*1*
Porucznik Andriej Sołowiejowicz Kotkow, absolwent Wojskowej Akademii Sztabu Generalnego Federacji Rosyjskiej, uczestnik konfliktu w Czeczenii i Afganistanie, leżał na mchu, a z jego piersi sterczał dziwaczny rozwidlony kij.
Po starannie ogolonym policzku Kotkowa szedł niewielki pajączek, a nad jego głową szumiały brzozy.
Nie miał pojęcia, że właśnie po to Wadim opuścił swoje leśne ustronie i z bronią w ręku, sobie tylko znaną drogą, przekroczył granicę między Rumunią a Ukrainą.
Stary dom w pobliżu sześćdziesiątej siódmej c (Drum Nationale 67c) kupił kiedyś za przysłowiowe grosze, wyremontował, urządził i opuszczał rzadko, chyba że wzywali go miłośnicy trofeów.
Byli to z reguły obywatele Niemiec lub Austrii, leniwi, bogaci miłośnicy polowań bez własnego ryzyka. Wadim zapewniał im to, co chcieli, i pozostawiwszy w jego portfelu niebagatelne sumy, powracali do domów zadowoleni.
Szable dzików, poroża jeleni, wilcze skóry były mile widziane, jednak przedmiotem największego pożądania był niedźwiedź, których sporo kręciło się w okolicy przełęczy Urdele, gdzie wypasano stada owiec, lub w lasach niedaleko przełęczy.
Rzecz jasna, kontaktu do Wadima także nie przekazywano sobie za darmo, tym bardziej że był postacią prawie legendarną z tej racji, iż polował na króla gór, używając broni, która dawała równe szanse zwierzęciu i myśliwemu.
Polując, Wadim gardził zanętą, noktowizorami i celownikami optycznymi, owszem, miał w swoim domu kilka sztucerów niezłej klasy i posługiwał się bardziej niż biegle kuszą, ale wierzył w rohatynę.
Rozwidlony kij przemieniał się w jego rękach w śmiercionośną broń i tylko jeden raz się zdarzyło, że gruby zwierz zahaczył go pazurem. Rana nie była głęboka, bardziej ucierpiał rękaw skórzanej kurtki, który Wadim pozszywał, bliznę zaś wkomponował w wymyślny tatuaż, a pytany, skąd się wzięła, odpowiadał, że próbował wykąpać kota.
Wiosną dwa tysiące dziewiętnastego roku po raz kolejny wyruszył do lasu, na wschód od przełęczy Urdele, gdzie, jak usłyszał, widywano młodego, pięknego samca.
Niedźwiedź jednak nie zamierzał stać się łupem myśliwego, zwodził go, czasem dał się słyszeć w głębi lasu, czasem pozostawiał ślady pazurów na korze, zupełnie jakby prowadził z Wadimem jakąś grę - a może sam postanowił na niego zapolować?
Tak czy inaczej, Wadim chodził jego tropem przez kilka dni i na koniec, o wschodzie słońca, kiedy znad przełęczy unosiła się lekka mgła, stanął ze zwierzęciem oko w oko.
Do jasnej i ciężkiej cholery, nigdy jeszcze nie widział tak pięknego stworzenia, o gęstej, złotobrązowej sierści, lśniącej i gładkiej, błyszczącym czarnym nosie i małych, bystrych oczach.
Za nim, w promieniach słońca, padających spomiędzy liści, wirowały jak złoty pył niewielkie owady.
Po co ja to robię, pomyślał nagle Wadim. Czy naprawdę potrzebuję aż tyle pieniędzy? Mara, zjawiskowa dziewczyna, która zawładnęła jego sercem, nie pochwalała tego, czym się zajmował.
- Kiedyś dam sobie spokój - powiedział. - Ale ten czas musi nadejść sam.
- Obiecujesz?
- Tak.
Będzie ze mnie dumna, pomyślał, cisnął na ziemię zaostrzony kij i rozłożył ręce.
- Zabijałem twoich braci - powiedział, nie spuszczając oczu z niedźwiedzia - zatem masz prawo mnie zabić. Cokolwiek się stanie, niech się dzieje. Jestem gotowy.
Czuł się gotowy. W ciągu ułamka sekundy podsumował całe swoje życie i doszedł do wniosku, że mimo wszystko było dobre, nie złamał danego słowa i pozostał wierny obietnicy, jaką złożył Marze. Przestanie polować. To była kwestia czasu, ale wreszcie nadszedł ten odpowiedni. Był honorowy od czasów dzieciństwa i choć wtedy nie do końca rozumiał słowo "hańba" czy "zdrada", to miał niejakie pojęcie o tym, jak krew dopomina się krwi - wiele razy walczył z większymi i tęższymi od siebie przeciwnikami, gdy ci wymyślali mu od Cyganów i złodziei.
Oglądał swoje życie jak film, a zwierz nieruchomo stał naprzeciwko niego i patrzył. Wadim widział jego pazury wieńczące potężne łapy, których cios byłby w stanie zgruchotać mu czaszkę, i czekał.
Nie czuł lęku, żywił nadzieję, że jeśli niedźwiedź zaatakuje, to zginie szybko, choć zapewne nie bezboleśnie.
Nie martwił się o kota, który sobie poradzi, i tak jest na wpół dziki, zresztą prędzej czy później ktoś pojawi się w domu.
Kozy także dadzą sobie radę.
Zatem...
To było najdłuższe w moim życiu pięć minut, wspominał później, siedząc z przyjaciółmi przy piwie.
Niedźwiedź sapnął, jak gdyby ze zniecierpliwieniem, po czym odwrócił się i powoli zniknął pomiędzy drzewami. Jego lśniący zad kołysał się na boki, a drobne gałązki trzeszczały pod ogromnymi stopami.
Wadim oparł się plecami o pień i wyjął papierosa.
Prawdziwy król, pomyślał.
- Na przełęczy nie ma już niedźwiedzi - oznajmił, wróciwszy do cabany, gdzie czekało na niego dwu napalonych na trofea Niemców.
Rzecz jasna, zapłacono mu za kilka dni, które poświęcił na tropienie zwierzęcia, a tydzień później rząd ogłosił, że niedźwiedzie zostają objęte ochroną.
Co ciekawsze, Wadim widział tego niedźwiedzia jeszcze kilka razy, z nieco większej odległości, lecz nigdy nie wchodzili sobie w drogę. Któregoś razu przyszło mu nawet do głowy, że zostali ze sobą związani, on i niedźwiedź, jakąś magiczną więzią.
- Gdybym był Indianinem - powiedział pewnego wieczoru do swojego psa - z pewnością nadano by mi imię Brat Króla Gór albo coś podobnego.
Lato miało się ku końcowi. Pies Wadima zamienił szczenięcy puch na kręcone futro i choć nadal trzymały się go dziecięce figle, wyraźnie doroślał. Nie potrzebował smyczy ani obroży, karnie biegł przy nodze i nigdzie nie oddalał się sam.
Być może działo się tak dlatego, że Wadim rozmawiał z nim jak z człowiekiem, nie wydawał sprzecznych poleceń i konsekwentnie pilnował, aby jego towarzysz nie łamał zakazów.
Z jednym tylko nie mógł sobie dać rady - otóż kiedy zasypiał najgłębszym snem, pies niepostrzeżenie kładł się obok niego na łóżku. Co prawda nigdy nie zostało ustalone, czy wolno mu czy nie, Mara nie wściekałaby się o kilka czarnych włosów na prześcieradle czy dziurę wygryzioną w kocu, a i Wadimowi to nie przeszkadzało. Znajdował nawet pewną przyjemność w tym, jak pies układał się do niego plecami albo odwracał na grzbiet i cicho posapywał.
Poranne pobudki, jakie fundował swojemu panu, były żywiołowe i entuzjazm, z jakim zwierzak witał nowy dzień, udzielał się w końcu i człowiekowi.
Ktoś, kto porzucił szczenię na górskiej drodze - a może zawędrowało tam samo - był niewątpliwie łajdakiem, pozostawiając psie dziecko na pastwę wałęsających się sfor zdziczałych psów, wilków i orłów, jednak nie mógł przypuszczać, że ratuje życie drugiemu człowiekowi.
To był czas, gdy zabrakło Mary i gdy Wadim toczył nocne rozmowy z jej cieniem, pełen pretensji i żalu o to, że odeszła - tam, skąd się nie wraca.
Nie myślał o dziecku, które odeszło na długo przed nią, ale Mara... Nie potrafił poradzić sobie z wyrwą, jaka powstała w jego świecie, czuł się okaleczony, jakby utracił rękę lub nogę.
Pies, przemoczona, kudłata kupka nieszczęścia, przykleił się do niego i nie miał zamiaru odejść, a gdy Wadim przyspieszał kroku, próbował niezdarnie biec i piszczał rozpaczliwie.
Na koniec serce człowieka stopniało jak kawałek wosku. Podniósł szczeniaka, przytulił go do siebie i pozwolił lizać się po twarzy. Pierwszą noc spędzili na podłodze, gdzie leżało kilka owczych skór, i być może z tego powodu pies uznał, że powinien spać obok przewodnika dwuosobowego stada.
Mam do kogo wracać, pomyślał pewnego dnia Wadim i jeśli wyruszając w góry, martwił się o kogoś, był to właśnie pies.
Szła górska jesień, barwiąc liście porastających zbocza drzew na najbardziej fantastyczne kolory, rankiem unosiła się mgła, powoli zbierano owce i konie, pustoszały pastwiska.
Należało przygotować się do zimy, drewno na opał zaczął gromadzić z początkiem lata, stary terenowy samochód został dokładnie przejrzany, w ogromnym kredensie stały obok siebie torebki mąki, makaronu, konserwy, słoiki z zapeklowanym mięsem, a nad piecem wisiały połcie słoniny, boczku i pęta kiełbasy.
W szufladach leżały obok siebie świece i baterie, kłębki sznurka, petardy, których używał, aby odstraszyć podchodzące pod dom wilki, a prócz tego wiele innych rzeczy, które w razie czego mogły być przydatne.
W sieni stało obok siebie kilka worków psiej karmy, takiej z najwyższej półki, choć pies najchętniej jadał surowe mięso.
Na stole obok łóżka czekał stos książek, które Wadim zamierzał przeczytać - tak jak dawniej, pomyślał i poczuł bolesny skurcz serca.
Kiedy nie kochali się z Marą, czytali głośno albo rozmawiali. Opowiadał jej różne historie, a ona nie dziwiła się, że były trochę niezwykłe.
- Wszystko jest możliwe - mawiała.
Wszystko, a skoro tak, to i jej śmierć, myślał, zapalając papierosa.
"Nie pal w łóżku - odzywał się gdzieś w jego głowie głos Mary - bo kiedyś spalisz dom".
"Przecież się obudzisz" - odpowiadał.
"Mogę być gdzieś daleko" - droczyła się z nim.
I rzeczywiście, nagle znalazła się daleko. Dalej odejść nie mogła.
Gdyby odeszła z jakimś facetem, Wadim obiłby mu wstępnie mordę, a potem zapytał, czy naprawdę będzie z nim szczęśliwsza. I zapowiedziałby rywalowi, aby ten nie ważył się jej skrzywdzić, bo wtedy...
A teraz komu mógłby dać po mordzie? Śmierć, myślał, nie jest wesoła, jak przekonywali domorośli malarze z Sepety. Zresztą gdyby któremuś z nich zaproponować, by namalował nagrobek Mary, z pewnością by się tego nie podjął.
"Nasze dziecko byłoby demonem" - żartował, tarmosząc psa za ucho, a ten odpowiadał mu cichym parsknięciem.
"Masz starą duszę" - powiedziała kiedyś Mara. Leżeli na skórach, tych samych, na których później wypłakiwał cały ból w wilgotną, pachnącą wiatrem psią sierść.
"Skąd ty możesz to wiedzieć" - odparł, zagarniając ją ramieniem.
"Spotykaliśmy się już wiele razy" - szepnęła. Zamknął jej usta zachłannym pocałunkiem.
Nigdy nie miał jej dość, zupełnie jakby wiedział, że ich wspólny czas będzie krótki - ale kto myśli o tym, kiedy blask ognia wyzłaca nagie ciało kobiety? Chyba człowiek nawiedzony, a Wadim nim nie był.
Stara dusza Wadima brała swój początek z półmroku cygańskiego wozu, w którym Zora i Nikołaj nieświadomie poczęli niebieskooką Justynę, wędrowała lasami, towarzysząc bożym partyzantom, malowała obrazy resztkami farb i widziała zbyt wiele, za dużo, aby być spokojną.
Pierwszy śnieg spadł nagle. Otwierając oczy, Wadim wiedział, że na zewnątrz jest biało, dokoła bowiem panowała przedziwna cisza i mimo wczesnej pory za oknami było jasno.
- Teraz odpoczniemy - mruknął w psią sierść. - A wiosną...
Leżąc pod grubą kołdrą, nie miał pojęcia, że wiosna, jaka nadejdzie, będzie inna od pozostałych.