Czerwona Seria. Soldat. Refleksje niemieckiego żołnierza - Siegfried Knappe

Kup ebooka

49.00 zł
40.90 zł (40,90 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Rozdział 7

Nad­szedł świt i musie­li­śmy prze­łknąć gorzką pigułkę, jaką było pod­da­nie się Rosja­nom. 2 maja 1945 roku o godzi­nie pią­tej pięć­dzie­sięt pięć, nasza broń została zło­żona na stosy i wszy­scy poma­sze­ro­wa­li­śmy kolumną w sza­rej ber­liń­skiej mżawce. Szedł tam sztab kor­pusu Weidlinga i pewna liczba ludzi z łącz­no­ści (tech­ni­ków łącz­no­ści radio­wej i tele­fo­nicz­nej), któ­rzy pozo­stali na Ben­dler­strasse po tym, jak kwa­terę Naj­wyż­szego Dowódz­twa Wojsk Lądo­wych prze­nie­siono poza Ber­lin. Wokół nas roz­po­ście­rał się obraz total­nego znisz­cze­nia. Deszcz mżył, a więk­sza część mia­sta wciąż pło­nęła, ata­ku­jąc nasze noz­drza i oczy gry­zą­cym dymem.

Weidling poje­chał już samo­cho­dem do kwa­tery rosyj­skiego gene­rała Czuj­kowa w pobliżu lot­ni­ska Tem­pel­hof. Zają­łem się for­mo­wa­niem oddzia­łów w szyk i upew­nie­niem się, że nikt nie ma przy sobie broni. Puł­kow­nik von Dufving, puł­kow­nik Refior, major Wolff i ja popro­wa­dzi­li­śmy kolumnę na koniec Ben­dler­strasse, nie­cały blok od sie­dziby sztabu, gdzie Rosja­nie cze­kali na nas po dru­giej stro­nie kanału Lan­dwehr. Kanał miał około trzy­dzie­stu metrów sze­ro­ko­ści i strome, beto­nowe nabrzeża po obu stro­nach. Kie­dyś odby­wał się na nim ruch barek. Most na kanale był znisz­czony, ale wiel­kie wiązki kabli, które zawie­szone były pod mostem, wciąż tam wisiały. Były tam kable tele­fo­niczne i elek­tryczne, grube i cien­kie, we wszyst­kich kolo­rach, scho­dzące pod zie­mię na obu brze­gach kanału.

Wiązka kabli o gru­bo­ści około metra, zwią­za­nych razem, two­rzyła kładkę i wysoki rangą ofi­cer rosyj­ski prze­szedł na nasza stronę. Von Dufving zasa­lu­to­wał i zło­żył mu mel­du­nek.

Rosja­nin pomó­wił z von Dufvin­giem i wró­cił na drugą stronę kanału. Na prze­ciw­le­głym brzegu, przy kilku jeepach pro­duk­cji ame­ry­kań­skiej, cze­kały dwa tuziny rosyj­skich żoł­nie­rzy z pisto­le­tami maszy­no­wymi. Nasza kolumna, idąc gęsiego, prze­szła kanał po kładce z kabli. Gdy sta­ną­łem na dru­gim brzegu, pomy­śla­łem, że jest to sym­bo­liczny koniec mojego życia. Gdy docho­dzi­li­śmy do prze­ciw­le­głego nabrzeża, rosyj­scy żoł­nie­rze z pisto­le­tami maszy­no­wymi uśmie­chali się od ucha do ucha. Jeden z nich powie­dział "Hitler kaputt!" i wszy­scy roze­śmiali się rado­śnie. Cie­szyli się ze swo­jego suk­cesu na całego, tak jak cie­szyłby się każdy zwy­cię­ski żoł­nierz.

Von Dufving zamie­nił kilka słów z rosyj­skim ofi­ce­rem, po czym zwró­cił się do Refiora, Wolffa i mnie z infor­ma­cją, iż będziemy prze­wie­zieni do kwa­tery gene­rała Czuj­kowa, odda­lo­nej o około trzy kilo­me­try. Jed­nakże zanim do tego doszło, zawie­ziono nas kilka domów dalej, do sztabu rosyj­skiej dywi­zji, gdzie poka­zano nas per­so­ne­lowi, który przy­glą­dał nam się z ogromną cie­ka­wo­ścią.

Kwa­tera gene­rała Czuj­kowa znaj­do­wała się w bocz­nej ulicy w pobliżu lot­ni­ska Tem­pel­hof, w oko­licy zamiesz­ka­łej przez bogat­sze war­stwy klasy śred­niej.

Sama sie­dziba sztabu Czuj­kowa mie­ściła się na pierw­szym pię­trze dużego apar­ta­men­towca zbu­do­wa­nego na początku wieku. Kilku młod­szych rosyj­skich ofi­ce­rów popro­wa­dziło nas kory­ta­rzami do dużego pokoju, gdzie cze­kał na nas gene­rał Weidling, któ­remu von Dufving zamel­do­wał o zor­ga­ni­zo­wa­nym spo­so­bie prze­mar­szu i odda­nia się do nie­woli przy moście. Następ­nie poja­wił się szef sztabu Czuj­kowa i wresz­cie sam Czuj­kow. Zasa­lu­to­wa­li­śmy i to samo uczy­nił Czuj­kow. Czuj­kow popro­sił Weidlinga o spo­rzą­dze­nie pisem­nego roz­kazu, naka­zu­ją­cego zło­że­nie broni tym wszyst­kim żoł­nie­rzom nie­miec­kim w mie­ście, któ­rzy jesz­cze sta­wiali opór. Przy­nie­siono nie­miecką maszynę do pisa­nia i wystu­ka­łem na niej podyk­to­wany przez Weidlinga roz­kaz (w arty­kule, który w póź­niej­szym okre­sie prze­czy­ta­łem, rosyj­ski pisarz Ilja Eren­burg błęd­nie opi­sy­wał, iż roz­kaz był pisany przez sekre­tarkę o blond wło­sach -?byłem co prawda blon­dy­nem, ale nie kobietą, no i byłem majo­rem sztabu gene­ral­nego). Zgod­nie z pole­ce­niem Rosjan, roz­kaz był pisany przez kalkę w kilku kopiach i Weidling zło­żył swój pod­pis na wszyst­kich egzem­pla­rzach. Rosja­nie zatrzy­mali jedną kopię, zaś resztę wrę­czyli Wolf­fowi i mnie. Weidling, von Dufving i Refior zostali następ­nie zapro­szeni do Rosjan na uro­czy­ste śnia­da­nie w kwa­te­rze Czuj­kowa, nato­miast ja i major Wolff dostar­czy­li­śmy roz­kazy do wciąż wal­czą­cych oddzia­łów nie­miec­kich. Śnia­da­nie było naj­wi­docz­niej ucztą zwy­cię­stwa. Jestem pewien, że Weidling, von Dufving i Refior nie mieli na nie ochoty, ale w ich sytu­acji nie mogli nie przy­jąć zapro­szenia.

Poje­cha­łem jed­nym z ame­ry­kań­skich jeepów w towa­rzy­stwie rosyj­skiego kapi­tana do sztabu rosyj­skiego kor­pusu, a następ­nie do sztabu dywi­zji. Wszę­dzie wpa­try­wano się we mnie z ogrom­nym zacie­ka­wie­niem. W dowódz­twie kor­pusu mówiący po nie­miecku rosyj­scy ofi­ce­ro­wie wypy­ty­wali mnie o Hitlera i Göringa. Powie­dzia­łem im, że Hitler nie żyje, i że nie wiem, gdzie może znaj­do­wać się Göring. Mia­łem wra­że­nie, że z tru­dem docie­rał do nich fakt, iż oto poko­nali Niemcy, a Ber­lin leży u ich stóp.

Jeden z rosyj­skich ofi­ce­rów w sie­dzi­bie sztabu dywi­zji zapy­tał mnie po nie­miecku:

-?Co pan ma do powie­dze­nia w kwe­stii Oświę­ci­mia?

Kiedy zapy­ta­łem go, co ma na myśli, ze zło­ścią zapy­tał:

-?A co z Ber­gen-Bel­sen? Co z Tre­blinką? Co z Buchen­wal­dem?

Twarz poczer­wie­niała mu ze zło­ści. Owe nazwy nic mi nie mówiły i nie mogłem zro­zu­mieć, dla­czego tak się dener­wuje. W końcu wykrzyk­nął:

-?Niech pan nie udaje, że pan nie rozu­mie! -?i wybiegł z pokoju.

Rosyj­ski kapi­tan i ja uda­li­śmy się następ­nie do sztabu rosyj­skiego bata­lionu ulo­ko­wa­nego na sta­cji kole­jo­wej Anhal­ter, w oko­licy któ­rej wciąż trwał opór. Zabrano mnie do grupy nie­miec­kich jeń­ców wojen­nych i poin­stru­owano, abym wybrał spo­śród nich dwóch żoł­nie­rzy, któ­rzy prze­każą pisemne roz­kazy gene­rała Weidlinga. Powie­dziano mi, żebym zapew­nił ich, iż ci, któ­rzy zaniosą roz­kazy otrzy­mają pisemne zezwo­le­nie na uda­nie się do domu. Póź­niej nauczy­łem się, by nie dawać wiary tego typu obiet­ni­com, ale na tym eta­pie nie mia­łem powodu, by nie wie­rzyć w szcze­rość owych zapew­nień. Zachęta spra­wiła, że nie bra­ko­wało ochot­ni­ków i wybra­łem dwóch sier­żan­tów. Wrę­czy­łem im białą flagę oraz kopię roz­kazu gene­rała. Mieli dostar­czyć ją do nie­miec­kiego dowódcy w "Europa Haus", wiel­kiego budynku biu­ro­wego w pobliżu. Patrzy­łem, jak zni­kają, idąc wzdłuż torów kole­jo­wych ze sta­cji Anhal­ter w kie­runku, gdzie toczyła się walka. Potem rosyj­ski kapi­tan i ja uda­li­śmy się do innego bata­lionu, gdzie powtó­rzy­li­śmy całą pro­ce­durę, i wresz­cie do trze­ciego bata­lionu. Dziś jestem pewien, że Rosja­nie ni­gdy nie dotrzy­mali słowa danego tym ludziom. Szybko nauczy­łem się, że są gotowi obie­cać wszystko, aby tylko ktoś zro­bił to, na czym im zależy, a następ­nie, jak dopną swego, po pro­stu igno­rują wszel­kie przy­rze­cze­nia. Na doda­tek była to nie­bez­pieczna misja, gdyż bro­niący się Niemcy praw­do­po­dob­nie byli eses­ma­nami zde­ter­mi­no­wa­nymi, by wal­czyć do ostat­niego czło­wieka i goto­wymi strze­lać do każ­dego, kto by im w tym prze­szko­dził.

Rosyj­ski kapi­tan odwiózł mnie następ­nie do kwa­tery Czuj­kowa. Po dro­dze mija­li­śmy rejon, w któ­rym dzień wcze­śniej toczyły się bar­dzo zacięte boje. Ulice zawa­lone były wypa­lo­nymi wra­kami czoł­gów, mar­twymi końmi i cia­łami ludzi. Rosyj­skie i nie­miec­kie trupy leżały obok sie­bie. W pamięci utkwiło mi dwóch mar­twych żoł­nie­rzy rosyj­skich, leżą­cych na bal­ko­nie. Wyda­wało się, że utkwili w nas spoj­rze­nie swych pozba­wio­nych życia oczu, pod­czas gdy ich krew bar­wiła smu­gami ścianę poni­żej bal­konu. Ogar­nęło mnie straszne uczu­cie nie­po­koju, ponie­waż jecha­łem jeepem z rosyj­skim ofi­ce­rem, byłem na łasce Rosjan i w pew­nym stop­niu odpo­wia­da­łem za to, co się stało z tymi dwoma, choć rzecz jasna nie bra­łem bez­po­śred­niego udziału w wal­kach ulicz­nych, jako ofi­cer szta­bowy dowo­dząc walką i odpo­wia­da­jąc za oli­wie­nie machiny oporu.

Było to dla mnie bar­dzo nie­przy­jemne uczu­cie, lecz towa­rzy­szący mi Rosja­nin zda­wał się nie zwra­cać uwagi na zabi­tych. Ogól­nie rzecz bio­rąc, zacho­wa­nie rosyj­skich ofi­ce­rów było bez zastrze­żeń. Musieli rzecz jasna widzieć, jak trak­to­wał nas Czuj­kow i jego sztab, tak więc zacho­wy­wali się podob­nie.

Kiedy przy­by­li­śmy z powro­tem do kwa­tery Czuj­kowa, Weidlinga już tam nie było. Na miej­scu pozo­stał von Dufving i Refior. Zapro­wa­dzono mnie do sali ban­kie­to­wej, gdzie wielki stół zasta­wiony był sma­ko­ły­kami. Popro­szono, abym się czę­sto­wał. Był tam szam­pan, tar­te­letki z kawio­rem, mięsa wszel­kich moż­li­wych rodza­jów, sery i gene­ral­nie wszel­kie rodzaje jedze­nia, jakie tylko można sobie wyobra­zić.

Major Wolff także zdą­żył już wró­cić i był tam ze mną, więc sko­rzy­sta­li­śmy ze spo­sob­no­ści, by coś zjeść. Ni­gdy nie wia­domo, kiedy będzie oka­zja do następ­nego posiłku. Po tym spóź­nio­nym śnia­da­niu naka­zano nam zabrać nasze rze­czy, zapa­ko­wano nas do jeepa i pod­wie­ziono w pobliże masze­ru­ją­cej kolumny nie­miec­kich jeń­ców. Roz­ka­zano nam, aby­śmy do nich dołą­czyli.

Przez cały dzień Wolff i ja masze­ro­wa­li­śmy w kolum­nie wraz z innymi jeń­cami. Nie obyło się bez prze­ra­ża­ją­cego momentu, gdy w cza­sie prze­mar­szu przez zale­sioną oko­licę rosyj­ski straż­nik wycią­gnął mnie z kolumny i gestami naka­zał mi, abym oddał mu swoje buty.

Sądząc, że nie prze­trwam bez butów, posta­wi­łem wszystko na jedną kartę i zaczą­łem krzy­czeć na Rosja­nina, ruga­jąc go tak, jak robił­bym to z nie­miec­kim żoł­nie­rzem, który wła­śnie się źle zacho­wał. Podzia­łało! Rosja­nin instynk­tow­nie strze­lił obca­sami, a ja szybko wto­pi­łem się w kolumnę zanim zdą­żył odzy­skać mowę. Była to wielce ryzy­kowna zagrywka i praw­do­po­dob­nie dość głu­pia, bo mógł mnie po pro­stu zastrze­lić, zabrać buty i nikogo by to nie obcho­dziło. Ale tym razem się udało i w danym momen­cie tylko to się liczyło.

Tej nocy przy­by­li­śmy do dużego, impro­wi­zo­wa­nego obozu, ogro­dzo­nego dru­tem kol­cza­stym. Była to fabryka cementu i zara­zem duża żwi­row­nia, poło­żona na przed­mie­ściach Ber­lina, w oko­licy Rüdersdorf.

W obo­zie zakwa­te­ro­wano ponad tysięc osób. Na tere­nie znaj­do­wało się kilka dużych budyn­ków, w któ­rych można było skryć się przed desz­czem. Wolff i ja zna­leź­li­śmy sobie jakiś kąt i po pro­stu cze­ka­li­śmy na roz­wój wyda­rzeń. Obaj mie­li­śmy ze sobą zapas żyw­no­ści, więc nie bra­ko­wało nam jedze­nia, cho­ciaż przez pierw­sze dni Rosja­nie nie zapew­niali żad­nego wyży­wie­nia.

Kom­pleks, w któ­rym nas prze­trzy­my­wano był ogromny. Wszystko, co nam na początku udo­stęp­niono to woda i latryny. Nie do końca speł­niały one warunki sani­tarne, ale Rosja­nie robili, co mogli, gdyż bar­dzo oba­wiali się wybu­chu epi­de­mii. Mimo, że nie było łazie­nek ani mydła, mie­li­śmy nie­ogra­ni­czony dostęp do bie­żą­cej wody, a na tere­nie żwi­rowni palił się ogień i tym spo­so­bem można było pod­grze­wać wodę.

Wolff i ja zba­da­li­śmy teren całego obozu. Nie było nic innego do roboty. Po nie­ludz­kim tem­pie, w jakim przez kilka ostat­nich mie­sięcy toczyło się nasze życie, tego typu wymu­szona bez­czyn­ność nie­malże wykań­czała nas ner­wowo. Musia­łem tłu­mić w sobie chęć zerwa­nia się na równe nogi i odda­nia się jakie­muś zaję­ciu; z tru­dem przy­cho­dziło nam zaak­cep­to­wać fakt, że nie mie­li­śmy co robić. Pró­bo­wa­łem powstrzy­mać się przed myśle­niem o kon­se­kwen­cjach prze­gra­nej wojny, o naj­bliż­szej przy­szło­ści i o tym, co musiało nadejść.

Przez ten czas mia­łem oka­zję lepiej poznać Wolffa. Miał pod trzy­dziestkę, pra­wie sto osiem­dzie­sięt cen­ty­me­trów wzro­stu, ciemne włosy, nie­bie­skie oczy i wieczny uśmiech na twa­rzy.

Wolff miał ze sobą tro­chę kawy i pudełko wyśmie­ni­tych cygar, więc popo­łu­dniami, o szes­na­stej, goto­wa­li­śmy tro­chę wody i wypa­la­li­śmy po cyga­rze. Były tak dobre, że umó­wi­li­śmy się, iż będziemy to robić każ­dego popo­łu­dnia tak długo, jak będziemy razem. Nie mie­li­śmy poję­cia, co się wyda­rzy, jak długo będziemy tam prze­by­wać i czy w ogóle pozo­sta­niemy przy życiu, tak więc codzien­nie o szes­na­stej parzy­li­śmy kawę i zasia­da­li­śmy do holen­der­skich cygar "Rit­me­ester". Stało się to naszym codzien­nym rytu­ałem, godziną, w któ­rej mogli­śmy pomó­wić o rodzi­nach i o domu, o przy­szło­ści i o tym, co się praw­do­po­dob­nie wyda­rzy i czy kie­dy­kol­wiek dane nam będzie zna­leźć się znowu wśród bli­skich. Tak naprawdę nie pali­łem tyto­niu, ale w tych pierw­szych dniach w obo­zie, w cza­sie tej jed­nej godziny i przy wspo­min­kach i roz­mo­wach o domu i przy­szło­ści, stało się to czymś spe­cjal­nym. Poza tym nasze życie w obo­zie było bar­dzo mono­tonne i nudne. Czas upły­wał na roz­mo­wach z innymi jeń­cami, cią­głym licze­niu nas, itd. Spa­li­śmy na ziemi, ale mogli­śmy schro­nić się pod dachem, gdy pogoda się psuła. Będąc nagle uwol­niony od odpo­wie­dzial­no­ści za cią­głe podej­mo­wa­nie decy­zji, zapa­dłem na swo­isty głód snu i wyda­wało mi się, że cią­gle mam go za mało.

Dzień po tym, jak minęły dwa tygo­dnie naszego pobytu w obo­zie, moje nazwi­sko zostało wywo­łane przez gło­śniki: "Major Knappe ma się zamel­do­wać przy bra­mie". Pomy­śla­łem sobie: "A więc to teraz... teraz mnie roz­strze­lają". Na myśl o śmierci nie czu­łem żad­nych spe­cjal­nych sen­sa­cji. Zgi­nęło tak wielu ludzi, więc będę tylko jesz­cze jed­nym. Uści­sną­łem Wolf­fowi rękę i poże­gna­łem się z nim. Zapi­sał mój adres na wypa­dek, gdyby udało mu się wró­cić do domu. Zabra­łem mój ple­cak i posze­dłem w kie­runku bramy. Tam, obok jeepa, cze­kał na mnie komen­dant obozu wraz z rosyj­skim majo­rem. Komen­dant powie­dział po pro­stu, "Pro­szę iść z majo­rem". Wsie­dli­śmy do jeepa i poje­cha­li­śmy do Köpenick. Poza mną i majo­rem był tam jesz­cze kie­rowca i straż­nik z pisto­le­tem maszy­no­wym.

Zatrzy­mali pojazd przed pię­cio­pię­tro­wym budyn­kiem miesz­kal­nym. Zabrano mnie na trze­cie czy czwarte pię­tro, które oka­zało się swo­istym "aresz­tem domo­wym" dla nie­miec­kich ofi­ce­rów. Nie zna­łem żad­nego z nich, ale było ich tam około tuzina. Nie­któ­rzy byli gene­ra­łami, inni wyso­kimi ofi­ce­rami szta­bo­wymi, a nie­któ­rzy ofi­ce­rami łącz­no­ści. Trak­to­wano nas cał­kiem dobrze. W poko­jach były łóżka, a poszcze­gólne apar­ta­menty były wypo­sa­żone w kuch­nie. Otrzy­ma­li­śmy pro­dukty żyw­no­ściowe do przy­rzą­dza­nia posił­ków. Wyglą­dało to o wiele lepiej, niż obóz przy żwi­rowni, zamiesz­kały przez tysięc jeń­ców, z całym swoim pyłem, bru­dem, ści­skiem i mizerną szansą na umy­cie się.

Po tylu mie­się­cach gorącz­ko­wej aktyw­no­ści wszyst­kim nam z tru­dem przy­cho­dziło przy­sto­so­wa­nie się do bez­czyn­no­ści. Opo­wia­da­li­śmy sobie histo­rie z ostat­nich mie­sięcy, ale poza goto­wa­niem posił­ków i wyko­rzy­sty­wa­niem oka­zji do bliż­szego pozna­nia się nawza­jem, nie było nic do roboty. Raz dzien­nie pozwa­lano nam na godzinny spa­cer wokół podwó­rza na tyłach budynku i wtedy pil­no­wali nas uzbro­jeni straż­nicy. Zdją­łem moje woj­skowe spodnie i cho­dzi­łem w spodniach do kon­nej jazdy z czer­wo­nymi lam­pa­sami sztabu gene­ral­nego. Rosyj­scy straż­nicy przy tyl­nym wej­ściu, gdy wcho­dzi­łem i wycho­dzi­łem z budynku, zawsze mi salu­to­wali, naj­praw­do­po­dob­niej bio­rąc mnie za gene­rała wła­śnie z powodu tych lam­pa­sów. Musieli być zdu­mieni, jak mło­dzi bywają nie­któ­rzy nie­mieccy gene­ra­ło­wie!

Jed­nym z nas był stary gene­rał, mający pew­nie z sie­dem­dzie­sięt lat, który odszedł na eme­ry­turę całe wieki temu. Miesz­kał w Ber­li­nie i ktoś z jego sąsia­dów powie­dział Rosja­nom, że jest gene­rałem, więc zmu­sili go do zało­że­nia mun­duru i przy­wieźli tutaj. Fakt, iż czło­wieka w jego wieku przy­wie­ziono do tego dość wygod­nego miej­sca, był dla niego szczę­śli­wym zbie­giem oko­licz­no­ści.

Z okien apar­ta­men­towca mogli­śmy obser­wo­wać ulicę przed budyn­kiem. Tył bloku wycho­dził na Szprewę, zaś mię­dzy rzeką a budyn­kiem roz­cią­gały się ogrody. Odle­głość mię­dzy Szprewą a budyn­kiem wyno­siła kil­ka­set metrów. Rzeka w tym miej­scu miała może jakieś dwie­ście metrów sze­ro­ko­ści. Zde­cy­do­wa­łem, że spró­buję uciec i prze­pły­nąć rzekę. Nie mia­łem poję­cia, co może mnie cze­kać po prze­ciw­nej stro­nie, ale przy­naj­mniej zawsze była jakaś nadzieja, że nie będzie tam Rosjan. Sądzi­łem, że poczy­na­jąc od dru­giego brzegu będę mógł ukry­wać się za dnia i poko­ny­wać krót­kie dystanse w nocy (do Lip­ska mia­łem stąd około dwu­stu kilo­me­trów). Po dru­giej stro­nie rzeki także roz­cią­gały się ogrody, a w każ­dym stała nie­wielka szopa na narzę­dzia. Myśla­łem, aby pierw­szej nocy ukryć się w jed­nej z nich. Mia­łem też nadzieję, że od miesz­ka­ją­cych tam ludzi dostanę jakieś cywilne ubra­nia. Zrzą­dze­niem losu nasz apar­ta­men­to­wiec był ostat­nim w sze­regu i gdyby wybu­do­wano następny blok, jego ściana przy­le­ga­łaby do ściany naszego budynku. Mogli­śmy swo­bod­nie się poru­szać, więc zaczą­łem badać oko­licę, aby dowie­dzieć się wszyst­kiego, co mogłoby być pomocne w ucieczce. Na pod­da­szu zna­la­złem gruby sznur do roz­wie­sza­nia bie­li­zny, na tyle długi, by się­gnął do ziemi. Zorien­to­wa­łem się rów­nież, że z pod­da­sza da się usu­nąć kilka dachó­wek. Mógł­bym zacze­pić tam linę i spu­ścić ją w dół po śle­pej ścia­nie na końcu naszego budynku.

Zaczą­łem obser­wo­wać straż­ni­ków, aby usta­lić sche­mat ich zacho­wa­nia. Zauwa­ży­łem, że co pewien czas dwaj straż­nicy docho­dzą do końca budynku w tym samym cza­sie, co spra­wia, że prze­ciw­le­gły koniec nie jest wtedy obser­wo­wany. Usta­li­łem, że zmiana warty przed budyn­kiem i na jego tyłach odbywa się o jed­nej porze i war­tow­nicy z reguły spę­dzają tam razem kilka minut na poga­węd­kach. Straże patro­lo­wały front i tył apar­ta­men­towca, ale nie pil­no­wały jego boku. Pil­nie obser­wo­wa­łem więc war­tow­ni­ków i obli­cza­łem czas ich przej­ścia. Wyli­czy­łem, że jeśli roze­gram wszystko dokład­nie, będę w sta­nie zejść po linie na dół i ukryć się w wyso­kich zaro­ślach na końcu budynku do czasu, aż obaj straż­nicy znajdą się na dru­gim końcu bloku, lub do czasu, aż zostaną zamie­nieni. Wtedy dotrę do rzeki, prze­płynę na drugą stronę i ukryję się w jed­nej z szop na narzę­dzia. Będę musiał zro­bić to nocą i będzie to musiała być bez­k­się­ży­cowa noc. Nie­stety, w tym okre­sie księ­życ świe­cił dość jasno, więc mogłem tylko cze­kać cier­pli­wie na jakąś ciemną noc. Wszystko inne było gotowe.

W końcu nad­szedł czas, kiedy poczu­łem, iż kolejna noc będzie dosta­tecz­nie ciemna. Tego ranka jed­nak, w cza­sie gdy jedli­śmy śnia­da­nie, nad­szedł rosyj­ski ofi­cer odpo­wia­da­jący za budy­nek. Na jego twa­rzy gościł sze­roki uśmiech. Gdy mnie ujrzał, roz­pro­mie­nił się jesz­cze bar­dziej.

-?Majo­rze Knappe, szczę­ściarz z pana! -?powie­dział. -?Jedzie pan do Moskwy!

Dla Rosja­nina podróż do Moskwy była czymś wspa­nia­łym; dla mnie jed­nak nie była to rów­nie fan­ta­styczna per­spek­tywa. Tej nocy, zamiast prze­pły­wać Szprewę w dro­dze ku moż­li­wej wol­no­ści, będę lądo­wać w Moskwie. Rosja­nin popro­sił mnie, abym był gotów na godzinę dzie­siątą. W pośpie­chu napi­sa­łem list do Lilo i dałem go sta­remu gene­ra­łowi, który uda­wał się do domu, i który zapro­po­no­wał, że zabie­rze list.

Na lot­ni­sku Tem­pel­hof wsa­dzono mnie na pokład ame­ry­kań­skiego samo­lotu trans­por­to­wego DC-3 po brzegi wypeł­nio­nego łupami, które Rosja­nie zabie­rali do Moskwy. Pasa­że­ro­wie -?około tuzina rosyj­skich ofi­ce­rów i żoł­nie­rzy -?sie­dzieli na zro­lo­wa­nych, dro­gich dywa­nach. Zasta­na­wia­łem się, czy mogły to być te same dywany, po któ­rych stą­pa­łem wraz z gene­ra­łem Weidlin­giem w pod­zie­miach kwa­tery Hitlera. W momen­cie wsia­da­nia na pokład rosyj­scy żoł­nie­rze gapili się na mnie, ale potem zupeł­nie mnie zigno­ro­wali.

Samo­lot ode­rwał się od ziemi, zato­czył łuk w ośle­pia­ją­cym czerw­co­wym słońcu i skie­ro­wał się na wschód, w stronę ogrom­nego Związku Radziec­kiego. Serce ści­skało mi się na myśl, że oto prze­pa­dła ostat­nia szansa na łatwą ucieczkę. Mia­łem wra­że­nie, że im wyżej wznosi się samo­lot, tym szyb­ciej ulat­niają się moje nadzieje na wol­ność. Moim następ­nym przy­stan­kiem miała być Moskwa i los, który pozo­sta­wał wielką nie­wia­domą.

Lecie­li­śmy nad tymi samymi tere­nami, po któ­rych masze­ro­wa­łem jako młody porucz­nik i dowódca bate­rii arty­le­rii, gdy zaata­ko­wa­li­śmy Rosję w 1941 roku -?było to dokład­nie cztery lata wcze­śniej. W 1941 roku poko­na­nie tej samej odle­gło­ści, którą dzi­siaj możemy prze­le­cieć w kilka godzin, zajęło nam sześć mie­sięcy -?konno i na wła­snych nogach. Oczy­wi­ście po dro­dze musie­li­śmy toczyć boje, ale walki nie były wtedy zbyt zacięte, przy­naj­mniej dopóki w dro­dze do Moskwy nie minę­li­śmy Smo­leń­ska.

Nie mogłem prze­stać myśleć o tym, czy kie­dy­kol­wiek dane mi będzie odbyć podróż w prze­ciwną stronę, choć jed­no­cze­śnie byłem pewien, że Rosja­nie zastrzelą mnie, gdy już wydo­będą ze mnie wszystko, co będzie im potrzebne.

A prze­cież wszystko zaczęło się tak obie­cu­jąco.

Moje myśli ule­ciały do początku 1936 roku, kiedy to ukoń­czy­łem gim­na­zjum Petri i wraz z czte­rema przy­ja­ciółmi wybra­łem się w Sudety na narty, aby świę­to­wać ode­bra­nie naszych dyplo­mów.

Rozdział 8

Droga zaczy­nała piąć się w górę coraz bar­dziej stromo i sta­wała się coraz bar­dziej kręta, zaś widoki za każ­dym kolej­nym zakrę­tem były wspa­nial­sze, niż za poprzed­nim. W samo­cho­dzie było nas pię­ciu: Frie­drich Wer­ner, Hans Lie­belt, Sieg­fried Ebert, Ernst Micha­elis i ja. Tydzień wcze­śniej, 6 marca 1936 roku, wszy­scy ukoń­czy­li­śmy naukę w naszym gim­na­zjum. Dzie­więć lat wcze­śniej, w wieku dzie­się­ciu lat, poszli­śmy razem do szkoły, a od dwóch lat pla­no­wa­li­śmy wspólną wyprawę na narty, aby uczcić jej zakoń­cze­nie.

Frie­drich jak zwy­kle był pełen ener­gii, wzy­wa­jąc wszyst­kich do współ­za­wod­nic­twa, gdy tylko dotrzemy na stok nar­ciar­ski. Utrzy­my­wał przy tym, że nie mamy z nim naj­mniej­szych szans. Wszy­scy jak jeden mąż cze­ka­li­śmy na tę wyprawę pod­eks­cy­to­wani.

W końcu poko­na­li­śmy ostatni, cia­sny zakręt i oto przed nami, poło­żona lekko w dole, otu­lona ślą­skimi Sude­tami, leżała nasza nar­ciar­ska wio­ska. Zna­leź­li­śmy miej­sce, w któ­rym można było pozo­sta­wić samo­chód -?sedan, nale­żący do ojca Lie­belta -?i kie­ru­jąc się zna­kami infor­ma­cyj­nymi oraz obrzu­ca­jąc się po dro­dze śnież­kami, pospie­szy­li­śmy do recep­cji, aby ode­brać klu­cze do naszej chaty z drew­nia­nych bali. Nasze czer­wone z zimna i biegu twa­rze musiały tro­chę wystra­szyć star­szego czło­wieka, na któ­rego wpa­dli­śmy za drzwiami.

-?Witam wszyst­kich -?powie­dział. -?Czym mogę słu­żyć?

Patrzył na nas przy tym badaw­czym okiem zza swo­ich dru­cia­nych oku­la­rów.

-?Rezer­wo­wa­li­śmy jedną z pana drew­nia­nych chat -?powie­dział Ebert. - Rezer­wa­cja na nazwi­sko Sieg­fried Ebert.

-?Popa­trzmy... -?pogrze­bał w sto­sie cze­goś, co wyglą­dało na ścinki gazet. -?Jest tutaj! -?powie­dział. -?Nazy­wam się Hof­fer.

Wycią­gnął rękę, aby się przy­wi­tać, a my po kolei ją ści­ska­li­śmy. Pomimo swo­jego zaawan­so­wa­nego wieku i kru­chej budowy, miał silne dło­nie. Każdy z nas poło­żył na kon­tu­arze swoją część należ­nej opłaty. Hof­fer powoli prze­li­czył pie­nią­dze i sta­ran­nie uło­żył je w sta­rym, drew­nia­nym pudełku zamy­ka­nym na klu­czyk. Następ­nie przej­rzał stos klu­czy i wydo­był z niego ten, któ­rego szu­kał.

-?Oto wasz klucz -?powie­dział. Uśmie­chał się, a jego stare oczy skrzyły się zza oku­la­rów, gdy machał klu­czem przed nosem Eberta. -?Baw­cie się dobrze, chłopcy.

Prze­py­cha­jąc się w drzwiach, wysko­czy­li­śmy na zewnątrz, nie mogąc się docze­kać roz­po­czę­cia naszej przy­gody. Zaczę­li­śmy wypa­ko­wy­wać z samo­chodu nasze bagaże, co spro­wa­dzało się do rzu­ca­nia ich na jedną stertę.

-?Masz, nieś te graty -?roz­le­gła się komenda, po któ­rej coś z łomo­tem tra­fiło mnie w plecy.

Nie musia­łem oglą­dać się za sie­bie, żeby wie­dzieć, że to robota Frie­dri­cha. Jak zwy­kle obej­mo­wał dowódz­two i roz­dzie­lał bagaże, które trzeba było prze­nieść do chaty. Gdy ku satys­fak­cji Frie­dri­cha wszy­scy byli­śmy już równo obju­czeni, roz­po­czę­li­śmy mozolny marsz pod górę w kie­runku naszej chaty z bali. Cho­ciaż tem­pe­ra­tura wyno­siła około -17°C, to wspi­naczka spra­wiła, że obla­li­śmy się potem.

Chata skła­dała się z jed­nego wiel­kiego pokoju w kształ­cie pro­sto­kąta, z jed­nym oknem wycho­dzą­cym na wschód, lub front, i dru­gim, z któ­rego roz­po­ście­rał się widok na stoki po stro­nie zachod­niej. Pół­nocną ścianę zaj­mo­wał wielki komi­nek, wypo­sa­żony w zestaw akce­so­riów do pie­cze­nia mięs, uchwyty z zawie­szo­nymi czaj­ni­kami i meta­lowy kojec z patel­niami, garn­kami, ron­dlami i innymi naczy­niami, z któ­rych część dodat­kowo roz­wie­szona była na gzym­sie kominka. Na połu­dnio­wej ścia­nie znaj­do­wały się dwa pię­trowe łóżka. Zawczasu poin­stru­owano nas, aby­śmy zabrali ze sobą śpi­wory i poduszki.

-?A teraz na narty! -?wykrzyk­nął Frie­drich.

Pędem wydo­by­li­śmy nasze narty spod sterty bagażu. Wystar­czyło przejść dosłow­nie kilka kro­ków i już byli­śmy na stoku. Zjeż­dża­li­śmy w dół, by następ­nie z tru­dem gra­mo­lić się pod górę tylko po to, by nie móc się oprzeć poku­sie ponow­nego zjazdu.

Zabawę powta­rza­li­śmy do momentu, gdy nawet czoł­ga­nie się przy­cho­dziło nam z tru­dem. W końcu mie­li­śmy dosyć i wró­ci­li­śmy do chaty. Posta­no­wi­li­śmy zjeść coś we wsi, gdyż byli­śmy zbyt zmę­czeni, aby goto­wać samemu.

Aro­maty uno­szące się w restau­ra­cji wywo­łały gło­śne bur­cze­nie w naszych pustych żołąd­kach. W środku nie było klien­tów i wyda­wało się, że nie ma też obsługi. Nas nato­miast po pro­stu trzę­sło z głodu. Frie­drich i ja prze­chy­li­li­śmy się do tyłu na naszych krze­słach.

-?Uwa­żaj­cie na meble! -?roz­legł się zna­jomy głos pana Hof­fera, który poja­wił się dosłow­nie zni­kąd. Krze­sła bły­ska­wicz­nie powró­ciły do wła­ści­wej pozy­cji na czte­rech nogach.

-?Czo­łem chło­paki! Nie chce wam się goto­wać, co? Nie ma pro­blemu, moja mał­żonka was nakarmi.

Chwilę póź­niej do sali wpa­dła pani Hof­fer i poin­for­mo­wała nas, co możemy zjeść.

Wie­dząc, że za chwilę pojawi się kola­cja, roz­sie­dli­śmy się wygod­nie. Spoj­rza­łem przez okno. Zza naszego stołu z led­wo­ścią można było dostrzec pod­nóża gór, otu­lone miękką poświatą nie­licz­nych latarń. Za oknem leni­wie zaczął pró­szyć śnieg i wiel­kie białe śnie­żynki, koły­sząc się bez celu, powoli osia­dały na ziemi. Cie­płe wnę­trze kafejki oraz świa­do­mość, że wła­śnie szy­kuje się dla nas posi­łek, spra­wiały, że czu­li­śmy rado­sną swo­bodę, mając jed­no­cze­śnie świa­do­mość, że ktoś o nas dba. Na zewnątrz wiej­ski chło­pak w naszym wieku powoli pro­wa­dził konia zaprzę­żo­nego do sań, zała­do­wa­nych sia­nem. Sta­ru­szek Hof­fer wraz z innym męż­czy­zną w podob­nym wieku roz­po­czy­nali wła­śnie par­tię sza­chów przy sto­liku obok nas. Grze towa­rzy­szyła nie­koń­cząca się dys­ku­sja na tematy zwią­zane z poli­tyką.

Pani Hof­fer wynu­rzyła się z kuchni, popy­cha­jąc sto­lik na kół­kach zała­do­wany potra­wami. Zręcz­nie usta­wiła misy z jedze­niem przed każ­dym z nas i wrę­czyła nam dodat­kowe tale­rze i nie­zbędne sztućce. Nie tra­cąc czasu na zbędne roz­mowy, spraw­nie upo­ra­li­śmy się z każ­dym kęskiem. Miało się wra­że­nie, że wszy­scy zakoń­czy­li­śmy jedze­nie w tym samym momen­cie, bio­rąc jed­no­cze­śnie głę­boki, pełen satys­fak­cji oddech. Pani Hof­fer musiała nas obser­wo­wać z kuchni, ponie­waż poja­wiła się ponow­nie z pustym sto­licz­kiem. Szybko uprząt­nęła naczy­nia i pozo­sta­wiła nas samym sobie, aby­śmy mogli pogrą­żyć się w poobied­niej dys­ku­sji. I wtedy nagle dotarło do nas, że głos pana Hof­fera staje się coraz bar­dziej dono­śny.

-?Hitler wplą­cze nas w kolejną wojnę! -?mówił dobit­nie.

-?Dla­czego tak sądzisz? -?pytał jego part­ner od sza­chów.

-?Ponie­waż Hitler to hazar­dzi­sta, a hazar­dzi­ści ni­gdy nie mają dosyć, dopóki się nie zgrają.

-?Nie rozu­miem, jak możesz tak mówić -?upie­rał się jego kolega. -?Hitler zapew­nił ludziom miej­sca pracy, oży­wił eko­no­mię, ukró­cił poli­tyczne prze­py­chanki, pobu­do­wał auto­strady, wyrzu­cił na śmiet­nik Trak­tat Wer­sal­ski i odro­dził naro­dową dumę. I nawet Nad­re­nię odzy­skał -?star­szy czło­wiek wyli­czał, aż zabra­kło mu odde­chu.

-?I jakim niby spo­so­bem osią­gnął to wszystko? -?zagrzmiał pan Hof­fer. - Zapew­nił miej­sca pracy roz­bu­do­wu­jąc prze­mysł zbro­je­niowy. Jak sądzisz, do czego ma zamiar użyć tych wszyst­kich armat? Będzie je podzi­wiał? A spo­kój na uli­cach zagwa­ran­to­wał wysy­ła­jąc swych prze­ciw­ni­ków poli­tycz­nych -?i przy oka­zji mnó­stwo Żydów -?do obo­zów kon­cen­tra­cyj­nych.

Wszy­scy ukrad­kiem spoj­rze­li­śmy na Micha­elisa, który był Żydem.

-?No, więc dla­czego sądzisz, że Hitler jest hazar­dzi­stą? -?nie ustę­po­wał drugi męż­czy­zna.

-?Jak myślisz, co by się stało, gdyby Fran­cuzi sta­wili opór w momen­cie, kiedy nasze oddziały wkra­czały do Nad­re­nii? -?zapy­tał pan Hof­fer. - Powiem ci: nasze nędzne siły zosta­łyby wyrżnięte w pień. Ale Hitler grał w pokera i zało­żył, że jego prze­ciw­nik nie zorien­tuje się, że wszystko jest ble­fem. Wygrał par­tię i nie­wy­klu­czone, że wygra jesz­cze kolejne. Ale w końcu go ponie­sie, ponie­waż hazar­dzi­ści ni­gdy nie prze­stają grać, gdy wygry­wają. Zawsze obsta­wiają dalej, aż do zupeł­nej prze­gra­nej.

-?Ale on prze­cież tylko przy­wraca nam to, co zabrał nam Trak­tat Wer­sal­ski! -?pro­te­sto­wał jego kolega.

Pan Hof­fer wstał, pod­szedł do kominka i wystu­kał tam popiół ze swo­jej fajki.

-?Nie zatrzyma się -?powie­dział. -?Będzie naci­skał dalej, aż wcią­gnie nas w kolejną wojnę. I jakim kosz­tem? -?odwró­cił się i zama­chał ręką w naszym kie­runku. -?Zapewne kosz­tem życia tych mło­dych chło­pa­ków, jak rów­nież kosz­tem życia milio­nów innych ludzi.

-?Co za stary zrzęda! -?zwró­cił się do nas szep­tem Frie­drich.

-?Nie jestem pewien, czy aby nie ma racji -?cicho ode­zwał się Micha­elis.

Nikt wię­cej nie powie­dział ani słowa. Fakt, że Micha­elis był Żydem spra­wiał, że roz­mowa dwóch sta­rusz­ków napa­wała nas nie­po­ko­jem.

Wró­ci­li­śmy do naszej chaty i roz­pa­li­li­śmy ogień w kominku, gdyż szybko robiło się zimno.

O świ­cie następ­nego dnia, po wypi­ciu her­baty i zje­dze­niu śnia­da­nia, w cza­sie krót­szym niż godzina wspi­na­li­śmy się na zbo­cze, nio­sąc na ramio­nach narty. Gdy sta­nę­li­śmy na szczy­cie, widok w stronę Cze­cho­sło­wa­cji zapie­rał dech w pier­siach -?podob­nie zresztą, jak widok w stronę Nie­miec. Cały dzień jeź­dzi­li­śmy na nar­tach, pędząc w dół po nie­ska­zi­tel­nie czy­stym, skrzą­cym się stoku i pnąc się z powro­tem pod górę z nar­tami na ramio­nach. Na koniec urzą­dzi­li­śmy bieg prze­ła­jowy na nar­tach po tra­sie, którą wyzna­czy­li­śmy sobie poprzed­niego wie­czoru.

Póź­nym popo­łu­dniem mie­li­śmy w końcu dosyć i zje­cha­li­śmy na nie­miecką stronę do naszej chaty. Po roz­pa­le­niu ognia, wsy­pa­li­śmy fasolę do garnka, zala­li­śmy ją wodą i powie­si­li­śmy gar nad ogniem. Obra­li­śmy ziem­niaki i zawie­si­li­śmy je w garnku obok. Wkrótce w obu kocioł­kach bul­go­tała woda, a my cier­pli­wie cze­ka­li­śmy, aż ich zawar­tość się ugo­tuje. Pół godziny póź­niej sztur­chane widel­cem ziem­niaki wyda­wały się być gotowe, ale fasola była wciąż tak samo twarda, jak na początku. Zdję­li­śmy ziem­niaki z ognia i usta­wi­li­śmy gar­nek w pobliżu kominka, aby nie wysty­gły, pod­czas gdy fasola dalej się goto­wała. Po godzi­nie fasolki kotło­wały się w garnku -?wciąż nie­zmien­nie twarde, niczym kamie­nie.

-?Co za fasolę kupi­łeś, Knappe? -?zapy­tał w końcu znie­cier­pli­wiony Frie­drich.

-?Po pro­stu fasolę. Niby dla­czego? Są różne fasole? -?odpo­wie­dzia­łem pyta­niem, czu­jąc się zaże­no­wany.

-?Nie mam poję­cia. Ale jesteś pewien, że aku­rat ta nadaje się do goto­wa­nia? Wisi nad ogniem od pół­to­rej godziny!

-?Zjedzmy ziem­niaki -?zasu­ge­ro­wał Ebert. -?Fasolą zaj­miemy się, jak będzie miękka.

Podzie­li­li­śmy ziem­niaki na pięć rów­nych por­cji i pożar­li­śmy je, dopy­cha­jąc się chle­bem z masłem i kub­kiem świeżo zapa­rzo­nej her­baty. Po jedze­niu poczu­li­śmy się lepiej, cho­ciaż same ziem­niaki nie do końca zaspo­ko­iły nasz głód. Wspól­nie i bez pośpie­chu posprzą­ta­li­śmy bała­gan oraz zala­li­śmy wciąż gotu­jące się fasolki świeżą wodą.

-?Chce­cie tro­chę ame­ry­kań­skiego popcornu? -?zapy­tał Lie­belt, pod­no­sząc się, aby wygrze­bać go ze swo­jego ple­caka.

-?A co to jest? -?zapy­ta­łem.

-?Pokażę ci -?odpo­wie­dział Lie­belt, wra­ca­jąc z torebką małych zia­ren kuku­ry­dzy i ron­dlem. -?Przy­słał nam to mój wuj z Chi­cago. Ziarna pod­grzewa się w ron­dlu, a one ska­czą, otwie­ra­jąc się. Są nie­złe. Zdej­mij­cie tą głu­pią fasolę z ognia, i tak ni­gdy nie będzie nada­wała się do jedze­nia.

Lie­belt wło­żył do ron­dla odro­binę masła, roz­pu­ścił je, po czym napeł­nił ron­del do połowy żół­tymi ziar­nami kuku­ry­dzy. Następ­nie roz­gar­nął pło­nące drewno, poło­żył na nim żela­zną kratkę i ostroż­nie usta­wił na niej ron­del. Popcorn zaczął strze­lać -?naj­pierw powoli, a potem coraz szyb­ciej.

-?Dawaj­cie pokrywkę! -?krzyk­nął Lie­belt, gdy ziarna zaczęły wyska­ki­wać z ron­dla i wpa­dać do ognia.

Sytu­acja wymknęła się spod kon­troli, albo­wiem popcorn strze­lał tak szybko, że jego poziom pod­niósł się znacz­nie ponad brzeg garnka i wszystko wysy­py­wało się do ognia. Lie­belt naj­wi­docz­niej nasy­pał za dużo zia­ren. Teraz, gdy kuku­ry­dza paliła się w kominku, cały pokój wypeł­nił się zapa­chem spa­le­ni­zny.

-?Otwórz­cie drzwi -?padła czy­jaś komenda.

Lie­belt wycią­gnął ron­del z kominka, ale roz­grzana kratka wciąż utrzy­my­wała swoją tem­pe­ra­turę i popcorn w dal­szym ciągu strze­lał i roz­sy­py­wał się po pod­ło­dze. Mimo to, część wciąż nada­wała się do jedze­nia, więc grze­biąc w ron­dlu zaczę­li­śmy wycią­gać z niego pełne gar­ście popcornu.

-?Mia­łeś racje. To jest naprawdę dobre -?pochwa­lił Frie­drich.

Roz­le­gło się puka­nie do drzwi. To był pan Hof­fer.

-?Pani Hof­fer pomy­ślała, że będą wam sma­ko­wać te cia­steczka - powie­dział.

Kiedy spoj­rzał na gar wypeł­niony fasolą, na jego twa­rzy zago­ścił sze­roki uśmiech.

-?Widzę, że pró­bo­wa­li­ście ugo­to­wać fasolę bez namo­cze­nia? -?zapy­tał.

Odpo­wie­działy mu tylko nasze puste spoj­rze­nia.

-?Bez namo­cze­nia? -?spy­ta­łem łamią­cym się gło­sem.

-?Fasolę trzeba moczyć w wodzie przez całą noc -?odpo­wie­dział. -?To bar­dzo powszechny błąd.

Spoj­rze­li­śmy po sobie, a w duchu aż jęk­nę­li­śmy.

Następ­nego ranka już od wcze­snych godzin zamel­do­wa­li­śmy się po nie­miec­kiej stro­nie stoku. Ten dzień był jed­nym wiel­kim współ­za­wod­nic­twem. Urzą­dza­li­śmy wyścigi, zawody w sko­kach i rywa­li­zo­wa­li­śmy, kto pierw­szy wdra­pie się z powro­tem na szczyt. Do zachodu słońca byli­śmy wykoń­czeni i zachwy­ceni. Na kola­cję ura­czy­li­śmy się wędliną i her­batą, a potem leniu­cho­wa­li­śmy przy cie­ple kominka.

-?Wie­cie, że jutro jest ostatni dzień? -?zapy­tał Ebert ze smut­kiem w gło­sie.

Przez chwilę wszy­scy w mil­cze­niu wpa­try­wa­li­śmy się w ogień. Jesz­cze jeden dzień i trzeba będzie roz­po­cząć nowe, doro­słe życie. Ja dołą­czę do Służby Pracy Rze­szy, Frie­drich wstąpi do woj­ska (zga­dza­jąc się po pierw­szym roku służby na zosta­nie kan­dy­da­tem na ofi­cera, unik­nął Służby Pracy), Micha­elis pój­dzie na uni­wer­sy­tet ( nie musiał dołą­czać do Służby Pracy Rze­szy ani iść do woj­ska, gdyż był Żydem), zaś Ebert i Lie­belt roz­poczną stu­dia medyczne, które także zwal­niały ich z obo­wiązku pół­rocz­nego stażu w Służ­bie Pracy. Nagle, przej­ście z dziecka do doro­sło­ści nabie­rało real­nego zna­cze­nia -?będziemy musieli się roz­stać.

Ostat­niego dnia nie było już zawo­dów. Każdy z nas ostat­nie chwile spę­dzał w samot­no­ści. Jeź­dzi­łem na nar­tach, zali­cza­jąc sze­ro­kie, strome zjazdy i pró­bu­jąc roz­ko­szo­wać się tymi poże­gnal­nymi momen­tami. W pew­nej chwili zatrzy­ma­łem się, by posłu­chać śpiewu droz­dów pośród sosen, na któ­rych pra­co­wi­cie budo­wały swoje gniazda. Niemcy były naprawdę pięk­nym kra­jem. Mając na uwa­dze te wszyst­kie wspa­nia­ło­ści, jakim cudem pan Hof­fer mógłby mieć rację w swo­ich osą­dach? Jakim spo­so­bem coś mogłoby pójść nie tak? Wzią­łem głę­boki oddech i nabie­ra­jąc pręd­ko­ści ruszy­łem w dół zbo­cza.

Rozdział 9

Ran­kiem 6 kwiet­nia 1936 roku obu­dzi­łem się wcze­śnie, pełen nie­cier­pli­wego wycze­ki­wa­nia. O godzi­nie dzie­wią­tej mia­łem zamel­do­wać się na Placu Augu­sta, skąd auto­bus miał mnie prze­wieźć gdzieś do Bawa­rii, do miej­sca, w któ­rym przez następne sześć mie­sięcy będę słu­żyć w struk­tu­rach Służby Pracy Rze­szy.

Śnia­da­nie było rodzinne. Mój czter­na­sto­letni brat Fritz był bar­dzo pod­eks­cy­to­wany moją zbli­ża­jącą się przy­godą i cie­szył się nią za mnie. Moja naj­star­sza sio­stra, Inge­borga -?wysoka, szczu­pła blon­dynka o racjo­nal­nym spoj­rze­niu na świat -?była prze­ko­nana, że robię wielki błąd nie idąc od razu na uni­wer­sy­tet, zamiast tego chcąc upo­rać się naj­pierw ze Służbą Pracy i armią. Mówiła o tym gło­śno. Moja mama krą­żyła wokół mnie z mat­czyną tro­ską, pełna ener­gii i od czasu do czasu popła­ku­jąca. Pod­czas śnia­da­nia wyrzu­cała Indze, że wygła­sza pod moim adre­sem nie­sto­sowne uwagi. Sio­stra przy­brała nadą­sany wyraz twa­rzy i nie ode­zwała się już ani sło­wem. Gdy wsta­wa­łem od stołu, wszy­scy czu­li­śmy się tro­chę nie­zręcz­nie.

-?No, chyba pora -?powie­dział mój ojciec, nie patrząc na mnie bez­po­śred­nio.

-?Tak -?odpo­wie­dzia­łem, zauwa­ża­jąc jego zakło­po­ta­nie i brak słów.

Poczu­łem suchość w gar­dle. Prze­łkną­łem ślinę w nadziei, że znajdę spo­sób na odpo­wied­nie zacho­wa­nie w takiej chwili.

Nie zna­la­złem żad­nego, więc po pro­stu wycią­gną­łem rękę. Ojciec powoli się pod­niósł, uchwy­cił moją dłoń i obu­rącz mocno ją ści­snął. Z tyłu dobie­gało chli­pa­nie mojej matki, która po chwili objęła mnie za szyję. Padło tylko kilka słów; nie było potrzeby mówić nic wię­cej. Rozej­rza­łem się za Ingą, ale nie było jej już w pokoju. Fritz klep­nął mnie po ramie­niu. Dźwi­gną­łem walizkę i skie­ro­wa­łem się ku drzwiom. Gdy zna­la­złem się na ulicy, od razu ruszy­łem przed sie­bie szyb­kim kro­kiem, pod­czas gdy rodzina wołała w ślad za mną na poże­gna­nie.

Na Placu Augu­sta, w tłu­mie krę­cą­cych się wokół mło­dych męż­czyzn w moim wieku, pró­bo­wa­łem wypa­trzeć zna­jome twa­rze, ale nikogo nie zauwa­ży­łem. Dostrze­głem za to postać w mun­du­rze Służby Pracy, sto­jącą obok trzech zapar­ko­wa­nych tam auto­bu­sów.

Chwilę przed godzina dzie­wiątą osob­nik ów zary­czał nie­wia­ry­god­nie dono­śnym gło­sem:

-?No dobra! Teraz zapeł­nimy te trzy auto­busy od przodu do tyłu! Chcę, żeby wszyst­kie miej­sca w pierw­szym auto­bu­sie były zajęte, zanim kto­kol­wiek postawi nogę na stop­niu kolej­nego! Gdy wyczy­tam wasze nazwi­ska, macie bie­giem udać się do pojazdu!

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Rozdział 1

Kapi­tan Kafurke, mój adiu­tant, obu­dził mnie puka­jąc w szybę mojego samo­chodu.

-?Panie majo­rze, naczel­nik sta­cji ma dla pana wia­do­mość -?powie­dział.

Zmu­si­łem roze­spany umysł i ciało do prze­bu­dze­nia i rozej­rza­łem się wokół. Mój samo­chód umo­co­wany był do wagonu-plat­formy, sta­no­wią­cego część składu, któ­rym przez całą noc podró­żo­wa­li­śmy w Góry Harz celem dołą­cze­nia do for­mu­ją­cej się tam wła­śnie 12 Armii gene­rała Wencka. Spa­łem w samo­cho­dzie, gdyż było to wygod­niej­sze niż cokol­wiek innego, co mie­li­śmy do dys­po­zy­cji.

Sądząc, iż nad ranem dotrzemy w oko­lice Lip­ska, poin­stru­owa­łem mojego ordy­nansa żeby obu­dził mnie w Eilen­burgu, abym mógł wsiąść na moto­cykl i odwie­dzić tam moją żonę Lilo i naszego małego syna, Klausa, a następ­nie dogo­nić wolno jadący pociąg gdzieś w innym mie­ście. Nie byli­śmy jed­nak w Eilen­burgu, lecz w Budzi­szy­nie. Prze­cią­gną­łem się, wysia­dłem z samo­chodu, zsze­dłem z plat­formy i uda­łem się na sta­cję.

-?Ma pan jakąś wia­do­mość? -?zapy­ta­łem naczel­nika.

-?Tak jest, panie majo­rze -?odpo­wie­dział. -?Otrzy­ma­łem pole­ce­nie, aby skie­ro­wać pana pociąg na pół­noc, w kie­runku Ber­lina.

Jego infor­ma­cja zasko­czyła mnie.

-?Czy linia kole­jowa na zachód jest odcięta? -?zapy­ta­łem, pró­bu­jąc zna­leźć wytłu­ma­cze­nie dla faktu, iż zmie­niają naszą mar­szrutę na pół­noc.

-?Nie. Ruch odbywa się powoli, ale bez prze­szkód.

Podzię­ko­wa­łem mu i wró­ci­łem do pociągu. Praw­do­po­dob­nie po pro­stu skie­rują nas do Ber­lina, a następ­nie wyślą inną drogą w Góry Harz, ale zabiło to moje nadzieje na zoba­cze­nie Lilo i Klausa. Odwie­dze­nie ich i tak było wbrew wszel­kim prze­pi­som, ale zde­cy­do­wa­łem, że nie prze­pusz­czę szansy, o ile tylko będzie to moż­liwe. Cóż, teraz i tak nie było na to nadziei.

Około godziny jede­na­stej dotar­li­śmy do połu­dnio­wej czę­ści pętli kole­jo­wej wokół Ber­lina. Zdą­ży­li­śmy wto­czyć się na sta­cję metra w Neukölln, gdy gło­śno zawyły syreny alarmu prze­ciw­lot­ni­czego. Skon­sul­to­wa­łem się z naczel­ni­kiem sta­cji i dowie­dzia­łem się, że nie będziemy mogli jechać dalej, dopóki nie odwo­łają alarmu. Roz­sta­wi­łem poste­runki wzdłuż składu i ode­sła­łem resztę naszych ludzi do oko­licz­nych schro­nów prze­ciw­lot­ni­czych.

Jako ofi­cer ope­ra­cyjny 56 Kor­pusu Pan­cer­nego nad­zo­ro­wa­łem prze­miesz­cze­nie sztabu ze Ślą­ska, gdzie dopiero co wal­czy­li­śmy z Rosja­nami, w Góry Harz. Pod­puł­kow­nik The­odor von Dufving, szef sztabu 56 Kor­pusu Pan­cer­nego i mój bez­po­średni prze­ło­żony, udał się w Góry Harz przed nami wraz z nie­wielką czo­łówką.

Kapi­tan Kafurke, major Wolff (ofi­cer kadrowy 56 Kor­pusu) oraz ja uda­li­śmy się do schronu prze­ciw­lot­ni­czego, który w więk­szo­ści zaj­mo­wali cywile. Nastroje wśród nich były smutne, ale jed­no­cze­śnie spo­kojne. Nikt nie był w nastroju do żar­tów, lecz nie oka­zy­wano wobec nas nie­chęci za to, że wciąż wal­czymy, choć prze­jawy tego typu zacho­wań można było już wcze­śniej zauwa­żyć wśród nie­któ­rych cywi­lów.

Alarm trwał na­dal, ale ponie­waż nie sły­chać było żad­nych eks­plo­zji, zde­cy­do­wa­łem się wyjść na zewnątrz, aby się rozej­rzeć. Ulice były oczy­wi­ście puste, a gdzieś wysoko na głową sły­sza­łem prze­la­tu­jące alianc­kie samo­loty bom­bowe. Nie było widać oznak nie­miec­kiego prze­ciw­dzia­ła­nia. Patrzy­łem na bom­bowce i jak zawsze zasta­na­wia­łem się, czy Micha­elis -?mój żydow­ski przy­ja­ciel, z któ­rym ukoń­czy­łem gim­na­zjum Petri i który wraz z rodziną prze­pro­wa­dził się do Anglii w 1938 roku - mógłby być w któ­rymś z nich. Wresz­cie, około godziny szes­na­stej, nastą­pił odbój alarmu prze­ciw­lot­ni­czego i wszy­scy wró­cili do pociągu. Ruszy­li­śmy powoli, ale ku mojemu zde­ner­wo­wa­niu, w kie­runku wschod­nim! Gdy otrzy­ma­łem roz­kazy, aby wyła­do­wy­wać się w Müncheberg, około pięć­dzie­się­ciu kilo­me­trów od linii frontu, stało się jasne, że wra­camy do walki z Rosja­nami i serce mi się ści­snęło. Roz­ła­do­wa­li­śmy skład w Müncheberg i poje­cha­łem do Wald­sie­vers­dorf, gdzie, jak mi powie­dziano, miał znaj­do­wać się nasz sztab. Na miej­scu wraz z naszą wysu­niętą grupą był już pod­puł­kow­nik von Dufving. Był raczej nie­wy­so­kim czło­wie­kiem żyla­stej budowy o ciem­nych oczach.

-?Mam wra­że­nie, że ktoś tu nad­użył sta­no­wi­ska -?powie­dział z cie­niem zło­ści i gory­czy w gło­sie. -?Naj­wi­docz­niej zamie­niamy się miej­scami ze szta­bem innego kor­pusu, na któ­rego czele stoi gene­rał.

Nasz stary gene­rał został prze­nie­siony na inne sta­no­wi­sko, a nowy jesz­cze nie przy­był.

W Wald­sie­vers­dorf dowie­dzie­li­śmy się, że mamy zlu­zo­wać sztab kor­pusu pan­cer­nego, który zawia­dy­wał tam dwoma dywi­zjami z rezerwy armii -?w miej­scu, które zgod­nie z ocze­ki­wa­niami miało stać się cen­trum rosyj­skiej ofen­sywy! Zakła­da­li­śmy, że dowo­dzący luzo­wa­nym kor­pu­sem miał konek­sje w naczel­nym dowódz­twie i zdo­łał zała­twić swo­jemu szta­bowi nasze miej­sce w Górach Harz, pod­czas gdy nas wysłano zamiast nich do 9 Armii. Sztab kor­pusu, który mie­li­śmy zastą­pić, znał oko­licę, znał dywi­zje i orien­to­wał się w sytu­acji bojo­wej, jak rów­nież posia­dał wszel­kie nie­zbędne środki łącz­no­ści. My zaś przy­by­li­śmy w zupeł­nie nowy rejon, nie zna­li­śmy nikogo w przy­dzie­lo­nych nam dywi­zjach czy też w ich szta­bach lub szta­bie kor­pusu i mie­li­śmy na wypo­sa­że­niu tylko około połowy naszych tele­fo­nów i led­wie trzy­dzie­ści pięć pro­cent urzą­dzeń łącz­no­ści bez­prze­wo­do­wej -?wszystko dla­tego, że dopiero co wyco­fano nas z walk na Ślą­sku.

I przy wszyst­kich tych utrud­nie­niach mie­li­śmy teraz zająć się bar­dzo trud­nym zada­niem kie­ro­wa­nia ruchomą obroną w walce prze­ciwko nie­przy­ja­cie­lowi posia­da­ją­cemu miaż­dżącą prze­wagę zarówno w sile żywej, jak i wypo­sa­że­niu! Nasz nowy dowódca, gene­rał arty­le­rii Hel­mut Weidling, był już w dro­dze, lecz jesz­cze nie przy­był na miej­sce. Cóż, nie­wiele mogli­śmy na to pora­dzić. Von Dufving i ja prze­ję­li­śmy dowo­dze­nie odcin­kiem obrony kor­pusu od naszych poprzed­ni­ków, któ­rzy szybko się ulot­nili. Gene­rał Weidling przy­był następ­nego ranka, 13 kwiet­nia 1945 roku. Von Dufving, który znał Weidlinga, udzie­lił mi porad odno­śnie upodo­bań i awer­sji gene­rała, z któ­rych sko­rzy­sta­łem, gdy zamel­do­wa­łem się u Weidlinga, skła­da­jąc zwię­zły mel­du­nek będący pod­su­mo­wa­niem bie­żą­cej sytu­acji. Gene­rał był bar­dzo miły i mia­łem prze­czu­cie, iż wywar­łem na nim dobre wra­że­nie. Ponie­waż miał zwy­czaj wyra­bia­nia sobie sta­łej opi­nii o pod­ko­mend­nych na bazie pierw­szego wra­że­nia, dla naszej przy­szłej współ­pracy było bar­dzo istotne, abym jako jego ofi­cer ope­ra­cyjny wywarł wła­śnie takie wra­że­nie.

Po połu­dniu Weidling zabrał mnie i Wolfa w teren celem nawią­za­nia kon­taktu z naszymi wła­snymi dywi­zjami oraz z sąsied­nimi jed­nost­kami. Po dro­dze Weidling wyma­glo­wał nas zdrowo, sta­ra­jąc się dowie­dzieć, jak wygląda nasze doświad­cze­nie bojowe, co miało pomóc mu w oce­nie, czy będziemy w sta­nie zapew­nić mu realne wspar­cie. Wyda­wało się, że był zado­wo­lony z tego, co usły­szał. Sytu­acja na pierw­szej linii dowo­dziła, iż Rosja­nie pro­wa­dzą bez­u­stanne przy­go­to­wa­nia do ofen­sywy na całym fron­cie. Nie­przy­ja­ciel uchwy­cił trzy przy­czółki na zachod­nim brzegu Odry, my zaś wciąż utrzy­my­wa­li­śmy skrawki terenu na wschod­nim brzegu w rejo­nie Kostrzy­nia i Frank­furtu.

Zdję­cia lot­ni­cze wska­zy­wały, iż na każde dzie­sięć metrów linii frontu przy­pa­dało jedno rosyj­skie działo! Duże bate­rie arty­le­rii, liczące po dwa­na­ście sztuk dział każda, roz­miesz­czono w pro­stych liniach wzdłuż dróg i linii kole­jo­wych, nie bawiąc się nawet w jakie­kol­wiek masko­wa­nie. Rosyj­ska arty­le­ria sta­no­wi­łaby ide­alny cel dla Luft­waffe z poprzed­nich lat, ale do tej pory nasze lot­nic­two jako siła bojowa prze­stało już ist­nieć, tak więc Rosja­nom nic nie zagra­żało. Rosja­nie posia­dali także nie­skoń­czone ilo­ści czoł­gów, jak rów­nież wszyst­kiego innego. Było oczy­wi­ste, że nie ma żad­nej nadziei na to, byśmy zdo­łali ich zatrzy­mać. W naj­lep­szym wypadku będziemy w sta­nie ich opóź­nić. Wyli­czy­li­śmy, że Rosja­nie prze­wa­żają nad nami w sto­sunku sześć do jed­nego w pie­cho­cie, dzie­sięć do jed­nego w arty­le­rii, dwa­dzie­ścia do jed­nego w czoł­gach i trzy­dzie­ści do jed­nego w samo­lo­tach bojo­wych.

Gene­rał Weidling, major Wolff i ja poje­cha­li­śmy na wzgó­rza na pół­noc od Seelow, skąd roz­cią­gał się sze­roki widok na cały front odrzań­ski po obu stro­nach Kostrzy­nia. Owe pasmo wzgórz odda­lone od Odry o około sie­dem­na­ście kilo­me­trów, znane jako Wzgó­rza Seelow, uwa­żane było za naszą drugą linię obrony, tyle, że nie było oddzia­łów do jej obsa­dze­nia. Była to po pro­stu linia, na którą mogli­by­śmy się cof­nąć. Przy oka­zji odwie­dzi­li­śmy także gene­rała Mum­merta, dowo­dzą­cego nowo sfor­mo­waną dywi­zją pan­cerną "Müncheberg", która pod­le­gała nam w ramach nad­cho­dzą­cej ope­ra­cji. Zorien­to­wa­li­śmy się, że wypo­sa­że­nie dywi­zji było dobre, lecz nie­kom­pletne, zaś jej skład oso­bowy posia­dał odpo­wied­nie wyszko­le­nie i był doświad­czony, jed­nak żoł­nie­rze byli ze sobą dopiero od kilku dni. Dywi­zja Pan­cerna "Müncheberg" była tak naprawdę impro­wi­zo­waną jed­nostką. Naczelne dowódz­two od jakie­goś czasu zda­wało sobie sprawę, że osta­teczne ude­rze­nie Rosjan wyj­dzie wła­śnie tutaj, na dro­dze do Ber­lina i każdy żoł­nierz był wysy­łany do mia­steczka Müncheberg. Dywi­zja Pan­cerna "Müncheberg" została naprędce zor­ga­ni­zo­wana z tych wła­śnie ludzi. W taki to spo­sób czę­sto for­mo­wano jed­nostki w koń­co­wym okre­sie wojny.

Po obie­dzie w sto­łówce ofi­cer­skiej dywi­zji "Müncheberg" uda­li­śmy się do 20 Dywi­zji Pan­cer­nej SS, dru­giej z naszych dywi­zji mają­cej pod­le­gać nam w nad­cho­dzą­cych bojach. Także i ta jed­nostka nie była w pełni ukom­ple­to­wana i wypo­sa­żona, ponie­waż jesz­cze nie­dawno brała z nami udział w wal­kach o Śląsk (wszyst­kie jed­nostki tzw. Waf­fen SS skła­dały się z żoł­nie­rzy fron­to­wych, w prze­ci­wień­stwie do upo­li­tycz­nio­nych jed­no­stek SS zarzą­dza­ją­cych obo­zami kon­cen­tra­cyj­nymi).

Po powro­cie pró­bo­wa­łem zadzwo­nić do Lilo, ale nie byłem w sta­nie uzy­skać połą­cze­nia. Dodzwo­ni­łem się za to do mojej matki i dowie­dzia­łem się, że ame­ry­kań­ska armia stoi na przed­mie­ściach Lip­ska!

-?Sieg­fried, co ja mam robić? -?zapy­tała płacz­li­wym tonem.

-?Zostań w domu i nic nie rób -?powie­dzia­łem jej. -?Jeśli zacznie się strze­la­nina, zejdź do piw­nicy i prze­cze­kaj. Jeśli będziesz pró­bo­wać opu­ścić dom, sta­niesz się tylko kolej­nym uchodźcą. Nie podej­muj takiego ryzyka, mamo. To, co dzieje się z uchodź­cami, jest straszne.

Roz­mowa była na pod­słu­chu (linii nie można było uży­wać do celów pry­wat­nych) i kobiecy głos prze­rwał mi, pyta­jąc o cel roz­mowy, tak więc musia­łem szybko ją prze­rwać. Mogłem mieć tylko nadzieję, że moja matka będzie bez­pieczna, i że Lilo i Klaus wciąż mają się dobrze. Strzą­sną­łem owła­da­jące mną poczu­cie bez­sil­no­ści i zbli­ża­ją­cego się nie­szczę­ścia i zmu­si­łem się do skon­cen­tro­wa­nia się na pracy.

Nasz 56 Kor­pus Pan­cerny sta­no­wił obec­nie rezerwę 9 Armii dowo­dzo­nej przez gene­rała Busse. Dwa pozo­stałe kor­pusy wcho­dzące w skład 9 Armii stały na pozy­cjach nad Odrą i wokół rosyj­skich przy­czół­ków. Zosta­li­śmy roz­miesz­czeni w tyle za tymi kor­pu­sami i byli­śmy trzy­mani w pogo­to­wiu na wypa­dek prze­rwa­nia się nie­przy­ja­ciela lub zaist­nie­nia sytu­acji, w któ­rej nie­zbędne byłoby uży­cie rezerw.

Rosyj­ska ofen­sywa mar­szałka Żukowa roz­po­częła się 14 kwiet­nia o godzi­nie pią­tej rano, kiedy to na naszym fron­cie otwo­rzyło ogień czter­dzie­ści tysięcy dział arty­le­ryj­skich -?naj­więk­sza kon­cen­tra­cja arty­le­rii w histo­rii wojen. Jako rezerwa sta­li­śmy za linią frontu. Mie­li­śmy dobry widok na całą oko­licę, choć i tak nie mogli­śmy widzieć wię­cej, niż to, gdzie szedł bój. Gene­rał Busse pra­wi­dłowo prze­wi­dział moment roz­po­czę­cia rosyj­skiej ofen­sywy i w ostat­niej chwili wyco­fał naszą pie­chotę z pozy­cji, które ostrze­li­wała arty­le­ria prze­ciw­nika. Widzie­li­śmy samo­loty zrzu­ca­jące bomby, jak rów­nież eks­plo­du­jące poci­ski, ale nie­wiele ponadto. Jed­nak ze względu na nasze doświad­cze­nie mogli­śmy posta­wić roz­sądną hipo­tezę odno­śnie zacho­dzą­cych wyda­rzeń. Sły­sze­li­śmy huk roz­ry­wa­ją­cych się poci­sków arty­le­ryj­skich, rakiet i bomb, widzie­li­śmy głę­bo­kość pola walki i mogli­śmy oce­nić, jak efek­tywna może być obrona. Sto­pień zma­so­wa­nia arty­le­rii był nie­sa­mo­wity i jej dzia­ła­niu towa­rzy­szyła także zwięk­szona aktyw­ność sił lot­ni­czych. Wzgó­rza Seelow były odda­lone od linii frontu o około dzie­sięć kilo­me­trów, zaś teren mię­dzy wznie­sie­niami i Odrą był otwarty, pła­ski i nie­za­le­siony.

Cho­ciaż oko­lica była rów­ninna i pozba­wiona drzew, więk­szość terenu była pod­mo­kła i zaba­gniona, nie­od­po­wied­nia dla czoł­gów, tak więc Rosja­nie mieli w pew­nym stop­niu ogra­ni­czoną moż­li­wość dzia­ła­nia. Pierw­sze godziny ofen­sywy spę­dzi­li­śmy na przy­go­to­wa­niach do pro­wa­dze­nia obrony manew­ro­wej w ocze­ki­wa­niu, że wkrótce zosta­niemy skie­ro­wani do boju. Mel­dunki napły­wa­jące od dywi­zji wal­czą­cych na pierw­szej linii świad­czyły o tym, iż nie­przy­ja­ciel skie­ro­wał do walki nie­wy­obra­żalne siły. Pierw­szego dnia nasze jed­nostki były w sta­nie powstrzy­mać napór Rosjan, mimo, iż w naszej linii two­rzyły się głę­bo­kie wła­ma­nia. Jako kor­pus pozo­sta­jący w rezer­wie byli­śmy w cią­głym pogo­to­wiu, w każ­dej chwili ocze­ku­jąc roz­kazu o przy­stą­pie­niu do walki, jed­nak gene­rał Busse wahał się przed pod­ję­ciem takiej decy­zji, ponie­waż sta­no­wi­li­śmy jego jedyny odwód.

Rosja­nie kon­ty­nu­owali natar­cie w ciągu nocy, a nad ranem wręcz nasi­lili ataki. Ich nie­prze­rwany ostrzał arty­le­ryj­ski i bom­bar­do­wa­nie z powie­trza zaczy­nały teraz ruj­no­wać nasze sta­no­wi­ska. Zda­wa­li­śmy sobie sprawę, że nie będziemy mogli zatrzy­mać ich na podej­ściach do Seelow, ale wie­dzie­li­śmy, że wzgó­rza zapew­niały nam dobrą pozy­cję do odwrotu.

Mimo, że byli­śmy świa­domi faktu, iż jest to osta­teczna bitwa o Ber­lin, wie­dzie­li­śmy także -?i było to przy­tła­cza­jące uczu­cie -?że nie będziemy w sta­nie zatrzy­mać Rosjan, choć despe­racko sta­ra­li­śmy się utrzy­mać na tyle długo, by umoż­li­wić zachod­nim alian­tom podej­ście do Ber­lina i tym samym oszczę­dzić mia­stu per­spek­tywy oku­pa­cji przez siły sowiec­kie.

W momen­cie gdy wej­dziemy do walki, nie będzie już żad­nych rezerw, a bez odwo­dów sytu­acja będzie bez­na­dziejna. Jakieś sie­dem­dzie­sięt kilo­me­trów terenu mię­dzy Ber­li­nem i Odrą było sto­sun­kowo pła­skie i poprze­ci­nane tylko kil­koma pasmami wznie­sień. Teren na zachód od wzgórz Seelow to liczne jeziora i lasy, jed­nak w tym masy­wie ist­niały drogi ser­wi­sowe dla służb leśnych, które z powo­dze­niem mogłyby być wyko­rzy­stane przez rosyj­skie czołgi i jed­nostki zme­cha­ni­zo­wane. Pomię­dzy nami i Ber­li­nem jedyną poważną prze­szkodę dla rosyj­skich czoł­gów sta­no­wiły jeziora.

Gdy pra­co­wa­li­śmy nad naszymi pla­nami, korzy­sta­jąc z map i szki­ców pozo­sta­wio­nych przez naszych poprzed­ni­ków, zorien­to­wa­li­śmy się, że nie posia­damy infor­ma­cji o pozy­cjach obron­nych w rejo­nie bliż­szym sto­licy. Ponie­waż mie­li­śmy wal­czyć w tam­tym rejo­nie, zwró­ci­li­śmy się do 9 Armii z prośbą o udo­step­nie­nie nam sto­sow­nych infor­ma­cji. W odpo­wie­dzi otrzy­ma­li­śmy tro­chę bar­dzo ogól­nych i pobież­nych map pozy­cji, na któ­rych nie było żad­nych sta­no­wisk wokół Ber­lina. Kiedy popro­si­łem o bar­dziej szcze­gó­łowe dane, ofi­cer ope­ra­cyjny 9 Armii wpadł w złość i powie­dział mi, że nie dys­po­nuje bar­dziej dokład­nymi infor­ma­cjami oraz, że nie jest to mój inte­res!

Być może fak­tycz­nie nie wie­dzieli wię­cej, niż nam powie­dzieli, lub też do ostat­niej chwili nie chcieli dzie­lić się infor­ma­cjami w oba­wie, że wyco­famy się zbyt szybko. Mnó­stwo ludzi po cichu pytało, dla­czego rząd nie nego­cjuje zakoń­cze­nia tej bez­na­dziej­nie prze­gra­nej wojny, nawet, gdyby ozna­czało to bez­wa­run­kową kapi­tu­la­cję. Być może sztab 9 Armii po pro­stu nam nie dowie­rzał.

Dotar­cie do Seelow zajęło Rosja­nom trzy dni, nawet przy całej ich ogrom­nej prze­wa­dze w ludziach i arty­le­rii. Dys­po­no­wali także samo­lo­tami zwia­dow­czymi, któ­rych my nie mie­li­śmy i to także sta­wiało ich na uprzy­wi­le­jo­wa­nej pozy­cji. Jed­nakże pagór­ko­waty teren po obu stro­nach Seelow spra­wiał, że ich ruch do przodu odby­wał się z tru­dem. Wie­czo­rem dru­giego dnia nasza linia frontu wciąż była nie­na­ru­szona, nie­mniej nie mogli­śmy tole­ro­wać głę­bo­kich wła­mań, które mogły dopro­wa­dzić do zała­ma­nia obrony.

Kwa­tera główna naszego kor­pusu znaj­do­wała się w piw­nicy willi w Wald­sie­vers­dorf. Cały czas w pogo­to­wiu pozo­sta­wali łącz­nicy na moto­cy­klach, w każ­dej chwili gotowi do odjazdu. Zawsze wie­dzieli gdzie znaj­dują się dywi­zje i za każ­dym razem, gdy Weidling gdzie­kol­wiek się uda­wał, zabie­rał ze sobą jed­nego czy dwóch moto­cy­kli­stów. Ni­gdy nie mógł być pewien, że Rosja­nie nie pod­słu­chują na linii, więc czę­sto zamiast dzwo­nić, wysy­łał z wia­do­mo­ścią łącz­nika.

W końcu, 16 kwiet­nia o godzi­nie szó­stej rano, aktyw­nie włą­czy­li­śmy się do boju o wzgó­rza Seelow, obej­mu­jąc dowo­dze­nie dwoma już tam wal­czą­cymi dywi­zjami, jak rów­nież naszymi dwoma odwo­do­wymi jed­nost­kami kor­pusu. Od tam­tej chwili pra­co­wa­li­śmy dwa­dzie­ścia cztery godziny na dobę, łapiąc jedną lub dwie godziny snu, gdy tylko pozwa­lały na to warunki. Nasz sztab pozo­stał tam, gdzie był, ale Weidling jeź­dził do dywi­zji, aby na miej­scu zapo­znać się z sytu­acją i dowo­dzić walką bez­po­śred­nio. W takich wypad­kach zabie­rał mnie ze sobą. Jecha­li­śmy wtedy do szta­bów naszych dwóch dywi­zji, żeby na miej­scu oma­wiać sytu­ację z ich dowód­cami. Sie­dziba sztabu 9 Dywi­zji Spa­do­chro­no­wej była pod ostrza­łem arty­le­rii i moź­dzie­rzy. W ich kwa­te­rze wpa­dłem wprost na mojego dobrego przy­ja­ciela i kolegę z cza­sów Aka­de­mii Sztabu Gene­ral­nego, majora Engela, ale nie­stety nie było czasu na poga­duszki. Dowódcą 9 Dywi­zji Spa­do­chro­no­wej był gene­rał lot­nic­twa, który był zbyt stary i naj­wi­docz­niej został wyzna­czony na to sta­no­wi­sko po roz­dź­wię­kach z Göringiem. Weidling natych­miast wystą­pił o jego zwol­nie­nie i następ­nego dnia młody spa­do­chro­niarz, puł­kow­nik Her­mann, objął dowo­dze­nie dywi­zją. Naszym sąsia­dem z pra­wej strony był 101 Kor­pus 9 Armii, zaś z lewej strony stał 3 Kor­pus Pan­cerny.

Następny dzień, 17 kwiet­nia, przy­niósł kolejne ataki nie­przy­ja­ciela. Rosja­nie rzu­cali do boju coraz wię­cej i wię­cej czoł­gów. 9 Dywi­zja Spa­do­chro­nowa w jed­nym star­ciu znisz­czyła czter­dzie­ści czoł­gów, jed­nak Rosja­nie nie prze­sta­wali naci­skać, doko­nu­jąc coraz głęb­szych wyło­mów w naszej linii obrony. W nie­któ­rych miej­scach docho­dzili już do samych wzgórz Seelow. Dywi­zja Pan­cerna "Müncheberg" nie weszła jed­nak jesz­cze do boju. Stała w pogo­to­wiu na zachód od Seelow, przy­szy­ko­wana do natych­mia­sto­wego wymar­szu, gdyby nastą­piło decy­du­jące wła­ma­nie. Na odcinku naszego kor­pusu naj­groź­niej­sza sytu­acja zaist­niała na naj­bar­dziej wysu­nię­tych flan­kach, gdzie tra­ci­li­śmy kon­takt z naszymi sąsia­dami, jed­nak raz za razem uda­wało nam się zała­tać front. W nocy Weidling pod­jął decy­zję o cof­nię­ciu się na wzgó­rza po obu stro­nach Seelow, co miało uchro­nić nasze grupy bojowe przed zdzie­siąt­ko­wa­niem ich jedna po dru­giej, gdyby rosyj­skie wła­ma­nia zostały pogłę­bione. Tym samym odtwo­rzy­li­śmy cią­głą linię obrony na przy­go­to­wa­nych pozy­cjach.

W cza­sie bitwy Seelow kil­ka­krot­nie prze­cho­dziło z rąk do rąk. Naj­pierw prze­rwało się kilka rosyj­skich czoł­gów, potem dołą­czyła pie­chota. Zro­biła się mała wyrwa, ale linia obrony trzy­mała się po pra­wej i po lewej, więc Rosja­nie byli zmu­szeni cze­kać na posiłki. W cza­sie tej prze­rwy dowo­dzący nie­miecką obroną rzu­cił do kontr­ataku swój rezer­wowy bata­lion i ponow­nie wypchnął Rosjan z Seelow. Następ­nie Rosja­nie docze­kali się wspar­cia i znowu wzięli mia­sto. Wal­cząca na tym odcinku dywi­zja posłała do walki ostat­nie rezerwy i odbiła Seelow. To wza­jemne wypy­cha­nie się trwało przez jakiś czas. Opis na papie­rze zawsze wygląda sucho i nie­mal kli­nicz­nie czy­sto, ale każda taka zmiana poło­że­nia ozna­czała dla rosyj­skich i nie­miec­kich żoł­nie­rzy strach i śmierć.

Zacie­kła nie­miecka obrona trwała na­dal, cho­ciaż wróg prze­wa­żał w sto­sunku dzie­sięć do jed­nego i nasze dywi­zje szybko się wykrwa­wiały. Każ­dego dnia pono­si­li­śmy straty, któ­rych nie można było uzu­peł­nić i w końcu Rosja­nie zaczęli się prze­bi­jać. Trzy­ma­li­śmy śro­dek linii frontu, jed­nak prze­ciw­nik zaczął się prze­le­wać z obu stron, pró­bu­jąc obejść Ber­lin z pół­nocy i od połu­dnia. Mógł nas okrą­żyć, wsze­lako z jakiejś przy­czyny tego nie uczy­nił. Praw­do­po­dob­nie sądził, iż na wschód od Ber­lina ist­nieją silne linie obronne i sta­rał się unik­nąć walk na tej rubieży poprzez obej­ście mia­sta od pół­nocy i połu­dnia. Gdyby Rosja­nie wie­dzieli, że sto­lica bro­niona jest wyłącz­nie przez oddziały Hitler­ju­gend i Volks­sturmu, odcię­liby nas od mia­sta i Ber­lin byłby ich. Teraz zaś, gdy głę­boko obe­szli nas z flanki, trzeba było się cofać.

Za Wzgó­rzami Seelow znaj­do­wały się liczne jeziora i tro­chę wznie­sień, tak więc zde­cy­do­wa­li­śmy, że oprzemy o nie naszą kolejną rubież obrony.

Rozdział 2

18 KWIET­NIA o godzi­nie siód­mej rano cięż­kie bomby spa­dły w pobliżu naszej kwa­tery głów­nej w willi w Wald­sie­vers­dorf, więc zaczę­li­śmy przy­go­to­wy­wać punkt dowo­dze­nia w lesie w pew­nej odle­gło­ści od wsi. Tego samego dnia Rosja­nie ponow­nie prze­rwali się na pół­noc i na połu­dnie od nas. Weidling skie­ro­wał teraz do walki na pra­wym skrzy­dle kor­pusu Dywi­zję Pan­cerną "Müncheberg", gdyż rosyj­skie czołgi prze­rwały się w rejo­nie mia­sta. Po dru­giej stro­nie naszego frontu, na odcinku zaj­mo­wa­nym przez lewe skrzy­dło 9 Dywi­zji Spa­do­chro­no­wej, sytu­acja robiła się coraz bar­dziej dra­ma­tyczna. Zary­so­wała się groźba prze­ła­ma­nia na lewej flance i poja­wiło się nie­bez­pie­czeń­stwo okrą­że­nia naszego kor­pusu w oko­li­cach jezior. Nie­malże z godziny na godzinę sytu­acja sta­wała się coraz bar­dziej roz­pacz­liwa i coraz trud­niej było utrzy­mać duch bojowy. 9 Armia obie­cała, iż z dniem 19 kwiet­nia prze­każe pod roz­kazy naszego kor­pusu 18 Dywi­zję Pan­cerną.

Ran­kiem 19 kwiet­nia prze­nio­słem się do lasu wraz z naj­bar­dziej nie­zbędną czę­ścią per­so­nelu. Goto­wych było tylko kilka schro­nów, ale chcia­łem być gotów do pracy na miej­scu, gdy okaże się, że nie będzie już można pozo­sta­wać w willi. Począt­kowo wciąż było jesz­cze bar­dzo zimno, lecz wkrótce wstało słońce i mogłem zdjąć swój pod­bity futrem szy­nel.

Wtedy przy­był do nas gene­rał Hein­rici, dowódca Grupy Armii Wisła, w któ­rej skład wcho­dzi­li­śmy. Zaak­cep­to­wał decy­zje pod­jęte przez Weidlinga i ostrzegł przed nie­bez­pie­czeń­stwem prze­ła­ma­nia frontu na styku 9 Armii i 3 Armii. Ocze­ki­wa­li­śmy, że 18 Dywi­zja Pan­cerna w ciągu dnia przy­bę­dzie z oko­lic Szcze­cina i znaj­dzie się pod naszym dowódz­twem.

Wkrótce po odjeź­dzie gene­rała Hein­rici przy­je­chał gene­rał Busse. On rów­nież zaapro­bo­wał spo­sób, w jaki pro­wa­dzi­li­śmy dzia­ła­nia bojowe i powie­dział nam, że możemy otrzy­mać także Dywi­zję Gre­na­die­rów Pan­cer­nych SS "Nor­dland". Dywi­zja, za wyjąt­kiem nie­licz­nych nie­miec­kich ofi­ce­rów, skła­dała się z nor­we­skich, szwedz­kich i duń­skich ochot­ni­ków. (W wielu oku­po­wa­nych kra­jach do spe­cjal­nych jed­no­stek rekru­to­wano ochot­ni­ków spo­śród mło­dych ludzi popie­ra­ją­cych filo­zo­fię Hitlera. Rekru­ta­cja była szcze­gól­nie sku­teczna w kra­jach skan­dy­naw­skich, gdyż poglądy Hitlera odno­śnie wyż­szo­ści rasy nor­dyc­kiej brzmiały prze­ko­nu­jąco dla wielu Skan­dy­na­wów.)

W dniu 19 kwiet­nia, w cza­sie krót­kiej prze­rwy w wal­kach, do sztabu naszego kor­pusu przy­był Artur Axmann -?Dowódca Mło­dzieży Rze­szy. Axmann, który był nieco po trzy­dzie­stce, w 1941 roku stra­cił rękę w bojach z Rosja­nami. Na jego prośbę nakre­śli­li­śmy mu obraz sytu­acji, a wtedy on zapro­po­no­wał nam wspar­cie w postaci bata­lionu zło­żo­nego z człon­ków Hitler­ju­gend. Weidling począt­kowo nie zaak­cep­to­wał pro­po­zy­cji, gdyż nie chciał wysy­łać do walki dzieci, ale osta­tecz­nie, nie­chęt­nie i nie­malże ze smut­kiem, zgo­dził się obsa­dzić chłop­cami pozy­cję ryglową na tyłach frontu w celu zabez­pie­cze­nia pół­noc­nego skrzy­dła kor­pusu przed pene­tra­cją ze strony prze­ry­wa­ją­cych się tam sił nie­przy­ja­ciela. Także Goeb­bels przy­słał nam na miej­sce kilka bata­lio­nów obrony cywil­nej Volks­sturmu, czego nie powi­nien był robić (winien był naj­pierw skon­tak­to­wać się z nami i spraw­dzić, czy w ogóle chcemy, aby je do nas skie­ro­wał). Następ­nie odwie­dził nas kolejny wysoki rangą cywil. W piw­ni­cach willi w Wald­sie­vers­dorf poja­wił się mini­ster spraw zagra­nicz­nych Rze­szy, von Rib­ben­trop. Po zapo­zna­niu się z sytu­acją von Rib­ben­trop popro­sił o zgodę na odwie­dze­nie jed­nej z naszych dywi­zji i Weidling skie­ro­wał go do Dywi­zji Pan­cer­nej "Müncheberg". Von Rib­ben­trop spra­wiał wra­że­nie przy­gnę­bio­nego i w pew­nym sen­sie zdez­o­rien­to­wa­nego. Ubrany był w skó­rzany płaszcz ofi­cer­ski bez oznak stop­nia woj­sko­wego i czapkę z dużym orłem kor­pusu dyplo­ma­tycz­nego.

Jego poja­wie­nie się na fron­cie było zupeł­nie nie na miej­scu. Nie powi­nien nawet wypy­ty­wać nas o sytu­ację bojową. Nie wcho­dziło to w zakres jego obo­wiąz­ków i nie miało nic wspól­nego z jego pracą. Jeśli chciał zazna­jo­mić się z poło­że­niem na fron­cie, wystar­czyło zwró­cić się do szefa sztabu gene­ral­nego w kwa­te­rze Hitlera i tam powie­dziano by mu, czego może się spo­dzie­wać, jak długo możemy się utrzy­mać, itd. Ale nie jego sprawą było prze­by­wa­nie w szta­bie kor­pusu aktyw­nie bio­rą­cego udział w wal­kach. Jakiś czas po jego odjeź­dzie zadzwo­niono do mnie z Dywi­zji Pan­cer­nej "Müncheberg" z infor­ma­cją, iż von Rib­ben­trop zażą­dał, aby umoż­li­wiono mu towa­rzy­sze­nie gru­pie roz­po­znaw­czej w patrolu bojo­wym. Powia­do­mi­łem o tym Weidlinga, który nie zgo­dził się na prośbę mini­stra, logicz­nie tłu­ma­cząc odmowę wie­kiem Rib­ben­tropa, bra­kiem sto­sow­nego wyszko­le­nia i doświad­cze­nia oraz fak­tem, że w swoim mun­du­rze sta­no­wiłby bar­dzo łakomy cel, co z pew­no­ścią dopro­wa­dzi­łoby do jego śmierci w cza­sie patrolu. Na tym sprawa się zakoń­czyła i von Rib­ben­trop opu­ścił sta­no­wi­ska dywi­zji nie wra­ca­jąc już do nas.

W mię­dzy­cza­sie ataki Rosjan nie usta­wały i zaczę­li­śmy mieć kło­poty w utrzy­ma­niu łącz­no­ści pomię­dzy 3 Armią i 9 Armią, dokład­nie tak, jak prze­wi­dział Hein­rici. Nasza 9 Dywi­zja Spa­do­chro­nowa zamel­do­wała o osta­tecz­nym utra­ce­niu kon­taktu ze 101 Kor­pu­sem 3 Armii na pół­nocy. Następ­nie, rosyj­ska 2 Armia Pan­cerna zdo­łała prze­ła­mać nasz front, zagra­ża­jąc tym samym naszej lewej flance. Zaczęły napły­wać pod­od­działy 18 Dywi­zji Pan­cer­nej. W despe­ra­cji rzu­ca­li­śmy je do walki oddziel­nie, gdy tylko do nas dołą­czały. Dzięki temu zdo­ła­li­śmy zatrzy­mać postępy Rosjan na naszym lewym skrzy­dle.

Na naszej pra­wej flance Dywi­zja Pan­cerna "Müncheberg" uwi­kłana była w zażarte walki z rosyj­skimi siłami pan­cer­nymi i wie­czo­rem utra­ci­li­śmy kon­takt z naszym sąsied­nim kor­pu­sem po pra­wej stro­nie. Aby zapo­biec obu­stron­nemu oskrzy­dle­niu oraz by unie­moż­li­wić Rosja­nom swo­bodny dostęp do Ber­lina, Weidling zade­cy­do­wał o cof­nię­ciu się na rubież Müncheberg - Wald­sie­vers­dorf, którą obra­li­śmy za naszą kolejną, główną pozy­cję obronną.

Jed­nak w nie­któ­rych miej­scach Rosja­nie zdo­łali już prze­kro­czyć linię Müncheberg -?Wald­sie­vers­dorf. O godzi­nie osiem­na­stej sły­sze­li­śmy już w pobliżu odgłosy wybu­cha­ją­cych poci­sków moź­dzie­rzo­wych i ter­kot kara­bi­nów maszy­no­wych. Z tego względu prze­nie­śli­śmy sie­dzibę sztabu do Kolo­nie Her­ren­horst, małej osady na poro­śnię­tym sosno­wym lasem wzgó­rzu na połu­dnie od Straus­berga. Do godziny dwu­dzie­stej byli­śmy gotowi do dal­szej walki. Nocą pode­szła Dywi­zja SS "Nor­dland". Dodat­kowo pod naszą komendę prze­szły pod­od­działy cięż­kiej arty­le­rii prze­ciw­lot­ni­czej ze Straus­berga. Nie­stety, miały one na wypo­sa­że­niu wyłącz­nie działa kali­bru 88 mm, ale mogły one przy­naj­mniej zapo­biec nie­spo­dzie­wa­nemu ata­kowi czoł­gów na naszą głę­boką flankę.

Nakre­śli­łem roz­kazy dla arty­le­rzy­stów prze­ciw­lot­ni­czych i prze­ka­za­łem je Weidlin­gowi do pod­pisu, a następ­nie zapo­zna­łem prze­ciw­lot­ni­ków z aktu­alną sytu­acją bojową.

Nasz kor­pus miał teraz prze­ciwko sobie całą rosyj­ską grupę armii, którą Rosja­nie okre­ślali mia­nem "frontu". O ile nie grupą armii, to powin­ni­śmy być przy­naj­mniej armią, a nie poje­dyn­czym kor­pusem. Rzecz jasna, nie było szans na to, byśmy mogli się tu utrzy­mać lepiej niż gdzie­kol­wiek indziej i oczy­wi­ste było, że będziemy zmu­szeni do wyco­fa­nia się do samego Ber­lina. Rosja­nie już ostrze­li­wali mia­sto.

Nad ranem 20 kwiet­nia wresz­cie mogłem zamknąć oczy choć na kilka godzin. Gdy zapa­da­łem w sen, myśla­łem o pory­wa­ją­cym prze­mó­wie­niu radio­wym Goeb­belsa, w któ­rym opo­wia­dał o cudow­nej broni, mają­cej jesz­cze umoż­li­wić nam zwy­cię­stwo. Nie­koń­cząca się kako­fo­nia slo­ga­nów i pro­pa­gandy w wyko­na­niu rządu w Ber­li­nie brzmiała na pierw­szej linii frontu jak zwy­kła dzie­ci­nada. Nasz sztab mie­ścił się wtedy w domku pra­cow­nika kolei, który słu­cha­jąc Goeb­belsa wie­rzył świę­cie w każde jego słowo. Cho­ciaż nie mogłem powie­dzieć im, że Rosja­nie praw­do­po­dob­nie wpadną do ich domu w ciągu naj­bliż­szych trzy­dzie­stu sze­ściu godzin, pora­dzi­łem im przy­naj­mniej, aby ode­słali gdzieś swoją szes­na­sto­let­nią córkę.

Obu­dziły mnie eks­plo­zje poci­sków małego kali­bru, które spa­dały wszę­dzie wokół. Dosze­dłem do wnio­sku, że ostrzał muszą pro­wa­dzić czołgi, znaj­du­jące się jesz­cze o jakieś pół­tora kilo­me­tra na pół­noc od nas. Nasza główna pozy­cja obronna była już w nie­któ­rych miej­scach opa­no­wana przez Rosjan. Rosyj­skie czołgi i pie­chota prze­rwały się na prawo od nas i znaj­do­wały się już na połu­dniowy zachód od sie­dziby sztabu kor­pusu. Rzu­ci­li­śmy prze­ciwko nim Dywi­zję Gre­na­die­rów Pan­cer­nych SS "Nor­dland" z zada­niem zabez­pie­cze­nia połu­dnio­wej flanki kor­pusu.

Spraw­dzi­li­śmy teren na połu­dniu, w pokry­tym jezio­rami rejo­nie Straus­berga z myślą o nowej linii oporu. Jeśli przed nadej­ściem Rosjan zdo­ła­li­by­śmy zabez­pie­czyć cały rejon pomię­dzy jezio­rami, byłaby szansa na sta­wie­nie oporu w tam­tym miej­scu. Gdyby tylko Goeb­bels skie­ro­wał tam bata­liony obrony cywil­nej zamiast wysy­łać je tam, gdzie je wysłał! Po dro­dze do Kolo­nie Her­ren­horst dowie­dzia­łem się, że więk­szość pod­od­dzia­łów Volks­sturmu została już roz­pro­szona ata­kami z powie­trza. Do pomocy w obsa­dze­niu nowych sta­no­wisk obron­nych w oko­li­cach jezior pod Straus­ber­giem można było wysłać tylko resztki dwóch bata­lio­nów.

W ciągu dnia fron­talne ataki Rosjan osła­bły, gdyż prze­ciw­nik skie­ro­wał wszyst­kie pozo­sta­jące w jego dys­po­zy­cji siły w luki po obu stro­nach naszego kor­pusu celem wyko­rzy­sta­nia osią­gnię­tego tam suk­cesu. Bata­lion zło­żony z człon­ków Hitler­ju­gend, któ­rego tak nie­chęt­nie użył Weidling, poprzed­niej nocy prze­szedł swój chrzest bojowy na swo­ich pozy­cjach na pół­noc od Wald­sie­vers­dorf. W cza­sie ataku rosyj­skich czoł­gów, sto­jący na czele bata­lionu dzie­więt­na­sto­letni dowódca Hitler­ju­gend cał­ko­wi­cie utra­cił kon­trolę już na samym początku boju. Krzyki jego ran­nych chłop­ców zupeł­nie wytrą­ciły go z rów­no­wagi. Krzy­cząc na równi z nimi, naka­zał porzu­ce­nie zaj­mo­wa­nych sta­no­wisk, nie mel­du­jąc o tym nikomu w kor­pu­sie lub gdzie­kol­wiek indziej! Chłopcy roz­bie­gli się na wszyst­kie strony.

Z powodu tej decy­zji na naszym lewym skrzy­dle zary­so­wała się bar­dzo nie­bez­pieczna sytu­acja. Na szczę­ście wysłani tam nisz­czy­ciele czoł­gów z 18 Dywi­zji Gre­na­die­rów Pan­cer­nych zdo­łali zała­tać powstałą lukę.

Po połu­dniu, w odle­gło­ści około trzech kilo­me­trów od sie­dziby sztabu naszego kor­pusu, roz­go­rzały zacięte boje mię­dzy sta­cjo­nar­nymi bate­riami arty­le­rii prze­ciw­lot­ni­czej i rosyj­skimi czoł­gami posu­wa­ją­cymi się w kie­runku Straus­berga. Pomimo dziel­nego oporu i znisz­cze­nia wielu nie­przy­ja­ciel­skich maszyn, prze­ciw­lot­nicy nie byli w sta­nie zatrzy­mać wroga na długo, szcze­gól­nie, gdy do walki z nimi skie­ro­wano pie­chotę. Z tego powodu, ponow­nie sta­jąc w obli­czu zagro­że­nia okrą­że­niem, roz­ka­za­li­śmy cof­nię­cie obrony na linie jezior w oko­licy Straus­berga. O godzi­nie dwu­dzie­stej prze­nie­śli­śmy punkt dowo­dze­nia do Eli­sen­hof, około trzy kilo­me­try na połu­dnie od Altlands­berg.

Po dro­dze na miej­sce wszę­dzie mogli­śmy zaob­ser­wo­wać wzmo­żoną aktyw­ność nie­przy­ja­ciel­skiego lot­nic­twa. Jadąc z Altlans­bergu widzia­łem pło­nące domy, jak rów­nież spa­lone rosyj­skie czołgi, znisz­czone ogniem naszych dział prze­ciw­lot­ni­czych w momen­cie, gdy zbli­żały się do naszych sta­no­wisk z tego samego kie­runku. Sama wieś była już w rękach Rosjan, a Eli­sen­hof znaj­do­wało się tylko około trzech kilo­me­trów stam­tąd - pomię­dzy nami i Rosja­nami nie było żad­nych oddzia­łów! Major Wolff natych­miast zajął się orga­ni­zo­wa­niem lokal­nej obrony z pisa­rzy i kie­row­ców w miarę, gdy tylko nad­jeż­dżali. Poło­ży­łem się wtedy na moment aby zła­pać chwilę odpo­czynku, gdyż linie tele­fo­niczne nie zostały jesz­cze prze­cią­gnięte i jak na razie nie mogłem nic zro­bić. Poza tym było jasne, że sztab i tak nie może pozo­stać w tym miej­scu, gdyż wraz z utratą Altlands­bergu pozy­cja kor­pusu na prze­wę­że­niu mię­dzy jezio­rami została po raz kolejny oskrzy­dlona.

20 kwiet­nia przed pół­nocą Weidling i von Dufving przy­byli z Kolo­nie-Her­ren­horst. Pod­jęli decy­zję o ponow­nej relo­ka­cji sztabu do miej­sca, gdzie mogli­by­śmy korzy­stać z ochrony naszych dywi­zji; nowy punkt dowo­dze­nia miał znaj­do­wać się w połu­dniowo-wschod­niej czę­ści Peter­sha­gen.

Polnymi dro­gami, lawi­ru­jąc na połu­dnie z powodu nowych donie­sień o ruchach nie­przy­ja­ciela, dotar­łem do Peter­sha­gen. Więk­szość miesz­kań­ców ucie­kła, w piw­ni­cach pozo­stała tylko garstka osób w star­szym wieku. Zlo­ka­li­zo­wa­łem kilka domostw, które nada­wały się na sie­dzibę sztabu i łącz­no­ściowcy szybko prze­cią­gnęli linie tele­fo­niczne do naszych dywi­zji. Jed­nakże ogień rosyj­skiej arty­le­rii bez prze­rwy rwał kable i przez kilka godzin byli­śmy pozba­wieni prze­wo­do­wej łącz­no­ści z dowódz­twem 9 Armii.

21 kwiet­nia o godzi­nie siód­mej rano, gdy jadłem aku­rat jakąś jajecz­nicę, nade­szła wia­do­mość radiowa ze sztabu 9 Armii: "Od teraz ocze­kuję zde­cy­do­wa­nej postawy w walce. Sztab kor­pusu ma natych­miast prze­mie­ścić się na wschod­nie przed­mie­ście Ber­lina. Busse." Naj­wi­docz­niej dowódz­two 9 Armii było prze­ko­nane, iż sie­dzimy w samym środku Ber­lina! Prze­ka­za­łem infor­ma­cję Weidlin­gowi, który wpadł w złość i naka­zał prze­sła­nie drogą radiową do 9 Armii nastę­pu­ją­cej infor­ma­cji: "Sztab kor­pusu wal­czy z pie­chotą nie­przy­ja­ciela pięć kilo­me­trów na wschód od przed­mieść Ber­lina. Weidling."

Mel­dunki nad­sy­łane przez nasze dywi­zje świad­czyły o nasi­la­ją­cych się fron­tal­nych ata­kach Rosjan, co zmu­siło nas do wysła­nia do boju ostat­nich rezerw.

W nie­któ­rych miej­scach nie­przy­ja­ciel prze­rwał się już przez prze­wę­że­nia mię­dzy jezio­rami lub for­so­wał prze­szkody wodne na łodziach. Ozna­czało to, że nie mamy innego wyboru, jak rzu­ce­nie wszyst­kich zdol­nych do walki pod­od­dzia­łów do bez­po­śred­niej obrony Ber­lina, cho­ciaż także i tam, w oko­li­cach Altlands­bergu, zdą­żyły się już poja­wić wła­ma­nia od strony pół­noc­nej.

Tego samego dnia w Köpenick byłem świad­kiem, jak wyła­do­wana chle­bem cię­ża­rówka, która musiała się zatrzy­mać w korku, została ogo­ło­cona z ładunku przez kobiety, dzieci i star­sze osoby. Kie­rowca stał obok i nie będąc w sta­nie nic zro­bić, zasła­niał tylko pojazd rękoma. Jego cię­ża­rówkę opróż­niono w ciągu kilku minut.

Wschod­nie przed­mie­ścia Ber­lina, takie jak Frie­drichs­felde, Kauls­dorf-Süd i Karl­shorst były już pod nie­prze­rwa­nym ostrza­łem lek­kiej arty­le­rii, naj­praw­do­po­dob­niej z kie­runku Altlands­berg. W mię­dzy­cza­sie na sie­dzibę sztabu kor­pusu wybrano kilka willi na połu­dnio­wym skraju Kauls­dorf-Süd. Z pra­wym skrzy­dłem opar­tym o jezioro Müggelsee pla­no­wa­li­śmy utrzy­mać rubież na odcinku Hop­pe­gar­ten -?Kauls­dorf -?Marzahn, gdzie mie­li­śmy łączyć się z linią obrony Ber­lina. Ozna­cza­łoby to jed­nak, że na pra­wym skrzy­dle nie mie­li­by­śmy stycz­no­ści z 11 Kor­pu­sem Pan­cer­nym SS. Popro­si­li­śmy dowódz­two 9 Armii o zgodę na zamknię­cie tej luki. W odpo­wie­dzi otrzy­ma­li­śmy instruk­cje, aby zosta­wić pół­nocny brzeg Szprewy, połą­czyć się z linią obrony Ber­lina w Parku Trep­to­wer i wycią­gnąć nasze prawe skrzy­dło na połu­dniowy wschód wzdłuż Szprewy celem ponow­nego nawią­za­nia stycz­no­ści z 9 Armią.

Dzi­siaj było już zbyt późno na pod­ję­cie takich ruchów. Dywi­zjom wydano roz­kazy, aby doko­nać prze­miesz­cze­nia następ­nej nocy. Ja nato­miast przez resztę nocy mia­łem moż­li­wość prze­spa­nia się na łóżku przez całe trzy godziny. Gdzieś po pół­nocy, 22 kwiet­nia, obu­dził mnie odgłos wybu­cha­ją­cych poci­sków lek­kiej arty­le­rii i moź­dzie­rzy, które rwały się w oko­licy. Zsze­dłem do schronu prze­ciw­lot­ni­czego w szpi­talu dla dzieci i senio­rów, który znaj­do­wał się po sąsiedzku i gdzie w mię­dzy­cza­sie zdą­żono już przy­go­to­wać sie­dzibę naszego sztabu. Opróż­niono tam dla nas trzy czy cztery pokoje. W pozo­sta­łych, więk­szych pomiesz­cze­niach, znaj­do­wało się czter­dzie­ścioro lub pięć­dzie­się­cioro dzieci w towa­rzy­stwie pięt­na­stu lub dwu­dzie­stu pie­lę­gnia­rek.

Na zewnątrz robiło się coraz bar­dziej nie­bez­piecz­nie, gdyż w Köpenick prze­rwały się rosyj­skie czołgi i teraz krą­żyły w nie­da­le­kiej oko­licy. Polo­wały na nie grupki nie­miec­kich nisz­czy­cieli czoł­gów wypo­sa­żone w pan­cer­fau­sty i czołgi ostrze­li­wały się sza­leń­czo na wszyst­kie strony. Ze wszyst­kich dywi­zji napły­wały mel­dunki o nowych rosyj­skich ata­kach przy wspar­ciu broni pan­cer­nej. Nacisk Rosjan był szcze­gól­nie silny na pra­wym skrzy­dle, gdzie ich marsz został jed­nak zasto­po­wany na linii Szprewy. Na pół­nocy Rosja­nie weszli w sze­roką lukę wio­dącą na zachód, jaka utwo­rzyła się w Wer­neu­chen.

Ran­kiem 22 kwiet­nia prze­nie­śli­śmy nasz punkt dowo­dze­nia do Rudow, sie­dem kilo­me­trów na połu­dniowy zachód od Köpenick. Moim zada­niem było pozo­sta­nie w dotych­cza­so­wej sie­dzi­bie do godziny dwu­dzie­stej pierw­szej, a następ­nie dołą­cze­nie do sztabu po tym, jak zamel­dują się wszyst­kie nasze dywi­zje.

W ciągu dnia docie­rały do mnie przy­bli­ża­jące się odgłosy broni ręcz­nej - znak, że pie­chota wal­czy coraz bli­żej. Wyglą­dało na to, że schro­nie­nie dla dzieci będzie w rękach Rosjan do czasu, gdy zgod­nie z roz­ka­zem mia­łem opu­ścić to miej­sce. Wysta­wi­łem czujki, aby z wyprze­dze­niem dowie­dzieć się o nadej­ściu nie­przy­ja­ciela i unik­nąć nie­woli.

Jeden po dru­gim sztaby naszych dywi­zji mel­do­wały o opusz­cze­niu dotych­cza­so­wych miejsc dys­lo­ka­cji. Około godziny dwu­dzie­stej przy­był ofi­cer ope­ra­cyjny 9 Dywi­zji Spa­do­chro­no­wej w towa­rzy­stwie mojego kolegi z Aka­de­mii Sztabu Gene­ral­nego, majora Engela, który był moim naj­bliż­szym przy­ja­cie­lem z okresu szko­le­nia na uczelni. Omó­wi­li­śmy sytu­ację, o któ­rej mi rapor­to­wał, a ja prze­ka­za­łem infor­ma­cję do dowódz­twa 9 Armii.

Walka nie miała oczy­wi­ście żad­nego sensu i nie byli­śmy w sta­nie pojąć, dla­czego nasz rząd nie prosi o pokój, aby unik­nąć bez­ro­zum­nej rzezi. Pro­pa­ganda i slo­gany nie wyrzucą prze­cież Rosjan z Nie­miec! W naj­bar­dziej opty­mi­stycz­nych zało­że­niach mogli­by­śmy sta­wiać opór jesz­cze przez kilka tygo­dni. Przez całą wojnę nie dys­po­no­wa­li­śmy taką siłą ognia, jaką teraz Rosja­nie obra­cali prze­ciwko nam na tym jed­nym wąskim odcinku frontu. To, co działo się z naszymi oddzia­łami, było po pro­stu nie­ludz­kie. Ludzie wal­czyli teraz wyłącz­nie dzięki deter­mi­na­cji, despe­ra­cji i dzi­kiej odwa­dze. Przy­po­mniało mi się prze­zwi­sko, jakiego wielu uży­wało teraz w odnie­sie­niu do Hitlera: Gröfaz (Größter Fel­dherr aller Zeiten -?Naj­więk­szy Gene­rał Wszech­cza­sów).

Engel i ja omó­wi­li­śmy bie­żącą sytu­ację raczej jak bli­scy przy­ja­ciele, a nie ofi­ce­ro­wie ope­ra­cyjni kor­pusu i dywi­zji. Nakre­śli­łem mu obraz ogól­nej sytu­acji na tyle, na ile pozwa­lały posia­dane przeze mnie infor­ma­cje. Na zacho­dzie alianci stali nad Łabą uchwy­ciw­szy kilka nie­du­żych przy­czół­ków na wschod­nim brzegu rzeki, ale nie podej­mo­wali dal­szych ata­ków w kie­runku wschod­nim. Zadzi­wiało nas to, ponie­waż wal­czy­li­śmy tak zacie­kle prze­ciwko Rosja­nom w nadziei, iż zdo­łamy ich powstrzy­mać do czasu, gdy nadejdą siły zachod­nich alian­tów, aby wziąć Ber­lin. Teraz sta­wało się oczy­wi­ste, że alianci nie są zain­te­re­so­wani Ber­linem i utrzy­ma­niem Rosjan poza mia­stem.

W pobliżu Guben i Forst Rosja­nie roze­rwali front 4 Armii Pan­cer­nej z Grupy Armii Schörnera i masze­ro­wali nam za ple­cami. Byli­śmy zmu­szeni zająć się pro­ble­mem prze­ła­ma­nia linii frontu na styku 9 i 3 Armii, gdzie w lukę wle­wała się rosyj­ska pie­chota zmo­to­ry­zo­wana, która bez napo­ty­ka­nia oporu kie­ro­wała się na zachód i omi­jała Ber­lin. Ozna­czało to, że nie­za­kłó­cony ruch z Ber­lina w kie­runku zachod­nim praw­do­po­dob­nie moż­liwy będzie tylko przez krótki czas.

Przez chwilę oma­wia­li­śmy z Enge­lem pomysł wsko­cze­nia do mojego samo­chodu i wyrwa­nia się z kotła cza­row­nic. Koniec musiał nadejść wraz z okrą­że­niem Ber­lina przez Rosjan. Pozo­sta­nie na miej­scu ozna­czało rosyj­ską nie­wolę lub śmierć. Jeśli ucie­kli­by­śmy na zachód, ozna­czałoby to wol­ność, lub w naj­gor­szym przy­padku bry­tyj­ską lub ame­ry­kań­ską nie­wolę, co nie było zbyt nie­po­ko­jące. Ale takie dzia­ła­nie było jed­no­cze­śnie rów­no­znaczne z porzu­ce­niem wszyst­kich tych, któ­rzy wciąż tak despe­racko wal­czyli i żaden z nas nie mógł znieść myśli o pozo­sta­wie­niu tych odważ­nych żoł­nie­rzy. Zde­cy­do­wa­li­śmy, że zosta­niemy i speł­nimy swój obo­wią­zek do końca. Nie ulega wąt­pli­wo­ści, że z naszymi czer­wo­nymi lam­pa­sami i cho­rą­giewką sztabu kor­pusu na moim samo­cho­dzie prze­je­cha­li­by­śmy przez wszyst­kie poste­runki i blo­kady. Nikt w naszych szta­bach nie kwe­stio­no­wałby naszego znik­nię­cia; po pro­stu zało­żo­noby, że nie byli­śmy w sta­nie wydo­stać się z naszej poprzed­niej sie­dziby, i że praw­do­po­dob­nie zosta­li­śmy zabici lub wzięci do nie­woli. Lecz nasza duma i poczu­cie obo­wiązku nie pozwa­lały nam na taki krok.

Rozdział 3

O GODZI­NIE dwu­dzie­stej pierw­szej, po ode­bra­niu raportu od naszej ostat­niej dywi­zji, wsia­dłem do swo­jego Kübelwagena. Strze­la­nina tro­chę przy­ci­chła. Pie­lę­gniarki despe­racko sta­rały się zabrać ze mną (wiele z nich wraz z nie­któ­rymi dziećmi wyje­chało wcze­śniej innymi naszymi samo­cho­dami). Biedne, nie­szczę­sne kobiety nasłu­chały się wielu rela­cji o gwał­tach i niczym nie­uza­sad­nio­nym okru­cień­stwie, które były powszechne przy nadej­ściu Rosjan i były prze­ra­żone na myśl o spo­tka­niu z rosyj­skimi żoł­nie­rzami. Mogłem jed­nak zabrać tylko jedną z nich, gdyż wraz ze mną musiało jechać jesz­cze kilku człon­ków sztabu i w samo­cho­dzie pozo­sta­wało miej­sce tylko dla jed­nej osoby. Z cięż­kim ser­cem, wszyst­kie, poza jedną kobietą, musia­łem pozo­sta­wić ich wła­snemu losowi. Pozo­sta­wi­łem pie­lę­gniar­kom decy­zję w kwe­stii wyboru osoby, która ze mną odje­dzie. Nie mam poję­cia, w jaki spo­sób o tym zade­cy­do­wały, ale o wyzna­czo­nym cza­sie poja­wiła się jedna z nich.

W Oberschöneweide musie­li­śmy jechać pod cią­głym ostrza­łem, do któ­rego teraz dołą­czyła także ciężka arty­le­ria. Ogar­niało nas uczu­cie bli­skie prze­ra­że­niu, gdy wszę­dzie roz­ry­wały się cięż­kie poci­ski, a dachówki, ramy okienne i płyty chod­ni­kowe fru­wały wokół. Odno­siło się wra­że­nie, że dookoła nas eks­plo­duje cały świat. Ostrzał arty­le­ryj­ski w mie­ście jest dużo bar­dziej prze­ra­ża­jący niż w otwar­tym tere­nie. Za każ­dym razem, gdy pocisk tra­fiał w coś ponad naszymi gło­wami i roz­ry­wał się tam, zasy­py­wał nas deszcz odłam­ków i kawał­ków tego, co zostało tra­fione. Byłem rad, gdy zosta­wi­li­śmy za sobą most na Szpre­wie, który był praw­do­po­dob­nie celem całej arty­le­rii rosyj­skiej. Na dokładkę, za godzinę po tym moście prze­cho­dzić miały dwie nasze dywi­zje.

Kiedy przy­by­łem do Rudow, w piw­nicy dużego budynku szkol­nego, w któ­rym ulo­ko­wana była nasza kwa­tera główna, pano­wało wiel­kie poru­sze­nie. W kilku wsiach na połu­dnie i na zachód od Rudow poka­zały się rosyj­skie trans­por­tery opan­ce­rzone i pie­chota zmo­to­ry­zo­wana. Major Wolff ponow­nie musiał orga­ni­zo­wać straże dla obsta­wie­nia naj­bliż­szej oko­licy sztabu kor­pusu.

Cho­ciaż te nie­przy­ja­ciel­skie pod­od­działy były naj­pew­niej jed­nost­kami roz­po­znaw­czymi, które wyco­fa­łyby się po napo­tka­niu naj­mniej­szego oporu, z pew­no­ścią nie byłoby dla nas wielką przy­jem­no­ścią, gdyby na dzie­dzińcu naszej szkoły nagle poja­wiły się trzy samo­chody pan­cerne.

Wyco­fy­wa­nie naszych dywi­zji z dotych­cza­so­wych pozy­cji już się roz­po­częło. Dzięki dobremu zgra­niu kolumn mar­szo­wych i spraw­nym dzia­ła­niom służb kon­troli ruchu, ode­rwa­nie się czte­rech dywi­zji od nie­przy­ja­ciela i prze­marsz po dwóch mostach, zapo­cząt­ko­wany nocą 22 kwiet­nia, roz­po­czął się cał­kiem dobrze. Dywi­zja SS "Nor­dland", która obec­nie stała na lewym skrzy­dle i jako pierw­sza została zwol­niona, miała utwo­rzyć ogra­ni­czony przy­czó­łek wokół Oberschöneweide celem zabez­pie­cze­nia odwrotu pozo­sta­łych jed­no­stek.

Dowódca dywi­zji, Brigadeführer SS Zie­gler, zgło­sił swój sprze­ciw wobec otrzy­ma­nego roz­kazu, gdyż sądził, iż Weidling zamie­rza poświę­cić jego dywi­zję w imię rato­wa­nia innych jed­no­stek. Do przy­ję­cia roz­kazu zmu­sił go wyłącz­nie wybuch wście­kło­ści Weidlinga. Incy­dent ten był oznaką zała­my­wa­nia się dys­cy­pliny woj­sko­wej. Wcze­śniej, Zie­gler ni­gdy nie kwe­stio­no­wałby roz­kazu.

Po krót­kim odpo­czynku zaczą­łem odbie­rać pierw­sze mel­dunki. Ode­rwa­nie się od nie­przy­ja­ciela, i to bez więk­szych strat, zakoń­czyło się suk­ce­sem. Był 23 kwiet­nia 1945 roku. Przy­czó­łek Oberschöneweide był wciąż w naszych rękach!

W Köpenick coś jed­nak poszło tra­gicz­nie źle. Zada­niem naszej 20 Dywi­zji było utrzy­ma­nie Köpenick tak, aby­śmy mogli dys­po­no­wać sta­bil­nym fron­tem od tej dziel­nicy do połu­dnio­wej strony Szprewy, ale dywi­zja nie była w sta­nie wytrwać i Köpenick zostało opa­no­wane przez nie­przy­ja­ciela. Rzecz jasna, na wypa­dek odwrotu dywi­zja powinna była wysa­dzić most na Szpre­wie, jed­nak Rosja­nie ude­rzyli tak wiel­kimi siłami, że most nie został cał­ko­wi­cie znisz­czony i wciąż nada­wał się do użytku.

Umoż­li­wiało to Rosja­nom uży­cie mostu do prze­rzu­ce­nia czoł­gów na drugą stronę rzeki, więc Weidling wydał dowódcy dywi­zji roz­kaz odbi­cia mostu i osta­tecz­nego jego znisz­cze­nia. Dowo­dzący 20 Dywi­zją puł­kow­nik Scholze zaszo­ko­wał wszyst­kich odpo­wia­da­jąc, iż jego dywi­zja jest wyczer­pana i zdzie­siąt­ko­wana i nie jest w sta­nie prze­pro­wa­dzić naka­za­nego kontr­ataku.

Oczy­wi­ście Weidling, na wieść, iż jego dowódca dywi­zji odma­wia wyko­na­nia roz­kazu, wybuch­nął. Wie­dział, że w Aka­de­mii Sztabu Gene­ral­nego zosta­łem prze­szko­lony do pro­wa­dze­nia dywi­zji w boju, naka­zał mi więc uda­nie się do Köpenick, obję­cie dowódz­twa dywi­zji i prze­pro­wa­dze­nie kontr­ataku. Pomysł, aby major dowo­dził dywi­zją był gro­te­skowy, ale nie było nikogo innego, kogo mógłby posłać. Nie mógł zre­zy­gno­wać z von Dufvinga, który zastę­po­wał go w szta­bie kor­pusu pod­czas jego nie­obec­no­ści, a poza tym zda­wał sobie sprawę, że jestem w sta­nie wypeł­nić posta­wione zada­nie, i że to zro­bię. W wieku dwu­dzie­stu ośmiu lat uczy­ni­łoby mnie to naj­młod­szym i naj­niż­szym stop­niem dowódcą dywi­zji w histo­rii nie­miec­kiej armii!

W pro­stej linii Köpenick leżało w odle­gło­ści około sze­ściu kilo­me­trów, ale musia­łem uży­wać objaz­dów, aby unik­nąć miejsc, gdzie toczyły się walki. W gło­wie mia­łem zamęt, ponie­waż wie­dzia­łem, że dowódca, któ­rego mam zmie­nić, był dobrym żoł­nie­rzem o nie­na­gan­nym prze­biegu służby woj­sko­wej, którą teraz znisz­czy sąd polowy. Zna­łem Weidlinga i wie­dzia­łem, że potrafi wybuch­nąć w taki spo­sób. Oczy­wi­stym jest, że nie mógł tole­ro­wać odmowy wyko­na­nia roz­kazu przez dowódcę dywi­zji, a tym bar­dziej roz­kazu, który po pro­stu musiał być wyko­nany. Utrzy­ma­nie przez Rosjan mostu i prze­rzu­ce­nie czoł­gów na drugi brzeg Szprewy stwa­rzało dla 9 Armii fatalne per­spek­tywy.

Gdy przy­by­łem na miej­sce, roz­ma­wia­łem naj­pierw z ofi­ce­rem ope­ra­cyj­nym w stop­niu pod­puł­kow­nika. Dowie­dzia­łem się, że puł­kow­nik Scholze na krótko przed otrzy­ma­niem roz­kazu Weidlinga dowie­dział się, iż jego żona i dzieci zgi­nęły w nalo­cie bom­bo­wym. Chwi­lowo stra­cił pano­wa­nie nad sobą, co było dla mnie zro­zu­miałe. Ale Weidling nie tole­ro­wał tego typu sła­bo­ści. Jestem pewien, że gdyby przy­tra­fiło się to jemu, dotknę­łoby go tak samo sil­nie, ale nie pozwo­liłby, żeby prze­szko­dziło mu to w wypeł­nia­niu obo­wiąz­ków. Ofi­cer ope­ra­cyjny powie­dział mi także, że Scholze opa­no­wał się jed­nak i naka­zał odbi­cie mostu. W takiej sytu­acji wyco­fa­łem się dys­kret­nie i powró­ci­łem do sztabu kor­pusu, gdzie poin­for­mo­wa­łem gene­rała Weidlinga o zaist­nia­łych oko­licz­no­ściach. Wra­ca­jąc, pod­ją­łem pewne ryzyko, gdyż powrót ozna­czał, że nie wyko­na­łem jego roz­kazu. Ponie­waż atak był jed­nak w toku, Weidling był usa­tys­fak­cjo­no­wany. Most odbito i wysa­dzono w powie­trze, jed­nak za cenę znacz­nych strat z naszej strony.

Tym­cza­sem nade­szły alar­mu­jące wie­ści od 18 Dywi­zji Pan­cer­nej, doty­czące sil­nego naporu nie­przy­ja­ciela na odcinku Szprewy. Wraz z Weidlin­giem poje­cha­łem do Alt­glie­nicke do sztabu 18 Dywi­zji Pan­cer­nej. Gene­rał chciał oso­bi­ście oce­nić sytu­ację. Dziel­nica było pod bez­u­stan­nym ostrza­łem arty­le­rii. Nie­przy­ja­ciel­ska pie­chota ata­ko­wała od strony Köpenick i od wschodu, gdzie Rosja­nie, któ­rych do tej pory zdo­łano powstrzy­my­wać, prze­pra­wiali się już przez rzekę na pro­mach. Mie­li­śmy tam działa prze­ciw­lot­ni­cze -?nie­stety sta­cjo­narne -?które można było wyko­rzy­stać w walce z rosyj­skimi czoł­gami. Dowódca dywi­zji, gene­rał Rauch, sądził, że będzie w sta­nie utrzy­mać się do wie­czora. Od połu­dnia, skąd Rosja­nie jesz­cze nie ata­ko­wali, miał tylko słabą pozy­cję osło­nową wzdłuż brze­gów Szprewy.

Nie­za­leż­nie od oko­licz­no­ści musie­li­śmy prze­mie­ścić sie­dzibę sztabu na przed­mie­ścia Ber­lina, więc uda­łem się na poszu­ki­wa­nie odpo­wied­niego miej­sca. Pomimo naszych wysił­ków wciąż nie mogli­śmy się dowie­dzieć niczego o loka­li­za­cji linii obrony mia­sta. Z tego względu musia­łem jak naj­szyb­ciej nawią­zać kon­takt z jakimś lokal­nym punk­tem dowo­dze­nia. Naj­pierw jed­nak nale­żało zna­leźć nowe miej­sce dla sztabu, gdyż ogień pie­choty sta­wał się coraz bar­dziej inten­sywny. Około godziny dzie­wią­tej rano, jadąc Kübelwagenem pod ogniem moź­dzie­rzy, doje­cha­łem auto­stradą do Ber­lina. Gdy dotar­łem do Schöneiche, przed­mie­ścia Ber­lina, które wstęp­nie wybra­li­śmy na umiej­sco­wie­nie sztabu, stało się jasne, że także i tutaj nasz per­so­nel nie będzie w sta­nie nor­mal­nie pra­co­wać -?rosyj­ska pie­chota posu­wała się już wzdłuż torów kolei miej­skiej od strony Erk­ner i Köpenick.

Zde­cy­do­wa­łem, że naj­lep­szym miej­scem będzie sta­cja kolejki w Rahns­dorf i zadzwo­ni­łem do von Dufvinga, aby tam przy­je­chał. Po przy­by­ciu zaak­cep­to­wał mój wybór i zaczął nad­zo­ro­wać roz­wi­ja­nie sztabu kor­pusu. Teraz mogłem wresz­cie udać się na poszu­ki­wa­nia tych, któ­rzy odpo­wia­dali za obronę mia­sta. Musia­łem odszu­kać tych ludzi i pod­jąć próbę koor­dy­na­cji ich dzia­łań z naszymi. Wie­dzie­li­śmy, że coś tam zostało przy­go­to­wane, cho­ciaż domy­śla­li­śmy się, że cokol­wiek by to nie było, będzie raczej obsa­dzone Volks­stur­mem i oddzia­łami Hitler­ju­gend, niż praw­dzi­wym woj­skiem.

Gdy zna­la­złem sta­no­wi­ska obronne przy­szy­ko­wane pier­ście­niem wokół Ber­lina, dozna­łem szoku. Skła­dały się z abso­lut­nie nie­ob­sa­dzo­nych, pustych doł­ków strze­lec­kich i blo­kad na dro­gach!

Z obu­rze­niem stwier­dzi­łem, że pozy­cje obronne były wyłącz­nie kre­ską na mapie. Do obo­wiąz­ków Goeb­belsa, jako cywil­nego komi­sa­rza obrony sto­licy, nale­żało przy­go­to­wa­nie tych sta­no­wisk, ale teraz bole­sna prawda była taka, że nie miał poję­cia, jak się za to zabrać. Tyle tylko można powie­dzieć w kwe­stii zdol­no­ści Goeb­belsa do przy­ję­cia jakiej­kol­wiek odpo­wie­dzial­no­ści woj­sko­wej. Zdo­ła­łem zdo­być mapy tego, co miało sta­no­wić pas umoc­nień wokół Ber­lina, żeby cho­ciaż móc zapla­no­wać roz­lo­ko­wa­nie tam naszych dywi­zji, gdy już do tego doj­dzie. Wszystko, co poza tym zna­la­złem, spro­wa­dzało się do punktu dowo­dze­nia i per­so­nelu szta­bo­wego, skła­da­ją­cego się z kilku ofi­ce­rów-inwa­li­dów. Nie dowo­dzili żad­nymi oddzia­łami, a nie­któ­rzy z nich nie wie­dzieli nawet, gdzie znaj­dują się sta­no­wiska obronne.

Naj­wy­raź­niej nie­kom­pe­ten­cja była w Ber­li­nie na porządku dzien­nym.

Tak więc Ber­lin nie miał żad­nych umoc­nień, a lek­kie i szyb­kie pod­od­działy Rosjan prze­są­czały się mię­dzy naszym kor­pu­sem (naj­bar­dziej na pół­noc wysu­niętą czę­ścią skła­dową 9 Armii) i kor­pu­sem 3 Armii, znaj­du­ją­cym się na jego skraj­nej, połu­dnio­wej flance. Gdyby któ­ry­kol­wiek z tych kor­pu­sów posia­dał odwody, mogłyby one ura­to­wać sytu­ację, jed­nak nikt z nas nie miał już żad­nych rezerw i wszystko, na co mogli­śmy liczyć, to opóź­nie­nie postę­pów Rosjan o kolejny dzień lub dwa.

Gdy wró­ci­łem do sztabu, nad­szedł wła­śnie radiowy roz­kaz gene­rała Busse (nie mie­li­śmy już łącz­no­ści tele­fo­nicz­nej), który naka­zy­wał nam zabez­pie­cze­nie lewego skrzy­dła 9 Armii na linii od Königs Wuster­hau­sen do Rangs­dorf, około dwu­dzie­stu kilo­me­trów na połu­dnie od Ber­lina, z fron­tem skie­ro­wa­nym na pół­noc. Ozna­czało to odda­nie Ber­lina! Tak więc mie­li­śmy pozo­sta­wić mia­sto wła­snemu losowi, co przy braku odpo­wied­nich sił do obrony Ber­lina ozna­czało koniec sto­licy w ciągu kilku dni. Roz­kaz ten dowo­dził, iż gene­rał Busse myślał w tym momen­cie wyłącz­nie o 9 Armii i naj­praw­do­po­dob­niej zamie­rzał pod­jąć próbę prze­bi­cia się na zachód w celu kapi­tu­lo­wa­nia wła­śnie tam. Jego decy­zja była logiczna, ponie­waż pod­ję­cie obrony mia­sta, w któ­rym wciąż znaj­do­wało się ponad milion jego cywil­nych miesz­kań­ców, ozna­czałoby bez­sen­sowną rzeź. Dla nas rów­nież była to lep­sza per­spek­tywa, niż pro­wa­dze­nie bez­na­dziej­nej walki w mie­ście będą­cym już tylko kupą gru­zów.

Zosta­li­śmy rzu­ceni do Ber­lina w spo­sób nie­ocze­ki­wany i bez moż­li­wo­ści przy­go­to­wa­nia się do walk w mie­ście, po tym, jak w cza­sie krót­szym niż tydzień ode­pchnęła nas od linii Odry naj­bar­dziej roz­rzutna ofen­sywa w histo­rii wojny. W cza­sie swych zma­so­wa­nych ata­ków, Rosja­nie bez prze­rwy prze­ry­wali się na naszych skrzy­dłach, my zaś musie­li­śmy cofać się, aby unik­nąć okrą­że­nia. Bez­u­stanne próby oto­cze­nia nas osta­tecz­nie odcięły nasz kor­pus od gene­rała Busse i 9 Armii na połu­dniu. Na koniec stra­ci­li­śmy z nimi wszelki kon­takt i nie wie­dzie­li­śmy, jaka jest sytu­acja. Widzie­li­śmy rosyj­skie lek­kie czołgi i cię­ża­rówki na połu­dnie od nas, mię­dzy nami i 9 Armią. Weidling pod­jął sto­sowne kroki, aby wypeł­nić roz­kaz gene­rała Busse i utwo­rzyć front na osi wschód-zachód, zwró­cony na pół­noc. Następ­nie zwró­cił się do mnie.

-?Knappe, zna pan Ber­lin jesz­cze z cza­sów Aka­de­mii Woj­sko­wej w Pocz­da­mie -?powie­dział. -?Jedźmy do gene­rała Krebsa (szefa sztabu Naczel­nego Dowódz­twa Wojsk Lądo­wych) w kwa­te­rze Führera i spró­bujmy zorien­to­wać się, jak wygląda ogólne poło­że­nie i czy możemy stam­tąd nawią­zać łącz­ność z 9 Armią.

Von Dufving, któ­rego pierw­szym obo­wiąz­kiem jako szefa sztabu było dyżu­ro­wa­nie na miej­scu i zastę­po­wa­nie Weidlinga w cza­sie jego nie­obec­no­ści, pozo­stał w Rahns­dorf, zaś gene­rał i ja uda­li­śmy się do Kan­ce­la­rii Rze­szy. Wzię­li­śmy ze sobą kie­rowcę z samo­cho­dem i dwóch łącz­ni­ków na moto­cy­klach. Mia­sto było pod ostrza­łem cięż­kiej arty­le­rii, praw­do­po­dob­nie pro­wa­dzą­cej ogień z plat­form kole­jo­wych sto­ją­cych gdzieś dalej w odle­gło­ści trzy­dzie­stu lub wię­cej kilo­me­trów. Sto­licę bom­bar­do­wały także rosyj­skie samo­loty.

Na szczę­ście ogień arty­le­rii nie był skon­cen­tro­wany; działa strze­lały po całym Ber­li­nie, a naj­cięż­sze poci­ski lądo­wały co kilka minut gdzieś w mie­ście to tu, to tam.

Mia­sto było zasnute dymem i kurzem. Znisz­czone tram­waje stały na uli­cach pod żało­śnie zwi­sa­ją­cymi dru­tami trak­cji elek­trycz­nej. Na wschod­nich przed­mie­ściach pło­nęło wiele budyn­ków, a cywile tło­czyli się w dłu­gich kolej­kach po chleb oraz wodę przy tych uję­ciach, które jesz­cze były sprawne. Cywile byli wszę­dzie; prze­my­kali z ukry­cia do ukry­cia pod bom­bami i poci­skami arty­le­rii. Aby nie powo­do­wać paniki, Goeb­bels odmó­wił wyda­nia roz­kazu ewa­ku­acji lud­no­ści z mia­sta. Doty­czyło to nawet kobiet i dzieci. Teraz zaś kolejne tysięce ludzi ucie­kało do Ber­lina ze wschodu. Obrona mia­sta z pew­no­ścią będzie maka­brycz­nym zaję­ciem, które pocią­gnie za sobą śmierć wielu cywi­lów.

W oko­lice Kan­ce­la­rii Rze­szy dotar­li­śmy około godziny osiem­na­stej. Pozo­sta­wi­li­śmy samo­chód i kie­rowcę i dalej uda­li­śmy się pie­szo, zabie­ra­jąc ze sobą oby­dwu łącz­ni­ków.

Teren wokół kan­ce­la­rii był upstrzony głę­bo­kimi kra­te­rami. Powa­lone drzewa roz­rzu­cone były wokół niczym wyka­łaczki, a tro­tu­ary zasy­pały hałdy gruzu. Sama Kan­ce­la­ria Rze­szy była poważ­nie znisz­czona, w nie­któ­rych miej­scach ster­czały tylko szkie­lety ścian. Hol wej­ściowy od strony Wil­helm­strasse był cał­ko­wi­cie zruj­no­wany. Jedyną czę­ścią kan­ce­la­rii, która wciąż nada­wała się do użytku był sys­tem pod­ziem­nych schro­nów. W pod­ziem­nym garażu zauwa­ży­li­śmy kilka Mer­ce­de­sów, któ­rych Hitler uży­wał w cza­sie defi­lad i wie­ców poli­tycz­nych.

Wej­ście do kory­ta­rza, wio­dą­cego do kwa­tery Führera ulo­ko­wa­nej w pod­ziem­nym bun­krze, znaj­do­wało się w garażu. War­tow­nicy SS przy wej­ściu oddali honory woj­skowe Weidlin­gowi, który miał na sobie Krzyż Rycer­ski z Mie­czami. Pierwsi z nich byli pod­ofi­ce­rami, ale im głę­biej zapusz­cza­li­śmy się do bun­kra, tym wyż­sze były stop­nie tych, któ­rzy stali na war­cie.

Sys­tem schro­nów pod Kan­ce­la­rią Rze­szy był swo­istym pod­ziem­nym mia­stem, w któ­rym miesz­kały setki ludzi, w tym cywile. Wielu z nich było praw­do­po­dob­nie cywil­nymi pra­cow­ni­kami kan­ce­la­rii, któ­rzy mieli tam swoje stałe miej­sce pracy i któ­rzy nie pró­bo­wali już wró­cić do domów na noc. Inni zapewne pra­co­wali w oko­licz­nych budyn­kach rzą­do­wych, teraz zaś uznali pod­zie­mia za naj­bez­piecz­niej­sze miej­sce. Liczba miesz­kań­ców bun­kra była rzecz jasna kon­tro­lo­wana, nie­mniej stał się on schro­nie­niem dla bar­dzo wielu ludzi. Wszę­dzie pano­wał straszny tłok, gdyż bun­kier został pomy­ślany jako schron prze­ciw­lot­ni­czy, a nie miej­sce, w któ­rym mogą miesz­kać i żyć setki ludzi. Było tam także wielu ran­nych żoł­nie­rzy, naj­wi­docz­niej człon­ków oddziału gene­rała SS Mohnke, któ­rego zada­niem była ochrona bun­kra. Niektó­rzy z nich leżeli na mate­ra­cach na pod­ło­dze, inni po pro­stu sie­dzieli wokół.

Sama kwa­tera Hitlera znaj­do­wała się trzy pię­tra pod zie­mią, licząc od garażu. Zatrzy­my­wały nas liczne poste­runki pomimo faktu, iż Weidling był gene­ra­łem z wie­loma robią­cymi wra­że­nie odzna­cze­niami. Przed wej­ściem do wła­ści­wego bun­kra Führera pod­dano nas rewi­zji. Straż­nicy z SS zacho­wy­wali się z peł­nym sza­cun­kiem, nie­mniej dokład­nie spraw­dzono, kim jeste­śmy, skąd przy­by­wamy i jaką sprawę mamy do zała­twie­nia. Musie­li­śmy oka­zać doku­menty i oddać naszą broń oso­bi­stą.

W końcu weszli­śmy do pocze­kalni biura szefa sztabu Naczel­nego Dowódz­twa Wojsk Lądo­wych, gene­rała Krebsa, i szefa oddziału kadr OKH, gene­rała Burg­dorfa. Zapo­wie­dziano nas, a wtedy pod­puł­kow­nik Weiss, adiu­tant Burg­dorfa, wyszedł, aby nas przy­wi­tać. Zapro­wa­dził nas do sąsied­niego pomiesz­cze­nia, gdzie ocze­ki­wali Krebs i Burg­dorf.

Przy­ję­cie, z jakim spo­tkał się gene­rał Weidling ze strony Krebsa i Burg­dorfa wyda­wało się dość powścią­gliwe, co było dość dziwne, jeśli wziąć pod uwagę fakt, iż znał ich oby­dwu od lat, a wraz z Kreb­sem uczęsz­czał do Aka­de­mii Sztabu Gene­ral­nego. Popro­szono nas, byśmy usie­dli i przy­nie­siono nam kanapki z szynką oraz butelkę koniaku Hen­nessy (w wyso­kich szta­bach tego typu pro­ce­dura była stan­dar­dem przy przyj­mo­wa­niu gości z frontu). Zamie­niono z nami tylko kilka słów, po czym Krebs poin­for­mo­wał, iż zamel­duje Hitle­rowi o obec­no­ści Weidlinga i spraw­dzi, czy Hitler zechce z nim pomó­wić.

Było to pew­nym zasko­cze­niem, gdyż Weidling nie przy­był tu, aby ujrzeć Hitlera i nie wie­dzie­li­śmy o żad­nych powo­dach, dla któ­rych Hitler mógłby chcieć z nim roz­ma­wiać.

Gdy Krebs i Burg­dorf wyszli z pokoju, Weidling zwró­cił się do mnie przy­ci­szo­nym gło­sem:

-?Coś jest nie tak. Obaj zacho­wują się dziw­nie.

Po około dzie­się­ciu minu­tach Burg­dorf ponow­nie się poja­wił i powie­dział Weidlin­gowi, że Hitler chce go widzieć. Ja oczy­wi­ście zosta­łem z tyłu i wda­łem się w kon­wer­sa­cję z Weis­sem, Frey­tag-Lorin­gho­ve­nem i Bold­tem, adiu­tan­tami Burg­dorfa i Krebsa. Chcieli wie­dzieć, co dzieje się tam, gdzie znaj­do­wał się nasz sztab. (Weidling tylko ogól­nie nakre­ślił sytu­ację Kreb­sowi, ale poin­for­mo­wał go też o otrzy­ma­nym przez nas roz­ka­zie gene­rała Busse doty­czą­cym sfor­mo­wa­nia frontu na osi wschód-zachód dwa­dzie­ścia kilo­me­trów na połu­dnie od Ber­lina.) Oni zaś ze swo­jej strony przed­sta­wili mi sytu­ację z szer­szej per­spek­tywy, co było wła­śnie tym, po co się tutaj poja­wi­li­śmy. Powie­dzieli mi, że zachodni alianci zatrzy­mali się na linii Łaby, i że 12 Armia gene­rała Wencka przy­go­to­wuje się do odblo­ko­wa­nia Ber­lina. Byli pełni opty­mi­zmu i nie pró­bo­wa­łem ich znie­chę­cać, cho­ciaż byłem pewien, że Wenck nie będzie w sta­nie przyjść sto­licy z pomocą.

Weidlinga, Krebsa i Burg­dorfa nie było przez jakieś dwa­dzie­ścia minut, w mię­dzy­cza­sie do pokoju powró­cili Burg­dorf i Krebs. Zapro­po­no­wali mi koniak i Krebs zaczął wypy­ty­wać mnie o naszą sytu­ację na fron­cie.

Po kolej­nych dwu­dzie­stu minu­tach przy­szedł Weidling i powie­dział mi, że Hitler roz­ka­zał nam obsa­dzić wschod­nią i połu­dniową część Ber­lina, co ozna­cza, iż musimy skon­tak­to­wać się z von Dufvin­giem, aby zasto­po­wać przy­go­to­wa­nia do wypeł­nie­nia roz­kazu gene­rała Busse. Korzy­sta­jąc z tele­fonu Krebsa poroz­ma­wia­łem z cywil­nym ope­ra­to­rem, który połą­czył nas z sie­dzibą naszego sztabu. Zwięźle obja­śni­łem von Dufvin­gowi co się dzieje, a następ­nie Weidling wydał mu pole­ce­nie prze­rwa­nia prze­miesz­cza­nia jed­no­stek z pół­nocy na połu­dnie i pod­ję­cie dzia­łań celem skie­ro­wa­nia naszych dywi­zji do mia­sta. Nasz nowy punkt dowo­dze­nia pla­no­wa­li­śmy zain­sta­lo­wać na lot­ni­sku Tem­pel­hof.

Gdy Weidling i ja byli­śmy sami, gene­rał wybuch­nął:

-?Co za sukin­syny z tego Krebsa i Burg­dorfa! Nie uprze­dzili mnie, że Hitler gro­ził roz­strze­la­niem mnie z powodu donie­sień o rze­ko­mym porzu­ce­niu przez nas Ber­lina i ucieczce na zachód! Powi­tał mnie sło­wami: "Weidling, każę pana roz­strze­lać!".

Poza nie­praw­dzi­wym rapor­tem, do Hitlera dotarły wie­ści o tym, że obra­camy nasz front na oś wschód-zachód i zosta­wiamy drogę na Ber­lin otwartą dla Rosjan -?nie wie­dział jed­nak, że Weidling dzia­łał zgod­nie z roz­ka­zami gene­rała Busse. Kiedy Hitler wresz­cie się wykrzy­czał i Weidling mógł dojść do słowa, udało mu się spro­sto­wać fał­szywe infor­ma­cje. Po wysłu­cha­niu peł­nego raportu Hitler uspo­koił się i zaczął zacho­wy­wać się przy­jaź­nie, a w końcu wydał roz­kaz kie­ru­jący nas do Ber­lina w celu obsa­dze­nia wschod­niej i pół­noc­nej flanki. Jak wielka była róż­nica mię­dzy obecną przy­pad­ko­wo­ścią decy­zji a pro­fe­sjo­nal­nym spo­so­bem podej­mo­wa­nia dzia­łań w 1940 i 1941 roku!

Pod­czas gdy ja przez tele­fon oma­wia­łem z von Dufvin­giem szcze­góły naszego prze­su­nię­cia do Ber­lina, Weidling spłu­ki­wał swoją złość konia­kiem. Wypi­łem jesz­cze dwa kie­liszki, aby pomóc mu osu­szyć butelkę, cho­ciaż Weidling był naj­wy­raź­niej zde­ter­mi­no­wany, aby zro­bić to sam. Był wręcz wście­kły, że Krebs i Burg­dorf nie ostrze­gli go o całej sytu­acji.

Osta­tecz­nie pano­wie roz­stali się w zło­ści i koniak nie pomógł w roz­ła­do­wa­niu napię­cia. Pomi­ja­jąc całą resztę, Weidling był rów­nież zły z tego powodu, że obec­nie byli­śmy uwię­zieni w Ber­li­nie, co zamiast per­spek­tywy ucieczki na zachód wraz z 9 Armią, sta­no­wiło gwa­ran­cję dosta­nia się do rosyj­skiej nie­woli.

Na koniec o godzi­nie dwu­dzie­stej pierw­szej udało mi się wycią­gnąć Weidlinga z kwa­tery Führera. Tej nocy cze­kało nas mnó­stwo pracy. Weidling miał zamiar poin­for­mo­wać dowód­ców poszcze­gól­nych odcin­ków obrony we wschod­niej i połu­dnio­wej czę­ści Ber­lina o prze­ję­ciu sta­no­wisk przez nasze dywi­zje oraz zako­mu­ni­ko­wać im, iż mają prze­ka­zać dowód­com naszych jed­no­stek wszelką wie­dzę o zaj­mo­wa­nych pozy­cjach i naj­bliż­szej oko­licy. Kiedy uda­li­śmy się z wizytą do dowo­dzą­cych sek­to­rami obrony, gene­rał tylko z naj­więk­szym wysił­kiem mógł ukryć fakt, że jest pijany. Naszym pierw­szym przy­stan­kiem był Tem­pel­hof (sek­tor D). Dowódz­two spra­wo­wał tam stary, "eks­hu­mo­wany" gene­rał lot­nic­twa nazwi­skiem Schröder. Nie miał poję­cia o kon­cep­cji walki pie­choty, co spra­wiło, iż upo­jony alko­ho­lem Weidling nie­ludzko go obje­chał. Schröder, aby udo­bru­chać Weidlinga, zapro­po­no­wał nam wyko­rzy­sta­nie piw­nic jego budynku, jako miej­sca na sie­dzibę naszego sztabu.

Sko­rzy­sta­łem z jego tele­fonu i wyda­łem roz­kazy naszej czo­łówce, aby przy­była do Tem­pel­hof celem zain­sta­lo­wa­nia sztabu kor­pusu. Następ­nie Weidling i ja uda­li­śmy się do Hasen­he­ide. Sze­fo­wał tam puł­kow­nik pie­choty bez jed­nej ręki.

Gdy nad­je­cha­li­śmy, ofi­cer aku­rat spał i musie­li­śmy pocze­kać, aż się ubie­rze. Weidling, wciąż wzbu­rzony przy­go­dami w kwa­te­rze Hitlera, któ­rego cier­pli­wość roz­pu­ściła się w koniaku, zaczął gro­mić nie­szczę­śnika za to, że ten nie ubrał się dosta­tecz­nie szybko, czym zmu­sił nas do cze­ka­nia. Trak­to­wał bied­nego puł­kow­nika w spo­sób zupeł­nie nie­roz­sądny, ten zaś także wpadł w złość, ponie­waż nie zro­bił niczego złego, miał tylko jedną rękę, którą mógł się ubrać i oczy­wi­ście zda­wał sobie sprawę, że Weidling był pijany.

Wtrą­ci­łem się do kłótni i osta­tecz­nie zdo­ła­łem ich jakoś uspo­koić. Następ­nie zasu­ge­ro­wa­łem Weidlin­gowi, żeby pozo­stał w naszej nowej sie­dzi­bie w Tem­pel­hof i tro­chę się prze­spał. Pozo­sta­łych dowód­ców sek­to­rów mogłem odwie­dzić sam. Gene­rał zgo­dził się i dalej wyru­szy­łem w poje­dynkę. Pomimo faktu, iż sek­tory nie były od sie­bie zbyt odda­lone, podróż w ciem­no­ści, ze wszyst­kimi prze­szko­dami po dro­dze, była straszna (świa­tło naszych reflek­to­rów prze­są­czało się tylko przez wąskie szcze­liny w ściem­nia­czach).

Na wszyst­kich odcin­kach sytu­acja była daleka od fron­to­wej. Wszę­dzie aż pro­siło się o mnó­stwo pracy, jeśli naprawdę chcie­li­śmy sta­wić opór Rosja­nom. Mie­li­śmy do dys­po­zy­cji pięć zahar­to­wa­nych dywi­zyj­nych zespo­łów szta­bo­wych i musie­li­śmy uczy­nić z nich krę­go­słup siły bojo­wej, którą będziemy uzu­peł­niać nie­do­świad­czo­nym per­so­ne­lem.

24 kwiet­nia, w nocy, apo­ka­lip­tyczna bitwa o Ber­lin zaczęła się na dobre. Następ­nego dnia rosyj­skie oddziały sztur­mowe prze­biły się w walce na przed­mie­ściach sto­licy. Przez następne osiem dni sto­lica Nie­miec miała stać się wiel­kim, miej­skim polem śmierci.

Rozdział 4

Gdy wra­ca­łem do naszej nowej kwa­tery głów­nej na lot­ni­sku Tem­pel­hof, podróż przez pło­nące mia­sto odsło­niła spek­ta­ku­larne widoki dra­matu w całej swej maka­brze. Ośle­pia­jący blask ogar­nię­tych pło­mie­niami budyn­ków kre­ślił zarysy wypa­lo­nych szkie­le­tów sto­ją­cych dalej gma­chów. W piw­nicz­nym przej­ściu wio­dą­cym do nowej sie­dziby naszego sztabu zna­la­złem skra­wek miej­sca pomię­dzy śpią­cymi tam cywi­lami i uło­ży­łem się, aby choć na kilka godzin zamknąć oczy.

Nad ranem przy­był nasz per­so­nel i roz­po­częła się praca nad roz­ka­zami dla dowód­ców dywi­zji i poszcze­gól­nych sek­to­rów obrony. Przy­go­to­wa­li­śmy kwa­terę i nawią­za­li­śmy łącz­ność z dywi­zjami przy uży­ciu cywil­nej sieci tele­fo­nicz­nej. Nasza sie­dziba mie­ściła się w pięk­nie ume­blo­wa­nym byłym punk­cie dowo­dze­nia jed­nostki obrony prze­ciw­lot­ni­czej. Nie bra­ko­wało tu mebli biu­ro­wych, radio­od­bior­ni­ków i innych luk­su­so­wych ele­men­tów wypo­sa­że­nia.

Gdy ujrza­łem wszyst­kie te luk­susy, które armia tu zacho­mi­ko­wała, przy­po­mniał mi się ponury widok cywili sza­bru­ją­cych cię­ża­rówkę z chle­bem.

Dywi­zje prze­su­nęły się w naka­zane rejony. Wtedy, o godzi­nie jede­na­stej, ode­bra­li­śmy tele­fon z kwa­tery Führera z infor­ma­cją, iż Hitler pra­gnie ponow­nie widzieć Weidlinga. Chciał wie­dzieć, czy nasze prze­miesz­cze­nie zakoń­czyło się powo­dze­niem. Tym razem nie towa­rzy­szy­łem Weidlin­gowi, gdyż byłem zajęty pracą z dywi­zjami. Oka­zało się, że Hitler naka­zał Weidlin­gowi obję­cie dowódz­twa nad całą obroną sto­licy, a nie tylko nad wschod­nią i połu­dniową strefą, co ozna­czało, że pod jego komendą będą nie tylko nasze dywi­zje, ale i wszyst­kie jed­nostki ze składu gar­ni­zonu ber­liń­skiego. Na tym sta­no­wi­sku Weidling zastą­pił puł­kow­nika Kathera, który dzień wcze­śniej został awan­so­wany do stop­nia gene­ral­skiego. Weidling był pią­tym z kolei ofi­ce­rem na tym sta­no­wi­sku w ciągu ostat­nich kilku mie­sięcy, gdyż poprzed­nicy mieli cią­głe tar­cia z Goeb­bel­sem. Z tego powodu Weidling zręcz­nie posta­wił jeden pod­sta­wowy waru­nek, iż musi być jedy­nym dowódcą odpo­wie­dzial­nym za obronę Ber­lina, nie­pod­le­ga­ją­cym żad­nym naci­skom ze strony Goeb­belsa, który był gau­le­ite­rem i cywil­nym komi­sa­rzem obrony mia­sta nie­ma­ją­cym jed­nak żad­nego poję­cia o obro­nie terenu zabu­do­wa­nego w warun­kach bojo­wych. Ze strony Weidlinga było to odważne posu­nię­cie, gdyż gene­ra­ło­wie nie narzu­cali tak po pro­stu swo­ich wymo­gów, sły­sząc roz­kazy Hitlera. Jed­nakże Hitler praw­do­po­dob­nie zorien­to­wał się, iż Goeb­bels może zwy­czaj­nie sta­no­wić pro­blem dla Weidlinga i zaak­cep­to­wał waru­nek. Przy oka­zji Weidling zade­cy­do­wał o zain­sta­lo­wa­niu naszej nowej kwa­tery głów­nej w sie­dzi­bie Dowódz­twa Obrony Ber­lina.

W cza­sie podróży do jed­nego z sek­to­rów w połu­dnio­wow­schod­niej czę­ści mia­sta byłem świad­kiem sceny, która świad­czyła o sta­nie, do jakiego zostały zre­du­ko­wane Niemcy. Linie wodo­cią­gowe w sto­licy zostały znisz­czone bom­bar­do­wa­niami i ogniem arty­le­rii, więc ludzie musieli godzi­nami stać w dłu­gich kolej­kach po wodę tam, gdzie była jesz­cze moż­li­wość jej zdo­by­cia. Pro­blem z wyży­wie­niem był jesz­cze gor­szy; nie­które maga­zyny zostały zruj­no­wane ostrza­łem, zaś inne zostały ogra­bione przez lud­ność cywilną. Jecha­łem aku­rat Kübelwagenem, a część mia­sta, po któ­rej się prze­miesz­cza­łem była pod nie­prze­rwa­nym ogniem arty­le­rii. Pomimo ostrzału cywile -?w więk­szo­ści kobiety -?tło­czyli się przed skle­pami z żyw­no­ścią i przy hydran­tach. W momen­cie, gdy mija­li­śmy jedną z takich kole­jek, pocisk arty­le­ryj­ski eks­plo­do­wał tuż za sznu­rem kobiet. Gdy roz­wiał się dym, dostrze­głem, że wiele kobiet zostało tra­fio­nych. Te, które nie ucier­piały, zno­siły trupy, ran­nych i umie­ra­ją­cych do sieni w pobli­skich budyn­kach, a potem cier­pli­wie usta­wiały się ponow­nie w ogonku, aby nie stra­cić swo­jego miej­sca w kolejce.

Dowódca sek­tora obrony, któ­rego wizy­to­wa­łem w cza­sie tego wyjazdu, miał swoją kwa­terę w piw­nicy bro­waru. Cały jego zespół skła­dał się z osób po róż­nych ampu­ta­cjach, ale to przy­naj­mniej ozna­czało, że mieli jakieś doświad­cze­nie bojowe. Wszy­scy byli bar­dzo pewni sie­bie i wciąż dawali wiarę prze­mo­wom Goeb­belsa, co było zadzi­wia­jące, bio­rąc pod uwagę oko­licz­no­ści. Fakt, iż przej­mo­wa­li­śmy ich punkt dowo­dze­nia zin­ter­pre­to­wali wręcz jako pozy­tywną oznakę!

Popro­si­łem adiu­tanta dowódcy sek­tora o stresz­cze­nie sytu­acji na ich odcinku i dowie­dzia­łem się, że pomimo doświad­cze­nia jakie wynie­śli z frontu, nikt z nich nie orien­to­wał się nawet w naj­bar­dziej oczy­wi­stych spra­wach doty­czą­cych ich wła­snego sek­tora obrony. Powinni zda­wać sobie sprawę z faktu, iż nie­liczne pod­od­działy obrony cywil­nej (zło­żone ze star­szych ludzi i mło­dych chłop­ców) nie będą w sta­nie zatrzy­mać rosyj­skich czoł­gów, a jeśli okaże się, że owe czołgi zawrócą przy pierw­szych ozna­kach oporu, nie będzie to rów­no­znaczne ze "zwy­cię­stwem", lecz będzie sta­no­wić dowód na to, iż były to tylko grupy roz­po­znaw­cze mające za zada­nie usta­lić, kogo mają przed sobą.

Otrzy­ma­li­śmy infor­ma­cję, że Grupa Armii Ste­iner, któ­rej miała prze­rwać się do Ber­lina od strony Ora­nien­burga, została odparta i zepchnięta na pozy­cje wyj­ściowe. Ofen­sywa 12 Armii Wencka mająca wyjść z rejonu Wit­ten­bergi jesz­cze się nie zaczęła, a przy­naj­mniej nie na tyle, by dać jakieś efekty.

Wcze­snym ran­kiem 25 kwiet­nia, Weidling i ja poje­cha­li­śmy do Dowódz­twa Obrony Ber­lina na Hohen­zol­lern­damm, w Wil­mers­dorf, połu­dnio­wow­schod­nim przed­mie­ściu Ber­lina, poło­żo­nym około pię­ciu kilo­me­trów od Kan­ce­la­rii Rze­szy. Dowódz­two Obrony Ber­lina wyglą­dało po pro­stu jak sztab kor­pusu. Była to duża jed­nostka orga­ni­za­cyjna, któ­rej per­so­nel w cza­sie pokoju liczył około trzy­sta osób, w tym wielu ope­ra­to­rów łącz tele­fo­nicz­nych (obec­nie w więk­szo­ści kobiet). Kiedy więc prze­ję­li­śmy pałeczkę, wszyst­kie sta­no­wi­ska były zdu­pli­ko­wane. Sze­fem sztabu był tam pod­puł­kow­nik Refior, stary zna­jomy gene­rała Weidlinga. Mój dowódca zde­cy­do­wał o pozo­sta­wie­niu na sta­no­wi­skach dwóch sze­fów sztabu; von Dufvinga do spraw bojo­wych i tak­tycz­nych oraz Refiora do spraw poli­tycz­nych, gdyż ten znał wszyst­kich w struk­tu­rach woj­sko­wych i poli­tycz­nych Ber­lina i dobrze orien­to­wał się, jak należy zała­twiać różne sprawy.

Ofi­cer ope­ra­cyjny Dowódz­twa Obrony Ber­lina, major Sprotte, zro­bił od razu złe wra­że­nie na Weidlingu, który ode­słał go do Pocz­damu.

Sprotte, zupeł­nie tym nie­znie­chę­cony, i tak śpie­szył się, by jak naj­szyb­ciej opu­ścić Ber­lin. Prze­ka­za­nie mi wszel­kich spraw w nor­mal­nym toku zaję­łoby kilka dni, tak wiec zama­szy­stym ruchem ręki wska­zał mi swoje mapy i rysunki, po czym szybko się ulot­nił. Po tym wstę­pie zasia­dłem sam w pokoju, w któ­rym bez­u­stan­nie dzwo­niły trzy tele­fony na raz. Gdy zorien­to­wa­łem się, że wszyst­kie tele­fony pocho­dzą od urzę­dów mia­sta, sie­dzib par­tii lub urzęd­ni­ków mini­ste­rial­nych, któ­rzy dzwo­nią, aby dowie­dzieć się cze­goś o sytu­acji na fron­cie, zdją­łem wszyst­kie trzy słu­chawki z wide­łek, żeby móc nor­mal­nie wyko­ny­wać moją pracę.

Teraz nale­żało szybko roz­dy­spo­no­wać pięć naszych szta­bów dywi­zyj­nych tak, aby każ­demu pod­le­gały dwa do czte­rech sek­to­rów obrony mia­sta. W ten spo­sób wokół Ber­lina mie­li­by­śmy szkie­let doświad­czo­nych w walce ofi­ce­rów, któ­rych zna­li­śmy i któ­rzy znali nas. Następ­nie, jak naj­szyb­ciej trzeba było zor­ga­ni­zo­wać bez­pieczny sys­tem łącz­no­ści -?nie można było wciąż dowo­dzić jed­nost­kami woj­sko­wymi, korzy­sta­jąc z publicz­nej sieci tele­fo­nicz­nej!

Życie nabrało teraz zwy­cza­jo­wego kolo­rytu zwią­za­nego z typo­wym dniem wypeł­nio­nym walką: cią­głe kry­zysy. Byłem szczę­ścia­rzem, gdy mogłem prze­spać się dwie godziny pod rząd. Poza wszyst­kimi kom­pli­ka­cjami, musia­łem koor­dy­no­wać wszel­kie raporty napły­wa­jące z pola walki. Infor­ma­cje nad­cho­dziły drogą tele­fo­niczną i w nocy musia­łem przy­go­to­wać pod­su­mo­wa­nie wszyst­kich mel­dun­ków, które napły­nęły w ciągu całego dnia.

Ponie­waż ostrzał arty­le­ryj­ski i bom­bar­do­wa­nia lot­ni­cze były coraz częst­sze, wkrótce po wpro­wa­dze­niu się do budynku musie­li­śmy prze­nieść się do piw­nic. I znowu natra­fi­li­śmy na pokoje wypeł­nione żyw­no­ścią, kawą, napo­jami alko­ho­lo­wymi i nawet zegar­kami ręcz­nymi.

Cały per­so­nel woj­skowy Ber­lina, poza jed­nostką SS gene­rała Mohnke zapew­nia­jącą ochronę kwa­tery Hitlera, był teraz pod dowódz­twem Weidlinga -?armia, Hitler­ju­gend, Volks­sturm, jed­nostki obrony prze­ciw­lot­ni­czej, bata­liony rekon­wa­le­scen­tów ze szpi­tali, itd. Mie­li­śmy nasze cztery wła­sne dywi­zje (piąta, 20 Dywi­zja Gre­na­die­rów Pan­cer­nych SS, znik­nęła gdzieś w kie­runku zachod­nim, naj­wy­raź­niej, aby tam kapi­tu­lo­wać).

W każ­dym sek­to­rze dowódca dywi­zji przej­mo­wał komendę nad pod­od­dzia­łami Volks­sturmu czy Hitler­ju­gend, które aku­rat się tam znaj­do­wały. Po jed­nym czy dwóch dniach stwo­rzy­li­śmy obronę, która dawała nadzieję na sta­wie­nie oporu Rosja­nom przy­naj­mniej przez jakiś czas. Nie musie­li­śmy długo cze­kać. Znik­nię­cie 20 Dywi­zji Gre­na­die­rów Pan­cer­nych SS wytwo­rzyło lukę, w którą Rosja­nie wkrótce nie omiesz­kali wbić klina.

Teraz z okien naszego budynku mogli­śmy już widzieć bój pie­choty. Wie­czo­rem wsze­dłem do pokoju, w któ­rym Weidling nara­dzał się z von Dufvin­giem i Refio­rem. Zasta­na­wiali się, czy posłusz­nie bro­nić Ber­lina, czy też lepiej może zostać na miej­scu i pozwo­lić Rosja­nom na obej­ście nas z dwóch stron, a następ­nie pod­jąć próbę wyła­ma­nia się przez Gru­ne­wald (las na zachód od mia­sta) celem ucieczki w kie­runku zachod­nim i pod­da­nia się alian­tom. Jeśli zosta­niemy w Ber­li­nie, trzeba będzie prze­nieść kwa­terę główną do cen­trum mia­sta, gdyż naj­póź­niej w ciągu dwóch dni Rosja­nie zajmą nasz budy­nek. Weidling pod­jął decy­zję o pozo­sta­niu i obro­nie Ber­lina.

Noc była nad­zwy­czaj nie­spo­kojna. Na zewnątrz sły­sze­li­śmy pobli­skie odgłosy walki. Major Wolff i jego odpo­wied­nik w Dowódz­twie Obrony Ber­lina, kapi­tan Bärenbeck, zor­ga­ni­zo­wali bez­po­śred­nią obronę budynku. Ran­kiem 26 kwiet­nia powró­ci­łem do pomiesz­cze­nia biu­ro­wego na dru­gim pię­trze, które zaj­mo­wa­łem zanim prze­nio­słem się do piw­nicy.

Wokół cały czas wybu­chały poci­ski arty­le­ryj­skie, zaś w ogród­kach od strony połu­dnio­wej można było zaob­ser­wo­wać walkę wręcz. Z pew­no­ścią nasze poło­że­nie robiło się bar­dzo poważne.

Weidling zde­cy­do­wał się prze­nieść sztab kor­pusu do wiel­kiego bun­kra prze­ciw­lot­ni­czego poło­żo­nego w pobliżu ber­liń­skiego zoo. Byłem cał­kiem rad, kiedy wraz z majo­rem Wolf­fem otrzy­ma­łem roz­kaz uda­nia się do tego schronu w celu przy­go­to­wa­nia nowego miej­sca pracy. Ja i major Wolff wybra­li­śmy się tam dwoma róż­nymi dro­gami, aby mieć pew­ność, że przy­naj­mniej jeden z nas dotrze na miej­sce.

Bun­kier obok zoo, potężna for­ty­fi­ka­cja z cięż­kimi dzia­łami prze­ciw­lot­ni­czymi umiesz­czo­nymi na dachu, zapew­niał bez­pie­czeń­stwo przed bom­bami i arty­le­rią.

Towa­rzy­szył mi kie­rowca i łącz­nik na moto­cy­klu. Opusz­cza­jąc naszą sie­dzibę musie­li­śmy zacho­wać szcze­gólną ostroż­ność, albo­wiem nasyp kole­jowy za budyn­kiem sztabu był pod ostrza­łem, a my musie­li­śmy go prze­kro­czyć, aby dostać się do moto­cy­kla i Kübelwagena. Prze­sko­czy­li­śmy nasyp, ska­cząc z ukry­cia w ukry­cie i w końcu dotar­li­śmy bez­piecz­nie do naszych pojaz­dów. Gdy jecha­li­śmy przez mia­sto, zie­mia koły­sała nam się pod nogami przy każ­dej eks­plo­zji poci­sku, a wiel­kie gej­zery ziemi wyrwa­nej wybu­chami wyska­ki­wały w powie­trze.

Huk był ogłu­sza­jący, zaś uczu­cie koły­sa­nia powo­do­wało trau­ma­tyczne odczu­cia. W końcu kawa­łek szrap­nela z wybu­cha­ją­cego poci­sku arty­le­ryj­skiego prze­bił jedną z opon w moim samo­cho­dzie.

Pod­czas gdy kie­rowca zmie­niał koło, kobieta obser­wu­jąca nas z pobli­skiego domu zapro­po­no­wała mi fili­żankę her­baty. Miła około czter­dzie­stu pię­ciu lat, była kor­pu­lentna, ubrana w zno­szoną odzież, a roz­rzu­cone w nie­ła­dzie, mokre włosy oka­lały miłą twarz. Była żoną sier­żanta i matką star­szego sze­re­go­wego i nie miała poję­cia, co stało się z każ­dym z nich. Naj­wi­docz­niej mój brak tro­ski o wygląd zewnętrzny rzu­cał się w oczy, gdyż zapy­tała mnie, czy może chciał­bym się umyć. Tak więc po kilku dniach mia­łem moż­li­wość zaznać luk­susu umy­cia się. Byłem bar­dzo wdzięczny za jej uprzej­mość, szcze­gól­nie, że wielu cywi­lów, z cał­ko­wi­cie zro­zu­mia­łych powo­dów, zaczy­nało zwra­cać się prze­ciwko armii za to, że bro­nimy mia­sta zamiast je pod­dać. Jej miesz­ka­nie było zruj­no­wane wybu­chami poci­sków arty­le­ryj­skich. Małe bibe­loty, kawałki jej życia, leżały roz­rzu­cone na pod­ło­dze.

-?Kiedy przyjdą Rosja­nie, panie majo­rze? -?zapy­tała.

-?To kwe­stia kil­ku­na­stu godzin -?odpo­wie­dzia­łem szcze­rze. -?Może jed­nego dnia. Naj­bez­piecz­niej będzie, jeśli pozo­sta­nie pani w piw­nicy.

Całe poła­cie Ber­lina były teraz swo­istym cmen­ta­rzy­skiem roz­bi­tego sprzętu woj­sko­wego i wszystko wokół prze­sy­cone było zapa­chem śmierci. Poza ludz­kimi zwło­kami leżały też trupy zwie­rząt -?wiele z nich ucie­kło z ber­liń­skiego zoo i teraz zostało zabite.

Do bun­kra dotar­łem koło połu­dnia i zorien­to­wa­łem się, że Wolff był już na miej­scu. W zoo stała ogromna wieża prze­ciw­lot­ni­cza, wysoka na sie­dem czy osiem pię­ter, z sze­ścioma dużymi dzia­łami kali­bru 128 mm i sze­ścioma dział­kami 20 mm na dachu. W bun­krze mogło pomie­ścić się sześć­set osób. Każde pomiesz­cze­nie było zajęte, wybra­li­śmy więc te, które będą nam potrzebne i poin­for­mo­wa­li­śmy miesz­kań­ców, że będą musieli je opu­ścić, albo­wiem przej­muje je gene­rał sto­jący na czele Dowódz­twa Obrony Ber­lina.

Kilka z pomiesz­czeń było zare­zer­wo­wa­nych dla Goeb­belsa, jako jego oso­bi­ste schro­nie­nie. Wszystko ze względu na fakt, iż było to miej­sce tak dobrze zabez­pie­czone przed ata­kami. Rzecz jasna, nie podej­mo­wa­łem prób eks­mi­to­wa­nia Goeb­belsa, jed­nak prze­ją­łem biura zbęd­nego już per­so­nelu.

Ode­sła­łem majora Wolffa z powro­tem z infor­ma­cją, iż pomiesz­cze­nia zostały przy­dzie­lone i z prośbą o przy­by­cie ofi­cera łącz­no­ści celem zabez­pie­cze­nia odpo­wied­nich połą­czeń tele­fo­nicz­nych. Po odjeź­dzie Wolffa zawie­si­łem tabliczki kie­ru­jące różne sek­cje sztabu kor­pusu do wła­ści­wych pomiesz­czeń.

Gdy zro­bi­łem już wszystko, co mogłem na tym eta­pie uczy­nić, była już późna noc. Poło­ży­łem się aby odpo­cząć, gdyż od dłuż­szego czasu nie zazna­łem snu ani wytchnie­nia. Co jakieś pół godziny w wieżę tra­fiała bomba. Budowla zauwa­żal­nie się koły­sała, przez chwilę przy­ga­sały świa­tła i z sufi­tów sypał się drob­niutki pył tynku. Jed­nakże kon­struk­cja zapew­niała cał­ko­wite bez­pie­czeń­stwo i kil­ku­me­tro­wej gru­bo­ści ścian nie mogła prze­bić żadna bomba. Przy całym moim znu­że­niu ruch gigan­tycz­nego bun­kra, koły­szą­cego się na pod­mo­kłej ziemi parku Tier­gar­ten, tylko pomógł mi usnąć.

Gdy obu­dzi­łem się po kilku godzi­nach i zorien­to­wa­łem się, że sztab wciąż nie przy­był na miej­sce, zaczą­łem się zasta­na­wiać, czy aby jed­nak nie zde­cy­do­wali się na opusz­cze­nie z mia­sta przez Gru­ne­wald. Ponie­waż nie mogłem się z nikim połą­czyć tele­fo­nicz­nie, posta­no­wi­łem dla odmiany sko­rzy­stać ze spo­sob­no­ści i prze­spać całą noc. I tak nie mogłem nic zro­bić. W końcu nad ranem powró­cił Wolff przy­no­sząc wie­ści, że Weidling zde­cy­do­wał jed­nak o roz­wi­nię­ciu sztabu w sta­rej kwa­te­rze Naczel­nego Dowódz­twa Wojsk Lądo­wych. Było poło­żone bli­żej kwa­tery Hitlera i miało z nią bez­po­śred­nie połą­cze­nie tele­fo­niczne. Ponie­waż kwa­tera mie­ściła się na Ben­dler­strasse, wszy­scy w armii mówili na nią "Ben­dier­strasse". Był to jakby osobny blok, ale poza pod­zie­miami wszystko było już w zasa­dzie znisz­czone. Pośrodku wiel­kiego dzie­dzińca znaj­do­wał się duży, trzy czy czte­ro­pię­trowy bun­kier, który zapew­niał ochronę przed naj­cięż­szymi bom­bami, podob­nie jak wieża prze­ciw­lot­ni­cza w zoo. Uży­wany był jako cen­trum komu­ni­ka­cyjne nie tylko przez armię w Ber­li­nie, ale i przez kwa­terę Hitlera.

Gdy tam przy­by­łem, nasz per­so­nel roz­miesz­czony był już pod zie­mią.

Obec­nie Naczelne Dowódz­two Wojsk Lądo­wych nie mie­ściło się już w Ber­li­nie; wypro­wa­dziło się z mia­sta, gdy alianci zaczęli bom­bar­do­wać sto­licę. Po tym, jak się prze­nio­sło, miej­sce pozo­stało w głów­nej mie­rze opu­sto­szałe, za wyjąt­kiem cywi­lów miesz­ka­ją­cymi w piw­ni­cach.

Nasz sztab pra­co­wał tam już od pół­nocy. Zna­la­złem Refiora przy jego biurku -?z kawą, konia­kiem, szpa­ra­gami i szynką! Von Dufving opra­co­wy­wał plan wyrwa­nia się z Ber­lina na pół­nocny zachód, przez most Pichels­dorf. Dołą­czy­łem do niego i pomo­głem w spo­rzą­dze­niu dokład­nego ter­mi­na­rza i spo­sobu podziału naszych jed­no­stek. Nakre­śli­łem także mapy nie­zbędne przy tej ope­ra­cji.

Gene­rał Weidling prze­by­wał w pomiesz­cze­niu, w któ­rym, jak nam powie­dziano, zastrze­lono grafa von Stauf­fen­berga oraz kilku innych ofi­ce­rów bio­rą­cych udział w zama­chu na Hitlera 20 lipca 1944 roku. Widok śla­dów po kulach na ścia­nach mro­ził krew w żyłach. Dotarło do mnie, że Niemcy nie musia­łyby toczyć tej ostat­niej, strasz­nej bitwy, gdyby plan Stauf­fen­berga się powiódł.

W połu­dnie musia­łem opu­ścić bun­kier, aby dostar­czyć do kwa­tery Hitlera mapę mia­sta z nanie­sioną aktu­alną sytu­acją bojową. Z poci­skami rwą­cymi się dookoła, na zewnątrz zro­biło się już bar­dzo nie­bez­piecz­nie. Gry­zący zapach dymu mie­szał się z odo­rem roz­kła­da­ją­cych się ciał. Pył z roz­drob­nio­nych cegieł i tynku uno­sił się nad mia­stem niczym ciężka mgła. Ulice, zasy­pane gru­zami i upstrzone wiel­kimi kra­te­rami, były cał­ko­wi­cie opu­sto­szałe. Musia­łem uwa­żać, by nie zaplą­tać się w zwi­sa­jące wszę­dzie prze­wody trak­cyjne dla tram­wa­jów.

W Kan­ce­la­rii Rze­szy moja karta iden­ty­fi­ka­cyjna (pod­pi­sana oso­bi­ście przez Goeb­belsa dla szyb­kiego dostępu do bun­kra) zapew­niła mi bez­pro­ble­mowe wej­ście. Aby dostać się do wła­ści­wej kwa­tery Hitlera, musia­łem oka­zać kolejny iden­ty­fi­ka­tor, pod­pi­sany przez Johan­n­mey­era, armij­nego adiu­tanta Führera. Następ­nie musia­łem oddać swój pisto­let i dopiero wtedy wpro­wa­dzono mnie do pocze­kalni, któ­rej ume­blo­wa­nie skła­dało się z foteli z zie­lo­nej skóry usta­wio­nych wzdłuż ścian. Tak bogate ume­blo­wa­nie wyda­wało się być nie na miej­scu w beto­no­wym bun­krze skry­tym głę­boko pod zie­mią. Mia­łem wra­że­nie, że pamię­tam te fotele jesz­cze z cza­sów mojej wizyty w Kan­ce­la­rii sześć lat wcze­śniej.

Mar­tin Bor­mann, który sie­dział w pocze­kalni, natych­miast nasko­czył na mnie z pyta­niem, czego chcę. Powie­dzia­łem mu, że przy­no­szę ostat­nie plany sytu­acyjne. Chcia­łem natych­miast zoba­czyć się z Kreb­sem, lecz Bor­mann wymu­sił na mnie, abym napił się wody sodo­wej i poczę­sto­wał cia­stecz­kami, pod­czas gdy on fasze­ro­wał mnie pyta­niami o sytu­ację na zewnątrz i chciał usły­szeć moją opi­nię na temat obec­nego poło­że­nia. Bor­mann miał około pięć­dzie­się­ciu lat, był przy­sa­dzi­sty, cięż­kiej budowy, o sze­ro­kim nosie wysta­ją­cym z okrą­głej twa­rzy, osa­dzo­nej na gru­bej szyi. Jako poli­tyczny szef sztabu Hitlera decy­do­wał o tym, kto będzie, a kto nie będzie dopusz­czony przed obli­cze Führera.

W pocze­kalni Krebsa spo­tka­łem Weissa i Frey­tag-Lorin­gho­vena, adiu­tan­tów gene­rała Burg­dorfa, któ­rym prze­ka­za­łem mapy. W zamian sko­pio­wa­łem z ich map ogólną sytu­ację. Zgod­nie z tymi infor­ma­cjami, 12 Armia Wencka roz­po­częła atak 25 kwiet­nia i począt­kowo szło jej nie­źle. Dziś jed­nak Wenck nie zdo­łał posu­nąć się dalej, niż szpi­tal w Beelitz i był uwi­kłany w cięż­kie walki z oddzia­łami sowiec­kimi, które ata­ko­wały go od wschodu. Nikt z obec­nych tak naprawdę już nie wie­rzył w powo­dze­nie ope­ra­cji odblo­ko­wa­nia Ber­lina.

Po powro­cie do naszego bun­kra dowie­dzia­łem się, że Göring został aresz­to­wany za usi­ło­wa­nie prze­ję­cia wła­dzy i zastą­pie­nia Hitlera w roli wodza, oraz że Hitler naka­zał aresz­to­wa­nie Him­m­lera za próbę pod­ję­cia nego­cja­cji z alian­tami. Rząd ule­gał dez­in­te­gra­cji rów­nie szybko, jak sytu­acja woj­skowa. Hitler był jed­nak naj­wi­docz­niej zde­ter­mi­no­wany, aby wal­czyć do ostat­niej chwili bez względu na ofiary w ludziach i znisz­cze­nie mia­sta.

Inte­re­su­ją­cym wydaje się fakt, że kan­ce­la­ria Rze­szy nie posia­dała nadaj­nika radio­wego dużej mocy. Wszel­kie infor­ma­cje musiały prze­cho­dzić przez cen­trum tele­ko­mu­ni­ka­cyjne w sta­rej kwa­te­rze Naj­wyż­szego Dowódz­twa Wojsk Lądo­wych w naszym bun­krze, tak więc wie­dzie­li­śmy dokład­nie, co się dzieje. Jedyne połą­cze­nie, jakie ist­niało z kwa­tery Hitlera, sta­no­wiła publiczna sieć tele­fo­niczna, która teraz była bez prze­rwy rwana w ogniu walk. Do Vostrasse, gdzie znaj­do­wała się Kan­ce­la­ria Rze­szy, prze­cią­gnę­li­śmy cztery woj­skowe linie, z któ­rych teraz oka­zjo­nal­nie dzia­łała tylko jedna, mimo, że w tere­nie mie­li­śmy ludzi nie­prze­rwa­nie pra­cu­ją­cych nad utrzy­ma­niem łącz­no­ści. Z tego wła­śnie powodu za każ­dym razem musia­łem odby­wać wycieczkę oso­bi­ście, gdy tylko wyda­rzyło się coś istot­nego. Owe wycieczki sta­wały się coraz bar­dziej nie­bez­pieczne, ponie­waż w niektó­rych miej­scach rosyj­skie oddziały sztur­mowe prze­kro­czyły już kanał Lan­dwehr i usa­do­wiły się na dzie­dzińcu kościoła św. Mate­usza i w niektó­rych domach w sąsiedz­twie hotelu "Espla­nade". Wszyst­kie budynki w tej oko­licy miały piw­nice i gnieź­dzili się w nich ludzie. Ponie­waż kom­pleks był sie­dzibą Naj­wyż­szego Dowódz­twa, w budyn­kach nagro­ma­dzono wiele żyw­no­ści, jak rów­nież mnó­stwo innych rze­czy. Był nawet koniak i wiele pro­duk­tów nie­do­stęp­nych dla lud­no­ści cywil­nej. Oczy­wi­ste było, że armia pla­no­wała zadbać o samą sie­bie.

W ciągu dnia von Dufving lub ja pozo­sta­wa­li­śmy w bli­skim kon­tak­cie z naszymi dywi­zjami, uży­wa­jąc do tego celu tele­fonu lub radio­sta­cji i rzecz jasna każ­dej nocy przy­go­to­wy­wa­łem zbior­czy raport na pod­sta­wie mel­dun­ków z dywi­zji. Ponadto odby­wa­łem przy­naj­mniej jedną podróż dzien­nie do Kan­ce­la­rii Rze­szy celem zło­że­nia mel­dunku, i to nie tylko ze względu na cią­głe nisz­cze­nie naszej sieci łącz­no­ści prze­wo­do­wej, ale i z uwagi na fakt, iż ni­gdy nie mogli­śmy być pewni, czy Rosja­nie nie pod­słu­chują na linii.

Jedną z naj­gor­szych rze­czy pod­czas obrony Ber­lina było to, że prze­ciw­nik zawsze dys­po­no­wał świe­żymi rezer­wami, które mógł rzu­cić do walki, pod­czas gdy inne oddziały nabie­rały sił. Nasi ludzie mogli tylko kon­ty­nu­ować walkę godzina po godzi­nie i dzień po dniu, dopóki nie zostali zabici lub ranni.

Rozdział 5

Nie było już tutaj cze­goś takiego, jak typowy dzień. Cza­sami Rosja­nie ata­ko­wali nas o trze­ciej nad ranem, cza­sami o szó­stej i od tego momentu wła­śnie zaczy­nał się dzień. Cały nasz czas był wypeł­niony reago­wa­niem na kry­zysy, które nastę­po­wały jeden po dru­gim. Przy­cho­dziły mel­dunki od dywi­zji i przy­cho­dziły woła­nia o pomoc. Byłem bez­u­stan­nie zajęty, roz­wią­zu­jąc pro­blemy logi­styczne, otrzy­mu­jąc i opra­co­wu­jąc mel­dunki i prze­ka­zu­jąc infor­ma­cje do dywi­zji o zmie­nia­ją­cej się sytu­acji. Gene­ral Weidling bez prze­rwy prze­by­wał na zewnątrz, odwie­dza­jąc jed­nostki i uda­jąc się tam, gdzie sytu­acja była naj­bar­dziej skom­pli­ko­wana, aby oso­bi­ście wyro­bić sobie zda­nie o każ­dym wyda­rze­niu, a von Dufving dowo­dził walką ze sztabu kor­pusu.

Wszy­scy łapali kilka chwil odpo­czynku, gdy tylko pozwa­lała na to praca. Nauczy­łem się, że za każ­dym razem, gdy budzono mnie do tele­fonu, powi­nie­nem sta­nąć na równe nogi. Kilka razy odbie­ra­łem tele­fon, który mnie obu­dził, wysłu­chi­wa­łem o pro­ble­mach roz­mówcy, wyda­wa­łem instruk­cje mające opa­no­wać sytu­ację i usy­pia­łem znowu. Potem budzi­łem się nie pamię­ta­jąc roz­mowy i nie wie­dzia­łem, że wyda­łem takie roz­kazy -?cho­ciaż osta­tecz­nie przy­po­mi­na­łem sobie to po jakimś cza­sie. Po takich przy­pad­kach usta­wia­łem apa­rat tele­foniczny w pew­nej odle­gło­ści, tak, abym musiał się pod­nieść, aby go ode­brać. O pod­ję­tych przeze mnie decy­zjach musia­łem mel­do­wać sze­fowi sztabu oraz głów­no­do­wo­dzą­cemu, tak więc istotne było, abym pamię­tał, co zro­bi­łem.

Spę­dza­łem teraz mnó­stwo czasu na kur­so­wa­niu mię­dzy szta­bem naszego kor­pusu na "Ben­dier­strasse" i kwa­terą Hitlera. W sąsiedz­twie nie pozo­stało już pra­wie żad­nych budyn­ków, a te, które jesz­cze stały, były sil­nie znisz­czone i nie­mal nie­roz­po­zna­walne, cho­ciaż ich piw­nice wciąż jesz­cze nada­wały się do uży­cia. Cała oko­lica zamie­niła się w ruiny, naj­pierw bom­bar­do­wana przez bry­tyj­skie i ame­ry­kań­skie samo­loty, a teraz ostrze­li­wana przez rosyj­ską arty­le­rię. Poci­ski z dział rwały się bez­u­stan­nie z ogłu­sza­ją­cym hukiem. Teraz, za każ­dym razem, gdy wycho­dzi­łem na zewnątrz, dymy pło­ną­cego mia­sta dźgały moje noz­drza i płuca niczym wyszczer­bione ostrze szty­letu. Ulice zawa­lone były zarówno gru­zem, jak i cia­łami, cho­ciaż ciała trudno było roz­po­znać. Trupy żoł­nie­rzy i cywi­lów, któ­rzy zgi­nęli pod­czas bom­bar­do­wań i ostrzału, leżały pod gru­zami i wszystko pokryte było sza­ro­czer­wo­nym prosz­kiem pocho­dzą­cym ze znisz­czo­nych domów. Zapach śmierci dła­wił za gar­dło. Nie mie­li­śmy szans na pozby­cie się ciał czy nawet na ich zebra­nie, ponie­waż bez­u­stan­nie ata­ko­wało nas lot­nic­two, ostrze­li­wała arty­le­ria, a dookoła trwały boje pie­choty. Mia­sto śmier­działo jak pole walki, któ­rym prze­cież było: zapach pokru­szo­nego tynku i cegla­nego pyłu z roz­sy­pu­ją­cych się budyn­ków, zapach spa­lo­nego pro­chu, ben­zyny i smród roz­kła­da­ją­cych się ciał. Na szczę­ście noce wciąż były chłodne, co spra­wiało, że zapach śmierci z led­wo­ścią, ale jesz­cze jakoś można było wytrzy­mać.

Obecne wycieczki do kwa­tery Hitlera, odda­lo­nej o około kilo­metr, pole­gały na prze­ska­ki­wa­niu z ukry­cia w ukry­cie z cią­głym wystrze­ga­niem się nie tylko nad­la­tu­ją­cych poci­sków arty­le­ryj­skich, ale i ognia broni ręcz­nej i kara­bi­nów maszy­no­wych.

Z naszego bun­kra sze­dłem przez Ben­dler­strasse pro­sto do Tier­gar­ten, stam­tąd połu­dnio­wym skra­jem parku lub przez park (Rosja­nie sie­dzieli już w nie­któ­rych czę­ściach parku i strze­lali do wszyst­kiego, co się rusza) i tak docie­ra­łem do połu­dnio­wo­za­chod­niego rogu Kan­ce­la­rii Rze­szy, poło­żo­nej naprze­ciwko parku. Do bun­kra wcho­dzi­łem przez pod­zie­mia kan­ce­la­rii. Nie­które pod­od­działy SS bro­niące kan­ce­la­rii były oko­pane na zewnątrz budynku. Nocami obie strony strze­lały, reagu­jąc na naj­mniej­szy ruch.

Dla ludzi z kwa­tery Hitlera byli­śmy przed­sta­wi­cie­lami innego, zewnętrz­nego świata. Nikt z nich nie opusz­czał bun­kra od kilku dni. Byli tam bez­pieczni; sie­dzieli pod metrami betonu przy­kry­tymi metrami ziemi, lecz nie zda­wali sobie sprawy z tego, co dzieje się na zewnątrz i nie wie­dzieli, że boje toczą się tylko kilo­metr od nich i że armie idące z "odsie­czą" zostały zatrzy­mane. Hitler i naczelne dowódz­two żon­glo­wało dywi­zjami, które dawno nie ist­niały lub sta­no­wiły tylko wspo­mnie­nie dużych jed­no­stek.

Za każ­dym razem kiedy przy­cho­dzi­łem do bun­kra, naj­bar­dziej spra­gnio­nym wie­ści był Mar­tin Bor­mann. Był tam zawsze, sie­dząc w wiel­kiej pocze­kalni przed biu­rem i poko­jami miesz­kal­nymi Hitlera. Nie­zmien­nie upra­szał mnie, aby usiadł w jed­nym z zie­lo­nych, skó­rza­nych foteli, poczę­sto­wał się jego sma­ko­ły­kami i opo­wie­dział mu o sytu­acji na zewnątrz. Nie­zwy­kle istotne było dla niego to, aby dowie­dzieć się o wszyst­kim zanim usły­szy o tym kto­kol­wiek inny. Jako cywilny szef sztabu Hitlera miał repu­ta­cję bez­względ­nego intry­ganta. Każdy zda­wał sobie sprawę z zakresu jego wła­dzy i wszy­scy po czę­ści się go bali, gdyż miał cią­gły dostęp do Hitlera, jed­nak nie cie­szył się wiel­kim sza­cun­kiem dowód­ców woj­sko­wych.

Próby zaopa­try­wa­nia nas drogą lot­ni­czą prak­tycz­nie ustały, ponie­waż wielka oś Wschód-Zachód (aleja parad przez Tier­gar­ten) była teraz pod nie­usta­ją­cym ogniem moź­dzie­rzy. Ostatni samo­lot, który tam wylą­do­wał, nie zdo­łał wzbić się ponow­nie w powie­trze i wciąż tam tkwił, oka­le­czony przez ostrzał wroga. Prze­trans­por­to­wa­nie amu­ni­cji dla pięć­dzie­się­ciu tysięcy ludzi było nie­moż­liwe, nie mówiąc już o zrzu­ca­niu jej na spa­do­chro­nach. Za pomocą zrzu­tów dostar­czono zaopa­trze­nie o ogól­nej wadze tylko sze­ściu ton. Przede wszyst­kim jed­nak nie było moż­li­wo­ści roz­dzie­le­nia amu­ni­cji po jed­nost­kach.

Sytu­acja wyglą­dała tak, że wciąż kon­tro­lo­wa­li­śmy rejon mia­sta o kształ­cie han­tli. Na wscho­dzie trzy­ma­li­śmy obszar o śred­nicy około trzech kilo­me­trów, z Kan­ce­la­rią Rze­szy w cen­trum. Uchwy­tem han­tla było Heer­strasse o dłu­go­ści około ośmiu kilo­me­trów, którą od czasu do czasu prze­ci­nały rosyj­skie czołgi. Mimo to, tunel kolejki pod­ziem­nej bie­gnący pod ulicą wciąż sta­no­wił bez­pieczny śro­dek komu­ni­ka­cji z zacho­dem, gdzie utrzy­my­wa­li­śmy kolejny rejon o śred­nicy około trzech kilo­me­trów wokół sta­dionu olim­pij­skiego. Sek­tora bro­niły pod­od­działy Hitler­ju­gend, które z wyjąt­ko­wym poświę­ce­niem trzy­mały most Pichels­dorf na wypa­dek, gdyby została pod­jęta próba prze­rwa­nia się na zachód. Główny nacisk Rosjan skie­ro­wany był na cen­trum Ber­lina, które ata­ko­wali z połu­dnia, wschodu i pół­nocy. Z jakie­goś powodu nie wpa­dli na pro­sty pomysł ata­ko­wa­nia wzdłuż Heer­strasse, do któ­rej mogli dotrzeć bez wiel­kiego wysiłku, kie­ru­jąc się na wschód i po pro­stu prze­jeż­dża­jąc pod Bramą Bran­den­bur­ską wprost do cen­trum mia­sta.

Obrońcy sto­licy -?nasz 56 Kor­pus Pan­cerny i tysięc eses­ma­nów gene­rała Mohnke bro­nią­cych Kan­ce­la­rii Rze­szy -?byli pół­przy­tomni z nie­wy­spa­nia i żyli w świe­cie peł­nym ognia, dymu, śmierci i prze­ra­że­nia. Więk­sza część Ber­lina pło­nęła niczym pochod­nia. Trudy walki w takim samym stop­niu dzie­lili żoł­nie­rze, jak i cywile. Kiedy wzma­gał się ostrzał, kobiety sto­jące w ogonku po wodę przy­wie­rały do ścian budyn­ków, żeby utrzy­mać swoje miej­sce w kolejce.

Ponie­waż tego typu front nie byłby w sta­nie utrzy­mać się dłu­żej niż kilka dni, Weidling zde­cy­do­wał się zwró­cić z dra­ma­tycz­nym ape­lem do Hitlera o pozwo­le­nie na próbę prze­bi­cia się na zachód, póki jesz­cze droga i przej­ście przez most Pichels­dorf były otwarte.

Wraz z von Dufvin­giem jesz­cze raz prze­ana­li­zo­wa­li­śmy plan wyła­ma­nia się z Ber­lina na zachód i pół­nocny zachód przez most Pichels­dorf. Pra­co­wa­li­śmy przez całą noc, przy­go­to­wu­jąc roz­kazy i prze­sy­ła­jąc je do dywi­zji. Wystar­czyło użyć kryp­to­nimu "Wio­senna Burza", aby wszystko puścić w ruch.

Nasz plan prze­bi­cia w trzech gru­pach zapew­niał realne bez­pie­czeń­stwo Hitle­rowi i innym miesz­kań­com jego kwa­tery. Grupa oddzia­łów sztur­mo­wych SS przy wspar­ciu tuzina dział samo­bież­nych miała otwo­rzyć drogę. Około dwu­dzie­stu pię­ciu wciąż spraw­nych czoł­gów miało oto­czyć trans­por­tery opan­ce­rzone wio­zące Hitlera i jego świtę, aby zapew­nić im ochronę na flan­kach, zaś pie­chota, która obec­nie wal­czyła z Rosja­nami we wschod­nich sek­to­rach mia­sta, miała sta­no­wić tylną straż. Plan zakła­dał, że ope­ra­cja roz­pocz­nie się o pół­nocy, i że nad ranem będziemy poza mia­stem. Wyry­wa­li­śmy się z okrą­że­nia już wcze­śniej, na Ślą­sku, i wie­dzie­li­śmy, że ci, któ­rzy prze­miesz­czają się trans­por­te­rami opan­ce­rzo­nymi w środku grupy bojo­wej, prze­jeż­dżają bez­piecz­nie. Wydo­staw­szy się z Ber­lina musie­li­by­śmy masze­ro­wać kilka dni na pół­nocny zachód w kie­runku Lubeki. Rosyj­skie lot­nic­two nie sta­no­wiło wiel­kiego zagro­że­nia, gdyż z reguły dzia­łało bar­dzo nie­sku­tecz­nie, choć z pew­no­ścią można było się spo­dzie­wać, że zrzucą nam na głowy kilka bomb.

Około pół­nocy gene­rał Weidling i ja zebra­li­śmy mapy i ruszy­li­śmy w stronę kwa­tery Hitlera. Na zewnątrz było jesz­cze bar­dziej nie­bez­piecz­nie niż zwy­kle.

Rosja­nie od rana trzy­mali most Lich­ten­stein i można było zało­żyć, że przed koń­cem dnia całe Tier­gar­ten będzie w ich rękach.

Poci­ski rosyj­skiej arty­le­rii eks­plo­do­wały wszę­dzie wokół, powo­du­jąc drże­nie ziemi i wyrzu­ca­jąc wysoko w górę zie­mię, płyty chod­ni­kowe, cegły i inne szczątki, które po chwili spa­dały z powro­tem w dół, raniąc wszyst­kich w zasięgu. Ryk pło­mieni bucha­ją­cych z palą­cych się budyn­ków i łoskot walą­cych się ścian był prze­ra­ża­jący. Gna­li­śmy od bramy do bramy krót­kimi sko­kami, aby unik­nąć nie tylko odłam­ków poci­sków arty­le­ryj­skich, ale i ognia kara­bi­no­wego i broni maszy­no­wej. Dla mnie, mają­cego dwa­dzie­ścia osiem lat, bieg nie był wiel­kim wyzwa­niem, ale pięć­dzie­się­cio­sied­mio­let­niemu gene­ra­łowi Weidlin­gowi przy­cho­dziło to już z więk­szym tru­dem.

W kwa­te­rze Hitlera nie musie­li­śmy już odda­wać broni oso­bi­stej, gdyż wszy­scy znali nas tam dosko­nale. Gdy zeszli­śmy do samej kwa­tery, poko­nu­jąc po scho­dach kilka pię­ter w dół, zaczy­nała się aku­rat odprawa poświę­cona aktu­al­nej sytu­acji. Hitle­rowi zapo­wie­dziano przy­by­cie Weidlinga i gene­rał został natych­miast zapro­szony do środka. Pozo­sta­łem w dużym, sąsied­nim pomiesz­cze­niu wraz ze szcze­gó­ło­wymi mapami, któ­rych mógł potrze­bo­wać mój dowódca. W bun­krze pach­niało wil­go­cią i odgłos małego sil­nika napę­dza­ją­cego sys­tem wen­ty­la­cyjny sły­chać było bez prze­rwy w tle. Wiecz­nie obecny na miej­scy Bor­mann ponow­nie zaczął mnie naga­by­wać. Zja­dłem jedną z jego kana­pek i nakre­śli­łem mu obraz sytu­acji na zewnątrz.

Narada w pokoju odpraw skoń­czyła się po około czter­dzie­stu pię­ciu minu­tach. Wynu­rzył się stam­tąd Hitler, za któ­rym wyszedł Goeb­bels, gene­rał Krebs, gene­rał Weidling i kilku innych ludzi. Zasa­lu­to­wa­łem i Hitler skie­ro­wał się w moją stronę.

Gdy się zbli­żył, jego wygląd mnie zaszo­ko­wał. Był zgar­biony, jego lewa ręką była przy­gięta i w widoczny spo­sób drżała. Połowa jego twa­rzy była obwi­sła zupeł­nie jak po uda­rze i mię­śnie po tej stro­nie nie pra­co­wały. Trzę­sły mu się obie dło­nie, jedno oko miał opuch­nięte. Wyglą­dał jak bar­dzo stary czło­wiek, przy­naj­mniej dwa­dzie­ścia lat star­szy, niż jego pięć­dzie­sięt sześć lat.

Weidling przed­sta­wił mnie Hitle­rowi:

-?Major Knappe, mój ofi­cer ope­ra­cyjny.

Hitler uści­snął mi rękę i powie­dział:

-?Weidling powie­dział mi, przez co tam prze­cho­dzi­cie. Wiem, że było wam bar­dzo ciężko.

Będąc przy­zwy­cza­jony do odpo­wia­da­nia "tak jest, panie gene­rale", auto­ma­tycz­nie powie­dzia­łem "tak jest, panie..." i dopiero wtedy, orien­tu­jąc się, że nie jest to sto­sowny zwrot, szybko popra­wi­łem się, mówiąc "jawohl, mein Führer."

Hitler uśmiech­nął się blado, a Goeb­bels od ucha do ucha. Tylko Weidling zro­bił gry­mas, gdyż jego pod­władny popeł­nił towa­rzy­ski nie­takt.

Hitler poże­gnał się, raz jesz­cze uści­snął mi rękę i znik­nął, kie­ru­jąc się gdzieś w stronę pomiesz­czeń Goeb­belsa. Mimo, iż jego zacho­wa­nie nie było apa­tyczne, jego wygląd był żało­sny. Był teraz niczym innym, niż kary­ka­turą sie­bie sprzed lat. Zasta­na­wia­łem się, jak to moż­liwe, że przez krót­kie sześć lat ów idol całej mojej gene­ra­cji mło­dych ludzi stał się takim ludz­kim wra­kiem. Dotarło do mnie wtedy, że Hitler jest wciąż jesz­cze żywym sym­bo­lem Nie­miec, ale takich Nie­miec, jak wyglą­dają one dzi­siaj. W ciągu tych samych sze­ściu lat kwit­nący, pełen aspi­ra­cji kraj stał się stertą szcząt­ków i gruzu.

Wraz z Weidlin­giem opu­ści­łem bun­kier przez pod­ziemne kory­ta­rze Kan­ce­la­rii Rze­szy. Udało nam się zna­leźć bez­pieczne przej­ście piw­ni­cami aż do okna wycho­dzą­cego na Her­mann-Göring Strasse.

-?Zaapro­bo­wał plan? -?zapy­ta­łem z nie­po­ko­jem.

-?Nie -?odpo­wie­dział Weidling ze zło­ścią. -?Ale cho­dzi o spo­sób, w jaki to zro­bił.

Czło­wiek, któ­rego nie­raz widzia­łem, jak zacho­wuje spo­kój nawet w naj­bar­dziej nie­sprzy­ja­ją­cych oko­licz­no­ściach był tak wście­kły, że drżał mu głos.

-?Wysłu­chał mojej pro­po­zy­cji, a potem powie­dział: "Nie, Weidling. Nie chcę ryzy­ko­wać śmierci na ulicy, jak pies." Nasi ludzie na jego roz­kaz umie­rali na uli­cach Europy przez ostat­nie sześć lat -?na jego roz­kaz! Suge­ro­wa­nie, że tego rodzaju śmierć jest w jakimś sen­sie nie­ho­no­rowa, jest z jego strony obrzy­dli­stwem!

Weidling wpadł w taką furię, że prze­stał zwra­cać uwagę na środki ostroż­no­ści. Gdyby ktoś nas pod­słu­chał i doniósł o tym, co mi wła­śnie powie­dział, jego życie zna­la­złoby się w wiel­kim nie­bez­pie­czeń­stwie.

Ale nasi żoł­nie­rze umie­rali na uli­cach Ber­lina każ­dego dnia i każ­dej nocy od momentu, gdy tylko przy­by­li­śmy do sto­licy, a przed­tem umie­rali na uli­cach innych miast. Taki brak sza­cunku wobec żoł­nie­rzy, któ­rzy codzien­nie poświę­cali swe wła­sne życie tylko po to, aby Hitler mógł pożyć jeden dzień dłu­żej, wzbu­dził we mnie gniew. Od początku wojny zgi­nęło wielu ludzi słu­żą­cych pod moimi roz­ka­zami. Mój wła­sny brat oddał życie za "wodza i ojczy­znę". Nic więc dziw­nego, że Weidling był wście­kły. Obaj byli­śmy na woj­nie od samego początku i obaj widzie­li­śmy nie­zli­czone ofiary w cza­sie tych pra­wie sze­ściu lat walki. Jako żoł­nie­rze musie­li­śmy akcep­to­wać wizję śmierci, nawet naszej wła­snej, gdyby nade­szła taka chwila, i było to natu­ralną czę­ścią naszego życia.

Akcep­to­wa­li­śmy ten fakt, jako cenę, jaką musimy zapła­cić za wiarę w sprawę, którą uwa­ża­li­śmy za słuszną, przy­naj­mniej na początku. Być może dopiero teraz, w ostat­niej chwili, zaczy­na­li­śmy jasno widzieć, za jakim czło­wie­kiem poszli­śmy.

Gdy następ­nego dnia zamel­do­wa­łem się w bun­krze Hitlera z codzien­nymi mapami sytu­acyj­nymi i zoba­czy­łem go, gdy prze­cho­dził z jed­nego pokoju do dru­giego, moja ręka mimo­wol­nie powę­dro­wała w kie­runku kabury. Odczu­wa­łem strasz­li­wie silną chęć zabi­cia go i poło­że­nia kresu wszel­kim cier­pie­niom. Było to łatwe do wyko­na­nia, ponie­waż wewnątrz bun­kra nie miał ochrony. Nie wydo­stał­bym się stam­tąd żywy, ponie­waż straż­nicy z SS stali przy wszyst­kich wej­ściach i wyj­ściach, nie­mniej z łatwo­ścią mogłem go zabić. I z pew­no­ścią to nie strach przed śmier­cią zatrzy­mał mi rękę w poło­wie drogi do pisto­letu. Wraz z odrzu­ce­niem planu prze­bi­cia się z Ber­lina mój los i tak był przy­pie­czę­to­wany i nie mogłem go unik­nąć. Rosja­nie pod­czas mar­szu przez Rze­szę roz­strze­li­wali nie­miec­kich ofi­ce­rów po każ­dej bitwie. Tak czy ina­czej mój los dopełni się za kilka dni. W tej jed­nej sekun­dzie, w któ­rej byłem zmu­szony pod­jąć decy­zję, musia­łem instynk­tow­nie dojść do wnio­sku, że nie powi­nie­nem ryzy­ko­wać robie­nia z Hitlera męczen­nika i jed­no­cze­śnie być może przy­ło­żyć się kre­owa­nia kolej­nej legendy o "cio­sie w plecy."

Pod koniec kwiet­nia nie mie­li­śmy już żad­nych szans na obronę Ber­lina. Strasz­liwe, bez­na­dziejne walki uliczne trwały na­dal, ale nasze dywi­zje nie liczyły wię­cej ludzi niż bata­liony, nasze morale upa­dało i nie mie­li­śmy już pra­wie amu­ni­cji. Teo­re­tycz­nie do obrony mia­sta mie­li­śmy cztery dywi­zje, ale w rze­czy­wi­sto­ści każda z nich liczyła mniej, niż połowę stanu, wli­cza­jąc w to mnó­stwo ran­nych. Bio­rąc pod uwagę Hitler­ju­gend i Volks­sturm, mogli­śmy mieć dosta­teczną ilość ludzi dla czte­rech peł­nych dywi­zji, ale Volks­sturm skła­dał się ze star­szych ludzi, zaś Hitler­ju­gend z dzieci (cho­ciaż trzeba przy­znać, że oddziały Hitler­ju­gend wyka­zały się pewną sku­tecz­no­ścią w dzia­ła­niach obron­nych). Nawet gdy­by­śmy dys­po­no­wali czte­rema peł­nymi, doświad­czo­nymi i wypo­czę­tymi dywi­zjami, wciąż byli­by­śmy tylko jed­nym kor­pu­sem wal­czą­cym z dwoma gru­pami armii!

I wresz­cie, pomi­ja­jąc wszyst­kie inne czyn­niki, wie­dzie­li­śmy, że nie otrzy­mamy wię­cej amu­ni­cji.

Prze­by­wa­nie na zewnątrz budyn­ków sta­wało się teraz coraz bar­dziej nie­bez­pieczne, albo­wiem rosyj­skie czołgi jeź­dziły po całym mie­ście, a nie­mieccy nisz­czy­ciele czoł­gów polo­wali na nie z pan­cer­fau­stami. Jedni i dru­dzy strze­lali jak wście­kli na wszyst­kie strony. Prze­miesz­cze­nie się dokąd­kol­wiek w mie­ście ozna­czało goni­twę z ukry­cia do ukry­cia, od bramy do bramy, wspi­na­nie się na hałdy gruzu, omi­ja­nie rumo­wisk i roz­kła­da­ją­cych się ciał. Gdy żoł­nierz codzien­nie omija ludz­kie ciała i cza­sami na nie nastę­puje, jego wraż­li­wość nie­uchron­nie zaczyna się przy­tę­piać. Zaczy­na­łem się zasta­na­wiać, czy można nas jesz­cze nazwać ludźmi.

Ryk sza­le­ją­cej bitwy wypeł­niał nasze dni i noce. Zwy­kle mogli­śmy roz­po­znać rodzaj uży­wa­nej broni po dźwięku, jaki wyda­wała. Poci­ski z moź­dzie­rzy wyda­wały powolne odgłosy, arty­le­ria nieco szyb­sze, a naj­cięż­sza arty­le­ria najszyb­sze. Rzecz jasna eks­plo­zje poci­sków wiel­kiego kali­bru były znacz­nie gło­śniej­sze niż wybu­chy poci­sków lek­kiej arty­le­rii czy moź­dzie­rzy. Po dźwięku roz­po­zna­wa­li­śmy także kie­ru­nek, z któ­rego nad­la­ty­wał pocisk i rodzaj dźwięku pod­po­wia­dał nam, czy pocisk prze­leci nam nad gło­wami, czy też wybuch­nie w naszym sąsiedz­twie. Po jakimś cza­sie zmy­sły auto­ma­tycz­nie dostra­jały się do tych odgło­sów i nasze reak­cje stały się instynk­towne.

Wciąż nie porzu­ca­li­śmy pomy­słu wyrwa­nia się z Ber­lina. Jasne było, że gru­powe prze­bi­cie się może się powieść wyłącz­nie przy zało­że­niu, że mogli­by­śmy dotrzeć do mostu Pichels­dorf bez cięż­kich walk. Dywi­zje nale­gały, aby roz­po­cząć manewr jak naj­szyb­ciej. Morale żoł­nie­rzy pod­sko­czyło, gdy dowie­dzieli się o takiej ewen­tu­al­no­ści. Weidling napie­rał na Krebsa, by ten wywarł nacisk na Hitlera w kwe­stii prze­bi­cia się, ale Krebs twier­dził, że nie da się zmu­sić Hitlera do zmiany zda­nia. Jego odmowa ozna­czała mar­no­wa­nie cen­nych godzin i dni, w cza­sie któ­rych Rosja­nie bez prze­rwy wzmac­niali pier­ścień wokół mia­sta, szcze­gól­nie od strony zachod­niej.

Rozdział 6

29 KWIET­NIA Rosja­nie znaj­do­wali się mniej, niż pięć­set metrów od Kan­ce­la­rii Rze­szy. Z led­wo­ścią byłem w sta­nie ukraść pełną godzinę snu na dobę. Praca zawsze trwała nie­prze­rwa­nie: przyj­mo­wa­nie mel­dun­ków i spo­rzą­dza­nie zbior­czych rapor­tów, pisa­nie roz­ka­zów, wyda­wa­nie instruk­cji, kre­śle­nie szki­ców i map, odbie­ra­nie i wyko­ny­wa­nie tele­fo­nów i zaj­mo­wa­nie się nie­koń­czą­cym się sze­re­giem prze­róż­nych szcze­gó­łów, o które trzeba było zadbać. Dowie­dzie­li­śmy się, że 12 Armia Wencka została osta­tecz­nie odrzu­cona i wraz z tą infor­ma­cją bez­pow­rot­nie wypa­ro­wała nadzieja na jaką­kol­wiek zmianę poło­że­nia. Obec­nie wszy­scy chcieli pokła­dać nadzieję na zmiany poli­tyczne w rosną­cych tar­ciach mię­dzy zachod­nimi alian­tami i Rosja­nami. Ale czy na tym eta­pie mogłoby to być jakąś pomocą dla nas, nawet gdyby taka zmiana nastą­piła? Weiss, Frey­tag-Lorin­gho­ven i Boldt odpo­wie­dzieli na to pyta­nie nega­tyw­nie, gdy po połu­dniu opu­ścili tonący okręt, uda­jąc się tune­lami kolejki, a następ­nie przez jezioro Wan­n­see, aby wywieźć z Ber­lina ostat­nią wolę Hitlera. Jed­nakże nie wspo­mnieli mi nawet sło­wem o swo­ich pla­nach, cho­ciaż roz­ma­wia­łem z nimi codzien­nie; o ich odej­ściu dowie­dzia­łem się dopiero po fak­cie.

Na Ben­dler­strasse poje­dyn­czy człon­ko­wie per­so­nelu szta­bo­wego, któ­rzy nie mieli do wyko­na­nia żad­nej pil­nej pracy, orga­ni­zo­wali imprezy, dosłow­nie tań­cząc na wul­ka­nie z kobie­tami z pomoc­ni­czych służb łącz­no­ści. Dla mnie ulgą było ponowne pogrą­że­nie się w obo­wiąz­kach. Ujaw­niły się też inne gorącz­kowe dzia­ła­nia na nowym polu: każdy chciał wyko­rzy­stać fakt prze­by­wa­nia w tak bli­skim sąsiedz­twie Wydziału Per­so­nal­nego Naj­wyż­szego Dowódz­twa Wojsk Lądo­wych i otrzy­mać wyż­sze odzna­cze­nie lub nawet awans. Von Dufvinga pro­mo­wano wtedy na sto­pień puł­kow­nika, ale aku­rat on poza wszelką wąt­pli­wo­ścią cał­ko­wi­cie na to zasłu­żył. Jed­nak inne awanse były szczo­drze roz­da­wane w ostat­niej chwili. Rów­nież pro­ces nada­wa­nia odzna­czeń uległ przy­spie­sze­niu, jeśli doty­czyły one odwagi w walce o Ber­lin. Kil­ka­krot­nie byłem świad­kiem, jak czter­na­sto-pięt­na­sto­letni człon­ko­wie Hitler­ju­gend odbie­rali swoje Żela­zne Krzyże za znisz­cze­nie rosyj­skich czoł­gów.

Weidling zaczął teraz roz­wa­żać samo­dzielne prze­bi­cie się -?bez człon­ków sztabu Hitlera, jeśli nie chcieli zabrać się z nami. Jed­nak pod­ję­cie takiej decy­zji nie było dla niego łatwe i nie do końca mógł sobie z tym pora­dzić. Prak­tycz­nie porzu­ci­li­śmy już wszelką nadzieję na wydo­sta­nie się z kupy gruzu, w jaką obró­cił się Ber­lin, gdy nagle, ran­kiem 30 kwiet­nia, zadzwo­niono z kwa­tery Hitlera -?dla odmiany zadzia­łała jakimś cudem jedna z naszych linii -?z żąda­niem, abym nie­zwłocz­nie zamel­do­wał się w bun­krze i jesz­cze raz wyło­żył sche­mat cza­sowy planu prze­bi­cia się. Wyru­szy­łem natych­miast.

W wio­sen­nym listo­wiu parku Tier­gar­ten nie­zmien­nie rwały się poci­ski, uni­ce­stwia­jąc wszystko wokół. Nie­prze­rwa­nie sły­chać było trzask broni strze­lec­kiej. Ośle­pia­jące pro­mie­nie słońca kła­dły się na ponu­rej sce­nie: na traw­ni­kach Tier­gar­ten, pod oka­le­czo­nymi stu­let­nimi drze­wami roz­po­zna­łem działa arty­le­ryj­skie -?wszyst­kie roz­nie­sione bez­po­śred­nimi tra­fie­niami. Arty­le­rzy­ści, któ­rym zabra­kło szczę­ścia, leżeli wokół nich tak zma­sa­kro­wani, że ciała z led­wo­ścią przy­po­mi­nały ludz­kie szczątki. Na uli­cach wszę­dzie walały się trupy, widoczne spod stert pokry­tego pyłem gruzu. Tu i tam leżały same buty. Kiedy zoba­czy­łem we Fran­cji pierw­szego pole­głego żoł­nie­rza, pamię­tam jak bar­dzo byłem wtedy zszo­ko­wany jego wido­kiem. Teraz moje zmy­sły były tak otę­piałe, że ciała sta­wały się tylko kolej­nymi prze­szko­dami, nad któ­rymi trzeba było przejść. W momen­cie, kiedy zatrzy­ma­łem się na moment, aby chwy­cić oddech i prze­cze­kać, aż salwa poci­sków arty­le­ryj­skich prze­leci mi nad głową, wychwy­ci­łem wzro­kiem widoczny w naj­drob­niej­szych deta­lach ludzki tors lub może jego część, tkwiący pomię­dzy cegłami, kamie­niami i odpry­skami betonu. Nie mogłem sobie jed­nak pozwo­lić, by takie szcze­góły zaprzą­tały moją uwagę. Musia­łem spró­bo­wać w jed­nym kawałku prze­sko­czyć Her­mann-Göring Strasse -?razem z moimi papie­rami. Może jed­nak Hitler w końcu zde­cy­do­wał wyrwać się z Ber­lina?

Tym razem nie musia­łem wytrzy­my­wać uprzej­mo­ści Bor­manna. W pokoju narad Hitlera cze­kał na mnie gene­rał Krebs. Roz­ło­ży­łem nasze mapy i raz jesz­cze wyja­śni­łem szcze­góły naszego pla­no­wa­nego wyła­ma­nia się ze sto­licy. Krebs zadał mi mnó­stwo pytań doty­czą­cych har­mo­no­gramu dzia­łań. Naj­bar­dziej inte­re­so­wało go, z jakim wyprze­dze­niem trzeba będzie powia­do­mić dywi­zje o roz­po­czę­ciu ope­ra­cji. Powie­dzia­łem mu, że wszystko zostało przy­go­to­wane i że możemy roz­po­cząć dzia­ła­nia dzi­siej­szej nocy, o ile roz­kaz zosta­nie wydany natych­miast, ale na roz­krę­ce­nie ope­ra­cji potrzebne będzie czter­na­ście godzin. Jeżeli chcemy liczyć na powo­dze­nie, decy­zja musi być pod­jęta bar­dzo szybko -?jutrzej­szej nocy może być już za późno. Krebs zazna­czył, że Hitler jest wciąż prze­ciwny przed­się­wzię­ciu, ale on chciałby jesz­cze raz spró­bo­wać go prze­ko­nać. Zapo­wie­dział, że powia­domi nas o rezul­ta­tach swo­ich wysił­ków. Tak więc wszyst­kie nasze nadzieje speł­zły na niczym. Ozna­czało to bowiem, że Krebs do tej pory nawet nie pró­bo­wał wpły­nąć na Hitlera!

Z cięż­kim ser­cem wró­ci­łem na Ben­dler­strasse. Godziny mijały bez żad­nych wie­ści i bez słowa infor­ma­cji z kwa­tery Führera na temat rzu­ce­nia w eter hasła ope­ra­cji, które roz­po­czę­łoby ruch naszych jed­no­stek. Gdy przy­szło połu­dnie, wie­dzie­li­śmy już, że na prze­pro­wa­dze­nie akcji naj­bliż­szej nocy będzie już za późno. A być może jutro będzie już za późno na cokol­wiek.

Jed­nakże linia obrony, nie­mal nie­wy­tłu­ma­czal­nie, trzy­mała się mocno. Dla­czego Rosja­nie w ogóle upie­rali się przy ata­kach w naj­bar­dziej nie­do­stęp­nych miej­scach? Przez Szprewę przy Kli­nice Charité oraz przez kanał Lan­dwehr i Lützowufer? Przez Plac Pocz­dam­ski i Leip­zi­ger Strasse, gdzie eses­mani gene­rała Mohnke bro­nili bez­po­śred­nich podejść do Kan­ce­la­rii Rze­szy?

Rosja­nie naj­wi­docz­niej chcieli zdo­być Reich­stag i kan­ce­la­rię Rze­szy tak szybko, jak tylko się da. Mie­li­śmy szczę­ście, że nie zda­wali sobie sprawy, iż naj­prost­sza droga szybko zapro­wa­dzi­łaby ich pro­sto do celu! Za każ­dym razem, gdy nano­si­łem aktu­alną sytu­ację na mapy, byłem zdu­miony, że rosyj­ski sztab gene­ralny nie jest w sta­nie tego dostrzec.

30 kwiet­nia Rosja­nie uchwy­cili Reich­stag, a następ­nie skon­cen­tro­wali wysiłki na kil­ku­set metrach terenu dzie­lą­cych ich od Kan­ce­la­rii Rze­szy, które były zacie­kle bro­nione. Oddziały SS gene­rała Mohnke i resztki 56 Kor­pusu Pan­cer­nego bro­niły bun­kra z wiel­kim poświę­ce­niem. Mimo, iż jedy­nym moż­li­wym efek­tem tego oporu mogła być wyłącz­nie ich śmierć, obrońcy cią­gle wal­czyli.

Około godziny dzie­więt­na­stej przy­był adiu­tant gene­rała Krebsa z pole­ce­niem, aby Weidling udał się do kwa­tery Hitlera wraz z nie­wiel­kim per­so­ne­lem pomoc­ni­czym. Cokol­wiek to było, ozna­czało jakąś zmianę. Teraz i tak nic już nie mogło pogor­szyć sytu­acji. Weidling zde­cy­do­wał, że zabie­rze ze sobą von Dufvinga, ofi­cera łącz­ni­ko­wego i pisa­rza. Ja mia­łem pozo­stać na miej­scu, nanieść na mapy aktu­alną sytu­ację i udać się w ślad za nimi naj­póź­niej do następ­nego ranka.

1 maja, około godziny szó­stej rano, z kwa­tery Hitlera przy­był major Kirsch, nasz ofi­cer łącz­ni­kowy przy gene­rale Mohnke. Dono­sił o bar­dzo dziw­nych rze­czach.

Brzmiało to nie­praw­do­po­dob­nie, ale Weidling był naj­wy­raź­niej prze­trzy­my­wany w szta­bie Hitlera wbrew swo­jej woli. Wyglą­dało to na rodzaj jakie­goś aresztu domo­wego!

Zebra­łem mapy i ponow­nie wyru­szy­łem w straszny marsz na Vostrasse, trzy­ma­jąc się roz­ka­zów, które uprzed­nio wydał mi Weidling.

W pokoju narad Szefa Sztabu Gene­ral­nego Armii spo­tka­łem Weidlinga, von Dufvinga oraz innych człon­ków naszego sztabu. Weidling wyglą­dał jakoś zupeł­nie ina­czej. Wyda­rzyło się coś, co kom­plet­nie wytrą­ciło z rów­no­wagi tego czło­wieka, któ­rego nie była w sta­nie zła­mać nawet naj­bar­dziej bez­na­dzieja sytu­acja na polu walki. Weidling po cichu powie­dział mi, że ostat­niej nocy Goeb­bels poin­for­mo­wał go, iż Hitler, poślu­biw­szy uprzed­nio Ewę Braun, wraz z nią zażył tru­ci­znę, jed­no­cze­śnie strze­la­jąc sobie w głowę. Nikt z nas nie wie­dział przed­tem o Ewie Braun, ale teraz dotarło do mnie, że musiała być jedną z tych kobiet w bun­krze, które wzią­łem za sekre­tarki. Ich ciała zawi­nięto w dywan, oblano ben­zyną i spa­lono na dzie­dzińcu Kan­ce­la­rii Rze­szy, aby nie wpa­dły w ręce Rosjan.

Goeb­bels ścią­gnął Weidlinga do bun­kra, aby ten dowo­dził stam­tąd swo­imi oddzia­łami.

Wpa­dłem w osłu­pie­nie. Z jakie­goś powodu ni­gdy nie przy­szło mi do głowy, że Hitler mógłby popeł­nić samo­bój­stwo. Jeśli pla­no­wał ze sobą skoń­czyć, dla­czego nie zro­bił tego dawno temu, gdy stało się jasne, że wojna jest prze­grana? Dla­czego tak wielu ludzi musiało umie­rać bez­sen­sowną śmier­cią, i to wręcz do ostat­niej chwili, gdy Rosja­nie pukali już do drzwi bun­kra? Tego typu ego­izm był dla mnie czymś nie­po­ję­tym.

Goeb­bels, jako naj­star­szy rangą mini­ster Rze­szy w Ber­li­nie, prze­jął pałeczkę i naj­wy­raź­niej oba­wiał się, że Weidling może pod­jąć dzia­ła­nia na wła­sną rękę.

Weidling powie­dział mi, że nie wolno mu opusz­czać bun­kra. Żebym nie utknął w podobny spo­sób, pora­dził mi, abym utrzy­my­wał naszą sie­dzibę na Ben­dler­strasse i sta­no­wił ogniwo łączące go z dywi­zjami. Powie­dział, że spró­buje uzy­skać zgodę na wyj­ście z okrą­że­nia dziś w nocy. Poin­for­mo­wał mnie także, że poprzed­niej nocy Krebs i von Dufving udali się do Rosjan, aby wyba­dać warunki prze­rwa­nia walki (obaj mówili po rosyj­sku), jed­nak Rosja­nie nale­gali na bez­wa­run­kową kapi­tu­la­cję.

Von Dufving zdra­dził mi szcze­góły swo­jej podróży przez linię frontu. Po śmierci Hitlera, Krebs natych­miast skon­tak­to­wał się przez radio z rosyj­skim dowódz­twem i spy­tał, czy nie­miecka dele­ga­cja może prze­kro­czyć Wil­helm­strasse celem pod­ję­cia roz­mów. Następ­nie Krebs, który w prze­szło­ści był woj­sko­wym attaché w Moskwie, poszedł wzdłuż Wil­helm­strasse w towa­rzy­stwie von Dufvinga, miej­scami korzy­sta­jąc z tunelu metra. Prze­jęli ich rosyj­scy ofi­ce­ro­wie i odwieźli do kwa­tery gene­rała Czuj­kowa.

Rosja­nie, któ­rzy zacho­wy­wali się przy­zwo­icie, pozo­stali jed­nak nie­wzru­szeni w swych żąda­niach bez­wa­run­ko­wej kapi­tu­la­cji i wyda­nia Hitlera (o któ­rego śmierci wtedy jesz­cze nie wie­dzieli), Goeb­belsa i innych cywi­lów odpo­wie­dzial­nych za wojnę.

Następ­nego ranka Krebs wydał zgodę na pod­ję­cie próby wyrwa­nia się z mia­sta w nocy na 2 maja. Weidling wydał Refio­rowi roz­kaz ogło­sze­nia sygnału "Wio­senna Burza". Obec­nie było już jed­nak za późno na pod­ję­cie maso­wej, cen­tral­nie dowo­dzo­nej próby prze­bi­cia się w jed­nym kie­runku. Zamiast tego, o godzi­nie wpół do dzie­się­tej wie­czo­rem, poszcze­gólne dywi­zje miały roz­po­cząć dzia­ła­nia w róż­nych kie­run­kach i na wła­sną rękę. Decy­zję co do tego, czy dołą­czyć do prze­bi­ja­ją­cych się, czy też wybrać rosyj­ską nie­wolę, Weidling pozo­sta­wił dowód­com dywi­zji i każ­demu żoł­nie­rzowi.

Bry­gada Mohnke zamie­rzała odejść około dzie­wią­tej trzy­dzie­ści wie­czo­rem, zebrać się na sta­cji metra przy Frie­drich­strasse i wyrwać się z mia­sta w kie­runku pół­noc­nym. Weidling zade­cy­do­wał, że per­so­nel naszego sztabu dołą­czy do tej grupy i poin­stru­ował mnie, abym przy­go­to­wał wszyst­kich do wymar­szu z Ben­dler­strasse o godzi­nie dwu­dzie­stej. Rzecz jasna, aby dotrzeć do Kan­ce­la­rii Rze­szy, będziemy musieli się prze­bi­jać.

Obsada Kan­ce­la­rii Rze­szy, lub raczej ci, któ­rzy tam pozo­stali, także zamie­rzali dołą­czyć do gene­rała Mohnke. Krebs i Burg­dorf posta­no­wili zostać na miej­scu i popeł­nić samo­bój­stwo. W cza­sie mojej prze­chadzki po kan­ce­la­rii wszę­dzie widzia­łem ran­nych, któ­rymi zaj­mo­wali się woj­skowi sani­ta­riu­sze i sio­stry Czer­wo­nego Krzyża. Eses­mani raczyli się takimi deli­ka­te­sami, jak pusz­ko­wane kieł­ba­ski, piwo i napoje gazo­wane.

Oczy­wi­ste było, że nad­szedł osta­teczny koniec. Plany obmy­ślały teraz raczej poje­dyn­cze osoby, niż dowódcy. O godzi­nie dzie­więt­na­stej trzy­dzie­ści zasia­dłem do "ostat­niej kola­cji" z tymi z naj­bliż­szej świty Hitlera, któ­rzy wciąż jesz­cze byli obecni w pod­ziem­nym bun­krze. Przy stole sie­dzieli ze mną: Mar­tin Bor­mann, admi­rał Voss (ofi­cer łącz­ni­kowy Krieg­sma­rine repre­zen­tu­jący admi­rała Dönitza), amba­sa­dor Hewel (przed­sta­wi­ciel von Rib­ben­tropa ze strony Mini­ster­stwa Spraw Zagra­nicz­nych) i pięć czy sześć kobiet, któ­rych nazwisk nie zna­łem, a które musiały być sekre­tar­kami. Poza nimi były jesz­cze dwie lub trzy osoby. Na kola­cję była her­bata, woj­skowy chleb, pusz­ko­wana, peklo­wana woło­wina i pasz­te­towa. Oczy­wi­ście roz­mowa kon­cen­tro­wała się wokół ocze­ki­wa­nego prze­bi­cia się przez rosyj­skie linie. Ponie­waż byłem ofi­cerem z dużym doświad­cze­niem bojo­wym i tym samym "eks­per­tem" w gru­pie, bom­bar­do­wano mnie naj­róż­niej­szymi pyta­niami.

Wygląd całej grupy był nie­zwy­kły, gdyż wszy­scy ubrali się fron­towo. Bor­mann chyba nie czuł się kom­for­towo w mun­du­rze sze­re­gowca, który miał na sobie. Admi­rał i amba­sa­dor także zało­żyli mun­dury pro­stych żoł­nie­rzy. Nawet kobiety były ubrane w uni­formy. Podej­ście kobiet było fan­ta­styczne.

Nic nie można było pora­dzić na to, co się stało. Hitler nie żył i dla wszyst­kich było to szo­kiem, z któ­rym led­wie sobie radzili. Prze­by­wali z nim od lat i teraz praw­do­po­dob­nie odczu­wali w gło­wach pustkę, nie mogąc pogo­dzić się z tym, co zaszło.

W cza­sie posiłku, około godziny dwu­dzie­stej przy­szedł Goeb­bels wraz z mał­żonką, aby poże­gnać się z per­so­ne­lem. Jedna z sekre­ta­rek szep­nęła mi do ucha, iż dzieci Goeb­belsów, które jesz­cze po połu­dniu bie­gały po bun­krze, poszły już na śmierć. Zacho­wa­nie pani Goeb­bels, bio­rąc pod uwagę oko­licz­no­ści, było pełne opa­no­wa­nia. Dr Goeb­bels także zacho­wy­wał zaska­ku­jący spo­kój. Zadzi­wiało mnie, iż oboje byli w sta­nie tu przyjść i spo­koj­nie się poże­gnać mając świa­do­mość tego, co wła­śnie zro­bili i tego, co za chwilę nastąpi. Jed­nak nie oka­zy­wali wzru­sze­nia i głos im nie drżał. Z powagą na twa­rzach życzyli wszyst­kim powo­dze­nia w przy­szło­ści. Uści­snęli wszyst­kim ręce i bez widocz­nego wzru­sze­nia odwró­cili się i poszli holem w kie­runku sie­dziby Mini­ster­stwa Pro­pa­gandy Rze­szy, aby tam ode­brać sobie życie.

Mimo, iż Weidling poczy­nił przy­go­to­wa­nia do prze­bi­cia się wraz z bry­gadą gene­rała Mohnke, chciał przed­tem udać się na Ben­dler­strasse, żeby pomó­wić z człon­kami sztabu i dać każ­demu moż­li­wość wyboru mię­dzy walką i kapi­tu­la­cją. Wciąż jesz­cze było jasno. Rosja­nie zajęli już Reich­stag i rzu­cili wszyst­kie siły w kie­runku Kan­ce­la­rii Rze­szy. Walki kon­cen­tro­wały się teraz w oko­licy Tier­gar­ten. Byli­śmy teraz celem ognia arty­le­rii oraz ostrzału z broni maszy­no­wej i strze­lec­kiej. Nie cze­ka­łem na Weidlinga, gdyż dwóch ludzi sta­no­wiło dwa razy więk­szy cel, niż jeden. Nie mie­li­śmy wspar­cia, a ostrze­li­wa­nie się z naszych rachi­tycz­nych pisto­le­tów nie miało sensu. Naj­lep­szym roz­wią­za­niem było sku­pie­nie się na przed­sta­wia­niu jak naj­mniej­szego, rucho­mego celu i docie­ra­nie żywym do kolej­nej osłony. Ska­ka­łem od ukry­cia do ukry­cia cał­kiem zwin­nie. Weidling, który był dwa razy star­szy ode mnie, nie był w sta­nie poru­szać się tak szybko.

Ta nie­zwy­kle nie­bez­pieczna i wyczer­pu­jąca fizycz­nie goni­twa w połą­cze­niu z wyda­rze­niami ostat­nich dwu­dzie­stu czte­rech godzin musiały wykoń­czyć Weidlinga ner­wowo. Być może swoją rolę ode­grała też rela­cja von Dufvinga o popraw­nym zacho­wa­niu Rosjan. Jakie by nie były powody, po dotar­ciu do bun­kra na Ben­dler­strasse Weidling zako­mu­ni­ko­wał, że nie chce się prze­bi­jać, lecz zamiast tego podda się Rosja­nom.

Powie­dzia­łem mu, że w takim razie chciał­bym odejść, ponie­waż nie mia­łem zamiaru się pod­da­wać i zgod­nie z wcze­śniej­szymi usta­le­niami powi­nie­nem wziąć udział w pró­bie wyrwa­nia się z mia­sta wraz z bry­gadą gene­rała Mohnke. Weidling nasko­czył na mnie, wybu­cha­jąc straszną wście­kło­ścią. To był ten jeden, jedyny raz, kiedy się na mnie wściekł, naj­wi­docz­niej dla­tego, że wyda­wało mu się, iż po powro­cie z kwa­tery Hitlera chcę go porzu­cić -?nie powie­dział tego jed­nak gło­śno.

Z pew­no­ścią jed­nak nie miał prawa oskar­żać o tchó­rzo­stwo żoł­nie­rza, który prze­trwał tyle bojów i był tyle razy ranny, co ja. Powie­dzia­łem mu to w dość zde­cy­do­wa­nej for­mie. Praw­do­po­dob­nie obaj byli­śmy na skraju zała­ma­nia ner­wo­wego. Czło­wiek może wytrzy­mać tylko tyle, ile może, a my z pew­no­ścią wysta­wi­li­śmy nasz sys­tem ner­wowy na poważną próbę.

Być może Weidling potrak­to­wał moją chęć ucieczki z Ber­lina jako kry­tykę jego decy­zji, gdyż godzinę wcze­śniej sam prze­cież uzgod­nił z gene­ra­łem Mohnke, że dołą­czy do niego wraz z całym naszym szta­bem. Rzecz jasna prze­do­sta­jąc się do Kan­ce­la­rii Rze­szy ponie­śli­by­śmy straty, ale więk­szość z nas prze­mknę­łaby się z powo­dze­niem. Tak czy ina­czej, Weidling zabro­nił mi opusz­cza­nia bun­kra przed godziną dwu­dzie­stą drugą (do tego czasu, jak powie­dział, będę mu potrzebny). Wtedy oczy­wi­ście będzie już za późno, aby dołą­czyć do grupy gene­rała Mohnke. Roz­ka­zem tym przy­pie­czę­to­wał mój los i unie­moż­li­wił mi pod­ję­cie próby unik­nię­cia rosyj­skiej nie­woli. Wciąż czu­łem się na tyle żoł­nie­rzem, że uwa­ża­łem pod­po­rząd­ko­wa­nie się roz­ka­zom za coś oczy­wi­stego, więc dezer­cja i ucieczka z Ber­lina na wła­sną rękę nie wcho­dziły w rachubę. Gdzieś w środku jed­nak kipiała we mnie wście­kłość.

Wciąż była do wyko­na­nia praca: przy­go­to­wa­nie do kapi­tu­la­cji, spa­le­nie doku­men­tów i akt (ofi­cjal­nego dzien­nika bojo­wego 56 Kor­pusu Pan­cer­nego i pry­wat­nych doku­men­tów majora Wolffa) oraz wyda­nie roz­ka­zów o zaprze­sta­niu oporu wszyst­kim jed­nost­kom, z któ­rymi jesz­cze można było nawią­zać kon­takt. Po tym, jak von Dufving pokrótce zre­la­cjo­no­wał "sto­sowne trak­to­wa­nie", jakiego doświad­czył poprzed­niej nocy ze strony Rosjan, pra­wie wszy­scy człon­ko­wie sztabu byli zgodni, że należy się pod­dać bez prze­dłu­ża­nia walki, a następ­nie poma­sze­ro­wać do rosyj­skiej nie­woli. Dokładne roz­kazy doty­czące zło­że­nia broni i uda­nia się do nie­woli miały zostać przy­go­to­wane po ponow­nych nego­cja­cjach von Dufvinga z Rosja­nami.

Nawią­za­nie kon­taktu radio­wego nastą­piło dość szybko. O pół­nocy von Dufving, jako pośred­nik w roz­mo­wach, miał być ode­brany przez Rosjan na moście Ben­dlera. Miał pro­sić o hono­rową kapi­tu­la­cję naszych oddzia­łów, natych­mia­stowe zawie­sze­nie ognia, ochronę cywi­lów przed aktami ter­roru, prawo do zatrzy­ma­nia żyw­no­ści i rze­czy oso­bi­stych przez każ­dego żoł­nie­rza i moż­li­wość pozo­sta­nia ofi­ce­rów ze swymi jed­nost­kami.

Na dzie­dzińcu paliły się ogni­ska, w któ­rych pło­nęły wszyst­kie papiery Naczel­nego Dowódz­twa Wojsk Lądo­wych. Było mi szcze­gól­nie przy­kro, że z dymem szły wszyst­kie moje akta per­so­nalne, gdyż zawsze byłem bar­dzo dumny z prze­biegu swej służby woj­sko­wej. Ale lata, pod­czas któ­rych byłem zawo­do­wym żoł­nie­rzem, wła­śnie dobie­gały końca.

Po powro­cie von Dufvinga od Rosjan, Weidling zebrał człon­ków sztabu i powie­dział im, że pod­jęte usta­le­nia zakła­dają zło­że­nie broni następ­nego dnia rano.

Napi­sa­łem list do Lilo i zaadre­so­wa­łem kilka kopii do róż­nych krew­nych, ponie­waż nie mia­łem poję­cia, kto z nich pozo­stał jesz­cze przy życiu. Roz­da­łem listy kilku kobie­tom z Pomoc­ni­czej Służby Łącz­no­ści oraz sio­strom Czer­wo­nego Krzyża, któ­rym Rosja­nie obie­cali nie­skrę­po­waną moż­li­wość podróży. Następ­nie po raz ostatni zja­dłem posi­łek przy­go­to­wany przez mojego ordy­nansa: zie­loną fasolę na miękko, goto­waną szynkę i frytki. Wypi­łem także dwa kie­liszki szam­pana. Na wszelki wypa­dek mój ordy­nans zała­do­wał mi ple­cak żyw­no­ścią, a manierkę wypeł­nił konia­kiem.

Wresz­cie spo­rzą­dzi­łem spis moich rze­czy oso­bi­stych, aby zde­cy­do­wać, które z nich mogą się naj­bar­dziej przy­dać w życiu jeńca wojen­nego. Naj­więk­szym dyle­ma­tem był wybór pomię­dzy śpi­wo­rem, a pod­bi­tym futrem szy­ne­lem. Moje poprzed­nie doświad­cze­nia z lodo­wa­tymi rosyj­skimi zimami wciąż były świeże w pamięci i decy­zja o wybo­rze szy­nela prze­wa­żyła, mimo, że lato led­wie zdą­żyło się zacząć. Wymie­ni­łem mój szyty na miarę uni­form na regu­la­mi­nowy mun­dur, wie­dząc, że nie będzie zwra­cał uwagi i okaże się bar­dziej wygodny. Na wierzch wcią­gną­łem kom­bi­ne­zon czoł­gi­sty, aby ukryć czer­wone lam­pasy na spodniach, które mogły się oka­zać pro­ble­mem. Moje naj­lep­sze koszule i bie­li­znę, tro­chę żyw­no­ści, foto­gra­fie i listy oraz kilka paczek papie­ro­sów prze­zna­czo­nych na wymianę, uzu­peł­niały mój bagaż. Cho­ciaż wyrzu­ci­łem mnó­stwo rze­czy, mój ple­cak wciąż ważył około pięt­na­stu kilo­gra­mów. Oprócz tego mia­łem ciężki, pod­bity futrem szy­nel. Jed­nak zawsze mogłem pozbyć się czę­ści rze­czy póź­niej, jeśli zaszłaby taka potrzeba.

Oczy­wi­ste było, że teraz nie było już mowy o jakim­kol­wiek śnie. Spa­łem pod­czas nawał arty­le­ryj­skich i spa­łem wie­dząc, że atak nie­przy­ja­ciela jest nie­unik­niony, jed­nak tym razem nie­pew­ność tego, co nas cze­kało, spę­dzała sen z powiek. Wysze­dłem na zewnątrz, w ber­liń­ską noc. Przy­jemna wio­senna noc kon­tra­sto­wała z ruinami pło­ną­cymi wokół nas. Ota­czała mnie jakaś upiorna cisza. Po tygo­dniach bez­u­stan­nego ryku bitwy wyda­wała się być nie­mal nama­calna. Gdy mój wzrok prze­śli­zgi­wał się po ruinach, które mnie ota­czały, w gło­wie prze­mknęło mi pyta­nie: "Jakim kosz­tem?" Koszt tej wojny wykra­czał poza zwy­kłą ludzką zdol­ność poj­mo­wa­nia. Czy tam­tej nocy czu­łem się w jakiś spo­sób za to odpo­wie­dzialny? Czy czu­łem jakie­kol­wiek wyrzuty sumie­nia?

Wtedy jesz­cze nie -?cho­ciaż przy­szły one póź­niej, kiedy dowie­dzia­łem się o wielu rze­czach, o któ­rych owej nocy nie mia­łem poję­cia. Póki co, żało­wa­łem tylko, że prze­gra­li­śmy wojnę i sku­pia­łem się na prio­ry­te­tach, któ­rymi było prze­trwa­nie tego, co cze­kało mnie w naj­bliż­szej przy­szło­ści.

Tam­tej ber­liń­skiej nocy, w gęst­nie­ją­cej ciem­no­ści, w gło­wie kłę­biło mi się tysięc pytań doty­czą­cych mojego dal­szego losu. Jeśli mnie nie zastrzelą, jak będzie wyglą­dało moje życie jeńca armii rosyj­skiej? Jak długo trwać będzie nie­wola? Jak się zakoń­czy? Wie­dzia­łem, że gdy odbi­ja­li­śmy z rąk Rosjan nie­miec­kie mia­sta, czę­sto dowia­dy­wa­li­śmy się, że bol­sze­wicy mor­do­wali nie­miec­kich ofi­ce­rów wzię­tych do nie­woli. Czu­łem, że muszę się pogo­dzić z tym, iż moje życie dobiega końca. Naj­waż­niej­sze było teraz to, co działo się w domu. Czy wszy­scy prze­trwali boje w Lip­sku?

Pyta­nie to zro­dziło kolejne znaki zapy­ta­nia, więk­sze i pil­niej­sze: czy powi­nie­nem sta­rać się unik­nąć nie­woli? Czy nale­żało teraz w poje­dynkę wgra­mo­lić się na zwały gruzu i pró­bo­wać dotrzeć do domu? Roz­wa­ża­łem moż­li­wość ukry­cia się w ruinach z dosta­tecz­nym zapa­sem jedze­nia i picia na kilka dni, prze­cze­ka­nia, aż sytu­acja się uspo­koi i pod­ję­cia próby ucieczki do Lip­ska. Wie­dzia­łem jed­nak, że Rosja­nie będą szu­kać tych, któ­rzy zde­cy­dują się na taki krok. Zna­łem roz­miesz­cze­nie rosyj­skiego pier­ście­nia wokół sto­licy i, jako ofi­cer ope­ra­cyjny w cza­sie obrony Ber­lina, byłem świa­dom ist­nie­nia wąskich gar­deł, które powstały wszę­dzie po wysa­dze­niu mostów. Nie mia­łem żad­nych wąt­pli­wo­ści, że nie ma naj­mniej­szych szans na sku­teczne opusz­cze­nie Ber­lina.

Wyją­łem z kabury pisto­let, roz­ło­ży­łem go na czę­ści i roz­rzu­ci­łem je jak naj­da­lej w róż­nych kie­run­kach. Nie chcia­łem, aby broń stała się pamiątką dla jakie­goś rosyj­skiego żoł­nie­rza. Ten sym­bo­liczny akt był rów­no­znaczny z osta­teczną rezy­gna­cją i kapi­tu­la­cją.

Sta­łem w ciem­no­ści i ze zdu­mie­niem słu­cha­łem pobli­skiego świer­gotu droz­dów. Jakże długo nie sły­sza­łem tego typu dźwię­ków! Wyda­wało się nie­po­jęte, że ptaki mogły prze­trwać tę osta­teczną bitwę. Była wio­sna i drozdy będą teraz szy­ko­wać się do odcho­wa­nia nowych piskląt. Czy może nastą­pić odro­dze­nie po tak nie­ludz­kich znisz­cze­niach? W moim obec­nym sta­nie umy­słu nie wie­rzy­łem w to. W każ­dym bądź razie mój świat się skoń­czył.