Czerwiec 1941. Ostateczna diagnoza - Mark Sołonin

-
Proszę czekać

Przedmowa

Katastrofa

O świcie 22 czerwca 1941 r. wojska hitlerowskich Niemiec wtargnęły na terytorium ZSRR. Trzy tygodnie później generałowie niemieccy mogli stwierdzić, że pierwsze zadanie w ramach planu "Barbarossa" ("Główne siły radzieckich wojsk lądowych, znajdujące się w Rosji zachodniej, powinny zostać zniszczone w śmiałych operacjach dzięki głębokiemu, szybkiemu wysunięciu klinów pancernych. Odwrót zdolnych do walki oddziałów nieprzyjaciela na rozległe terytorium rosyjskie powinien zostać zatrzymany") w gruncie rzeczy wykonano.

Wysunięcie "klinów pancernych" było głębokie i szybkie. Nieprzyjaciel zajął Litwę, Łotwę, prawie całą Białoruś, Ukrainę Zachodnią, sforsował Bug, Niemen, Dźwinę, Berezynę, Horyń i Słucz, zbliżał się do Dniepru. 10 lipca Niemcy zajęli Psków, 16 lipca - Smoleńsk. Przeszli dwie trzecie odległości od granicy zachodniej do Leningradu i Moskwy. Dywizje pancerne Wehrmachtu pokonały ponad 500 kilometrów radzieckich dróg. W ciągu pierwszych 20 dni wojny Niemcy zajęli terytorium o powierzchni rzędu 450 tys. km2, prawie dwukrotnie większe od terytorium Polski okupowanej przez Wehrmacht we wrześniu 1939 roku i trzykrotnie większe od terytorium Belgii, Holandii i północno-wschodniej Francji, zagarniętego przez Wehrmacht w maju 1940 roku (patrz rys. 1).

Oddziały Nadbałtyckiego i Zachodniego Specjalnego Okręgu Wojskowego (ponad 70 dywizji, milion ludzi) zostały rozgromione, rozproszone po lasach albo wzięte do niewoli. Wkrótce taki sam los spotkał wojska Frontu Południowo-Zachodniego i Południowego. "Odwrót zdolnych do walki oddziałów nieprzyjaciela" pomyślnie (dla Niemców) udaremniono - za Dniepr i Dźwinę zdołały się przedostać jedynie rozdrobnione resztki niegdyś wielkiej armii; dowódców dywizji, którzy zdołali wyprowadzić półtora tysiąca ludzi oraz tuzin karabinów maszynowych i parę armat (czyli utrzymać około 10-15 proc. składu osobowego), wyróżniano odznaczeniami...

Do 6-9 lipca oddziały Frontu Północno-Zachodniego, Zachodniego i Południowo-Zachodniego straciły 11,7 tys. czołgów, 19 tys. dział i moździerzy [1]. Szczególnie dotkliwe, praktycznie nieodwracalne straty poniosły jednostki pancerne - największe na świecie wojska pancerne, których stworzenie pochłonęło wiele lat pracy i ogromne środki. Już 15 lipca 1941 r. resztki korpusów zmechanizowanych zaczęto oficjalnie rozformowywać. Dywizje i pułki lotnicze okręgów zachodnich straciły co najmniej 80-85 proc. samolotów, a większość pozostałych maszyn bojowych uznano za niezdatną do walki. W rezultacie do 1 sierpnia 1941 r. radzieckie lotnictwo straciło 10 tys. samolotów (cztery razy więcej, niż miało Luftwaffe na froncie wschodnim), z których 5240 figurowało jako "straty nieuwzględnione" [4].

Nagła strata ogromnych obszarów wywołała nieuchronną stratę gigantycznych zapasów mienia wojskowego, z jakiegoś powodu skoncentrowanych przy zachodniej granicy Związku Radzieckiego. Według danych GAU (Gławnoje artillerijskoje uprawlenije - Główny Zarząd Artylerii) z 40 magazynów artylerii znajdujących się przed linią Leningrad-Nieżyn-Krzemieńczuk udało się ewakuować tylko 11. W okręgach przygranicznych zostały również setki tysięcy ton materiałów pędnych, dziesiątki milionów indywidualnych pakietów opatrunkowych, ogromne ilości prowiantu, furażu, umundurowania...

Nie ma się co dziwić, że w połowie lipca wielu niemieckim generałom wydawało się, że kampania na froncie wschodnim jest już zakończona - nie mogli sobie wyobrazić, że armia, która poniosła takie straty, będzie zdolna do stawiania dalszego oporu. Owszem, "pobici hitlerowscy generałowie" ostatecznie się pomylili i wojna zakończyła się w Berlinie, ale cieszymy się z tego ze łzami w oczach. To, co tak łatwo i szybko stracono w ciągu 3-4 miesięcy latem i jesienią 1941 roku, musieliśmy odzyskać kosztem trzech lat nieustannych krwawych walk, kosztem życia milionów żołnierzy na froncie i milionów cywilów na terenach okupowanych. W sumie na linię granicy z 1941 roku Armia Czerwona zdołała wrócić dopiero w lipcu i sierpniu 1944 roku. W sumie, choć na przykład w krajach bałtyckich walki trwały do wiosny 1945 roku.

Jednak za najbardziej niewiarygodne w całej tej historii należy uznać nie szybkie tempo i głębokość natarcia Wehrmachtu, nie ogromne liczby strat Armii Czerwonej, a zadziwiające (niewiarygodnie małe) straty nieprzyjaciela. Nacierający, zresztą z dużym powodzeniem, Wehrmacht poniósł straty dziesięć razy mniejsze niż broniąca się Armia Czerwona.

Weźmy choćby 6. Dywizję Pancerną (Grupa Armii "Północ"). Przykład ten jest wart uwagi dlatego, że 6. Dywizja była najgorzej uzbrojoną dywizją - trzon pułku pancernego stanowiły lekkie czeskie czołgi wzoru 1935 roku (Pz.Kpfw. 35(t) według klasyfikacji niemieckiej), przestarzałe technicznie i bardzo wyeksploatowane w wieloletnich marszach, wyprawach i walkach. 24 czerwca na rzece Dubissie (Litwa) niemiecka 6. Dywizja Pancerna stoczyła walkę z 2. Dywizją Pancerną Armii Czerwonej, która miała na uzbrojeniu między innymi 31 najnowszych ciężkich czołgów KW. Dla dywizji radzieckiej starcie zakończyło się całkowitą klęską, stratą sprzętu i śmiercią dowódcy. Niemiecka 6. Dywizja Pancerna 24 czerwca straciła jedynie 121 ludzi (31 zabitych, 18 zaginionych, 72 rannych) [5]. Mniej niż jeden procent liczebności etatowej.

A był to najtrudniejszy dzień i największe straty. 28 czerwca 6. Dywizja Pancerna sforsowała pełnowodną Dźwinę - naturalną rubież obronną o znaczeniu strategicznym. Straty: 3 zabitych, 14 rannych [6]. Po przeprawieniu się na północny brzeg dywizja skierowała się na Psków. 4-6 lipca rozgromiła oddziały 163. Dywizji Zmotoryzowanej i 3. Dywizji Pancernej Armii Czerwonej, przełamała linię Ostrowskiego Rejonu Umocnionego, sforsowała kilka pomniejszych rzek. Straty w ciągu trzech dni: 28 zabitych, 55 rannych [7].

Oto jeszcze jedna jednostka niemiecka, 11. Dywizja Pancerna. Poziom strat składu osobowego - jeden z najwyższych wśród dywizji pancernych Wehrmachtu: do 3 lipca dywizja straciła 923 ludzi, w tym 333 bezpowrotnie [8]. Sześć procent etatu. Kosztem tych sześciu procent 11. Dywizja zdążyła wykonać, co następuje: ciągle nacierając w awangardzie 1. Grupy Pancernej, pokonała ponad 200 km; stoczyła walki z radziecką 10. i 43. Dywizją Pancerną oraz 228. Dywizją Strzelecką, 109. i 213. Dywizją Zmotoryzowaną, a także ze 114. pułkiem pancernym 57. Dywizji Pancernej; bitwy te zakończyły się tym, że po wspomnianych dywizjach Armii Czerwonej zostały numery i w najlepszym wypadku 30-40 proc. składu osobowego i kilkanaście czołgów, a dywizja niemiecka skierowała się dalej na wschód...

Ogółem wszystkie oddziały Wehrmachtu na froncie wschodnim od 22 czerwca do 6 lipca straciły 64 132 ludzi, w tym 19 789 bezpowrotnie. Takie liczby podaje w swoim słynnym Dzienniku wojennym (notatka z 10 lipca 1941 r.) szef sztabu wojsk lądowych Rzeszy generał pułkownik Franz Halder.

Oczywiście 10 lipca Halder nie dysponował jeszcze pełnymi danymi dotyczącymi strat z 6 lipca, dlatego podane powyżej liczby (64 tysięcy, w tym 20 tysięcy bezpowrotnie) są nieco zaniżone. Według tak zwanych "dziesięciodniówek" (meldunków o stratach, sporządzanych przez naczelne dowództwo na podstawie doniesień sztabów poszczególnych oddziałów za okres dziesięciu dni) straty Wehrmachtu do 10 lipca 1941 roku wyniosły 77 tys. ludzi, w tym 23 tys. bezpowrotnie. Liczebność Wehrmachtu na froncie wschodnim w tym okresie Halder szacował na 3,3 mln ludzi, a więc straty ogółem (zabici, ranni, zaginieni) wynoszą jedynie 2,3 proc.

Owszem, również te liczby można podważyć, ponieważ wszystkie meldunki, sporządzane podczas walk nie są wystarczająco dokładne i pełne. Można i dalej zajmować się weryfikowaniem danych statystycznych, ale ta niekończąca się dyskusja nie powinna przysłonić nam istoty sprawy. To znaczy tego, że rozgromienie I Rzutu Strategicznego Armii Czerwonej (który według liczby dywizji nie ustępował żadnej z armii europejskich, a pod względem liczby czołgów i samolotów wielokrotnie przewyższał każdą z nich) i okupowanie ogromnego terytorium Wehrmacht przypłacił utratą 2-3 proc. żołnierzy. Jeżeli zaś chodzi nie o ogólne straty, a tylko bezpowrotne (zabici i zaginieni), to te wynosiły około 1 proc. "Oddział nie zauważył utraty żołnierza...". Nawet podczas, jak to nazywała historiografia radziecka, "zwycięskiego marszu Wehrmachtu we Francji" bezpowrotne straty Niemiec były dwukrotnie większe (46 tys. ludzi [16]).

Za najważniejszą ocenę strat Wehrmachtu może posłużyć porównanie ich ze stratami nieprzyjaciela, czyli Armii Czerwonej. Według oficjalnych szacunków współczesnych rosyjskich historyków zajmujących się wojną w okresie od 22 czerwca do 6-9 lipca oddziały Frontu Północno-Zachodniego, Zachodniego i Południowo-Zachodniego straciły bezpowrotnie 589 tys. ludzi, a liczba ta nie uwzględnia strat Frontu Północnego (Leningradzki OW) oraz Frontu Południowego (Odeski OW), które podjęły aktywne działania wojenne odpowiednio 29 czerwca i 2 lipca 1941 r. [17].

Obecnie już nie budzi wątpliwości jawne i znaczne zaniżenie danych dotyczących strat przez autorów zbioru Grif siekrietnosti sniat (pod redakcją Kriwoszejewa). Między innymi ogólne straty Frontu Północno-Zachodniego zostały przez nich oszacowane na 88,5 tys. żołnierzy (łącznie 23 proc. liczebności pierwotnej). Czy mogą to być dane prawdziwe, skoro wszystkie znane dokumenty absolutnie jednogłośnie świadczą o tym, że front został całkowicie rozgromiony, a do Ostrowa i Pskowa dotarły jedynie rozproszone grupki żołnierzy i oficerów?1 Co ciekawe, na s. 368 tegoż zbioru przekonuje się nas, że od 22 czerwca do 9 lipca Front Północno-Zachodni stracił 341 tys. sztuk broni strzeleckiej. Jak 89 tys. ludzi mogło "zgubić" 341 tys. karabinów?

W normalnej walczącej armii straty osobistej broni strzeleckiej są mniejsze od strat w ludziach - nie można zostawić broni, każda sztuka ma własny numer i komuś została przydzielona; karabin waży 3-4 kg i zdrowy mężczyzna bez większego wysiłku może wynieść z pola walki 3-4 karabiny, które zostały po rannych i zabitych kolegach. W nienormalnej, ratującej się paniczną ucieczką armii straty broni osobistej mogą być równe stratom w ludziach, ale przecież nie czterokrotnie większe! Nawiasem mówiąc, Front Zachodni również mógł (na kartach zbioru statystycznego) stracić 521 tys. sztuk broni strzeleckiej przy utracie 418 tys. ludzi. Tylko w przypadku Frontu Południowo-Zachodniego liczby podane w zbiorze Kriwoszejewa są niejako zgodne ze zdrowym rozsądkiem (242 tys. żołnierzy i 170 tys. sztuk broni strzeleckiej).

W rezultacie mamy, co następuje: nawet gdy zaakceptujemy z góry znacznie zaniżone liczby Kriwoszejewa, to w tym wypadku stosunek bezpowrotnych strat w ludziach podczas tzw. "walk przygranicznych" (do 6-10 lipca) wynosi 1 do 23. Natomiast rzeczywisty obraz strat bezpowrotnych odzwierciedlają najprawdopodobniej liczby rzędu 900 tys. - 1mln po stronie radzieckiej i 25-30 tys. po drugiej stronie, co w rezultacie daje stosunek 1 do 35. Wybiegnę nieco do przodu i od razu powiem, że ostateczny stosunek strat bezpowrotnych w całym 1941 roku wynosi mniej więcej 1 do 28.

To jest "cud", który w żaden sposób nie mieści się w kanonach nauki o wojnie. Taki stosunek strat był możliwy chyba wtedy, gdy biali kolonizatorzy, którzy przypłynęli do Afryki z armatami i karabinami, natarli na tubylców uzbrojonych w dzidy i motyki. Ale latem 1941 roku na zachodnich granicach ZSRR sytuacja była zupełnie inna: broniąca się strona ogólnie nie ustępowała nieprzyjacielowi ani liczebnością, ani uzbrojeniem, znacznie przeważała nad nim pod względem środków pozwalających zadać silne kontruderzenie, czyli czołgów i lotnictwa, do tego jeszcze potrafiła zbudować obronę na systemie przeszkód naturalnych (pełnowodne rzeki Bug, Niemen, Berezyna, Dźwina, Dniepr, Dniestr) i fortyfikacji stałych (około tysiąca żelbetonowych bunkrów wzdłuż "nowej" granicy i ponad 3 tysiące na "starej").

Szukanie wyjaśnień

Co to było? Co się stało z "niezwyciężoną i legendarną" Armią Czerwoną? Jak mogło dojść do tak potwornej klęski armii kraju obdarzonego niezliczonymi surowcami naturalnymi, kraju, który tak naprawdę nie zajmował się niczym innym oprócz prowadzenia przygotowań do przyszłej wojny?

Właściwa odpowiedź zaczyna się od właściwie zadanego pytania. Ten aforyzm można moim zdaniem sformułować inaczej: błędna odpowiedź (a tym bardziej zamierzona próba wprowadzenia odbiorcy w błąd) zaczyna się od źle sformułowanego pytania. Właśnie tak działali radzieccy historycy propagandyści - stosowny rozdział w ich książkach nosił tytuł "Przyczyny chwilowych niepowodzeń Armii Czerwonej" albo jeszcze lepiej: "Przyczyny przegranej w walce przygranicznej".

Określenie "chwilowe niepowodzenia" bynajmniej nie skłania do szukania jakichś ważkich przyczyn. Chwilowe niepowodzenia mogą się przytrafić każdemu. A już sformułowanie "walka przygraniczna" użyte w odniesieniu do kampanii wojennej, która toczyła się na obszarze większym od powierzchni większości państw europejskich, w ogóle należy uznać za genialny wynalazek partyjnych propagandystów. Wyobraźnia czytelnika od razu przywołuje obraz plutonu pograniczników, walczącego z napierającą na niego bandą. Pozostaje tylko dodać dwa słowa - "niespodziewanie i nagle" - i przyczyna "przegranej w walce przygranicznej" stanie się prosta i zrozumiała...

Zresztą teza o "niespodziewanym i nagłym ataku na pogrążony we śnie kraj" nawet w czasach radzieckich nie pretendowała do statusu "pierwszej linii obrony", raczej odgrywała rolę "przedpola" (tak w sztuce wojennej określa się pas terytorium, na którym zamierzamy spowolnić tempo natarcia nieprzyjaciela, zatrzymać go przed główną linią obrony).

Nawet propagandyści radzieccy (słowo "nawet" w tym przypadku nie ocenia ich zdolności intelektualnych, a określa sytuację, w której pracowali, świadomi nieustającego wsparcia "organów" gotowych zamknąć usta każdemu, kto miał odmienne zdanie) rozumieli, że nie trzeba zbytnio podkreślać słynnego "zaskoczenia", gdyż ukazuje ono w złym świetle rodzimą partię, jej mądry Komitet Centralny oraz samego Wodza, którzy jakoś nie zauważyli skoncentrowanej przy granicy ZSRR trzymilionowej armii wroga. Wraz z pierwszymi promieniami głasnosti kwiaty zaskoczenia do reszty zwiędły; dziś nawet sumienny uczeń wie, że długi łańcuch sromotnych klęsk Armii Czerwonej (kotły pod Humaniem, Kijowem, Wiaźmą, Briańskiem, Charkowem), zapoczątkowany latem 1941 roku, trwał na dobre jesienią i ponownie powrócił w maju 1942 roku; o jakim "zaskoczeniu" można tu mówić?

Odpowiednio pierwszą i najważniejszą "linią obrony" w radzieckiej mitologii historycznej stała się "wielokrotna przewaga liczebna nieprzyjaciela, szczególne w czołgach i lotnictwie". I to brzmi przekonująco. Sugestywnie. Od najmłodszych lat obrabiany ideologicznie człowiek radziecki od razu wyobrażał sobie trzech czerwonoarmistów z "jednym karabinem na trzech", na których napiera pięciu szwabów ukrytych pod pancerzem tygrysa. A w ślad za nimi podąża kolumna uzbrojona w karabiny maszynowe, wszyscy co do jednego na transporterach opancerzonych. I jak tu walczyć?

Wszystkie te brednie rozpłynęły się jak mgła o świcie już przy pierwszych oznakach likwidacji cenzury ideologicznej. W tej chwili czołgi, armaty, karabiny i dywizje zostały policzone jeden raz i drugi, wyniki wielokrotnie sprawdzono i opublikowano. Nie zdawać sobie sprawy z rzeczywistego stosunku sił może dzisiaj tylko ten, kto bardzo mocno zamknął oczy i nie otwierał ich przez ostatnie 10-15 lat. Spośród wielu wartościowych publikacji mogę polecić na przykład bardzo rzetelny artykuł M. Mieltiuchowa [19]. Najbardziej dociekliwi mogą sięgnąć bezpośrednio do dokumentów źródłowych, ale na szczęście w dzisiejszych czasach można się z nimi zapoznać, nawet nie odchodząc od komputera [20].

Od siebie chciałbym tylko przypomnieć, że 22 czerwca wojna dopiero się zaczęła. Co za tym idzie, "migawka" dotycząca składu wojsk walczących stron w pierwszym dniu wojny bynajmniej nie może być wyczerpującą odpowiedzią na pytanie o stosunek sił. Niemniej ważna jest (w teorii i w praktyce) zdolność do powiększania sił, uzupełniania strat w ludziach i sprzęcie, tworzenia nowych jednostek i związków. A właśnie o tym u nas tradycyjnie się zapomina. Zwyczaj ten pojawił się w czasach radzieckich nieprzypadkowo - "migawka" mocno zniekształca (na korzyść Niemiec) rzeczywisty obraz stosunku sił.

To, co dowództwo Wehrmachtu zgromadziło 22 czerwca 1941 roku przy granicy ze Związkiem Radzieckim, stanowiło szczyt możliwości Niemiec, które już dawno przeprowadziły mobilizację rezerwistów i teraz prowadziły działania wojenne na kilku frontach lądowych, na niebie nad Rzeszą i na bezkresnych przestworzach Atlantyku. Łącznie do końca 1941 roku na froncie wschodnim z odwodu OKH (Naczelnego Dowództwa Wojsk Lądowych) w walkach wzięły udział 2 dywizje pancerne, jedna dywizja zmotoryzowana i 25 dywizji piechoty; to bardzo skromna liczba, tak pod względem absolutnym, jak i relatywnym (w skład trzech grup armii "Północ", "Środek" i "Południe" początkowo wchodziło 119 dywizji, nie licząc tzw. dywizji zabezpieczenia). Uzupełnienie marszowe, które oddziały Wehrmachtu otrzymały na froncie wschodnim do końca 1941 r., wynosiło mniej niż 20 proc. początkowej normy etatowej.

Z drugiej strony siły, które Armia Czerwona rozwinęła w okręgach zachodnich do 22 czerwca, stanowiły minimum, które liczący 200 mln mieszkańców Związek Radziecki był w stanie skoncentrować na zachodzie w ramach niezakończonej tajnej mobilizacji. 23 czerwca 1941 r. rozpoczęto jawną mobilizację i już 1 lipca do szeregów sił zbrojnych powołano 5,3 mln ludzi2. Oznaczało to dwukrotne zwiększenie ogólnej liczebności Armii Czerwonej i pozwoliło utworzyć setki nowych dywizji i brygad. Oczywiście 1 lipca mobilizacja się nie zakończyła. Był to dopiero jej początek. Do końca roku - według minimalnych dostępnych danych - zmobilizowano łącznie 11,7 mln ludzi, a rzetelni współcześni badacze doliczyli się 14 milionów. Naturalnie nie wszystkie te miliony od razu trafiły na front, ale ogólnie rzecz biorąc, zasoby ludzkie, które miało do dyspozycji dowództwo Armii Czerwonej w 1941 roku, mniej więcej trzykrotnie przewyższały zasoby nieprzyjaciela.

Już 10 lipca mimo ogromnych strat i sytuacji podczas pierwszych tygodni wojny walczące fronty Armii Czerwonej liczyły 202 (!) dywizje, w tym 62 "świeże", które w czerwcu nie brały udziału w walkach II Rzutu Strategicznego3 [140]. A wspomniane 62 dywizje to tylko początek długiej listy; już wcześniej w składzie odwodu Naczelnego Dowództwa w pobliżu frontu znajdowały się 22 dywizje strzeleckie, 6 dywizji pancernych i 3 zmotoryzowane. Do 1 sierpnia liczebność czynnej armii wzrosła do 263 dywizji. A koło zamachowe mobilizacji nabierało tempa i na front przybywały coraz to nowe jednostki...

Jeszcze bardziej wyraźna jest dynamika uzupełniania wojsk pancernych. Jako uzupełnienie strat Wehrmachtu na front wschodni w drugiej połowie 1941 r. trafiło jedynie 513 czołgów i dział szturmowych, poza tym przybyły dwie świeże dywizje pancerne (2. i 5.), które miały na uzbrojeniu 380 czołgów. Razem 893 czołgi, w tym 631 średnich. Armia Czerwona tym samym okresie otrzymała od przemysłu 5600 czołgów, w tym 2200 średnich T-34 i 1000 ciężkich KW. I to nie licząc czołgów, które przybyły na front w składzie jednostek pancernych przerzuconych z okręgów wojskowych wewnątrz kraju.

Trzeba przyznać, że radzieccy spece od propagandy zdawali sobie sprawę, że nie uda się im długo utrzymać pierwszej linii obrony (czyli bezwstydnie i bezczelnie kłamać na temat wielokrotnej przewagi liczebnej Wehrmachtu), i dlatego zawczasu zaczęli przygotowywać drugą: "Owszem, mieliśmy dużo broni, ale cała ta broń była beznadziejnie przestarzała, nie mogła dorównać sprzętowi wojskowemu nieprzyjaciela". Znakomity tego przykład - w cytowanym wyżej artykule M. Mieltiuchow pisze, że na marginesach rękopisu czwartego tomu klasycznej radzieckiej Historii drugiej wojny światowej znalazła się następująca uwaga: "Liczby dotyczące Sił Zbrojnych ZSRR, zwłaszcza w kategorii czołgów - 18 600 oraz samolotów - 15 990, są zbyt duże [dokładnie tak! - M.S.]. Nieznający charakterystyk uzbrojenia czytelnik może mieć mylne wyobrażenie o siłach obu stron w przededniu wojny. Wiadomo, że w Armii Radzieckiej absolutna większość czołgów była przestarzała (...)".

Ten chwyt został wymyślony wiele lat temu, ale szczególnym powodzeniem cieszy się właśnie dzisiaj. Młode pokolenie "nowych Rosjan", przyzwyczajone już do tego, że nie można znaleźć w sklepie nie tylko radia rodzimej produkcji, ale nawet wykonanych w Rosji żelazka, odkurzacza i czajnika, bez wahania gotowe jest uwierzyć w to, że Związek Radziecki był równie zacofany w rozwoju. "W każdym razie nie musimy udowadniać [podkreślenie moje - M.S.], że radziecki przemysł był z całą pewnością słabszy od niemieckiego zarówno pod względem technologii, jak i poziomu kwalifikacji siły roboczej". Właśnie tak, pewnie i zdecydowanie, pisze bardzo znany w wąskich "kręgach patriotycznych" publicysta, który bez cienia zażenowania mówi o sobie: "Nie ukończył dwóch uczelni wyższych - Swierdłowskiego Uniwersytetu Medycznego i Uralskiego Uniwersytetu Pedagogicznego. Działacz ruchu klubów miłośników fantastyki".

Kolejny - tym razem nie zwykły "miłośnik", a twórca fantastyki ("A. Ułanow, pisarz fantasta. Urodził się 22 stycznia 1976 r. w Kijowie. Pisze książki z gatunku fantastyki wojennej i humorystycznej, fantasy i historii alternatywnej") wspólnie ze znanym blogerem D. Szeinem napisał całą książkę, w której dosłownie "zrównał z ziemią" przedwojenny radziecki przemysł zbrojeniowy: "ZSRR nie mógł, nijak nie mógł uruchomić produkcji pocisków przeciwpancernych siłami trzech (tokarz, spawacz, tłoczarz) wysokiej klasy specjalistów, jak zrobili to Niemcy - takich ludzi w przemyśle radzieckim była garstka, delegowano ich do fabryk pojedynczo" [21]. Zwróćcie uwagę na hipnotyzujące zaklęcie: "nie mógł, nijak nie mógł".

Gotów jestem bez zastrzeżeń uwierzyć, że wśród kolegów i znajomych Ułanowa i Szeina nie ma ani jednej osoby, która miałaby jakieś pojęcie o pracy w fabryce. Dlatego nikt im nie wytłumaczył, że zbitka słów "wysokiej klasy tłoczarz" jest mało śmiesznym żartem. Wysokie kwalifikacje powinien mieć naukowiec, który prowadzi badania nad mechanicznymi aspektami deformacji metali. Wysokie kwalifikacje były potrzebne dużemu zespołowi inżynierów, który pracował nad potężną prasą hydrauliczną. A od niewykształconej kołchoźnicy, która w czasie wojny miała obsługiwać tę prasę, wymagano wykonania trzech czynności: włożyć kawałek metalu, wcisnąć guzik, wyjąć gotową część. Takich tłoczarzy (oraz kandydatów na tłoczarzy) w Związku Radzieckim było dziesiątki milionów.

Tokarz nie może się równać z tłoczarzem, ale i praca tokarza bywa różna. Najprostsza z możliwych: zamocować w uchwycie tokarki niedużą okrągłą (osiowosymetryczną) część i wytoczyć w niej okrągły rowek. Z takim zadaniem poradzi sobie uczeń zawodówki już w pierwszym miesiącu nauki. Tokarzy o podobnych kwalifikacjach w ZSRR były miliony (warsztat szkoleniowy zaopatrzony w tokarkę był w każdej szkole), a nie potrzeba niczego więcej przy założeniu na pocisk przeciwpancerny gotowego czepca (owiewki aerodynamicznej); ponieważ wspomniano też o spawaczu, można przypuszczać (Ułanow i Szein nie załączyli rysunku), że czepiec był do pocisku przyspawany, a nie połączony z nim przez pasowanie ciasne, czyli granica tolerancji wymiarów rowka była bardzo duża. Praca w sam raz dla praktykanta z zawodówki...

Na szczęście w ciągu ostatnich 10-20 lat opisano i szczegółowo przebadano historie powstania, produkcji i zastosowania prawie wszystkich rodzajów radzieckiego sprzętu wojskowego. Wykonano żmudną pracę, przeczytano góry dokumentów źródłowych, obalono niektóre stare mity (w rodzaju "latającego czołgu" Ił-2 i niszczycielskiej katiuszy, której Niemcy rzekomo nie byli w stanie nawet skopiować). W rezultacie ustalono, że w sumie poziom uzbrojenia Armii Czerwonej oscylował powyżej średniego poziomu, nie ustępując w charakterystykach taktyczno-technicznych - po raz kolejny ogółem i przeważnie - żadnej armii na świecie.

W przedwojennym ZSRR intensywnie pracowano również nad "cudami techniki" - nie tylko na papierze, lecz również w postaci metalowej istniały celowniki żyroskopowe dla czołgów, automaty umożliwiające wyprowadzenie samolotu z lotu nurkującego, noktowizory, radary, przyspieszacze rakietowe itd. Owszem, wiele (jeśli nie większość) z powyższego zakupiono lub skradziono na Zachodzie, ale w tym przypadku interesuje nas nie proces czy sposób, a wynik.

Zgoda, istniały problemy z ergonomią sprzętu wojskowego, jego niezawodnością i obsługą - powodem był deficyt doświadczonej kadry inżynierskiej i pośpiech przy przyjęciu sprzętu do uzbrojenia. Te niedociągnięcia komplikowały eksploatację i remont broni, ale bynajmniej nie uniemożliwiały jednego i drugiego. Ten fakt niewątpliwie został potwierdzony w praktyce: armia fińska w 1944 roku walczyła (i to jak!), wykorzystując radzieckie samoloty, czołgi i ciągniki artyleryjskie zdobyte w latach 1940-1941.

Niemniej jednak trzeba przyznać, że "w Armii Radzieckiej absolutną większość stanowiły czołgi przestarzałych konstrukcji". To stwierdzenie jest absolutnie prawdziwe, ale wymaga dwóch istotnych wyjaśnień. Po pierwsze, jeżeli za punkt odniesienia weźmiemy radzieckie T-34 i KW, to nie większość, a wszystkie bez wyjątku czołgi Wehrmachtu według stanu na 22 czerwca 1941 roku miały "przestarzałą konstrukcję". Po drugie, najnowsze konstrukcje zawsze, w każdej armii świata, są w mniejszości, a kiedy zastąpią poprzedników i staną się najbardziej masowe, to nieuchronnie spadną do kategorii przestarzałych. Właśnie na tym polega wyścig zbrojeń. Latem 1941 roku opancerzone monstrum KW robiło piorunujące wrażenie tak na radzieckich, jak i na niemieckich pancerniakach; wiosną 1945 r. przy ciężkich czołgach IS i działach samobieżnym ISU-152 ten sam KW prezentował się bardzo przeciętnie...

Nowa epoka, epoka nieskrępowanej wolności myśli i słowa, zrodziła cały wachlarz nowych, czasami bardzo ekstrawaganckich teorii tłumaczących przyczyny katastrofy wojennej 1941 roku. Próg przyłączenia się do dyskusji radykalnie spadł; kiedyś, żeby opublikować artykuł w gazecie, trzeba było pukać do drzwi redakcji, podpierać się orderami, tytułami, stopniami naukowymi... Teraz wszystko jest prostsze i każdy, kto "dostał olśnienia", może za pośrednictwem internetu zaprezentować swoją teorię całemu światu.

Wielu ochoczo z tego skorzystało. Czytałem (niejednokrotnie!) o tym, jak to w sztabach Wehrmachtu, jak się okazuje, obowiązywała strasznie tajna zasada, zgodnie z którą w meldunkach o stratach wykorzystywano tajny "współczynnik redukcji". Jedni towarzysze uważają, że w doniesieniach niemieckich liczby strat zaniżono dwukrotnie, inni bez cienia zażenowania mówią, że dziesięciokrotnie (widocznie wygodniej im się liczy). Co więcej, w Wehrmachcie, jak się okazuje, za bezpowrotnie stracony uznawano tylko taki czołg, który został wysłany na złom, a reszta, których zwęglone szkielety zostały na polach walk, nie była uwzględniana w rejestrach strat... Mimo swej absurdalności nawet te wersje zasługują na uwagę - po raz kolejny potwierdzają, że niewiarygodna klęska, której Armia Czerwona doznała latem 1941 roku, nie mieści się w ramach normalnej logiki i wymaga jakiegokolwiek pilnego wytłumaczenia.

Kilka takich "wersji" zaproponował doktor nauk historycznych A. Isajew. Jeżeli mnie pamięć nie myli, to pierwszy był "dogmat o nasyceniu". W teorii wojskowości są takie pojęcia jak "nasycenie szyków bojowych" czy "nasycenie taktyczne". Ten parametr wyraża stosunek ilości środków walki do długości odcinka frontu, na przykład: 15 czołgów na kilometr frontu, 130 dział na kilometr, 250 pocisków na hektar itd. Czasami stosowane są ułamki odwrotne: 20 km na dywizję, 800 m na batalion... W regulaminach polowych podano całkiem konkretne wymagania co do nasycenia szyków bojowych - zarówno podczas natarcia, jak i obrony.

Otóż pan Isajew obliczył odległość pomiędzy Bałtykiem i Morzem Czarnym (przy czym liczył jak należy, uwzględniając misterne meandry linii granicznej), podzielił kilometry przez liczbę dywizji I Rzutu Strategicznego Armii Czerwonej i doszedł do niezaprzeczalnego wniosku: powstrzymanie ofensywy Wehrmachtu było niemożliwe! Na jedną dywizję przypadało znacznie więcej kilometrów frontu obrony, niż przewidywał regulamin. Klęska była nieunikniona!

Ta ponura konkluzja niesłychanie ucieszyła publiczność ("No, nareszcie! Wszystko jest takie proste, zrozumiałe i uzasadnione naukowo!"), a mnie bardzo zasmuciła. Czy teraz w szkole już zupełnie niczego nie uczą? Jeżeli A jest większe od B, to również iloraz dzielenia A przez C zawsze będzie większy od ilorazu dzielenia B przez C. Przy każdym, proszę zauważyć, C. Liczbę radzieckich i niemieckich dywizji można podzielić przez szerokość frontu, głębokość jeziora Bajkał, długość ogona konia Żukowa - w każdym przypadku, bez względu na stosowane sztuczki, wynik Armii Czerwonej będzie WIĘKSZY! I skoro 150 radzieckich dywizji to zbyt mało, żeby się bronić, to jak wobec tego 120 dywizji niemieckich mogło prowadzić ofensywę na tak wielkim froncie? I to jaką ofensywę!

Druga idea Isajewa ("czarodziejski miecz i złoty podział") po prostu zdumiewa swoją... hmm, estetyką. "Złoty podział" to struktura organizacyjna niemieckiej dywizji pancernej ("Niemcy osiągnęli "złoty podział" w organizacji wojsk pancernych: na 2-3 bataliony czołgów w dywizji pancernej Wehrmachtu przypadały 4 (albo 5, jeżeli dodać zmotoryzowane) bataliony piechoty. (...) Właśnie taka struktura wojsk pancernych pozwoliła Niemcom dotrzeć pod mury Moskwy, Leningradu i Kijowa"). Utworzona według tych proporcji dywizja stanowi, według pana Isajewa, niezwyciężony "czarodziejski miecz". A jak to wyglądało w Armii Czerwonej? "Szczerze mówiąc, po stronie radzieckiej brakowało skutecznej struktury organizacyjnej typu "dywizja pancerna". Istnienie struktur organizacyjnych o nazwie "dywizja pancerna" nie powinno wprowadzać w błąd - nie były one w stanie sprostać zadaniom samodzielnej jednostki pancernej. (...) Dywizje te były przeładowane czołgami [podkreślenie moje - M.S.], a brakowało w nich piechoty i artylerii" [22].

Dramatyczne zdanie o "przeładowaniu dywizji pancernych czołgami" z uporem przewija się przez dziesiątki stron. Ogłoszono, że najpotężniejsze na świecie radzieckie wojska pancerne nie istniały, ponieważ struktura dywizji pancernej Armii Czerwonej była inna od struktury podobnych jednostek niemieckich wzoru 1941 roku, przy czym ta ostatnia została okrzyknięta niedoścignionym wzorcem doskonałości, który pozwalał czynić cuda.

Cała ta "teoria" ląduje na śmietniku, jeżeli się wspomni o tym, że również w Armii Czerwonej istniały dywizje stworzone według zasady "złotego podziału". Oczywiście mówimy o dywizji zmotoryzowanej według norm etatowych lipca 1940 r. Jej struktura była dokładnie taka sama jak w dywizji pancernej Wehrmachtu: jeden pułk pancerny, dwa piechoty zmotoryzowanej i pułk artylerii. A stosunek liczby czołgów i ludzi oraz uzbrojenie pułku artylerii były jak najbardziej porównywalne. Tylko "cud", do którego doszło, był cudem w negatywnym tego słowa znaczeniu...

Jeżeli chodzi o "przeładowanie" radzieckich dywizji pancernych czołgami, to istniało ono niestety tylko w teorii. Natomiast w praktyce w przededniu wojny średnia liczby czołgów w dywizji wynosiła 208 maszyn (na froncie wschodnim Niemcy mieli średnio po 200 czołgów w dywizji). Dalej było już tylko gorzej; po kilku dniach (w najlepszym wypadku po kilku tygodniach) nawet w nielicznych na początku "przeładowanych" czołgami dywizjach pozostało po kilkanaście pojazdów, choć niestety nie wpłynęło to na ich sukcesy w walce. Tymczasem Niemcy już w pierwszych dniach i godzinach wojny zdecydowanie zrezygnowali ze struktur organizacyjnych czasu pokoju - w dywizjach pancernych tworzono "grupy bojowe" o najróżniejszym składzie i liczebności, które prowadziły ofensywę, nie zwracając uwagi na barwę "podziału"...

Porażka w wojnie, a tym bardziej szybka i miażdżąca klęska, nieuchronnie pociąga za sobą poszukiwania szpiegów i podejrzenia o zdradę. W zasadzie ta teoria nie jest tak szalona, jak może się wydawać na pierwszy rzut oka - skoro wiemy, że kilkudziesięciu generałów Armii Czerwonej, którzy znaleźli się w niewoli, ochoczo współpracowało z wrogiem, to nie ma nic niewiarygodnego w założeniu, że niektórzy z nich mogli rozpocząć pracę na rzecz wroga, zanim trafili do niewoli4. Co więcej, niezależnie od całej mojej awersji do teorii spiskowych oraz podobnych wymysłów konspirologicznych nie mogę nie przyznać, że "spisek generałów" jest pierwszą z wymienionych tu hipotez, która przynajmniej w teorii może być adekwatna do opisywanych tu zdarzeń.

Zła konstrukcja górnej lewej rolki podtrzymującej gąsienicę czołgu czy niedostatecznie "złota" struktura organizacyjna dywizji są nieistotne i od początku nie nadawały się do wyjaśnienia skali katastrofy, której doświadczyła Armia Czerwona latem 1941 roku. Zdrada generałów jest jednak poważną sprawą, która mogła spowodować katastrofalne skutki. Wreszcie niektóre rzeczywiste działania (a w jeszcze większym stopniu brak działań) najwyższego dowództwa w przededniu wojny nie mieszczą się nawet w bardzo szerokich ramach bezgranicznego rosyjskiego bałaganiarstwa.

Pozostaje tylko odnaleźć spiskowców, ujawnić ich zamiary, plany, kontakty z wrogiem. Do dziś nikt nie podjął się tego zadania. To, co piszą nasi znakomici wyznawcy teorii spiskowych (Kozinkin, Martirosian, Muchin), jest na tyle niedorzeczne, że traktować to poważnie może tylko człowiek, który bez zbędnych argumentów jest w stanie uwierzyć w każdą bzdurną teorię. Wspomniani "generałowie spiskowcy" zachowują się jakoś nielogicznie: nie próbują połączyć sił i skoordynować swoich działań, "zdradzają po kolei", jeden po drugim, w różnym czasie: od okrążenia i upadku Frontu Zachodniego w czerwcu 1941 r. przez jeszcze większą w skali i skutkach katastrofę pod Kijowem (wrzesień 1941 r.) i Wiaźmą (październik 1941 r.) do druzgocącej i haniebnej klęski na Krymie i pod Charkowem w maju 1942 r.

Na swoje nieszczęście autorzy teorii spiskowej zaatakowali generała armii D. Pawłowa, dowódcę Frontu Zachodniego; "nieszczęście" polega na tym, że ta historia (w przeciwieństwie do wielu podobnych) jest dobrze znana - protokoły z przesłuchań i procesu Pawłowa opublikowano już w 1992 roku. Z dokumentów wynika, że nawet podczas przeprowadzonego wiadomymi metodami "dochodzenia" nie udało się odnaleźć dowodów na powiązania Pawłowa z Niemcami. Warto zaznaczyć, że "zdrajca" Pawłow w nocy 22 czerwca, nie mając na to zgody Moskwy (!), wydał rozkaz ogłoszenia alarmu bojowego i otworzenia "czerwonych kopert". Później nie podjął najmniejszej próby przejścia na stronę wroga (co nie było takie trudne w warunkach całkowitej klęski), co więcej, karnie stawił się w Moskwie, gdzie został wezwany na dywanik na początku lipca; po mianowaniu na nowe stanowisko (zastępca dowódcy Frontu Zachodniego) natychmiast wyruszył z Moskwy na front.

Wreszcie skrajne zdumienie budzi niepodjęcie przez mitycznych "spiskowców" nawet najmniejszej próby zrobienia jedynej rzeczy, która mogła zdecydować o sukcesie spisku: aresztowania (lub zamordowania) Stalina. Nie przyszło im też do głowy, żeby zwrócić się do narodu, armii, czerwonoarmistów w niemieckiej niewoli z apelem o powstanie przeciwko Stalinowi. Możecie myśleć, co chcecie, ale tak się spisków nie robi...

Naturalnym punktem kulminacyjnym teorii spiskowej stał się pomysł, że spiskowiec był tylko jeden i zdołał wejść na sam szczyt władzy państwowej, a jego nazwisko brzmi - Stalin. Ta teoria też ma kilka odmian.

Niespotykany rekord absurdu ustanowił niejaki pan Osokin [23]. Jego sensacyjne "odkrycie" sprowadza się do tego, że Stalin rzekomo podpisał z Hitlerem tajny pakt, na mocy którego Armia Czerwona koncentrowała się przy zachodniej granicy ZSRR, żeby załadować się do wagonów i wyruszyć... w kierunku kanału La Manche na podbój Anglii! Stalin jakoby zrewanżował się uprzejmą zgodą na przejazd wojsk niemieckich przez terytorium Związku Radzieckiego do Iranu. Jednak Hitler podle oszukał Stalina: Niemcy wyskoczyli z wagonów z karabinami i "zakasanymi rękawami" (pan Osokin szczególnie podkreśla ten fakt) i rozgromili Armię Czerwoną, która - przypomnijmy, na mocy tajnej umowy Stalina i Hitlera - ruszała nad La Manche bez broni i amunicji. Jako jeden z pośrednich dowodów na potwierdzenie tej hipotezy pan Osokin przytacza fakt wydania żołnierzom niektórych oddziałów Armii Czerwonej majtek, a nie kalesonów - jego zdaniem dużo wygodniej jest forsować kanał w majtkach.

Wydawać się mogło, że tak absurdalne pomysły nie zasługują na najmniejszą uwagę - okazało się jednak, że pojawiły się odmienne opinie na ten temat. Książka Osokina ukazała się w pięknym wydaniu, a następnie za państwowe pieniądze został nakręcony film "dokumentalny" (jak to możliwe?), z wielką pompą zaprezentowany w Moskwie; utalentowany "odkrywca" udzielił mnóstwa wywiadów dla najważniejszych rosyjskich mediów. Trudno jest wytłumaczyć te cuda bez sięgania po teorie spiskowe.

Jeszcze jedną (co prawda nie tak ekstrawagancką) wersję wydarzeń zaprezentowała para emerytów J. Wierchowski i W. Tyrmos. I nie tylko zaprezentowali, ale również zmaterializowali ją w postaci książki, która ukazała się nakładem wydawnictwa Ołma-Press, słynnego z owocnej współpracy z zarządem archiwów FSB [24]. Ponadto, jeżeli wierzyć deklaracjom autorów, książka znalazła się w wykazie "zalecanych lektur", który Administracja Prezydenta Federacji Rosyjskiej rzekomo wysyła do gubernatorów oraz pozostałych wysokiej rangi urzędników.

Wierchowski i Tyrmos szczegółowo rozwinęli od dawna już krążącą w blogosferze teorię, że Stalin celowo pozwolił Hitlerowi na zadanie Armii Czerwonej miażdżącego pierwszego uderzenia. Po co? A po to, żeby pokazać całemu światu, a przede wszystkim prezydentowi USA, że to on jest "ofiarą agresji", i w ten sposób uzyskać pomoc w ramach lend-lease'u.

Absurdalność takiego przypuszczenia jest oczywista. Lend-Lease Act nosił oficjalną nazwę "Ustawa o wspieraniu obronności USA". Nie było w niej ani słowa o "agresji", "ofierze agresji" itd. Ustawa dawała prezydentowi Stanów Zjednoczonych prawo samodzielnego - bez usankcjonowania przez Kongres - podejmowania decyzji dotyczących przekazywania broni, amunicji oraz innego sprzętu wojskowego państwom, którym należało udzielać pomocy dla dobra obronności USA. Dla obrony USA. Żadnej "dobroczynności" ani rycerskiej "troski o wdowy i sieroty" ustawa nie przewidywała.

W rzeczywistości pierwszym i głównym (pod względem skali pomocy) beneficjentem lend-lease'u była Wielka Brytania. I bynajmniej nie zaszkodził temu fakt, że formalnie rzecz biorąc, "pierwszy strzał" padł ze strony Anglików: Wielka Brytania wypowiedziała wojnę Niemcom (a nie odwrotnie) i to właśnie brytyjskie lotnictwo 4 września 1939 r. przeprowadziło pierwszy atak bombowy na terytorium nieprzyjaciela; armia francuska, najbliższy sojusznik Wielkiej Brytanii, również pierwsza wtargnęła na terytorium Niemiec 9 września 1939 r. Oczywiście, podejmując decyzję o udzieleniu pomocy politycznej i gospodarczej walczącym z hitlerowskimi Niemcami Anglii i Francji, prezydent i Kongres USA nie byli formalistami i nie dociekali, "kto pierwszy strzelił", a zajęli się rzeczywistymi celami wojny oraz interesami politycznymi Stanów Zjednoczonych.

Jeśli chodzi o reputację towarzysza Stalina, to w czerwcu 1941 r. było już zbyt późno na to, żeby ją ratować. Po wydarzeniach lat 1939-1940, podziale rozgromionej Polski, ostentacyjnie i bezczelnie sporządzonym Traktacie o granicach i przyjaźni z Hitlerem, po agresji na Finlandię i okupowaniu trzech państw bałtyckich (Estonii, Łotwy i Litwy) Stalin nie miał szans, aby zaprezentować się Amerykanom jako niewinna ofiara. "Zaraza na obydwa wasze domy" - to wszystko, co mógł powiedzieć każdy obywatel USA na temat walki o podział zbójeckich łupów pomiędzy Stalinem i Hitlerem, niezależnie od formy, jaką ta walka przybrała. I jeśli ostatecznie Wielka Brytania i Stany Zjednoczone uznały ZSRR za sojusznika, to tylko ze względu na surowe realia polityczne, a nie romantyczną chęć niesienia pomocy "niewinnej ofierze agresji".

Świetną teorię sformułował N. Wolski. On również uważa, że Stalin celowo pozwolił Hitlerowi zadać pierwsze - co więcej, bardzo skuteczne - uderzenie. Przyczyny takiej decyzji Wolski tłumaczy znacznie szerzej: "Kadrowa armia (a także ludność całego kraju) nie miała motywacji do udziału w poważnej wojnie. (...) Już w Finlandii wyszło na jaw, że nie będzie zwycięskiego marszu. (...) Dlatego do realizacji swoich planów - trzeba przyznać, agresywnych - Stalin musiał zmotywować swoich podwładnych, od marszałków do kierownika zmiany w fabryce na Uralu. Zmusić wszystkich do walki na śmierć i życie mogło tylko śmiertelne zagrożenie dla tych ludzi jako ogółu" [25].

Brzmi to logicznie - ale wcale nie pasuje do stylu i metod towarzysza Stalina. Jak wiadomo, Gospodarza wyróżniała skrajna ostrożność, powściągliwość, rozwaga - na granicy tchórzostwa (mało znany fakt: towarzysz Stalin nie podpisał rozporządzenia dotyczącego pierwszej próby nuklearnej, zrobił to towarzysz Beria). A to, o czym pisze Wolski, wymagało podjęcia wielkiego ryzyka, ponieważ nikt nie mógł wcześniej przewidzieć, jak zareaguje kraj i armia na pierwsze porażki: "falą zimnej wściekłości i pragnieniem walki do końca" (tak ambasador radziecki w Londynie Iwan Majski opisywał reakcje Anglików na pierwsze bombardowania Luftwaffe) czy masową dezercją?

Wreszcie zupełnie niezgodne z intencją "pozwolenia Hitlerowi na kilka zwycięstw" było ulokowanie w okręgach przygranicznych gigantycznych zapasów sprzętu wojskowego. Gdyby Stalin rzeczywiście miał takie zamiary, o jakich mówi Wolski, to w pasie przygranicznym pozostawiono by na rzeź kilkanaście dywizji strzeleckich, a główne siły kadrowej armii, w tym również cenne (we wszystkich tego słowa znaczeniach) korpusy zmechanizowane, znalazłyby się daleko na wschód od Dniepru i Dźwiny...

Sprawdzian

Nieprzypadkowo poświęciliśmy tyle miejsca na analizę arytmetyczną strat niemieckich i radzieckich sił zbrojnych. Właśnie pytanie, dlaczego straty Armii Czerwonej były o wiele wyższe od strat Wehrmachtu, prowadzi nas do rozwiązania mrocznej "tajemnicy" lata 1941 roku. Straty te mają zgoła inną strukturę. Jeżeli u Niemców na jednego zabitego przypadało trzech rannych, to w Armii Czerwonej straty bezpowrotne były trzy-cztery razy większe od strat sanitarnych.

Jak to jest możliwe? Przecież anatomie żołnierza radzieckiego i niemieckiego nie mogły się aż tak różnić? Oczywiście nie o anatomię tu chodzi; w lecie 1941 roku bezpowrotne straty oddziałów Armii Czerwonej stanowili w głównej mierze (w niektórych przypadkach prawie w całości) dezerterzy i jeńcy, zabitych było pięć, sześć czy siedem razy mniej. "Oddziały pojedynczymi grupami rozpierzchły się po lasach", jak pisze w pamiętnikach generał Bołdin (na początku wojny zastępca dowódcy Frontu Zachodniego).

Analiza struktury strat w ludziach wyznaczyła dalszy kierunek badań. Nie mniej wymowne okazały się straty sprzętu (ich dynamika, struktura, porównanie ze stratami tej samej klasy sprzętu przed 1941 rokiem i po nim, porównanie ze stratami nieprzyjaciela). Pozostawało tylko "wzmocnić ostrość" i dokładnie dzień po dniu przyjrzeć się rzeczywistemu przebiegowi działań w pierwszych tygodniach wojny. W ten sposób udało się odtworzyć pełen obraz katastrofy militarnej lata 1941 roku.

Wyniki pracy zostały przedstawione w książce 22 czerwca 1941, czyli jak się zaczęła Wielka Wojna Ojczyźniana (pierwszy nakład ukazał się w 2004 r.), a potem w 2008 roku radykalnie zmienioną wersję tej książki wydano pod tytułem 22 ijunia. Anatomija katastrofy. Główna koncepcja została rozwinięta i uzupełniona w książce 23 czerwca. Dzień "M". Bardzo ważna dla zrozumienia rzeczywistego stanu radzieckich sił zbrojnych jest historia wybuchu drugiej wojny radziecko-fińskiej, szczegółowo opisana w książce 25 czerwca. Głupota czy agresja? Lotniczy "element" historii klęski 1941 roku ukazałem w książkach Na uśpionych lotniskach...Nowaja chronołogija katastrofy (dwa tomy).

Ostatecznie pojawił się "dorobek", w którym został szczegółowo zbadany i podparty niezaprzeczalnymi faktami następujący wniosek: główna przyczyna klęski leży poza zakresem zagadnień sztuki operacyjnej, taktyki, ilości i jakości uzbrojenia. Najkrótsza możliwa odpowiedź na pytanie o przyczyny klęski składa się z trzech słów: ARMIA NIE WALCZYŁA. Na polach bitew 1941 roku spotkały się nie dwie armie, a zorganizowane i działające jak w zegarku siły nazistowskich Niemiec z jednej strony i ogromny uzbrojony tłum - z drugiej.

Przyczyny przemiany Armii Czerwonej w niedający się ujarzmić tłum nie miały nic wspólnego z niesławnym "brakiem środków łączności". I przyczyną, i skutkiem, a także główną treścią procesu gwałtownego rozpadu armii stały się masowe niewykonywanie rozkazów, masowa dezercja (tak jawna, jak i ukryta), masowe oddawanie się do niewoli. Związek Radziecki był nieprzygotowany do wojny z punktu widzenia "czynnika ludzkiego". Bez względu na to, co przez dziesięciolecia wmawiała nam propaganda radziecka, Armia Czerwona ustępowała nieprzyjacielowi nie w liczbie dział, czołgów i karabinów, a w gotowości, zdolności i chęci żołnierzy do spełnienia swojego obowiązku. W konfrontacji z realnym, upartym i wytrwałym nieprzyjacielem okazało się, że w Armii Czerwonej było dużo czołgów, ale mało motywacji do zbrojnej walki.

Sześć lat temu w przedmowie do książki 22 ijunia. Anatomija katastrofy napisałem: "Baza źródłowa, z której korzystałem, ma oczywistą wadę: jest niepełna, fragmentaryczna i stworzona w głównej mierze przez tych ludzi, którzy z racji swoich obowiązków służbowych i partyjnych dążyli do ukrycia prawdy o okolicznościach i przyczynach katastrofalnej klęski Armii Czerwonej. (...) Dokładniej mówiąc, w tej książce nie ma ani jednego nowego dokumentu czy faktu". Książka, którą trzymacie teraz w ręku, została napisana zupełnie inaczej - zasadniczo i konsekwentnie zignorowano w niej wszystkie dzieła radzieckich "historyków"; jeżeli te niekiedy pojawiają się w spisie literatury źródłowej, oznacza to jedynie, że zostały wykorzystane jako ilustracja jakiegoś wyjątkowo zuchwałego kłamstwa.

Taki sam los spotkał pamiętniki radzieckich generałów; Bóg ich wszystkich osądzi, ale dzisiaj, kiedy dysponujemy możliwością porównania z realnymi dokumentami i faktami tego, co oni napisali (a właściwie co napisali za nich poprawni ideowo spece od literatury), trudno pozbyć się uczucia zakłopotania i wstydu. A jeżeli nawet są w tym mętnym potoku lśniące okruchy prawdy, to wydobycie takiego "złota" jest zbyt pracochłonne, żmudne i niepewne; dzisiaj łatwiej jest sięgnąć do archiwalnych dokumentów źródłowych.

Moje pierwsze książki umożliwiły czytelnikowi nowe spojrzenie na powszechnie znane (dokładniej i uczciwiej byłoby powiedzieć - na dostępne, ale zignorowane przez dwa pokolenia historyków) fakty. W najnowszej książce jest zupełnie inaczej: nie ma tu nowych (nowych w stosunku do moich poprzednich prac) wniosków, wszystkie są "stare", ale tym razem poparte tysiącami stron dokumentów z rosyjskich i niemieckich archiwów wojskowych; w większości te dokumenty nigdy nie zostały opublikowane.

Można powiedzieć, że ta książka jest "sprawdzianem". Weryfikacją i uzupełnieniem poprzednich książek. Możecie też uznać ją za "strzał ostrzegawczy" do wypchanego trocinami manekina radzieckiej pseudohistorii; teraz jego miejsce jest tylko na wysypisku.

1. Według wyliczeń I. Iwlewa, który wykonał gigantyczną pracę, badając dokumenty źródłowe dotyczące przemieszczania się żołnierzy Frontu Północno-Zachodniego, straty frontu na dzień 9 lipca wyniosły 260 tys. ludzi, czyli trzy razy więcej, niż szacuje Kriwoszejew.

2. Wbrew usilnie rozpowszechnianemu - i skutecznie wpojonemu do świadomości mas - przeświadczeniu, podczas pierwszej fali mobilizacji powołano pod broń nie wczorajszych uczniów, a rezerwistów, którzy wcześniej odbyli służbę wojskową, w tym 505 tys. oficerów rezerwy.

3. Nie uwzględniono tzw. dywizji pospolitego ruszenia i samodzielnych pułków; dwie dywizje kawalerii lub dwie brygady były liczone jako jedna "dywizja obliczeniowa"; pięć korpusów powietrznodesantowych liczono jako dwie "dywizje obliczeniowe".

4. 19 sierpnia 1941 r. szef Sztabu Generalnego Armii Czerwonej generał armii K. Żukow złożył Stalinowi następujący raport: "Uważam, że nieprzyjaciel bardzo dobrze zna system naszej obrony, związki operacyjno-strategiczne naszych sił i wie o naszych najbliższych posunięciach. Widocznie ma swoich ludzi wśród bardzo wysoko postawionych funkcjonariuszy, którzy są zorientowani w ogólnej sytuacji". (Russkij Archiw, tom 16. Wielikaja Otieczestwiennaja, Stawka WGK. Dokumienty i materiały, 1941 god, TERRA, Moskwa 1965, s. 361).