Czerwień (Tom 3). W stronę mroku - Linda Nagata

-
Proszę czekać

ŻYCIE POZAGROBOWE

- Uczestniczymy w nieliniowej wojnie. To oznacza, że nie ma żadnych "stron". Nie ma prawdziwych sojuszników, ustalonych wrogów ani określonego pola walki. Konflikt przenika dziedziny finansów, komunikacji, propagandy, terroryzmu i wojskowości w postaci zmieniającej się nieustannie matrycy, która może zniszczyć kulturę, doprowadzić do upadku gospodarkę lub wywołać wojnę, zależnie od wagi i kierunku sprzecznych interesów...

- W tym naszych - przerywa porucznik Logan, jakby to był jakiś ważny kontrapunkt dla mojej argumentacji.

Nie jest.

- W tym naszych interesów - przyznaję. - Bez względu na to, kurwa, jakie one są.

Nazywam się James Shelley, jestem kapitanem Oddziału Uderzeniowego GRK 7-1, połączonej grupy bojowej, która nie istnieje w żadnych oficjalnych dokumentach armii amerykańskiej. Ray Logan jest moim zastępcą. Prowadzimy cichą rozmowę kilka kroków od sześciu żołnierzy przydzielonych do GRK 7-1.

Zajmujemy tymczasowe prycze wstawione do pomieszczenia torpedowego wielozadaniowego okrętu podwodnego typu Virginia, należącego do marynarki wojennej USA, który płynie obecnie pod lodową, zimową czapą Oceanu Arktycznego. Reszta oddziału śpi na prowizorycznych dwupoziomowych kojach, ustawionych podłużnie między zielonymi korpusami torped umocowanych na stelażach. Większości żołnierzy nie widać, przynajmniej tych na dolnych posłaniach, a ich sprzęt leży w porządku na górnych kojach. Tylko Logan i ja czuwamy, naradzając się u końca wąskiego przejścia biegnącego między podstawami prycz i stelaży z torpedami.

- Rzecz w tym - mówię dalej - że dobrzy i źli faceci będą się zamieniać rolami; będą musieli to robić wraz ze zmianą sytuacji. Nigdy nie wiadomo, kto będzie wrogiem w przyszłym roku albo podczas następnego starcia.

Ray Logan jest biały i ma dwadzieścia cztery lata, czyli rok mniej ode mnie. Ma metr siedemdziesiąt pięć wzrostu, więc nie jest wysokim mężczyzną, ale jego szczupła sylwetka i rzeźbione rysy twarzy dałyby mu zajęcie statysty, gdyby zamiast wojska wybrał Hollywood. Jest urodzonym wojownikiem i lubi być na czele każdego ataku, więc to, że zerka niespokojnie przez ramię, jakby się obawiał, że ktoś z oddziału nas podsłuchuje, sprawia niemal surrealistyczne wrażenie. Podążam za jego wzrokiem, ale widzę jedynie brzydką bosą stopę Carla Escamilli, wystającą z najbliższej koi.

Logan ścisza głos jeszcze bardziej.

- Jezu, Shelley, nie przyszło mi po prostu nigdy do głowy, że tymi złymi facetami okażą się pierdoleni Kanadyjczycy. To znaczy, moja mama jest Kanadyjką.

- Nieliniowa wojna - przypominam mu. - Zmieniające się sojusze. Jeśli pocieszy cię to w jakikolwiek sposób: to, co się dzieje w obrębie celu, może nie mieć nic wspólnego z kanadyjskim rządem ani nawet z żadną kanadyjską korporacją.

Nasza obecna operacja nosi kryptonim "Wieża Płowego Konia" i jak każda misja, której się podejmujemy, została nam przydzielona przez Czerwień. Naszym celem jest naftowa platforma wiertnicza o nazwie Deep Winter Sigil. Zimuje na spornym akwenie morskim, do którego Kanada chce zgłosić swoje roszczenia, ale nie płyniemy tam po to, żeby rozstrzygnąć spór terytorialny. Uzyskane przez nas dane wywiadowcze wskazują, że w laboratoriach na pokładzie platformy dzieje się coś niezwykłego, a potwierdzają to tak silne zabezpieczenia, że nawet Czerwień nie jest w stanie ich spenetrować.

Jeśli jakaś tajemnica jest tak mocno strzeżona, to zakładamy, że jest niebezpieczna i może stanowić zagrożenie dla ludzkości.

Nasza misja polega na podpłynięciu cichaczem, wywaleniu kopniakiem drzwi, opanowaniu ośrodka i sprawdzeniu, co się tam kryje. Tego rodzaju przydział nazywamy "operacją kontrolną". W minionych miesiącach przeprowadziliśmy dwie podobne operacje. W obu wypadkach obiekty okazały się wytwórniami niedozwolonych leków, co nie znajduje się w centrum naszych zwykłych zainteresowań, ale takie jest ryzyko "kontrolowania".

Wydaje mi się, że jesteśmy wysyłani nieustannie na akcje, gdyż Czerwień jest na tropie konkretnego przedsięwzięcia. Nie wiem, na czym miałoby ono polegać. Mamy coś sprawdzić, a póki tego nie zrobimy, nie wiemy, co znajdziemy. Możemy napotkać absolutnie wszystko - od nieprzezwyciężonej obrony po legalną działalność.

Logan robi kwaśną minę. Jak ja - jak my wszyscy - służył w regularnym wojsku. Dziewięć miesięcy wcześniej należał do sił szkoleniowych USA w Boliwii. Bezpośredni dowódca polecił jego oddziałowi towarzyszyć miejscowej jednostce podczas akcji prewencyjnej, co jest po prostu rodzajem operacji kontrolnej. Logan miał złe przeczucia; twierdził, że dane wywiadowcze są błędne. Miał rację. Kiedy miejscowi żołnierze wywalili drzwi, za nimi były dzieci, żadnych bandziorów. Spalili to miejsce i tak.

- Nienawidzę operacji kontrolnych - mówi z gorzką szczerością.

Chcę mu powiedzieć, że ja też ich nie znoszę, ale zamiast tego oznajmiam:

- Obudzę oddział. Zanim wyruszymy, powtórz z nimi plan misji.

Hierarchia służbowa jest prosta. W oddziale są oficerowie, bo ktoś musi dowodzić, ale nie posługujemy się stopniami podkomendnych. To nie jest konieczne. Żaden z nich nie znalazł się tutaj dla żołdu czy możliwości awansowania.

Skupiam wzrok na słabo widocznej, przejrzystej ikonie znajdującej się na dole mojego pola widzenia. To przycisk polecenia gen-komu. Zwrócenie uwagi na ikonę rozjaśnia ją, dzięki czemu wyróżnia się spośród pozostałych, wyświetlonych na optycznej nakładce, którą noszę jak szkła kontaktowe.

Ikona podsuwa mi menu, ale ignoruję je i mruczę:

- Ogłoś pobudkę.

Polecenie wywołuje sygnał, który jest przekazywany do wszystkich podwładnych.

Każdy żołnierz mojej PGB ma nakładkę oczną, taką jak moja; wszyscy mamy także neuronetki: wszczepione pod skórę głowy siateczki z cieniutkich drucików; prosta AI kontrolująca neuronetkę zapoczątkowuje program budzenia.

Nie ma momentu przejścia, zmieszania, opieszałości. Żołnierze budzą się jednocześnie, z mechaniczną precyzją. Niektórzy się przeciągają, inni kaszlą, ale przed upływem dziesięciu sekund widzę całą szóstkę - jedni siedzą na krawędziach prycz, inni stoją w przejściu, ale wszyscy patrzą na mnie czujnym wzrokiem, pragnąc poznać naszą sytuację.

Logan przejmuje pałeczkę.

- Odlać się i umyć. Macie pięć minut, a potem przećwiczymy jeszcze raz role i zadania każdego z was.

Oficjalnie wszyscy żołnierze GRK 7-1 zginęli lub zmarli na skutek ran odniesionych w akcjach, ale śmierć nie zwalnia ich od niekończącego się treningu i przygotowań do misji przyrodzonych wojsku, gdyż największa szansa na przeżycie operacji kryje się w zrozumieniu jej w najdrobniejszych szczegółach.

Siedemdziesiąt minut później kapitan okrętu podwodnego przekazuje z przedziału dowodzenia wiadomość, że dzieli nas dziesięć minut od miejsca desantu.

- Wakacje skończone! - warczy Logan. - W samą porę. Ubrać się!

- Hoo-yah! - wykrzykuje Alex Tran, stukając się pięściami z Thomasem Dunaheem.

Wszyscy ruszają się jednocześnie. Nasze plecaki, broń i wyposażenie są już przygotowane. Pozostało jedynie włożyć kombinezony termiczne.

Stłoczeni wijemy się, naciągając je na jedwabne szorty i T-shirty nowej generacji, które są naszą standardową bielizną.

Pianki stanowią półtoracentymetrowej grubości izolację, która sprawi, że nie umrzemy z powodu hipotermii, chociaż możemy wykorkować z powodu przegrzania, jeśli zbyt późno opuścimy okręt podwodny.

Jak wszyscy pozostali naciągam długie nogawki na protezy nóg. Robocie kończyny nie potrzebują ciepła, żeby działać, ale są termiczną czarną dziurą. Jeśli ich nie zabezpieczę, wyssą ze mnie całe ciepło.

Następny idzie obcisły kaptur z maską na całą twarz. Nakładam ją dokładnie. Po desantowaniu nie da się tego poprawić, dopilnowuję więc, żeby pasowała dobrze, nie ograniczała mi pola widzenia ani nie utrudniała oddychania.

Już zaczynam się pocić, ale nakładam kolejną warstwę: termiczny polowy mundur o biało-szarym, zimowym kamuflażu. Identyczny nosiłem podczas misji "Brzask", bez insygniów i plakietek identyfikacyjnych, które by wskazywały, że należymy do armii Stanów Zjednoczonych - bo do niej nie należymy. Tylko udajemy.

To pomaga dostać się w różne miejsca.

Naciągam wysokie buty, a potem przytraczam kaburę udową z dziewięciomilimetrowym SIG sauerem. Dłonie chronią mi cienkie rękawiczki strzeleckie, ogrzewane elektrycznie.

Ostatnia jest kamizelka kuloodporna, a potem oglądam się na żołnierzy.

Ich buty dudnią o pokład, gdy kończą się przygotowywać. Prostują zgarbione ramiona. Obracają do mnie głowy w szarych kapturach. Widać tylko oczy, błagające, żeby wypuścić ich na mróz.

- Słodki Jezu - mruczy Dunahee. - Jeszcze minuta w tym upale, a się porzygam.

Tkwi ściśnięty pośrodku przejścia. Za nim stoi Fadul, która ma zero tolerancji dla biadolenia.

- Obrzygaj mnie, a wpakuję cię pod lód - ostrzega go swoim cichym, groźnym głosem.

- Powinnaś straszyć nieprzyjaciela, Fadul - przypominam jej, zdejmując plecak z najbliższej górnej pryczy. - Nie swoich towarzyszy i towarzyszki broni.

Wykrzywia usta w bladym uśmiechu, kiedy spotykamy się wzrokiem.

- Mogę i to, i to, kapitanie Shelley.

- To na pewno - mruczy Dunahee.

Pia Fadul jest wysoka i chuda, ma ostrzyżone na jeża czarne włosy i wielkie ciemne oczy. Po atomowym ataku w Dniu Komy jej stacjonujący w Sahelu oddział prowadził działania przez dziewięć dni, nie otrzymując zaopatrzenia ani wzmocnień, aż zużyli całą amunicję podczas obrony przed silnymi atakami. Placówka została w końcu zdobyta przez żądnych zemsty rebeliantów. Widziałem część nagrań z jej kamery hełmowej. Nie chciałoby się czegoś takiego oglądać powtórnie. Nikt nie przeżył. Oficjalnie nie ocalała nawet Fadul.

Thomas Dunahee jest fizycznym przeciwieństwem Fadul - niski, krępy i jasnowłosy. Ukończył studia i pracował w banku, gdy Dzień Komy załatwił gospodarkę, a także jego rodziców i siostry, które mieszkały w Seattle. Zaciągnął się, gdy tylko otwarto ponownie punkty rekrutacyjne. Czternaście miesięcy później zwerbowała go Czerwień.

- Dunahee, obsługujesz drona. Logan, podaj mu anioła.

- Tak jest, sir.

Dron, którego mamy ze sobą, to inny model od tych, których używałem w regularnym wojsku. Jest niewielki, o mniejszym zasięgu i nie dysponuje łączem satelitarnym. Jednak po złożeniu skrzydeł łatwo go zabrać na tajne misje. Logan zdejmuje urządzenie z górnej koi i przekazuje je Julianowi, który stoi za nim.

- Podaj dalej.

Bradley Julian to weteran z Somalii. Wysoki, chudy, czarnoskóry i ciemnooki, jest naszym milczącym intelektualistą, który ma skłonność do rozmyślań. W tej chwili wygląda na zaniepokojonego za swoją maską - Tran zauważa to, kiedy Julian się odwraca, żeby wręczyć mu anioła.

- Cholera, Julian - mówi. - Nie martwisz się, co? - Jego zęby błyskają w drapieżnym uśmiechu, gdy bierze złożonego drona. - Bez obaw. Mamy Czerwień po swojej stronie, więc jesteśmy pierdolonymi superbohaterami. Nie ma mowy, żebyśmy przegrali.

- Coś ty, kurwa, powiedział? - pytam go.

Cały szereg zamiera.

Tran patrzy na mnie, zmieszany, zaniepokojony, że wpadł po uszy w gówno.

- Myślisz o sobie jak o superbohaterze, Tran?

- To był tylko żart, kapitanie Shelley. Żartowałem sobie z Juliana.

Alex Tran jest chudy i ciemnoskóry; jego afrykańskie geny górują nad wietnamskimi. Ma trzyletnie doświadczenie bojowe z regularnej armii; prawdziwy bohater wojenny, którego czujność ocaliła życie całemu plutonowi, kiedy zamachowiec samobójca wziął ich na cel w Sahelu. Jednak w naszej grupie Tran jest kotem, najnowszym rekrutem w GRK. To oznacza Grupę Reagowania Kryzysowego, gdyby ktoś chciał zapytać, chociaż nikomu się nie chce, gdyż wszystko, co dotyczy naszej tożsamości bądź działalności, jest tajne. Ta misja jest pierwszą operacją Trana w ramach Oddziału Uderzeniowego 7-1. Nadal uczy się żyć w naszym szczególnym, równoległym świecie - w części jednostki duchów tak tajnej, że nawet wojsko nie wie, że istniejemy.

Niepewne spojrzenie Trana wędruje do Juliana, a potem wraca do mnie.

- Sir...

- Nigdy, kurwa, nie ufaj Czerwieni - ostrzegam go.

Nikt się nie rusza, nikt nic nie mówi. Wszystkie oczy są wpatrzone we mnie, wszyscy są świadomi, że wynik tej konfrontacji wpłynie bezpośrednio na operację - a ja jestem wściekły. Na Trana, na samego siebie. Pięć minut przed planowanym desantem to cholernie dużo czasu, żebym sobie uświadomił, że nie udało mi się wpoić nowemu rekrutowi jasnego obrazu naszej sytuacji.

- Działając na podstawie błędnych założeń, pożegnasz się szybko z życiem, Tran. To, że Czerwień wysłała nas tutaj, nie oznacza, że opowiada się po naszej stronie albo że interesuje ją to samo, co nas. To nie oznacza, że nam pomoże. Będziesz uważał inaczej, a narazisz na niebezpieczeństwo nas wszystkich.

Spodziewam się, że ten wykład zaowocuje krótkim: "Tak jest, sir!" i pokornymi przeprosinami, ale zamiast tego wywiązuje się dyskusja.

- Ja to doskonale rozumiem, sir. Działamy sami. Nie oczekujemy pomocy. Nie prosimy o nią. Ale nie byłoby nas tutaj i nie bylibyśmy w stanie w ogóle operować bez nadzoru ze strony Czerwieni.

W trakcie osiemnastu miesięcy od powrotu na Ziemię zauważyłem jedną rzecz: to nie rekruci o religijnym wychowaniu mają problemy ze zrozumieniem ograniczonej natury Czerwieni.

- Jesteś miłośnikiem komiksów, Tran? I filmów o superbohaterach?

Chce zaprzeczyć. Poznaję to po ruchu jego gałek ocznych. Jednak w naszej grupie kłamstwo nie przechodzi, bo wszyscy używamy FaceValue, aplikacji analizującej stan emocjonalny na podstawie wyrazu twarzy i tonu głosu, która interpretuje nastrój w celu oddzielenia prawdy od fałszu. Tran pamięta o tym, więc przyznaje:

- Tak, sir. Jestem ich fanem.

- Tak myślałem. Od tej chwili zapomnisz o wszystkich opowieściach o wszechmocnej, pożerającej świat AI. Nie działamy według komiksowych reguł. Czerwień nie jest nieomylna. Nie jest wszechwiedząca. Zarówno jej zasięg, jak i możliwości są ograniczone. Jej troska o nasze dobro jest ograniczona - nigdy nie zapominaj o tym - i nie opowiada się po stronie aniołów, co oznacza, że my też się nie opowiadamy. Wszyscy jesteśmy tutaj z osobistych powodów, Tran. Dopilnuj jedynie, żeby twoje były zakotwiczone w realnym świecie. Nie jesteśmy superbohaterami. Nie jesteśmy aniołami Boga, uzbrojonymi w ogniste miecze. Jesteśmy zwykłymi żołnierzami.

Tran nadal się buntuje.

- Ale porucznik mi powiedział, sir, że podczas pańskiej ostatniej misji...

- Że Czerwień nam pomogła? - Rzucam przelotne spojrzenie na Logana, który patrzy na mnie; zęby ma zaciśnięte, a wzrok gniewny. - To się zdarza - potwierdzam. - Nie liczymy na to. Nie oczekujemy pomocy, gdyż w większości wypadków nie otrzymujemy jej. Pomyśl o tym. Gdyby Czerwień mogła kontrolować sytuację, to po co by nas w ogóle wysyłała?

Tran postępuje według rozkazu - marszczy brwi i zastanawia się nad moim pytaniem.

- Mówi pan, że jeśli wpadniemy w tarapaty, to sami musimy się z nich wydobyć.

- Możesz działać zgodnie z tą wiedzą? Zgodnie ze zdecydowanym przekonaniem, że jeśli spierdolimy sprawę, to nikt - ani nic - nas nie ocali? Bo jeśli nie, to sugeruję ci, żebyś został.

Tran jest wstrząśnięty moją propozycją. Obrażony. Pełen gniewu, pod którego wpływem prostuje się tak bardzo, że przysięgam, iż rośnie o centymetr.

- Nie, sir. Należę do tego oddziału. Może nie rozumiem jeszcze, jak to wszystko naprawdę działa, ale walczymy z pierdolonym armagedonem. Tyle wiem. Gówno mnie obchodzi, czy jesteśmy zdani na samych siebie, czy nie. Zamierzam pozostać częścią GRK na czas trwania tej wojny.

Kiwam głową, rozluźniam mięśnie barków i ściszam głos.

- Dobrze wiedzieć. A teraz podaj tego pierdolonego drona Dunaheemu i się ogarnij!

- Mamy dwie minuty spóźnienia - ostrzega Logan.

Przyjmuję to do wiadomości skinieniem głowy.

- Hełmy włóż!

Stajemy się anonimowi za nieprzejrzystymi, czarnymi przyłbicami zakrywającymi całą twarz. Włączają się malutkie wentylatorki, ale kaptur termiczny niweluje wszelkie efekty chłodzące. Zdejmuję z pryczy mój M-CL1a, czyli ztkh, a potem przyglądam się ikonom przy dolnej krawędzi wyświetlacza, przypisanym żołnierzom oddziału: Loganowi, Roman, Fadul, Escamilli, Dunaheemu, Julianowi i Tranowi. Wszystkie świecą się na zielono - stan normalny. Chcę, żeby nadal były zielone, kiedy misja się skończy.

Logan bierze swoją broń, a potem przeciska się obok mnie na początek rzędu, niosąc złożony egzoszkielet. Nasze martwe siostry są zbyt nieporęczne, żeby je nosić w wąskich korytarzach okrętu podwodnego, więc włożymy je na zewnątrz, jeśli tylko wcześniej nie zabije nas udar termiczny. Musimy się stąd wydostać.

Logan stoi w gotowości obok grodzi przedziału torpedowego.

- Rozpocząć operację, poruczniku.

- Tak jest, kapitanie Shelley.

Otwiera ostrożnie drzwi prowadzące do znajdującego się za nimi korytarza i wychodzi na zewnątrz. Ja tuż za nim, z martwą siostrą w jednej ręce, a karabinem w drugiej. Nasze nagłe pojawienie się zaskakuje dwóch marynarzy. Znikają w górze drabiny prowadzącej do centrali, usuwając się nam z drogi.

Idziemy szybko.

U podstawy drabinki wiodącej do klapy włazu czeka na nas porucznik marynarki w stroju arktycznym.

- Kamery i czujniki nie wychwyciły niczego na zewnątrz - informuje nas, a jej niespokojny wzrok przenosi się z jednej nieprzeniknionej przyłbicy na drugą. - Nawet misia polarnego.

- Warunki? - pytam.

Odwraca się do mnie z ulgą. Zna mój głos, słyszała go w popularnym programie emitowanym dwa lata temu pod tytułem Połączona grupa bojowa. Wie, kim jestem; mogła poznać nazwiska nas wszystkich. To nie ma znaczenia. Na tym etapie załoga stworzy wspólnie własną wersję wydarzeń, która wyjaśni, że jesteśmy specjalnym tajnym oddziałem złożonym z żołnierzy, którzy oficjalnie nie żyją - sami patrioci - i niemal wszystko, co opowiedzą sobie nawzajem, będzie prawdziwe.

- Warunki zgodne z prognozą pogody, sir. Grubość pokrywy lodowej w tym miejscu jest szacowana na dwanaście centymetrów; dosyć, żeby was utrzymać. Temperatura minus czterdzieści stopni, prędkość wiatru między czterdzieści sześć a pięćdziesiąt węzłów, z porywami niosącymi tumany śniegu; zachmurzenie duże.

Już niebawem nie będzie nam gorąco.

Czuję, że pokład pod moimi stopami się przechyla i kołysze delikatnie, a potem rozlega się trzask, kiedy kiosk okrętu przebija skorupę lodu.

Mój hełm wychwytuje i wzmacnia cichy głos dowódcy, który zwraca się przez zestaw słuchawkowy do pani porucznik i pozwala jej otworzyć właz. Kobieta wspina się po drabince, uruchamia mechanizm i podnosi klapę, pokonując napór wiatru, po czym ześlizguje się na dół. Zerkam w górę na koło równie czarne, co nasze przyłbice. Jest czternasta czasu standardowego. Dwudziesty trzeci grudnia. Słońce nie pojawi się na tej szerokości geograficznej jeszcze przez całe miesiące, a o tej porze burzowe chmury zaćmiły nawet światło gwiazd.

Skupiam umysł na wielokrotnie przećwiczonym rozkazie: Ruszać. Moja neuronetka potrafi rozpoznać wzory myślowe towarzyszące popularnym słowom i poleceniom. Wychwytuje myśl i przekłada na bezbarwną, syntetyczną wersję mojego głosu, słyszę zatem siebie samego wypowiadającego to słowo przez gen-kom:

- Ruszać.

Prowadzi porucznik Logan. Zostawiwszy martwą siostrę, pierwszy wspina się po drabince. Potem Escamilla, Dunahee i Tran. Tworzą łańcuszek rąk i przekazują sobie w górę wszystkie egzoszkielety, a później rozkładany trap dostarczony przez panią porucznik. Żołnierze znikają w ciemności. Julian, Roman i Fadul idą za nimi. Potem ja, a na końcu pani porucznik.

Kiedy docieram na szczyt drabinki, wiatr uderza ze wściekłą siłą. To jak podciśnienie, opróżnia mi płuca. Z trudem łapię oddech, a gardło piecze nieznośny mróz.

Hełm przystosowuje się szybciej ode mnie. System audio odfiltrowuje wycie wiatru, co pozwala mi słyszeć skrzypienie butów i szkliste trzaski, z jakimi okręt ociera się o krę.

Kiedy schodzę na kadłub, przyłbica przestawia się na noktowizję. Jednocześnie przekaźnik satelitarny w moim plecaku nawiązuje automatycznie połączenie za pośrednictwem naszego bezpiecznego kanału. Na wyświetlaczu zapala się nowa ikona.

- Potwierdzić kontakt - poleca mój przełożony głębokim, łagodnym głosem.

Major William Kanoa był niegdyś dowódcą oddziału, ale z powodu obrażeń kręgosłupa lekarz nie odnowił mu świadectwa zdrowia uprawniającego do służby polowej. Teraz jest moim zdalnym opiekunem.

- Łączność potwierdzona - odpowiadam, obserwując Logana i Escamillę, którzy rozkładają trap: dwudziestocentymetrowej szerokości kładkę wiodącą ku niespękanemu lodowi. Potem jednak, gdyż misje są niekiedy odwoływane w ostatniej chwili, pytam: - Trzymamy się planu?

- Potwierdzam. Sigil pozostaje celem. Musimy wiedzieć, co się dzieje w tamtych laboratoriach...

Wzdrygam się gwałtownie, gdy właz za moimi plecami zatrzaskuje się z hukiem. Zespół stresu pourazowego. Serce mi wali i muszę zwalczyć chęć odwrócenia się z ztkh gotowym do strzału. Nie chcę przerazić pani porucznik, która przechodzi obok mnie, żeby sprawdzić trap.

W rogu mojego pola widzenia rozjaśnia się ikona. To misterna czerwona siateczka w czarnym kółku - znaczek neuronetki, którego żarzenie się informuje o aktywności w okablowaniu mojej głowy - o sygnałach wysyłanych do mózgu w celu uwolnienia substancji neurochemicznych, które przywrócą mi równowagę ducha.

Rzadko już widuję ikonę neuronetki, więc teraz jej pojawienie się mnie irytuje. Nie potrzebuję elektronicznej niańki opiekującej się mną cały czas. Nauczyłem się panować nad emocjami.

Gaśnie po sekundzie.

- Jest problem - odzywa się Kanoa. Jego ton się zmienił, stał się cichszy, bardziej kojący. To mi mówi, że zauważył mój skok emocjonalny, i jestem jeszcze bardziej zirytowany.

- Jaki? - pytam, gdy Fadul pierwsza przechodzi po trapie.

- Oscar-1 ma opóźnienie. Problem z paliwem. Będzie zwłoka w podjęciu was.

Oscar-1 to Jason Okamoto, były pilot wojskowy, który wyciągnął nas z kilku paskudnych opresji. Ma nas zabrać należącym do GRK 7-1 małym dziewięcioosobowym zmiennopłatem, kiedy będziemy gotowi się wycofać.

- Jak duże opóźnienie? - pytam. Fadul dociera bez przeszkód na stały lód. Odczepia się od linki bezpieczeństwa. Logan przymocowuje jej drugi koniec do jednej z martwych sióstr. - Wypadł z gry?

- Nie wiadomo, ale szukamy sposobów zastępczych, gdyby nie dał rady.

- Przyjąłem.

Nie podoba mi się to, ale ewakuacja po operacji była zawsze najtrudniejszą częścią misji "Wieża Płowego Konia", więc ufam Kanoi, że znajdzie sposób na wyciągnięcie nas stąd.

Przyglądam się martwej siostrze, która sunie po trapie między dwiema linami zabezpieczającymi. Kiedy znajduje się po drugiej stronie, Logan przyciąga obie linki, po czym z pomocą pani porucznik przygotowuje do wysyłki kolejny egzoszkielet.

Gdy transportują nasz rynsztunek, obracam się wolno, żeby moja kamera hełmowa zarejestrowała nocną panoramę rozciągającego się wokół nas pola lodowego.

Znajdujemy się czterysta kilometrów na północ od należącej do Kanady Wyspy Ellesmere'a i jedynie trzysta pięćdziesiąt kilometrów od bieguna północnego. Najbliżej nas tumany niesionego wiatrem śniegu, zabarwionego w noktowizji na zielono, gnają w rynnie gładkiego lodu, ale pół kilometra dalej pokrywa staje się rumowiskiem spękanej kry - spiętrzonych i zbitych razem płyt lodu.

- Lód się rusza - odzywa się ponownie Kanoa. - Wysyłam zaktualizowaną mapę.

- Przyjąłem. Jakieś dodatkowe dane wywiadu na temat celu?

- Nie. Żadnego przekazu elektronicznego.

Kanoa uratował mi życie tej nocy, której wróciłem na Ziemię. Wyciągnął mnie z zimnych wód Pacyfiku, a kiedy przestałem się trząść, zaoferował mi szansę zrobienia czegoś, bycia częścią siły uderzeniowej GRK, oddziału duchów, wykonującego operacje wyznaczone przez Czerwień. Czasami mam trudności z wybaczeniem mu tego - że dał mi wybór.

Wszystkie martwe siostry zostały przetransportowane na lód. Następnie przechodzi oddział - przed wejściem na chybotliwy trap każdy żołnierz przypina się do liny bezpieczeństwa. Kiedy ja przechodzę, powierzchnia wody zamarzła już ponownie. Idę po wąskiej kładce szybko, lecz ostrożnie, licząc na to, że pani porucznik wyciągnie mnie, jeśli się poślizgnę.

Nie dochodzi do tego.

Docieram na pole lodowe i odczepiam linę bezpieczeństwa, która się zwija, a potem porucznik składa trap, jeden segment po drugim. Na lód wokół mnie spadają plecaki, a martwe siostry są rozkładane.

Otwieram mapę na wyświetlaczu przyłbicy. Pokazuje nasz cel na południu, południowym wschodzie, odległy jedynie o pięć kilometrów. Czujniki okrętu podwodnego nie wykryły w pobliżu sił nieprzyjaciela, ale nie jesteśmy bezpieczni. Nawet przy tym wietrze zręczny snajper mógłby nas zaatakować z odległości pół kilometra. Może nawet większej. Kiedy obracam głowę, szpony wichury przenikają pod krawędź hełmu, przez co skóra mi pierzchnie.

- Dunahee! Wypuść anioła w powietrze. - Muszę widzieć więcej. Potrzebuję widoku okolicy w czasie rzeczywistym. - I pamiętaj, do cholery, żeby mieć go na uwięzi.

- Rozumiem, sir!

Dunahee nałożył dopiero połowę rynsztunku, więc Roman pomaga mu zapiąć zatrzaski.

Rosanna Roman jest naszym strzelcem wyborowym. Wzrostem dorównuje Fadul, ale jest smuklejsza. Jej oczy za przyłbicą są niebieskie, a włosy jasnobrązowe. W Dniu Komy oddział Roman znajdował się na Półwyspie Koreańskim i kulił się pod artyleryjską nawałą ogniową błyskawicznej wojny, którą później skruszeni dyplomaci uznali za "nieporozumienie" - znaczyło to tyle, że Stany Zjednoczone nie były tak bezsilne, jak niektórzy na to liczyli. Kanoa uważa, że kiedy po czterech i pół godziny walk uzgodniono zawieszenie ognia, tylko minuty dzieliły świat od tego, żeby konflikt nabrał charakteru starcia nuklearnego. Za późno dla Roman, która następnych siedem miesięcy spędziła w szpitalu w Honolulu, gdzie w końcu "zmarła" z powodu odniesionych ran.

Rozkładam martwą siostrę. Wiatr niemal ją porywa. Escamilla jest już w pełnym rynsztunku, podchodzi więc i przytrzymuje egzoszkielet w pozycji pionowej, kiedy wchodzę na płyty stopowe.

- Pierwszy raz wkładam sprzęt podczas zamieci - mówię mu.

- Taa, zawsze nowy dreszczyk w tej robocie.

Carl Escamilla jest wysoki i barczysty. W jego twarzy o ostrych rysach nie ma nic miękkiego, tak jak i w jego poglądach. Widział bardzo dużo. Zanim eksplodowały ładunki jądrowe, wrócił z Sahelu do domu jako weteran o dziewięcioletnim stażu bojowym. Gdy w okolicy wybuchły zamieszki, wyznaczono go do oddziału alarmowego, strzegącego obiektu wojskowego. Ludzie panikowali. Słyszałem, że jego były dowódca jest oskarżony o masakrę, w której zastrzelono dwadzieścioro siedmioro uciekinierów szukających schronienia za drutami.

Jak nami wszystkimi, kieruje nim to, co widział i zrobił. Niepodważalny fakt jest taki, że nasz świat jest nieźle pojebany. Może GRK będzie w stanie nieco to odkręcić. Jeśli się uda, to może śmierć i cierpienie, których byliśmy świadkami, nie pójdą na marne.

Kto to jednak wie, do diabła?

Z pomocą Escamilli przypinam tytanowe wsporniki do nóg i ramion. Zarzucam plecak na tylny stelaż. Ztkh trzymam w rękach.

- W porządku - oświadcza Escamilla.

W gen-komie rozlega się cichy, rytualny gwar, gdy oddział dokonuje zwyczajowej kontroli działania sprzętu, potwierdzając, że rynsztunek każdego jest prawidłowo przypięty i ma pełne zasilanie. Zostawiam Logana, żeby to nadzorował, a sam dołączam do Dunaheego i Roman.

Kucają na lodzie; z powodu wściekłego wiatru Roman pomaga przytrzymywać drona, który ma kształt ostrza, a Dunahee wyjmuje tytanowy zatrzask ze schowka w jego kadłubie. Za sprzączką wysuwa się linka spleciona z syntetycznego jedwabiu; kolejne pół kilometra uwięzi nawinięte jest na szpulę pod obudową anioła. Dunahee zaczepia karabińczyk za pętlę przy swojej kamizelce kuloodpornej. Roman rozkłada wąskie skrzydła drona. Zadarte w górę winglety są oddalone o metr.

Obserwuję wyświetlacz przyłbicy, na którym AI anioła loguje się w postaci zielonej ikony; wszystko w normie.

- Anioł online - informuję Kanoę.

- Potwierdzam: anioł online.

W reakcji na mój wzrok otwiera się menu. Wybieram przekaz wideo i widzę noktowizyjny obraz zdeptanego śniegu obok plecaka Fadul.

- Anioł patrzy.

- Potwierdzam.

Dunahee bierze drona od Roman. Usuwam się z drogi, gdy zadziera nos urządzenia.

- Wypuszczam anioła - mówi przez gen-kom.

- Rozumiem.

Pozwala porwać go wichurze. Anioł wystrzeliwuje w dal, linka rozwija się za nim, albo przynajmniej na to liczę. Uwięź jest tak cienka, że na tle śniegu nie widzę jej nawet w noktowizji.

Po kilku sekundach przestaję widzieć też anioła. Ginie mi z oczu na tle nisko i szybko pędzących chmur. Jednak kamery urządzenia działają, patrzą w dół na wypiętrzoną i połamaną krę oraz przed siebie, ku naszemu celowi.

- I oto jest - mówi Kanoa.

Deep Winter Sigil, upstrzona energooszczędnymi światłami, wygląda jak drapacz chmur w sylwestra. Anioł widzi ich refleksy na brzuchach gnających chmur.

Budząca kontrowersje platforma została przyholowana w to miejsce zeszłego lata, kiedy lód topniał. Jej obecność jest pierwszą salwą nadciągającej wojny terytorialnej.

Sigil to platforma pływająca - unosi się na powierzchni oceanu, a jej konstrukcja wspiera się na ogromnym pustym cylindrze, który sięga ponad dwieście metrów w głąb, żeby zapewnić jej stabilność. Przymocowane do dna cylindra kable opadają kolejne tysiąc metrów ku oceanicznej półce, zapewniając Sigil stałą pozycję nawet pomimo naporu lodu - przynajmniej na razie.

Nikt naprawdę nie wie, czy na szelfie jest ropa. Z nastaniem zimy zaprzestano wstępnych odwiertów badawczych, ale mała załoga złożona z techników i naukowców pozostała na platformie aż do połowy października, kiedy to personel techniczny zredukowano o połowę, odcięto łączność elektroniczną, a do strzeżenia obiektu i reszty ekipy wynajęto prywatną firmę ochroniarską - oficjalnie z obawy przed możliwymi aktami piractwa bądź sabotażu.

Jeśli dane naszego wywiadu są dokładne, to na platformie wiertniczej znajduje się teraz dziesięciu doświadczonych najemników. Być może w tym nadciągającym konflikcie owi ochroniarze okażą się dobrymi facetami, a my tymi złymi. Być może naukowcy przebywają na pokładzie Deep Winter Sigil naprawdę po to, żeby badać dynamikę paku lodowego i zimowe zwyczaje wędrujących białych niedźwiedzi.

Ale kurewsko w to wątpię.

Czekamy, podczas gdy uwięź anioła się rozwija. Nadal nie widzę linki z pajęczego jedwabiu, ale słyszę, jak brzęczy napięta. Dźwięk zmienia się, gdy anioł zaczyna skręt w poprzek linii wiatru, posłuszny standardowej procedurze, która każe mu lecieć zakosami, co pozwoli zbadać szeroki pas terenu.

Sigil może generować dość energii, żeby jej oświetlenie zewnętrzne było włączone, ale nasze zasoby energetyczne są ograniczone. Akumulatory zasilające martwe siostry mogą zapewnić dwunasto-, szesnastogodzinne działanie; życie anioła jest krótsze.

- Kanoa, anioł nie ma wystarczającego zapasu energii, żeby utrzymać standardowy wzorzec poszukiwań pod wiatr.

- Przyjąłem. Anuluję algorytm. Spróbuję ponownie zainicjować standardową procedurę poszukiwań, kiedy zbliżycie się do celu.

Aż do tego momentu będziemy dysponowali jedynie ograniczonym obrazem terenu i mamy szczęście, że widzimy choć tyle. Gdyby wiatr wiał w przeciwnym kierunku, anioł zostałby zdmuchnięty za nasze plecy zamiast przed nas.

Dunahee stęka i chwieje się, gdy dron szarpie, rozwinąwszy całą linkę.

- W porządku, Dunahee? - pytam przez gen-kom.

- Tak jest, sir.

Bycie związanym z aniołem to gówniany przydział, ale gdyby dron nie był przy tym wietrze na smyczy, to przed upływem kilku minut zniknąłby za horyzontem i przepadł.

Wiodę wzrokiem po ikonach oddziału. Wszystkie świecą się nadal na zielono. Powinniśmy być gotowi. Upewniam się co do tego u mojego zastępcy:

- Logan, sytuacja?

- Oddział w rynsztunku i gotowy, kapitanie Shelley.

No to tyle.

Odwracam się w stronę okrętu podwodnego. Pani porucznik już nie widać. Właz jest zamknięty. Wyciągam przed siebie prawe ramię i wystawiam kciuk w górę. Chwilę później okręt zapada się pod powierzchnię lodu i jesteśmy zdani na siebie.

- Logan, chcę Dunaheego na szpicy, żeby nikt nie zaplątał się w linkę.

- Zrozumiałem, kapitanie.

- Dunahee, powinieneś widzieć na swojej przyłbicy wyznaczoną ścieżkę.

- Widzę ją, sir.

Wyznaczona trasa to niebieska linia na mapie, lecz na naszych wskaźnikach refleksyjnych wygląda jak słabo błyszczący szlak nakreślony na lodzie.

- Podążaj wzdłuż ścieżki, kieruj się jednak także własnym rozeznaniem. Dron ostrzeże nas, jeśli wykryje ślad termiczny cienkiego lodu lub otwartą wodę, ale postrzeganie anioła będzie ograniczone, więc posuwaj się ostrożnie. Jeśli wpadniesz pod lód, czeka cię kurewsko długa droga na dno.

Żołnierz zwiadu piechoty w pełnym rynsztunku pójdzie na dno jak kamień. To nie jest teoria. Widziałem to na własne oczy.

Dunahee rusza. Logan idzie za nim, a potem kolejni, jedno po drugim: Fadul, Escamilla, Tran, Julian, Roman, a na końcu ja.

Płyty stopowe naszych egzoszkieletów są zaopatrzone w małe trójkątne kolce, które wbijają się w lód, ograniczając ślizganie się. Szlakiem, który sprawdził już Dunahee, idziemy gęsiego, oddzieleni jedno od drugiego o standardowe trzydzieści metrów, żeby zmniejszyć liczbę ofiar na wypadek ataku granatem z wyrzutni RPG.

Niebawem gładki lód świeżo zamarzłego kanału zostaje za nami. Czeka nas lodowy chaos.

Spękane kry z zeszłego lata sczepiły się w burzliwych jesiennych sztormach i zamarzły, tworząc poszarpany obszar połamanych płyt i wierzchołków wznoszących się niekiedy nawet na dwa metry. To bardzo trudny teren, ale posuwamy się nieustannie, gdyż Dunahee prowadzi nas najłatwiejszą do pokonania ścieżką wyznaczoną na obrazie satelitarnym przez bojową AI, która koordynuje funkcjonowanie oddziału, a także dzięki temu, że wspomagane wsporniki naszych martwych sióstr zmniejszają wysiłek niezbędny do wykonywania długich, efektywnych susów, jakimi poruszamy się po nierównym lodzie.

Nie pada, ale widoczność jest i tak ograniczona przez wiatr, którego porywy unoszą śnieg i tworzą zadymkę utrzymującą się w powietrzu w postaci woalu, który przesłania światło otoczenia wykorzystywane przez noktowizję. Anioł widzi w noktowizji, ale jest także wyposażony w kamerę termowizyjną, a podczerwień penetruje z łatwością śnieg. Zatem po raz pierwszy widzę błyszczącą konstrukcję Deep Winter Sigil w postaci wyraźnego, cyfrowo przetworzonego, czarno-białego obrazu wideo.

Platforma składa się z trzech pokładów wznoszących się nad okrągłym postumentem otoczonym przez lód. Na dwóch pierwszych poziomach znajduje się plątanina rur i cylindrycznych zbiorników ujętych w skrzyżowane belki i oświetlonych przez jasne reflektory. Trzeci pokład jest odkryty. Północna strona, ta, z której nadchodzimy, to mrowie sprzętu przemysłowego oraz dźwig. Pośrodku sterczy kolumna wiertnicza. Dron patrzy na nią pod niskim kątem, który nie pozwala mi dostrzec dwupiętrowego kompleksu gabinetów, laboratoriów i pomieszczeń mieszkalnych po południowej stronie, ale widzę ich światła, które lśnią na lodzie i odbijają się w wirującym śniegu niesionym wiatrem. Kolejne światła ozdabiają wieżę wiertniczą, część z nich jest skierowana w dół na lądowisko śmigłowca, zbudowane na dachu kwater mieszkalnych i wystające ponad lód.

Ku mojemu zaskoczeniu na lądowisku stoi namiot ochronny, w większości zasłonięty przez konstrukcję Sigil. Widoczny jest jedynie jego okrągły czubek, ale to wystarcza, żebym się dowiedział, że na miejscu znajduje się helikopter.

- Kanoa, co tutaj robi śmigłowiec? Czy przywieziono dodatkowy personel?

- Wywiad to sprawdza.

Idziemy dalej. Nie jestem gotów zasugerować odwołania misji, ale odstępstwo od planów, jakim jest obecność helikoptera, niepokoi mnie nawet bardziej niż opóźnienie Oscara-1. Wydział naszego wywiadu nie powinien był przeoczyć czegoś tak rzucającego się w oczy. Czerwień nie powinna była tego przeoczyć.

Po siedmiu minutach Kanoa zgłasza się z odpowiedzią:

- Dotarliśmy do planu lotów, który odnotowuje jedynie lot zaopatrzeniowy. Żadnego dodatkowego personelu. Ze względu na oddalenie od cywilizacji pilot postanowił przypuszczalnie przeczekać złą pogodę.

Posuwamy się dalej i docieramy bez żadnego incydentu na odległość ponad dwóch kilometrów od celu, a wtedy anioł ogłasza czerwony alarm. Zaznacza na mapie źródło sygnału elektromagnetycznego - potencjalnego wroga - sto trzydzieści metrów na południowy wschód od Dunaheego. Opadamy wszyscy do przyklęku. To sprawia, że między mną a źródłem sygnału znajduje się niski grzbiet przecinający linię wzroku. Patrzę więc oczami anioła, ale nic nie widzę. Noktowizja i termowizja zawodzą w wykryciu wroga.

- Wtargnęliśmy na teren strzeżony przez czujniki - stwierdzam. - Przypuszczam, że nieprzyjaciel wie, że się zbliżamy.

Pierwsza reaguje szeptem Roman:

- Kurwa mać.

- Potwierdzam - warczę.

Od tego momentu jest duża szansa, że misja zamieni się w strzelaninę na lodzie. Jeśli dojdzie do tego, to nie chcę, żeby wróg mógł znać nasze położenie dzięki konstelacji czujników ruchu, umieszczonych na polu walki.

- Fadul, znajdź to urządzenie. Zniszcz je. Potem przeczesz zachodnią stronę. Poszukaj kolejnych.

- Tak jest, kapitanie.

Fadul jest sto pięćdziesiąt metrów przede mną. Miga mi jej postać, gdy nisko pochylona opuszcza szereg, a rozpory martwej siostry wspierają ciężar jej oraz plecaka.

- Julian, idź szerokim łukiem na wschód. Zobacz, co znajdziesz.

- Tak jest, sir.

- Dunahee, potrzebuję anioła z przodu.

- Rozumiem, sir.

- Trzymaj się wytyczonej trasy. Będę szedł za tobą. Reszta, rozproszyć się. Wybierzcie własne ścieżki. Ruszać się żwawo. Musimy jak najszybciej podejść do celu. I obserwujcie mapę, do kurwy nędzy, w poszukiwaniu cienkiego lodu. Jazda!

Dunahee rusza niemal dwa razy szybciej niż do tej pory, wspinając się i ześlizgując, wspomagany przez martwą siostrę w obchodzeniu bloków lodu i przemykaniu nad ich krawędziami. Za nim ruszają Logan i Tran, kierując się na zachód, podczas gdy Escamilla zmierza na wschód, za Fadul. Roman trzyma się blisko Dunaheego.

- Masz coś, Kanoa?

- Nie, Shelley.

Czerwony alarm drona zapala się jeszcze dwa razy, gdy uruchamiamy kolejne dwa sensory.

- Kto najbliżej, załatwić je!

Przeciwnik oznaczył nasze pozycje, ale promieniowanie elektromagnetyczne czujników ujawnia nam ich położenie.

Kanoa nadal analizuje przekaz wideo z drona.

- Brak jakiejkolwiek aktywności na platformie - donosi z niezachwianym spokojem. - Żadnych śladów wroga na lodzie. Nadzór satelitarny nie ujawnia stanowisk broni...

- RPG! - wołam przez gen-kom, reagując na niewielki błysk odrzutu z granatnika pięćset metrów na wschód od platformy.

To zbędne ostrzeżenie. Pocisk porusza się tak szybko, że trafia w cel, zanim wypowiadam ten skrót. Padam na brzuch, a moja przyłbica czernieje przelotnie, osłaniając oczy przed blaskiem kuli ognia. Grzmot przetacza się w powietrzu i wprawia lód w drżenie.

Przyłbica się oczyszcza. Przyglądam się ikonom członków oddziału. Wszystkie są zielone, dzięki Bogu. Żadnego alarmu, żadnych rannych... Żadnego obrazu z drona.

- Anioł spadł - informuje nas Kanoa.

Kurwa.

Podciągam nogi pod siebie, wbijam kolce płyt stopowych w lód i wstaję. Myślę: Mapa, a neuronetka wychwytuje polecenie. Blada ikona mapy jaśnieje i się rozwija. Normalnie aktualizuje się na podstawie danych przesyłanych przez anioła, ale działa także w linii wzroku i pokazuje mi większość żołnierzy; są przykucnięci. Tylko Fadul i Escamilla znajdują się w ruchu.

- Roman! - Chcę, żeby mój najlepszy strzelec uczestniczył w tej grze. - Spróbuj znaleźć jakieś parometrowe wywyższenie. Mam najemnika na lodzie. Chcę, żebyś znalazła tego skurwiela i go załatwiła.

- Rozumiem.

Mapa pokazuje mi Roman siedemdziesiąt metrów na południe ode mnie. Sprawdzam, czy nie ma między nami cienkiego lodu, a potem gnam, żeby dołączyć do niej. Biegnę wielkimi susami, waląc mocno płytami stóp, żeby się nie poślizgnąć.

Fadul odzywa się w gen-komie rzeczowym tonem:

- Granat.

Bum!

Pomimo jej ostrzeżenia wzdrygam się. To sprawia, że się ślizgam i niemal przewracam.

- Jeden sensor załatwiony, kapitanie - melduje Fadul.

Widzę kolejny rozbłysk z wyrzutni RPG.

- Fadul...

Chcę jej powiedzieć, żeby się schowała, ale jest już za późno. Eksplozja wstrząsa lodem. Nie mam czasu się przekonać, czy Fadul oberwała. Zamiast tego podrywam się ponownie do biegu. Najlepsze, co mogę teraz zrobić, to pomóc Roman załatwić przeciwnika.

Przynajmniej ona nadal żyje. Widzę ją przed sobą, jak posługując się hakami ramiennymi martwej siostry, stara się wgramolić na pochyły blok lodu, który sterczy skosem na dwa metry w górę.

- Jestem za tobą - ostrzegam ją.

- Tracę chwyt. Zsunę się!

- Nie. - Kucam pod jej płytami stopowymi i podsadzam ją, po czym stawiam jej stopy na rozporach moich barków.

- Równo?

- Uciągnie.

Celuje, leżąc na brzuchu na poszarpanej powierzchni lodu. Podłączam się do wyświetlacza jej przyłbicy, żeby widzieć to samo co ona.

Kanoa ubiega mnie w tym.

- Namierzony - mówi, kiedy w polu widzenia Roman pojawia się kółko celownicze.

AI oznacza wroga w odległości siedmiuset metrów. Roman ma wiatr w plecy. Mierzy i strzela szybko trzy razy. Wszystkie pociski trafiają w grzbiet lodu o wysokości kilkudziesięciu centymetrów. Coś się porusza za tą osłoną: mała postać w białym stroju maskującym, w martwej siostrze i z noktowizorem. Podrywa się, pojawiając się w polu widzenia, a potem przewraca się w tył.

- Cel załatwiony - szepcze Roman.

- Potwierdzam - mówi Kanoa.

Wstrzymuję oddech i przyglądam się ikonom członków oddziału, starając się stwierdzić, kto oberwał od RPG, ale wszystkie znaczki świecą się na zielono.

- Potwierdzam. Żadnych ofiar?

Po sekundzie Kanoa powtarza:

- Żadnych ofiar.

Odsuwam się, żeby Roman mogła zjechać w dół po lodzie. RPG to budząca cholerną grozę broń, ale na większy dystans ma gównianą celność.

Mimo to Dunahee jest przerażony.

- Skurwiel strzelał do mnie! Wywalił w lodzie czarną dziurę!

- Bydlak był już na zewnątrz, zanim tutaj dotarliśmy - mówię. - Na patrolu z granatnikiem, jak z bronią osobistą. Cokolwiek tam ochraniają, nie żartują. Ruszamy więc, i to szybko! Marsz!

Uderzyć mocno, zanim przeciwnik zdoła się w pełni przygotować, to nadal nasza najlepsza taktyka. Biegnę więc, zmniejszając dystans między sobą a jasnymi, radosnymi światłami Deep Winter Sigil. Na drodze do tych świateł znajduje się potężny blok lodu, wyglądający jak pozostałość góry lodowej, o stromej ścianie wznoszącej się na cztery metry ponad powierzchnię otaczającego go białego pola. Biegnę tam, wykorzystując wyniosłość jako osłonę. Nie może nas spowolnić jakaś przeciągająca się wymiana ognia. Tutaj, zdani na własne siły, w ciemności nocy polarnej nie mamy możliwości ponownego naładowania martwych sióstr. Musimy się wycofać, zanim ich zasobniki energii wyczerpią się całkowicie, albo opanować platformę i podłączyć się do sieci elektrycznej Sigil. Inaczej przegramy.

Biegnąc, pytam sam siebie: Co bym zrobił, gdybym był dowódcą najemników na pokładzie Deep Winter Sigil?

Platforma wiertnicza to zdumiewające osiągnięcie techniki, ale nie jest fortecą. Nie została zaprojektowana do oparcia się szturmowi oddziału uzbrojonego w granaty i broń automatyczną. Gdybym dowodził jej obroną, nie narażałbym życia moich klientów, czając się w środku. Nie wdawałbym się w walkę, która z pewnością zniszczyłaby to, do czego ochrony zostałem wynajęty. Zamiast tego wysłałbym żołnierzy na lód po południowej stronie platformy, poza zasięgiem wzroku przeciwnika. Podzieliłbym ich na dwie grupy, po czym wyekspediował jedną na wschód, a drugą na zachód, polecając im wykorzystywać poszarpany lód jako osłonę w drodze na pozycje, które pozwolą wziąć napastników w ogień krzyżowy.

Gdybyśmy dysponowali nadal wzrokiem anioła, widzielibyśmy ich manewr.

Nie widzimy.

Przede mną eksploduje grudka lodu. Instynktownie rzucam się w bok, ląduję na wsporniku ramiennym i przetaczam się, starając się zrozumieć cokolwiek ze złowieszczego rozmazania czerwonych i żółtych ikon rozbłyskujących na wyświetlaczu przyłbicy. Obracam się na brzuch, słysząc kanonadę z broni automatycznej - każdy strzał to ostry, głośny trzask na dźwiękowym tle stłumionego ryku srożącej się wichury. Zerkam na ikony członków oddziału, ale zbladły, stały się półprzezroczyste, trudne do zauważenia, gdyż nasza bojowa AI chce, żebym się skupił na walce, widzę jednak dość, żeby wiedzieć, że mamy rannych, w tym jednego oznaczonego czerwienią stanu krytycznego.

- Kanoa, raport o obrażeniach! - Mógłbym ściągnąć te dane, ale szybciej jest zapytać.

- Julian trafiony, stan krytyczny. Dunahee i Fadul ranni, ale mobilni.

- Szacunkowa liczba przeciwników?

- Co najmniej sześciu na lodzie.

Rozglądam się. Metr dalej znajduje się niski grzbiet. Ma tylko niecałe pół metra wysokości i nie jest na tyle gruby, żeby powstrzymać pocisk, ale zapewnia osłonę przed wzrokiem, a to lepsze niż nic. Pełznę ku niemu na brzuchu, obracam się na plecy, a potem wysuwam ponad wypiętrzeniem lufę ztkh i korzystam z kamer lufowych, żeby się rozejrzeć.

Nie widzę wiele, gdyż góra lodowa znajduje się zaledwie trzydzieści metrów dalej, blokując mi widok na platformę.

Frustruje mnie to. Jestem, kurwa, ślepy. Nie mam kontaktu wzrokowego z przeciwnikiem, z celem ani nawet z własnymi żołnierzami. Gdyby Delphi była nadal moją opiekunką, wiedziałaby, czego potrzebuję. Rozwinęłaby już mapę i podała pozycję wszystkich ludzi, ale zostawiłem Delphi. Porzuciłem wszystko.

Mapa! - myślę, i jeśli myśl może mieć cierpki ton, to ta go ma.

Niemniej AI wychwytuje polecenie i rozwija mapę. Pokazuje mi moją pozycję, nadal w odległości pół kilometra od Sigil. Fadul jest najdalej na wschód ode mnie. Escamilla przy Julianie, stabilizuje jego stan. Roman znajduje się za mną, ale porusza się szybko. Reszta jest rozrzucona na zachodzie. Logan i Tran są zaangażowani w wymianę ognia z co najmniej trzema przeciwnikami. Trzy kolejne wrogie pozycje po wschodniej stronie platformy są oznaczone rozmytymi ikonami, wskazującymi na brak pewności.

- Kanoa, mam cel?

- Nie. Nie na linii wzroku, i poza zasięgiem granatów. Musisz podejść.

- Roman, za mną!

- Przyjęłam.

Chcę zająć wyższą pozycję, gnam więc ku górze lodowej. Mapa pokazuje, że wyniesienie ma co najmniej dwadzieścia metrów długości, cztery szerokości, i opada z północnego wschodu na południowy zachód. Dalej rozciąga się gładka, otwarta płaszczyzna lodu.

Zarzucam ztkh na ramię i skaczę w górę, wykorzystując całe wspomaganie wsporników nóg, żeby dotrzeć do szczytu lodowej ściany.

Nie dolatuję do wierzchołka, ale dość blisko.

Wbijam haki ramienne i próbuję zaczepić się kolcami płyt stopowych, ale lód jest tak kurewsko twardy, że ledwie go zarysowuję.

Roman jest tuż za mną. Dostaje się pode mnie i wsadza rozpory ramienne pod moje płyty stopowe.

- Mam cię, Shelley! W górę, w górę!

Unoszę się na tyle, żeby zaczepić o krawędź lodu najpierw haki ramienne, a potem łokcie. Dzięki temu łatwo jest się już wdrapać na pochyłą, wysmaganą wiatrem powierzchnię.

Rozglądam się i pojmuję, na jak eksponowanej pozycji się znalazłem, zupełnie pozbawiony osłony, ale chuj z tym. Widzę wszystko po tej stronie platformy wiertniczej.

Z ztkh w dłoni pełznę na brzuchu ku południowej krawędzi. Sprawdzam ponownie mapę, ale wciąż nie widzę celu. Dzielącą mnie od Sigil gładką powierzchnię lodu pokrywa geometryczny wzór świateł i cieni rzucanych przez konstrukcję wznoszącą się pod nocne niebo zaledwie pół kilometra dalej.

- Kanoa...

Na moim wyświetlaczu wyskakuje złote kółko celownicze. Nie widzę niczego we wskazywanym kierunku.

- Jesteś wystarczająco blisko - mówi Kanoa. - Poślij granat.

Moja broń ma dwa spusty. Zaginam palec na drugim z nich, na tym, który obsługuje wyrzutnik granatów, poprawiając jednocześnie namiar przez ustawienie złotego kółka w jednej linii z celem. Naciskam spust i wystrzeliwuję granat z rury podlufowej. Wymiana ognia na wschód ode mnie przybiera na sile; w czasie lotu granatu strzały padają jeden po drugim. Pocisk wybucha z błyskiem zaciemniającym moją przyłbicę, a eksplozja wyrzuca w powietrze obłok lodowych okruchów, które ukazują przelotnie gwałtowność wiatru, gdy ten je zwiewa. Nie mam, kurwa, pojęcia, czy trafiłem wroga. Kanoa pokazuje kolejny cel. Nakrywam go i strzelam.

Tym razem, gdy wiatr unosi obłok dymu i lodowe odpryski, widzę ciało w martwej siostrze i białym stroju maskującym - takie samo jak żołnierz, którego powaliła Roman.

Zerkam na mapę.

- Masz dla mnie kolejny cel?

- Roman, załatw to! - szczeka Kanoa.

Bum! Pole mojego widzenia staje się jaskrawobiałe, gdy coś wali w bok hełmu na tyle mocno, że pomimo ciężaru plecaka i rynsztunku wylatuję na krótko w powietrze, a sekundę później ląduję na boku. Chcę się skulić, żeby zmniejszyć pole ostrzału. Chcę wpełznąć za jakąś osłonę, wiem jednak, że zginę, jeśli to zrobię.

- Cel - warczę do Kanoi.

Moją jedyną szansą jest przygwożdżenie przeciwnika odpowiednią siłą ognia, żeby nie mógł strzelić do mnie ponownie.

Obracam się na brzuch, wracając do pozycji strzeleckiej, ale nie robię tego dość szybko. Karabin się odzywa, cholernie głośno, nawet stłumiony przez mój hełm. Trzy wyraźnie oddzielone strzały. Ku mojemu zdumieniu żaden z nich mnie nie trafia.

- Cel! - wrzeszczę do Kanoi.

- Brak. Nikt nie został. Roman oczyściła wschodnią flankę.

Przenoszę spojrzenie z wyświetlacza przyłbicy na okolicę. Roman stoi pode mną na lodzie i patrzy na mnie, trzymając ztkh w kołysce ramion. Trzy strzały, które słyszałem, padły z jej broni.

- Nic ci nie jest, Shelley? - pyta.

Niech mnie chuj, jeśli wiem.

Sprawdzam mapę. Zaktualizowała się, podając lokalizację czterech ciał, z których trzy znajdują się po wschodniej stronie platformy, a jedno po zachodniej, gdzie Logan i Tran toczą nadal walkę z dwoma pozostałymi najemnikami. Chcę się tam dostać, pomóc im to zakończyć, ale nie wcześniej, aż ta strona zostanie w pełni opanowana.

- Roman, upewnij się, że ci dwaj martwi najemnicy nie zamienią się w zombi. Fadul...

Bum!

Podnoszę wzrok, przestraszony hukiem eksplozji na platformie wiertniczej. Potem rozlega się odległe zawodzenie alarmu. Jego dźwięk, wraz ze stłumionym wyciem wiatru, to jedyne odgłosy, jakie słyszę, gdyż strzelanina na zachodzie ucichła.

Patrzę na ikony członków oddziału - żadnych zmian, nikt więcej nie oberwał.

- Logan...

Chcę zapytać, jaka jest jego sytuacja, ale pojawia się nowy dźwięk: krzyczy jeden z ocalałych najemników, domagając się wsparcia. Mój hełm wzmacnia natężenie jego spanikowanego głosu, więc każde słowo jest doskonale wyraźne:

- Glover! Gdzie, kurwa, jesteś, Glover? Dawaj tutaj! Chodź tu, bo inaczej zginiemy!

Vincent Glover. Znam to nazwisko z odprawy przed misją.

- Glover to oficer dowodzący - przypominam mojemu oddziałowi. - Obserwujcie ruchy na platformie, bo jest gotów przywalić z grubej rury.

- Nie sądzę - zaprzecza Fadul. - Wydaje mi się, że dzisiaj nie ma bohaterów na pokładzie. Skurwysyny składają płócienny hangar na lądowisku. Spieprzają.

Z mojej pozycji nie widzę lądowiska. Zasłania je potężna konstrukcja platformy. Jednak Fadul znajduje się daleko na wschód ode mnie. Patrzę przez jej kamerę hełmową i widzę, że półkoliste wsporniki namiotu ochronnego odjeżdżają na zmechanizowanych prowadnicach, a fałdy luźnego płótna łopoczą w wichurze, składając się jedna na drugą. Otwierający się namiot odsłania średniej wielkości cywilny śmigłowiec, który moja nakładka identyfikuje jako maszynę marki AgustaWestland. Obwisłe płaty wirnika zaczynają się obracać.

- To nie tylko pilot odlatuje - mówi Fadul. - Widzę z tyłu co najmniej jedną osobę, a może dwie. Pierdolony Vincent Glover porzuca swoich żołnierzy.

Nie mogę w to uwierzyć. Najemnicy pracują dla pieniędzy, ale są wobec siebie lojalni, albo przynajmniej ja tak uważałem. Porzucam jednak rozważanie kwestii ich etyki, kiedy zapala się ikona neuronetki, sygnalizując nagłą i poważną ingerencję w moim mózgu. Nie, żebym potrzebował podpowiedzi. Ogarnia mnie przekonanie, pewność, że muszę przeszkodzić w odlocie tego helikoptera. Nie chcę go zniszczyć, ale muszę się dowiedzieć, co jest na jego pokładzie.

- Fadul, zdołasz trafić pilota?

- To cywil - przypomina mi Kanoa. - Pasażerowie także mogą być cywilami.

- I tak poza moim zasięgiem - dodaje Fadul. - I strzelałabym pod kątem prostym do wiatru.

Jestem bliżej od niej i strzelałbym z wiatrem; nie ma znaczenia, że nie widzę w tej chwili śmigłowca, bo zobaczę go, kiedy wzniesie się w powietrze.

- Osłaniaj mnie, Roman. - Jest lepszym strzelcem ode mnie, ale ja mam lepszą pozycję. - Nie pozwolę temu helikopterowi odlecieć.

Staję na górze lodowej, zapieram się stopami przeciwko podmuchom wiatru i podnoszę broń do ramienia.

- Jesteś sterowany, Shelley? - pyta Kanoa.

- Potwierdzam.

Sterowanie. Tak nazywamy ten stan, gdy Czerwień dostaje się do naszych głów i nalega na zrealizowanie jej planu; czujemy to i wiemy, co należy zrobić. Ikona neuronetki się świeci, a ja nie mam najmniejszych wątpliwości, że działam na podstawie programu stworzonego przez Czerwień.

- Kolejne osoby na lądowisku - melduje Fadul, gdy dźwięk silników przybiera na sile. Potem ton jej głosu się zmienia. - Nadlatują!

Nawet się nie wzdrygam, gdy wystrzelony na oślep ostatni RPG wybucha gdzieś na wschód ode mnie, a helikopter wznosi się w powietrze. Poprzez elementy konstrukcji platformy widzę rozmazane wirniki maszyny. Zalewa mnie doznanie pewności siebie. Wiem, że jestem w stanie trafić w śmigłowiec.

Czekam, żeby mieć lepszy kąt strzału. Dwie sekundy, trzy; wiejący mi w plecy wiatr jest stały. Sądzę, że pilot będzie chciał lecieć nisko, mając za sobą platformę wiertniczą, ale wiatr podrywa maszynę. W moje pole widzenia wskakuje punkt celowniczy, wyznaczony na przedziale silnikowym. Wystrzeliwuję trzypociskową serię.

I trafiam.

Wiem, że tak.

Nic się jednak nie dzieje. Śledząc lufą broni lot helikoptera, wystrzeliwuję trzy kolejne serie, ale śmigłowiec przyśpiesza i leci dalej, kierując się na południowy wschód, w poprzek wiatru, jakby leciał na Grenlandię.

- Dobry strzał, sir - stwierdza Roman.

Jaja sobie ze mnie robi. Spodziewałbym się czegoś takiego po Fadul, ale nie po Roman. Piorunuję ją z góry wzrokiem, ale potem przypominam sobie granat.

- Fadul? Sytuacja?

Sprawdzam jej ikonę - zżółkła - ale głos samej Fadul brzmi tak, jakby nic się jej nie stało.

- Nie trafił we mnie, skurwysyn.

Spoglądam ponownie na Roman. Stoi z zadartą głową, obserwując oddalający się śmigłowiec.

- Wiatr niesie smugę czarnego dymu z bloku silnika - melduje. - Nie sądzę, żeby zalecieli daleko.

Ikona neuronetki znika z pola widzenia. Wraz z nią przepada niesamowita pewność siebie, jaką czułem, i nagle staję się świadomy swojej odsłoniętej pozycji na szczycie najwyższego elementu otoczenia na całym tym polu lodowym.

- Jezu - szepczę, patrząc nieufnie na pokłady Sigil.

Kanoa wie dokładnie, co sobie myślę.

- Żadnej aktywności na platformie - zapewnia mnie. - A Logan otrzymał ofertę poddania się ze strony dwóch pozostałych wrogów, chociaż i tak może postanowisz się przenieść w mniej eksponowane miejsce.

- Taa.

Zeskakuję z góry i udaje mi się uniknąć lądowania na dupie, ale ręce mi drżą - i to nie z powodu zimna. Czerwień chciała, żebym oddał ten strzał; pragnęła tego tak bardzo, że zaryzykowała wystawienie mnie na cel. Chciałbym wierzyć, że przeprowadziła wcześniej kalkulację, że oznaczyła pozycje i sytuację wszystkich pozostałych wrogich żołnierzy, po czym stwierdziła, że grożące mi ryzyko było minimalne - ale nie wierzę w to.

Czerwień chciała, żebym oddał ten strzał. To był priorytet.

Idę w stronę pozycji Logana, sprawdzając po drodze sytuację rannych.

- Fadul, wygląda na to, że jesteś na chodzie, ale zostałaś oznaczona na żółto. Jaki jest twój stan?

- Pierdolony odprysk lodu przebił mi lewy biceps. Mogę jednak chodzić i strzelać.

- Przyjąłem. Co u ciebie, Dunahee?

- Złamane ramię - szepcze przez zaciśnięte zęby. - Mogę chodzić.

Julian nie jest przypadkiem ambulatoryjnym. Ma wywaloną w brzuchu dziurę. Escamilla opatrzył ranę i zatamował krwawienie, ale to ciężkie obrażenie i temperatura ciała Juliana spada gwałtownie; musimy ewakuować go jak najszybciej.

Nie wiem jeszcze, jak to zrobimy. Ta misja wydaje się teraz kompletnym fiaskiem, i jeśli mamy odwrócić trend, to musimy działać szybko. Zarówno logika, jak i instynkt podpowiadają mi, że to, czego szukamy, odleciało w helikopterze, a ja chcę wierzyć, że Roman ma rację. Uszkodzony i walczący z wiatrem śmigłowiec nie będzie w stanie utrzymać się w powietrzu dłużej niż kilka minut. Musimy więc ruszyć za nim. Musimy przeszukać go natychmiast po tym, gdy spadnie, ale wobec tego, że mamy trzech rannych żołnierzy, dwóch jeńców, a w perspektywie konieczność przetrząśnięcia platformy wiertniczej, minie trochę czasu, zanim będziemy mogli stąd odejść.

- Fadul, wiem, że cię boli, ale musisz pomóc Escamilli przetransportować Juliana na platformę.

- Nie kontrolujemy platformy, Shelley - przypomina mi Fadul.

- Ale opanujemy ją, zanim tam dotrzecie.

Jeńcy to obciążenie, a mamy ich dwóch.

Logan pozbawił ich ekwipunku. Obok porządnie złożonych egzoszkieletów widnieje kolekcja pistoletów, noży, paralizatorów, sprzętu łącznościowego i noktowizorów. Tamci klęczą na lodzie, nadal w białych kurtkach. Kaptury termiczne, jak nasze, zasłaniają im twarze. Jeden to wielki facet o czarnej skórze przyprószonej szronem, który zgromadził mu się na wargach i rzęsach. Drugi jest lekkiej budowy; skórę wokół oczu ma jasną.

Zwracam ku nim anonimową, ciemną tarczę przyłbicy i pytam:

- Kto pozostał na pokładzie Sigil?

- Tylko cywile - odpowiada ten wielki facet. Jest mu tak zimno, że szczęka zębami. - Zostaliśmy wynajęci do ich ochrony. Ale Glover nas porzucił! Zabrał ze sobą Morrisa i Chana. Zostawił nas tutaj na śmierć.

W oparciu o analizę głosu i dane biometryczne bojowa AI określa jego tożsamość: to Darian Wilcox, lat 26, były żołnierz amerykańskich sił zbrojnych.

- Czym się tam zajmowali cywile, Wilcox?

Zadziera głowę, przyglądając mi się przez chwilę, jakby myślał, że powinienem już to wiedzieć.

- Badaniami laboratoryjnymi, sir. To wszystko, co wiem. Na tyle ważnymi, żeby nas tu ściągnąć. Na tyle istotnymi, że ktoś wynajął was.

- Ilu cywilów?

- Dwanaścioro.

Liczba potwierdza dane naszego wywiadu.

- Żaden z nich nie podejmie walki, sir - dodaje Wilcox. - Możecie wziąć, co chcecie. Nie ma potrzeby nikogo krzywdzić.

- Miło i przyjaźnie?

- Tak, sir.

- Wilcox, czy twoi przyjaciele przygotowali dla nas miny pułapki?

- Nie, kurwa! - odpowiada z pasją. - Jesteśmy firmą, a nie samobójczymi fanatykami.

- Porzucenie was to była decyzja biznesowa?

Patrzy na mnie wilkiem, jego oddech paruje. Z moich słów wyczytuje bardzo dużo.

- Nie musi pan nas zabijać, sir. Nie wiemy, kim jesteście. Nie widzieliśmy waszych twarzy.

- Będę o tym pamiętał. Na razie jednak nie wiem, co Glover dla nas przygotował, więc pozwolę wam iść przodem, tak na wszelki wypadek.

Nikt o szczątkowej choćby wiedzy nie twierdzi, że pod dnem Morza Arktycznego nie kryje się ocean ropy naftowej albo że nie da się jej wydobyć, ale dziesiątki lat trwały debaty na temat prowadzenia tam działań. Przemysł petrochemiczny dysponuje większym budżetem na poszukiwania i badania, niż wynosi produkt krajowy brutto większości państw, ale nawet dla giganta petrochemicznego koszt infrastruktury służącej wydobyciu ropy naftowej z dna morskiego jest oszałamiająco wysoki. Nietrafiony odwiert może doprowadzić do bankructwa firmy, ale ryzyko nie ogranicza się do kapitału. Jest pewne, że w czasie wydobycia dojdzie do erupcji ropy z odwiertów oraz do katastrof tankowców, w związku z czym do atmosfery dostanie się jeszcze więcej dwutlenku węgla, który wprowadza chaos efektu cieplarnianego, huraganów i topnienia czap polarnych - zjawisk nawiedzających co roku świat coraz potężniejszymi falami.

A jednak w grę wchodzi kurewska kupa szmalu. Sama faza rozwojowa projektu dostarcza podwykonawcom okazji do wydojenia firm zwierzchnich na miliardy dolarów w postaci kosztów wsparcia, materiałów, łączności i budowy. Żadnemu rządowi nie jest łatwo się temu oprzeć.

Od platformy oddziela nas jedynie pół kilometra gładkiego lodu. Chcę pokonać ten dystans szybko, ale bez martwych sióstr nasi jeńcy są niezdarni. Ślizgają się i spowalniają nas. Za to nasze wolne tempo pozwala dogonić nas Fadul i Escamilli, ciągnących Juliana w nadmuchiwanym kokonie ratunkowym.

Idąc przed siebie, obserwujemy uważnie pokłady Sigil, ale nie ma tam żadnego ruchu, żadnych oznak obrony. Liczę, że to oznacza, że dwanaścioro cywilów siedzi gdzieś pod kluczem w wyznaczonych strefach bezpieczeństwa, w oczekiwaniu na ratunek. Pomimo zapewnień Wilcoxa martwię się, że tamci są uzbrojeni i stawią opór. Nie chcę więcej ofiar.

- Kanoa.

- Jestem.

- Znasz aktualną sytuację Oscara-1?

- Nadal uziemiony, czeka na paliwo...

- Czeka? Myślałem, że to problem techniczny - zanieczyszczenie czy coś takiego?

- Nie. Ma kłopot z dowódcą bazy na ostatnim przystanku uzupełnień, na północnym krańcu Wyspy Ellesmere'a.

To bez sensu. Wprowadzanie fałszywych rozkazów do sieci wojskowej to specjalność naszego wydziału wywiadu. Nie zamierzam udawać, że wiem, jak działa ten system. Zdaje się, że nasza grupa uderzeniowa GRK wykorzystuje biurokrację jako zasłonę dymną. Galimatias zhakowanych rozkazów, fałszywych tożsamości i poszatkowanych kompetencji pozwala nam działać z pozorami oficjalnie uznanych sił powiązanych z armią Stanów Zjednoczonych. Tę pozycję wspiera budżet tajnych operacji oraz środki bezpieczeństwa potrzebne do działania w danej chwili, co sprawia, że żaden audytor nie ma nigdy dość informacji, żeby udowodnić, że nie jesteśmy tymi, za których się podajemy.

Przynajmniej na razie.

W porównaniu z załatwieniem upoważnienia na transport na pokładzie atomowego okrętu podwodnego skłonienie dowódcy jakiejś odległej stacji nasłuchowej do zatankowania Oscara-1 powinno być łatwizną.

- Kanoa, zmuś po prostu wywiad, żeby przepchnęli ten rozkaz. Muszę ewakuować Juliana. Trzeba dwóch godzin lotu, żeby tutaj dotrzeć, a Oscar-1 nawet jeszcze nie wystartował...

- Pracujemy nad tym, Shelley.

- Albo wystaw rozkaz na lot wojskowy. W sieci i tak na pewno buzuje. Glover musiał wysłać sygnał alarmowy, a jeśli nie on, to cywile...

- Nie. W sieci panuje spokój. Sądzę, że łączność Sigil została zagłuszona.

- Zagłuszona? Jak? Myślałem, że nie możemy wejść do ich systemu.

- Posłuchaj, nawet gdybym załatwił lot wojskowy, to pozostawiłbym trudny do zatarcia ślad, który mógłby mieć reperkusje polityczne. Oscar-1 to wciąż nasza najlepsza opcja. A wy i tak potrzebujecie czasu, żeby wyśledzić ten helikopter.

- Martwię się o Juliana.

- Rozumiem. Robimy wszystko, co w naszej mocy.

Im bardziej się zbliżymy do platformy, tym trudniej będzie nam odpowiedzieć ogniem, gdyby ktoś postanowił strzelać do nas z jej pokładów, nakazuję więc postój w odległości stu metrów od konstrukcji.

- Logan, weź Fadul i Trana. Zajmijcie pozycje umożliwiające prowadzenie ognia osłaniającego, gdybyśmy tego potrzebowali.

- Co z jeńcami, Shelley?

- Dunahee, jak się trzymasz?

- Zrobię, co trzeba, sir.

- Wiem, że tak. Musisz się zaopiekować pojmanym. Tym mniejszym facetem. Zastrzel go, jeśli będzie sprawiał jakiekolwiek kłopoty.

- Z przyjemnością, sir.

- I bądź blisko Juliana.

- Tak jest, sir.

- Escamilla i Roman, wy idziecie ze mną. Ty też, Wilcox. Przekonamy się, co Glover zostawił po sobie.

Gdy podchodzimy do podstawy platformy, Deep Winter Sigil staje się paskudnym, przemysłowym sklepieniem, które wspiera jej część naziemną ze wszystkimi rurami i kolumną wiertniczą. Cokół opada w głąb na ponad dwieście metrów, ale martwię się jedynie siedmiometrową wspinaczką na pierwszy poziom platformy. Na szczęście są tutaj otoczone kratownicą schody, które mają to ułatwić.

Spełniam groźbę i wysyłam Wilcoxa przodem, z Escamillą depczącym mu po piętach. Nie znajdują żadnej aktywności ani min pułapek, więc następni idziemy Roman i ja.

Sprawdzamy dwa pierwsze pokłady. Kanoa zgłasza się w chwili, gdy wspinamy się na trzeci poziom.

- Przed chwilą otrzymaliśmy obraz termowizyjny. Rozdzielczość jest niska, ale w odległości czternastu kilometrów od was na północny wschód widać źródło ciepła. Przypuszczalnie helikopter.

- Nieruchomy?

- Charakterystyka cieplna wskazuje, że tak, ale lód w tamtym kierunku jest nierówny. Dotarcie do śmigłowca może potrwać półtorej godziny.

- Żywi rozbitkowie?

- Nie wiadomo, a dostęp do kolejnego satelity nad tym obszarem będziemy mieli dopiero za ponad dwie godziny.

- Dotrzemy tam wcześniej.

- Rozumiem.

Znalezienie śmigłowca - drobne zadanie, żebyśmy się nie nudzili po tym, jak opanujemy Sigil.

Szybkie przeszukanie trzeciego pokładu potwierdza, że na zewnątrz nie ma nikogo, zwracamy więc uwagę na kwatery mieszkalne.

Chociaż dwupoziomowy budynek ma wiele wejść, to wszystkie oprócz jednego są zablokowane przez lód. Wilcox wskazuje gestem drzwi.

- Główne wejście, sir.

Jest przeszklone, z wnętrza wylewa się jasne światło na platformę, na której odciski butów stanowią ciemne plamy na szronie.

- Ruszaj powoli - mówię mu, ściskając ztkh w obu rękach. - Będę tuż za tobą.

Wilcox odwraca się do mnie.

- To śluza, sir. Zewnętrzne drzwi muszą się zamknąć, zanim się otworzą wewnętrzne.

Spoglądam tam. Jedne i drugie to szklane płaszczyzny, co pozwala zajrzeć do znajdującego się za nimi jasno oświetlonego lobby o industrialnym wystroju. To brzydkie pomieszczenie: płaskie białe ściany, szara winylowa podłoga, czarne szafki, stalowe ławki. Na podłodze leżą dwa ciała rozciągnięte w rozległych, płytkich kałużach krwi. Oba twarzami w górę; ich tułowie noszą ślady po kulach.

Wilcox obraca się i zauważa to, co widzę.

- Kurwa mać.

Cofa się kilka kroków.

- Co się tam działo, do diabła? - pytam go.

- Jak powiedziałem, sir, prace laboratoryjne. Przemysłowe gówno. Jakaś mikrobiologia. Nie wiem. To byli dobrzy ludzie, ci tutaj. Naukowe geeki, rozumie pan? Ciekawi wszystkiego. I mili.

Popycham go do przodu.

- Otwórz drzwi.

- Tak jest, sir.

Uderza w przycisk wielkości dłoni znajdujący się na lewej framudze. Trzymam się tuż za nim, zamierzając wykorzystać go jak ludzką tarczę na wypadek wybuchu bomby, ale słychać jedynie brzęczenie i szczęknięcie elektronicznego zamka. Wilcox wyciąga rękę i otwiera drzwi. Idę za nim.

- Roman, chodź ze mną. Escamilla, zostań na zewnątrz.

- Przyjąłem, kapitanie.

Zewnętrzne drzwi zamykają się za nami automatycznie. Słyszę, jak się blokują. Otwierają się kolejne drzwi i otacza nas kłąb gorącego powietrza cuchnącego gównem i krwią. Popycham Wilcoxa przed sobą. Nie eksplodują żadne bomby. Nikt do nas nie strzela. Jedne zwłoki to kobieta, drugie - mężczyzna. Moja nakładka przypisuje im nazwiska. Dwoje naukowców z załogi.

Stoimy tam przez pół minuty, nasłuchując tylko. Słyszę urywany oddech mojego jeńca i cichy szum systemu wentylacyjnego. Nic więcej.

- Śmiertelna cisza - mówi Roman.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki