Czerwona Seria. Przystanek Moskwa. Niemiecki lekarz na froncie wschodnim 1941 1942 - Dr. HEINRICH HAAPE
49.00 zł

49.00 zł

Reflow text when sidebars are open.
Operacja "Barbarossa"
Dzisiaj jest 22 czerwca 1941 roku. Razem z dowódcą batalionu Neuhoffem i jego adiutantem Hillemannsem stoję na grzbiecie niewysokiego wzgórza na południowo-wschodniej granicy Prus Wschodnich. Na wprost przed nami rozciągają się równiny Litwy, wciąż jeszcze prawie niewidoczne w półmroku przedświtu. Który to już raz rzucam ukradkiem okiem na fosforyzujący w ciemności cyferblat zegarka na ręku. W tym momencie jest dokładnie trzecia rano. Wiem, że właśnie w tej chwili, tak samo jak ja, nerwowo wpatrują się w swoje zegarki miliony niemieckich żołnierzy. Działania wszystkich formacji Wehrmachtu są ze sobą w pełni zsynchronizowane. Trzy ogromne grupy niemieckich armii, wsparte lotnictwem, stoją w pełnej gotowości do ataku, po którym nastąpi kolosalna rzeź. To zastygła w napięciu gigantyczna koncentracja niezliczonych kompanii, batalionów, pułków i dywizji oraz czekających niecierpliwie swej godziny "zero" licznych eskadr Luftwaffe -?samolotów rozpoznawczych bliskiego i dalekiego zasięgu, myśliwców, bombowców taktycznych i nurkujących ...
Cały niemiecki front wschodni, od Zatoki Fińskiej na północy po Morze Czarne na południu, zajął pozycje wyjściowe do miażdżącego ataku na Rosję. Natarcie rozpocznie się jednocześnie z terenu Finlandii, Prus Wschodnich, Polski, Karpat i Rumunii. Nikt z nas nie ma najmniejszych wątpliwości, że straszliwy szkwał ognia na froncie długości ponad dwóch tysięcy kilometrów zmiecie z powierzchni ziemi nadgraniczne umocnienia nieprzyjaciela. Nasze armie, zahartowane niczym stal na polach bojów podbitej Europy, już wkrótce nie zostawią z nich kamienia na kamieniu. Każdy z naszych żołnierzy jest w pełni świadom znaczenia tej wielkiej kampanii i rozumie wagę stojącego przed nim zadania. Niezależnie od tego, czy jego wzrok skierowany jest w stronę Leningradu, Moskwy, Kijowa, Dniepru czy Morza Czarnego, każdy zdaje sobie sprawę z faktu, że rozciąga się przed nim bezkres krainy o prawdziwie niezmierzonych odległościach.
Myślę o swoich towarzyszach broni, lekarzach wojskowych, znajdujących się teraz w Finlandii, gdzie właśnie w tej chwili wstaje świt, który rozgania mrok. Tutaj, w Prusach Wschodnich, wciąż jeszcze otula nas nieprzenikniona zasłona głębokiej, bezgwiezdnej i bezksiężycowej nocy, gdzie nisko wiszące chmury zakryły szczelnie nieboskłon. Od litewskich pól delikatnie narasta i zaczyna wiać leciutki, ciepły wiaterek. Nieoczekiwanie dociera do mnie, że lekko się spociłem, ale to bardziej rezultat strasznego napięcia tych ostatnich, doniosłych chwil, niż efekt duchoty, zwyczajowej dla letnich nocy. W martwej ciszy, do przodu, w stronę wyzwalającej mimowolne drżenie linii granicy, bezszelestnie przesuwają się nasi saperzy i grupy szturmowe. To samo dzieje się nie tylko na naszym odcinku, ale na całej szerokości ogromnego frontu. Jesteśmy towarzyszami broni -?w otulającym nas mroku nocy niemal fizycznie odczuwamy łączące nas więzi bojowego braterstwa - czuje je każdy z trzech milionów niemieckich żołnierzy, gotowych rozpocząć największą w historii ludzkości bitwę -?operację "Barbarossa".
Niedaleko któryś z żołnierzy zapala papierosa. Pod jego adresem leci przytłumiona, lecz ostra komenda i niedopałek pada na ziemię, pospiesznie przydepnięty wojskowym butem. Nikt nie mówi ani słowa. Króluje cisza, z rzadka przerywana odgłosem pobrzękiwania metalu, chrapnięciem konia czy nerwowym stukiem kopyta. Mam wrażenie, że gdzieś w oddali widzę już pierwsze, nieśmiałe przebłyski rodzącego się świtu. Mimochodem wyszukuję okiem jakikolwiek szczegół, w który mógłbym wczepić się wzrokiem, aby odegnać kłębiące się myśli. Powolutku wstaje świt. Na wschodzie szare obłoki wypływają nieśpiesznie z czerni nocy. Czy te ostatnie chwile naprawdę będą trwały wiecznie? Znowu rzucam okiem na zegarek.
Myślę o dalekim domu i nagle mimowolnie moje myśli biegną ku Marcie, wiążąc mnie z nią jakimś niewiadomym sposobem. Najpewniej śpi teraz, podobnie jak wszystkie inne ukochane dziewczyny, żony i matki tysięcy żołnierzy, którzy tkwią tutaj na tym nieogarniętym wzrokiem froncie. Nic nie wiedzą o tym, co tutaj robimy. Nawet do głowy im nie przyjdzie, jakie niebezpieczeństwa czekają na ich mężów i synów w najbliższych godzinach, dniach, miesiącach a, kto wie, może i latach. Dla nich to noc zwykła jak tysiąc innych, a i my nie pogniewalibyśmy się, gdyby i dla nas taka była. Ale zamiast tego pójdziemy do ataku. Niekończącą się procesją będą przesuwać się przed nami nazwy miasteczek, wsi i nazwiska poszczególnych ludzi. Niektórym dopisze szczęście i ocaleją, niektóre przestaną istnieć, inne odcisną niezatarte piętno w naszej pamięci. Będą i takie, które trwale zapiszą się na kartach historii. Które z nich? Tego jeszcze nie wiemy. Wsie znikną z oblicza ziemi, miasta obrócą się w perzynę. Nieszczęśni ludzie będą stać na poboczach dróg z oczami szeroko otwartymi z przerażenia. Niezliczone mogiły wyrosną na polach bitew i wzdłuż szos. Świt jest coraz bliżej i gdy tylko pierwsze promienie słońca przegonią na horyzoncie noc, obudzi się wojna.
Nie jesteśmy w stanie myśleć o niczym innym, tylko o tym, co nastąpi w ciągu kilku najbliższych sekund. Napięcie osiąga taki poziom, że dosłownie trudno jest oddychać. Czekamy, twarze zastygły na kamień, tylko puls szaleje i dudni w skroniach. Jakby cały świat zastygł razem z nami w tym nieludzkim oczekiwaniu...
I nagle, jakby nieoczekiwanie, jakby znikąd, ciszę rozrywa porażający huk tysięcy niemieckich dział. Strzela ich tyle, że ich salwy zlewają się w jeden, ogłuszający ryk. W oka mgnieniu błyski wystrzałów zamieniają półmrok przedświtu w jasny dzień. W tej sekundzie prawdy, rozdzierającej życie na czas pokoju, który został już w przeszłości i wojnę, która staje się teraźniejszością, nasza artyleria odzywa się jednym głosem na całym, długim na ponad dwa tysiące kilometrów froncie tak idealnie równo, jakby uruchomiona pojedynczym, elektrycznym synchronizatorem. Rozpętuje się prawdziwe piekło i w tych strasznych chwilach na naszych oczach tworzy się historia. Działa wszystkich kalibrów biją praktycznie bezpośrednim ogniem po przedniej linii obrony Rosjan. Pociski najcięższych moździerzy lecą w stronę przeciwnika, przelatując wprost nad naszymi głowami z ciężkim, mrożącym krew w żyłach wyciem. Ich głębokiemu basowi zaczynają towarzyszyć niezliczone serie karabinów maszynowych i automatów. Gdyby nie dramatyzm sytuacji, można by przyjąć ich terkot za odgłos klekotu nieszkodliwych, dziecięcych zabawek. Rosjanie w końcu zaczynają odpowiadać ogniem. Dobrze słychać jęk ich ciężkich pocisków lecących w mrok nocy za nami. Jednak, gdy ogień większości niemieckich dział zostaje stopniowo naprowadzony na przedni skraj obrony nieprzyjaciela, intensywność salw rosyjskich rośnie do nieprzerwanego crescendo.
W ślad za tym masowym przygotowaniem artyleryjskim idą do przodu nasze grupy szturmowe i wysunięte pododdziały piechoty, które wdzierają się na linię obrony nieprzyjaciela. Wyprzedzają je nasze czołgi, które plując ogniem wyrywają się od razu daleko do przodu. Dosłownie w kilka chwil cały front wschodni ogarnia pożerający wszystko płomień.
* * *
Nasz trzeci batalion 18-go pułku piechoty znajduje się na pozycjach wyjściowych w pełnej gotowości bojowej i wciąż jeszcze oczekuje osobnego rozkazu do ataku. Istota naszego zadania polega na tym, aby w krytycznej chwili wesprzeć nasze grupy szturmowe w miejscach, gdzie obrona okaże się najtrudniejsza do przełamania. Półmrok świtu rozjaśniają oślepiające błyski ognia artyleryjskiego i w ich świetle ze szczytu naszego wzgórka widać jak szybko nasze pododdziały posuwają się do przodu. Póki co, od naszego głównego celu -?Moskwy -?dzielą nas prawie dwa tysiące kilometrów rosyjskiej ziemi.
Nasza 6 Dywizja Piechoty wchodzi w skład Grupy Armii "Centrum" dowodzonej przez feldmarszałka von Bocka. Na to zgrupowanie zwrócone będą oczy całych Niemiec w nadziei na wspaniałe, błyskawiczne zwycięstwo. Oczekuje się od nas więcej niż od Grupy Armii "Południe", nacierającej na Ukrainie i Grupy Armii "Północ", kierującej się na Leningrad. Zdajemy sobie sprawę, że ze wszystkich zadań stojących przed armiami niemieckimi, nasze ma nie tyle priorytetowe, co wręcz pierwszoplanowe znaczenie.
Litewski posterunek graniczny pali się jasnym płomieniem. Większość przygranicznych umocnień została zniszczona ogniem artylerii i wzięta szturmem. Mężny opór stawiają tylko poszczególne betonowe schrony bojowe, których obrońcy z uporem kontynuują walkę. Ale i te umocnienia wkrótce zostaną okrążone i zlikwidowane. Oto grupa "Sztukasów", naszych bombowców nurkujących, przelatuje nad nami, kierując się na wschód. Jak na paradzie, jeden za drugim wychodzą z szyku, przewalają się na skrzydło i w ogłuszającym wyciu syren prawie pionowo pikują do ziemi. Huk rozrywających się bomb wplata się w majestatyczną symfonię wielkiej bitwy. Samoloty wykonują nawrót i atakują ponownie, tym razem ostrzeliwując wroga z broni maszynowej, po czym znikają gdzieś w oddali. Z naszego stanowiska na wzgórku wygląda to jak jakaś wielka inscenizacja, a przecież wszystko dzieje się całkiem na poważnie. Za mną widzę monumentalną postać dowódcy naszego batalionu, Neuhoffa. Stoi z lornetką w ręku i dosłownie jakby próbując sam siebie przekonać, po raz kolejny dwuznacznie mruczy pod nosem:
-?No i oto jesteśmy w stanie wojny z Rosją! Wojny z Rosją!
Dzień wstaje i lekki wiaterek, wiejący od strony Litwy, cichnie. Przed nami rozpala się coraz więcej pożarów. Kłębami podnoszą się chmury brudno-czarnego dymu i powoli rozpełzają się nad budzącymi się ze snu cienistymi lasami i nielicznymi wzgórzami. Goniec-motocyklista przywozi rozkaz -?mamy ruszać. Jest godzina 3:45 rano. Aż nie chce się wierzyć, ze minęło zaledwie jakieś czterdzieści minut od czasu, gdy odezwały się nasze działa. Neuhoff posyła łącznika z rozkazami dla naszych łącznościowców. Rozlega się komenda "Przygotować się!" i od razu ruszamy. Jakby kamień spadł z serca -?wreszcie idziemy do przodu. Ja sam nie idę jednak na piechotę, jadę na moim koniu i musze trzymać go na krótkiej uździe. Plut (tak nazywa się moja kobyła) zachowuje się niespokojnie, najwyraźniej moje zdenerwowanie udzieliło się też zwierzakowi. Staram się trochę uspokoić, już niedługo zarówno człowiek jak i koń przejdą niełatwy chrzest bojowy. Zadaję sobie zatem całkiem nieproste pytanie: jak sam się sprawię? Niepokoi mnie to, że ogarniająca mnie nerwowość może negatywnie wpłynąć na pewność mojej ręki, co może mieć fatalne skutki, gdy przeprowadza się operację. Macam torbę z medykamentami i narzędziami lekarskimi, którą, zgodnie z przepisami, mam przytroczoną do siodła. Stopniowo dochodzę do wniosku, że jednak wszystko jest generalnie w porządku. Petermann, do którego obowiązków należy dbanie o mojego konia, truchta za mną, wioząc dwie torby sanitarne z opatrunkami i narzędziami chirurgicznymi. W sanitarce, która podąża za nami w odległości kilkuset metrów, jest reszta naszych sanitariuszy: Dehorn, Müller i Wegener.
Napotykamy naszego pierwszego rannego żołnierza. Rana w rękę od kuli. Wyławiam z torby przygotowane wcześniej w nadmiarze pakiety sanitarne i bandaże, po czym rozplątuję elastyczną opaskę uciskową i zdejmuję tymczasowy opatrunek nałożony przez sanitariusza na polu boju. Krwawienie jest niewielkie, gdyż najwidoczniej pocisk przeszedł na wylot i tylko nieznacznie zahaczył o kość. Zakładam opaskę ściągającą i zawieszam mu rękę na temblaku.
-?No, jak tam na pierwszej linii? -?pytam żołnierza.
-?Kapral Schaffer zabity. I jeszcze jeden oficer, którego nie znam - odpowiada. -?O ile wiem, nie ma więcej zabitych i rannych. Atak idzie dobrze. Szczegółów nie znam, panie poruczniku. Wszystko dzieje się bardzo szybko.
-?Drałuj tą drogą do tyłu, dopóki nie napotkasz sanitarki, która jedzie za nami -?mówię mu.
Żołnierz bez ociągania, z uśmiechem udaje się w nakazanym kierunku. Można powiedzieć, że wojna skończyła się dla niego pięć minut po tym, jak się zaczęła. Wskakuję znowu w siodło, popędzam Pluta i doganiam główną część naszej kolumny. Petermann podąża moim śladem. Wkrótce truchtamy obok dowódcy batalionu Neuhoffa i jego adiutanta Hillemannsa. Słyszę jak ten pierwszy pyta:
-?Wszystko gra?
-?Tak jest, panie majorze! Straty, jak dotąd, niewielkie.
-?Jak pan zamierza zapewnić pomoc rannym w sytuacji, gdy pododdział jest tak rozciągnięty?
-?Wszystko jest zaplanowane w najdrobniejszych szczegółach, panie majorze!
-?Wszystko pięknie, Haape, ale jak konkretnie zamierzacie to robić? - piłuje mnie Neuhoff.
-?Droga, przebiegająca z zachodu na wschód obok posterunku granicznego, łączy się z szosą na Kalwarię. Kieruje się tam major doktor Schultz wraz z kompanią sanitarną i będzie przejmował wszystkich rannych, którym udzielam pomocy w warunkach polowych. Drogą będzie kursować sanitarka wraz ze specjalnie poinstruowanymi sanitariuszami, którzy będą zabierać rannych i dowozić ich do szpitala w Kalwarii. Ciężej ranni zostaną tymczasowo rozmieszczani w okolicznych domach i następnie także będą przewożeni do szpitala lub pozostaną pod opieką przydzielonych im sanitariuszy. Dokładnie w taki sam sposób zorganizowana jest ewakuacja rannych w pozostałych batalionach.
-?Niech będzie -?łaskawie burknął pod nosem Neuhoff.
* * *
Poległym oficerem z naszego batalionu okazał się całkiem jeszcze młodziutki podporucznik Stock. Zastrzelił go rosyjski snajper, który zasiadł w wysokim zbożu. Ciało znaleziono na stratowanym polu żyta. Dwóch ludzi z jedenastej kompanii Kramera, w której służył Stock, kopało mu właśnie grób w miękkiej ziemi tuż obok owego pola. Czterech rosyjskich jeńców obserwowało tą procedurę w ponurym milczeniu. Dwaj z nich mieli nałożone świeże, gazowe bandaże, przez które jeszcze sączyła się krew. Mój malutki i nadzwyczaj ruchliwy ordynans Dehorn zdążył już nawet napoić jednego z Rosjan wodą ze swojej manierki. Zauważyłem, że dwóm jeńcom, stojącym trochę z boku, nie okazano żadnej pomocy medycznej, choć u jednego z nich ziała na nodze duża, silnie krwawiąca rana. Całej czwórki pilnował jeden z moich sanitariuszy, Wegener. Wszystko wskazywało na to, że w ręku trzyma automat dopiero co poległego Stocka. Trzeci z moich sanitariuszy, Müller, także nie odrywał oczu od jeńców, przy czym był wzburzony i jakby oszołomiony.
Cały czas trzymając Rosjan na muszce, Wegener zasalutował i zameldował:
-?Panie poruczniku! Opatrzyliśmy tych dwóch, ale co mamy robić z tamtymi? Zrobili zasadzkę na pana porucznika Stocka. Zaczaili się w zbożu i zabili go strzałem w plecy. Potem nasi ludzie neutralizowali tych typów granatem. Mamy im niby udzielić pomocy?
-?Nie jesteśmy sędziami, Wegener! -?przerwałem mu ostro. -?Nasza robota to pomoc rannym, zarówno Niemcom jak i Ruskom. Nawet jeśli ci Ruscy faktycznie zabili jednego z naszych oficerów. A teraz bądź łaskaw opuścić swój automat!
Dwaj nasi ludzie zakończyli w tym czasie rycie grobu i opuszczali do dołu ciało Stocka. Zasypali mogiłę piaskiem, saperkami uformowali mały kopczyk i skleciwszy z brzozowych gałęzi krzyż, wetknęli go w świeżą ziemię. No i tyle można było zrobić dla poległego kolegi. Rzecz jasna, na krzyżu zatknęli jeszcze hełm i powiesili nieśmiertelnik, co miało świadczyć o tym, iż pochowany tam jest podporucznik Stock, lat dwadzieścia jeden... Oczywiście, nie było tam na przykład napisane, że młody porucznik, o delikatnej i wrażliwej naturze, był fenomenalnym pianistą, który, gdy opuszczaliśmy Normandię, zagrał na mszy w kaplicy w Littry "Sonatę księżycową" w taki sposób, że wszyscy zapomnieliśmy o świecie bożym, za to przypomnieliśmy sobie o wszystkim, co ważne i wieczne. A teraz nagle został wyrwany z życia, z jego pięknem i pełnią, aby dołączyć do marnych zestawień poległych. I wszystko to stało się w ułamku sekundy, w tym żałośnie nieistotnym mgnieniu oka, które potrzebował kawałek ołowiu, aby przebyć drogę z lufy rosyjskiego karabinu snajperskiego do jego serca. Do tego czasu byłem, rzecz jasna, świadkiem niejednej śmierci, ale bazując na całkiem subiektywnym i nie tak znowu ogromnym doświadczeniu, z jakiegoś dziwacznego powodu odnosiłem naiwne wrażenie, iż przed udaniem się w podróż do innego świata człowiek ma jeszcze dla siebie przynajmniej kilka ostatnich minut...Nigdy wcześniej nie widziałem, aby można było pozbawić człowieka życia tak szybko i, jeśli można to w ten sposób określić, tak czysto! Nieoczekiwana śmierć Stocka jakby przełączyła mnie z trybu myślenia o sobie samym na tryb myślenia o moich towarzyszach broni. Należało raz na zawsze skończyć z użalaniem się nad samym sobą. W jednej chwili przemeblowała mi się cała skala wartości i od tej pory patrzyłem na otaczający mnie świat oczami moich towarzyszy z trzeciego batalionu. Z przerażającą jasnością dotarło do mnie, że w przyszłości naszemu batalionowi mogą przytrafić się rzeczy, które stopniowo wymażą z pamięci młodego podporucznika Stocka i jego cienkie palce pianisty po prostu dlatego, że czeka nas całe mnóstwo nie mniej tragicznych wydarzeń.
Minęliśmy płonący posterunek straży granicznej połączony z urzędem celnym i zostawiając tym samym za sobą Prusy Wschodnie, wkroczyliśmy na Litwę. W tyle pozostały ostatnie niezbyt piękne widoki, których głównym elementem były łąki i pola naprędce omotane drutem kolczastym. Przekraczając granicę znaleźliśmy się w zupełnie innym świecie. Ziemia, sielskie widoczki i ogólnie cała przyroda niewiele się różniły po obu stronach tej sztucznie przez człowieka wzniesionej granicy. Różnica jednak dosłownie rzucała się w oczy: przyszliśmy z zadbanych, wspaniale kultywowanych ziem Wschodnich Prus, z ich pięknymi zagrodami i gospodarstwami i raptem, ku naszemu kompletnemu osłupieniu, znaleźliśmy się pośród jakichś dzikich, kamienistych pól, przetykanych wioseczkami z walącymi się chatami, w których mieszkali strasznie biednie odziani ludzie.
Trwało to raptem godzinę z kawałkiem i wojna przetoczyła się im nad głowami, nie dotykając ich i prawie nie przynosząc szkód. Po prostu zostawiła ich w tyle i tym samym jakby od razu się dla nich zakończyła. Liczni i roztrzęsieni przedstawiciele miejscowej ludności zaczynali już nieśmiało wynurzać się ze swoich ukryć, ale wyglądali przy tym jakby bezradnie i znajdowali się w stanie kompletnego chaosu. Ci Litwini z rejonów pogranicznych z pewnością musieli być świadkami rozwinięcia sił sowieckich i zapewne nie oczekiwali, że tak nagle i szybko potrafimy się z nimi uporać. Niestety, nie mieliśmy czasu, aby się zatrzymać i z nimi pomówić. Przednie oddziały naszej piechoty wklinowały się już na cztery-pięć kilometrów w terytorium przeciwnika, zaś nasze czołgi najwidoczniej pognały po litewskich równinach dużo dalej, rozpoczynając pierwsze z wielu operacji okrążeniowych tej wojny. Nieprzyjaciel, mający znaczną przewagę w sprzęcie i sile żywej, uciekał w panice. Naszym zadaniem było sprawić, aby tak było i w przyszłości. Cały ranek spędziliśmy na forsownym marszu. Oczy i szyje bolały nas od odprowadzania wzrokiem przelatujących nam nad głowami eskadr ciągnących na wschód: Heinkli i Dornierów z ich basowym, jakby pulsującym buczeniem, Messerschmittów przelatujących z ogłuszającym wyciem i niezliczonych Stukasów. Wszystkie grupy samolotów leciały jak na paradzie, zachowując idealne odstępy między sobą tak, jakby nie było prostszego zajęcia na świecie niż nalot na wykryte zgrupowania wroga na zajętym, lecz wciąż spornym terytorium, gdzie wciąż jeszcze toczyły się aktywne działania bojowe.
Nagle usłyszeliśmy inny rodzaj dźwięku, huczący i nieznany, stopniowo przybliżający się z każdą minutą, ale nie byliśmy w stanie dostrzec nic mniej lub bardziej konkretnego, nawet za pomocą lornetek. I nagle, w szerokiej luce między nisko wiszącymi chmurami, zobaczyliśmy sprawców tego odgłosu: pięć... sześć... siedem rosyjskich samolotów bombowych. Kolumna marszowa zatrzymała się i ludzie rzucili się w bok od drogi w poszukiwaniu jakiego bądź ukrycia. Obsługi działek przeciwlotniczych czym prędzej pozajmowały stanowiska. Teraz było już wyraźnie widać, że nie są to ciężkie bombowce, ale małe, tęponose myśliwce-monoplany, dodatkowo w towarzystwie podobnych do nich dwupłatowców, być może bombowców nurkujących. Cała ta grupa kierowała się prosto na zachód i po chwili przeleciała dokładnie nad naszymi głowami. Okazało się, że na szczęście to nie my byliśmy ich celem. Nasi przeciwlotnicy i kaemiści otworzyli do nich nie do końca zorganizowany ogień. Samoloty obniżyły pułap lotu, odbiły w prawo od pierwotnego kursu i zrzuciły swój ładunek gdzieś za naszymi plecami, półtora-dwa kilometry z tyłu. Zobaczyliśmy wznoszące się tam w górę kłęby dymu i kurzu. Sowieckie samoloty zawróciły na wschód i ponownie przeleciały prawie nad nami, mijając naszą kolumnę lekko z boku, ale nie lecieli już w tak pięknym szyku jak nasze asy. Po chwili wznowiliśmy nasz marsz w tym samym kierunku.
A oto i nasi pierwsi jeńcy! Bacznie i niemalże chciwie się w nich wpatrujemy, chcąc od razu dowiedzieć się jak najwięcej o naszym nowym przeciwniku. Było ich około pięćdziesięciu, czyli w przybliżeniu cały pluton. Rosjanie ubrani byli w znoszone mundury w bliżej nieokreślonym, żółto-zielonym kolorze. Wyglądali jakoś tak nie do końca po wojskowemu, tacy rozmemłani, za to wszyscy równo ogoleni do gołej skóry. Ich szerokie, mięsiste twarze były zadziwiająco pozbawione jakiegokolwiek wyrazu.
Z położonego niedaleko od drogi gospodarstwa, które właśnie mijaliśmy, rozległy się krzyki -?wołano sanitariuszy, aby udzielili pomocy znajdującym się tam rannym. Podskoczyłem tam w towarzystwie Dehorna i Wegenera. Na miejscu zastaliśmy grupę cywilów oraz sporo rannych rosyjskich żołnierzy. Udzieliłem pomocy wszystkim potrzebującym, którzy mieli cięższe zranienia, podczas gdy Wegener zajął się lżejszymi przypadkami. Kazałem mu następnie zameldować kompanii sanitarnej o miejscu, gdzie znajdują się ranni, a potem czym prędzej dołączyć do mnie.
Zakończywszy opatrywanie rannych, ruszyliśmy w dalszą drogę. Muszę zaznaczyć, że w miarę naszego posuwania się na wschód, biorąc pod uwagę specyfikę naszych zadań, coraz bardziej zacząłem doceniać konia, jako najlepszy środek lokomocji. Pognałem galopem wzdłuż drogi i tym sposobem już po niedługim czasie ponownie dołączyłem do Neuhoffa.
Niemalże w tym samym momencie z pola, na którym dosłownie jakieś piętnaście metrów od nas łagodnie kołysały się łany zboża, rozległy się nagle strzały. Neuhoff osadził konia tak gwałtownie, że ten aż wspiął się na tylnie nogi i niemal się przewrócił. Nikt nie miał cienia wątpliwości, że strzelano właśnie do nas. W oka mgnieniu wyskoczyliśmy z siodeł i przygięci nisko do ziemi zdążyliśmy zauważyć jak adiutant Neuhoffa, Hillemanns, wraz z kilkoma żołnierzami, rzucili się w zboże, strzelając w biegu. Zaraz dobiegły stamtąd odgłosy krótkiej, lecz zaciętej walki wręcz, rozległy się ostre, pojedyncze wystrzały z pistoletów, łomot ciosów kolb karabinowych i stłumione krzyki. Pierwszy na drogę wytoczył się tyczkowaty piechur z kompanii sztabowej, wciąż trzymając swój karabin za lufę. Wzruszył ramionami i, jakby takie epizody przytrafiały mu się na co dzień, rzucił krótko w naszą stronę:
-?Po robocie!
Od razu zauważyłem, że kolba jego karabinu była cała zapaćkana krwią. Wraz z Neuhoffem od razu wlazłem w zboże. Na ziemi, dopiero co rozrytej w celu wykopania miejsca do ukrycia i zbryzganej świeżą krwią, leżały w nienaturalnych pozach ciała czterech żołnierzy i komisarza. Ich twarze były dosłownie wprasowane w ziemię uderzeniami kolb. Gdy spoglądałem na ten przerażający widok, przemknęła mi przez głowę myśl, że ci, którzy przygotowali tak idiotyczną zasadzkę, wybrali najbardziej bezmyślny sposób samobójstwa. Zaciśnięte w spazmie śmierci dłonie komisarza wciąż ściskały wyrwane z korzeniami łodygi zboża. Nasze straty były nieporównywalnie mniejsze: jeden żołnierz dostał bagnetem w rękę, drugi miał draśnięcie mięśnia brzuchatego. Ciut jodyny, trochę gazy, parę plastrów samoprzylepnych i po chwili obydwaj byli gotowi, aby kontynuować marsz razem z nami. Neuhoff, Hillemanns i ja pojechaliśmy konno na czele kolumny.
-?Nie sądziłem, że zobaczę coś takiego.
Wtórując moim myślom, wstrząśniętym głosem odezwał się Neuhoff:
-?W pięciu atakować cały batalion... Toż to czyste samobójstwo!
Wkrótce jednak mieliśmy się przekonać na własnej skórze, że takie drobne grupki rosyjskich straceńców okażą się jedną z naszych głównych bolączek. Dowodzeni przez fanatycznych komisarzy, zostawali z tyłu prawdopodobnie nie całkiem z własnej woli po tym, jak ich główne siły zostały zmuszone do pośpiesznego odwrotu na wschód. Wysokie łany zboża zapewniały doskonałą osłonę dla takich band, które wyczekiwały stosownej chwili, aby zaatakować nasze maszerujące oddziały. Nigdy nie wiedzieliśmy skąd, a przede wszystkim, kiedy padną strzały.
W miarę tego, jak słońce podnosiło się na niebie, stawało się coraz bardziej i bardziej gorąco. Kurz, wzbijany tysiącami żołnierskich butów, stopniowo osiadał na mundurach, broni, amunicji, rękach i twarzach, aż w końcu nadał im stały, jasnożółty odcień. Pył wisiał nad maszerującymi kolumnami chmurą tak nieprzeniknioną, że ludzie i pojazdy ledwie majaczyli w niej niczym zjawy nie z tego świata. Od czasu do czasu zwilżałem usta wodą z manierki i byłem niezwykle rad, gdy nagle zarządzono krótki postój. Było akurat południe i na odpoczynek stanęliśmy w niewielkim przydrożnym lasku. Ledwie zdążyliśmy umościć się w dających niezbyt wielki cień zaroślach, gdy dostrzegliśmy zbliżającą się od wschodu grupę ośmiu rosyjskich samolotów bombowych. Zataczały przeplatające się kręgi, jawnie wyszukując celu.
Tym razem jednak przyszło im spotkać się z naszymi Messerschmittami. Sto dziewiątki spadły na nie jak jastrzębie na stado gołębi! Atakowały z góry, od strony słońca, siadając na ogon swej ofiary i strzelając ze wszystkich luf. Po ataku myśliwce ciągnęły świecą w górę, nabierały wysokości i ponownie pikowały w dół. W ten sposób, powoli i metodycznie posyłały na ziemię jeden bombowiec za drugim. Pierwszy z nich, ogarnięty płomieniami przeszedł w niekontrolowane nurkowanie, za nim, płonąc niczym pochodnia, runął na ziemię drugi. Trzeciemu urwało płat - kolebiąc się na boki ciągnął gwałtownie w dół. Pamiętam, że wtedy zaskoczyło mnie, jak strasznie wolno te samoloty spadały. Od bombowca z urwanym skrzydłem oderwały się dwie małe, ludzkie figurki, nad którymi rozpostarły się czasze spadochronów. Nasze myśliwce kontynuowały polowanie do momentu, gdy na niebie nie pozostał ani jeden rosyjski samolot. W sumie cała walka powietrzna trwała może z dziesięć minut.
Przejeżdżający koło nas na motocyklu łącznik krzyknął, że jeden ze strąconych bombowców runął wprost na kolumnę naszej artylerii. Potrzebna była natychmiastowa pomoc medyczna. W towarzystwie Petermanna galopem puściłem się we wskazanym kierunku i po przybyciu na miejsce stwierdziłem, iż piętnastu artylerzystów jest już martwych. Pod osłoną przydrożnych krzewów leżało jeszcze dziewięciu ludzi z poparzeniami różnego stopnia. U pięciu z nich obrażenia były na tyle poważne, iż nie łudziłem się, aby pociągnęli dłużej niż jeden-dwa dni. Oceniwszy sytuację, wysłałem gońca na motocyklu po sanitarkę -?potrzebne były nosze, gdyż tych rannych można było transportować tylko w pozycji leżącej. W międzyczasie zająłem się wypełnianiem kart dla każdego z pokiereszowanych artylerzystów: nauczyciel z Duisburga, ślusarz z Essen, leśniczy z Lipperlandu, górnik z Hamborn, krawiec z Dinslaken, tramwajarz z Osnabrück i trzech studentów z Münster. Przez dwie godziny pracowałem bez przerwy, zanim w końcu mogłem przekazać rannych innej ekipie sanitarnej. Przez ten czas zdążyłem kompletnie stracić kontakt ze swoim batalionem i nikt nie był w stanie powiedzieć nic sensownego choćby o przybliżonym miejscu ich przebywania. Założyliśmy, że jeśli będziemy posuwać się w kierunku południowo-wschodnim to nie ma siły, abyśmy w końcu nie trafili na drogę do Kalwarii, która leżała na osi natarcia naszej dywizji.
Wraz z wiernym Petrmannem udałem się zatem na skróty polną drogą, mając nadzieje, że obrany kierunek będzie właściwy, a droga krótsza. Jednakże po przegalopowaniu kilometra usłyszeliśmy odgłosy broni strzeleckiej i automatycznej, a po chwili odnieśliśmy wrażenie, że kule ze świstem przelatują nam nad głową. Nie miałem wielkiego doświadczenia wojskowego i nie byłem w stanie ocenić skąd i z jakiej odległości do nas strzelano -?o ile rzeczywiście strzelano konkretnie do nas, choć jak okiem sięgnąć, w tym odkrytym terenie, poza nami nie było widać żywego ducha. Na wszelki wypadek, czym prędzej ukryliśmy się w najbliższej kępie krzaków. Rozglądając się ostrożnie na wszystkie strony, w niedużej odległości od nas zauważyłem coś, co przypominało chłopską zagrodę. Wydała mi się dużo lepszą kryjówką niż nędzne zarośla, choć zachodziła możliwość, że siedzi tam pełno Ruskich. Jednak ku naszej wielkiej uldze w obejściu pokazało się kilku niemieckich żołnierzy w towarzystwie oficera. Po chwili stałem już przed kapitanem, któremu pokrótce opowiedziałem o naszej przygodzie.
-?No cóż, zdarza się -?ze stoickim spokojem odpowiedział oficer. -?W sumie tutaj to nic nowego. Od bladego świtu bawimy się z Iwanami w te gierki. Moje zadanie polega akurat na przeczesywaniu okolicznych lasów i pól w poszukiwaniu tych małp. Czort wie, ilu już zdążyliśmy odstrzelić. Nałapaliśmy ich prawie stu dwudziestu, ale straciłem przy tym paru moich najlepszych ludzi. Tak więc szczęście wam dopisało, doktorku!
-?Już drugi raz -?odpowiedziałem. -?Dzisiaj rano ostrzelano z zasadzki mój batalion, ale, jak widać, głowa cała.
-?Tak jest wszędzie w tej cholernej okolicy -?kontynuował kapitan. -?Te świnie zdążyły wyryć mnóstwo kryjówek na nieskoszonych polach. Nagromadzili sporo amunicji i teraz tylko czekają, aż nasze główne siły pójdą dalej, aby strzelać do małych grup naszych ludzi albo do pojedynczych łączników i gońców. A widzieliście, jaka u nich mieszanka rasowa? Widziałem nawet Mongołów, Tatarów i Kałmuków! Że niby tacy bronią swojej ojczyzny pod Prusami Wschodnimi? To całkiem dziwaczne zajęcie -?odstrzeliwać tych skośnookich mieszańców! Jakbym gdzieś u Chińczyków był...
Pogawędziwszy z nami, kapitan wskazał nam odpowiedni kierunek na Kalwarię. Na pożegnanie powiedział:
-?Zakładam, że ta hałastra nie będzie was niepokoić po drodze. Wygoliliśmy okolicę całkiem nieźle.
Tym razem jednak cały czas zachowywaliśmy czujność. Jadąc polami poczułem, że wyparowało ze mnie uczucie strachu i niezdecydowania. Raptem dotarło do mnie, że przecież nie każda kula trafia w cel.
Dotarliśmy w końcu do głównej drogi. Przelewała się po niej niemająca końca rzeka maszerującej piechoty, holowanej artylerii i rozmaitego sprzętu. Wśród tej gigantycznej masy ludzi i maszyn wpadł mi nagle w oko jeden z samochodów należący do naszego batalionu. Z radością puściłem konia w galop poboczem drogi. W przeciwnym kierunku przemieszczały się coraz liczniejsze grupy rosyjskich jeńców, konwojowane na tyły. W końcu natknąłem się na jednego z naszych ludzi. Był to buldogowaty, ale niemożliwie wręcz dobroduszny porucznik Stolz, dowódca dziesiątej kompanii piechoty. Był w doskonałym nastroju, gdyż właśnie udało mu się z powodzeniem wypełnić postawione zadanie, które miał do wykonania kilka kilometrów na północ od drogi. Przebrnął potem przez pola pełne pojedynczych rosyjskich strzelców i dołączył do pozostałych pododdziałów batalionu.
-?Hej, doktorku! -?zakrzyknął do mnie. -?Jest dla was robota. Widzicie to gospodarstwo?
Koń Stolza podskoczył do mojego tak gwałtownie, że o mały włos nas nie obalił. Wielka łapa porucznika wskazywała na kilka zabudowań, położonych w polu w odległości niecałego kilometra od drogi.
-?Tam są ranni!
-?Wasi?
-?Dzięki Bogu, nie! Ale pilnie potrzebują lekarza. Na razie siedzi tam z nimi tylko sanitariusz-noszowy.
-?Dzięki, Stolz! Jadę tam!
-?Posłuchajcie no, Haape. Weźcie lepiej ze sobą dla świętego spokoju paru moich ludzi. Tylko żeby do mnie wrócili! I w jednym kawałku, a nie w częściach!
Wydał następnie jakieś polecenie podoficerowi i jednemu z żołnierzy, pomachał mi ręką, a następnie pogalopował na czoło swojej kompanii, aby dołączyć do głównych sił naszego batalionu. Jeśli chodzi o mnie, to już od dobrych kilku godzin nie wiedziałem nic o moich sanitariuszach, ani o przydzielonym nam ambulansie. Dlatego też zatrzymałem jedną z pustych sanitarek, która zgodnie z rozkazem majora-doktora Schultza kursowała w tę i z powrotem między maszerującą kolumną i miejscem dyslokacji kompanii sanitarnej. Żołnierze zawsze robili miejsce dla ambulansów, nawet wtedy, jeśli trzeba było w tym celu zejść z drogi na pole czy pobocze. Rozkazałem kierowcy jechać w kierunku chłopskich zagród, sam zaś potruchtałem wraz z Petrmannem w ślad za samochodem. Gdy galopem wpadliśmy na podwórze, z tyłu za nami w ziemię uderzyło kilka kul, wzbijając fontanny piasku.
W przestronnej izbie chłopskiej chaty leżało na ziemi pięciu naszych żołnierzy. Dwóch było już martwych, choć ich ciała jeszcze nie zdążyły ostygnąć. Sanitariusz-noszowy, mówiący spokojnym głosem człowiek w średnim wieku, zameldował:
-?To straszne, panie poruczniku! Pierwszy raz w życiu czuję prawdziwą rozpacz. Teoretycznie doskonale wiem, jak udzielić pierwszej pomocy, ale widok takich prawdziwych ran po prostu sprawia, że cała teoria ulatuje mi z głowy! -?patrzył na mnie z przestrachem. -?Mam nadzieję, że ci dwaj nie umarli przeze mnie. Naprawdę robiłem, co tylko się dało...
Szybko obejrzałem trzech pozostałych przy życiu rannych.
-?Tym dwóm nie pomógłby już żaden lekarz. Z tego co widzę, świetnie żeście się sprawili, nawet jeśli sądzicie, że cała wiedza z was wyparowała.
W pierwszej kolejności zająłem się żołnierzem z ciężkim postrzałem jamy brzusznej. Kula trafiła go poniżej żołądka, przeszła na wylot i wyleciała w podżebrowej części pleców, na lewo od kręgosłupa. Twarz chłopaka była trupioblada, wielkie krople potu błyszczały mu na czole.
-?Masz zwykłą przestrzelinę jamy brzusznej -?jak najprościej i możliwie beztrosko tłumaczyłem żołnierzowi tak, jakbym mówił o nieistotnym zadrapaniu. -?Myślę, że może trochę naruszyło ci jelita, ale to nic takiego, od czego się umiera. Trzeba będzie cię szybko operować. Jedyne prawdziwe zagrożenie to wewnętrzny krwotok, ale skoro przeżyłeś już kilka godzin od zranienia to znaczy, że jeszcze długo pożyjesz.
Posłałem chłopakowi zachęcający uśmiech.
-?Sanitarka czeka już na zewnątrz. Pojedziesz do szpitala i tam cię od razu operują. Nie panikuj, jesteś już w połowie drogi do domu.
Gdy jego wykrzywione grymasem bólu oblicze trochę się odprężyło, udało mu się nawet lekko uśmiechnąć. W tym czasie ostrożnie oczyściłem ranę wlotową i wylotową, zatkałem obie tamponami z waty, umocowałem je na miejscu i zakończyłem całą procedurę założeniem specjalnego dezynfekująco-hermetyzującego pakietu z celulozy. Potem nożyczkami wyciąłem brudne i przesiąknięte krwią części munduru wokół rany. Z pomocą sanitariusza podciągnęliśmy kolana rannego do podbródka i tam je podwiązaliśmy -?wszystko w celu maksymalnego zmniejszenia napięcia mięśni brzucha. Na koniec dałem mu zastrzyk przeciwbólowy i podałem surowicę przeciwtężcową. Żołnierza, ułożonego na noszach, okutaliśmy ciepłym kocem i po wypełnieniu karty informacyjnej, którą zawiesiłem mu na szyi, zataszczyliśmy go do sanitarki.
Następnie zająłem się kolejnym rannym, który otrzymał postrzał w głowę. Był nieprzytomny, ale krwawienie już ustało. Zmieniliśmy opatrunki i ostrożnie przenieśliśmy go do sanitarki.
Trzeciemu żołnierzowi kula przeszyła na wylot górną część biodra. Gumowa opaska uciskowa, mająca zahamować upływ krwi, była założona prawidłowo, powyżej rany. Jednak wyglądało na to, że zrobiono to dość dawno, gdyż noga zdążyła już prawie całkowicie zdrętwieć. Z torby lekarskiej wyjąłem przygotowaną specjalnie na takie okazje klamerkę zaciskową i poleciłem sanitariuszowi, aby zdjął gumową opaskę. Jak tylko to zrobił, z przestrzelonej arterii, pulsując, zaczęła walić jasnoczerwona krew. Całe szczęście, że nie była to główna arteria, inaczej szanse na uratowanie nogi byłyby marne. Docisnąłem do rany tampon z waty i pojedynczym, dokładnym cięciem nożyc przedłużyłem nieco wierzch rany. Następnie szybko usunąłem tampon i zacisnąłem klamerkę na uszkodzonej arterii. Krwawienie ustało i krążenie zaczęło powoli wracać. W nodze, która zmartwiała już prawie całkowicie, zaczął jako tako funkcjonować krwioobieg, omijając uszkodzoną i odciętą klamerką zaciskową arterię. Ranny żołnierz popatrzył na mnie proszącym wzrokiem.
-?Teraz musimy trochę zaczekać i zorientować się, czy żyły w nodze nie zostały uszkodzone i nie utraciły zdolności przepuszczania krwi. Jeśli krwioobieg okaże się dostatecznie wydolny, noga będzie jak nowa. Wygląda na to, że w twoim przypadku wszystko powinno być w porządku -?zapewniłem go.
-?Panie poruczniku... -?dobiegł do mnie ściszony głos sanitariusza-noszowego. -?Gospodyni zaparzyła cały czajnik mocnej kawy.
Z wielką wdzięcznością odebrałem tygielek gorącej kawy z rąk niemłodej kobiety, którą dopiero teraz zauważyłem. Rzuciłem okiem na zegarek i zorientowałem się, że był już kwadrans po piętnastej. Wojowaliśmy z Rosją już od dwunastu godzin, a ja od osiemnastu godzin nie miałem w ustach ani okruszka i piłem w tym czasie tylko wodę. Jeść jakoś się nie chciało, ale pragnienie było nieludzkie.
Kobieta sama nalała mi wielką filiżankę kawy i podając ją, powiedziała w bardzo dobrym niemieckim:
-?Tak bardzo się cieszę, że pożoga ominęła nasz dom! Moja matka była nadbałtycką Niemką, a ja sama mieszkałam przez dwa lata w Berlinie, kiedy byłam mała. Cóż to były za szczęśliwe dni! Stare, dobre czasy!
-?Dobre czasy wracają! -?powiedziałem i podniosłem filiżankę tak, jak wznosi się kielich podczas najważniejszych, oficjalnych toastów.
Kawa okazała się tak pyszna, że dopiwszy pierwszą filiżankę, sam nalałem sobie drugą. Nagle gdzieś w izbie za nami rozległ się brzęk tłuczonego szkła -?kula trafiła w okno.
-?I tak mamy przez cały dzień! -?z goryczą stwierdziła gospodyni. - Rosjanie strzelają z lasu, który jest za domem. Pełno ich tam jeszcze siedzi.
Wybiegłem na zewnątrz i zawołałem do siebie dwóch ludzi z kompanii Stolza.
-?Coś mi się zdaje, że niezbyt pięknie się postaraliście w czasie oczyszczania okolicy z Iwanów.
-?Razem z porucznikiem Stolzem przeczesaliśmy każdy metr tego lasu! Jak stamtąd wychodziliśmy, nie było za nami ćwierć żywego Ruska -?z niezmąconym spokojem odpowiedział mi podoficer.
-?To niby kto stamtąd teraz strzela? -?napierałem dalej.
-?Niewykluczone, że nasz porucznik uznał, iż należy coś zostawić dla ciurów obozowych, żeby biedaczyny mieli o czym pisać do domu.
-?Nazwisko?! -?podniosłem głos.
-?Schmidt, panie poruczniku.
-?Zawód?
-?Prawnik, panie poruczniku. Adwokat, za waszym pozwoleniem -?strzelił przy tym zgrabnie obcasami.
-?Czemu nie jestem zdziwiony? Tęga głowa i gaduła, co? Tak więc, panie gaduła, obecnie jesteście pod moimi rozkazami i oczekuję, że wszystkie polecenia będziecie wykonywać absolutnie bezdyskusyjnie. Jasne?
-?Tak jest, panie poruczniku.
-?No to miejcie oko na tych Iwanów w lesie. Niech siedzą cicho.
-?Rozkaz! -?odpowiedział, jawnie pajacując.
Podręcznikowo poderwał do strzału swój automat, wycelował go w las, a jego twarz przybrała wyraz surowego zdecydowania. Zanim jednak zdążył nacieszyć się swoim występem klauna, jeszcze jedna rosyjska kula rąbnęła w dach naszej sanitarki. Machnąłem ręką i zostawiwszy jurystę zastygłego w idiotycznej pozie, rozkazałem kierowcy, aby przestawił ambulans w bardziej bezpieczne miejsce za domem, po czym udałem się z powrotem do "swojej" nogi. Okazało się, że w międzyczasie noga ładnie się zaróżowiła. Poszczypałem rannego w biodro i palce w stopie i zorientowałem się, że czucie powoli wraca. Krążenie można było uznać za zadowalające, ale pojawiły się oznaki krwotoku żylnego. Tak czy inaczej, czas grał w naszej sytuacji ogromną rolę. Klamerka zaciskowa zapobiegła krwotokowi z arterii, więc nie ruszałem jej i pozostawiłem ją w ranie. Jako dodatkowe zabezpieczenie nałożyłem opaskę uciskową o lokalnym działaniu i zrobiłem zastrzyk przeciwtężcowy. Potem wraz z sanitariuszem odniosłem rannego do sanitarki.
-?Nic się nie martw. Noga będzie w porządku -?uspokoiłem rannego.
-?Bardzo dziękuję, panie doktorze -?odpowiedział zdenerwowanym głosem i oczy mu się zaszkliły. -?I wam dziękuję, ojcze Pfaffer, że modliliście się za mnie!
Poczuwszy na sobie mój niedowierzający wzrok, sanitariusz-noszowy pospieszył z odpowiedzią na moje niewypowiedziane pytanie:
-?Jak się okazało, że nikt nas tu nie obroni, to naprawdę zaczęliśmy się bać, że nas zarżną ci Ruscy z lasu. No i mieliśmy wtedy dość czasu, żeby pomyśleć o duszy. Ale cały czas wierzyłem, że Pan Bóg nas tak nie zostawi bez żadnej pomocy. I dlatego się modliłem... Bo, widzicie... ja księdzem byłem w cywilu. Myślę, że modlitwa dała nam spokój i wzmocniła nam ducha.
Byłem bardzo poruszony. Pomilczałem chwilę i odrzekłem:
-?Nie macie się z czego tłumaczyć. Bardzo mądrze się zachowaliście!
Na karteczce, zawieszonej na szyi żołnierza postrzelonego w brzuch, widniał napis czerwonym ołówkiem, który tam własnoręcznie umieściłem: "OPEROWAĆ NATYCHMIAST". I trzy wykrzykniki.
-?A teraz gaz do dechy i wal prosto do szpitala! -?powiedziałem kierowcy sanitarki. -?I nie zapomnij zameldować, że tutaj dwóch czeka na pochówek.
Silnik zawył i ambulans wyskoczył z bezpiecznego miejsca za dużą chałupą. Jak tylko pojawił się na odkrytym terenie, spadł na niego grad rosyjskich kul. Mogłem tylko stać i w bezsilnej złości patrzeć na dramatyzm całej sytuacji. Przecież ogromny, czerwony krzyż na białym tle, wymalowany na burtach sanitarki, był w promieniach popołudniowego słońca doskonale widoczny. Gdyby choć jedna, jedyna kula trafiła w silnik samochodu i uszkodziła go, oznaczałoby to wyrok śmierci dla żołnierza rannego w brzuch. Nie było co do tego żadnych wątpliwości. Nagle z drugiej strony chałupy z ogłuszającym hukiem zadudnił ręczny karabin maszynowy, obsługiwany przez prawnika i ostrzał z lasu momentalnie ustał. Najwyraźniej pan adwokat-gaduła rzeczywiście namierzył skąd padają strzały i przydusił Rosjan ogniem.
-?Najwyraźniej to jedyny język, jaki rozumieją! -?krzyknąłem ze zdenerwowaniem. -?Tylko czekali na okazję, aby ostrzelać ambulans z rannymi. Widać, że łachudry w życiu nie słyszeli o Konwencji Genewskiej!
-?Nie zdążyłem panu powiedzieć, poruczniku... -?usłyszałem za sobą jakby niezdecydowany głos sanitariusza-noszowego. -?Trzeba będzie pochować nie tylko tamtych dwóch.
-?Co macie na myśli?
-?Po drugiej stronie domu, w parowie, jest jeszcze sześciu.
-?Ilu???
-?Sześciu, panie poruczniku. Jeden z nich to lekarz.
-?Jesteście pewni, że faktycznie nie żyją?
-?Myślę, że tak. Potwierdzali to nasi piechurzy, którzy później przechodzili obok tego miejsca.
-?Musimy się sami upewnić. Pójdziecie ze mną, padre. Puścimy się biegiem w kierunku tego rowu. Pan prawnik przykryje nas ogniem, jasne?
-?Tak jest, panie poruczniku! -?adwokat wyszczerzył zęby w uśmiechu.
Jar, który wskazał sanitariusz, znajdował się około stu metrów od domu. Szalonym pędem rzuciliśmy się w jego stronę. Ledwo co zdążyliśmy dać nura w dół i stoczyć się na dno parowu, jak w ślad za nami -?mimo ciągłego ognia, prowadzonego przez jurystę-wesołka -?gruchnął o ziemię grad rosyjskich kul. Gdybyśmy bardziej lekceważąco podeszli do sprawy, nigdy nie przebieglibyśmy ostatnich dwudziestu metrów.
Na dnie parowu leżało w nienaturalnych pozach sześć ludzkich ciał. Sanitariusz-noszowy, który jeszcze niedawno chodził w parze z naszym padre, leżał na wznak z szeroko rozrzuconymi rękoma, czterech innych żołnierzy zastygło niedaleko od niego tak, jak zastała ich śmierć. Szóstym poległym był faktycznie wojskowy lekarz. Leżał na brzuchu z twarzą zarytą w ziemi. Na lewym rękawie munduru miał białą opaskę z czerwonym krzyżem, w prawej ręce wciąż ściskał drzewiec flagi z takim samym, tylko dużo większym, czerwonym krzyżem. Takie coś można było przy odrobinie dobrej woli, zauważyć z każdej odległości. Wokół rozsypana była zawartość jego torby lekarskiej.
Jakby bojąc się, że może go usłyszeć ktoś oprócz mnie, Pfaffer nerwowo zaszeptał mi wprost do ucha:
-?Ruscy zaczaili się jakieś sto metrów stąd. O, tam, za tymi krzakami, widzicie? Doktor pościągał rannych do tej kotlinki i tu ich opatrywał. Wtedy Rosjanie zaczęli do niego strzelać. Widziałem wszystko z chałupy w tym gospodarstwie, ale nic nie mogłem zrobić. Doktor stanął... i tak cały wyprostowany zaczął machać tą flagą Czerwonego Krzyża, ale oni ciągle strzelali. Potem upadł, a oni strzelali i strzelali, aż nikt się już nie ruszał. To potworne... Toż to morderstwo, po prostu morderstwo z zimną krwią...
Głos sanitariusza załamał się, słowa uwięzły mu w gardle i w oczach pojawiły się łzy. Podczołgaliśmy się bliżej do zabitego lekarza i powoli, ostrożnie przewróciłem go na plecy. Kosmyk jasnych włosów zsunął mu się na czoło i nagle zamarłem... Wprost na mnie patrzyły szeroko otwarte, nic już niewidzące oczy... Fritza!
Ni z tego, ni z owego raptem pojawił mi się w głowie przerażająco jasny obraz: Fritz i ja, dwaj lekarze-kadeci, wystrojeni w nowiutkie uniformy, pełni radości życia, czekamy na odjazd pociągu na dworcu w Kolonii. I zaraz drugi obraz, wyraźny i żywy jak na jawie: pokój hotelowy w Le Mans, Fritz w pidżamie, cały spanikowany, bo nijak nie może przekonać czarującej Francuzeczki, żeby wylazła z jego łóżka. I ja, wściekle upierający się przy przysługującym mi świętym prawie do zajęcia drugiego łóżka w tym samym pokoju i jednocześnie myślący o tym, aby nadchodząca noc nie skończyła się jakimś szalonym trójkątem. Ależ żeśmy rżeli ze śmiechu następnego ranka, wspominając ten zabawny epizod. Jak bardzo zaraźliwy był szczery śmiech Fritza... A i Francuzeczka okazała się naprawdę przewspaniałą dziewczyną...
A teraz żadnym sposobem nie mogłem oderwać wzroku pełnego smutku i bólu, od mojego starego przyjaciela, rozpostartego na cudzej ziemi. Zupełnie jakbym mógł jakimś nadludzkim sposobem zmusić te oczy, aby znowu na mnie popatrzyły i sprawić, aby usta otworzyły się, mówiąc coś do mnie... Minęło raptem dwanaście godzin wojny, jesteśmy ledwie kilkanaście kilometrów w głębi rosyjskiego terytorium, a ja już straciłem jednego z najbliższych przyjaciół. Za wiele tego było jak na jeden dzień wojny z nowym przeciwnikiem, do którego zdradzieckich metod prowadzenia działań bojowych jeszcze nie zdążyliśmy przywyknąć. Moja rozkołatana świadomość wciąż jeszcze odmawiała zaakceptowania faktu, że Fritz nie żyje. Pfaffer, który przyklęknął za moimi plecami, cierpliwie czekał, aż się otrząsnę.
Nie mówiąc ani słowa i ledwie zdając sobie sprawę z tego, co robię, wwaliłem sobie ciało Fritza na plecy i stąpając ciężko zacząłem wygrzebywać się powoli z kotlinki. Następnie, ociężale stawiając nogi, skierowałem się ku zabudowaniom gospodarstwa. Pfaffer cicho i bez namysłu poszedł za mną. Tym razem z lasu nie rozległ się ani jeden strzał.
Ostrożnie położyłem ciało Fritza na trawie w sadzie za domem. Podszedł Petermann razem z dwoma ludźmi Stolza. Poszatkowana kulami, wypuszczonymi z najbliższej odległości, bluza mundurowa Fritza była cała przesiąknięta jego krwią. Rozpiąłem ją, namacałem ręką nieśmiertelnik i odłamałem dolną połówkę. Wyjąłem z kieszeni oficerską książeczkę wojskową, zgrabnie ułożony stosik fotografii, zapałki i papierośnicę. Wszystko starannie zawinąłem w chustkę do nosa i podałem węzełek Petermannowi.
-?Trzeba będzie odesłać rodzinie -?wychrypiałem złamanym, jakimś zupełnie nieswoim głosem.
W kącie w kuchni leżała cała piramida broni, która należała do poległych żołnierzy oraz do rannych, których wcześniej odesłaliśmy do szpitala. Żadnemu z nich się już nie przyda. Ze stosu wziąłem sobie załadowany automat i dwa zapasowe magazynki. Po chwili zastanowienia wyłowiłem jeszcze dwa granaty i upchnąłem je do przednich kieszeni munduru. Petermannowi wręczyłem karabin. Pfaffer, nie pytając nikogo o zdanie, w milczeniu wybrał sobie kolejnego Mausera i zarzucił go sobie na plecy.
-?A teraz, panowie, zanim się stąd zabierzemy, trzeba będzie przycisnąć tych Rusków w lesie -?powiedziałem znowu jakby cudzym głosem. -?I oby nas dobrze zapamiętali.
Na twarzy prawnika błądził uśmieszek, jawnie adresowany do mnie i dostrzegłem, że patrzy się znacząco na moją opaskę z czerwonym krzyżem, wciąż jeszcze zbryzganą krwią Fritza.
-?Masz rację -?kiwnąłem głową w odpowiedzi na pytanie, którego nie zadał.
Wolnym ruchem ściągnąłem opaskę z ramienia, złożyłem ja starannie i wsunąłem do wewnętrznej kieszeni munduru.
-?Rzeczywiście, nie pasuje do broni w ręku. Poza tym i tak nic dla Ruskich nie znaczy. Tutaj nie obowiązują reguły Konwencji Genewskiej. Teraz jestem takim samym żołnierzem, jak wy wszyscy. Słyszysz mnie, adwokaciku?
Pojedynczo wypełzliśmy przed ścianę chałupy, zwróconą w stronę lasu, i skierowaliśmy lufy w to miejsce, z którego według wszelkiego prawdopodobieństwa Rosjanie prowadzili ostrzał. Wszyscy popatrzyli na podoficera-adwokata Schmidta.
-?Ognia! -?zakomenderował.
Jego karabin maszynowy, mój automat i dwa Mausery otworzyły huraganowy ogień po skraju lasu. Strzelaliśmy, celując na wysokość klatki piersiowej człowieka.
-?Przez jakiś czas zasrańcy będą leżeć plackiem -?skomentował Schmidt.
Korzystając z zamieszania, jakie musiał spowodować nasz ogień, wróciliśmy pędem za chałupę i używając koni, jako osłony przed ewentualnym ostrzałem, wyrwaliśmy się na piaszczystą, polną drogę. Po niedługim czasie ponownie dołączyliśmy do niekończącego się potoku ludzi i sprzętu, płynącego w gęstych tumanach kurzu na wschód.
Służba medyczna -?niedostateczny!
Nasze wojska błyskawicznie posuwały się w głąb terytorium Rosji. Po zaciętych walkach o niektóre umocnienia na granicy, nie napotykaliśmy zorganizowanego oporu. Większość sił przeciwnika, skoncentrowanych bezpośrednio na zachodniej granicy Związku Radzieckiego, została rozgromiona atakiem z marszu. Choć nasze własne doświadczenie wykazało, iż resztki tych jednostek mogły stanowić zagrożenie dla niewielkich pododdziałów naszych wojsk, dla armii niemieckiej jako całości nie były one przeciwnikiem, którego trzeba było się poważnie obawiać. Przypominało to raczej kąsanie pojedynczych i niezbyt licznych komarów. W ciągu kilku następnych godzin miałem pełne ręce roboty. Można powiedzieć, że podawałem środki przeciwbólowe i maści gojące na tego typu ukąszenia, które nieprzerwanie serwowały nam rozproszone grupy fanatyków, w różnych miejscach napadające na nasze kolumny marszowe. Do późnej nocy bezustannie przemieszczałem się między jedną grupą rannych i drugą, potem między drugą i trzecią i tak bez końca. Większość rannych otrzymywała od razu pomoc od sanitariuszy bezpośrednio na miejscu zdarzenia, ja sam zajmowałem się tylko najcięższymi przypadkami. Taki system wydawał nam się wtedy najbardziej optymalnym, działał sprawnie i przynosił satysfakcję z dobrze wykonanej pracy.
Maszerujące po kalwaryjskiej szosie postacie żołnierzy rzucały długie cienie, a słońce wciąż zwlekało i zwlekało, jakby nie chcąc skryć się za zachodnim horyzontem. Tak naprawdę zaczęło się ściemniać dopiero po godzinie dziesiątej wieczorem i wtedy do pracy z rannymi potrzebne było już dodatkowe, sztuczne oświetlenie. Z nastaniem nocy od pól zaczynał wiać chłodny i orzeźwiający wiaterek.
Zakończyłem właśnie wykonywanie swoich obowiązków na jednym z wielu improwizowanych punktów opatrunkowych i rozmyślałem o tym, jak by tu dogonić swój batalion, aby dołączyć do niego przed nocnym postojem, gdy nadjechał konno lekarz drugiego batalionu Knust z prośbą o pomoc. Z tego, co mówił, wynikało, że wciąż ma jeszcze czternastu nawet nieobejrzanych rannych, znajdujących się na punkcie opatrunkowym przy polnej drodze wiodącej w kierunku Niemna. Mieliśmy szczęście, gdyż pod rękę nawinęła nam się pusta sanitarka i mogliśmy zostawić nasze zdrowo już wymęczone konie pod opieką Petermanna. Umówiliśmy się, że będzie czekał na nas na następnym, dużym i charakterystycznym skrzyżowaniu dróg. Na miejsce dotarliśmy po pół godzinie i zastaliśmy rannych w dość opłakanym stanie. Do tej pory udzielono im podstawowej pomocy medycznej, co zrobili sanitariusze-noszowi, ale na lekarza czekali już od godziny drugiej po południu. Wielu miało dreszcze, co było efektem znacznej utraty krwi. W skąpym świetle naszych kieszonkowych latarek zobaczyliśmy twarze, na których zastygł grymas z trudem znoszonego bólu. Na szczęście ta zapomniana i porzucona grupka okaleczonych przez wojnę ludzi nie straciła rezonu i przytomności umysłu. Czterech z nich, najlżej rannych, trzymało w pogotowiu swoje pistolety maszynowe i miało przygotowane do użycia granaty. Wszystko na wypadek nieoczekiwanego, nocnego napadu wroga, który jak najbardziej był możliwy i to wcale nie teoretycznie. Wyciągnęliśmy z sanitarki wszystkie wełniane koce, jakie tylko mogliśmy znaleźć, zaś pojazd ustawiliśmy tak, aby można było pracować w świetle jego reflektorów. Sanitariusz-noszowy, który cały czas pozostawał z rannymi, pokazał nam najcięższe przypadki i sześciu żołnierzy niemal od razu przenieśliśmy do ambulansu celem natychmiastowego przewiezienia do szpitala. Wróciwszy do pozostałych, skleciliśmy z pałatek i gałęzi młodych drzew coś na kształt prostego namiotu, aby choć trochę ochronić rannych od całkiem już chłodnego wiatru. Żaden z nich nie wypuszczał przy tym broni z ręki, tym zaś, którzy dyżurowali z pistoletami maszynowymi, wydaliśmy dodatkowe koce.
-?Pozostałych zabierze kolejna sanitarka, którą tu przyślemy - zapewniliśmy sanitariusza. -?Będzie tu najpóźniej nad ranem. Do zobaczenia zatem i powodzenia!
Razem z Knustem wtłoczyliśmy się do kabiny kierowcy. Automat, z którym teraz się już nie rozstawałem, położyłem na kolanach, a przednie kieszenie bluzy mundurowej uspokajająco obciążały mi dwa granaty. Podczas gdy sanitarka wolno brnęła przez noc, oświetlając reflektorami piaszczystą drogę, Knust zdążył usnąć. Na rękawie munduru wciąż plątała mu się biała opaska z czerwonym krzyżem.
Ja też chciałem zasnąć -?byłem nieludzko skonany i całe moje ciało wręcz błagało bodaj o krótki odpoczynek, ale mózg uparcie zachowywał zdwojoną aktywność. Przed oczami przesuwały mi się setki obrazów z całego dnia. Czułem, że niektóre wydarzenia i sytuacje muszę bezzwłocznie przemyśleć i dokładnie poukładać je sobie w głowie. Przecież te parę kilometrów frontu, po których plątałem się przez ostatnie dwadzieścia godzin, to w istocie rzeczy całkiem małe "nic" w porównaniu z gigantycznym, posuwającym się na wschód niemieckim frontem, ciągnącym się od Bałtyku do Ukrainy! Na ilu to polach i wzgórzach, w jakich lasach i okopach umierali teraz -?dokładnie właśnie w tym momencie -?ranni niemieccy żołnierze, rozpaczliwie oczekujący pomocy, która nigdy nie nadejdzie, albo nadejdzie zbyt późno? Nie ulegało żadnej wątpliwości (tak przynajmniej sądziłem), że Wehrmacht powinien być lepiej przygotowany do sytuacji, w której przychodzi mu mierzyć się z piekielną mieszaniną popłochu, bajzlu, strachu i poczucia beznadziei, które niczym przysłowiowy smród wlokły się za wojskiem. Niewykluczone, że organizacja i zaopatrzenie oddziałów pierwszej linii były poza wszelką krytyką, ale na mój gust kwestia lekceważenia potrzeb oddziałów drugorzutowych, idących w ślad za jednostkami szturmowymi, zakrawała na ocierające się o przestępstwo niedopatrzenie. Może miałoby sens, aby jednak nie gnać aż tak szybko do przodu, co dałoby nam trochę więcej czasu na odnajdywanie i ratowanie rannych oraz grzebanie poległych. Póki co, rannym, pozostawionym za szybko przesuwającą się linią frontu, z jakiegoś powodu nie udzielano wymaganej uwagi.
Podczas gdy tak rozmyślałem, zdążyliśmy dojechać do umówionego miejsca spotkania z Petermannem i dalej ruszyliśmy już konno, kombinując po drodze, jak by tu dogonić nasz batalion. Nagle z ciemności wynurzył się i zrównał z nami samochód terenowy dowódcy naszego pułku. Pułkownik Becker siedział z przodu, obok kierowcy, jego adiutant -?z tyłu. Pomyślałem, że oto sama Opatrzność wybrała mnie na swojego proroka po to, abym mógł podzielić się swoimi spostrzeżeniami z Beckerem i zwrócić jego uwagę na wołającą o pomstę do nieba dezorganizację, która wkrada się w działania oddziałów drugiej linii i uniemożliwia udzielanie rannym wykwalifikowanej i terminowej pomocy. Zwyczajowe meldunki podwładnych są stereotypowe i rzadko wykraczają poza sformułowania w stylu "nic nadzwyczajnego... nic godnego uwagi... nic, co wymagałoby wzmiankowania". Jednak tym razem miałem o czym meldować. Czułem, że pułkownik Becker, będący wielkim zwolennikiem porządku i dyscypliny, należycie oceni moją szczerość i może nawet będzie wdzięczny za tego typu raport. Oficer ten zawsze przejawiał ogromną troskę o swoich ludzi, a do mnie odnosił się z szacunkiem i życzliwością, gdyż pamiętał mnie dobrze jeszcze z czasów naszej wspólnej służby w Normandii. Po raz pierwszy dał temu wyraz, gdy zwrócił uwagę na mój nawyk podpisywania raportów literami "HP" zamiast pełnego nazwiska "Haape". Od tamtej pory nadał mi przezwisko "Haltepunkt" (od niem. słowa "Haltepunkt" -?HP, czyli "przystanek"). Co by nie gadać, było mi miło, gdy z zatrzymującego się pojazdu dobiegł mnie głos:
-?Dzień dobry Haltepunkt. Jak tam sytuacja?
Zeskoczyłem z konia, oddałem honory przyjaźnie uśmiechającemu się pułkownikowi i możliwie jak najprościej odpowiedziałem:
-?Pod wieloma aspektami sytuacja jest niezadowalająca, panie pułkowniku. Informacja o miejscu przebywania i liczbie rannych często nadchodzi późno, lub nie nadchodzi nigdy. Oficerowie i żołnierze na przedniej linii nie zawsze poświęcają rannym dostateczną ilość uwagi, co skutkuje brakiem odpowiedniego współdziałania między nami.
Brwi Beckera powoli uniosły się do góry, a oczy nabrały chłodnego wyrazu, ale ja uparcie kontynuowałem przemowę, podnosząc głos niemal do krzyku:
-?Ranni rozrzuceni są na dużej przestrzeni i w efekcie nie otrzymują należytej pomocy medycznej, albo nie otrzymują jej wcale!
-?Gdzie wasza opaska z Czerwonym Krzyżem? -?gniewnym i gwałtownym głosem zapytał pułkownik, z jawną niechęcią obrzucając wzrokiem mój automat i rękaw munduru bez opaski.
-?Zdjąłem, panie pułkowniku.
-?Na czyj rozkaz?
-?Niczyj, panie pułkowniku.
-?Proszę niezwłocznie zameldować szefowi służby medyczno-sanitarnej dywizji, iż samowolnie zdjął pan swoją opaskę.
Milczał chwilę, najwyraźniej próbując się uspokoić i wziąć się w garść. Zakaszlał i bardziej już pojednawczym tonem powiedział:
-?Niech pan będzie łaskaw powstrzymać się od krytyki oddziałów pierwszorzutowych. Zamiast tego proszę skupić się na wykonywaniu pana podstawowych obowiązków służbowych. Działania jednostek bojowych to nie pana ból głowy, pan odpowiada za pomoc rannym! Niech pan będzie łaskaw, raz jeszcze to powtórzę, pamiętać o tym.
Pułkownik chrapliwym głosem wydał krótki rozkaz kierowcy swojego samochodu terenowego i pojazd gwałtownie ruszył z miejsca.
Ciężko wdrapując się na siodło czułem się jak pies, który dostał kopniaka za darmo. Byłem zły i jednocześnie zdruzgotany i przytłoczony całą sytuacją. Do różnych moich smutnych doświadczeń doszło jeszcze jedno, którego należało bezwzględnie przestrzegać: nigdy, pod żadnym pozorem, nie liczyć na jakąkolwiek pomoc ze strony jednostek bojowych. Jeśli to się jakimś cudem zdarzy -?jak było w przypadku Stolza, który przydzielił mi dwóch swoich ludzi -?należy traktować to jak nieoczekiwany dar niebios. Od tej chwili przyrzekłem sobie, że będę stosować swój własny system okazywania pomocy rannym, którego fundamentalną zasadą będzie moja maksymalna niezależność od kogokolwiek i czegokolwiek. Szczera wymiana zdań z Beckerem była dla mnie znakomitą lekcją i dobrze się stało, że odebrałem ją wcześniej niż później. Tym samym pułkownik Becker oddał mii nieocenioną usługę.
Na prawo od drogi, obok jakiegoś domu, stała sanitarka. Pomyślałem, że być może przyda się tam moja pomoc i wszedłem do chałupy. Okazało się jednak, że był tam już lekarz z pierwszego batalionu, który w zupełności panował nad sytuacją. Mój kolega po fachu opowiedział mi smutną historię, jak to trzech naszych sanitariuszy wraz z rannymi, których opatrywali, zostało bestialsko zarzniętych przez Rosjan w czasie walk o jakiś schron bojowy przy granicy. Słysząc to, poczułem jeszcze większą nienawiść do wroga.
Im bardziej zbliżała się noc, tym lepiej jechało się bezpośrednio po samej drodze, z której zeszły kolumny piechoty, rozkładające się na postój po okolicy, z oczywistą nadzieją na urwanie bodaj kilku godzin snu. Tuż obok drogi zauważyłem duże zadaszenie, spod którego bił snop światła, wokół tłoczyli się żołnierze. Podjechałem bliżej i dostrzegłem stojący tam samochód pułkownika Beckera. Dookoła roztaczał się nadzwyczaj kuszący zapach mięsnego gulaszu i jakiejś zupy, co momentalnie uświadomiło mi, że jestem nieludzko głodny.
-?A oto i pan Haltenpunkt! -?wesoło powitał mnie Becker. -?Czy dzisiaj w ogóle coś jedliście?
Sprawiał wrażenie, jakby całkiem zapomniał o tym, iż zdrowo mnie zbeształ niecałą godzinę temu.
-?Nic jeszcze nie miałem w ustach, panie pułkowniku -?odpowiedziałem szczerze.
Mój żal do starego wojaka jakoś nagle sam z siebie wyparował.
-?A tutaj akurat przyrządzili zadziwiająco dobrą grochówkę z wołowiną. Siadajcie i częstujcie się. Smak prawdziwie domowy!
Tłusta zupa, przyrządzona w ogromnym żeliwnym kotle, była faktycznie niebiańsko pyszna. Chciwie pochłaniając zwartość podanej mi miski z parującą potrawą, mimowolnie przypomniałem sobie to, co słyszałem o starym pułkowniku. Zawsze jadł dokładnie to samo, co jego podkomendni i nigdy nie zasiadał do posiłku, zanim nie upewnił się, że wszyscy jego ludzie dobrze zostali nakarmieni.
-?Zapamiętajcie Haltenpunkt moje słowa: godziwe jedzonko pomaga ciału i duszy trzymać się w kupie -?pogadywał Becker w czasie, gdy ja byłem pochłonięty jedzeniem grochówki. -?Nigdy nie przechodźcie obojętnie obok kuchni polowej!
Troskliwie i po ojcowsku odczekał, aż uporam się z jedzeniem, po czym z podnieceniem kontynuował:
-?Wiecie jak daleko zaszły przez cały dzień nasze oddziały zwiadowcze? Do samego Niemna! Doszliśmy prawie do Niemna, Haltenpunkt! To oznacza, że w ciągu jednego dnia weszliśmy na siedemdziesiąt kilometrów w głąb terytorium wroga. Możecie mi wierzyć Haltenpunkt, że to wspaniały wynik!
Wszyscy żołnierze, którzy znajdowali się w pobliżu kuchni polowej, zostali nakarmieni. Dopiero wtedy kierowca Beckera przyniósł mu wreszcie talerz zupy i kawał wojskowego chleba. Pułkownik rozłamał chleb na dwie części i podał mi jedną połówkę. Wziąwszy się z apetytem za jedzenie, nie przestawał jednocześnie mówić:
-?Rozumiem wasze stanowisko. Z tego, co mówiliście, grupy rannych żołnierzy rozsiane są na całkiem dużym obszarze. To wasze słowa, czyż nie tak?
Patrzył na mnie uważnie spod swoich kosmatych brwi i niczym stuletni dziadek, co chwila mrugał oczami.
-?Teraz pozwólcie, że przedstawię wam swój punkt widzenia. W końcowym obrachunku liczy się wyłącznie ostateczny wynik walki. Niewykluczone, że nie wszystko funkcjonuje tak idealnie, jak byśmy tego sobie życzyli i być może sytuacja wymaga zaprowadzenia pewnych porządków, ale powiadam wam: Ruscy to dopiero są w prawdziwie katastrofalnej sytuacji. Tak, Haltenpunkt, mówię wam, katastrofalnej!
Ułamał kawałek chleba i pouczająco pogroził mi palcem.
-?Nasze dzisiejsze przełamanie w znacznym stopniu osłabi siły i morale wroga. Jutro, czy tam pojutrze, sytuacja będzie zupełnie inna. Ale póki co, musimy bezwzględnie deptać Rosjanom po piętach.
Przetarł usta chusteczką do nosa i w zamyśleniu dodał:
-?Taaak, Haltenpunkt, osobiste odczucia i doświadczenia pojedynczego człowieka nie mają absolutnie żadnego znaczenia w skali globalnej wojny. Radzę wam, młody człowieku, dobrze przyswoić sobie tę myśl.
Słuchając pułkownika zdążyłem w międzyczasie przełknąć już drugi kubek kawy. Podziękowałem zatem za gościnę, oddałem honory swojemu dowódcy i udałem się w dalszą drogę. Do sztabu batalionu dotarłem dopiero około drugiej w nocy, czy też raczej prawie rano.
-?No, wreszcie! -?usłyszałem uradowany głos Neuhoffa. -?Mam już wszystkiego powyżej uszu. Od czterech godzin kapral Meyer nie daje mi żyć, łażąc za mną z jednym ze swoich ludzi. Otumanił nas wszystkich kompletnie, próbując coś zrobić z tym biedakiem. Koleś rozdziawił japę na całą szerokość i teraz za cholerę nie może jej z powrotem zamknąć, bo mu się zaklinowała. Rany boskie, doktorze, pomóżcie mu jakoś!
Natychmiast dostarczono przed moje oblicze faceta z faktycznie nieludzko rozdziawioną paszczą. Hillemanns oraz Lammerding, nasz batalionowy oficer do specjalnych poruczeń, stali tuż obok i z zainteresowaniem obserwowali, co też mam zamiar z nim zrobić. Znalazłem się w prawdziwie trudnym położeniu -?w życiu nie miałem do czynienia z podobnym przypadkiem. Dolna szczęka żołnierza wyskoczyła z zawiasów szczękowych i wysunęła się do przodu, klinując się w tym położeniu. Tym samym na umęczonym obliczu nieszczęśnika ział nieproporcjonalnie wielki otwór szeroko otwartych ust. Ociekający śliną język kotłował się spazmatycznie w jamie gębowej, zupełnie jakby jego właściciel usiłował coś mi powiedzieć -?oczywiście bezskutecznie. Pośpiesznie usiłowałem przypomnieć sobie podstawowe prawa anatomii, mogące mieć związek z tym niezwykłym przypadkiem i doszedłem do wniosku, że sensownym będzie lekko ucisnąć dolną szczękę, jednocześnie pociągając ją delikatnie w dół i do przodu. Teoretycznie powinno to skutkować tym, że naciągnięte mięśnie dolnej szczęki rozciągną się jeszcze bardziej i, być może, wywichnięte zawiasy szczękowe, przesuwając się do przodu, a następnie w tył, odklinują się i wrócą na właściwe miejsce, tym samym wyrównując położenie dolnej szczęki względem górnej. Tak więc pięknie wiedziałem, co powinno zajść w teorii, natomiast w praktyce... pozostawało mieć nadzieję, że się nie pomyliłem. Chwyciłem dwie chusteczki i z pomocą kaprala okręciłem je wokół swoich kciuków.
-?A to po co? -?zainteresował się Neuhoff.
-?Bezpieczeństwo przede wszystkim! Nienawidzę wtykać palce w zęby, kiedy szczęki mogą zamknąć się jak potrzask.
Poleciłem kapralowi, aby stanął za plecami siedzącego na krześle pacjenta i mocno przycisnął jego głowę do swojego brzucha. Zrobił wszystko jak należy, ale wzrok miał przy tym taki, jakby trzymał za rogi samego diabła. "Czort" zaś patrzył na mnie jednocześnie błagalnie i wielce podejrzliwie.
-?Gotów? -?zapytałem go.
Zamiast odpowiedzi, jeszcze bardziej wybałuszył oczy. Ostrożnie ułożyłem kciuki na dolnych zębach trzonowych biedaka, wziąłem przymiarkę i leciutko ucisnąłem szczękę. Potem, wziąwszy głęboki oddech, co sił nacisnąłem szczękę w dół, jednocześnie pociągając ją do siebie... Na ułamek sekundy przed tym, jak zawiasy szczękowe, nie z trzaskiem, ale z jakimś ogłuszającym chrupotem wróciły na swoje miejsce, zdążyłem wyszarpnąć kciuki z ust żołnierza. Cała ta manipulacja okazała się prostsza, niż myślałem. Nie wierząc do końca w pełnię swojego szczęścia, pacjent kilkakrotnie otworzył i zamknął usta.
-?No i wszystko gra -?z ulgą podsumowałem udaną operację. -?Na przyszłość bądź ostrożniejszy, gdy będziesz szeroko otwierać usta. Poza tym, takie rozdziawianie gęby nie przystoi prawdziwemu żołnierzowi. Jasne?
-?Tak jest, panie doktorze -?ostrożnie, bardzo ostrożnie otwierając usta, odpowiedział żołnierz.
-?I jak tam poszło? -?zapytał Neuhoff.
-?Drobiazg, nic szczególnego, panie majorze -?odpowiedziałem. Dobrze przecież zapamiętałem wszystkie dzisiejsze lekcje.
Dołączyliśmy do pozostałych ludzi z naszego batalionu, którzy odpoczywali na skraju lasu. Część z nich już spała. W tym momencie nadjechała moja sanitarka z Wegenerem i Dehornem. Obaj sumiennie wykonywali swoje obowiązki przez okrągłe dwadzieścia cztery godziny i byli dosłownie padnięci, zresztą tak, jak ja sam i wielu innych. Na zegarku była trzecia rano. Uzupełniłem zawartość swojej torby lekarskiej i resztką sił, na czworaka, wcisnąłem się do malutkiego namiotu, w którym już układali się do snu Neuhoff, Lammerding i Hillemanns. Po paru sekundach wszyscy czterej jak na komendę zapadliśmy w najgłębszy sen... na całe półtorej godziny.
Rozkaz to rozkaz
Zgodnie z moim całkiem subiektywnym odczuciem, dosłownie po kilkunastu minutach kontynuowaliśmy nasz miarowy pochód w kierunku rzeki Niemen, posuwając się szeroką, piaszczystą drogą. Półtoragodzinny sen przyniósł więcej szkody niż pożytku. Czując się jak zdechły pies, z ledwością byłem w stanie zwlec się z posłania. Dotyczyło to zresztą nie tylko mnie. Przemarzliśmy do kości, bolały nas zdrętwiałe mięśnie, a nogi popuchły do tego stopnia, że z trudem dało się wcisnąć je w buty. Tuż przed opuszczeniem nocnego obozowiska oznajmiono nam o nadejściu tajnego telegramu z kwatery głównej, opatrzonego osobistym podpisem samego Hitlera. Jego treść dostarczyła nam obfitego materiału do dyskusji, trwających do wschodu słońca.
"Wszyscy rosyjscy komisarze maja być rozstrzeliwani natychmiast po ich ujęciu", głosił tekst rozkazu.
Twarz Neuhoffa, w momencie, gdy przyniósł nam te nowiny, była bardzo poważna. Można rzec, że był w pewnym sensie zakłopotany, co nie było do niego podobne. Podkreślił, że nie powinniśmy rozpowiadać o tym wśród żołnierzy -?tajna instrukcja była przeznaczona tylko dla korpusu oficerskiego. Dalsza część rozkazu zawierała informację, iż w ciągu pierwszego dnia działań bojowych znaczna część wziętych do niewoli żołnierzy niemieckich została z zimną krwią rozstrzelana właśnie na rozkaz komisarzy politycznych. Los ten spotkał między innymi personel medyczny oraz bezbronnych, rannych żołnierzy. Ostateczną winę za te zbrodnie przypisywano komisarzom.
Jadąc drogą, Kageneck, Stolz i ja rozpoczęliśmy cichą, lecz bardzo ożywioną dyskusję dotyczącą rozkazu führera.
-?Do cholery z tym, jestem przeciwny rozstrzeliwaniu bezbronnych ludzi nawet wtedy, jeśli to są przestępcy -?ze zdenerwowaniem ogłosił Kageneck. -?W każdym przypadku taka polityka jest błędna. Tego typu nowinki nie da się utrzymać w tajemnicy. Wiecie, co będzie, gdy dowiedzą się o tym Ruscy? Powiem wam, co będzie. Wiedząc, że nie uratują skóry w niewoli, komisarze zaczną walczyć jak wściekli, do ostatniego naboju! A zdajecie sobie sprawę, jaki to materiał dla propagandy czerwonych?!
-?Każdy człowiek zasługuje na to, aby traktować go indywidualnie. W razie czego, powinna być możliwość uczciwego sądzenia takich ludzi. Co wy na to, Stolz? -?zapytałem po namyśle.
Po zachmurzonym obliczu Stolza widać było, że starannie zastanawia się nad odpowiedzią.
-?Jeśli chodzi o mnie, to nie mam zamiaru nikomu wydawać rozkazów rozstrzeliwania z zimną krwią jakichkolwiek ludzi. A tak przy okazji: nie jestem w stanie odróżnić komisarza od zwykłego oficera Armii Czerwonej i jak już przy tym jesteśmy, to powiem wam, że nie zamierzam dociekać, na czym polega różnica. Mam nadzieję, panowie oficerowie, że moja opinia pozostanie między nami?
Stolz nie musiał się niepokoić, że jego zdanie stanie się publiczną tajemnicą. Praktycznie każdy oficer z naszego batalionu miał w tej kwestii dokładnie takie samo zdanie i nikt z nas nigdy nie wydał rozkazu, aby rozstrzelać wziętego do niewoli komisarza. Trzeba jednak nadmienić, że właściwie niewielu z nich dożywało momentu wzięcia do niewoli. Większość ginęła na polu boju, albo strzelała sobie w łeb, aby nie dać się wziąć żywcem. Nieliczni, którzy żywi wpadli nam w ręce, byli odsyłani na zachód i tam skutecznie rozpływali się we wciąż rosnącej masie jeńców wojennych. Jednakże nam samym też przyszło doświadczyć na własnej skórze, jaki wpływ na otaczających ich ludzi mają tego typu czerwoni fanatycy. Zawsze kiedykolwiek napotkaliśmy szczególnie zawzięty opór, prawie wszędzie w konsekwencji wyławialiśmy komisarza, lub nam o takowym donoszono. Codziennie nasze samoloty rozsypywały nad terytorium przeciwnika ilustrowane ulotki nawołujące żołnierzy rosyjskich do zabijania komisarzy, zaniechania oporu i oddawania się w niewolę. Często robiła na nas wrażenie skuteczność tego rodzaju propagandy. Od czasu do czasu poszczególne grupy czerwonoarmistów, zanim podniosły ręce w górę, przy pierwszej nadarzającej się sposobności odstrzeliwały swoich komisarzy, którzy musieli być zdrowo znienawidzonymi typami.
Otrzymaliśmy wiadomość, że most na Niemnie został uchwycony w nienaruszonym stanie. Nasi zwiadowcy, którzy skryli się we mgle otulającej rzekę, przeprawili się na drugą stronę specjalnie w celu uniemożliwienia wrogowi wysadzenia mostu. W ślad za nimi po moście przemknął, wchodzący w skład naszej dywizji, szwadron kawalerii von Boeselagera i zlikwidował nieprzyjacielskie umocnienia na przedmościu. Do tego czasu dotarły tam pierwsze pododdziały drugiego batalionu piechoty, którymi dowodził Hök, podczas gdy nasza artyleria cały czas przygniatała ogniem rosyjską baterię, osłaniającą most.
Rozłożyliśmy nasze mapy topograficzne. Niemen tworzył w tym rejonie wielką pętlę, opływając tereny porośnięte ogromnymi lasami.
-?Nie jest tak źle -?zauważył z zadowoleniem Neuhoff. -?Za trzy godziny my też tam będziemy.
Jednakże nasz pododdział otrzymał rozkaz specjalny, który położył kres tym nadziejom. Brzmiał on następująco: "Trzeci batalion osiemnastego pułku piechoty przechodzi na wschód od drogi na Niemen celem przeczesania znajdującego się tam masywu leśnego".
Wkrótce zrozumieliśmy powody, dla których otrzymaliśmy taki rozkaz. Na tej właśnie drodze, wiodącej z Kalwarii ku rzece, Rosjanie zastrzelili już dwóch gońców-motocyklistów, a dzisiejszego ranka urządzili zasadzkę na ambulans. Rozkaz o zmianie dotychczasowego kierunku marszu został przekazany wzdłuż kolumny i wszyscy na kilka minut przystanęli. Klnąc w żywy kamień, piechurzy z dziesiątej kompanii Stolza i z jedenastej Kramera zajęli rozciągniętą na sześć kilometrów pozycję równolegle do drogi. Odległość między poszczególnymi żołnierzami w tej gigantycznej, zaimprowizowanej tyralierze wynosiła około piętnastu kroków. Na komendę wszyscy, nie kryjąc się, ruszyli przed siebie przez pola, pagórki i kępy drzew. Zadanie było jasno określone -?nie przeoczyć ani jednego Rosjanina w tym sektorze.
Dziewiąta kompania pod dowództwem porucznika Teitgena pozostała w rezerwie i wszyscy jej żołnierze od razu rozlokowali się tak, aby choć na chwilę "złapać komara". Szybko zorganizowałem tymczasowy punkt pierwszej pomocy w pobliżu punktu dowodzenia Neuhoffa i przygotowałem wszelkie niezbędne środki i materiały na wypadek nagłej aktywności bojowej. Potem od razu rozesłałem sobie koc i rozłożyłem się na odpoczynek w promieniach porannego słońca. Hillemanns był jak zwykle zajęty meldunkami, raportami i wszelaką korespondencją sztabową. Major Neuhoff zasiadł na przydrożnym głazie i z uwagą wpatrywał się w dal. Odwrócił się trochę w naszą stronę i sprawiając wrażenie, jakby mówił sam do siebie, biadolił:
-?Major Hök ze swoim drugim batalionem właśnie sobie maszeruje po moście przez Niemen. A nas znowu przytrzymali i zrzucili na łeb przeczesywanie sześćdziesięciu kilometrów kwadratowych jakichś zapomnianych przez Boga parowów. I to jeszcze bawiąc się w chowanego z garstką cholernych Iwanów. Chłopaki w najlepszym wypadku pojawią się z powrotem grubo po południu. Będą zdrowo skonani, a tu jeszcze do czarnej nocy trzeba będzie doganiać resztę pułku. Dwa dni wojny i dwa dni ganiania za najgorszymi ruskimi mętami.
-?No cóż... -?przytaknąłem z solidarności. -?Ktoś przecież musi zająć się wypełnianiem zadań specjalnych.
-?A niech szlag trafi te wszystkie zadania specjalne! -?rozeźlił się Neuhoff. -?To, co pięknie nazywacie zadaniami specjalnymi to po prostu najgorsza czarna robota, którą musimy odwalać przez innych i za innych.
W tym momencie zauważyliśmy, że nasi ludzie prowadzą czterech jeńców, pojmanych w pobliskim lesie. Trzech z nich miało na sobie ubrania cywilne, ale ogolone go gołej skóry czaszki zdradzały w nich żołnierzy. Dwaj z nich byli w typie mongolskim i ich skośne oczy patrzyły na nas z jakimś osobliwym, dzikim wyrazem. W czasie, gdy Neuhoff, wciąż nieruchomo tkwiąc na swoim kamieniu, z zainteresowaniem przyglądał się Iwanom, dowiedzieliśmy się, że jednym z zastrzelonych tu dzisiaj o świcie motocyklistów był starszy szeregowy Beltzer z naszego batalionu. Gdy znaleziono jego ciało, miał wypatroszone kieszenie, a meldunki, które przewoził, zniknęły. Usta Neuhoffa zacisnęły się w jedną, wąską kreskę.
-?Zabity i okradziony... -?wyszeptał straszliwym głosem, ani na sekundę nie spuszczając wzroku z rosyjskich jeńców. -?Jeden z moich ludzi zabity i ograbiony... Tego człowieka -?kiwnięciem głowy wskazał Rosjanina odzianego w mundur -?odesłać do punktu zbornego dla jeńców. A te trzy straszydła... -?złowieszczo zmrużył oczy, patrząc na trzy postacie w niedopasowanej, cywilnej odzieży. -?Tych trzech śmierdzących złodziei natychmiast rozstrzelam.
Neuhoff wezwał podoficera i sześciu żołnierzy z dziewiątej kompanii i po kilku minutach pluton egzekucyjny stanął przed majorem. Nikt z będących świadkami tej sceny nie tylko nie śmiał warknąć ani słowa, ale nawet bał się poruszyć.
-?Co o tym sądzisz? -?odwracając się do Hillemannsa, zapytał Neuhoff.
-?Sądzę, że należy postąpić tak, jak pan powiedział -?jak zwykle idealnie służbiście odpowiedział Hillemanns.
Uważnie przypatrywałem się trzem jeńcom. Było całkowicie jasne, że nie rozumieją ani słowa po niemiecku i kompletnie nie zdają sobie sprawy z faktu, że ich życie wisi na włosku. Z całej trójki najbliżej mnie stał wątły chłopaczek w wieku co najwyżej osiemnastu lat. Cywilne ciuchy wisiały na nim luźno i było widać, że niedawno siedziały na cudzym grzbiecie. Odpowiedział mi dziecięco naiwnym spojrzeniem, pełnym całkowitego niezrozumienia dla zachodzących wokół niego wydarzeń. Zupełnie nie wyglądał na rasowego mordercę, a przynajmniej ja nie mogłem uwierzyć, aby nim był. Z dużą dozą pewności można było założyć, że przebrał się w cywilne ubranie, aby rozmyć się gdzieś pośród litewskich cywilów i tym samym uniknąć niewoli. Było też dla mnie jasne, że przed podjęciem ostatecznej decyzji Neuhoff będzie potrzebował czyjegoś moralnego wsparcia, bardziej konkretnego niż zwyczajowe, służbiste potakiwania Hillemannsa i oficjalny, znany nam już, rozkaz Hitlera. Realia współczesnej wojny nie były czymś, do czego przywykł Neuhoff, który jako żołnierz starej daty, nauczony był wojować zgodnie ze ściśle określonymi regułami. Wyraźnie potrzebował, aby ktoś jeszcze głośno wyraził swoje poparcie dla jego mrocznego werdyktu.
-?Nie wydaje się panu, doktorze, że nie powinniśmy się ceregielić z tymi rzeźnikami? -?nagle zwrócił się bezpośrednio do mnie.
-?Nawet nie wiem, co mam odpowiedzieć, panie majorze -?ledwie zdołałem z siebie wydusić.
Czułem wobec tych żałosnych, bezbronnych i nikomu niepotrzebnych gołodupców tylko litość, z którą nic nie mogłem zrobić.
-?Panie majorze, czy jest pan całkowicie pewien, że to są przebrani w cywilne ubrania snajperzy? Gdybyśmy znaleźli przy nich jakąkolwiek broń albo obciążające ich dokumenty, to ich śmierć byłaby jak najbardziej w zgodzie z prawami czasów wojny. Ale jeśli niczego takiego nie znajdziemy, to przynajmniej ja nie chciałbym obciążać swego sumienia taką decyzją.
Neuhoff obrzucił mnie szybkim i nie do końca usatysfakcjonowanym spojrzeniem, w którym jednak zdążyłem zauważyć błysk zwątpienia.
-?Obszukać ich -?powiedział raptem.
Zwykłe cywilne papiery, kilka kawałków czerstwego chleba i garść wysuszonej machorki -?to było wszystko, co mieli w kieszeniach.
-?Odesłać te łachudry na punkt zborny -?szorstkim głosem rozkazał Neuhoff.
Nie patrząc więcej w moją stronę major, z wyrazem niezadowolenia na twarzy, kołysał się nerwowo z pięt na palce, ale wiedziałem, że w tej chwili odczuwa ulgę, iż nie stał się jednak uczestnikiem wykonania wyroku kary śmierci. Ewidentnie, aby się czymś zająć, bez najmniejszej potrzeby sprawdził dokładnie wszystkie nasze konie i drobiazgowo upewnił się, czy aby są dobrze przywiązane i napojone. Czule poklepał po szyi swojego karego wałacha i dał mu przygotowaną wcześniej kostkę cukru.
-?Będę teraz musiał napisać od nowa raport dla dowódcy pułku -?warknął ze złością Hillemanns.
To niesamowite, ale podczas gdy ja miałem wolne ręce w czasie tej krótkiej, lecz pełnej dramatyzmu sceny, Hillemanns zdążył już nasmarować raport o wykonaniu rozkazu rozstrzelania! Dehorn zajął się sprawdzeniem kompletności zestawu medykamentów w mojej torbie lekarskiej, a Müller, który nigdy nie mógł wysiedzieć ani chwili bezczynnie, czyścił i smarował mój automat. Wegenera wysłałem moim służbowym Mercedesem, aby spróbował zlokalizować naszą sanitarkę, która gdzieś się na dobre zawieruszyła.
Słońce nieprzerwanie wędrowało po niebie i wiedziałem, że już niedługo stanie w zenicie. Ułożyłem się na trawie w cieniu wiązu i przez plątaninę jego konarów starałem się wyłowić okiem przepływające nad nami białe obłoki.
* * *
Moje myśli błądziły to tu, to tam i od czasu do czasu wracały do mojego przyjaciela Fritza. Zastanawiałem się na przykład, czy został już pochowany, czy jeszcze nie. Wyobrażałem sobie gruby, brzozowy krzyż, taki jak u Stocka, który będzie stanowić jedyny, prosty, lecz przepełniony smutkiem pomnik na jego skromnej mogile. Ech, Fritz, biedny Fritz! Młody, jak wielu innych, entuzjastyczny, ale daleki od fanatyzmu narodowy socjalista. Fritz, dla którego jeden zwykły dzień był zbyt krótką chwilą, aby upchnąć w niej jego całą, kipiącą energię. Fritz, któremu życie wydawało się żałośnie małym przedziałem czasowym dla wszystkich jego rozlicznych ambicji i pasji, a wojna była wielką i fascynującą przygodą. Właśnie taki był, gdy po raz pierwszy go spotkałem.
To było południe, sam początek listopada 1940 roku. "Kolonia, dworzec główny!" -?i tak już dostatecznie przenikliwy w swej wyrazistości żeński głos, peronowe megafony przekształcały w sztuczny i ochrypły skrzek, który pulsującym echem rozniósł się po wypełnionym dymem i parą, wysokim sklepieniu kolońskiego dworca kolejowego. Dudniące echo zagłuszało nawet gwizd parowozu, a dla wysypujących się z wagonów, niczym groch, żołnierzy, było całkowicie zbędnym komunikatem. I tak nazwy każdej stacji były rozwieszone gdzie tylko się dało: na ścianach wagonów, na budynkach stacyjnych, na przęsłach mostów, kładkach dla pieszych, po prostu wszędzie. Największe z nich były dodatkowo oświetlane jasnymi snopami światła z reflektorów. Mówiono nam wtedy, że w Anglii usunięto wszystkie nazwy stacji kolejowych, a nawet drogowskazy. Anglicy sądzili, że zbiją nas w ten sposób z tropu, kiedy już wylądujemy na ich wyspie. Ale u siebie w domu nie musieliśmy uciekać się do tego rodzaju sztuczek -?kwestii czyjegoś ewentualnego wtargnięcia na terytorium Rzeszy nikt nawet nie rozpatrywał poważnie. Sądzę, że tego rodzaju defetystyczna myśl nikomu w życiu nie przyszła do głowy. Francja była na kolanach - Linię Maginota załatwiono z łatwością, Anglicy z hukiem wylecieli z kontynentu, a wszystko to dzięki właśnie takim ludziom w szarozielonych mundurach, którzy właśnie teraz przybywali na dworzec kolejowy w Kolonii, aby udać się w kierunku, w którym maszerował Wehrmacht. Nasza armia w stanie pełnej gotowości bojowej, ale jakby niezdecydowanie, stała na północnym wybrzeżu Francji, a my chciwie wlepialiśmy oczy w mgłę nad kanałem La Manche, aby dostrzec nasz kolejny cel -?Anglię. Dla nas, wówczas pięciu młodych lekarzy-oficerów, niepozbawionych pewnych ambicji, właśnie ona miała być osobistym punktem docelowym.
Z Niemcami na długie lata pożegnaliśmy się jeszcze w czasach studenckich, odnotowując ten wiekopomny w naszym życiu krok obaleniem pięciu flaszek reńskiego wina "Liebfraumilch" (z niem. "Mleko ukochanej kobiety") na malowniczym tarasie widokowym nad Renem. W następnej kolejności zamierzaliśmy zapakować się do pociągu, który poniesie nas do kolejnego punktu na trasie naszej pasjonującej wędrówki -?do Granville w Normandii. Nasze podłe i przyziemne instynkty znowu zaczęły nas niepokoić. Było to zaiste godne pożałowania, gdyż na wstępnym etapie szkolenia wojskowego masa rozmaitej maści sierżantów wychodziła ze skóry, aby tego typu odczucia całkowicie z nas wykorzenić. "Osobowość!" -?pamiętam, jak bardzo emocjonalnie podchodził do tego tematu jeden z owych sierżantów... "Tak się wam wszystkim wydaje... że wszyscy macie niby jakąś tam osobowość! Mylicie się! W każdym z was siedzi wewnętrzna świnia! A Wehrmacht nie potrzebuje ludzi, w których siedzą wewnętrzne świnie! Moje zadanie polega na tym, żeby pomóc wam pozbyć się niskich, tchórzliwych, świńskich instynktów i uczynić z was prawdziwych żołnierzy! Grenadierów!". Dlatego w lipcu i w sierpniu 1939 roku uczyliśmy się strzelać z karabinów i trenowaliśmy pokazowy krok paradny na placu apelowym. Wojna z Francją i Anglią zastała nas podczas nauki rzucania granatem i zawiłości budowy sraczy dla wojska w warunkach polowych. Działania bojowe w Zachodniej Europie szły pełną parą, podczas gdy my studiowaliśmy stawianie błyskawicznej diagnozy i udzielanie pierwszej pomocy w warunkach bojowych oraz dla odmiany w trybie pilnym uczyliśmy się, jak skakać na koniu. Potem armia nagle przypomniała sobie, że kiedyś tam, w cywilu, czyli "bardzo dawno temu", byliśmy jednak dyplomowanymi lekarzami, i w końcu oddano nam z powrotem nasze stetoskopy i skalpele. Ale, aby ocalić nas przed straszliwą ewentualnością przebudzenia się w nas wewnętrznej, tchórzliwej świni, dowództwo wojskowe zatroszczyło się o przetrzymanie nas przez jakiś czas na bliżej nieokreślonym statusie kadetów-lekarzy. Innymi słowy, zgodnie z tabelą stopni wojskowych, stanowiliśmy dziwaczną, przejściową formę między kursantem a oficerem, co objawiało się między innymi tym, iż zobowiązani byliśmy jako pierwsi salutować wszystkim, poza szeregowymi. W rzeczywistości zaś i tak musieliśmy trzaskać obcasami absolutnie przed wszystkimi i wszystkim -?od generała po skrzynkę na listy...
* * *
Ostatnią, prawdziwą balangę w życiu naszych wewnętrznych, tchórzliwych świń zmajstrowaliśmy im z prawdziwie królewskim rozmachem w Paryżu. Wykazując dumną pogardę dla możliwych konsekwencji naszego czynu, pozwoliliśmy sobie poszaleć o cały jeden dzień (i jedną noc) dłużej, niż wymagały tego nasze obowiązki służbowe. Dopiero potem wznowiliśmy nasz dziarski i radosny pochód przez północną Francję, z następnym przystankiem w Le Mans.
Szef służby medycznej dywizji stacjonującej w Granville błyskawicznie sprowadził nas na ziemię -?używając kilku przemyślanych i brzmiących bardzo przekonująco zdań, nie pozostawił nam cienia wątpliwości, co do tego, że znajdujemy się obecnie na terenie objętym aktywnymi działaniami bojowymi.
Ku naszemu nieopisanemu żalowi, rozdzielono nas i rozesłano do różnych batalionów. Jadąc samochodem sztabowym między bezlistnymi już jabłoniami niezliczonych sadów prowincji Calvados, zastanawiałem się, z jakimi ludźmi przyjdzie mi stać ramię w ramię w czekającej mnie wojnie z prawdziwym i bardzo realnym przeciwnikiem. Trzeba zaznaczyć, że całkiem niebezpodstawnie miałem do siebie znacznie więcej zaufania, jako do wykwalifikowanego lekarza niż do dobrze wyszkolonego żołnierza. Miałem nadzieję, że moi nowi przełożeni okażą w tym względzie logiczną pobłażliwość.
Niemniej pojawienie się nowego lekarza nie zrobiło na majorze Neuhoffie najmniejszego wrażenia, przynajmniej tak to z zewnątrz wyglądało. Obojętnym wzrokiem zmierzył mnie od góry do dołu, podczas gdy ja z kolei przypatrywałem mu się z niepodzielną i otwarcie prostoduszną uwagą. Pewne drobne opóźnienie, z jakim pojawił się nowy lekarz osiemnastej kompanii trzeciego batalionu, Neuhoff pozostawił bez głośnego komentarza, ale nie omieszkał zauważyć, że mam niestety zerowe doświadczenie bojowe. Niewykluczone, że założył, iż uda mi się nadrobić zaległości, gdy wylądujemy już po drugiej stronie kanału La Manche. A może gram przypadkiem w skata albo w doko? Gram! No to może jednak od biedy do czegoś się przydam... Być może po kolacji moja obecność przy karcianym stole będzie miała jakiś sens.
-?Adiutant batalionu, porucznik Hillemanns, pokaże wam wasz pokój -?na tym audiencja u nowego dowódcy zakończyła się.
Hillemanns był do bólu oficjalny i wiało od niego chłodną uprzejmością, był niczym niezbyt przyjazne listopadowe słońce. Przypomniały mi się w tym momencie słowa majora-doktora Schultza: "Jeśli jeszcze tego nie wiecie, to mogę was poinformować, że jesteście teraz oficerem służby medycznej w jednym z trzech najbardziej elitarnych batalionów generała von Rundstedta. Dowódcą pułku jest pułkownik Becker, wybitny oficer z ogromnym doświadczeniem zarówno z pierwszej wojny światowej, jak i obecnej. Wszystkiego dobrego!". Miałem ogromną nadzieję, że moja wewnętrzna świnia będzie sprawować się przyzwoicie i nie przeszkodzi mi w spełnieniu wymogów stawianych przed szczęśliwcami, służącymi w tak przesławnej jednostce. Zacząłem też utwierdzać się w przekonaniu, że major Neuhoff, mimo, iż pozornie grubiański, miał jednak w oku pewien szelmowski błysk, co niewątpliwie świadczyło o jego wspaniałych, ludzkich zaletach. Może i adiutant Hillemanns pokaże się w przyszłości z bardziej ludzkiej strony, bez względu na to, że gdy pokazywał mi oficerską stołówkę, jego sposób zwracania się do mnie, aczkolwiek absolutnie poprawny, był jednocześnie nieziemsko suchy. Celem zakwaterowania swych oficerów i podoficerów, nasz trzeci batalion zarekwirował część największego hotelu w niewielkim miasteczku Littry. Stołówka znajdowała się na parterze, a mój pokój, do którego zaprowadził mnie Hillemanns, położony był w przeciwległym skrzydle budynku. Zanim mi go pokazał, nie omieszkał rozkazać jednemu z podoficerów, aby oprowadził mnie po oddziale medyczno-sanitarnym, gdzie miałem pracować...
Gdy znalazłem się we wnętrzu starej willi, która miała stać się moim pierwszym wojskowym szpitalem, trzech znajdujących się tam żołnierzy natychmiast skoczyło na równe nogi i wyprężyło się w postawie "na baczność". Pierwszym z nich, jak się później okazało, był kapral Wegener. Niezwykle rozmowny, ze wszystkich sił starał się pokazać, jako wielce obyty wojak. Drugi żołnierz, starszy szeregowy Müller, był za to przesadnie milczący. To był wysoki, jasnowłosy dzieciak, od razu wzbudzający sympatię swoją dobrodusznością. Wkrótce zorientowałem się, że niezawodnie i bez szemrania wykonuje tutaj całą prawdziwą robotę. Trzecim z nich był Dehorn, wiecznie czujny, ciemnooki konus, dopiero co przybyły z Niemiec w ramach najnowszych uzupełnień. Pochodził z mojego rodzinnego Duisburga i od razu wyznaczyłem go za jednym zamachem swoim asystentem medycznym i ordynansem. Wegener był najwyraźniej bardzo rad, iż nie wybrałem w tym celu naszego "jucznego konia" Müllera. Jak pokazało późniejsze doświadczenie, absolutnie nie pomyliłem się, co do Dehorna -?w przyszłości miał się okazać niebywale rzutkim i kompetentnym pomagierem, posiadającym niesamowitą zdolność odgadywania moich potrzeb jednym spojrzeniem. Po tym jak pomógł mi przytargać moje manatki do hotelu, zapragnąłem pobyć trochę sam na sam ze sobą i dałem mu wolne. Wyciągnąłem od razu na wierzch kilka moich ulubionych książek oraz zdjęcie Marty, które ustawiłem w widocznym miejscu na nocnym stoliku. W plecaku miałem też wciąż pudełko z szykownymi pantoflami i innymi drobiazgami, które kupiłem dla niej jeszcze w Le Mans. Ciągle nie mogłem złapać nikogo, kto akurat wracałby do Niemiec i mógłby zabrać ze sobą te prezenty, choć właśnie teraz był okres, kiedy powinni masowo dawać przepustki żołnierzom, którzy brali udział w kampanii francuskiej. Wszyscy byli święcie przekonani o tym, że szybki i zwycięski marsz Wehrmachtu przez Francję, ku wybrzeżom kanału La Manche, zwieńczony zostanie niezwłoczną inwazją Anglii. W portach północnej Francji zgromadzono tak imponującą ilość barek, holowników, łodzi motorowych i nawet zwyczajnych łódek rybackich, iż nie pozostawiało to żadnych wątpliwości, co do naszych zamiarów. W teorii operacja "Lew Morski" była ćwiczona tyle razy, że każdy niemiecki żołnierz zdążył wykuć na pamięć swoją przyszłą w niej rolę, jednak los sprawił, że ostatecznie niedane nam było podnieść kurtyny w tym ostatnim akcie wielkiego przedstawienia...
* * *
Tamtego wieczoru stawiłem się na kolacji punktualnie o wpół do siódmej i Hillemanns przedstawił mnie pozostałym oficerom batalionu. Porucznik Graf von Kageneck, dowódca dwunastej kompanii, przywitał się ze mną po przyjacielsku. Zachowywał się z wdzięczną i wyrafinowaną arystokratyczną manierą, a na ustach co i raz błądził mu ledwie zauważalny uśmiech. Następnie wesoło i głośno powitał mnie porucznik Stolz, który był przedstawicielem zupełnie innego typu niemieckiego oficera. Był to dobroduszny wesołek ogromnego wzrostu, wręcz olbrzym, o pewności siebie godnej wielmoży i głośnym śmiechu, którego wybuchami raczył nas raz za razem podczas kolacji. Podczas rozmowy jego rechotowi często towarzyszyło solidne, przyjacielskie klepnięcie współrozmówcy w plecy, który, jeśli akurat stał, miał od razu trudności z utrzymaniem się na nogach. Stolz dowodził dziesiątą kompanią i szybko zorientowałem się, że jego podwładni kochali go i szanowali, zawsze będąc gotowi do pójścia za nim dosłownie w ogień i wodę. Całkowitym przeciwieństwem Stolza był batalionowy oficer do specjalnych poruczeń, podporucznik Lammerding, który nie tylko cechował się bystrością i zdolnością do błyskawicznych reakcji, ale miał też cięty język, co pomagało mu podtrzymać godny pozazdroszczenia autorytet, jakim cieszył się w batalionie i prawie zawsze pozwalało mu postawić na swoim. Głównym i ulubionym orężem Lammerdinga podczas potyczek słownych był sarkazm i ironia, z którymi najwidoczniej radził sobie tylko von Kageneck, ze swoją inwencją i wyjątkowym, wrodzonym dowcipem. Należy jednak podkreślić, że sarkastyczny sposób bycia Lammerdinga objawiał się tylko w określonych przypadkach i wyłącznie podczas rozmów z ludźmi, którzy potrafili dzielnie dać odpór w dyskusji, nigdy zaś w sytuacjach, gdy taka maniera mogłaby uchodzić za niegodziwą czy zdradziecką. Generalnie rzecz biorąc, był to bardzo poukładany i skromny człowiek, który pod maską niefrasobliwości skrywał żelazny hart ducha, odwagę i chłodną determinację. Dwaj inni dowódcy kompanii, kapitan Noack z dziewiątej i porucznik Kramer z jedenastej, byli tego wieczoru nieobecni na kolacji, gdyż stacjonowali wraz ze swymi pododdziałami w pewnej odległości od Littry. Szybko zdałem sobie sprawę z faktu, że lekarzyna taki jak ja, niemający realnego doświadczenia bojowego, nie może liczyć w trzecim batalionie na żadne poważne traktowanie. Mogę od razu podać przykład: poza majorem Neuhoffem byłem jedynym oficerem w batalionie, któremu nominalnie, zgodnie z przydziałem, przysługiwał samochód i teoretycznie miałem do dyspozycji Mercedesa. Właśnie tak, teoretycznie. W rzeczywistości nigdy nie mogłem go używać, gdyż bez przerwy używali go Hillemanns i Lammerding w ramach różnorakich zadań sztabowych. Liczne moje rozjazdy uskuteczniałem konno -?tym sposobem w moim życiu pojawił się niezapomniany Westwall. Bez wątpienia była to najchudsza i najbardziej żałosna chabeta w całym batalionie, na której widok nawet Rosynant Don Kichota rżałby za śmiechu. I to wszystko, weźcie łaskawie pod uwagę, w czasie, gdy na mnie przypadało najwięcej wyjazdów ze wszystkich oficerów batalionu. Któregoś dnia, odczuwając kolejny przypływ wściekłości z tego powodu, odkryłem niespodziewanie, że można ten czworonożny cud natury zmusić do galopu i natychmiast znaleźliśmy się w centrum zainteresowania. Sukces zależał teraz tylko od tego, czy uda mi się wyglądać równie głupio jak mój koń. Tylko w takim przypadku - i w żadnym innym -?mogliśmy działać jak jeden bojowy tandem. Neuhoff całkiem jasno dał mi do zrozumienia, że nie oczekuje na serio Bóg wie czego od swojego nowego lekarza batalionowego. Żebym chociaż mógł być godziwym partnerem do gry w karty! Ale jako czwarty do gry w doko nie zdobyłem wielkiego poważania, gdyż nawet w tej dziedzinie wlokło się za mną pasmo straszliwych klęsk. Musiałem się jeszcze zdrowo napracować, zanim mogłem liczyć na zyskanie prawdziwego szacunku. Mając trzydzieści jeden lat byłem najstarszym oficerem w batalionie, za wyjątkiem, rzecz jasna, samego Neuhoffa oraz porucznika Kramera, ale w rzeczywistości mój nijaki i niezupełnie zrozumiały stopień wojskowy kadeta-lekarza czynił ze mnie najmłodszego rangą członka wspólnoty oficerskiej o nieuchronnie najmniejszym autorytecie.
Pułkownik Becker, dowódca naszego pułku, który pewnego razu zajechał do nas na inspekcję, wbrew moim nadziejom nie uczynił nic, co mogłoby wzmocnić moje moralne oblicze w oczach mych nowych towarzyszy broni. Pomimo swoich pięćdziesięciu lat i rany odniesionej w czasie pierwszej wojny światowej, która sprawiła, że jego lewa ręka była prawie całkowicie bezwładna, Becker był przykładem męskości, stanowczości i stanowił wręcz ideał oficera. Spojrzeniu jego czujnych oczu nic nigdy nie umykało. Na początek zwrócił mi uwagę, że oddawałem honory wojskowe tak samo jak inni oficerowie naszego batalionu, chociaż jako kadet nie miałem do tego prawa. Jednak tego samego wieczoru, na wspólnej kolacji w stołówce oficerskiej, pobłażliwie znalazł czas, aby przedyskutować ze mną różne aspekty mojej pracy, w rezultacie czego żartobliwie ogłosił mnie "Haltenpunktem".
Stopniowo, bardzo powoli, Neuhoff zaczął mnie traktować bardziej serio - nie tylko jako partnera do gry w doko, ale co najważniejsze, jako lekarza wojskowego. Ze swojej strony, po cichu, także wyrabiałem sobie zdanie o tym człowieku, cechach jego charakteru, nawykach i skłonnościach. Było to możliwe, po pierwsze, dzięki wszystkim tym spotkaniom przy stole karcianym, a po drugie, dzięki rozmowom z Lammerdingiem. Neuhoff jeszcze za czasów Reichswery wybił się na oficera z prostego szeregowego, a z czasem dorobił się swojej obecnej rangi i stanowiska. Z wiekiem nabrał maniery rozmyślania nad tym, iż zdarł już w swoim życiu zbyt wiele par wojskowych buciorów, oraz że pod pewnymi względami jest już ciut za stary na współczesne metody prowadzenia wojny. Pod wpływem tego typu dekadenckich nastrojów nabawił się pewnej lekkiej, lecz chronicznej formy zapalenia ocznych kanalików łzowych. Objawiało się to tym, że od czasu do czasu oczy łzawiły mu tak mocno, iż wydawało się, że zaraz się rozpłacze. Lammerding dla żartu ochrzcił go wtedy mianem "majora płaczka".
Hillemanns, podobnie jak jego dowódca, także wywodził się z szeregowych, ale był przy tym nadzwyczajnie ambitny. Był stuprocentowym pedantem, zarówno w stosunku do samego siebie, jak i swoich podwładnych. Jego buty były zawsze wyglansowane na nieludzki błysk, nawet pięć minut po tym, jak wracaliśmy z treningowego, forsownego marszu po listopadowym błocie. Na głowie miał zawsze nienaganny przedziałek i był idealnie podstrzyżony, dokładnie tak, jak wymagały tego przepisy. Deficyt w kwestii indywidualności, charyzmy i uroku osobistego starannie kompensował dogłębną znajomością wszelkich możliwych przepisów, zasad i regulaminów, a także nienaganną postawą i wyglądem.
Podporucznik Stock, jeden z najmłodszych oficerów w batalionie, w osobistych rozmowach ze mną opowiedział mi mnóstwo interesujących szczegółów o innych naszych kolegach. Sam był mogącym się podobać dwudziestojednoletnim młodzieńcem o delikatnej, wrażliwej naturze i dobrym sercu. Między innymi był rewelacyjnym pianistą. Jakże on potrafił być wzruszająco wdzięczny, gdy udawało mu się znaleźć kogoś, z kim mógł choć troszkę porozmawiać o muzyce! Jednakże, pomimo tych bezspornych duchowych zalet, stosunek innych oficerów do młodego Stocka był dość powściągliwy, a czasami wręcz chłodny, przede wszystkim ze względu na jego młody jeszcze wiek. Lammerding, według słów Stocka, prawie nigdy nie uczestniczył w dyskusjach na jakiekolwiek tematy polityczne. Po zakończeniu nauki i uzyskaniu świadectwa dojrzałości prawie natychmiast wstąpił do akademii wojskowej, ale potem, jak powiadali, spowodował jakiegoś grubego kalibru rozłam we własnej rodzinie, jakoby za przyczyną tego, że kategorycznie odmawiał wstąpienia do partii nazistowskiej, podczas gdy jego rodzony brat był jednym z wysoko postawionych liderów SS. Lammerding na zewnątrz przejawiał niewiele szacunku dla kogokolwiek, nawet Neuhoffa, ale był tym typem nienagannego oficera, na którego przełożony zawsze może liczyć. Porucznik Graf von Kageneck charakteryzował się dokładnie takim samym beztroskim i, zdawałoby się, nawet lekkomyślnym stosunkiem do życia. Wywodził się ze starego, arystokratycznego rodu, jego ojciec w czasie pierwszej wojny światowej był znanym i bardzo szanowanym generałem, a jego czterej bracia, wszyscy bez wyjątku, byli wyróżniającymi się oficerami. Jednym z jego przodków był słynny książę Metternich, a sam von Kageneck ożeniony był z bawarską księżniczką. Młody Stock był bardzo uważnym i bystrym obserwatorem i byłem wielce zmartwiony, gdy przydzielono go do kompanii Kramera, stacjonującej daleko od Littry...
* * *
Listopad zamienił się w grudzień, a my wciąż przerabialiśmy inwazję, ćwicząc desantowanie na specjalnie wydzielonym do tego celu kawałku linii brzegowej na wschód od półwyspu Cotentin. Nasze wojska znajdowały się w stanie pełnej gotowości bojowej, a po zwycięskim marszu przez Francję ich morale i wiara w zwycięstwo były niezachwiane. Zdawaliśmy sobie sprawę, że gdy tylko postawimy stopę na angielskim wybrzeżu, cały wysiłek obronny jednostek wroga skupi się na nas, czyli na piechocie. Oczywiste było, że w ślad za oddziałami desantowymi przyjdą transporty czołgów i artylerii, co w znacznej mierze ułatwi nam zadanie, ale świadomi też byliśmy tego, iż nastąpi to dopiero wtedy, gdy uda nam się dobrze umocnić na uchwyconych przyczółkach i zapewnić pozycje wyjściowe do ataku w głąb angielskiego terytorium. Największą siłą Wehrmachtu była bez wątpienia jego piechota. Świadczył o tym fakt, iż każdy bez wyjątku pluton i każda kompania nieprzerwane ćwiczyły desantowanie i były przygotowane do działania, jako autonomiczne, zupełnie niezależne i samowystarczalne pododdziały. Niezbędne do dalszych działań zapasy amunicji i żywności zostałyby oczywiście dostarczone, ale dużo później, dlatego w pierwszych godzinach, czy nawet dniach po lądowaniu, jednostki desantowe musiałyby liczyć wyłącznie na własne siły i zasoby. Tylko spełniając taki warunek mogliśmy zapewnić sobie punkt wyjściowy do ostatecznego zwycięstwa -?mocne uchwycenie przyczółków. Jeśli dodać do tego świadomość faktu, że wesprą nas rozlokowane wzdłuż francuskiego wybrzeża silne i znakomicie wyposażone armie, 9-ta i 16-ta, to nasza wspólna przewaga nad przeciwnikiem powinna się wyrażać w stosunku dziesięć do jednego. Pamiętając o tym wszystkim, byliśmy w podniosłych nastrojach, pełni odwagi, wiary i zdecydowania i mieliśmy niezachwianą pewność, że pomimo nieuchronnych strat, odniesiemy w tej wielkiej batalii przeciwko brytyjskiej armii zdecydowane zwycięstwo. Nie peszyły nas regularne naloty bombowe lotnictwa angielskiego, których efektem było zatopienie w niektórych portach na wybrzeżu pojedynczych statków przygotowanych do inwazji, ani dochodzące nas słuchy o tym, jakoby Anglicy zamierzali wylać do kanału La Manche ogromne ilości łatwopalnych substancji, co miałoby rzekomo przeszkodzić w przeprawie naszych sił. Bombardowania koncentrowały się na rejonach oddalonych od nas i skupiały się na stosunkowo niewielkim odcinku francuskiego wybrzeża, czyli głównie portach, z których było najbliżej do brzegów Anglii. U nas jedynymi gośćmi były niezliczone stada czajek, czasami wlatujące w głąb lądu, ale głównie krążące nad ciemniejącym ponuro, zimnym morzem. Zbliżało się Boże Narodzenie i ze smutkiem zaczynaliśmy się domyślać, iż operacja "Lew Morski" zostanie zapewne przełożona na początek następnego roku kalendarzowego. Najprawdopodobniej operacja przeciwko Anglii powinna być przedsięwzięta w styczniu lub w lutym, w zależności od warunków pogodowych, wiatrów i przypływów...
Niemiecka armia czekała na święta, które po raz pierwszy od dwudziestu pięciu lat miała spędzać we Francji. Wydano wiele przepustek, a ja sam załatwiłem taką dla Dehorna, aby mógł spędzić Boże Narodzenie ze swoją czarującą, młodziutką żoną. Pojechał do domu promieniejący, szczęśliwy i niczym świąteczna choinka obwieszony prezentami dla rodziny, mojej Marty, a także rodzin Wegenera i Müllera.
Kageneck zobowiązał się dostarczyć na nasz bożonarodzeniowy stół prawdziwą, świąteczną pieczeń i w tym celu zaprosił mnie na polowanie na jelenia we wspaniałych lasach Balleroy. Biorąc pod uwagę jego zawadiacką naturę, mogłem być tylko skromnym pomocnikiem w tym przedsięwzięciu, ponieważ, jak się okazało, polowanie w tych lasach było surowo zakazane i zarezerwowane wyłącznie dla przedstawicieli najwyższego dowództwa i ich zaproszonych gości. Najwyraźniej nie martwiło to grafa, a wręcz dostarczało mu dreszczyku emocji. W czasie samego polowania napotkaliśmy majora-artylerzystę, który ewidentnie uprawiał tam dokładnie takie same kłusownictwo, jak my. Kageneck zdołał tak kompletnie ogłupić majora swoimi wywodami na temat zakazów w ogóle, a zakazu polowania w tym lesie w szczególności, że przestraszony myśliwy od siedmiu boleści uważał się za niesamowitego szczęśliwca, gdy udało mu się wykręcić z całej sytuacji tylko z "przyjacielskim ostrzeżeniem" Kagenecka. Po czym, gdy pospiesznie brał nogi za pas, przedzierając się przez gęstwinę, ironią losu wypłoszył prosto na nas wspaniałego jelenia. Bożonarodzeniową pieczeń odebraliśmy nie inaczej, niż jako osobisty podarunek od naszego niezrównanego i nieosiągalnego generała, dowódcy naszego korpusu.
Na kilka dni przed Bożym Narodzeniem spadł gęsty śnieg. Oficerowie naszego batalionu zorganizowali wigilijną kolację w stołówce, ale w żaden sposób nie potrafiłem przestawić się na świąteczny nastrój -?do tej pory nie otrzymałem jeszcze od Marty żadnych życzeń. Po wspólnej kolacji, Kageneck, Stolz i inni kontynuowali wesołą biesiadę w swoich kompaniach, a ja i Lammerding postanowiliśmy poszwendać się trochę po zaśnieżonych zaułkach otulonego nocą Littry. Dochodzący do naszych uszu dźwięk muzyki zwabił nas do maleńkiej kafejki, gdzie mimo późnej pory i obowiązującej godziny policyjnej, w najlepsze bawili się miejscowi mieszkańcy. Lammerding uspokoił przestraszonego właściciela knajpki tłumacząc mu, że w takim dniu może trzymać swój przybytek otwarty tak długo, jak chce. Z butelczyną wina usadowiliśmy się w przytulnym kąciku i popatrywaliśmy na tańczących, którzy w tym momencie odprawiali szalone pląsy. Wirująca obok nas w tańcu ciemnowłosa Francuzeczka chwyciła nagle czapkę Lammerdinga, wetknęła ją sobie zabawnie na głowę i w rytm tanga swobodnie odpłynęła w tłum tancerzy. Jednak sytuacja stała się bardzo wybuchowa, gdy jakiś pełen temperamentu Francuz, najwyraźniej mąż owej damulki, gwałtownym ruchem zerwał furażerkę z głowy swojej ukochanej i cisnął ją w stronę Lammerdinga, obrzucając go przy tym wyzywającym spojrzeniem. Tego było już za wiele dla Lammerdinga i tak już bladego ze wściekłości, który zerwał się ze swojego miejsca z zaciśniętymi zębami i, co gorsza, z pistoletem w dłoni. Muzyka przestała grać i zapadła nagła, pełna napięcia cisza. Wszyscy patrzyli z przestrachem na Lammerdinga. Ostrożnie podszedłem do niego i zacząłem szeptać mu na ucho, aby odłożył osąd całego zdarzenia do jutra, kiedy Francuz wytrzeźwieje. Właściciel kafejki zapewnił ze swojej strony, że dopilnuje, aby człowiek ten sam zgłosił się rano do komendantury batalionu. Następnego dnia ów narwaniec faktycznie grzecznie stawił się w naszym sztabie, gdzie osobiście przeprosił Lammerdinga za swój obraźliwy wyskok, który, jak by nie było, trącił brakiem szacunku dla munduru niemieckiego oficera.
31 grudnia nadeszła w końcu moja długo wyczekiwana poczta i postanowiłem spędzić Sylwestra w samotności, czytając listy od Marty. Müller, który dobrowolnie zastąpił nieobecnego Dehorna w roli mojego ordynansa, rozpalił w kominku wonne, sosnowe polana i dostał wolne.
Z przesyłki od Marty wyjąłem miniaturową i pięknie przez nią ubraną świąteczną choineczkę, rozstawiłem wokół równie kruche, malutkie świeczki i rozłożyłem otrzymane prezenty. Aromatyczna, miodowa świeca rzucała dość światła, abym mógł zagłębić się w listy otrzymane od Marty, a jodłowe gałązki, dorzucone do kominka, wypełniły pokój zapachem, który uwielbiałem od dzieciństwa...
W pamięci stanął mi obraz innej wigilii, którą spędziłem z Martą, gdy przyjechała odwiedzić moją rodzinę. Jak na jawie słyszałem teraz jej czysty i dźwięczny głos, kiedy śpiewała świąteczne kolędy. Po raz pierwszy zobaczyłem ją kilka miesięcy wcześniej, gdy śpiewała partię Małgorzaty w "Fauście" w operze w Duisburgu. Od tamtej chwili młody lekarz oddziału traumatologii szpitala imienia cesarza Wilhelma każdy wolny od dyżuru wieczór spędzał niezmiennie wrośnięty w miejsce na widowni opery. Ów młody lekarz, czyli ja, z drżeniem chłonął zaklętą w jej głosie wyrafinowaną subtelność Madamme Butterfly, pikanterię Mimi i temperament Carmen. Byłem absolutnie zachwycony jej artyzmem, a gdy poznałem ją bliżej, poza sceną, jej spontaniczność i szczerość wypowiedzi sprawiły, iż zapłonąłem do niej gorącym uczuciem. Niedługo jednak przyszło mi odjechać tam, gdzie odbywałem służbę wojskową i nie zdążyliśmy się nawet zaręczyć...
Po jakimś czasie, stopniowo i wbrew mojej woli, myśli powoli zaczęły wracać do małego pokoju hotelowego we francuskim Littry.
Na zewnątrz było chłodno, jak to zimą, ale jednocześnie było jakoś zupełnie nie po zimowemu wilgotno. Na dachach leżały grube czapy śniegu, zaś na ulicach królowało błoto. Od kanału wiał ostry, wilgotny wiatr i zwisające z krawędzi dachów sople zaczynały się topić. Nowy, 1941 rok, przyszedł cicho, w akompaniamencie delikatnego szmeru zsuwającego się z dachów śniegu...
Stopniowo i nie od razu, batalion powoli zaakceptował niemającego doświadczenia bojowego kadeta-lekarza. Neuhoff w końcu uznał, że można złożyć na moje barki wszystkie obowiązki związane z prowadzeniem naszego lazaretu. Udało mi się nawet wyfasować całkiem nieźle prezentującego się konia, choć trzeba przyznać, że nastąpiło to dopiero po tym, jak postawiłem majorowi twarde ultimatum w tej kwestii. Na konia wołali Szachraj i oczywiście swoje najlepsze lata miał dawno poza sobą. Nie był zbyt posłuszny i kiedy szedł kłusem, sytuację jeźdźca można było określić jakkolwiek, tylko nie jako wygodną i bezpieczną. Przy tym wszystkim natura bez wątpienia obdarzyła go prawdziwie kawaleryjskim duchem, gdyż zawsze, kiedy miał wybór, wolał gnać dzikim galopem niż truchtać spokojnym kłusem. Gdy jechaliśmy w grupie, z trudem udawało mi się go utrzymać na wodzy, gdyż bezustannie próbował wyrwać się do przodu. Wszystko to dawało się łatwo wytłumaczyć -?zanim trafił w moje ręce, przez całe lata jego właścicielem był major Hök, który przyuczył go do życia na pierwszej linii. Czasami odnosiłem wrażenie, że Szachrajowi absolutnie nie w smak było, iż oddano go w ręce jakiegoś żałosnego lekarzyny. Westwall został natomiast zdegradowany do bardziej odpowiedniej dla niego roli w zaprzęgu sanitarnym. Ostatecznym etapem na mojej męczeńskiej drodze zdobywania autorytetu w batalionie było oświadczenie pułkownika Beckera, który przedłożył wniosek o awansowanie mnie do stopnia porucznika. Tę radosną wiadomość uroczyście przekazał mi w osobistej rozmowie po tym, jak wpadł do mojego lazaretu z "nieoczekiwaną" inspekcją, o której na szczęście zawczasu poinformował mnie Kageneck. Przy okazji wiedziałem też o tym, iż inspekcja była między inny rezultatem niejednokrotnych zażaleń kierowanych pod moim adresem przez kapitana Noacka, dowódcę naszej dziewiątej kompanii, z którym posprzeczaliśmy się o jakąś bzdurę od razu w czasie naszego pierwszego spotkania. Jednakże, dzięki pośrednictwu Kagenecka i Stolza, udało nam się wyjaśnić to drobne nieporozumienie, które kładło się cieniem na naszym pokojowym współistnieniu. Zresztą niedługo potem Noack, rozkazem Beckera, został przeniesiony na stanowisko dowódcy czternastej kompanii niszczycieli czołgów naszego batalionu. Dziewiątą kompanię objął porucznik Teitgen, któremu wróżono wielką i wspaniałą karierę wojskową. Będąc niewysokiego wzrostu, odznaczał się niesłychanie aktywną naturą, kipiącą wręcz energią. Jego podwładni nigdy się nie nudzili. Do mnie, na przykład, regularnie zwracał się z prośbami, aby zrobić jego kompanii wykład o udzielaniu pierwszej pomocy albo podszkolić ją w kwestii potrzeby utrzymywania higieny osobistej, to znowu wymyślał coś tam jeszcze. Teitgen był życzliwym i przyjaźnie nastawionym konusem, ale nasze nieoficjalne, pozasłużbowe spotkania w gronie oficerskim traktował bez specjalnego entuzjazmu i radości, jako poniekąd obowiązkowe i, co prawda, całkiem sympatyczne, ale niezupełnie konieczne przedsięwzięcia, które chętnie zamieniłby na inny rodzaj zajęć. Powód ku temu był bardzo prosty i całkowicie go usprawiedliwiający: myślał tylko o tym, jakby tu się urwać i czym prędzej wrócić do wypełniania obowiązków służbowych w powierzonej mu kompanii.
Nawiasem mówiąc, przyszłość pokazała, że Noack także był dobrym kompanem i świetnym żołnierzem, o naszej drobnej scysji wspomniałem wyłącznie po to, aby zobrazować, jak niełatwo było mi wpasować się w społeczność oficerów naszego batalionu i stać się jej pełnoprawnym członkiem. Ale taki, na przykład, porucznik Kramer, dowódca jedenastej kompanii, był typem człowieka, który nigdy nie budził we mnie przyjacielskich uczuć, a moją antypatię do niego podzielała większość oficerów batalionu. Pewnego pogodnego, słonecznego dzionka, gdzieś pod koniec stycznia, razem ze Stolzem wpadliśmy na pomysł, aby podczas konnej przejażdżki po okolicy złożyć Kramerowi niespodziewaną wizytę. Jego kompania kwaterowała w wielkim, starym zamku, położonym siedem czy osiem kilometrów od Littry i nasz porucznik żył tam jak jakiś średniowieczny feudał. Stolz zresztą tak właśnie nazywał to miejsce: "chateau Kramer". I rzeczywiście, ów niemożliwie cudny zespół architektoniczny był prawdziwym pomnikiem chronicznego poczucia niższości Kramera, które brało się wyłącznie stąd, iż on sam, podobnie zresztą jak wielu innych, do kasty oficerskiej wydźwignął się z prostego szeregowego. Fakt ten na wielu działał odpychająco. I choćby z tej przyczyny trudno go było zaliczyć do prawdziwych oficerów...
W drodze powrotnej dywagowaliśmy na temat skromnego budyneczku, w którym Stolz dla odmiany zakwaterował swoją kompanię -?w porównaniu z tym, co zobaczyliśmy u Kramera, kontrast był przeogromny. Jednakże w dziesiątej kompanii Stolza panowała idealna dyscyplina, starannie, z własnej woli podtrzymywana przez samych żołnierzy. Dyscyplina ta była bezpośrednim następstwem ich szacunku, sympatii i bezgranicznego przywiązania do swojego wspaniałego dowódcy. Szczerze mówiąc, Stolz miał też kupę szczęścia. Wśród podoficerów miał absolutnie unikalnego faceta, starszego sierżanta Schnittgera, najlepszego podoficera w całym naszym batalionie. Gdy przybyliśmy na kwatery, zastaliśmy go, gdy troskliwie przypatrywał się warzeniu potrawy z ogromnej ilości gołębi, które zakupił dla swoich żołnierzy na miejscowym rynku. Kucharzami, którzy celebrowali to wielkie gotowanie, było dwóch braci-bliźniaków - całkowicie identycznych, krzepkich blondynów. Obydwaj piękni kawalerowie czerpali ogromną przyjemność z faktu, że zawsze, gdy pojawiali się na uliczkach Littry, powodowali zamieszanie i popłoch wśród piękniejszej części lokalnej społeczności. Według słów Schnittgera, miejscowy rynek był dosłownie zawalony gołębiami, a to z takiej przyczyny, iż dosłownie przed kilku dniami Wehrmacht zarządził, aby odstrzelić absolutnie wszystkie, co do jednego, gołębie pocztowe w Normandii. Powodem tej decyzji były jakoby przypadki używania przez Francuzów gołębi do przesyłania tajnych meldunków na drugą stronę kanału, do Anglii. Rzecz jasna, miejscowi hodowcy nie byli uszczęśliwieni tym zarządzeniem i z własnej inicjatywy starali się ubiec wojskowe patrole "egzekutorów", które z nadmiernej gorliwości, lub też za przyczyną mizernej wiedzy z zakresu ornitologii, wzięły się za ukręcanie łbów wszystkim bez wyjątku gołębiom w mieście, małym i dużym, zwykłym pocztowym, jak również cennym, rasowym egzemplarzom...
Styczeń i luty przeleciały jak z bicza strzelił i do Normandii zawitała wiosna. Jednak mimo krążących słuchów, jej nadejście nie zbiegło się w czasie z dostarczeniem nam różnych rodzajów sekretnych broni, które rzekomo tylko czekały na rozkaz użycia podczas inwazji i już, już za chwilę miały być przetestowane w walce z prawdziwym przeciwnikiem. Jedyną rzeczą, którą realnie przyniosła wiosna, było mnóstwo nowych pogłosek i plotek oraz, oczywiście, wieści o wielce zuchwałym rajdzie, który uskutecznił w naszym rejonie angielski oddział desantowo-dywersyjny. Słuchy o tym wypadzie uparcie powtarzano w całej niemieckiej armii, pomimo wysiłków Wehrmachtu, aby utrzymać zajście w tajemnicy. Tak więc, niewielki oddział Anglików wylądował na naszym brzegu w rejonie Grandcamp, niedaleko od miejsca, w którym wciąż uparcie czekały na inwazję nasze środki przeprawowe. Problem bynajmniej nie leżał w samym fakcie ich lądowania, ale w tym, że udało im się niepostrzeżenie podkraść do naszej stacji radarowej, ulokowanej na praktycznie pionowym nadbrzeżnym urwisku, gdzie bez jednego wystrzału powiązali w pęczki cały personel i ochronę. Następnie całą instalację, stanowiącą obiekt o najwyższej skali tajności, rozmontowali na drobne kawałki i wszystkie elementy w komplecie i w nienaruszonym stanie zabrali ze sobą. Żeby nam jeszcze bardziej dopiec, i to nie jakoś tam zwyczajnie, ale w szyderczej i żartobliwej formie, porwali ze sobą tamtejszego kucharza -?także w jednym kawałku.
Ten nadzwyczajny rajd angielskich dywersantów stał się dla nas odczuwalnym psychologicznym, a także i moralnym wstrząsem; w szczególności odczuły to te pododdziały, które rwały się do walki i były już skrajnie znudzone monotonią codziennych, szablonowych ćwiczeń i przygotowań. Wreszcie odnieśliśmy wrażenie, że już za moment nadejdzie rozkaz rozpoczęcia operacji "Lew Morski". Neuhoff zwołał wszystkich oficerów na ogólną naradę. Nowiny, które nam ogłosił, wywarły na nas nie mniejsze wrażenie, niż nagła eksplozja bomby: inwazja na Anglię zostaje odłożona na czas nieokreślony, zaś my mamy niezwłocznie przygotować się do przegrupowania, czyli dalekiej podróży koleją. Punkt docelowy tej dyslokacji lub bodaj przybliżony teatr działań wojennych był, jak na razie, nieznany. Wszystkich obowiązywała ścisła tajemnica.
Tej samej nocy w trybie przyspieszonym opuściliśmy Littry i przez kilka następnych, męczących dni, pociąg wiózł nas przez Francję i Niemcy w ogólnym kierunku na wschód, przy czym nasz skład omijał duże miasta i często przestawiany był na boczne tory, gdzie za każdym razem stał przez jedną czy dwie godziny. W Normandii, podczas przygotowywania do załadunku naszej amunicji i wyposażenia, zdrowo się pociliśmy. Teraz za to, im bardziej zagłębialiśmy się w strefę klimatu kontynentalnego, tym więcej zimowych pejzaży przemykało nam przed oczami. W Olsztynie śnieg leżał jeszcze grubą warstwą, mróz szczypał w twarze, a jeziora Prus Wschodnich wciąż były skute lodem. Wyładowaliśmy się z pociągu i kontynuowaliśmy podróż na wschód pieszo. Pogoda była ostro zimowa, w dokładnym znaczeniu tego słowa. Poruszaliśmy się wyłącznie nocami, w ciągu dnia spaliśmy po stogach siana, spichlerzach i z rzadka w domach oddanych nam do dyspozycji przez miejscową ludność, ale tylko wtedy, gdy otrzymywaliśmy specjalne zezwolenie z góry. W przededniu oczekujących nas wydarzeń wszystko to hartowało nas i wzmacniało.
W naszych rozmowach zamiast określenia "Lew Morski" coraz częściej pojawiało się nowe słowo -?"Barbarossa". W jakiś sposób udanie kojarzyło się z krajobrazami słabo zaludnionych, równinnych połaci wschodnich Niemiec -?dawnej krainy teutońskich rycerzy i krzyżowców. Na koniec doszliśmy do Filipowa w rejonie polskich Suwałk, trzynaście kilometrów od linii demarkacyjnej, ustalonej ze Związkiem Radzieckim... Znaczyło to, że przygotowują nas do wojny na froncie wschodnim, czyli na terenach, których ogrom i bezmiar był trudny do ogarnięcia. Krążyły słuchy, że do wojny z Rosją wystawimy sto siedemdziesiąt dywizji, których ogólna liczebność wynosiła ponad trzy miliony żołnierzy. Gdy doszliśmy do naszych pozycji nad granicą, dotarło do nas w końcu znaczenie tajnego słowa "Barbarossa"...
* * *
-?Czy mogę przynieść panu porucznikowi coś do jedzenia? -?usłyszałem nagle głos Dehorna, który w wyczekującej pozie stał za moimi plecami.
Z pewnym wysiłkiem otrząsnąłem się z głębokiej zadumy i kiwnąłem mu głową. Zauważyłem, że Müller skończył w tym czasie czyścic mój automat i teraz starannie sortuje różne rodzaje bandaży opatrunkowych. Neuhoff i Hillemanns dyskutowali o czymś z ożywieniem, nie przerywając jedzenia, a Dehorn powolutku zbliżał się do mnie, niosąc ostrożnie talerz po brzegi szczodrze wypełniony gulaszem.
Jeden z naszych łączników minął nas na rowerze. Dowiedzieliśmy się od niego, że nasze kompanie na całej długości odcinka doszły do Niemna i wzięły po drodze dziewięciu jeńców. Dwustu czy trzystu Rosjan ratowało się przy tym ucieczką wpław, porzucając na brzegu całe swoje uzbrojenie i wyposażenie.
-?Niewdzięczna robótka, szkoda gadać! -?doleciał do mnie powściągliwy komentarz Neuhoffa. -?Nie zdziwię się, jak nasi ludzie odpoczną gdzieś po drodze w tych lasach godzinkę lub dwie i wrócą na miejsce koło czwartej-piątej po południu. Czyż nie tak Hillemanns? Zobaczysz! Żarcia mamy dużo i to całkiem dobrego. Jeszcze gorącą kawę dla nich trzymamy.
Cierpliwie czekaliśmy na powrót naszych kompanii, wysłanych do oczyszczenia lasu, aby wspólnie ruszyć w dalszą drogę w kierunku rzeki. Z tego, co mówił łącznik-rowerzysta, żadna robota tam na mnie nie czekała. Strasznie, ale to strasznie się mylił -?pracy miało być aż w nadmiarze.
Ran odniesionych w boju na szczęście faktycznie nie było. Za to każdy z żołnierzy zapragnął przed wymarszem umyć poranione i obolałe nogi w chłodnej rzece. Rozmoczone w wodzie nogi opuchły jednak jeszcze bardziej i pokrywające je bąble popękały. Kiedy ludzie z trudem ponaciągali buty, stopy obtarły im się jeszcze bardziej, niż wcześniej... Nalegałem po tym, aby w rozkazie dla batalionu zawarta była specjalna instrukcja służb medycznych mówiąca, że "wszystkim żołnierzom zabrania się kąpieli i mycia nóg, za wyjątkiem tych przypadków, kiedy wiadomo, że w ciągu najbliższych dwudziestu czterech godzin nie będą podejmowane żadne marsze. Zamiast mycia nóg rekomenduje się smarowanie stóp olejem słonecznikowym, lub innym tłuszczem pochodzenia zwierzęcego. Olej słonecznikowy zostanie wydany wszystkim kompaniom, natomiast w tej chwili można go otrzymać od kaprala Wegenera." Wydawało mi się wtedy, że ośmiuset ludzi ze śmierdzącymi nogami jest wartych znacznie więcej, niż ośmiuset żołnierzy z nogami pokrytymi bolesnymi bąblami, które uniemożliwiają marsz i wymagają leczenia.
Niekończący się marsz
Niemen został już czterdzieści kilometrów za nami, a stojące w zenicie słońce prażyło niemiłosiernie maszerujące kolumny. Z suchymi, spękanymi wargami, rozpalonymi i zaczerwienionymi oczami i z twarzami pokrytymi warstwą pyłu, ludzie niezłomnie brnęli na wschód. W głowach tłukła się im jedna, jedyna myśl -?paść plackiem i przespać się chociaż kilka godzin. Jednak nieprzerwany marsz trwał i trwał, polnymi drogami bezustannie szliśmy przez pola i lasy...
Nasze jednostki uderzeniowe, szwadrony kawalerii i ruchliwe pododdziały cyklistów były już daleko przed nami. Oczyszczali nam drogę, osłaniali nasz przemarsz i uparcie deptali po piętach wrogowi, który stosował w naszym sektorze frontu wszelkie możliwe sposoby z arsenału taktyki obronnej, aby nas spowolnić. Jednocześnie, mijając przydrożne wsie, zaczęliśmy zauważać zupełnie inny nastrój ducha wśród okolicznej ludności. W porównaniu z dwoma pierwszymi dniami było widać ogromną różnicę: jeśli wcześniej ulice i drogi były kompletnie opustoszałe i wyludnione, jakbyśmy co najmniej przechodzili przez jakieś osady-widma, tak teraz wzdłuż dróg zaczęło pojawiać się coraz więcej i więcej Litwinów. To tu, to tam, ledwie odczuwalne podmuchy lekkiego wiatru leniwie kołysały pojawiającymi się żółto-zielonymi flagami. Teraz Litwini wierzyli już w nadchodzące zwycięstwo Niemiec i wywieszane flagi symbolizowały nową erę wolności dla ich ojczyzny. Niektórzy mieszkańcy wciskali żołnierzom papierosy, kubki z wodą i bochny świeżo wypieczonego chleba. Po ich spojrzeniach było widać, że robią to zarówno z radością, jak i z rozpaczliwą nadzieją, że Ruscy już nigdy tu nie wrócą.
Po południu stanęliśmy na kilka godzin odpoczynku w cieniu przydrożnego lasu. Żołnierze momentalnie zasypiali, podkładając sobie pod głowę torby z maskami przeciwgazowymi, kamienie lub po prostu zgiętą rękę. Każdy z takich postojów zwiastował dla mnie mnóstwo pracy. Do mojego namiociku ustawiała się od razu długa kolejka ludzi cierpiących na rozliczne niedomagania, zranienia czy po prostu mających otarte do krwi stopy. Dzisiaj zdarzyło się jeszcze kilka przypadków udaru słonecznego. Na taką okoliczność miałem przygotowane specjalne zastrzyki. Kolejnym nieszczęściem okazała się zanieczyszczona woda, więc dopóki kuchnia polowa nie zdążyła zagotować herbaty, rozdawałem wszystkim chętnym wodę, przepuszczoną przez specjalny aparat filtrujący, który woziliśmy ze sobą. Cały skład osobowy został kilkakrotnie zaszczepiony przeciwko tyfusowi plamistemu, paratyfusowi i dezynterii, ale na wszelki wypadek wolałem nie ryzykować. Wydano zresztą specjalną instrukcję, zabraniająca picia nieprzegotowanej lub niefiltrowanej wody.
Ale żołnierz, wycieńczony wielogodzinnym pragnieniem skorzysta z pierwszej, nadarzającej się okazji i wypije każdą wodę, jaka wpadnie mu w ręce i nie powstrzyma go żaden, nawet najbardziej specjalny rozkaz dowództwa. Rozwiązanie tego problemu znalazł nieoczekiwanie Müller. Któregoś ranka znalazł rozsypaną koło jednej ze studni całą masę podejrzanych, nieoznakowanych ampułek. Od razu przyniósł je do mnie, a ja oczywiście wysłałem je do analizy do najbliższego szpitala. Na szczęście, w ampułkach nie było niczego, co zagrażałoby życiu czy zdrowiu, ale historia obrosła w szybko rozprzestrzeniająca się legendę, jakoby Rosjanie zatruwali wszystkie źródła wody pitnej jakąś nieznaną nam trucizną. Zrozumiałe było, że nie miałem zamiaru zaprzeczać tym pogłoskom. W czasie wieczornego postoju Müller i Dehorn przyprowadzili przed moje oblicze sześciu zupełnie upadłych na duchu żołnierzy, którzy przyznali się do picia wody z "zatrutej" studni. Jednym z nich był Kolończyk Zemmelmayer, pomocnik naszego kucharza i wielki żartowniś. Z jego wesołości nie pozostało ani śladu, gdyż fakt, że jest nie tylko żołnierzem, ale jeszcze pomocnikiem kucharza, pogrążał go w tej sytuacji całkowicie.
-?Jak ich złapałeś? -?zapytałem Müllera.
-?Bardzo łatwo, panie poruczniku -?odpowiedział Müller półgłosem, odciągając mnie na bok. -?Rozpuściłem pogłoskę, że za pomocą specjalnego antidotum będziemy w stanie uratować życie każdemu, kto pił wodę ze studni. W przeciwnym razie śmierć murowana.
-?Sprytnie... I co teraz mamy z nimi zrobić, "panie doktorze"?
-?A bo ja wiem... Może by im zrobić ostrą lewatywę z oleju rycynowego?
Dehorn, przypatrując się roztrzęsionym i nic nierozumiejącym biedakom, roześmiał się gromko, czym wprawił ich w jeszcze większe zakłopotanie.
-?Ależ z ciebie nielitościwy konował, Müller. Myślę, że oni są zbyt wykończeni marszem, aby wytrzymać prawdziwe płukanie żołądka. Dajmy im po trzy łyżki aktywnego węgla i po dużej łyżce oleju rycynowego. Szkody im to nie przyniesie, a będzie dobrą nauczką na przyszłość.
Następnego ranka jeszcze osiemnastu ludzi przyznało się Müllerowi, że piło "zatrutą" wodę. Sam już wydał im "antidotum" w postaci tegoż węgla i rycyny. Po tej zabawnej historii jedyne narzekania związane z dolegliwościami żołądkowymi kierowane były pod adresem kucharzy, którzy przyżądzali posiłki wyłącznie w oparciu o filtrowaną i przegotowaną wodę, zaś na postojach musieli pracować do upadłego, aby napoić wszystkich kawą i herbatą.
Pokonywaliśmy kilometr za kilometrem, obeszliśmy Grodno z boku i skierowaliśmy się w stronę Lidy. Od czasu do czasu przelatywały nad nami rosyjskie samoloty -?być może ich celem był most na Niemnie, przez który przechodziliśmy. Nasi przeciwlotnicy upiększali trajektorię ich lotu sympatycznymi białymi obłoczkami rozrywających się pocisków, ale ludzi, ponuro wlokących się drogą, interesowało wyłącznie to, co dotyczyło ich samych i nie kierowali już wzroku na nic innego, niż na ich własną, osobistą wojnę. Na tym etapie własna wojna ograniczała się dla każdego do kilku bardzo prostych spraw: ciężkiej drogi, bólu w schodzonych nogach, suchości w ustach, ciężaru karabinu i generalnie tego, co może się wydarzyć podczas kilku najbliższych kroków. Otuchę w serca wlewała wyłącznie myśl o następnym postoju. Każdy marzył wyłącznie o tym, aby nie wlec krok za krokiem stutonowych, zdrętwiałych nóg, wreszcie się zatrzymać i ukraść kilka godzin snu. Nie było słychać żadnych śpiewów, żadnych żartów, żadnych głupich rozmów -?wyłącznie krótkie, proste odpowiedzi i to tylko wtedy, gdy było to niezbędne. Kolumna posuwała się drogą praktycznie w całkowitym milczeniu. Od czasu do czasu organizowano nieoczekiwane wypady na pola i do przydrożnych lasków celem wyłapania i unieszkodliwienia mogących ukrywać się tam Rosjan. Było to konieczne, więc polecenia wykonywano z całą pedanterią, ale już bez entuzjazmu, który był zarezerwowany wyłącznie po to, by zmusić się do dalszego marszu po zakurzonej drodze.
Purpurowo czerwone słońce powoli tonęło coraz niżej we wzbijanych przez nas tumanach kurzu. W końcu skryło się zupełnie za horyzontem, ale w gęstniejącym mroku nasz posępny pochód trwał nieprzerwanie dalej. Zaczynaliśmy powoli marzyć o tym, żeby Rosjanie gdzieś się w końcu zatrzymali... Marzyliśmy o czymkolwiek, nawet o walce, która przerwałaby niedającą się wytrzymać monotonię i ten zabójczy marsz bez końca. W końcu około północy oznajmiono, że zatrzymujemy się na nocleg w dużym gospodarstwie położonym w pewnej odległości od drogi. W ciągu całego dnia przeszliśmy ponad sześćdziesiąt kilometrów!
Godzinę później łącznik ze sztabu pułku przyniósł niewiarygodną wiadomość: jutrzejszy dzień miał być dla naszego batalionu dniem odpoczynku! Wielu już zdążyło do tego czasu twardo zasnąć, pozostali powitali nowinę głośnymi, radosnymi okrzykami. Dzikie wrzaski w najmniejszym stopniu nie przeszkodziły śpiącym kolegom.
* * *
Żołnierze, kąpiący się na golasa w stawie obok gospodarstwa, głośnymi krzykami, gwizdami i śmiechem witali niebrzydką dojareczkę, która, jakby nigdy nic, szła do obory. Po długim, nocnym śnie, myśli młodych, zdrowych mężczyzn kierowały się ku bardziej normalnym sprawom, niż w ostatnich dniach i dojarka jawnie nie pozostawała obojętna na takie dowody zainteresowania swoją skromną osobą. Na ten dzień odwołałem swój zakaz kąpieli i mycia nóg, ponieważ szczęśliwym zrządzeniem losu nigdzie się dzisiaj nie wybieraliśmy. Ci, którzy nie kapali się w stawie, rozebrani do pasa biegali na bosaka, prali skarpetki i onuce i doprowadzali do porządku umundurowanie. Wszyscy bez wyjątku byli w doskonałym, niemal świątecznym nastroju.
Od czasu do czasu dobiegały do nas dalekie, przytłumione odległością, odgłosy kanonady. Wydawało się, że słychać je tak samo dobrze, jak poprzedniego wieczoru i poczułem, że staję się trochę niespokojny. Później, w ciągu dnia, Kageneck skądś wyniuchał, że pod Białymstokiem okrążyliśmy dwie całe rosyjskie armie, które przez dwie doby zawzięcie próbowały przerwać zaciskający się wokół nich stalowy pierścień. Natomiast kanonada, którą słyszeliśmy, niosła się od strony otoczonej przez nas twierdzy Grodno.
Ustawiła się do mnie kolejka żołnierzy ze starannie wymytymi nogami. Wszyscy przyszli na kontrolę i ewentualne leczenie. W końcu mogłem im poświęcić dokładnie tyle uwagi, na ile naprawdę zasługiwali. Teraz nigdzie nie musiałem się spieszyć. Powoli przemywałem jodem bąble, większe przekłuwałem i dezynfekowałem, nożycami chirurgicznymi usuwałem skórę z najbardziej zaognionych miejsc i zaklejałem je specjalnym, cienkim plastrem tak, aby potem można było w miarę sprawnie i bezboleśnie wcisnąć nogę w wojskowy but. Nigdy w życiu nie usunąłem tylu kawałków obumarłej skóry w ciągu jednego dnia! Tylko w kilku przypadkach trzeba było skierować delikwentów do szpitala na tyłach. Były i prostsze dolegliwości, włącznie z biegunką, najpewniej wywołaną piciem zanieczyszczonej wody. Jeden żołnierz spadł z konia, dwóch cierpiało na ostre zapalenie spojówek w rezultacie długiego przebywania w gęstych tumanach kurzu. Generalnie jednak, stan naszych ludzi po pierwszych trzech dniach kampanii był całkiem zadowalający. Uważałem, że to na moich barkach spoczywa osobista odpowiedzialność za takie działanie, które sprawi, że gdy dojdzie już do prawdziwych walk, Neuhoff będzie dysponował batalionem stuprocentowo zdrowych żołnierzy. Gdy zaczną się autentyczne działania bojowe, nie będziemy już mieli możliwości, aby poświęcać tyle czasu na codzienną, zwykłą pomoc medyczną.
Stolz, bez butów i goły do pasa, rozkoszował się miękkim, popołudniowym słońcem i malowniczo rozpostarty na wiązce siana pałaszował pieczonego ziemniaka. Nagle dostrzegliśmy gwałtownie gestykulującego litewskiego chłopa, który pędem gnał w naszym kierunku od strony pobliskich zabudowań. Widać było, że ma nam do zakomunikowania coś bardzo pilnego.
-?Chodź no tutaj! -?przywołał go Stolz.
Ni w ząb nie mogliśmy zrozumieć nawet słowa z tego, co trajkotał wystraszony Litwin. Znajomo brzmiały tylko powtórzone kilkakrotnie słowa "Russke! Russke!". Mówiąc to, cały czas wyciągał rękę w kierunku oddalonego od nas o kilkaset metrów lasu.
-?W lesie siedzą Ruscy -?"przetłumaczyłem" jego wywód.
-?Tak, czy inaczej, nie może ich być zbyt wielu -?z pełnymi ustami, zupełnie spokojnie i wręcz niemrawo wydobył z siebie Stolz.
Z niezmąconym spokojem żując ziemniaczka, wziął do ręki swój automat, wetknął w kieszenie spodni kilka granatów i, wciąż boso i goły do pasa, nieśpiesznie pomaszerował w kierunku lasu w towarzystwie około dziesięciu swoich ludzi. Po kilkunastu minutach zameldował się z powrotem, popychając przed sobą trzech rosyjskich jeńców -?jednego oficera i dwóch żołnierzy.
Jeńców odprowadzono na fermę, gdzie w pokoju gościnnym z dużym kominkiem Lammerding wziął się za ich przesłuchanie. Oficer, który pełnił funkcję tłumacza, znał język rosyjski bardzo powierzchownie, ale mimo to, choć z ogromnym trudem, udało nam się wydobyć z pojmanej trójki tę informację, która nas najbardziej interesowała.
Nasz atak całkowicie zaskoczył tych ludzi, którzy spokojnie spali w swoim żelbetonowych schronie bojowym na granicy. Nie mieli najmniejszego pojęcia o tym, że znajdujemy się z nimi w stanie wojny, ale gdy w końcu nasze pociski dużego kalibru zaczęły wstrząsać ścianami ich bunkra, podjęli mężną, ale niezbyt rozsądną decyzję, by bronić swojego stanowiska "do ostatniej kropli krwi". Niestety, szanse na to, by zostać prawdziwymi bohaterami zostały zniweczone przez nasze wojska, które, kolumna za kolumną, po prostu przechodziły obok i zagłębiały się w rosyjskie terytorium. Dzielni obrońcy schronu bojowego doszli w końcu do wniosku, że ich postawa nie tylko nie ma sensu, ale zwyczajnie grozi im śmiercią. Cała grupa oficerów i żołnierzy wyślizgnęła się na zewnątrz z zamiarem dołączenia do swoich wycofujących się jednostek. Gdy Stolz natknął się na trzech z nich, mijała już czwarta doba z rzędu, odkąd bezradnie błądzili nocami po lesie. Byli skrajnie wymęczeni i nieludzko głodni, a poza tym nie mieli najmniejszego pojęcia o ogólnej sytuacji na froncie i nie zdawali sobie sprawy, gdzie się znajdują. Fakt, że ostatecznie trafili do niewoli nie miał dla nich w zasadzie żadnego znaczenia. Najbardziej interesującym wnioskiem, płynącym z przesłuchania było to, że w dniu 22 czerwca Armia Czerwona była kompletnie nieprzygotowana do odparcia naszego ataku. Wyglądało na to, że na naszym odcinku w gruncie rzeczy atakowaliśmy armię, która spała.
Wegener wrócił "moim" Mercedesem i przywiózł ze sobą młodego podporucznika, którego wyznaczono do odbycia służby w naszym batalionie na miejsce poległego Stocka. Oficer nazywał się Bolski i momentalnie, za jego plecami, przechrzczono go na "Polski". To niewinne przezwisko doprowadzało go do nieopisanej furii. Bolski, który wywodził się z bałtyckich Niemców, pałał zajadłą nienawiścią zarówno do Rosjan, jak i Polaków i nie znosił ich niczym czarnej dżumy. Jego straszliwa nienawiść obejmowała też przy okazji Anglików i to pomimo faktu, iż jego rodzona babka była Angielką. Odnosiło się wrażenie, że miał jakąś wewnętrzną, chorobliwą potrzebę, aby zawsze i przy każdej okazji usilnie podkreślać, że jest najprawdziwszym, czystej krwi Niemcem z Prus Wschodnich. Neuhoff skierował go do dwunastej kompanii, którą dowodził von Kageneck. A u Kagenecka, który z pewnością był stuprocentowym Niemcem, i to jeszcze błękitnej krwi, Bolski dosłownie wychodził ze skóry, aby udowodnić sobie samemu i wszystkim, którzy chcieli z nim jeszcze gadać, że jest nie tylko super prawdziwym, ale i stupięćdziesięcioprocentowwym Niemcem.
Niedługo przed tym, jak słońce zaczęło kryć się za horyzontem, usłyszeliśmy delikatną melodię graną na lutni i dochodzącą gdzieś z altanki położonej koło zabudowań gospodarstwa. Lammerding i ja, zwabieni niezwykłymi dźwiękami, udaliśmy się w tamtym kierunku i zobaczyliśmy bardzo starego Litwina, który grał na swym osobliwym instrumencie dla grupki naszych żołnierzy. Jego długa, śnieżnobiała broda upodabniała go do barda z dawno minionych czasów. Zapytaliśmy, czy w domu może zagrać nam coś jeszcze. Przeszliśmy do chałupy, starzec usadowił się przy piecu i jego palce, drżąc lekko, na mgnienie oka zamarły w bezruchu na strunach starego, jak on sam, instrumentu. Wszyscy oficerowie i żołnierze zamilkli jak na komendę i w zadumie stali, opierając się o ściany, wokół siwowłosego artysty, w pełnej szacunku ciszy czekając na pokaz jego sztuki.
Pierwsze dwa akordy, ledwie dosłyszalne, wypłynęły niczym z jakiejś odległej, tajemniczej głębiny. Początkowo jakby z niepewnością wyszukiwały sobie drogę ku słuchającym, a następnie niezauważalnie rozkwitły w nieskazitelną, wyrafinowaną melodię -?melancholijną i niemalże rozżaloną, ale przy tym nie smutną. Osobiście odbierałem tą nostalgię zaklętą w melodii, jako muzykalne wyrażenie swojego "ja" przez duszę narodu, który przez stulecia cierpiał od graniczącej z niewolnictwem zależności od innych. Po chwili nastrój nieuchwytnie zaczął się zmieniać, coraz szybszy i szybszy rytm muzyki stawał się pulsujący i niemalże agresywny. Wyraz twarzy starca, do tej pory spokojny, beznamiętny i zupełnie oderwany od przyziemnych problemów, teraz całkowicie się zmienił. W oczach barda zapłonął ogień i nagle z jego piersi wyrwała się pieśń. Głos, przytłumiony wiekiem, był jednak czysty i wyraźny, czuliśmy, że starzec nie myli nawet jednej nuty. Wydawało się, że jest niczym poeta, który opiewa chwałę swego narodu, odzyskującego utraconą kiedyś wolność. Myślę, że ci, którzy po nas przybyli na Litwę i obsadzili stanowiska w wojskowej i cywilnej administracji, pokpili sprawę w jednej, bardzo ważnej kwestii: pozostali głusi na przejmujące wołanie o wolność i narodowe samostanowienie. Krótkowzroczność, z jaką odtrącili, w kwestii propagandy politycznej i czynnej walki z Rosją, pomoc ludzi, podobnych naszemu starcowi, była największym i niewybaczalnym błędem. Wzgardzono bezcenną skarbnicą dobrej woli tego narodu, która tylko czekała, aby ją otworzyć. W efekcie nastąpiło coś zupełnie przeciwnego, co ostatecznie sprowadziło się do takich samych prześladowań, gnębienia i wszystkiego tego, co przez stulecia obcego ucisku było dla Litwinów codziennością.
Niektórzy z naszych żołnierzy, słuchając muzyki, zaczęli przy tym oglądać z zachwytem wewnętrzy wystrój domostwa. Największe wrażenie zrobił na nich ogromny, kamienny piec, zajmujący centralne miejsce w największym pokoju. Miał bardzo grube ściany, odkryte palenisko i kilka wnęk, w których poustawiane były, dość prymitywne na pierwszy rzut oka, gliniane naczynia. Imponujące rozmiary całej konstrukcji sprawiały, że pomieszczenie było podzielone jakby na dwie osobne części.
-?Hej, dziadku! -?dobiegł głos jednego z żołnierzy. -?Na pewno masz dużą rodzinę, ale po co ci aż taki wielki piec?
Starzec uśmiechnął się tajemniczo. Mówił po niemiecku na tyle dobrze, że wiedział, o co go pytano.
-?Będziecie w Rosji tej zimy? -?zapytał żołnierza głosem, który nagle zabrzmiał słabo i cicho.
-?Może i tak...
-?No to zrozumiecie, po co są takie piece. Ale niewykluczone, że wtedy nie będzie wam już do śmiechu.
* * *
Południe następnego dnia zastało nas ponownie w kolumnie maszerującej na wschód. Droga była paskudna, jak nigdy dotąd, w nocy zaś zaczął się prawdziwy koszmar, gdy trzeba było brnąć po stromych, a miejscami wręcz urwistych pagórkach, którymi usiana była ta okolica. Najgorsze były jednak wypełnione wodą dziury, wyboje i niesamowicie głębokie koleiny. W nocnej ciszy co i raz rozlegały się głośne krzyki woźniców, bez przerwy wrzeszczących na swoje konie. Biedne, wymęczone zwierzęta, zaprzęgnięte do ciężkich wozów, z najwyższym trudem pokonywały głębokie, piaszczyste jamy, których pełno było na stokach pagórków. Bez przerwy trzeba było robić krótkie przystanki, aby dać choć chwilę wytchnienia kompletnie opadłym z sił koniom. Po chwili jednak poganiacze znowu ciągnęli je za wodze i nieszczęsne zwierzaki, rozdymając chrapy i ciężko dysząc, ponownie próbowały wlec swoje ciężkie zaprzęgi. Momentami odnosiło się zabawne wrażenie, że zaprzęgi ciągną ludzie, natomiast konie pomagają im tylko na miarę resztek swoich sił. Wozy skrzypiały żałośnie, posuwały się do przodu na niewielką odległość, a ich koła beznadziejnie zagrzebywały się w głębokim piasku.
Mimo to forsowny marsz na wschód trzeba było kontynuować, a koła musiały się kręcić. Każda kompania wydzieliła po dwie, a nawet trzy grupy żołnierzy, którzy mieli za zadanie pomagać w pchaniu i ciągnięciu zaprzęgów na trudno przejezdnych odcinkach drogi. Gdy tylko wóz zaczynał niebezpiecznie zwalniać, grożąc zaryciem się po osie, żołnierze rzucali się w jego stronę i napierając ze wszystkich sił, pomagali przepchnąć zaprzęg przez zdradliwe miejsce. Słońce zdążyło już wstać nad wschodnim horyzontem, a nasz nieubłagany i wręcz zażarty ruch do przodu zdawał się nie mieć końca. Ludzie i konie, pracując razem i wypruwając z siebie ostatnie siły, nieprzerwanie pchali i ciągnęli zapakowane po brzegi furmanki. Wielu żołnierzy pozdejmowało swoje kurtki wojskowe i podkoszulki. Pot strumieniami spływał im po plecach i zaraz osiadał na nich rudy pył, zamieniając się wkrótce w twardą, burą skorupę. Grupy wyznaczone do pchania zaprzęgów kolejno się zmieniały i wracający do kolumny żołnierze z wdzięcznością dziękowali Opatrzności za to, że przez jakiś czas mogą po prostu iść pieszo sami.
Najlepsze drogi, z najtwardszą i najbardziej odporną na zniszczenie nawierzchnią, były zarezerwowane dla naszych czołowych oddziałów uderzeniowych, aby zapewnić im możliwość szybkiego posuwania się w głąb Rosji. Zaliczały się do nich oddziały zmotoryzowane i baterie artylerii. Piechota natomiast, której środki transportowe były oparte wyłącznie na zaprzęgu konnym, miała zaszczyt posuwać się mniej lub bardziej równoległymi, polnymi drogami o znanej nam już jakości. Te tak zwane "drogi", będące głownie piaszczystymi szlakami, miejscami podobnymi do miałkiego, rozsypanego wapna, zdążyliśmy obrzucić wszystkimi, nienadającymi się do powtórzenia przekleństwami. Nie zwalniało nas to jednak z konieczności ciągłego, bolesnego posuwania się do przodu. W połowie trzeciego dnia, równo po dwudziestu czterech godzinach nieprzerwanego marszu (z dwoma krótkimi postojami), dobrnęliśmy nareszcie do miejsca naszego kolejnego "biwaku". Po kilku zaledwie godzinach odpoczynku, ponownie maszerowaliśmy dalej przez wzgórza oraz lasy, które w miarę naszego posuwania się w głąb bezkresnych rosyjskich przestrzeni, stawały się coraz bardziej gęste i nieprzebyte. Praktycznie przestaliśmy sobie zdawać sprawę z przebytej odległości, po prostu mechanicznie pokonywaliśmy kolejny kilometr za kilometrem.
Trzydziestego lipca, czyli dziewiątego dnia od rozpoczęcia wojny, po raz pierwszy, specjalnym, oficjalnym komunikatem poinformowano nas o sytuacji na innych odcinkach frontu. Nadszedł on wraz z innymi, codziennymi rozkazami generała Straussa, dowódcy 9 Armii, w której skład wchodziła nasza dywizja. Neuhoff przekazał komunikat Lammerdingowi, z poleceniem odczytania go na głos całemu batalionowi -?ale, broń Bóg, bez przerywania marszu.
"We współdziałaniu z 4 Armią i dwoma zgrupowaniami wojsk pancernych z powodzeniem przeprowadzono operację okrążenia i zniszczenia znacznych sił rosyjskich. Straty wroga w samych tylko wziętych do niewoli przekroczyły sto tysięcy ludzi, straty w zabitych i rannych są znacznie wyższe. Rozbite i cofające się armie wroga pozostawiły na placu boju 1400 czołgów i 550 dział artyleryjskich. Znaczne ilości broni i wyposażenia, których ilość jest trudna do oszacowania, została porzucona przez przeciwnika w lasach. Dotychczasowe walki stanowią wstęp do ostatecznego zniszczenia armii rosyjskich, operujących na odcinku między Białymstokiem i Mińskiem".
Słuchając tego lakonicznego, ale porażającego wyobraźnię komunikatu o zwycięstwach naszych wojsk, porozdziawialiśmy usta ze zdumienia.
-?Te liczby wprawią świat w osłupienie -?z ledwie ukrywanym triumfem powiedział wtedy Neuhoff.
* * *
Przez kolejne dwa dni nasz niekończący się pochód trwał w najlepsze -?po tak samo beznadziejnych drogach. Trzeba przyznać, że teraz już dużo rzadziej organizowaliśmy wypady w okoliczne lasy i pola celem wyłuskania snajperów. Sądząc na podstawie napływających meldunków, Rosjanie zostali zmuszeni nie tyle do pospiesznego odwrotu, co wręcz do ucieczki, my zaś deptaliśmy im po piętach tak gorliwie, że trudno było sobie wyobrazić, iż dadzą radę się zatrzymać i stawić opór wcześniej, niż przyparci do samych murów Moskwy.
Drugiego lipca Kageneck wyszperał gdzieś gazetkę dywizyjną, datowaną trzy dni wcześniej. Nazywała się "Przełamanie", była autorstwa naszych korespondentów wojennych i została wydrukowana przez drukarnię polową Ministerstwa Propagandy. W gazetce prezentowano całkiem obszerny przegląd sytuacji na całym froncie wschodnim. Tego typu biuletyn informacyjny wpadł nam w ręce po raz pierwszy -?możliwe, że faktycznie był to jego pierwszy numer. W czasie kolejnego postoju Kageneck odczytał nam "Przełamanie", którego pierwsza strona stanowiła krótkie streszczenie następujących dalej komunikatów i wydrukowana była dużymi czcionkami w formie wpadających w ucho sloganów:
ZWYCIĘSKI MARSZ NA FRONCIE WSCHODNIM -?UDERZENIE W OSTATNIEJ CHWILI - ATAK W MOMENCIE NIEZAKOŃCZONEGO STRATEGICZNEGO ROZWINIĘCIA SIŁ WROGA - SILNE UMOCNIENIA NADGRANICZNE PRZERWANE PIERWSZEGO DNIA -?OKRĄŻENIE ZNACZNYCH SIŁ ROSYJSKICH -?ROSYJSKIE PRÓBY WYRWANIA SIĘ Z OKRĄŻENIA ZNIWECZONE -?ZNISZCZONO PONAD 4100 SAMOLOTÓW I CZOŁGÓW WROGA -?TWIERDZA BRZEŚĆ ZAJĘTA -?WILNO I KOWNO W NASZYCH RĘKACH.
Żarliwość, z jaką żołnierze wsłuchiwali się w słowa Kagenecka, czytającego dalej o szczegółach naszych sukcesów, świadczyła o tym, jak bardzo przemyślane było każde słowo naszych speców od propagandy. Nowiny dotarły do nas w najlepszym możliwym czasie, gdy wielu z nas, znużonych do granic wytrzymałości niekończącym się marszem, zaczynało po cichu powątpiewać, czy aby atak na Rosję był naprawdę uzasadniony i konieczny. Teraz wszelkie wątpliwości zostały rozwiane. Wszyscy jasno zdali sobie sprawę, że Niemcy zmuszone były zaatakować jako pierwsze, aby uprzedzić atak wojsk rosyjskich, przygotowujących się do wtargnięcia w nasze granice.
Kageneck tymczasem kończył czytać: "Całe eskadry rosyjskich samolotów zostały zniszczone na ziemi, bezpośrednio na swoich lotniskach, zanim zdążyły wzbić się w powietrze i wykonać swe zabójcze zadanie bombardowania niewinnych niemieckich kobiet i dzieci. Dzięki wzorowemu współdziałaniu niemieckich armii udało nam się zniszczyć ogromną ilość samolotów, czołgów i innych rodzajów uzbrojenia, a także wziąć do niewoli znaczną ilość jeńców. Wszystkie te cyfry dają wyobrażenie o śmiertelnym niebezpieczeństwie, jakie niosła za sobą koncentracja takich sił na wschodniej granicy Rzeszy. Staje się całkowicie jasne, że dosłownie w ostatniej chwili udało się zniweczyć rosyjskie plany wtargnięcia do Europy Środkowej, których konsekwencje byłyby ponad wszelką wątpliwość tragiczne. Cały naród niemiecki wyraża głęboką wdzięczność swym mężnym obrońcom".
Gdy zostaliśmy sami, chwilowo szczęśliwie oswobodzeni od towarzystwa lizusa Bolskiego, który niczym lokaj włóczył się za Kageneckiem w roli dobrowolnego adiutanta, zapytałem:
-?No i co ty o tym myślisz, Franz?
-?Zakładam, że rozumiesz, kto na kogo napadł?
-?Absolutnie.
Kageneck wyłożył mi zatem wszystko całkiem szczerze i bezstronnie:
-?Bolszewizm i narodowy socjalizm nie byłyby w stanie koegzystować bez końca. To nie ulega nawet najmniejszej wątpliwości. No i, rzecz jasna, myśmy napadli pierwsi. Jedynym pytaniem jest, czy było to faktycznie konieczne? Gdybyśmy mieli z Ruskimi obowiązujący w tej chwili pakt, że nie będziemy przeszkadzać im w ich planach -?Konstantynopol, Persja, Indie i tym podobne sprawy -?to dzisiaj nie bylibyśmy z nimi w stanie wojny. Niewykluczone, że wtedy moglibyśmy zawrzeć pokój z Anglią i dalej działać już przeciwko bolszewikom razem.
-?No, więc kto w końcu pierwszy zaczął wojnę?
-?Kto ją zaczął, tak naprawdę nie ma najmniejszego znaczenia. Państwa totalitarne mogą na siebie napadać, kiedy im pasuje. Po prostu, gdy dojdą do wniosku, że nadszedł odpowiedni moment. I zapewniać sobie czyjeś tam wsparcie, albo radzić się kogoś w tej kwestii, po prostu nie muszą. Rosjanie wprowadzili wojska do krajów nadbałtyckich i Finlandii bez żadnego uprzedzenia. Podobnie jak Włosi do Albanii! Przed przystąpieniem do wojny Anglia i Francja powinny przede wszystkim przygotować na to swoje narody, gdyż tam władze ponoszą odpowiedzialność przed swoimi wyborcami. Swoim atakiem na Polskę postawiliśmy Anglików przed moralnym problemem wypowiedzenia nam wojny. A Ruscy weszli sobie do Polski dokładnie tak samo, jak my.
-?Kto był agresorem, sądzić będą zwycięzcy -?dorzucił Lammerding.
-?Niech Bóg ma nas w opiece, jeśli przegramy! -?powiedziałem.
-?Dokładnie! Niech Bóg nam pomoże! -?żarliwie zgodził się Kageneck. - Ale nawet, jeśli wygramy, to we własnym domu mamy jeszcze co nieco spraw do wyjaśnienia...
* * *
Następnego dnia znowu powtórzyła się ta sama, stara historia -?marsz, marsz, marsz...
Stolz wyraził skromną nadzieję, że nigdy więcej nie zobaczymy na oczy rosyjskiego żołnierza. Naszemu batalionowi dopisało szczęście w tym sensie, że pętla, która zacisnęła się wokół rosyjskich wojsk pod Białymstokiem była na tyle mocna, iż nasza północna flanka była bezpieczna nawet w przypadku, gdyby Rosjanom udało się gdzieś wyrwać z okrążenia. Dowiedzieliśmy się też, że nasze wojska pancerne zostały wciągnięte w zażarte boje pod Mińskiem, Grupa Armii "Północ" z powodzeniem atakowała w kierunku Leningradu, zajmując po drodze Rygę, a Grupa Armii "Południe" zajęła ważne, strategicznie położone, polskie miasto Lwów. Kierując się na wschód, w stronę miejscowości Oszmiany, wciąż jeszcze maszerowaliśmy po terenach należących poprzednio do Polski.
Kageneck, Bolski i ja jechaliśmy obok siebie konno, gdy wręczono nam ostatni komunikat informacyjny, z którego dowiedzieliśmy się o przerażających bestialstwach, jakich dopuścili się bolszewicy we Lwowie. Zanim uciekli z miasta, zorganizowali tam istny karnawał śmierci. Rozstrzelano setki "podejrzanych politycznie" osób, głównie Ukraińców i Polaków, w pierwszej kolejności tych, którzy mieli rodzinne lub służbowe kontakty z Niemcami albo byli podejrzewani o nacjonalizm. Wśród zabitych były starcy, kobiety i nawet dzieci. Tych, których nie wymordowano na miejscu, pognano na wschód.
-?Dzwonią dzwony opactwa Westminster! -?strojąc miny, śpiewnie wygłosił Bolski. -?A Jego Świątobliwość arcybiskup Canterbury wznosi modlitwy do Najwyższego, aby ten dał zwycięstwo ich ukochanym, bezbożnym braciszkom-bolszewikom...
Wygłosiwszy tą przepojoną jadowitym sarkazmem tyradę, Bolski z obrzydzeniem splunął na ziemie, najwyraźniej demonstrując tym sposobem całkowite i ostateczne zerwanie ze swoją angielską babcią.
Po raz pierwszy od początku kampanii spróbowaliśmy użyć do ciągnięcia naszego furgonu sanitarnego lokalnie pozyskane, zdobyczne konie. Tym samym zmieniliśmy te, które do tej pory szły w zaprzęgu: stary Westwall wyciągnął w końcu kopyta w czasie marszu, a jego towarzysz, z którym z heroicznym wysiłkiem ciągnął jakiś czas wóz, był także bliski śmierci z powodu skrajnego wycieńczenia. Razem z Müllerem naprędce zmajstrowaliśmy niewielką, czterokołową furmaneczkę, idealnie nadającą się do pracy w warunkach polowych i zaprzęgliśmy do niej dwa małe, za to krępe, rosyjskie koniki. Na furmance umieściliśmy cały mój ekwipunek medyczny, materiały opatrunkowe oraz inne wyposażenie, za które odpowiadał Müller. Nasi nowi, mali podopieczni, otrzymali imiona Maks i Moris. Maks był karej maści, natomiast Moris przypominał brunatnego niedźwiedzia. Te malutkie zwierzaki były naprawdę zadziwiające i wspaniale sprawdzały się we wszelkiej pracy, w której potrzebna była pomoc konia, szczególnie zaś, jeśli chodziło o przemieszczanie się po rosyjskich polnych "drogach". Koniki nigdy nie grzęzły w piasku czy błocie, drobnym i szybkim krokiem, lekko i bez poganiania drobiły muskularnymi nóżkami i były w stanie nieprzerwanie ciągnąć swoją furmankę nie tyle godzinami, co tygodniami. Takim sumptem, nasz mały zaprzęg dociągnęły po nieprzebytych bezdrożach aż do wzgórz, z których widać było Moskwę i wlokły go po jesienno-zimowym błocie zmieszanym ze śniegiem podczas najcięższych walk pod Rżewem. Nie wykazywały przy tym najmniejszych oznak zmęczenia, słabości czy niezadowolenia ze swojego losu. Mogłem całkowicie polegać na niezawodnym Maksie i Morisie. Od momentu przyjęcia ich na służbę, mój niepokój związany z naszym znikającym co jakiś czas furgonem sanitarnym, odszedł na dalszy plan -?wiedziałem, że koniec końców, Maks z Morisem jakoś go przytaszczą. Bywało, że następowało to nawet po tygodniu, a czasami i dwóch. Jeśliby nie te dwa małe koniki, dawno pożegnalibyśmy się z naszym furgonem...
Potrzebowaliśmy raptem dwunastu pierwszych dni kampanii, aby dojść do mało pocieszającego wniosku, że w tym kraju wszelkie nasze środki transportu są całkowicie bezużyteczne. Zwykłe furmanki okazały się zbyt ciężkie do normalnego posuwania się po tych niewiarygodnie ohydnych drogach. Nasze przepiękne, rosłe konie były uzależnione od pełnowartościowej karmy i w żaden sposób nie były w stanie na dobre zaaklimatyzować się w nowych warunkach. Problem ten stał się szczególnie widoczny w czasie zimowych bojów. Podczas gdy niemieckie konie wymagały dłuższych odpoczynków i zwiększonych dawek jedzenia -?a odpowiednia dla nich karma, i to jeszcze w wymaganej ilości, nieczęsto się nam trafiała -?karłowate rosyjskie koniki doskonale radziły sobie z samodzielnym wyszukiwaniem pożywienia, wynajdując sobie trawę w lasach i na poboczach dróg. W pełni zachowywały doskonałą formę nawet na skąpych, zimowych racjach, składających się najczęściej z wiązki słomy, mchu czy kory, którą same potrafiły obdzierać z pni drzew. Rzecz jasna, koniki nigdy nie gardziły lepszym jedzeniem, jeśli akurat takowe się znalazło, ale jeśli go nie było, z powodu jej braku nigdy nie przejawiały najmniejszych oznak niepokoju i potulnie szły dalej. Równie dobrze znosiły nieludzką spiekotę, jak i trzaskający mróz, a jeśli brakowało wody (bo, dajmy na to, zamarzły studnie) to bez problemu gasiły pragnienie śniegiem. Cechował je także fantastyczny instynkt. Wzruszające było to, jak podczas zamieci przytulały się do siebie i w ten sposób chroniły przed przenikliwym, lodowatym wiatrem. Na zimę ich sierść stawała się włochata i gęsta niczym u niedźwiedzia i nie przepuszczała nawet jednej śnieżynki. Koniki bezbłędnie wyczuwały głębokie koleiny zawalone grubą warstwą białego puchu i nigdy nie schodziły z drogi nawet wtedy, gdy nie można jej było odróżnić od pobliskich zasp śnieżnych. Stawiały kroki pewnie niczym górskie kozice i pełne życia dreptały na wschód, podczas gdy nasze znacznie cięższe konie zapadały się po brzuch w zaspach, w które na własne nieszczęście ciągle same się pakowały. Wielu naszych żołnierzy zawdzięcza życie tym malutkim i wiernym towarzyszom. Znaliśmy wiele przypadków, gdy człowiek błądzący po pokrytych śniegiem lasach lub zagubiony na wielkich połaciach śnieżnych pustyń, zdawał się na swoje małe i włochate rosyjskie kucyki, które zawsze niezawodnie wyprowadzały go tam, gdzie byli ludzie. Często, gdy byliśmy całkowicie odcięci od naszych głównych sił i nie mieliśmy z nimi absolutnie żadnego kontaktu, koniki ratowały nas od pewnej śmierci głodowej -?za cenę własnego życia. Dla nas było to jednak tak, jakbyśmy pożerali najwierniejszego przyjaciela...
Podczas marszu w kierunku polsko-rosyjskiej granicy, grupy żołnierzy specjalnie wyznaczone do przepychania po bezdrożach naszych ciężkich zaprzęgów, obficie oblewały się potem. Tego typu wozy konne były idealne do przemieszczania się po drogach Francji, ale w tej kampanii okazały się całkiem nieprzydatne. Podczas działań bojowych w warunkach mroźnej zimy, podczas trzaskających mrozów, ciążyły nam wręcz niczym kamień u szyi. Neuhoff napisał specjalny raport, w którym dokładnie wyłożył, na czym polegały problemy transportowe opóźniające nasz marsz. Nie ma żadnych podstaw, aby sądzić, że raport nie dotarł tam gdzie trzeba, jednak nie spowodował żadnej reakcji i niczego w tej kwestii nie uczyniono. Miało się wrażenie, że naczelne dowództwo wolało reagować wyłącznie na meldunki o naszych wspaniałych sukcesach.
Śladami Napoleona
Droga, którą szedł Napoleon, była teraz naszą drogą. Maszerowaliśmy na Moskwę po śladach Wielkiej Armii, która przechodziła tędy sto dwadzieścia dziewięć lat temu. Miejscowa ludność nazywała ten szlak "traktem napoleońskim". Nieoczekiwanie, fatalna polska droga nagle znacznie się poprawiła.
Dwie trzecie powierzchni tej drogi było wyłożone bardzo starymi, lecz wciąż jeszcze niepokruszonymi kamieniami polnymi, a pozostała jedna trzecia, na poboczach, była mocno ubita i wydeptana. Teraz poruszanie się po piaszczystym dukcie było znacznie prostsze. Nasze kolumny wreszcie przemieszczały się lekko i swobodnie -?cięższy transport jechał po kocich łbach, a lżejszy, w tym nasze dzielne koniki, posuwał się poboczem. Linię drogi wyznaczały posadzone wzdłuż niej stare, wysokie brzozy, stojące tam niczym rzędy starej, doborowej napoleońskiej gwardii. Nawiasem mówiąc, drogę wyłożono kamieniami w 1812 roku na osobisty rozkaz francuskiego imperatora, a dokonali tego specjalnie sprowadzeni korsykańscy mistrzowie-budowniczy. Ludzka rzeka sześciuset tysięcy ludzi, których Napoleon wiódł po tej drodze na Rosję, musiała przedstawiać sobą niesamowity, barwny i wspaniały widok. Tamtej makabrycznej zimy do przedmieść Moskwy udało się dotrzeć tylko dziewiętnastu tysiącom ludzi, drogę powrotną do ojczyzny pokonało zaś tylko kilkuset.
Na zewnątrz nasi żołnierze, odziani w jednolite, szarobrązowe mundury polowe, z pewnością wyglądali jak marny cień w porównaniu z olśniewającą swym widokiem armią napoleońską. Tym niemniej naturalne było, iż w tym momencie myśli każdego, kto szedł po tej drodze, kierowały się ku małemu Korsykaninowi, którego płonącą ambicję tak niesławnie zgasiły śnieg i lód rosyjskiej zimy. Wydawało się, że poboczem drogi idą niedostrzegalnym pochodem razem z nami duchy cesarskiej armii i z pewnością niejednemu z naszych ludzi włos jeżył się na głowie, gdy wspominał obrazki z podręczników szkolnych, ilustrujące straszliwą klęskę armii francuskiej z 1812 roku.
Musiał rozmyślać o tym także Kageneck, który krytycznie porównywał marsz Francuzów z naszymi własnymi sukcesami.
-?Napoleon nie był w stanie nawiązać styczności z wrogiem poza, rzecz jasna, epizodycznymi potyczkami z ariergardą Rosjan -?powiedział, wyrażając ogólnie panujący nastrój. -?Do momentu, aż doszedł do przedniej linii obrony Moskwy, pod Borodino.
-?A czym zatem wytłumaczyć ogromne straty w ludziach, jeszcze w czasie marszu na Moskwę? -?zapytał Jacobi, jeden z oficerów Kagenecka.
-?Wykończyły ich nieludzkie odległości -?odpowiedział Kageneck. - Napoleon po prostu nie był w stanie zapewnić im odpowiedniego zaopatrzenia.
-?Nie zapominajcie też o chorobach! -?wstrzeliłem się . -?Wiecie, na przykład o tym, że w czasie wojny 1870 roku od chorób zmarło cztery razy więcej ludzi niż poległo na polach bitew? Jakie więc, według was, powinny być straty Napoleona? Weźcie pod uwagę dezynterię, cholerę, tyfus latem i dur plamisty zimą, nie mówiąc o samych odmrożeniach. Tyfus plamisty, jeśli już przy tym jesteśmy, dla armii Napoleona okazał się istnym biczem bożym, starty od zachorowań były po prostu niewyobrażalne. Nawet w dzisiejszych czasach chorobę mogą jakoś przetrwać dwudziestolatkowie, ale ludzie w wieku czterdziestu czy pięćdziesięciu lat, o ile się ich nie zaszczepi, są praktycznie skazani na śmierć.
-?A co jest przyczyną tyfusu plamistego? -?zaniepokojonym głosem wyraził swoje zainteresowanie Jacobi.
-?Wszy. Ale chorobę przenoszą wyłącznie zainfekowane wszy. Uwierzcie mi, jeszcze się z nimi nawojujemy. Inaczej po prostu nas wykończą.
-?A co ze szczepionkami?
-?Surowicy dla wszystkich nie wystarczy. W najlepszym wypadku jesteśmy w stanie zaszczepić około pięciu procent stanu osobowego całej niemieckiej armii. A być może zapasów szczepionek wystarczy tylko na tyle, by podawać ją wyłącznie najbardziej podatnym na zarażenie.
-?A ty, Heinz, jesteś zaszczepiony? -?zapytał mnie Kageneck.
-?Nie. Ale nie sadzę, aby to było konieczne. Przynajmniej dopóki służę w tak porządnej i dbającej o higienę kompanii, jak nasza. W szczególności, jeśli Bolski odzwyczai się w końcu od ciągłego czochrania się po głowie.
Bolski nic nie odpowiedział, zupełnie jakby zatopił się w myślach lub nie pojął mojej niedwuznacznej aluzji. Zamiast tego raptem zapalczywie wykrzyknął:
-?A w sumie, to jakie znaczenie mają dla nas odległości?!
-?Do cholery, ogromne! -?warknął Kageneck. -?Dokładnie takie samo, jakie miały dla Napoleona.
-?Bzdury! -?pogardliwie wycedził Bolski. -?Mamy dwudziesty wiek, a dowodzi Adolf Hitler, a nie Napoleon.
-?I co z tego wynika? -?zapytał Jacobi.
-?Ano to, że dysponujemy najpotężniejszą armią, na której czele stoi największy militarny geniusz wszechczasów! Odległości nie mają teraz najmniejszego znaczenia! -?Bolski zaczął wygłaszać wykute na blachę teorie, wznosząc się przy tym na wyżyny swej sztuki oratorskiej. -?Nie zapominajcie o jednym: nie jesteśmy pozbawioną rozumu chmarą oszczepów, rzuconych na ślepo w tłum wroga, gdzie mogą, ale nie muszą, trafić w cel. Jesteśmy karzącym mieczem nowych Niemiec, który dzierżą najsilniejsze ręce ojczyzny! Wezwani do jej obrony, jesteśmy gotowi kruszyć opór i razić naszych wrogów aż do ich całkowitego zniszczenia!
-?Pięknie powiedziane! Naprawdę pięknie. Po prostu wspaniale! - sarkastycznie przyklasnął Jacobi. -?Goebbels musi się pilnować, aby Bolski nie zajął jego miejsca.
-?Mój drogi Bolski... -?z wytworną szczerością odezwał się Kageneck. - Rozwiązał pan wszystkie nasze problemy. W szczególności zaś, mój jeden, maleńki, całkiem osobisty problem.. Od samego ranka rozmyślam, czy złożyć wreszcie wizytę mojej łaskawej cioteczce, która akurat zamieszkuje w pobliżu. Utwierdził mnie pan w przekonaniu, że powinienem to zrobić natychmiast i bez zbędnego ociągania się. Jestem wam głęboko wdzięczny! O, tak! Jestem wielce zobowiązany!
Z tymi słowami, puścił konia galopem w kierunku widniejącego nieopodal zagajnika.
* * *
Nasze zadowolenie, płynące z faktu wojażowania po drodze wymoszczonej przez Napoleona kamieniami, nie okazało się wieczne. Otrzymaliśmy rozkaz zejścia z traktu napoleońskiego i posuwania na północny wschód w kierunku Połocka. Do tego czasu szliśmy szybkim marszem na Mińsk, ale walki o miasto już się zakończyły i nie byliśmy tam więcej potrzebni. Zwiad lotniczy donosił, iż nieprzyjaciel podciąga rezerwy i przez Smoleńsk i Witebsk kieruje na front znaczne siły. Wiązało się to z oczywistym zamiarem zatrzymania naszego pochodu na Moskwę na linii Połock -?Orsza. Gdyby Rosjanom się to udało, pozbawiliby nas możliwości korzystania z głównej arterii komunikacyjnej między Dźwiną i Dnieprem, którą nasze oddziały pancerne mogły runąć na Moskwę z maksymalna szybkością.
Tak więc znowu wylądowaliśmy w dobrze nam znanym kieracie: fatalne drogi, kurz, upał, pragnienie i pchanie zaprzęgów ręcznie. Jutro będzie tak samo -?kilometr za kilometrem zabójczo wyczerpującej monotonii.
Przeraźliwie nudne pola porośnięte wrzosem zaczęły ustępować miejsca terenom podmokłym, a kręta linia drzew znaczyła w oddali bieg niewielkiej rzeczki. Dla normalnego człowieka nie ma w tym, oczywiście, nic nadzwyczajnego, ale dla zmęczonych i opadłych z sił żołnierzy, wycieńczonych długim marszem, taka rzeczka to źródło niebiańskich rozkoszy. Dlatego, gdy doszliśmy do jej brzegów, rozległa się oczekiwana przez wszystkich komenda, aby stawać na odpoczynek. Gapimy się na nasze mapy topograficzne, po czym uważnie i w całkowitym milczeniu spoglądamy na przeciwległy brzeg. Rzeczka nazywa się Berezyna, na jej przeciwległym brzegu leży Rosja. Stoimy na samym krańcu Polski i z pewnym zdumieniem wpatrujemy się w dal, gdzie na horyzoncie ciemnieją gęste i nieprzebyte rosyjskie lasy.
Nagle nasza pamięć podpowiada nam, że to właśnie tutaj, dokładnie nad brzegami tej niewielkiej rzeki, zostało rozbite ostatnie dziesięć tysięcy cofających się żołnierzy Napoleona. Całe dziesięć tysięcy, za wyjątkiem kilkuset szczęściarzy, zostało wybite do nogi. Te kilka setek ocalałych z pogromu ludzi przepłynęło na zachodni brzeg i poniosło do Francji smutną nowinę o największym w historii militarnym fiasku. Była to ostatnia bitwa resztek ogromnej, jak na owe czasy, liczącej sześćset tysięcy głów cesarskiej armii, której wódz, porzuciwszy ją, był już wtedy w Paryżu.
Naszym westfalskim grenadierom, żołnierzom przesławnej szóstej dywizji piechoty, także dobrze przyjdzie zapamiętać Berezynę, a konkretnie oddalone o dwieście czterdzieści kilometrów na południe miejsce pośród pińskich błot. Ale póki co, nic jeszcze o tym nie wiedzieliśmy. Absolutnie nie spieszymy się, aby przerwać długo wyczekiwany odpoczynek na brzegu rzeki i kiedy jeden z naszych żołnierzy wygrzebuje z mokrego piasku nad wodą brązowego orła z czaka napoleońskiego oficera, wszyscy uważamy to za niewątpliwie dobry omen.
Ów emblemat francuskiej armii wyląduje potem w jednym z naszych frontowych oddziałów propagandy, który zbije na nim całkiem niezły kapitał. Wojskowa gazetka polowa głosiła wtedy: "Tak samo jak wtedy, gdy naszemu wodzowi Adolfowi Hitlerowi udało się wcielić w życie plan Schlieffena, którego efektem było błyskawiczne zwycięstwo nad Francją, podobnie i teraz przyjmuje on symboliczne przesłanie wielkiego Korsykanina i prowadzi Wehrmacht ku wielkiemu i ostatecznemu zwycięstwu nad rosyjskim kolosem. Budzi nas świt nowej ery -?ery potężnej, zjednoczonej Europy. Napoleon nie dał rady urzeczywistnić tego wielkiego marzenia, ale my będziemy tego świadkami, gdy stanie się ono faktem pod przewodnictwem naszego wodza Adolfa Hitlera".
Nasz postój nad Berezyną trwał około dwóch godzin. Z niebywałą ulgą umyliśmy się do pasa i spłukaliśmy z włosów grubą warstwę zaskorupiałego kurzu. Chłodna woda odświeżyła podrażnione potem i pyłem oczy i ukoiła spękane od słońca usta. A po chwili -?znowu do przodu, kilometr po kilometrze, ale tym razem już w samej Rosji.
Dwunastego lipca, dwudziestego piątego dnia wojny, otrzymaliśmy od razu po kilka gazetek z komunikatami informacyjnymi o działaniach bojowych. Widząc na piśmie potwierdzenie wieści o zajęciu Mińska, powitaliśmy je radosnymi okrzykami. "Bitwa o Mińsk zakończona. Grupie Armii "Środek" stawiały opór cztery armie rosyjskie. W wyniku walk poniosły one klęskę -?zostały rozgromione lub zmuszone do panicznej ucieczki. Do niewoli wzięto trzysta tysięcy rosyjskich oficerów i żołnierzy, ponadto zdobyto lub zniszczono 2600 czołgów i 1500 dział artyleryjskich. Nieprzyjaciel poniósł ogromne straty w zabitych...".
My szliśmy naprzód, a nieprzyjaciel kontynuował odwrót na wschód. Wydawało się, że nasz batalion nigdy już go nie dogoni, a cała wojna stała się jakby jednym, wielkim maratonem z metą na Uralu, albo i dalej.
W nadziei na uniknięcie dalszych, męczących przemarszów, z wielką ulgą słuchamy raportów naszego szefa wywiadu, według których nieprzyjaciel zajmuje pozycje obronne i okopuje się na linii Połock -?Orsza -?Witebsk. Rzeki, jeziora i gęste lasy stanowią tam naturalne uzupełnienie linii obrony. W połączeniu z żelbetonowymi schronami bojowymi i rowami przeciwczołgowymi tworzą one jednolity, silnie ufortyfikowany rejon, czyli tak zwaną "Linię Stalina". To pierwsza, prawdziwie poważna bariera na drodze do Moskwy. Teraz nie mamy już wątpliwości, że wróg planuje trzymać się na swoich pozycjach i walczyć. Jesteśmy szczęśliwi, że wreszcie możemy drwić z kurzu, upału i pragnienia -?przecież do linii frontu zostało nam raptem jeszcze trzydzieści, może trzydzieści pięć kilometrów. Nasze wysunięte oddziały wraz z jednostkami pancernymi toczą tam w tej chwili zacięty bój. Obrona wroga na wschodnim brzegu Dźwiny krzepnie z każdą godziną. Z pierwszej linii dochodzą nas słuchy, że nasze jednostki zmotoryzowane i pancerne otrzymały rozkaz wstrzymania ataków, umocnienia się na zdobytych rubieżach i utrzymywania ich do momentu podejścia posuwającej się za nimi piechoty.
W końcu czeka nas prawdziwa wojna!
Kolumna dziarskim krokiem maszeruje drogą, z przejęciem kierując się na spotkanie swego losu. Teraz mamy konkretny cel i jasno określony punkt docelowy, od którego dzieli nas już niewiele kilometrów.
Następnego dnia po przeprawie przez Berezynę nakazano nam zatrzymać się i rozłożyć obozem pod osłoną wielkiego, pozbawionego roślinności wzgórza. Z jego szczytu dobrze widać leżącą w dole przed nami niewielką wieś Homiel, położoną na styku dwóch sąsiadujących ze sobą jezior. Przed nami i lekko na prawo, jak wzrokiem sięgnąć, rozciąga się pierwsze z tych jezior -?całkiem duże -?cienki ciek wodny łączy je z drugim jeziorem, mniejszym i znajdującym się na lewo od nas. Za jeziorami i wsią Homiel widać liczne rowy przeciwczołgowe, schrony bojowe i przeszkody z drutu kolczastego -?to stalinowska linia obrony, którą mamy przerywać. Tym razem nasz batalion nie zostanie w rezerwie. Będzie nam dane stać się pierwszą falą atakujących oddziałów i to właśnie my będziemy szturmować owe przewężenie pod Homielą.
* * *
Wieści, które następnego dnia dotarły do nas od naszych pododdziałów rozpoznawczych świadczyły o tym, że nasze zadanie zdecydowanie nie będzie takie proste. Oddziały rosyjskie zajęły Homiel i wysadziły most na przesmyku wodnym łączącym oba jeziora. Jeńcy wzięci przez naszych zwiadowców dostarczyli bardzo cennych informacji. Wszelkie podejścia do mostu są szczelnie kontrolowane przez dwa położone w pobliżu schrony bojowe, natomiast wąskie jary, przez które mieliśmy zamiar się przedrzeć, są przestrzeliwane krzyżowym ogniem z kolejnych pięciu schronów. W głębi pozycji wróg posiadał jeszcze więcej stałych umocnień. Przede wszystkim należało najpierw oczyścić wieś z czerwonych, następnie zaś przeprawić się przez przesmyk wodny, jednocześnie wypierając wroga ze schronów wokół wsi, a wreszcie, na sam koniec, złamać opór tyłowych pozycji obronnych i rozmieszczonych tam bunkrów. Przed atakiem nie planowano położenia ognia artylerii na tyłowe pozycje wroga.
Z pomocą moich sanitariuszy przekazałem do wiadomości żołnierzy batalionu rozkaz zabraniający spożywania jakichkolwiek posiłków przez ostatnie sześć godzin przed rozpoczęciem naszego ataku. Miało to na celu zwiększenie szans przeżycia tych nieszczęśników, którym przytrafi się postrzał w brzuch. Wyjaśniając żołnierzom powody tej decyzji podkreślałem, że nawet najmniejszy kawałek chleba, lądujący w żołądku, powoduje zwiększone ukrwienie jelit i w przypadku porażenia jamy brzusznej wewnętrzny krwotok okaże się znacznie bardziej intensywny. Celem przeprowadzenia krótkiej narady koordynującej z Neuhoffem, Hillemannsem i Kageneckiem, przybył do nas pułkownik Becker w towarzystwie swojego adiutanta von Kalkreutha. W czasie, gdy odbywało się spotkanie, rozdałem żołnierzom zielone siatki przeciw owadom, które zakładało się na hełm. Miały stanowić ochronę przed chmarami komarów, które na okolicznych, podmokłych terenach, występowały w niewyobrażalnych wręcz ilościach, ale przede wszystkich miały chronić przed ukąszeniami nieznanych, ni to moskitów, ni to much o niewiarygodnych wręcz rozmiarach, które posiadały w swym arsenale nie tylko trąbkę do wysysanie krwi, ale i żądło. Ich ciągłe ataki, szczególnie w porze nocnej, były czymś strasznym. Ze względu na ich drapieżność i rozmiary przezwaliśmy te monstra "sztukasami", na cześć naszych bombowców nurkujących Junkers Ju-87 Stuka.
O godzinie ósmej wieczorem Neuhoff zwołał naradę wszystkich oficerów batalionu. Upał już zelżał, ale słońce z uporem wisiało nad horyzontem, jakby nie chciało, bodaj na krótką letnią noc, oddawać swej władzy nad światem. Jakiś żołnierz grał na harmonijce ustnej popularny niemiecki motyw, a grupka jego kolegów leniwie i trochę nie do końca w rytm, podśpiewywała chórem. Lekki wiaterek zawiewał od kuchni polowej zapach nieśmiertelnego gulaszu. A przecież tylko kilka kilometrów od nas, nie tylko w zasięgu wzroku, ale i słuchu, siedzieli przyczajeni w swoich schronach rosyjscy żołnierze, w napięciu oczekujący naszego jutrzejszego szturmu.
Dowódca czternastej kompanii przeciwpancernej, kapitan Noack (całkiem niedawno, w czasie kampanii francuskiej, będący jeszcze porucznikiem), starszy sierżant Scheiter z trzynastej kompanii dział piechoty, razem z innymi oficerami uważnie słuchali wystąpienia Kagenecka, który wyjaśniał kolejność naszych jutrzejszych działań zgodnie z opracowanym wcześniej planem ataku.
W ślad za krótkim przygotowaniem artyleryjskim, którym, koniec końców, nie pogardzono, mieliśmy wziąć szturmem wieś Homiel, a następnie ostatecznie oczyścić ją z Rosjan. Noack i Scheiter mieli ze swoimi lekkimi działkami zająć szybko pozycje na zdobytym przyczółku i bezpośrednim ogniem na wprost stłumić ogień najbliższych schronów wroga. Pod ich osłoną nasze główne oddziały szturmowe, grupy saperów i miotaczy ognia miały forsować przesmyk wodny między jeziorami oraz wykonać manewr obejścia, przeprawiając się na gumowych łódkach przez wąską odnogę jeziora -?wszystko celem ominięcia głównych ognisk oporu i uderzenia na schrony i pozycje obronne wroga od tyłu. Wszystkie pododdziały saperskie, niebiorące bezpośrednio udziału w tej operacji, miały być rzucone do natychmiastowej odbudowy wysadzonego mostu, aby umożliwić szybką przeprawę rezerwowym grupom piechoty, mającym za zadanie umocnienia się na przyczółku mostowym po stronie nieprzyjaciela. Ich dalsze i jedyne zadanie polegać miało na twardym trzymaniu tej ważnej pozycji do czasu podejścia sił głównych. Po przywróceniu mostu do stanu użytkowania, powinna przeprawić się po nim pozostała część batalionu wraz z ciężką artylerią. Nie zwalniając tempa natarcia, batalion miał następnie kierować się ku kolejnemu mostowi pod wsią Daleckije, około 5 kilometrów dalej, a następnie rozwinąć się w masywach leśnych w rejonie wsi Saroczka, oznaczonej na naszych mapach jako "Punkt 62". Takie były nasze zadania na pierwszy dzień.
Mojemu własnemu, małemu pododdziałowi medycznemu wydałem dyspozycje, odpowiadające naszemu ogólnemu planowi ataku. Wegener miał w czasie szturmu pozostawać cały czas przy sztabie Neuhoffa, Müller miał za zadanie, nie podejmując zbędnego ryzyka, towarzyszyć mojemu furgonowi sanitarnemu i uważać, by nie dostał się pod ostrzał wroga. Miał także kierować sanitariuszy wszędzie tam, gdzie będą najbardziej potrzebni, a następnie dołączyć do pozostałych po zakończeniu walki. Petermann, razem ze swoim koniem i z moim Szachrajem miał zostać przy koniach Neuhoffa i Lammerdinga. Dehorn i ja mieliśmy bezpośrednio towarzyszyć atakującym oddziałom, aby móc okazywać natychmiastową pomoc rannym. Major-doktor Schulz przydzielił mi dodatkową sanitarkę, którą oddałem pod stałą opiekę Müllera.
Dowódcy pododdziałów, czasowo oddanych pod naszą komendę, udali się do swoich ludzi, natomiast oficerowie trzeciego batalionu siedzieli jeszcze przez jakiś czas razem i o czymś dyskutowali. Neuhoff był bardzo poważny i skupiony. Hillemanns, jak co dzień, zajmował się swoją "papierkową wojną", a Kageneck, Stolz i Lammerding, hołdując zasadzie "nic po sobie nie pokazuj", jakby nigdy nic żartowali z siebie nawzajem. I nawet młodsi oficerowie, na myśl o tym, co przyniesie jutrzejszy poranek, nie okazywali żadnego specjalnego zdenerwowania. W rzeczywistości jednak, absolutna większość tych ludzi odczuwała coraz większa trwogę. Hillemanns zebrał do kupy swoje papiery i przekazał do ogłoszenia całemu batalionowi rozkaz o ataku, podpisany przez Neuhoffa. "Oficerowie, podoficerowie i żołnierze trzeciego batalionu idą do boju za führera, naród i ojczyznę z niezachwiana wiarą w zwycięstwo. Podpisano: major Neuhoff. W marszu, dnia 14.07.1941".
W ostatniej godzinie przed zachodem słońca napisałem długi list do Marty, nie wspominając ani słowem a tym, co czeka nas jutro. Czułem się zmęczony i z radością myślałem o nieprzerwanym, kilkugodzinnym odpoczynku, na który mogłem sobie pozwolić, zanim o trzeciej rano nasze oddziały ruszą na pozycje wyjściowe do ataku.
* * *
Mijały ostatnie godziny przed świtem. Nasze kompanie, starannie zamaskowane i ukryte przed wzrokiem wroga, zaległy w wysokiej trawie, za krzakami i na polach żyta. Z tyłu za nami, rozciągnięte w długą linię, przygotowało się do walki trzydzieści osiem działonów artyleryjskich różnego kalibru. Poza ciężkimi moździerzami kalibru 210 milimetrów mieliśmy jeszcze jedną "Grubaskę" -?ogromne działo kalibru 250 milimetrów, którego głównym zadaniem było zniszczenie wyjątkowo potężnego schronu, który wstrzelany był w obydwa przyczółki mostowe. Rzędem obok mnie rozstawione były 88-milimetrowe działa przeciwlotnicze, które miały strzelać bezpośrednio po strzelnicach schronów.
Do początku operacji zostało jeszcze pół godziny i do tego czasu zdecydowałem się ukryć przed chmarami tnących komarów w moim Mercedesie. Dehorn poszedł za moim przykładem. Wegener wraz z moim etatowym kierowcą, zasiadali już w środku popalając papierosy. Zapaliłem i ja, po części, aby czymś się zająć, częściowo, aby jakoś odstraszyć te koszmarne owady. "Sztukasy" i tak się do nas dobierały, więc podnieśliśmy boczne szyby.
Zapadła jakaś ciężka cisza. Bardziej żeby coś powiedzieć, niż dlatego, że było to potrzebne, zapytałem Wegenera:
-?Dobrze zapamiętałeś, jakie są twoje obowiązki?
-?Tak jest, panie doktorze.
-?Dobrze -?kiwnąłem głową. -?Kiedy my z Dehornem będziemy posuwać się z atakującymi pododdziałami, ty ślicznie przygotujesz punkt opatrunkowy.
Na wschodzie pokazał się rąbek purpurowo-czerwonego słońca. Gdzieś tam od wschodniej strony, daleko od nas, słychać było bezładną strzelaninę Ruskich, czasami przerywaną donośnymi wystrzałami wielkokalibrowych dział ich pociągu pancernego. W naszym sektorze jak na razie panował kompletny bezruch i złowieszcza cisza. Na wschodzie wyjątkowo wielka tarcza słońca niespiesznie wynurzała się zza horyzontu, nie dając jeszcze wiele światła i wysokie jodły na brzegu jeziora majaczyły niewyraźnie niczym ogromne cienie jakichś odwiecznych strażników. Przed nami -?za wsią Homiel i od naszej strony jezior -?podmokły teren przechodził w łąki, które gdzieniegdzie ustępowały miejsca polom zboża.
Z tyłu za naszym samochodem, niedaleko od zamaskowanego gałęziami działa przeciwlotniczego, stali żołnierze z obsługi i z widoczną nerwowością palili jednego papierosa za drugim. Wszędzie wyczuwało się narastające z każdą chwilą napięcie.
Wegener zabrał swoją sanitarną torbę i zgodnie z planem oddalił się w stronę polowego sztabu Neuhoffa. Ale oto, koło nas, w towarzystwie Hillemannsa i Lammerdinga, przeszedł i sam Neuhoff.
-?Jaki mamy dokładny czas? -?machinalnie zapytałem Lammerdinga.
-?W całym pułku zegarki zsynchronizowane są na za dwadzieścia jeden czwarta. Za dwadzieścia minut zaczynamy!
-?Dzięki. Życzę powodzenia. I postarajcie się, Lammerding, nie wpadać mi w łapy.
-?Nie martwcie się. Będę się starać -?jakoś tak nie całkiem wesoło uśmiechnął się w odpowiedzi Lammerding.
Słońce nad wschodnim horyzontem podnosiło się coraz wyżej i wyżej. Już całkiem niedługo powinno zrobić się na tyle jasno, aby 88-milimetrowe działa mogły zacząć strzelać mierzonym, bezpośrednim ogniem. Stojący nieopodal czterej podoficerowie -?artylerzyści zgasili swoje papierosy i nieśpiesznym krokiem skierowali się ku swoim działom.
Przełamanie Linii Stalina
-?Czas na nas, Dehorn -?powiedziałem, wyłażąc z samochodu i zatrzaskując za sobą drzwi.
Dehorn wyskoczył z tylnego siedzenia na zewnątrz i zarzucił na plecy szelki swojego plecaka sanitarnego. Staliśmy koło najbliższej 88-milimetrówki. Jej lufa nakierowana była na schron znajdujący się po lewej stronie od wysadzonego mostu -?celowała prosto w strzelnice. Dowódca działonu nie odrywał oczu od zegarka. "Gotowość za minutę... 30 sekund... 5 sekund" -?podniósł rękę -?"Jedna sekunda... ognia!". I szybkie machnięcie chorągiewką.
Z napięciem wpatrujemy się w schron bojowy. Pierwszy pocisk prawie trafił, ale ciut-ciut za wysoko, chociaż zerwał cały kamuflaż i maskowanie. Ale wystrzał z 88-milimetrówki, koło której staliśmy, był tylko jednym z tuzina. Wzniesienie, na którym się znajdowaliśmy w okamgnieniu ożyło mnóstwem jednoczesnych wystrzałów, ziemia zakołysała się pod nogami. Zadrżały liście na drzewach, a skierowana do przodu fala uderzeniowa od wystrzałów i lawina sprężonego powietrza, wywołana pociskami lecącymi praktycznie nad samą ziemią, powodowała kołysanie i efektowne bruzdy w wysokiej trawie, idealnie wzdłuż trajektorii lotu pocisku. Miało się wrażenie, że ogłuszający huk jednoczesnych wystrzałów dziesiątków dział rozkołysał nie tylko trawę, ale i samo niebo, a na nieszczęsną wieś Homiel i umocnienia wroga po drugiej stronie wody zwalił się piekielny huragan ognia i stali.
Śmiercionośny ogień dział przeciwlotniczych, bijących bezpośrednim ogniem po ledwie widocznym spod maskowania bunkrom, przerywany był charakterystycznymi łupnięciami wystrzałów "Grubaski" i głuchym wyciem jej wielkokalibrowych pocisków lecących na duży schron położony po lewej stronie mostu. Pozostałe schrony także solidnie obrywały od 21-centymetrowych moździerzy, podczas gdy 10,5-centymetrowe haubice, 15-centymetrowe działa i dalekosiężne 100-milimetrówki gęstym ogniem nakryły zajętą przez wroga wieś.
Płomienie szybko ogarniały, roznoszone prosto na naszych oczach, domy. W powietrze raz za razem wzlatywały fontanny ziemi przemieszane z cegłami i drewnianymi belkami -?wieś Homiel metodycznie, dom po domu, ścierana była z powierzchni ziemi. Widzieliśmy wyraźnie postacie rosyjskich żołnierzy -?wybiegali z płonących budynków i padali martwi na ulicy. Trudno było sobie wyobrazić, aby w tym huraganowym ostrzale, niosącym śmierć wszystkiemu, co żywe, ktokolwiek mógł ocaleć. W tym czasie ciężkie moździerze przerzucały wysoko nad jeziorem swoje potężne 21-centymetrowe pociski burzące, zwalając je na pozostałe betonowe schrony i umocnienia ziemne. Po prostu niepojęte było, jak to możliwe, aby cokolwiek wciąż tam jeszcze stało na swoim miejscu. Widok ogólnych zniszczeń, które już zdążył spowodować ostrzał, był zupełnie niewiarygodny. Zmasowany ogień artylerii kładł się na przednią pozycję rosyjskiej linii obrony przez całą godzinę -?miałem wrażenie, że trwa to całą wieczność. Przez cały ten czas piechota, starannie ukryta przed wzrokiem wroga, czekała cierpliwie na sygnał do ataku.
Równo o piątej rano, praktycznie nie przerywając ognia, każde działo podniosło kąt ostrzału do uzgodnionego wcześniej poziomu i przeniosło nawałę na drugą linię obrony przeciwnika. Pociski ryczały przenikliwie nad głowami naszych pododdziałów szturmowych, wchodzących w skład dziewiątej i dziesiątej kompanii Teitgena i Stolza, które już zbiegały po stoku wzgórza na płaski kawałek terenu, ciągnący się bezpośrednio aż do samej wsi Homiel. Po kilku minutach obie kompanie były już w dymiącej wsi, a ich trasę śledziły z natężeniem setki par oczu. Jedenastą kompanię do ostatniej chwili trzymaliśmy w rezerwie.
-?Dawaj, Dehorn! -?rozkazałem. -?Teraz nasza kolej!
Zbiegliśmy do podnóża pagórka, przebiegliśmy płaski odcinek terenu i znaleźliśmy się na samym początku głównej ulicy Homieli. Wokół nas natychmiast wystrzeliły fontanny ziemi od serii karabinów maszynowych, a kilka kul zaświstało nam nad samymi głowami. Stało się całkiem jasne, że przynajmniej niektóre z pojedynczych wrogich schronów jakimś cudem przetrzymały ten nieziemski ostrzał, chociaż na ile było widać, większość z nich była w znacznym stopniu rozbita. Wtuliliśmy głowy w ramiona i daliśmy nura do rowu. Gęsty dym powoli snuł się po wsi, ogarniał przesmyk wodny i wisiał nad taflą jeziora oraz uparcie broniącymi się schronami. Gdy chmura dymu w którymś momencie na chwilę się podniosła, zauważyłem że walka jest głównie skoncentrowana na końcu wsi, w pobliżu wysadzonego mostu.
Starając się trzymać z daleka od uliczek, przestrzeliwanych przez nieprzyjacielskie cekaemy, we dwóch z Dehornem próbowaliśmy przedzierać się do przodu wykorzystując przy tym do ukrycia płonące domy. Na ulicach i między domami leżeli zabici Rosjanie. Niektóre ciała były potwornie okaleczone odłamkami naszych pocisków artyleryjskich. I wtedy zobaczyliśmy rannego żołnierza z kompanii Teitgena. Lekki, prostopadły postrzał w ramię. We trzech wbiegliśmy do domu, którego jedna połowa, sądząc po obrysie fundamentu, była uniesiona niczym wichurą. Seria z cekaemu rozwaliła w drzazgi ramę okienną i uderzyła w ścianę naprzeciwko okna.
-?Uważać! -?wrzasnąłem. -?W pokoju z tyłu będzie bezpieczniej.
Ocalała połówka domu była pusta. W kilka minut oczyściliśmy i przewiązaliśmy ranę. Kości ramienia były na szczęście całe. Aby uśmierzyć ból, zrobiłem żołnierzowi zastrzyk z morfiny i zaraz mu to pomogło.
-?Dobre miejsce na punkt opatrunkowy -?powiedziałem do Dehorna, oceniając ocalałą część domu i następnie, zwracając się do rannego żołnierza, powiedziałem:
-?Wkrótce pojawi się tu mój podoficer. Nazywa się Wegener. Czekajcie na niego i powtórzcie, że ma tu organizować punkt opatrunkowy.
Dehorn wywiesił flagę z czerwonym krzyżem przed wejściem do domu i zaczęliśmy przemieszczać się dalej, tam gdzie trwał bój na podejściach do zniszczonego mostu. Posuwaliśmy się bardzo ostrożnie, miejscami nawet czołgając się i wykorzystując dla osłony, co się tylko dało, nawet kłęby dymu. Z mostu zostały tylko sterczące z wody kikuty drewnianych pali, wokół których woda bez przerwy gotowała się od serii z broni maszynowej. Z przeciwległego brzegu praktycznie nieprzerwanie walił krzyżowy ogień. Schron bojowy z lewej strony mostu, największy, i ten, którego ognia najbardziej się obawialiśmy, stał teraz martwy i cichy -?efekt roboty naszej "Grubaski". Za to bunkier po prawej stronie mostu wciąż nieprzerwanie strzelał i w dodatku pomagał mu w tym ogień cekaemu z trzeciego schronu, położonego nieopodal na brzegu jeziora.
Od naszej strony, na podejściach do mostu, bezwładnie rozrzuciwszy ręce i nogi, leżało mnóstwo martwych żołnierzy rosyjskich, a ciała dwóch z nich, na wpół zanurzone w wodzie, zwisały w poprzek drewnianych rozpór. Wyglądało na to, że próbowali uniknąć walki i najwyraźniej zostali zastrzeleni przez swoich w czasie gdy starali się przedostać po resztkach mostu na drugi brzeg.
Nasze własne lekkie działka stopniowo przemieszczały się teraz w pobliże mostu i jedna z 37-milimetrówek Noacka otworzyła już ogień do na wpół zburzonego schronu po prawej stronie, który jakimś niepojętym sposobem wciąż jeszcze kontynuował swój uparty bój. Wąska niegdyś strzelnica przedstawiała teraz sobą wielki, ziejący czarną dziurą otwór i wkrótce prosto w ten otwór wleciały nasze dwa pociski. Gęste zwały dymu, niczym rzeka, waliły ulicą w naszą stronę i kłębiąc się otulały resztki mostu wraz z kanałem. W tej zasłonie majaczyły jakieś sylwetki przedzierające się do mostu; w jednej z nich z trudem rozpoznałem Schnittgera. Wyglądało na to, że chcą pokonać przesmyk po ocalałych kawałkach mostu, skacząc z jednego na drugi. Ze wszystkich sił wytężyłem wzrok starając się śledzić ich ruchy, ale gęsty dym, który po tej stronie krył ich przed Rosjanami i mnie nie pozwalał nic dostrzec.
Minęły dwie czy trzy minuty nerwowego oczekiwania. Dym stopniowo się rozwiał. Schnittger i jego ludzie już wdrapywali się na przeciwległy brzeg. Niektórzy przeprawili się wpław, a innym udało się przedostać po sterczących z wody resztkach mostu w momencie, gdy szczęśliwie otulił go obłok dymu. Teraz przedzierali się do walczącego uparcie schronu po prawej stronie mostu, ale kolejne kłęby dymu przywiane od strony wsi zasłoniły mi widok. Z tego dymu dobiegł trzask nielicznych niemieckich automatów i wybuchy granatów ręcznych. Domyśliliśmy się, że Schnittger i jego ludzie walczą z Rosjanami zalegającymi w okopach wyrytych między schronami. Dym w końcu się rozwiał i wtedy zauważyliśmy, że na drugim brzegu pojawiło się jeszcze więcej niemieckich żołnierzy. 37-milimetrowe działko przerwało ogień i znajdujący się w pobliżu schronu żołnierze z miotaczami zaczęli bezlitośnie polewać ambrazurę strugami żywego ognia.
Więcej już z tego schronu nie dobiegł nawet jeden dźwięk.
Metodycznie wszystkie pozostałe na tym odcinku umocnienia polowe przeciwnika były stopniowo neutralizowane, walkę kontynuował tylko trzeci schron -?ten, który znajdował się najdalej, nad samym jeziorem. Trwało to dosłownie chwilę, gdy nasi saperzy uruchomili przeprawę przez przesmyk, kładąc na pale długie i szerokie deski, po których grupy szturmowe jedna za drugą przedostawały się na tamten brzeg. Dwóch żołnierzy zostało przy tym trafionych z owego trzeciego schronu, wpadli do wody i utonęli, ale główna masa ludzi bez przerwy przesączała się na drugą stronę.
Wtedy usłyszałem kilkakrotnie powtarzane krzyki "Sanitariusz! Sanitariusz!" i razem z nieodłącznym, dosłownie depczącym mi po piętach, Dehornem pędem rzuciliśmy się w stronę mostu. Rozpaczliwie balansując rękoma i ryzykując, że zwalimy się do wody, zdołaliśmy jakoś szczęśliwie przebiec po tańczących nam pod stopami deskach. Wrogie kule świstały nam nad głowami we wszystkich możliwych i niemożliwych kierunkach. Zatrzymawszy się na mgnienie oka po drugiej stronie, aby bodaj na sekundę złapać oddech, zaraz zaczęliśmy wdrapywać się na brzeg na wysokości dopiero co uciszonego schronu. W najbliższym rowie łącznikowym, którym nie omieszkaliśmy się posłużyć, byli już na szczęście nasi żołnierze. Tuż obok, wywalony wybuchem naszego 21-centymetrowego pocisku, ział wielki i bardzo głęboki lej.
-?Wszystkich rannych tutaj! -?krzyknąłem jak najgłośniej i pierwszy stoczyłem się do leja.
Dehorn zaraz umieścił na skraju zawczasu przygotowany długi kij z flagą czerwonego krzyża. Za nami do leja wpełzło trzech lekko rannych a czwartego, ciężko rannego, przydźwigano na noszach. Miał przestrzelone na wylot płuca, przy czym nie była uszkodzona żadna główna arteria. Dałem mu zastrzyk przeciwbólowy i położyłem na boku.
-?Nawet nie drgnij! -?powiedziałem surowo. -?Krwawienie można powstrzymać tylko przy całkowitym bezruchu.
A do leja taszczyli już kolejne nosze. Przynieśli półprzytomnego żołnierza z koszmarnie głęboką raną gardła. Z pewnością utracił już mnóstwo krwi. Puls był jeszcze wyczuwalny, ale wątpliwe było czy wytrzyma dłużej taki szok. "Być może -?pomyślałem -?jeśli od razu dam mu solidną dawkę morfiny i natychmiast i przetoczę krew, to mu się uda". To była jego jedyna szansa, bez transfuzji niewątpliwie by zmarł.
Na szczęście na dnie leja było względnie bezpiecznie, a ja miałem ze sobą przenośne urządzenie Braun -?Melsungen do transfuzji krwi. Nasze działa przeniosły już ogień na następną linię obrony nieprzyjaciela, ale wroga artyleria wciąż jeszcze się całkiem aktywnie odgryzała i to, między innymi, strzelając po naszym przyczółku. Mieliśmy wielkie szczęście, że żaden pocisk nie rozerwał się w naszym bezpośrednim sąsiedztwie. Ale świst kul wystrzeliwanych z rosyjskich automatów i tak sprawiał, że często mimowolnie zniżaliśmy głowy.
-?Dawca! -?ryknąłem do noszowego z dziesiątej kompanii. -?Potrzebuję dawcy z grupą krwi "zero"!
-?Skąd wiecie, jaką ma grupę? -?usłyszałem głos Stolza. Żołnierz z szarpaną raną gardła był jednym z jego ludzi.
-?Grupa "zero" zawsze pasuje -?odpowiedziałem. -?A co to za krew na ręku?
-?E tam, bzdura, po prostu zadrapanie.
Rana nie była głęboka i w oczekiwaniu na upragnionego dawcę oczyściłem ją i opatrzyłem. Na szczęście dość dobrze przeszkoliłem się w kwestii transfuzji w warunkach polowych jeszcze w czasach, kiedy przebywałem w Prusach Wschodnich. Każdego żołnierza w batalionie klasyfikowałem według grupy krwi i zadecydowałem, celem uproszczenia działań podczas przyszłych transfuzji, że zapoznam się z każdym, kto posiada uniwersalną grupę "zero". Wszystkich przebadałem na okoliczność chorób wenerycznych i przygotowałem ogólną listę dawców posiadających tę grupę krwi. Müller i tak świetnie znał ich wszystkich osobiście bez żadnych list. Bez względu na to, że zdecydowanie ignorowaliśmy znaczenie czynnika odrzucenia dawcy, to i tak skrajnie rzadko napotykaliśmy na jakiekolwiek komplikacje przy transfuzjach na pierwszej linii (w wojskach SS przyjęte było tatuowanie grupy krwi na prawym ramieniu tak, aby lekarz na pierwszy rzut oka mógł znać potrzebną grupę krwi. Takie oto, między innymi, niezmywalne znamię, w przyszłości nieraz przyczyniło się do rozstrzelania licznych jego posiadaczy.).
-?Szlag by trafił ten trzeci schron! -?ze złością wrzasnął Stolz, wyłażąc z leja. -?Te śmierdziele nie mają zamiaru się poddać! Obeszliśmy ich z boku a i tak trzeba ich stamtąd wykurzać. Strzelają po kolei do każdego z naszych!
W końcu siedzi przede mną dawca. To potężny Westfalczyk z Lipperlandu z żyłami jak u konia.
-?Niech pan bierze, doktorze, ile trzeba -?mówi do mnie z uśmiechem - krwi to ja mam całkiem sporo.
W tej sekundzie gdzieś niedaleko od nas rozległ się ogłuszający huk wybuchu o ogromnej sile, który wręcz zakołysał ziemią pod naszymi nogami. Zaskoczony, drgnąłem i igła wyskoczyła z żyły.
-?Co to było? -?zapytałem ze zdziwieniem.
-?To Schnittger wysadził właśnie drzwi pancerne do schronu, ot i tyle - niewzruszenie odpowiedział z uśmiechem mój dawca. -?Żeby Schnittger nie wlazł do środka trzeba sporo więcej niż tam jakiś kawałek ruskiego pancerza!
Dzięki temu, że rannemu przetoczyłem pół litra krwi od dawcy, jego trupioblade wargi zaczęły przybierać znowu swój normalny odcień, a puls stał się bardziej wyczuwalny i miarowy. Puściłem mocarnego i tryskającego zdrowiem Westfalczyka i wprowadziłem rannemu do krwiobiegu jeszcze pół litra płynu fizjologicznego. Praca serca wróciła prawie do normalnego poziomu. Groźbie gwałtownej śmierci udało się zapobiec. Delikatnie sprawdziłem opatrunek na gardle, aby upewnić się, że krwotok się nie odnowi.
Ze wszystkich dzielnych obrońców rosyjskiego schronu bojowego przy życiu został tylko jeden, ale miał na tyle poważne oparzenia, że raczej nie dawałem mu nadziei na przeżycie. Tak czy inaczej, przykazałem dwóm jeńcom, którzy potrafili udzielić pierwszej pomocy, aby go opatrzyli, a następnie dałem im więcej środków opatrunkowych żeby mogli pomóc innym rannym Rosjanom.
W międzyczasie kilka naszych kompanii przeprawiło się już na wschodni brzeg jeziora i rozwijało się celem kontynuowania ataku na głębiej urzutowane pozycje rosyjskiej linii obrony. Ale najtrudniejsze zadanie dnia było już wykonane. Zdobycie wsi Homiel i przecięcie przesmyku między jeziorami udało się za pierwszym razem, a dobrze przygotowana linia obrony Rosjan -?przełamana. Z pomocą rosyjskich jeńców nasi saperzy zbudowali na resztkach starego całkiem nowy most i powoli zaczęły się po nim przetaczać nasze pierwsze ciężkie działa.
-?No i pięknie! -?radośnie oznajmiłem Dehornowi. -?Müller już tu jest i wszystko idzie zgodnie z planem.
Wchodząc do domu, w którym założyliśmy punkt opatrunkowy, głośno zawołałem Wegenera, ale nikt mi nie odpowiedział.
-?Wegener mocno oberwał... W głowę... -?cicho oznajmił Müller, na którego natknąłem się w drzwiach do tylnego pokoju.
Wegener leżał razem z innymi rannymi na podściółce ze słomy. Był całkowicie przytomny, ale mocno zakrwawiony bandaż na jego głowie świadczył o tym, że rana jest bardzo poważna. Ostrożnie odwinąłem opatrunek i zmroziło mnie: kula karabinowa weszła od tyłu prawą stroną szyi, przeszła przez całą głowę i wyleciała przez prawe oko. Pocieszające było tylko to, że nie było przy tym żadnych oznak paraliżu.
-?Gdzie to się stało? -?jakoś tak głupio zapytałem Wegenera. -?Jak można w ogóle odnieść taką ranę?
-?Tu, za domem -?ochryple i ledwie zrozumiale wyszeptał. I chyba na tyle mu wystarczyło sił, gdyż najwyraźniej nie mógł dalej mówić.
-?Zaraz za węgłem -?podchwycił Müller. -?Wegener wyszedł na zewnątrz żeby przynieść więcej słomy, schylił się po nią i nagle padł plackiem. Stałem z tyłu za nim i wszystko widziałem, wciągnąłem go zaraz do domu.
-?Co za cholerny niefart -?wymamrotałem. -?Załapać głupią kulkę, kiedy cała walka o wieś już się skończyła!
Prawe oko Wegenera było po prostu wybite od wewnątrz kulą. Żałośnie pusty oczodół przykrywała teraz, i to tylko częściowo, górna powieka i kilka podobnych do nitek kawałków ciała. Dolna powieka, a razem z nią część kości twarzowej w górnej części szczęki też była zniesiona przez kulę. "Co za cholerne nieszczęście", powtarzałem sobie cały czas w duchu. Otwór wlotowy w tylnej części szyi nie był nawet duży i dlatego nie było dużego krwawienia -?może trochę więcej jak z kapilary. Pozostawiając prawe oko odsłonięte, nałożyłem biednemu Wegenerowi nowy opatrunek, zrobiłem zastrzyk dla poprawy krążenia i jeszcze jeden zastrzyk przeciwbólowy.
-?Prawego oka już nie masz -?powiedziałem jak mogłem najspokojniej. - Ale dobry protetyk zrobi ci takie oko, że z wierzchu będzie wyglądać jak prawdziwe. Najważniejsze, że mózg nie jest uszkodzony, a lewym okiem szybko nauczysz się widzieć nie gorzej niż dwoma. Nie upadaj na duchu przyjacielu! No i podejdź do całej sytuacji jeszcze z tej strony, że oznacza to dla ciebie koniec wojny.
Do chałupy podjechała nasza sanitarka. Trzech pozostałych żołnierzy miało nieporównywalnie lżejsze obrażenia i Müller pomógł im usadowić się w środku. Wegener w tym czasie usnął. Puls miał mocny i równomierny. Razem z Dehornem wskoczyliśmy do sanitarki i ruszyliśmy w stronę mostu, aby zabrać rannych leżących w leju. W drodze powrotnej chcieliśmy wpaść po Wegenera. Ranni z lżejszymi postrzałami mieli zaczekać na kolejną sanitarkę.
Ostrożnie przejechaliśmy przez most, ale tym razem z trzeciego schronu już nikt nie strzelał. Chociaż Stolz patrzył już na ten schron jak na swoją własną zdobycz, to ostatecznie wykończył go nie on a... Bolski! Dokładnie w momencie, kiedy Stolz rozmawiał ze mną w leju o tym, że ma zamiar wykurzyć stamtąd Ruskich podchodząc ich od tyłu, Bolski wziął grupkę żołnierzy Stolza i odstawił prymitywny, frontalny atak na bunkier. Co by nie mówić, było to z jego strony strasznie lekkomyślne, ale efekty okazały się całkiem niezłe. Udowodniwszy tym sposobem swoją (choć i bezmyślną) odwagę w walce, Bolski zaczął uważać, iż wyrobił sobie w Homieli prawdziwe imię i wszechobecne uznanie dla swych niewątpliwych rycerskich zalet.
Nasza artyleria skierowała teraz ogień na most koło wsi Daleckije i słyszeliśmy jak rosyjskie działa nieprzerwanie odpowiadają ogniem. Mimo to, kiedy zabieraliśmy naszych rannych, nie było się czego bać, gdyż ich ogień ześrodkowany był gdzieś z boku. Stan żołnierza, któremu robiłem transfuzję okazał się całkowicie zadowalający i ten radosny fakt wypełnił mi duszę najszczęśliwszym uczuciem -?przecież kiedy ujrzałem tego biedaka pierwszy raz, byłem pewien, że ma marne szanse na przeżycie. Sanitarka cichaczem wracała uliczkami Homieli, aby zabrać do szpitala na tyłach Wegenera razem z rannym w gardło żołnierzem. Kiedy odjeżdżali, odprowadzaliśmy z Dehornem ostrożnie kolebiący się na wybojach samochód smutnymi spojrzeniami. Rozstanie z Wegenerem bardzo mocno przeżył Dehorn, a poza tym nasz sanitariusz był przecież moim ziomkiem. W ten sposób wojna, można powiedzieć, dotarła nam do domu.
Dołączywszy do głównej kolumny naszych wojsk, ruszyliśmy razem ze wszystkimi drogą na Daleckije. Na poboczu zobaczyłem pięć świeżych mogił, na których dopiero co postawiono brzozowe krzyże. Dwóch poległych było z dziewiątej kompanii Teitgena, która wykonała bohaterski skok na naszym lewym skrzydle, jeden był z kompanii Stolza i jeden z dwunastej kompanii Kagenecka. Piąty był saperem. Popatrzyłem na zegarek. Było dwadzieścia pięć po ósmej. Cała operacja zajęła mniej niż cztery godziny.
-?Nazwiska poległych? -?zapytałem żołnierza, który stawiał krzyże a teraz właśnie mocował na nich stalowe hełmy.
Wymienił mi po kolei pięć nazwisk. Czterech z nich nie znałem, ale piątym okazał się jeden z bliźniaków Stolza. Wróciłem pamięcią do Filipowa gdzie w składzie swojej kompanii bliźniacy grali w piłkę ręczną przeciwko drużynie z dziewiątej kompanii. Obaj grali doskonale i szaleli po boisku jak tajfun; jeden z nich strzelił w samej końcówce spotkania zwycięską bramkę. Po meczu, śmiejąc się, każdy utrzymywał, iż to właśnie on wbił najważniejszego gola i nikt z nas nie wiedział, który mówi prawdę, a który zwyczajnie żartuje. Teraz jeden z nich nie żył. Żarty się skończyły.
-?Gdzie jest drugi brat? -?zapytałem żołnierza.
-?Dopiero co tu był. Jak tylko pochował brata, gdzieś poszedł... O, tam jest!
Saperką wskazał na piaszczystą drogę wiodącą na wschód i oddalająca się, zgarbioną sylwetkę pozostałego przy życiu bliźniaka. Tak, to był on... wolny krok, spuszczona głowa... Pomyślałem wtedy o straszliwej samotności, bez brata, która teraz będzie męczyć go do samej śmierci. "Trzeba się spieszyć -?przywołałem się do porządku i szybko dołączyłem do innych. - Czeka nas jeszcze mnóstwo roboty".
Gdzieś z przodu zaczęły dudnić długie serie naszych ciężkich karabinów maszynowych. Wysoka, zgarbiona postać zwolniła kroku, bliźniak zszedł z drogi i skierował się do lasu.
-?Mam nadzieję, że nie zamierza palnąć sobie w łeb -?niespokojnym głosem odezwał się Dehorn.
Rzuciliśmy się w ślad za nim. Bliźniak zdążył już skryć się między drzewami. Gdy biegliśmy przez las, w każdej chwili oczekując wystrzału, suche gałęzie opadłe z drzew z ogłuszającym trzaskiem łamały się nam pod stopami. W końcu ujrzeliśmy go siedzącego na pniu powalonego drzewa. Opuścił głowę na ręce skrzyżowane na kolanach, a szerokie plecy wstrząsał szloch. Nie widział nas. Co tam zresztą my! W tej chwili nie istniał dla niego nikt. Połowa jego własnego świata na zawsze została z tyłu -?pod grubym brzozowym krzyżem.
-?Zostawmy go samego -?wyszeptałem. -?Człowiek, który może jeszcze płakać, nie zastrzeli się.
Na drodze spotkaliśmy Teitgena, który oznajmił nam, że większość rosyjskich schronów bojowych na pierwszej linii obrony została zniszczona. Prawie wszystkie ich załogi walczyły uparcie do samego końca, do niewoli dostało się niewielu.
Główny kierunek natarcia naszego batalionu był teraz skierowany na most pod wsią Daleckije. Jednakże wszyscy broniący się do tej pory uporczywie Rosjanie umocnili się w gospodarstwie zaledwie kilkaset metrów od rzeki. Nasi artylerzyści bardzo szybko podpalili je celnym ogniem swych dział i płomienie natychmiast ogarnęły wszystkie budynki mieszkalne i zabudowania gospodarcze. Atakując fermę, słyszeliśmy smutne muczenie i ryki płonących żywcem krów. Ale wkrótce w jednym z okien pokazała się biała flaga zwiastująca koniec jeszcze jednego zaciętego boju.
Płaska jak stół łąka, całkiem duża z tej strony rzeki, łączyła się w oddali z ciemnym pasmem lasów. Jej przybrzeżna część była usiana ospowatymi kraterami po wybuchach pocisków. Po przeciwnej stronie mostu natknęliśmy się na jeszcze jeden schron, który mógł stanowić dla nas śmiertelne zagrożenie. Z jakiegoś powodu był niezamaskowany. Jego złowieszcze strzelnice patrzyły groźnie prosto na most -?to dla jego obrony go tutaj postawiono. Przeciwpancerne działko Noacka grzmotnęło kilka razy pod rząd prosto w ambrazury, ale w odpowiedzi nie zabrzmiał nawet jeden strzał. Wtedy, aby nie kusić losu, schron ostrzelało nasze wielkokalibrowe działo, ale i jemu nie udało się nikogo sprowokować do jakiejkolwiek aktywności. Schron uparcie milczał. W szturmowym tempie rzuciliśmy się przez most i szybko znaleźliśmy się po wschodniej stronie rzeki. Od strony bunkra ciągle ta sama, podejrzana cisza. Z wielką ostrożnością, poruszając się skokami od leja do leja, nasze grupki szturmowe dotarły w bezpośrednie sąsiedztwo milczącego stanowiska, cały czas nie spuszczając oczu ze strzelnic... Odczekawszy chwilę, żołnierze wykonali ostatni, decydujący skok! Trzech z nich mocnym szarpnięciem otworzyło ciężkie, stalowe drzwi i machnęło do środka kilka granatów.
Wewnątrz, z dziurą po kuli w potylicy, leżał martwy komisarz. I ani żywego ducha więcej. Najwidoczniej został zastrzelony przez swoich własnych podwładnych zanim ci salwowali się ucieczką.
Można rzec, że pierwsza faza boju była za nami. Na zegarkach mieliśmy kwadrans po dwunastej, rosyjska linia obrony została przerwana, a batalion zebrano w jednym miejscu i Neuhoff wstępnie podsumował wyniki działań. Dziewięć żelbetonowych schronów bojowych zostało zniszczonych a wszystkie umocnienia polowe całkowicie oczyszczone z ukrywających się w nich Rosjan. Rozlokowałem się w wygodnym miejscu niedaleko od mostu i udzieliłem pomocy ostatnim, ja się wydawało, rannym. Dla tych, którzy faktycznie tego potrzebowali, zorganizowałem wysyłkę na tyły. Na szczęście nie było więcej przypadków ciężkich zranień. Odebrałem meldunki o wykonanych zadaniach od przydzielonego mi dodatkowego personelu i złapałem się na całkiem przyjemnej myśli, iż w odróżnieniu od pierwszych dni naszej kampanii, wszyscy ranni otrzymali wykwalifikowaną i, co najważniejsze, błyskawiczną pomoc. Gdyby pojawił się tutaj pułkownik Becker ze swoim zwyczajowym pytaniem dotyczącym aktualnej sytuacji, mógłbym zupełnie szczerze odpowiedzieć, że "nic szczególnego, o czym należałoby meldować" się nie wydarzyło. Spokojnie przeanalizowałem wydarzenia dzisiejszego dnia i doszedłem do interesującego wniosku, iż wraz z Dehornem wybraliśmy optymalny system pracy -?towarzyszenie oddziałom szturmowym bezpośrednio na pierwszej linii. Było to, oczywiście, dużo bardziej ryzykowne, ale gwarantowało rannym sprawną i natychmiastową pomoc. Działając w ten sposób udało się dziś uratować przynajmniej jedno ludzkie życie.
W międzyczasie dwa nasze patrole zwiadowcze doszły do masywu leśnego leżącego w odległości około dwóch -?trzech kilometrów od nas i sygnalizowały stamtąd, że nieprzyjaciela w nim nie ma. Kiedy wreszcie sami tam dotarliśmy, naszym oczom ukazała się imponująca liczba schronów, transzei, okopów i innych dobrze przygotowanych umocnień polowych, które Rosjanie albo porzucili, albo których -?mając na uwadze szybkość naszego posuwania się -?po prostu nie zdążyli obsadzić. Tymczasem nasz batalion kontynuował marsz w kierunku osady Saroczka posuwając się przez gesty i prawie nieprzebyty las. Na czele kolumny jechała haubica polowa i dwa działka przeciwpancerne, jedenasta kompania zabezpieczała lewą flankę, dziesiąta kompania prawą. Następny w kolejności był sztab batalionu i pozostałe kompanie piechoty
W lesie panował złowieszczy półmrok. W obawie przed niespodziewanym atakiem, każdy wytężał wzrok, aby wypatrzeć między drzewami wrogich snajperów zanim zdążą oddać śmiertelny strzał. Puszcza wokół nas wydawała się dziwna, straszna i jakby nie z tej ziemi. Im głębiej wchodziliśmy w ostępy wiekowego lasu, tym bardziej byliśmy gotowi na nieoczekiwane spotkanie z przyczajonym wrogiem. Jak nam było wiadomo, Linia Stalina została zbudowana jeszcze w 1939 roku i miała stanowić pierwszą, poważną linię obrony na drodze do Moskwy. Z tego względu obsadzana była jednostkami specjalnie wyszkolonymi do walk obronnych w tego typu fortyfikacjach. Mimo to, przerwaliśmy umocnienia i zagłębiliśmy się na zaplecze linii wroga na ponad osiem kilometrów... Jednak wciąż słyszeliśmy gdzieś z tyłu odgłosy toczącej się walki. Ogarnęło nas nieprzyjemne uczucie, że być może jesteśmy jedynym niemieckim pododdziałem, znajdującym się w tej chwili po drugiej stronie rosyjskiej linii obrony. Dlatego też w każdej chwili spodziewaliśmy się ataku zarówno z przodu, jak i z tyłu, a w zasadzie, z każdego dowolnego kierunku. Nie zatrzymując się, co i rusz mijaliśmy rozbudowane, głęboko urzutowane i silnie umocnione pozycje przeciwnika, na których jednak nie było widać żywego ducha.
Spadł deszcz i z cienia wielkiego lasu szybko zaczął wypełzać mrok. W końcu osiągnęliśmy nasz cel dnia -?"Punkt 62" -?jednak Neuhoff nie śpieszył się z rozkazem o postoju. W egipskich ciemnościach przedzieraliśmy się przez las jeszcze przez około godzinę, nie natrafiając na żadną drogę.
Ale oto wyrwaliśmy się wreszcie z leśnych ostępów i ujrzeliśmy kilka chatek i stodół -?mieszkali tam biedni, rosyjscy chłopi. Wiele się od nich nie dowiedzieliśmy. Wyjaśniło się tylko, że czerwoni przechodzili tędy wczesnym wieczorem, zarówno w kierunku zachodnim, jak i wschodnim. Niespecjalnie nas to uspokajało.
Na postój stanęliśmy około północy. Neuhoff od razu uprzedził nas, że możemy liczyć najwyżej na czterogodzinny odpoczynek. O drugiej nad ranem przyjechał łącznik ze sztabu pułku. Wszyscy, którzy spali w namiocie dla dowódców momentalnie się obudzili. Dostarczony meldunek mówił o tym, iż nasze silne jednostki pancerne przerwały Linię Stalina na północ od nas i wklinowały się głęboko w terytorium wroga, natomiast nasze natarcie na południu nie było już, niestety, tak efektywne. Niemieckie ataki grzęzły w rozbudowanym systemie żelbetonowych schronów bojowych i licznych rowów przeciwpancernych -?tam Linia Stalina wciąż się trzymała. Nasz batalion, torujący drogę pozostałym oddziałom osiemnastego pułku, okazał się jedynym związkiem piechoty, który przebił się przez linie obronne Rosjan. Oznaczało to, że dopóki umocnienia nie zostaną przełamane także na innych odcinkach, będziemy pozostawieni sami sobie na terytorium wroga...