Własności polimorficzne
Ludzie z natury nudzą się wszystkim:
przedmiotami, rozrywkami, rodziną, a nawet samymi sobą. Nieważne, że
mamy wszystko, czego zapragniemy, że lubimy życie, które wybraliśmy,
albo że żyjemy u boku najwspanialszej osoby. Prędzej czy później
wszystko nas nudzi.
Wygląda to tak: pewnego wieczoru, nieróżniącego się niczym od innych,
odrywamy wzrok od ekranu telewizora, żeby spojrzeć przez chwilę w drugą
stronę pokoju, gdzie - jak zwykle po kolacji i przed położeniem się spać
- siedzi mąż. Nic, co tam widzimy, nie jest zaskakujące. To stały widok
od pierwszego wieczoru po zakończeniu remontu mieszkania: na stoliku w kącie leży stos książek przeczytanych lub do przeczytania. Max siedzi
wygodnie w fotelu do czytania (jedynym meblu, który sam wybrał) z nogami
opartymi o podnóżek. Lampa stojąca jak reflektor w teatrze rzuca jasny
promień światła na kartki książki, którą mężczyzna trzyma w rękach.
Całkowicie pochłonięty lekturą nie zauważa, że okulary zsunęły się mu na
sam czubek chudego i wąskiego nosa, i nie ma pojęcia, co się wokół niego
dzieje.
Max należy do osób, które do czytania nie potrzebują ciszy ani nic poza
wspomnianymi powyżej rekwizytami: fotelem, podnóżkiem, lampą i okularami. I oczywiście książką. Siedząc tak każdego wieczora w swoim
kącie pokoju, przypomina poczciwe domowe zwierzę. Nie robi hałasu,
nikomu nie przeszkadza, tylko od czasu do czasu wzdycha, zmienia pozycję
albo przewraca stronę i dzięki temu wiadomo, że żyje i wciąż tam jest.
"Ale gdyby go nie było, tęskniłabym za nim" - myśli Sara dokładnie w momencie, gdy odrywa wzrok od telewizora i patrzy na męża siedzącego tam
gdzie zawsze i robiącego to co zawsze. Tęskniłaby za nim, ponieważ
przyzwyczaiła się do jego milczącej obecności tak samo, jak ludzie
przyzwyczajają się do ustawienia mebli. To kwestia pewności,
bezpieczeństwa i równowagi. Max jest dla Sary wszystkim. Co nie
przeszkadza jej zadać sobie po chwili pytanie: "Dlaczego wyszłam za mąż
za tego mężczyznę?".
To jedno z pytań, które podrzuca jej świadomość w chwili nieuwagi i którego oczywiście zaraz żałuje. Pytanie, którego Sara nigdy nie
zadałaby sobie na głos w czyjejś obecności, ponieważ w pewien sposób
atakuje jedyną stałą w swoim życiu. Może dlatego w myślach natychmiast
przygotowuje pełną baterię odpowiedzi jak pociski artyleryjskie: "Skąd
nagle to pytanie? Nie masz wszystkiego, czego pragnęłaś? (Nie mam na
myśli dóbr materialnych, ale rzeczy, które naprawdę trudno zdobyć).
Przecież sama i z pełną swobodą dokonałaś wyboru, z kim chcesz się
związać, prawda? Czy kiedykolwiek ci czegoś brakowało? Czy nie
gratulowałaś sobie wielokrotnie, że wybrałaś lepszą opcję? Nie jesteś
całkowicie pewna, bez najmniejszego cienia wątpliwości, że Max jest nie
tylko wspaniałym wyborem? Czy to nie była twoja decyzja, a nawet swego
rodzaju przeznaczenie? Czy nie masz dwojga ślicznych, inteligentnych i wysokich dzieci, które cię uwielbiają i odziedziczyły po was obojgu
najlepsze cechy? Czy w głębi ducha nie czujesz się dumna, że ich
mieszanka utworzyła niemal idealne (oczywiście!) charaktery twoich
dzieci?".
W tym momencie Max unosi wzrok znad książki, zdejmuje okulary i mówi:
- Ach, prawie bym zapomniał, mamuśko! Wiesz, kto do mnie dzwonił? Nie
uwierzysz. Pairot. Jest w Barcelonie i pojutrze ma wolny wieczór.
Zaprosiłem go na kolację. Co ty na to? Nie masz ochoty go zobaczyć? Nie
widzieliśmy się od tak dawna!
Max zdejmuje okulary tylko wtedy, kiedy chce powiedzieć coś ważnego.
Ponieważ to jest jeden z tych momentów, czeka na odpowiedź żony, ale
Sara nie reaguje w żaden sposób.
W takim razie z powrotem zakłada okulary i powraca do czytania Frequent
Risks in Polymorphic Transformations of Cocoa Butter2, jakby
nie powiedział nic ważnego.
- Powiedział ci, dlaczego przez tyle czasu nie dawał znaku życia? - pyta
Sara.
- Jest zapracowany. Przecież my też mogliśmy do niego zadzwonić.
Pamiętasz, kiedy widzieliśmy się po raz ostatni? Chyba tego wieczoru w hotelu Arts, gdy dostał nagrodę.
- Tak, wtedy.
- Ile to było lat temu? Co najmniej sześć albo siedem.
- Dziewięć - poprawia go Sara.
- Dziewięć? Kurczę, jesteś pewna? Jak ten czas szybko leci. Tym bardziej
powinniśmy się spotkać. Nie wierzę, że nie masz na to ochoty. Przecież
lubiłaś spotkania z Pairotem. - Max znów zakłada na nos okulary i wraca
do swojej angielskiej książki.
Sara zastanawia się, jak to możliwe, że jej mąż jest w stanie czytać
pracę naukową o fizycznych właściwościach masła kakaowego z takim samym
zainteresowaniem, jakie wzbudziłaby w nim powieść o Sherlocku Holmesie.
Dochodzi jednak do wniosku, że po tylu latach nic już nie powinno jej
dziwić. Bardziej zaskoczyło ją, co przed chwilą usłyszała, i to z kilku
powodów. Oriol jest w Barcelonie (a nie w Canberze, Katarze, Szanghaju,
na Litwie czy innym dalekim miejscu, gdzie można otworzyć sklep), a do
tego przypomniał sobie, że w tym małym mieście leżącym na zachodnim
brzegu Morza Śródziemnego mieszkają dwie osoby, z którymi dawno temu -
kiedy jeszcze daleko mu było do tego Oriola Pairota: podróżującego po
świecie, otwierającego luksusowe sklepy ze swoim nazwiskiem w logo, z którego dumni są jego rodacy oglądający go każdego dnia w telewizji -
łączyła go bardzo bliska przyjaźń. Sarę zdziwiło też, że Oriol
skontaktował się z jej mężem, ponieważ do tej pory dzwonił najpierw do
niej. Największym jednak zaskoczeniem był fakt, że Max zupełnie nie
zdawał sobie sprawy z wagi tego, co przed chwilą oznajmił. Powiedział
jej o tym jakby od niechcenia, odrywając się na chwilę od problemów
polimorficznych ciał, żeby po chwili znów pogrążyć się w nieobecność,
jak robił każdego wieczoru, kiedy po kolacji siadają na swoich
miejscach, by trawić kolację - a może życie - i pozwalają upłynąć w ciszy ostatnim godzinom przed snem.
Sara zastanawia się, jak powinna zareagować. Mogłaby odpowiedzieć jak
jeden z bohaterów telenoweli, którą przestała oglądać, kiedy tylko zdała
sobie sprawę, że zaczyna się od niej uzależniać: "Mój Boże, Maxie,
wiedziałam, że prędzej czy później on znów się pojawi". Mogła też zrobić
mężowi absurdalną scenę: "Kiedy zamierzałeś mi o tym powiedzieć?".
Odrzuca jednak tę myśl, ponieważ Max nie jest dobrym partnerem do
kłótni, bo zazwyczaj od razu przyznaje jej rację i awantura traci sens.
Poza tym dzisiaj jest za bardzo zmęczona, żeby się denerwować bez
powodu, więc postanawia nie komplikować sobie życia i wybrać
najprostsze, a zarazem najbardziej zachowawcze, egoistyczne i - nie boi
się tego przyznać - tchórzliwe rozwiązanie: uciec.
- Nie idziemy wtedy na operę do teatru Liceo?
- Nie, sprawdziłem. Przedstawienie jest w przyszły wtorek i musimy pójść
obowiązkowo, bo wystawiają Aidę.
- Nieważne. Tak czy inaczej pojutrze jestem zajęta. Idę na służbową
kolację - rzuca Sara, wykrzywiając usta w grymasie udawanego
niezadowolenia. - Nie mógłby przyjść innego dnia?
Max ponownie zdejmuje okulary. Ciała polimorficzne jak zwykle spokojnie
czekają.
- Nie pytałem, ale wiesz, że jest bardzo zajęty. Pewnie ma mnóstwo
spotkań.
- Jak każdy. Wszyscy mamy dużo pracy.
- Nie przeczę, ale w jego przypadku jest inaczej. Przez cały czas
podróżuje, przesiada się z samolotu na samolot i odwiedza najdziwniejsze
kraje. Z tego, co wiem, w tym roku wypadła Japonia. Powiedział, że musi
nam o tym opowiedzieć. Wydawał się bardzo zadowolony. Co za facet. On
jest jak wędrujący wojownik. A my tymczasem będziemy czekać na niego z zastawionym stołem. Ktoś przecież musi prowadzić spokojne i poukładane
życie. W głębi duszy zawsze tacy byliśmy, nie uważasz?
Spokojne, poukładane, w głębi duszy, słowa, które ciążą Sarze jak
cztery kamienie.
- Przykro mi, ale nie będę mogła wam towarzyszyć. Tę kolację miałam
wpisaną do harmonogramu w kalendarzu już wiele tygodni temu.
"Harmonogram" jest jak świętość. Sara też jest zajętą, ważną,
nowoczesną, mającą wiele obowiązków osobą, używającą okropnych słów
wymyślonych dla ludzi, którzy - jak ona - nie mogą tracić czasu na
tworzenie peryfraz.
- Nie możesz jej przełożyć? - pyta Max.
"Dlaczego ja mam przekładać? A wielki Oriol Pairot nie może się zniżyć i o milimetr zmodyfikować swoich planów?"
- Niemożliwe. To spotkanie z wydawcą czasopisma - odpowiada krótko Sara.
- A to pech - Maxowi chyba jest naprawdę przykro. - Zadzwonię do niego i zapytam, do kiedy zostaje w Barcelonie.
Sara udaje obojętność, co wychodzi jej całkiem naturalnie (i taki był
cel).
- Mną się nie przejmuj, kochanie. Wrócę na kawę. Na pewno będziecie
rozmawiać do późna.
"Kochanie" to bardzo dobrze przemyślana strategia osłabienia
przeciwnika. "Kochanie" w tym wypadku oznacza mnóstwo oczywistości:
"wszytko jest w porządku", "nie martw się" i "jestem spokojna i robię
to, na co mam ochotę".
- Świetnie, tak zrobimy - zgadza się Max, mówiąc z niemal idealnym
hiszpańskim akcentem, wygładzonym jak otoczak przez ponad dwadzieścia
lat ich związku i siedemnaście małżeństwa, z których czuje się
szczególnie dumny. Zanim z powrotem zakłada okulary i uznaje temat za
zamknięty, zadaje ostatnie praktyczne pytania: - Nakryć stół na tarasie,
czy może lepiej w domu? Zamówisz nam coś do jedzenia?
- Oczywiście, że zamówię, tatulku. Jak zwykle.
Teraz już Max może założyć okulary i spokojnie wrócić do polimorficznych
odmian i ich dość dziwnego sposobu bycia częścią świata - pod postacią
różnych faz materii - bez jednoczesnego zmieniania stanu skupienia. To
prawdziwa istota chemii. "Wszystko jest chemią - lubi mawiać Max. -
Jesteśmy jedynie związkami chemicznymi. Każda zła i dobra rzecz, która
dzieje się w naszym życiu, jest tylko chemią".
Korzystając z tego, że Max się wyłączył - co zdarza mu się często - Sara
planuje w myślach następny dzień. Ma kilka spotkań: kierowniczka sklepu
będzie chciała ustalić z nią kwestię produkcji świątecznego
turronu3; po południu umówiła się z dziennikarką z poczytnego
czasopisma, która pisze artykuł o najlepszych barcelońskich cukierniach,
i oczywiście Casa Rovira jest jedną z pierwszych na jej liście. Jednak
przede wszystkim Sara zapamiętuje, że musi załatwić sprawę, której nie
planowała, a która nagle stała się ważniejsza od wszystkiego innego:
zajrzeć do pustego mieszkania należącego do sąsiadki. Odkładała to od
kilku dni ze zwykłego lenistwa. Teraz ma jednak powód, żeby to zrobić:
przygotuje tam sobie dobry punkt obserwacyjny.
Sara nie pamięta, kiedy po raz pierwszy Max nazwał ją "mamuśką", zamiast
zwrócić się do niej po imieniu albo używając jednego z pieszczotliwych
przymiotników - sweetheart, honey, dear... - było jednak oczywiste, że
ta metonimia była konsekwencją pojawienia się na świecie ich dzieci, ale
też w dużym stopniu zaniedbania z jej strony. Zawsze się o to winiła;
nie powinna była pozwolić, żeby kobieta, jaką była do tej pory,
przegrała z matką, którą się stała. Stopniowo ustępowała i Max z czasem
przestał mówić do niej honey, dear i sweetheart z tym swoim uroczym
amerykańskim akcentem i teraz nazywał ją już tylko mamuśką. Nawet dla
znajomych przestała być Sarą; zwracali się do niej po imieniu
sporadycznie lub w obecności kogoś zupełnie obcego. Stała się mamuśką i chociaż ją to bolało, już nie protestowała jak początkowo, kiedy byli
jeszcze młodzi - wtedy go upominała: "Nie mów tak do mnie! Jestem jej
matką, a nie twoją!" i wskazywała Ainę, która się śmiała, nic nie
rozumiejąc. A Max się bronił: "Przecież jesteś matką tego domu! Jesteś
najważniejsza! Trzeba to docenić". Właśnie w tamtym okresie Sara odkryła
z przerażeniem, że po ciąży stała się dla męża bardziej seksowna. Kiedy
z córką na rękach siadywała w jego fotelu do czytania - użyczał go jej
do karmienia obojga dzieci, a nawet pozwolił jej stawiać na swoim
nietykalnym stoliku na książki tak dziwne przedmioty jak odciągacz do
pokarmu, śliniaki czy krem do sutków - i podawała dziecku pierś ze
świętą cierpliwością, której absolutnie nie miała, zauważała, że Max
przygląda jej się w osłupieniu, jakby patrzył na niezwykły fenomen.
Chociaż Sara dostrzegała w jego spojrzeniu czułość, odnosiła
jednocześnie wrażenie, że w rzeczywistości patrzy na jakąś obcą kobietę,
która pojawiła się na jej miejscu.
Sara nie udawała, że jej instynkt macierzyński rozkwita podczas
karmienia piersią. Nie znalazła potwierdzenia swojej kobiecości ani nie
odczuwała rozkoszy z powodu bliskości z dzieckiem, o których trąbiły
propagatorki laktacji zdolne karmić piersią swoje dzieci przez lata, za
co Sara je niezmiernie podziwiała. Tymczasem ona przeszła tę fazę
macierzyństwa najszybciej jak mogła, chociaż Max łapał się za głowę, w żaden sposób nie pomagając jej pozbyć się poczucia winy. Zaledwie cztery
miesiące po narodzinach Ainy kupiła kilka butelek, sześć dużych opakowań
mleka w proszku najdroższej firmy i oficjalnie zamknęła rozdział pod
tytułem "karmienie piersią". Chociaż stolik z książkami zapełnił się
butelkami i smoczkami, Max nadal przyglądał się karmieniu z przygłupią
miną, a Sara nieodwracalnie straciła swoje imię.
Teraz, piętnaście lat później, wydaje się jej, że tłumaczenie mężowi,
jak bardzo nie lubi, kiedy nazywa ją mamuśką, jest śmieszne. Z góry jest
na przegranej pozycji, podobnie jak w przypadku milczenia Oriola. A jeśli czegoś nauczyła się przez czterdzieści cztery lata życia, to tego,
że szkoda tracić energię na próżno.
Rankiem, jak co dzień, Sara przygotowuje sobie w kuchni śniadanie,
oglądając wiadomości. Szczególnie interesuje ją prognoza pogody, ale
tylko ta krótkoterminowa. Jutro wieczorem niebo będzie bezchmurne,
ciepło, może trochę za ciepło jak na koniec maja, niska wilgotność.
Chociaż aura będzie idealnie pasować do jej planów, Sara nie jest w dobrym humorze. Jak co rano Max wypił swoją pierwszą kawę - którą zawsze
parzy mu Sara - pocałował żonę w czoło i mówiąc: "Miłego dnia, mamuśko",
wyszedł na uniwersytet.
Na dźwięk zamykających się za nim drzwi Sara łapie swój telefon
komórkowy. Od kilku dni powstrzymuje się, żeby dokładnie przejrzeć
wszystkie wiadomości na wypadek, gdyby coś przeoczyła. Przesuwa po kolei
SMS-y, reklamy, e-maile, Facebooka, Twittera, a na koniec odsłuchuje
wiadomości głosowe z ostatnich trzech dni. To żmudne zajęcie nie
przynosi żadnych rezultatów. Dziwne, że Oriol się z nią nie
skontaktował. Postanawia sama do niego napisać. Pierwszą rzecz, która
przychodzi jej do głowy:
Kiedy przyjechałeś? Gdzie się zatrzymałeś?
Nie, nie, zbyt bezpośrednie. Kasuje i próbuje jeszcze raz:
Wszystko w porządku?
To zdanie wydaje jej się zbyt naiwne. Kasuje je. Odkłada telefon,
wyciąga kromkę chleba tostowego z zamrażarki i wkłada ją do tostera.
Kładzie na stół masło i marmoladę cytrynową, którą zamawia u angielskiego dostawcy (chyba tylko ona w całej Barcelonie ją lubi),
bierze telefon i próbuje po raz trzeci:
Bardzo chcę się z Tobą zobaczyć.
Już ma wysłać, ale coś ją powstrzymuje. Wiadomość wydaje się jej
sztywna, sztuczna jak kromka chleba, którą przed chwilą wyjęła z zamrażarki. Znów ją kasuje. Nachodzą ją wątpliwości. Może lepiej nic nie
pisać? Może on milczy z premedytacją.
Kromka wyskakuje z tostera, wyświetlacz telefonu gaśnie i wszystko
przechodzi w tryb oczekiwania. Sara nie usiądzie do śniadania, zanim
wszystkiego sobie nie poukłada na stole: taca, talerz, nóż do masła,
telefon komórkowy, płócienna serwetka z inicjałami i pilot do
telewizora. Pogłaśnia trochę dźwięk telewizora i ogląda wiadomości,
smarując tost masłem.
Na ekranie widać czarnego mężczyznę, który jedną dłoń ma zakrwawioną, a w drugiej trzyma dwa ogromne noże. Mówi ze złością, ale Sara rozumie go
bez czytania napisów, chociaż jej angielski wciąż nie jest na wysokim
poziomie. "Nigdy nie będziecie bezpieczni. Obalcie waszych polityków, bo
gówno ich obchodzicie". "Ten człowiek - tłumaczy prezenter - w samym
środku dnia na ulicy w południowym Londynie podciął gardło jednemu z byłych angielskich żołnierzy". Sara myśli: "Pokazują już wszystko" i wyłącza telewizor.
Po skończonym śniadaniu wraca do swoich trosk. Dopiero za trzecim razem
udaje jej się napisać zadowalającą ją wiadomość:
Cześć.
Naciska przycisk "Wysłać" i wcale nie czując ulgi, przystępuje do
wykonywania planu przewidzianego na ten dzień. Harmonogram ulega jednak
raptownej zmianie, kiedy o wpół do dziewiątej ktoś dzwoni do drzwi, po
czym okazuje się, że kierowca przywiózł dostawę przed otwarciem
cukierni. Kierowniczka jeszcze nie przyszła, więc Sara woli nie
ryzykować, że kierowca sobie pojedzie, bo jest pewna, że przywiózł
czekoladę, której zabrakło poprzedniego dnia do wykonania zamówienia.
Podnosi słuchawkę domofonu, a w niej rozlega się głęboki głos:
- Przywiozłem trzydzieści paczek z Callebaut.
- Już schodzę.
Sara pośpiesznie chwyta klucze - do swojego mieszkania i do sąsiadki -
po czym wybiega na klatkę schodową. Czekając na windę, sprawdza w telefonie, czy nie przyszedł jakiś SMS. Poprawia włosy, widząc swoje
odbicie w metalowych drzwiach. Zawsze dotyka włosów, kiedy się czymś
denerwuje, chociaż nie ma teraz ku temu powodów, nic się nie stało,
wszystko jest pod kontrolą, właśnie dostarczono potrzebną czekoladę, a do mieszkania sąsiadki wejdzie tylko, żeby wybadać teren - jeszcze nie
podjęła decyzji. Prędzej czy później Oriol odpowie, może odsypia zmianę
strefy czasowej. Sara wsiada do windy, naciska "parter" i zaczyna się
jazda w dół. Nie tylko wiszącego na linach metalowego pudła, ale również
w jej wnętrzu. Sara uzmysławia sobie, że straciła nad wszystkim
kontrolę, chociaż się bardzo stara przekonać samą siebie, że jest
inaczej. Jak zwykle, kiedy pojawia się Oriol, jej życie wywraca się do
góry nogami. Chciałaby wiedzieć, dlaczego tak się wścieka. Przecież nikt
jej nic nie zrobił.
Chce szybko załatwić dostawcę. Otwiera mu drzwi i prosi, żeby nie
zostawiał paczek na środku korytarza. Zanim mężczyzna wyładował cały
towar, pojawia się kierowniczka i przejmuje sprawę. Sara mówi, że musi
pójść do banku, i znika. W ciągu ostatnich minut sprawdzała ekran
telefonu pięć razy, ale odpowiedzi nie ma.
Mieszkanie sąsiadki znajduje się w nieruchomości obok domu Sary i gdyby
budynek nie był taki stary i wąski i gdyby przeszedł kiedyś gruntowny i bardzo drogi remont, który ona przeprowadziła u siebie, mógłby wyglądać
jak bliźniak jej domu. Nie ma windy, więc Sara musi wejść na czwarte
piętro schodami. To nic, od dawna dba o kondycję fizyczną - chodzi do
ekskluzywnego klubu sportowego tylko dla kobiet. Bywa tam od czasu do
czasu: pływa w zamkniętym i dobrze oświetlonym basenie, gra w padla z dyrektorką luksusowego hotelu przy alei Diagonal, z którą znajomość
ogranicza się do czterech ścian boiska, a potem siedzi w saunie. Tak
naprawdę w klubie Sara najbardziej lubi saunę i jacuzzi, w odróżnieniu
od siłowni, z której w ogóle nie korzysta. W każdym razie dzięki klubowi
- a przynajmniej tak się jej wydaje - dociera na piętro Raquel bez
zadyszki. Stan klatki schodowej, którą należałoby porządnie
wyremontować, budzi w niej odrazę. Wkłada klucz do zamka, przekręca go z trudem i wchodzi do mieszkania. Po przejściu przez próg czuje zapach
nieobecnej sąsiadki, jakby miała za chwilę wyjść jej na powitanie. Sara
była tu tylko raz, tego dnia, kiedy Raquel przyszła do cukierni i zapytała ją, czy mogłaby wyświadczyć jej "wielką przysługę", o której
powie jej "na osobności". Sara przyszła do niej tego samego popołudnia,
w porze kawy. Do tej pory znała Raquel tylko z widzenia - sprzedawała
jej francuskie rogaliki, słodkie bułeczki, ciastka i dużo pitnej
czekolady. Sąsiadka była drobną kobietą pod sześćdziesiątkę, wdową od
pięciu lat, której jedyna córka mieszka za granicą. Powiedziała Sarze,
że córka jej potrzebuje, dlatego postanowiła przenieść się do niej na
jakiś czas. Nie wiedziała, na jak długo, więc chciała "zostawić klucze
do mieszkania komuś zaufanemu, na wypadek gdyby coś się działo". "I jeśli to nie byłby dla pani zbyt duży kłopot, gdyby pani znała kogoś,
kto szuka mieszkania do wynajęcia, proszę mu polecić moje. Byłabym pani
za to niezmiernie wdzięczna, pani Saro. Widuje pani codziennie wiele
ludzi i pomyślałam sobie, że może mogłaby mi pani pomóc. Nie chcę
obciążać pani dodatkowym obowiązkiem. Tylko jeśli pani może. Nie będę
ukrywała, że w obecnej sytuacji przydałyby mi się pieniądze".
Od tej rozmowy upłynął już ponad miesiąc i w końcu Sara pozbywa się
wyrzutów sumienia, że nie była w tym mieszkaniu ani razu, chociaż
codziennie myślała, żeby to zrobić. Zaskakuje ją panujący wewnątrz
porządek. Raquel zamknęła wszystkie okna, a niektóre meble zakryła
prześcieradłami. Nie czuć nieprzyjemnego zapachu. Rozgląda się wokół, a potem rusza prosto do miejsca, które ją interesuje. Wchodzi kręconymi
schodami do sypialni Raquel, pokonuje po omacku pomieszczenie - żaluzje
w oknach nie przepuszczają światła - i wychodzi na taras.
Natychmiast spostrzega z zadowoleniem, że miejsce idealnie się nadaje do
realizacji jej planu. Ścianka oddzielająca sąsiadujące ze sobą tarasy
zasłania sztuczny żywopłot na tyle wysoki, żeby mogła się za nim ukryć
osoba jej wzrostu. Jest też w niej kilka niewielkich dziur, przez które
będzie mogła podglądać, pozostając niezauważona. Podłoga ma lekki
spadek, więc Sara będzie musiała uważać, żeby się nie przewrócić. W każdym razie, żeby poszło jak z płatka, musi podjąć minimalne środki
ostrożności: ubrać się na czarno, żeby być niewidoczną, znaleźć wygodne
krzesło, które nie będzie skrzypiało ani się chybotało, i zabrać ze sobą
kurtkę, a może nawet chustkę na szyję. Noce są jeszcze chłodne, tym
bardziej przy dużej wilgotności. I najważniejsze, musi pamiętać o wyciszeniu dzwonka telefonu.
Ciągle sprawdza telefon, ale nadal nie dostała żadnego SMS-a. Jeszcze
przez chwilę pozostaje w punkcie obserwacyjnym i patrzy na taras swojego
mieszkania, który widziany z tego miejsca wygląda dość szykownie:
drewniana podłoga, stół tekowy, pas sztucznego trawnika - mniejszy niż
chciał Max, większy niż jej się podobało - trzyosobowa huśtawka, kupione
w Vinçon sześciopozycyjne leżaki, rośliny, o które z czułością dba
automatyczna podlewaczka z ustawionym programem numer trzy, markiza z czujnikiem wiatru, która wie, kiedy ma się sama zwinąć... Mieli dużo
szczęścia, że kupili dwa mieszkania - na czwartym i piątym piętrze - w budynku, w którym przez całe życie mieszkali rodzice Sary, zanim ceny
zaczęły rosnąć jak biszkopt z dużą ilością proszku do pieczenia.
Szczęśliwym trafem znaleźli też dobrego architekta, który przeprowadził
remont za przystępną cenę (wszystko dzięki Maxowi i jego opanowaniu
podczas negocjacji, które Sarę wyprowadzały z równowagi). Ostatnia
przychylność losu polegała na tym, że mogli wszystko zrobić spokojnie,
nie denerwując się z powodu opóźnień w pracach budowlanych czy kosztów
nieprzewidzianych we wstępnym budżecie. W tym samym roku rodzice Sary
postanowili przejść na emeryturę i przeprowadzić się na pewien czas na
Minorkę. Max, Sara i kilkumiesięczna Aina zamieszkali więc w ich
mieszkaniu i nawet się nie zorientowali, kiedy remont dobiegł końca.
Kamienica, w której mieszkali, zawsze była piękna. Wznosiła się na
środkowym odcinku ulicy Argenteria, była wpisana do rejestru zabytków,
wyremontowana, z windą - co w tej okolicy stanowiło rzadkość. Pełnię
elegancji odzyskała jednak wtedy, kiedy pod koniec lat osiemdziesiątych
ubiegłego wieku wspólnota właścicieli postanowiła skorzystać z dofinansowań oferowanych przez urząd miasta przed olimpiadą i odrestaurować elewację. Wartość mieszkań natychmiast poszybowała w górę,
spadła nieznacznie po zakończeniu olimpiady. Max i Sara po raz pierwszy
zobaczyli lokal na ostatnim piętrze, który wkrótce miał się stać ich
mieszkaniem, w 1995 roku. Na widok rozpościerającej się z tarasu
panoramy na kościół Santa Maria del Mar Max stwierdził: "Chcę jadać
tutaj kolację każdego wieczoru do końca życia".
Pierwotny taras był mały, pomyśleli jednak, że architekt rozwiąże tę i kilka innych niedogodności. Na drugie mieszkanie - piętro niżej -
musieli zaczekać trzy lata aż do śmierci staruszki, która żyła w nim
samotnie nie wiadomo od jak dawna. Kupiliby je nawet w ciemno, ale
postanowili trochę ugrać. Max negocjował cenę, Sara się wściekała, aż w końcu agent biura nieruchomości wyszedł obrażony. Jednak następnego
ranka zadzwonił do nich, żeby potwierdzić przyjęcie ich oferty. Podczas
remontu wszystkie zainteresowane strony uznały jednogłośnie, że należy
wyburzyć jak najwięcej ścian. To oznaczało brak problemów we współpracy.
Dwupoziomowe mieszkanie okazało się tak ładne i przestronne, że kiedy
pani Rovira przyjechała po raz pierwszy z wizytą, stwierdziła ze łzami w oczach: "Zasłużyliście na taki dom, córeczko!". Trzy lata później kupili
trzeci lokal - jedyny, który jeszcze do nich nie należał. Tymczasowo
służył im za magazyn, biuro i szatnię dla pracowników, ale docelowo Sara
chciała podzielić go między Ainę i Pola. Zabezpieczenie przyszłości
dzieci, zanim którekolwiek z nich skończyło szkołę podstawową, było
wyraźną oznaką dobrobytu, w jakim żyli.
Sara patrzy ostatni raz na wyświetlacz telefonu, wzdycha i wybiera opcję
"Napisz wiadomość".
Cześć?
Wysłać, wiadomość wysłana, wiadomość wysłana poprawnie.
Chowa komórkę do kieszeni. Wraca do sypialni Raquel, zasuwa drzwi na
taras i spuszcza żaluzję. Schodzi kręconymi schodami i opuszcza
mieszkanie. Gdyby odmalowano klatkę schodową, wyglądałaby zupełnie
inaczej, myśli. Poza tym czuje, że dzieje się z nią coś dziwnego:
jednocześnie chce i nie chce zobaczyć Oriola, nie chce nic o nim
wiedzieć, ale męczy ją myśl, że nie odpowiada na jej SMS-y. Na szczęście
może ukryć się w mieszkaniu Raquel, co jest idealnym rozwiązaniem. Sama
nie wie, dlaczego nadal nie powiedziała mężowi, że sąsiadka wyjechała,
zostawiwszy jej klucze do swojego mieszkania, i nie wiadomo, kiedy
wróci.
Jeśli ktoś zapytałby Sarę, co widzi w swoim mężu, jej odpowiedź byłaby
długa i pełna szczerych argumentów. Max jest - wszyscy byliby z nią
zgodni - wspaniałym człowiekiem. Począwszy od wyglądu wiecznego
nastolatka, o jasnych oczach i nieposłusznej grzywce, która była obsesją
jego matki. Młody wygląd okazał się dla niego poważnym problemem zaraz
po obronie doktoratu, kiedy został wykładowcą i odkrył, że większość
jego studentów jest wyższa, silniejsza i wygląda na starszych od niego.
Nie użył żadnej strategii, żeby zdobyć ich szacunek; po prostu lekko
podkoloryzował swój charakter: trzymał studentów na dystans, był dla
nich surowy, poważny i wymagający. To były jego asy w rękawie,
przynajmniej na początek. Jednak ku jego zaskoczeniu okazało się, że
działały zarówno na studentki, jak i studentów, chociaż dziewczyny
przejawiały niepokojącą tendencję do zakochiwania się w nim i zaskakiwania go bardzo krępującymi wyznaniami podczas dyżuru czy
sprawdzania prac egzaminacyjnych. Tymczasem Max nigdy nie czuł pociągu
do żadnej studentki, nawet pod względem fizycznym. Wydawały mu się
płytkie, postrzelone, a przede wszystkim niedouczone. Nie wyobrażał
sobie związku z kimś, kto nie wiedział nawet, kim był Mendelejew.
Max ma wszystkie cechy, które jego teściowa wymieniłaby, opisując
idealnego zięcia. Wypowiada się z takim szacunkiem, że czasami gubi się
w labiryncie uprzejmych słów, nigdy nie wstaje później niż o siódmej
rano, jest punktualny jak dzwonnik, w żadnej sytuacji nie podnosi głosu
ani nie traci zimnej krwi - zwłaszcza w stosunku do żony. Nie ma dużych,
średnich ani małych słabości (nawet tych godnych podziwu, jak
kolekcjonerstwo czy bibliofilia), chętnie wykonuje prace domowe (kiedy
dzieci były małe, chełpił się, że pobił rekord w szybkości zmieniania
pieluchy), umie obsługiwać pralkę dużo lepiej od Sary i to on zszywa i ceruje dziury całej rodziny. Ponadto wchodzi do kuchni tylko wtedy, gdy
Sara mu na to pozwoli.
Oczywiście, gdyby Sara zapytała się w duchu, dlaczego Max czasami wydaje
jej się typem mężczyzny, u boku którego nie chciałaby się zestarzeć,
również znalazłaby mnóstwo odpowiedzi. Z tą tylko różnicą, że
udzieliłaby ich tylko sobie i z ogromnym poczuciem winy. Powiedziałaby
na przykład, że Max zestarzał się zbyt wcześnie. Nie dlatego, że ma
czterdzieści dwa lata; on jest stary od jakichś dwudziestu lat, a to już
jest poważniejsza sprawa. Będąc z nim, nie da się zaplanować wieczornego
wyjścia, ponieważ jego poranne rytuały są dla niego świętością i jeśli
nie prześpi przynajmniej ośmiu godzin, jest wykończony. W czasach, kiedy
Sara nie była jeszcze tego świadoma i dwa razy udało się jej wyciągnąć
go do teatru albo do filharmonii, musiała ponieść tego konsekwencje: Max
zasnął zaraz po rozpoczęciu przedstawienia i koncertu. Poza tym jej mąż
cierpi na z pozoru nieszkodliwą społecznie przypadłość, często
przypisywaną naturze geniusza, ale dość męczącą dla współmałżonka: z irytującą łatwością się rozprasza. W rzeczywistości tak daleko odpływa
myślami, że czasami bardzo trudno ściągnąć go do rzeczywistości, w której toczy się prawdziwe życie. Max wychodzi na chwilę ze swojego
świata, żeby zjeść kolację, a potem wraca do tej swojej równoległej
rzeczywistości, w której oczywiście prowadzi wykłady, przemawia i czyta
w swoim fotelu książki. Pozostaje jeszcze kwestia seksu. To oczywiste,
że w życiu na którymś miejscu jest seks. Na pierwszym czy czternastym,
to już indywidualna sprawa. Sara nie może powiedzieć, że pod tym
względem Maks ją rozczarowuje. Co do zasady nie powinna się skarżyć.
Chociaż diabeł tkwi w szczegółach. Na przykład ostatnio Max uparł się,
żeby się bzykali w skarpetkach, twierdząc, że marzną mu stopy. Nie goli
się przez cały weekend, a w niedzielę wieczorem zbiera mu się na amory.
Kiedy Sara stawia mu ultimatum, że albo się ogoli, albo nic z tego, Max
wybiera drugą opcję, dając żonie do zrozumienia, że woli wyglądać jak
lump niż się z nią kochać. I tak mogłaby mnożyć przykłady, gdyby
rozmyślania na ten temat nie były tak nużące.
Sara zdaje sobie sprawę, że za każdym razem kiedy robi wewnętrzny
remanent - jest zbyt młoda na życiowe podsumowania - w rzeczywistości
nie ma powodów, żeby nudzić się ze swoim mężem. Może to tylko jej
kaprysy, jak obecna moda na czekoladki z dziwnym nadzieniem: cebulowym
czy kiełbasianym. I kto to mówi? W jej cukierni jedno z okien
wystawowych wypełniają produkty firmy Oriola Pairota (nawet postawiła
jego zdjęcie) i oczywiście najlepiej sprzedaje się sławna bombonierka
"Troje przyjaciół tak od siebie różnych". Imbir, chili i lawenda, takie
zestawienie mogło przyjść do głowy tylko genialnemu Oriolowi.
Sara jest przekonana, że za niepowodzenia z Maxem winę ponosi ona i tylko ona. Wie również, że jej mąż jest niewinną istotą od dnia, w którym go poznała, że nie jest w stanie w żaden sposób jej zdenerwować,
a tym bardziej skrzywdzić, nie mówiąc już o tym, że nie potrafiłby nawet
sobie wyobrazić wątpliwości i podłości, z którymi czasami zmaga się jego
żona.
Biedak, osłupiałby, gdyby o nich wiedział.
W kwestii przyglądania się jej jak tuman też nic się nie zmieniło. Max
wciąż pożera Sarę wzrokiem tak samo jak tej pierwszej kwietniowej nocy,
którą można uznać za początek ich wspólnej historii. A nawet wcześniej,
ponieważ jego spojrzenie denerwowało Sarę przez cały kurs czekoladniczy,
na którym się poznali.
- Witam wszystkich - powiedział uroczyście pierwszego dnia Ortega. - Mam
na imię Jesús, jestem czekoladnikiem i przez kolejne trzy tygodnie
postaram się, żeby państwo również nimi zostali. Zacznę od uświadomienia
państwu, co to oznacza w mieście o tak długiej tradycji czekoladnictwa,
jakim jest Barcelona. Prawdopodobnie wielu z was nie wie, że mieszkacie
w miejscu, gdzie czekolada po raz pierwszy stała się wytwornym napojem
dla arystokracji. To zasługa barcelońskiego cukiernika o nazwisku
Fernandes, który odważył się stworzyć urządzenie do szybszego
przetwarzania kakao. Również z barcelońskiego portu odpływały statki
sławnych dziewiętnastowiecznych fabryk czekolady należących do rodzin
Amatller, Juncosa czy Coll... które tworząc czekoladniczą tradycję, przy
okazji dorobiły się wielkich fortun. To w Barcelonie wielkanocne ciasta
monas zaczęto przyozdabiać czekoladowymi rzeźbami i Joan Giner -
mistrz nad mistrzami - wyniósł je do rangi sztuki; zrobione przez niego
figury pokazywano w oknach wystawowych cukierni Mora ku zachwytowi wielu
ludzi z mojego pokolenia. Oczywiście, wspominając o wystawach
sklepowych, nie możemy zapominać o bliskim przyjacielu Ginera, Antonim
Escriba, którego nazywano Mozartem czekolady ze względu na jego
nieograniczoną kreatywność. Krótko mówiąc, Barcelona zasłużyła, żeby
znaleźć się na mapie światowego przemysłu czekoladniczego i muszą
państwo o tym wiedzieć, jeśli chcą państwo dodać swoje nazwiska do tych,
o których przed chwilą wspomniałem. A teraz zabierzmy się do pracy!
Zaczniemy od przedstawienia się, żebyśmy mogli się bliżej poznać...
To było bardzo ekscytujące, ale za każdym razem kiedy Sara unosiła wzrok
znad blatu, napotykała wbite w siebie błękitne źrenice Maxa. Widać było
w nich nagłe, niemal niezauważalne zaskoczenie - jak u wystraszonego
ptaka. Max uciekał wzrokiem w inną stronę, udając, że na nią nie patrzy,
ale zdradzały go natychmiast pokrywające się purpurą policzki. Ta jego
nieporadność i poczciwość były urocze. Od razu było widać, że zakochał
się w niej od pierwszego wejrzenia. Czasami wpadał w tak głębokie
zamyślenie, że Ortega musiał zwracać mu uwagę: "Może skupi się pan
trochę, panie Frey, bo to, co pan robi, na razie bardziej przypomina
owsiankę niż czekoladową masę". Uczeń zwieszał głowę, dmuchnięciem
odsuwał z czoła kosmyk grzywki, który zawsze wysuwał mu się spod czapki
kucharskiej, i przez kilka minut wbijał wzrok w czekoladową masę, która
nie chciała zgęstnieć.
Sarze schlebiało zainteresowanie Maxa. Jego ukradkowe spojrzenia
podsycały jej nieznośną zarozumiałość niedojrzałej kobiety, ale Sara
była jeszcze zbyt młoda, żeby doceniać wpływ innych ludzi na swoje
samopoczucie. Poza tym w grę wchodził też podziw, jaki wzbudzała na
płaszczyźnie zawodowej, ponieważ była zdecydowanie najlepsza pod
względem techniki i inni uczniowie z otwartymi ustami obserwowali jej
zdolności manualne. Sara to bagatelizowała, tłumacząc, że talent ma w genach, ponieważ wychowywała się w cukierni i widziała, jak jej ojciec
robi turrony, ciasta, wielkanocne monas i inne cukiernicze cuda, zanim
jeszcze sięgała głową ponad stół. Cukiernictwo miała we krwi i uważała,
że to jej największy skarb. Koledzy z kursu w milczeniu kiwali głowami.
Przez trzy tygodnie trwania kursu Max nie spuszczał z Sary oka nawet na
chwilę, a jego głupia mina zaczynała ją irytować. Nie znienawidziła go,
czasem się do niego odezwała czy spojrzała tylko z powodów, które można
nazwać strategicznymi.
Na kursie Sara nauczyła się mnóstwa rzeczy: jak przygotować z białej
czekolady ciasto, które nie rozpadnie się w podróży; jakich temperatur
unikać w fazie konszowania; że woli tradycyjne receptury od nowoczesnych
trendów oraz - przede wszystkim - dlaczego jeszcze przed zakończeniem
kursu chciała przespać się z Oriolem Pairotem, który był najlepszym
przyjacielem Maxa i najbardziej ekscentrycznym uczniem.
To ostatnie, nieakademickie zagadnienie było jej największym problemem.
Potrafiłaby w dziesięciu (albo więcej) punktach udowodnić wyższość
klasycznego cukiernictwa nad nowymi egzotycznymi składnikami, które do
wszystkiego dorzucano, ale nie była w stanie połączyć ze sobą kilku
logicznych myśli, które pozwoliłyby jej zrozumieć, dlaczego, mając na
każde zawołanie uroczego Maxa Freya, tak bardzo pragnęła jego
zarozumiałego przyjaciela. Być może wszystko sprowadzało się do jednego:
nieodpartego pociągu do czegoś, co było poza jej zasięgiem. Podczas gdy
Ortega przechadzał się wokół stołu, sprawdzając, jak im idzie ćwiczenie,
Sara ukradkiem obserwowała znad wyrabianej masy czekoladowej dziwnego
Oriola Pairota - wydawał jej się brzydkim kaczątkiem, które ukryło się w stadzie kurcząt.
Tamten Oriol Pairot - prawdopodobnie dużo bardziej autentyczny od
dzisiejszego - sprawiał wrażenie zadufanego w sobie i obojętnego na
wszystko, co się wokół niego dzieje. Po wyprowadzce od rodziców próbował
jakoś wiązać koniec z końcem, pracując jako kelner czy kurier. Udało mu
się zapłacić czesne za kurs technik cukierniczych, ale wiedział, że
kolejne stopnie rozwoju w branży będzie musiał ograniczyć do
samokształcenia z braku pieniędzy. Mieszkał niedaleko dworca Sants, może
u jakiegoś krewnego albo znajomego, o którym nigdy nie wspominał. W nocy
spał najwyżej cztery czy pięć godzin, dlatego rano zawsze miał okropnie
podkrążone oczy. Sara nigdy nie zapomni jego lakonicznej prezentacji
pierwszego dnia:
- Cześć, nazywam się Pairot, pochodzę z Reus, ale od dwóch miesięcy
mieszkam w Barcelonie. Chcę zostać czekoladnikiem, ale innym.
Pozostali uczniowie patrzyli na niego, czekając, aż coś doda, ale Oriol
wbił wzrok w podłogę.
- Czy mógłbyś nam wytłumaczyć, co dla ciebie oznacza "inny"? - zapytał
Ortega.
- Po prostu nie chcę być taki jak inni.
- Pod jakim względem?
- Pod każdym.
- Skąd się u ciebie wzięło upodobanie do czekolady?
- To rodzinne.
- Aha. - Ortega w końcu znalazł punkt zaczepienia, a przynajmniej tak mu
się wydawało. - Twoi rodzice mają cukiernię? Może mógłbyś nam o tym
trochę opowiedzieć?
Oriol zaczął się niespokojnie wiercić na stołku.
- Cóż... Sądziłem, że mam mówić o sobie.
Ortega był dobrym nauczycielem, a poza tym dobrym człowiekiem. Przeszedł
do następnego kursanta, którym był Max.
- Nazywam się Max Frey i mam dziewiętnaście lat. Pochodzę z Illinois w Stanach Zjednoczonych, ale kiedy byłem dzieckiem, moi rodzice
przeprowadzili się do Nowego Jorku i dlatego tak naprawdę czuję się
nowojorczykiem. Mieszkam w Barcelonie od dwóch lat i studiuję na trzecim
roku na wydziale chemii. Współpracuję też z zespołem prowadzącym badania
nad kryształami molekularnymi na wydziale krystalografii, mineralogii i złóż kopalnianych oraz z uniwersytetem w Japonii o bardzo długiej
nazwie, ale nie chcę was tym zanudzać. Zastanawiacie się pewnie, co
robię na kursie czekoladnictwa. Ja też się nad tym zastanawiam,
zwłaszcza że nie mam zdolności manualnych i wątpię, żebym mógł to
zmienić. Piszę jednak pracę magisterską na temat zachowań niektórych
lipidów, w szczególności masła kakaowego, w różnych warunkach i o sposobach, dzięki którym mogą zachowywać się, powiedzmy, idealnie. Co w tym wypadku byłoby równoznaczne ze stworzeniem idealnej czekolady.
Krótko mówiąc, jestem szalonym naukowcem poszukującym prawdziwego
czekoladowego doświadczenia. Jeśli dobrze pójdzie, obrona mojej pracy
odbędzie się za osiem miesięcy, i jeśli macie ochotę, czujcie się
wszyscy zaproszeni. Przepraszam, że się rozgadałem, ale wciąż nie mówię
płynnie waszym językiem, więc wczoraj napisałem sobie to przemówienie i wykułem je na pamięć. Mam nadzieję, że was nie zanudziłem. Dziękuję za
uwagę.
Przemowa Maxa wywołała spontaniczne brawa, przez które oblał się
rumieńcem.
- Masz dziewiętnaście lat? - upewnił się Ortega.
- Tak.
- Wiesz, że jesteś najmłodszym uczniem?
- Tak, przyzwyczaiłem się do tego. - Max opuścił wzrok. - Studiuję o dwa
lata wyżej, niż powinienem - odpowiedział jakby zawstydzony. Naprawdę
czuł ogromny wstyd za każdym razem, kiedy musiał opowiadać o swoich
studiach, ponieważ prędzej czy później wychodziła na jaw jego wysoka
inteligencja. Pewien sławny psycholog specjalizujący się w diagnozowaniu
nieprzeciętnych zdolności zalecił rodzicom Maxa przeprowadzkę do Nowego
Jorku, co stanowiło dla chłopaka początek nowego życia, a jednocześnie
największego koszmaru, jaki może przeżyć dziewięciolatek, który nagle
ląduje w klasie dla nieprzeciętnie utalentowanych jedenastolatków. To
był prawdziwy horror.
Tego dnia podczas zajęć z technik czekoladnictwa Max nie musiał się za
bardzo tłumaczyć dzięki szóstemu zmysłowi Ortegi, który się wszystkiego
domyślił.
Nadeszła kolej na Sarę.
- Nazywam się Sara Rovira, mam dwadzieścia jeden lat i kończę studia na
wydziale historii. Studiuję historię, ponieważ lubię ogarniać wszystko
rozumem i uważam, że jeśli człowiek nie wie nic o swojej przeszłości,
nigdy się nie dowie, kim naprawdę jest. Wszyscy tworzymy rosnącą górę
przeszłości. Ale chyba zeszłam z tematu. Chciałam przez to powiedzieć,
że studiuję historię, ale od urodzenia wiem, że kiedyś przejmę rodzinny
biznes. Firmę założył mój dziadek w latach pięćdziesiątych, wciąż się
rozwija i ma wielu stałych klientów. Mój ojciec za dwa lata chce przejść
na emeryturę, a ponieważ jestem jedynaczką, wiem, co mnie czeka, i jestem z tego zadowolona. Cieszę się na myśl, że przejmę firmę i będę
trzecim pokoleniem kontynuującym to wartościowe rzemiosło. Zapisałam się
na ten kurs, żeby nauczyć się nowych technik, które przydadzą mi się
teraz i w przyszłości. A także... - uśmiechnęła się chytrze, spoglądając
na Oriola - dlatego, że chcę się dowiedzieć, co umie moja konkurencja.
- O to właśnie chodzi! - zawołał nauczyciel, nie łapiąc ostatniej aluzji
i nie wyobrażając sobie, że uczniowie mogliby na zajęciach flirtować. -
To bardzo ładne, co powiedziałaś o teraźniejszości i przyszłości, Saro!
Bardzo ładne!
Trudno zrozumieć, dlaczego Max i Oriol zostali przyjaciółmi, ponieważ z pozoru byli od siebie zupełnie różni. A może właśnie prawdziwa przyjaźń
nie opiera się - jak w innych relacjach - na wspólnych cechach czy
potrzebie doszukiwania się ich, ale na tym, żeby umieć cieszyć się z różnic. Wystarczyło na nich spojrzeć, aby zrozumieć, że zupełnie do
siebie nie pasują. Oriol, o charakterystycznym dla niego wyglądzie
hipisa-rockersa, zawsze ubierał się na czarno, chociaż z pewną nutką
elegancji, która nie pozwalała zaszufladkować go do żadnej subkultury
czy mody. Pairot był po prostu sobą. Wyróżniał się też wzrostem -
mierzył metr dziewięćdziesiąt - miał szerokie, lekko przygarbione
ramiona, co jest typowe u ludzi, którzy przez całe życie na wszystkich
muszą patrzeć z góry. Był dobrze zbudowany i umięśniony, miał szczupłe
dłonie, jakby kości chciały przebić się przez skórę, a na szyi bardzo
widoczne jabłko Adama, od którego Sara nie mogła oderwać wzroku. Z jakiegoś dziwnego powodu uważała je za najbardziej seksowną część
męskiej anatomii i za każdym razem, kiedy Pairot przełykał przy niej
ślinę, najchętniej oblizałaby jego grdykę i spróbowała ugryźć tę
podskakującą chrząstkę.
Sara zawsze zazdrościła chłopakom ich przyjaźni. Męskie spotkania
wydawały się jej cudownie prymitywne, trochę pijackie i pełne
braterskiego porozumienia ocierającego się o relacje plemienne,
lekkości, bo mężczyźni nie tracą czasu na autoanalizy czy filozofowanie
o życiu - jak to bywa na babskich spotkaniach - i wylewności.
Zazdrościła im zwłaszcza wyłączności: na męskie spotkania, podczas
których faceci chcą rozmawiać o swoich sprawach, kobiety nie są
zapraszane. Tak po prostu.
W pierwszy piątek po zakończeniu zajęć, kiedy większość uczniów opuściła
w pośpiechu salę, jakby się paliło, Ortega zauważył, że z wyjściem
ociągał się tylko dziwny tercet.
- Nie spieszy się wam do domu?
Pairot, Sara i Max odpowiedzieli bez entuzjazmu, że nie. Słysząc to,
nauczyciel, który wkrótce miał przejść na emeryturę, ale uwielbiał swoją
pracę i też nigdzie się nie spieszył, rzucił pomysł, którego nie
ośmieliłby się zaproponować nikomu innemu:
- Chcecie, żebym wam pokazał kilka sztuczek przydatnych przy
dekorowaniu?
Wszyscy troje zgodnie przytaknęli, po czym założyli fartuchy, rękawiczki
i wyjęli swoje przybory, czując, że zostali wyróżnieni. Ortega zamknął
drzwi od wewnątrz, żeby stworzyć intymny nastrój pasujący do tej
niezwykłej lekcji. To, co nastąpiło potem, było dla nich prawdziwą
nagrodą: przez godzinę i czterdzieści pięć minut ten specjalista o ogromnym doświadczeniu hojnie dzielił się z nimi tajemnicami swojego
rzemiosła.
- Uczenie osób, które chłoną wiedzę, jest przyjemnością - stwierdził na
koniec wzruszony, że mógł spędzić trochę czasu z młodymi ludźmi, co do
których intuicja podpowiadała mu, że daleko zajdą.
Oni również byli zbyt podekscytowani, żeby tak po prostu rozejść się do
domów.
- Idziemy na piwo? - zaproponował Pairot, patrząc tylko na Maxa.
- Of course! - odpowiedział Amerykanin i zniknął w drzwiach toalety.
Pairot został sam z Sarą, której zrobiło się przykro, że nie została
zaproszona.
- Ja też lubię piwo - stwierdziła.
- Przepraszam, nie przypuszczałem, że chciałabyś pójść z nami.
- Mogę?
- Nie za bardzo. Max ma doła i potrzebuje się wygadać.
- Aha, a ty jesteś jego spowiednikiem...
- Tak jakby. Potrzebuje męskiej rady.
- To znaczy, że ma kłopoty, których kobiety nie zrozumieją? - zapytała
zaczepnie.
- Nie. To znaczy, że ma kłopoty z kobietami.
- Dlatego musicie porozmawiać jak facet z facetem.
- Właśnie.
Sara nigdy w życiu nie słyszała nic bardziej fałszywego, ale skoro
Pairot sam zaczął tę niebezpieczną grę w kłamstwa, postanowiła nie
pozostawać w tyle.
- W takim razie nie masz się o co martwić. Pod tym względem jestem jak
facet.
Oriol otworzył szeroko oczy ze zdziwienia. Sara napawała się tą chwilą,
jakby jadła przepyszny własnoręcznie przygotowany petit four. Nie
codziennie można było zrobić wrażenie na największym dziwaku w grupie.
- Co dokładnie chcesz przez to powiedzieć?
- Że lubię dziewczyny.
Stwierdziła to tak po prostu, nie myśląc o konsekwencjach: Pairot nie
znał żadnej lesbijki i nagle ciekawość wzięła górę nad tą ważną sprawą,
którą on i Max mieli obgadać jak facet z facetem.
- Nigdy nie rozmawiałem o cyckach z żadną kobietą! - powiedział z ogłupiałą miną.
- W takim razie na twoim miejscu nie przepuściłabym takiej okazji.
Kiedy Max wrócił z toalety, poszli we trójkę na piwo. Głównym tematem
ich rozmowy były lesbijki.
Tego wieczora ich przyjaźń nabrała oficjalnego kształtu trójkąta. Trudno
określić, czy był to trójkąt równoboczny, ale z perspektywy czasu można
z całą pewnością stwierdzić, że jego podstawę stanowiły dwa kłamstwa.
Rankiem w dniu, w którym Pairot ma przyjść na kolację, tylko Max
odprawia swoje codzienne rytuały. Sara jest w złym nastroju. Zaraz po
przebudzeniu łyka dwie niebieskie pastylki na ból głowy i do wpół do
dziewiątej wyleguje się w łóżku. Dzwoni do cukierni i prosi
kierowniczkę, żeby się wszystkim zajęła, ponieważ ona musi napisać
artykuł i nie zejdzie przed południem. Usprawiedliwienie jest prawdziwe,
chociaż nie byłoby, gdyby mogła się skupić. W czasopiśmie mają do niej
świętą cierpliwość i nigdy jej nie poganiają. Mimo że oddaje artykuły z kilkutygodniowym opóźnieniem, natychmiast je publikują i płacą na czas.
Należy to docenić w czasach kryzysu na rynku prasy.
Sara nie lubi być nieobecna w cukierni przez cały dzień, ponieważ ma
wrażenie - mieszaninę odpowiedzialności i próżności - że wszystko
najlepiej zrobi sama. Jej cukiernicy są doświadczeni, pracują razem od
lat i doskonale znają jej styl oraz upodobania, ale z nieznanego jej
powodu brakuje im subtelności, odrobiny wyczucia, którego niestety nie
jest w stanie ich nauczyć. Przez dziewiętnaście lat prowadzenia firmy
może policzyć na placach jednej ręki dni, w których nie było jej w pracy. Nieobecność Sary zawsze powodowała jakaś siła wyższa, na przykład
musiała pojechać do szpitala, żeby urodzić jedno z dzieci.
Ten dzień również zalicza do tych przypadków.
Przez dwie godziny Sara robi tysiąc mało ważnych rzeczy: maluje
paznokcie u stóp ciemnofioletowym lakierem, który kupiła podczas
ostatniej podróży do Andory (na buteleczce napisane jest "kolor
Dominatrix") i którego jeszcze nigdy nie użyła; porządkuje szufladę ze
sztućcami; wypija trzy filiżanki kawy - ostatnią popijając kolejną
niebieską tabletkę na ból głowy, który nie ustępuje - i myśli, że znów
uzależniła się od kodeiny. W końcu uznaje, że nadeszła pora, żeby zrobić
coś pożytecznego, i zaczyna komponować menu kolacji. Pairot ma alergię
na owoce morza, co trochę komplikuje sprawę. Na szczęście jest środa i jej pracownicy nie mają dużo pracy, więc nie opóźniając zamówień,
poprosi, żeby przygotowali dla niej coś specjalnego. Dobrym wyborem
będzie libańskie tabbouleh4, a na drugie danie jakaś morska
ryba. Sola w sosie truflowym brzmi dobrze, ale bardziej oryginalna
będzie żabnica w truskawkach, która jej kucharzowi wychodzi przepysznie.
Może Max wolałby zaserwować Oriolowi zimne sałatki, a potem jakiś
smaczny deser? Trudno zrobić wrażenie oryginalnym pomysłem na człowieku,
który wymyślił - i sprzedał za wielkie pieniądze - czekoladowe ciasto,
które się wącha, zamiast jeść, ale jeśli mówimy o tradycyjnym
cukiernictwie, Oriol nie ma nic do powiedzenia; w tej dziedzinie Sara
gra pierwsze skrzypce. Planowała podać najbardziej wyrafinowaną
specjalność firmy, catanies glaçades5, ale teraz wydaje się
jej, że to za mało, i postanawia dodać gorzkie ciemne trufle, które poda
z lekkim angielskim kremem i marmoladą malinową. Angielski krem
przygotują pracownicy, ale truflami zajmie się sama i zamierza poświęcić
im uwagę, na którą zasługuje okazja. Poirotowi opadnie szczęka, a mąż
będzie miał dobry powód, żeby być z niej dumny.
Sara zastanawia się, czy Maxowi menu przypadnie do gustu, kiedy rozlega
się dzwonek telefonu. To właśnie mąż - pyta ją, czy już się
zastanawiała, co zjedzą wieczorem, i czy on ma się czymś zająć. Dopytuje
się też, czy mają zjeść na tarasie czy w jadalni - on jak zwykle wolałby
na powietrzu - i czy sprawdziła prognozę pogody. Sarę niepokoi, że ich
myśli są tak idealnie skoordynowane, jakby ich mózgi łączyły się ze sobą
przez Bluetooth. Pewnie po tylu latach wspólnego życia następuje
synchronizacja synaps nerwowych małżonków i zaczynają zachowywać się jak
bliźniaki. Nieuchronność tego zjawiska jest przygnębiająca.
- Nakryję wam stół na zewnątrz - odpowiada - i zostawię wszystko gotowe.
Będziesz musiał tylko zdjąć serwetki z tac i nałożyć porcje na talerze.
Ach, i pamiętaj, żeby wyjąć deser z lodówki kwadrans przed podaniem. Dla
ułatwienia włożę go w pucharki. Według prognozy pogody nie będzie
padało. Chyba o niczym nie zapomniałam.
- Wspaniale! - woła Max po drugiej stronie linii. - Dziękuję, że o wszystkim pomyślałaś, kochanie. Będzie nam ciebie brakowało.
Rozłączają się w tym samym momencie.
Sara nie wątpi w szczerość ostatniego zdania, uważa jednak, że bez niej
kolacja będzie prawdziwym spotkaniem dwóch starych przyjaciół po latach.
Jej obecność tylko zagęściłaby atmosferę. I w tym momencie - chociaż
przyrzekła sobie, że więcej tego nie zrobi - ponownie patrzy na
wyświetlacz telefonu komórkowego, sprawdzając, czy przypadkiem nie
przyszła wiadomość od Oriola. Najgorsze, że jest pewna - od początku o tym wiedziała! - że nie przyszła i nie przyjdzie.
Do przygotowania trufli Sara użyje 99-procentowej czekolady. Mocnej i gorzkiej, z osobowością, szkoda podawać ją zwykłemu gościowi. Informuje
przez telefon kierowniczkę, że zmieniła plany, i prosi o przygotowanie w cukierni czystego blatu oraz wszystkich składników na piętnastą, bo
zamierza zrobić trufle, wykorzystując resztkę gorzkiej czekolady, której
nie użyli do zamówień.
Wczesnym popołudniem skupia się na robieniu trufli. Pracuje intensywnie.
Udają jej się wyśmienicie, dokładnie tak, jak chciała. Potem zanosi je
do mieszkania, nakrywa stół i odbiera od dostawcy ze sklepu solę oraz
sałatkę z kiełkami orkiszu, którą wybrała w ostatniej chwili. Dekoruje
stół dwiema pachnącymi świecami, ale po chwili stwierdza, że nie pasują,
więc je zabiera. W ich miejsce stawia koszyk z różnymi rodzajami
pieczywa - nawet o smaku paprykowym - i przykrywa go śnieżnobiałą lnianą
serwetką. Ostatni raz z zadowoleniem ogarnia wzrokiem stół, obrus,
poduszki na krzesłach oraz markizę osłaniającą taras przed wzrokiem
sąsiadów i nadającą miejscu bardziej prywatny charakter. Nagle wpada na
pomysł, żeby w jadalni zmienić jeden szczegół.
Z oszklonej szafki wyjmuje dzbanek do czekolady z białej porcelany.
Naczynie ma kształt gruszki i mierzy około dwudziestu centymetrów.
Widać, że upływ czasu go nie oszczędził: brakuje przykrywki i drewnianego mieszadełka. Na spodzie widnieje niebieski napis złożony ze
staroświeckich, lekko pochyłych liter: "Je suis a madame Adéla?de de
France". Czytając go po raz enty, Sara przypomina sobie, że powinna
kontynuować swoje śledztwo, czy jakkolwiek inaczej nazwałaby rozpoczęte
przed laty poszukiwania informacji o tej kobiecie. W tym momencie nie ma
nawet pojęcia, gdzie schowała stosy notatek, ale postanawia je odszukać,
kiedy tylko znajdzie wolną chwilę, i w jakiś sposób je wykorzystać.
Przecież madame Adelajda i ona są częścią tej samej historii, a ich losy
połączył ten piękny i delikatny przedmiot, który na szczęście trafił do
jej rąk. Sara głaszcze naczynie jak zwierzątko, z żalem wyczuwając
szorstkość wyszczerbionego dzióbka. To zabawne, jak rzeczy stają się
częścią naszego życia, zupełnie jak żywe istoty.
Odkąd została właścicielką dzbanka do czekolady, użyła go tylko raz - w towarzystwie Oriola i Maxa. W ten sposób odkryli, że ma pojemność tylko
trzech małych filiżanek. Trzy to dziwna liczba, dlatego Sara od początku
uznała, że nieprzypadkowo naczynie trafiło w jej ręce. W tamtych czasach
uważała, że nic nie dzieje się przypadkiem, teraz wydaje się jej to
równie naiwne, co niewiarygodne. Dzbanek do czekolady jest trochę
zakurzony. Sara wkłada go do zlewu w kuchni i bardzo powoli myje wodą z płynem, jakby kąpała niemowlę. Następnie wyciera go papierowym
ręcznikiem i stawia na stole w jadalni, w miejscu widocznym dla każdego,
kto będzie tamtędy przechodził. Chce, żeby widok porcelanowego naczynia
będącego elementem ich wspólnej przeszłości utkwił mu w oku jak zapach
mocnych perfum, którego nie można się pozbyć, chociaż bardzo się tego
pragnie. Sara jest przekonana, że Oriol przypomni je sobie, kiedy tylko
je zobaczy, a potem jego wspomnienia zaprowadzą go do miejsca, do
którego Sara chce, żeby dotarł, i którego nie opuściłby nigdy, jeśli
tylko mogłaby o tym zdecydować.
Po przygotowaniu dekoracji Sara ubiera się elegancko, jakby naprawdę
wychodziła na spotkanie. Starannie się maluje i czesze. Przewiesza przez
ramię torebkę i wychodzi z mieszkania zaledwie dziesięć minut po
przyjściu Maxa, który przyniósł wino - jak zawsze butelkę białego i czerwonego. Mąż pocałował ją w czoło na pożegnanie i życzył miłego
wieczoru.
Wychodząc na ulicę, Sara ukradkiem wyciąga klucze. Nie sądzi, żeby Max
obserwował ją z tarasu - nigdy tego nie robi - ale upewnia się na
wszelki wypadek. Nie ma niebezpieczeństwa. Wchodzi do bramy budynku obok
i znika w ciemnościach klatki schodowej. Czuje się jak złodziejka albo
zdradzany mąż, który chce się dowiedzieć o żonie prawdy. Po omacku
wkłada klucze do zamka. Oddycha z ulgą, przekraczając próg mieszkania,
ale nie zapala światła. Wchodzi na piętro, otwiera drzwi tarasu i zabezpiecza je, żeby się nie zasunęły z trzaskiem. Następnie rozgląda
się za krzesłem i znajduje odpowiednie w kącie sypialni Raquel. Wynosi
je na taras, stawia dokładnie przed jedną z dziur w sztucznym żywopłocie
i próbuje przez nią zajrzeć na drugą stronę. Przekonuje się z podnieceniem, że punkt obserwacyjny jest idealny.
Patrzy, jak Max zagląda pod serwetki na półmiskach, kradnie sardelę
ozdabiającą sałatkę, zadowolony przygląda się nakrytemu stołowi i zerka
na zegarek. Mijają dwie minuty. Na dźwięk dzwonka do drzwi -
punktualność Pairota nigdy nie pasowała do jego osobowości - Sarze serce
zamiera w piersi. Max znika ze sceny, żeby otworzyć. Sara przygotowuje
się na tę chwilę, która ma zaraz nastąpić.
"Jak to jest znów zobaczyć kogoś, o kim nie przestało się myśleć ani
przez chwilę przez ostatnie dziewięć lat?"
Na szczęście albo nieszczęście za chwilę się o tym przekona.