostrzeliwała artyleria przeciwnika. Widzieliśmy samoloty
zrzucające bomby, jak również eksplodujące pociski, ale niewiele
ponadto. Jednak ze względu na nasze doświadczenie mogliśmy postawić
rozsądną hipotezę odnośnie zachodzących wydarzeń. Słyszeliśmy huk
rozrywających się pocisków artyleryjskich, rakiet i bomb, widzieliśmy
głębokość pola walki i mogliśmy ocenić, jak efektywna może być obrona.
Stopień zmasowania artylerii był niesamowity i jej działaniu
towarzyszyła także zwiększona aktywność sił lotniczych. Wzgórza Seelow
były oddalone od linii frontu o około dziesięć kilometrów, zaś teren
między wzniesieniami i Odrą był otwarty, płaski i niezalesiony.
Chociaż okolica była równinna i pozbawiona drzew, większość terenu była
podmokła i zabagniona, nieodpowiednia dla czołgów, tak więc Rosjanie
mieli w pewnym stopniu ograniczoną możliwość działania. Pierwsze godziny
ofensywy spędziliśmy na przygotowaniach do prowadzenia obrony manewrowej
w oczekiwaniu, że wkrótce zostaniemy skierowani do boju. Meldunki
napływające od dywizji walczących na pierwszej linii świadczyły o tym,
iż nieprzyjaciel skierował do walki niewyobrażalne siły. Pierwszego dnia
nasze jednostki były w stanie powstrzymać napór Rosjan, mimo, iż w naszej linii tworzyły się głębokie włamania. Jako korpus pozostający w rezerwie byliśmy w ciągłym pogotowiu, w każdej chwili oczekując rozkazu
o przystąpieniu do walki, jednak generał Busse wahał się przed podjęciem
takiej decyzji, ponieważ stanowiliśmy jego jedyny odwód.
Rosjanie kontynuowali natarcie w ciągu nocy, a nad ranem wręcz nasilili
ataki. Ich nieprzerwany ostrzał artyleryjski i bombardowanie z powietrza
zaczynały teraz rujnować nasze stanowiska. Zdawaliśmy sobie sprawę, że
nie będziemy mogli zatrzymać ich na podejściach do Seelow, ale
wiedzieliśmy, że wzgórza zapewniały nam dobrą pozycję do odwrotu.
Mimo, że byliśmy świadomi faktu, iż jest to ostateczna bitwa o Berlin,
wiedzieliśmy także -?i było to przytłaczające uczucie -?że nie będziemy
w stanie zatrzymać Rosjan, choć desperacko staraliśmy się utrzymać na
tyle długo, by umożliwić zachodnim aliantom podejście do Berlina i tym
samym oszczędzić miastu perspektywy okupacji przez siły sowieckie.
W momencie gdy wejdziemy do walki, nie będzie już żadnych rezerw, a bez
odwodów sytuacja będzie beznadziejna. Jakieś siedemdziesięt kilometrów
terenu między Berlinem i Odrą było stosunkowo płaskie i poprzecinane
tylko kilkoma pasmami wzniesień. Teren na zachód od wzgórz Seelow to
liczne jeziora i lasy, jednak w tym masywie istniały drogi serwisowe dla
służb leśnych, które z powodzeniem mogłyby być wykorzystane przez
rosyjskie czołgi i jednostki zmechanizowane. Pomiędzy nami i Berlinem
jedyną poważną przeszkodę dla rosyjskich czołgów stanowiły jeziora.
Gdy pracowaliśmy nad naszymi planami, korzystając z map i szkiców
pozostawionych przez naszych poprzedników, zorientowaliśmy się, że nie
posiadamy informacji o pozycjach obronnych w rejonie bliższym stolicy.
Ponieważ mieliśmy walczyć w tamtym rejonie, zwróciliśmy się do 9 Armii z prośbą o udostepnienie nam stosownych informacji. W odpowiedzi
otrzymaliśmy trochę bardzo ogólnych i pobieżnych map pozycji, na których
nie było żadnych stanowisk wokół Berlina. Kiedy poprosiłem o bardziej
szczegółowe dane, oficer operacyjny 9 Armii wpadł w złość i powiedział
mi, że nie dysponuje bardziej dokładnymi informacjami oraz, że nie jest
to mój interes!
Być może faktycznie nie wiedzieli więcej, niż nam powiedzieli, lub też
do ostatniej chwili nie chcieli dzielić się informacjami w obawie, że
wycofamy się zbyt szybko. Mnóstwo ludzi po cichu pytało, dlaczego rząd
nie negocjuje zakończenia tej beznadziejnie przegranej wojny, nawet,
gdyby oznaczało to bezwarunkową kapitulację. Być może sztab 9 Armii po
prostu nam nie dowierzał.
Dotarcie do Seelow zajęło Rosjanom trzy dni, nawet przy całej ich
ogromnej przewadze w ludziach i artylerii. Dysponowali także samolotami
zwiadowczymi, których my nie mieliśmy i to także stawiało ich na
uprzywilejowanej pozycji. Jednakże pagórkowaty teren po obu stronach
Seelow sprawiał, że ich ruch do przodu odbywał się z trudem. Wieczorem
drugiego dnia nasza linia frontu wciąż była nienaruszona, niemniej nie
mogliśmy tolerować głębokich włamań, które mogły doprowadzić do
załamania obrony.
Kwatera główna naszego korpusu znajdowała się w piwnicy willi w Waldsieversdorf. Cały czas w pogotowiu pozostawali łącznicy na
motocyklach, w każdej chwili gotowi do odjazdu. Zawsze wiedzieli gdzie
znajdują się dywizje i za każdym razem, gdy Weidling gdziekolwiek się
udawał, zabierał ze sobą jednego czy dwóch motocyklistów. Nigdy nie mógł
być pewien, że Rosjanie nie podsłuchują na linii, więc często zamiast
dzwonić, wysyłał z wiadomością łącznika.
W końcu, 16 kwietnia o godzinie szóstej rano, aktywnie włączyliśmy się
do boju o wzgórza Seelow, obejmując dowodzenie dwoma już tam walczącymi
dywizjami, jak również naszymi dwoma odwodowymi jednostkami korpusu. Od
tamtej chwili pracowaliśmy dwadzieścia cztery godziny na dobę, łapiąc
jedną lub dwie godziny snu, gdy tylko pozwalały na to warunki. Nasz
sztab pozostał tam, gdzie był, ale Weidling jeździł do dywizji, aby na
miejscu zapoznać się z sytuacją i dowodzić walką bezpośrednio. W takich
wypadkach zabierał mnie ze sobą. Jechaliśmy wtedy do sztabów naszych
dwóch dywizji, żeby na miejscu omawiać sytuację z ich dowódcami.
Siedziba sztabu 9 Dywizji Spadochronowej była pod ostrzałem artylerii i moździerzy. W ich kwaterze wpadłem wprost na mojego dobrego przyjaciela
i kolegę z czasów Akademii Sztabu Generalnego, majora Engela, ale
niestety nie było czasu na pogaduszki. Dowódcą 9 Dywizji Spadochronowej
był generał lotnictwa, który był zbyt stary i najwidoczniej został
wyznaczony na to stanowisko po rozdźwiękach z Göringiem. Weidling
natychmiast wystąpił o jego zwolnienie i następnego dnia młody
spadochroniarz, pułkownik Hermann, objął dowodzenie dywizją. Naszym
sąsiadem z prawej strony był 101 Korpus 9 Armii, zaś z lewej strony stał
3 Korpus Pancerny.
Następny dzień, 17 kwietnia, przyniósł kolejne ataki nieprzyjaciela.
Rosjanie rzucali do boju coraz więcej i więcej czołgów. 9 Dywizja
Spadochronowa w jednym starciu zniszczyła czterdzieści czołgów, jednak
Rosjanie nie przestawali naciskać, dokonując coraz głębszych wyłomów w naszej linii obrony. W niektórych miejscach dochodzili już do samych
wzgórz Seelow. Dywizja Pancerna "Müncheberg" nie weszła jednak jeszcze
do boju. Stała w pogotowiu na zachód od Seelow, przyszykowana do
natychmiastowego wymarszu, gdyby nastąpiło decydujące włamanie. Na
odcinku naszego korpusu najgroźniejsza sytuacja zaistniała na
najbardziej wysuniętych flankach, gdzie traciliśmy kontakt z naszymi
sąsiadami, jednak raz za razem udawało nam się załatać front. W nocy
Weidling podjął decyzję o cofnięciu się na wzgórza po obu stronach
Seelow, co miało uchronić nasze grupy bojowe przed zdziesiątkowaniem ich
jedna po drugiej, gdyby rosyjskie włamania zostały pogłębione. Tym samym
odtworzyliśmy ciągłą linię obrony na przygotowanych pozycjach.
W czasie bitwy Seelow kilkakrotnie przechodziło z rąk do rąk. Najpierw
przerwało się kilka rosyjskich czołgów, potem dołączyła piechota.
Zrobiła się mała wyrwa, ale linia obrony trzymała się po prawej i po
lewej, więc Rosjanie byli zmuszeni czekać na posiłki. W czasie tej
przerwy dowodzący niemiecką obroną rzucił do kontrataku swój rezerwowy
batalion i ponownie wypchnął Rosjan z Seelow. Następnie Rosjanie
doczekali się wsparcia i znowu wzięli miasto. Walcząca na tym odcinku
dywizja posłała do walki ostatnie rezerwy i odbiła Seelow. To wzajemne
wypychanie się trwało przez jakiś czas. Opis na papierze zawsze wygląda
sucho i niemal klinicznie czysto, ale każda taka zmiana położenia
oznaczała dla rosyjskich i niemieckich żołnierzy strach i śmierć.
Zaciekła niemiecka obrona trwała nadal, chociaż wróg przeważał w stosunku dziesięć do jednego i nasze dywizje szybko się wykrwawiały.
Każdego dnia ponosiliśmy straty, których nie można było uzupełnić i w końcu Rosjanie zaczęli się przebijać. Trzymaliśmy środek linii frontu,
jednak przeciwnik zaczął się przelewać z obu stron, próbując obejść
Berlin z północy i od południa. Mógł nas okrążyć, wszelako z jakiejś
przyczyny tego nie uczynił. Prawdopodobnie sądził, iż na wschód od
Berlina istnieją silne linie obronne i starał się uniknąć walk na tej
rubieży poprzez obejście miasta od północy i południa. Gdyby Rosjanie
wiedzieli, że stolica broniona jest wyłącznie przez oddziały
Hitlerjugend i Volkssturmu, odcięliby nas od miasta i Berlin byłby ich.
Teraz zaś, gdy głęboko obeszli nas z flanki, trzeba było się cofać.
Za Wzgórzami Seelow znajdowały się liczne jeziora i trochę wzniesień,
tak więc zdecydowaliśmy, że oprzemy o nie naszą kolejną rubież obrony.
Rozdział 2
18 KWIETNIA o godzinie siódmej rano ciężkie
bomby spadły w pobliżu naszej kwatery głównej w willi w Waldsieversdorf,
więc zaczęliśmy przygotowywać punkt dowodzenia w lesie w pewnej
odległości od wsi. Tego samego dnia Rosjanie ponownie przerwali się na
północ i na południe od nas. Weidling skierował teraz do walki na prawym
skrzydle korpusu Dywizję Pancerną "Müncheberg", gdyż rosyjskie czołgi
przerwały się w rejonie miasta. Po drugiej stronie naszego frontu, na
odcinku zajmowanym przez lewe skrzydło 9 Dywizji Spadochronowej,
sytuacja robiła się coraz bardziej dramatyczna. Zarysowała się groźba
przełamania na lewej flance i pojawiło się niebezpieczeństwo okrążenia
naszego korpusu w okolicach jezior. Niemalże z godziny na godzinę
sytuacja stawała się coraz bardziej rozpaczliwa i coraz trudniej było
utrzymać duch bojowy. 9 Armia obiecała, iż z dniem 19 kwietnia przekaże
pod rozkazy naszego korpusu 18 Dywizję Pancerną.
Rankiem 19 kwietnia przeniosłem się do lasu wraz z najbardziej niezbędną
częścią personelu. Gotowych było tylko kilka schronów, ale chciałem być
gotów do pracy na miejscu, gdy okaże się, że nie będzie już można
pozostawać w willi. Początkowo wciąż było jeszcze bardzo zimno, lecz
wkrótce wstało słońce i mogłem zdjąć swój podbity futrem szynel.
Wtedy przybył do nas generał Heinrici, dowódca Grupy Armii Wisła, w której skład wchodziliśmy. Zaakceptował decyzje podjęte przez Weidlinga
i ostrzegł przed niebezpieczeństwem przełamania frontu na styku 9 Armii
i 3 Armii. Oczekiwaliśmy, że 18 Dywizja Pancerna w ciągu dnia przybędzie
z okolic Szczecina i znajdzie się pod naszym dowództwem.
Wkrótce po odjeździe generała Heinrici przyjechał generał Busse. On
również zaaprobował sposób, w jaki prowadziliśmy działania bojowe i powiedział nam, że możemy otrzymać także Dywizję Grenadierów Pancernych
SS "Nordland". Dywizja, za wyjątkiem nielicznych niemieckich oficerów,
składała się z norweskich, szwedzkich i duńskich ochotników. (W wielu
okupowanych krajach do specjalnych jednostek rekrutowano ochotników
spośród młodych ludzi popierających filozofię Hitlera. Rekrutacja była
szczególnie skuteczna w krajach skandynawskich, gdyż poglądy Hitlera
odnośnie wyższości rasy nordyckiej brzmiały przekonująco dla wielu
Skandynawów.)
W dniu 19 kwietnia, w czasie krótkiej przerwy w walkach, do sztabu
naszego korpusu przybył Artur Axmann -?Dowódca Młodzieży Rzeszy. Axmann,
który był nieco po trzydziestce, w 1941 roku stracił rękę w bojach z Rosjanami. Na jego prośbę nakreśliliśmy mu obraz sytuacji, a wtedy on
zaproponował nam wsparcie w postaci batalionu złożonego z członków
Hitlerjugend. Weidling początkowo nie zaakceptował propozycji, gdyż nie
chciał wysyłać do walki dzieci, ale ostatecznie, niechętnie i niemalże
ze smutkiem, zgodził się obsadzić chłopcami pozycję ryglową na tyłach
frontu w celu zabezpieczenia północnego skrzydła korpusu przed
penetracją ze strony przerywających się tam sił nieprzyjaciela. Także
Goebbels przysłał nam na miejsce kilka batalionów obrony cywilnej
Volkssturmu, czego nie powinien był robić (winien był najpierw
skontaktować się z nami i sprawdzić, czy w ogóle chcemy, aby je do nas
skierował). Następnie odwiedził nas kolejny wysoki rangą cywil. W piwnicach willi w Waldsieversdorf pojawił się minister spraw
zagranicznych Rzeszy, von Ribbentrop. Po zapoznaniu się z sytuacją von
Ribbentrop poprosił o zgodę na odwiedzenie jednej z naszych dywizji i Weidling skierował go do Dywizji Pancernej "Müncheberg". Von Ribbentrop
sprawiał wrażenie przygnębionego i w pewnym sensie zdezorientowanego.
Ubrany był w skórzany płaszcz oficerski bez oznak stopnia wojskowego i czapkę z dużym orłem korpusu dyplomatycznego.
Jego pojawienie się na froncie było zupełnie nie na miejscu. Nie
powinien nawet wypytywać nas o sytuację bojową. Nie wchodziło to w zakres jego obowiązków i nie miało nic wspólnego z jego pracą. Jeśli
chciał zaznajomić się z położeniem na froncie, wystarczyło zwrócić się
do szefa sztabu generalnego w kwaterze Hitlera i tam powiedziano by mu,
czego może się spodziewać, jak długo możemy się utrzymać, itd. Ale nie
jego sprawą było przebywanie w sztabie korpusu aktywnie biorącego udział
w walkach. Jakiś czas po jego odjeździe zadzwoniono do mnie z Dywizji
Pancernej "Müncheberg" z informacją, iż von Ribbentrop zażądał, aby
umożliwiono mu towarzyszenie grupie rozpoznawczej w patrolu bojowym.
Powiadomiłem o tym Weidlinga, który nie zgodził się na prośbę ministra,
logicznie tłumacząc odmowę wiekiem Ribbentropa, brakiem stosownego
wyszkolenia i doświadczenia oraz faktem, że w swoim mundurze stanowiłby
bardzo łakomy cel, co z pewnością doprowadziłoby do jego śmierci w czasie patrolu. Na tym sprawa się zakończyła i von Ribbentrop opuścił
stanowiska dywizji nie wracając już do nas.
W międzyczasie ataki Rosjan nie ustawały i zaczęliśmy mieć kłopoty w utrzymaniu łączności pomiędzy 3 Armią i 9 Armią, dokładnie tak, jak
przewidział Heinrici. Nasza 9 Dywizja Spadochronowa zameldowała o ostatecznym utraceniu kontaktu ze 101 Korpusem 3 Armii na północy.
Następnie, rosyjska 2 Armia Pancerna zdołała przełamać nasz front,
zagrażając tym samym naszej lewej flance. Zaczęły napływać pododdziały
18 Dywizji Pancernej. W desperacji rzucaliśmy je do walki oddzielnie,
gdy tylko do nas dołączały. Dzięki temu zdołaliśmy zatrzymać postępy
Rosjan na naszym lewym skrzydle.
Na naszej prawej flance Dywizja Pancerna "Müncheberg" uwikłana była w zażarte walki z rosyjskimi siłami pancernymi i wieczorem utraciliśmy
kontakt z naszym sąsiednim korpusem po prawej stronie. Aby zapobiec
obustronnemu oskrzydleniu oraz by uniemożliwić Rosjanom swobodny dostęp
do Berlina, Weidling zadecydował o cofnięciu się na rubież Müncheberg -
Waldsieversdorf, którą obraliśmy za naszą kolejną, główną pozycję
obronną.
Jednak w niektórych miejscach Rosjanie zdołali już przekroczyć linię
Müncheberg -?Waldsieversdorf. O godzinie osiemnastej słyszeliśmy już w pobliżu odgłosy wybuchających pocisków moździerzowych i terkot karabinów
maszynowych. Z tego względu przenieśliśmy siedzibę sztabu do Kolonie
Herrenhorst, małej osady na porośniętym sosnowym lasem wzgórzu na
południe od Strausberga. Do godziny dwudziestej byliśmy gotowi do
dalszej walki. Nocą podeszła Dywizja SS "Nordland". Dodatkowo pod naszą
komendę przeszły pododdziały ciężkiej artylerii przeciwlotniczej ze
Strausberga. Niestety, miały one na wyposażeniu wyłącznie działa kalibru
88 mm, ale mogły one przynajmniej zapobiec niespodziewanemu atakowi
czołgów na naszą głęboką flankę.
Nakreśliłem rozkazy dla artylerzystów przeciwlotniczych i przekazałem je
Weidlingowi do podpisu, a następnie zapoznałem przeciwlotników z aktualną sytuacją bojową.
Nasz korpus miał teraz przeciwko sobie całą rosyjską grupę armii, którą
Rosjanie określali mianem "frontu". O ile nie grupą armii, to powinniśmy
być przynajmniej armią, a nie pojedynczym korpusem. Rzecz jasna, nie
było szans na to, byśmy mogli się tu utrzymać lepiej niż gdziekolwiek
indziej i oczywiste było, że będziemy zmuszeni do wycofania się do
samego Berlina. Rosjanie już ostrzeliwali miasto.
Nad ranem 20 kwietnia wreszcie mogłem zamknąć oczy choć na kilka godzin.
Gdy zapadałem w sen, myślałem o porywającym przemówieniu radiowym
Goebbelsa, w którym opowiadał o cudownej broni, mającej jeszcze
umożliwić nam zwycięstwo. Niekończąca się kakofonia sloganów i propagandy w wykonaniu rządu w Berlinie brzmiała na pierwszej linii
frontu jak zwykła dziecinada. Nasz sztab mieścił się wtedy w domku
pracownika kolei, który słuchając Goebbelsa wierzył święcie w każde jego
słowo. Chociaż nie mogłem powiedzieć im, że Rosjanie prawdopodobnie
wpadną do ich domu w ciągu najbliższych trzydziestu sześciu godzin,
poradziłem im przynajmniej, aby odesłali gdzieś swoją szesnastoletnią
córkę.
Obudziły mnie eksplozje pocisków małego kalibru, które spadały wszędzie
wokół. Doszedłem do wniosku, że ostrzał muszą prowadzić czołgi,
znajdujące się jeszcze o jakieś półtora kilometra na północ od nas.
Nasza główna pozycja obronna była już w niektórych miejscach opanowana
przez Rosjan. Rosyjskie czołgi i piechota przerwały się na prawo od nas
i znajdowały się już na południowy zachód od siedziby sztabu korpusu.
Rzuciliśmy przeciwko nim Dywizję Grenadierów Pancernych SS "Nordland" z zadaniem zabezpieczenia południowej flanki korpusu.
Sprawdziliśmy teren na południu, w pokrytym jeziorami rejonie
Strausberga z myślą o nowej linii oporu. Jeśli przed nadejściem Rosjan
zdołalibyśmy zabezpieczyć cały rejon pomiędzy jeziorami, byłaby szansa
na stawienie oporu w tamtym miejscu. Gdyby tylko Goebbels skierował tam
bataliony obrony cywilnej zamiast wysyłać je tam, gdzie je wysłał! Po
drodze do Kolonie Herrenhorst dowiedziałem się, że większość
pododdziałów Volkssturmu została już rozproszona atakami z powietrza. Do
pomocy w obsadzeniu nowych stanowisk obronnych w okolicach jezior pod
Strausbergiem można było wysłać tylko resztki dwóch batalionów.
W ciągu dnia frontalne ataki Rosjan osłabły, gdyż przeciwnik skierował
wszystkie pozostające w jego dyspozycji siły w luki po obu stronach
naszego korpusu celem wykorzystania osiągniętego tam sukcesu. Batalion
złożony z członków Hitlerjugend, którego tak niechętnie użył Weidling,
poprzedniej nocy przeszedł swój chrzest bojowy na swoich pozycjach na
północ od Waldsieversdorf. W czasie ataku rosyjskich czołgów, stojący na
czele batalionu dziewiętnastoletni dowódca Hitlerjugend całkowicie
utracił kontrolę już na samym początku boju. Krzyki jego rannych
chłopców zupełnie wytrąciły go z równowagi. Krzycząc na równi z nimi,
nakazał porzucenie zajmowanych stanowisk, nie meldując o tym nikomu w korpusie lub gdziekolwiek indziej! Chłopcy rozbiegli się na wszystkie
strony.
Z powodu tej decyzji na naszym lewym skrzydle zarysowała się bardzo
niebezpieczna sytuacja. Na szczęście wysłani tam niszczyciele czołgów z 18 Dywizji Grenadierów Pancernych zdołali załatać powstałą lukę.
Po południu, w odległości około trzech kilometrów od siedziby sztabu
naszego korpusu, rozgorzały zacięte boje między stacjonarnymi bateriami
artylerii przeciwlotniczej i rosyjskimi czołgami posuwającymi się w kierunku Strausberga. Pomimo dzielnego oporu i zniszczenia wielu
nieprzyjacielskich maszyn, przeciwlotnicy nie byli w stanie zatrzymać
wroga na długo, szczególnie, gdy do walki z nimi skierowano piechotę. Z tego powodu, ponownie stając w obliczu zagrożenia okrążeniem,
rozkazaliśmy cofnięcie obrony na linie jezior w okolicy Strausberga. O godzinie dwudziestej przenieśliśmy punkt dowodzenia do Elisenhof, około
trzy kilometry na południe od Altlandsberg.
Po drodze na miejsce wszędzie mogliśmy zaobserwować wzmożoną aktywność
nieprzyjacielskiego lotnictwa. Jadąc z Altlansbergu widziałem płonące
domy, jak również spalone rosyjskie czołgi, zniszczone ogniem naszych
dział przeciwlotniczych w momencie, gdy zbliżały się do naszych
stanowisk z tego samego kierunku. Sama wieś była już w rękach Rosjan, a Elisenhof znajdowało się tylko około trzech kilometrów stamtąd -
pomiędzy nami i Rosjanami nie było żadnych oddziałów! Major Wolff
natychmiast zajął się organizowaniem lokalnej obrony z pisarzy i kierowców w miarę, gdy tylko nadjeżdżali. Położyłem się wtedy na moment
aby złapać chwilę odpoczynku, gdyż linie telefoniczne nie zostały
jeszcze przeciągnięte i jak na razie nie mogłem nic zrobić. Poza tym
było jasne, że sztab i tak nie może pozostać w tym miejscu, gdyż wraz z utratą Altlandsbergu pozycja korpusu na przewężeniu między jeziorami
została po raz kolejny oskrzydlona.
20 kwietnia przed północą Weidling i von Dufving przybyli z Kolonie-Herrenhorst. Podjęli decyzję o ponownej relokacji sztabu do
miejsca, gdzie moglibyśmy korzystać z ochrony naszych dywizji; nowy
punkt dowodzenia miał znajdować się w południowo-wschodniej części
Petershagen.
Polnymi drogami, lawirując na południe z powodu nowych doniesień o ruchach nieprzyjaciela, dotarłem do Petershagen. Większość mieszkańców
uciekła, w piwnicach pozostała tylko garstka osób w starszym wieku.
Zlokalizowałem kilka domostw, które nadawały się na siedzibę sztabu i łącznościowcy szybko przeciągnęli linie telefoniczne do naszych dywizji.
Jednakże ogień rosyjskiej artylerii bez przerwy rwał kable i przez kilka
godzin byliśmy pozbawieni przewodowej łączności z dowództwem 9 Armii.
21 kwietnia o godzinie siódmej rano, gdy jadłem akurat jakąś jajecznicę,
nadeszła wiadomość radiowa ze sztabu 9 Armii: "Od teraz oczekuję
zdecydowanej postawy w walce. Sztab korpusu ma natychmiast przemieścić
się na wschodnie przedmieście Berlina. Busse." Najwidoczniej dowództwo 9
Armii było przekonane, iż siedzimy w samym środku Berlina! Przekazałem
informację Weidlingowi, który wpadł w złość i nakazał przesłanie drogą
radiową do 9 Armii następującej informacji: "Sztab korpusu walczy z piechotą nieprzyjaciela pięć kilometrów na wschód od przedmieść Berlina.
Weidling."
Meldunki nadsyłane przez nasze dywizje świadczyły o nasilających się
frontalnych atakach Rosjan, co zmusiło nas do wysłania do boju ostatnich
rezerw.
W niektórych miejscach nieprzyjaciel przerwał się już przez przewężenia
między jeziorami lub forsował przeszkody wodne na łodziach. Oznaczało
to, że nie mamy innego wyboru, jak rzucenie wszystkich zdolnych do walki
pododdziałów do bezpośredniej obrony Berlina, chociaż także i tam, w okolicach Altlandsbergu, zdążyły się już pojawić włamania od strony
północnej.
Tego samego dnia w Köpenick byłem świadkiem, jak wyładowana chlebem
ciężarówka, która musiała się zatrzymać w korku, została ogołocona z ładunku przez kobiety, dzieci i starsze osoby. Kierowca stał obok i nie
będąc w stanie nic zrobić, zasłaniał tylko pojazd rękoma. Jego
ciężarówkę opróżniono w ciągu kilku minut.
Wschodnie przedmieścia Berlina, takie jak Friedrichsfelde, Kaulsdorf-Süd
i Karlshorst były już pod nieprzerwanym ostrzałem lekkiej artylerii,
najprawdopodobniej z kierunku Altlandsberg. W międzyczasie na siedzibę
sztabu korpusu wybrano kilka willi na południowym skraju Kaulsdorf-Süd.
Z prawym skrzydłem opartym o jezioro Müggelsee planowaliśmy utrzymać
rubież na odcinku Hoppegarten -?Kaulsdorf -?Marzahn, gdzie mieliśmy
łączyć się z linią obrony Berlina. Oznaczałoby to jednak, że na prawym
skrzydle nie mielibyśmy styczności z 11 Korpusem Pancernym SS.
Poprosiliśmy dowództwo 9 Armii o zgodę na zamknięcie tej luki. W odpowiedzi otrzymaliśmy instrukcje, aby zostawić północny brzeg Szprewy,
połączyć się z linią obrony Berlina w Parku Treptower i wyciągnąć nasze
prawe skrzydło na południowy wschód wzdłuż Szprewy celem ponownego
nawiązania styczności z 9 Armią.
Dzisiaj było już zbyt późno na podjęcie takich ruchów. Dywizjom wydano
rozkazy, aby dokonać przemieszczenia następnej nocy. Ja natomiast przez
resztę nocy miałem możliwość przespania się na łóżku przez całe trzy
godziny. Gdzieś po północy, 22 kwietnia, obudził mnie odgłos
wybuchających pocisków lekkiej artylerii i moździerzy, które rwały się w okolicy. Zszedłem do schronu przeciwlotniczego w szpitalu dla dzieci i seniorów, który znajdował się po sąsiedzku i gdzie w międzyczasie
zdążono już przygotować siedzibę naszego sztabu. Opróżniono tam dla nas
trzy czy cztery pokoje. W pozostałych, większych pomieszczeniach,
znajdowało się czterdzieścioro lub pięćdziesięcioro dzieci w towarzystwie piętnastu lub dwudziestu pielęgniarek.
Na zewnątrz robiło się coraz bardziej niebezpiecznie, gdyż w Köpenick
przerwały się rosyjskie czołgi i teraz krążyły w niedalekiej okolicy.
Polowały na nie grupki niemieckich niszczycieli czołgów wyposażone w pancerfausty i czołgi ostrzeliwały się szaleńczo na wszystkie strony. Ze
wszystkich dywizji napływały meldunki o nowych rosyjskich atakach przy
wsparciu broni pancernej. Nacisk Rosjan był szczególnie silny na prawym
skrzydle, gdzie ich marsz został jednak zastopowany na linii Szprewy. Na
północy Rosjanie weszli w szeroką lukę wiodącą na zachód, jaka utworzyła
się w Werneuchen.
Rankiem 22 kwietnia przenieśliśmy nasz punkt dowodzenia do Rudow, siedem
kilometrów na południowy zachód od Köpenick. Moim zadaniem było
pozostanie w dotychczasowej siedzibie do godziny dwudziestej pierwszej,
a następnie dołączenie do sztabu po tym, jak zameldują się wszystkie
nasze dywizje.
W ciągu dnia docierały do mnie przybliżające się odgłosy broni ręcznej -
znak, że piechota walczy coraz bliżej. Wyglądało na to, że schronienie
dla dzieci będzie w rękach Rosjan do czasu, gdy zgodnie z rozkazem
miałem opuścić to miejsce. Wystawiłem czujki, aby z wyprzedzeniem
dowiedzieć się o nadejściu nieprzyjaciela i uniknąć niewoli.
Jeden po drugim sztaby naszych dywizji meldowały o opuszczeniu
dotychczasowych miejsc dyslokacji. Około godziny dwudziestej przybył
oficer operacyjny 9 Dywizji Spadochronowej w towarzystwie mojego kolegi
z Akademii Sztabu Generalnego, majora Engela, który był moim najbliższym
przyjacielem z okresu szkolenia na uczelni. Omówiliśmy sytuację, o której mi raportował, a ja przekazałem informację do dowództwa 9 Armii.
Walka nie miała oczywiście żadnego sensu i nie byliśmy w stanie pojąć,
dlaczego nasz rząd nie prosi o pokój, aby uniknąć bezrozumnej rzezi.
Propaganda i slogany nie wyrzucą przecież Rosjan z Niemiec! W najbardziej optymistycznych założeniach moglibyśmy stawiać opór jeszcze
przez kilka tygodni. Przez całą wojnę nie dysponowaliśmy taką siłą
ognia, jaką teraz Rosjanie obracali przeciwko nam na tym jednym wąskim
odcinku frontu. To, co działo się z naszymi oddziałami, było po prostu
nieludzkie. Ludzie walczyli teraz wyłącznie dzięki determinacji,
desperacji i dzikiej odwadze. Przypomniało mi się przezwisko, jakiego
wielu używało teraz w odniesieniu do Hitlera: Gröfaz (Größter Feldherr
aller Zeiten -?Największy Generał Wszechczasów).
Engel i ja omówiliśmy bieżącą sytuację raczej jak bliscy przyjaciele, a nie oficerowie operacyjni korpusu i dywizji. Nakreśliłem mu obraz
ogólnej sytuacji na tyle, na ile pozwalały posiadane przeze mnie
informacje. Na zachodzie alianci stali nad Łabą uchwyciwszy kilka
niedużych przyczółków na wschodnim brzegu rzeki, ale nie podejmowali
dalszych ataków w kierunku wschodnim. Zadziwiało nas to, ponieważ
walczyliśmy tak zaciekle przeciwko Rosjanom w nadziei, iż zdołamy ich
powstrzymać do czasu, gdy nadejdą siły zachodnich aliantów, aby wziąć
Berlin. Teraz stawało się oczywiste, że alianci nie są zainteresowani
Berlinem i utrzymaniem Rosjan poza miastem.
W pobliżu Guben i Forst Rosjanie rozerwali front 4 Armii Pancernej z Grupy Armii Schörnera i maszerowali nam za plecami. Byliśmy zmuszeni
zająć się problemem przełamania linii frontu na styku 9 i 3 Armii, gdzie
w lukę wlewała się rosyjska piechota zmotoryzowana, która bez
napotykania oporu kierowała się na zachód i omijała Berlin. Oznaczało
to, że niezakłócony ruch z Berlina w kierunku zachodnim prawdopodobnie
możliwy będzie tylko przez krótki czas.
Przez chwilę omawialiśmy z Engelem pomysł wskoczenia do mojego samochodu
i wyrwania się z kotła czarownic. Koniec musiał nadejść wraz z okrążeniem Berlina przez Rosjan. Pozostanie na miejscu oznaczało
rosyjską niewolę lub śmierć. Jeśli ucieklibyśmy na zachód, oznaczałoby
to wolność, lub w najgorszym przypadku brytyjską lub amerykańską
niewolę, co nie było zbyt niepokojące. Ale takie działanie było
jednocześnie równoznaczne z porzuceniem wszystkich tych, którzy wciąż
tak desperacko walczyli i żaden z nas nie mógł znieść myśli o pozostawieniu tych odważnych żołnierzy. Zdecydowaliśmy, że zostaniemy i spełnimy swój obowiązek do końca. Nie ulega wątpliwości, że z naszymi
czerwonymi lampasami i chorągiewką sztabu korpusu na moim samochodzie
przejechalibyśmy przez wszystkie posterunki i blokady. Nikt w naszych
sztabach nie kwestionowałby naszego zniknięcia; po prostu założonoby, że
nie byliśmy w stanie wydostać się z naszej poprzedniej siedziby, i że
prawdopodobnie zostaliśmy zabici lub wzięci do niewoli. Lecz nasza duma
i poczucie obowiązku nie pozwalały nam na taki krok.
Rozdział 3
O GODZINIE dwudziestej pierwszej, po odebraniu
raportu od naszej ostatniej dywizji, wsiadłem do swojego Kübelwagena.
Strzelanina trochę przycichła. Pielęgniarki desperacko starały się
zabrać ze mną (wiele z nich wraz z niektórymi dziećmi wyjechało
wcześniej innymi naszymi samochodami). Biedne, nieszczęsne kobiety
nasłuchały się wielu relacji o gwałtach i niczym nieuzasadnionym
okrucieństwie, które były powszechne przy nadejściu Rosjan i były
przerażone na myśl o spotkaniu z rosyjskimi żołnierzami. Mogłem jednak
zabrać tylko jedną z nich, gdyż wraz ze mną musiało jechać jeszcze kilku
członków sztabu i w samochodzie pozostawało miejsce tylko dla jednej
osoby. Z ciężkim sercem, wszystkie, poza jedną kobietą, musiałem
pozostawić ich własnemu losowi. Pozostawiłem pielęgniarkom decyzję w kwestii wyboru osoby, która ze mną odjedzie. Nie mam pojęcia, w jaki
sposób o tym zadecydowały, ale o wyznaczonym czasie pojawiła się jedna z nich.
W Oberschöneweide musieliśmy jechać pod ciągłym ostrzałem, do którego
teraz dołączyła także ciężka artyleria. Ogarniało nas uczucie bliskie
przerażeniu, gdy wszędzie rozrywały się ciężkie pociski, a dachówki,
ramy okienne i płyty chodnikowe fruwały wokół. Odnosiło się wrażenie, że
dookoła nas eksploduje cały świat. Ostrzał artyleryjski w mieście jest
dużo bardziej przerażający niż w otwartym terenie. Za każdym razem, gdy
pocisk trafiał w coś ponad naszymi głowami i rozrywał się tam, zasypywał
nas deszcz odłamków i kawałków tego, co zostało trafione. Byłem rad, gdy
zostawiliśmy za sobą most na Szprewie, który był prawdopodobnie celem
całej artylerii rosyjskiej. Na dokładkę, za godzinę po tym moście
przechodzić miały dwie nasze dywizje.
Kiedy przybyłem do Rudow, w piwnicy dużego budynku szkolnego, w którym
ulokowana była nasza kwatera główna, panowało wielkie poruszenie. W kilku wsiach na południe i na zachód od Rudow pokazały się rosyjskie
transportery opancerzone i piechota zmotoryzowana. Major Wolff ponownie
musiał organizować straże dla obstawienia najbliższej okolicy sztabu
korpusu.
Chociaż te nieprzyjacielskie pododdziały były najpewniej jednostkami
rozpoznawczymi, które wycofałyby się po napotkaniu najmniejszego oporu,
z pewnością nie byłoby dla nas wielką przyjemnością, gdyby na dziedzińcu
naszej szkoły nagle pojawiły się trzy samochody pancerne.
Wycofywanie naszych dywizji z dotychczasowych pozycji już się
rozpoczęło. Dzięki dobremu zgraniu kolumn marszowych i sprawnym
działaniom służb kontroli ruchu, oderwanie się czterech dywizji od
nieprzyjaciela i przemarsz po dwóch mostach, zapoczątkowany nocą 22
kwietnia, rozpoczął się całkiem dobrze. Dywizja SS "Nordland", która
obecnie stała na lewym skrzydle i jako pierwsza została zwolniona, miała
utworzyć ograniczony przyczółek wokół Oberschöneweide celem
zabezpieczenia odwrotu pozostałych jednostek.
Dowódca dywizji, Brigadeführer SS Ziegler, zgłosił swój sprzeciw wobec
otrzymanego rozkazu, gdyż sądził, iż Weidling zamierza poświęcić jego
dywizję w imię ratowania innych jednostek. Do przyjęcia rozkazu zmusił
go wyłącznie wybuch wściekłości Weidlinga. Incydent ten był oznaką
załamywania się dyscypliny wojskowej. Wcześniej, Ziegler nigdy nie
kwestionowałby rozkazu.
Po krótkim odpoczynku zacząłem odbierać pierwsze meldunki. Oderwanie się
od nieprzyjaciela, i to bez większych strat, zakończyło się sukcesem.
Był 23 kwietnia 1945 roku. Przyczółek Oberschöneweide był wciąż w naszych rękach!
W Köpenick coś jednak poszło tragicznie źle. Zadaniem naszej 20 Dywizji
było utrzymanie Köpenick tak, abyśmy mogli dysponować stabilnym frontem
od tej dzielnicy do południowej strony Szprewy, ale dywizja nie była w stanie wytrwać i Köpenick zostało opanowane przez nieprzyjaciela. Rzecz
jasna, na wypadek odwrotu dywizja powinna była wysadzić most na
Szprewie, jednak Rosjanie uderzyli tak wielkimi siłami, że most nie
został całkowicie zniszczony i wciąż nadawał się do użytku.
Umożliwiało to Rosjanom użycie mostu do przerzucenia czołgów na drugą
stronę rzeki, więc Weidling wydał dowódcy dywizji rozkaz odbicia mostu i ostatecznego jego zniszczenia. Dowodzący 20 Dywizją pułkownik Scholze
zaszokował wszystkich odpowiadając, iż jego dywizja jest wyczerpana i zdziesiątkowana i nie jest w stanie przeprowadzić nakazanego kontrataku.
Oczywiście Weidling, na wieść, iż jego dowódca dywizji odmawia wykonania
rozkazu, wybuchnął. Wiedział, że w Akademii Sztabu Generalnego zostałem
przeszkolony do prowadzenia dywizji w boju, nakazał mi więc udanie się
do Köpenick, objęcie dowództwa dywizji i przeprowadzenie kontrataku.
Pomysł, aby major dowodził dywizją był groteskowy, ale nie było nikogo
innego, kogo mógłby posłać. Nie mógł zrezygnować z von Dufvinga, który
zastępował go w sztabie korpusu podczas jego nieobecności, a poza tym
zdawał sobie sprawę, że jestem w stanie wypełnić postawione zadanie, i że to zrobię. W wieku dwudziestu ośmiu lat uczyniłoby mnie to
najmłodszym i najniższym stopniem dowódcą dywizji w historii niemieckiej
armii!
W prostej linii Köpenick leżało w odległości około sześciu kilometrów,
ale musiałem używać objazdów, aby uniknąć miejsc, gdzie toczyły się
walki. W głowie miałem zamęt, ponieważ wiedziałem, że dowódca, którego
mam zmienić, był dobrym żołnierzem o nienagannym przebiegu służby
wojskowej, którą teraz zniszczy sąd polowy. Znałem Weidlinga i wiedziałem, że potrafi wybuchnąć w taki sposób. Oczywistym jest, że nie
mógł tolerować odmowy wykonania rozkazu przez dowódcę dywizji, a tym
bardziej rozkazu, który po prostu musiał być wykonany. Utrzymanie przez
Rosjan mostu i przerzucenie czołgów na drugi brzeg Szprewy stwarzało dla
9 Armii fatalne perspektywy.
Gdy przybyłem na miejsce, rozmawiałem najpierw z oficerem operacyjnym w stopniu podpułkownika. Dowiedziałem się, że pułkownik Scholze na krótko
przed otrzymaniem rozkazu Weidlinga dowiedział się, iż jego żona i dzieci zginęły w nalocie bombowym. Chwilowo stracił panowanie nad sobą,
co było dla mnie zrozumiałe. Ale Weidling nie tolerował tego typu
słabości. Jestem pewien, że gdyby przytrafiło się to jemu, dotknęłoby go
tak samo silnie, ale nie pozwoliłby, żeby przeszkodziło mu to w wypełnianiu obowiązków. Oficer operacyjny powiedział mi także, że
Scholze opanował się jednak i nakazał odbicie mostu. W takiej sytuacji
wycofałem się dyskretnie i powróciłem do sztabu korpusu, gdzie
poinformowałem generała Weidlinga o zaistniałych okolicznościach.
Wracając, podjąłem pewne ryzyko, gdyż powrót oznaczał, że nie wykonałem
jego rozkazu. Ponieważ atak był jednak w toku, Weidling był
usatysfakcjonowany. Most odbito i wysadzono w powietrze, jednak za cenę
znacznych strat z naszej strony.
Tymczasem nadeszły alarmujące wieści od 18 Dywizji Pancernej, dotyczące
silnego naporu nieprzyjaciela na odcinku Szprewy. Wraz z Weidlingiem
pojechałem do Altglienicke do sztabu 18 Dywizji Pancernej. Generał
chciał osobiście ocenić sytuację. Dzielnica było pod bezustannym
ostrzałem artylerii. Nieprzyjacielska piechota atakowała od strony
Köpenick i od wschodu, gdzie Rosjanie, których do tej pory zdołano
powstrzymywać, przeprawiali się już przez rzekę na promach. Mieliśmy tam
działa przeciwlotnicze -?niestety stacjonarne -?które można było
wykorzystać w walce z rosyjskimi czołgami. Dowódca dywizji, generał
Rauch, sądził, że będzie w stanie utrzymać się do wieczora. Od południa,
skąd Rosjanie jeszcze nie atakowali, miał tylko słabą pozycję osłonową
wzdłuż brzegów Szprewy.
Niezależnie od okoliczności musieliśmy przemieścić siedzibę sztabu na
przedmieścia Berlina, więc udałem się na poszukiwanie odpowiedniego
miejsca. Pomimo naszych wysiłków wciąż nie mogliśmy się dowiedzieć
niczego o lokalizacji linii obrony miasta. Z tego względu musiałem jak
najszybciej nawiązać kontakt z jakimś lokalnym punktem dowodzenia.
Najpierw jednak należało znaleźć nowe miejsce dla sztabu, gdyż ogień
piechoty stawał się coraz bardziej intensywny. Około godziny dziewiątej
rano, jadąc Kübelwagenem pod ogniem moździerzy, dojechałem autostradą do
Berlina. Gdy dotarłem do Schöneiche, przedmieścia Berlina, które
wstępnie wybraliśmy na umiejscowienie sztabu, stało się jasne, że także
i tutaj nasz personel nie będzie w stanie normalnie pracować -?rosyjska
piechota posuwała się już wzdłuż torów kolei miejskiej od strony Erkner
i Köpenick.
Zdecydowałem, że najlepszym miejscem będzie stacja kolejki w Rahnsdorf i zadzwoniłem do von Dufvinga, aby tam przyjechał. Po przybyciu
zaakceptował mój wybór i zaczął nadzorować rozwijanie sztabu korpusu.
Teraz mogłem wreszcie udać się na poszukiwania tych, którzy odpowiadali
za obronę miasta. Musiałem odszukać tych ludzi i podjąć próbę
koordynacji ich działań z naszymi. Wiedzieliśmy, że coś tam zostało
przygotowane, chociaż domyślaliśmy się, że cokolwiek by to nie było,
będzie raczej obsadzone Volkssturmem i oddziałami Hitlerjugend, niż
prawdziwym wojskiem.
Gdy znalazłem stanowiska obronne przyszykowane pierścieniem wokół
Berlina, doznałem szoku. Składały się z absolutnie nieobsadzonych,
pustych dołków strzeleckich i blokad na drogach!
Z oburzeniem stwierdziłem, że pozycje obronne były wyłącznie kreską na
mapie. Do obowiązków Goebbelsa, jako cywilnego komisarza obrony stolicy,
należało przygotowanie tych stanowisk, ale teraz bolesna prawda była
taka, że nie miał pojęcia, jak się za to zabrać. Tyle tylko można
powiedzieć w kwestii zdolności Goebbelsa do przyjęcia jakiejkolwiek
odpowiedzialności wojskowej. Zdołałem zdobyć mapy tego, co miało
stanowić pas umocnień wokół Berlina, żeby chociaż móc zaplanować
rozlokowanie tam naszych dywizji, gdy już do tego dojdzie. Wszystko, co
poza tym znalazłem, sprowadzało się do punktu dowodzenia i personelu
sztabowego, składającego się z kilku oficerów-inwalidów. Nie dowodzili
żadnymi oddziałami, a niektórzy z nich nie wiedzieli nawet, gdzie
znajdują się stanowiska obronne.
Najwyraźniej niekompetencja była w Berlinie na porządku dziennym.
Tak więc Berlin nie miał żadnych umocnień, a lekkie i szybkie
pododdziały Rosjan przesączały się między naszym korpusem (najbardziej
na północ wysuniętą częścią składową 9 Armii) i korpusem 3 Armii,
znajdującym się na jego skrajnej, południowej flance. Gdyby którykolwiek
z tych korpusów posiadał odwody, mogłyby one uratować sytuację, jednak
nikt z nas nie miał już żadnych rezerw i wszystko, na co mogliśmy
liczyć, to opóźnienie postępów Rosjan o kolejny dzień lub dwa.
Gdy wróciłem do sztabu, nadszedł właśnie radiowy rozkaz generała Busse
(nie mieliśmy już łączności telefonicznej), który nakazywał nam
zabezpieczenie lewego skrzydła 9 Armii na linii od Königs Wusterhausen
do Rangsdorf, około dwudziestu kilometrów na południe od Berlina, z frontem skierowanym na północ. Oznaczało to oddanie Berlina! Tak więc
mieliśmy pozostawić miasto własnemu losowi, co przy braku odpowiednich
sił do obrony Berlina oznaczało koniec stolicy w ciągu kilku dni. Rozkaz
ten dowodził, iż generał Busse myślał w tym momencie wyłącznie o 9 Armii
i najprawdopodobniej zamierzał podjąć próbę przebicia się na zachód w celu kapitulowania właśnie tam. Jego decyzja była logiczna, ponieważ
podjęcie obrony miasta, w którym wciąż znajdowało się ponad milion jego
cywilnych mieszkańców, oznaczałoby bezsensowną rzeź. Dla nas również
była to lepsza perspektywa, niż prowadzenie beznadziejnej walki w mieście będącym już tylko kupą gruzów.
Zostaliśmy rzuceni do Berlina w sposób nieoczekiwany i bez możliwości
przygotowania się do walk w mieście, po tym, jak w czasie krótszym niż
tydzień odepchnęła nas od linii Odry najbardziej rozrzutna ofensywa w historii wojny. W czasie swych zmasowanych ataków, Rosjanie bez przerwy
przerywali się na naszych skrzydłach, my zaś musieliśmy cofać się, aby
uniknąć okrążenia. Bezustanne próby otoczenia nas ostatecznie odcięły
nasz korpus od generała Busse i 9 Armii na południu. Na koniec
straciliśmy z nimi wszelki kontakt i nie wiedzieliśmy, jaka jest
sytuacja. Widzieliśmy rosyjskie lekkie czołgi i ciężarówki na południe
od nas, między nami i 9 Armią. Weidling podjął stosowne kroki, aby
wypełnić rozkaz generała Busse i utworzyć front na osi wschód-zachód,
zwrócony na północ. Następnie zwrócił się do mnie.
-?Knappe, zna pan Berlin jeszcze z czasów Akademii Wojskowej w Poczdamie
-?powiedział. -?Jedźmy do generała Krebsa (szefa sztabu Naczelnego
Dowództwa Wojsk Lądowych) w kwaterze Führera i spróbujmy zorientować
się, jak wygląda ogólne położenie i czy możemy stamtąd nawiązać łączność
z 9 Armią.
Von Dufving, którego pierwszym obowiązkiem jako szefa sztabu było
dyżurowanie na miejscu i zastępowanie Weidlinga w czasie jego
nieobecności, pozostał w Rahnsdorf, zaś generał i ja udaliśmy się do
Kancelarii Rzeszy. Wzięliśmy ze sobą kierowcę z samochodem i dwóch
łączników na motocyklach. Miasto było pod ostrzałem ciężkiej artylerii,
prawdopodobnie prowadzącej ogień z platform kolejowych stojących gdzieś
dalej w odległości trzydziestu lub więcej kilometrów. Stolicę
bombardowały także rosyjskie samoloty.
Na szczęście ogień artylerii nie był skoncentrowany; działa strzelały po
całym Berlinie, a najcięższe pociski lądowały co kilka minut gdzieś w mieście to tu, to tam.
Miasto było zasnute dymem i kurzem. Zniszczone tramwaje stały na ulicach
pod żałośnie zwisającymi drutami trakcji elektrycznej. Na wschodnich
przedmieściach płonęło wiele budynków, a cywile tłoczyli się w długich
kolejkach po chleb oraz wodę przy tych ujęciach, które jeszcze były
sprawne. Cywile byli wszędzie; przemykali z ukrycia do ukrycia pod
bombami i pociskami artylerii. Aby nie powodować paniki, Goebbels
odmówił wydania rozkazu ewakuacji ludności z miasta. Dotyczyło to nawet
kobiet i dzieci. Teraz zaś kolejne tysięce ludzi uciekało do Berlina ze
wschodu. Obrona miasta z pewnością będzie makabrycznym zajęciem, które
pociągnie za sobą śmierć wielu cywilów.
W okolice Kancelarii Rzeszy dotarliśmy około godziny osiemnastej.
Pozostawiliśmy samochód i kierowcę i dalej udaliśmy się pieszo,
zabierając ze sobą obydwu łączników.
Teren wokół kancelarii był upstrzony głębokimi kraterami. Powalone
drzewa rozrzucone były wokół niczym wykałaczki, a trotuary zasypały
hałdy gruzu. Sama Kancelaria Rzeszy była poważnie zniszczona, w niektórych miejscach sterczały tylko szkielety ścian. Hol wejściowy od
strony Wilhelmstrasse był całkowicie zrujnowany. Jedyną częścią
kancelarii, która wciąż nadawała się do użytku był system podziemnych
schronów. W podziemnym garażu zauważyliśmy kilka Mercedesów, których
Hitler używał w czasie defilad i wieców politycznych.
Wejście do korytarza, wiodącego do kwatery Führera ulokowanej w podziemnym bunkrze, znajdowało się w garażu. Wartownicy SS przy wejściu
oddali honory wojskowe Weidlingowi, który miał na sobie Krzyż Rycerski z Mieczami. Pierwsi z nich byli podoficerami, ale im głębiej
zapuszczaliśmy się do bunkra, tym wyższe były stopnie tych, którzy stali
na warcie.
System schronów pod Kancelarią Rzeszy był swoistym podziemnym miastem, w którym mieszkały setki ludzi, w tym cywile. Wielu z nich było
prawdopodobnie cywilnymi pracownikami kancelarii, którzy mieli tam swoje
stałe miejsce pracy i którzy nie próbowali już wrócić do domów na noc.
Inni zapewne pracowali w okolicznych budynkach rządowych, teraz zaś
uznali podziemia za najbezpieczniejsze miejsce. Liczba mieszkańców
bunkra była rzecz jasna kontrolowana, niemniej stał się on schronieniem
dla bardzo wielu ludzi. Wszędzie panował straszny tłok, gdyż bunkier
został pomyślany jako schron przeciwlotniczy, a nie miejsce, w którym
mogą mieszkać i żyć setki ludzi. Było tam także wielu rannych żołnierzy,
najwidoczniej członków oddziału generała SS Mohnke, którego zadaniem
była ochrona bunkra. Niektórzy z nich leżeli na materacach na podłodze,
inni po prostu siedzieli wokół.
Sama kwatera Hitlera znajdowała się trzy piętra pod ziemią, licząc od
garażu. Zatrzymywały nas liczne posterunki pomimo faktu, iż Weidling był
generałem z wieloma robiącymi wrażenie odznaczeniami. Przed wejściem do
właściwego bunkra Führera poddano nas rewizji. Strażnicy z SS
zachowywali się z pełnym szacunkiem, niemniej dokładnie sprawdzono, kim
jesteśmy, skąd przybywamy i jaką sprawę mamy do załatwienia. Musieliśmy
okazać dokumenty i oddać naszą broń osobistą.
W końcu weszliśmy do poczekalni biura szefa sztabu Naczelnego Dowództwa
Wojsk Lądowych, generała Krebsa, i szefa oddziału kadr OKH, generała
Burgdorfa. Zapowiedziano nas, a wtedy podpułkownik Weiss, adiutant
Burgdorfa, wyszedł, aby nas przywitać. Zaprowadził nas do sąsiedniego
pomieszczenia, gdzie oczekiwali Krebs i Burgdorf.
Przyjęcie, z jakim spotkał się generał Weidling ze strony Krebsa i Burgdorfa wydawało się dość powściągliwe, co było dość dziwne, jeśli
wziąć pod uwagę fakt, iż znał ich obydwu od lat, a wraz z Krebsem
uczęszczał do Akademii Sztabu Generalnego. Poproszono nas, byśmy usiedli
i przyniesiono nam kanapki z szynką oraz butelkę koniaku Hennessy (w wysokich sztabach tego typu procedura była standardem przy przyjmowaniu
gości z frontu). Zamieniono z nami tylko kilka słów, po czym Krebs
poinformował, iż zamelduje Hitlerowi o obecności Weidlinga i sprawdzi,
czy Hitler zechce z nim pomówić.
Było to pewnym zaskoczeniem, gdyż Weidling nie przybył tu, aby ujrzeć
Hitlera i nie wiedzieliśmy o żadnych powodach, dla których Hitler mógłby
chcieć z nim rozmawiać.
Gdy Krebs i Burgdorf wyszli z pokoju, Weidling zwrócił się do mnie
przyciszonym głosem:
-?Coś jest nie tak. Obaj zachowują się dziwnie.
Po około dziesięciu minutach Burgdorf ponownie się pojawił i powiedział
Weidlingowi, że Hitler chce go widzieć. Ja oczywiście zostałem z tyłu i wdałem się w konwersację z Weissem, Freytag-Loringhovenem i Boldtem,
adiutantami Burgdorfa i Krebsa. Chcieli wiedzieć, co dzieje się tam,
gdzie znajdował się nasz sztab. (Weidling tylko ogólnie nakreślił
sytuację Krebsowi, ale poinformował go też o otrzymanym przez nas
rozkazie generała Busse dotyczącym sformowania frontu na osi
wschód-zachód dwadzieścia kilometrów na południe od Berlina.) Oni zaś ze
swojej strony przedstawili mi sytuację z szerszej perspektywy, co było
właśnie tym, po co się tutaj pojawiliśmy. Powiedzieli mi, że zachodni
alianci zatrzymali się na linii Łaby, i że 12 Armia generała Wencka
przygotowuje się do odblokowania Berlina. Byli pełni optymizmu i nie
próbowałem ich zniechęcać, chociaż byłem pewien, że Wenck nie będzie w stanie przyjść stolicy z pomocą.
Weidlinga, Krebsa i Burgdorfa nie było przez jakieś dwadzieścia minut, w międzyczasie do pokoju powrócili Burgdorf i Krebs. Zaproponowali mi
koniak i Krebs zaczął wypytywać mnie o naszą sytuację na froncie.
Po kolejnych dwudziestu minutach przyszedł Weidling i powiedział mi, że
Hitler rozkazał nam obsadzić wschodnią i południową część Berlina, co
oznacza, iż musimy skontaktować się z von Dufvingiem, aby zastopować
przygotowania do wypełnienia rozkazu generała Busse. Korzystając z telefonu Krebsa porozmawiałem z cywilnym operatorem, który połączył nas
z siedzibą naszego sztabu. Zwięźle objaśniłem von Dufvingowi co się
dzieje, a następnie Weidling wydał mu polecenie przerwania
przemieszczania jednostek z północy na południe i podjęcie działań celem
skierowania naszych dywizji do miasta. Nasz nowy punkt dowodzenia
planowaliśmy zainstalować na lotnisku Tempelhof.
Gdy Weidling i ja byliśmy sami, generał wybuchnął:
-?Co za sukinsyny z tego Krebsa i Burgdorfa! Nie uprzedzili mnie, że
Hitler groził rozstrzelaniem mnie z powodu doniesień o rzekomym
porzuceniu przez nas Berlina i ucieczce na zachód! Powitał mnie słowami:
"Weidling, każę pana rozstrzelać!".
Poza nieprawdziwym raportem, do Hitlera dotarły wieści o tym, że
obracamy nasz front na oś wschód-zachód i zostawiamy drogę na Berlin
otwartą dla Rosjan -?nie wiedział jednak, że Weidling działał zgodnie z rozkazami generała Busse. Kiedy Hitler wreszcie się wykrzyczał i Weidling mógł dojść do słowa, udało mu się sprostować fałszywe
informacje. Po wysłuchaniu pełnego raportu Hitler uspokoił się i zaczął
zachowywać się przyjaźnie, a w końcu wydał rozkaz kierujący nas do
Berlina w celu obsadzenia wschodniej i północnej flanki. Jak wielka była
różnica między obecną przypadkowością decyzji a profesjonalnym sposobem
podejmowania działań w 1940 i 1941 roku!
Podczas gdy ja przez telefon omawiałem z von Dufvingiem szczegóły
naszego przesunięcia do Berlina, Weidling spłukiwał swoją złość
koniakiem. Wypiłem jeszcze dwa kieliszki, aby pomóc mu osuszyć butelkę,
chociaż Weidling był najwyraźniej zdeterminowany, aby zrobić to sam. Był
wręcz wściekły, że Krebs i Burgdorf nie ostrzegli go o całej sytuacji.
Ostatecznie panowie rozstali się w złości i koniak nie pomógł w rozładowaniu napięcia. Pomijając całą resztę, Weidling był również zły z tego powodu, że obecnie byliśmy uwięzieni w Berlinie, co zamiast
perspektywy ucieczki na zachód wraz z 9 Armią, stanowiło gwarancję
dostania się do rosyjskiej niewoli.
Na koniec o godzinie dwudziestej pierwszej udało mi się wyciągnąć
Weidlinga z kwatery Führera. Tej nocy czekało nas mnóstwo pracy.
Weidling miał zamiar poinformować dowódców poszczególnych odcinków
obrony we wschodniej i południowej części Berlina o przejęciu stanowisk
przez nasze dywizje oraz zakomunikować im, iż mają przekazać dowódcom
naszych jednostek wszelką wiedzę o zajmowanych pozycjach i najbliższej
okolicy. Kiedy udaliśmy się z wizytą do dowodzących sektorami obrony,
generał tylko z największym wysiłkiem mógł ukryć fakt, że jest pijany.
Naszym pierwszym przystankiem był Tempelhof (sektor D). Dowództwo
sprawował tam stary, "ekshumowany" generał lotnictwa nazwiskiem
Schröder. Nie miał pojęcia o koncepcji walki piechoty, co sprawiło, iż
upojony alkoholem Weidling nieludzko go objechał. Schröder, aby
udobruchać Weidlinga, zaproponował nam wykorzystanie piwnic jego
budynku, jako miejsca na siedzibę naszego sztabu.
Skorzystałem z jego telefonu i wydałem rozkazy naszej czołówce, aby
przybyła do Tempelhof celem zainstalowania sztabu korpusu. Następnie
Weidling i ja udaliśmy się do Hasenheide. Szefował tam pułkownik
piechoty bez jednej ręki.
Gdy nadjechaliśmy, oficer akurat spał i musieliśmy poczekać, aż się
ubierze. Weidling, wciąż wzburzony przygodami w kwaterze Hitlera,
którego cierpliwość rozpuściła się w koniaku, zaczął gromić
nieszczęśnika za to, że ten nie ubrał się dostatecznie szybko, czym
zmusił nas do czekania. Traktował biednego pułkownika w sposób zupełnie
nierozsądny, ten zaś także wpadł w złość, ponieważ nie zrobił niczego
złego, miał tylko jedną rękę, którą mógł się ubrać i oczywiście zdawał
sobie sprawę, że Weidling był pijany.
Wtrąciłem się do kłótni i ostatecznie zdołałem ich jakoś uspokoić.
Następnie zasugerowałem Weidlingowi, żeby pozostał w naszej nowej
siedzibie w Tempelhof i trochę się przespał. Pozostałych dowódców
sektorów mogłem odwiedzić sam. Generał zgodził się i dalej wyruszyłem w pojedynkę. Pomimo faktu, iż sektory nie były od siebie zbyt oddalone,
podróż w ciemności, ze wszystkimi przeszkodami po drodze, była straszna
(światło naszych reflektorów przesączało się tylko przez wąskie
szczeliny w ściemniaczach).
Na wszystkich odcinkach sytuacja była daleka od frontowej. Wszędzie aż
prosiło się o mnóstwo pracy, jeśli naprawdę chcieliśmy stawić opór
Rosjanom. Mieliśmy do dyspozycji pięć zahartowanych dywizyjnych zespołów
sztabowych i musieliśmy uczynić z nich kręgosłup siły bojowej, którą
będziemy uzupełniać niedoświadczonym personelem.
24 kwietnia, w nocy, apokaliptyczna bitwa o Berlin zaczęła się na dobre.
Następnego dnia rosyjskie oddziały szturmowe przebiły się w walce na
przedmieściach stolicy. Przez następne osiem dni stolica Niemiec miała
stać się wielkim, miejskim polem śmierci.
Rozdział 4
Gdy wracałem do naszej nowej kwatery głównej na
lotnisku Tempelhof, podróż przez płonące miasto odsłoniła spektakularne
widoki dramatu w całej swej makabrze. Oślepiający blask ogarniętych
płomieniami budynków kreślił zarysy wypalonych szkieletów stojących
dalej gmachów. W piwnicznym przejściu wiodącym do nowej siedziby naszego
sztabu znalazłem skrawek miejsca pomiędzy śpiącymi tam cywilami i ułożyłem się, aby choć na kilka godzin zamknąć oczy.
Nad ranem przybył nasz personel i rozpoczęła się praca nad rozkazami dla
dowódców dywizji i poszczególnych sektorów obrony. Przygotowaliśmy
kwaterę i nawiązaliśmy łączność z dywizjami przy użyciu cywilnej sieci
telefonicznej. Nasza siedziba mieściła się w pięknie umeblowanym byłym
punkcie dowodzenia jednostki obrony przeciwlotniczej. Nie brakowało tu
mebli biurowych, radioodbiorników i innych luksusowych elementów
wyposażenia.
Gdy ujrzałem wszystkie te luksusy, które armia tu zachomikowała,
przypomniał mi się ponury widok cywili szabrujących ciężarówkę z chlebem.
Dywizje przesunęły się w nakazane rejony. Wtedy, o godzinie jedenastej,
odebraliśmy telefon z kwatery Führera z informacją, iż Hitler pragnie
ponownie widzieć Weidlinga. Chciał wiedzieć, czy nasze przemieszczenie
zakończyło się powodzeniem. Tym razem nie towarzyszyłem Weidlingowi,
gdyż byłem zajęty pracą z dywizjami. Okazało się, że Hitler nakazał
Weidlingowi objęcie dowództwa nad całą obroną stolicy, a nie tylko nad
wschodnią i południową strefą, co oznaczało, że pod jego komendą będą
nie tylko nasze dywizje, ale i wszystkie jednostki ze składu garnizonu
berlińskiego. Na tym stanowisku Weidling zastąpił pułkownika Kathera,
który dzień wcześniej został awansowany do stopnia generalskiego.
Weidling był piątym z kolei oficerem na tym stanowisku w ciągu ostatnich
kilku miesięcy, gdyż poprzednicy mieli ciągłe tarcia z Goebbelsem. Z tego powodu Weidling zręcznie postawił jeden podstawowy warunek, iż musi
być jedynym dowódcą odpowiedzialnym za obronę Berlina, niepodlegającym
żadnym naciskom ze strony Goebbelsa, który był gauleiterem i cywilnym
komisarzem obrony miasta niemającym jednak żadnego pojęcia o obronie
terenu zabudowanego w warunkach bojowych. Ze strony Weidlinga było to
odważne posunięcie, gdyż generałowie nie narzucali tak po prostu swoich
wymogów, słysząc rozkazy Hitlera. Jednakże Hitler prawdopodobnie
zorientował się, iż Goebbels może zwyczajnie stanowić problem dla
Weidlinga i zaakceptował warunek. Przy okazji Weidling zadecydował o zainstalowaniu naszej nowej kwatery głównej w siedzibie Dowództwa Obrony
Berlina.
W czasie podróży do jednego z sektorów w południowowschodniej części
miasta byłem świadkiem sceny, która świadczyła o stanie, do jakiego
zostały zredukowane Niemcy. Linie wodociągowe w stolicy zostały
zniszczone bombardowaniami i ogniem artylerii, więc ludzie musieli
godzinami stać w długich kolejkach po wodę tam, gdzie była jeszcze
możliwość jej zdobycia. Problem z wyżywieniem był jeszcze gorszy;
niektóre magazyny zostały zrujnowane ostrzałem, zaś inne zostały
ograbione przez ludność cywilną. Jechałem akurat Kübelwagenem, a część
miasta, po której się przemieszczałem była pod nieprzerwanym ogniem
artylerii. Pomimo ostrzału cywile -?w większości kobiety -?tłoczyli się
przed sklepami z żywnością i przy hydrantach. W momencie, gdy mijaliśmy
jedną z takich kolejek, pocisk artyleryjski eksplodował tuż za sznurem
kobiet. Gdy rozwiał się dym, dostrzegłem, że wiele kobiet zostało
trafionych. Te, które nie ucierpiały, znosiły trupy, rannych i umierających do sieni w pobliskich budynkach, a potem cierpliwie
ustawiały się ponownie w ogonku, aby nie stracić swojego miejsca w kolejce.
Dowódca sektora obrony, którego wizytowałem w czasie tego wyjazdu, miał
swoją kwaterę w piwnicy browaru. Cały jego zespół składał się z osób po
różnych amputacjach, ale to przynajmniej oznaczało, że mieli jakieś
doświadczenie bojowe. Wszyscy byli bardzo pewni siebie i wciąż dawali
wiarę przemowom Goebbelsa, co było zadziwiające, biorąc pod uwagę
okoliczności. Fakt, iż przejmowaliśmy ich punkt dowodzenia
zinterpretowali wręcz jako pozytywną oznakę!
Poprosiłem adiutanta dowódcy sektora o streszczenie sytuacji na ich
odcinku i dowiedziałem się, że pomimo doświadczenia jakie wynieśli z frontu, nikt z nich nie orientował się nawet w najbardziej oczywistych
sprawach dotyczących ich własnego sektora obrony. Powinni zdawać sobie
sprawę z faktu, iż nieliczne pododdziały obrony cywilnej (złożone ze
starszych ludzi i młodych chłopców) nie będą w stanie zatrzymać
rosyjskich czołgów, a jeśli okaże się, że owe czołgi zawrócą przy
pierwszych oznakach oporu, nie będzie to równoznaczne ze "zwycięstwem",
lecz będzie stanowić dowód na to, iż były to tylko grupy rozpoznawcze
mające za zadanie ustalić, kogo mają przed sobą.
Otrzymaliśmy informację, że Grupa Armii Steiner, której miała przerwać
się do Berlina od strony Oranienburga, została odparta i zepchnięta na
pozycje wyjściowe. Ofensywa 12 Armii Wencka mająca wyjść z rejonu
Wittenbergi jeszcze się nie zaczęła, a przynajmniej nie na tyle, by dać
jakieś efekty.
Wczesnym rankiem 25 kwietnia, Weidling i ja pojechaliśmy do Dowództwa
Obrony Berlina na Hohenzollerndamm, w Wilmersdorf, południowowschodnim
przedmieściu Berlina, położonym około pięciu kilometrów od Kancelarii
Rzeszy. Dowództwo Obrony Berlina wyglądało po prostu jak sztab korpusu.
Była to duża jednostka organizacyjna, której personel w czasie pokoju
liczył około trzysta osób, w tym wielu operatorów łącz telefonicznych
(obecnie w większości kobiet). Kiedy więc przejęliśmy pałeczkę,
wszystkie stanowiska były zduplikowane. Szefem sztabu był tam
podpułkownik Refior, stary znajomy generała Weidlinga. Mój dowódca
zdecydował o pozostawieniu na stanowiskach dwóch szefów sztabu; von
Dufvinga do spraw bojowych i taktycznych oraz Refiora do spraw
politycznych, gdyż ten znał wszystkich w strukturach wojskowych i politycznych Berlina i dobrze orientował się, jak należy załatwiać różne
sprawy.
Oficer operacyjny Dowództwa Obrony Berlina, major Sprotte, zrobił od
razu złe wrażenie na Weidlingu, który odesłał go do Poczdamu.
Sprotte, zupełnie tym niezniechęcony, i tak śpieszył się, by jak
najszybciej opuścić Berlin. Przekazanie mi wszelkich spraw w normalnym
toku zajęłoby kilka dni, tak wiec zamaszystym ruchem ręki wskazał mi
swoje mapy i rysunki, po czym szybko się ulotnił. Po tym wstępie
zasiadłem sam w pokoju, w którym bezustannie dzwoniły trzy telefony na
raz. Gdy zorientowałem się, że wszystkie telefony pochodzą od urzędów
miasta, siedzib partii lub urzędników ministerialnych, którzy dzwonią,
aby dowiedzieć się czegoś o sytuacji na froncie, zdjąłem wszystkie trzy
słuchawki z widełek, żeby móc normalnie wykonywać moją pracę.
Teraz należało szybko rozdysponować pięć naszych sztabów dywizyjnych
tak, aby każdemu podlegały dwa do czterech sektorów obrony miasta. W ten
sposób wokół Berlina mielibyśmy szkielet doświadczonych w walce
oficerów, których znaliśmy i którzy znali nas. Następnie, jak
najszybciej trzeba było zorganizować bezpieczny system łączności -?nie
można było wciąż dowodzić jednostkami wojskowymi, korzystając z publicznej sieci telefonicznej!
Życie nabrało teraz zwyczajowego kolorytu związanego z typowym dniem
wypełnionym walką: ciągłe kryzysy. Byłem szczęściarzem, gdy mogłem
przespać się dwie godziny pod rząd. Poza wszystkimi komplikacjami,
musiałem koordynować wszelkie raporty napływające z pola walki.
Informacje nadchodziły drogą telefoniczną i w nocy musiałem przygotować
podsumowanie wszystkich meldunków, które napłynęły w ciągu całego dnia.
Ponieważ ostrzał artyleryjski i bombardowania lotnicze były coraz
częstsze, wkrótce po wprowadzeniu się do budynku musieliśmy przenieść
się do piwnic. I znowu natrafiliśmy na pokoje wypełnione żywnością,
kawą, napojami alkoholowymi i nawet zegarkami ręcznymi.
Cały personel wojskowy Berlina, poza jednostką SS generała Mohnke
zapewniającą ochronę kwatery Hitlera, był teraz pod dowództwem Weidlinga
-?armia, Hitlerjugend, Volkssturm, jednostki obrony przeciwlotniczej,
bataliony rekonwalescentów ze szpitali, itd. Mieliśmy nasze cztery
własne dywizje (piąta, 20 Dywizja Grenadierów Pancernych SS, zniknęła
gdzieś w kierunku zachodnim, najwyraźniej, aby tam kapitulować).
W każdym sektorze dowódca dywizji przejmował komendę nad pododdziałami
Volkssturmu czy Hitlerjugend, które akurat się tam znajdowały. Po jednym
czy dwóch dniach stworzyliśmy obronę, która dawała nadzieję na stawienie
oporu Rosjanom przynajmniej przez jakiś czas. Nie musieliśmy długo
czekać. Zniknięcie 20 Dywizji Grenadierów Pancernych SS wytworzyło lukę,
w którą Rosjanie wkrótce nie omieszkali wbić klina.
Teraz z okien naszego budynku mogliśmy już widzieć bój piechoty.
Wieczorem wszedłem do pokoju, w którym Weidling naradzał się z von
Dufvingiem i Refiorem. Zastanawiali się, czy posłusznie bronić Berlina,
czy też lepiej może zostać na miejscu i pozwolić Rosjanom na obejście
nas z dwóch stron, a następnie podjąć próbę wyłamania się przez
Grunewald (las na zachód od miasta) celem ucieczki w kierunku zachodnim
i poddania się aliantom. Jeśli zostaniemy w Berlinie, trzeba będzie
przenieść kwaterę główną do centrum miasta, gdyż najpóźniej w ciągu
dwóch dni Rosjanie zajmą nasz budynek. Weidling podjął decyzję o pozostaniu i obronie Berlina.
Noc była nadzwyczaj niespokojna. Na zewnątrz słyszeliśmy pobliskie
odgłosy walki. Major Wolff i jego odpowiednik w Dowództwie Obrony
Berlina, kapitan Bärenbeck, zorganizowali bezpośrednią obronę budynku.
Rankiem 26 kwietnia powróciłem do pomieszczenia biurowego na drugim
piętrze, które zajmowałem zanim przeniosłem się do piwnicy.
Wokół cały czas wybuchały pociski artyleryjskie, zaś w ogródkach od
strony południowej można było zaobserwować walkę wręcz. Z pewnością
nasze położenie robiło się bardzo poważne.
Weidling zdecydował się przenieść sztab korpusu do wielkiego bunkra
przeciwlotniczego położonego w pobliżu berlińskiego zoo. Byłem całkiem
rad, kiedy wraz z majorem Wolffem otrzymałem rozkaz udania się do tego
schronu w celu przygotowania nowego miejsca pracy. Ja i major Wolff
wybraliśmy się tam dwoma różnymi drogami, aby mieć pewność, że
przynajmniej jeden z nas dotrze na miejsce.
Bunkier obok zoo, potężna fortyfikacja z ciężkimi działami
przeciwlotniczymi umieszczonymi na dachu, zapewniał bezpieczeństwo przed
bombami i artylerią.
Towarzyszył mi kierowca i łącznik na motocyklu. Opuszczając naszą
siedzibę musieliśmy zachować szczególną ostrożność, albowiem nasyp
kolejowy za budynkiem sztabu był pod ostrzałem, a my musieliśmy go
przekroczyć, aby dostać się do motocykla i Kübelwagena. Przeskoczyliśmy
nasyp, skacząc z ukrycia w ukrycie i w końcu dotarliśmy bezpiecznie do
naszych pojazdów. Gdy jechaliśmy przez miasto, ziemia kołysała nam się
pod nogami przy każdej eksplozji pocisku, a wielkie gejzery ziemi
wyrwanej wybuchami wyskakiwały w powietrze.
Huk był ogłuszający, zaś uczucie kołysania powodowało traumatyczne
odczucia. W końcu kawałek szrapnela z wybuchającego pocisku
artyleryjskiego przebił jedną z opon w moim samochodzie.
Podczas gdy kierowca zmieniał koło, kobieta obserwująca nas z pobliskiego domu zaproponowała mi filiżankę herbaty. Miła około
czterdziestu pięciu lat, była korpulentna, ubrana w znoszoną odzież, a rozrzucone w nieładzie, mokre włosy okalały miłą twarz. Była żoną
sierżanta i matką starszego szeregowego i nie miała pojęcia, co stało
się z każdym z nich. Najwidoczniej mój brak troski o wygląd zewnętrzny
rzucał się w oczy, gdyż zapytała mnie, czy może chciałbym się umyć. Tak
więc po kilku dniach miałem możliwość zaznać luksusu umycia się. Byłem
bardzo wdzięczny za jej uprzejmość, szczególnie, że wielu cywilów, z całkowicie zrozumiałych powodów, zaczynało zwracać się przeciwko armii
za to, że bronimy miasta zamiast je poddać. Jej mieszkanie było
zrujnowane wybuchami pocisków artyleryjskich. Małe bibeloty, kawałki jej
życia, leżały rozrzucone na podłodze.
-?Kiedy przyjdą Rosjanie, panie majorze? -?zapytała.
-?To kwestia kilkunastu godzin -?odpowiedziałem szczerze. -?Może jednego
dnia. Najbezpieczniej będzie, jeśli pozostanie pani w piwnicy.
Całe połacie Berlina były teraz swoistym cmentarzyskiem rozbitego
sprzętu wojskowego i wszystko wokół przesycone było zapachem śmierci.
Poza ludzkimi zwłokami leżały też trupy zwierząt -?wiele z nich uciekło
z berlińskiego zoo i teraz zostało zabite.
Do bunkra dotarłem koło południa i zorientowałem się, że Wolff był już
na miejscu. W zoo stała ogromna wieża przeciwlotnicza, wysoka na siedem
czy osiem pięter, z sześcioma dużymi działami kalibru 128 mm i sześcioma
działkami 20 mm na dachu. W bunkrze mogło pomieścić się sześćset osób.
Każde pomieszczenie było zajęte, wybraliśmy więc te, które będą nam
potrzebne i poinformowaliśmy mieszkańców, że będą musieli je opuścić,
albowiem przejmuje je generał stojący na czele Dowództwa Obrony Berlina.
Kilka z pomieszczeń było zarezerwowanych dla Goebbelsa, jako jego
osobiste schronienie. Wszystko ze względu na fakt, iż było to miejsce
tak dobrze zabezpieczone przed atakami. Rzecz jasna, nie podejmowałem
prób eksmitowania Goebbelsa, jednak przejąłem biura zbędnego już
personelu.
Odesłałem majora Wolffa z powrotem z informacją, iż pomieszczenia
zostały przydzielone i z prośbą o przybycie oficera łączności celem
zabezpieczenia odpowiednich połączeń telefonicznych. Po odjeździe Wolffa
zawiesiłem tabliczki kierujące różne sekcje sztabu korpusu do właściwych
pomieszczeń.
Gdy zrobiłem już wszystko, co mogłem na tym etapie uczynić, była już
późna noc. Położyłem się aby odpocząć, gdyż od dłuższego czasu nie
zaznałem snu ani wytchnienia. Co jakieś pół godziny w wieżę trafiała
bomba. Budowla zauważalnie się kołysała, przez chwilę przygasały światła
i z sufitów sypał się drobniutki pył tynku. Jednakże konstrukcja
zapewniała całkowite bezpieczeństwo i kilkumetrowej grubości ścian nie
mogła przebić żadna bomba. Przy całym moim znużeniu ruch gigantycznego
bunkra, kołyszącego się na podmokłej ziemi parku Tiergarten, tylko
pomógł mi usnąć.
Gdy obudziłem się po kilku godzinach i zorientowałem się, że sztab wciąż
nie przybył na miejsce, zacząłem się zastanawiać, czy aby jednak nie
zdecydowali się na opuszczenie z miasta przez Grunewald. Ponieważ nie
mogłem się z nikim połączyć telefonicznie, postanowiłem dla odmiany
skorzystać ze sposobności i przespać całą noc. I tak nie mogłem nic
zrobić. W końcu nad ranem powrócił Wolff przynosząc wieści, że Weidling
zdecydował jednak o rozwinięciu sztabu w starej kwaterze Naczelnego
Dowództwa Wojsk Lądowych. Było położone bliżej kwatery Hitlera i miało z nią bezpośrednie połączenie telefoniczne. Ponieważ kwatera mieściła się
na Bendlerstrasse, wszyscy w armii mówili na nią "Bendierstrasse". Był
to jakby osobny blok, ale poza podziemiami wszystko było już w zasadzie
zniszczone. Pośrodku wielkiego dziedzińca znajdował się duży, trzy czy
czteropiętrowy bunkier, który zapewniał ochronę przed najcięższymi
bombami, podobnie jak wieża przeciwlotnicza w zoo. Używany był jako
centrum komunikacyjne nie tylko przez armię w Berlinie, ale i przez
kwaterę Hitlera.
Gdy tam przybyłem, nasz personel rozmieszczony był już pod ziemią.
Obecnie Naczelne Dowództwo Wojsk Lądowych nie mieściło się już w Berlinie; wyprowadziło się z miasta, gdy alianci zaczęli bombardować
stolicę. Po tym, jak się przeniosło, miejsce pozostało w głównej mierze
opustoszałe, za wyjątkiem cywilów mieszkającymi w piwnicach.
Nasz sztab pracował tam już od północy. Znalazłem Refiora przy jego
biurku -?z kawą, koniakiem, szparagami i szynką! Von Dufving opracowywał
plan wyrwania się z Berlina na północny zachód, przez most Pichelsdorf.
Dołączyłem do niego i pomogłem w sporządzeniu dokładnego terminarza i sposobu podziału naszych jednostek. Nakreśliłem także mapy niezbędne
przy tej operacji.
Generał Weidling przebywał w pomieszczeniu, w którym, jak nam
powiedziano, zastrzelono grafa von Stauffenberga oraz kilku innych
oficerów biorących udział w zamachu na Hitlera 20 lipca 1944 roku. Widok
śladów po kulach na ścianach mroził krew w żyłach. Dotarło do mnie, że
Niemcy nie musiałyby toczyć tej ostatniej, strasznej bitwy, gdyby plan
Stauffenberga się powiódł.
W południe musiałem opuścić bunkier, aby dostarczyć do kwatery Hitlera
mapę miasta z naniesioną aktualną sytuacją bojową. Z pociskami rwącymi
się dookoła, na zewnątrz zrobiło się już bardzo niebezpiecznie. Gryzący
zapach dymu mieszał się z odorem rozkładających się ciał. Pył z rozdrobnionych cegieł i tynku unosił się nad miastem niczym ciężka mgła.
Ulice, zasypane gruzami i upstrzone wielkimi kraterami, były całkowicie
opustoszałe. Musiałem uważać, by nie zaplątać się w zwisające wszędzie
przewody trakcyjne dla tramwajów.
W Kancelarii Rzeszy moja karta identyfikacyjna (podpisana osobiście
przez Goebbelsa dla szybkiego dostępu do bunkra) zapewniła mi
bezproblemowe wejście. Aby dostać się do właściwej kwatery Hitlera,
musiałem okazać kolejny identyfikator, podpisany przez Johannmeyera,
armijnego adiutanta Führera. Następnie musiałem oddać swój pistolet i dopiero wtedy wprowadzono mnie do poczekalni, której umeblowanie
składało się z foteli z zielonej skóry ustawionych wzdłuż ścian. Tak
bogate umeblowanie wydawało się być nie na miejscu w betonowym bunkrze
skrytym głęboko pod ziemią. Miałem wrażenie, że pamiętam te fotele
jeszcze z czasów mojej wizyty w Kancelarii sześć lat wcześniej.
Martin Bormann, który siedział w poczekalni, natychmiast naskoczył na
mnie z pytaniem, czego chcę. Powiedziałem mu, że przynoszę ostatnie
plany sytuacyjne. Chciałem natychmiast zobaczyć się z Krebsem, lecz
Bormann wymusił na mnie, abym napił się wody sodowej i poczęstował
ciasteczkami, podczas gdy on faszerował mnie pytaniami o sytuację na
zewnątrz i chciał usłyszeć moją opinię na temat obecnego położenia.
Bormann miał około pięćdziesięciu lat, był przysadzisty, ciężkiej
budowy, o szerokim nosie wystającym z okrągłej twarzy, osadzonej na
grubej szyi. Jako polityczny szef sztabu Hitlera decydował o tym, kto
będzie, a kto nie będzie dopuszczony przed oblicze Führera.
W poczekalni Krebsa spotkałem Weissa i Freytag-Loringhovena, adiutantów
generała Burgdorfa, którym przekazałem mapy. W zamian skopiowałem z ich
map ogólną sytuację. Zgodnie z tymi informacjami, 12 Armia Wencka
rozpoczęła atak 25 kwietnia i początkowo szło jej nieźle. Dziś jednak
Wenck nie zdołał posunąć się dalej, niż szpital w Beelitz i był uwikłany
w ciężkie walki z oddziałami sowieckimi, które atakowały go od wschodu.
Nikt z obecnych tak naprawdę już nie wierzył w powodzenie operacji
odblokowania Berlina.
Po powrocie do naszego bunkra dowiedziałem się, że Göring został
aresztowany za usiłowanie przejęcia władzy i zastąpienia Hitlera w roli
wodza, oraz że Hitler nakazał aresztowanie Himmlera za próbę podjęcia
negocjacji z aliantami. Rząd ulegał dezintegracji równie szybko, jak
sytuacja wojskowa. Hitler był jednak najwidoczniej zdeterminowany, aby
walczyć do ostatniej chwili bez względu na ofiary w ludziach i zniszczenie miasta.
Interesującym wydaje się fakt, że kancelaria Rzeszy nie posiadała
nadajnika radiowego dużej mocy. Wszelkie informacje musiały przechodzić
przez centrum telekomunikacyjne w starej kwaterze Najwyższego Dowództwa
Wojsk Lądowych w naszym bunkrze, tak więc wiedzieliśmy dokładnie, co się
dzieje. Jedyne połączenie, jakie istniało z kwatery Hitlera, stanowiła
publiczna sieć telefoniczna, która teraz była bez przerwy rwana w ogniu
walk. Do Vostrasse, gdzie znajdowała się Kancelaria Rzeszy,
przeciągnęliśmy cztery wojskowe linie, z których teraz okazjonalnie
działała tylko jedna, mimo, że w terenie mieliśmy ludzi nieprzerwanie
pracujących nad utrzymaniem łączności. Z tego właśnie powodu za każdym
razem musiałem odbywać wycieczkę osobiście, gdy tylko wydarzyło się coś
istotnego. Owe wycieczki stawały się coraz bardziej niebezpieczne,
ponieważ w niektórych miejscach rosyjskie oddziały szturmowe
przekroczyły już kanał Landwehr i usadowiły się na dziedzińcu kościoła
św. Mateusza i w niektórych domach w sąsiedztwie hotelu "Esplanade".
Wszystkie budynki w tej okolicy miały piwnice i gnieździli się w nich
ludzie. Ponieważ kompleks był siedzibą Najwyższego Dowództwa, w budynkach nagromadzono wiele żywności, jak również mnóstwo innych
rzeczy. Był nawet koniak i wiele produktów niedostępnych dla ludności
cywilnej. Oczywiste było, że armia planowała zadbać o samą siebie.
W ciągu dnia von Dufving lub ja pozostawaliśmy w bliskim kontakcie z naszymi dywizjami, używając do tego celu telefonu lub radiostacji i rzecz jasna każdej nocy przygotowywałem zbiorczy raport na podstawie
meldunków z dywizji. Ponadto odbywałem przynajmniej jedną podróż
dziennie do Kancelarii Rzeszy celem złożenia meldunku, i to nie tylko ze
względu na ciągłe niszczenie naszej sieci łączności przewodowej, ale i z uwagi na fakt, iż nigdy nie mogliśmy być pewni, czy Rosjanie nie
podsłuchują na linii.
Jedną z najgorszych rzeczy podczas obrony Berlina było to, że przeciwnik
zawsze dysponował świeżymi rezerwami, które mógł rzucić do walki,
podczas gdy inne oddziały nabierały sił. Nasi ludzie mogli tylko
kontynuować walkę godzina po godzinie i dzień po dniu, dopóki nie
zostali zabici lub ranni.
Rozdział 5
Nie było już tutaj czegoś takiego, jak typowy
dzień. Czasami Rosjanie atakowali nas o trzeciej nad ranem, czasami o szóstej i od tego momentu właśnie zaczynał się dzień. Cały nasz czas był
wypełniony reagowaniem na kryzysy, które następowały jeden po drugim.
Przychodziły meldunki od dywizji i przychodziły wołania o pomoc. Byłem
bezustannie zajęty, rozwiązując problemy logistyczne, otrzymując i opracowując meldunki i przekazując informacje do dywizji o zmieniającej
się sytuacji. General Weidling bez przerwy przebywał na zewnątrz,
odwiedzając jednostki i udając się tam, gdzie sytuacja była najbardziej
skomplikowana, aby osobiście wyrobić sobie zdanie o każdym wydarzeniu, a von Dufving dowodził walką ze sztabu korpusu.
Wszyscy łapali kilka chwil odpoczynku, gdy tylko pozwalała na to praca.
Nauczyłem się, że za każdym razem, gdy budzono mnie do telefonu,
powinienem stanąć na równe nogi. Kilka razy odbierałem telefon, który
mnie obudził, wysłuchiwałem o problemach rozmówcy, wydawałem instrukcje
mające opanować sytuację i usypiałem znowu. Potem budziłem się nie
pamiętając rozmowy i nie wiedziałem, że wydałem takie rozkazy -?chociaż
ostatecznie przypominałem sobie to po jakimś czasie. Po takich
przypadkach ustawiałem aparat telefoniczny w pewnej odległości, tak,
abym musiał się podnieść, aby go odebrać. O podjętych przeze mnie
decyzjach musiałem meldować szefowi sztabu oraz głównodowodzącemu, tak
więc istotne było, abym pamiętał, co zrobiłem.
Spędzałem teraz mnóstwo czasu na kursowaniu między sztabem naszego
korpusu na "Bendierstrasse" i kwaterą Hitlera. W sąsiedztwie nie
pozostało już prawie żadnych budynków, a te, które jeszcze stały, były
silnie zniszczone i niemal nierozpoznawalne, chociaż ich piwnice wciąż
jeszcze nadawały się do użycia. Cała okolica zamieniła się w ruiny,
najpierw bombardowana przez brytyjskie i amerykańskie samoloty, a teraz
ostrzeliwana przez rosyjską artylerię. Pociski z dział rwały się
bezustannie z ogłuszającym hukiem. Teraz, za każdym razem, gdy
wychodziłem na zewnątrz, dymy płonącego miasta dźgały moje nozdrza i płuca niczym wyszczerbione ostrze sztyletu. Ulice zawalone były zarówno
gruzem, jak i ciałami, chociaż ciała trudno było rozpoznać. Trupy
żołnierzy i cywilów, którzy zginęli podczas bombardowań i ostrzału,
leżały pod gruzami i wszystko pokryte było szaroczerwonym proszkiem
pochodzącym ze zniszczonych domów. Zapach śmierci dławił za gardło. Nie
mieliśmy szans na pozbycie się ciał czy nawet na ich zebranie, ponieważ
bezustannie atakowało nas lotnictwo, ostrzeliwała artyleria, a dookoła
trwały boje piechoty. Miasto śmierdziało jak pole walki, którym przecież
było: zapach pokruszonego tynku i ceglanego pyłu z rozsypujących się
budynków, zapach spalonego prochu, benzyny i smród rozkładających się
ciał. Na szczęście noce wciąż były chłodne, co sprawiało, że zapach
śmierci z ledwością, ale jeszcze jakoś można było wytrzymać.
Obecne wycieczki do kwatery Hitlera, oddalonej o około kilometr,
polegały na przeskakiwaniu z ukrycia w ukrycie z ciągłym wystrzeganiem
się nie tylko nadlatujących pocisków artyleryjskich, ale i ognia broni
ręcznej i karabinów maszynowych.
Z naszego bunkra szedłem przez Bendlerstrasse prosto do Tiergarten,
stamtąd południowym skrajem parku lub przez park (Rosjanie siedzieli już
w niektórych częściach parku i strzelali do wszystkiego, co się rusza) i tak docierałem do południowozachodniego rogu Kancelarii Rzeszy,
położonej naprzeciwko parku. Do bunkra wchodziłem przez podziemia
kancelarii. Niektóre pododdziały SS broniące kancelarii były okopane na
zewnątrz budynku. Nocami obie strony strzelały, reagując na najmniejszy
ruch.
Dla ludzi z kwatery Hitlera byliśmy przedstawicielami innego,
zewnętrznego świata. Nikt z nich nie opuszczał bunkra od kilku dni. Byli
tam bezpieczni; siedzieli pod metrami betonu przykrytymi metrami ziemi,
lecz nie zdawali sobie sprawy z tego, co dzieje się na zewnątrz i nie
wiedzieli, że boje toczą się tylko kilometr od nich i że armie idące z "odsieczą" zostały zatrzymane. Hitler i naczelne dowództwo żonglowało
dywizjami, które dawno nie istniały lub stanowiły tylko wspomnienie
dużych jednostek.
Za każdym razem kiedy przychodziłem do bunkra, najbardziej spragnionym
wieści był Martin Bormann. Był tam zawsze, siedząc w wielkiej poczekalni
przed biurem i pokojami mieszkalnymi Hitlera. Niezmiennie upraszał mnie,
aby usiadł w jednym z zielonych, skórzanych foteli, poczęstował się jego
smakołykami i opowiedział mu o sytuacji na zewnątrz. Niezwykle istotne
było dla niego to, aby dowiedzieć się o wszystkim zanim usłyszy o tym
ktokolwiek inny. Jako cywilny szef sztabu Hitlera miał reputację
bezwzględnego intryganta. Każdy zdawał sobie sprawę z zakresu jego
władzy i wszyscy po części się go bali, gdyż miał ciągły dostęp do
Hitlera, jednak nie cieszył się wielkim szacunkiem dowódców wojskowych.
Próby zaopatrywania nas drogą lotniczą praktycznie ustały, ponieważ
wielka oś Wschód-Zachód (aleja parad przez Tiergarten) była teraz pod
nieustającym ogniem moździerzy. Ostatni samolot, który tam wylądował,
nie zdołał wzbić się ponownie w powietrze i wciąż tam tkwił, okaleczony
przez ostrzał wroga. Przetransportowanie amunicji dla pięćdziesięciu
tysięcy ludzi było niemożliwe, nie mówiąc już o zrzucaniu jej na
spadochronach. Za pomocą zrzutów dostarczono zaopatrzenie o ogólnej
wadze tylko sześciu ton. Przede wszystkim jednak nie było możliwości
rozdzielenia amunicji po jednostkach.
Sytuacja wyglądała tak, że wciąż kontrolowaliśmy rejon miasta o kształcie hantli. Na wschodzie trzymaliśmy obszar o średnicy około
trzech kilometrów, z Kancelarią Rzeszy w centrum. Uchwytem hantla było
Heerstrasse o długości około ośmiu kilometrów, którą od czasu do czasu
przecinały rosyjskie czołgi. Mimo to, tunel kolejki podziemnej biegnący
pod ulicą wciąż stanowił bezpieczny środek komunikacji z zachodem, gdzie
utrzymywaliśmy kolejny rejon o średnicy około trzech kilometrów wokół
stadionu olimpijskiego. Sektora broniły pododdziały Hitlerjugend, które
z wyjątkowym poświęceniem trzymały most Pichelsdorf na wypadek, gdyby
została podjęta próba przerwania się na zachód. Główny nacisk Rosjan
skierowany był na centrum Berlina, które atakowali z południa, wschodu i północy. Z jakiegoś powodu nie wpadli na prosty pomysł atakowania wzdłuż
Heerstrasse, do której mogli dotrzeć bez wielkiego wysiłku, kierując się
na wschód i po prostu przejeżdżając pod Bramą Brandenburską wprost do
centrum miasta.
Obrońcy stolicy -?nasz 56 Korpus Pancerny i tysięc esesmanów generała
Mohnke broniących Kancelarii Rzeszy -?byli półprzytomni z niewyspania i żyli w świecie pełnym ognia, dymu, śmierci i przerażenia. Większa część
Berlina płonęła niczym pochodnia. Trudy walki w takim samym stopniu
dzielili żołnierze, jak i cywile. Kiedy wzmagał się ostrzał, kobiety
stojące w ogonku po wodę przywierały do ścian budynków, żeby utrzymać
swoje miejsce w kolejce.
Ponieważ tego typu front nie byłby w stanie utrzymać się dłużej niż
kilka dni, Weidling zdecydował się zwrócić z dramatycznym apelem do
Hitlera o pozwolenie na próbę przebicia się na zachód, póki jeszcze
droga i przejście przez most Pichelsdorf były otwarte.
Wraz z von Dufvingiem jeszcze raz przeanalizowaliśmy plan wyłamania się
z Berlina na zachód i północny zachód przez most Pichelsdorf.
Pracowaliśmy przez całą noc, przygotowując rozkazy i przesyłając je do
dywizji. Wystarczyło użyć kryptonimu "Wiosenna Burza", aby wszystko
puścić w ruch.
Nasz plan przebicia w trzech grupach zapewniał realne bezpieczeństwo
Hitlerowi i innym mieszkańcom jego kwatery. Grupa oddziałów szturmowych
SS przy wsparciu tuzina dział samobieżnych miała otworzyć drogę. Około
dwudziestu pięciu wciąż sprawnych czołgów miało otoczyć transportery
opancerzone wiozące Hitlera i jego świtę, aby zapewnić im ochronę na
flankach, zaś piechota, która obecnie walczyła z Rosjanami we wschodnich
sektorach miasta, miała stanowić tylną straż. Plan zakładał, że operacja
rozpocznie się o północy, i że nad ranem będziemy poza miastem.
Wyrywaliśmy się z okrążenia już wcześniej, na Śląsku, i wiedzieliśmy, że
ci, którzy przemieszczają się transporterami opancerzonymi w środku
grupy bojowej, przejeżdżają bezpiecznie. Wydostawszy się z Berlina
musielibyśmy maszerować kilka dni na północny zachód w kierunku Lubeki.
Rosyjskie lotnictwo nie stanowiło wielkiego zagrożenia, gdyż z reguły
działało bardzo nieskutecznie, choć z pewnością można było się
spodziewać, że zrzucą nam na głowy kilka bomb.
Około północy generał Weidling i ja zebraliśmy mapy i ruszyliśmy w stronę kwatery Hitlera. Na zewnątrz było jeszcze bardziej niebezpiecznie
niż zwykle.
Rosjanie od rana trzymali most Lichtenstein i można było założyć, że
przed końcem dnia całe Tiergarten będzie w ich rękach.
Pociski rosyjskiej artylerii eksplodowały wszędzie wokół, powodując
drżenie ziemi i wyrzucając wysoko w górę ziemię, płyty chodnikowe, cegły
i inne szczątki, które po chwili spadały z powrotem w dół, raniąc
wszystkich w zasięgu. Ryk płomieni buchających z palących się budynków i łoskot walących się ścian był przerażający. Gnaliśmy od bramy do bramy
krótkimi skokami, aby uniknąć nie tylko odłamków pocisków
artyleryjskich, ale i ognia karabinowego i broni maszynowej. Dla mnie,
mającego dwadzieścia osiem lat, bieg nie był wielkim wyzwaniem, ale
pięćdziesięciosiedmioletniemu generałowi Weidlingowi przychodziło to już
z większym trudem.
W kwaterze Hitlera nie musieliśmy już oddawać broni osobistej, gdyż
wszyscy znali nas tam doskonale. Gdy zeszliśmy do samej kwatery,
pokonując po schodach kilka pięter w dół, zaczynała się akurat odprawa
poświęcona aktualnej sytuacji. Hitlerowi zapowiedziano przybycie
Weidlinga i generał został natychmiast zaproszony do środka. Pozostałem
w dużym, sąsiednim pomieszczeniu wraz ze szczegółowymi mapami, których
mógł potrzebować mój dowódca. W bunkrze pachniało wilgocią i odgłos
małego silnika napędzającego system wentylacyjny słychać było bez
przerwy w tle. Wiecznie obecny na miejscy Bormann ponownie zaczął mnie
nagabywać. Zjadłem jedną z jego kanapek i nakreśliłem mu obraz sytuacji
na zewnątrz.
Narada w pokoju odpraw skończyła się po około czterdziestu pięciu
minutach. Wynurzył się stamtąd Hitler, za którym wyszedł Goebbels,
generał Krebs, generał Weidling i kilku innych ludzi. Zasalutowałem i Hitler skierował się w moją stronę.
Gdy się zbliżył, jego wygląd mnie zaszokował. Był zgarbiony, jego lewa
ręką była przygięta i w widoczny sposób drżała. Połowa jego twarzy była
obwisła zupełnie jak po udarze i mięśnie po tej stronie nie pracowały.
Trzęsły mu się obie dłonie, jedno oko miał opuchnięte. Wyglądał jak
bardzo stary człowiek, przynajmniej dwadzieścia lat starszy, niż jego
pięćdziesięt sześć lat.
Weidling przedstawił mnie Hitlerowi:
-?Major Knappe, mój oficer operacyjny.
Hitler uścisnął mi rękę i powiedział:
-?Weidling powiedział mi, przez co tam przechodzicie. Wiem, że było wam
bardzo ciężko.
Będąc przyzwyczajony do odpowiadania "tak jest, panie generale",
automatycznie powiedziałem "tak jest, panie..." i dopiero wtedy,
orientując się, że nie jest to stosowny zwrot, szybko poprawiłem się,
mówiąc "jawohl, mein Führer."
Hitler uśmiechnął się blado, a Goebbels od ucha do ucha. Tylko Weidling
zrobił grymas, gdyż jego podwładny popełnił towarzyski nietakt.
Hitler pożegnał się, raz jeszcze uścisnął mi rękę i zniknął, kierując
się gdzieś w stronę pomieszczeń Goebbelsa. Mimo, iż jego zachowanie nie
było apatyczne, jego wygląd był żałosny. Był teraz niczym innym, niż
karykaturą siebie sprzed lat. Zastanawiałem się, jak to możliwe, że
przez krótkie sześć lat ów idol całej mojej generacji młodych ludzi stał
się takim ludzkim wrakiem. Dotarło do mnie wtedy, że Hitler jest wciąż
jeszcze żywym symbolem Niemiec, ale takich Niemiec, jak wyglądają one
dzisiaj. W ciągu tych samych sześciu lat kwitnący, pełen aspiracji kraj
stał się stertą szczątków i gruzu.
Wraz z Weidlingiem opuściłem bunkier przez podziemne korytarze
Kancelarii Rzeszy. Udało nam się znaleźć bezpieczne przejście piwnicami
aż do okna wychodzącego na Hermann-Göring Strasse.
-?Zaaprobował plan? -?zapytałem z niepokojem.
-?Nie -?odpowiedział Weidling ze złością. -?Ale chodzi o sposób, w jaki
to zrobił.
Człowiek, którego nieraz widziałem, jak zachowuje spokój nawet w najbardziej niesprzyjających okolicznościach był tak wściekły, że drżał
mu głos.
-?Wysłuchał mojej propozycji, a potem powiedział: "Nie, Weidling. Nie
chcę ryzykować śmierci na ulicy, jak pies." Nasi ludzie na jego rozkaz
umierali na ulicach Europy przez ostatnie sześć lat -?na jego rozkaz!
Sugerowanie, że tego rodzaju śmierć jest w jakimś sensie niehonorowa,
jest z jego strony obrzydlistwem!
Weidling wpadł w taką furię, że przestał zwracać uwagę na środki
ostrożności. Gdyby ktoś nas podsłuchał i doniósł o tym, co mi właśnie
powiedział, jego życie znalazłoby się w wielkim niebezpieczeństwie.
Ale nasi żołnierze umierali na ulicach Berlina każdego dnia i każdej
nocy od momentu, gdy tylko przybyliśmy do stolicy, a przedtem umierali
na ulicach innych miast. Taki brak szacunku wobec żołnierzy, którzy
codziennie poświęcali swe własne życie tylko po to, aby Hitler mógł
pożyć jeden dzień dłużej, wzbudził we mnie gniew. Od początku wojny
zginęło wielu ludzi służących pod moimi rozkazami. Mój własny brat oddał
życie za "wodza i ojczyznę". Nic więc dziwnego, że Weidling był
wściekły. Obaj byliśmy na wojnie od samego początku i obaj widzieliśmy
niezliczone ofiary w czasie tych prawie sześciu lat walki. Jako
żołnierze musieliśmy akceptować wizję śmierci, nawet naszej własnej,
gdyby nadeszła taka chwila, i było to naturalną częścią naszego życia.
Akceptowaliśmy ten fakt, jako cenę, jaką musimy zapłacić za wiarę w sprawę, którą uważaliśmy za słuszną, przynajmniej na początku. Być może
dopiero teraz, w ostatniej chwili, zaczynaliśmy jasno widzieć, za jakim
człowiekiem poszliśmy.
Gdy następnego dnia zameldowałem się w bunkrze Hitlera z codziennymi
mapami sytuacyjnymi i zobaczyłem go, gdy przechodził z jednego pokoju do
drugiego, moja ręka mimowolnie powędrowała w kierunku kabury. Odczuwałem
straszliwie silną chęć zabicia go i położenia kresu wszelkim
cierpieniom. Było to łatwe do wykonania, ponieważ wewnątrz bunkra nie
miał ochrony. Nie wydostałbym się stamtąd żywy, ponieważ strażnicy z SS
stali przy wszystkich wejściach i wyjściach, niemniej z łatwością mogłem
go zabić. I z pewnością to nie strach przed śmiercią zatrzymał mi rękę w połowie drogi do pistoletu. Wraz z odrzuceniem planu przebicia się z Berlina mój los i tak był przypieczętowany i nie mogłem go uniknąć.
Rosjanie podczas marszu przez Rzeszę rozstrzeliwali niemieckich oficerów
po każdej bitwie. Tak czy inaczej mój los dopełni się za kilka dni. W tej jednej sekundzie, w której byłem zmuszony podjąć decyzję, musiałem
instynktownie dojść do wniosku, że nie powinienem ryzykować robienia z Hitlera męczennika i jednocześnie być może przyłożyć się kreowania
kolejnej legendy o "ciosie w plecy."
Pod koniec kwietnia nie mieliśmy już żadnych szans na obronę Berlina.
Straszliwe, beznadziejne walki uliczne trwały nadal, ale nasze dywizje
nie liczyły więcej ludzi niż bataliony, nasze morale upadało i nie
mieliśmy już prawie amunicji. Teoretycznie do obrony miasta mieliśmy
cztery dywizje, ale w rzeczywistości każda z nich liczyła mniej, niż
połowę stanu, wliczając w to mnóstwo rannych. Biorąc pod uwagę
Hitlerjugend i Volkssturm, mogliśmy mieć dostateczną ilość ludzi dla
czterech pełnych dywizji, ale Volkssturm składał się ze starszych ludzi,
zaś Hitlerjugend z dzieci (chociaż trzeba przyznać, że oddziały
Hitlerjugend wykazały się pewną skutecznością w działaniach obronnych).
Nawet gdybyśmy dysponowali czterema pełnymi, doświadczonymi i wypoczętymi dywizjami, wciąż bylibyśmy tylko jednym korpusem walczącym z dwoma grupami armii!
I wreszcie, pomijając wszystkie inne czynniki, wiedzieliśmy, że nie
otrzymamy więcej amunicji.
Przebywanie na zewnątrz budynków stawało się teraz coraz bardziej
niebezpieczne, albowiem rosyjskie czołgi jeździły po całym mieście, a niemieccy niszczyciele czołgów polowali na nie z pancerfaustami. Jedni i drudzy strzelali jak wściekli na wszystkie strony. Przemieszczenie się
dokądkolwiek w mieście oznaczało gonitwę z ukrycia do ukrycia, od bramy
do bramy, wspinanie się na hałdy gruzu, omijanie rumowisk i rozkładających się ciał. Gdy żołnierz codziennie omija ludzkie ciała i czasami na nie następuje, jego wrażliwość nieuchronnie zaczyna się
przytępiać. Zaczynałem się zastanawiać, czy można nas jeszcze nazwać
ludźmi.
Ryk szalejącej bitwy wypełniał nasze dni i noce. Zwykle mogliśmy
rozpoznać rodzaj używanej broni po dźwięku, jaki wydawała. Pociski z moździerzy wydawały powolne odgłosy, artyleria nieco szybsze, a najcięższa artyleria najszybsze. Rzecz jasna eksplozje pocisków
wielkiego kalibru były znacznie głośniejsze niż wybuchy pocisków lekkiej
artylerii czy moździerzy. Po dźwięku rozpoznawaliśmy także kierunek, z którego nadlatywał pocisk i rodzaj dźwięku podpowiadał nam, czy pocisk
przeleci nam nad głowami, czy też wybuchnie w naszym sąsiedztwie. Po
jakimś czasie zmysły automatycznie dostrajały się do tych odgłosów i nasze reakcje stały się instynktowne.
Wciąż nie porzucaliśmy pomysłu wyrwania się z Berlina. Jasne było, że
grupowe przebicie się może się powieść wyłącznie przy założeniu, że
moglibyśmy dotrzeć do mostu Pichelsdorf bez ciężkich walk. Dywizje
nalegały, aby rozpocząć manewr jak najszybciej. Morale żołnierzy
podskoczyło, gdy dowiedzieli się o takiej ewentualności. Weidling
napierał na Krebsa, by ten wywarł nacisk na Hitlera w kwestii przebicia
się, ale Krebs twierdził, że nie da się zmusić Hitlera do zmiany zdania.
Jego odmowa oznaczała marnowanie cennych godzin i dni, w czasie których
Rosjanie bez przerwy wzmacniali pierścień wokół miasta, szczególnie od
strony zachodniej.
Rozdział 6
29 KWIETNIA Rosjanie znajdowali się mniej, niż
pięćset metrów od Kancelarii Rzeszy. Z ledwością byłem w stanie ukraść
pełną godzinę snu na dobę. Praca zawsze trwała nieprzerwanie:
przyjmowanie meldunków i sporządzanie zbiorczych raportów, pisanie
rozkazów, wydawanie instrukcji, kreślenie szkiców i map, odbieranie i wykonywanie telefonów i zajmowanie się niekończącym się szeregiem
przeróżnych szczegółów, o które trzeba było zadbać. Dowiedzieliśmy się,
że 12 Armia Wencka została ostatecznie odrzucona i wraz z tą informacją
bezpowrotnie wyparowała nadzieja na jakąkolwiek zmianę położenia.
Obecnie wszyscy chcieli pokładać nadzieję na zmiany polityczne w rosnących tarciach między zachodnimi aliantami i Rosjanami. Ale czy na
tym etapie mogłoby to być jakąś pomocą dla nas, nawet gdyby taka zmiana
nastąpiła? Weiss, Freytag-Loringhoven i Boldt odpowiedzieli na to
pytanie negatywnie, gdy po południu opuścili tonący okręt, udając się
tunelami kolejki, a następnie przez jezioro Wannsee, aby wywieźć z Berlina ostatnią wolę Hitlera. Jednakże nie wspomnieli mi nawet słowem o swoich planach, chociaż rozmawiałem z nimi codziennie; o ich odejściu
dowiedziałem się dopiero po fakcie.
Na Bendlerstrasse pojedynczy członkowie personelu sztabowego, którzy nie
mieli do wykonania żadnej pilnej pracy, organizowali imprezy, dosłownie
tańcząc na wulkanie z kobietami z pomocniczych służb łączności. Dla mnie
ulgą było ponowne pogrążenie się w obowiązkach. Ujawniły się też inne
gorączkowe działania na nowym polu: każdy chciał wykorzystać fakt
przebywania w tak bliskim sąsiedztwie Wydziału Personalnego Najwyższego
Dowództwa Wojsk Lądowych i otrzymać wyższe odznaczenie lub nawet awans.
Von Dufvinga promowano wtedy na stopień pułkownika, ale akurat on poza
wszelką wątpliwością całkowicie na to zasłużył. Jednak inne awanse były
szczodrze rozdawane w ostatniej chwili. Również proces nadawania
odznaczeń uległ przyspieszeniu, jeśli dotyczyły one odwagi w walce o Berlin. Kilkakrotnie byłem świadkiem, jak czternasto-piętnastoletni
członkowie Hitlerjugend odbierali swoje Żelazne Krzyże za zniszczenie
rosyjskich czołgów.
Weidling zaczął teraz rozważać samodzielne przebicie się -?bez członków
sztabu Hitlera, jeśli nie chcieli zabrać się z nami. Jednak podjęcie
takiej decyzji nie było dla niego łatwe i nie do końca mógł sobie z tym
poradzić. Praktycznie porzuciliśmy już wszelką nadzieję na wydostanie
się z kupy gruzu, w jaką obrócił się Berlin, gdy nagle, rankiem 30
kwietnia, zadzwoniono z kwatery Hitlera -?dla odmiany zadziałała jakimś
cudem jedna z naszych linii -?z żądaniem, abym niezwłocznie zameldował
się w bunkrze i jeszcze raz wyłożył schemat czasowy planu przebicia się.
Wyruszyłem natychmiast.
W wiosennym listowiu parku Tiergarten niezmiennie rwały się pociski,
unicestwiając wszystko wokół. Nieprzerwanie słychać było trzask broni
strzeleckiej. Oślepiające promienie słońca kładły się na ponurej scenie:
na trawnikach Tiergarten, pod okaleczonymi stuletnimi drzewami
rozpoznałem działa artyleryjskie -?wszystkie rozniesione bezpośrednimi
trafieniami. Artylerzyści, którym zabrakło szczęścia, leżeli wokół nich
tak zmasakrowani, że ciała z ledwością przypominały ludzkie szczątki. Na
ulicach wszędzie walały się trupy, widoczne spod stert pokrytego pyłem
gruzu. Tu i tam leżały same buty. Kiedy zobaczyłem we Francji pierwszego
poległego żołnierza, pamiętam jak bardzo byłem wtedy zszokowany jego
widokiem. Teraz moje zmysły były tak otępiałe, że ciała stawały się
tylko kolejnymi przeszkodami, nad którymi trzeba było przejść. W momencie, kiedy zatrzymałem się na moment, aby chwycić oddech i przeczekać, aż salwa pocisków artyleryjskich przeleci mi nad głową,
wychwyciłem wzrokiem widoczny w najdrobniejszych detalach ludzki tors
lub może jego część, tkwiący pomiędzy cegłami, kamieniami i odpryskami
betonu. Nie mogłem sobie jednak pozwolić, by takie szczegóły zaprzątały
moją uwagę. Musiałem spróbować w jednym kawałku przeskoczyć
Hermann-Göring Strasse -?razem z moimi papierami. Może jednak Hitler w końcu zdecydował wyrwać się z Berlina?
Tym razem nie musiałem wytrzymywać uprzejmości Bormanna. W pokoju narad
Hitlera czekał na mnie generał Krebs. Rozłożyłem nasze mapy i raz
jeszcze wyjaśniłem szczegóły naszego planowanego wyłamania się ze
stolicy. Krebs zadał mi mnóstwo pytań dotyczących harmonogramu działań.
Najbardziej interesowało go, z jakim wyprzedzeniem trzeba będzie
powiadomić dywizje o rozpoczęciu operacji. Powiedziałem mu, że wszystko
zostało przygotowane i że możemy rozpocząć działania dzisiejszej nocy, o ile rozkaz zostanie wydany natychmiast, ale na rozkręcenie operacji
potrzebne będzie czternaście godzin. Jeżeli chcemy liczyć na powodzenie,
decyzja musi być podjęta bardzo szybko -?jutrzejszej nocy może być już
za późno. Krebs zaznaczył, że Hitler jest wciąż przeciwny
przedsięwzięciu, ale on chciałby jeszcze raz spróbować go przekonać.
Zapowiedział, że powiadomi nas o rezultatach swoich wysiłków. Tak więc
wszystkie nasze nadzieje spełzły na niczym. Oznaczało to bowiem, że
Krebs do tej pory nawet nie próbował wpłynąć na Hitlera!
Z ciężkim sercem wróciłem na Bendlerstrasse. Godziny mijały bez żadnych
wieści i bez słowa informacji z kwatery Führera na temat rzucenia w eter
hasła operacji, które rozpoczęłoby ruch naszych jednostek. Gdy przyszło
południe, wiedzieliśmy już, że na przeprowadzenie akcji najbliższej nocy
będzie już za późno. A być może jutro będzie już za późno na cokolwiek.
Jednakże linia obrony, niemal niewytłumaczalnie, trzymała się mocno.
Dlaczego Rosjanie w ogóle upierali się przy atakach w najbardziej
niedostępnych miejscach? Przez Szprewę przy Klinice Charité oraz przez
kanał Landwehr i Lützowufer? Przez Plac Poczdamski i Leipziger Strasse,
gdzie esesmani generała Mohnke bronili bezpośrednich podejść do
Kancelarii Rzeszy?
Rosjanie najwidoczniej chcieli zdobyć Reichstag i kancelarię Rzeszy tak
szybko, jak tylko się da. Mieliśmy szczęście, że nie zdawali sobie
sprawy, iż najprostsza droga szybko zaprowadziłaby ich prosto do celu!
Za każdym razem, gdy nanosiłem aktualną sytuację na mapy, byłem
zdumiony, że rosyjski sztab generalny nie jest w stanie tego dostrzec.
30 kwietnia Rosjanie uchwycili Reichstag, a następnie skoncentrowali
wysiłki na kilkuset metrach terenu dzielących ich od Kancelarii Rzeszy,
które były zaciekle bronione. Oddziały SS generała Mohnke i resztki 56
Korpusu Pancernego broniły bunkra z wielkim poświęceniem. Mimo, iż
jedynym możliwym efektem tego oporu mogła być wyłącznie ich śmierć,
obrońcy ciągle walczyli.
Około godziny dziewiętnastej przybył adiutant generała Krebsa z poleceniem, aby Weidling udał się do kwatery Hitlera wraz z niewielkim
personelem pomocniczym. Cokolwiek to było, oznaczało jakąś zmianę. Teraz
i tak nic już nie mogło pogorszyć sytuacji. Weidling zdecydował, że
zabierze ze sobą von Dufvinga, oficera łącznikowego i pisarza. Ja miałem
pozostać na miejscu, nanieść na mapy aktualną sytuację i udać się w ślad
za nimi najpóźniej do następnego ranka.
1 maja, około godziny szóstej rano, z kwatery Hitlera przybył major
Kirsch, nasz oficer łącznikowy przy generale Mohnke. Donosił o bardzo
dziwnych rzeczach.
Brzmiało to nieprawdopodobnie, ale Weidling był najwyraźniej
przetrzymywany w sztabie Hitlera wbrew swojej woli. Wyglądało to na
rodzaj jakiegoś aresztu domowego!
Zebrałem mapy i ponownie wyruszyłem w straszny marsz na Vostrasse,
trzymając się rozkazów, które uprzednio wydał mi Weidling.
W pokoju narad Szefa Sztabu Generalnego Armii spotkałem Weidlinga, von
Dufvinga oraz innych członków naszego sztabu. Weidling wyglądał jakoś
zupełnie inaczej. Wydarzyło się coś, co kompletnie wytrąciło z równowagi
tego człowieka, którego nie była w stanie złamać nawet najbardziej
beznadzieja sytuacja na polu walki. Weidling po cichu powiedział mi, że
ostatniej nocy Goebbels poinformował go, iż Hitler, poślubiwszy
uprzednio Ewę Braun, wraz z nią zażył truciznę, jednocześnie strzelając
sobie w głowę. Nikt z nas nie wiedział przedtem o Ewie Braun, ale teraz
dotarło do mnie, że musiała być jedną z tych kobiet w bunkrze, które
wziąłem za sekretarki. Ich ciała zawinięto w dywan, oblano benzyną i spalono na dziedzińcu Kancelarii Rzeszy, aby nie wpadły w ręce Rosjan.
Goebbels ściągnął Weidlinga do bunkra, aby ten dowodził stamtąd swoimi
oddziałami.
Wpadłem w osłupienie. Z jakiegoś powodu nigdy nie przyszło mi do głowy,
że Hitler mógłby popełnić samobójstwo. Jeśli planował ze sobą skończyć,
dlaczego nie zrobił tego dawno temu, gdy stało się jasne, że wojna jest
przegrana? Dlaczego tak wielu ludzi musiało umierać bezsensowną
śmiercią, i to wręcz do ostatniej chwili, gdy Rosjanie pukali już do
drzwi bunkra? Tego typu egoizm był dla mnie czymś niepojętym.
Goebbels, jako najstarszy rangą minister Rzeszy w Berlinie, przejął
pałeczkę i najwyraźniej obawiał się, że Weidling może podjąć działania
na własną rękę.
Weidling powiedział mi, że nie wolno mu opuszczać bunkra. Żebym nie
utknął w podobny sposób, poradził mi, abym utrzymywał naszą siedzibę na
Bendlerstrasse i stanowił ogniwo łączące go z dywizjami. Powiedział, że
spróbuje uzyskać zgodę na wyjście z okrążenia dziś w nocy. Poinformował
mnie także, że poprzedniej nocy Krebs i von Dufving udali się do Rosjan,
aby wybadać warunki przerwania walki (obaj mówili po rosyjsku), jednak
Rosjanie nalegali na bezwarunkową kapitulację.
Von Dufving zdradził mi szczegóły swojej podróży przez linię frontu. Po
śmierci Hitlera, Krebs natychmiast skontaktował się przez radio z rosyjskim dowództwem i spytał, czy niemiecka delegacja może przekroczyć
Wilhelmstrasse celem podjęcia rozmów. Następnie Krebs, który w przeszłości był wojskowym attaché w Moskwie, poszedł wzdłuż
Wilhelmstrasse w towarzystwie von Dufvinga, miejscami korzystając z tunelu metra. Przejęli ich rosyjscy oficerowie i odwieźli do kwatery
generała Czujkowa.
Rosjanie, którzy zachowywali się przyzwoicie, pozostali jednak
niewzruszeni w swych żądaniach bezwarunkowej kapitulacji i wydania
Hitlera (o którego śmierci wtedy jeszcze nie wiedzieli), Goebbelsa i innych cywilów odpowiedzialnych za wojnę.
Następnego ranka Krebs wydał zgodę na podjęcie próby wyrwania się z miasta w nocy na 2 maja. Weidling wydał Refiorowi rozkaz ogłoszenia
sygnału "Wiosenna Burza". Obecnie było już jednak za późno na podjęcie
masowej, centralnie dowodzonej próby przebicia się w jednym kierunku.
Zamiast tego, o godzinie wpół do dziesiętej wieczorem, poszczególne
dywizje miały rozpocząć działania w różnych kierunkach i na własną rękę.
Decyzję co do tego, czy dołączyć do przebijających się, czy też wybrać
rosyjską niewolę, Weidling pozostawił dowódcom dywizji i każdemu
żołnierzowi.
Brygada Mohnke zamierzała odejść około dziewiątej trzydzieści wieczorem,
zebrać się na stacji metra przy Friedrichstrasse i wyrwać się z miasta w kierunku północnym. Weidling zadecydował, że personel naszego sztabu
dołączy do tej grupy i poinstruował mnie, abym przygotował wszystkich do
wymarszu z Bendlerstrasse o godzinie dwudziestej. Rzecz jasna, aby
dotrzeć do Kancelarii Rzeszy, będziemy musieli się przebijać.
Obsada Kancelarii Rzeszy, lub raczej ci, którzy tam pozostali, także
zamierzali dołączyć do generała Mohnke. Krebs i Burgdorf postanowili
zostać na miejscu i popełnić samobójstwo. W czasie mojej przechadzki po
kancelarii wszędzie widziałem rannych, którymi zajmowali się wojskowi
sanitariusze i siostry Czerwonego Krzyża. Esesmani raczyli się takimi
delikatesami, jak puszkowane kiełbaski, piwo i napoje gazowane.
Oczywiste było, że nadszedł ostateczny koniec. Plany obmyślały teraz
raczej pojedyncze osoby, niż dowódcy. O godzinie dziewiętnastej
trzydzieści zasiadłem do "ostatniej kolacji" z tymi z najbliższej świty
Hitlera, którzy wciąż jeszcze byli obecni w podziemnym bunkrze. Przy
stole siedzieli ze mną: Martin Bormann, admirał Voss (oficer łącznikowy
Kriegsmarine reprezentujący admirała Dönitza), ambasador Hewel
(przedstawiciel von Ribbentropa ze strony Ministerstwa Spraw
Zagranicznych) i pięć czy sześć kobiet, których nazwisk nie znałem, a które musiały być sekretarkami. Poza nimi były jeszcze dwie lub trzy
osoby. Na kolację była herbata, wojskowy chleb, puszkowana, peklowana
wołowina i pasztetowa. Oczywiście rozmowa koncentrowała się wokół
oczekiwanego przebicia się przez rosyjskie linie. Ponieważ byłem
oficerem z dużym doświadczeniem bojowym i tym samym "ekspertem" w grupie, bombardowano mnie najróżniejszymi pytaniami.
Wygląd całej grupy był niezwykły, gdyż wszyscy ubrali się frontowo.
Bormann chyba nie czuł się komfortowo w mundurze szeregowca, który miał
na sobie. Admirał i ambasador także założyli mundury prostych żołnierzy.
Nawet kobiety były ubrane w uniformy. Podejście kobiet było
fantastyczne.
Nic nie można było poradzić na to, co się stało. Hitler nie żył i dla
wszystkich było to szokiem, z którym ledwie sobie radzili. Przebywali z nim od lat i teraz prawdopodobnie odczuwali w głowach pustkę, nie mogąc
pogodzić się z tym, co zaszło.
W czasie posiłku, około godziny dwudziestej przyszedł Goebbels wraz z małżonką, aby pożegnać się z personelem. Jedna z sekretarek szepnęła mi
do ucha, iż dzieci Goebbelsów, które jeszcze po południu biegały po
bunkrze, poszły już na śmierć. Zachowanie pani Goebbels, biorąc pod
uwagę okoliczności, było pełne opanowania. Dr Goebbels także zachowywał
zaskakujący spokój. Zadziwiało mnie, iż oboje byli w stanie tu przyjść i spokojnie się pożegnać mając świadomość tego, co właśnie zrobili i tego,
co za chwilę nastąpi. Jednak nie okazywali wzruszenia i głos im nie
drżał. Z powagą na twarzach życzyli wszystkim powodzenia w przyszłości.
Uścisnęli wszystkim ręce i bez widocznego wzruszenia odwrócili się i poszli holem w kierunku siedziby Ministerstwa Propagandy Rzeszy, aby tam
odebrać sobie życie.
Mimo, iż Weidling poczynił przygotowania do przebicia się wraz z brygadą
generała Mohnke, chciał przedtem udać się na Bendlerstrasse, żeby
pomówić z członkami sztabu i dać każdemu możliwość wyboru między walką i kapitulacją. Wciąż jeszcze było jasno. Rosjanie zajęli już Reichstag i rzucili wszystkie siły w kierunku Kancelarii Rzeszy. Walki koncentrowały
się teraz w okolicy Tiergarten. Byliśmy teraz celem ognia artylerii oraz
ostrzału z broni maszynowej i strzeleckiej. Nie czekałem na Weidlinga,
gdyż dwóch ludzi stanowiło dwa razy większy cel, niż jeden. Nie mieliśmy
wsparcia, a ostrzeliwanie się z naszych rachitycznych pistoletów nie
miało sensu. Najlepszym rozwiązaniem było skupienie się na
przedstawianiu jak najmniejszego, ruchomego celu i docieranie żywym do
kolejnej osłony. Skakałem od ukrycia do ukrycia całkiem zwinnie.
Weidling, który był dwa razy starszy ode mnie, nie był w stanie poruszać
się tak szybko.
Ta niezwykle niebezpieczna i wyczerpująca fizycznie gonitwa w połączeniu
z wydarzeniami ostatnich dwudziestu czterech godzin musiały wykończyć
Weidlinga nerwowo. Być może swoją rolę odegrała też relacja von Dufvinga
o poprawnym zachowaniu Rosjan. Jakie by nie były powody, po dotarciu do
bunkra na Bendlerstrasse Weidling zakomunikował, że nie chce się
przebijać, lecz zamiast tego podda się Rosjanom.
Powiedziałem mu, że w takim razie chciałbym odejść, ponieważ nie miałem
zamiaru się poddawać i zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami powinienem
wziąć udział w próbie wyrwania się z miasta wraz z brygadą generała
Mohnke. Weidling naskoczył na mnie, wybuchając straszną wściekłością. To
był ten jeden, jedyny raz, kiedy się na mnie wściekł, najwidoczniej
dlatego, że wydawało mu się, iż po powrocie z kwatery Hitlera chcę go
porzucić -?nie powiedział tego jednak głośno.
Z pewnością jednak nie miał prawa oskarżać o tchórzostwo żołnierza,
który przetrwał tyle bojów i był tyle razy ranny, co ja. Powiedziałem mu
to w dość zdecydowanej formie. Prawdopodobnie obaj byliśmy na skraju
załamania nerwowego. Człowiek może wytrzymać tylko tyle, ile może, a my
z pewnością wystawiliśmy nasz system nerwowy na poważną próbę.
Być może Weidling potraktował moją chęć ucieczki z Berlina jako krytykę
jego decyzji, gdyż godzinę wcześniej sam przecież uzgodnił z generałem
Mohnke, że dołączy do niego wraz z całym naszym sztabem. Rzecz jasna
przedostając się do Kancelarii Rzeszy ponieślibyśmy straty, ale
większość z nas przemknęłaby się z powodzeniem. Tak czy inaczej,
Weidling zabronił mi opuszczania bunkra przed godziną dwudziestą drugą
(do tego czasu, jak powiedział, będę mu potrzebny). Wtedy oczywiście
będzie już za późno, aby dołączyć do grupy generała Mohnke. Rozkazem tym
przypieczętował mój los i uniemożliwił mi podjęcie próby uniknięcia
rosyjskiej niewoli. Wciąż czułem się na tyle żołnierzem, że uważałem
podporządkowanie się rozkazom za coś oczywistego, więc dezercja i ucieczka z Berlina na własną rękę nie wchodziły w rachubę. Gdzieś w środku jednak kipiała we mnie wściekłość.
Wciąż była do wykonania praca: przygotowanie do kapitulacji, spalenie
dokumentów i akt (oficjalnego dziennika bojowego 56 Korpusu Pancernego i prywatnych dokumentów majora Wolffa) oraz wydanie rozkazów o zaprzestaniu oporu wszystkim jednostkom, z którymi jeszcze można było
nawiązać kontakt. Po tym, jak von Dufving pokrótce zrelacjonował
"stosowne traktowanie", jakiego doświadczył poprzedniej nocy ze strony
Rosjan, prawie wszyscy członkowie sztabu byli zgodni, że należy się
poddać bez przedłużania walki, a następnie pomaszerować do rosyjskiej
niewoli. Dokładne rozkazy dotyczące złożenia broni i udania się do
niewoli miały zostać przygotowane po ponownych negocjacjach von Dufvinga
z Rosjanami.
Nawiązanie kontaktu radiowego nastąpiło dość szybko. O północy von
Dufving, jako pośrednik w rozmowach, miał być odebrany przez Rosjan na
moście Bendlera. Miał prosić o honorową kapitulację naszych oddziałów,
natychmiastowe zawieszenie ognia, ochronę cywilów przed aktami terroru,
prawo do zatrzymania żywności i rzeczy osobistych przez każdego
żołnierza i możliwość pozostania oficerów ze swymi jednostkami.
Na dziedzińcu paliły się ogniska, w których płonęły wszystkie papiery
Naczelnego Dowództwa Wojsk Lądowych. Było mi szczególnie przykro, że z dymem szły wszystkie moje akta personalne, gdyż zawsze byłem bardzo
dumny z przebiegu swej służby wojskowej. Ale lata, podczas których byłem
zawodowym żołnierzem, właśnie dobiegały końca.
Po powrocie von Dufvinga od Rosjan, Weidling zebrał członków sztabu i powiedział im, że podjęte ustalenia zakładają złożenie broni następnego
dnia rano.
Napisałem list do Lilo i zaadresowałem kilka kopii do różnych krewnych,
ponieważ nie miałem pojęcia, kto z nich pozostał jeszcze przy życiu.
Rozdałem listy kilku kobietom z Pomocniczej Służby Łączności oraz
siostrom Czerwonego Krzyża, którym Rosjanie obiecali nieskrępowaną
możliwość podróży. Następnie po raz ostatni zjadłem posiłek przygotowany
przez mojego ordynansa: zieloną fasolę na miękko, gotowaną szynkę i frytki. Wypiłem także dwa kieliszki szampana. Na wszelki wypadek mój
ordynans załadował mi plecak żywnością, a manierkę wypełnił koniakiem.
Wreszcie sporządziłem spis moich rzeczy osobistych, aby zdecydować,
które z nich mogą się najbardziej przydać w życiu jeńca wojennego.
Największym dylematem był wybór pomiędzy śpiworem, a podbitym futrem
szynelem. Moje poprzednie doświadczenia z lodowatymi rosyjskimi zimami
wciąż były świeże w pamięci i decyzja o wyborze szynela przeważyła,
mimo, że lato ledwie zdążyło się zacząć. Wymieniłem mój szyty na miarę
uniform na regulaminowy mundur, wiedząc, że nie będzie zwracał uwagi i okaże się bardziej wygodny. Na wierzch wciągnąłem kombinezon czołgisty,
aby ukryć czerwone lampasy na spodniach, które mogły się okazać
problemem. Moje najlepsze koszule i bieliznę, trochę żywności,
fotografie i listy oraz kilka paczek papierosów przeznaczonych na
wymianę, uzupełniały mój bagaż. Chociaż wyrzuciłem mnóstwo rzeczy, mój
plecak wciąż ważył około piętnastu kilogramów. Oprócz tego miałem
ciężki, podbity futrem szynel. Jednak zawsze mogłem pozbyć się części
rzeczy później, jeśli zaszłaby taka potrzeba.
Oczywiste było, że teraz nie było już mowy o jakimkolwiek śnie. Spałem
podczas nawał artyleryjskich i spałem wiedząc, że atak nieprzyjaciela
jest nieunikniony, jednak tym razem niepewność tego, co nas czekało,
spędzała sen z powiek. Wyszedłem na zewnątrz, w berlińską noc. Przyjemna
wiosenna noc kontrastowała z ruinami płonącymi wokół nas. Otaczała mnie
jakaś upiorna cisza. Po tygodniach bezustannego ryku bitwy wydawała się
być niemal namacalna. Gdy mój wzrok prześlizgiwał się po ruinach, które
mnie otaczały, w głowie przemknęło mi pytanie: "Jakim kosztem?" Koszt
tej wojny wykraczał poza zwykłą ludzką zdolność pojmowania. Czy tamtej
nocy czułem się w jakiś sposób za to odpowiedzialny? Czy czułem
jakiekolwiek wyrzuty sumienia?
Wtedy jeszcze nie -?chociaż przyszły one później, kiedy dowiedziałem się
o wielu rzeczach, o których owej nocy nie miałem pojęcia. Póki co,
żałowałem tylko, że przegraliśmy wojnę i skupiałem się na priorytetach,
którymi było przetrwanie tego, co czekało mnie w najbliższej
przyszłości.
Tamtej berlińskiej nocy, w gęstniejącej ciemności, w głowie kłębiło mi
się tysięc pytań dotyczących mojego dalszego losu. Jeśli mnie nie
zastrzelą, jak będzie wyglądało moje życie jeńca armii rosyjskiej? Jak
długo trwać będzie niewola? Jak się zakończy? Wiedziałem, że gdy
odbijaliśmy z rąk Rosjan niemieckie miasta, często dowiadywaliśmy się,
że bolszewicy mordowali niemieckich oficerów wziętych do niewoli.
Czułem, że muszę się pogodzić z tym, iż moje życie dobiega końca.
Najważniejsze było teraz to, co działo się w domu. Czy wszyscy
przetrwali boje w Lipsku?
Pytanie to zrodziło kolejne znaki zapytania, większe i pilniejsze: czy
powinienem starać się uniknąć niewoli? Czy należało teraz w pojedynkę
wgramolić się na zwały gruzu i próbować dotrzeć do domu? Rozważałem
możliwość ukrycia się w ruinach z dostatecznym zapasem jedzenia i picia
na kilka dni, przeczekania, aż sytuacja się uspokoi i podjęcia próby
ucieczki do Lipska. Wiedziałem jednak, że Rosjanie będą szukać tych,
którzy zdecydują się na taki krok. Znałem rozmieszczenie rosyjskiego
pierścienia wokół stolicy i, jako oficer operacyjny w czasie obrony
Berlina, byłem świadom istnienia wąskich gardeł, które powstały wszędzie
po wysadzeniu mostów. Nie miałem żadnych wątpliwości, że nie ma
najmniejszych szans na skuteczne opuszczenie Berlina.
Wyjąłem z kabury pistolet, rozłożyłem go na części i rozrzuciłem je jak
najdalej w różnych kierunkach. Nie chciałem, aby broń stała się pamiątką
dla jakiegoś rosyjskiego żołnierza. Ten symboliczny akt był równoznaczny
z ostateczną rezygnacją i kapitulacją.
Stałem w ciemności i ze zdumieniem słuchałem pobliskiego świergotu
drozdów. Jakże długo nie słyszałem tego typu dźwięków! Wydawało się
niepojęte, że ptaki mogły przetrwać tę ostateczną bitwę. Była wiosna i drozdy będą teraz szykować się do odchowania nowych piskląt. Czy może
nastąpić odrodzenie po tak nieludzkich zniszczeniach? W moim obecnym
stanie umysłu nie wierzyłem w to. W każdym bądź razie mój świat się
skończył.