Czerwień Niebieskiego Jeruzalem - Marko Rupnik

Kup ebooka

39.90 zł
31.92 zł (30,72 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Wpro­wa­dze­nie

Oj­ciec Mar­ko Rup­nik jest już ar­ty­stą ce­nio­nym na płasz­czyź­nie mię­dzy­na­ro­do­wej. Po­nad set­ka jego mo­zaik zdo­bi wiel­kie ka­te­dry, licz­nie od­wie­dza­ne sank­tu­aria, naj­róż­niej­sze ko­ścio­ły i ka­pli­ce w wie­lu kra­jach. Stał się zna­ny na ca­łym świe­cie, gdy w Wa­ty­ka­nie na za­pro­sze­nie św. Jana Paw­ła II ozdo­bił ka­pli­cę Re­demp­to­ris Ma­ter[1]. Źró­dłem na­tchnie­nia jest dla nie­go tra­dy­cja du­cho­wa i ar­ty­stycz­na sta­ro­żyt­no­ści chrze­ści­jań­skiej i bi­zan­tyj­skie­go Wscho­du. Oj­ciec Mar­ko stu­dio­wał je szcze­gól­nie wni­kli­wie, po­dob­nie jak sztu­kę ro­mań­ską; po­tra­fi jed­nak nadać swo­im dzie­łom tak­że rys no­wo­cze­sno­ści, dzię­ki cze­mu tra­dy­cja sta­je się rze­czy­wi­ście żywa. Sztu­ka Rup­ni­ka nie jest wy­ni­kiem przy­pad­ku. U jej pod­staw leży zwar­ta i wy­raź­na kon­cep­cja teo­lo­gicz­na, zwią­za­na z oso­bi­stym do­świad­cze­niem i du­cho­wo­ścią.

W roz­mo­wie z Na­ta­šą Go­ve­kar Mar­ko Rup­nik po­dej­mu­je róż­ne za­gad­nie­nia, któ­re sym­bo­licz­nie roz­dzie­lo­ne zo­sta­ją, przy­naj­mniej w ich for­mie li­te­rac­kiej, na sie­dem dni. Nie jest rze­czą moż­li­wą, na­wet w skró­cie, prze­biec wszyst­kie te­ma­ty spla­ta­ją­ce się na tych peł­nych tre­ści stro­ni­cach. Za­do­wo­lę się za­tem kil­ko­ma aspek­ta­mi, któ­re szcze­gól­nie przy­cią­gnę­ły moją uwa­gę. I cho­ciaż roz­mów­cy co rusz po­wra­ca­ją do wąt­ków już pod­ję­tych, spró­bu­ję je tu­taj upo­rząd­ko­wać.

Pierw­szy dzień roz­po­czy­na roz­mo­wa o wie­rze i jej szcze­gól­nym miej­scu w ży­ciu chrze­ści­jań­skim; o ży­wym spo­tka­niu z Chry­stu­sem, Sy­nem, któ­re spra­wia, iż ży­je­my jako dzie­ci [Boga]; o pry­ma­cie by­cia nad dzia­ła­niem, pry­ma­cie oso­by i jej re­la­cyj­no­ści, po­czy­na­jąc od Boga w Trój­cy Je­dy­ne­go. Roz­mów­cy pod­kre­śla­ją, że mu­si­my prze­kro­czyć wła­sną su­biek­tyw­ność, by wejść w sfe­rę po­cią­ga­ją­cej nas mi­ło­ści - mi­ło­ści, któ­ra uprze­dza nas i ogar­nia. Dzię­ki temu wi­dzi­my, że ewan­ge­li­za­cja jest przy­cią­ga­niem.

Wszyst­ko to dzie­je się - oto dzień dru­gi - w Ko­ście­le, któ­re­go iko­ną jest ko­ściół. Tu wkra­cza­my już w re­flek­sję nad sztu­ką. Dla sta­ro­żyt­nych sztu­ka w spo­sób oczy­wi­sty wią­za­ła się z pięk­nem; po­zwa­la­ła wziąć głęb­szy od­dech, łą­czy­ła z in­ny­mi, dzię­ki niej do­świad­cze­nie pięk­na sta­wa­ło się do­świad­cze­niem jed­no­ści. Sztu­ka abs­trak­cyj­na czy fi­gu­ra­tyw­na? Rup­nik nie ma wąt­pli­wo­ści: aby coś było du­cho­we, nie musi sta­wać się abs­trak­cyj­ne ani ete­rycz­ne - gdy­by tak było, Bóg nie mu­siał­by się wcie­lać. Duch ob­ja­wia ob­li­cze Chry­stu­sa, w Du­chu do­ko­nu­je się przej­ście Sło­wa wiecz­ne­go do Sło­wa, któ­re sta­ło się czło­wie­kiem z Ma­ryi Dzie­wi­cy, i to Duch wpro­wa­dza nas w mo­dli­twę przed ob­li­czem Je­zu­sa ob­ja­wia­ją­ce­go Ojca. Po­wra­ca­jąc do Ko­ścio­ła i do ko­ścio­łów, pust­ka no­wo­cze­snych bu­dyn­ków ko­ściel­nych prze­szka­dza im być iko­na­mi Ko­ścio­ła, prze­strze­nią sa­kral­ną. Bu­dy­nek, w któ­rym spra­wu­je się li­tur­gię, po­wi­nien mieć or­ga­nicz­ną więź z Cia­łem Chry­stu­sa, któ­re w nim się gro­ma­dzi; jego war­stwa wi­zu­al­na ma być "czy­tel­na". Sztu­ka po­win­na uczest­ni­czyć w pięk­nie, któ­rym jest cia­ło Lo­go­su, by w ten spo­sób wy­ra­żać wia­rę Ko­ścio­ła.

Trze­ba nam za­tem dojść do ob­li­cza Chry­stu­sa - to już dzień trze­ci. Cho­dzi tu o punkt doj­ścia, nie wyj­ścia. Chry­stus, Syn, czy­ni sy­na­mi i nas. Sztu­ka po­win­na wkra­czać do ko­ścio­ła po­przez chrzest, po­przez mi­łość i po­słu­szeń­stwo wia­ry. Dla­te­go sztu­ka chrze­ści­jań­ska pierw­szych wie­ków - w prze­ci­wień­stwie do świa­ta grec­kie­go - nie szu­ka­ła do­sko­na­ło­ści for­my, po­dob­nie jak nie czy­ni­ła tego sztu­ka bi­zan­tyj­ska ani sym­bo­licz­na ro­mań­ska, ani ka­te­dry go­tyc­kie. Za­wsze prze­cież na­le­ży po­zo­sta­wiać prze­strzeń dla in­ter­wen­cji Boga. Ob­ja­wiać Chry­stu­sa - oto tro­ska sztu­ki chrze­ści­jań­skiej: w okre­sie wcze­sno­chrze­ści­jań­skim sztu­ka, bar­dzo pro­sta, mia­ła za fun­da­ment rze­czy­wi­stość, treść idei, któ­re ta rze­czy­wi­stość prze­ka­zu­je, oraz ob­wiesz­cza­nie sa­me­go Chry­stu­sa, któ­ry się tam uobec­nia. Sztu­ka sta­wia py­ta­nia ca­łej oso­bie: dla­te­go pierw­si chrze­ści­ja­nie pod­kre­śla­li jej zna­cze­nie. Te­raz po­win­ni­śmy po­stę­po­wać po­dob­nie, po­win­ni­śmy od­two­rzyć ist­nie­ją­ce wcze­śniej or­ga­nicz­ne wię­zi, ję­zyk zdol­ny prze­ka­zy­wać wie­dzę pro­wa­dzą­cą do ży­cia wiecz­ne­go. Sztu­ka ma wy­ra­żać obiek­tyw­ność Cre­do Ko­ścio­ła jako pięk­na. Praw­da i pięk­no ob­ja­wia­ją się w Cie­le Je­zu­sa Chry­stu­sa i znaj­du­ją od­zwier­cie­dle­nie tak­że w nas, w Ko­ście­le, Jego Cie­le. Wszyst­ko, co znaj­du­je się w Ko­ście­le, po­win­no strzec za­dat­ku świa­ta prze­mie­nio­ne­go; jego uczest­ni­ka­mi czy­ni nas li­tur­gia, to dzię­ki niej ewan­ge­li­za­cja sta­je się moż­li­wa. Sztu­ka li­tur­gicz­na po­win­na po­dą­żać za nor­ma­mi ję­zy­ka li­tur­gicz­ne­go, za tym, co za­sad­ni­cze, istot­ne, a nie za tym, co wy­szu­ka­ne, wy­myśl­ne.

Dzień czwar­ty: na­le­ży szu­kać ję­zy­ka sztu­ki li­tur­gicz­nej. Ję­zy­ka, któ­ry łą­czy świat obec­ny i świat przy­szły, świat ten tu­taj, w dole, i świat raj­ski. Jest to ję­zyk sym­bo­lu, wy­ra­ża­ją­cy dą­że­nie do wyż­szej ja­ko­ści, do rze­czy­wi­sto­ści za­wsze ży­wej, obej­mu­ją­cej tak­że mnie. Sym­bol mówi sam za sie­bie, nie trze­ba go wy­ja­śniać. Sym­bol od­sła­nia, ob­ja­wia, ko­mu­ni­ku­je i an­ga­żu­je. Dla­te­go jest on con-na­tu­ra­le wo­bec wia­ry, dzię­ki któ­rej poj­mu­ję, że całe moje ży­cie ma więź z Chry­stu­sem. Przy­ję­cie sym­bo­lu pro­wa­dzi ku pięk­nu i mi­ło­ści, po­zwa­la czuć, że je­ste­śmy ko­cha­ni - a jest to naj­głęb­sza po­trze­ba każ­de­go czło­wie­ka. To mi­łość two­rzy praw­dzi­wy ję­zyk, któ­re­go tre­ścią jest mi­łość Boga do czło­wie­ka. Ję­zyk sztu­ki li­tur­gicz­nej uka­zu­je świat z per­spek­ty­wy od­ku­pie­nia w Chry­stu­sie. Ko­ściół jest miej­scem, w któ­rym ce­le­bru­je się zba­wie­nie. Sto­sow­ny więc bę­dzie ję­zyk su­ge­ro­wa­ny przez Du­cha Świę­te­go. Ist­nie­je więź po­mię­dzy ży­ciem w Du­chu, ży­ciem li­tur­gicz­nym i ję­zy­kiem ar­ty­stycz­nym. Wy­ra­ża ją - może naj­wy­raź­niej - iko­na. Sztu­ka Rup­ni­ka chce dzi­siej­sze­mu Ko­ścio­ło­wi uka­zać, za po­mo­cą współ­cze­snych ob­ra­zów, pa­mięć wia­ry pierw­sze­go ty­siąc­le­cia. Sztu­ka sa­kral­na na Za­cho­dzie - tu Rup­nik po­wo­łu­je się na Jo­se­pha Rat­zin­ge­ra - bę­dzie mo­gła do tej pa­mię­ci po­wró­cić je­dy­nie w spo­tka­niu ze Wscho­dem.

Dzień pią­ty jest, moż­na rzec, dłuż­szy niż po­zo­sta­łe. A roz­mo­wa do­ty­czy sen­su chrze­ści­jań­skiej kre­atyw­no­ści: jej źró­dłem jest Pas­cha, zmar­twych­wsta­ły Chry­stus, po­ru­sza­my się za­tem w per­spek­ty­wie escha­to­lo­gicz­nej. Wszel­ka "twór­czość" czło­wie­ka ma sens, o ile ob­ja­wia jego zba­wie­nie. Po­wra­ca­my za­tem do Chry­stu­sa. Żad­ne do­peł­nie­nie tego, co ludz­kie, nie ist­nie­je poza tym, co "bo­sko-ludz­kie": oto praw­dzi­wa mia­ra tego, co ludz­kie. To, co ludz­kie, samo w so­bie nie nie­sie zba­wie­nia, po­nie­waż wszyst­ko, co czy­ni­my, za­wsze pod­le­ga śmier­ci. Przez praw­dzi­we pięk­no prze­świe­ca coś, co po­zo­sta­je - dla­te­go jako pięk­ne po­strze­ga­my te rze­czy, w któ­rych są nie­prze­mi­ja­ją­ce praw­da i pięk­no. Nie wy­klu­cza­jąc in­nych moż­li­wo­ści, chrze­ści­ja­nin wie, że per­spek­ty­wą jego twór­czo­ści jest escha­to­lo­gia i dla­te­go w li­tur­gii do­świad­cza, że jego twór­czość może mieć nową ja­kość. Nie spo­sób, rzecz ja­sna, two­rzyć z ni­cze­go, nie­mniej rze­czy­wi­stość two­rze­nia w Chry­stu­sie prze­cho­dzi od tego, co znisz­czal­ne, do tego, co nie­znisz­czal­ne - zo­sta­je prze­mie­nio­na. Prze­strze­nią, w któ­rej owa prze­mia­na może się do­ko­nać, jest mi­łość Ojca. To Oj­ciec spra­wił, że na nowo ży­je­my w Chry­stu­sie. Je­ste­śmy już tam, gdzie Chry­stus - tam jest na­sza oj­czy­zna. On otwie­ra nam osta­tecz­ny świat, któ­re­go pier­wo­ci­ny już sta­ły się na­szym udzia­łem. Sztu­ka sa­kral­na w pew­nym sen­sie uczest­ni­czy już w przy­szłym świe­cie, po­zwa­la nam oglą­dać rze­czy, któ­re wi­dzieć moż­na w Chry­stu­sie; po­strze­gać je z per­spek­ty­wy celu, koń­ca, nie tak, jak pa­trz­my na nie z tego świa­ta - świa­ta, w któ­rym ist­nie­ją grzech i śmierć. To wła­śnie w Eu­cha­ry­stii owa an­ty­cy­pa­cja sta­je się szcze­gól­nie wi­docz­na. Sztu­ka osią­ga swój szczyt w sztu­ce li­tur­gicz­nej. Tu roz­mów­cy wtrą­ca­ją in­te­re­su­ją­cą uwa­gę o trze­cim wy­mia­rze: po­zwa­la on oglą­dać spra­wy tego świa­ta w ho­ry­zon­cie świa­ta wyż­sze­go. Li­tur­gia od­wra­ca per­spek­ty­wę: od Chry­stu­sa ku nam, to my sie­dzi­my przy Jego sto­le, nie On przy na­szym. Punk­tem wyj­ścia dla sztu­ki po­win­no być za­tem spoj­rze­nie Pan­to­kra­to­ra, nie na­sze. Mó­wiąc ję­zy­kiem tego świa­ta: na­sze dzie­ła je­dy­nie ob­ja­wia­ją nas. Ję­zyk sztu­ki sa­kral­nej po­wi­nien jed­no­cze­śnie uka­zy­wać in­ter­wen­cję Boga i stwo­rze­nie, praw­dę Bożą i rze­czy­wi­stość ludz­ką, zre­ali­zo­wa­ną w ko­mu­nii z Bo­giem. Mi­ste­rium sta­je się obec­ne, gdy czło­wie­ka po­strze­ga­my jako sła­be­go i śmier­tel­ne­go, ale przyj­mu­ją­ce­go dzia­ła­nie Boga. Sen­sem stwo­rze­nia jest prze­mie­nie­nie czło­wie­ka i oży­wia­nie jego re­la­cji z Bo­giem; jed­no i dru­gie moż­li­we jest dzię­ki wsz­cze­pie­niu w ży­cie Chry­stu­sa. I to wła­śnie, a nie do­sko­na­łość for­my, jest tu­taj istot­ne. Chry­stus nie do­da­je do rze­czy­wi­sto­ści zna­cze­nia, któ­re by­ło­by wo­bec niej ze­wnętrz­ne - On pro­wa­dzi ku peł­ni to, co od za­wsze znaj­du­je się w stwo­rze­niu, wy­ło­nio­ne z ni­co­ści po­przez Nie­go i w Nim; dla­te­go stwo­rze­nie osią­ga swo­ją peł­nię wła­śnie w Chry­stu­sie. Sztu­ka, je­śli to prze­ka­zu­je, po­ma­ga nam żyć wia­rą i do­sko­na­li na­sze ży­cie mo­ral­ne. Po­ma­ga lu­dziom kon­tem­plo­wać du­cho­wy sens wy­da­rze­nia, ja­kim jest Chry­stus, sens Jego męki i zmar­twych­wsta­nia - w cier­pią­cym Je­zu­sie kon­tem­plo­wać Zba­wi­cie­la świa­ta. Sztu­ka chrze­ści­jań­ska po­ka­zu­je wagę cier­pie­nia, jego wy­miar "prze­mie­nio­ny i prze­mie­nia­ją­cy". Nie usu­wa bólu, ale i nie za­trzy­mu­je się na jego tra­gicz­nym aspek­cie - ra­czej wy­ja­wia tak­że cel dro­gi krzy­ża. Pod po­wierzch­nią zda­rzeń trze­ba od­kry­wać ich sens, a nie szu­kać do­sko­na­ło­ści for­my. Do­sko­na­łość for­my nie po­cho­dzi z tego świa­ta i dla­te­go jest dla mnie złud­na, sta­je się prze­szko­dą na mo­jej dro­dze. Do­sko­na­łość po­win­no się osią­gać na spo­sób Boga, nie nasz. Bóg zba­wił świat po­przez śmierć swe­go Syna i tu nie ma miej­sca na do­sko­na­łość for­my. Je­dy­nie uwzględ­nia­jąc wy­miar escha­to­lo­gicz­ny, sztu­ka uka­zu­je zba­wie­nie Boże i w mocy Du­cha nie­sie nas do miej­sca, w któ­rym wszyst­ko po­strze­ga­my w spo­sób osta­tecz­ny. Je­dy­nie wsz­cze­pie­ni w Chry­stu­sa, w Ko­ście­le i dzię­ki dzie­łu Du­cha, mo­że­my cie­szyć się Jego zwy­cię­stwem, no­wo­ścią ży­cia: żyć nim, a nie tyl­ko je oglą­dać. Zo­bra­zo­wa­nie epi­zo­du bi­blij­ne­go, na przy­kład ukrzy­żo­wa­nia, z jego struk­tu­rą zja­wi­sko­wą nie wy­star­czy. Trze­ba jesz­cze po­ka­zać, że ukrzy­żo­wa­ny Je­zus jest Sy­nem Bo­żym. Po­sta­ci w sztu­ce sa­kral­nej nie wy­obra­ża się we­dług wła­sne­go uzna­nia, trze­ba to ro­bić w po­słu­szeń­stwie Du­cho­wi, któ­ry daje nam spoj­rze­nie du­cho­we; je­dy­nie oko Du­cha może spra­wić, że w wi­dzial­nym bę­dzie­my kon­tem­plo­wać to, co nie­wi­dzial­ne - kon­tem­plo­wać nie idee, ale wy­da­rze­nia; du­cho­wo od­czy­ty­wać hi­sto­rię, szcze­gól­nie hi­sto­rię Chry­stu­sa.

Te­ma­tem szó­ste­go dnia jest ko­mu­nia. Rup­nik mówi o swo­im do­świad­cze­niu i do­świad­cze­niu ar­ty­stów z Cen­trum Alet­ti[2], róż­nej na­ro­do­wo­ści i po­cho­dze­nia, ale zjed­no­czo­nych na mo­dli­twie, ce­le­bra­cji eu­cha­ry­stycz­nej i świa­do­mych by­cia człon­ka­mi Cia­ła Chry­stu­sa. Ta dy­na­mi­ka po­zwa­la kre­ślić ob­li­cze Chry­stu­sa i świę­tych. W tych ob­li­czach waż­ne są zwłasz­cza oczy, wiel­kie, po­nie­waż pa­trzą na nas. Za­nim uj­rzy­my, je­ste­śmy oglą­da­ni. Świę­ci, od­ku­pie­ni przez Chry­stu­sa, pa­trzą na nas ze ścian. Ob­li­cze Chry­stu­sa czu­łe, ale też su­ro­we, któ­re mo­że­my oglą­dać w róż­nych oko­licz­no­ściach ży­cio­wych, do­się­ga nas w każ­dej sy­tu­acji. Oto "dla­cze­go" ce­chy ję­zy­ka mo­zai­ki to uprosz­czo­na po­stać oraz czy­ste, otwar­te i świe­tli­ste ob­li­cze.

Ar­ty­ści swo­ją pra­cę, w róż­nych miej­scach, za­wsze roz­po­czy­na­ją eu­cha­ry­stią; bez daru Du­cha zdol­no­ści ludz­kie, na­wet naj­więk­sze, nie do­tkną ser­ca. Pra­ca po­stę­pu­je dzię­ki współ­pra­cy wszyst­kich, cia­ła-ze­spo­łu, a nie zgod­nie z pre­cy­zyj­nie na­kre­ślo­nym pla­nem, po­nie­waż "pla­nem" jest Cia­ło Chry­stu­sa, bu­do­wa­nie Ko­ścio­ła.

Ty­dzień za­my­ka "dro­ga ku prze­mie­nie­niu". Całe stwo­rze­nie jest we­zwa­ne do prze­mia­ny, jak mówi św. Pa­weł (por. Rz 8,19-22). Dla­te­go cała ma­te­ria, tak­że ka­mień, nosi "kod Lo­go­su", pra­gnie być sce­ną ob­ja­wie­nia mi­ło­ści Boga w Chry­stu­sie. Dla­te­go tak­że teo­lo­gia po­win­na prze­ma­wiać po­przez ma­te­rię. Ma­te­ria jest róż­na (więc i mo­zai­ki są róż­ne), two­rzy har­mo­nię róż­no­rod­no­ści. Je­śli do­ty­ka­my jej z mi­ło­ścią, ma­te­ria zo­sta­je prze­mie­nio­na, po­dob­nie jak czło­wiek do­tknię­ty przez Chry­stu­sa. Róż­ne ka­mie­nie mo­zai­ki wy­ra­ża­ją ko­mu­nię: wszyst­kie mó­wią to samo, ale każ­dy na swój spo­sób. Rup­nik mówi o swo­ich ulu­bio­nych sce­nach i po­sta­ciach mo­zaik: Zwia­sto­wa­niu, Ja­nie Chrzci­cie­lu, prze­bi­tym boku Chry­stu­sa, a tak­że ob­ja­śnia pro­ces two­rze­nia mo­zai­ki, do­bo­ru barw, szcze­gól­ne zna­cze­nie zło­ta. Pięk­no waż­ne jest tak­że dla ubo­gich... Róż­ne wąt­ki spla­ta­ją się bez wi­docz­ne­go po­rząd­ku, jak­by roz­mów­cy w tym ostat­nim dniu chcie­li przed­sta­wić wszyst­kie spra­wy, któ­rych nie po­ru­szy­li w dniach po­przed­nich. I oto myśl pod­su­mo­wu­ją­ca dzień siód­my (tak jak on sam jest pod­su­mo­wa­niem ca­łe­go ty­go­dnia): "Mo­że­my wpraw­dzie, dzię­ki ła­sce Boga, po­słu­gu­jąc się ma­te­rią i świa­tłem prze­mie­nie­nia, za­po­wie­dzieć coś, przez co prze­świe­ca ta­jem­ni­cza po­stać kró­le­stwa, ale nie je­ste­śmy w sta­nie prze­pro­wa­dzić tego świa­ta do kró­le­stwa. Tu po­trze­by jest pa­lec Boży - to Bóg musi do­tknąć wszyst­kie­go, aby sta­ło się iden­tycz­ne ze swo­ją praw­dzi­wą rze­czy­wi­sto­ścią, tak jak do­kład­ny ob­raz po­kry­wa się ze swo­im ory­gi­na­łem".

W roz­mo­wach tego peł­ne­go dy­na­mi­ki ty­go­dnia czy­tel­nik znaj­dzie licz­ne wąt­ki, któ­re po­mo­gą mu zro­zu­mieć sztu­kę Mar­ka Rup­ni­ka i jego Ate­lier oraz po­zwo­lą owoc­niej kon­tem­plo­wać jego mo­zai­ki. War­to za­cząć tę przy­go­dę - bę­dzie ona po­cząt­kiem wiel­kich nie­spo­dzia­nek.

ks. Luis F. La­da­ria [3]

[1] Nie na­le­ży jej my­lić z ka­pli­ca­mi w se­mi­na­riach Re­demp­to­ris Ma­ter, zwią­za­nych z Dro­gą neo­ka­te­chu­me­nal­ną, zdo­bio­ny­mi czę­sto przez Kiko Ar­gu­el­lo, in­ne­go ar­ty­stę ma­la­rza, łą­czą­ce­go sztu­kę Wscho­du i Za­cho­du. Przy­pi­sy - o ile nie za­zna­czo­no ina­czej - po­cho­dzą od tłu­ma­cza.

[2] Na­zwa "Cen­trum Alet­ti" po­cho­dzi od na­zwi­ska męża Anny Grun­hut Alet­ti, Ezio Alet­tie­go, po­cho­dzą­ce­go ze zna­nej ro­dzi­ny wło­skich prze­my­słow­ców. Anna na dwa lata przed śmier­cią prze­ka­za­ła je­zu­itom oka­za­ły bu­dy­nek na­le­żą­cy do jej męża - z ży­cze­niem, by stał się sie­dzi­bą in­sty­tu­cji, któ­ra sprzy­ja­ła­by spo­tka­niom róż­nych kul­tur.

[3] Hisz­pań­ski du­chow­ny ka­to­lic­ki, ar­cy­bi­skup, je­zu­ita. 1 lip­ca 2017 pa­pież Fran­ci­szek mia­no­wał go pre­fek­tem Kon­gre­ga­cji Na­uki Wia­ry.