Czekoladowe pragnienie - Care Santos

-
Proszę czekać

Szesna­ście kawał­ków bia­łej por­ce­lany w róż­nych kształ­tach i roz­mia­rach oraz tubka kleju, który "wszystko sklei". Max zabiera się do skła­da­nia ele­men­tów ukła­danki, cho­ciaż tym razem za bar­dzo go to nie bawi. Docho­dzi czwarta nad ranem i powi­nien się poło­żyć, ponie­waż za cztery godziny zadzwoni budzik, ale obie­cał Sarze, że się tym zaj­mie, i nie chce jej roz­cza­ro­wać.

Pod­nosi kawałki ze stołu i pró­buje je dopa­so­wać. Pokrywa brzegi kle­jem i przez chwilę przy­ci­ska ele­menty do sie­bie, żeby maź porząd­nie je złą­czyła. Z zado­wo­le­niem przy­gląda się efek­tom: w nie­któ­rych miej­scach rys połą­czeń nie­mal nie widać; gdzie indziej jed­nak są wyraźne, szcze­gól­nie tam, gdzie musiał poskle­jać drobne kawałki albo gdzie brzegi się wyszczer­biły. Mimo to powoli udaje mu się zre­kon­stru­ować przed­miot, który wyda­wał się nie do odzy­ska­nia. Warto padać ze zmę­cze­nia po tak dłu­giej nocy jak ta. Sara będzie zasko­czona, kiedy rano wej­dzie do kuchni i zoba­czy, że zadał sobie tyle trudu.

To był wspa­niały wie­czór. Naj­pierw dwaj naj­lepsi przy­ja­ciele po latach szcze­rze sobie poroz­ma­wiali. Potem zja­wiła się Sara - tak cza­ru­jąca, piękna i pewna sie­bie. Co się dzieje z kobie­tami po czter­dzie­stce? Sku­piają się na swo­ich zale­tach, przez co nabie­rają wię­cej siły, mądro­ści, spo­koju i stają się bar­dziej atrak­cyjne niż przed dwu­dzie­stu laty. Tego wie­czoru Max zoba­czył to w swo­jej żonie i poczuł dumę. Czuł się dumny, że Sara należy do niego. Cóż to za przy­ziemne i błędne dozna­nie, cho­ciaż musi przy­znać, że nie­zwy­kle krze­piące.

Po wyj­ściu Oriola zaczęli sprzą­tać po kola­cji: jedno zbie­rało ze stołu naczy­nia, dru­gie zmy­wało - ide­alny podział zadań, który mieli prze­ćwi­czony od lat. Jed­no­cze­śnie roz­ma­wiali o wie­czor­nym spo­tka­niu. Dobrze, że w końcu ich przy­ja­ciel posta­no­wił się ustat­ko­wać, cho­ciaż zgod­nie uznali, że nie musiał szu­kać żony aż tak daleko. "Dobrej żony szu­kaj za pło­tem" - mruk­nęła Sara tonem swo­jej matki, prze­kła­da­jąc resztki sałatki do pla­sti­ko­wego pojem­nika.

- Myślisz, że będzie dobry w roli ojca? - zapy­tał Max.

- Fatalny - odpo­wie­działa. - Jak we wszyst­kim, czego się dotknie.

- Nie prze­sa­dzaj, jesteś nie­spra­wie­dliwa. - W Maxie ode­zwała się przy­ja­ciel­ska soli­dar­ność. - Świet­nie sobie radzi!

Sara nie odpo­wie­działa. Była zmę­czona i z przy­gnę­bie­niem przy­glą­dała się szcząt­kom roz­bi­tego dzbanka do cze­ko­lady.

- Nie martw się, skle­imy go - ode­zwał się Max, pró­bu­jąc pod­nieść ją na duchu.

- Nawet jeśli go poskle­jasz, będę wie­działa, że jest potłu­czony - odparła. Scho­wała do lodówki wszyst­kie pla­sti­kowe pudełka, ukła­da­jąc je w ide­al­nym porządku, i dodała: - Położę się, jeśli pozwo­lisz.

Max jej nie zatrzy­my­wał. Wie­dział, że żona potrze­buje samot­no­ści i czasu, żeby poukła­dać myśli. Ten wie­czór był dopiero począt­kiem dłu­giego pro­cesu. Może rany ni­gdy cał­ko­wi­cie się nie zagoją, podob­nie jak spę­ka­nia na por­ce­la­no­wym naczy­niu, które w jego rękach zaczyna odzy­ski­wać swój kształt. Potem trzeba będzie jesz­cze odna­leźć dla nich sens.

W tym, co udaje się ura­to­wać, jest jakieś bez­sprzeczne, odmienne piękno.

Denko dzbanka z nie­bie­skim napi­sem pękło na pół, szkoda. Max trzyma w pra­wej ręce "Je suis a madame Ad...", a "...éla?de de France" w lewej. Na szczę­ście nie odpry­snął nawet jeden mili­metr por­ce­lany i obie czę­ści pasują do sie­bie ide­al­nie. Madame Ade­lajda Fran­cu­ska, kim­kol­wiek była, może ode­tchnąć z ulgą.

"W przed­mio­tach kryją się histo­rie i głosy, które je opo­wia­dają - stwier­dziła Sara dawno temu. - Cza­sami wydaje mi się, że je sły­szę, kiedy doty­kam dzbanka". "Dużo ich jest?" - zapy­tał Max, zafa­scy­no­wany. "Kilka. Prze­cież widzisz, że to stare naczy­nie, które pew­nie wiele razy zmie­niało wła­ści­ciela?" A on z docie­kli­wo­ścią naukowca drą­żył temat: "Mówisz to tak, jak­byś wie­rzyła, że przed­mioty pełne są duchów, jak stare domy w hor­ro­rach". Sara krę­ciła głową. "No wła­śnie. Ludzie wie­rzą w nawie­dzone domy, ale duchy co do zasady wolą miesz­kać w małych, nic nie­zna­czą­cych przed­mio­tach, gdzie nikt się ich nie spo­dziewa". "Chyba dla­tego, że nie chce im się ście­rać kurzu" - odpo­wia­dał Max, roz­ba­wiony pomy­słami żony.

Kiedy skle­jony dzió­bek, który roz­bił się na trzy kawałki, przy­mo­co­wuje do grusz­ko­wa­tego kor­pusu dzbanka do cze­ko­lady, naczy­nie zaczyna odzy­ski­wać swój kształt. Na bla­cie zostały tylko dwie czę­ści ucha. Gdy je wklei w odpo­wied­nie miej­sce i znów zaczną przy­po­mi­nać ele­gancką wstążkę, ukła­danka będzie skoń­czona. "Oto pani dzba­nek do cze­ko­lady, madame. Oby słu­żył pani przez wiele lat. Będzie pani mogła go użyć za kilka godzin" - Maxowi wydaje się, że sły­szy obcy głos i uśmie­cha się, nie wie­dząc, skąd taka myśl mogła przyjść mu do głowy. Ze sku­pie­niem skleja ze sobą ostat­nie kawałki jak chi­rurg koń­czący ciężką ope­ra­cję. Potem waci­kiem nasą­czo­nym spi­ry­tu­sem usuwa resztki kleju na spę­ka­niach.

Dzba­nek do cze­ko­lady przy­po­mina mu potur­bo­wa­nego żoł­nie­rza, który po woj­nie wraca do domu. Kiedy Sara ni z tego, ni z owego kupiła go pew­nej nocy, miał obity dzió­bek, bra­ko­wało mu przy­krywki i mie­sza­dełka, lecz mimo to był wciąż ele­ganc­kim naczy­niem. Max nie wie­dział, czy anty­kwa­riusz, który go sprze­dał Sarze, zdra­dził jej, do kogo wcze­śniej nale­żał. Żona powie­działa mu tylko, że to był stary, gada­tliwy i dziwny czło­wiek i że obni­żył jej znacz­nie cenę, widząc, jaka jest młoda i zain­te­re­so­wana naczy­niem. Wtedy szczerba na dzióbku była wyraź­nie widoczna i psuła har­mo­nijny wygląd całego naczy­nia. Tym­cza­sem teraz zupeł­nie nie prze­szka­dza. Max prze­suwa opusz­kiem palca po sta­rej ranie i czuje szorst­kość jakby świeżo wypa­lo­nej gliny. Zapewne tak szorst­kie są rze­czy od środka, które z zewnątrz wydają się piękne. Szorst­kość mija­ją­cych lat. Cho­ciaż naczy­nie od góry do dołu składa się z poskle­ja­nych kawał­ków, wciąż można go uży­wać. Ma pojem­ność dokład­nie trzech małych fili­ża­nek. Max nie może unik­nąć myśli, że teraz, kiedy nie ma już Oriola, to jedna fili­żanka za dużo. Już zawsze będzie o jedną za dużo.

Koń­czy pracę i sprząta po sobie. Poskle­jany dzba­nek do cze­ko­lady sta­wia pośrodku stołu. Wyrywa kartkę z notesu, w któ­rym oboje mają zwy­czaj zapi­sy­wać listę zaku­pów, pisze "Voila!" i kła­dzie ją przed swoim dzie­łem. Gasi świa­tło.

Boi się, że Sara jesz­cze nie zasnęła i wciąż roz­my­śla nad wszyst­kim, co się wyda­rzyło tego wie­czoru. Ale nie, Sara śpi jak nie­mowlę. Max wśli­zguje się pod koł­drę i zauważa, że jego żona jest cał­kiem naga. Takiego zapro­sze­nia nie powi­nien odrzu­cić, ale wie, że to nie jest naj­od­po­wied­niej­sza chwila. Po prze­ana­li­zo­wa­niu przy­czyn i kon­se­kwen­cji prze­suwa budzik o pół godziny i zamyka oczy. Serce bije mu jak sza­lone.

Własności polimorficzne

Wła­sno­ści poli­mor­ficzne

Ludzie z natury nudzą się wszyst­kim: przed­mio­tami, roz­ryw­kami, rodziną, a nawet samymi sobą. Nie­ważne, że mamy wszystko, czego zapra­gniemy, że lubimy życie, które wybra­li­śmy, albo że żyjemy u boku naj­wspa­nial­szej osoby. Prę­dzej czy póź­niej wszystko nas nudzi.

Wygląda to tak: pew­nego wie­czoru, nie­róż­nią­cego się niczym od innych, odry­wamy wzrok od ekranu tele­wi­zora, żeby spoj­rzeć przez chwilę w drugą stronę pokoju, gdzie - jak zwy­kle po kola­cji i przed poło­że­niem się spać - sie­dzi mąż. Nic, co tam widzimy, nie jest zaska­ku­jące. To stały widok od pierw­szego wie­czoru po zakoń­cze­niu remontu miesz­ka­nia: na sto­liku w kącie leży stos ksią­żek prze­czy­ta­nych lub do prze­czy­ta­nia. Max sie­dzi wygod­nie w fotelu do czy­ta­nia (jedy­nym meblu, który sam wybrał) z nogami opar­tymi o pod­nó­żek. Lampa sto­jąca jak reflek­tor w teatrze rzuca jasny pro­mień świa­tła na kartki książki, którą męż­czy­zna trzyma w rękach. Cał­ko­wi­cie pochło­nięty lek­turą nie zauważa, że oku­lary zsu­nęły się mu na sam czu­bek chu­dego i wąskiego nosa, i nie ma poję­cia, co się wokół niego dzieje.

Max należy do osób, które do czy­ta­nia nie potrze­bują ciszy ani nic poza wspo­mnia­nymi powy­żej rekwi­zy­tami: fote­lem, pod­nóż­kiem, lampą i oku­la­rami. I oczy­wi­ście książką. Sie­dząc tak każ­dego wie­czora w swoim kącie pokoju, przy­po­mina poczciwe domowe zwie­rzę. Nie robi hałasu, nikomu nie prze­szka­dza, tylko od czasu do czasu wzdy­cha, zmie­nia pozy­cję albo prze­wraca stronę i dzięki temu wia­domo, że żyje i wciąż tam jest. "Ale gdyby go nie było, tęsk­ni­ła­bym za nim" - myśli Sara dokład­nie w momen­cie, gdy odrywa wzrok od tele­wi­zora i patrzy na męża sie­dzą­cego tam gdzie zawsze i robią­cego to co zawsze. Tęsk­ni­łaby za nim, ponie­waż przy­zwy­cza­iła się do jego mil­czą­cej obec­no­ści tak samo, jak ludzie przy­zwy­cza­jają się do usta­wie­nia mebli. To kwe­stia pew­no­ści, bez­pie­czeń­stwa i rów­no­wagi. Max jest dla Sary wszyst­kim. Co nie prze­szka­dza jej zadać sobie po chwili pyta­nie: "Dla­czego wyszłam za mąż za tego męż­czy­znę?".

To jedno z pytań, które pod­rzuca jej świa­do­mość w chwili nie­uwagi i któ­rego oczy­wi­ście zaraz żałuje. Pyta­nie, któ­rego Sara ni­gdy nie zada­łaby sobie na głos w czy­jejś obec­no­ści, ponie­waż w pewien spo­sób ata­kuje jedyną stałą w swoim życiu. Może dla­tego w myślach natych­miast przy­go­to­wuje pełną bate­rię odpo­wie­dzi jak poci­ski arty­le­ryj­skie: "Skąd nagle to pyta­nie? Nie masz wszyst­kiego, czego pra­gnę­łaś? (Nie mam na myśli dóbr mate­rial­nych, ale rze­czy, które naprawdę trudno zdo­być). Prze­cież sama i z pełną swo­bodą doko­na­łaś wyboru, z kim chcesz się zwią­zać, prawda? Czy kie­dy­kol­wiek ci cze­goś bra­ko­wało? Czy nie gra­tu­lo­wa­łaś sobie wie­lo­krot­nie, że wybra­łaś lep­szą opcję? Nie jesteś cał­ko­wi­cie pewna, bez naj­mniej­szego cie­nia wąt­pli­wo­ści, że Max jest nie tylko wspa­nia­łym wybo­rem? Czy to nie była twoja decy­zja, a nawet swego rodzaju prze­zna­cze­nie? Czy nie masz dwojga ślicz­nych, inte­li­gent­nych i wyso­kich dzieci, które cię uwiel­biają i odzie­dzi­czyły po was obojgu naj­lep­sze cechy? Czy w głębi ducha nie czu­jesz się dumna, że ich mie­szanka utwo­rzyła nie­mal ide­alne (oczy­wi­ście!) cha­rak­tery two­ich dzieci?".

W tym momen­cie Max unosi wzrok znad książki, zdej­muje oku­lary i mówi:

- Ach, pra­wie bym zapo­mniał, mamuśko! Wiesz, kto do mnie dzwo­nił? Nie uwie­rzysz. Pairot. Jest w Bar­ce­lo­nie i poju­trze ma wolny wie­czór. Zapro­si­łem go na kola­cję. Co ty na to? Nie masz ochoty go zoba­czyć? Nie widzie­li­śmy się od tak dawna!

Max zdej­muje oku­lary tylko wtedy, kiedy chce powie­dzieć coś waż­nego. Ponie­waż to jest jeden z tych momen­tów, czeka na odpo­wiedź żony, ale Sara nie reaguje w żaden spo­sób.

W takim razie z powro­tem zakłada oku­lary i powraca do czy­ta­nia Fre­qu­ent Risks in Poly­mor­phic Trans­for­ma­tions of Cocoa But­ter2, jakby nie powie­dział nic waż­nego.

- Powie­dział ci, dla­czego przez tyle czasu nie dawał znaku życia? - pyta Sara.

- Jest zapra­co­wany. Prze­cież my też mogli­śmy do niego zadzwo­nić. Pamię­tasz, kiedy widzie­li­śmy się po raz ostatni? Chyba tego wie­czoru w hotelu Arts, gdy dostał nagrodę.

- Tak, wtedy.

- Ile to było lat temu? Co naj­mniej sześć albo sie­dem.

- Dzie­więć - popra­wia go Sara.

- Dzie­więć? Kur­czę, jesteś pewna? Jak ten czas szybko leci. Tym bar­dziej powin­ni­śmy się spo­tkać. Nie wie­rzę, że nie masz na to ochoty. Prze­cież lubi­łaś spo­tka­nia z Pairo­tem. - Max znów zakłada na nos oku­lary i wraca do swo­jej angiel­skiej książki.

Sara zasta­na­wia się, jak to moż­liwe, że jej mąż jest w sta­nie czy­tać pracę naukową o fizycz­nych wła­ści­wo­ściach masła kaka­owego z takim samym zain­te­re­so­wa­niem, jakie wzbu­dzi­łaby w nim powieść o Sher­locku Hol­me­sie. Docho­dzi jed­nak do wnio­sku, że po tylu latach nic już nie powinno jej dzi­wić. Bar­dziej zasko­czyło ją, co przed chwilą usły­szała, i to z kilku powo­dów. Oriol jest w Bar­ce­lo­nie (a nie w Can­be­rze, Kata­rze, Szan­ghaju, na Litwie czy innym dale­kim miej­scu, gdzie można otwo­rzyć sklep), a do tego przy­po­mniał sobie, że w tym małym mie­ście leżą­cym na zachod­nim brzegu Morza Śród­ziem­nego miesz­kają dwie osoby, z któ­rymi dawno temu - kiedy jesz­cze daleko mu było do tego Oriola Pairota: podró­żu­ją­cego po świe­cie, otwie­ra­ją­cego luk­su­sowe sklepy ze swoim nazwi­skiem w logo, z któ­rego dumni są jego rodacy oglą­da­jący go każ­dego dnia w tele­wi­zji - łączyła go bar­dzo bli­ska przy­jaźń. Sarę zdzi­wiło też, że Oriol skon­tak­to­wał się z jej mężem, ponie­waż do tej pory dzwo­nił naj­pierw do niej. Naj­więk­szym jed­nak zasko­cze­niem był fakt, że Max zupeł­nie nie zda­wał sobie sprawy z wagi tego, co przed chwilą oznaj­mił. Powie­dział jej o tym jakby od nie­chce­nia, odry­wa­jąc się na chwilę od pro­ble­mów poli­mor­ficz­nych ciał, żeby po chwili znów pogrą­żyć się w nie­obec­ność, jak robił każ­dego wie­czoru, kiedy po kola­cji sia­dają na swo­ich miej­scach, by tra­wić kola­cję - a może życie - i pozwa­lają upły­nąć w ciszy ostat­nim godzi­nom przed snem.

Sara zasta­na­wia się, jak powinna zare­ago­wać. Mogłaby odpo­wie­dzieć jak jeden z boha­te­rów tele­no­weli, którą prze­stała oglą­dać, kiedy tylko zdała sobie sprawę, że zaczyna się od niej uza­leż­niać: "Mój Boże, Maxie, wie­dzia­łam, że prę­dzej czy póź­niej on znów się pojawi". Mogła też zro­bić mężowi absur­dalną scenę: "Kiedy zamie­rza­łeś mi o tym powie­dzieć?". Odrzuca jed­nak tę myśl, ponie­waż Max nie jest dobrym part­ne­rem do kłótni, bo zazwy­czaj od razu przy­znaje jej rację i awan­tura traci sens. Poza tym dzi­siaj jest za bar­dzo zmę­czona, żeby się dener­wo­wać bez powodu, więc posta­na­wia nie kom­pli­ko­wać sobie życia i wybrać naj­prost­sze, a zara­zem naj­bar­dziej zacho­waw­cze, ego­istyczne i - nie boi się tego przy­znać - tchórz­liwe roz­wią­za­nie: uciec.

- Nie idziemy wtedy na operę do teatru Liceo?

- Nie, spraw­dzi­łem. Przed­sta­wie­nie jest w przy­szły wto­rek i musimy pójść obo­wiąz­kowo, bo wysta­wiają Aidę.

- Nie­ważne. Tak czy ina­czej poju­trze jestem zajęta. Idę na służ­bową kola­cję - rzuca Sara, wykrzy­wia­jąc usta w gry­ma­sie uda­wa­nego nie­za­do­wo­le­nia. - Nie mógłby przyjść innego dnia?

Max ponow­nie zdej­muje oku­lary. Ciała poli­mor­ficzne jak zwy­kle spo­koj­nie cze­kają.

- Nie pyta­łem, ale wiesz, że jest bar­dzo zajęty. Pew­nie ma mnó­stwo spo­tkań.

- Jak każdy. Wszy­scy mamy dużo pracy.

- Nie prze­czę, ale w jego przy­padku jest ina­czej. Przez cały czas podró­żuje, prze­siada się z samo­lotu na samo­lot i odwie­dza naj­dziw­niej­sze kraje. Z tego, co wiem, w tym roku wypa­dła Japo­nia. Powie­dział, że musi nam o tym opo­wie­dzieć. Wyda­wał się bar­dzo zado­wo­lony. Co za facet. On jest jak wędru­jący wojow­nik. A my tym­cza­sem będziemy cze­kać na niego z zasta­wio­nym sto­łem. Ktoś prze­cież musi pro­wa­dzić spo­kojne i poukła­dane życie. W głębi duszy zawsze tacy byli­śmy, nie uwa­żasz?

Spo­kojne, poukła­dane, w głębi duszy, słowa, które ciążą Sarze jak cztery kamie­nie.

- Przy­kro mi, ale nie będę mogła wam towa­rzy­szyć. Tę kola­cję mia­łam wpi­saną do har­mo­no­gramu w kalen­da­rzu już wiele tygo­dni temu.

"Har­mo­no­gram" jest jak świę­tość. Sara też jest zajętą, ważną, nowo­cze­sną, mającą wiele obo­wiąz­ków osobą, uży­wa­jącą okrop­nych słów wymy­ślo­nych dla ludzi, któ­rzy - jak ona - nie mogą tra­cić czasu na two­rze­nie pery­fraz.

- Nie możesz jej prze­ło­żyć? - pyta Max.

"Dla­czego ja mam prze­kła­dać? A wielki Oriol Pairot nie może się zni­żyć i o mili­metr zmo­dy­fi­ko­wać swo­ich pla­nów?"

- Nie­moż­liwe. To spo­tka­nie z wydawcą cza­so­pi­sma - odpo­wiada krótko Sara.

- A to pech - Maxowi chyba jest naprawdę przy­kro. - Zadzwo­nię do niego i zapy­tam, do kiedy zostaje w Bar­ce­lo­nie.

Sara udaje obo­jęt­ność, co wycho­dzi jej cał­kiem natu­ral­nie (i taki był cel).

- Mną się nie przej­muj, kocha­nie. Wrócę na kawę. Na pewno będzie­cie roz­ma­wiać do późna.

"Kocha­nie" to bar­dzo dobrze prze­my­ślana stra­te­gia osła­bie­nia prze­ciw­nika. "Kocha­nie" w tym wypadku ozna­cza mnó­stwo oczy­wi­sto­ści: "wszytko jest w porządku", "nie martw się" i "jestem spo­kojna i robię to, na co mam ochotę".

- Świet­nie, tak zro­bimy - zga­dza się Max, mówiąc z nie­mal ide­al­nym hisz­pań­skim akcen­tem, wygła­dzo­nym jak oto­czak przez ponad dwa­dzie­ścia lat ich związku i sie­dem­na­ście mał­żeń­stwa, z któ­rych czuje się szcze­gól­nie dumny. Zanim z powro­tem zakłada oku­lary i uznaje temat za zamknięty, zadaje ostat­nie prak­tyczne pyta­nia: - Nakryć stół na tara­sie, czy może lepiej w domu? Zamó­wisz nam coś do jedze­nia?

- Oczy­wi­ście, że zamó­wię, tatulku. Jak zwy­kle.

Teraz już Max może zało­żyć oku­lary i spo­koj­nie wró­cić do poli­mor­ficz­nych odmian i ich dość dziw­nego spo­sobu bycia czę­ścią świata - pod posta­cią róż­nych faz mate­rii - bez jed­no­cze­snego zmie­nia­nia stanu sku­pie­nia. To praw­dziwa istota che­mii. "Wszystko jest che­mią - lubi mawiać Max. - Jeste­śmy jedy­nie związ­kami che­micz­nymi. Każda zła i dobra rzecz, która dzieje się w naszym życiu, jest tylko che­mią".

Korzy­sta­jąc z tego, że Max się wyłą­czył - co zda­rza mu się czę­sto - Sara pla­nuje w myślach następny dzień. Ma kilka spo­tkań: kie­row­niczka sklepu będzie chciała usta­lić z nią kwe­stię pro­duk­cji świą­tecz­nego tur­ronu3; po połu­dniu umó­wiła się z dzien­ni­karką z poczyt­nego cza­so­pi­sma, która pisze arty­kuł o naj­lep­szych bar­ce­loń­skich cukier­niach, i oczy­wi­ście Casa Rovira jest jedną z pierw­szych na jej liście. Jed­nak przede wszyst­kim Sara zapa­mię­tuje, że musi zała­twić sprawę, któ­rej nie pla­no­wała, a która nagle stała się waż­niej­sza od wszyst­kiego innego: zaj­rzeć do pustego miesz­ka­nia nale­żą­cego do sąsiadki. Odkła­dała to od kilku dni ze zwy­kłego leni­stwa. Teraz ma jed­nak powód, żeby to zro­bić: przy­go­tuje tam sobie dobry punkt obser­wa­cyjny.

Sara nie pamięta, kiedy po raz pierw­szy Max nazwał ją "mamuśką", zamiast zwró­cić się do niej po imie­niu albo uży­wa­jąc jed­nego z piesz­czo­tli­wych przy­miot­ni­ków - swe­ethe­art, honey, dear... - było jed­nak oczy­wi­ste, że ta meto­ni­mia była kon­se­kwen­cją poja­wie­nia się na świe­cie ich dzieci, ale też w dużym stop­niu zanie­dba­nia z jej strony. Zawsze się o to winiła; nie powinna była pozwo­lić, żeby kobieta, jaką była do tej pory, prze­grała z matką, którą się stała. Stop­niowo ustę­po­wała i Max z cza­sem prze­stał mówić do niej honey, dear i swe­ethe­art z tym swoim uro­czym ame­ry­kań­skim akcen­tem i teraz nazy­wał ją już tylko mamuśką. Nawet dla zna­jo­mych prze­stała być Sarą; zwra­cali się do niej po imie­niu spo­ra­dycz­nie lub w obec­no­ści kogoś zupeł­nie obcego. Stała się mamuśką i cho­ciaż ją to bolało, już nie pro­te­sto­wała jak począt­kowo, kiedy byli jesz­cze mło­dzi - wtedy go upo­mi­nała: "Nie mów tak do mnie! Jestem jej matką, a nie twoją!" i wska­zy­wała Ainę, która się śmiała, nic nie rozu­mie­jąc. A Max się bro­nił: "Prze­cież jesteś matką tego domu! Jesteś naj­waż­niej­sza! Trzeba to doce­nić". Wła­śnie w tam­tym okre­sie Sara odkryła z prze­ra­że­niem, że po ciąży stała się dla męża bar­dziej sek­sowna. Kiedy z córką na rękach sia­dy­wała w jego fotelu do czy­ta­nia - uży­czał go jej do kar­mie­nia obojga dzieci, a nawet pozwo­lił jej sta­wiać na swoim nie­ty­kal­nym sto­liku na książki tak dziwne przed­mioty jak odcią­gacz do pokarmu, śli­niaki czy krem do sut­ków - i poda­wała dziecku pierś ze świętą cier­pli­wo­ścią, któ­rej abso­lut­nie nie miała, zauwa­żała, że Max przy­gląda jej się w osłu­pie­niu, jakby patrzył na nie­zwy­kły feno­men. Cho­ciaż Sara dostrze­gała w jego spoj­rze­niu czu­łość, odno­siła jed­no­cze­śnie wra­że­nie, że w rze­czy­wi­sto­ści patrzy na jakąś obcą kobietę, która poja­wiła się na jej miej­scu.

Sara nie uda­wała, że jej instynkt macie­rzyń­ski roz­kwita pod­czas kar­mie­nia pier­sią. Nie zna­la­zła potwier­dze­nia swo­jej kobie­co­ści ani nie odczu­wała roz­ko­szy z powodu bli­sko­ści z dziec­kiem, o któ­rych trą­biły pro­pa­ga­torki lak­ta­cji zdolne kar­mić pier­sią swoje dzieci przez lata, za co Sara je nie­zmier­nie podzi­wiała. Tym­cza­sem ona prze­szła tę fazę macie­rzyń­stwa naj­szyb­ciej jak mogła, cho­ciaż Max łapał się za głowę, w żaden spo­sób nie poma­ga­jąc jej pozbyć się poczu­cia winy. Zale­d­wie cztery mie­siące po naro­dzi­nach Ainy kupiła kilka bute­lek, sześć dużych opa­ko­wań mleka w proszku naj­droż­szej firmy i ofi­cjal­nie zamknęła roz­dział pod tytu­łem "kar­mie­nie pier­sią". Cho­ciaż sto­lik z książ­kami zapeł­nił się butel­kami i smocz­kami, Max na­dal przy­glą­dał się kar­mie­niu z przy­głu­pią miną, a Sara nie­od­wra­cal­nie stra­ciła swoje imię.

Teraz, pięt­na­ście lat póź­niej, wydaje się jej, że tłu­ma­cze­nie mężowi, jak bar­dzo nie lubi, kiedy nazywa ją mamuśką, jest śmieszne. Z góry jest na prze­gra­nej pozy­cji, podob­nie jak w przy­padku mil­cze­nia Oriola. A jeśli cze­goś nauczyła się przez czter­dzie­ści cztery lata życia, to tego, że szkoda tra­cić ener­gię na próżno.

Ran­kiem, jak co dzień, Sara przy­go­to­wuje sobie w kuchni śnia­da­nie, oglą­da­jąc wia­do­mo­ści. Szcze­gól­nie inte­re­suje ją pro­gnoza pogody, ale tylko ta krót­ko­ter­mi­nowa. Jutro wie­czo­rem niebo będzie bez­chmurne, cie­pło, może tro­chę za cie­pło jak na koniec maja, niska wil­got­ność. Cho­ciaż aura będzie ide­al­nie paso­wać do jej pla­nów, Sara nie jest w dobrym humo­rze. Jak co rano Max wypił swoją pierw­szą kawę - którą zawsze parzy mu Sara - poca­ło­wał żonę w czoło i mówiąc: "Miłego dnia, mamuśko", wyszedł na uni­wer­sy­tet.

Na dźwięk zamy­ka­ją­cych się za nim drzwi Sara łapie swój tele­fon komór­kowy. Od kilku dni powstrzy­muje się, żeby dokład­nie przej­rzeć wszyst­kie wia­do­mo­ści na wypa­dek, gdyby coś prze­oczyła. Prze­suwa po kolei SMS-y, reklamy, e-maile, Face­bo­oka, Twit­tera, a na koniec odsłu­chuje wia­do­mo­ści gło­sowe z ostat­nich trzech dni. To żmudne zaję­cie nie przy­nosi żad­nych rezul­ta­tów. Dziwne, że Oriol się z nią nie skon­tak­to­wał. Posta­na­wia sama do niego napi­sać. Pierw­szą rzecz, która przy­cho­dzi jej do głowy:

Kiedy przy­je­cha­łeś? Gdzie się zatrzy­ma­łeś?

Nie, nie, zbyt bez­po­śred­nie. Kasuje i pró­buje jesz­cze raz:

Wszystko w porządku?

To zda­nie wydaje jej się zbyt naiwne. Kasuje je. Odkłada tele­fon, wyciąga kromkę chleba tosto­wego z zamra­żarki i wkłada ją do tostera. Kła­dzie na stół masło i mar­mo­ladę cytry­nową, którą zama­wia u angiel­skiego dostawcy (chyba tylko ona w całej Bar­ce­lo­nie ją lubi), bie­rze tele­fon i pró­buje po raz trzeci:

Bar­dzo chcę się z Tobą zoba­czyć.

Już ma wysłać, ale coś ją powstrzy­muje. Wia­do­mość wydaje się jej sztywna, sztuczna jak kromka chleba, którą przed chwilą wyjęła z zamra­żarki. Znów ją kasuje. Nacho­dzą ją wąt­pli­wo­ści. Może lepiej nic nie pisać? Może on mil­czy z pre­me­dy­ta­cją.

Kromka wyska­kuje z tostera, wyświe­tlacz tele­fonu gaśnie i wszystko prze­cho­dzi w tryb ocze­ki­wa­nia. Sara nie usią­dzie do śnia­da­nia, zanim wszyst­kiego sobie nie poukłada na stole: taca, talerz, nóż do masła, tele­fon komór­kowy, płó­cienna ser­wetka z ini­cja­łami i pilot do tele­wi­zora. Pogła­śnia tro­chę dźwięk tele­wi­zora i ogląda wia­do­mo­ści, sma­ru­jąc tost masłem.

Na ekra­nie widać czar­nego męż­czy­znę, który jedną dłoń ma zakrwa­wioną, a w dru­giej trzyma dwa ogromne noże. Mówi ze zło­ścią, ale Sara rozu­mie go bez czy­ta­nia napi­sów, cho­ciaż jej angiel­ski wciąż nie jest na wyso­kim pozio­mie. "Ni­gdy nie będzie­cie bez­pieczni. Obal­cie waszych poli­ty­ków, bo gówno ich obcho­dzi­cie". "Ten czło­wiek - tłu­ma­czy pre­zen­ter - w samym środku dnia na ulicy w połu­dnio­wym Lon­dy­nie pod­ciął gar­dło jed­nemu z byłych angiel­skich żoł­nie­rzy". Sara myśli: "Poka­zują już wszystko" i wyłą­cza tele­wi­zor.

Po skoń­czo­nym śnia­da­niu wraca do swo­ich trosk. Dopiero za trze­cim razem udaje jej się napi­sać zado­wa­la­jącą ją wia­do­mość:

Cześć.

Naci­ska przy­cisk "Wysłać" i wcale nie czu­jąc ulgi, przy­stę­puje do wyko­ny­wa­nia planu prze­wi­dzia­nego na ten dzień. Har­mo­no­gram ulega jed­nak rap­tow­nej zmia­nie, kiedy o wpół do dzie­wią­tej ktoś dzwoni do drzwi, po czym oka­zuje się, że kie­rowca przy­wiózł dostawę przed otwar­ciem cukierni. Kie­row­niczka jesz­cze nie przy­szła, więc Sara woli nie ryzy­ko­wać, że kie­rowca sobie poje­dzie, bo jest pewna, że przy­wiózł cze­ko­ladę, któ­rej zabra­kło poprzed­niego dnia do wyko­na­nia zamó­wie­nia. Pod­nosi słu­chawkę domo­fonu, a w niej roz­lega się głę­boki głos:

- Przy­wio­złem trzy­dzie­ści paczek z Cal­le­baut.

- Już scho­dzę.

Sara pośpiesz­nie chwyta klu­cze - do swo­jego miesz­ka­nia i do sąsiadki - po czym wybiega na klatkę scho­dową. Cze­ka­jąc na windę, spraw­dza w tele­fo­nie, czy nie przy­szedł jakiś SMS. Popra­wia włosy, widząc swoje odbi­cie w meta­lo­wych drzwiach. Zawsze dotyka wło­sów, kiedy się czymś dener­wuje, cho­ciaż nie ma teraz ku temu powo­dów, nic się nie stało, wszystko jest pod kon­trolą, wła­śnie dostar­czono potrzebną cze­ko­ladę, a do miesz­ka­nia sąsiadki wej­dzie tylko, żeby wyba­dać teren - jesz­cze nie pod­jęła decy­zji. Prę­dzej czy póź­niej Oriol odpo­wie, może odsy­pia zmianę strefy cza­so­wej. Sara wsiada do windy, naci­ska "par­ter" i zaczyna się jazda w dół. Nie tylko wiszą­cego na linach meta­lo­wego pudła, ale rów­nież w jej wnę­trzu. Sara uzmy­sła­wia sobie, że stra­ciła nad wszyst­kim kon­trolę, cho­ciaż się bar­dzo stara prze­ko­nać samą sie­bie, że jest ina­czej. Jak zwy­kle, kiedy poja­wia się Oriol, jej życie wywraca się do góry nogami. Chcia­łaby wie­dzieć, dla­czego tak się wścieka. Prze­cież nikt jej nic nie zro­bił.

Chce szybko zała­twić dostawcę. Otwiera mu drzwi i prosi, żeby nie zosta­wiał paczek na środku kory­ta­rza. Zanim męż­czy­zna wyła­do­wał cały towar, poja­wia się kie­row­niczka i przej­muje sprawę. Sara mówi, że musi pójść do banku, i znika. W ciągu ostat­nich minut spraw­dzała ekran tele­fonu pięć razy, ale odpo­wie­dzi nie ma.

Miesz­ka­nie sąsiadki znaj­duje się w nie­ru­cho­mo­ści obok domu Sary i gdyby budy­nek nie był taki stary i wąski i gdyby prze­szedł kie­dyś grun­towny i bar­dzo drogi remont, który ona prze­pro­wa­dziła u sie­bie, mógłby wyglą­dać jak bliź­niak jej domu. Nie ma windy, więc Sara musi wejść na czwarte pię­tro scho­dami. To nic, od dawna dba o kon­dy­cję fizyczną - cho­dzi do eks­klu­zyw­nego klubu spor­to­wego tylko dla kobiet. Bywa tam od czasu do czasu: pływa w zamknię­tym i dobrze oświe­tlo­nym base­nie, gra w padla z dyrek­torką luk­su­so­wego hotelu przy alei Dia­go­nal, z którą zna­jo­mość ogra­ni­cza się do czte­rech ścian boiska, a potem sie­dzi w sau­nie. Tak naprawdę w klu­bie Sara naj­bar­dziej lubi saunę i jacuzzi, w odróż­nie­niu od siłowni, z któ­rej w ogóle nie korzy­sta. W każ­dym razie dzięki klu­bowi - a przy­naj­mniej tak się jej wydaje - dociera na pię­tro Raquel bez zadyszki. Stan klatki scho­do­wej, którą nale­ża­łoby porząd­nie wyre­mon­to­wać, budzi w niej odrazę. Wkłada klucz do zamka, prze­kręca go z tru­dem i wcho­dzi do miesz­ka­nia. Po przej­ściu przez próg czuje zapach nie­obec­nej sąsiadki, jakby miała za chwilę wyjść jej na powi­ta­nie. Sara była tu tylko raz, tego dnia, kiedy Raquel przy­szła do cukierni i zapy­tała ją, czy mogłaby wyświad­czyć jej "wielką przy­sługę", o któ­rej powie jej "na osob­no­ści". Sara przy­szła do niej tego samego popo­łu­dnia, w porze kawy. Do tej pory znała Raquel tylko z widze­nia - sprze­da­wała jej fran­cu­skie roga­liki, słod­kie bułeczki, ciastka i dużo pit­nej cze­ko­lady. Sąsiadka była drobną kobietą pod sześć­dzie­siątkę, wdową od pię­ciu lat, któ­rej jedyna córka mieszka za gra­nicą. Powie­działa Sarze, że córka jej potrze­buje, dla­tego posta­no­wiła prze­nieść się do niej na jakiś czas. Nie wie­działa, na jak długo, więc chciała "zosta­wić klu­cze do miesz­ka­nia komuś zaufa­nemu, na wypa­dek gdyby coś się działo". "I jeśli to nie byłby dla pani zbyt duży kło­pot, gdyby pani znała kogoś, kto szuka miesz­ka­nia do wyna­ję­cia, pro­szę mu pole­cić moje. Była­bym pani za to nie­zmier­nie wdzięczna, pani Saro. Widuje pani codzien­nie wiele ludzi i pomy­śla­łam sobie, że może mogłaby mi pani pomóc. Nie chcę obcią­żać pani dodat­ko­wym obo­wiąz­kiem. Tylko jeśli pani może. Nie będę ukry­wała, że w obec­nej sytu­acji przy­da­łyby mi się pie­nią­dze".

Od tej roz­mowy upły­nął już ponad mie­siąc i w końcu Sara pozbywa się wyrzu­tów sumie­nia, że nie była w tym miesz­ka­niu ani razu, cho­ciaż codzien­nie myślała, żeby to zro­bić. Zaska­kuje ją panu­jący wewnątrz porzą­dek. Raquel zamknęła wszyst­kie okna, a nie­które meble zakryła prze­ście­ra­dłami. Nie czuć nie­przy­jem­nego zapa­chu. Roz­gląda się wokół, a potem rusza pro­sto do miej­sca, które ją inte­re­suje. Wcho­dzi krę­co­nymi scho­dami do sypialni Raquel, poko­nuje po omacku pomiesz­cze­nie - żalu­zje w oknach nie prze­pusz­czają świa­tła - i wycho­dzi na taras.

Natych­miast spo­strzega z zado­wo­le­niem, że miej­sce ide­al­nie się nadaje do reali­za­cji jej planu. Ścianka oddzie­la­jąca sąsia­du­jące ze sobą tarasy zasła­nia sztuczny żywo­płot na tyle wysoki, żeby mogła się za nim ukryć osoba jej wzro­stu. Jest też w niej kilka nie­wiel­kich dziur, przez które będzie mogła pod­glą­dać, pozo­sta­jąc nie­zau­wa­żona. Pod­łoga ma lekki spa­dek, więc Sara będzie musiała uwa­żać, żeby się nie prze­wró­cić. W każ­dym razie, żeby poszło jak z płatka, musi pod­jąć mini­malne środki ostroż­no­ści: ubrać się na czarno, żeby być nie­wi­doczną, zna­leźć wygodne krze­sło, które nie będzie skrzy­piało ani się chy­bo­tało, i zabrać ze sobą kurtkę, a może nawet chustkę na szyję. Noce są jesz­cze chłodne, tym bar­dziej przy dużej wil­got­no­ści. I naj­waż­niej­sze, musi pamię­tać o wyci­sze­niu dzwonka tele­fonu.

Cią­gle spraw­dza tele­fon, ale na­dal nie dostała żad­nego SMS-a. Jesz­cze przez chwilę pozo­staje w punk­cie obser­wa­cyj­nym i patrzy na taras swo­jego miesz­ka­nia, który widziany z tego miej­sca wygląda dość szy­kow­nie: drew­niana pod­łoga, stół tekowy, pas sztucz­nego traw­nika - mniej­szy niż chciał Max, więk­szy niż jej się podo­bało - trzy­oso­bowa huś­tawka, kupione w Vinçon sze­ścio­po­zy­cyjne leżaki, rośliny, o które z czu­ło­ścią dba auto­ma­tyczna pod­le­waczka z usta­wio­nym pro­gra­mem numer trzy, mar­kiza z czuj­ni­kiem wia­tru, która wie, kiedy ma się sama zwi­nąć... Mieli dużo szczę­ścia, że kupili dwa miesz­ka­nia - na czwar­tym i pią­tym pię­trze - w budynku, w któ­rym przez całe życie miesz­kali rodzice Sary, zanim ceny zaczęły rosnąć jak bisz­kopt z dużą ilo­ścią proszku do pie­cze­nia. Szczę­śli­wym tra­fem zna­leźli też dobrego archi­tekta, który prze­pro­wa­dził remont za przy­stępną cenę (wszystko dzięki Maxowi i jego opa­no­wa­niu pod­czas nego­cja­cji, które Sarę wypro­wa­dzały z rów­no­wagi). Ostat­nia przy­chyl­ność losu pole­gała na tym, że mogli wszystko zro­bić spo­koj­nie, nie dener­wu­jąc się z powodu opóź­nień w pra­cach budow­la­nych czy kosz­tów nie­prze­wi­dzia­nych we wstęp­nym budże­cie. W tym samym roku rodzice Sary posta­no­wili przejść na eme­ry­turę i prze­pro­wa­dzić się na pewien czas na Minorkę. Max, Sara i kil­ku­mie­sięczna Aina zamiesz­kali więc w ich miesz­ka­niu i nawet się nie zorien­to­wali, kiedy remont dobiegł końca.

Kamie­nica, w któ­rej miesz­kali, zawsze była piękna. Wzno­siła się na środ­ko­wym odcinku ulicy Argen­te­ria, była wpi­sana do reje­stru zabyt­ków, wyre­mon­to­wana, z windą - co w tej oko­licy sta­no­wiło rzad­kość. Peł­nię ele­gan­cji odzy­skała jed­nak wtedy, kiedy pod koniec lat osiem­dzie­sią­tych ubie­głego wieku wspól­nota wła­ści­cieli posta­no­wiła sko­rzy­stać z dofi­nan­so­wań ofe­ro­wa­nych przez urząd mia­sta przed olim­piadą i odre­stau­ro­wać ele­wa­cję. War­tość miesz­kań natych­miast poszy­bo­wała w górę, spa­dła nie­znacz­nie po zakoń­cze­niu olim­piady. Max i Sara po raz pierw­szy zoba­czyli lokal na ostat­nim pię­trze, który wkrótce miał się stać ich miesz­ka­niem, w 1995 roku. Na widok roz­po­ście­ra­ją­cej się z tarasu pano­ramy na kościół Santa Maria del Mar Max stwier­dził: "Chcę jadać tutaj kola­cję każ­dego wie­czoru do końca życia".

Pier­wotny taras był mały, pomy­śleli jed­nak, że archi­tekt roz­wiąże tę i kilka innych nie­do­god­no­ści. Na dru­gie miesz­ka­nie - pię­tro niżej - musieli zacze­kać trzy lata aż do śmierci sta­ruszki, która żyła w nim samot­nie nie wia­domo od jak dawna. Kupi­liby je nawet w ciemno, ale posta­no­wili tro­chę ugrać. Max nego­cjo­wał cenę, Sara się wście­kała, aż w końcu agent biura nie­ru­cho­mo­ści wyszedł obra­żony. Jed­nak następ­nego ranka zadzwo­nił do nich, żeby potwier­dzić przy­ję­cie ich oferty. Pod­czas remontu wszyst­kie zain­te­re­so­wane strony uznały jed­no­gło­śnie, że należy wybu­rzyć jak naj­wię­cej ścian. To ozna­czało brak pro­ble­mów we współ­pracy.

Dwu­po­zio­mowe miesz­ka­nie oka­zało się tak ładne i prze­stronne, że kiedy pani Rovira przy­je­chała po raz pierw­szy z wizytą, stwier­dziła ze łzami w oczach: "Zasłu­ży­li­ście na taki dom, córeczko!". Trzy lata póź­niej kupili trzeci lokal - jedyny, który jesz­cze do nich nie nale­żał. Tym­cza­sowo słu­żył im za maga­zyn, biuro i szat­nię dla pra­cow­ni­ków, ale doce­lowo Sara chciała podzie­lić go mię­dzy Ainę i Pola. Zabez­pie­cze­nie przy­szło­ści dzieci, zanim któ­re­kol­wiek z nich skoń­czyło szkołę pod­sta­wową, było wyraźną oznaką dobro­bytu, w jakim żyli.

Sara patrzy ostatni raz na wyświe­tlacz tele­fonu, wzdy­cha i wybiera opcję "Napisz wia­do­mość".

Cześć?

Wysłać, wia­do­mość wysłana, wia­do­mość wysłana popraw­nie.

Chowa komórkę do kie­szeni. Wraca do sypialni Raquel, zasuwa drzwi na taras i spusz­cza żalu­zję. Scho­dzi krę­co­nymi scho­dami i opusz­cza miesz­ka­nie. Gdyby odma­lo­wano klatkę scho­dową, wyglą­da­łaby zupeł­nie ina­czej, myśli. Poza tym czuje, że dzieje się z nią coś dziw­nego: jed­no­cze­śnie chce i nie chce zoba­czyć Oriola, nie chce nic o nim wie­dzieć, ale męczy ją myśl, że nie odpo­wiada na jej SMS-y. Na szczę­ście może ukryć się w miesz­ka­niu Raquel, co jest ide­al­nym roz­wią­za­niem. Sama nie wie, dla­czego na­dal nie powie­działa mężowi, że sąsiadka wyje­chała, zosta­wiw­szy jej klu­cze do swo­jego miesz­ka­nia, i nie wia­domo, kiedy wróci.

Jeśli ktoś zapy­tałby Sarę, co widzi w swoim mężu, jej odpo­wiedź byłaby długa i pełna szcze­rych argu­men­tów. Max jest - wszy­scy byliby z nią zgodni - wspa­nia­łym czło­wie­kiem. Począw­szy od wyglądu wiecz­nego nasto­latka, o jasnych oczach i nie­po­słusz­nej grzywce, która była obse­sją jego matki. Młody wygląd oka­zał się dla niego poważ­nym pro­ble­mem zaraz po obro­nie dok­to­ratu, kiedy został wykła­dowcą i odkrył, że więk­szość jego stu­den­tów jest wyż­sza, sil­niej­sza i wygląda na star­szych od niego. Nie użył żad­nej stra­te­gii, żeby zdo­być ich sza­cu­nek; po pro­stu lekko pod­ko­lo­ry­zo­wał swój cha­rak­ter: trzy­mał stu­den­tów na dystans, był dla nich surowy, poważny i wyma­ga­jący. To były jego asy w ręka­wie, przy­naj­mniej na począ­tek. Jed­nak ku jego zasko­cze­niu oka­zało się, że dzia­łały zarówno na stu­dentki, jak i stu­den­tów, cho­ciaż dziew­czyny prze­ja­wiały nie­po­ko­jącą ten­den­cję do zako­chi­wa­nia się w nim i zaska­ki­wa­nia go bar­dzo krę­pu­ją­cymi wyzna­niami pod­czas dyżuru czy spraw­dza­nia prac egza­mi­na­cyj­nych. Tym­cza­sem Max ni­gdy nie czuł pociągu do żad­nej stu­dentki, nawet pod wzglę­dem fizycz­nym. Wyda­wały mu się płyt­kie, postrze­lone, a przede wszyst­kim nie­do­uczone. Nie wyobra­żał sobie związku z kimś, kto nie wie­dział nawet, kim był Men­de­le­jew.

Max ma wszyst­kie cechy, które jego teściowa wymie­ni­łaby, opi­su­jąc ide­al­nego zię­cia. Wypo­wiada się z takim sza­cun­kiem, że cza­sami gubi się w labi­ryn­cie uprzej­mych słów, ni­gdy nie wstaje póź­niej niż o siód­mej rano, jest punk­tu­alny jak dzwon­nik, w żad­nej sytu­acji nie pod­nosi głosu ani nie traci zim­nej krwi - zwłasz­cza w sto­sunku do żony. Nie ma dużych, śred­nich ani małych sła­bo­ści (nawet tych god­nych podziwu, jak kolek­cjo­ner­stwo czy biblio­fi­lia), chęt­nie wyko­nuje prace domowe (kiedy dzieci były małe, cheł­pił się, że pobił rekord w szyb­ko­ści zmie­nia­nia pie­lu­chy), umie obsłu­gi­wać pralkę dużo lepiej od Sary i to on zszywa i ceruje dziury całej rodziny. Ponadto wcho­dzi do kuchni tylko wtedy, gdy Sara mu na to pozwoli.

Oczy­wi­ście, gdyby Sara zapy­tała się w duchu, dla­czego Max cza­sami wydaje jej się typem męż­czy­zny, u boku któ­rego nie chcia­łaby się zesta­rzeć, rów­nież zna­la­złaby mnó­stwo odpo­wie­dzi. Z tą tylko róż­nicą, że udzie­li­łaby ich tylko sobie i z ogrom­nym poczu­ciem winy. Powie­dzia­łaby na przy­kład, że Max zesta­rzał się zbyt wcze­śnie. Nie dla­tego, że ma czter­dzie­ści dwa lata; on jest stary od jakichś dwu­dzie­stu lat, a to już jest poważ­niej­sza sprawa. Będąc z nim, nie da się zapla­no­wać wie­czor­nego wyj­ścia, ponie­waż jego poranne rytu­ały są dla niego świę­to­ścią i jeśli nie prze­śpi przy­naj­mniej ośmiu godzin, jest wykoń­czony. W cza­sach, kiedy Sara nie była jesz­cze tego świa­doma i dwa razy udało się jej wycią­gnąć go do teatru albo do fil­har­mo­nii, musiała ponieść tego kon­se­kwen­cje: Max zasnął zaraz po roz­po­czę­ciu przed­sta­wie­nia i kon­certu. Poza tym jej mąż cierpi na z pozoru nie­szko­dliwą spo­łecz­nie przy­pa­dłość, czę­sto przy­pi­sy­waną natu­rze geniu­sza, ale dość męczącą dla współ­mał­żonka: z iry­tu­jącą łatwo­ścią się roz­pra­sza. W rze­czy­wi­sto­ści tak daleko odpływa myślami, że cza­sami bar­dzo trudno ścią­gnąć go do rze­czy­wi­sto­ści, w któ­rej toczy się praw­dziwe życie. Max wycho­dzi na chwilę ze swo­jego świata, żeby zjeść kola­cję, a potem wraca do tej swo­jej rów­no­le­głej rze­czy­wi­sto­ści, w któ­rej oczy­wi­ście pro­wa­dzi wykłady, prze­ma­wia i czyta w swoim fotelu książki. Pozo­staje jesz­cze kwe­stia seksu. To oczy­wi­ste, że w życiu na któ­rymś miej­scu jest seks. Na pierw­szym czy czter­na­stym, to już indy­wi­du­alna sprawa. Sara nie może powie­dzieć, że pod tym wzglę­dem Maks ją roz­cza­ro­wuje. Co do zasady nie powinna się skar­żyć. Cho­ciaż dia­beł tkwi w szcze­gó­łach. Na przy­kład ostat­nio Max uparł się, żeby się bzy­kali w skar­pet­kach, twier­dząc, że mar­zną mu stopy. Nie goli się przez cały week­end, a w nie­dzielę wie­czo­rem zbiera mu się na amory. Kiedy Sara sta­wia mu ulti­ma­tum, że albo się ogoli, albo nic z tego, Max wybiera drugą opcję, dając żonie do zro­zu­mie­nia, że woli wyglą­dać jak lump niż się z nią kochać. I tak mogłaby mno­żyć przy­kłady, gdyby roz­my­śla­nia na ten temat nie były tak nużące.

Sara zdaje sobie sprawę, że za każ­dym razem kiedy robi wewnętrzny rema­nent - jest zbyt młoda na życiowe pod­su­mo­wa­nia - w rze­czy­wi­sto­ści nie ma powo­dów, żeby nudzić się ze swoim mężem. Może to tylko jej kaprysy, jak obecna moda na cze­ko­ladki z dziw­nym nadzie­niem: cebu­lo­wym czy kieł­ba­sia­nym. I kto to mówi? W jej cukierni jedno z okien wysta­wo­wych wypeł­niają pro­dukty firmy Oriola Pairota (nawet posta­wiła jego zdję­cie) i oczy­wi­ście naj­le­piej sprze­daje się sławna bom­bo­nierka "Troje przy­ja­ciół tak od sie­bie róż­nych". Imbir, chili i lawenda, takie zesta­wie­nie mogło przyjść do głowy tylko genial­nemu Orio­lowi.

Sara jest prze­ko­nana, że za nie­po­wo­dze­nia z Maxem winę ponosi ona i tylko ona. Wie rów­nież, że jej mąż jest nie­winną istotą od dnia, w któ­rym go poznała, że nie jest w sta­nie w żaden spo­sób jej zde­ner­wo­wać, a tym bar­dziej skrzyw­dzić, nie mówiąc już o tym, że nie potra­fiłby nawet sobie wyobra­zić wąt­pli­wo­ści i pod­ło­ści, z któ­rymi cza­sami zmaga się jego żona.

Bie­dak, osłu­piałby, gdyby o nich wie­dział.

W kwe­stii przy­glą­da­nia się jej jak tuman też nic się nie zmie­niło. Max wciąż pożera Sarę wzro­kiem tak samo jak tej pierw­szej kwiet­nio­wej nocy, którą można uznać za począ­tek ich wspól­nej histo­rii. A nawet wcze­śniej, ponie­waż jego spoj­rze­nie dener­wo­wało Sarę przez cały kurs cze­ko­lad­ni­czy, na któ­rym się poznali.

- Witam wszyst­kich - powie­dział uro­czy­ście pierw­szego dnia Ortega. - Mam na imię Jesús, jestem cze­ko­lad­ni­kiem i przez kolejne trzy tygo­dnie posta­ram się, żeby pań­stwo rów­nież nimi zostali. Zacznę od uświa­do­mie­nia pań­stwu, co to ozna­cza w mie­ście o tak dłu­giej tra­dy­cji cze­ko­lad­nic­twa, jakim jest Bar­ce­lona. Praw­do­po­dob­nie wielu z was nie wie, że miesz­ka­cie w miej­scu, gdzie cze­ko­lada po raz pierw­szy stała się wytwor­nym napo­jem dla ary­sto­kra­cji. To zasługa bar­ce­loń­skiego cukier­nika o nazwi­sku Fer­nan­des, który odwa­żył się stwo­rzyć urzą­dze­nie do szyb­szego prze­twa­rza­nia kakao. Rów­nież z bar­ce­loń­skiego portu odpły­wały statki sław­nych dzie­więt­na­sto­wiecz­nych fabryk cze­ko­lady nale­żą­cych do rodzin Ama­tl­ler, Jun­cosa czy Coll... które two­rząc cze­ko­lad­ni­czą tra­dy­cję, przy oka­zji doro­biły się wiel­kich for­tun. To w Bar­ce­lo­nie wiel­ka­nocne cia­sta monas zaczęto przy­ozda­biać cze­ko­la­do­wymi rzeź­bami i Joan Giner - mistrz nad mistrzami - wyniósł je do rangi sztuki; zro­bione przez niego figury poka­zy­wano w oknach wysta­wo­wych cukierni Mora ku zachwy­towi wielu ludzi z mojego poko­le­nia. Oczy­wi­ście, wspo­mi­na­jąc o wysta­wach skle­po­wych, nie możemy zapo­mi­nać o bli­skim przy­ja­cielu Ginera, Anto­nim Escriba, któ­rego nazy­wano Mozar­tem cze­ko­lady ze względu na jego nie­ogra­ni­czoną kre­atyw­ność. Krótko mówiąc, Bar­ce­lona zasłu­żyła, żeby zna­leźć się na mapie świa­to­wego prze­my­słu cze­ko­lad­ni­czego i muszą pań­stwo o tym wie­dzieć, jeśli chcą pań­stwo dodać swoje nazwi­ska do tych, o któ­rych przed chwilą wspo­mnia­łem. A teraz zabierzmy się do pracy! Zaczniemy od przed­sta­wie­nia się, żeby­śmy mogli się bli­żej poznać...

To było bar­dzo eks­cy­tu­jące, ale za każ­dym razem kiedy Sara uno­siła wzrok znad blatu, napo­ty­kała wbite w sie­bie błę­kitne źre­nice Maxa. Widać było w nich nagłe, nie­mal nie­zau­wa­żalne zasko­cze­nie - jak u wystra­szo­nego ptaka. Max ucie­kał wzro­kiem w inną stronę, uda­jąc, że na nią nie patrzy, ale zdra­dzały go natych­miast pokry­wa­jące się pur­purą policzki. Ta jego nie­po­rad­ność i poczci­wość były uro­cze. Od razu było widać, że zako­chał się w niej od pierw­szego wej­rze­nia. Cza­sami wpa­dał w tak głę­bo­kie zamy­śle­nie, że Ortega musiał zwra­cać mu uwagę: "Może skupi się pan tro­chę, panie Frey, bo to, co pan robi, na razie bar­dziej przy­po­mina owsiankę niż cze­ko­la­dową masę". Uczeń zwie­szał głowę, dmuch­nię­ciem odsu­wał z czoła kosmyk grzywki, który zawsze wysu­wał mu się spod czapki kuchar­skiej, i przez kilka minut wbi­jał wzrok w cze­ko­la­dową masę, która nie chciała zgęst­nieć.

Sarze schle­biało zain­te­re­so­wa­nie Maxa. Jego ukrad­kowe spoj­rze­nia pod­sy­cały jej nie­zno­śną zaro­zu­mia­łość nie­doj­rza­łej kobiety, ale Sara była jesz­cze zbyt młoda, żeby doce­niać wpływ innych ludzi na swoje samo­po­czu­cie. Poza tym w grę wcho­dził też podziw, jaki wzbu­dzała na płasz­czyź­nie zawo­do­wej, ponie­waż była zde­cy­do­wa­nie naj­lep­sza pod wzglę­dem tech­niki i inni ucznio­wie z otwar­tymi ustami obser­wo­wali jej zdol­no­ści manu­alne. Sara to baga­te­li­zo­wała, tłu­ma­cząc, że talent ma w genach, ponie­waż wycho­wy­wała się w cukierni i widziała, jak jej ojciec robi tur­rony, cia­sta, wiel­ka­nocne monas i inne cukier­ni­cze cuda, zanim jesz­cze się­gała głową ponad stół. Cukier­nic­two miała we krwi i uwa­żała, że to jej naj­więk­szy skarb. Kole­dzy z kursu w mil­cze­niu kiwali gło­wami.

Przez trzy tygo­dnie trwa­nia kursu Max nie spusz­czał z Sary oka nawet na chwilę, a jego głu­pia mina zaczy­nała ją iry­to­wać. Nie znie­na­wi­dziła go, cza­sem się do niego ode­zwała czy spoj­rzała tylko z powo­dów, które można nazwać stra­te­gicz­nymi.

Na kur­sie Sara nauczyła się mnó­stwa rze­czy: jak przy­go­to­wać z bia­łej cze­ko­lady cia­sto, które nie roz­pad­nie się w podróży; jakich tem­pe­ra­tur uni­kać w fazie kon­szo­wa­nia; że woli tra­dy­cyjne recep­tury od nowo­cze­snych tren­dów oraz - przede wszyst­kim - dla­czego jesz­cze przed zakoń­cze­niem kursu chciała prze­spać się z Orio­lem Pairo­tem, który był naj­lep­szym przy­ja­cie­lem Maxa i naj­bar­dziej eks­cen­trycz­nym uczniem.

To ostat­nie, nie­aka­de­mic­kie zagad­nie­nie było jej naj­więk­szym pro­ble­mem. Potra­fi­łaby w dzie­się­ciu (albo wię­cej) punk­tach udo­wod­nić wyż­szość kla­sycz­nego cukier­nic­twa nad nowymi egzo­tycz­nymi skład­ni­kami, które do wszyst­kiego dorzu­cano, ale nie była w sta­nie połą­czyć ze sobą kilku logicz­nych myśli, które pozwo­li­łyby jej zro­zu­mieć, dla­czego, mając na każde zawo­ła­nie uro­czego Maxa Freya, tak bar­dzo pra­gnęła jego zaro­zu­mia­łego przy­ja­ciela. Być może wszystko spro­wa­dzało się do jed­nego: nie­od­par­tego pociągu do cze­goś, co było poza jej zasię­giem. Pod­czas gdy Ortega prze­cha­dzał się wokół stołu, spraw­dza­jąc, jak im idzie ćwi­cze­nie, Sara ukrad­kiem obser­wo­wała znad wyra­bia­nej masy cze­ko­la­do­wej dziw­nego Oriola Pairota - wyda­wał jej się brzyd­kim kacząt­kiem, które ukryło się w sta­dzie kur­cząt.

Tam­ten Oriol Pairot - praw­do­po­dob­nie dużo bar­dziej auten­tyczny od dzi­siej­szego - spra­wiał wra­że­nie zadu­fa­nego w sobie i obo­jęt­nego na wszystko, co się wokół niego dzieje. Po wypro­wadzce od rodzi­ców pró­bo­wał jakoś wią­zać koniec z koń­cem, pra­cu­jąc jako kel­ner czy kurier. Udało mu się zapła­cić cze­sne za kurs tech­nik cukier­ni­czych, ale wie­dział, że kolejne stop­nie roz­woju w branży będzie musiał ogra­ni­czyć do samo­kształ­ce­nia z braku pie­nię­dzy. Miesz­kał nie­da­leko dworca Sants, może u jakie­goś krew­nego albo zna­jo­mego, o któ­rym ni­gdy nie wspo­mi­nał. W nocy spał naj­wy­żej cztery czy pięć godzin, dla­tego rano zawsze miał okrop­nie pod­krą­żone oczy. Sara ni­gdy nie zapo­mni jego lako­nicz­nej pre­zen­ta­cji pierw­szego dnia:

- Cześć, nazy­wam się Pairot, pocho­dzę z Reus, ale od dwóch mie­sięcy miesz­kam w Bar­ce­lo­nie. Chcę zostać cze­ko­lad­ni­kiem, ale innym.

Pozo­stali ucznio­wie patrzyli na niego, cze­ka­jąc, aż coś doda, ale Oriol wbił wzrok w pod­łogę.

- Czy mógł­byś nam wytłu­ma­czyć, co dla cie­bie ozna­cza "inny"? - zapy­tał Ortega.

- Po pro­stu nie chcę być taki jak inni.

- Pod jakim wzglę­dem?

- Pod każ­dym.

- Skąd się u cie­bie wzięło upodo­ba­nie do cze­ko­lady?

- To rodzinne.

- Aha. - Ortega w końcu zna­lazł punkt zacze­pie­nia, a przy­naj­mniej tak mu się wyda­wało. - Twoi rodzice mają cukier­nię? Może mógł­byś nam o tym tro­chę opo­wie­dzieć?

Oriol zaczął się nie­spo­koj­nie wier­cić na stołku.

- Cóż... Sądzi­łem, że mam mówić o sobie.

Ortega był dobrym nauczy­cie­lem, a poza tym dobrym czło­wie­kiem. Prze­szedł do następ­nego kur­santa, któ­rym był Max.

- Nazy­wam się Max Frey i mam dzie­więt­na­ście lat. Pocho­dzę z Illi­nois w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, ale kiedy byłem dziec­kiem, moi rodzice prze­pro­wa­dzili się do Nowego Jorku i dla­tego tak naprawdę czuję się nowo­jor­czy­kiem. Miesz­kam w Bar­ce­lo­nie od dwóch lat i stu­diuję na trze­cim roku na wydziale che­mii. Współ­pra­cuję też z zespo­łem pro­wa­dzą­cym bada­nia nad krysz­ta­łami mole­ku­lar­nymi na wydziale kry­sta­lo­gra­fii, mine­ra­lo­gii i złóż kopal­nia­nych oraz z uni­wer­sy­te­tem w Japo­nii o bar­dzo dłu­giej nazwie, ale nie chcę was tym zanu­dzać. Zasta­na­wia­cie się pew­nie, co robię na kur­sie cze­ko­lad­nic­twa. Ja też się nad tym zasta­na­wiam, zwłasz­cza że nie mam zdol­no­ści manu­al­nych i wąt­pię, żebym mógł to zmie­nić. Piszę jed­nak pracę magi­ster­ską na temat zacho­wań nie­któ­rych lipi­dów, w szcze­gól­no­ści masła kaka­owego, w róż­nych warun­kach i o spo­so­bach, dzięki któ­rym mogą zacho­wy­wać się, powiedzmy, ide­al­nie. Co w tym wypadku byłoby rów­no­znaczne ze stwo­rze­niem ide­al­nej cze­ko­lady. Krótko mówiąc, jestem sza­lo­nym naukow­cem poszu­ku­ją­cym praw­dzi­wego cze­ko­la­do­wego doświad­cze­nia. Jeśli dobrze pój­dzie, obrona mojej pracy odbę­dzie się za osiem mie­sięcy, i jeśli macie ochotę, czuj­cie się wszy­scy zapro­szeni. Prze­pra­szam, że się roz­ga­da­łem, ale wciąż nie mówię płyn­nie waszym języ­kiem, więc wczo­raj napi­sa­łem sobie to prze­mó­wie­nie i wyku­łem je na pamięć. Mam nadzieję, że was nie zanu­dzi­łem. Dzię­kuję za uwagę.

Prze­mowa Maxa wywo­łała spon­ta­niczne brawa, przez które oblał się rumień­cem.

- Masz dzie­więt­na­ście lat? - upew­nił się Ortega.

- Tak.

- Wiesz, że jesteś naj­młod­szym uczniem?

- Tak, przy­zwy­cza­iłem się do tego. - Max opu­ścił wzrok. - Stu­diuję o dwa lata wyżej, niż powi­nie­nem - odpo­wie­dział jakby zawsty­dzony. Naprawdę czuł ogromny wstyd za każ­dym razem, kiedy musiał opo­wia­dać o swo­ich stu­diach, ponie­waż prę­dzej czy póź­niej wycho­dziła na jaw jego wysoka inte­li­gen­cja. Pewien sławny psy­cho­log spe­cja­li­zu­jący się w dia­gno­zo­wa­niu nie­prze­cięt­nych zdol­no­ści zale­cił rodzi­com Maxa prze­pro­wadzkę do Nowego Jorku, co sta­no­wiło dla chło­paka począ­tek nowego życia, a jed­no­cze­śnie naj­więk­szego kosz­maru, jaki może prze­żyć dzie­wię­cio­la­tek, który nagle ląduje w kla­sie dla nie­prze­cięt­nie uta­len­to­wa­nych jede­na­sto­lat­ków. To był praw­dziwy hor­ror.

Tego dnia pod­czas zajęć z tech­nik cze­ko­lad­nic­twa Max nie musiał się za bar­dzo tłu­ma­czyć dzięki szó­stemu zmy­słowi Ortegi, który się wszyst­kiego domy­ślił.

Nade­szła kolej na Sarę.

- Nazy­wam się Sara Rovira, mam dwa­dzie­ścia jeden lat i koń­czę stu­dia na wydziale histo­rii. Stu­diuję histo­rię, ponie­waż lubię ogar­niać wszystko rozu­mem i uwa­żam, że jeśli czło­wiek nie wie nic o swo­jej prze­szło­ści, ni­gdy się nie dowie, kim naprawdę jest. Wszy­scy two­rzymy rosnącą górę prze­szło­ści. Ale chyba zeszłam z tematu. Chcia­łam przez to powie­dzieć, że stu­diuję histo­rię, ale od uro­dze­nia wiem, że kie­dyś przejmę rodzinny biz­nes. Firmę zało­żył mój dzia­dek w latach pięć­dzie­sią­tych, wciąż się roz­wija i ma wielu sta­łych klien­tów. Mój ojciec za dwa lata chce przejść na eme­ry­turę, a ponie­waż jestem jedy­naczką, wiem, co mnie czeka, i jestem z tego zado­wo­lona. Cie­szę się na myśl, że przejmę firmę i będę trze­cim poko­le­niem kon­ty­nu­ują­cym to war­to­ściowe rze­mio­sło. Zapi­sa­łam się na ten kurs, żeby nauczyć się nowych tech­nik, które przy­da­dzą mi się teraz i w przy­szło­ści. A także... - uśmiech­nęła się chy­trze, spo­glą­da­jąc na Oriola - dla­tego, że chcę się dowie­dzieć, co umie moja kon­ku­ren­cja.

- O to wła­śnie cho­dzi! - zawo­łał nauczy­ciel, nie łapiąc ostat­niej alu­zji i nie wyobra­ża­jąc sobie, że ucznio­wie mogliby na zaję­ciach flir­to­wać. - To bar­dzo ładne, co powie­dzia­łaś o teraź­niej­szo­ści i przy­szło­ści, Saro! Bar­dzo ładne!

Trudno zro­zu­mieć, dla­czego Max i Oriol zostali przy­ja­ciółmi, ponie­waż z pozoru byli od sie­bie zupeł­nie różni. A może wła­śnie praw­dziwa przy­jaźń nie opiera się - jak w innych rela­cjach - na wspól­nych cechach czy potrze­bie doszu­ki­wa­nia się ich, ale na tym, żeby umieć cie­szyć się z róż­nic. Wystar­czyło na nich spoj­rzeć, aby zro­zu­mieć, że zupeł­nie do sie­bie nie pasują. Oriol, o cha­rak­te­ry­stycz­nym dla niego wyglą­dzie hipisa-roc­kersa, zawsze ubie­rał się na czarno, cho­ciaż z pewną nutką ele­gan­cji, która nie pozwa­lała zaszu­flad­ko­wać go do żad­nej sub­kul­tury czy mody. Pairot był po pro­stu sobą. Wyróż­niał się też wzro­stem - mie­rzył metr dzie­więć­dzie­siąt - miał sze­ro­kie, lekko przy­gar­bione ramiona, co jest typowe u ludzi, któ­rzy przez całe życie na wszyst­kich muszą patrzeć z góry. Był dobrze zbu­do­wany i umię­śniony, miał szczu­płe dło­nie, jakby kości chciały prze­bić się przez skórę, a na szyi bar­dzo widoczne jabłko Adama, od któ­rego Sara nie mogła ode­rwać wzroku. Z jakie­goś dziw­nego powodu uwa­żała je za naj­bar­dziej sek­sowną część męskiej ana­to­mii i za każ­dym razem, kiedy Pairot prze­ły­kał przy niej ślinę, naj­chęt­niej obli­za­łaby jego grdykę i spró­bo­wała ugryźć tę pod­ska­ku­jącą chrząstkę.

Sara zawsze zazdro­ściła chło­pa­kom ich przy­jaźni. Męskie spo­tka­nia wyda­wały się jej cudow­nie pry­mi­tywne, tro­chę pijac­kie i pełne bra­ter­skiego poro­zu­mie­nia ocie­ra­ją­cego się o rela­cje ple­mienne, lek­ko­ści, bo męż­czyźni nie tracą czasu na auto­ana­lizy czy filo­zo­fo­wa­nie o życiu - jak to bywa na bab­skich spo­tka­niach - i wylew­no­ści. Zazdro­ściła im zwłasz­cza wyłącz­no­ści: na męskie spo­tka­nia, pod­czas któ­rych faceci chcą roz­ma­wiać o swo­ich spra­wach, kobiety nie są zapra­szane. Tak po pro­stu.

W pierw­szy pią­tek po zakoń­cze­niu zajęć, kiedy więk­szość uczniów opu­ściła w pośpie­chu salę, jakby się paliło, Ortega zauwa­żył, że z wyj­ściem ocią­gał się tylko dziwny ter­cet.

- Nie spie­szy się wam do domu?

Pairot, Sara i Max odpo­wie­dzieli bez entu­zja­zmu, że nie. Sły­sząc to, nauczy­ciel, który wkrótce miał przejść na eme­ry­turę, ale uwiel­biał swoją pracę i też ni­gdzie się nie spie­szył, rzu­cił pomysł, któ­rego nie ośmie­liłby się zapro­po­no­wać nikomu innemu:

- Chce­cie, żebym wam poka­zał kilka sztu­czek przy­dat­nych przy deko­ro­wa­niu?

Wszy­scy troje zgod­nie przy­tak­nęli, po czym zało­żyli far­tu­chy, ręka­wiczki i wyjęli swoje przy­bory, czu­jąc, że zostali wyróż­nieni. Ortega zamknął drzwi od wewnątrz, żeby stwo­rzyć intymny nastrój pasu­jący do tej nie­zwy­kłej lek­cji. To, co nastą­piło potem, było dla nich praw­dziwą nagrodą: przez godzinę i czter­dzie­ści pięć minut ten spe­cja­li­sta o ogrom­nym doświad­cze­niu hoj­nie dzie­lił się z nimi tajem­ni­cami swo­jego rze­mio­sła.

- Ucze­nie osób, które chłoną wie­dzę, jest przy­jem­no­ścią - stwier­dził na koniec wzru­szony, że mógł spę­dzić tro­chę czasu z mło­dymi ludźmi, co do któ­rych intu­icja pod­po­wia­dała mu, że daleko zajdą.

Oni rów­nież byli zbyt pod­eks­cy­to­wani, żeby tak po pro­stu rozejść się do domów.

- Idziemy na piwo? - zapro­po­no­wał Pairot, patrząc tylko na Maxa.

- Of course! - odpo­wie­dział Ame­ry­ka­nin i znik­nął w drzwiach toa­lety.

Pairot został sam z Sarą, któ­rej zro­biło się przy­kro, że nie została zapro­szona.

- Ja też lubię piwo - stwier­dziła.

- Prze­pra­szam, nie przy­pusz­cza­łem, że chcia­ła­byś pójść z nami.

- Mogę?

- Nie za bar­dzo. Max ma doła i potrze­buje się wyga­dać.

- Aha, a ty jesteś jego spo­wied­ni­kiem...

- Tak jakby. Potrze­buje męskiej rady.

- To zna­czy, że ma kło­poty, któ­rych kobiety nie zro­zu­mieją? - zapy­tała zaczep­nie.

- Nie. To zna­czy, że ma kło­poty z kobie­tami.

- Dla­tego musi­cie poroz­ma­wiać jak facet z face­tem.

- Wła­śnie.

Sara ni­gdy w życiu nie sły­szała nic bar­dziej fał­szy­wego, ale skoro Pairot sam zaczął tę nie­bez­pieczną grę w kłam­stwa, posta­no­wiła nie pozo­sta­wać w tyle.

- W takim razie nie masz się o co mar­twić. Pod tym wzglę­dem jestem jak facet.

Oriol otwo­rzył sze­roko oczy ze zdzi­wie­nia. Sara napa­wała się tą chwilą, jakby jadła prze­pyszny wła­sno­ręcz­nie przy­go­to­wany petit four. Nie codzien­nie można było zro­bić wra­że­nie na naj­więk­szym dzi­waku w gru­pie.

- Co dokład­nie chcesz przez to powie­dzieć?

- Że lubię dziew­czyny.

Stwier­dziła to tak po pro­stu, nie myśląc o kon­se­kwen­cjach: Pairot nie znał żad­nej les­bijki i nagle cie­ka­wość wzięła górę nad tą ważną sprawą, którą on i Max mieli obga­dać jak facet z face­tem.

- Ni­gdy nie roz­ma­wia­łem o cyc­kach z żadną kobietą! - powie­dział z ogłu­piałą miną.

- W takim razie na twoim miej­scu nie prze­pu­ści­ła­bym takiej oka­zji.

Kiedy Max wró­cił z toa­lety, poszli we trójkę na piwo. Głów­nym tema­tem ich roz­mowy były les­bijki.

Tego wie­czora ich przy­jaźń nabrała ofi­cjal­nego kształtu trój­kąta. Trudno okre­ślić, czy był to trój­kąt rów­no­boczny, ale z per­spek­tywy czasu można z całą pew­no­ścią stwier­dzić, że jego pod­stawę sta­no­wiły dwa kłam­stwa.

Ran­kiem w dniu, w któ­rym Pairot ma przyjść na kola­cję, tylko Max odpra­wia swoje codzienne rytu­ały. Sara jest w złym nastroju. Zaraz po prze­bu­dze­niu łyka dwie nie­bie­skie pastylki na ból głowy i do wpół do dzie­wią­tej wyle­guje się w łóżku. Dzwoni do cukierni i prosi kie­row­niczkę, żeby się wszyst­kim zajęła, ponie­waż ona musi napi­sać arty­kuł i nie zej­dzie przed połu­dniem. Uspra­wie­dli­wie­nie jest praw­dziwe, cho­ciaż nie byłoby, gdyby mogła się sku­pić. W cza­so­pi­śmie mają do niej świętą cier­pli­wość i ni­gdy jej nie poga­niają. Mimo że oddaje arty­kuły z kil­ku­ty­go­dnio­wym opóź­nie­niem, natych­miast je publi­kują i płacą na czas. Należy to doce­nić w cza­sach kry­zysu na rynku prasy.

Sara nie lubi być nie­obecna w cukierni przez cały dzień, ponie­waż ma wra­że­nie - mie­sza­ninę odpo­wie­dzial­no­ści i próż­no­ści - że wszystko naj­le­piej zrobi sama. Jej cukier­nicy są doświad­czeni, pra­cują razem od lat i dosko­nale znają jej styl oraz upodo­ba­nia, ale z nie­zna­nego jej powodu bra­kuje im sub­tel­no­ści, odro­biny wyczu­cia, któ­rego nie­stety nie jest w sta­nie ich nauczyć. Przez dzie­więt­na­ście lat pro­wa­dze­nia firmy może poli­czyć na pla­cach jed­nej ręki dni, w któ­rych nie było jej w pracy. Nie­obec­ność Sary zawsze powo­do­wała jakaś siła wyż­sza, na przy­kład musiała poje­chać do szpi­tala, żeby uro­dzić jedno z dzieci.

Ten dzień rów­nież zali­cza do tych przy­pad­ków.

Przez dwie godziny Sara robi tysiąc mało waż­nych rze­czy: maluje paznok­cie u stóp ciem­no­fio­le­to­wym lakie­rem, który kupiła pod­czas ostat­niej podróży do Andory (na bute­leczce napi­sane jest "kolor Domi­na­trix") i któ­rego jesz­cze ni­gdy nie użyła; porząd­kuje szu­fladę ze sztuć­cami; wypija trzy fili­żanki kawy - ostat­nią popi­ja­jąc kolejną nie­bie­ską tabletkę na ból głowy, który nie ustę­puje - i myśli, że znów uza­leż­niła się od kode­iny. W końcu uznaje, że nade­szła pora, żeby zro­bić coś poży­tecz­nego, i zaczyna kom­po­no­wać menu kola­cji. Pairot ma aler­gię na owoce morza, co tro­chę kom­pli­kuje sprawę. Na szczę­ście jest środa i jej pra­cow­nicy nie mają dużo pracy, więc nie opóź­nia­jąc zamó­wień, poprosi, żeby przy­go­to­wali dla niej coś spe­cjal­nego. Dobrym wybo­rem będzie libań­skie tab­bo­uleh4, a na dru­gie danie jakaś mor­ska ryba. Sola w sosie tru­flo­wym brzmi dobrze, ale bar­dziej ory­gi­nalna będzie żab­nica w tru­skaw­kach, która jej kucha­rzowi wycho­dzi prze­pysz­nie. Może Max wolałby zaser­wo­wać Orio­lowi zimne sałatki, a potem jakiś smaczny deser? Trudno zro­bić wra­że­nie ory­gi­nal­nym pomy­słem na czło­wieku, który wymy­ślił - i sprze­dał za wiel­kie pie­nią­dze - cze­ko­la­dowe cia­sto, które się wącha, zamiast jeść, ale jeśli mówimy o tra­dy­cyj­nym cukier­nic­twie, Oriol nie ma nic do powie­dze­nia; w tej dzie­dzi­nie Sara gra pierw­sze skrzypce. Pla­no­wała podać najbar­dziej wyra­fi­no­waną spe­cjal­ność firmy, catanies glaçades5, ale teraz wydaje się jej, że to za mało, i posta­na­wia dodać gorz­kie ciemne tru­fle, które poda z lek­kim angiel­skim kre­mem i mar­mo­ladą mali­nową. Angiel­ski krem przy­go­tują pra­cow­nicy, ale tru­flami zaj­mie się sama i zamie­rza poświę­cić im uwagę, na którą zasłu­guje oka­zja. Poiro­towi opad­nie szczęka, a mąż będzie miał dobry powód, żeby być z niej dumny.

Sara zasta­na­wia się, czy Maxowi menu przy­pad­nie do gustu, kiedy roz­lega się dzwo­nek tele­fonu. To wła­śnie mąż - pyta ją, czy już się zasta­na­wiała, co zje­dzą wie­czo­rem, i czy on ma się czymś zająć. Dopy­tuje się też, czy mają zjeść na tara­sie czy w jadalni - on jak zwy­kle wolałby na powie­trzu - i czy spraw­dziła pro­gnozę pogody. Sarę nie­po­koi, że ich myśli są tak ide­al­nie sko­or­dy­no­wane, jakby ich mózgi łączyły się ze sobą przez Blu­eto­oth. Pew­nie po tylu latach wspól­nego życia nastę­puje syn­chro­ni­za­cja synaps ner­wo­wych mał­żon­ków i zaczy­nają zacho­wy­wać się jak bliź­niaki. Nie­uchron­ność tego zja­wi­ska jest przy­gnę­bia­jąca.

- Nakryję wam stół na zewnątrz - odpo­wiada - i zosta­wię wszystko gotowe. Będziesz musiał tylko zdjąć ser­wetki z tac i nało­żyć por­cje na tale­rze. Ach, i pamię­taj, żeby wyjąć deser z lodówki kwa­drans przed poda­niem. Dla uła­twie­nia włożę go w pucharki. Według pro­gnozy pogody nie będzie padało. Chyba o niczym nie zapo­mnia­łam.

- Wspa­niale! - woła Max po dru­giej stro­nie linii. - Dzię­kuję, że o wszyst­kim pomy­śla­łaś, kocha­nie. Będzie nam cie­bie bra­ko­wało.

Roz­łą­czają się w tym samym momen­cie.

Sara nie wątpi w szcze­rość ostat­niego zda­nia, uważa jed­nak, że bez niej kola­cja będzie praw­dzi­wym spo­tka­niem dwóch sta­rych przy­ja­ciół po latach. Jej obec­ność tylko zagę­ści­łaby atmos­ferę. I w tym momen­cie - cho­ciaż przy­rze­kła sobie, że wię­cej tego nie zrobi - ponow­nie patrzy na wyświe­tlacz tele­fonu komór­ko­wego, spraw­dza­jąc, czy przy­pad­kiem nie przy­szła wia­do­mość od Oriola. Naj­gor­sze, że jest pewna - od początku o tym wie­działa! - że nie przy­szła i nie przyj­dzie.

Do przy­go­to­wa­nia tru­fli Sara użyje 99-pro­cen­to­wej cze­ko­lady. Moc­nej i gorz­kiej, z oso­bo­wo­ścią, szkoda poda­wać ją zwy­kłemu gościowi. Infor­muje przez tele­fon kie­row­niczkę, że zmie­niła plany, i prosi o przy­go­to­wa­nie w cukierni czy­stego blatu oraz wszyst­kich skład­ni­ków na pięt­na­stą, bo zamie­rza zro­bić tru­fle, wyko­rzy­stu­jąc resztkę gorz­kiej cze­ko­lady, któ­rej nie użyli do zamó­wień.

Wcze­snym popo­łu­dniem sku­pia się na robie­niu tru­fli. Pra­cuje inten­syw­nie. Udają jej się wyśmie­ni­cie, dokład­nie tak, jak chciała. Potem zanosi je do miesz­ka­nia, nakrywa stół i odbiera od dostawcy ze sklepu solę oraz sałatkę z kieł­kami orki­szu, którą wybrała w ostat­niej chwili. Deko­ruje stół dwiema pach­ną­cymi świe­cami, ale po chwili stwier­dza, że nie pasują, więc je zabiera. W ich miej­sce sta­wia koszyk z róż­nymi rodza­jami pie­czywa - nawet o smaku papry­ko­wym - i przy­krywa go śnież­no­białą lnianą ser­wetką. Ostatni raz z zado­wo­le­niem ogar­nia wzro­kiem stół, obrus, poduszki na krze­słach oraz mar­kizę osła­nia­jącą taras przed wzro­kiem sąsia­dów i nada­jącą miej­scu bar­dziej pry­watny cha­rak­ter. Nagle wpada na pomysł, żeby w jadalni zmie­nić jeden szcze­gół.

Z oszklo­nej szafki wyj­muje dzba­nek do cze­ko­lady z bia­łej por­ce­lany. Naczy­nie ma kształt gruszki i mie­rzy około dwu­dzie­stu cen­ty­me­trów. Widać, że upływ czasu go nie oszczę­dził: bra­kuje przy­krywki i drew­nia­nego mie­sza­dełka. Na spo­dzie wid­nieje nie­bie­ski napis zło­żony ze sta­ro­świec­kich, lekko pochy­łych liter: "Je suis a madame Adéla?de de France". Czy­ta­jąc go po raz enty, Sara przy­po­mina sobie, że powinna kon­ty­nu­ować swoje śledz­two, czy jak­kol­wiek ina­czej nazwa­łaby roz­po­częte przed laty poszu­ki­wa­nia infor­ma­cji o tej kobie­cie. W tym momen­cie nie ma nawet poję­cia, gdzie scho­wała stosy nota­tek, ale posta­na­wia je odszu­kać, kiedy tylko znaj­dzie wolną chwilę, i w jakiś spo­sób je wyko­rzy­stać. Prze­cież madame Ade­lajda i ona są czę­ścią tej samej histo­rii, a ich losy połą­czył ten piękny i deli­katny przed­miot, który na szczę­ście tra­fił do jej rąk. Sara głasz­cze naczy­nie jak zwie­rzątko, z żalem wyczu­wa­jąc szorst­kość wyszczer­bio­nego dzióbka. To zabawne, jak rze­czy stają się czę­ścią naszego życia, zupeł­nie jak żywe istoty.

Odkąd została wła­ści­cielką dzbanka do cze­ko­lady, użyła go tylko raz - w towa­rzy­stwie Oriola i Maxa. W ten spo­sób odkryli, że ma pojem­ność tylko trzech małych fili­ża­nek. Trzy to dziwna liczba, dla­tego Sara od początku uznała, że nie­przy­pad­kowo naczy­nie tra­fiło w jej ręce. W tam­tych cza­sach uwa­żała, że nic nie dzieje się przy­pad­kiem, teraz wydaje się jej to rów­nie naiwne, co nie­wia­ry­godne. Dzba­nek do cze­ko­lady jest tro­chę zaku­rzony. Sara wkłada go do zlewu w kuchni i bar­dzo powoli myje wodą z pły­nem, jakby kąpała nie­mowlę. Następ­nie wyciera go papie­ro­wym ręcz­ni­kiem i sta­wia na stole w jadalni, w miej­scu widocz­nym dla każ­dego, kto będzie tam­tędy prze­cho­dził. Chce, żeby widok por­ce­la­no­wego naczy­nia będą­cego ele­men­tem ich wspól­nej prze­szło­ści utkwił mu w oku jak zapach moc­nych per­fum, któ­rego nie można się pozbyć, cho­ciaż bar­dzo się tego pra­gnie. Sara jest prze­ko­nana, że Oriol przy­po­mni je sobie, kiedy tylko je zoba­czy, a potem jego wspo­mnie­nia zapro­wa­dzą go do miej­sca, do któ­rego Sara chce, żeby dotarł, i któ­rego nie opu­ściłby ni­gdy, jeśli tylko mogłaby o tym zde­cy­do­wać.

Po przy­go­to­wa­niu deko­ra­cji Sara ubiera się ele­gancko, jakby naprawdę wycho­dziła na spo­tka­nie. Sta­ran­nie się maluje i cze­sze. Prze­wie­sza przez ramię torebkę i wycho­dzi z miesz­ka­nia zale­d­wie dzie­sięć minut po przyj­ściu Maxa, który przy­niósł wino - jak zawsze butelkę bia­łego i czer­wo­nego. Mąż poca­ło­wał ją w czoło na poże­gna­nie i życzył miłego wie­czoru.

Wycho­dząc na ulicę, Sara ukrad­kiem wyciąga klu­cze. Nie sądzi, żeby Max obser­wo­wał ją z tarasu - ni­gdy tego nie robi - ale upew­nia się na wszelki wypa­dek. Nie ma nie­bez­pie­czeń­stwa. Wcho­dzi do bramy budynku obok i znika w ciem­no­ściach klatki scho­do­wej. Czuje się jak zło­dziejka albo zdra­dzany mąż, który chce się dowie­dzieć o żonie prawdy. Po omacku wkłada klu­cze do zamka. Oddy­cha z ulgą, prze­kra­cza­jąc próg miesz­ka­nia, ale nie zapala świa­tła. Wcho­dzi na pię­tro, otwiera drzwi tarasu i zabez­pie­cza je, żeby się nie zasu­nęły z trza­skiem. Następ­nie roz­gląda się za krze­słem i znaj­duje odpo­wied­nie w kącie sypialni Raquel. Wynosi je na taras, sta­wia dokład­nie przed jedną z dziur w sztucz­nym żywo­pło­cie i pró­buje przez nią zaj­rzeć na drugą stronę. Prze­ko­nuje się z pod­nie­ce­niem, że punkt obser­wa­cyjny jest ide­alny.

Patrzy, jak Max zagląda pod ser­wetki na pół­mi­skach, krad­nie sar­delę ozda­bia­jącą sałatkę, zado­wo­lony przy­gląda się nakry­temu sto­łowi i zerka na zega­rek. Mijają dwie minuty. Na dźwięk dzwonka do drzwi - punk­tu­al­ność Pairota ni­gdy nie paso­wała do jego oso­bo­wo­ści - Sarze serce zamiera w piersi. Max znika ze sceny, żeby otwo­rzyć. Sara przy­go­to­wuje się na tę chwilę, która ma zaraz nastą­pić.

"Jak to jest znów zoba­czyć kogoś, o kim nie prze­stało się myśleć ani przez chwilę przez ostat­nie dzie­więć lat?"

Na szczę­ście albo nieszczę­ście za chwilę się o tym prze­kona.

Za zdrowie madame Adelajdy z Francji

Za zdro­wie madame Ade­lajdy z Fran­cji

Wieczór, który upły­nął im na piciu piwa i snu­ciu abs­trak­cyj­nych les­bij­skich domy­słów, był ofi­cjal­nym począt­kiem ich przy­jaźni. Należy jed­nak wyja­śnić, że pomimo wszyst­kiego, co się póź­niej wyda­rzyło, nic nie zdo­łało jej znisz­czyć; więź łącząca troje przy­ja­ciół była odporna na dzia­ła­nie bomby ato­mo­wej.

Pierw­sze piwo wypili w baskij­skim barze z tapas przy ulicy Mont­cada. Ponie­waż nie była jesz­cze pora kola­cji - nawet dla cudzo­ziem­ców - lokal świe­cił pust­kami, więc roz­sie­dli się wygod­nie przy jed­nym ze sto­li­ków. Wznie­śli toast za coś bli­żej nie­okre­ślo­nego i prze­gryźli kil­koma krom­kami chleba z pastą kra­bową, albo czymś podob­nie różo­wym i tłu­stym. Popi­jali powoli piwo, przy­glą­da­jąc się sobie znad piany wyle­wa­ją­cej się ze szkla­nek. Po dru­giej kolejce nie­śmiały Max, który z daleka wyglą­dał na pra­wiczka, tro­chę się roz­luź­nił. Patrzył na Sarę jesz­cze bar­dziej maśla­nymi oczami niż pod­czas zajęć, a ona zer­kała na Oriola, jakby chciała powie­dzieć: "Spójrz, jak bar­dzo inte­re­suję two­jego kum­pla".

W następ­nym barze roz­mowa jesz­cze krę­ciła się wokół kursu i pozo­sta­łych uczniów, któ­rymi wszy­scy troje jak jeden mąż gar­dzili z cha­rak­te­ry­styczną dla dwu­dzie­sto­lat­ków wyż­szo­ścią. Wresz­cie zaczęli opo­wia­dać o sobie. Max wspo­mniał o swo­ich rodzi­cach, nowo­cze­snych far­me­rach z Illi­nois, wła­ści­cie­lach ogrom­nych plan­ta­cji soi, prze­twórni i sklepu spe­cja­li­zu­ją­cego się w pro­duk­tach sojo­wych w cen­trum Chi­cago. Byli tak bar­dzo zako­chani w Sta­rym Kon­ty­nen­cie, że tęsk­notę za synem rekom­pen­so­wali, chwa­ląc się wszyst­kim zna­jo­mym, że mieszka teraz w Euro­pie. Dzwo­nili do niego co sobotę i regu­lar­nie prze­sy­łali mu pokaźną sumę, którą Max oszczę­dzał z myślą o swo­jej przy­szło­ści, ponie­waż nie podzie­lał panu­ją­cej w rodzi­nie opi­nii, że aby być szczę­śli­wym, trzeba pie­nią­dze wyda­wać gar­ściami. Opo­wia­dał o rodzi­cach z mie­sza­niną sza­cunku i podziwu. Bar­dzo mu zale­żało, żeby mogli czuć się z niego dumni, dla­tego nawet nie przy­szło mu do głowy zacho­wy­wać się nie­od­po­wie­dzial­nie, i wciąż był wzo­ro­wym synem. Mówiąc to, spo­glą­dał ukrad­kiem na Sarę i spraw­dzał, czy się prze­ko­nała do grzecz­nego chłopca, a może chciał sam sie­bie utwier­dzić, że wła­śnie taki jest.

Naj­więk­szym pro­ble­mem Maxa było to, że z jed­nej strony naj­chęt­niej stałby się złym, zbun­to­wa­nym face­tem, a z dru­giej był prze­ra­żony wszyst­kim, co musiałby w tym celu zro­bić. Zmu­szony był zaak­cep­to­wać brak spój­no­ści w swoim postę­po­wa­niu. Na przy­kład nie był w sta­nie ode­rwać wzroku od piersi Sary, cho­ciaż nie ruszył pal­cem, żeby obej­rzeć je z bli­ska. Tyle nie­po­trzeb­nie wypo­wie­dzia­nych słów, by udo­wod­nić, że jest grzecz­nym chłop­cem, kiedy w rze­czy­wi­sto­ści myślał tylko o tym, żeby dotknąć jej biu­stu.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki