Czerwona Seria. Przystanek Moskwa. Niemiecki lekarz na froncie wschodnim 1941 1942 - Dr. HEINRICH HAAPE

Kup ebooka

49.00 zł

-
Proszę czekać

Operacja "Barbarossa"

Ope­ra­cja "Bar­ba­rossa"

Pięć minut do godziny "X"!

Dzi­siaj jest 22 czerwca 1941 roku. Razem z dowódcą bata­lionu Neu­hof­fem i jego adiu­tan­tem Hil­le­man­n­sem stoję na grzbie­cie nie­wy­so­kiego wzgó­rza na połu­dniowo-wschod­niej gra­nicy Prus Wschod­nich. Na wprost przed nami roz­cią­gają się rów­niny Litwy, wciąż jesz­cze pra­wie nie­wi­doczne w pół­mroku przed­świtu. Który to już raz rzu­cam ukrad­kiem okiem na fos­fo­ry­zu­jący w ciem­no­ści cyfer­blat zegarka na ręku. W tym momen­cie jest dokład­nie trze­cia rano. Wiem, że wła­śnie w tej chwili, tak samo jak ja, ner­wowo wpa­trują się w swoje zegarki miliony nie­miec­kich żoł­nie­rzy. Dzia­ła­nia wszyst­kich for­ma­cji Wehr­machtu są ze sobą w pełni zsyn­chro­ni­zo­wane. Trzy ogromne grupy nie­miec­kich armii, wsparte lot­nic­twem, stoją w peł­nej goto­wo­ści do ataku, po któ­rym nastąpi kolo­salna rzeź. To zasty­gła w napię­ciu gigan­tyczna kon­cen­tra­cja nie­zli­czo­nych kom­pa­nii, bata­lio­nów, puł­ków i dywi­zji oraz cze­ka­ją­cych nie­cier­pli­wie swej godziny "zero" licz­nych eskadr Luft­waffe -?samo­lo­tów roz­po­znaw­czych bli­skiego i dale­kiego zasięgu, myśliw­ców, bom­bow­ców tak­tycz­nych i nur­ku­ją­cych ...

Jeszcze cztery minuty!

Cały nie­miecki front wschodni, od Zatoki Fiń­skiej na pół­nocy po Morze Czarne na połu­dniu, zajął pozy­cje wyj­ściowe do miaż­dżą­cego ataku na Rosję. Natar­cie roz­pocz­nie się jed­no­cze­śnie z terenu Fin­lan­dii, Prus Wschod­nich, Pol­ski, Kar­pat i Rumu­nii. Nikt z nas nie ma naj­mniej­szych wąt­pli­wo­ści, że strasz­liwy szkwał ognia na fron­cie dłu­go­ści ponad dwóch tysięcy kilo­me­trów zmie­cie z powierzchni ziemi nad­gra­niczne umoc­nie­nia nie­przy­ja­ciela. Nasze armie, zahar­to­wane niczym stal na polach bojów pod­bi­tej Europy, już wkrótce nie zosta­wią z nich kamie­nia na kamie­niu. Każdy z naszych żoł­nie­rzy jest w pełni świa­dom zna­cze­nia tej wiel­kiej kam­pa­nii i rozu­mie wagę sto­ją­cego przed nim zada­nia. Nie­za­leż­nie od tego, czy jego wzrok skie­ro­wany jest w stronę Lenin­gradu, Moskwy, Kijowa, Dnie­pru czy Morza Czar­nego, każdy zdaje sobie sprawę z faktu, że roz­ciąga się przed nim bez­kres kra­iny o praw­dzi­wie nie­zmie­rzo­nych odle­gło­ściach.

Jeszcze trzy minuty!

Myślę o swo­ich towa­rzy­szach broni, leka­rzach woj­sko­wych, znaj­du­ją­cych się teraz w Fin­lan­dii, gdzie wła­śnie w tej chwili wstaje świt, który roz­ga­nia mrok. Tutaj, w Pru­sach Wschod­nich, wciąż jesz­cze otula nas nie­prze­nik­niona zasłona głę­bo­kiej, bez­gwiezd­nej i bez­k­się­ży­co­wej nocy, gdzie nisko wiszące chmury zakryły szczel­nie nie­bo­skłon. Od litew­skich pól deli­kat­nie nara­sta i zaczyna wiać leciutki, cie­pły wia­te­rek. Nie­ocze­ki­wa­nie dociera do mnie, że lekko się spo­ci­łem, ale to bar­dziej rezul­tat strasz­nego napię­cia tych ostat­nich, donio­słych chwil, niż efekt duchoty, zwy­cza­jo­wej dla let­nich nocy. W mar­twej ciszy, do przodu, w stronę wyzwa­la­ją­cej mimo­wolne drże­nie linii gra­nicy, bez­sze­lest­nie prze­su­wają się nasi sape­rzy i grupy sztur­mowe. To samo dzieje się nie tylko na naszym odcinku, ale na całej sze­ro­ko­ści ogrom­nego frontu. Jeste­śmy towa­rzy­szami broni -?w otu­la­ją­cym nas mroku nocy nie­mal fizycz­nie odczu­wamy łączące nas więzi bojo­wego bra­ter­stwa - czuje je każdy z trzech milio­nów nie­miec­kich żoł­nie­rzy, goto­wych roz­po­cząć naj­więk­szą w histo­rii ludz­ko­ści bitwę -?ope­ra­cję "Bar­ba­rossa".

Nie­da­leko któ­ryś z żoł­nie­rzy zapala papie­rosa. Pod jego adre­sem leci przy­tłu­miona, lecz ostra komenda i nie­do­pa­łek pada na zie­mię, pospiesz­nie przy­dep­nięty woj­sko­wym butem. Nikt nie mówi ani słowa. Kró­luje cisza, z rzadka prze­ry­wana odgło­sem pobrzę­ki­wa­nia metalu, chrap­nię­ciem konia czy ner­wo­wym stu­kiem kopyta. Mam wra­że­nie, że gdzieś w oddali widzę już pierw­sze, nie­śmiałe prze­bły­ski rodzą­cego się świtu. Mimo­cho­dem wyszu­kuję okiem jaki­kol­wiek szcze­gół, w który mógł­bym wcze­pić się wzro­kiem, aby ode­gnać kłę­biące się myśli. Powo­lutku wstaje świt. Na wscho­dzie szare obłoki wypły­wają nie­śpiesz­nie z czerni nocy. Czy te ostat­nie chwile naprawdę będą trwały wiecz­nie? Znowu rzu­cam okiem na zega­rek.

Jeszcze dwie minuty!

Myślę o dale­kim domu i nagle mimo­wol­nie moje myśli bie­gną ku Mar­cie, wią­żąc mnie z nią jakimś nie­wia­do­mym spo­so­bem. Naj­pew­niej śpi teraz, podob­nie jak wszyst­kie inne uko­chane dziew­czyny, żony i matki tysięcy żoł­nie­rzy, któ­rzy tkwią tutaj na tym nie­ogar­nię­tym wzro­kiem fron­cie. Nic nie wie­dzą o tym, co tutaj robimy. Nawet do głowy im nie przyj­dzie, jakie nie­bez­pie­czeń­stwa cze­kają na ich mężów i synów w naj­bliż­szych godzi­nach, dniach, mie­sią­cach a, kto wie, może i latach. Dla nich to noc zwy­kła jak tysiąc innych, a i my nie pognie­wa­li­by­śmy się, gdyby i dla nas taka była. Ale zamiast tego pój­dziemy do ataku. Nie­koń­czącą się pro­ce­sją będą prze­su­wać się przed nami nazwy mia­ste­czek, wsi i nazwi­ska poszcze­gól­nych ludzi. Nie­któ­rym dopi­sze szczę­ście i oca­leją, nie­które prze­staną ist­nieć, inne odci­sną nie­za­tarte piętno w naszej pamięci. Będą i takie, które trwale zapi­szą się na kar­tach histo­rii. Które z nich? Tego jesz­cze nie wiemy. Wsie znikną z obli­cza ziemi, mia­sta obrócą się w perzynę. Nie­szczę­śni ludzie będą stać na pobo­czach dróg z oczami sze­roko otwar­tymi z prze­ra­że­nia. Nie­zli­czone mogiły wyro­sną na polach bitew i wzdłuż szos. Świt jest coraz bli­żej i gdy tylko pierw­sze pro­mie­nie słońca prze­go­nią na hory­zon­cie noc, obu­dzi się wojna.

Jeszcze minuta!

Nie jeste­śmy w sta­nie myśleć o niczym innym, tylko o tym, co nastąpi w ciągu kilku naj­bliż­szych sekund. Napię­cie osiąga taki poziom, że dosłow­nie trudno jest oddy­chać. Cze­kamy, twa­rze zasty­gły na kamień, tylko puls sza­leje i dudni w skro­niach. Jakby cały świat zastygł razem z nami w tym nie­ludz­kim ocze­ki­wa­niu...

I nagle, jakby nie­ocze­ki­wa­nie, jakby zni­kąd, ciszę roz­rywa pora­ża­jący huk tysięcy nie­miec­kich dział. Strzela ich tyle, że ich salwy zle­wają się w jeden, ogłu­sza­jący ryk. W oka mgnie­niu bły­ski wystrza­łów zamie­niają pół­mrok przed­świtu w jasny dzień. W tej sekun­dzie prawdy, roz­dzie­ra­ją­cej życie na czas pokoju, który został już w prze­szło­ści i wojnę, która staje się teraź­niej­szo­ścią, nasza arty­le­ria odzywa się jed­nym gło­sem na całym, dłu­gim na ponad dwa tysiące kilo­me­trów fron­cie tak ide­al­nie równo, jakby uru­cho­miona poje­dyn­czym, elek­trycz­nym syn­chro­ni­za­to­rem. Roz­pę­tuje się praw­dziwe pie­kło i w tych strasz­nych chwi­lach na naszych oczach two­rzy się histo­ria. Działa wszyst­kich kali­brów biją prak­tycz­nie bez­po­śred­nim ogniem po przed­niej linii obrony Rosjan. Poci­ski naj­cięż­szych moź­dzie­rzy lecą w stronę prze­ciw­nika, prze­la­tu­jąc wprost nad naszymi gło­wami z cięż­kim, mro­żą­cym krew w żyłach wyciem. Ich głę­bo­kiemu basowi zaczy­nają towa­rzy­szyć nie­zli­czone serie kara­bi­nów maszy­no­wych i auto­ma­tów. Gdyby nie dra­ma­tyzm sytu­acji, można by przy­jąć ich ter­kot za odgłos kle­kotu nie­szko­dli­wych, dzie­cię­cych zaba­wek. Rosja­nie w końcu zaczy­nają odpo­wia­dać ogniem. Dobrze sły­chać jęk ich cięż­kich poci­sków lecą­cych w mrok nocy za nami. Jed­nak, gdy ogień więk­szo­ści nie­miec­kich dział zostaje stop­niowo napro­wa­dzony na przedni skraj obrony nie­przy­ja­ciela, inten­syw­ność salw rosyj­skich rośnie do nie­prze­rwa­nego cre­scendo.

W ślad za tym maso­wym przy­go­to­wa­niem arty­le­ryj­skim idą do przodu nasze grupy sztur­mowe i wysu­nięte pod­od­działy pie­choty, które wdzie­rają się na linię obrony nie­przy­ja­ciela. Wyprze­dzają je nasze czołgi, które plu­jąc ogniem wyry­wają się od razu daleko do przodu. Dosłow­nie w kilka chwil cały front wschodni ogar­nia poże­ra­jący wszystko pło­mień.

* * *

Nasz trzeci bata­lion 18-go pułku pie­choty znaj­duje się na pozy­cjach wyj­ścio­wych w peł­nej goto­wo­ści bojo­wej i wciąż jesz­cze ocze­kuje osob­nego roz­kazu do ataku. Istota naszego zada­nia polega na tym, aby w kry­tycz­nej chwili wes­przeć nasze grupy sztur­mowe w miej­scach, gdzie obrona okaże się naj­trud­niej­sza do prze­ła­ma­nia. Pół­mrok świtu roz­ja­śniają ośle­pia­jące bły­ski ognia arty­le­ryj­skiego i w ich świe­tle ze szczytu naszego wzgórka widać jak szybko nasze pod­od­działy posu­wają się do przodu. Póki co, od naszego głów­nego celu -?Moskwy -?dzielą nas pra­wie dwa tysiące kilo­me­trów rosyj­skiej ziemi.

Nasza 6 Dywi­zja Pie­choty wcho­dzi w skład Grupy Armii "Cen­trum" dowo­dzo­nej przez feld­mar­szałka von Bocka. Na to zgru­po­wa­nie zwró­cone będą oczy całych Nie­miec w nadziei na wspa­niałe, bły­ska­wiczne zwy­cię­stwo. Ocze­kuje się od nas wię­cej niż od Grupy Armii "Połu­dnie", nacie­ra­ją­cej na Ukra­inie i Grupy Armii "Pół­noc", kie­ru­ją­cej się na Lenin­grad. Zda­jemy sobie sprawę, że ze wszyst­kich zadań sto­ją­cych przed armiami nie­miec­kimi, nasze ma nie tyle prio­ry­te­towe, co wręcz pierw­szo­pla­nowe zna­cze­nie.

Litew­ski poste­ru­nek gra­niczny pali się jasnym pło­mie­niem. Więk­szość przygra­nicznych umoc­nień została znisz­czona ogniem arty­le­rii i wzięta sztur­mem. Mężny opór sta­wiają tylko poszcze­gólne beto­nowe schrony bojowe, któ­rych obrońcy z upo­rem kon­ty­nu­ują walkę. Ale i te umoc­nie­nia wkrótce zostaną okrą­żone i zli­kwi­do­wane. Oto grupa "Sztu­ka­sów", naszych bom­bow­ców nur­ku­ją­cych, prze­la­tuje nad nami, kie­ru­jąc się na wschód. Jak na para­dzie, jeden za dru­gim wycho­dzą z szyku, prze­wa­lają się na skrzy­dło i w ogłu­sza­ją­cym wyciu syren pra­wie pio­nowo pikują do ziemi. Huk roz­ry­wa­ją­cych się bomb wplata się w maje­sta­tyczną sym­fo­nię wiel­kiej bitwy. Samo­loty wyko­nują nawrót i ata­kują ponow­nie, tym razem ostrze­li­wu­jąc wroga z broni maszy­no­wej, po czym zni­kają gdzieś w oddali. Z naszego sta­no­wi­ska na wzgórku wygląda to jak jakaś wielka insce­ni­za­cja, a prze­cież wszystko dzieje się cał­kiem na poważ­nie. Za mną widzę monu­men­talną postać dowódcy naszego bata­lionu, Neu­hoffa. Stoi z lor­netką w ręku i dosłow­nie jakby pró­bu­jąc sam sie­bie prze­ko­nać, po raz kolejny dwu­znacz­nie mru­czy pod nosem:

-?No i oto jeste­śmy w sta­nie wojny z Rosją! Wojny z Rosją!

Dzień wstaje i lekki wia­te­rek, wie­jący od strony Litwy, cich­nie. Przed nami roz­pala się coraz wię­cej poża­rów. Kłę­bami pod­no­szą się chmury brudno-czar­nego dymu i powoli roz­peł­zają się nad budzą­cymi się ze snu cie­ni­stymi lasami i nie­licz­nymi wzgó­rzami. Goniec-moto­cy­kli­sta przy­wozi roz­kaz -?mamy ruszać. Jest godzina 3:45 rano. Aż nie chce się wie­rzyć, ze minęło zale­d­wie jakieś czter­dzie­ści minut od czasu, gdy ode­zwały się nasze działa. Neu­hoff posyła łącz­nika z roz­kazami dla naszych łącz­no­ściow­ców. Roz­lega się komenda "Przy­go­to­wać się!" i od razu ruszamy. Jakby kamień spadł z serca -?wresz­cie idziemy do przodu. Ja sam nie idę jed­nak na pie­chotę, jadę na moim koniu i musze trzy­mać go na krót­kiej uździe. Plut (tak nazywa się moja kobyła) zacho­wuje się nie­spo­koj­nie, naj­wy­raź­niej moje zde­ner­wo­wa­nie udzie­liło się też zwie­rza­kowi. Sta­ram się tro­chę uspo­koić, już nie­długo zarówno czło­wiek jak i koń przejdą nie­ła­twy chrzest bojowy. Zadaję sobie zatem cał­kiem nie­pro­ste pyta­nie: jak sam się spra­wię? Nie­po­koi mnie to, że ogar­nia­jąca mnie ner­wo­wość może nega­tyw­nie wpły­nąć na pew­ność mojej ręki, co może mieć fatalne skutki, gdy prze­pro­wa­dza się ope­ra­cję. Macam torbę z medy­ka­men­tami i narzę­dziami lekar­skimi, którą, zgod­nie z prze­pi­sami, mam przy­tro­czoną do sio­dła. Stop­niowo docho­dzę do wnio­sku, że jed­nak wszystko jest gene­ral­nie w porządku. Peter­mann, do któ­rego obo­wiąz­ków należy dba­nie o mojego konia, truchta za mną, wio­ząc dwie torby sani­tarne z opa­trun­kami i narzę­dziami chi­rur­gicz­nymi. W sani­tarce, która podąża za nami w odle­gło­ści kil­ku­set metrów, jest reszta naszych sani­ta­riu­szy: Dehorn, Müller i Wege­ner.

Napo­ty­kamy naszego pierw­szego ran­nego żoł­nie­rza. Rana w rękę od kuli. Wyła­wiam z torby przy­go­to­wane wcze­śniej w nad­mia­rze pakiety sani­tarne i ban­daże, po czym roz­plą­tuję ela­styczną opa­skę uci­skową i zdej­muję tym­cza­sowy opa­tru­nek nało­żony przez sani­ta­riu­sza na polu boju. Krwa­wie­nie jest nie­wiel­kie, gdyż naj­wi­docz­niej pocisk prze­szedł na wylot i tylko nie­znacz­nie zaha­czył o kość. Zakła­dam opa­skę ścią­ga­jącą i zawie­szam mu rękę na tem­blaku.

-?No, jak tam na pierw­szej linii? -?pytam żoł­nie­rza.

-?Kapral Schaf­fer zabity. I jesz­cze jeden ofi­cer, któ­rego nie znam - odpo­wiada. -?O ile wiem, nie ma wię­cej zabi­tych i ran­nych. Atak idzie dobrze. Szcze­gó­łów nie znam, panie porucz­niku. Wszystko dzieje się bar­dzo szybko.

-?Dra­łuj tą drogą do tyłu, dopóki nie napo­tkasz sani­tarki, która jedzie za nami -?mówię mu.

Żoł­nierz bez ocią­ga­nia, z uśmie­chem udaje się w naka­za­nym kie­runku. Można powie­dzieć, że wojna skoń­czyła się dla niego pięć minut po tym, jak się zaczęła. Wska­kuję znowu w sio­dło, popę­dzam Pluta i doga­niam główną część naszej kolumny. Peter­mann podąża moim śla­dem. Wkrótce truch­tamy obok dowódcy bata­lionu Neu­hoffa i jego adiu­tanta Hil­le­man­nsa. Sły­szę jak ten pierw­szy pyta:

-?Wszystko gra?

-?Tak jest, panie majo­rze! Straty, jak dotąd, nie­wiel­kie.

-?Jak pan zamie­rza zapew­nić pomoc ran­nym w sytu­acji, gdy pod­od­dział jest tak roz­cią­gnięty?

-?Wszystko jest zapla­no­wane w naj­drob­niej­szych szcze­gó­łach, panie majo­rze!

-?Wszystko pięk­nie, Haape, ale jak kon­kret­nie zamier­za­cie to robić? - piłuje mnie Neu­hoff.

-?Droga, prze­bie­ga­jąca z zachodu na wschód obok poste­runku gra­nicz­nego, łączy się z szosą na Kal­wa­rię. Kie­ruje się tam major dok­tor Schultz wraz z kom­pa­nią sani­tarną i będzie przej­mo­wał wszyst­kich ran­nych, któ­rym udzie­lam pomocy w warun­kach polo­wych. Drogą będzie kur­so­wać sani­tarka wraz ze spe­cjal­nie poin­stru­owa­nymi sani­ta­riu­szami, któ­rzy będą zabie­rać ran­nych i dowo­zić ich do szpi­tala w Kal­wa­rii. Cię­żej ranni zostaną tym­cza­sowo roz­miesz­czani w oko­licz­nych domach i następ­nie także będą prze­wo­żeni do szpi­tala lub pozo­staną pod opieką przy­dzie­lo­nych im sani­ta­riu­szy. Dokład­nie w taki sam spo­sób zor­ga­ni­zo­wana jest ewa­ku­acja ran­nych w pozo­sta­łych bata­lio­nach.

-?Niech będzie -?łaska­wie burk­nął pod nosem Neu­hoff.

* * *

Pole­głym ofi­ce­rem z naszego bata­lionu oka­zał się cał­kiem jesz­cze mło­dziutki pod­po­rucz­nik Stock. Zastrze­lił go rosyj­ski snaj­per, który zasiadł w wyso­kim zbożu. Ciało zna­le­ziono na stra­to­wa­nym polu żyta. Dwóch ludzi z jede­na­stej kom­pa­nii Kra­mera, w któ­rej słu­żył Stock, kopało mu wła­śnie grób w mięk­kiej ziemi tuż obok owego pola. Czte­rech rosyj­skich jeń­ców obser­wo­wało tą pro­ce­durę w ponu­rym mil­cze­niu. Dwaj z nich mieli nało­żone świeże, gazowe ban­daże, przez które jesz­cze sączyła się krew. Mój malutki i nad­zwy­czaj ruchliwy ordy­nans Dehorn zdą­żył już nawet napoić jed­nego z Rosjan wodą ze swo­jej manierki. Zauwa­ży­łem, że dwóm jeń­com, sto­ją­cym tro­chę z boku, nie oka­zano żad­nej pomocy medycz­nej, choć u jed­nego z nich ziała na nodze duża, sil­nie krwa­wiąca rana. Całej czwórki pil­no­wał jeden z moich sani­ta­riu­szy, Wege­ner. Wszystko wska­zy­wało na to, że w ręku trzyma auto­mat dopiero co pole­głego Stocka. Trzeci z moich sani­ta­riu­szy, Müller, także nie odry­wał oczu od jeń­ców, przy czym był wzbu­rzony i jakby oszo­ło­miony.

Cały czas trzy­ma­jąc Rosjan na muszce, Wege­ner zasa­lu­to­wał i zamel­do­wał:

-?Panie porucz­niku! Opa­trzy­li­śmy tych dwóch, ale co mamy robić z tam­tymi? Zro­bili zasadzkę na pana porucz­nika Stocka. Zacza­ili się w zbożu i zabili go strza­łem w plecy. Potem nasi ludzie neu­tra­li­zo­wali tych typów gra­na­tem. Mamy im niby udzie­lić pomocy?

-?Nie jeste­śmy sędziami, Wege­ner! -?prze­rwa­łem mu ostro. -?Nasza robota to pomoc ran­nym, zarówno Niem­com jak i Ruskom. Nawet jeśli ci Ruscy fak­tycz­nie zabili jed­nego z naszych ofi­ce­rów. A teraz bądź łaskaw opu­ścić swój auto­mat!

Dwaj nasi ludzie zakoń­czyli w tym cza­sie rycie grobu i opusz­czali do dołu ciało Stocka. Zasy­pali mogiłę pia­skiem, saper­kami ufor­mo­wali mały kop­czyk i skle­ciw­szy z brzo­zo­wych gałęzi krzyż, wetknęli go w świeżą zie­mię. No i tyle można było zro­bić dla pole­głego kolegi. Rzecz jasna, na krzyżu zatknęli jesz­cze hełm i powie­sili nie­śmier­tel­nik, co miało świad­czyć o tym, iż pocho­wany tam jest pod­po­rucz­nik Stock, lat dwa­dzie­ścia jeden... Oczy­wi­ście, nie było tam na przy­kład napi­sane, że młody porucz­nik, o deli­kat­nej i wraż­li­wej natu­rze, był feno­me­nal­nym pia­ni­stą, który, gdy opusz­czaliśmy Nor­man­dię, zagrał na mszy w kaplicy w Lit­try "Sonatę księ­ży­cową" w taki spo­sób, że wszy­scy zapo­mnie­li­śmy o świe­cie bożym, za to przy­po­mnie­li­śmy sobie o wszyst­kim, co ważne i wieczne. A teraz nagle został wyrwany z życia, z jego pięk­nem i peł­nią, aby dołą­czyć do mar­nych zesta­wień pole­głych. I wszystko to stało się w ułamku sekundy, w tym żało­śnie nie­istot­nym mgnie­niu oka, które potrze­bo­wał kawa­łek oło­wiu, aby prze­być drogę z lufy rosyj­skiego kara­binu snaj­per­skiego do jego serca. Do tego czasu byłem, rzecz jasna, świad­kiem nie­jed­nej śmierci, ale bazu­jąc na cał­kiem subiek­tyw­nym i nie tak znowu ogrom­nym doświad­cze­niu, z jakie­goś dzi­wacz­nego powodu odno­si­łem naiwne wra­że­nie, iż przed uda­niem się w podróż do innego świata czło­wiek ma jesz­cze dla sie­bie przy­naj­mniej kilka ostat­nich minut...Ni­gdy wcze­śniej nie widzia­łem, aby można było pozba­wić czło­wieka życia tak szybko i, jeśli można to w ten spo­sób okre­ślić, tak czy­sto! Nie­ocze­ki­wana śmierć Stocka jakby prze­łą­czyła mnie z trybu myśle­nia o sobie samym na tryb myśle­nia o moich towa­rzy­szach broni. Nale­żało raz na zawsze skoń­czyć z uża­la­niem się nad samym sobą. W jed­nej chwili prze­me­blo­wała mi się cała skala war­to­ści i od tej pory patrzy­łem na ota­cza­jący mnie świat oczami moich towa­rzy­szy z trze­ciego bata­lionu. Z prze­ra­ża­jącą jasno­ścią dotarło do mnie, że w przy­szło­ści naszemu bata­lio­nowi mogą przy­tra­fić się rze­czy, które stop­niowo wymażą z pamięci mło­dego pod­po­rucz­nika Stocka i jego cien­kie palce pia­ni­sty po pro­stu dla­tego, że czeka nas całe mnó­stwo nie mniej tra­gicz­nych wyda­rzeń.

Minę­li­śmy pło­nący poste­ru­nek straży gra­nicz­nej połą­czony z urzę­dem cel­nym i zosta­wia­jąc tym samym za sobą Prusy Wschod­nie, wkro­czy­li­śmy na Litwę. W tyle pozo­stały ostat­nie nie­zbyt piękne widoki, któ­rych głów­nym ele­men­tem były łąki i pola naprędce omo­tane dru­tem kol­cza­stym. Prze­kra­cza­jąc gra­nicę zna­leź­li­śmy się w zupeł­nie innym świe­cie. Zie­mia, siel­skie widoczki i ogól­nie cała przy­roda nie­wiele się róż­niły po obu stro­nach tej sztucz­nie przez czło­wieka wznie­sio­nej gra­nicy. Róż­nica jed­nak dosłow­nie rzu­cała się w oczy: przy­szli­śmy z zadba­nych, wspa­niale kul­ty­wo­wa­nych ziem Wschod­nich Prus, z ich pięk­nymi zagro­dami i gospo­dar­stwami i rap­tem, ku naszemu kom­plet­nemu osłu­pie­niu, zna­leź­li­śmy się pośród jakichś dzi­kich, kamie­ni­stych pól, prze­ty­ka­nych wio­secz­kami z walą­cymi się cha­tami, w któ­rych miesz­kali strasz­nie bied­nie odziani ludzie.

Trwało to rap­tem godzinę z kawał­kiem i wojna prze­to­czyła się im nad gło­wami, nie doty­ka­jąc ich i pra­wie nie przy­no­sząc szkód. Po pro­stu zosta­wiła ich w tyle i tym samym jakby od razu się dla nich zakoń­czyła. Liczni i roz­trzę­sieni przed­sta­wi­ciele miej­sco­wej lud­no­ści zaczy­nali już nie­śmiało wynu­rzać się ze swo­ich ukryć, ale wyglą­dali przy tym jakby bez­rad­nie i znaj­do­wali się w sta­nie kom­plet­nego cha­osu. Ci Litwini z rejo­nów pogra­nicz­nych z pew­no­ścią musieli być świad­kami roz­wi­nię­cia sił sowiec­kich i zapewne nie ocze­ki­wali, że tak nagle i szybko potra­fimy się z nimi upo­rać. Nie­stety, nie mie­li­śmy czasu, aby się zatrzy­mać i z nimi pomó­wić. Przed­nie oddziały naszej pie­choty wkli­no­wały się już na cztery-pięć kilo­me­trów w tery­to­rium prze­ciw­nika, zaś nasze czołgi naj­wi­docz­niej pognały po litew­skich rów­ni­nach dużo dalej, roz­po­czy­na­jąc pierw­sze z wielu ope­ra­cji okrą­że­nio­wych tej wojny. Nie­przy­ja­ciel, mający znaczną prze­wagę w sprzę­cie i sile żywej, ucie­kał w panice. Naszym zada­niem było spra­wić, aby tak było i w przy­szło­ści. Cały ranek spę­dzi­li­śmy na for­sow­nym mar­szu. Oczy i szyje bolały nas od odpro­wa­dza­nia wzro­kiem prze­la­tu­ją­cych nam nad gło­wami eskadr cią­gną­cych na wschód: Hein­kli i Dornie­rów z ich baso­wym, jakby pul­su­ją­cym bucze­niem, Mes­ser­sch­mit­tów prze­la­tu­ją­cych z ogłu­sza­ją­cym wyciem i nie­zli­czo­nych Stu­ka­sów. Wszyst­kie grupy samo­lo­tów leciały jak na para­dzie, zacho­wu­jąc ide­alne odstępy mię­dzy sobą tak, jakby nie było prost­szego zaję­cia na świe­cie niż nalot na wykryte zgru­po­wa­nia wroga na zaję­tym, lecz wciąż spor­nym tery­to­rium, gdzie wciąż jesz­cze toczyły się aktywne dzia­ła­nia bojowe.

Nagle usły­sze­li­śmy inny rodzaj dźwięku, huczący i nie­znany, stop­niowo przy­bli­ża­jący się z każdą minutą, ale nie byli­śmy w sta­nie dostrzec nic mniej lub bar­dziej kon­kret­nego, nawet za pomocą lor­ne­tek. I nagle, w sze­ro­kiej luce mię­dzy nisko wiszą­cymi chmu­rami, zoba­czy­li­śmy spraw­ców tego odgłosu: pięć... sześć... sie­dem rosyj­skich samo­lo­tów bom­bo­wych. Kolumna mar­szowa zatrzy­mała się i ludzie rzu­cili się w bok od drogi w poszu­ki­wa­niu jakiego bądź ukry­cia. Obsługi dzia­łek prze­ciw­lot­ni­czych czym prę­dzej pozaj­mo­wały sta­no­wi­ska. Teraz było już wyraź­nie widać, że nie są to cięż­kie bom­bowce, ale małe, tępo­nose myśliwce-mono­plany, dodat­kowo w towa­rzy­stwie podob­nych do nich dwu­pła­tow­ców, być może bom­bow­ców nur­ku­ją­cych. Cała ta grupa kie­ro­wała się pro­sto na zachód i po chwili prze­le­ciała dokład­nie nad naszymi gło­wami. Oka­zało się, że na szczę­ście to nie my byli­śmy ich celem. Nasi prze­ciw­lot­nicy i kaemi­ści otwo­rzyli do nich nie do końca zor­ga­ni­zo­wany ogień. Samo­loty obni­żyły pułap lotu, odbiły w prawo od pier­wot­nego kursu i zrzu­ciły swój ładu­nek gdzieś za naszymi ple­cami, pół­tora-dwa kilo­me­try z tyłu. Zoba­czy­li­śmy wzno­szące się tam w górę kłęby dymu i kurzu. Sowiec­kie samo­loty zawró­ciły na wschód i ponow­nie prze­le­ciały pra­wie nad nami, mija­jąc naszą kolumnę lekko z boku, ale nie lecieli już w tak pięk­nym szyku jak nasze asy. Po chwili wzno­wi­li­śmy nasz marsz w tym samym kie­runku.

A oto i nasi pierwsi jeńcy! Bacz­nie i nie­malże chci­wie się w nich wpa­tru­jemy, chcąc od razu dowie­dzieć się jak naj­wię­cej o naszym nowym prze­ciw­niku. Było ich około pięć­dzie­się­ciu, czyli w przy­bli­że­niu cały plu­ton. Rosja­nie ubrani byli w zno­szone mun­dury w bli­żej nie­okre­ślo­nym, żółto-zie­lo­nym kolo­rze. Wyglą­dali jakoś tak nie do końca po woj­sko­wemu, tacy roz­mem­łani, za to wszy­scy równo ogo­leni do gołej skóry. Ich sze­ro­kie, mię­si­ste twa­rze były zadzi­wia­jąco pozba­wione jakie­go­kol­wiek wyrazu.

Z poło­żo­nego nie­da­leko od drogi gospo­dar­stwa, które wła­śnie mija­li­śmy, roz­le­gły się krzyki -?wołano sani­ta­riu­szy, aby udzie­lili pomocy znaj­du­ją­cym się tam ran­nym. Pod­sko­czy­łem tam w towa­rzy­stwie Dehorna i Wege­nera. Na miej­scu zasta­li­śmy grupę cywi­lów oraz sporo ran­nych rosyj­skich żoł­nie­rzy. Udzie­li­łem pomocy wszyst­kim potrze­bu­ją­cym, któ­rzy mieli cięż­sze zra­nie­nia, pod­czas gdy Wege­ner zajął się lżej­szymi przy­pad­kami. Kaza­łem mu następ­nie zamel­do­wać kom­pa­nii sani­tar­nej o miej­scu, gdzie znaj­dują się ranni, a potem czym prę­dzej dołą­czyć do mnie.

Zakoń­czyw­szy opa­try­wa­nie ran­nych, ruszy­li­śmy w dal­szą drogę. Muszę zazna­czyć, że w miarę naszego posu­wa­nia się na wschód, bio­rąc pod uwagę spe­cy­fikę naszych zadań, coraz bar­dziej zaczą­łem doce­niać konia, jako naj­lep­szy śro­dek loko­mo­cji. Pogna­łem galo­pem wzdłuż drogi i tym spo­so­bem już po nie­dłu­gim cza­sie ponow­nie dołą­czy­łem do Neu­hoffa.

Nie­malże w tym samym momen­cie z pola, na któ­rym dosłow­nie jakieś pięt­na­ście metrów od nas łagod­nie koły­sały się łany zboża, roz­le­gły się nagle strzały. Neu­hoff osa­dził konia tak gwał­tow­nie, że ten aż wspiął się na tyl­nie nogi i nie­mal się prze­wró­cił. Nikt nie miał cie­nia wąt­pli­wo­ści, że strze­lano wła­śnie do nas. W oka mgnie­niu wysko­czy­li­śmy z sio­deł i przy­gięci nisko do ziemi zdą­ży­li­śmy zauwa­żyć jak adiu­tant Neu­hoffa, Hil­le­manns, wraz z kil­koma żoł­nie­rzami, rzu­cili się w zboże, strze­la­jąc w biegu. Zaraz dobie­gły stam­tąd odgłosy krót­kiej, lecz zacię­tej walki wręcz, roz­le­gły się ostre, poje­dyn­cze wystrzały z pisto­le­tów, łomot cio­sów kolb kara­bi­no­wych i stłu­mione krzyki. Pierw­szy na drogę wyto­czył się tycz­ko­waty pie­chur z kom­pa­nii szta­bo­wej, wciąż trzy­ma­jąc swój kara­bin za lufę. Wzru­szył ramio­nami i, jakby takie epi­zody przy­tra­fiały mu się na co dzień, rzu­cił krótko w naszą stronę:

-?Po robo­cie!

Od razu zauwa­ży­łem, że kolba jego kara­binu była cała zapać­kana krwią. Wraz z Neu­hof­fem od razu wla­złem w zboże. Na ziemi, dopiero co roz­ry­tej w celu wyko­pa­nia miej­sca do ukry­cia i zbry­zga­nej świeżą krwią, leżały w nie­na­tu­ral­nych pozach ciała czte­rech żoł­nie­rzy i komi­sa­rza. Ich twa­rze były dosłow­nie wpra­so­wane w zie­mię ude­rze­niami kolb. Gdy spo­glą­da­łem na ten prze­ra­ża­jący widok, prze­mknęła mi przez głowę myśl, że ci, któ­rzy przy­go­to­wali tak idio­tyczną zasadzkę, wybrali naj­bar­dziej bez­myślny spo­sób samo­bój­stwa. Zaci­śnięte w spa­zmie śmierci dło­nie komi­sa­rza wciąż ści­skały wyrwane z korze­niami łodygi zboża. Nasze straty były nie­po­rów­ny­wal­nie mniej­sze: jeden żoł­nierz dostał bagne­tem w rękę, drugi miał dra­śnię­cie mię­śnia brzu­cha­tego. Ciut jodyny, tro­chę gazy, parę pla­strów samo­przy­lep­nych i po chwili oby­dwaj byli gotowi, aby kon­ty­nu­ować marsz razem z nami. Neu­hoff, Hil­le­manns i ja poje­cha­li­śmy konno na czele kolumny.

-?Nie sądzi­łem, że zoba­czę coś takiego.

Wtó­ru­jąc moim myślom, wstrzą­śnię­tym gło­sem ode­zwał się Neu­hoff:

-?W pię­ciu ata­ko­wać cały bata­lion... Toż to czy­ste samo­bój­stwo!

Wkrótce jed­nak mie­li­śmy się prze­ko­nać na wła­snej skó­rze, że takie drobne grupki rosyj­skich stra­ceń­ców okażą się jedną z naszych głów­nych bolą­czek. Dowo­dzeni przez fana­tycz­nych komi­sa­rzy, zosta­wali z tyłu praw­do­po­dob­nie nie cał­kiem z wła­snej woli po tym, jak ich główne siły zostały zmu­szone do pośpiesz­nego odwrotu na wschód. Wyso­kie łany zboża zapew­niały dosko­nałą osłonę dla takich band, które wycze­ki­wały sto­sow­nej chwili, aby zaata­ko­wać nasze masze­ru­jące oddziały. Ni­gdy nie wie­dzie­li­śmy skąd, a przede wszyst­kim, kiedy padną strzały.

W miarę tego, jak słońce pod­no­siło się na nie­bie, sta­wało się coraz bar­dziej i bar­dziej gorąco. Kurz, wzbi­jany tysią­cami żoł­nier­skich butów, stop­niowo osia­dał na mun­du­rach, broni, amu­ni­cji, rękach i twa­rzach, aż w końcu nadał im stały, jasno­żółty odcień. Pył wisiał nad masze­ru­ją­cymi kolum­nami chmurą tak nie­prze­nik­nioną, że ludzie i pojazdy led­wie maja­czyli w niej niczym zjawy nie z tego świata. Od czasu do czasu zwil­ża­łem usta wodą z manierki i byłem nie­zwy­kle rad, gdy nagle zarzą­dzono krótki postój. Było aku­rat połu­dnie i na odpo­czy­nek sta­nę­li­śmy w nie­wiel­kim przy­droż­nym lasku. Led­wie zdą­ży­li­śmy umo­ścić się w dają­cych nie­zbyt wielki cień zaro­ślach, gdy dostrze­gli­śmy zbli­ża­jącą się od wschodu grupę ośmiu rosyj­skich samo­lo­tów bom­bo­wych. Zata­czały prze­pla­ta­jące się kręgi, jaw­nie wyszu­ku­jąc celu.

Tym razem jed­nak przy­szło im spo­tkać się z naszymi Mes­ser­sch­mit­tami. Sto dzie­wiątki spa­dły na nie jak jastrzę­bie na stado gołębi! Ata­ko­wały z góry, od strony słońca, sia­da­jąc na ogon swej ofiary i strze­la­jąc ze wszyst­kich luf. Po ataku myśliwce cią­gnęły świecą w górę, nabie­rały wyso­ko­ści i ponow­nie piko­wały w dół. W ten spo­sób, powoli i meto­dycz­nie posy­łały na zie­mię jeden bom­bo­wiec za dru­gim. Pierw­szy z nich, ogar­nięty pło­mie­niami prze­szedł w nie­kon­tro­lo­wane nur­ko­wa­nie, za nim, pło­nąc niczym pochod­nia, runął na zie­mię drugi. Trze­ciemu urwało płat - kole­biąc się na boki cią­gnął gwał­tow­nie w dół. Pamię­tam, że wtedy zasko­czyło mnie, jak strasz­nie wolno te samo­loty spa­dały. Od bom­bowca z urwa­nym skrzy­dłem ode­rwały się dwie małe, ludz­kie figurki, nad któ­rymi roz­po­starły się cza­sze spa­do­chro­nów. Nasze myśliwce kon­ty­nu­owały polo­wa­nie do momentu, gdy na nie­bie nie pozo­stał ani jeden rosyj­ski samo­lot. W sumie cała walka powietrzna trwała może z dzie­sięć minut.

Prze­jeż­dża­jący koło nas na moto­cy­klu łącz­nik krzyk­nął, że jeden ze strą­co­nych bom­bow­ców runął wprost na kolumnę naszej arty­le­rii. Potrzebna była natych­mia­stowa pomoc medyczna. W towa­rzy­stwie Peter­manna galo­pem puści­łem się we wska­za­nym kie­runku i po przy­by­ciu na miej­sce stwier­dzi­łem, iż pięt­na­stu arty­le­rzy­stów jest już mar­twych. Pod osłoną przy­droż­nych krze­wów leżało jesz­cze dzie­wię­ciu ludzi z popa­rze­niami róż­nego stop­nia. U pię­ciu z nich obra­że­nia były na tyle poważne, iż nie łudzi­łem się, aby pocią­gnęli dłu­żej niż jeden-dwa dni. Oce­niw­szy sytu­ację, wysła­łem gońca na moto­cy­klu po sani­tarkę -?potrzebne były nosze, gdyż tych ran­nych można było trans­por­to­wać tylko w pozy­cji leżą­cej. W mię­dzy­cza­sie zają­łem się wypeł­nia­niem kart dla każ­dego z pokie­re­szo­wa­nych arty­le­rzy­stów: nauczy­ciel z Duis­burga, ślu­sarz z Essen, leśni­czy z Lip­per­landu, gór­nik z Ham­born, kra­wiec z Din­sla­ken, tram­wa­jarz z Osnabrück i trzech stu­den­tów z Münster. Przez dwie godziny pra­co­wa­łem bez prze­rwy, zanim w końcu mogłem prze­ka­zać ran­nych innej eki­pie sani­tar­nej. Przez ten czas zdą­ży­łem kom­plet­nie stra­cić kon­takt ze swoim bata­lio­nem i nikt nie był w sta­nie powie­dzieć nic sen­sow­nego choćby o przy­bli­żo­nym miej­scu ich prze­by­wa­nia. Zało­ży­li­śmy, że jeśli będziemy posu­wać się w kie­runku połu­dniowo-wschod­nim to nie ma siły, aby­śmy w końcu nie tra­fili na drogę do Kal­wa­rii, która leżała na osi natar­cia naszej dywi­zji.

Wraz z wier­nym Petr­man­nem uda­łem się zatem na skróty polną drogą, mając nadzieje, że obrany kie­ru­nek będzie wła­ściwy, a droga krót­sza. Jed­nakże po prze­ga­lo­po­wa­niu kilo­me­tra usły­sze­li­śmy odgłosy broni strze­lec­kiej i auto­ma­tycz­nej, a po chwili odnie­śli­śmy wra­że­nie, że kule ze świ­stem prze­la­tują nam nad głową. Nie mia­łem wiel­kiego doświad­cze­nia woj­sko­wego i nie byłem w sta­nie oce­nić skąd i z jakiej odle­gło­ści do nas strze­lano -?o ile rze­czy­wi­ście strze­lano kon­kret­nie do nas, choć jak okiem się­gnąć, w tym odkry­tym tere­nie, poza nami nie było widać żywego ducha. Na wszelki wypa­dek, czym prę­dzej ukry­li­śmy się w naj­bliż­szej kępie krza­ków. Roz­glą­da­jąc się ostroż­nie na wszyst­kie strony, w nie­du­żej odle­gło­ści od nas zauwa­ży­łem coś, co przy­po­mi­nało chłop­ską zagrodę. Wydała mi się dużo lep­szą kry­jówką niż nędzne zaro­śla, choć zacho­dziła moż­li­wość, że sie­dzi tam pełno Ruskich. Jed­nak ku naszej wiel­kiej uldze w obej­ściu poka­zało się kilku nie­miec­kich żoł­nie­rzy w towa­rzy­stwie ofi­cera. Po chwili sta­łem już przed kapi­ta­nem, któ­remu pokrótce opo­wie­dzia­łem o naszej przy­go­dzie.

-?No cóż, zda­rza się -?ze sto­ic­kim spo­ko­jem odpo­wie­dział ofi­cer. -?W sumie tutaj to nic nowego. Od bla­dego świtu bawimy się z Iwa­nami w te gierki. Moje zada­nie polega aku­rat na prze­cze­sy­wa­niu oko­licz­nych lasów i pól w poszu­ki­wa­niu tych małp. Czort wie, ilu już zdą­ży­li­śmy odstrze­lić. Nała­pa­li­śmy ich pra­wie stu dwu­dzie­stu, ale stra­ci­łem przy tym paru moich naj­lep­szych ludzi. Tak więc szczę­ście wam dopi­sało, dok­torku!

-?Już drugi raz -?odpo­wie­dzia­łem. -?Dzi­siaj rano ostrze­lano z zasadzki mój bata­lion, ale, jak widać, głowa cała.

-?Tak jest wszę­dzie w tej cho­ler­nej oko­licy -?kon­ty­nu­ował kapi­tan. -?Te świ­nie zdą­żyły wyryć mnó­stwo kry­jó­wek na nie­sko­szo­nych polach. Nagro­ma­dzili sporo amu­ni­cji i teraz tylko cze­kają, aż nasze główne siły pójdą dalej, aby strze­lać do małych grup naszych ludzi albo do poje­dyn­czych łącz­ni­ków i goń­ców. A widzie­li­ście, jaka u nich mie­szanka rasowa? Widzia­łem nawet Mon­go­łów, Tata­rów i Kał­mu­ków! Że niby tacy bro­nią swo­jej ojczy­zny pod Pru­sami Wschod­nimi? To cał­kiem dzi­waczne zaję­cie -?odstrze­li­wać tych sko­śno­okich mie­szań­ców! Jak­bym gdzieś u Chiń­czy­ków był...

Poga­wę­dziw­szy z nami, kapi­tan wska­zał nam odpo­wiedni kie­ru­nek na Kal­wa­rię. Na poże­gna­nie powie­dział:

-?Zakła­dam, że ta hała­stra nie będzie was nie­po­koić po dro­dze. Wygo­li­li­śmy oko­licę cał­kiem nie­źle.

Tym razem jed­nak cały czas zacho­wy­wa­li­śmy czuj­ność. Jadąc polami poczu­łem, że wypa­ro­wało ze mnie uczu­cie stra­chu i nie­zde­cy­do­wa­nia. Rap­tem dotarło do mnie, że prze­cież nie każda kula tra­fia w cel.

Dotar­li­śmy w końcu do głów­nej drogi. Prze­le­wała się po niej nie­ma­jąca końca rzeka masze­ru­ją­cej pie­choty, holo­wa­nej arty­le­rii i roz­ma­itego sprzętu. Wśród tej gigan­tycz­nej masy ludzi i maszyn wpadł mi nagle w oko jeden z samo­cho­dów nale­żący do naszego bata­lionu. Z rado­ścią puści­łem konia w galop pobo­czem drogi. W prze­ciw­nym kie­runku prze­miesz­czały się coraz licz­niej­sze grupy rosyj­skich jeń­ców, kon­wo­jo­wane na tyły. W końcu natkną­łem się na jed­nego z naszych ludzi. Był to bul­do­go­waty, ale nie­moż­li­wie wręcz dobro­duszny porucz­nik Stolz, dowódca dzie­sią­tej kom­pa­nii pie­choty. Był w dosko­na­łym nastroju, gdyż wła­śnie udało mu się z powo­dze­niem wypeł­nić posta­wione zada­nie, które miał do wyko­na­nia kilka kilo­me­trów na pół­noc od drogi. Prze­brnął potem przez pola pełne poje­dyn­czych rosyj­skich strzel­ców i dołą­czył do pozo­sta­łych pod­od­dzia­łów bata­lionu.

-?Hej, dok­torku! -?zakrzyk­nął do mnie. -?Jest dla was robota. Widzi­cie to gospo­dar­stwo?

Koń Stolza pod­sko­czył do mojego tak gwał­tow­nie, że o mały włos nas nie oba­lił. Wielka łapa porucz­nika wska­zy­wała na kilka zabu­do­wań, poło­żo­nych w polu w odle­gło­ści nie­ca­łego kilo­me­tra od drogi.

-?Tam są ranni!

-?Wasi?

-?Dzięki Bogu, nie! Ale pil­nie potrze­bują leka­rza. Na razie sie­dzi tam z nimi tylko sani­ta­riusz-noszowy.

-?Dzięki, Stolz! Jadę tam!

-?Posłu­chaj­cie no, Haape. Weź­cie lepiej ze sobą dla świę­tego spo­koju paru moich ludzi. Tylko żeby do mnie wró­cili! I w jed­nym kawałku, a nie w czę­ściach!

Wydał następ­nie jakieś pole­ce­nie pod­ofi­ce­rowi i jed­nemu z żoł­nie­rzy, poma­chał mi ręką, a następ­nie poga­lo­po­wał na czoło swo­jej kom­pa­nii, aby dołą­czyć do głów­nych sił naszego bata­lionu. Jeśli cho­dzi o mnie, to już od dobrych kilku godzin nie wie­dzia­łem nic o moich sani­ta­riu­szach, ani o przy­dzie­lo­nym nam ambu­lan­sie. Dla­tego też zatrzy­ma­łem jedną z pustych sani­ta­rek, która zgod­nie z roz­ka­zem majora-dok­tora Schultza kur­so­wała w tę i z powro­tem mię­dzy masze­ru­jącą kolumną i miej­scem dys­lo­ka­cji kom­pa­nii sani­tar­nej. Żoł­nie­rze zawsze robili miej­sce dla ambu­lan­sów, nawet wtedy, jeśli trzeba było w tym celu zejść z drogi na pole czy pobo­cze. Roz­ka­za­łem kie­rowcy jechać w kie­runku chłop­skich zagród, sam zaś potruch­ta­łem wraz z Petr­man­nem w ślad za samo­cho­dem. Gdy galo­pem wpa­dli­śmy na podwó­rze, z tyłu za nami w zie­mię ude­rzyło kilka kul, wzbi­ja­jąc fon­tanny pia­sku.

W prze­stron­nej izbie chłop­skiej chaty leżało na ziemi pię­ciu naszych żoł­nie­rzy. Dwóch było już mar­twych, choć ich ciała jesz­cze nie zdą­żyły osty­gnąć. Sani­ta­riusz-noszowy, mówiący spo­koj­nym gło­sem czło­wiek w śred­nim wieku, zamel­do­wał:

-?To straszne, panie porucz­niku! Pierw­szy raz w życiu czuję praw­dziwą roz­pacz. Teo­re­tycz­nie dosko­nale wiem, jak udzie­lić pierw­szej pomocy, ale widok takich praw­dzi­wych ran po pro­stu spra­wia, że cała teo­ria ula­tuje mi z głowy! -?patrzył na mnie z prze­stra­chem. -?Mam nadzieję, że ci dwaj nie umarli przeze mnie. Naprawdę robi­łem, co tylko się dało...

Szybko obej­rza­łem trzech pozo­sta­łych przy życiu ran­nych.

-?Tym dwóm nie pomógłby już żaden lekarz. Z tego co widzę, świet­nie żeście się spra­wili, nawet jeśli sądzi­cie, że cała wie­dza z was wypa­ro­wała.

W pierw­szej kolej­no­ści zają­łem się żoł­nie­rzem z cięż­kim postrza­łem jamy brzusz­nej. Kula tra­fiła go poni­żej żołądka, prze­szła na wylot i wyle­ciała w pod­że­bro­wej czę­ści ple­ców, na lewo od krę­go­słupa. Twarz chło­paka była tru­pio­blada, wiel­kie kro­ple potu błysz­czały mu na czole.

-?Masz zwy­kłą prze­strze­linę jamy brzusz­nej -?jak naj­pro­ściej i moż­li­wie bez­tro­sko tłu­ma­czy­łem żoł­nie­rzowi tak, jak­bym mówił o nie­istot­nym zadra­pa­niu. -?Myślę, że może tro­chę naru­szyło ci jelita, ale to nic takiego, od czego się umiera. Trzeba będzie cię szybko ope­ro­wać. Jedyne praw­dziwe zagro­że­nie to wewnętrzny krwo­tok, ale skoro prze­ży­łeś już kilka godzin od zra­nie­nia to zna­czy, że jesz­cze długo poży­jesz.

Posła­łem chło­pa­kowi zachę­ca­jący uśmiech.

-?Sani­tarka czeka już na zewnątrz. Poje­dziesz do szpi­tala i tam cię od razu ope­rują. Nie pani­kuj, jesteś już w poło­wie drogi do domu.

Gdy jego wykrzy­wione gry­ma­sem bólu obli­cze tro­chę się odprę­żyło, udało mu się nawet lekko uśmiech­nąć. W tym cza­sie ostroż­nie oczy­ści­łem ranę wlo­tową i wylo­tową, zatka­łem obie tam­po­nami z waty, umo­co­wa­łem je na miej­scu i zakoń­czy­łem całą pro­ce­durę zało­że­niem spe­cjal­nego dezyn­fe­ku­jąco-her­me­ty­zu­ją­cego pakietu z celu­lozy. Potem nożycz­kami wycią­łem brudne i prze­siąk­nięte krwią czę­ści mun­duru wokół rany. Z pomocą sani­ta­riu­sza pod­cią­gnę­li­śmy kolana ran­nego do pod­bródka i tam je pod­wią­za­li­śmy -?wszystko w celu mak­sy­mal­nego zmniej­sze­nia napię­cia mię­śni brzu­cha. Na koniec dałem mu zastrzyk prze­ciw­bó­lowy i poda­łem suro­wicę prze­ciw­tęż­cową. Żoł­nie­rza, uło­żo­nego na noszach, oku­ta­li­śmy cie­płym kocem i po wypeł­nie­niu karty infor­ma­cyj­nej, którą zawie­si­łem mu na szyi, zatasz­czy­li­śmy go do sani­tarki.

Następ­nie zają­łem się kolej­nym ran­nym, który otrzy­mał postrzał w głowę. Był nie­przy­tomny, ale krwa­wie­nie już ustało. Zmie­ni­li­śmy opa­trunki i ostroż­nie prze­nie­śli­śmy go do sani­tarki.

Trze­ciemu żoł­nie­rzowi kula prze­szyła na wylot górną część bio­dra. Gumowa opa­ska uci­skowa, mająca zaha­mo­wać upływ krwi, była zało­żona pra­wi­dłowo, powy­żej rany. Jed­nak wyglą­dało na to, że zro­biono to dość dawno, gdyż noga zdą­żyła już pra­wie cał­ko­wi­cie zdrę­twieć. Z torby lekar­skiej wyją­łem przy­go­to­waną spe­cjal­nie na takie oka­zje kla­merkę zaci­skową i pole­ci­łem sani­ta­riu­szowi, aby zdjął gumową opa­skę. Jak tylko to zro­bił, z prze­strze­lo­nej arte­rii, pul­su­jąc, zaczęła walić jasno­czer­wona krew. Całe szczę­ście, że nie była to główna arte­ria, ina­czej szanse na ura­to­wa­nie nogi byłyby marne. Doci­sną­łem do rany tam­pon z waty i poje­dyn­czym, dokład­nym cię­ciem nożyc prze­dłu­ży­łem nieco wierzch rany. Następ­nie szybko usu­ną­łem tam­pon i zaci­sną­łem kla­merkę na uszko­dzo­nej arte­rii. Krwa­wie­nie ustało i krą­że­nie zaczęło powoli wra­cać. W nodze, która zmar­twiała już pra­wie cał­ko­wi­cie, zaczął jako tako funk­cjo­no­wać krwio­obieg, omi­ja­jąc uszko­dzoną i odciętą kla­merką zaci­skową arte­rię. Ranny żoł­nierz popa­trzył na mnie pro­szą­cym wzro­kiem.

-?Teraz musimy tro­chę zacze­kać i zorien­to­wać się, czy żyły w nodze nie zostały uszko­dzone i nie utra­ciły zdol­no­ści prze­pusz­cza­nia krwi. Jeśli krwio­obieg okaże się dosta­tecz­nie wydolny, noga będzie jak nowa. Wygląda na to, że w twoim przy­padku wszystko powinno być w porządku -?zapew­ni­łem go.

-?Panie porucz­niku... -?dobiegł do mnie ści­szony głos sani­ta­riu­sza-noszo­wego. -?Gospo­dyni zapa­rzyła cały czaj­nik moc­nej kawy.

Z wielką wdzięcz­no­ścią ode­bra­łem tygie­lek gorą­cej kawy z rąk nie­mło­dej kobiety, którą dopiero teraz zauwa­ży­łem. Rzu­ci­łem okiem na zega­rek i zorien­to­wa­łem się, że był już kwa­drans po pięt­na­stej. Wojo­wa­li­śmy z Rosją już od dwu­na­stu godzin, a ja od osiem­na­stu godzin nie mia­łem w ustach ani okruszka i piłem w tym cza­sie tylko wodę. Jeść jakoś się nie chciało, ale pra­gnie­nie było nie­ludz­kie.

Kobieta sama nalała mi wielką fili­żankę kawy i poda­jąc ją, powie­działa w bar­dzo dobrym nie­miec­kim:

-?Tak bar­dzo się cie­szę, że pożoga omi­nęła nasz dom! Moja matka była nad­bał­tycką Niemką, a ja sama miesz­ka­łam przez dwa lata w Ber­li­nie, kiedy byłam mała. Cóż to były za szczę­śliwe dni! Stare, dobre czasy!

-?Dobre czasy wra­cają! -?powie­dzia­łem i pod­nio­słem fili­żankę tak, jak wznosi się kie­lich pod­czas naj­waż­niej­szych, ofi­cjal­nych toa­stów.

Kawa oka­zała się tak pyszna, że dopiw­szy pierw­szą fili­żankę, sam nala­łem sobie drugą. Nagle gdzieś w izbie za nami roz­legł się brzęk tłu­czo­nego szkła -?kula tra­fiła w okno.

-?I tak mamy przez cały dzień! -?z gory­czą stwier­dziła gospo­dyni. - Rosja­nie strze­lają z lasu, który jest za domem. Pełno ich tam jesz­cze sie­dzi.

Wybie­głem na zewnątrz i zawo­ła­łem do sie­bie dwóch ludzi z kom­pa­nii Stolza.

-?Coś mi się zdaje, że nie­zbyt pięk­nie się posta­ra­li­ście w cza­sie oczysz­cza­nia oko­licy z Iwa­nów.

-?Razem z porucz­ni­kiem Stol­zem prze­cze­sa­li­śmy każdy metr tego lasu! Jak stam­tąd wycho­dzi­li­śmy, nie było za nami ćwierć żywego Ruska -?z nie­zmą­co­nym spo­ko­jem odpo­wie­dział mi pod­ofi­cer.

-?To niby kto stam­tąd teraz strzela? -?napie­ra­łem dalej.

-?Nie­wy­klu­czone, że nasz porucz­nik uznał, iż należy coś zosta­wić dla ciu­rów obo­zo­wych, żeby bie­da­czyny mieli o czym pisać do domu.

-?Nazwi­sko?! -?pod­nio­słem głos.

-?Schmidt, panie porucz­niku.

-?Zawód?

-?Praw­nik, panie porucz­niku. Adwo­kat, za waszym pozwo­le­niem -?strze­lił przy tym zgrab­nie obca­sami.

-?Czemu nie jestem zdzi­wiony? Tęga głowa i gaduła, co? Tak więc, panie gaduła, obec­nie jeste­ście pod moimi roz­ka­zami i ocze­kuję, że wszyst­kie pole­ce­nia będzie­cie wyko­ny­wać abso­lut­nie bez­dy­sku­syj­nie. Jasne?

-?Tak jest, panie porucz­niku.

-?No to miej­cie oko na tych Iwa­nów w lesie. Niech sie­dzą cicho.

-?Roz­kaz! -?odpo­wie­dział, jaw­nie paja­cu­jąc.

Pod­ręcz­ni­kowo pode­rwał do strzału swój auto­mat, wyce­lo­wał go w las, a jego twarz przy­brała wyraz suro­wego zde­cy­do­wa­nia. Zanim jed­nak zdą­żył nacie­szyć się swoim wystę­pem klauna, jesz­cze jedna rosyj­ska kula rąb­nęła w dach naszej sani­tarki. Mach­ną­łem ręką i zosta­wiw­szy jury­stę zasty­głego w idio­tycz­nej pozie, roz­ka­za­łem kie­rowcy, aby prze­sta­wił ambu­lans w bar­dziej bez­pieczne miej­sce za domem, po czym uda­łem się z powro­tem do "swo­jej" nogi. Oka­zało się, że w mię­dzy­cza­sie noga ład­nie się zaró­żo­wiła. Poszczy­pa­łem ran­nego w bio­dro i palce w sto­pie i zorien­to­wa­łem się, że czu­cie powoli wraca. Krą­że­nie można było uznać za zado­wa­la­jące, ale poja­wiły się oznaki krwo­toku żyl­nego. Tak czy ina­czej, czas grał w naszej sytu­acji ogromną rolę. Kla­merka zaci­skowa zapo­bie­gła krwo­to­kowi z arte­rii, więc nie rusza­łem jej i pozo­sta­wi­łem ją w ranie. Jako dodat­kowe zabez­pie­cze­nie nało­ży­łem opa­skę uci­skową o lokal­nym dzia­ła­niu i zro­bi­łem zastrzyk prze­ciw­tęż­cowy. Potem wraz z sani­ta­riu­szem odnio­słem ran­nego do sani­tarki.

-?Nic się nie martw. Noga będzie w porządku -?uspo­ko­iłem ran­nego.

-?Bar­dzo dzię­kuję, panie dok­to­rze -?odpo­wie­dział zde­ner­wo­wa­nym gło­sem i oczy mu się zaszkliły. -?I wam dzię­kuję, ojcze Pfaf­fer, że modli­li­ście się za mnie!

Poczuw­szy na sobie mój nie­do­wie­rza­jący wzrok, sani­ta­riusz-noszowy pospie­szył z odpo­wie­dzią na moje nie­wy­po­wie­dziane pyta­nie:

-?Jak się oka­zało, że nikt nas tu nie obroni, to naprawdę zaczę­li­śmy się bać, że nas zarżną ci Ruscy z lasu. No i mie­li­śmy wtedy dość czasu, żeby pomy­śleć o duszy. Ale cały czas wie­rzy­łem, że Pan Bóg nas tak nie zostawi bez żad­nej pomocy. I dla­tego się modli­łem... Bo, widzi­cie... ja księ­dzem byłem w cywilu. Myślę, że modli­twa dała nam spo­kój i wzmoc­niła nam ducha.

Byłem bar­dzo poru­szony. Pomil­cza­łem chwilę i odrze­kłem:

-?Nie macie się z czego tłu­ma­czyć. Bar­dzo mądrze się zacho­wa­li­ście!

Na kar­teczce, zawie­szo­nej na szyi żoł­nie­rza postrze­lo­nego w brzuch, wid­niał napis czer­wo­nym ołów­kiem, który tam wła­sno­ręcz­nie umie­ści­łem: "OPE­RO­WAĆ NATYCH­MIAST". I trzy wykrzyk­niki.

-?A teraz gaz do dechy i wal pro­sto do szpi­tala! -?powie­dzia­łem kie­rowcy sani­tarki. -?I nie zapo­mnij zamel­do­wać, że tutaj dwóch czeka na pochó­wek.

Sil­nik zawył i ambu­lans wysko­czył z bez­piecz­nego miej­sca za dużą cha­łupą. Jak tylko poja­wił się na odkry­tym tere­nie, spadł na niego grad rosyj­skich kul. Mogłem tylko stać i w bez­sil­nej zło­ści patrzeć na dra­ma­tyzm całej sytu­acji. Prze­cież ogromny, czer­wony krzyż na bia­łym tle, wyma­lo­wany na bur­tach sani­tarki, był w pro­mie­niach popo­łu­dnio­wego słońca dosko­nale widoczny. Gdyby choć jedna, jedyna kula tra­fiła w sil­nik samo­chodu i uszko­dziła go, ozna­cza­łoby to wyrok śmierci dla żoł­nie­rza ran­nego w brzuch. Nie było co do tego żad­nych wąt­pli­wo­ści. Nagle z dru­giej strony cha­łupy z ogłu­sza­ją­cym hukiem zadud­nił ręczny kara­bin maszy­nowy, obsłu­gi­wany przez praw­nika i ostrzał z lasu momen­tal­nie ustał. Naj­wy­raź­niej pan adwo­kat-gaduła rze­czy­wi­ście namie­rzył skąd padają strzały i przy­du­sił Rosjan ogniem.

-?Naj­wy­raź­niej to jedyny język, jaki rozu­mieją! -?krzyk­ną­łem ze zde­ner­wo­wa­niem. -?Tylko cze­kali na oka­zję, aby ostrze­lać ambu­lans z ran­nymi. Widać, że łachu­dry w życiu nie sły­szeli o Kon­wen­cji Genew­skiej!

-?Nie zdą­ży­łem panu powie­dzieć, porucz­niku... -?usły­sza­łem za sobą jakby nie­zde­cy­do­wany głos sani­ta­riu­sza-noszo­wego. -?Trzeba będzie pocho­wać nie tylko tam­tych dwóch.

-?Co macie na myśli?

-?Po dru­giej stro­nie domu, w paro­wie, jest jesz­cze sze­ściu.

-?Ilu???

-?Sze­ściu, panie porucz­niku. Jeden z nich to lekarz.

-?Jeste­ście pewni, że fak­tycz­nie nie żyją?

-?Myślę, że tak. Potwier­dzali to nasi pie­chu­rzy, któ­rzy póź­niej prze­cho­dzili obok tego miej­sca.

-?Musimy się sami upew­nić. Pój­dzie­cie ze mną, padre. Puścimy się bie­giem w kie­runku tego rowu. Pan praw­nik przy­kryje nas ogniem, jasne?

-?Tak jest, panie porucz­niku! -?adwo­kat wyszcze­rzył zęby w uśmie­chu.

Jar, który wska­zał sani­ta­riusz, znaj­do­wał się około stu metrów od domu. Sza­lo­nym pędem rzu­ci­li­śmy się w jego stronę. Ledwo co zdą­ży­li­śmy dać nura w dół i sto­czyć się na dno parowu, jak w ślad za nami -?mimo cią­głego ognia, pro­wa­dzo­nego przez jury­stę-wesołka -?gruch­nął o zie­mię grad rosyj­skich kul. Gdy­by­śmy bar­dziej lek­ce­wa­żąco pode­szli do sprawy, ni­gdy nie prze­bie­gli­by­śmy ostat­nich dwu­dzie­stu metrów.

Na dnie parowu leżało w nie­na­tu­ral­nych pozach sześć ludz­kich ciał. Sani­ta­riusz-noszowy, który jesz­cze nie­dawno cho­dził w parze z naszym padre, leżał na wznak z sze­roko roz­rzu­co­nymi rękoma, czte­rech innych żoł­nie­rzy zasty­gło nie­da­leko od niego tak, jak zastała ich śmierć. Szó­stym pole­głym był fak­tycz­nie woj­skowy lekarz. Leżał na brzu­chu z twa­rzą zarytą w ziemi. Na lewym ręka­wie mun­duru miał białą opa­skę z czer­wo­nym krzy­żem, w pra­wej ręce wciąż ści­skał drze­wiec flagi z takim samym, tylko dużo więk­szym, czer­wo­nym krzy­żem. Takie coś można było przy odro­bi­nie dobrej woli, zauwa­żyć z każ­dej odle­gło­ści. Wokół roz­sy­pana była zawar­tość jego torby lekar­skiej.

Jakby bojąc się, że może go usły­szeć ktoś oprócz mnie, Pfaf­fer ner­wowo zaszep­tał mi wprost do ucha:

-?Ruscy zacza­ili się jakieś sto metrów stąd. O, tam, za tymi krza­kami, widzi­cie? Dok­tor pością­gał ran­nych do tej kotlinki i tu ich opa­try­wał. Wtedy Rosja­nie zaczęli do niego strze­lać. Widzia­łem wszystko z cha­łupy w tym gospo­dar­stwie, ale nic nie mogłem zro­bić. Dok­tor sta­nął... i tak cały wypro­sto­wany zaczął machać tą flagą Czer­wo­nego Krzyża, ale oni cią­gle strze­lali. Potem upadł, a oni strze­lali i strze­lali, aż nikt się już nie ruszał. To potworne... Toż to mor­der­stwo, po pro­stu mor­der­stwo z zimną krwią...

Głos sani­ta­riu­sza zała­mał się, słowa uwię­zły mu w gar­dle i w oczach poja­wiły się łzy. Pod­czoł­ga­li­śmy się bli­żej do zabi­tego leka­rza i powoli, ostroż­nie prze­wró­ci­łem go na plecy. Kosmyk jasnych wło­sów zsu­nął mu się na czoło i nagle zamar­łem... Wprost na mnie patrzyły sze­roko otwarte, nic już nie­wi­dzące oczy... Fritza!

Ni z tego, ni z owego rap­tem poja­wił mi się w gło­wie prze­ra­ża­jąco jasny obraz: Fritz i ja, dwaj leka­rze-kadeci, wystro­jeni w nowiut­kie uni­formy, pełni rado­ści życia, cze­kamy na odjazd pociągu na dworcu w Kolo­nii. I zaraz drugi obraz, wyraźny i żywy jak na jawie: pokój hote­lowy w Le Mans, Fritz w pidża­mie, cały spa­ni­ko­wany, bo nijak nie może prze­ko­nać cza­ru­ją­cej Fran­cu­zeczki, żeby wyla­zła z jego łóżka. I ja, wście­kle upie­ra­jący się przy przy­słu­gu­ją­cym mi świę­tym pra­wie do zaję­cia dru­giego łóżka w tym samym pokoju i jed­no­cze­śnie myślący o tym, aby nad­cho­dząca noc nie skoń­czyła się jakimś sza­lo­nym trój­ką­tem. Ależ żeśmy rżeli ze śmie­chu następ­nego ranka, wspo­mi­na­jąc ten zabawny epi­zod. Jak bar­dzo zaraź­liwy był szczery śmiech Fritza... A i Fran­cu­zeczka oka­zała się naprawdę prze­wspa­niałą dziew­czyną...

A teraz żad­nym spo­so­bem nie mogłem ode­rwać wzroku peł­nego smutku i bólu, od mojego sta­rego przy­ja­ciela, roz­po­star­tego na cudzej ziemi. Zupeł­nie jak­bym mógł jakimś nad­ludz­kim spo­so­bem zmu­sić te oczy, aby znowu na mnie popa­trzyły i spra­wić, aby usta otwo­rzyły się, mówiąc coś do mnie... Minęło rap­tem dwa­na­ście godzin wojny, jeste­śmy led­wie kil­ka­na­ście kilo­me­trów w głębi rosyj­skiego tery­to­rium, a ja już stra­ci­łem jed­nego z naj­bliż­szych przy­ja­ciół. Za wiele tego było jak na jeden dzień wojny z nowym prze­ciw­ni­kiem, do któ­rego zdra­dziec­kich metod pro­wa­dze­nia dzia­łań bojo­wych jesz­cze nie zdą­ży­li­śmy przy­wyk­nąć. Moja roz­ko­ła­tana świa­do­mość wciąż jesz­cze odma­wiała zaak­cep­to­wa­nia faktu, że Fritz nie żyje. Pfaf­fer, który przy­klęk­nął za moimi ple­cami, cier­pli­wie cze­kał, aż się otrzą­snę.

Nie mówiąc ani słowa i led­wie zda­jąc sobie sprawę z tego, co robię, wwa­li­łem sobie ciało Fritza na plecy i stą­pa­jąc ciężko zaczą­łem wygrze­by­wać się powoli z kotlinki. Następ­nie, ocię­żale sta­wia­jąc nogi, skie­ro­wa­łem się ku zabu­do­wa­niom gospo­dar­stwa. Pfaf­fer cicho i bez namy­słu poszedł za mną. Tym razem z lasu nie roz­legł się ani jeden strzał.

Ostroż­nie poło­ży­łem ciało Fritza na tra­wie w sadzie za domem. Pod­szedł Peter­mann razem z dwoma ludźmi Stolza. Poszat­ko­wana kulami, wypusz­czo­nymi z naj­bliż­szej odle­gło­ści, bluza mun­du­rowa Fritza była cała prze­siąk­nięta jego krwią. Roz­pią­łem ją, nama­ca­łem ręką nie­śmier­tel­nik i odła­ma­łem dolną połówkę. Wyją­łem z kie­szeni ofi­cer­ską ksią­żeczkę woj­skową, zgrab­nie uło­żony sto­sik foto­gra­fii, zapałki i papie­ro­śnicę. Wszystko sta­ran­nie zawi­ną­łem w chustkę do nosa i poda­łem węze­łek Peter­mannowi.

-?Trzeba będzie ode­słać rodzi­nie -?wychry­pia­łem zła­ma­nym, jakimś zupeł­nie nie­swoim gło­sem.

W kącie w kuchni leżała cała pira­mida broni, która nale­żała do pole­głych żoł­nie­rzy oraz do ran­nych, któ­rych wcze­śniej ode­sła­li­śmy do szpi­tala. Żad­nemu z nich się już nie przyda. Ze stosu wzią­łem sobie zała­do­wany auto­mat i dwa zapa­sowe maga­zynki. Po chwili zasta­no­wie­nia wyło­wi­łem jesz­cze dwa gra­naty i upchną­łem je do przed­nich kie­szeni mun­duru. Peter­man­nowi wrę­czy­łem kara­bin. Pfaf­fer, nie pyta­jąc nikogo o zda­nie, w mil­cze­niu wybrał sobie kolej­nego Mau­sera i zarzu­cił go sobie na plecy.

-?A teraz, pano­wie, zanim się stąd zabie­rzemy, trzeba będzie przy­ci­snąć tych Rusków w lesie -?powie­dzia­łem znowu jakby cudzym gło­sem. -?I oby nas dobrze zapa­mię­tali.

Na twa­rzy praw­nika błą­dził uśmie­szek, jaw­nie adre­so­wany do mnie i dostrze­głem, że patrzy się zna­cząco na moją opa­skę z czer­wo­nym krzy­żem, wciąż jesz­cze zbry­zganą krwią Fritza.

-?Masz rację -?kiw­ną­łem głową w odpo­wie­dzi na pyta­nie, któ­rego nie zadał.

Wol­nym ruchem ścią­gną­łem opa­skę z ramie­nia, zło­ży­łem ja sta­ran­nie i wsu­ną­łem do wewnętrz­nej kie­szeni mun­duru.

-?Rze­czy­wi­ście, nie pasuje do broni w ręku. Poza tym i tak nic dla Ruskich nie zna­czy. Tutaj nie obo­wią­zują reguły Kon­wen­cji Genew­skiej. Teraz jestem takim samym żoł­nie­rzem, jak wy wszy­scy. Sły­szysz mnie, adwo­ka­ciku?

Poje­dyn­czo wypeł­zli­śmy przed ścianę cha­łupy, zwró­coną w stronę lasu, i skie­ro­wa­li­śmy lufy w to miej­sce, z któ­rego według wszel­kiego praw­do­po­do­bień­stwa Rosja­nie pro­wa­dzili ostrzał. Wszy­scy popa­trzyli na pod­ofi­cera-adwo­kata Schmidta.

-?Ognia! -?zako­men­de­ro­wał.

Jego kara­bin maszy­nowy, mój auto­mat i dwa Mau­sery otwo­rzyły hura­ga­nowy ogień po skraju lasu. Strze­la­li­śmy, celu­jąc na wyso­kość klatki pier­sio­wej czło­wieka.

-?Przez jakiś czas zasrańcy będą leżeć plac­kiem -?sko­men­to­wał Schmidt.

Korzy­sta­jąc z zamie­sza­nia, jakie musiał spo­wo­do­wać nasz ogień, wró­ci­li­śmy pędem za cha­łupę i uży­wa­jąc koni, jako osłony przed ewen­tu­al­nym ostrza­łem, wyrwa­li­śmy się na piasz­czy­stą, polną drogę. Po nie­dłu­gim cza­sie ponow­nie dołą­czy­li­śmy do nie­koń­czą­cego się potoku ludzi i sprzętu, pły­ną­cego w gęstych tuma­nach kurzu na wschód.

Służba medyczna -?niedostateczny!

Służba medyczna -?nie­do­sta­teczny!

Nasze woj­ska bły­ska­wicz­nie posu­wały się w głąb tery­to­rium Rosji. Po zacię­tych wal­kach o nie­które umoc­nie­nia na gra­nicy, nie napo­ty­ka­li­śmy zor­ga­ni­zo­wa­nego oporu. Więk­szość sił prze­ciw­nika, skon­cen­tro­wa­nych bez­po­śred­nio na zachod­niej gra­nicy Związku Radziec­kiego, została roz­gro­miona ata­kiem z mar­szu. Choć nasze wła­sne doświad­cze­nie wyka­zało, iż resztki tych jed­no­stek mogły sta­no­wić zagro­że­nie dla nie­wiel­kich pod­od­dzia­łów naszych wojsk, dla armii nie­miec­kiej jako cało­ści nie były one prze­ciw­ni­kiem, któ­rego trzeba było się poważ­nie oba­wiać. Przy­po­mi­nało to raczej kąsa­nie poje­dyn­czych i nie­zbyt licz­nych koma­rów. W ciągu kilku następ­nych godzin mia­łem pełne ręce roboty. Można powie­dzieć, że poda­wa­łem środki prze­ciw­bó­lowe i maści gojące na tego typu uką­sze­nia, które nie­prze­rwa­nie ser­wo­wały nam roz­pro­szone grupy fana­ty­ków, w róż­nych miej­scach napa­da­jące na nasze kolumny mar­szowe. Do póź­nej nocy bez­u­stan­nie prze­miesz­cza­łem się mię­dzy jedną grupą ran­nych i drugą, potem mię­dzy drugą i trze­cią i tak bez końca. Więk­szość ran­nych otrzy­my­wała od razu pomoc od sani­ta­riu­szy bez­po­śred­nio na miej­scu zda­rze­nia, ja sam zaj­mo­wa­łem się tylko naj­cięż­szymi przy­pad­kami. Taki sys­tem wyda­wał nam się wtedy naj­bar­dziej opty­mal­nym, dzia­łał spraw­nie i przy­no­sił satys­fak­cję z dobrze wyko­na­nej pracy.

Masze­ru­jące po kal­wa­ryj­skiej szo­sie posta­cie żoł­nie­rzy rzu­cały dłu­gie cie­nie, a słońce wciąż zwle­kało i zwle­kało, jakby nie chcąc skryć się za zachod­nim hory­zon­tem. Tak naprawdę zaczęło się ściem­niać dopiero po godzi­nie dzie­sią­tej wie­czo­rem i wtedy do pracy z ran­nymi potrzebne było już dodat­kowe, sztuczne oświe­tle­nie. Z nasta­niem nocy od pól zaczy­nał wiać chłodny i orzeź­wia­jący wia­te­rek.

Zakoń­czy­łem wła­śnie wyko­ny­wa­nie swo­ich obo­wiąz­ków na jed­nym z wielu impro­wi­zo­wa­nych punk­tów opa­trun­ko­wych i roz­my­śla­łem o tym, jak by tu dogo­nić swój bata­lion, aby dołą­czyć do niego przed noc­nym posto­jem, gdy nad­je­chał konno lekarz dru­giego bata­lionu Knust z prośbą o pomoc. Z tego, co mówił, wyni­kało, że wciąż ma jesz­cze czter­na­stu nawet nie­obej­rza­nych ran­nych, znaj­du­ją­cych się na punk­cie opa­trun­ko­wym przy polnej dro­dze wio­dą­cej w kie­runku Nie­mna. Mie­li­śmy szczę­ście, gdyż pod rękę nawi­nęła nam się pusta sani­tarka i mogli­śmy zosta­wić nasze zdrowo już wymę­czone konie pod opieką Peter­manna. Umó­wi­li­śmy się, że będzie cze­kał na nas na następ­nym, dużym i cha­rak­te­ry­stycz­nym skrzy­żo­wa­niu dróg. Na miej­sce dotar­li­śmy po pół godzi­nie i zasta­li­śmy ran­nych w dość opła­ka­nym sta­nie. Do tej pory udzie­lono im pod­sta­wo­wej pomocy medycz­nej, co zro­bili sani­ta­riu­sze-noszowi, ale na leka­rza cze­kali już od godziny dru­giej po połu­dniu. Wielu miało dresz­cze, co było efek­tem znacz­nej utraty krwi. W ską­pym świe­tle naszych kie­szon­ko­wych lata­rek zoba­czy­li­śmy twa­rze, na któ­rych zastygł gry­mas z tru­dem zno­szo­nego bólu. Na szczę­ście ta zapo­mniana i porzu­cona grupka oka­le­czo­nych przez wojnę ludzi nie stra­ciła rezonu i przy­tom­no­ści umy­słu. Czte­rech z nich, naj­lżej ran­nych, trzy­mało w pogo­to­wiu swoje pisto­lety maszy­nowe i miało przy­go­to­wane do uży­cia gra­naty. Wszystko na wypa­dek nie­ocze­ki­wa­nego, noc­nego napadu wroga, który jak naj­bar­dziej był moż­liwy i to wcale nie teo­re­tycz­nie. Wycią­gnę­li­śmy z sani­tarki wszyst­kie weł­niane koce, jakie tylko mogli­śmy zna­leźć, zaś pojazd usta­wi­li­śmy tak, aby można było pra­co­wać w świe­tle jego reflek­to­rów. Sani­ta­riusz-noszowy, który cały czas pozo­sta­wał z ran­nymi, poka­zał nam naj­cięż­sze przy­padki i sze­ściu żoł­nie­rzy nie­mal od razu prze­nie­śli­śmy do ambu­lansu celem natych­mia­sto­wego prze­wie­zie­nia do szpi­tala. Wró­ciw­szy do pozo­sta­łych, skle­ci­li­śmy z pała­tek i gałęzi mło­dych drzew coś na kształt pro­stego namiotu, aby choć tro­chę ochro­nić ran­nych od cał­kiem już chłod­nego wia­tru. Żaden z nich nie wypusz­czał przy tym broni z ręki, tym zaś, któ­rzy dyżu­ro­wali z pisto­le­tami maszy­no­wymi, wyda­li­śmy dodat­kowe koce.

-?Pozo­sta­łych zabie­rze kolejna sani­tarka, którą tu przy­ślemy - zapew­ni­li­śmy sani­ta­riu­sza. -?Będzie tu naj­póź­niej nad ranem. Do zoba­cze­nia zatem i powo­dze­nia!

Razem z Knu­stem wtło­czy­li­śmy się do kabiny kie­rowcy. Auto­mat, z któ­rym teraz się już nie roz­sta­wa­łem, poło­ży­łem na kola­nach, a przed­nie kie­sze­nie bluzy mun­du­ro­wej uspo­ka­ja­jąco obcią­żały mi dwa gra­naty. Pod­czas gdy sani­tarka wolno brnęła przez noc, oświe­tla­jąc reflek­to­rami piasz­czy­stą drogę, Knust zdą­żył usnąć. Na ręka­wie mun­duru wciąż plą­tała mu się biała opa­ska z czer­wo­nym krzy­żem.

Ja też chcia­łem zasnąć -?byłem nie­ludzko sko­nany i całe moje ciało wręcz bła­gało bodaj o krótki odpo­czy­nek, ale mózg upar­cie zacho­wy­wał zdwo­joną aktyw­ność. Przed oczami prze­su­wały mi się setki obra­zów z całego dnia. Czu­łem, że nie­które wyda­rze­nia i sytu­acje muszę bez­zwłocz­nie prze­my­śleć i dokład­nie poukła­dać je sobie w gło­wie. Prze­cież te parę kilo­me­trów frontu, po któ­rych plą­ta­łem się przez ostat­nie dwa­dzie­ścia godzin, to w isto­cie rze­czy cał­kiem małe "nic" w porów­na­niu z gigan­tycz­nym, posu­wa­ją­cym się na wschód nie­miec­kim fron­tem, cią­gną­cym się od Bał­tyku do Ukra­iny! Na ilu to polach i wzgó­rzach, w jakich lasach i oko­pach umie­rali teraz -?dokład­nie wła­śnie w tym momen­cie -?ranni nie­mieccy żoł­nie­rze, roz­pacz­li­wie ocze­ku­jący pomocy, która ni­gdy nie nadej­dzie, albo nadej­dzie zbyt późno? Nie ule­gało żad­nej wąt­pli­wo­ści (tak przy­naj­mniej sądzi­łem), że Wehr­macht powi­nien być lepiej przy­go­to­wany do sytu­acji, w któ­rej przy­cho­dzi mu mie­rzyć się z pie­kielną mie­sza­niną popło­chu, baj­zlu, stra­chu i poczu­cia bez­na­dziei, które niczym przy­sło­wiowy smród wlo­kły się za woj­skiem. Nie­wy­klu­czone, że orga­ni­za­cja i zaopa­trze­nie oddzia­łów pierw­szej linii były poza wszelką kry­tyką, ale na mój gust kwe­stia lek­ce­wa­że­nia potrzeb oddzia­łów dru­go­rzu­to­wych, idą­cych w ślad za jed­nost­kami sztur­mo­wymi, zakra­wała na ocie­ra­jące się o prze­stęp­stwo nie­do­pa­trze­nie. Może mia­łoby sens, aby jed­nak nie gnać aż tak szybko do przodu, co dałoby nam tro­chę wię­cej czasu na odnaj­dy­wa­nie i rato­wa­nie ran­nych oraz grze­ba­nie pole­głych. Póki co, ran­nym, pozo­sta­wio­nym za szybko prze­su­wa­jącą się linią frontu, z jakie­goś powodu nie udzie­lano wyma­ga­nej uwagi.

Pod­czas gdy tak roz­my­śla­łem, zdą­ży­li­śmy doje­chać do umó­wio­nego miej­sca spo­tka­nia z Peter­man­nem i dalej ruszy­li­śmy już konno, kom­bi­nu­jąc po dro­dze, jak by tu dogo­nić nasz bata­lion. Nagle z ciem­no­ści wynu­rzył się i zrów­nał z nami samo­chód tere­nowy dowódcy naszego pułku. Puł­kow­nik Bec­ker sie­dział z przodu, obok kie­rowcy, jego adiu­tant -?z tyłu. Pomy­śla­łem, że oto sama Opatrz­ność wybrała mnie na swo­jego pro­roka po to, abym mógł podzie­lić się swo­imi spo­strze­że­niami z Bec­kerem i zwró­cić jego uwagę na woła­jącą o pomstę do nieba dez­or­ga­ni­za­cję, która wkrada się w dzia­ła­nia oddzia­łów dru­giej linii i unie­moż­li­wia udzie­la­nie ran­nym wykwa­li­fi­ko­wa­nej i ter­mi­no­wej pomocy. Zwy­cza­jowe mel­dunki pod­wład­nych są ste­reo­ty­powe i rzadko wykra­czają poza sfor­mu­ło­wa­nia w stylu "nic nad­zwy­czaj­nego... nic god­nego uwagi... nic, co wyma­ga­łoby wzmian­ko­wa­nia". Jed­nak tym razem mia­łem o czym mel­do­wać. Czu­łem, że puł­kow­nik Bec­ker, będący wiel­kim zwo­len­ni­kiem porządku i dys­cy­pliny, nale­ży­cie oceni moją szcze­rość i może nawet będzie wdzięczny za tego typu raport. Ofi­cer ten zawsze prze­ja­wiał ogromną tro­skę o swo­ich ludzi, a do mnie odno­sił się z sza­cun­kiem i życz­li­wo­ścią, gdyż pamię­tał mnie dobrze jesz­cze z cza­sów naszej wspól­nej służby w Nor­man­dii. Po raz pierw­szy dał temu wyraz, gdy zwró­cił uwagę na mój nawyk pod­pi­sy­wa­nia rapor­tów lite­rami "HP" zamiast peł­nego nazwi­ska "Haape". Od tam­tej pory nadał mi prze­zwi­sko "Hal­te­punkt" (od niem. słowa "Hal­te­punkt" -?HP, czyli "przy­sta­nek"). Co by nie gadać, było mi miło, gdy z zatrzy­mu­ją­cego się pojazdu dobiegł mnie głos:

-?Dzień dobry Hal­te­punkt. Jak tam sytu­acja?

Zesko­czy­łem z konia, odda­łem honory przy­jaź­nie uśmie­cha­ją­cemu się puł­kow­ni­kowi i moż­li­wie jak naj­pro­ściej odpo­wie­dzia­łem:

-?Pod wie­loma aspek­tami sytu­acja jest nie­za­do­wa­la­jąca, panie puł­kow­niku. Infor­ma­cja o miej­scu prze­by­wa­nia i licz­bie ran­nych czę­sto nad­cho­dzi późno, lub nie nad­cho­dzi ni­gdy. Ofi­ce­ro­wie i żoł­nie­rze na przed­niej linii nie zawsze poświę­cają ran­nym dosta­teczną ilość uwagi, co skut­kuje bra­kiem odpo­wied­niego współ­dzia­ła­nia mię­dzy nami.

Brwi Bec­kera powoli unio­sły się do góry, a oczy nabrały chłod­nego wyrazu, ale ja upar­cie kon­ty­nu­owa­łem prze­mowę, pod­no­sząc głos nie­mal do krzyku:

-?Ranni roz­rzu­ceni są na dużej prze­strzeni i w efek­cie nie otrzy­mują nale­ży­tej pomocy medycz­nej, albo nie otrzy­mują jej wcale!

-?Gdzie wasza opa­ska z Czer­wo­nym Krzy­żem? -?gniew­nym i gwał­tow­nym gło­sem zapy­tał puł­kow­nik, z jawną nie­chę­cią obrzu­ca­jąc wzro­kiem mój auto­mat i rękaw mun­duru bez opa­ski.

-?Zdją­łem, panie puł­kow­niku.

-?Na czyj roz­kaz?

-?Niczyj, panie puł­kow­niku.

-?Pro­szę nie­zwłocz­nie zamel­do­wać sze­fowi służby medyczno-sani­tar­nej dywi­zji, iż samo­wol­nie zdjął pan swoją opa­skę.

Mil­czał chwilę, naj­wy­raź­niej pró­bu­jąc się uspo­koić i wziąć się w garść. Zakasz­lał i bar­dziej już pojed­naw­czym tonem powie­dział:

-?Niech pan będzie łaskaw powstrzy­mać się od kry­tyki oddzia­łów pierw­szo­rzu­to­wych. Zamiast tego pro­szę sku­pić się na wyko­ny­wa­niu pana pod­sta­wo­wych obo­wiąz­ków służ­bo­wych. Dzia­ła­nia jed­no­stek bojo­wych to nie pana ból głowy, pan odpo­wiada za pomoc ran­nym! Niech pan będzie łaskaw, raz jesz­cze to powtó­rzę, pamię­tać o tym.

Puł­kow­nik chra­pli­wym gło­sem wydał krótki roz­kaz kie­rowcy swo­jego samo­chodu tere­no­wego i pojazd gwał­tow­nie ruszył z miej­sca.

Ciężko wdra­pu­jąc się na sio­dło czu­łem się jak pies, który dostał kop­niaka za darmo. Byłem zły i jed­no­cze­śnie zdru­zgo­tany i przy­tło­czony całą sytu­acją. Do róż­nych moich smut­nych doświad­czeń doszło jesz­cze jedno, któ­rego nale­żało bez­względ­nie prze­strze­gać: ni­gdy, pod żad­nym pozo­rem, nie liczyć na jaką­kol­wiek pomoc ze strony jed­no­stek bojo­wych. Jeśli to się jakimś cudem zda­rzy -?jak było w przy­padku Stolza, który przy­dzie­lił mi dwóch swo­ich ludzi -?należy trak­to­wać to jak nie­ocze­ki­wany dar nie­bios. Od tej chwili przy­rze­kłem sobie, że będę sto­so­wać swój wła­sny sys­tem oka­zy­wa­nia pomocy ran­nym, któ­rego fun­da­men­talną zasadą będzie moja mak­sy­malna nie­za­leż­ność od kogo­kol­wiek i cze­go­kol­wiek. Szczera wymiana zdań z Bec­ke­rem była dla mnie zna­ko­mitą lek­cją i dobrze się stało, że ode­bra­łem ją wcze­śniej niż póź­niej. Tym samym puł­kow­nik Bec­ker oddał mii nie­oce­nioną usługę.

Na prawo od drogi, obok jakie­goś domu, stała sani­tarka. Pomy­śla­łem, że być może przyda się tam moja pomoc i wsze­dłem do cha­łupy. Oka­zało się jed­nak, że był tam już lekarz z pierw­szego bata­lionu, który w zupeł­no­ści pano­wał nad sytu­acją. Mój kolega po fachu opo­wie­dział mi smutną histo­rię, jak to trzech naszych sani­ta­riu­szy wraz z ran­nymi, któ­rych opa­try­wali, zostało bestial­sko zarznię­tych przez Rosjan w cza­sie walk o jakiś schron bojowy przy gra­nicy. Sły­sząc to, poczu­łem jesz­cze więk­szą nie­na­wiść do wroga.

Im bar­dziej zbli­żała się noc, tym lepiej jechało się bez­po­śred­nio po samej dro­dze, z któ­rej zeszły kolumny pie­choty, roz­kła­da­jące się na postój po oko­licy, z oczy­wi­stą nadzieją na urwa­nie bodaj kilku godzin snu. Tuż obok drogi zauwa­ży­łem duże zada­sze­nie, spod któ­rego bił snop świa­tła, wokół tło­czyli się żoł­nie­rze. Pod­je­cha­łem bli­żej i dostrze­głem sto­jący tam samo­chód puł­kow­nika Bec­kera. Dookoła roz­ta­czał się nad­zwy­czaj kuszący zapach mię­snego gula­szu i jakiejś zupy, co momen­tal­nie uświa­do­miło mi, że jestem nie­ludzko głodny.

-?A oto i pan Hal­ten­punkt! -?wesoło powi­tał mnie Bec­ker. -?Czy dzi­siaj w ogóle coś jedli­ście?

Spra­wiał wra­że­nie, jakby cał­kiem zapo­mniał o tym, iż zdrowo mnie zbesz­tał nie­całą godzinę temu.

-?Nic jesz­cze nie mia­łem w ustach, panie puł­kow­niku -?odpo­wie­dzia­łem szcze­rze.

Mój żal do sta­rego wojaka jakoś nagle sam z sie­bie wypa­ro­wał.

-?A tutaj aku­rat przy­rzą­dzili zadzi­wia­jąco dobrą gro­chówkę z woło­winą. Sia­daj­cie i czę­stuj­cie się. Smak praw­dzi­wie domowy!

Tłu­sta zupa, przy­rzą­dzona w ogrom­nym żeliw­nym kotle, była fak­tycz­nie nie­biań­sko pyszna. Chci­wie pochła­nia­jąc zwar­tość poda­nej mi miski z paru­jącą potrawą, mimo­wol­nie przy­po­mnia­łem sobie to, co sły­sza­łem o sta­rym puł­kow­niku. Zawsze jadł dokład­nie to samo, co jego pod­ko­mendni i ni­gdy nie zasia­dał do posiłku, zanim nie upew­nił się, że wszy­scy jego ludzie dobrze zostali nakar­mieni.

-?Zapa­mię­taj­cie Hal­ten­punkt moje słowa: godziwe jedzonko pomaga ciału i duszy trzy­mać się w kupie -?poga­dy­wał Bec­ker w cza­sie, gdy ja byłem pochło­nięty jedze­niem gro­chówki. -?Ni­gdy nie prze­chodź­cie obo­jęt­nie obok kuchni polo­wej!

Tro­skli­wie i po ojcow­sku odcze­kał, aż upo­ram się z jedze­niem, po czym z pod­nie­ce­niem kon­ty­nu­ował:

-?Wie­cie jak daleko zaszły przez cały dzień nasze oddziały zwia­dow­cze? Do samego Nie­mna! Doszli­śmy pra­wie do Nie­mna, Hal­ten­punkt! To ozna­cza, że w ciągu jed­nego dnia weszli­śmy na sie­dem­dzie­siąt kilo­me­trów w głąb tery­to­rium wroga. Może­cie mi wie­rzyć Hal­ten­punkt, że to wspa­niały wynik!

Wszy­scy żoł­nie­rze, któ­rzy znaj­do­wali się w pobliżu kuchni polo­wej, zostali nakar­mieni. Dopiero wtedy kie­rowca Bec­kera przy­niósł mu wresz­cie talerz zupy i kawał woj­sko­wego chleba. Puł­kow­nik roz­ła­mał chleb na dwie czę­ści i podał mi jedną połówkę. Wziąw­szy się z ape­ty­tem za jedze­nie, nie prze­sta­wał jed­no­cze­śnie mówić:

-?Rozu­miem wasze sta­no­wi­sko. Z tego, co mówi­li­ście, grupy ran­nych żoł­nie­rzy roz­siane są na cał­kiem dużym obsza­rze. To wasze słowa, czyż nie tak?

Patrzył na mnie uważ­nie spod swo­ich kosma­tych brwi i niczym stu­letni dzia­dek, co chwila mru­gał oczami.

-?Teraz pozwól­cie, że przed­sta­wię wam swój punkt widze­nia. W koń­co­wym obra­chunku liczy się wyłącz­nie osta­teczny wynik walki. Nie­wy­klu­czone, że nie wszystko funk­cjo­nuje tak ide­al­nie, jak byśmy tego sobie życzyli i być może sytu­acja wymaga zapro­wa­dze­nia pew­nych porząd­ków, ale powia­dam wam: Ruscy to dopiero są w praw­dzi­wie kata­stro­fal­nej sytu­acji. Tak, Hal­ten­punkt, mówię wam, kata­stro­fal­nej!

Uła­mał kawa­łek chleba i poucza­jąco pogro­ził mi pal­cem.

-?Nasze dzi­siej­sze prze­ła­ma­nie w znacz­nym stop­niu osłabi siły i morale wroga. Jutro, czy tam poju­trze, sytu­acja będzie zupeł­nie inna. Ale póki co, musimy bez­względ­nie dep­tać Rosja­nom po pię­tach.

Prze­tarł usta chu­s­teczką do nosa i w zamy­śle­niu dodał:

-?Taaak, Hal­ten­punkt, oso­bi­ste odczu­cia i doświad­cze­nia poje­dyn­czego czło­wieka nie mają abso­lut­nie żad­nego zna­cze­nia w skali glo­bal­nej wojny. Radzę wam, młody czło­wieku, dobrze przy­swoić sobie tę myśl.

Słu­cha­jąc puł­kow­nika zdą­ży­łem w mię­dzy­cza­sie prze­łknąć już drugi kubek kawy. Podzię­ko­wa­łem zatem za gościnę, odda­łem honory swo­jemu dowódcy i uda­łem się w dal­szą drogę. Do sztabu bata­lionu dotar­łem dopiero około dru­giej w nocy, czy też raczej pra­wie rano.

-?No, wresz­cie! -?usły­sza­łem ura­do­wany głos Neu­hoffa. -?Mam już wszyst­kiego powy­żej uszu. Od czte­rech godzin kapral Meyer nie daje mi żyć, łażąc za mną z jed­nym ze swo­ich ludzi. Otu­ma­nił nas wszyst­kich kom­plet­nie, pró­bu­jąc coś zro­bić z tym bie­da­kiem. Koleś roz­dzia­wił japę na całą sze­ro­kość i teraz za cho­lerę nie może jej z powro­tem zamknąć, bo mu się zakli­no­wała. Rany boskie, dok­to­rze, pomóż­cie mu jakoś!

Natych­miast dostar­czono przed moje obli­cze faceta z fak­tycz­nie nie­ludzko roz­dzia­wioną pasz­czą. Hil­le­manns oraz Lam­mer­ding, nasz bata­lio­nowy ofi­cer do spe­cjal­nych poru­czeń, stali tuż obok i z zain­te­re­so­wa­niem obser­wo­wali, co też mam zamiar z nim zro­bić. Zna­la­złem się w praw­dzi­wie trud­nym poło­że­niu -?w życiu nie mia­łem do czy­nie­nia z podob­nym przy­pad­kiem. Dolna szczęka żoł­nie­rza wysko­czyła z zawia­sów szczę­ko­wych i wysu­nęła się do przodu, kli­nu­jąc się w tym poło­że­niu. Tym samym na umę­czo­nym obli­czu nie­szczę­śnika ział nie­pro­por­cjo­nal­nie wielki otwór sze­roko otwar­tych ust. Ocie­ka­jący śliną język kotło­wał się spa­zma­tycz­nie w jamie gębo­wej, zupeł­nie jakby jego wła­ści­ciel usi­ło­wał coś mi powie­dzieć -?oczy­wi­ście bez­sku­tecz­nie. Pośpiesz­nie usi­ło­wałem przy­po­mnieć sobie pod­sta­wowe prawa ana­to­mii, mogące mieć zwią­zek z tym nie­zwy­kłym przy­pad­kiem i dosze­dłem do wnio­sku, że sen­sow­nym będzie lekko uci­snąć dolną szczękę, jed­no­cze­śnie pocią­ga­jąc ją deli­kat­nie w dół i do przodu. Teo­re­tycz­nie powinno to skut­ko­wać tym, że nacią­gnięte mię­śnie dol­nej szczęki roz­cią­gną się jesz­cze bar­dziej i, być może, wywich­nięte zawiasy szczę­kowe, prze­su­wa­jąc się do przodu, a następ­nie w tył, odkli­nują się i wrócą na wła­ściwe miej­sce, tym samym wyrów­nu­jąc poło­że­nie dol­nej szczęki wzglę­dem gór­nej. Tak więc pięk­nie wie­dzia­łem, co powinno zajść w teo­rii, nato­miast w prak­tyce... pozo­sta­wało mieć nadzieję, że się nie pomy­li­łem. Chwy­ci­łem dwie chu­s­teczki i z pomocą kaprala okrę­ci­łem je wokół swo­ich kciu­ków.

-?A to po co? -?zain­te­re­so­wał się Neu­hoff.

-?Bez­pie­czeń­stwo przede wszyst­kim! Nie­na­wi­dzę wty­kać palce w zęby, kiedy szczęki mogą zamknąć się jak potrzask.

Pole­ci­łem kapra­lowi, aby sta­nął za ple­cami sie­dzą­cego na krze­śle pacjenta i mocno przy­ci­snął jego głowę do swo­jego brzu­cha. Zro­bił wszystko jak należy, ale wzrok miał przy tym taki, jakby trzy­mał za rogi samego dia­bła. "Czort" zaś patrzył na mnie jed­no­cze­śnie bła­gal­nie i wielce podejrz­li­wie.

-?Gotów? -?zapy­ta­łem go.

Zamiast odpo­wie­dzi, jesz­cze bar­dziej wyba­łu­szył oczy. Ostroż­nie uło­ży­łem kciuki na dol­nych zębach trzo­no­wych bie­daka, wzią­łem przy­miarkę i leciutko uci­sną­łem szczękę. Potem, wziąw­szy głę­boki oddech, co sił naci­sną­łem szczękę w dół, jed­no­cze­śnie pocią­ga­jąc ją do sie­bie... Na uła­mek sekundy przed tym, jak zawiasy szczę­kowe, nie z trza­skiem, ale z jakimś ogłu­sza­ją­cym chru­po­tem wró­ciły na swoje miej­sce, zdą­ży­łem wyszarp­nąć kciuki z ust żoł­nie­rza. Cała ta mani­pu­la­cja oka­zała się prost­sza, niż myśla­łem. Nie wie­rząc do końca w peł­nię swo­jego szczę­ścia, pacjent kil­ka­krot­nie otwo­rzył i zamknął usta.

-?No i wszystko gra -?z ulgą pod­su­mo­wa­łem udaną ope­ra­cję. -?Na przy­szłość bądź ostroż­niej­szy, gdy będziesz sze­roko otwie­rać usta. Poza tym, takie roz­dzia­wia­nie gęby nie przy­stoi praw­dzi­wemu żoł­nie­rzowi. Jasne?

-?Tak jest, panie dok­to­rze -?ostroż­nie, bar­dzo ostroż­nie otwie­ra­jąc usta, odpo­wie­dział żoł­nierz.

-?I jak tam poszło? -?zapy­tał Neu­hoff.

-?Dro­biazg, nic szcze­gól­nego, panie majo­rze -?odpo­wie­dzia­łem. Dobrze prze­cież zapa­mię­ta­łem wszyst­kie dzi­siej­sze lek­cje.

Dołą­czy­li­śmy do pozo­sta­łych ludzi z naszego bata­lionu, któ­rzy odpo­czy­wali na skraju lasu. Część z nich już spała. W tym momen­cie nad­je­chała moja sani­tarka z Wege­ne­rem i Dehor­nem. Obaj sumien­nie wyko­ny­wali swoje obo­wiązki przez okrą­głe dwa­dzie­ścia cztery godziny i byli dosłow­nie pad­nięci, zresztą tak, jak ja sam i wielu innych. Na zegarku była trze­cia rano. Uzu­peł­ni­łem zawar­tość swo­jej torby lekar­skiej i resztką sił, na czwo­raka, wci­sną­łem się do malut­kiego namiotu, w któ­rym już ukła­dali się do snu Neu­hoff, Lam­mer­ding i Hil­le­manns. Po paru sekun­dach wszy­scy czte­rej jak na komendę zapa­dli­śmy w naj­głęb­szy sen... na całe pół­to­rej godziny.

Rozkaz to rozkaz

Roz­kaz to roz­kaz

Zgod­nie z moim cał­kiem subiek­tyw­nym odczu­ciem, dosłow­nie po kil­ku­na­stu minu­tach kon­ty­nu­owa­li­śmy nasz mia­rowy pochód w kie­runku rzeki Nie­men, posu­wa­jąc się sze­roką, piasz­czy­stą drogą. Pół­to­ra­go­dzinny sen przy­niósł wię­cej szkody niż pożytku. Czu­jąc się jak zde­chły pies, z led­wo­ścią byłem w sta­nie zwlec się z posła­nia. Doty­czyło to zresztą nie tylko mnie. Prze­mar­z­li­śmy do kości, bolały nas zdrę­twiałe mię­śnie, a nogi popu­chły do tego stop­nia, że z tru­dem dało się wci­snąć je w buty. Tuż przed opusz­cze­niem noc­nego obo­zo­wi­ska oznaj­miono nam o nadej­ściu taj­nego tele­gramu z kwa­tery głów­nej, opa­trzo­nego oso­bi­stym pod­pi­sem samego Hitlera. Jego treść dostar­czyła nam obfi­tego mate­riału do dys­ku­sji, trwa­ją­cych do wschodu słońca.

"Wszy­scy rosyj­scy komi­sa­rze maja być roz­strze­li­wani natych­miast po ich uję­ciu", gło­sił tekst roz­kazu.

Twarz Neu­hoffa, w momen­cie, gdy przy­niósł nam te nowiny, była bar­dzo poważna. Można rzec, że był w pew­nym sen­sie zakło­po­tany, co nie było do niego podobne. Pod­kre­ślił, że nie powin­ni­śmy roz­po­wia­dać o tym wśród żoł­nie­rzy -?tajna instruk­cja była prze­zna­czona tylko dla kor­pusu ofi­cer­skiego. Dal­sza część roz­kazu zawie­rała infor­ma­cję, iż w ciągu pierw­szego dnia dzia­łań bojo­wych znaczna część wzię­tych do nie­woli żoł­nie­rzy nie­miec­kich została z zimną krwią roz­strze­lana wła­śnie na roz­kaz komi­sa­rzy poli­tycz­nych. Los ten spo­tkał mię­dzy innymi per­so­nel medyczny oraz bez­bron­nych, ran­nych żoł­nie­rzy. Osta­teczną winę za te zbrod­nie przy­pi­sy­wano komi­sa­rzom.

Jadąc drogą, Kage­neck, Stolz i ja roz­po­czę­li­śmy cichą, lecz bar­dzo oży­wioną dys­ku­sję doty­czącą roz­kazu führera.

-?Do cho­lery z tym, jestem prze­ciwny roz­strze­li­wa­niu bez­bron­nych ludzi nawet wtedy, jeśli to są prze­stępcy -?ze zde­ner­wo­wa­niem ogło­sił Kage­neck. -?W każ­dym przy­padku taka poli­tyka jest błędna. Tego typu nowinki nie da się utrzy­mać w tajem­nicy. Wie­cie, co będzie, gdy dowie­dzą się o tym Ruscy? Powiem wam, co będzie. Wie­dząc, że nie ura­tują skóry w nie­woli, komi­sa­rze zaczną wal­czyć jak wście­kli, do ostat­niego naboju! A zda­je­cie sobie sprawę, jaki to mate­riał dla pro­pa­gandy czer­wo­nych?!

-?Każdy czło­wiek zasłu­guje na to, aby trak­to­wać go indy­wi­du­al­nie. W razie czego, powinna być moż­li­wość uczci­wego sądze­nia takich ludzi. Co wy na to, Stolz? -?zapy­ta­łem po namy­śle.

Po zachmu­rzo­nym obli­czu Stolza widać było, że sta­ran­nie zasta­na­wia się nad odpo­wie­dzią.

-?Jeśli cho­dzi o mnie, to nie mam zamiaru nikomu wyda­wać roz­ka­zów roz­strze­li­wa­nia z zimną krwią jakich­kol­wiek ludzi. A tak przy oka­zji: nie jestem w sta­nie odróż­nić komi­sa­rza od zwy­kłego ofi­cera Armii Czer­wo­nej i jak już przy tym jeste­śmy, to powiem wam, że nie zamie­rzam docie­kać, na czym polega róż­nica. Mam nadzieję, pano­wie ofi­ce­ro­wie, że moja opi­nia pozosta­nie mię­dzy nami?

Stolz nie musiał się nie­po­koić, że jego zda­nie sta­nie się publiczną tajem­nicą. Prak­tycz­nie każdy ofi­cer z naszego bata­lionu miał w tej kwe­stii dokład­nie takie samo zda­nie i nikt z nas ni­gdy nie wydał roz­kazu, aby roz­strze­lać wzię­tego do nie­woli komi­sa­rza. Trzeba jed­nak nad­mie­nić, że wła­ści­wie nie­wielu z nich doży­wało momentu wzię­cia do nie­woli. Więk­szość ginęła na polu boju, albo strze­lała sobie w łeb, aby nie dać się wziąć żyw­cem. Nie­liczni, któ­rzy żywi wpa­dli nam w ręce, byli odsy­łani na zachód i tam sku­tecz­nie roz­pły­wali się we wciąż rosną­cej masie jeń­ców wojen­nych. Jed­nakże nam samym też przy­szło doświad­czyć na wła­snej skó­rze, jaki wpływ na ota­cza­ją­cych ich ludzi mają tego typu czer­woni fana­tycy. Zawsze kie­dy­kol­wiek napo­tka­li­śmy szcze­gól­nie zawzięty opór, pra­wie wszę­dzie w kon­se­kwen­cji wyła­wia­li­śmy komi­sa­rza, lub nam o tako­wym dono­szono. Codzien­nie nasze samo­loty roz­sy­py­wały nad tery­to­rium prze­ciw­nika ilu­stro­wane ulotki nawo­łu­jące żoł­nie­rzy rosyj­skich do zabi­ja­nia komi­sa­rzy, zanie­cha­nia oporu i odda­wa­nia się w nie­wolę. Czę­sto robiła na nas wra­że­nie sku­tecz­ność tego rodzaju pro­pa­gandy. Od czasu do czasu poszcze­gólne grupy czer­wo­no­ar­mi­stów, zanim pod­nio­sły ręce w górę, przy pierw­szej nada­rza­ją­cej się spo­sob­no­ści odstrze­li­wały swo­ich komi­sa­rzy, któ­rzy musieli być zdrowo znie­na­wi­dzo­nymi typami.

Otrzy­ma­li­śmy wia­do­mość, że most na Nie­mnie został uchwy­cony w nie­na­ru­szo­nym sta­nie. Nasi zwia­dowcy, któ­rzy skryli się we mgle otu­la­ją­cej rzekę, prze­pra­wili się na drugą stronę spe­cjal­nie w celu unie­moż­li­wie­nia wro­gowi wysa­dze­nia mostu. W ślad za nimi po moście prze­mknął, wcho­dzący w skład naszej dywi­zji, szwa­dron kawa­le­rii von Boese­la­gera i zli­kwi­do­wał nie­przy­ja­ciel­skie umoc­nie­nia na przed­mo­ściu. Do tego czasu dotarły tam pierw­sze pod­od­działy dru­giego bata­lionu pie­choty, któ­rymi dowo­dził Hök, pod­czas gdy nasza arty­le­ria cały czas przy­gnia­tała ogniem rosyj­ską bate­rię, osła­nia­jącą most.

Roz­ło­ży­li­śmy nasze mapy topo­gra­ficzne. Nie­men two­rzył w tym rejo­nie wielką pętlę, opły­wa­jąc tereny poro­śnięte ogrom­nymi lasami.

-?Nie jest tak źle -?zauwa­żył z zado­wo­le­niem Neu­hoff. -?Za trzy godziny my też tam będziemy.

Jed­nakże nasz pod­od­dział otrzy­mał roz­kaz spe­cjalny, który poło­żył kres tym nadzie­jom. Brzmiał on nastę­pu­jąco: "Trzeci bata­lion osiem­na­stego pułku pie­choty prze­cho­dzi na wschód od drogi na Nie­men celem prze­cze­sa­nia znaj­du­ją­cego się tam masywu leśnego".

Wkrótce zro­zu­mie­li­śmy powody, dla któ­rych otrzy­ma­li­śmy taki roz­kaz. Na tej wła­śnie dro­dze, wio­dą­cej z Kal­wa­rii ku rzece, Rosja­nie zastrze­lili już dwóch goń­ców-moto­cy­kli­stów, a dzi­siej­szego ranka urzą­dzili zasadzkę na ambu­lans. Roz­kaz o zmia­nie dotych­cza­so­wego kie­runku mar­szu został prze­ka­zany wzdłuż kolumny i wszy­scy na kilka minut przy­sta­nęli. Klnąc w żywy kamień, pie­chu­rzy z dzie­sią­tej kom­pa­nii Stolza i z jede­na­stej Kra­mera zajęli roz­cią­gniętą na sześć kilo­me­trów pozy­cję rów­no­le­gle do drogi. Odle­głość mię­dzy poszcze­gól­nymi żoł­nie­rzami w tej gigan­tycz­nej, zaim­pro­wi­zo­wa­nej tyra­lie­rze wyno­siła około pięt­na­stu kro­ków. Na komendę wszy­scy, nie kry­jąc się, ruszyli przed sie­bie przez pola, pagórki i kępy drzew. Zada­nie było jasno okre­ślone -?nie prze­oczyć ani jed­nego Rosja­nina w tym sek­to­rze.

Dzie­wiąta kom­pa­nia pod dowódz­twem porucz­nika Teit­gena pozo­stała w rezer­wie i wszy­scy jej żoł­nie­rze od razu roz­lo­ko­wali się tak, aby choć na chwilę "zła­pać komara". Szybko zor­ga­ni­zo­wa­łem tym­cza­sowy punkt pierw­szej pomocy w pobliżu punktu dowo­dze­nia Neu­hoffa i przy­go­to­wa­łem wszel­kie nie­zbędne środki i mate­riały na wypa­dek nagłej aktyw­no­ści bojo­wej. Potem od razu roze­sła­łem sobie koc i roz­ło­ży­łem się na odpo­czy­nek w pro­mie­niach poran­nego słońca. Hil­le­manns był jak zwy­kle zajęty mel­dun­kami, rapor­tami i wsze­laką kore­spon­den­cją szta­bową. Major Neu­hoff zasiadł na przy­droż­nym gła­zie i z uwagą wpa­try­wał się w dal. Odwró­cił się tro­chę w naszą stronę i spra­wia­jąc wra­że­nie, jakby mówił sam do sie­bie, bia­do­lił:

-?Major Hök ze swoim dru­gim bata­lio­nem wła­śnie sobie masze­ruje po moście przez Nie­men. A nas znowu przy­trzy­mali i zrzu­cili na łeb prze­cze­sy­wa­nie sześć­dzie­się­ciu kilo­me­trów kwa­dra­to­wych jakichś zapo­mnia­nych przez Boga paro­wów. I to jesz­cze bawiąc się w cho­wa­nego z garstką cho­ler­nych Iwa­nów. Chło­paki w naj­lep­szym wypadku poja­wią się z powro­tem grubo po połu­dniu. Będą zdrowo sko­nani, a tu jesz­cze do czar­nej nocy trzeba będzie doga­niać resztę pułku. Dwa dni wojny i dwa dni gania­nia za naj­gor­szymi ruskimi mętami.

-?No cóż... -?przy­tak­ną­łem z soli­dar­no­ści. -?Ktoś prze­cież musi zająć się wypeł­nia­niem zadań spe­cjal­nych.

-?A niech szlag trafi te wszyst­kie zada­nia spe­cjalne! -?roze­źlił się Neu­hoff. -?To, co pięk­nie nazy­wa­cie zada­niami spe­cjal­nymi to po pro­stu naj­gor­sza czarna robota, którą musimy odwa­lać przez innych i za innych.

W tym momen­cie zauwa­ży­li­śmy, że nasi ludzie pro­wa­dzą czte­rech jeń­ców, poj­ma­nych w pobli­skim lesie. Trzech z nich miało na sobie ubra­nia cywilne, ale ogo­lone go gołej skóry czaszki zdra­dzały w nich żoł­nie­rzy. Dwaj z nich byli w typie mon­gol­skim i ich sko­śne oczy patrzyły na nas z jakimś oso­bli­wym, dzi­kim wyra­zem. W cza­sie, gdy Neu­hoff, wciąż nie­ru­chomo tkwiąc na swoim kamie­niu, z zain­te­re­so­wa­niem przy­glą­dał się Iwa­nom, dowie­dzie­li­śmy się, że jed­nym z zastrze­lo­nych tu dzi­siaj o świ­cie moto­cy­kli­stów był star­szy sze­re­gowy Belt­zer z naszego bata­lionu. Gdy zna­le­ziono jego ciało, miał wypa­tro­szone kie­sze­nie, a mel­dunki, które prze­wo­ził, znik­nęły. Usta Neu­hoffa zaci­snęły się w jedną, wąską kre­skę.

-?Zabity i okra­dziony... -?wyszep­tał strasz­li­wym gło­sem, ani na sekundę nie spusz­cza­jąc wzroku z rosyj­skich jeń­ców. -?Jeden z moich ludzi zabity i ogra­biony... Tego czło­wieka -?kiw­nię­ciem głowy wska­zał Rosja­nina odzia­nego w mun­dur -?ode­słać do punktu zbor­nego dla jeń­ców. A te trzy stra­szy­dła... -?zło­wiesz­czo zmru­żył oczy, patrząc na trzy posta­cie w nie­do­pa­so­wa­nej, cywil­nej odzieży. -?Tych trzech śmier­dzą­cych zło­dziei natych­miast roz­strze­lam.

Neu­hoff wezwał pod­ofi­cera i sze­ściu żoł­nie­rzy z dzie­wią­tej kom­pa­nii i po kilku minu­tach plu­ton egze­ku­cyjny sta­nął przed majo­rem. Nikt z będą­cych świad­kami tej sceny nie tylko nie śmiał wark­nąć ani słowa, ale nawet bał się poru­szyć.

-?Co o tym sądzisz? -?odwra­ca­jąc się do Hil­le­man­nsa, zapy­tał Neu­hoff.

-?Sądzę, że należy postą­pić tak, jak pan powie­dział -?jak zwy­kle ide­al­nie służ­bi­ście odpowie­dział Hil­le­manns.

Uważ­nie przy­pa­try­wa­łem się trzem jeń­com. Było cał­ko­wi­cie jasne, że nie rozu­mieją ani słowa po nie­miecku i kom­plet­nie nie zdają sobie sprawy z faktu, że ich życie wisi na wło­sku. Z całej trójki naj­bli­żej mnie stał wątły chło­pa­czek w wieku co naj­wy­żej osiem­na­stu lat. Cywilne ciu­chy wisiały na nim luźno i było widać, że nie­dawno sie­działy na cudzym grzbie­cie. Odpo­wie­dział mi dzie­cięco naiw­nym spoj­rze­niem, peł­nym cał­ko­wi­tego nie­zro­zu­mie­nia dla zacho­dzą­cych wokół niego wyda­rzeń. Zupeł­nie nie wyglą­dał na raso­wego mor­dercę, a przy­naj­mniej ja nie mogłem uwie­rzyć, aby nim był. Z dużą dozą pew­no­ści można było zało­żyć, że prze­brał się w cywilne ubra­nie, aby roz­myć się gdzieś pośród litew­skich cywi­lów i tym samym unik­nąć nie­woli. Było też dla mnie jasne, że przed pod­ję­ciem osta­tecz­nej decy­zji Neu­hoff będzie potrze­bo­wał czy­je­goś moral­nego wspar­cia, bar­dziej kon­kret­nego niż zwy­cza­jowe, służ­bi­ste pota­ki­wa­nia Hil­le­man­nsa i ofi­cjalny, znany nam już, roz­kaz Hitlera. Realia współ­cze­snej wojny nie były czymś, do czego przy­wykł Neu­hoff, który jako żoł­nierz sta­rej daty, nauczony był wojo­wać zgod­nie ze ści­śle okre­ślo­nymi regu­łami. Wyraź­nie potrze­bo­wał, aby ktoś jesz­cze gło­śno wyra­ził swoje popar­cie dla jego mrocz­nego wer­dyktu.

-?Nie wydaje się panu, dok­to­rze, że nie powin­ni­śmy się cere­gie­lić z tymi rzeź­ni­kami? -?nagle zwró­cił się bez­po­śred­nio do mnie.

-?Nawet nie wiem, co mam odpo­wie­dzieć, panie majo­rze -?led­wie zdo­ła­łem z sie­bie wydu­sić.

Czu­łem wobec tych żało­snych, bez­bron­nych i nikomu nie­po­trzeb­nych goło­dup­ców tylko litość, z którą nic nie mogłem zro­bić.

-?Panie majo­rze, czy jest pan cał­ko­wi­cie pewien, że to są prze­brani w cywilne ubra­nia snaj­pe­rzy? Gdy­by­śmy zna­leźli przy nich jaką­kol­wiek broń albo obcią­ża­jące ich doku­menty, to ich śmierć byłaby jak naj­bar­dziej w zgo­dzie z pra­wami cza­sów wojny. Ale jeśli niczego takiego nie znaj­dziemy, to przy­naj­mniej ja nie chciał­bym obcią­żać swego sumie­nia taką decy­zją.

Neu­hoff obrzu­cił mnie szyb­kim i nie do końca usa­tys­fak­cjo­no­wa­nym spoj­rze­niem, w któ­rym jed­nak zdą­ży­łem zauwa­żyć błysk zwąt­pie­nia.

-?Obszu­kać ich -?powie­dział rap­tem.

Zwy­kłe cywilne papiery, kilka kawał­ków czer­stwego chleba i garść wysu­szo­nej machorki -?to było wszystko, co mieli w kie­sze­niach.

-?Ode­słać te łachu­dry na punkt zborny -?szorst­kim gło­sem roz­ka­zał Neu­hoff.

Nie patrząc wię­cej w moją stronę major, z wyra­zem nie­za­do­wo­le­nia na twa­rzy, koły­sał się ner­wowo z pięt na palce, ale wie­dzia­łem, że w tej chwili odczuwa ulgę, iż nie stał się jed­nak uczest­ni­kiem wyko­na­nia wyroku kary śmierci. Ewi­dent­nie, aby się czymś zająć, bez naj­mniej­szej potrzeby spraw­dził dokład­nie wszyst­kie nasze konie i dro­bia­zgowo upew­nił się, czy aby są dobrze przy­wią­zane i napo­jone. Czule pokle­pał po szyi swo­jego karego wała­cha i dał mu przy­go­to­waną wcze­śniej kostkę cukru.

-?Będę teraz musiał napi­sać od nowa raport dla dowódcy pułku -?wark­nął ze zło­ścią Hil­le­manns.

To nie­sa­mo­wite, ale pod­czas gdy ja mia­łem wolne ręce w cza­sie tej krót­kiej, lecz peł­nej dra­ma­ty­zmu sceny, Hil­le­manns zdą­żył już nasma­ro­wać raport o wyko­na­niu roz­kazu roz­strze­la­nia! Dehorn zajął się spraw­dze­niem kom­plet­no­ści zestawu medy­ka­men­tów w mojej tor­bie lekar­skiej, a Müller, który ni­gdy nie mógł wysie­dzieć ani chwili bez­czyn­nie, czy­ścił i sma­ro­wał mój auto­mat. Wege­nera wysła­łem moim służ­bo­wym Mer­ce­de­sem, aby spró­bo­wał zlo­ka­li­zo­wać naszą sani­tarkę, która gdzieś się na dobre zawie­ru­szyła.

Słońce nie­prze­rwa­nie wędro­wało po nie­bie i wie­dzia­łem, że już nie­długo sta­nie w zeni­cie. Uło­ży­łem się na tra­wie w cie­niu wiązu i przez plą­ta­ninę jego kona­rów sta­ra­łem się wyło­wić okiem prze­pły­wa­jące nad nami białe obłoki.

* * *

Moje myśli błą­dziły to tu, to tam i od czasu do czasu wra­cały do mojego przy­ja­ciela Fritza. Zasta­na­wia­łem się na przy­kład, czy został już pocho­wany, czy jesz­cze nie. Wyobra­ża­łem sobie gruby, brzo­zowy krzyż, taki jak u Stocka, który będzie sta­no­wić jedyny, pro­sty, lecz prze­peł­niony smut­kiem pomnik na jego skrom­nej mogile. Ech, Fritz, biedny Fritz! Młody, jak wielu innych, entu­zja­styczny, ale daleki od fana­ty­zmu naro­dowy socja­li­sta. Fritz, dla któ­rego jeden zwy­kły dzień był zbyt krótką chwilą, aby upchnąć w niej jego całą, kipiącą ener­gię. Fritz, któ­remu życie wyda­wało się żało­śnie małym prze­dzia­łem cza­so­wym dla wszyst­kich jego roz­licz­nych ambi­cji i pasji, a wojna była wielką i fascy­nu­jącą przy­godą. Wła­śnie taki był, gdy po raz pierw­szy go spo­tka­łem.

To było połu­dnie, sam począ­tek listo­pada 1940 roku. "Kolo­nia, dwo­rzec główny!" -?i tak już dosta­tecz­nie prze­ni­kliwy w swej wyra­zi­sto­ści żeń­ski głos, pero­nowe mega­fony prze­kształ­cały w sztuczny i ochry­pły skrzek, który pul­su­ją­cym echem roz­niósł się po wypeł­nio­nym dymem i parą, wyso­kim skle­pie­niu koloń­skiego dworca kole­jo­wego. Dud­niące echo zagłu­szało nawet gwizd paro­wozu, a dla wysy­pu­ją­cych się z wago­nów, niczym groch, żoł­nie­rzy, było cał­ko­wi­cie zbęd­nym komu­ni­ka­tem. I tak nazwy każ­dej sta­cji były roz­wie­szone gdzie tylko się dało: na ścia­nach wago­nów, na budyn­kach sta­cyj­nych, na przę­słach mostów, kład­kach dla pie­szych, po pro­stu wszę­dzie. Naj­więk­sze z nich były dodat­kowo oświe­tlane jasnymi sno­pami świa­tła z reflek­to­rów. Mówiono nam wtedy, że w Anglii usu­nięto wszyst­kie nazwy sta­cji kole­jo­wych, a nawet dro­go­wskazy. Anglicy sądzili, że zbiją nas w ten spo­sób z tropu, kiedy już wylą­du­jemy na ich wyspie. Ale u sie­bie w domu nie musie­li­śmy ucie­kać się do tego rodzaju sztu­czek -?kwe­stii czy­je­goś ewen­tu­al­nego wtar­gnię­cia na tery­to­rium Rze­szy nikt nawet nie roz­pa­try­wał poważ­nie. Sądzę, że tego rodzaju defe­ty­styczna myśl nikomu w życiu nie przy­szła do głowy. Fran­cja była na kola­nach - Linię Magi­nota zała­twiono z łatwo­ścią, Anglicy z hukiem wyle­cieli z kon­ty­nentu, a wszystko to dzięki wła­śnie takim ludziom w sza­ro­zie­lo­nych mun­du­rach, któ­rzy wła­śnie teraz przy­by­wali na dwo­rzec kole­jowy w Kolo­nii, aby udać się w kie­runku, w któ­rym masze­ro­wał Wehr­macht. Nasza armia w sta­nie peł­nej goto­wo­ści bojo­wej, ale jakby nie­zde­cy­do­wa­nie, stała na pół­noc­nym wybrzeżu Fran­cji, a my chci­wie wle­pia­li­śmy oczy w mgłę nad kana­łem La Man­che, aby dostrzec nasz kolejny cel -?Anglię. Dla nas, wów­czas pię­ciu mło­dych leka­rzy-ofi­ce­rów, nie­po­zba­wio­nych pew­nych ambi­cji, wła­śnie ona miała być oso­bi­stym punk­tem doce­lo­wym.

Z Niem­cami na dłu­gie lata poże­gna­li­śmy się jesz­cze w cza­sach stu­denc­kich, odno­to­wu­jąc ten wie­ko­pomny w naszym życiu krok oba­le­niem pię­ciu fla­szek reń­skiego wina "Lieb­frau­milch" (z niem. "Mleko uko­cha­nej kobiety") na malow­ni­czym tara­sie wido­ko­wym nad Renem. W następ­nej kolej­no­ści zamie­rza­li­śmy zapa­ko­wać się do pociągu, który ponie­sie nas do kolej­nego punktu na tra­sie naszej pasjo­nu­ją­cej wędrówki -?do Gra­nville w Nor­man­dii. Nasze podłe i przy­ziemne instynkty znowu zaczęły nas nie­po­koić. Było to zaiste godne poża­ło­wa­nia, gdyż na wstęp­nym eta­pie szko­le­nia woj­sko­wego masa roz­ma­itej maści sier­żan­tów wycho­dziła ze skóry, aby tego typu odczu­cia cał­ko­wi­cie z nas wyko­rze­nić. "Oso­bo­wość!" -?pamię­tam, jak bar­dzo emo­cjo­nal­nie pod­cho­dził do tego tematu jeden z owych sier­żan­tów... "Tak się wam wszyst­kim wydaje... że wszy­scy macie niby jakąś tam oso­bo­wość! Myli­cie się! W każ­dym z was sie­dzi wewnętrzna świ­nia! A Wehr­macht nie potrze­buje ludzi, w któ­rych sie­dzą wewnętrzne świ­nie! Moje zada­nie polega na tym, żeby pomóc wam pozbyć się niskich, tchórz­li­wych, świń­skich instynk­tów i uczy­nić z was praw­dzi­wych żoł­nie­rzy! Gre­na­die­rów!". Dla­tego w lipcu i w sierp­niu 1939 roku uczy­li­śmy się strze­lać z kara­bi­nów i tre­no­wa­li­śmy poka­zowy krok paradny na placu ape­lo­wym. Wojna z Fran­cją i Anglią zastała nas pod­czas nauki rzu­ca­nia gra­na­tem i zawi­ło­ści budowy sra­czy dla woj­ska w warun­kach polo­wych. Dzia­ła­nia bojowe w Zachod­niej Euro­pie szły pełną parą, pod­czas gdy my stu­dio­wa­li­śmy sta­wia­nie bły­ska­wicz­nej dia­gnozy i udzie­la­nie pierw­szej pomocy w warun­kach bojo­wych oraz dla odmiany w try­bie pil­nym uczy­li­śmy się, jak ska­kać na koniu. Potem armia nagle przy­po­mniała sobie, że kie­dyś tam, w cywilu, czyli "bar­dzo dawno temu", byli­śmy jed­nak dyplo­mo­wa­nymi leka­rzami, i w końcu oddano nam z powro­tem nasze ste­to­skopy i skal­pele. Ale, aby oca­lić nas przed strasz­liwą ewen­tu­al­no­ścią prze­bu­dze­nia się w nas wewnętrz­nej, tchórz­li­wej świni, dowódz­two woj­skowe zatrosz­czyło się o prze­trzy­ma­nie nas przez jakiś czas na bli­żej nie­okre­ślo­nym sta­tu­sie kade­tów-leka­rzy. Innymi słowy, zgod­nie z tabelą stopni woj­sko­wych, sta­no­wi­li­śmy dzi­waczną, przej­ściową formę mię­dzy kur­san­tem a ofi­ce­rem, co obja­wiało się mię­dzy innymi tym, iż zobo­wią­zani byli­śmy jako pierwsi salu­to­wać wszyst­kim, poza sze­re­go­wymi. W rze­czy­wi­sto­ści zaś i tak musie­li­śmy trza­skać obca­sami abso­lut­nie przed wszyst­kimi i wszyst­kim -?od gene­rała po skrzynkę na listy...

* * *

Ostat­nią, praw­dziwą balangę w życiu naszych wewnętrz­nych, tchórz­li­wych świń zmaj­stro­wa­li­śmy im z praw­dzi­wie kró­lew­skim roz­ma­chem w Paryżu. Wyka­zu­jąc dumną pogardę dla moż­li­wych kon­se­kwen­cji naszego czynu, pozwo­li­li­śmy sobie posza­leć o cały jeden dzień (i jedną noc) dłu­żej, niż wyma­gały tego nasze obo­wiązki służ­bowe. Dopiero potem wzno­wi­li­śmy nasz dziar­ski i rado­sny pochód przez pół­nocną Fran­cję, z następ­nym przy­stan­kiem w Le Mans.

Szef służby medycz­nej dywi­zji sta­cjo­nu­ją­cej w Gra­nville bły­ska­wicz­nie spro­wa­dził nas na zie­mię -?uży­wa­jąc kilku prze­my­śla­nych i brzmią­cych bar­dzo prze­ko­nu­jąco zdań, nie pozo­sta­wił nam cie­nia wąt­pli­wo­ści, co do tego, że znaj­du­jemy się obec­nie na tere­nie obję­tym aktyw­nymi dzia­ła­niami bojo­wymi.

Ku naszemu nie­opi­sa­nemu żalowi, roz­dzie­lono nas i roze­słano do róż­nych bata­lio­nów. Jadąc samo­cho­dem szta­bo­wym mię­dzy bez­list­nymi już jabło­niami nie­zli­czo­nych sadów pro­win­cji Calva­dos, zasta­na­wia­łem się, z jakimi ludźmi przyj­dzie mi stać ramię w ramię w cze­ka­ją­cej mnie woj­nie z praw­dzi­wym i bar­dzo real­nym prze­ciw­ni­kiem. Trzeba zazna­czyć, że cał­kiem nie­bez­pod­staw­nie mia­łem do sie­bie znacz­nie wię­cej zaufa­nia, jako do wykwa­li­fi­ko­wa­nego leka­rza niż do dobrze wyszko­lo­nego żoł­nie­rza. Mia­łem nadzieję, że moi nowi prze­ło­żeni okażą w tym wzglę­dzie logiczną pobłaż­li­wość.

Nie­mniej poja­wie­nie się nowego leka­rza nie zro­biło na majo­rze Neu­hof­fie naj­mniej­szego wra­że­nia, przy­naj­mniej tak to z zewnątrz wyglą­dało. Obo­jęt­nym wzro­kiem zmie­rzył mnie od góry do dołu, pod­czas gdy ja z kolei przy­pa­try­wa­łem mu się z nie­po­dzielną i otwar­cie pro­sto­duszną uwagą. Pewne drobne opóź­nie­nie, z jakim poja­wił się nowy lekarz osiem­na­stej kom­pa­nii trze­ciego bata­lionu, Neu­hoff pozo­sta­wił bez gło­śnego komen­ta­rza, ale nie omiesz­kał zauwa­żyć, że mam nie­stety zerowe doświad­cze­nie bojowe. Nie­wy­klu­czone, że zało­żył, iż uda mi się nad­ro­bić zale­gło­ści, gdy wylą­du­jemy już po dru­giej stro­nie kanału La Man­che. A może gram przy­pad­kiem w skata albo w doko? Gram! No to może jed­nak od biedy do cze­goś się przy­dam... Być może po kola­cji moja obec­ność przy kar­cia­nym stole będzie miała jakiś sens.

-?Adiu­tant bata­lionu, porucz­nik Hil­le­manns, pokaże wam wasz pokój -?na tym audien­cja u nowego dowódcy zakoń­czyła się.

Hil­le­manns był do bólu ofi­cjalny i wiało od niego chłodną uprzej­mo­ścią, był niczym nie­zbyt przy­ja­zne listo­pa­dowe słońce. Przy­po­mniały mi się w tym momen­cie słowa majora-dok­tora Schultza: "Jeśli jesz­cze tego nie wie­cie, to mogę was poin­for­mo­wać, że jeste­ście teraz ofi­ce­rem służby medycz­nej w jed­nym z trzech naj­bar­dziej eli­tar­nych bata­lio­nów gene­rała von Rund­stedta. Dowódcą pułku jest puł­kow­nik Bec­ker, wybitny ofi­cer z ogrom­nym doświad­cze­niem zarówno z pierw­szej wojny świa­to­wej, jak i obec­nej. Wszyst­kiego dobrego!". Mia­łem ogromną nadzieję, że moja wewnętrzna świ­nia będzie spra­wo­wać się przy­zwo­icie i nie prze­szko­dzi mi w speł­nie­niu wymo­gów sta­wia­nych przed szczę­śliw­cami, słu­żą­cymi w tak prze­sław­nej jed­no­stce. Zaczą­łem też utwier­dzać się w prze­ko­na­niu, że major Neu­hoff, mimo, iż pozor­nie gru­biań­ski, miał jed­nak w oku pewien szel­mow­ski błysk, co nie­wąt­pli­wie świad­czyło o jego wspa­nia­łych, ludz­kich zale­tach. Może i adiu­tant Hil­le­manns pokaże się w przy­szło­ści z bar­dziej ludz­kiej strony, bez względu na to, że gdy poka­zy­wał mi ofi­cerską sto­łówkę, jego spo­sób zwra­ca­nia się do mnie, acz­kol­wiek abso­lut­nie poprawny, był jed­no­cze­śnie nie­ziem­sko suchy. Celem zakwa­te­ro­wa­nia swych ofi­cerów i podofi­cerów, nasz trzeci bata­lion zare­kwi­ro­wał część naj­więk­szego hotelu w nie­wiel­kim mia­steczku Lit­try. Sto­łówka znaj­do­wała się na par­te­rze, a mój pokój, do któ­rego zapro­wa­dził mnie Hil­le­manns, poło­żony był w prze­ciw­le­głym skrzy­dle budynku. Zanim mi go poka­zał, nie omiesz­kał roz­ka­zać jed­nemu z podofi­cerów, aby opro­wa­dził mnie po oddziale medyczno-sani­tar­nym, gdzie mia­łem pra­co­wać...

Gdy zna­la­złem się we wnę­trzu sta­rej willi, która miała stać się moim pierw­szym woj­sko­wym szpi­ta­lem, trzech znaj­du­ją­cych się tam żoł­nie­rzy natych­miast sko­czyło na równe nogi i wyprę­żyło się w posta­wie "na bacz­ność". Pierw­szym z nich, jak się póź­niej oka­zało, był kapral Wege­ner. Nie­zwy­kle roz­mowny, ze wszyst­kich sił sta­rał się poka­zać, jako wielce obyty wojak. Drugi żoł­nierz, star­szy sze­re­gowy Müller, był za to prze­sad­nie mil­czący. To był wysoki, jasno­włosy dzie­ciak, od razu wzbu­dza­jący sym­pa­tię swoją dobro­dusz­no­ścią. Wkrótce zorien­to­wa­łem się, że nie­za­wod­nie i bez szem­ra­nia wyko­nuje tutaj całą praw­dziwą robotę. Trze­cim z nich był Dehorn, wiecz­nie czujny, ciem­no­oki konus, dopiero co przy­były z Nie­miec w ramach naj­now­szych uzu­peł­nień. Pocho­dził z mojego rodzin­nego Duis­burga i od razu wyzna­czy­łem go za jed­nym zama­chem swoim asy­sten­tem medycz­nym i ordy­nan­sem. Wege­ner był naj­wy­raź­niej bar­dzo rad, iż nie wybra­łem w tym celu naszego "jucz­nego konia" Müllera. Jak poka­zało póź­niejsze doświad­cze­nie, abso­lut­nie nie pomy­li­łem się, co do Dehorna -?w przy­szło­ści miał się oka­zać nie­by­wale rzut­kim i kom­pe­tent­nym poma­gie­rem, posia­da­ją­cym nie­sa­mo­witą zdol­ność odga­dy­wa­nia moich potrzeb jed­nym spoj­rze­niem. Po tym jak pomógł mi przy­tar­gać moje manatki do hotelu, zapra­gną­łem pobyć tro­chę sam na sam ze sobą i dałem mu wolne. Wycią­gną­łem od razu na wierzch kilka moich ulu­bio­nych ksią­żek oraz zdję­cie Marty, które usta­wi­łem w widocz­nym miej­scu na noc­nym sto­liku. W ple­caku mia­łem też wciąż pudełko z szy­kow­nymi pan­to­flami i innymi dro­bia­zgami, które kupi­łem dla niej jesz­cze w Le Mans. Cią­gle nie mogłem zła­pać nikogo, kto aku­rat wra­całby do Nie­miec i mógłby zabrać ze sobą te pre­zenty, choć wła­śnie teraz był okres, kiedy powinni masowo dawać prze­pustki żoł­nierzom, któ­rzy brali udział w kam­pa­nii fran­cu­skiej. Wszy­scy byli świę­cie prze­ko­nani o tym, że szybki i zwy­cię­ski marsz Wehr­machtu przez Fran­cję, ku wybrze­żom kanału La Man­che, zwień­czony zosta­nie nie­zwłoczną inwa­zją Anglii. W por­tach pół­noc­nej Fran­cji zgro­ma­dzono tak impo­nu­jącą ilość barek, holow­ni­ków, łodzi moto­ro­wych i nawet zwy­czaj­nych łódek rybac­kich, iż nie pozo­sta­wiało to żad­nych wąt­pli­wo­ści, co do naszych zamia­rów. W teo­rii ope­ra­cja "Lew Mor­ski" była ćwi­czona tyle razy, że każdy nie­miecki żoł­nierz zdą­żył wykuć na pamięć swoją przy­szłą w niej rolę, jed­nak los spra­wił, że osta­tecz­nie nie­dane nam było pod­nieść kur­tyny w tym ostat­nim akcie wiel­kiego przed­sta­wie­nia...

* * *

Tam­tego wie­czoru sta­wi­łem się na kola­cji punk­tu­al­nie o wpół do siód­mej i Hil­le­manns przed­sta­wił mnie pozo­sta­łym ofi­ce­rom bata­lionu. Porucz­nik Graf von Kage­neck, dowódca dwu­na­stej kom­pa­nii, przy­wi­tał się ze mną po przy­ja­ciel­sku. Zacho­wy­wał się z wdzięczną i wyra­fi­no­waną ary­sto­kra­tyczną manierą, a na ustach co i raz błą­dził mu led­wie zauwa­żalny uśmiech. Następ­nie wesoło i gło­śno powi­tał mnie porucz­nik Stolz, który był przed­sta­wi­cie­lem zupeł­nie innego typu nie­miec­kiego ofi­cera. Był to dobro­duszny weso­łek ogrom­nego wzro­stu, wręcz olbrzym, o pew­no­ści sie­bie god­nej wiel­moży i gło­śnym śmie­chu, któ­rego wybu­chami raczył nas raz za razem pod­czas kola­cji. Pod­czas roz­mowy jego recho­towi czę­sto towa­rzy­szyło solidne, przy­ja­ciel­skie klep­nię­cie współ­ro­zmówcy w plecy, który, jeśli aku­rat stał, miał od razu trud­no­ści z utrzy­ma­niem się na nogach. Stolz dowo­dził dzie­siątą kom­pa­nią i szybko zorien­to­wa­łem się, że jego pod­władni kochali go i sza­no­wali, zawsze będąc gotowi do pój­ścia za nim dosłow­nie w ogień i wodę. Cał­ko­wi­tym prze­ci­wień­stwem Stolza był bata­lio­nowy ofi­cer do spe­cjal­nych poru­czeń, podporucz­nik Lam­mer­ding, który nie tylko cecho­wał się bystro­ścią i zdol­no­ścią do bły­ska­wicz­nych reak­cji, ale miał też cięty język, co poma­gało mu pod­trzy­mać godny pozaz­drosz­cze­nia auto­ry­tet, jakim cie­szył się w bata­lio­nie i pra­wie zawsze pozwa­lało mu posta­wić na swoim. Głów­nym i ulu­bio­nym orę­żem Lam­mer­dinga pod­czas poty­czek słow­nych był sar­kazm i iro­nia, z któ­rymi naj­wi­docz­niej radził sobie tylko von Kage­neck, ze swoją inwen­cją i wyjąt­ko­wym, wro­dzo­nym dow­ci­pem. Należy jed­nak pod­kre­ślić, że sar­ka­styczny spo­sób bycia Lam­mer­dinga obja­wiał się tylko w okre­ślo­nych przy­pad­kach i wyłącz­nie pod­czas roz­mów z ludźmi, któ­rzy potra­fili dziel­nie dać odpór w dys­ku­sji, ni­gdy zaś w sytu­acjach, gdy taka maniera mogłaby ucho­dzić za nie­go­dziwą czy zdra­dziecką. Gene­ral­nie rzecz bio­rąc, był to bar­dzo poukła­dany i skromny czło­wiek, który pod maską nie­fra­so­bli­wo­ści skry­wał żela­zny hart ducha, odwagę i chłodną deter­mi­na­cję. Dwaj inni dowódcy kom­pa­nii, kapi­tan Noack z dzie­wią­tej i porucz­nik Kra­mer z jede­na­stej, byli tego wie­czoru nie­obecni na kola­cji, gdyż sta­cjo­no­wali wraz ze swymi pod­od­dzia­łami w pew­nej odle­gło­ści od Lit­try. Szybko zda­łem sobie sprawę z faktu, że leka­rzyna taki jak ja, nie­ma­jący real­nego doświad­cze­nia bojo­wego, nie może liczyć w trze­cim bata­lio­nie na żadne poważne trak­to­wa­nie. Mogę od razu podać przy­kład: poza majo­rem Neu­hof­fem byłem jedy­nym ofi­cerem w bata­lio­nie, któ­remu nomi­nal­nie, zgod­nie z przy­dzia­łem, przy­słu­gi­wał samo­chód i teo­re­tycz­nie mia­łem do dys­po­zy­cji Mer­ce­desa. Wła­śnie tak, teo­re­tycz­nie. W rze­czy­wi­sto­ści ni­gdy nie mogłem go uży­wać, gdyż bez prze­rwy uży­wali go Hil­le­manns i Lam­mer­ding w ramach róż­no­ra­kich zadań szta­bo­wych. Liczne moje roz­jazdy usku­tecz­nia­łem konno -?tym spo­so­bem w moim życiu poja­wił się nie­za­po­mniany Westwall. Bez wąt­pie­nia była to naj­chud­sza i naj­bar­dziej żało­sna cha­beta w całym bata­lio­nie, na któ­rej widok nawet Rosy­nant Don Kichota rżałby za śmie­chu. I to wszystko, weź­cie łaska­wie pod uwagę, w cza­sie, gdy na mnie przy­pa­dało naj­wię­cej wyjaz­dów ze wszyst­kich ofi­cerów bata­lionu. Któ­re­goś dnia, odczu­wa­jąc kolejny przy­pływ wście­kło­ści z tego powodu, odkry­łem nie­spo­dzie­wa­nie, że można ten czwo­ro­nożny cud natury zmu­sić do galopu i natych­miast zna­leź­li­śmy się w cen­trum zain­te­re­so­wa­nia. Suk­ces zale­żał teraz tylko od tego, czy uda mi się wyglą­dać rów­nie głu­pio jak mój koń. Tylko w takim przy­padku - i w żad­nym innym -?mogli­śmy dzia­łać jak jeden bojowy tan­dem. Neu­hoff cał­kiem jasno dał mi do zro­zu­mie­nia, że nie ocze­kuje na serio Bóg wie czego od swo­jego nowego leka­rza bata­lio­no­wego. Żebym cho­ciaż mógł być godzi­wym part­ne­rem do gry w karty! Ale jako czwarty do gry w doko nie zdo­by­łem wiel­kiego powa­ża­nia, gdyż nawet w tej dzie­dzi­nie wlo­kło się za mną pasmo strasz­li­wych klęsk. Musia­łem się jesz­cze zdrowo napra­co­wać, zanim mogłem liczyć na zyska­nie praw­dzi­wego sza­cunku. Mając trzy­dzie­ści jeden lat byłem naj­star­szym ofi­cerem w bata­lio­nie, za wyjąt­kiem, rzecz jasna, samego Neu­hoffa oraz porucz­nika Kra­mera, ale w rze­czy­wi­sto­ści mój nijaki i niezupeł­nie zro­zu­miały sto­pień woj­skowy kadeta-leka­rza czy­nił ze mnie naj­młod­szego rangą członka wspól­noty ofi­cerskiej o nie­uchron­nie naj­mniej­szym auto­ry­te­cie.

Puł­kow­nik Bec­ker, dowódca naszego pułku, który pew­nego razu zaje­chał do nas na inspek­cję, wbrew moim nadzie­jom nie uczy­nił nic, co mogłoby wzmoc­nić moje moralne obli­cze w oczach mych nowych towa­rzy­szy broni. Pomimo swo­ich pięć­dzie­się­ciu lat i rany odnie­sio­nej w cza­sie pierw­szej wojny świa­to­wej, która spra­wiła, że jego lewa ręka była pra­wie cał­ko­wi­cie bez­władna, Bec­ker był przy­kła­dem męsko­ści, sta­now­czo­ści i sta­no­wił wręcz ideał ofi­cera. Spoj­rze­niu jego czuj­nych oczu nic ni­gdy nie umy­kało. Na począ­tek zwró­cił mi uwagę, że odda­wa­łem honory woj­skowe tak samo jak inni ofi­ce­ro­wie naszego bata­lionu, cho­ciaż jako kadet nie mia­łem do tego prawa. Jed­nak tego samego wie­czoru, na wspól­nej kola­cji w sto­łówce ofi­cer­skiej, pobłaż­li­wie zna­lazł czas, aby prze­dys­ku­to­wać ze mną różne aspekty mojej pracy, w rezul­ta­cie czego żar­to­bli­wie ogło­sił mnie "Hal­ten­punk­tem".

Stop­niowo, bar­dzo powoli, Neu­hoff zaczął mnie trak­to­wać bar­dziej serio - nie tylko jako part­nera do gry w doko, ale co naj­waż­niej­sze, jako leka­rza woj­sko­wego. Ze swo­jej strony, po cichu, także wyra­bia­łem sobie zda­nie o tym czło­wieku, cechach jego cha­rak­teru, nawy­kach i skłon­no­ściach. Było to moż­liwe, po pierw­sze, dzięki wszyst­kim tym spo­tka­niom przy stole kar­cia­nym, a po dru­gie, dzięki roz­mo­wom z Lam­mer­din­giem. Neu­hoff jesz­cze za cza­sów Reich­swery wybił się na ofi­cera z pro­stego sze­re­go­wego, a z cza­sem doro­bił się swo­jej obec­nej rangi i sta­no­wi­ska. Z wie­kiem nabrał maniery roz­my­śla­nia nad tym, iż zdarł już w swoim życiu zbyt wiele par woj­sko­wych bucio­rów, oraz że pod pew­nymi wzglę­dami jest już ciut za stary na współ­cze­sne metody pro­wa­dze­nia wojny. Pod wpły­wem tego typu deka­denc­kich nastro­jów naba­wił się pew­nej lek­kiej, lecz chro­nicz­nej formy zapa­le­nia ocznych kana­li­ków łzo­wych. Obja­wiało się to tym, że od czasu do czasu oczy łza­wiły mu tak mocno, iż wyda­wało się, że zaraz się roz­pła­cze. Lam­mer­ding dla żartu ochrzcił go wtedy mia­nem "majora płaczka".

Hil­le­manns, podob­nie jak jego dowódca, także wywo­dził się z sze­re­go­wych, ale był przy tym nad­zwy­czaj­nie ambitny. Był stu­pro­cen­to­wym pedan­tem, zarówno w sto­sunku do samego sie­bie, jak i swo­ich pod­wład­nych. Jego buty były zawsze wyglan­so­wane na nie­ludzki błysk, nawet pięć minut po tym, jak wra­ca­li­śmy z tre­nin­go­wego, for­sow­nego mar­szu po listo­pa­do­wym bło­cie. Na gło­wie miał zawsze nie­na­ganny prze­dzia­łek i był ide­al­nie pod­strzy­żony, dokład­nie tak, jak wyma­gały tego prze­pisy. Defi­cyt w kwe­stii indy­wi­du­al­no­ści, cha­ry­zmy i uroku oso­bi­stego sta­ran­nie kom­pen­so­wał dogłębną zna­jo­mo­ścią wszel­kich moż­li­wych prze­pi­sów, zasad i regu­la­mi­nów, a także nie­na­ganną postawą i wyglą­dem.

Pod­po­rucz­nik Stock, jeden z naj­młod­szych ofi­ce­rów w bata­lio­nie, w oso­bi­stych roz­mo­wach ze mną opo­wie­dział mi mnó­stwo inte­re­su­ją­cych szcze­gó­łów o innych naszych kole­gach. Sam był mogą­cym się podo­bać dwu­dzie­sto­jed­no­let­nim mło­dzień­cem o deli­kat­nej, wraż­li­wej natu­rze i dobrym sercu. Mię­dzy innymi był rewe­la­cyj­nym pia­ni­stą. Jakże on potra­fił być wzru­sza­jąco wdzięczny, gdy uda­wało mu się zna­leźć kogoś, z kim mógł choć troszkę poroz­ma­wiać o muzyce! Jed­nakże, pomimo tych bez­spor­nych ducho­wych zalet, sto­su­nek innych ofi­ce­rów do mło­dego Stocka był dość powścią­gliwy, a cza­sami wręcz chłodny, przede wszyst­kim ze względu na jego młody jesz­cze wiek. Lam­mer­ding, według słów Stocka, pra­wie ni­gdy nie uczest­ni­czył w dys­ku­sjach na jakie­kol­wiek tematy poli­tyczne. Po zakoń­cze­niu nauki i uzy­ska­niu świa­dec­twa doj­rza­ło­ści pra­wie natych­miast wstą­pił do aka­de­mii woj­sko­wej, ale potem, jak powia­dali, spo­wo­do­wał jakie­goś gru­bego kali­bru roz­łam we wła­snej rodzi­nie, jakoby za przy­czyną tego, że kate­go­rycz­nie odma­wiał wstą­pie­nia do par­tii nazi­stow­skiej, pod­czas gdy jego rodzony brat był jed­nym z wysoko posta­wio­nych lide­rów SS. Lam­mer­ding na zewnątrz prze­ja­wiał nie­wiele sza­cunku dla kogo­kol­wiek, nawet Neu­hoffa, ale był tym typem nie­na­gan­nego ofi­cera, na któ­rego prze­ło­żony zawsze może liczyć. Porucz­nik Graf von Kage­neck cha­rak­te­ry­zo­wał się dokład­nie takim samym bez­tro­skim i, zda­wa­łoby się, nawet lek­ko­myśl­nym sto­sun­kiem do życia. Wywo­dził się ze sta­rego, ary­sto­kra­tycz­nego rodu, jego ojciec w cza­sie pierw­szej wojny świa­to­wej był zna­nym i bar­dzo sza­no­wa­nym gene­ra­łem, a jego czte­rej bra­cia, wszy­scy bez wyjątku, byli wyróż­nia­ją­cymi się ofi­cerami. Jed­nym z jego przod­ków był słynny książę Met­ter­nich, a sam von Kage­neck oże­niony był z bawar­ską księż­niczką. Młody Stock był bar­dzo uważ­nym i bystrym obser­wa­to­rem i byłem wielce zmar­twiony, gdy przy­dzie­lono go do kom­pa­nii Kra­mera, sta­cjo­nu­ją­cej daleko od Lit­try...

* * *

Listo­pad zamie­nił się w gru­dzień, a my wciąż prze­ra­bia­li­śmy inwa­zję, ćwi­cząc desan­to­wa­nie na spe­cjal­nie wydzie­lo­nym do tego celu kawałku linii brze­go­wej na wschód od pół­wy­spu Coten­tin. Nasze woj­ska znaj­do­wały się w sta­nie peł­nej goto­wo­ści bojo­wej, a po zwy­cię­skim mar­szu przez Fran­cję ich morale i wiara w zwy­cię­stwo były nie­za­chwiane. Zda­wa­li­śmy sobie sprawę, że gdy tylko posta­wimy stopę na angiel­skim wybrzeżu, cały wysi­łek obronny jed­no­stek wroga skupi się na nas, czyli na pie­cho­cie. Oczy­wi­ste było, że w ślad za oddzia­łami desan­to­wymi przyjdą trans­porty czoł­gów i arty­le­rii, co w znacz­nej mie­rze uła­twi nam zada­nie, ale świa­domi też byli­śmy tego, iż nastąpi to dopiero wtedy, gdy uda nam się dobrze umoc­nić na uchwy­co­nych przy­czół­kach i zapew­nić pozy­cje wyj­ściowe do ataku w głąb angiel­skiego tery­to­rium. Naj­więk­szą siłą Wehr­machtu była bez wąt­pie­nia jego pie­chota. Świad­czył o tym fakt, iż każdy bez wyjątku plu­ton i każda kom­pa­nia nie­prze­rwane ćwi­czyły desan­to­wa­nie i były przy­go­to­wane do dzia­ła­nia, jako auto­no­miczne, zupeł­nie nie­za­leżne i samo­wy­star­czalne pod­od­działy. Nie­zbędne do dal­szych dzia­łań zapasy amu­ni­cji i żyw­no­ści zosta­łyby oczy­wi­ście dostar­czone, ale dużo póź­niej, dla­tego w pierw­szych godzi­nach, czy nawet dniach po lądo­wa­niu, jed­nostki desan­towe musia­łyby liczyć wyłącz­nie na wła­sne siły i zasoby. Tylko speł­nia­jąc taki waru­nek mogli­śmy zapew­nić sobie punkt wyj­ściowy do osta­tecz­nego zwy­cię­stwa -?mocne uchwy­ce­nie przy­czół­ków. Jeśli dodać do tego świa­do­mość faktu, że wesprą nas roz­lo­ko­wane wzdłuż fran­cu­skiego wybrzeża silne i zna­ko­mi­cie wypo­sa­żone armie, 9-ta i 16-ta, to nasza wspólna prze­waga nad prze­ciw­ni­kiem powinna się wyra­żać w sto­sunku dzie­sięć do jed­nego. Pamię­ta­jąc o tym wszyst­kim, byli­śmy w pod­nio­słych nastro­jach, pełni odwagi, wiary i zde­cy­do­wa­nia i mie­li­śmy nie­za­chwianą pew­ność, że pomimo nie­uchron­nych strat, odnie­siemy w tej wiel­kiej bata­lii prze­ciwko bry­tyj­skiej armii zde­cy­do­wane zwy­cię­stwo. Nie peszyły nas regu­larne naloty bom­bowe lot­nic­twa angiel­skiego, któ­rych efek­tem było zato­pie­nie w niektó­rych por­tach na wybrzeżu poje­dyn­czych stat­ków przy­go­to­wa­nych do inwa­zji, ani docho­dzące nas słu­chy o tym, jakoby Anglicy zamie­rzali wylać do kanału La Man­che ogromne ilo­ści łatwo­pal­nych sub­stan­cji, co mia­łoby rze­komo prze­szko­dzić w prze­pra­wie naszych sił. Bom­bar­do­wa­nia kon­cen­tro­wały się na rejo­nach odda­lo­nych od nas i sku­piały się na sto­sun­kowo nie­wiel­kim odcinku fran­cu­skiego wybrzeża, czyli głów­nie por­tach, z któ­rych było naj­bli­żej do brze­gów Anglii. U nas jedy­nymi gośćmi były nie­zli­czone stada cza­jek, cza­sami wla­tu­jące w głąb lądu, ale głów­nie krą­żące nad ciem­nie­ją­cym ponuro, zim­nym morzem. Zbli­żało się Boże Naro­dze­nie i ze smut­kiem zaczy­na­li­śmy się domy­ślać, iż ope­ra­cja "Lew Mor­ski" zosta­nie zapewne prze­ło­żona na począ­tek następ­nego roku kalen­da­rzo­wego. Naj­praw­do­po­dob­niej ope­ra­cja prze­ciwko Anglii powinna być przed­się­wzięta w stycz­niu lub w lutym, w zależ­no­ści od warun­ków pogo­do­wych, wia­trów i przy­pły­wów...

Nie­miecka armia cze­kała na święta, które po raz pierw­szy od dwu­dzie­stu pię­ciu lat miała spę­dzać we Fran­cji. Wydano wiele prze­pu­stek, a ja sam zała­twi­łem taką dla Dehorna, aby mógł spę­dzić Boże Naro­dze­nie ze swoją cza­ru­jącą, mło­dziutką żoną. Poje­chał do domu pro­mie­nie­jący, szczę­śliwy i niczym świą­teczna cho­inka obwie­szony pre­zen­tami dla rodziny, mojej Marty, a także rodzin Wege­nera i Müllera.

Kage­neck zobo­wią­zał się dostar­czyć na nasz bożo­na­ro­dze­niowy stół praw­dziwą, świą­teczną pie­czeń i w tym celu zapro­sił mnie na polo­wa­nie na jele­nia we wspa­nia­łych lasach Bal­le­roy. Bio­rąc pod uwagę jego zawa­diacką naturę, mogłem być tylko skrom­nym pomoc­ni­kiem w tym przed­się­wzię­ciu, ponie­waż, jak się oka­zało, polo­wa­nie w tych lasach było surowo zaka­zane i zare­zer­wo­wane wyłącz­nie dla przed­sta­wi­cieli naj­wyż­szego dowódz­twa i ich zapro­szo­nych gości. Naj­wy­raź­niej nie mar­twiło to grafa, a wręcz dostar­czało mu dresz­czyku emo­cji. W cza­sie samego polo­wa­nia napo­tka­li­śmy majora-arty­le­rzy­stę, który ewi­dent­nie upra­wiał tam dokład­nie takie same kłu­sow­nic­two, jak my. Kage­neck zdo­łał tak kom­plet­nie ogłu­pić majora swo­imi wywo­dami na temat zaka­zów w ogóle, a zakazu polo­wa­nia w tym lesie w szcze­gól­no­ści, że prze­stra­szony myśliwy od sied­miu bole­ści uwa­żał się za nie­sa­mo­wi­tego szczę­śliwca, gdy udało mu się wykrę­cić z całej sytu­acji tylko z "przy­ja­ciel­skim ostrze­że­niem" Kage­necka. Po czym, gdy pospiesz­nie brał nogi za pas, prze­dzie­ra­jąc się przez gęstwinę, iro­nią losu wypło­szył pro­sto na nas wspa­nia­łego jele­nia. Bożo­na­ro­dze­niową pie­czeń ode­bra­li­śmy nie ina­czej, niż jako oso­bi­sty poda­ru­nek od naszego nie­zrów­na­nego i nie­osią­gal­nego gene­rała, dowódcy naszego kor­pusu.

Na kilka dni przed Bożym Naro­dze­niem spadł gęsty śnieg. Ofi­ce­ro­wie naszego bata­lionu zor­ga­ni­zo­wali wigi­lijną kola­cję w sto­łówce, ale w żaden spo­sób nie potra­fi­łem prze­sta­wić się na świą­teczny nastrój -?do tej pory nie otrzy­ma­łem jesz­cze od Marty żad­nych życzeń. Po wspól­nej kola­cji, Kage­neck, Stolz i inni kon­ty­nu­owali wesołą bie­siadę w swo­ich kom­pa­niach, a ja i Lam­mer­ding posta­no­wi­li­śmy poszwen­dać się tro­chę po zaśnie­żo­nych zauł­kach otu­lo­nego nocą Lit­try. Docho­dzący do naszych uszu dźwięk muzyki zwa­bił nas do maleń­kiej kafejki, gdzie mimo póź­nej pory i obo­wią­zu­ją­cej godziny poli­cyj­nej, w naj­lep­sze bawili się miej­scowi miesz­kańcy. Lam­mer­ding uspo­koił prze­stra­szo­nego wła­ści­ciela knajpki tłu­ma­cząc mu, że w takim dniu może trzy­mać swój przy­by­tek otwarty tak długo, jak chce. Z butel­czyną wina usa­do­wi­li­śmy się w przy­tul­nym kąciku i popa­try­wa­li­śmy na tań­czą­cych, któ­rzy w tym momen­cie odpra­wiali sza­lone pląsy. Wiru­jąca obok nas w tańcu ciem­no­włosa Fran­cu­zeczka chwy­ciła nagle czapkę Lam­mer­dinga, wetknęła ją sobie zabaw­nie na głowę i w rytm tanga swo­bod­nie odpły­nęła w tłum tan­ce­rzy. Jed­nak sytu­acja stała się bar­dzo wybu­chowa, gdy jakiś pełen tem­pe­ra­mentu Fran­cuz, naj­wy­raź­niej mąż owej damulki, gwał­tow­nym ruchem zerwał fura­żerkę z głowy swo­jej uko­cha­nej i cisnął ją w stronę Lam­mer­dinga, obrzu­ca­jąc go przy tym wyzy­wa­ją­cym spoj­rze­niem. Tego było już za wiele dla Lam­mer­dinga i tak już bla­dego ze wście­kło­ści, który zerwał się ze swo­jego miej­sca z zaci­śnię­tymi zębami i, co gor­sza, z pisto­le­tem w dłoni. Muzyka prze­stała grać i zapa­dła nagła, pełna napię­cia cisza. Wszy­scy patrzyli z prze­stra­chem na Lam­mer­dinga. Ostroż­nie pod­sze­dłem do niego i zaczą­łem szep­tać mu na ucho, aby odło­żył osąd całego zda­rze­nia do jutra, kiedy Fran­cuz wytrzeź­wieje. Wła­ści­ciel kafejki zapew­nił ze swo­jej strony, że dopil­nuje, aby czło­wiek ten sam zgło­sił się rano do komen­dan­tury bata­lionu. Następ­nego dnia ów narwa­niec fak­tycz­nie grzecz­nie sta­wił się w naszym szta­bie, gdzie oso­bi­ście prze­pro­sił Lam­mer­dinga za swój obraź­liwy wyskok, który, jak by nie było, trą­cił bra­kiem sza­cunku dla mun­duru nie­miec­kiego ofi­cera.

31 grud­nia nade­szła w końcu moja długo wycze­ki­wana poczta i posta­no­wi­łem spę­dzić Syl­we­stra w samot­no­ści, czy­ta­jąc listy od Marty. Müller, który dobro­wol­nie zastą­pił nie­obec­nego Dehorna w roli mojego ordy­nansa, roz­pa­lił w kominku wonne, sosnowe polana i dostał wolne.

Z prze­syłki od Marty wyją­łem minia­tu­rową i pięk­nie przez nią ubraną świą­teczną cho­ineczkę, roz­sta­wi­łem wokół rów­nie kru­che, malut­kie świeczki i roz­ło­ży­łem otrzy­mane pre­zenty. Aro­ma­tyczna, mio­dowa świeca rzu­cała dość świa­tła, abym mógł zagłę­bić się w listy otrzy­mane od Marty, a jodłowe gałązki, dorzu­cone do kominka, wypeł­niły pokój zapa­chem, który uwiel­bia­łem od dzie­ciń­stwa...

W pamięci sta­nął mi obraz innej wigi­lii, którą spę­dzi­łem z Martą, gdy przy­je­chała odwie­dzić moją rodzinę. Jak na jawie sły­sza­łem teraz jej czy­sty i dźwięczny głos, kiedy śpie­wała świą­teczne kolędy. Po raz pierw­szy zoba­czy­łem ją kilka mie­sięcy wcze­śniej, gdy śpie­wała par­tię Mał­go­rzaty w "Fau­ście" w ope­rze w Duis­burgu. Od tam­tej chwili młody lekarz oddziału trau­ma­to­lo­gii szpi­tala imie­nia cesa­rza Wil­helma każdy wolny od dyżuru wie­czór spę­dzał nie­zmien­nie wro­śnięty w miej­sce na widowni opery. Ów młody lekarz, czyli ja, z drże­niem chło­nął zaklętą w jej gło­sie wyra­fi­no­waną sub­tel­ność Madamme But­ter­fly, pikan­te­rię Mimi i tem­pe­ra­ment Car­men. Byłem abso­lut­nie zachwy­cony jej arty­zmem, a gdy pozna­łem ją bli­żej, poza sceną, jej spon­ta­nicz­ność i szcze­rość wypo­wie­dzi spra­wiły, iż zapło­ną­łem do niej gorą­cym uczu­ciem. Nie­długo jed­nak przy­szło mi odje­chać tam, gdzie odby­wa­łem służbę woj­skową i nie zdą­ży­li­śmy się nawet zarę­czyć...

Po jakimś cza­sie, stop­niowo i wbrew mojej woli, myśli powoli zaczęły wra­cać do małego pokoju hote­lo­wego we fran­cu­skim Lit­try.

Na zewnątrz było chłodno, jak to zimą, ale jed­no­cze­śnie było jakoś zupeł­nie nie po zimo­wemu wil­gotno. Na dachach leżały grube czapy śniegu, zaś na uli­cach kró­lo­wało błoto. Od kanału wiał ostry, wil­gotny wiatr i zwi­sa­jące z kra­wę­dzi dachów sople zaczy­nały się topić. Nowy, 1941 rok, przy­szedł cicho, w akom­pa­nia­men­cie deli­kat­nego szmeru zsu­wa­ją­cego się z dachów śniegu...

Stop­niowo i nie od razu, bata­lion powoli zaak­cep­to­wał nie­ma­ją­cego doświad­cze­nia bojo­wego kadeta-leka­rza. Neu­hoff w końcu uznał, że można zło­żyć na moje barki wszyst­kie obo­wiązki zwią­zane z pro­wa­dze­niem naszego laza­retu. Udało mi się nawet wyfa­so­wać cał­kiem nie­źle pre­zen­tu­ją­cego się konia, choć trzeba przy­znać, że nastą­piło to dopiero po tym, jak posta­wi­łem majo­rowi twarde ulti­ma­tum w tej kwe­stii. Na konia wołali Sza­chraj i oczy­wi­ście swoje naj­lep­sze lata miał dawno poza sobą. Nie był zbyt posłuszny i kiedy szedł kłu­sem, sytu­ację jeźdźca można było okre­ślić jak­kol­wiek, tylko nie jako wygodną i bez­pieczną. Przy tym wszyst­kim natura bez wąt­pie­nia obda­rzyła go praw­dzi­wie kawa­le­ryj­skim duchem, gdyż zawsze, kiedy miał wybór, wolał gnać dzi­kim galo­pem niż truch­tać spo­koj­nym kłu­sem. Gdy jecha­li­śmy w gru­pie, z tru­dem uda­wało mi się go utrzy­mać na wodzy, gdyż bez­u­stan­nie pró­bo­wał wyrwać się do przodu. Wszystko to dawało się łatwo wytłu­ma­czyć -?zanim tra­fił w moje ręce, przez całe lata jego wła­ści­cie­lem był major Hök, który przy­uczył go do życia na pierw­szej linii. Cza­sami odno­si­łem wra­że­nie, że Sza­chrajowi abso­lut­nie nie w smak było, iż oddano go w ręce jakie­goś żało­snego leka­rzyny. Westwall został nato­miast zde­gra­do­wany do bar­dziej odpo­wied­niej dla niego roli w zaprzęgu sani­tar­nym. Osta­tecz­nym eta­pem na mojej męczeń­skiej dro­dze zdo­by­wa­nia auto­ry­tetu w bata­lionie było oświad­cze­nie puł­kow­nika Bec­kera, który przed­ło­żył wnio­sek o awan­so­wa­nie mnie do stop­nia porucz­nika. Tę rado­sną wia­do­mość uro­czy­ście prze­ka­zał mi w oso­bi­stej roz­mo­wie po tym, jak wpadł do mojego laza­retu z "nie­ocze­ki­waną" inspek­cją, o któ­rej na szczę­ście zawczasu poin­for­mo­wał mnie Kage­neck. Przy oka­zji wie­dzia­łem też o tym, iż inspek­cja była mię­dzy inny rezul­ta­tem nie­jed­no­krot­nych zaża­leń kie­ro­wa­nych pod moim adre­sem przez kapi­tana Noacka, dowódcę naszej dzie­wią­tej kom­pa­nii, z któ­rym posprze­cza­li­śmy się o jakąś bzdurę od razu w cza­sie naszego pierw­szego spo­tka­nia. Jed­nakże, dzięki pośred­nic­twu Kage­necka i Stolza, udało nam się wyja­śnić to drobne nie­po­ro­zu­mie­nie, które kła­dło się cie­niem na naszym poko­jo­wym współ­ist­nie­niu. Zresztą nie­długo potem Noack, roz­ka­zem Bec­kera, został prze­nie­siony na sta­no­wi­sko dowódcy czter­na­stej kom­pa­nii nisz­czy­cieli czoł­gów naszego bata­lionu. Dzie­wiątą kom­pa­nię objął porucz­nik Teit­gen, któ­remu wró­żono wielką i wspa­niałą karierę woj­skową. Będąc nie­wy­so­kiego wzro­stu, odzna­czał się nie­sły­cha­nie aktywną naturą, kipiącą wręcz ener­gią. Jego pod­władni ni­gdy się nie nudzili. Do mnie, na przy­kład, regu­lar­nie zwra­cał się z proś­bami, aby zro­bić jego kom­pa­nii wykład o udzie­la­niu pierw­szej pomocy albo pod­szko­lić ją w kwe­stii potrzeby utrzy­my­wa­nia higieny oso­bi­stej, to znowu wymy­ślał coś tam jesz­cze. Teit­gen był życz­li­wym i przy­jaź­nie nasta­wio­nym konu­sem, ale nasze nie­ofi­cjalne, poza­służ­bowe spo­tka­nia w gro­nie ofi­cer­skim trak­to­wał bez spe­cjal­nego entu­zja­zmu i rado­ści, jako ponie­kąd obo­wiąz­kowe i, co prawda, cał­kiem sym­pa­tyczne, ale nie­zu­peł­nie konieczne przed­się­wzię­cia, które chęt­nie zamie­niłby na inny rodzaj zajęć. Powód ku temu był bar­dzo pro­sty i cał­ko­wi­cie go uspra­wie­dli­wia­jący: myślał tylko o tym, jakby tu się urwać i czym prę­dzej wró­cić do wypeł­nia­nia obo­wiąz­ków służ­bo­wych w powie­rzo­nej mu kom­pa­nii.

Nawia­sem mówiąc, przy­szłość poka­zała, że Noack także był dobrym kom­pa­nem i świet­nym żoł­nie­rzem, o naszej drob­nej scy­sji wspo­mnia­łem wyłącz­nie po to, aby zobra­zo­wać, jak nie­ła­two było mi wpa­so­wać się w spo­łecz­ność ofi­ce­rów naszego bata­lionu i stać się jej peł­no­praw­nym człon­kiem. Ale taki, na przy­kład, porucz­nik Kra­mer, dowódca jede­na­stej kom­pa­nii, był typem czło­wieka, który ni­gdy nie budził we mnie przy­ja­ciel­skich uczuć, a moją anty­pa­tię do niego podzie­lała więk­szość ofi­ce­rów bata­lionu. Pew­nego pogod­nego, sło­necz­nego dzionka, gdzieś pod koniec stycz­nia, razem ze Stol­zem wpa­dli­śmy na pomysł, aby pod­czas kon­nej prze­jażdżki po oko­licy zło­żyć Kra­merowi nie­spo­dzie­waną wizytę. Jego kom­pa­nia kwa­te­ro­wała w wiel­kim, sta­rym zamku, poło­żo­nym sie­dem czy osiem kilo­me­trów od Lit­try i nasz porucz­nik żył tam jak jakiś śre­dnio­wieczny feu­dał. Stolz zresztą tak wła­śnie nazy­wał to miej­sce: "cha­teau Kra­mer". I rze­czy­wi­ście, ów nie­moż­li­wie cudny zespół archi­tek­to­niczny był praw­dzi­wym pomni­kiem chro­nicz­nego poczu­cia niż­szo­ści Kra­mera, które brało się wyłącz­nie stąd, iż on sam, podob­nie zresztą jak wielu innych, do kasty ofi­cer­skiej wydźwi­gnął się z pro­stego sze­re­go­wego. Fakt ten na wielu dzia­łał odpy­cha­jąco. I choćby z tej przy­czyny trudno go było zali­czyć do praw­dzi­wych ofi­ce­rów...

W dro­dze powrot­nej dywa­go­wa­li­śmy na temat skrom­nego budy­neczku, w któ­rym Stolz dla odmiany zakwa­te­ro­wał swoją kom­pa­nię -?w porów­na­niu z tym, co zoba­czy­li­śmy u Kra­mera, kon­trast był prze­ogromny. Jed­nakże w dzie­sią­tej kom­pa­nii Stolza pano­wała ide­alna dys­cy­plina, sta­ran­nie, z wła­snej woli pod­trzy­my­wana przez samych żoł­nie­rzy. Dys­cy­plina ta była bez­po­śred­nim następ­stwem ich sza­cunku, sym­pa­tii i bez­gra­nicz­nego przy­wią­za­nia do swo­jego wspa­nia­łego dowódcy. Szcze­rze mówiąc, Stolz miał też kupę szczę­ścia. Wśród pod­ofi­ce­rów miał abso­lut­nie uni­kal­nego faceta, star­szego sier­żanta Schnit­t­gera, naj­lep­szego pod­ofi­cera w całym naszym bata­lio­nie. Gdy przy­by­li­śmy na kwa­tery, zasta­li­śmy go, gdy tro­skli­wie przy­pa­try­wał się warze­niu potrawy z ogrom­nej ilo­ści gołębi, które zaku­pił dla swo­ich żoł­nie­rzy na miej­sco­wym rynku. Kucha­rzami, któ­rzy cele­bro­wali to wiel­kie goto­wa­nie, było dwóch braci-bliź­nia­ków - cał­ko­wi­cie iden­tycz­nych, krzep­kich blon­dy­nów. Oby­dwaj piękni kawa­le­ro­wie czer­pali ogromną przy­jem­ność z faktu, że zawsze, gdy poja­wiali się na ulicz­kach Lit­try, powo­do­wali zamie­sza­nie i popłoch wśród pięk­niej­szej czę­ści lokal­nej spo­łecz­no­ści. Według słów Schnit­t­gera, miej­scowy rynek był dosłow­nie zawa­lony gołę­biami, a to z takiej przy­czyny, iż dosłow­nie przed kilku dniami Wehr­macht zarzą­dził, aby odstrze­lić abso­lut­nie wszyst­kie, co do jed­nego, gołę­bie pocz­towe w Nor­man­dii. Powo­dem tej decy­zji były jakoby przy­padki uży­wa­nia przez Fran­cu­zów gołębi do prze­sy­ła­nia taj­nych mel­dun­ków na drugą stronę kanału, do Anglii. Rzecz jasna, miej­scowi hodowcy nie byli uszczę­śli­wieni tym zarzą­dze­niem i z wła­snej ini­cja­tywy sta­rali się ubiec woj­skowe patrole "egze­ku­to­rów", które z nad­mier­nej gor­li­wo­ści, lub też za przy­czyną mizer­nej wie­dzy z zakresu orni­to­lo­gii, wzięły się za ukrę­ca­nie łbów wszyst­kim bez wyjątku gołę­biom w mie­ście, małym i dużym, zwy­kłym pocz­to­wym, jak rów­nież cen­nym, raso­wym egzem­pla­rzom...

Sty­czeń i luty prze­le­ciały jak z bicza strze­lił i do Nor­man­dii zawi­tała wio­sna. Jed­nak mimo krą­żą­cych słu­chów, jej nadej­ście nie zbie­gło się w cza­sie z dostar­cze­niem nam róż­nych rodza­jów sekret­nych broni, które rze­komo tylko cze­kały na roz­kaz uży­cia pod­czas inwa­zji i już, już za chwilę miały być prze­te­sto­wane w walce z praw­dzi­wym prze­ciw­ni­kiem. Jedyną rze­czą, którą real­nie przy­nio­sła wio­sna, było mnó­stwo nowych pogło­sek i plo­tek oraz, oczy­wi­ście, wie­ści o wielce zuchwa­łym raj­dzie, który usku­tecz­nił w naszym rejo­nie angiel­ski oddział desan­towo-dywer­syjny. Słu­chy o tym wypa­dzie upar­cie powta­rzano w całej nie­miec­kiej armii, pomimo wysił­ków Wehr­machtu, aby utrzy­mać zaj­ście w tajem­nicy. Tak więc, nie­wielki oddział Angli­ków wylą­do­wał na naszym brzegu w rejo­nie Grand­camp, nie­da­leko od miej­sca, w któ­rym wciąż upar­cie cze­kały na inwa­zję nasze środki prze­pra­wowe. Pro­blem by­naj­mniej nie leżał w samym fak­cie ich lądo­wa­nia, ale w tym, że udało im się nie­po­strze­że­nie pod­kraść do naszej sta­cji rada­ro­wej, ulo­ko­wa­nej na prak­tycz­nie pio­no­wym nad­brzeż­nym urwi­sku, gdzie bez jed­nego wystrzału powią­zali w pęczki cały per­so­nel i ochronę. Następ­nie całą insta­la­cję, sta­no­wiącą obiekt o naj­wyż­szej skali taj­no­ści, roz­mon­to­wali na drobne kawałki i wszyst­kie ele­menty w kom­ple­cie i w nie­na­ru­szo­nym sta­nie zabrali ze sobą. Żeby nam jesz­cze bar­dziej dopiec, i to nie jakoś tam zwy­czaj­nie, ale w szy­der­czej i żar­to­bli­wej for­mie, porwali ze sobą tam­tej­szego kucha­rza -?także w jed­nym kawałku.

Ten nad­zwy­czajny rajd angiel­skich dywer­san­tów stał się dla nas odczu­wal­nym psy­cho­lo­gicz­nym, a także i moral­nym wstrzą­sem; w szcze­gól­no­ści odczuły to te pod­od­działy, które rwały się do walki i były już skraj­nie znu­dzone mono­to­nią codzien­nych, sza­blo­no­wych ćwi­czeń i przy­go­to­wań. Wresz­cie odnie­śli­śmy wra­że­nie, że już za moment nadej­dzie roz­kaz roz­po­czę­cia ope­ra­cji "Lew Mor­ski". Neu­hoff zwo­łał wszyst­kich ofi­ce­rów na ogólną naradę. Nowiny, które nam ogło­sił, wywarły na nas nie mniej­sze wra­że­nie, niż nagła eks­plo­zja bomby: inwa­zja na Anglię zostaje odło­żona na czas nie­okre­ślony, zaś my mamy nie­zwłocz­nie przy­go­to­wać się do prze­gru­po­wa­nia, czyli dale­kiej podróży koleją. Punkt doce­lowy tej dys­lo­ka­cji lub bodaj przy­bli­żony teatr dzia­łań wojen­nych był, jak na razie, nie­znany. Wszyst­kich obo­wią­zy­wała ści­sła tajem­nica.

Tej samej nocy w try­bie przy­spie­szo­nym opu­ści­li­śmy Lit­try i przez kilka następ­nych, męczą­cych dni, pociąg wiózł nas przez Fran­cję i Niemcy w ogól­nym kie­runku na wschód, przy czym nasz skład omi­jał duże mia­sta i czę­sto prze­sta­wiany był na boczne tory, gdzie za każ­dym razem stał przez jedną czy dwie godziny. W Nor­man­dii, pod­czas przy­go­to­wy­wa­nia do zała­dunku naszej amu­ni­cji i wypo­sa­że­nia, zdrowo się poci­li­śmy. Teraz za to, im bar­dziej zagłę­bia­li­śmy się w strefę kli­matu kon­ty­nen­tal­nego, tym wię­cej zimo­wych pej­zaży prze­my­kało nam przed oczami. W Olsz­ty­nie śnieg leżał jesz­cze grubą war­stwą, mróz szczy­pał w twa­rze, a jeziora Prus Wschod­nich wciąż były skute lodem. Wyła­do­wa­li­śmy się z pociągu i kon­ty­nu­owa­li­śmy podróż na wschód pie­szo. Pogoda była ostro zimowa, w dokład­nym zna­cze­niu tego słowa. Poru­sza­li­śmy się wyłącz­nie nocami, w ciągu dnia spa­li­śmy po sto­gach siana, spi­chler­zach i z rzadka w domach odda­nych nam do dys­po­zy­cji przez miej­scową lud­ność, ale tylko wtedy, gdy otrzy­my­wa­li­śmy spe­cjalne zezwo­le­nie z góry. W przeded­niu ocze­ku­ją­cych nas wyda­rzeń wszystko to har­to­wało nas i wzmac­niało.

W naszych roz­mo­wach zamiast okre­śle­nia "Lew Mor­ski" coraz czę­ściej poja­wiało się nowe słowo -?"Bar­ba­rossa". W jakiś spo­sób uda­nie koja­rzyło się z kra­jo­bra­zami słabo zalud­nio­nych, rów­nin­nych połaci wschod­nich Nie­miec -?daw­nej kra­iny teu­toń­skich ryce­rzy i krzy­żow­ców. Na koniec doszli­śmy do Fili­powa w rejo­nie pol­skich Suwałk, trzy­na­ście kilo­me­trów od linii demar­ka­cyj­nej, usta­lo­nej ze Związ­kiem Radziec­kim... Zna­czyło to, że przy­go­to­wują nas do wojny na fron­cie wschod­nim, czyli na tere­nach, któ­rych ogrom i bez­miar był trudny do ogar­nię­cia. Krą­żyły słu­chy, że do wojny z Rosją wysta­wimy sto sie­dem­dzie­siąt dywi­zji, któ­rych ogólna liczeb­ność wyno­siła ponad trzy miliony żoł­nie­rzy. Gdy doszli­śmy do naszych pozy­cji nad gra­nicą, dotarło do nas w końcu zna­cze­nie taj­nego słowa "Bar­ba­rossa"...

* * *

-?Czy mogę przy­nieść panu porucz­ni­kowi coś do jedze­nia? -?usły­sza­łem nagle głos Dehorna, który w wycze­ku­ją­cej pozie stał za moimi ple­cami.

Z pew­nym wysił­kiem otrzą­sną­łem się z głę­bo­kiej zadumy i kiw­ną­łem mu głową. Zauwa­ży­łem, że Müller skoń­czył w tym cza­sie czy­ścic mój auto­mat i teraz sta­ran­nie sor­tuje różne rodzaje ban­daży opa­trun­ko­wych. Neu­hoff i Hil­le­manns dys­ku­to­wali o czymś z oży­wie­niem, nie prze­ry­wa­jąc jedze­nia, a Dehorn powo­lutku zbli­żał się do mnie, nio­sąc ostroż­nie talerz po brzegi szczo­drze wypeł­niony gula­szem.

Jeden z naszych łącz­ni­ków minął nas na rowe­rze. Dowie­dzie­li­śmy się od niego, że nasze kom­pa­nie na całej dłu­go­ści odcinka doszły do Nie­mna i wzięły po dro­dze dzie­wię­ciu jeń­ców. Dwu­stu czy trzy­stu Rosjan rato­wało się przy tym ucieczką wpław, porzu­ca­jąc na brzegu całe swoje uzbro­je­nie i wypo­sa­że­nie.

-?Nie­wdzięczna robótka, szkoda gadać! -?dole­ciał do mnie powścią­gliwy komen­tarz Neu­hoffa. -?Nie zdzi­wię się, jak nasi ludzie odpoczną gdzieś po dro­dze w tych lasach godzinkę lub dwie i wrócą na miej­sce koło czwar­tej-pią­tej po połu­dniu. Czyż nie tak Hil­le­manns? Zoba­czysz! Żar­cia mamy dużo i to cał­kiem dobrego. Jesz­cze gorącą kawę dla nich trzy­mamy.

Cier­pli­wie cze­ka­li­śmy na powrót naszych kom­pa­nii, wysła­nych do oczysz­cze­nia lasu, aby wspól­nie ruszyć w dal­szą drogę w kie­runku rzeki. Z tego, co mówił łącz­nik-rowe­rzy­sta, żadna robota tam na mnie nie cze­kała. Strasz­nie, ale to strasz­nie się mylił -?pracy miało być aż w nad­mia­rze.

Ran odnie­sio­nych w boju na szczę­ście fak­tycz­nie nie było. Za to każdy z żoł­nie­rzy zapra­gnął przed wymar­szem umyć pora­nione i obo­lałe nogi w chłod­nej rzece. Roz­mo­czone w wodzie nogi opu­chły jed­nak jesz­cze bar­dziej i pokry­wa­jące je bąble popę­kały. Kiedy ludzie z tru­dem pona­cią­gali buty, stopy obtarły im się jesz­cze bar­dziej, niż wcze­śniej... Nale­ga­łem po tym, aby w roz­ka­zie dla bata­lionu zawarta była spe­cjalna instruk­cja służb medycz­nych mówiąca, że "wszyst­kim żoł­nie­rzom zabra­nia się kąpieli i mycia nóg, za wyjąt­kiem tych przy­pad­ków, kiedy wia­domo, że w ciągu naj­bliż­szych dwu­dzie­stu czte­rech godzin nie będą podej­mo­wane żadne mar­sze. Zamiast mycia nóg reko­men­duje się sma­ro­wa­nie stóp ole­jem sło­necz­ni­ko­wym, lub innym tłusz­czem pocho­dze­nia zwie­rzę­cego. Olej sło­necz­ni­kowy zosta­nie wydany wszyst­kim kom­pa­niom, nato­miast w tej chwili można go otrzy­mać od kaprala Wege­nera." Wyda­wało mi się wtedy, że ośmiu­set ludzi ze śmier­dzą­cymi nogami jest war­tych znacz­nie wię­cej, niż ośmiu­set żoł­nie­rzy z nogami pokry­tymi bole­snymi bąblami, które unie­moż­li­wiają marsz i wyma­gają lecze­nia.

Niekończący się marsz

Nie­koń­czący się marsz

Nie­men został już czter­dzie­ści kilo­me­trów za nami, a sto­jące w zeni­cie słońce pra­żyło nie­mi­ło­sier­nie masze­ru­jące kolumny. Z suchymi, spę­ka­nymi war­gami, roz­pa­lo­nymi i zaczer­wie­nio­nymi oczami i z twa­rzami pokry­tymi war­stwą pyłu, ludzie nie­złom­nie brnęli na wschód. W gło­wach tłu­kła się im jedna, jedyna myśl -?paść plac­kiem i prze­spać się cho­ciaż kilka godzin. Jed­nak nie­prze­rwany marsz trwał i trwał, polnymi dro­gami bez­u­stan­nie szli­śmy przez pola i lasy...

Nasze jed­nostki ude­rze­niowe, szwa­drony kawa­le­rii i ruchliwe pod­od­działy cykli­stów były już daleko przed nami. Oczysz­czali nam drogę, osła­niali nasz prze­marsz i upar­cie dep­tali po pię­tach wro­gowi, który sto­so­wał w naszym sek­to­rze frontu wszel­kie moż­liwe spo­soby z arse­nału tak­tyki obron­nej, aby nas spo­wol­nić. Jed­no­cze­śnie, mija­jąc przy­drożne wsie, zaczę­li­śmy zauwa­żać zupeł­nie inny nastrój ducha wśród oko­licz­nej lud­no­ści. W porów­na­niu z dwoma pierw­szymi dniami było widać ogromną róż­nicę: jeśli wcze­śniej ulice i drogi były kom­plet­nie opu­sto­szałe i wylud­nione, jak­by­śmy co naj­mniej prze­cho­dzili przez jakieś osady-widma, tak teraz wzdłuż dróg zaczęło poja­wiać się coraz wię­cej i wię­cej Litwi­nów. To tu, to tam, led­wie odczu­walne podmu­chy lek­kiego wia­tru leni­wie koły­sały poja­wia­ją­cymi się żółto-zie­lo­nymi fla­gami. Teraz Litwini wie­rzyli już w nad­cho­dzące zwy­cię­stwo Nie­miec i wywie­szane flagi sym­bo­li­zo­wały nową erę wol­no­ści dla ich ojczy­zny. Nie­któ­rzy miesz­kańcy wci­skali żoł­nie­rzom papie­rosy, kubki z wodą i bochny świeżo wypie­czo­nego chleba. Po ich spoj­rze­niach było widać, że robią to zarówno z rado­ścią, jak i z roz­pacz­liwą nadzieją, że Ruscy już ni­gdy tu nie wrócą.

Po połu­dniu sta­nę­li­śmy na kilka godzin odpo­czynku w cie­niu przy­droż­nego lasu. Żoł­nie­rze momen­tal­nie zasy­piali, pod­kła­da­jąc sobie pod głowę torby z maskami prze­ciw­ga­zo­wymi, kamie­nie lub po pro­stu zgiętą rękę. Każdy z takich posto­jów zwia­sto­wał dla mnie mnó­stwo pracy. Do mojego namio­ciku usta­wiała się od razu długa kolejka ludzi cier­pią­cych na roz­liczne nie­do­ma­ga­nia, zra­nie­nia czy po pro­stu mają­cych otarte do krwi stopy. Dzi­siaj zda­rzyło się jesz­cze kilka przy­pad­ków udaru sło­necz­nego. Na taką oko­licz­ność mia­łem przy­go­to­wane spe­cjalne zastrzyki. Kolej­nym nie­szczę­ściem oka­zała się zanie­czysz­czona woda, więc dopóki kuch­nia polowa nie zdą­żyła zago­to­wać her­baty, roz­da­wa­łem wszyst­kim chęt­nym wodę, prze­pusz­czoną przez spe­cjalny apa­rat fil­tru­jący, który wozi­li­śmy ze sobą. Cały skład oso­bowy został kil­ka­krot­nie zaszcze­piony prze­ciwko tyfu­sowi pla­mi­stemu, paratyfu­sowi i dezyn­te­rii, ale na wszelki wypa­dek wola­łem nie ryzy­ko­wać. Wydano zresztą spe­cjalną instruk­cję, zabra­nia­jąca picia nie­prze­go­to­wa­nej lub nie­fil­tro­wa­nej wody.

Ale żoł­nierz, wycień­czony wie­lo­go­dzin­nym pra­gnie­niem sko­rzy­sta z pierw­szej, nada­rza­ją­cej się oka­zji i wypije każdą wodę, jaka wpad­nie mu w ręce i nie powstrzyma go żaden, nawet naj­bar­dziej spe­cjalny roz­kaz dowódz­twa. Roz­wią­za­nie tego pro­blemu zna­lazł nie­ocze­ki­wa­nie Müller. Któ­re­goś ranka zna­lazł roz­sy­paną koło jed­nej ze studni całą masę podej­rza­nych, nie­ozna­ko­wa­nych ampu­łek. Od razu przy­niósł je do mnie, a ja oczy­wi­ście wysła­łem je do ana­lizy do naj­bliż­szego szpi­tala. Na szczę­ście, w ampuł­kach nie było niczego, co zagra­ża­łoby życiu czy zdro­wiu, ale histo­ria obro­sła w szybko roz­prze­strze­nia­jąca się legendę, jakoby Rosja­nie zatru­wali wszyst­kie źró­dła wody pit­nej jakąś nie­znaną nam tru­ci­zną. Zro­zu­miałe było, że nie mia­łem zamiaru zaprze­czać tym pogło­skom. W cza­sie wie­czor­nego postoju Müller i Dehorn przy­pro­wa­dzili przed moje obli­cze sze­ściu zupeł­nie upa­dłych na duchu żoł­nierzy, któ­rzy przy­znali się do picia wody z "zatru­tej" studni. Jed­nym z nich był Koloń­czyk Zem­mel­mayer, pomoc­nik naszego kucha­rza i wielki żar­tow­niś. Z jego weso­ło­ści nie pozo­stało ani śladu, gdyż fakt, że jest nie tylko żoł­nierzem, ale jesz­cze pomoc­nikiem kucha­rza, pogrą­żał go w tej sytu­acji cał­ko­wi­cie.

-?Jak ich zła­pa­łeś? -?zapy­ta­łem Müllera.

-?Bar­dzo łatwo, panie porucz­niku -?odpo­wie­dział Müller pół­gło­sem, odcią­ga­jąc mnie na bok. -?Roz­pu­ści­łem pogło­skę, że za pomocą spe­cjal­nego anti­do­tum będziemy w sta­nie ura­to­wać życie każ­demu, kto pił wodę ze studni. W prze­ciw­nym razie śmierć muro­wana.

-?Spryt­nie... I co teraz mamy z nimi zro­bić, "panie dok­to­rze"?

-?A bo ja wiem... Może by im zro­bić ostrą lewa­tywę z oleju rycy­no­wego?

Dehorn, przy­pa­tru­jąc się roz­trzę­sio­nym i nic nie­ro­zu­mie­ją­cym bie­da­kom, roze­śmiał się gromko, czym wpra­wił ich w jesz­cze więk­sze zakło­po­ta­nie.

-?Ależ z cie­bie nie­li­to­ściwy kono­wał, Müller. Myślę, że oni są zbyt wykoń­czeni mar­szem, aby wytrzy­mać praw­dziwe płu­ka­nie żołądka. Dajmy im po trzy łyżki aktyw­nego węgla i po dużej łyżce oleju rycy­no­wego. Szkody im to nie przy­nie­sie, a będzie dobrą nauczką na przy­szłość.

Następ­nego ranka jesz­cze osiem­na­stu ludzi przy­znało się Müllerowi, że piło "zatrutą" wodę. Sam już wydał im "anti­do­tum" w postaci tegoż węgla i rycyny. Po tej zabaw­nej histo­rii jedyne narze­ka­nia zwią­zane z dole­gli­wo­ściami żołąd­ko­wymi kie­ro­wane były pod adre­sem kucha­rzy, któ­rzy przy­żą­dzali posiłki wyłącz­nie w opar­ciu o fil­tro­waną i prze­go­to­waną wodę, zaś na posto­jach musieli pra­co­wać do upa­dłego, aby napoić wszyst­kich kawą i her­batą.

Poko­ny­wa­li­śmy kilo­metr za kilo­metrem, obe­szli­śmy Grodno z boku i skie­ro­wa­li­śmy się w stronę Lidy. Od czasu do czasu prze­la­ty­wały nad nami rosyj­skie samo­loty -?być może ich celem był most na Nie­mnie, przez który prze­cho­dzi­li­śmy. Nasi prze­ciw­lot­nicy upięk­szali tra­jek­to­rię ich lotu sym­pa­tycz­nymi bia­łymi obłocz­kami roz­ry­wa­ją­cych się poci­sków, ale ludzi, ponuro wlo­ką­cych się drogą, inte­re­so­wało wyłącz­nie to, co doty­czyło ich samych i nie kie­ro­wali już wzroku na nic innego, niż na ich wła­sną, oso­bi­stą wojnę. Na tym eta­pie wła­sna wojna ogra­ni­czała się dla każ­dego do kilku bar­dzo pro­stych spraw: cięż­kiej drogi, bólu w scho­dzo­nych nogach, sucho­ści w ustach, cię­żaru kara­binu i gene­ral­nie tego, co może się wyda­rzyć pod­czas kilku naj­bliż­szych kro­ków. Otu­chę w serca wle­wała wyłącz­nie myśl o następ­nym postoju. Każdy marzył wyłącz­nie o tym, aby nie wlec krok za kro­kiem stu­to­no­wych, zdrę­twia­łych nóg, wresz­cie się zatrzy­mać i ukraść kilka godzin snu. Nie było sły­chać żad­nych śpie­wów, żad­nych żar­tów, żad­nych głu­pich roz­mów -?wyłącz­nie krót­kie, pro­ste odpo­wie­dzi i to tylko wtedy, gdy było to nie­zbędne. Kolumna posu­wała się drogą prak­tycz­nie w cał­ko­wi­tym mil­cze­niu. Od czasu do czasu orga­ni­zo­wano nie­ocze­ki­wane wypady na pola i do przy­droż­nych lasków celem wyła­pa­nia i uniesz­ko­dli­wie­nia mogą­cych ukry­wać się tam Rosjan. Było to konieczne, więc pole­ce­nia wyko­ny­wano z całą pedan­te­rią, ale już bez entu­zja­zmu, który był zare­zer­wo­wany wyłącz­nie po to, by zmu­sić się do dal­szego mar­szu po zaku­rzo­nej dro­dze.

Pur­pu­rowo czer­wone słońce powoli tonęło coraz niżej we wzbi­ja­nych przez nas tuma­nach kurzu. W końcu skryło się zupeł­nie za hory­zon­tem, ale w gęst­nie­ją­cym mroku nasz posępny pochód trwał nie­prze­rwa­nie dalej. Zaczy­na­li­śmy powoli marzyć o tym, żeby Rosja­nie gdzieś się w końcu zatrzy­mali... Marzy­li­śmy o czym­kol­wiek, nawet o walce, która prze­rwa­łaby nie­da­jącą się wytrzy­mać mono­to­nię i ten zabój­czy marsz bez końca. W końcu około pół­nocy oznaj­miono, że zatrzy­mu­jemy się na noc­leg w dużym gospo­dar­stwie poło­żo­nym w pew­nej odle­gło­ści od drogi. W ciągu całego dnia prze­szli­śmy ponad sześć­dzie­siąt kilo­me­trów!

Godzinę póź­niej łącz­nik ze sztabu pułku przy­niósł nie­wia­ry­godną wia­do­mość: jutrzej­szy dzień miał być dla naszego bata­lionu dniem odpo­czynku! Wielu już zdą­żyło do tego czasu twardo zasnąć, pozo­stali powi­tali nowinę gło­śnymi, rado­snymi okrzy­kami. Dzi­kie wrza­ski w naj­mniej­szym stop­niu nie prze­szko­dziły śpią­cym kole­gom.

* * *

Żoł­nie­rze, kąpiący się na golasa w sta­wie obok gospo­dar­stwa, gło­śnymi krzy­kami, gwiz­dami i śmie­chem witali nie­brzydką doja­reczkę, która, jakby ni­gdy nic, szła do obory. Po dłu­gim, noc­nym śnie, myśli mło­dych, zdro­wych męż­czyzn kie­ro­wały się ku bar­dziej nor­mal­nym spra­wom, niż w ostat­nich dniach i dojarka jaw­nie nie pozo­sta­wała obo­jętna na takie dowody zain­te­re­so­wa­nia swoją skromną osobą. Na ten dzień odwo­ła­łem swój zakaz kąpieli i mycia nóg, ponie­waż szczę­śli­wym zrzą­dze­niem losu ni­gdzie się dzi­siaj nie wybie­ra­li­śmy. Ci, któ­rzy nie kapali się w sta­wie, roze­brani do pasa bie­gali na bosaka, prali skar­petki i onuce i dopro­wa­dzali do porządku umun­du­ro­wa­nie. Wszy­scy bez wyjątku byli w dosko­na­łym, nie­mal świą­tecz­nym nastroju.

Od czasu do czasu dobie­gały do nas dale­kie, przy­tłu­mione odle­gło­ścią, odgłosy kano­nady. Wyda­wało się, że sły­chać je tak samo dobrze, jak poprzed­niego wie­czoru i poczu­łem, że staję się tro­chę nie­spo­kojny. Póź­niej, w ciągu dnia, Kage­neck skądś wyniu­chał, że pod Bia­łym­sto­kiem okrą­ży­li­śmy dwie całe rosyj­skie armie, które przez dwie doby zawzię­cie pró­bo­wały prze­rwać zaci­ska­jący się wokół nich sta­lowy pier­ścień. Nato­miast kano­nada, którą sły­sze­li­śmy, nio­sła się od strony oto­czo­nej przez nas twier­dzy Grodno.

Usta­wiła się do mnie kolejka żoł­nie­rzy ze sta­ran­nie wymy­tymi nogami. Wszy­scy przy­szli na kon­trolę i ewen­tu­alne lecze­nie. W końcu mogłem im poświę­cić dokład­nie tyle uwagi, na ile naprawdę zasłu­gi­wali. Teraz ni­gdzie nie musia­łem się spie­szyć. Powoli prze­my­wa­łem jodem bąble, więk­sze prze­kłu­wa­łem i dezyn­fe­ko­wa­łem, noży­cami chi­rur­gicz­nymi usu­wa­łem skórę z naj­bar­dziej zaognio­nych miejsc i zakle­ja­łem je spe­cjal­nym, cien­kim pla­strem tak, aby potem można było w miarę spraw­nie i bez­bo­le­śnie wci­snąć nogę w woj­skowy but. Ni­gdy w życiu nie usu­ną­łem tylu kawał­ków obumar­łej skóry w ciągu jed­nego dnia! Tylko w kilku przy­pad­kach trzeba było skie­ro­wać deli­kwen­tów do szpi­tala na tyłach. Były i prost­sze dole­gli­wo­ści, włącz­nie z bie­gunką, naj­pew­niej wywo­łaną piciem zanie­czysz­czo­nej wody. Jeden żoł­nierz spadł z konia, dwóch cier­piało na ostre zapa­le­nie spo­jó­wek w rezul­ta­cie dłu­giego prze­by­wa­nia w gęstych tuma­nach kurzu. Gene­ral­nie jed­nak, stan naszych ludzi po pierw­szych trzech dniach kam­pa­nii był cał­kiem zado­wa­la­jący. Uwa­ża­łem, że to na moich bar­kach spo­czywa oso­bi­sta odpo­wie­dzial­ność za takie dzia­ła­nie, które sprawi, że gdy doj­dzie już do praw­dzi­wych walk, Neu­hoff będzie dys­po­no­wał bata­lio­nem stu­pro­cen­towo zdro­wych żoł­nie­rzy. Gdy zaczną się auten­tyczne dzia­ła­nia bojowe, nie będziemy już mieli moż­li­wo­ści, aby poświę­cać tyle czasu na codzienną, zwy­kłą pomoc medyczną.

Stolz, bez butów i goły do pasa, roz­ko­szo­wał się mięk­kim, popo­łu­dnio­wym słoń­cem i malow­ni­czo roz­po­starty na wiązce siana pała­szo­wał pie­czo­nego ziem­niaka. Nagle dostrze­gli­śmy gwał­tow­nie gesty­ku­lu­ją­cego litew­skiego chłopa, który pędem gnał w naszym kie­runku od strony pobli­skich zabu­do­wań. Widać było, że ma nam do zako­mu­ni­ko­wa­nia coś bar­dzo pil­nego.

-?Chodź no tutaj! -?przy­wo­łał go Stolz.

Ni w ząb nie mogli­śmy zro­zu­mieć nawet słowa z tego, co traj­ko­tał wystra­szony Litwin. Zna­jomo brzmiały tylko powtó­rzone kil­ka­krot­nie słowa "Rus­ske! Rus­ske!". Mówiąc to, cały czas wycią­gał rękę w kie­runku odda­lo­nego od nas o kil­ka­set metrów lasu.

-?W lesie sie­dzą Ruscy -?"prze­tłu­ma­czy­łem" jego wywód.

-?Tak, czy ina­czej, nie może ich być zbyt wielu -?z peł­nymi ustami, zupeł­nie spo­koj­nie i wręcz nie­mrawo wydo­był z sie­bie Stolz.

Z nie­zmą­co­nym spo­ko­jem żując ziem­niaczka, wziął do ręki swój auto­mat, wetknął w kie­sze­nie spodni kilka gra­na­tów i, wciąż boso i goły do pasa, nie­śpiesz­nie poma­sze­ro­wał w kie­runku lasu w towa­rzy­stwie około dzie­się­ciu swo­ich ludzi. Po kil­ku­na­stu minu­tach zamel­do­wał się z powro­tem, popy­cha­jąc przed sobą trzech rosyj­skich jeń­ców -?jed­nego ofi­cera i dwóch żoł­nie­rzy.

Jeń­ców odpro­wa­dzono na fermę, gdzie w pokoju gościn­nym z dużym komin­kiem Lam­mer­ding wziął się za ich prze­słu­cha­nie. Ofi­cer, który peł­nił funk­cję tłu­ma­cza, znał język rosyj­ski bar­dzo powierz­chow­nie, ale mimo to, choć z ogrom­nym tru­dem, udało nam się wydo­być z poj­ma­nej trójki tę infor­ma­cję, która nas naj­bar­dziej inte­re­so­wała.

Nasz atak cał­ko­wi­cie zasko­czył tych ludzi, któ­rzy spo­koj­nie spali w swoim żel­be­to­no­wych schro­nie bojo­wym na gra­nicy. Nie mieli naj­mniej­szego poję­cia o tym, że znaj­du­jemy się z nimi w sta­nie wojny, ale gdy w końcu nasze poci­ski dużego kali­bru zaczęły wstrzą­sać ścia­nami ich bun­kra, pod­jęli mężną, ale nie­zbyt roz­sądną decy­zję, by bro­nić swo­jego sta­no­wi­ska "do ostat­niej kro­pli krwi". Nie­stety, szanse na to, by zostać praw­dzi­wymi boha­te­rami zostały zni­we­czone przez nasze woj­ska, które, kolumna za kolumną, po pro­stu prze­cho­dziły obok i zagłę­biały się w rosyj­skie tery­to­rium. Dzielni obrońcy schronu bojo­wego doszli w końcu do wnio­sku, że ich postawa nie tylko nie ma sensu, ale zwy­czaj­nie grozi im śmier­cią. Cała grupa ofi­ce­rów i żoł­nie­rzy wyśli­zgnęła się na zewnątrz z zamia­rem dołą­cze­nia do swo­ich wyco­fu­ją­cych się jed­no­stek. Gdy Stolz natknął się na trzech z nich, mijała już czwarta doba z rzędu, odkąd bez­rad­nie błą­dzili nocami po lesie. Byli skraj­nie wymę­czeni i nie­ludzko głodni, a poza tym nie mieli naj­mniej­szego poję­cia o ogól­nej sytu­acji na fron­cie i nie zda­wali sobie sprawy, gdzie się znaj­dują. Fakt, że osta­tecz­nie tra­fili do nie­woli nie miał dla nich w zasa­dzie żad­nego zna­cze­nia. Naj­bar­dziej inte­re­su­ją­cym wnio­skiem, pły­ną­cym z prze­słu­cha­nia było to, że w dniu 22 czerwca Armia Czer­wona była kom­plet­nie nie­przy­go­to­wana do odpar­cia naszego ataku. Wyglą­dało na to, że na naszym odcinku w grun­cie rze­czy ata­ko­wa­li­śmy armię, która spała.

Wege­ner wró­cił "moim" Mer­ce­de­sem i przy­wiózł ze sobą mło­dego pod­po­rucz­nika, któ­rego wyzna­czono do odby­cia służby w naszym bata­lio­nie na miej­sce pole­głego Stocka. Ofi­cer nazy­wał się Bol­ski i momen­tal­nie, za jego ple­cami, prze­chrzczono go na "Pol­ski". To nie­winne prze­zwi­sko dopro­wa­dzało go do nie­opi­sa­nej furii. Bol­ski, który wywo­dził się z bał­tyc­kich Niem­ców, pałał zaja­dłą nie­na­wi­ścią zarówno do Rosjan, jak i Pola­ków i nie zno­sił ich niczym czar­nej dżumy. Jego strasz­liwa nie­na­wiść obej­mo­wała też przy oka­zji Angli­ków i to pomimo faktu, iż jego rodzona babka była Angielką. Odno­siło się wra­że­nie, że miał jakąś wewnętrzną, cho­ro­bliwą potrzebę, aby zawsze i przy każ­dej oka­zji usil­nie pod­kre­ślać, że jest naj­praw­dziw­szym, czy­stej krwi Niem­cem z Prus Wschod­nich. Neu­hoff skie­ro­wał go do dwu­na­stej kom­pa­nii, którą dowo­dził von Kage­neck. A u Kage­necka, który z pew­no­ścią był stu­pro­cen­to­wym Niem­cem, i to jesz­cze błę­kit­nej krwi, Bol­ski dosłow­nie wycho­dził ze skóry, aby udo­wod­nić sobie samemu i wszyst­kim, któ­rzy chcieli z nim jesz­cze gadać, że jest nie tylko super praw­dzi­wym, ale i stu­pięć­dzie­się­cio­pro­cen­tow­wym Niem­cem.

Nie­długo przed tym, jak słońce zaczęło kryć się za hory­zon­tem, usły­sze­li­śmy deli­katną melo­dię graną na lutni i docho­dzącą gdzieś z altanki poło­żo­nej koło zabu­do­wań gospo­dar­stwa. Lam­mer­ding i ja, zwa­bieni nie­zwy­kłymi dźwię­kami, uda­li­śmy się w tam­tym kie­runku i zoba­czy­li­śmy bar­dzo sta­rego Litwina, który grał na swym oso­bli­wym instru­men­cie dla grupki naszych żoł­nie­rzy. Jego długa, śnież­no­biała broda upo­dab­niała go do barda z dawno minio­nych cza­sów. Zapy­ta­li­śmy, czy w domu może zagrać nam coś jesz­cze. Prze­szli­śmy do cha­łupy, sta­rzec usa­do­wił się przy piecu i jego palce, drżąc lekko, na mgnie­nie oka zamarły w bez­ru­chu na stru­nach sta­rego, jak on sam, instru­mentu. Wszy­scy ofi­ce­ro­wie i żoł­nie­rze zamil­kli jak na komendę i w zadu­mie stali, opie­ra­jąc się o ściany, wokół siwo­wło­sego arty­sty, w peł­nej sza­cunku ciszy cze­ka­jąc na pokaz jego sztuki.

Pierw­sze dwa akordy, led­wie dosły­szalne, wypły­nęły niczym z jakiejś odle­głej, tajem­ni­czej głę­biny. Począt­kowo jakby z nie­pew­no­ścią wyszu­ki­wały sobie drogę ku słu­cha­ją­cym, a następ­nie nie­zau­wa­żal­nie roz­kwi­tły w nie­ska­zi­telną, wyra­fi­no­waną melo­dię -?melan­cho­lijną i nie­malże roz­ża­loną, ale przy tym nie smutną. Oso­bi­ście odbie­ra­łem tą nostal­gię zaklętą w melo­dii, jako muzy­kalne wyra­że­nie swo­jego "ja" przez duszę narodu, który przez stu­le­cia cier­piał od gra­ni­czą­cej z nie­wol­nic­twem zależ­no­ści od innych. Po chwili nastrój nie­uchwyt­nie zaczął się zmie­niać, coraz szyb­szy i szyb­szy rytm muzyki sta­wał się pul­su­jący i nie­malże agre­sywny. Wyraz twa­rzy starca, do tej pory spo­kojny, bez­na­miętny i zupeł­nie ode­rwany od przy­ziem­nych pro­ble­mów, teraz cał­ko­wi­cie się zmie­nił. W oczach barda zapło­nął ogień i nagle z jego piersi wyrwała się pieśń. Głos, przy­tłu­miony wie­kiem, był jed­nak czy­sty i wyraźny, czu­li­śmy, że sta­rzec nie myli nawet jed­nej nuty. Wyda­wało się, że jest niczym poeta, który opiewa chwałę swego narodu, odzy­sku­ją­cego utra­coną kie­dyś wol­ność. Myślę, że ci, któ­rzy po nas przy­byli na Litwę i obsa­dzili sta­no­wi­ska w woj­sko­wej i cywil­nej admi­ni­stra­cji, pokpili sprawę w jed­nej, bar­dzo waż­nej kwe­stii: pozo­stali głusi na przej­mu­jące woła­nie o wol­ność i naro­dowe samo­sta­no­wie­nie. Krót­ko­wzrocz­ność, z jaką odtrą­cili, w kwe­stii pro­pa­gandy poli­tycz­nej i czyn­nej walki z Rosją, pomoc ludzi, podob­nych naszemu star­cowi, była naj­więk­szym i nie­wy­ba­czal­nym błę­dem. Wzgar­dzono bez­cenną skarb­nicą dobrej woli tego narodu, która tylko cze­kała, aby ją otwo­rzyć. W efek­cie nastą­piło coś zupeł­nie prze­ciw­nego, co osta­tecz­nie spro­wa­dziło się do takich samych prze­śla­do­wań, gnę­bie­nia i wszyst­kiego tego, co przez stu­le­cia obcego uci­sku było dla Litwi­nów codzien­no­ścią.

Nie­któ­rzy z naszych żoł­nie­rzy, słu­cha­jąc muzyki, zaczęli przy tym oglą­dać z zachwy­tem wewnę­trzy wystrój domo­stwa. Naj­więk­sze wra­że­nie zro­bił na nich ogromny, kamienny piec, zaj­mu­jący cen­tralne miej­sce w naj­więk­szym pokoju. Miał bar­dzo grube ściany, odkryte pale­ni­sko i kilka wnęk, w któ­rych pousta­wiane były, dość pry­mi­tywne na pierw­szy rzut oka, gli­niane naczy­nia. Impo­nu­jące roz­miary całej kon­struk­cji spra­wiały, że pomiesz­cze­nie było podzie­lone jakby na dwie osobne czę­ści.

-?Hej, dziadku! -?dobiegł głos jed­nego z żoł­nie­rzy. -?Na pewno masz dużą rodzinę, ale po co ci aż taki wielki piec?

Sta­rzec uśmiech­nął się tajem­ni­czo. Mówił po nie­miecku na tyle dobrze, że wie­dział, o co go pytano.

-?Będzie­cie w Rosji tej zimy? -?zapy­tał żoł­nie­rza gło­sem, który nagle zabrzmiał słabo i cicho.

-?Może i tak...

-?No to zro­zu­mie­cie, po co są takie piece. Ale nie­wy­klu­czone, że wtedy nie będzie wam już do śmie­chu.

* * *

Połu­dnie następ­nego dnia zastało nas ponow­nie w kolum­nie masze­ru­ją­cej na wschód. Droga była paskudna, jak ni­gdy dotąd, w nocy zaś zaczął się praw­dziwy kosz­mar, gdy trzeba było brnąć po stro­mych, a miej­scami wręcz urwi­stych pagór­kach, któ­rymi usiana była ta oko­lica. Naj­gor­sze były jed­nak wypeł­nione wodą dziury, wyboje i nie­sa­mo­wi­cie głę­bo­kie kole­iny. W noc­nej ciszy co i raz roz­le­gały się gło­śne krzyki woź­ni­ców, bez prze­rwy wrzesz­czą­cych na swoje konie. Biedne, wymę­czone zwie­rzęta, zaprzę­gnięte do cięż­kich wozów, z naj­wyż­szym tru­dem poko­ny­wały głę­bo­kie, piasz­czy­ste jamy, któ­rych pełno było na sto­kach pagór­ków. Bez prze­rwy trzeba było robić krót­kie przy­stanki, aby dać choć chwilę wytchnie­nia kom­plet­nie opa­dłym z sił koniom. Po chwili jed­nak poga­nia­cze znowu cią­gnęli je za wodze i nie­szczę­sne zwie­rzaki, roz­dy­ma­jąc chrapy i ciężko dysząc, ponow­nie pró­bo­wały wlec swoje cięż­kie zaprzęgi. Momen­tami odno­siło się zabawne wra­że­nie, że zaprzęgi cią­gną ludzie, nato­miast konie poma­gają im tylko na miarę resz­tek swo­ich sił. Wozy skrzy­piały żało­śnie, posu­wały się do przodu na nie­wielką odle­głość, a ich koła bez­na­dziej­nie zagrze­by­wały się w głę­bo­kim pia­sku.

Mimo to for­sowny marsz na wschód trzeba było kon­ty­nu­ować, a koła musiały się krę­cić. Każda kom­pa­nia wydzie­liła po dwie, a nawet trzy grupy żoł­nie­rzy, któ­rzy mieli za zada­nie poma­gać w pcha­niu i cią­gnię­ciu zaprzę­gów na trudno prze­jezd­nych odcin­kach drogi. Gdy tylko wóz zaczy­nał nie­bez­piecz­nie zwal­niać, gro­żąc zary­ciem się po osie, żoł­nie­rze rzu­cali się w jego stronę i napie­ra­jąc ze wszyst­kich sił, poma­gali prze­pchnąć zaprzęg przez zdra­dliwe miej­sce. Słońce zdą­żyło już wstać nad wschod­nim hory­zon­tem, a nasz nie­ubła­gany i wręcz zażarty ruch do przodu zda­wał się nie mieć końca. Ludzie i konie, pra­cu­jąc razem i wypru­wa­jąc z sie­bie ostat­nie siły, nie­prze­rwa­nie pchali i cią­gnęli zapa­ko­wane po brzegi fur­manki. Wielu żoł­nie­rzy pozdej­mo­wało swoje kurtki woj­skowe i pod­ko­szulki. Pot stru­mie­niami spły­wał im po ple­cach i zaraz osia­dał na nich rudy pył, zamie­nia­jąc się wkrótce w twardą, burą sko­rupę. Grupy wyzna­czone do pcha­nia zaprzę­gów kolejno się zmie­niały i wra­ca­jący do kolumny żoł­nie­rze z wdzięcz­no­ścią dzię­ko­wali Opatrz­no­ści za to, że przez jakiś czas mogą po pro­stu iść pie­szo sami.

Naj­lep­sze drogi, z naj­tward­szą i naj­bar­dziej odporną na znisz­cze­nie nawierzch­nią, były zare­zer­wo­wane dla naszych czo­ło­wych oddzia­łów ude­rze­nio­wych, aby zapew­nić im moż­li­wość szyb­kiego posu­wa­nia się w głąb Rosji. Zali­czały się do nich oddziały zmo­to­ry­zo­wane i bate­rie arty­le­rii. Pie­chota nato­miast, któ­rej środki trans­por­towe były oparte wyłącz­nie na zaprzęgu kon­nym, miała zaszczyt posu­wać się mniej lub bar­dziej rów­no­le­głymi, polnymi dro­gami o zna­nej nam już jako­ści. Te tak zwane "drogi", będące głow­nie piasz­czy­stymi szla­kami, miej­scami podob­nymi do miał­kiego, roz­sy­pa­nego wapna, zdą­ży­li­śmy obrzu­cić wszyst­kimi, nie­na­da­ją­cymi się do powtó­rze­nia prze­kleń­stwami. Nie zwal­niało nas to jed­nak z koniecz­no­ści cią­głego, bole­snego posu­wa­nia się do przodu. W poło­wie trze­ciego dnia, równo po dwu­dzie­stu czte­rech godzi­nach nie­prze­rwa­nego mar­szu (z dwoma krót­kimi posto­jami), dobrnę­li­śmy naresz­cie do miej­sca naszego kolej­nego "biwaku". Po kilku zale­d­wie godzi­nach odpo­czynku, ponow­nie masze­ro­wa­li­śmy dalej przez wzgó­rza oraz lasy, które w miarę naszego posu­wa­nia się w głąb bez­kre­snych rosyj­skich prze­strzeni, sta­wały się coraz bar­dziej gęste i nie­prze­byte. Prak­tycz­nie prze­sta­li­śmy sobie zda­wać sprawę z prze­by­tej odle­gło­ści, po pro­stu mecha­nicz­nie poko­ny­wa­li­śmy kolejny kilo­metr za kilo­metrem.

Trzy­dzie­stego lipca, czyli dzie­wią­tego dnia od roz­po­czę­cia wojny, po raz pierw­szy, spe­cjal­nym, ofi­cjal­nym komu­ni­ka­tem poin­for­mo­wano nas o sytu­acji na innych odcin­kach frontu. Nad­szedł on wraz z innymi, codzien­nymi roz­ka­zami gene­rała Straussa, dowódcy 9 Armii, w któ­rej skład wcho­dziła nasza dywi­zja. Neu­hoff prze­ka­zał komu­ni­kat Lam­mer­din­gowi, z pole­ce­niem odczy­ta­nia go na głos całemu bata­lio­nowi -?ale, broń Bóg, bez prze­ry­wa­nia mar­szu.

"We współ­dzia­ła­niu z 4 Armią i dwoma zgru­po­wa­niami wojsk pan­cer­nych z powo­dze­niem prze­pro­wa­dzono ope­ra­cję okrą­że­nia i znisz­cze­nia znacz­nych sił rosyj­skich. Straty wroga w samych tylko wzię­tych do nie­woli prze­kro­czyły sto tysięcy ludzi, straty w zabi­tych i ran­nych są znacz­nie wyż­sze. Roz­bite i cofa­jące się armie wroga pozo­sta­wiły na placu boju 1400 czoł­gów i 550 dział arty­le­ryj­skich. Znaczne ilo­ści broni i wypo­sa­że­nia, któ­rych ilość jest trudna do osza­co­wa­nia, została porzu­cona przez prze­ciw­nika w lasach. Dotych­cza­sowe walki sta­no­wią wstęp do osta­tecz­nego znisz­cze­nia armii rosyj­skich, ope­ru­ją­cych na odcinku mię­dzy Bia­łym­sto­kiem i Miń­skiem".

Słu­cha­jąc tego lako­nicz­nego, ale pora­ża­ją­cego wyobraź­nię komu­ni­katu o zwy­cię­stwach naszych wojsk, poroz­dzia­wia­li­śmy usta ze zdu­mie­nia.

-?Te liczby wpra­wią świat w osłu­pie­nie -?z led­wie ukry­wa­nym trium­fem powie­dział wtedy Neu­hoff.

* * *

Przez kolejne dwa dni nasz nie­koń­czący się pochód trwał w naj­lep­sze -?po tak samo bez­na­dziej­nych dro­gach. Trzeba przy­znać, że teraz już dużo rza­dziej orga­ni­zo­wa­li­śmy wypady w oko­liczne lasy i pola celem wyłu­ska­nia snaj­pe­rów. Sądząc na pod­sta­wie napły­wa­ją­cych mel­dun­ków, Rosja­nie zostali zmu­szeni nie tyle do pospiesz­nego odwrotu, co wręcz do ucieczki, my zaś dep­ta­li­śmy im po pię­tach tak gor­li­wie, że trudno było sobie wyobra­zić, iż dadzą radę się zatrzy­mać i sta­wić opór wcze­śniej, niż przy­parci do samych murów Moskwy.

Dru­giego lipca Kage­neck wyszpe­rał gdzieś gazetkę dywi­zyjną, dato­waną trzy dni wcze­śniej. Nazy­wała się "Prze­ła­ma­nie", była autor­stwa naszych kore­spon­den­tów wojen­nych i została wydru­ko­wana przez dru­kar­nię polową Mini­ster­stwa Pro­pa­gandy. W gazetce pre­zen­to­wano cał­kiem obszerny prze­gląd sytu­acji na całym fron­cie wschod­nim. Tego typu biu­le­tyn infor­ma­cyjny wpadł nam w ręce po raz pierw­szy -?moż­liwe, że fak­tycz­nie był to jego pierw­szy numer. W cza­sie kolej­nego postoju Kage­neck odczy­tał nam "Prze­ła­ma­nie", któ­rego pierw­sza strona sta­no­wiła krót­kie stresz­cze­nie nastę­pu­ją­cych dalej komu­ni­ka­tów i wydru­ko­wana była dużymi czcion­kami w for­mie wpa­da­ją­cych w ucho slo­ga­nów:

ZWY­CIĘ­SKI MARSZ NA FRON­CIE WSCHOD­NIM -?UDE­RZE­NIE W OSTAT­NIEJ CHWILI - ATAK W MOMEN­CIE NIE­ZA­KOŃ­CZO­NEGO STRA­TE­GICZ­NEGO ROZ­WI­NIĘ­CIA SIŁ WROGA - SILNE UMOC­NIE­NIA NAD­GRA­NICZNE PRZE­RWANE PIERW­SZEGO DNIA -?OKRĄ­ŻE­NIE ZNACZ­NYCH SIŁ ROSYJ­SKICH -?ROSYJ­SKIE PRÓBY WYRWA­NIA SIĘ Z OKRĄ­ŻE­NIA ZNI­WE­CZONE -?ZNISZ­CZONO PONAD 4100 SAMO­LO­TÓW I CZOŁ­GÓW WROGA -?TWIER­DZA BRZEŚĆ ZAJĘTA -?WILNO I KOWNO W NASZYCH RĘKACH.

Żar­li­wość, z jaką żoł­nie­rze wsłu­chi­wali się w słowa Kage­necka, czy­ta­ją­cego dalej o szcze­gó­łach naszych suk­ce­sów, świad­czyła o tym, jak bar­dzo prze­my­ślane było każde słowo naszych spe­ców od pro­pa­gandy. Nowiny dotarły do nas w naj­lep­szym moż­li­wym cza­sie, gdy wielu z nas, znu­żo­nych do gra­nic wytrzy­ma­ło­ści nie­koń­czą­cym się mar­szem, zaczy­nało po cichu powąt­pie­wać, czy aby atak na Rosję był naprawdę uza­sad­niony i konieczny. Teraz wszel­kie wąt­pli­wo­ści zostały roz­wiane. Wszy­scy jasno zdali sobie sprawę, że Niemcy zmu­szone były zaata­ko­wać jako pierw­sze, aby uprze­dzić atak wojsk rosyj­skich, przy­go­to­wu­ją­cych się do wtar­gnię­cia w nasze gra­nice.

Kage­neck tym­cza­sem koń­czył czy­tać: "Całe eska­dry rosyj­skich samo­lo­tów zostały znisz­czone na ziemi, bez­po­śred­nio na swo­ich lot­ni­skach, zanim zdą­żyły wzbić się w powie­trze i wyko­nać swe zabój­cze zada­nie bom­bar­do­wa­nia nie­win­nych nie­miec­kich kobiet i dzieci. Dzięki wzo­ro­wemu współ­dzia­ła­niu nie­miec­kich armii udało nam się znisz­czyć ogromną ilość samo­lo­tów, czoł­gów i innych rodza­jów uzbro­je­nia, a także wziąć do nie­woli znaczną ilość jeń­ców. Wszyst­kie te cyfry dają wyobra­że­nie o śmier­tel­nym nie­bez­pie­czeń­stwie, jakie nio­sła za sobą kon­cen­tra­cja takich sił na wschod­niej gra­nicy Rze­szy. Staje się cał­ko­wi­cie jasne, że dosłow­nie w ostat­niej chwili udało się zni­we­czyć rosyj­skie plany wtar­gnię­cia do Europy Środ­ko­wej, któ­rych kon­se­kwen­cje byłyby ponad wszelką wąt­pli­wość tra­giczne. Cały naród nie­miecki wyraża głę­boką wdzięcz­ność swym męż­nym obroń­com".

Gdy zosta­li­śmy sami, chwi­lowo szczę­śli­wie oswo­bo­dzeni od towa­rzy­stwa lizusa Bol­skiego, który niczym lokaj włó­czył się za Kage­nec­kiem w roli dobro­wol­nego adiu­tanta, zapy­ta­łem:

-?No i co ty o tym myślisz, Franz?

-?Zakła­dam, że rozu­miesz, kto na kogo napadł?

-?Abso­lut­nie.

Kage­neck wyło­żył mi zatem wszystko cał­kiem szcze­rze i bez­stron­nie:

-?Bol­sze­wizm i naro­dowy socja­lizm nie byłyby w sta­nie koeg­zy­sto­wać bez końca. To nie ulega nawet naj­mniej­szej wąt­pli­wo­ści. No i, rzecz jasna, myśmy napa­dli pierwsi. Jedy­nym pyta­niem jest, czy było to fak­tycz­nie konieczne? Gdy­by­śmy mieli z Ruskimi obo­wią­zu­jący w tej chwili pakt, że nie będziemy prze­szka­dzać im w ich pla­nach -?Kon­stan­ty­no­pol, Per­sja, Indie i tym podobne sprawy -?to dzi­siaj nie byli­by­śmy z nimi w sta­nie wojny. Nie­wy­klu­czone, że wtedy mogli­by­śmy zawrzeć pokój z Anglią i dalej dzia­łać już prze­ciwko bol­sze­wi­kom razem.

-?No, więc kto w końcu pierw­szy zaczął wojnę?

-?Kto ją zaczął, tak naprawdę nie ma naj­mniej­szego zna­cze­nia. Pań­stwa tota­li­tarne mogą na sie­bie napa­dać, kiedy im pasuje. Po pro­stu, gdy dojdą do wnio­sku, że nad­szedł odpo­wiedni moment. I zapew­niać sobie czy­jeś tam wspar­cie, albo radzić się kogoś w tej kwe­stii, po pro­stu nie muszą. Rosja­nie wpro­wa­dzili woj­ska do kra­jów nad­bał­tyc­kich i Fin­lan­dii bez żad­nego uprze­dze­nia. Podob­nie jak Włosi do Alba­nii! Przed przy­stą­pie­niem do wojny Anglia i Fran­cja powinny przede wszyst­kim przy­go­to­wać na to swoje narody, gdyż tam wła­dze pono­szą odpo­wie­dzial­ność przed swo­imi wybor­cami. Swoim ata­kiem na Pol­skę posta­wi­li­śmy Angli­ków przed moral­nym pro­ble­mem wypo­wie­dze­nia nam wojny. A Ruscy weszli sobie do Pol­ski dokład­nie tak samo, jak my.

-?Kto był agre­so­rem, sądzić będą zwy­cięzcy -?dorzu­cił Lam­mer­ding.

-?Niech Bóg ma nas w opiece, jeśli prze­gramy! -?powie­dzia­łem.

-?Dokład­nie! Niech Bóg nam pomoże! -?żar­li­wie zgo­dził się Kage­neck. - Ale nawet, jeśli wygramy, to we wła­snym domu mamy jesz­cze co nieco spraw do wyja­śnie­nia...

* * *

Następ­nego dnia znowu powtó­rzyła się ta sama, stara histo­ria -?marsz, marsz, marsz...

Stolz wyra­ził skromną nadzieję, że ni­gdy wię­cej nie zoba­czymy na oczy rosyj­skiego żoł­nie­rza. Naszemu bata­lio­nowi dopi­sało szczę­ście w tym sen­sie, że pętla, która zaci­snęła się wokół rosyj­skich wojsk pod Bia­łym­sto­kiem była na tyle mocna, iż nasza pół­nocna flanka była bez­pieczna nawet w przy­padku, gdyby Rosja­nom udało się gdzieś wyrwać z okrą­że­nia. Dowie­dzie­li­śmy się też, że nasze woj­ska pan­cerne zostały wcią­gnięte w zażarte boje pod Miń­skiem, Grupa Armii "Pół­noc" z powo­dze­niem ata­ko­wała w kie­runku Lenin­gradu, zaj­mu­jąc po dro­dze Rygę, a Grupa Armii "Połu­dnie" zajęła ważne, stra­te­gicz­nie poło­żone, pol­skie mia­sto Lwów. Kie­ru­jąc się na wschód, w stronę miej­sco­wo­ści Oszmiany, wciąż jesz­cze masze­ro­wa­li­śmy po tere­nach nale­żą­cych poprzed­nio do Pol­ski.

Kage­neck, Bol­ski i ja jecha­li­śmy obok sie­bie konno, gdy wrę­czono nam ostatni komu­ni­kat infor­ma­cyjny, z któ­rego dowie­dzie­li­śmy się o prze­ra­ża­ją­cych bestial­stwach, jakich dopu­ścili się bol­sze­wicy we Lwo­wie. Zanim ucie­kli z mia­sta, zor­ga­ni­zo­wali tam istny kar­na­wał śmierci. Roz­strze­lano setki "podej­rza­nych poli­tycz­nie" osób, głów­nie Ukra­iń­ców i Pola­ków, w pierw­szej kolej­no­ści tych, któ­rzy mieli rodzinne lub służ­bowe kon­takty z Niem­cami albo byli podej­rze­wani o nacjo­na­lizm. Wśród zabi­tych były starcy, kobiety i nawet dzieci. Tych, któ­rych nie wymor­do­wano na miej­scu, pognano na wschód.

-?Dzwo­nią dzwony opac­twa West­min­ster! -?stro­jąc miny, śpiew­nie wygło­sił Bol­ski. -?A Jego Świą­to­bli­wość arcy­bi­skup Can­ter­bury wznosi modli­twy do Naj­wyż­szego, aby ten dał zwy­cię­stwo ich uko­cha­nym, bez­boż­nym bra­cisz­kom-bol­sze­wi­kom...

Wygło­siw­szy tą prze­po­joną jado­wi­tym sar­ka­zmem tyradę, Bol­ski z obrzy­dze­niem splu­nął na zie­mie, naj­wy­raź­niej demon­stru­jąc tym spo­so­bem cał­ko­wite i osta­teczne zerwa­nie ze swoją angiel­ską bab­cią.

Po raz pierw­szy od początku kam­pa­nii spró­bo­wa­li­śmy użyć do cią­gnię­cia naszego fur­gonu sani­tar­nego lokal­nie pozy­skane, zdo­byczne konie. Tym samym zmie­ni­li­śmy te, które do tej pory szły w zaprzęgu: stary Westwall wycią­gnął w końcu kopyta w cza­sie mar­szu, a jego towa­rzysz, z któ­rym z hero­icz­nym wysił­kiem cią­gnął jakiś czas wóz, był także bli­ski śmierci z powodu skraj­nego wycień­cze­nia. Razem z Müllerem naprędce zmaj­stro­wa­li­śmy nie­wielką, czte­ro­ko­łową fur­ma­neczkę, ide­al­nie nada­jącą się do pracy w warun­kach polo­wych i zaprzę­gli­śmy do niej dwa małe, za to krępe, rosyj­skie koniki. Na fur­mance umie­ści­li­śmy cały mój ekwi­pu­nek medyczny, mate­riały opa­trun­kowe oraz inne wypo­sa­że­nie, za które odpo­wia­dał Müller. Nasi nowi, mali pod­opieczni, otrzy­mali imiona Maks i Moris. Maks był karej maści, nato­miast Moris przy­po­mi­nał bru­nat­nego niedź­wie­dzia. Te malut­kie zwie­rzaki były naprawdę zadzi­wia­jące i wspa­niale spraw­dzały się we wszel­kiej pracy, w któ­rej potrzebna była pomoc konia, szcze­gól­nie zaś, jeśli cho­dziło o prze­miesz­cza­nie się po rosyj­skich polnych "dro­gach". Koniki ni­gdy nie grzę­zły w pia­sku czy bło­cie, drob­nym i szyb­kim kro­kiem, lekko i bez poga­nia­nia dro­biły musku­lar­nymi nóż­kami i były w sta­nie nie­prze­rwa­nie cią­gnąć swoją fur­mankę nie tyle godzi­nami, co tygo­dniami. Takim sump­tem, nasz mały zaprzęg docią­gnęły po nie­prze­by­tych bez­dro­żach aż do wzgórz, z któ­rych widać było Moskwę i wlo­kły go po jesienno-zimo­wym bło­cie zmie­sza­nym ze śnie­giem pod­czas naj­cięż­szych walk pod Rże­wem. Nie wyka­zy­wały przy tym naj­mniej­szych oznak zmę­cze­nia, sła­bo­ści czy nie­za­do­wo­le­nia ze swo­jego losu. Mogłem cał­ko­wi­cie pole­gać na nie­za­wod­nym Mak­sie i Mori­sie. Od momentu przy­ję­cia ich na służbę, mój nie­po­kój zwią­zany z naszym zni­ka­ją­cym co jakiś czas fur­go­nem sani­tar­nym, odszedł na dal­szy plan -?wie­dzia­łem, że koniec koń­ców, Maks z Mori­sem jakoś go przy­tasz­czą. Bywało, że nastę­po­wało to nawet po tygo­dniu, a cza­sami i dwóch. Jeśliby nie te dwa małe koniki, dawno poże­gna­li­by­śmy się z naszym fur­go­nem...

Potrze­bo­wa­li­śmy rap­tem dwu­na­stu pierw­szych dni kam­pa­nii, aby dojść do mało pocie­sza­ją­cego wnio­sku, że w tym kraju wszel­kie nasze środki trans­portu są cał­ko­wi­cie bez­u­ży­teczne. Zwy­kłe fur­manki oka­zały się zbyt cięż­kie do nor­mal­nego posu­wa­nia się po tych nie­wia­ry­god­nie ohyd­nych dro­gach. Nasze prze­piękne, rosłe konie były uza­leż­nione od peł­no­war­to­ścio­wej karmy i w żaden spo­sób nie były w sta­nie na dobre zaakli­ma­ty­zo­wać się w nowych warun­kach. Pro­blem ten stał się szcze­gól­nie widoczny w cza­sie zimo­wych bojów. Pod­czas gdy nie­miec­kie konie wyma­gały dłuż­szych odpo­czyn­ków i zwięk­szo­nych dawek jedze­nia -?a odpo­wied­nia dla nich karma, i to jesz­cze w wyma­ga­nej ilo­ści, nie­czę­sto się nam tra­fiała -?kar­ło­wate rosyj­skie koniki dosko­nale radziły sobie z samo­dziel­nym wyszu­ki­wa­niem poży­wie­nia, wynaj­du­jąc sobie trawę w lasach i na pobo­czach dróg. W pełni zacho­wy­wały dosko­nałą formę nawet na ską­pych, zimo­wych racjach, skła­da­ją­cych się naj­czę­ściej z wiązki słomy, mchu czy kory, którą same potra­fiły obdzie­rać z pni drzew. Rzecz jasna, koniki ni­gdy nie gar­dziły lep­szym jedze­niem, jeśli aku­rat takowe się zna­la­zło, ale jeśli go nie było, z powodu jej braku ni­gdy nie prze­ja­wiały naj­mniej­szych oznak nie­po­koju i potul­nie szły dalej. Rów­nie dobrze zno­siły nie­ludzką spie­kotę, jak i trza­ska­jący mróz, a jeśli bra­ko­wało wody (bo, dajmy na to, zamar­zły stud­nie) to bez pro­blemu gasiły pra­gnie­nie śnie­giem. Cecho­wał je także fan­ta­styczny instynkt. Wzru­sza­jące było to, jak pod­czas zamieci przy­tu­lały się do sie­bie i w ten spo­sób chro­niły przed prze­ni­kli­wym, lodo­wa­tym wia­trem. Na zimę ich sierść sta­wała się wło­chata i gęsta niczym u niedź­wie­dzia i nie prze­pusz­czała nawet jed­nej śnie­żynki. Koniki bez­błęd­nie wyczu­wały głę­bo­kie kole­iny zawa­lone grubą war­stwą bia­łego puchu i ni­gdy nie scho­dziły z drogi nawet wtedy, gdy nie można jej było odróż­nić od pobli­skich zasp śnież­nych. Sta­wiały kroki pew­nie niczym gór­skie kozice i pełne życia drep­tały na wschód, pod­czas gdy nasze znacz­nie cięż­sze konie zapa­dały się po brzuch w zaspach, w które na wła­sne nie­szczę­ście cią­gle same się pako­wały. Wielu naszych żoł­nie­rzy zawdzię­cza życie tym malut­kim i wier­nym towa­rzy­szom. Zna­li­śmy wiele przy­pad­ków, gdy czło­wiek błą­dzący po pokry­tych śnie­giem lasach lub zagu­biony na wiel­kich poła­ciach śnież­nych pustyń, zda­wał się na swoje małe i wło­chate rosyj­skie kucyki, które zawsze nie­za­wod­nie wypro­wa­dzały go tam, gdzie byli ludzie. Czę­sto, gdy byli­śmy cał­ko­wi­cie odcięci od naszych głów­nych sił i nie mie­li­śmy z nimi abso­lut­nie żad­nego kon­taktu, koniki rato­wały nas od pew­nej śmierci gło­do­wej -?za cenę wła­snego życia. Dla nas było to jed­nak tak, jak­by­śmy poże­rali naj­wier­niej­szego przy­ja­ciela...

Pod­czas mar­szu w kie­runku pol­sko-rosyj­skiej gra­nicy, grupy żoł­nie­rzy spe­cjal­nie wyzna­czone do prze­py­cha­nia po bez­dro­żach naszych cięż­kich zaprzę­gów, obfi­cie oble­wały się potem. Tego typu wozy konne były ide­alne do prze­miesz­cza­nia się po dro­gach Fran­cji, ale w tej kam­pa­nii oka­zały się cał­kiem nie­przy­datne. Pod­czas dzia­łań bojo­wych w warun­kach mroź­nej zimy, pod­czas trza­ska­ją­cych mro­zów, cią­żyły nam wręcz niczym kamień u szyi. Neu­hoff napi­sał spe­cjalny raport, w któ­rym dokład­nie wyło­żył, na czym pole­gały pro­blemy trans­por­towe opóź­nia­jące nasz marsz. Nie ma żad­nych pod­staw, aby sądzić, że raport nie dotarł tam gdzie trzeba, jed­nak nie spo­wo­do­wał żad­nej reak­cji i niczego w tej kwe­stii nie uczy­niono. Miało się wra­że­nie, że naczelne dowódz­two wolało reago­wać wyłącz­nie na mel­dunki o naszych wspa­nia­łych suk­ce­sach.

Śladami Napoleona

Śla­dami Napo­le­ona

Droga, którą szedł Napo­leon, była teraz naszą drogą. Masze­ro­wa­li­śmy na Moskwę po śla­dach Wiel­kiej Armii, która prze­cho­dziła tędy sto dwa­dzie­ścia dzie­więć lat temu. Miej­scowa lud­ność nazy­wała ten szlak "trak­tem napo­le­oń­skim". Nie­ocze­ki­wa­nie, fatalna pol­ska droga nagle znacz­nie się popra­wiła.

Dwie trze­cie powierzchni tej drogi było wyło­żone bar­dzo sta­rymi, lecz wciąż jesz­cze nie­po­kru­szo­nymi kamie­niami polnymi, a pozo­stała jedna trze­cia, na pobo­czach, była mocno ubita i wydep­tana. Teraz poru­sza­nie się po piasz­czy­stym duk­cie było znacz­nie prost­sze. Nasze kolumny wresz­cie prze­miesz­czały się lekko i swo­bod­nie -?cięż­szy trans­port jechał po kocich łbach, a lżej­szy, w tym nasze dzielne koniki, posu­wał się pobo­czem. Linię drogi wyzna­czały posa­dzone wzdłuż niej stare, wyso­kie brzozy, sto­jące tam niczym rzędy sta­rej, dobo­ro­wej napo­le­oń­skiej gwar­dii. Nawia­sem mówiąc, drogę wyło­żono kamie­niami w 1812 roku na oso­bi­sty roz­kaz fran­cu­skiego impe­ra­tora, a doko­nali tego spe­cjal­nie spro­wa­dzeni kor­sy­kań­scy mistrzo­wie-budow­ni­czy. Ludzka rzeka sze­ściu­set tysięcy ludzi, któ­rych Napo­leon wiódł po tej dro­dze na Rosję, musiała przed­sta­wiać sobą nie­sa­mo­wity, barwny i wspa­niały widok. Tam­tej maka­brycz­nej zimy do przed­mieść Moskwy udało się dotrzeć tylko dzie­więt­na­stu tysiącom ludzi, drogę powrotną do ojczy­zny poko­nało zaś tylko kil­ku­set.

Na zewnątrz nasi żoł­nie­rze, odziani w jed­no­lite, sza­ro­brą­zowe mun­dury polowe, z pew­no­ścią wyglą­dali jak marny cień w porów­na­niu z olśnie­wa­jącą swym wido­kiem armią napo­le­oń­ską. Tym nie­mniej natu­ralne było, iż w tym momen­cie myśli każ­dego, kto szedł po tej dro­dze, kie­ro­wały się ku małemu Kor­sy­ka­ni­nowi, któ­rego pło­nącą ambi­cję tak nie­sław­nie zga­siły śnieg i lód rosyj­skiej zimy. Wyda­wało się, że pobo­czem drogi idą nie­do­strze­gal­nym pocho­dem razem z nami duchy cesar­skiej armii i z pew­no­ścią nie­jed­nemu z naszych ludzi włos jeżył się na gło­wie, gdy wspo­mi­nał obrazki z pod­ręcz­ni­ków szkol­nych, ilu­stru­jące strasz­liwą klę­skę armii fran­cu­skiej z 1812 roku.

Musiał roz­my­ślać o tym także Kage­neck, który kry­tycz­nie porów­ny­wał marsz Fran­cu­zów z naszymi wła­snymi suk­ce­sami.

-?Napo­leon nie był w sta­nie nawią­zać stycz­no­ści z wro­giem poza, rzecz jasna, epi­zo­dycz­nymi potycz­kami z arier­gardą Rosjan -?powie­dział, wyra­ża­jąc ogól­nie panu­jący nastrój. -?Do momentu, aż doszedł do przed­niej linii obrony Moskwy, pod Boro­dino.

-?A czym zatem wytłu­ma­czyć ogromne straty w ludziach, jesz­cze w cza­sie mar­szu na Moskwę? -?zapy­tał Jacobi, jeden z ofi­ce­rów Kage­necka.

-?Wykoń­czyły ich nie­ludz­kie odle­gło­ści -?odpo­wie­dział Kage­neck. - Napo­leon po pro­stu nie był w sta­nie zapew­nić im odpo­wied­niego zaopa­trze­nia.

-?Nie zapo­mi­naj­cie też o cho­ro­bach! -?wstrze­li­łem się . -?Wie­cie, na przy­kład o tym, że w cza­sie wojny 1870 roku od cho­rób zmarło cztery razy wię­cej ludzi niż pole­gło na polach bitew? Jakie więc, według was, powinny być straty Napo­le­ona? Weź­cie pod uwagę dezyn­te­rię, cho­lerę, tyfus latem i dur pla­mi­sty zimą, nie mówiąc o samych odmro­że­niach. Tyfus pla­mi­sty, jeśli już przy tym jeste­śmy, dla armii Napo­le­ona oka­zał się ist­nym biczem bożym, starty od zacho­ro­wań były po pro­stu nie­wy­obra­żalne. Nawet w dzi­siej­szych cza­sach cho­robę mogą jakoś prze­trwać dwu­dzie­sto­lat­ko­wie, ale ludzie w wieku czter­dzie­stu czy pięć­dzie­się­ciu lat, o ile się ich nie zaszczepi, są prak­tycz­nie ska­zani na śmierć.

-?A co jest przy­czyną tyfusu pla­mi­stego? -?zanie­po­ko­jo­nym gło­sem wyra­ził swoje zain­te­re­so­wa­nie Jacobi.

-?Wszy. Ale cho­robę prze­no­szą wyłącz­nie zain­fe­ko­wane wszy. Uwierz­cie mi, jesz­cze się z nimi nawo­ju­jemy. Ina­czej po pro­stu nas wykoń­czą.

-?A co ze szcze­pion­kami?

-?Suro­wicy dla wszyst­kich nie wystar­czy. W naj­lep­szym wypadku jeste­śmy w sta­nie zaszcze­pić około pię­ciu pro­cent stanu oso­bo­wego całej nie­miec­kiej armii. A być może zapa­sów szcze­pio­nek wystar­czy tylko na tyle, by poda­wać ją wyłącz­nie naj­bar­dziej podat­nym na zara­że­nie.

-?A ty, Heinz, jesteś zaszcze­piony? -?zapy­tał mnie Kage­neck.

-?Nie. Ale nie sadzę, aby to było konieczne. Przy­naj­mniej dopóki służę w tak porząd­nej i dba­ją­cej o higienę kom­pa­nii, jak nasza. W szcze­gól­no­ści, jeśli Bol­ski odzwy­czai się w końcu od cią­głego czo­chra­nia się po gło­wie.

Bol­ski nic nie odpo­wie­dział, zupeł­nie jakby zato­pił się w myślach lub nie pojął mojej nie­dwu­znacz­nej alu­zji. Zamiast tego rap­tem zapal­czy­wie wykrzyk­nął:

-?A w sumie, to jakie zna­cze­nie mają dla nas odle­gło­ści?!

-?Do cho­lery, ogromne! -?wark­nął Kage­neck. -?Dokład­nie takie samo, jakie miały dla Napo­le­ona.

-?Bzdury! -?pogar­dli­wie wyce­dził Bol­ski. -?Mamy dwu­dzie­sty wiek, a dowo­dzi Adolf Hitler, a nie Napo­leon.

-?I co z tego wynika? -?zapy­tał Jacobi.

-?Ano to, że dys­po­nu­jemy naj­po­tęż­niej­szą armią, na któ­rej czele stoi naj­więk­szy mili­tarny geniusz wszech­cza­sów! Odle­gło­ści nie mają teraz naj­mniej­szego zna­cze­nia! -?Bol­ski zaczął wygła­szać wykute na bla­chę teo­rie, wzno­sząc się przy tym na wyżyny swej sztuki ora­tor­skiej. -?Nie zapo­mi­naj­cie o jed­nym: nie jeste­śmy pozba­wioną rozumu chmarą oszcze­pów, rzu­co­nych na ślepo w tłum wroga, gdzie mogą, ale nie muszą, tra­fić w cel. Jeste­śmy karzą­cym mie­czem nowych Nie­miec, który dzierżą naj­sil­niej­sze ręce ojczy­zny! Wezwani do jej obrony, jeste­śmy gotowi kru­szyć opór i razić naszych wro­gów aż do ich cał­ko­wi­tego znisz­cze­nia!

-?Pięk­nie powie­dziane! Naprawdę pięk­nie. Po pro­stu wspa­niale! - sar­ka­stycz­nie przy­kla­snął Jacobi. -?Goeb­bels musi się pil­no­wać, aby Bol­ski nie zajął jego miej­sca.

-?Mój drogi Bol­ski... -?z wytworną szcze­ro­ścią ode­zwał się Kage­neck. - Roz­wią­zał pan wszyst­kie nasze pro­blemy. W szcze­gól­no­ści zaś, mój jeden, maleńki, cał­kiem oso­bi­sty pro­blem.. Od samego ranka roz­my­ślam, czy zło­żyć wresz­cie wizytę mojej łaska­wej cio­teczce, która aku­rat zamiesz­kuje w pobliżu. Utwier­dził mnie pan w prze­ko­na­niu, że powi­nie­nem to zro­bić natych­miast i bez zbęd­nego ocią­ga­nia się. Jestem wam głę­boko wdzięczny! O, tak! Jestem wielce zobo­wią­zany!

Z tymi sło­wami, puścił konia galo­pem w kie­runku wid­nie­ją­cego nie­opo­dal zagaj­nika.

* * *

Nasze zado­wo­le­nie, pły­nące z faktu woja­żo­wa­nia po dro­dze wymosz­czo­nej przez Napo­le­ona kamie­niami, nie oka­zało się wieczne. Otrzy­ma­li­śmy roz­kaz zej­ścia z traktu napo­le­oń­skiego i posu­wa­nia na pół­nocny wschód w kie­runku Połocka. Do tego czasu szli­śmy szyb­kim mar­szem na Mińsk, ale walki o mia­sto już się zakoń­czyły i nie byli­śmy tam wię­cej potrzebni. Zwiad lot­ni­czy dono­sił, iż nie­przy­ja­ciel pod­ciąga rezerwy i przez Smo­leńsk i Witebsk kie­ruje na front znaczne siły. Wią­zało się to z oczy­wi­stym zamia­rem zatrzy­ma­nia naszego pochodu na Moskwę na linii Połock -?Orsza. Gdyby Rosja­nom się to udało, pozba­wi­liby nas moż­li­wo­ści korzy­sta­nia z głów­nej arte­rii komu­ni­ka­cyj­nej mię­dzy Dźwiną i Dnie­prem, którą nasze oddziały pan­cerne mogły runąć na Moskwę z mak­sy­malna szyb­ko­ścią.

Tak więc znowu wylą­do­wa­li­śmy w dobrze nam zna­nym kie­ra­cie: fatalne drogi, kurz, upał, pra­gnie­nie i pcha­nie zaprzę­gów ręcz­nie. Jutro będzie tak samo -?kilo­metr za kilo­metrem zabój­czo wyczer­pu­ją­cej mono­to­nii.

Prze­raź­li­wie nudne pola poro­śnięte wrzo­sem zaczęły ustę­po­wać miej­sca tere­nom pod­mo­kłym, a kręta linia drzew zna­czyła w oddali bieg nie­wiel­kiej rzeczki. Dla nor­mal­nego czło­wieka nie ma w tym, oczy­wi­ście, nic nad­zwy­czaj­nego, ale dla zmę­czo­nych i opa­dłych z sił żoł­nie­rzy, wycień­czo­nych dłu­gim mar­szem, taka rzeczka to źró­dło nie­biań­skich roz­ko­szy. Dla­tego, gdy doszli­śmy do jej brze­gów, roz­le­gła się ocze­ki­wana przez wszyst­kich komenda, aby sta­wać na odpo­czy­nek. Gapimy się na nasze mapy topo­gra­ficzne, po czym uważ­nie i w cał­ko­wi­tym mil­cze­niu spo­glą­damy na prze­ciw­le­gły brzeg. Rzeczka nazywa się Bere­zyna, na jej prze­ciw­le­głym brzegu leży Rosja. Sto­imy na samym krańcu Pol­ski i z pew­nym zdu­mie­niem wpa­tru­jemy się w dal, gdzie na hory­zon­cie ciem­nieją gęste i nie­prze­byte rosyj­skie lasy.

Nagle nasza pamięć pod­po­wiada nam, że to wła­śnie tutaj, dokład­nie nad brze­gami tej nie­wiel­kiej rzeki, zostało roz­bite ostat­nie dzie­sięć tysięcy cofa­ją­cych się żoł­nie­rzy Napo­le­ona. Całe dzie­sięć tysięcy, za wyjąt­kiem kil­ku­set szczę­ścia­rzy, zostało wybite do nogi. Te kilka setek oca­la­łych z pogromu ludzi prze­pły­nęło na zachodni brzeg i ponio­sło do Fran­cji smutną nowinę o naj­więk­szym w histo­rii mili­tar­nym fia­sku. Była to ostat­nia bitwa resz­tek ogrom­nej, jak na owe czasy, liczą­cej sześć­set tysięcy głów cesar­skiej armii, któ­rej wódz, porzu­ciw­szy ją, był już wtedy w Paryżu.

Naszym west­fal­skim gre­na­die­rom, żoł­nie­rzom prze­sław­nej szó­stej dywi­zji pie­choty, także dobrze przyj­dzie zapa­mię­tać Bere­zynę, a kon­kret­nie odda­lone o dwie­ście czter­dzie­ści kilo­me­trów na połu­dnie miej­sce pośród piń­skich błot. Ale póki co, nic jesz­cze o tym nie wie­dzie­li­śmy. Abso­lut­nie nie spie­szymy się, aby prze­rwać długo wycze­ki­wany odpo­czy­nek na brzegu rzeki i kiedy jeden z naszych żoł­nie­rzy wygrze­buje z mokrego pia­sku nad wodą brą­zo­wego orła z czaka napo­le­oń­skiego ofi­cera, wszy­scy uwa­żamy to za nie­wąt­pli­wie dobry omen.

Ów emble­mat fran­cu­skiej armii wylą­duje potem w jed­nym z naszych fron­to­wych oddzia­łów pro­pa­gandy, który zbije na nim cał­kiem nie­zły kapi­tał. Woj­skowa gazetka polowa gło­siła wtedy: "Tak samo jak wtedy, gdy naszemu wodzowi Adol­fowi Hitle­rowi udało się wcie­lić w życie plan Schlief­fena, któ­rego efek­tem było bły­ska­wiczne zwy­cię­stwo nad Fran­cją, podob­nie i teraz przyj­muje on sym­bo­liczne prze­sła­nie wiel­kiego Kor­sy­ka­nina i pro­wa­dzi Wehr­macht ku wiel­kiemu i osta­tecz­nemu zwy­cię­stwu nad rosyj­skim kolo­sem. Budzi nas świt nowej ery -?ery potęż­nej, zjed­no­czo­nej Europy. Napo­leon nie dał rady urze­czy­wist­nić tego wiel­kiego marze­nia, ale my będziemy tego świad­kami, gdy sta­nie się ono fak­tem pod prze­wod­nic­twem naszego wodza Adolfa Hitlera".

Nasz postój nad Bere­zyną trwał około dwóch godzin. Z nie­by­wałą ulgą umy­li­śmy się do pasa i spłu­ka­li­śmy z wło­sów grubą war­stwę zasko­ru­pia­łego kurzu. Chłodna woda odświe­żyła podraż­nione potem i pyłem oczy i uko­iła spę­kane od słońca usta. A po chwili -?znowu do przodu, kilo­metr po kilo­metrze, ale tym razem już w samej Rosji.

Dwu­na­stego lipca, dwu­dzie­stego pią­tego dnia wojny, otrzy­ma­li­śmy od razu po kilka gaze­tek z komu­ni­ka­tami infor­ma­cyj­nymi o dzia­ła­niach bojo­wych. Widząc na piśmie potwier­dze­nie wie­ści o zaję­ciu Miń­ska, powi­ta­li­śmy je rado­snymi okrzy­kami. "Bitwa o Mińsk zakoń­czona. Gru­pie Armii "Śro­dek" sta­wiały opór cztery armie rosyj­skie. W wyniku walk ponio­sły one klę­skę -?zostały roz­gro­mione lub zmu­szone do panicz­nej ucieczki. Do nie­woli wzięto trzy­sta tysięcy rosyj­skich ofi­ce­rów i żoł­nie­rzy, ponadto zdo­byto lub znisz­czono 2600 czoł­gów i 1500 dział arty­le­ryj­skich. Nie­przy­ja­ciel poniósł ogromne straty w zabi­tych...".

My szli­śmy naprzód, a nie­przy­ja­ciel kon­ty­nu­ował odwrót na wschód. Wyda­wało się, że nasz bata­lion ni­gdy już go nie dogoni, a cała wojna stała się jakby jed­nym, wiel­kim mara­to­nem z metą na Uralu, albo i dalej.

W nadziei na unik­nię­cie dal­szych, męczą­cych prze­mar­szów, z wielką ulgą słu­chamy rapor­tów naszego szefa wywiadu, według któ­rych nie­przy­ja­ciel zaj­muje pozy­cje obronne i oko­puje się na linii Połock -?Orsza -?Witebsk. Rzeki, jeziora i gęste lasy sta­no­wią tam natu­ralne uzu­peł­nie­nie linii obrony. W połą­cze­niu z żel­be­to­no­wymi schro­nami bojo­wymi i rowami prze­ciw­czoł­go­wymi two­rzą one jed­no­lity, sil­nie ufor­ty­fi­ko­wany rejon, czyli tak zwaną "Linię Sta­lina". To pierw­sza, praw­dzi­wie poważna bariera na dro­dze do Moskwy. Teraz nie mamy już wąt­pli­wo­ści, że wróg pla­nuje trzy­mać się na swo­ich pozy­cjach i wal­czyć. Jeste­śmy szczę­śliwi, że wresz­cie możemy drwić z kurzu, upału i pra­gnie­nia -?prze­cież do linii frontu zostało nam rap­tem jesz­cze trzy­dzie­ści, może trzy­dzie­ści pięć kilo­me­trów. Nasze wysu­nięte oddziały wraz z jed­nost­kami pan­cer­nymi toczą tam w tej chwili zacięty bój. Obrona wroga na wschod­nim brzegu Dźwiny krzep­nie z każdą godziną. Z pierw­szej linii docho­dzą nas słu­chy, że nasze jed­nostki zmo­to­ry­zo­wane i pan­cerne otrzy­mały roz­kaz wstrzy­ma­nia ata­ków, umoc­nie­nia się na zdo­by­tych rubie­żach i utrzy­my­wa­nia ich do momentu podej­ścia posu­wa­ją­cej się za nimi pie­choty.

W końcu czeka nas praw­dziwa wojna!

Kolumna dziar­skim kro­kiem masze­ruje drogą, z prze­ję­ciem kie­ru­jąc się na spo­tka­nie swego losu. Teraz mamy kon­kretny cel i jasno okre­ślony punkt doce­lowy, od któ­rego dzieli nas już nie­wiele kilo­me­trów.

Następ­nego dnia po prze­pra­wie przez Bere­zynę naka­zano nam zatrzy­mać się i roz­ło­żyć obo­zem pod osłoną wiel­kiego, pozba­wio­nego roślin­no­ści wzgó­rza. Z jego szczytu dobrze widać leżącą w dole przed nami nie­wielką wieś Homiel, poło­żoną na styku dwóch sąsia­du­ją­cych ze sobą jezior. Przed nami i lekko na prawo, jak wzro­kiem się­gnąć, roz­ciąga się pierw­sze z tych jezior -?cał­kiem duże -?cienki ciek wodny łączy je z dru­gim jezio­rem, mniej­szym i znaj­du­ją­cym się na lewo od nas. Za jezio­rami i wsią Homiel widać liczne rowy prze­ciw­czoł­gowe, schrony bojowe i prze­szkody z drutu kol­cza­stego -?to sta­li­now­ska linia obrony, którą mamy prze­ry­wać. Tym razem nasz bata­lion nie zosta­nie w rezer­wie. Będzie nam dane stać się pierw­szą falą ata­ku­ją­cych oddzia­łów i to wła­śnie my będziemy sztur­mo­wać owe prze­wę­że­nie pod Homielą.

* * *

Wie­ści, które następ­nego dnia dotarły do nas od naszych pod­od­dzia­łów roz­po­znaw­czych świad­czyły o tym, że nasze zada­nie zde­cy­do­wa­nie nie będzie takie pro­ste. Oddziały rosyj­skie zajęły Homiel i wysa­dziły most na prze­smyku wod­nym łączą­cym oba jeziora. Jeńcy wzięci przez naszych zwia­dow­ców dostar­czyli bar­dzo cen­nych infor­ma­cji. Wszel­kie podej­ścia do mostu są szczel­nie kon­tro­lo­wane przez dwa poło­żone w pobliżu schrony bojowe, nato­miast wąskie jary, przez które mie­li­śmy zamiar się prze­drzeć, są prze­strze­li­wane krzy­żo­wym ogniem z kolej­nych pię­ciu schro­nów. W głębi pozy­cji wróg posia­dał jesz­cze wię­cej sta­łych umoc­nień. Przede wszyst­kim nale­żało naj­pierw oczy­ścić wieś z czer­wo­nych, następ­nie zaś prze­pra­wić się przez prze­smyk wodny, jed­no­cze­śnie wypie­ra­jąc wroga ze schro­nów wokół wsi, a wresz­cie, na sam koniec, zła­mać opór tyło­wych pozy­cji obron­nych i roz­miesz­czo­nych tam bun­krów. Przed ata­kiem nie pla­no­wano poło­że­nia ognia arty­le­rii na tyłowe pozy­cje wroga.

Z pomocą moich sani­ta­riu­szy prze­ka­za­łem do wia­do­mo­ści żoł­nie­rzy bata­lionu roz­kaz zabra­nia­jący spo­ży­wa­nia jakich­kol­wiek posił­ków przez ostat­nie sześć godzin przed roz­po­czę­ciem naszego ataku. Miało to na celu zwięk­sze­nie szans prze­ży­cia tych nie­szczę­śni­ków, któ­rym przy­trafi się postrzał w brzuch. Wyja­śnia­jąc żoł­nie­rzom powody tej decy­zji pod­kre­śla­łem, że nawet naj­mniej­szy kawa­łek chleba, lądu­jący w żołądku, powo­duje zwięk­szone ukrwie­nie jelit i w przy­padku pora­że­nia jamy brzusz­nej wewnętrzny krwo­tok okaże się znacz­nie bar­dziej inten­sywny. Celem prze­pro­wa­dze­nia krót­kiej narady koor­dy­nu­ją­cej z Neu­hof­fem, Hil­le­man­n­sem i Kage­nec­kiem, przy­był do nas puł­kow­nik Bec­ker w towa­rzy­stwie swo­jego adiu­tanta von Kal­kreu­tha. W cza­sie, gdy odby­wało się spo­tka­nie, roz­da­łem żoł­nie­rzom zie­lone siatki prze­ciw owa­dom, które zakła­dało się na hełm. Miały sta­no­wić ochronę przed chma­rami koma­rów, które na oko­licz­nych, pod­mo­kłych tere­nach, wystę­po­wały w nie­wy­obra­żal­nych wręcz ilo­ściach, ale przede wszyst­kich miały chro­nić przed uką­sze­niami nie­zna­nych, ni to moski­tów, ni to much o nie­wia­ry­god­nych wręcz roz­mia­rach, które posia­dały w swym arse­nale nie tylko trąbkę do wysy­sa­nie krwi, ale i żądło. Ich cią­głe ataki, szcze­gól­nie w porze noc­nej, były czymś strasz­nym. Ze względu na ich dra­pież­ność i roz­miary prze­zwa­li­śmy te mon­stra "sztu­ka­sami", na cześć naszych bom­bow­ców nur­ku­ją­cych Jun­kers Ju-87 Stuka.

O godzi­nie ósmej wie­czo­rem Neu­hoff zwo­łał naradę wszyst­kich ofi­ce­rów bata­lionu. Upał już zelżał, ale słońce z upo­rem wisiało nad hory­zon­tem, jakby nie chciało, bodaj na krótką let­nią noc, odda­wać swej wła­dzy nad świa­tem. Jakiś żoł­nierz grał na har­mo­nijce ust­nej popu­larny nie­miecki motyw, a grupka jego kole­gów leni­wie i tro­chę nie do końca w rytm, pod­śpie­wy­wała chó­rem. Lekki wia­te­rek zawie­wał od kuchni polo­wej zapach nie­śmier­tel­nego gula­szu. A prze­cież tylko kilka kilo­me­trów od nas, nie tylko w zasięgu wzroku, ale i słu­chu, sie­dzieli przy­cza­jeni w swo­ich schro­nach rosyj­scy żoł­nierze, w napię­ciu ocze­ku­jący naszego jutrzej­szego szturmu.

Dowódca czter­na­stej kom­pa­nii prze­ciw­pan­cer­nej, kapi­tan Noack (cał­kiem nie­dawno, w cza­sie kam­pa­nii fran­cu­skiej, będący jesz­cze porucz­ni­kiem), star­szy sier­żant Sche­iter z trzy­na­stej kom­pa­nii dział pie­choty, razem z innymi ofi­ce­rami uważ­nie słu­chali wystą­pie­nia Kage­necka, który wyja­śniał kolej­ność naszych jutrzej­szych dzia­łań zgod­nie z opra­co­wa­nym wcze­śniej pla­nem ataku.

W ślad za krót­kim przy­go­to­wa­niem arty­le­ryj­skim, któ­rym, koniec koń­ców, nie pogar­dzono, mie­li­śmy wziąć sztur­mem wieś Homiel, a następ­nie osta­tecz­nie oczy­ścić ją z Rosjan. Noack i Sche­iter mieli ze swo­imi lek­kimi dział­kami zająć szybko pozy­cje na zdo­by­tym przy­czółku i bez­po­śred­nim ogniem na wprost stłu­mić ogień naj­bliż­szych schro­nów wroga. Pod ich osłoną nasze główne oddziały sztur­mowe, grupy sape­rów i mio­ta­czy ognia miały for­so­wać prze­smyk wodny mię­dzy jezio­rami oraz wyko­nać manewr obej­ścia, prze­pra­wia­jąc się na gumo­wych łód­kach przez wąską odnogę jeziora -?wszystko celem omi­nię­cia głów­nych ognisk oporu i ude­rze­nia na schrony i pozy­cje obronne wroga od tyłu. Wszyst­kie pod­od­działy saper­skie, nie­bio­rące bez­po­śred­nio udziału w tej ope­ra­cji, miały być rzu­cone do natych­mia­sto­wej odbu­dowy wysa­dzo­nego mostu, aby umoż­li­wić szybką prze­prawę rezer­wo­wym gru­pom pie­choty, mają­cym za zada­nie umoc­nie­nia się na przy­czółku mosto­wym po stro­nie nie­przy­ja­ciela. Ich dal­sze i jedyne zada­nie pole­gać miało na twar­dym trzy­ma­niu tej waż­nej pozy­cji do czasu podej­ścia sił głów­nych. Po przy­wró­ce­niu mostu do stanu użyt­ko­wa­nia, powinna prze­pra­wić się po nim pozo­stała część bata­lionu wraz z ciężką arty­le­rią. Nie zwal­nia­jąc tempa natar­cia, bata­lion miał następ­nie kie­ro­wać się ku kolej­nemu mostowi pod wsią Dalec­kije, około 5 kilo­me­trów dalej, a następ­nie roz­wi­nąć się w masy­wach leśnych w rejo­nie wsi Saroczka, ozna­czo­nej na naszych mapach jako "Punkt 62". Takie były nasze zada­nia na pierw­szy dzień.

Mojemu wła­snemu, małemu pod­od­dzia­łowi medycz­nemu wyda­łem dys­po­zy­cje, odpo­wia­da­jące naszemu ogól­nemu pla­nowi ataku. Wege­ner miał w cza­sie szturmu pozo­sta­wać cały czas przy szta­bie Neu­hoffa, Müller miał za zada­nie, nie podej­mu­jąc zbęd­nego ryzyka, towa­rzy­szyć mojemu fur­go­nowi sani­tar­nemu i uwa­żać, by nie dostał się pod ostrzał wroga. Miał także kie­ro­wać sani­ta­riu­szy wszę­dzie tam, gdzie będą naj­bar­dziej potrzebni, a następ­nie dołą­czyć do pozo­sta­łych po zakoń­cze­niu walki. Peter­mann, razem ze swoim koniem i z moim Sza­chra­jem miał zostać przy koniach Neu­hoffa i Lam­mer­dinga. Dehorn i ja mie­li­śmy bez­po­śred­nio towa­rzy­szyć ata­ku­ją­cym oddzia­łom, aby móc oka­zy­wać natych­mia­stową pomoc ran­nym. Major-dok­tor Schulz przy­dzie­lił mi dodat­kową sani­tarkę, którą odda­łem pod stałą opiekę Müllera.

Dowódcy pod­od­dzia­łów, cza­sowo odda­nych pod naszą komendę, udali się do swo­ich ludzi, nato­miast ofi­ce­ro­wie trze­ciego bata­lionu sie­dzieli jesz­cze przez jakiś czas razem i o czymś dys­ku­to­wali. Neu­hoff był bar­dzo poważny i sku­piony. Hil­le­manns, jak co dzień, zaj­mo­wał się swoją "papier­kową wojną", a Kage­neck, Stolz i Lam­mer­ding, hoł­du­jąc zasa­dzie "nic po sobie nie poka­zuj", jakby ni­gdy nic żar­to­wali z sie­bie nawza­jem. I nawet młodsi ofi­ce­ro­wie, na myśl o tym, co przy­nie­sie jutrzej­szy pora­nek, nie oka­zy­wali żad­nego spe­cjal­nego zde­ner­wo­wa­nia. W rze­czy­wi­sto­ści jed­nak, abso­lutna więk­szość tych ludzi odczu­wała coraz więk­sza trwogę. Hil­le­manns zebrał do kupy swoje papiery i prze­ka­zał do ogło­sze­nia całemu bata­lio­nowi roz­kaz o ataku, pod­pi­sany przez Neu­hoffa. "Ofi­ce­ro­wie, podofi­ce­ro­wie i żoł­nie­rze trze­ciego bata­lionu idą do boju za führera, naród i ojczy­znę z nie­za­chwiana wiarą w zwy­cię­stwo. Pod­pi­sano: major Neu­hoff. W mar­szu, dnia 14.07.1941".

W ostat­niej godzi­nie przed zacho­dem słońca napi­sa­łem długi list do Marty, nie wspo­mi­na­jąc ani sło­wem a tym, co czeka nas jutro. Czu­łem się zmę­czony i z rado­ścią myśla­łem o nie­prze­rwa­nym, kil­ku­go­dzin­nym odpo­czynku, na który mogłem sobie pozwo­lić, zanim o trze­ciej rano nasze oddziały ruszą na pozy­cje wyj­ściowe do ataku.

* * *

Mijały ostat­nie godziny przed świ­tem. Nasze kom­pa­nie, sta­ran­nie zama­sko­wane i ukryte przed wzro­kiem wroga, zale­gły w wyso­kiej tra­wie, za krza­kami i na polach żyta. Z tyłu za nami, roz­cią­gnięte w długą linię, przy­go­to­wało się do walki trzy­dzie­ści osiem dzia­ło­nów arty­le­ryj­skich róż­nego kali­bru. Poza cięż­kimi moź­dzie­rzami kali­bru 210 mili­me­trów mie­li­śmy jesz­cze jedną "Gru­ba­skę" -?ogromne działo kali­bru 250 mili­me­trów, któ­rego głów­nym zada­niem było znisz­cze­nie wyjąt­kowo potęż­nego schronu, który wstrze­lany był w oby­dwa przy­czółki mostowe. Rzę­dem obok mnie roz­sta­wione były 88-mili­me­trowe działa prze­ciw­lot­ni­cze, które miały strze­lać bez­po­śred­nio po strzel­ni­cach schro­nów.

Do początku ope­ra­cji zostało jesz­cze pół godziny i do tego czasu zde­cy­do­wa­łem się ukryć przed chma­rami tną­cych koma­rów w moim Mer­ce­de­sie. Dehorn poszedł za moim przy­kła­dem. Wege­ner wraz z moim eta­to­wym kie­rowcą, zasia­dali już w środku popa­la­jąc papie­rosy. Zapa­li­łem i ja, po czę­ści, aby czymś się zająć, czę­ściowo, aby jakoś odstra­szyć te kosz­marne owady. "Sztu­kasy" i tak się do nas dobie­rały, więc pod­nie­śli­śmy boczne szyby.

Zapa­dła jakaś ciężka cisza. Bar­dziej żeby coś powie­dzieć, niż dla­tego, że było to potrzebne, zapy­ta­łem Wege­nera:

-?Dobrze zapa­mię­ta­łeś, jakie są twoje obo­wiązki?

-?Tak jest, panie dok­to­rze.

-?Dobrze -?kiw­ną­łem głową. -?Kiedy my z Dehor­nem będziemy posu­wać się z ata­ku­ją­cymi pod­od­dzia­łami, ty ślicz­nie przy­go­tu­jesz punkt opa­trun­kowy.

Na wscho­dzie poka­zał się rąbek pur­pu­rowo-czer­wo­nego słońca. Gdzieś tam od wschod­niej strony, daleko od nas, sły­chać było bez­ładną strze­la­ninę Ruskich, cza­sami prze­ry­waną dono­śnymi wystrza­łami wiel­ko­ka­li­bro­wych dział ich pociągu pan­cer­nego. W naszym sek­to­rze jak na razie pano­wał kom­pletny bez­ruch i zło­wiesz­cza cisza. Na wscho­dzie wyjąt­kowo wielka tar­cza słońca nie­spiesz­nie wynu­rzała się zza hory­zontu, nie dając jesz­cze wiele świa­tła i wyso­kie jodły na brzegu jeziora maja­czyły nie­wy­raź­nie niczym ogromne cie­nie jakichś odwiecz­nych straż­ni­ków. Przed nami -?za wsią Homiel i od naszej strony jezior -?pod­mo­kły teren prze­cho­dził w łąki, które gdzie­nie­gdzie ustę­po­wały miej­sca polom zboża.

Z tyłu za naszym samo­cho­dem, nie­da­leko od zama­sko­wa­nego gałę­ziami działa prze­ciw­lot­ni­czego, stali żoł­nie­rze z obsługi i z widoczną ner­wo­wo­ścią palili jed­nego papie­rosa za dru­gim. Wszę­dzie wyczu­wało się nara­sta­jące z każdą chwilą napię­cie.

Wege­ner zabrał swoją sani­tarną torbę i zgod­nie z pla­nem odda­lił się w stronę polo­wego sztabu Neu­hoffa. Ale oto, koło nas, w towa­rzy­stwie Hil­le­man­nsa i Lam­mer­dinga, prze­szedł i sam Neu­hoff.

-?Jaki mamy dokładny czas? -?machi­nal­nie zapy­ta­łem Lam­mer­dinga.

-?W całym pułku zegarki zsyn­chro­ni­zo­wane są na za dwa­dzie­ścia jeden czwarta. Za dwa­dzie­ścia minut zaczy­namy!

-?Dzięki. Życzę powo­dze­nia. I posta­raj­cie się, Lam­mer­ding, nie wpa­dać mi w łapy.

-?Nie mar­tw­cie się. Będę się sta­rać -?jakoś tak nie cał­kiem wesoło uśmiech­nął się w odpo­wie­dzi Lam­mer­ding.

Słońce nad wschod­nim hory­zon­tem pod­no­siło się coraz wyżej i wyżej. Już cał­kiem nie­długo powinno zro­bić się na tyle jasno, aby 88-mili­me­trowe działa mogły zacząć strze­lać mie­rzo­nym, bez­po­śred­nim ogniem. Sto­jący nie­opo­dal czte­rej pod­ofi­ce­ro­wie -?arty­le­rzy­ści zga­sili swoje papie­rosy i nie­śpiesz­nym kro­kiem skie­ro­wali się ku swoim dzia­łom.

Przełamanie Linii Stalina

Prze­ła­ma­nie Linii Sta­lina

-?Czas na nas, Dehorn -?powie­dzia­łem, wyła­żąc z samo­chodu i zatrza­sku­jąc za sobą drzwi.

Dehorn wysko­czył z tyl­nego sie­dze­nia na zewnątrz i zarzu­cił na plecy szelki swo­jego ple­caka sani­tar­nego. Sta­li­śmy koło naj­bliż­szej 88-mili­me­trówki. Jej lufa nakie­ro­wana była na schron znaj­du­jący się po lewej stro­nie od wysa­dzo­nego mostu -?celo­wała pro­sto w strzel­nice. Dowódca dzia­łonu nie odry­wał oczu od zegarka. "Goto­wość za minutę... 30 sekund... 5 sekund" -?pod­niósł rękę -?"Jedna sekunda... ognia!". I szyb­kie mach­nię­cie cho­rą­giewką.

Z napię­ciem wpa­tru­jemy się w schron bojowy. Pierw­szy pocisk pra­wie tra­fił, ale ciut-ciut za wysoko, cho­ciaż zerwał cały kamu­flaż i masko­wa­nie. Ale wystrzał z 88-mili­me­trówki, koło któ­rej sta­li­śmy, był tylko jed­nym z tuzina. Wznie­sie­nie, na któ­rym się znaj­do­wa­li­śmy w oka­mgnie­niu ożyło mnó­stwem jed­no­cze­snych wystrza­łów, zie­mia zako­ły­sała się pod nogami. Zadrżały liście na drze­wach, a skie­ro­wana do przodu fala ude­rze­niowa od wystrza­łów i lawina sprę­żo­nego powie­trza, wywo­łana poci­skami lecą­cymi prak­tycz­nie nad samą zie­mią, powo­do­wała koły­sa­nie i efek­towne bruzdy w wyso­kiej tra­wie, ide­al­nie wzdłuż tra­jek­to­rii lotu poci­sku. Miało się wra­że­nie, że ogłu­sza­jący huk jed­no­cze­snych wystrza­łów dzie­siąt­ków dział roz­ko­ły­sał nie tylko trawę, ale i samo niebo, a na nie­szczę­sną wieś Homiel i umoc­nie­nia wroga po dru­giej stro­nie wody zwa­lił się pie­kielny hura­gan ognia i stali.

Śmier­cio­no­śny ogień dział prze­ciw­lot­ni­czych, biją­cych bez­po­śred­nim ogniem po led­wie widocz­nym spod masko­wa­nia bun­krom, prze­ry­wany był cha­rak­te­ry­stycz­nymi łup­nię­ciami wystrza­łów "Gru­ba­ski" i głu­chym wyciem jej wiel­ko­ka­li­bro­wych poci­sków lecą­cych na duży schron poło­żony po lewej stro­nie mostu. Pozo­stałe schrony także solid­nie obry­wały od 21-cen­ty­me­tro­wych moź­dzie­rzy, pod­czas gdy 10,5-cen­ty­me­trowe hau­bice, 15-cen­ty­me­trowe działa i dale­ko­siężne 100-mili­me­trówki gęstym ogniem nakryły zajętą przez wroga wieś.

Pło­mie­nie szybko ogar­niały, roz­no­szone pro­sto na naszych oczach, domy. W powie­trze raz za razem wzla­ty­wały fon­tanny ziemi prze­mie­szane z cegłami i drew­nia­nymi bel­kami -?wieś Homiel meto­dycz­nie, dom po domu, ście­rana była z powierzchni ziemi. Widzie­li­śmy wyraź­nie posta­cie rosyj­skich żoł­nie­rzy -?wybie­gali z pło­ną­cych budyn­ków i padali mar­twi na ulicy. Trudno było sobie wyobra­zić, aby w tym hura­ga­no­wym ostrzale, nio­są­cym śmierć wszyst­kiemu, co żywe, kto­kol­wiek mógł oca­leć. W tym cza­sie cięż­kie moź­dzie­rze prze­rzu­cały wysoko nad jezio­rem swoje potężne 21-cen­ty­me­trowe poci­ski burzące, zwa­la­jąc je na pozo­stałe beto­nowe schrony i umoc­nie­nia ziemne. Po pro­stu nie­po­jęte było, jak to moż­liwe, aby cokol­wiek wciąż tam jesz­cze stało na swoim miej­scu. Widok ogól­nych znisz­czeń, które już zdą­żył spo­wo­do­wać ostrzał, był zupeł­nie nie­wia­ry­godny. Zma­so­wany ogień arty­le­rii kładł się na przed­nią pozy­cję rosyj­skiej linii obrony przez całą godzinę -?mia­łem wra­że­nie, że trwa to całą wiecz­ność. Przez cały ten czas pie­chota, sta­ran­nie ukryta przed wzro­kiem wroga, cze­kała cier­pli­wie na sygnał do ataku.

Równo o pią­tej rano, prak­tycz­nie nie prze­ry­wa­jąc ognia, każde działo pod­nio­sło kąt ostrzału do uzgod­nio­nego wcze­śniej poziomu i prze­nio­sło nawałę na drugą linię obrony prze­ciw­nika. Poci­ski ryczały prze­ni­kli­wie nad gło­wami naszych pod­od­dzia­łów sztur­mo­wych, wcho­dzą­cych w skład dzie­wią­tej i dzie­sią­tej kom­pa­nii Teit­gena i Stolza, które już zbie­gały po stoku wzgó­rza na pła­ski kawa­łek terenu, cią­gnący się bez­po­śred­nio aż do samej wsi Homiel. Po kilku minu­tach obie kom­pa­nie były już w dymią­cej wsi, a ich trasę śle­dziły z natę­że­niem setki par oczu. Jede­na­stą kom­pa­nię do ostat­niej chwili trzy­ma­li­śmy w rezer­wie.

-?Dawaj, Dehorn! -?roz­ka­za­łem. -?Teraz nasza kolej!

Zbie­gli­śmy do pod­nóża pagórka, prze­bie­gli­śmy pła­ski odci­nek terenu i zna­leź­li­śmy się na samym początku głów­nej ulicy Homieli. Wokół nas natych­miast wystrze­liły fon­tanny ziemi od serii kara­bi­nów maszy­no­wych, a kilka kul zaświ­stało nam nad samymi gło­wami. Stało się cał­kiem jasne, że przy­naj­mniej nie­które z poje­dyn­czych wro­gich schro­nów jakimś cudem prze­trzy­mały ten nie­ziem­ski ostrzał, cho­ciaż na ile było widać, więk­szość z nich była w znacz­nym stop­niu roz­bita. Wtu­li­li­śmy głowy w ramiona i dali­śmy nura do rowu. Gęsty dym powoli snuł się po wsi, ogar­niał prze­smyk wodny i wisiał nad taflą jeziora oraz upar­cie bro­nią­cymi się schro­nami. Gdy chmura dymu w któ­rymś momen­cie na chwilę się pod­nio­sła, zauwa­ży­łem że walka jest głów­nie skon­cen­tro­wana na końcu wsi, w pobliżu wysa­dzo­nego mostu.

Sta­ra­jąc się trzy­mać z daleka od uli­czek, prze­strze­li­wa­nych przez nie­przy­ja­ciel­skie ceka­emy, we dwóch z Dehor­nem pró­bo­wa­li­śmy prze­dzie­rać się do przodu wyko­rzy­stu­jąc przy tym do ukry­cia pło­nące domy. Na uli­cach i mię­dzy domami leżeli zabici Rosja­nie. Nie­które ciała były potwor­nie oka­le­czone odłam­kami naszych poci­sków arty­le­ryj­skich. I wtedy zoba­czy­li­śmy ran­nego żoł­nie­rza z kom­pa­nii Teit­gena. Lekki, pro­sto­pa­dły postrzał w ramię. We trzech wbie­gli­śmy do domu, któ­rego jedna połowa, sądząc po obry­sie fun­da­mentu, była unie­siona niczym wichurą. Seria z ceka­emu roz­wa­liła w drza­zgi ramę okienną i ude­rzyła w ścianę naprze­ciwko okna.

-?Uwa­żać! -?wrza­sną­łem. -?W pokoju z tyłu będzie bez­piecz­niej.

Oca­lała połówka domu była pusta. W kilka minut oczy­ści­li­śmy i prze­wią­za­li­śmy ranę. Kości ramie­nia były na szczę­ście całe. Aby uśmie­rzyć ból, zro­bi­łem żoł­nie­rzowi zastrzyk z mor­finy i zaraz mu to pomo­gło.

-?Dobre miej­sce na punkt opa­trun­kowy -?powie­dzia­łem do Dehorna, oce­nia­jąc oca­lałą część domu i następ­nie, zwra­ca­jąc się do ran­nego żoł­nie­rza, powie­dzia­łem:

-?Wkrótce pojawi się tu mój pod­ofi­cer. Nazywa się Wege­ner. Cze­kaj­cie na niego i powtórz­cie, że ma tu orga­ni­zo­wać punkt opa­trun­kowy.

Dehorn wywie­sił flagę z czer­wo­nym krzy­żem przed wej­ściem do domu i zaczę­li­śmy prze­miesz­czać się dalej, tam gdzie trwał bój na podej­ściach do znisz­czo­nego mostu. Posu­wa­li­śmy się bar­dzo ostroż­nie, miej­scami nawet czoł­ga­jąc się i wyko­rzy­stu­jąc dla osłony, co się tylko dało, nawet kłęby dymu. Z mostu zostały tylko ster­czące z wody kikuty drew­nia­nych pali, wokół któ­rych woda bez prze­rwy goto­wała się od serii z broni maszy­no­wej. Z prze­ciw­le­głego brzegu prak­tycz­nie nie­prze­rwa­nie walił krzy­żowy ogień. Schron bojowy z lewej strony mostu, naj­więk­szy, i ten, któ­rego ognia naj­bar­dziej się oba­wia­li­śmy, stał teraz mar­twy i cichy -?efekt roboty naszej "Gru­ba­ski". Za to bun­kier po pra­wej stro­nie mostu wciąż nie­prze­rwa­nie strze­lał i w dodatku poma­gał mu w tym ogień ceka­emu z trze­ciego schronu, poło­żo­nego nie­opo­dal na brzegu jeziora.

Od naszej strony, na podej­ściach do mostu, bez­wład­nie roz­rzu­ciw­szy ręce i nogi, leżało mnó­stwo mar­twych żoł­nie­rzy rosyj­skich, a ciała dwóch z nich, na wpół zanu­rzone w wodzie, zwi­sały w poprzek drew­nia­nych roz­pór. Wyglą­dało na to, że pró­bo­wali unik­nąć walki i naj­wy­raź­niej zostali zastrze­leni przez swo­ich w cza­sie gdy sta­rali się prze­do­stać po reszt­kach mostu na drugi brzeg.

Nasze wła­sne lek­kie działka stop­niowo prze­miesz­czały się teraz w pobliże mostu i jedna z 37-mili­me­tró­wek Noacka otwo­rzyła już ogień do na wpół zbu­rzo­nego schronu po pra­wej stro­nie, który jakimś nie­po­ję­tym spo­so­bem wciąż jesz­cze kon­ty­nu­ował swój uparty bój. Wąska nie­gdyś strzel­nica przed­sta­wiała teraz sobą wielki, zie­jący czarną dziurą otwór i wkrótce pro­sto w ten otwór wle­ciały nasze dwa poci­ski. Gęste zwały dymu, niczym rzeka, waliły ulicą w naszą stronę i kłę­biąc się otu­lały resztki mostu wraz z kana­łem. W tej zasło­nie maja­czyły jakieś syl­wetki prze­dzie­ra­jące się do mostu; w jed­nej z nich z tru­dem roz­po­zna­łem Schnit­t­gera. Wyglą­dało na to, że chcą poko­nać prze­smyk po oca­la­łych kawał­kach mostu, ska­cząc z jed­nego na drugi. Ze wszyst­kich sił wytę­ży­łem wzrok sta­ra­jąc się śle­dzić ich ruchy, ale gęsty dym, który po tej stro­nie krył ich przed Rosja­nami i mnie nie pozwa­lał nic dostrzec.

Minęły dwie czy trzy minuty ner­wo­wego ocze­ki­wa­nia. Dym stop­niowo się roz­wiał. Schnit­t­ger i jego ludzie już wdra­py­wali się na prze­ciw­le­gły brzeg. Nie­któ­rzy prze­pra­wili się wpław, a innym udało się prze­do­stać po ster­czą­cych z wody reszt­kach mostu w momen­cie, gdy szczę­śli­wie otu­lił go obłok dymu. Teraz prze­dzie­rali się do wal­czą­cego upar­cie schronu po pra­wej stro­nie mostu, ale kolejne kłęby dymu przy­wiane od strony wsi zasło­niły mi widok. Z tego dymu dobiegł trzask nie­licz­nych nie­miec­kich auto­ma­tów i wybu­chy gra­na­tów ręcz­nych. Domy­śli­li­śmy się, że Schnit­t­ger i jego ludzie wal­czą z Rosja­nami zale­ga­ją­cymi w oko­pach wyry­tych mię­dzy schro­nami. Dym w końcu się roz­wiał i wtedy zauwa­ży­li­śmy, że na dru­gim brzegu poja­wiło się jesz­cze wię­cej nie­miec­kich żoł­nie­rzy. 37-mili­me­trowe działko prze­rwało ogień i znaj­du­jący się w pobliżu schronu żoł­nie­rze z mio­ta­czami zaczęli bez­li­to­śnie pole­wać ambra­zurę stru­gami żywego ognia.

Wię­cej już z tego schronu nie dobiegł nawet jeden dźwięk.

Meto­dycz­nie wszyst­kie pozo­stałe na tym odcinku umoc­nie­nia polowe prze­ciw­nika były stop­niowo neu­tra­li­zo­wane, walkę kon­ty­nu­ował tylko trzeci schron -?ten, który znaj­do­wał się naj­da­lej, nad samym jezio­rem. Trwało to dosłow­nie chwilę, gdy nasi sape­rzy uru­cho­mili prze­prawę przez prze­smyk, kła­dąc na pale dłu­gie i sze­ro­kie deski, po któ­rych grupy sztur­mowe jedna za drugą prze­do­sta­wały się na tam­ten brzeg. Dwóch żoł­nie­rzy zostało przy tym tra­fio­nych z owego trze­ciego schronu, wpa­dli do wody i uto­nęli, ale główna masa ludzi bez prze­rwy prze­są­czała się na drugą stronę.

Wtedy usły­sza­łem kil­ka­krot­nie powta­rzane krzyki "Sani­ta­riusz! Sani­ta­riusz!" i razem z nie­od­łącz­nym, dosłow­nie dep­czą­cym mi po pię­tach, Dehor­nem pędem rzu­ci­li­śmy się w stronę mostu. Roz­pacz­li­wie balan­su­jąc rękoma i ryzy­ku­jąc, że zwa­limy się do wody, zdo­ła­li­śmy jakoś szczę­śli­wie prze­biec po tań­czą­cych nam pod sto­pami deskach. Wro­gie kule świ­stały nam nad gło­wami we wszyst­kich moż­li­wych i niemoż­li­wych kie­run­kach. Zatrzy­maw­szy się na mgnie­nie oka po dru­giej stro­nie, aby bodaj na sekundę zła­pać oddech, zaraz zaczę­li­śmy wdra­py­wać się na brzeg na wyso­ko­ści dopiero co uci­szo­nego schronu. W naj­bliż­szym rowie łącz­ni­ko­wym, któ­rym nie omiesz­ka­li­śmy się posłu­żyć, byli już na szczę­ście nasi żoł­nie­rze. Tuż obok, wywa­lony wybu­chem naszego 21-cen­ty­me­tro­wego poci­sku, ział wielki i bar­dzo głę­boki lej.

-?Wszyst­kich ran­nych tutaj! -?krzyk­ną­łem jak naj­gło­śniej i pierw­szy sto­czy­łem się do leja.

Dehorn zaraz umie­ścił na skraju zawczasu przy­go­to­wany długi kij z flagą czer­wo­nego krzyża. Za nami do leja wpeł­zło trzech lekko ran­nych a czwar­tego, ciężko ran­nego, przy­dźwi­gano na noszach. Miał prze­strze­lone na wylot płuca, przy czym nie była uszko­dzona żadna główna arte­ria. Dałem mu zastrzyk prze­ciw­bó­lowy i poło­ży­łem na boku.

-?Nawet nie drgnij! -?powie­dzia­łem surowo. -?Krwa­wie­nie można powstrzy­mać tylko przy cał­ko­wi­tym bez­ru­chu.

A do leja tasz­czyli już kolejne nosze. Przy­nie­śli pół­przy­tom­nego żoł­nie­rza z kosz­mar­nie głę­boką raną gar­dła. Z pew­no­ścią utra­cił już mnó­stwo krwi. Puls był jesz­cze wyczu­walny, ale wąt­pliwe było czy wytrzyma dłu­żej taki szok. "Być może -?pomy­śla­łem -?jeśli od razu dam mu solidną dawkę mor­finy i natych­miast i prze­to­czę krew, to mu się uda". To była jego jedyna szansa, bez trans­fu­zji nie­wąt­pli­wie by zmarł.

Na szczę­ście na dnie leja było względ­nie bez­piecz­nie, a ja mia­łem ze sobą prze­no­śne urzą­dze­nie Braun -?Mel­sun­gen do trans­fu­zji krwi. Nasze działa prze­nio­sły już ogień na następną linię obrony nie­przy­ja­ciela, ale wroga arty­le­ria wciąż jesz­cze się cał­kiem aktyw­nie odgry­zała i to, mię­dzy innymi, strze­la­jąc po naszym przy­czółku. Mie­li­śmy wiel­kie szczę­ście, że żaden pocisk nie roze­rwał się w naszym bez­po­śred­nim sąsiedz­twie. Ale świst kul wystrze­li­wa­nych z rosyj­skich auto­ma­tów i tak spra­wiał, że czę­sto mimo­wol­nie zni­ża­li­śmy głowy.

-?Dawca! -?ryk­ną­łem do noszo­wego z dzie­sią­tej kom­pa­nii. -?Potrze­buję dawcy z grupą krwi "zero"!

-?Skąd wie­cie, jaką ma grupę? -?usły­sza­łem głos Stolza. Żoł­nierz z szar­paną raną gar­dła był jed­nym z jego ludzi.

-?Grupa "zero" zawsze pasuje -?odpo­wie­dzia­łem. -?A co to za krew na ręku?

-?E tam, bzdura, po pro­stu zadra­pa­nie.

Rana nie była głę­boka i w ocze­ki­wa­niu na upra­gnio­nego dawcę oczy­ści­łem ją i opa­trzy­łem. Na szczę­ście dość dobrze prze­szko­li­łem się w kwe­stii trans­fu­zji w warun­kach polo­wych jesz­cze w cza­sach, kiedy prze­by­wa­łem w Pru­sach Wschod­nich. Każ­dego żoł­nie­rza w bata­lio­nie kla­sy­fi­ko­wa­łem według grupy krwi i zade­cy­do­wa­łem, celem uprosz­cze­nia dzia­łań pod­czas przy­szłych trans­fu­zji, że zapo­znam się z każ­dym, kto posiada uni­wer­salną grupę "zero". Wszyst­kich prze­ba­da­łem na oko­licz­ność cho­rób wene­rycz­nych i przy­go­to­wa­łem ogólną listę daw­ców posia­da­ją­cych tę grupę krwi. Müller i tak świet­nie znał ich wszyst­kich oso­bi­ście bez żad­nych list. Bez względu na to, że zde­cy­do­wa­nie igno­ro­wa­li­śmy zna­cze­nie czyn­nika odrzu­ce­nia dawcy, to i tak skraj­nie rzadko napo­ty­ka­li­śmy na jakie­kol­wiek kom­pli­ka­cje przy trans­fu­zjach na pierw­szej linii (w woj­skach SS przy­jęte było tatu­owa­nie grupy krwi na pra­wym ramie­niu tak, aby lekarz na pierw­szy rzut oka mógł znać potrzebną grupę krwi. Takie oto, mię­dzy innymi, nie­zmy­walne zna­mię, w przy­szło­ści nie­raz przy­czy­niło się do roz­strze­la­nia licz­nych jego posia­da­czy.).

-?Szlag by tra­fił ten trzeci schron! -?ze zło­ścią wrza­snął Stolz, wyła­żąc z leja. -?Te śmier­dziele nie mają zamiaru się pod­dać! Obe­szli­śmy ich z boku a i tak trzeba ich stam­tąd wyku­rzać. Strze­lają po kolei do każ­dego z naszych!

W końcu sie­dzi przede mną dawca. To potężny West­fal­czyk z Lip­per­landu z żyłami jak u konia.

-?Niech pan bie­rze, dok­to­rze, ile trzeba -?mówi do mnie z uśmie­chem - krwi to ja mam cał­kiem sporo.

W tej sekun­dzie gdzieś nie­da­leko od nas roz­legł się ogłu­sza­jący huk wybu­chu o ogrom­nej sile, który wręcz zako­ły­sał zie­mią pod naszymi nogami. Zasko­czony, drgną­łem i igła wysko­czyła z żyły.

-?Co to było? -?zapy­ta­łem ze zdzi­wie­niem.

-?To Schnit­t­ger wysa­dził wła­śnie drzwi pan­cerne do schronu, ot i tyle - nie­wzru­sze­nie odpo­wie­dział z uśmie­chem mój dawca. -?Żeby Schnit­t­ger nie wlazł do środka trzeba sporo wię­cej niż tam jakiś kawa­łek ruskiego pan­ce­rza!

Dzięki temu, że ran­nemu prze­to­czy­łem pół litra krwi od dawcy, jego tru­pio­blade wargi zaczęły przy­bie­rać znowu swój nor­malny odcień, a puls stał się bar­dziej wyczu­walny i mia­rowy. Puści­łem mocar­nego i try­ska­ją­cego zdro­wiem West­fal­czyka i wpro­wa­dzi­łem ran­nemu do krwio­biegu jesz­cze pół litra płynu fizjo­lo­gicz­nego. Praca serca wró­ciła pra­wie do nor­mal­nego poziomu. Groź­bie gwał­tow­nej śmierci udało się zapo­biec. Deli­kat­nie spraw­dzi­łem opa­tru­nek na gar­dle, aby upew­nić się, że krwo­tok się nie odnowi.

Ze wszyst­kich dziel­nych obroń­ców rosyj­skiego schronu bojo­wego przy życiu został tylko jeden, ale miał na tyle poważne opa­rze­nia, że raczej nie dawa­łem mu nadziei na prze­ży­cie. Tak czy ina­czej, przy­ka­za­łem dwóm jeń­com, któ­rzy potra­fili udzie­lić pierw­szej pomocy, aby go opa­trzyli, a następ­nie dałem im wię­cej środ­ków opa­trun­ko­wych żeby mogli pomóc innym ran­nym Rosja­nom.

W mię­dzy­cza­sie kilka naszych kom­pa­nii prze­pra­wiło się już na wschodni brzeg jeziora i roz­wi­jało się celem kon­ty­nu­owa­nia ataku na głę­biej urzu­to­wane pozy­cje rosyj­skiej linii obrony. Ale naj­trud­niej­sze zada­nie dnia było już wyko­nane. Zdo­by­cie wsi Homiel i prze­cię­cie prze­smyku mię­dzy jezio­rami udało się za pierw­szym razem, a dobrze przy­go­to­wana linia obrony Rosjan -?prze­ła­mana. Z pomocą rosyj­skich jeń­ców nasi sape­rzy zbu­do­wali na reszt­kach sta­rego cał­kiem nowy most i powoli zaczęły się po nim prze­ta­czać nasze pierw­sze cięż­kie działa.

-?No i pięk­nie! -?rado­śnie oznaj­mi­łem Dehor­nowi. -?Müller już tu jest i wszystko idzie zgod­nie z pla­nem.

Wcho­dząc do domu, w któ­rym zało­ży­li­śmy punkt opa­trun­kowy, gło­śno zawo­ła­łem Wege­nera, ale nikt mi nie odpo­wie­dział.

-?Wege­ner mocno obe­rwał... W głowę... -?cicho oznaj­mił Müller, na któ­rego natkną­łem się w drzwiach do tyl­nego pokoju.

Wege­ner leżał razem z innymi ran­nymi na pod­ściółce ze słomy. Był cał­ko­wi­cie przy­tomny, ale mocno zakrwa­wiony ban­daż na jego gło­wie świad­czył o tym, że rana jest bar­dzo poważna. Ostroż­nie odwi­ną­łem opa­tru­nek i zmro­ziło mnie: kula kara­bi­nowa weszła od tyłu prawą stroną szyi, prze­szła przez całą głowę i wyle­ciała przez prawe oko. Pocie­sza­jące było tylko to, że nie było przy tym żad­nych oznak para­liżu.

-?Gdzie to się stało? -?jakoś tak głu­pio zapy­ta­łem Wege­nera. -?Jak można w ogóle odnieść taką ranę?

-?Tu, za domem -?ochry­ple i led­wie zro­zu­miale wyszep­tał. I chyba na tyle mu wystar­czyło sił, gdyż naj­wy­raź­niej nie mógł dalej mówić.

-?Zaraz za węgłem -?pod­chwy­cił Müller. -?Wege­ner wyszedł na zewnątrz żeby przy­nieść wię­cej słomy, schy­lił się po nią i nagle padł plac­kiem. Sta­łem z tyłu za nim i wszystko widzia­łem, wcią­gną­łem go zaraz do domu.

-?Co za cho­lerny nie­fart -?wymam­ro­ta­łem. -?Zała­pać głu­pią kulkę, kiedy cała walka o wieś już się skoń­czyła!

Prawe oko Wege­nera było po pro­stu wybite od wewnątrz kulą. Żało­śnie pusty oczo­dół przy­kry­wała teraz, i to tylko czę­ściowo, górna powieka i kilka podob­nych do nitek kawał­ków ciała. Dolna powieka, a razem z nią część kości twa­rzo­wej w gór­nej czę­ści szczęki też była znie­siona przez kulę. "Co za cho­lerne nieszczę­ście", powta­rza­łem sobie cały czas w duchu. Otwór wlo­towy w tyl­nej czę­ści szyi nie był nawet duży i dla­tego nie było dużego krwa­wie­nia -?może tro­chę wię­cej jak z kapi­lary. Pozo­sta­wia­jąc prawe oko odsło­nięte, nało­ży­łem bied­nemu Wege­ne­rowi nowy opa­tru­nek, zro­bi­łem zastrzyk dla poprawy krą­że­nia i jesz­cze jeden zastrzyk prze­ciw­bó­lowy.

-?Pra­wego oka już nie masz -?powie­dzia­łem jak mogłem naj­spo­koj­niej. - Ale dobry pro­te­tyk zrobi ci takie oko, że z wierz­chu będzie wyglą­dać jak praw­dziwe. Naj­waż­niej­sze, że mózg nie jest uszko­dzony, a lewym okiem szybko nauczysz się widzieć nie gorzej niż dwoma. Nie upa­daj na duchu przy­ja­cielu! No i podejdź do całej sytu­acji jesz­cze z tej strony, że ozna­cza to dla cie­bie koniec wojny.

Do cha­łupy pod­je­chała nasza sani­tarka. Trzech pozo­sta­łych żoł­nie­rzy miało nie­po­rów­ny­wal­nie lżej­sze obra­że­nia i Müller pomógł im usa­do­wić się w środku. Wege­ner w tym cza­sie usnął. Puls miał mocny i rów­no­mierny. Razem z Dehor­nem wsko­czy­li­śmy do sani­tarki i ruszy­li­śmy w stronę mostu, aby zabrać ran­nych leżą­cych w leju. W dro­dze powrot­nej chcie­li­śmy wpaść po Wege­nera. Ranni z lżej­szymi postrza­łami mieli zacze­kać na kolejną sani­tarkę.

Ostroż­nie prze­je­cha­li­śmy przez most, ale tym razem z trze­ciego schronu już nikt nie strze­lał. Cho­ciaż Stolz patrzył już na ten schron jak na swoją wła­sną zdo­bycz, to osta­tecz­nie wykoń­czył go nie on a... Bol­ski! Dokład­nie w momen­cie, kiedy Stolz roz­ma­wiał ze mną w leju o tym, że ma zamiar wyku­rzyć stam­tąd Ruskich pod­cho­dząc ich od tyłu, Bol­ski wziął grupkę żoł­nie­rzy Stolza i odsta­wił pry­mi­tywny, fron­talny atak na bun­kier. Co by nie mówić, było to z jego strony strasz­nie lek­ko­myślne, ale efekty oka­zały się cał­kiem nie­złe. Udo­wod­niw­szy tym spo­so­bem swoją (choć i bez­myślną) odwagę w walce, Bol­ski zaczął uwa­żać, iż wyro­bił sobie w Homieli praw­dziwe imię i wszech­obecne uzna­nie dla swych nie­wąt­pli­wych rycer­skich zalet.

Nasza arty­le­ria skie­ro­wała teraz ogień na most koło wsi Dalec­kije i sły­sze­li­śmy jak rosyj­skie działa nie­prze­rwa­nie odpo­wia­dają ogniem. Mimo to, kiedy zabie­ra­li­śmy naszych ran­nych, nie było się czego bać, gdyż ich ogień ześrod­ko­wany był gdzieś z boku. Stan żoł­nie­rza, któ­remu robi­łem trans­fu­zję oka­zał się cał­ko­wi­cie zado­wa­la­jący i ten rado­sny fakt wypeł­nił mi duszę naj­szczę­śliw­szym uczu­ciem -?prze­cież kiedy ujrza­łem tego bie­daka pierw­szy raz, byłem pewien, że ma marne szanse na prze­ży­cie. Sani­tarka cicha­czem wra­cała ulicz­kami Homieli, aby zabrać do szpi­tala na tyłach Wege­nera razem z ran­nym w gar­dło żoł­nie­rzem. Kiedy odjeż­dżali, odpro­wa­dza­li­śmy z Dehor­nem ostroż­nie kole­biący się na wybo­jach samo­chód smut­nymi spoj­rze­niami. Roz­sta­nie z Wege­ne­rem bar­dzo mocno prze­żył Dehorn, a poza tym nasz sani­ta­riusz był prze­cież moim ziom­kiem. W ten spo­sób wojna, można powie­dzieć, dotarła nam do domu.

Dołą­czyw­szy do głów­nej kolumny naszych wojsk, ruszy­li­śmy razem ze wszyst­kimi drogą na Dalec­kije. Na pobo­czu zoba­czy­łem pięć świe­żych mogił, na któ­rych dopiero co posta­wiono brzo­zowe krzyże. Dwóch pole­głych było z dzie­wią­tej kom­pa­nii Teit­gena, która wyko­nała boha­ter­ski skok na naszym lewym skrzy­dle, jeden był z kom­pa­nii Stolza i jeden z dwu­na­stej kom­pa­nii Kage­necka. Piąty był sape­rem. Popa­trzy­łem na zega­rek. Było dwa­dzie­ścia pięć po ósmej. Cała ope­ra­cja zajęła mniej niż cztery godziny.

-?Nazwi­ska pole­głych? -?zapy­ta­łem żoł­nie­rza, który sta­wiał krzyże a teraz wła­śnie moco­wał na nich sta­lowe hełmy.

Wymie­nił mi po kolei pięć nazwisk. Czte­rech z nich nie zna­łem, ale pią­tym oka­zał się jeden z bliź­nia­ków Stolza. Wró­ci­łem pamię­cią do Fili­powa gdzie w skła­dzie swo­jej kom­pa­nii bliź­niacy grali w piłkę ręczną prze­ciwko dru­ży­nie z dzie­wią­tej kom­pa­nii. Obaj grali dosko­nale i sza­leli po boisku jak taj­fun; jeden z nich strze­lił w samej koń­cówce spo­tka­nia zwy­cię­ską bramkę. Po meczu, śmie­jąc się, każdy utrzy­my­wał, iż to wła­śnie on wbił naj­waż­niej­szego gola i nikt z nas nie wie­dział, który mówi prawdę, a który zwy­czaj­nie żar­tuje. Teraz jeden z nich nie żył. Żarty się skoń­czyły.

-?Gdzie jest drugi brat? -?zapy­ta­łem żoł­nie­rza.

-?Dopiero co tu był. Jak tylko pocho­wał brata, gdzieś poszedł... O, tam jest!

Saperką wska­zał na piasz­czy­stą drogę wio­dącą na wschód i odda­la­jąca się, zgar­bioną syl­wetkę pozo­sta­łego przy życiu bliź­niaka. Tak, to był on... wolny krok, spusz­czona głowa... Pomy­śla­łem wtedy o strasz­li­wej samot­no­ści, bez brata, która teraz będzie męczyć go do samej śmierci. "Trzeba się spie­szyć -?przy­wo­ła­łem się do porządku i szybko dołą­czy­łem do innych. - Czeka nas jesz­cze mnó­stwo roboty".

Gdzieś z przodu zaczęły dud­nić dłu­gie serie naszych cięż­kich kara­bi­nów maszy­no­wych. Wysoka, zgar­biona postać zwol­niła kroku, bliź­niak zszedł z drogi i skie­ro­wał się do lasu.

-?Mam nadzieję, że nie zamie­rza pal­nąć sobie w łeb -?nie­spo­koj­nym gło­sem ode­zwał się Dehorn.

Rzu­ci­li­śmy się w ślad za nim. Bliź­niak zdą­żył już skryć się mię­dzy drze­wami. Gdy bie­gli­śmy przez las, w każ­dej chwili ocze­ku­jąc wystrzału, suche gałę­zie opa­dłe z drzew z ogłu­sza­ją­cym trza­skiem łamały się nam pod sto­pami. W końcu ujrze­li­śmy go sie­dzą­cego na pniu powa­lo­nego drzewa. Opu­ścił głowę na ręce skrzy­żo­wane na kola­nach, a sze­ro­kie plecy wstrzą­sał szloch. Nie widział nas. Co tam zresztą my! W tej chwili nie ist­niał dla niego nikt. Połowa jego wła­snego świata na zawsze została z tyłu -?pod gru­bym brzo­zo­wym krzy­żem.

-?Zostawmy go samego -?wyszep­ta­łem. -?Czło­wiek, który może jesz­cze pła­kać, nie zastrzeli się.

Na dro­dze spo­tka­li­śmy Teit­gena, który oznaj­mił nam, że więk­szość rosyj­skich schro­nów bojo­wych na pierw­szej linii obrony została znisz­czona. Pra­wie wszyst­kie ich załogi wal­czyły upar­cie do samego końca, do nie­woli dostało się nie­wielu.

Główny kie­ru­nek natar­cia naszego bata­lionu był teraz skie­ro­wany na most pod wsią Dalec­kije. Jed­nakże wszy­scy bro­niący się do tej pory upo­rczy­wie Rosja­nie umoc­nili się w gospo­dar­stwie zale­d­wie kil­ka­set metrów od rzeki. Nasi arty­le­rzy­ści bar­dzo szybko pod­pa­lili je cel­nym ogniem swych dział i pło­mie­nie natych­miast ogar­nęły wszyst­kie budynki miesz­kalne i zabu­do­wa­nia gospo­dar­cze. Ata­ku­jąc fermę, sły­sze­li­śmy smutne mucze­nie i ryki pło­ną­cych żyw­cem krów. Ale wkrótce w jed­nym z okien poka­zała się biała flaga zwia­stu­jąca koniec jesz­cze jed­nego zacię­tego boju.

Pła­ska jak stół łąka, cał­kiem duża z tej strony rzeki, łączyła się w oddali z ciem­nym pasmem lasów. Jej przy­brzeżna część była usiana ospo­wa­tymi kra­te­rami po wybu­chach poci­sków. Po prze­ciw­nej stro­nie mostu natknę­li­śmy się na jesz­cze jeden schron, który mógł sta­no­wić dla nas śmier­telne zagro­że­nie. Z jakie­goś powodu był nie­za­ma­sko­wany. Jego zło­wiesz­cze strzel­nice patrzyły groź­nie pro­sto na most -?to dla jego obrony go tutaj posta­wiono. Prze­ciw­pan­cerne działko Noacka grzmot­nęło kilka razy pod rząd pro­sto w ambra­zury, ale w odpo­wie­dzi nie zabrzmiał nawet jeden strzał. Wtedy, aby nie kusić losu, schron ostrze­lało nasze wiel­ko­ka­li­browe działo, ale i jemu nie udało się nikogo spro­wo­ko­wać do jakiej­kol­wiek aktyw­no­ści. Schron upar­cie mil­czał. W sztur­mo­wym tem­pie rzu­ci­li­śmy się przez most i szybko zna­leź­li­śmy się po wschod­niej stro­nie rzeki. Od strony bun­kra cią­gle ta sama, podej­rzana cisza. Z wielką ostroż­no­ścią, poru­sza­jąc się sko­kami od leja do leja, nasze grupki sztur­mowe dotarły w bez­po­śred­nie sąsiedz­two mil­czą­cego sta­no­wi­ska, cały czas nie spusz­cza­jąc oczu ze strzel­nic... Odcze­kaw­szy chwilę, żoł­nie­rze wyko­nali ostatni, decy­du­jący skok! Trzech z nich moc­nym szarp­nię­ciem otwo­rzyło cięż­kie, sta­lowe drzwi i mach­nęło do środka kilka gra­na­tów.

Wewnątrz, z dziurą po kuli w poty­licy, leżał mar­twy komi­sarz. I ani żywego ducha wię­cej. Naj­wi­docz­niej został zastrze­lony przez swo­ich wła­snych pod­wład­nych zanim ci sal­wo­wali się ucieczką.

Można rzec, że pierw­sza faza boju była za nami. Na zegar­kach mie­li­śmy kwa­drans po dwu­na­stej, rosyj­ska linia obrony została prze­rwana, a bata­lion zebrano w jed­nym miej­scu i Neu­hoff wstęp­nie pod­su­mo­wał wyniki dzia­łań. Dzie­więć żel­be­to­no­wych schro­nów bojo­wych zostało znisz­czo­nych a wszyst­kie umoc­nie­nia polowe cał­ko­wi­cie oczysz­czone z ukry­wa­ją­cych się w nich Rosjan. Roz­lo­ko­wa­łem się w wygod­nym miej­scu nie­da­leko od mostu i udzie­li­łem pomocy ostat­nim, ja się wyda­wało, ran­nym. Dla tych, któ­rzy fak­tycz­nie tego potrze­bo­wali, zor­ga­ni­zo­wa­łem wysyłkę na tyły. Na szczę­ście nie było wię­cej przy­pad­ków cięż­kich zra­nień. Ode­bra­łem mel­dunki o wyko­na­nych zada­niach od przy­dzie­lo­nego mi dodat­ko­wego per­so­nelu i zła­pa­łem się na cał­kiem przy­jem­nej myśli, iż w odróż­nie­niu od pierw­szych dni naszej kam­pa­nii, wszy­scy ranni otrzy­mali wykwa­li­fi­ko­waną i, co naj­waż­niej­sze, bły­ska­wiczną pomoc. Gdyby poja­wił się tutaj puł­kow­nik Bec­ker ze swoim zwy­cza­jo­wym pyta­niem doty­czą­cym aktu­al­nej sytu­acji, mógł­bym zupeł­nie szcze­rze odpo­wie­dzieć, że "nic szcze­gól­nego, o czym nale­ża­łoby mel­do­wać" się nie wyda­rzyło. Spo­koj­nie prze­ana­li­zo­wa­łem wyda­rze­nia dzi­siej­szego dnia i dosze­dłem do inte­re­su­ją­cego wnio­sku, iż wraz z Dehor­nem wybra­li­śmy opty­malny sys­tem pracy -?towa­rzy­sze­nie oddzia­łom sztur­mo­wym bez­po­śred­nio na pierw­szej linii. Było to, oczy­wi­ście, dużo bar­dziej ryzy­kowne, ale gwa­ran­to­wało ran­nym sprawną i natych­mia­stową pomoc. Dzia­ła­jąc w ten spo­sób udało się dziś ura­to­wać przy­naj­mniej jedno ludz­kie życie.

W mię­dzy­cza­sie dwa nasze patrole zwia­dow­cze doszły do masywu leśnego leżą­cego w odle­gło­ści około dwóch -?trzech kilo­me­trów od nas i sygna­li­zo­wały stam­tąd, że nie­przy­ja­ciela w nim nie ma. Kiedy wresz­cie sami tam dotar­li­śmy, naszym oczom uka­zała się impo­nu­jąca liczba schro­nów, tran­szei, oko­pów i innych dobrze przy­go­to­wa­nych umoc­nień polo­wych, które Rosja­nie albo porzu­cili, albo któ­rych -?mając na uwa­dze szyb­kość naszego posu­wa­nia się -?po pro­stu nie zdą­żyli obsa­dzić. Tym­cza­sem nasz bata­lion kon­ty­nu­ował marsz w kie­runku osady Saroczka posu­wa­jąc się przez gesty i pra­wie nie­prze­byty las. Na czele kolumny jechała hau­bica polowa i dwa działka prze­ciw­pan­cerne, jede­na­sta kom­pa­nia zabez­pie­czała lewą flankę, dzie­siąta kom­pa­nia prawą. Następny w kolej­no­ści był sztab bata­lionu i pozo­stałe kom­pa­nie pie­choty

W lesie pano­wał zło­wiesz­czy pół­mrok. W oba­wie przed nie­spo­dzie­wa­nym ata­kiem, każdy wytę­żał wzrok, aby wypa­trzeć mię­dzy drze­wami wro­gich snaj­pe­rów zanim zdążą oddać śmier­telny strzał. Pusz­cza wokół nas wyda­wała się dziwna, straszna i jakby nie z tej ziemi. Im głę­biej wcho­dzi­li­śmy w ostępy wie­ko­wego lasu, tym bar­dziej byli­śmy gotowi na nie­ocze­ki­wane spo­tka­nie z przy­cza­jo­nym wro­giem. Jak nam było wia­domo, Linia Sta­lina została zbu­do­wana jesz­cze w 1939 roku i miała sta­no­wić pierw­szą, poważną linię obrony na dro­dze do Moskwy. Z tego względu obsa­dzana była jed­nost­kami spe­cjal­nie wyszko­lo­nymi do walk obron­nych w tego typu for­ty­fi­ka­cjach. Mimo to, prze­rwa­li­śmy umoc­nie­nia i zagłę­bi­li­śmy się na zaple­cze linii wroga na ponad osiem kilo­me­trów... Jed­nak wciąż sły­sze­li­śmy gdzieś z tyłu odgłosy toczą­cej się walki. Ogar­nęło nas nie­przy­jemne uczu­cie, że być może jeste­śmy jedy­nym nie­miec­kim pod­od­dzia­łem, znaj­du­ją­cym się w tej chwili po dru­giej stro­nie rosyj­skiej linii obrony. Dla­tego też w każ­dej chwili spo­dzie­wa­li­śmy się ataku zarówno z przodu, jak i z tyłu, a w zasa­dzie, z każ­dego dowol­nego kie­runku. Nie zatrzy­mu­jąc się, co i rusz mija­li­śmy roz­bu­do­wane, głę­boko urzu­to­wane i sil­nie umoc­nione pozy­cje prze­ciw­nika, na któ­rych jed­nak nie było widać żywego ducha.

Spadł deszcz i z cie­nia wiel­kiego lasu szybko zaczął wypeł­zać mrok. W końcu osią­gnę­li­śmy nasz cel dnia -?"Punkt 62" -?jed­nak Neu­hoff nie śpie­szył się z roz­ka­zem o postoju. W egip­skich ciem­no­ściach prze­dzie­ra­li­śmy się przez las jesz­cze przez około godzinę, nie natra­fia­jąc na żadną drogę.

Ale oto wyrwa­li­śmy się wresz­cie z leśnych ostę­pów i ujrze­li­śmy kilka cha­tek i sto­dół -?miesz­kali tam biedni, rosyj­scy chłopi. Wiele się od nich nie dowie­dzie­li­śmy. Wyja­śniło się tylko, że czer­woni prze­cho­dzili tędy wcze­snym wie­czo­rem, zarówno w kie­runku zachod­nim, jak i wschod­nim. Nie­spe­cjal­nie nas to uspo­ka­jało.

Na postój sta­nę­li­śmy około pół­nocy. Neu­hoff od razu uprze­dził nas, że możemy liczyć naj­wy­żej na czte­ro­go­dzinny odpo­czy­nek. O dru­giej nad ranem przy­je­chał łącz­nik ze sztabu pułku. Wszy­scy, któ­rzy spali w namio­cie dla dowód­ców momen­tal­nie się obu­dzili. Dostar­czony mel­du­nek mówił o tym, iż nasze silne jed­nostki pan­cerne prze­rwały Linię Sta­lina na pół­noc od nas i wkli­no­wały się głę­boko w tery­to­rium wroga, nato­miast nasze natar­cie na połu­dniu nie było już, nie­stety, tak efek­tywne. Nie­miec­kie ataki grzę­zły w roz­bu­do­wa­nym sys­te­mie żel­be­to­no­wych schro­nów bojo­wych i licz­nych rowów prze­ciw­pan­cer­nych -?tam Linia Sta­lina wciąż się trzy­mała. Nasz bata­lion, toru­jący drogę pozo­sta­łym oddzia­łom osiem­na­stego pułku, oka­zał się jedy­nym związ­kiem pie­choty, który prze­bił się przez linie obronne Rosjan. Ozna­czało to, że dopóki umoc­nie­nia nie zostaną prze­ła­mane także na innych odcin­kach, będziemy pozo­sta­wieni sami sobie na tery­to­rium wroga...