ROZDZIAŁ II
Kapitan Grabicki nie był lubiany. Uważał się za asa służby śledczej i miał niezbyt miły zwyczaj traktować kolegów, a szczególnie niższych rangą, z pewnego rodzaju protekcjonalną wyższością. Denerwowało to zarówno jego przełożonych, jak i podwładnych. Nieraz dochodziło na tym tle do krótkich spięć, które powodowały niepotrzebny ferment. Wielokrotnie Grabicki otrzymywał od szefa solidne sztorcowanie, obiecywał poprawę, przeprowadzał samokrytykę, ale po pewnym czasie zapominał o swych postanowieniach i wszystko było po dawnemu. Nikt nie mógł odmówić Grabickiemu zdolności. Przeprowadził kilka skomplikowanych, trudnych spraw, wykazując inteligencję, rzutkość i dużą pomysłowość. Te sukcesy dodały mu jeszcze pewności siebie i utwierdziły w przekonaniu, że jest wybitnym specjalistą w dziedzinie kryminalistyki.
Franek Kociuba, który po raz pierwszy w życiu miał do czynienia z morderstwem, z nie ukrywanym podziwem patrzył na przedstawiciela Komendy Wojewódzkiej, nie zwracając uwagi na to, że kapitan odnosi się do niego z pobłażliwym lekceważeniem. Uważał, że taki fachowiec ma prawo trochę sobie z niego podworować. Z ogromnym zainteresowaniem śledził wszystkie czynności przeprowadzone przez brygadę śledczo-dochodzeniową, odnotowując sobie w pamięci każdy szczegół. Był bardzo podekscytowany. Nareszcie coś się działo, coś niezwykłego, sensacyjnego.
- Więc twierdzicie, sierżancie, że nigdy nie widzieliście na tutejszym terenie tej kobiety? - powiedział Grabicki.
Franek wyprężył się służbowo.
- Nigdy jej nie widziałem, towarzyszu kapitanie. To jakaś nietutejsza.
- A wy jesteście tutejsi?
- No jakże? Przecież tu się urodziłem. Znam wszystkich w okolicy. Już na posterunku pracuję trzeci rok.
Grabicki uśmiechnął się.
- Ho, ho... Trzeci rok w milicji. To już pewnie z was tęgi fachowiec. No, macie teraz pole do popisu. Spróbujcie znaleźć mordercę tej kobiety.
Franek wyczuł drwinę, ale się z tym nie zdradził. Udał, że bierze za dobrą monetę słowa kapitana.
- Ano, spróbuję - powiedział śmiało. - Może mi się uda. Podobno nie święci garnki lepią.
- Ale i nie od razu Kraków zbudowany - zaśmiał się Grabicki. - Niech wam się nie zdaje, że to taka prosta sprawa. Trzeba będzie głową popracować.
- Głową to w ogóle dobrze jest pracować, towarzyszu kapitanie, w każdym zawodzie.
Grabicki uważniej spojrzał na młodszego kolegę. Wziął Franka pod rękę i odprowadził go na bok.
- Słuchajcie, Kociuba - powiedział zniżając głos. - Wy rzeczywiście możecie mi sporo pomóc. Znacie teren. Rozejrzyjcie się, pogadajcie z ludźmi, posłuchajcie, co zaczną mówić na temat zbrodni. Czasem taka rozmowa podsłuchana w gospodzie może dać sporo. Utrzymujcie ze mną kontakt. Jakby co, to zaraz do mnie telefonujcie do Komendy.
- Tak jest, towarzyszu kapitanie. Ale to nie wiadomo, czy zabójcą jest ktoś z naszego terenu. Ja myślę, że raczej jakiś przyjezdny. Tyle tych wycieczek tu się ciągle kręci...
- Często przyjeżdżają wycieczki?
- Bez przerwy. Jak nie cudzoziemcy, to studenci, jak nie studenci, to zakłady pracy. Stale autokary i autokary.
- Dawno tu byli jacyś zagraniczni goście? - spytał Grabicki.
- Nawet i teraz są. Niemcy. Przyjechali na polowanie. Siedzą już chyba z tydzień. Kozły strzelają.
- Hm - Grabicki wyjął papierosy i poczęstował Franka. Powiedzcie mi jeszcze, kto tutaj z terenu stadniny wyjeżdżał za granicę?
- Dyrektor jeździ za granicę. Nawet dosyć często.
- A oprócz dyrektora?
Franek zawahał się.
- Bo ja wiem? Tak dobrze to się nie orientuję. Słyszałem, że główna księgowa wyjeżdżała gdzieś na wycieczkę. No... Staszek siedział chyba z rok czasu we Francji.
- Jaki Staszek?
- Maciejczak. Syn leśniczego.
- A cóż on robił we Francji tyle czasu?
- Konie objeżdżał. Jakiś bogaty gość go zaangażował.
- Ale już wrócił?
- Tak. Będzie chyba ze trzy miesiące, jak wrócił. Porządne rzeczy sobie przywiózł. Obsprawił się.
- A skądże wy tak dobrze jesteście zorientowani?
Franek jakby się trochę zmieszał.
- No... znamy się nie od dzisiaj. Wiecie, jak to na prowincji. Wszyscy się znają. Wiedzą sąsiedzi, jak kto siedzi. Chociaż teraz to powiedzenie trochę ludzie zmienili. Teraz się mówi: wiedzą sąsiedzi, za co kto siedzi.
Grabicki nagle zmienił temat rozmowy.
- O ile się orientuję, to wy jesteście synem koniuszego, tak?
- Tak. Mój ojciec jest tu koniuszym. Już chyba przeszło trzydzieści lat pracuje w stadninie. Niedługo idzie na emeryturę.
- Zgodnie żyjecie z ojcem?
- A dlaczegóż nie miałbym żyć zgodnie? Pewnie, że zgodnie.
- A wasz ojciec zna tego leśniczego, ojca Staszka Maciejczaka?
- Oczywiście. Ale nie rozumiem, towarzyszu kapitanie, co to ma do rzeczy?
Grabicki spojrzał chłodno na mówiącego.
- Nie musicie wszystkiego zaraz rozumieć. A więc ustalamy, że rozejrzycie się tutaj po terenie i jakby wam wpadło coś ciekawego, to dajcie mi znać.
- Tak jest.
- Liczę na waszą pomoc.
- Zrobię, co będę mógł, towarzyszu kapitanie. Powiadają, że kiep ten, co robi więcej, niż może.
Grabicki uśmiechnął się. Zaczynał go bawić ten wiejski mądrala.
- Przede wszystkim musimy ustalić, kto został zamordowany - powiedział zawracając ku leżącym na trawie zwłokom. - Poproście tu swojego ojca. Może on nam coś pomoże.
Stary Kociuba kręcił głową zaambarasowany i przejęty. Po parę razy powtarzał, że nigdy nie widział tej dziewczyny i nie ma pojęcia, skąd się wzięła w okolicy.
- To nie ze wsi, panie kapitanie. Wygląda na jakąś miastową. Może by dyrektor coś wiedział albo inżynier, ale ich nie ma.
- A gdzie są?
- Dyrektor pojechał z tymi Szwabami do lasu, a inżynier gdzieś wozem z żoną.
Podczas gdy Grabicki rozmawiał z koniuszym, Franek rozebrał się i tylko w spodenkach gimnastycznych wszedł do rzeki. Zaczął mozolnie brnąć pod prąd, pomagając sobie leszczynowym kijem. Miejscami zapadał się prawie po pas w lepki, śliski muł, a miejscami, gdzie woda była głębsza, musiał przepływać kilka metrów. Był dobrym pływakiem, a woda w rzece poruszała się leniwie. Mimo to trochę się zmęczył i zasapał. Jego wysiłki jednak zostały uwieńczone nie byle jakim powodzeniem. W odległości jakichś trzystu, czterystu metrów znalazł w przybrzeżnych zaroślach sportową damską torbę z krokodylowej skóry. Długi pasek zaplątał się w wodorostach i dlatego torba ani nie popłynęła z prądem, ani nie poszła na dno.
Kapitan z uznaniem spojrzał na ociekającego wodą chłopaka.
- Brawo, sierżancie. Dobra robota. Zaraz zobaczymy, co tam jest w tej torebce.
Dowód osobisty na nazwisko Tomecka Iwona oraz zwykłe kobiece drobiazgi, chusteczka z wyhaftowanym monogramem I.T., szminka, puderniczka, zielone klipsy, tusz do rzęs, pilnik. Poza tym klucze do mieszkania, czarny skórzany portfelik, a w nim osiemset złotych i trzy dziesięcio-dolarowe banknoty. Żadnych notatek, żadnego notesu.
Grabicki uważnie obejrzał wszystkie przedmioty.
- Hm - mruknął zaglądając jeszcze raz do dowodu osobistego. - Iwona Tomecka. Historyk sztuki. Ciekawe.
- Pantofle z wężowej skóry - powiedział Franek - torba z krokodyla, francuska szminka... - Podrapał się w głowę. - Same zagraniczne ciuchy.
- A skądże wy się tak znacie na szminkach? - zdziwił się Grabicki.
- Oficer dochodzeniowy musi się znać na wszystkim, towarzyszu kapitanie.
- Nie jesteście oficerem dochodzeniowym.
- Ale mogę nim kiedyś zostać. Nie zawadzi się przygotować.
- O, widzę, że na ambicjach wam nie zbywa. To dobrze.
Kończył się upalny dzień i blask zachodu zaróżowił wierzchołki drzew. Od rzeki powiało wilgotnym chłodem.
Zaczęto ładować zwłoki do ambulansu, gdy przybiegł zadyszany chłopak. Już z daleka krzyczał:
- Dyrektor przyjechał z Niemcami! Dyrektor przyjechał z Niemcami! Kozła przywieźli.
Grabicki spojrzał na Franka.
- Poproście tu dyrektora. Powiedzcie, że czekamy.
Dyrektor Stefaniak nie wyglądał na człowieka ze wsi. Szczupły, pochylony, o bladej, ascetycznej twarzy robił raczej wrażenie urzędnika ministerialnego, przebywającego na wczasach. Ruchy miał powolne, opanowane. Mówił cicho, z namysłem, jakby ważąc każde słowo. Nigdy nie podnosił głosu. Niezmiernie trudno było go wyprowadzić z równowagi. Przy każdej okazji lubił podkreślać swą "angielską flegmę" i niczym niezmącony spokój. Teraz, kiedy tak schodził w dół ku rzece i kiedy zachodzące słońce ozłacało jego siwą, mocno już przerzedzoną czuprynę, przypominał w swym szarym prochowcu jakiegoś średniowiecznego mnicha, śpieszącego na wieczorną modlitwę.
Kapitan Grabicki bardzo uprzejmie powitał przybyłego. W krótkich słowach wyjaśnił, o co chodzi.
Stefaniak przyjął wiadomość o wydobyciu z rzeki zwłok bez większego zainteresowania. Dopiero kiedy spojrzał na leżące na trawie nieruchome ciało, twarz mu się gwałtownie zmieniła. Wąskie wargi poczęły drżeć, policzki zabarwiły się ceglastym rumieńcem, w oczach pojawił się żal czy może niepokój.
Grabicki obserwował go uważnie.
- Znał pan tę dziewczynę? - spytał.
- Znałem - odparł cicho Stefaniak, z trudem opanowując wzruszenie.
- Kto to?
- To pracowniczka "Orbisu". Była tu dwa dni temu z plastykami, z wycieczką... Jak to się stało? W jaki sposób?...
- Ktoś ją pchnął nożem.
- To straszne.
- Czy przedtem nigdy pan jej nie spotkał?
- Nie, nigdy.
- Dokładnie kiedy przyjechała z tą wycieczką?
Stefaniak przeciągnął dłonią po wilgotnym czole.
- Zaraz, zaraz, niech sobie przypomnę. Dzisiaj mamy niedzielę... To było chyba w piątek. Tak, tak, na pewno w piątek. Przyjechali takim dużym autokarem. Nie bardzo mi to nawet było na rękę, bo właśnie mam gości zagranicznych...
- Niemcy?
- Tak. Z Hamburga. Przyjechali na odstrzał kozłów.
- Dużo ich przyjechało?
- Czterech.
- I mieszkają w pałacu?
- Oczywiście.
Grabicki zadał jeszcze kilka pytań, a następnie kazał załadować zwłoki do ambulansu. Był zamyślony. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że dyrektor Stefaniak trochę zbyt przesadnie przejął się śmiercią tej dziewczyny. Widział ją raz w życiu, przelotnie, zamienili ze sobą kilka zdań.
Była dla niego kimś zupełnie obcym, skąd więc ten wstrząs na widok trupa? Człowiek tak opanowany... Ciekawe...
* * *
Tego wieczora Franek długo nie mógł zasnąć. Był zdenerwowany, podniecony. Wypadki ubiegłego dnia podziałały na niego jak dzbanek mocnej kawy. Niespokojnie przewracał się z boku na bok, nadaremnie usiłując zapaść w sen. Wreszcie zbrzydło mu łóżko. Wstał i wyszedł przed dom.
Noc była ciepła, gwiaździsta. Gdzieś w oddali szczekały psy, żaby wygrywały swą chóralną sarabandę, pachniało sianem.
Franek usiadł na pieńku służącym do rąbania drzewa, zapalił papierosa i zadumał się. Szczerze mu było żal tej młodej, ładnej dziewczyny. Z jakąż satysfakcją powiesiłby bandziora, który wbił jej nóż w serce. Jakże podłym trzeba być człowiekiem, żeby z tyłu... podstępnie... Wyobraził sobie, jak by to było, gdyby on akurat nadszedł w tym momencie. Krótka walka, w której tamten oczywiście nie miałby żadnych szans. Parę ciosów w szczękę i po wszystkim. A w razie czego użyłby przecież pistoletu. Tak plastycznie zobaczył tę scenę, że instynktownie zacisnął pięści. Dopiero po chwili zorientował się, że siedzi przed domem rodziców. Te wszystkie urzędowe czynności trwały do późna i matka zatrzymała go na noc. - Gdzie się będziesz, Franuś, tłukł na motorze po ciemku - powiedziała gładząc go po policzku. - Jeszcze cię kto napadnie. Zanocuj u nas. Za dnia pojedziesz na posterunek.
Zgodził się, ale teraz żałował. Może w swojej kwaterze prędzej by zasnął?
Nigdy jeszcze nie widział trupa z tak bliska. Dotychczas zagadnienie morderstwa, w ogóle zagadnienie śmierci było dla niego czymś zupełnie teoretycznym. "A może ja się w ogóle nie nadaję do pracy w milicji? - pomyślał. - Może w gruncie rzeczy jestem mięczak, niedołęga?" W pierwszym momencie, kiedy przyjechali ci z Komendy Wojewódzkiej, doznał jakiegoś chwilowego radosnego podniecenia. Nareszcie coś się zdarzyło niecodziennego, nareszcie prawdziwa, poważna kryminalna sprawa. Ale teraz miał przed oczyma umarłą dziewczynę i ogarniało go uczucie ogromnego smutku, przygnębienia. Czyż potrzeba było aż tej tragicznej śmierci, żeby on, sierżant Kociuba, mógł się wykazać swoimi zdolnościami, żeby ewentualnie mógł sobie zasłużyć na awans? Poczuł czyjąś rękę na swoim ramieniu. Drgnął gwałtownie i odwrócił się. Za nim stała matka.
- Co to, Franeczku, nie śpisz?
- Nie mogę, mamo, nie mogę.
Pogłaskała go po głowie.
- Słyszysz, jak żaby rechoczą? Czujesz, jak siano pachnie? Popatrz na te gwiazdy, tam w górze. Piękny świat stworzył Pan Bóg, tylko że ludzie podli. Niemało się jeszcze zła napatrzysz, synku, niemało.
Franek wstał, pocałował matkę w rękę i ruszył ku domowi.
* * *
Staszek siodłał Kartacza. Młody koń kręcił się niecierpliwie, rzucał łbem i rozdymał chrapy. Nie lubił dociągania popręgu. Chłopak łagodną przemową i poklepywaniem usiłował uspokoić swojego ulubieńca, ale nie na wiele się to zdało. Kartacz nie dał się osiodłać.
- Stój, psiakrew, cholero jasna! - Jednak i to nie poskutkowało. Najwyraźniej gniady wałach miał inne plany i nie życzył sobie, żeby go krępowano popręgiem. Cofał się, skręcał w miejscu, a nawet próbował stawać dęba.
Tuż koło boksu rozległy się czyjeś ciężkie, leniwe kroki. Staszek odwrócił się.
- O, Władek! - zawołał uradowany. - Dobrze, że jesteś. Pomożesz mi potrzymać tego wariata.
- A bo co?
- Nie wiem. Coś mu do łba strzeliło. Nie daje się siodłać.
- E,bo ty się, idioto, za bardzo pieścisz z tymi bydlakami. Weź pałę, gwizdnij go między ślipia, to od razu zrozumie.
Od Dobrzyckiego mocno czuć było wódkę. Kiedyś był dobrym jeźdźcem i odważnie siadał na najtrudniejszego konia, ale potem się rozpił i nawet musiano go wyrzucić ze stajni sportowej. Teraz oporządzał kobyły i źrebięta, ale przebąkiwano w stadninie, że i na tym stanowisku długo się nie utrzyma, bo coraz częściej na służbę przychodził pijany. Skąd brał na wódkę, tego nikt nie wiedział, bo całą pensję odbierała za niego żona.
- Idź lepiej do domu i połóż się spać - mruknął Staszek. - Sam sobie poradzę.
- Zaczekaj, pomogę ci.
- Daj spokój. Pijany jesteś.
Dobrzycki roześmiał się hałaśliwie.
- No to co, że sobie ździebko wypiłem? Ale konia jeszcze potrafię utrzymać. Nie bój się.
Wszedł do boksu i mocno chwycił Kartacza przy pysku.
- Stój, psia twoja mać!
Staszek wreszcie zdołał dociągnąć popręg.
- Za pomoc coś mi się należy - powiedział Dobrzycki. - Ja nie z tej stajni. Masz papierosa?
- Mam.
- No to daj.
- Dobra, ale jak wyjdziemy na dwór.
- Cóżeś się taki ostrożny zrobił? Inżyniera się boisz? A pies z nim tańcował. Ja tam się nikogo nie boję. Mogą mnie wywalić nawet i zaraz. Nie zależy mi. Robotę wszędzie znajdę. Nie takie znowu mecyje gnój spod kobył wyrzucać.
To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.