Rozdział 1
"Nie ma mniejszej jednostki organizacyjnej w polskiej policji niż
posterunek. Posterunek Policji w Rutce-Tartaku podlega pod Komendę
Miejską Policji w Suwałkach. Tutejsza jednostka ma wśród zadań m.in.
obowiązki związane z prewencją i zadania służby kryminalnej".
Patrzyła na plakat wiszący na ścianie. Ładny kredowy papier, wyraźny
czarny druk. W tle, pod napisem, zdjęcie budynku z szyldem: "Policja".
Wyglądał na rzeczywiście istniejący, niewygenerowany komputerowo. Gdzieś
w Polsce stał taki obiekt - nowoczesny, duży, sugerujący, że w jego
wnętrzu pracują profesjonaliści zajmujący się trudnymi sprawami.
Usłyszała dźwięk dobiegający z ulicy. Odwróciła się i podeszła do okna.
Lekko odsunęła firankę, wzniecając drobinki kurzu. Kichnęła raz i kolejny, i znowu, aż z oczu poleciały jej łzy.
- Cholera. - Sięgnęła do kieszeni spodni po chusteczkę. Wyglądało na to,
że jest wrażliwa na kurz. Może nawet uczulona? W każdym wieku można
dowiedzieć się o sobie czegoś nowego.
Przed budynkiem zatrzymał się samochód osobowy. Wysiadło z niego trzech
młodych mężczyzn w ubraniach roboczych. Wysłużone granatowe kombi
odjechało, a faceci poszli w dół. Po chwili skręcili w bramę po prawej
stronie. Na ogrodzeniu tej posesji widziała reklamę pokoi do wynajęcia.
Próbowała sobie wyobrazić, jak okolica zaludnia się turystami, ale jej
nie szło. Chyba słusznie, bo drugie ogłoszenie, mniej wyblakłe,
brzmiało: "Dom na sprzedaż".
Kto by chciał przyjechać na koniec świata?
Znowu kichnęła. Poczuła, że ma lepkie palce. Przyjrzała się tkaninie -
nie była kremowa, jak jej się wydawało. Była brudna. I pożółkła od
słońca.
Przejechała palcem po parapecie. O dziwo - był czysty.
W pomieszczeniach, które widziała - dwa pokoje, kuchnia, toaleta,
urządzonych w stylu pomiędzy urzędem gminnym a ośrodkiem Funduszu
Wczasów Pracowniczych, też było w miarę czysto, przynajmniej na pierwszy
rzut oka, kiedy patrzyła na duże, płaskie powierzchnie. Lustro w przedpokoju - swoją drogą interesujący pomysł jak na posterunek policji;
zapewne pamiątka z dawnych lat, na co wskazywały lekkie zaśniedzenie i fakt, że przymocowano je do ściany czterema grubymi śrubami, po których
zostałyby w tynku dziury - też wyglądało na wyczyszczone.
"Nie będziesz sama, mamy tam chłopaka. Młody, ale dobrze rokuje. Zresztą
niedługo się przekonasz".
Wiedziała, że teraz go nie ma, pojechał na tygodniowy urlop. Przed
wypoczynkiem pewnie miał przykazane sprzątnąć. "Ogarnij tam", tak
wyobraziła sobie to polecenie.
Miała więc zacząć w pojedynkę. W życiu prywatnym też wystartowała z tego
samego punktu: solo.
Poszła w stronę wyjścia. Jak na posterunek, obiekt był oryginalnie
zaaranżowany - do budynku wchodziło się przez ganek, nad którym
znajdował się taras. Pomyślała, że wcześniej zapewne był to prywatny
dom, który potem zaadaptowano na potrzeby policji. Pytanie, czy policja
w ogóle była tu potrzebna.
Kiedy jechała tu z Suwałk, miała wrażenie, że trafiła do krainy, gdzie
zdecydowanie rządzi natura. Mijane domy w większości były starymi
gospodarstwami wrośniętymi w krajobraz. Niektóre sprawiały wrażenie
opustoszałych. Zauważyła niewiele nowych budynków, niektóre na pewno
były letniskowe.
"Okolica się wyludnia, ale porządku trzeba pilnować", powiedział Marcin.
Teoretycznie miał rację, ale czuła, że za tą deklaracją stoi coś jeszcze
- chciał jej pomóc. Nie owijała w bawełnę, kiedy do niego zadzwoniła.
Powiedziała mu wprost, jak się sprawy mają. Wysłuchał, a potem
zaproponował jej to miejsce. Szybko, bez wahania, odsyłania jej, bez
"odezwę się", "zobaczymy, co da się zrobić". Zawsze taki był,
szybkostrzelny i zdecydowany, a teraz dodatkowo miał ku temu możliwości
- został komendantem w Suwałkach, z gabinetem urządzonym na wysoki
połysk.
Nie bez znaczenia był też fakt, że policja w całej Polsce borykała się z wakatami. Kilkanaście procent nieobsadzonych stanowisk, taki był bilans.
Wiedziała, że przyjmują wszystkich, jak leci. Tych, którzy poszli na
emeryturę i szukali dodatkowego źródła dochodu. Tych, którzy odeszli ze
służby i teraz chcieli wrócić. Nowych. Młodych. Starszych. Każdego, więc
i ona miała spore szanse, że ją przyjmą, choć miała też konkretne
oczekiwania.
"W twoim wieku, mamo? To znaczy bez urazy, ale przecież wiesz, jak
jest", powiedziała Monika, jej córka. Nie wiedziała, jak jest.
Wiedziała, jak było, i za nic na świecie nie chciała tego kontynuować.
Wyszła na zewnątrz. Ciepło, zdecydowanie ponad dwadzieścia stopni, a do
tego czyste słońce. Być może gdzie indziej nie zrobiłoby to wrażenia,
ale tu, na tym polskim biegunie zimna, cieszyło.
Spędzała kiedyś wakacje na Suwalszczyźnie. Lipiec. Zimno, każdego dnia
padało, nie rozstawała się z bluzą. Dwa takie podejścia - deszczowe i chłodne - i odpuściła sobie ten kawałek Polski, planując urlop.
A teraz miała tu mieszkać i pracować na stałe.
Usiadła na pierwszym stopniu. Do przyjazdu Marcina zostało jeszcze kilka
minut, o ile będzie punktualny. Podczas pierwszego - po wielu latach -
spotkania w jego gabinecie zorientowała się, że jego kalendarz jest
wypełniony po brzegi. Zebrania, narady. Mnóstwo oficjalnych wydarzeń.
"Nie ganiam za przestępcami z bronią w ręku", zaśmiał się. Oczywiście,
że nie, pomyślała. W tym mundurze byłoby mu niewygodnie. I trochę mu się
przytyło. Włosy też miał inne niż wtedy, gdy razem byli w szkole
policyjnej. "Zestarzał się", przeleciało jej przez głowę. A zaraz potem
- że przecież są równolatkami, więc ona też nie jest już tą młodą
dziewczyną ze Szczytna, która...
Tym razem samochód wyglądał zupełnie inaczej. Czysty, błyszczący
nawoskowaną karoserią w promieniach czerwcowego słońca.
Podniosła się i przeszła na podjazd.
- Cześć. - Marcin Krynicki wysiadł z auta.
Jego SUV wyglądał na nowy, cena na pewno przekroczyła sto pięćdziesiąt
tysięcy. Ona za swoją ośmioletnią osobówkę wzięłaby pewnie trzydzieści
tysięcy albo i mniej.
- Wierna tej samej marce. - Uśmiechnął się, patrząc na znaczek z przodu
maski.
- Wybór Arka. Dla mnie to nigdy nie miało specjalnego znaczenia. -
Wzruszyła ramionami.
- Twój mąż zawsze wiedział, co dobre. - Podszedł do niej i pocałował ją
w policzek, bez zawahania. Podczas spotkania w gabinecie zrobił to samo,
choć wiedział, że przyjechała w sprawie pracy. Zachowywał się tak, jakby
od czasu ich młodzieńczego związku minęło kilka miesięcy, a nie ćwierć
wieku. - No to jak ci się widzi? - Zanim zdążyła odpowiedzieć, znowu się
odezwał: - Spokój, cisza, akurat, żeby do emerytury dotrwać. Choć jak na
ciebie patrzę, to sobie myślę, że jaka emerytura? Świetnie wyglądasz. -
Wpatrywał się w nią. - Chyba już o tym wspominałem?
- Dzięki. Uprzejmy jesteś. - Kiwnęła głową.
- Szczery. Po prostu szczery. Zawsze taki byłem. - Zapadła cisza. - No
to tak. - Krynicki odchrząknął. - Generalnie, na pierwszy rzut oka, to
można pomyśleć, że to żadne mecyje. Zadupie czy ładniej "prowincja",
kariery tu się nie zrobi. Ale tobie nie na tym zależy, więc... - Urwał. -
Byłaś już w środku?
- Byłam - przytaknęła.
- Ja jeszcze nie, tyle roboty ostatnio. No to oprowadź jak gospodyni.
Skrzywiła się. "Gospodyni", jakby miała tu sprzątać, a nie pracować jako
policjantka.
Niczego nie zauważył, patrzył na nią wyczekująco.
- Chodźmy - powiedziała więc.
- No, niczego sobie. Odmalowane, nawet czysto. - Przejechał palcem po
parapecie. - Patryk się sprawił, miał zapowiedziane, żeby posprzątać,
zanim jego szefowa się zjawi. - Poprawił firankę, a ona kichnęła. -
Przeziębiłaś się?
- Chyba alergia. - Pokręciła głową.
- Byłoby niedobrze, bo tu wszędzie pełno natury. Sama natura właściwie.
- Znowu zawiesił na niej wzrok.
- Może przejdzie. - Nie miała ochoty tłumaczyć mu, jak się sprząta. I tak by pewnie nigdy nie wykorzystał tej wiedzy.
- O, prewencja, widzisz. - Patrzył teraz na plakat w korytarzu. -
Zadania służby kryminalnej też tu wypisane, ale to tak dla porządku, bo
na tych terenach nic się nie dzieje. Trochę po bimbrze albo wódce, ale
to między sobą załatwiają, czasem coś przyjezdnym przyjdzie do głowy w wakacje.
- Jeśli przyjadą. Dom obok z pokojami na wynajem jest na sprzedaż.
- Biznes nie zawsze wychodzi. Ale ludzie próbują i niektórym się udaje.
Pięknie tu jest, to bez dwóch zdań. Sporo jezior, czysto. Tylko trzeba
mieć odpowiednią ofertę dla turystów, oni coraz bardziej wymagający.
Jeżdżą po świecie, napatrzyli się. Czym im zaimponujesz? Pokojem na
wynajem? Z drugiej strony, czasy niepewne, nie wiadomo, czy tu
inwestować, bo przecież w razie jakby co, to tym naszym przesmykiem by
się ruskie wlali do kraju. Zaraz wejdzie rozporządzenie, że na granicę
mają wrócić kontrole. Tu obok spory posterunek straży granicznej,
przedstawię cię. Oprócz tego dołączą żandarmeria wojskowa i terytorialsi. Więc z jednej strony, niby jakieś zagrożenie, bo wiadomo,
że granica nie jest szczelna i różni się przez nią przeciskają, ale z drugiej - obstawa zaraz tu będzie taka, że hej. Natężenie mundurowych na
kilometr kwadratowy spore.
- Mimo wszystko chciałabym, żeby moja praca miała jakiś sens. Większy
niż wypełnianie i przekładanie papierów.
- Uważaj, o czym marzysz. - Krynicki się zaśmiał. - No, w każdym razie
będzie inaczej niż dotychczas. Ale tego chciałaś, prawda?
Pokiwała głową. Nowe rozdanie, na tym jej przecież zależało. Całkowita
zmiana otoczenia, ale z zapewnieniem sobie stabilnej pracy, z której za
kilka lat nikt jej nie wywali, bo się zestarzeje jeszcze bardziej.
Spokój i bezpieczne dotrwanie do emerytury.
- Więc tu jest teraz twój gabinet. Widzę, że Patryk już się przeniósł. -
Krynicki spojrzał na uprzątnięte biurko.
- Tak, do pokoju obok. Pewnie z żalem, bo tamten to klitka.
- Na początek w sam raz, do tej pory panoszył się tu, bo mógł, ale to
demoralizujące, żeby tak młodzika rozpuszczać. Swoje trzeba przejść,
odczekać. Zresztą jemu i tak się trafiła gratka, to znaczy służbówka,
tu, na górze. - Uniósł brodę. - Nic specjalnego, nie zazdrość, ale dach
nad głową ma. Przyjechał tu pierwszy i głupio by go było teraz
przenosić, zwłaszcza że nie ma dokąd, a z tej pensji to co on by mógł?
Poza tym nie wiem, czy byś wolała tu mieszkać, tak na widoku. Samotna
kobieta, nowa w okolicy. Lokalna sensacja. Chyba lepiej w Suwałkach.
Przynajmniej na jakiś czas, zanim się rozejrzysz. I zdecydujesz, że
zostajesz tu na dłużej.
A dokąd bym miała pojechać?, pomyślała. Czterdzieści siedem lat, rozwód
w toku, złożone wypowiedzenie w poprzedniej pracy. Taką decyzję podjęła,
nie było odwrotu, teraz tylko do przodu, zresztą...
- Może to miejsce jest ci pisane, co? - Z rozmyślań wyrwał ją głos
Krynickiego. - Ile osób mieszka i pracuje w miejscowości, która nazywa
się tak jak one. Właściwie to nigdy o to nie zapytałem, ale skąd u ciebie takie imię, Ruta?
Nie wiedziała. Wielu rzeczy o sobie jeszcze nie wiedziała.
Kiedyś dawno temu pracowała w policji, a potem rzuciła służbę i przeniosła się za biurko do urzędu miasta, żeby godzić życie rodzinne z zawodowym. "Kompromis to sztuka dzielenia ciasta tak, aby każdy myślał,
że dostał największy kawałek", powiedział kiedyś jej mąż. On i Monika,
ich córka, rzeczywiście mieli na talerzykach solidne porcje, jej się
trafiały okruchy. Akceptowała to - do czasu. Aż wreszcie, ku zdziwieniu
wszystkich, powiedziała: dość. Sama też była zdumiona tym... tą... Odwagą?
Brawurą? Szaleństwem? Nie wiedziała jeszcze, jak to nazwać.
Jedno było pewne: zaczynała życie na nowo.
"A ty wiesz, że jest coś takiego do wzięcia? Tam, gdzie wrony pętle
mają. Za Suwałkami. Choć Rucie to może będzie pasować, zresztą podobnie
się nazywa", powiedział Krynicki.
Starsza aspirant Ruta Rosieńska zaczynała pracę na posterunku w Rutce-Tartaku.
Rozdział 2
Zamknęła za sobą drzwi. Po raz ostatni oglądała to wnętrze. Było jej z tym i źle, i dobrze.
Oparła się o ścianę. Czuła ciężar, który dociskał jej klatkę piersiową.
Z trudem brała kolejne oddechy. Jej kolana drżały.
To, co miało być uwolnieniem, zmieniło się w przytłoczenie.
Próbowała panować nad myślami, ale słabym ogniwem tej życiowej układanki
okazało się jej ciało. Zachowywało się tak, jakby wyrwało się spod
kontroli Ruty. Czuło i nie kryło się z tym.
- Wszystko dobrze, kochana? - Na półpiętrze pojawiła się kobieca postać.
Niewysoka, korpulentna, lekko zdyszana, z siatką w dłoni. Królikowa,
sąsiadka mieszkająca piętro wyżej.
- Dobrze. - Ruta wyprostowała się i oderwała plecy od ściany.
- No, jak dobrze, to dobrze. - Kobieta stanęła obok niej. - Choć jak
matka umiera, to nigdy nie jest dobrze, powiem ci. Niby taki los starych
ludzi, ale Halinka to jeszcze mogła sobie pożyć, oj, mogła. Ile to ona
na tej emeryturze była? Dwa lata? E, nawet mniej. Ja jej powtarzałam:
państwo ci daje, to przechodź. A ona uparta, że jeszcze popracuje, to
więcej potem pieniędzy będzie miała. Tylko na co jej te pieniądze? Żyła
skromnie, a gdyby coś się wydarzyło, to przecież miała córkę, co to
sobie dobrze życie ułożyła i na pewno by pomogła w razie potrzeby.
Pomogłabyś, prawda?
Ruta pokiwała głową.
- No więc właśnie. Ale ona, jak to ona. Całe życie taka była. Skryta i honorna. Sama cię chowała, wiadomo, jaki to trud, jak nie ma pełnej
rodziny. Pensja jedna, czasu się nie dorobi. Ja to jej powtarzałam, że
powinna się rozejrzeć, przecież była ładna. Ale ona: nie i nie, bo
praca, bo Ruta. Zresztą może i miała rację? Wiadomo, jak jest - obce
dziecko to zawsze dla mężczyzny zawada. No ale potem ty wyjechałaś się
uczyć, a Halina została tu sama. Wtedy to już mogła się jakoś konkretnie
porozglądać. Na przykład do sanatorium pojechać, choć tam ostra
konkurencja, bo babek więcej, wszystkie by chciały kogoś znaleźć. To
może jakieś ogłoszenie albo chociaż wycieczki z parafii. Też nie. Aż w końcu się jej umarło. - Kobieta pokiwała głową. - Ale wiesz co? -
odezwała się znowu. - Często mówiła, że cieszy się, że tobie się tak
ułożyło. Mąż, dom, córka. Dostatnio i dobrze sobie żyjesz. "Ja nie mam,
ale Ruta ma". Na pewno teraz patrzy na ciebie z podziwem. - Sąsiadka
wbiła spojrzenie w sufit, któremu przydałoby się malowanie. - A z mieszkaniem już postanowiłaś, co dalej? Ja to uważam, że jeść nie woła,
warto zatrzymać. Wynajmiesz, to zniszczą, co i raz się słyszy o takich
sprawach. Sprzedasz, a może za niedługo byś więcej za nie wzięła? Przez
ten czas, co stało puste, to zyskało na wartości. Gdybyś od razu
spieniężyła, byłabyś stratna. No i się przydało, pomieszkałaś tu sobie
na czas remontu.
Ruta pokiwała głową. Nadal milczała. Nie miała ochoty na rozmowę,
zwłaszcza w sytuacji, gdy szczerość nie wchodziła w rachubę.
- Zresztą nigdy nie wiadomo, kto by się wprowadził. A tu spokojnie się
zawsze żyło. Teraz to już prawie same wdowy zostały, bardzo dobre
towarzystwo.
Ruta się wzdrygnęła. Życie w pojedynkę do śmierci. Czy to miał być także
jej los? Nie szukała nikogo, zresztą jeszcze się nie rozwiodła.
Dotychczasowe doświadczenia miała jednak takie, że spotkać fajnego
faceta nie jest łatwo. Podczas całego małżeństwa z Arkiem nie zdarzyło
się jej mieć żadnych romansowych pokus. I to nie tylko dlatego, że była
uczciwa w stosunku do męża, ale także dlatego, że nie poznała nikogo,
kto by ją zainteresował. Zresztą gdzie - w urzędzie miasta?
Sfeminizowanym, a ci nieliczni mężczyźni, którzy tam pracowali, skakali
z kwiatka na kwiatek, a przecież jeszcze mieli do obskoczenia własne
domy i rodziny. Nie jej klimat, nie tego oczekiwała od życia. Sulejówek,
małe podwarszawskie miasto, do stolicy nie jeździła, bo po co. No a teraz, w tej suwalskiej dziczy...
- Idę, bo lody sobie kupiłam, w promocji. Litrowe pudełko. Co prawda
waniliowe, a ja bym wolała czekoladowe, ale wzięłam, jakie były. Nie
wybrzydzam. Przyjdź kiedyś, porozmawiamy. Od takiej małej cię znam, od
takiej... - Królikowa przechyliła się na bok, dotykając siatką lastrykowej
podłogi. - No to na razie. Z Bogiem.
- Do widzenia - odparła Ruta.
- A może byś chciała klucze zostawić? - Sąsiadka jeszcze się odwróciła.
- Mogę zajrzeć, odkurzyć. Do Siedlec to masz kawałek od siebie z tej
prawie stolicy, po co to jeździć?
- Dziękuję, nie będę robiła kłopotu. - Ruta uśmiechnęła się i przełożyła
klucze do torby. Wilgotne dłonie wytarła o spodnie. Nie lubiła kłamać i przemilczać, ale nie miała ochoty dzielić się z Królikową informacjami
na swój temat. Niech zostanie z przekonaniem, że Ruta wiedzie dostatnie
życie u boku zaradnego męża i we właśnie wyremontowanym domu czeka teraz
na wnuki. Tak będzie lepiej dla nich obu. Przesunęła złożone na pół
papiery z agencji nieruchomości, której zleciła sprzedaż mieszkania.
Pełnomocnictwo, które sprawi, że już nigdy nie stanie pod tymi drzwiami.
Zasunęła zamek torebki i zaczęła schodzić.
Na półpiętrze się zawahała, ale już się nie obejrzała.
*
Do Ostrowi Mazowieckiej jechała tak, jak przystało na tego typu trasach
- przyspieszając, zwalniając i rozglądając się. Droga wojewódzka,
poprzetykana miejscowościami o trudnych do zapamiętania nazwach.
Odpowiadało jej to, wcale nie miała ochoty na myślenie o tym, co za sobą
zostawia. Chociaż od wyprowadzki z domu minęły ponad trzy miesiące,
nadal nie poukładała sobie wszystkiego w głowie. Może zresztą już nigdy
tego nie zrobi? Może już zawsze będzie skazana na mętlik i gonitwę
myśli?
Dojechała do Via Baltica. Albo E67, ale wolała tę pierwszą nazwę - miała
w sobie więcej nadziei. I przyszłości.
Kolejne kilometry pokonywała gładko, mimo że był weekend. Pusto,
spokojnie, nieangażująco zbytnio uwagi. Kierunek wschodni nie był
oblegany ani turystycznie, ani handlowo. Wojna w Ukrainie wiele
zmieniła. Może w Rucie także? A jeszcze wcześniej pandemia. Świat
najpierw zwolnił, zatrzymał wszystkich w domach, wytrącił z rutyny.
Kilka lat życia w zawieszeniu, w warunkach, które odbiegały od tego, co
się znało. To tak, jakby nagle wyjąć chomika z kołowrotka i powiedzieć
mu, że już nie musi przebierać łapkami. Ruta była przyzwyczajona do
przebierania, nagłe wyhamowanie zmusiło ją do rozmyślań nad swoim losem
oraz odpowiedzi na fundamentalne i niechciane pytania: Co przeżyłam?
Czego doświadczyłam? Czy jestem szczęśliwa? To wszystko w czasie walk
tuż za wschodnią granicą, które pokazywały kruchość ludzkiego istnienia.
Truizm, banał - pewnie tak, ale też prawda. Wojna była tym, czego już
nigdy nie miało się doświadczyć, przynajmniej nie tu, w Europie. "Żyj,
jest później, niż ci się wydaje". To hasło, które mignęło jej na jakimś
scrollowanym obrazku w internecie, też nie było odkrywcze, a mimo to
wstrząsnęło nią. Nadal jednak pamiętała te słowa, nie werbalizując ich.
Dorosła kobieta nie powinna ulegać mrzonkom, tylko trzymać się realiów,
a te można streścić: życie to nie bajka.
I może by tak było, może nadal tkwiłaby w dawnym życiu, gdyby jej ciało
nie zdecydowało się przejąć dowodzenia.
W dniu czterdziestych szóstych urodzin Ruta obudziła się z takim bólem w klatce piersiowej, że podejrzewała zawał. Arek zawiózł ją do szpitala.
Badania jednak niczego nie wykazały. Była zdrowa, NFZ nie miał na nią
żadnego pomysłu. W końcu Ruta doszła do wniosku, że z jej zdrowiem
fizycznym wszystko jest w porządku - ona po prostu nie może dłużej
znieść nijakiego życia, z równią pochyłą w kierunku emerytury i śmierci.
"Ale o co ci chodzi?", zapytał Arek, gdy w końcu mu to powiedziała. Nie
rozumiał, widziała to w jego oczach. Wystarczało mu, że ma zadbany dom,
ładny ogród, łowienie ryb, mycie samochodu w każdą sobotę. I krótki
romans, o którym Ruta dowiedziała się post factum i który to nie
zrobił na niej większego wrażenia, co z jednej strony ją zdumiało, ale z drugiej - pozwoliło poczuć, czym jest dla niej ich małżeństwo. Seks już
od dawna ich nie łączył. Nie zastąpiła go intymność, czułość też nie.
Byli sprawnie działającą firmą. Dwoje wspólników niespecjalnie
zaangażowanych w swoje prywatne życie.
- Cholera! - W ostatniej chwili wyhamowała przed osobówką, która nagle
zajechała jej drogę. Światła przepraszająco zamrugały, więc zdjęła dłoń
z klaksonu.
Każdemu może się zdarzyć, pomyślała.
Nieostrożny manewr lub skok w bok. Albo decyzja, żeby zakończyć
małżeństwo, które już w niczym nie przypomina relacji sprzed lat.
"Zwariowałaś", stwierdziła Anka, jej przyjaciółka. "Albo już ci nie
zależy". "Chcę czegoś innego", odparła Ruta. Między nimi się wypaliło,
proces długoletni, nieodwracalny. Na początku próbowała coś robić,
dmuchać w żar namiętności, czy jak to nazywają w gazetach dla kobiet,
ale potem odpuściła, bo praca, bo dom, bo dziecko. Obowiązki, brak
czasu, zmęczenie. Proza życia wygrała z koronkową bielizną, kawior
ustąpił naleśnikom. Zresztą czy o to chodzi? O dekoracje i gadżety?
Rzecz w tym, co ludzie mają w środku, ku czemu dążą, co ich woła.
Okazało się, że w tych sprawach między nią a jej mężem nie występuje coś
takiego jak zbiór wspólny. Zmienili się, a te zmiany miały przeciwne
wektory. Myśl smutna, ale po długim czasie wewnętrznej szarpaniny
przyniosła ulgę. Nie było w tym niczyjej winy, tak się po prostu zdarza.
I trzeba wyciągnąć z tego wnioski.
Córka była zdziwiona chyba bardziej niż mąż. "Mamo, może to przez
menopauzę? Różne rzeczy wtedy przychodzą kobietom do głowy". Monika
należała do pokolenia, które nie owijało w bawełnę. Ruta popatrzyła na
nią i odparła: "Kobietami nie kierują tylko emocje i hormony. Podejmują
też świadome decyzje. Męskie, jak to się mówi. Odchodzę od twojego
ojca". To było po kilku miesiącach szamotania się, prób zbliżenia do
męża i po wspólnym wyjeździe, który okazał się przełomowy - warunki all
inclusive uświadomiły jej, że nawet luksus nie zapcha dziur w ich
relacji. Ona chciała zwiedzać, doświadczać, czuć, on - korzystać ze
wszystkich wygód w hotelu. Podczas kolacji przy świecach milczeli. Przy
śniadaniu rozmawiali o pogodzie. Najgorzej i jednocześnie najlepiej
wydane pieniądze. "Wakacje życia", zachęcał kolorowy folder biura
podróży. W jakimś sensie - tak. Na pewno przełomowe.
Wrócili do domu i Ruta spakowała swoje rzeczy. Złożyła wypowiedzenie w pracy i wyjechała do Siedlec, do mieszkania, w którym spędziła
dzieciństwo i młodość. To nie był ten kierunek, o który jej chodziło,
ale na początek musiał wystarczyć. Wersja ekonomiczna - lokal za darmo,
oszczędności pozwolą na kilka miesięcy życia bez pracy.
Pierwszy tydzień spędziła w szlafroku, snując się po mieszkaniu, z którego dawno temu wyjechała. Towarzyszyły jej te same uczucia, których
doświadczała dziś, gdy po raz ostatni zamknęła za sobą te drzwi. Wyrzuty
sumienia, że opuszcza to miejsce, i radość, że nie będzie skazana na
życie w Siedlcach.
Pierwsza ucieczka miała miejsce wtedy, gdy zdała maturę. Poszła do
Wyższej Szkoły Policji w Szczytnie. Powód był dość prozaiczny -
mieszkała z samotnie ją wychowującą matką, chciała się dalej uczyć, ale
koszt studiowania w obcym mieście był dla nich obu nie do udźwignięcia.
Niby mogła szukać czegoś na miejscu lub w Warszawie i jakoś by się to
pewnie udało pociągnąć, ale po spisaniu na kartce wszystkich "za" i "przeciw" padło jednak na policję. Nie był to nieprzemyślany wybór,
Rucie wydawało się, że to zawód, w którym ma szansę się odnaleźć,
ponieważ potrafi sprawnie łączyć fakty, analizować sprawy, lubi, gdy
przepisy są przestrzegane. Matka zaś cały czas kładła jej do głowy, że
po tej szkole będzie miała zagwarantowaną pracę i szybszą emeryturę. To
jakby Pana Boga za nogi złapać.
Matka umarła po roku bycia na emeryturze. Przez te dwanaście miesięcy
żyła właściwie jeszcze mniej niż wtedy, gdy pracowała w sklepie
papierniczym. Nie wiedziała, czym wypełniać wolny czas. Dzwoniła do Ruty
i powtarzała jej, jak się cieszy, że jej córka tak dobrze ułożyła sobie
życie, mimo że to się wydarzyło dwadzieścia lat temu. "Odpowiednio wyjść
za mąż to dla kobiety wszystko", powtarzała. Ruta tak właśnie zrobiła -
obrączkę na palec włożył jej chłopak, który studiował w stolicy, wybrał
rozsądny, stabilny kierunek - ekonomię, no i chciał Rutę za żonę.
Poznali się podczas wakacji nad morzem. Pobrali się, kiedy ona skończyła
szkołę w Szczytnie, on był już cztery lata po magisterce. Zdążył w tym
czasie odziedziczyć po rodzicach dom w Sulejówku pod Warszawą, a Ruta
dostała etat w komendzie w Mińsku Mazowieckim. Wszystko było świetnie,
oprócz tego, że nie udawało im się z dzieckiem. Dopiero po czterech
latach małżeństwa Ruta zaszła w ciążę i na świecie pojawiła się Monika.
Ruta wzięła urlop macierzyński, wróciła do pracy, gdy mała poszła do
żłobka. Proza życia szybko pokazała, że nawet najbardziej wyczekiwane
przez rodziców dziecko jest bardziej matki niż ojca. Ruta odeszła więc
ze służby, która "rujnuje rodzinom życie, jeśli to matka jest
policjantką", i wybrała pracę w urzędzie miasta, blisko domu. Potem
poszło z górki - mąż zarabiał, ona "chodziła sobie do roboty", matka
powtarzała jej, że powinna na kolanach do Częstochowy iść i dziękować za
takie szczęście.
Ruta zaś coraz mniej czuła się wybranką losu, ale wygodne, choć nudne
życie toczyło się siłą przyzwyczajenia. Kiedy matka umarła nagle na
zawał, Ruta pojechała posprzątać jej mieszkanie. Choć to właściwie złe
określenie, ponieważ Ewa Rosieńska była pedantyczna i lubiła porządek.
Ruta po prostu zanurzyła się w zebrany na niecałych pięćdziesięciu
metrach kwadratowych świat, który kiedyś współdzieliły. Znalazła swoje
stare zeszyty, książki, zapiski. Przypomniała sobie, że interesowała się
etnologią, lubiła przyrodę, miała marzenia, żeby żyć inaczej, bardziej,
nie tak jak u niej w domu. "Czuję, że istnieje rzeczywistość, która
przekracza prozaiczną egzystencję" - zapisała w notesie, gdy była
dziewczyną. Po latach, gdy spojrzała na te słowa, zarumieniła się.
Infantylne, choć jednocześnie poczuła ukłucie... Czego? Żalu?
Niespełnienia? Gdyby teraz miała wskazać pierwszy moment, który
doprowadził ją do rozstania z mężem i wyjazdu z Sulejówka, to byłaby
właśnie ta chwila. Później, gdy po raz kolejny dokonywała analizy
swojego życia, pomyślała, że to było znaczące - tak, jakby mama umarła
po to, żeby ona mogła ruszyć do przodu. Nie miały toksycznej relacji,
jak to się teraz często określa. Ruta nie powiedziałaby, że nabawiła się
przez matkę traum, że musi odgruzowywać swoje dzieciństwo, by naprawić
dorosłość. Żyły zwyczajnie, średnia krajowa. Finansowo poniżej
przeciętnej, ale bez przemocy i innych patologii. Jedyne, o co Ruta
mogłaby mieć do mamy żal, to fakt, że nigdy nie chciała jej opowiedzieć
o przeszłości - kim był jej ojciec, dlaczego nie mieszkał z nimi.
Podczas porządkowania papierów znalazła stare koperty zaadresowane po
rosyjsku i litewsku. Puste, bez listów. Z tyłu zaś, gdzie zwykle podaje
się adres nadawcy, koperty miały wycięte okienka, jakby... Nie wiedziała,
jakby co. Czy mama chciała je gdzieś wkleić, przechować, uchronić przed
zgubieniem się? A może przeciwnie? Nie chciała, żeby ktoś je odnalazł?
Tylko jedna zachowała się w całości, ale została zalana wodą i atrament,
którym pisał nadawca, się rozmył. Cyrylica, która i tak sprawiała Rucie
więcej problemów niż alfabet łaciński, była teraz trudna do odczytania.
Mama trzymała te koperty w szafie, pod nieużywanym od dawna kołnierzem z lisa. Przedziwne miejsce, zresztą sam kołnierz też. Ruta aż się
wzdrygnęła, gdy się wysunął z foliowego worka. Pamiętała mamę w nim
narzuconym na płaszcz. I jego przerażające plastikowe oczy. Co do kopert
Ruta przypuszczała, że mają związek z ich historią rodzinną. Matka mało
mówiła o korzeniach, ale przecież nadała jej imię Ruta. Prawie wszyscy
sądzili, że jest żydowskie, czemu się dziwili, bo Ruta była ciemną
blondynką o niebieskich oczach. Zwykle jednak przemilczali sprawę, "no
bo z tym pochodzeniem to w Polsce wiesz". Tymczasem ona dostała to imię
z zupełnie innego powodu. "Podobno litewskie, poza tym oryginalne.
Jedyna niezwyczajna rzecz, jaką mogłam ci dać", powiedziała matka.
Nie tylko to wyróżniało Rutę Rosieńską. Kiedy wypełniała papiery
związane ze ślubem, w rubryce z przyszłym nazwiskiem wpisała swoje:
Rosieńska. Tak już zostało, choć mąż się trochę obruszył, ale tylko
trochę, bo nie chciał wyjść na konserwatystę, którym mimo wszystko był.
Matka powiedziała wtedy, że to zły znak i razem starości nie dożyją.
Miała rację, jak się okazało.
I tak, we wspomnieniach, nostalgii, od czasu do czasu zaczepiana przez
sąsiadkę Królikową, Ruta przeżyła trzy miesiące. Snuła wizje przyszłej
pracy, ale życie rewidowało różne pomysły. Największym problemem był
brak pieniędzy niepozwalający na rozpoczęcie jakiejś działalności. Zaraz
za nim niewiara we własne siły. Aż wreszcie przeczytała artykuł o wakatach w policji i stwierdziła, że to dobry trop. Tak, jak to
przedstawiała matka: stabilnie i do emerytury.
Praca w służbach nie była zbyt romantyczna, ale ostatnie kilkanaście
lat, czyli biurko w referacie podatków, też nie było. Poza tym Ruta
uważała, że jej cechy mogłyby się na coś w pracy policyjnej przydać. No
i fakt, że kilkanaście lat temu zrezygnowała z tego wyboru ze względu na
"dobro rodziny", też miał znaczenie. Teraz dobro było pojedyncze, tylko
jej, i chciała się o nie zatroszczyć.
Mogłaby wybrać oficjalną ścieżkę, ale pomyślała o Marcinie, z którym
spotykała się podczas nauki w Szczytnie. Ich drogi się rozeszły, kiedy
poznała Arka, ale on też już miał kogoś innego na oku. To nie była żadna
wielka miłość, oboje to wiedzieli. Ruta zachłysnęła się wolnością, dała
się uwieść wygadanemu i przebojowemu starszemu koledze. On zaś lubił
ładne dziewczyny, raczej seryjnie, a nie monogamicznie. Rozstali się bez
urazy, potem mieli okazjonalny kontakt. Najpierw, gdy pojawiła się Nasza
Klasa, a potem Facebook. Wymienili się zdjęciami, powspominali dawne
czasy. Niezobowiązująco. Ruta odezwała się do niego po raz kolejny, gdy
była już w Siedlcach. Chciała go tylko poprosić o radę, zapytać, jak się
teraz pracuje w służbach, i tak od słowa była już w samochodzie na
trasie do Suwałk tak samo jak teraz.
Z rozmyślań wyrwał ją dźwięk telefonu. Spojrzała na wyświetlacz:
"Monika".
- Cześć - rzuciła w przestrzeń auta.
- Cześć, mamo. Coś słabo słychać. - Jej córkę było za to świetnie
słychać.
- Bo jestem w trasie.
- Tak chyba ostatnio można nazwać twoje życie.
- Odbijam sobie za lata stagnacji. Zresztą trasa się zaraz skończy, bo
już podpisałam papiery.
- Czyli jednak będziesz pracować na tym zadupiu?
- W Rutce-Tartaku.
- No o tym właśnie mówię. Zmieniłaś podwarszawską miejscowość na jakąś
dzicz? Nie krytykuję twojego wyboru, żadnego - jej ton głosu zdradzał,
że jest przeciwnie - ale w jaki sposób to ma być początkiem twojego
nowego, lepszego życia. Bo przecież ma być lepsze, prawda?
- Prawda. - Ruta zerkała na mijane tereny. Zieleń, pustka, spokój.
Całkiem fajny kawałek Polski. Szkoda, że płaski, ale tam, dokąd jechała,
krajobraz się zmieniał - był pofałdowany. To efekt lodowca, który się
tamtędy przesuwał. Zostały po nim głębokie jeziora rynnowe i góry.
Myślała, że Marcin sobie z niej żartował, gdy opowiadał o górach na
Suwalszczyźnie, ale potem sprawdziła, że one naprawdę tam są - Góry
Sudawskie. Fachowo to wysoczyzna morenowa, ale dla ludzkiego oka - góry.
- Jesteś pewna, mamo, że właśnie tego chcesz?
- Jestem pewna, czego nie chcę.
- Uciekasz od odpowiedzi.
- Nie uciekam. Mówię, jak jest. Tyle wiem, reszta wciąż przede mną.
Po drugiej stronie rozległo się westchnienie.
- Ale podjęłaś konkretną decyzję. Zobowiązanie. Przecież nie będziesz
się za chwilę przenosiła gdzieś indziej.
- Nie wiem. Nie wszystko jest na stałe. Właściwie to nic nie jest.
Odpowiedzią znowu było głębokie nabranie powietrza i wypuszczenie go z sykiem.
Ruta miała wrażenie, że jej rozmowy z Moniką wyglądają tak, jakby się
zamieniły miejscami - to jej córka była głosem rozsądku, stabilizacji.
Dawniej młode pokolenia wszystko kontestowały, odrzucały zastany świat,
poszukiwały, błądziły. Monika na pewno by się w tym nie odnalazła -
lubiła mieć dokoła siebie poukładaną, niezmienną rzeczywistość. Była
taka, jak Ruta w młodości, tyle że Rutę do takich wyborów przymuszały
rozsądek i kiepska sytuacja materialna. Monika żyła w dostatku, mogłaby
sobie pozwolić na bunt, gdyby chciała. Ale nie chciała.
- Mamo, nie pogniewaj się, ale to naprawdę wygląda tak, jak... jakbyś się
zerwała ze smyczy.
Ruta parsknęła.
- Zerwała ze smyczy. To dobre. - Naprawdę ją to rozśmieszyło.
- Nie wiem, jak inaczej to nazwać. Zawsze byłaś racjonalna.
- Może dlatego, że musiałam?
- Teraz też chyba musisz, przecież będziesz policjantką. Czy to nie jest
jedno z podstawowych wymagań w tym zawodzie?
- Uczciwość i rzetelność to jest podstawa. Myślę, że mam obie te cechy.
- Na pewno, mamo. Chodzi mi tylko o to, że policjant, znaczy
policjantka, musi twardo stać obiema stopami na ziemi. A twój stan ducha
teraz jest... - Urwała.
- Jaki jest? - zapytała Ruta. - Wiesz, ja sama jeszcze nie do końca
potrafię go określić, więc z chęcią poznam twoją opinię.
- Niestabilny. Tak bym to ujęła.
- Chyba bym się z tym nie zgodziła. Może jakiś czas temu, kiedy się
zastanawiałam, co robić, miotałam się. Ale nie teraz, kiedy już podjęłam
decyzję.
- Tata nienajlepiej sobie radzi. - Monika nagle zmieniła temat.
- W jakim sensie?
- Ogólnym. Byłam u niego wczoraj i powiem ci, że słabo to wyglądało. Był
jakiś taki... W pomiętej koszuli, chyba niewyspany, na stole brudne kubki.
Myślę, że nawet jeśli głośno tego nie mówi i robi dobrą minę, to
przeżywa wasze rozstanie.
- Albo brak obsługi w domu.
- Nie spłycasz sprawy?
- Nie wiem, ale z twojego opisu wynika, że może o to chodzić.
- Jest mi go po prostu żal. Siebie też.
Ruta poczuła nieprzyjemne ukłucie w okolicy serca.
- Siebie? Przecież od dwóch lat z nami nie mieszkasz. Jesteś
pełnoletnia, studiujesz, masz chłopaka...
- Ale straciłam rodzinę. Była, była i nagle nie ma. To ma na mnie wpływ,
mamo.
Teraz westchnęła Ruta. Rozmawiały na ten temat. Przyjmowała argumenty
córki, rozumiała jej perspektywę i absolutnie nie czuła, że powinna
zmienić zdanie.
- Przykro mi, tyle mogę powiedzieć.
Ponieważ Monika milczała, Ruta zapytała:
- A jak na studiach?
- Wszystko dobrze. Zaraz sesja, a potem przez miesiąc popracuję u taty w ramach praktyk. Płatnych.
Eksmąż Ruty prowadził dużą firmę rachunkową, a Monika studiowała
finanse.
- To fajnie. Tata chyba zresztą ma plan, żeby cię wciągnąć w biznes.
Zawsze się cieszył, że poszłaś w jego ślady, wybierając kierunek
studiów.
- W twoje również. Przecież ty też się zajmowałaś księgowością.
Referat podatków i opłat lokalnych to było jej miejsce pracy. Skończyła
zaocznie studia, do których miała taki sam stosunek, jak do tego zajęcia
- letni. Spojrzała na deskę rozdzielczą: termometr wskazywał dwadzieścia
pięć stopni. A podobno wybrała najzimniejsze tereny w Polsce.
- Zanim postanowiłaś już się nią nie zajmować - ciągnęła Monika.
- Ale to nie był mój pierwszy zawód. Najpierw byłam policjantką. I zawsze trochę żałowałam, że odeszłam z policji.
- No tak, ale zmiana po tylu latach? Przecież już tak długo pracowałaś w urzędzie, znałaś to miejsce jak własną kieszeń. A z policją... Nie boisz
się, że trudno ci będzie znowu wejść do tego świata? Miałaś sporą
przerwę, na pewno wiele się pozmieniało. Że nie wspomnę o takich
sprawach, jak testy wytrzymałościowe i w ogóle.
- Testy zdałam. - Ruta nie czuła potrzeby, by dodać, że obniżono
wymagania. - A resztę nadrobię.
- Mówiłaś, że chciałabyś nowych przeżyć, wyzwań, i ja to szanuję, ale
obawiam się, że w miejscu, które sobie wybrałaś, to raczej nic takiego
cię nie spotka. Nie lubisz tego określenia, no ale to zadupie.
- Nie jest najmilsze, fakt. - Ruta zgodziła się uprzejmie, myśląc
jednocześnie, że jej córka ma przygotowaną listę, która ma na celu
zniechęcenie matki do wprowadzania zmian w życiu, i teraz odhacza z niej
kolejne punkty.
- Ani się tam nie rozwiniesz zawodowo, ani nikogo nie poznasz.
Chyba zbliżały się do końca tej listy, bo kolejne argumenty były coraz
mocniejsze. Ruta myślała o tym, co przed chwilą padło. To był całkiem
realny scenariusz, ale przecież zawsze istniał cień szansy, że będzie
inaczej. Samodzielne stanowisko - jak by nie było: kierownicze - wymusi
na niej doszkalanie się, a co do nowych znajomości, to teraz poznaje się
facetów przez internet, a ten do Rutki-Tartaku dotarł.
- Chyba że już... Zapytam wprost, czy coś cię łączy z tym twoim kolegą z Suwałk? Z tym, który załatwił ci pracę? I który wynajmuje ci mieszkanie?
- Nie. Zupełnie nic. To dawny znajomy, który jest teraz wysoko w hierarchii policyjnej.
- Po prostu znajomy?
- Teraz tak. Kiedyś chłopak. Przez kilka miesięcy, wieki temu. Gdy
miałam tyle lat co ty.
- Faktycznie dawno - zgodziła się Monika, a Ruta poczuła delikatne
ukłucie smutku.
- Czyli to nie przez niego te zmiany?
- Nie. On się pojawił później, kiedy już byłam w Siedlcach. Zresztą ma
żonę, dorosłe dzieci. To już od dawna zamknięty rozdział, tylko
wspomnienie.
- Ale mówiłaś, że za mieszkanie mu nie płacisz. Więc chyba cię lubi. -
Akcent padł na ostatni wyraz.
- Lubi, to prawda. A z mieszkaniem to jest taka sytuacja, że miało iść
do remontu. Poprzedni wynajmujący właśnie je zwolnili, nowych jeszcze
nie było. Marcin stwierdził, że mogę przez jakiś tam pomieszkać, ale nie
będzie ode mnie brał pieniędzy za lokal, który nie jest w idealnym
stanie.
- Traf.
- Można tak to nazwać.
- Ale nie będziesz tam mieszkała przez cały czas.
- Nie. Rozglądam się za czymś. Jest służbówka nad posterunkiem, ale już
zajęta.
- Przez kogo?
- Przez młodego chłopaka, który niedawno się tam zjawił. Posterunkowy.
- Aha.
- To westchnienie ulgi czy zawodu? - zapytała Ruta.
Widziała już tablice informujące o konieczności zmiany pasa i wskazujące
zjazd na Suwałki.
- To obawa, czy nie będziesz żałowała tej decyzji. Bo z tego, co mówisz,
to na horyzoncie nie widać niczego ciekawego.
Rozdział 3
Bardzo ładne pośladki, pomyślała Ruta. Krągłe, wypukłe, jędrne.
Chciała coś powiedzieć, dać znać, że tu jest, ale stała w korytarzu i na
nie patrzyła, zwłaszcza że wykonywały rytmiczne ruchy.
Większość rzeczy zabranych z domu zostawiła w suwalskim mieszkaniu. Do
kartonowego pudła przełożyła to, co mogłoby się jej przydać na
posterunku - długopisy, kilka kubków, dwa kwiatki w doniczkach. Ponieważ
i tak chciała pojechać na wycieczkę, by lepiej poznać okolice swojego
nowego miejsca pracy, postanowiła przy okazji wpaść na posterunek i przynieść tu te przedmioty.
Na podjeździe stał samochód - mały, wysłużony golf. Zdziwiła się. Według
słów Marcina posterunkowy do wtorku miał być na urlopie. Mogło się
zdarzyć, choć było to mało prawdopodobne, że skrócił wypoczynek. Drugie,
też o niskim stopniu prawdopodobieństwa, że zaparkował tu jakiś cywil.
Drzwi wejściowe były zamknięte na klucz. Otworzyła je. Do jej mózgu od
razu dotarły trzy informacje: wewnętrzne drzwi łączące posterunek z mieszkaniem służbowym stały otworem, na kaflach, którymi wyłożono
korytarz, widniały mokre plamy przypominające ślady stóp, a z gębi
korytarza dolatywała muzyka. "Wręczę ci mandacik za przekroczenie
piękności, możesz go opłacić walutą miłości. Wręczę ci mandacik za
przekroczenie piękności, możesz go opłacić w zupełnej ciemności". Ślady
prowadziły do pomieszczenia socjalnego, które też było otwarte, i to tu
znajdowało się źródło discopolowego grania. "Przez otwarte okno twego
Clio usłyszałaś i-o, i-o. To miłosny pościg, się rzucili chłopcy
radarowcy".
Stanęła w progu. Po prawej była zabudowa kuchenna, po lewej nieduży stół
i dwa krzesła, na wprost - zlew i nagi mężczyzna, który nalewał wodę do
dużego garnka. Drugie, trochę mniejsze naczynie stało już na włączonej
kuchence.
Powinna była się wycofać, a potem w jakiś sposób poinformować o swojej
obecności.
- O-o-o, ma-ma-ma-mandacik, ma-ma-ma-mandacik. Ma-ma-ma-mandacik, pan da
ci, oh, yeah. - Tym razem do głosu piosenkarza dołączył głos tego,
którego biodra kręciły się w rytm skocznej, ludowo-wiejskiej muzyki
przełamanej elektroniczną nutą.
Ale nie zdążyła, pewnie dlatego że wejście do aneksu kuchennego
znajdowało się naprzeciw okna z zakurzoną firanką. Kichnęła głośno,
przebijając się przez oba wokale.
- ...w zupełnej ciemności.
Finał piosenki wybrzmiał już tylko jednym głosem. Drugi, teraz mając
konkretną twarz, dodał:
- O Jezu.
Ruta stwierdziła, że to bardzo przyjemna twarz, choć chwilowo
zaskoczona, a nawet przerażona.
- Dzień dobry. Ruta Rosieńska, od jutra zaczynam tu pracę - przywitała
się.
- Taak? Ja... ja...
Usilnie patrzyła mu w oczy, jakby chciała go uspokoić, że jej wzrok nie
obejmuje niższych partii jego ciała.
- Przepraszam.
Chłopak gwałtownie się obrócił, po czym przychylił przez blat.
Dostrzegła, że sięga po coś.
- Ja... - Znowu stał do niej przodem. Tym razem Ruta spojrzała niżej. Obie
dłonie trzymał na wysokości bioder, a w nich ścierkę w kolorowe pasy,
która ukrywała przed nią fragmenty ciała zwyczajowo niepokazywane
postronnym. - Awaria piecyka na górze. Robiłem sobie kąpiel, kiedy
skończyła się ciepła woda, dlatego przyszedłem tu nagrzać. Nie
wiedziałem, że ktoś tu przyjdzie, przecież jest niedziela. Zresztą z kadr dostałem informację, że będę miał szefa. A pani jest...
Chłopak wyglądał naprawdę sympatycznie. Miło i zwyczajnie, pominąwszy
ścierkową przepaskę na biodrach. Był młody, dwadzieścia kilka lat. W wieku Moniki. Mógłby być moim synem, pomyślała. Jasne włosy, niebieskie
oczy. Szczere, dobre spojrzenie.
- Szefową - odparła. - Twoją szefową. Będę w swoim pokoju - dodała.
Odwróciła się i skierowała w stronę gabinetu. Gdy mijała lustro,
dostrzegła w nim odbicie chłopaka. Pocierał dłońmi twarz, nie było w nich już ścierki, ta leżała na blacie. Blat zaś był na wysokości bioder,
niczym już nieosłoniętych.
Na chwilę jej wzrok zatrzymał się w tym punkcie. Gdy podniosła głowę,
jej spojrzenie natrafiło na jego wzrok skierowany w stronę szklanej
tafli.
Natychmiast przekręciła głowę i energicznym krokiem poszła do pokoju.
Dziesięć minut później stanął przed jej biurkiem.
- Patryk Wasilkiewicz. Posterunkowy Patryk Wasilkiewicz.
Podniosła się.
- Ruta Rosieńska. Starsza aspirant. - Wyciągnęła w jego stronę dłoń.
Uścisnął ją. Palce miał ciepłe, wilgotne. Pomyślała, że się denerwuje.
- Przyjechałam dzisiaj, bo przywiozłam rzeczy. Nie powinno mnie tu być,
i tak potraktujmy to, co się wydarzyło. Jakby nie miało miejsca. -
Uśmiechnęła się.
- Tak, pewnie.
Nadal stał.
- Usiądź. Proszę.
Chłopak przysunął sobie krzesło.
- Nie wiem, co już o mnie wiesz.
- Nic. Tylko tyle, że ma być szef. Tak było powiedziane, więc
pomyślałem, że to będzie mężczyzna. A jest pani.
- Jestem ja. Ruta.
Pokiwał głową. Wyglądał na stremowanego.
- Powiesz coś o sobie? - poprosiła.
- Pracuję tu od początku roku. Wcześniej był tu sierżant, ale poszedł na
emeryturę. Przez kilka miesięcy nikogo nie było, wakat, a od stycznia
ja. Na górze mam mieszkanie. Małe, pokój, kuchnia i łazienka.
- Skąd jesteś?
- Z Poćkun. To przy granicy.
- Tu wszędzie jest przy granicy. - Uśmiechnęła się.
- No tak. Stamtąd. - Wyciągnął lewą rękę w bok. - Znaczy jak się jedzie
na Łoździeje. Na Olitę - dodał. - Przez Sejny.
- To mniej więcej kojarzę.
- Pani...
- Ruta - przypomniała mu.
- Ruta - powtórzył. - Ty nie jesteś stąd?
- Nie. Jestem z Sulejówka.
- Piłsudski - wypalił jak z automatu.
- Tak, on też tam mieszkał. Tylko trochę wcześniej.
Śmieszny był ten chłopak. Zachowywał się jak w szkole w obecności
wymagającej nauczycielki.
- Tak mi się skojarzyło. To daleko. I blisko Warszawy. Dlaczego cię tu
przenieśli?
Patrzyła na niego, zastanawiając się, co odpowiedzieć.
- To znaczy przepraszam, jeśli to za ciekawskie, po prostu... No, tu jest
dziura. Tego nikt nie chciał brać, dlatego mnie się trafiło, zwykłemu
posterunkowemu.
- W obecnych warunkach geopolitycznych sytuacja się zmieniła.
Przecież nie będzie tu opowiadała o splocie wydarzeń, który sprawił, że
trafiła na to "zadupie", jak to określiła je jej córka - równolatka tego
chłopaka.
- O wojnę chodzi? I o tych, co się próbują przez zieloną granicę dostać?
Pokiwała głową.
- No jasne! - Lekko uderzył otwartą dłonią w czoło. - Mówili, że od
lipca kontrole będą na granicach, a już teraz pogranicznicy cały czas tu
jeżdżą i patrolują. Niby to wszystko rutynowe, ale... Może jednak co
poważniejszego, jak prawie Warszawa tu przyjeżdża?
- Bez obaw. Wszystko jest pod kontrolą.
Było jej głupio, że go okłamuje i do tego używa tekstów jak z amerykańskich filmów klasy b, dlatego szybko zmieniła temat.
- No dobra, to już trochę o sobie wiemy, a teraz wprowadź mnie w funkcjonowanie posterunku. Co tu się wydarzyło od stycznia? Jakie
interwencje, sprawy, wpisy do SEWIK-u? Co tam masz w notatkach?
Patrzyła na nią para błękitnych oczu takich, jak dzisiejsze niebo.
- Nic - odparł. - Prawie nic.
- Jak to: nic? Nie prowadzisz dokumentacji?
- Prowadzę. Tylko że nic się nie wydarzyło. Pokażę. - Podniósł się i wyszedł na korytarz. Po chwili wrócił z grubym zeszytem A4 w twardej
oprawie. Na okładce było zdjęcie samochodu z napisem "Police".
- Tylko taki został w Groszku w Wiżajnach - powiedział.
- Pasuje. - Pokiwała głową.
Widziała po jego minie, że nie potrafi ocenić, czy mówi serio.
- Mogę?
Wzięła od niego zeszyt.
Na pierwszej stronie u góry było napisane: "2 stycznia 2025 r. W dniu
dzisiejszym na terenie gminy Rutka-Tartak nie odnotowano żadnych zdarzeń
kwalifikujących do wystawienia mandatu karnego lub skierowania do
dalszych czynności procesowo-śledczych". Przewróciła kartkę: "3 stycznia
2025 r. W dniu dzisiejszym na terenie gminy Rutka-Tartak nie odnotowano
żadnych zdarzeń kwalifikujących do wystawienia mandatu karnego lub
skierowania do dalszych czynności procesowo-śledczych". Kolejna strona:
"4 stycznia...".
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki