Czekolada - Joanne Harris

Reflow text when sidebars are open.
Z recenzji Czekolady:
"Uzależniająca (...). Powieść jak czekoladowy suflet z przyjemnie gorzkim posmakiem".
"The Times"
"Niezwykła wciągająca baśń".
"The Guardian"
"Porwą cię wspaniałe opisy i fabuła, a całe mnóstwo barw, smaków i zapachów pobudzi twoje zmysły".
"Observer"
"Czy to najlepsza książka, jaka kiedykolwiek powstała? Naprawdę znakomita (...). Harris należy się uznanie nie tylko za samą historię, wnikliwość, humor i wspaniały obraz małomiasteczkowego życia na francuskiej prowincji, ale także za styl".
"Literary Review"
"Czekolada Joanne Harris to coś więcej niż tylko rozkoszna przyjemność - to głęboka powieść o marzeniach, wierze i moralności ziemskich przyjemności".
"She"
"Opis festiwalu czekolady autorstwa Harris jest zarazem opisem samej powieści: "Zdumiewające bogactwo... Spróbuj mnie. Sprawdź mnie. Skosztuj mnie". Niewielu czytelników będzie w stanie się temu oprzeć".
"New York Times"
"Pięknie napisana, zmysłowa i nieprzyzwoicie smakowita... Poetycka, czarująca i ekscentryczna".
"The Mirror"
"Proza tak smakowita, jak zamieszczone w niej nazwy apetycznych przepisów (...) uwodzicielska".
"The Sunday Telegraph"
"Rozkoszna lektura, pełna czarów i smaków".
"Time Out"
"Apetyczna, urzekająca (...). Oto historia napisana przez kobietę, która celebruje czekoladę bez poczucia winy!"
"Scotland on Sunday"
"Ta książka jest po części baśnią nasyconą dużą ilością farsy i ironicznego humoru, przesiąkniętą ostrym dowcipem i błyskotliwą mądrością".
"Philadelphia Inquirer"
"Gdy egzotyczna Vianne Rocher przybywa do francuskiej wioski Lasquenet i otwiera grzeszny sklepik z czekoladą naprzeciwko kościoła na początku Wielkiego Postu, mieszkańcy dzielą się na dwa obozy.
Apetyczna (...). Najlepszy książkowy poprawiacz nastroju".
"Observer"
11 lutego
Wtorek zapustny
Przybyłyśmy z wiatrem karnawału. Wyjątkowo ciepłym jak na luty, przesyconym zapachami posypywanych cukrem pudrem gofrów z gorącej płyty tuż przy drodze, smażonych na patelni tłustych kiełbasek i naleśników. Z wiatrem niosącym konfetti, które sypało się jak śnieg za kołnierze i mankiety, zbierało w rynsztokach niczym głupie antidotum na zimę.
W tłumie, który ustawił się wzdłuż wąskiej głównej ulicy, panuje gorączkowe podniecenie - ludzie wyciągają szyje, by dojrzeć ozdobiony krepą char z ciągnącymi się za nim wstążkami i papierowymi rozetkami. Anouk patrzy na to wszystko szeroko otwartymi oczami, z żółtym balonem w jednej ręce i zabawkową trąbką w drugiej, stojąc między koszykiem na zakupy a smutnym brązowym psem.
We dwie widziałyśmy już różne pochody karnawałowe: korowód dwustu pięćdziesięciu udekorowanych chars w Paryżu podczas zeszłorocznego Mardi Gras czy stu osiemdziesięciu w Nowym Jorku, dwa tuziny maszerujących orkiestr w Wiedniu, klaunów na szczudłach, Grosses T?tes z ich kiwającymi się głowami z papier-mâché i mażoretki z wirującymi błyszczącymi pałeczkami.
Ale gdy masz sześć lat, świat zachowuje dla ciebie jeszcze pewien szczególny blask. Drewniany wóz naprędce ozdobiony złoceniami, krepą i scenami z baśni. Łeb smoka na tarczy, Roszpunka w wełnianej peruce, syrena z celofanowym ogonem, chatka z piernika z lukru i złoconego kartonu, zła czarownica w drzwiach wymachująca długimi zielonymi paznokciami do grupy milczących dzieci... Mając sześć lat, można dostrzec subtelności, które rok później są już niewidoczne. Za lukrem, papier-mâché czy plastikiem Anouk wciąż widzi jeszcze prawdziwe czary, prawdziwą czarownicę. Podnosi na mnie wzrok, a jej oczy, niebieskozielone jak Ziemia widziana z dużej wysokości, błyszczą jasno.
- Zostajemy? Zostajemy tutaj?
Muszę jej przypomnieć, żeby mówiła po francusku.
- Ale czy zostajemy? Zostajemy? - Trzyma się kurczowo mojego rękawa, a jej włoski plączą się na wietrze niczym wata cukrowa.
Zastanawiam się nad tym. To równie dobre miejsce jak każde inne. Lansquenet-sous-Tannes - najwyżej dwieście dusz, mały punkcik na drodze szybkiego ruchu pomiędzy Tuluzą a Bordeaux. Wystarczy mrugnąć i już go mijasz. Jedna główna ulica, dwa rzędy burych domów z murem pruskim, pochylających się ku sobie jakby ukradkiem, kilka bocznych uliczek biegnących równolegle niczym zęby wygiętych wideł. Agresywnie pobielony kościół na rynku otoczonym małymi sklepikami. Gospodarstwa rozsiane na czujnej ziemi. Sady, winnice, pasy ziemi ogrodzone i uporządkowane zgodnie z surowymi zasadami segregacji wiejskiego rolnictwa: tu jabłka, tam kiwi i melony, a tam endywie pod czarnymi plastikowymi osłonami. Wyglądające na uschłe i martwe winorośle oczekują triumfalnego zmartwychwstania w marcu... Dalej Tannes - niewielki dopływ Garonny - wije się przez błotniste pastwiska.
A ludzie? Tacy sami jak wszędzie indziej - może trochę bledsi w słabym jeszcze słońcu, trochę bardziej bezbarwni. Noszą chusty i berety w takich samych kolorach jak włosy: brązowym, czarnym lub siwym. Twarze mają pomarszczone jak jabłka z zeszłego lata, a ich oczy wyglądają jak kulki wciśnięte w stare ciasto. Nieliczne dzieci w jaskrawych odcieniach czerwieni, limonki i żółci wydają się należeć do jakiejś innej rasy.
Gdy char toczy się ociężale ulicą za starym traktorem, który go ciągnie, duża kobieta o kwadratowej nieszczęśliwej twarzy otula się ciaśniej płaszczem w szkocką kratę i krzyczy coś w na wpół zrozumiałym dla mnie miejscowym dialekcie. Na wozie pośród wróżek, syren i goblinów siedzi przysadzisty Święty Mikołaj, który pomylił święta, jak się zdaje, i z ledwie powstrzymywaną agresją rzuca cukierkami w tłum.
Starszy mężczyzna o drobnych rysach, w filcowym kapeluszu zamiast typowego dla regionu okrągłego beretu, podnosi smutnego brązowego psa spomiędzy moich nóg z uprzejmie przepraszającym spojrzeniem. Wsuwa szczupłe zgrabne palce w psią sierść, zwierzę skomli, a na twarzy jego pana odmalowuje się czułość połączona z troską i poczuciem winy.
Nikt tu na nas nie patrzy. Równie dobrze mogłybyśmy być niewidzialne - nasze ubrania zdradzają, że jesteśmy obce, przejezdne. A tutejsi są kulturalni - na tyle, by się na nas nie gapić. Na nas, czyli na kobietę z długimi włosami schowanymi w kołnierzu pomarańczowego płaszcza i z długim jedwabnym szalem powiewającym jej na szyi oraz na dziecko w żółtych kaloszach i błękitnym płaszczyku. Wyróżniamy się kolorami. Nasze ubrania są egzotyczne, twarze - czy nietypowo blade, czy raczej nietypowo ciemne? Włosy czynią z nas obcych, osobliwych odmieńców. Mieszkańcy Lansquenet opanowali sztukę obserwacji bez patrzenia w oczy. Czuję ich spojrzenia jak oddech na karku - choć dziwnie pozbawione wrogości, to jednak chłodne. Jesteśmy dla nich ciekawostką, częścią karnawału, powiewem z dalekich krain.
Wyczuwam na sobie ich wzrok, gdy się odwracam, by kupić galette od sprzedawcy. Papier jest gorący i tłusty, a naleśnik z ciemnej mąki chrupiący na brzegach, w środku zaś gruby i smaczny. Odrywam kawałek i podaję go Anouk, po czym ścieram jej z brody roztopione masło.
Sprzedawca to pulchny łysawy mężczyzna w grubych okularach, z twarzą aż mokrą od pary unoszącej się z gorącej płyty. Mruga do małej, a drugim okiem chłonie każdy szczegół, doskonale wiedząc, że później padną pytania.
- Na wczasach, madame? - Wiejska etykieta pozwala mu mnie zagadnąć, a pod wyćwiczoną obojętnością kupca wyczuwam prawdziwy głód wiedzy. W takich miasteczkach informacja jest walutą - Agen i Montauban są tak blisko, że turyści rzadko tu bywają.
- Chwilowo.
- Z Paryża?
To pewnie przez nasze ubrania. W tej barwnej krainie ludzie są szarzy. Kolor to luksus - nie przystoi go nosić. Jasne kwiaty przy drodze to chwasty, inwazyjne i bezużyteczne.
- Nie, nie. Nie z Paryża.
Char dojechał już prawie na koniec ulicy. Za nim podąża mała orkiestra - dwie piszczałki, dwie trąbki, puzon i werbel - grająca jakiś nierozpoznawalny marsz. Potem biegnie kilkanaścioro dzieci, zbierając po drodze niepodniesione wcześniej cukierki. Niektóre dzieciaki są przebrane - zauważam Czerwonego Kapturka i kudłatą postać, zapewne wilka, sprzeczających się radośnie o garść serpentyn.
Pochód zamyka jakaś czarna postać. Z początku biorę ją za element parady - może kogoś w stroju Doktora Plagi? Ale w miarę jak się zbliża, rozpoznaję staromodną sutannę wiejskiego księdza. Ma około trzydziestu lat, choć z tą swoją sztywną postawą z daleka wydaje się starszy. Odwraca się w moją stronę i zauważam, że on też jest tu obcy - ma wysokie kości policzkowe, jasne oczy człowieka z północy i długie palce pianisty, w których trzyma srebrny krzyż zwisający mu z szyi. Być może ta jego obcość daje mu prawo się na mnie gapić - w jego zimnych oczach nie dostrzegam jednak powitania, lecz mierzące mnie kocie spojrzenie kogoś, kto nie jest pewien swojego terytorium.
Uśmiecham się do niego - odwraca wzrok zaskoczony i przywołuje do siebie dwójkę dzieci. Gestem wskazuje śmieci leżące wzdłuż drogi. Parka zaczyna sprzątać niechętnie - zgarnia zużyte serpentyny i papierki po cukierkach, a potem wrzuca je do pobliskiego kosza. Znów przyłapuję księdza na wpatrywaniu się we mnie, gdy na niego spoglądam - gdyby nie był księdzem, można by uznać jego spojrzenie za taksujące.
Poza tym w Lansquenet-sous-Tannes nie ma komisariatu policji, a zatem nie ma też przestępstw. Staram się być jak Anouk - dostrzec prawdę pod przebraniem - na razie jednak wszystko jest dla mnie rozmyte.
- Zostajemy? Zostajemy, maman? - Anouk szarpie mnie za ramię natarczywie. - Podoba mi się, podoba mi się tu. Zostajemy?
Biorę ją na ręce i całuję w główkę. Pachnie dymem, smażonymi naleśnikami i ciepłą pościelą w zimowy poranek.
Dlaczego nie? To miejsce równie dobre jak każde inne.
- Tak, oczywiście - mówię w jej włosy. - Oczywiście, że tak.
To niezupełnie kłamstwo. Tym razem może nawet prawda.
Karnawał się skończył. Raz do roku miasteczko rozbłyskuje przelotnym blaskiem i już po chwili ciepło przygasa, a tłum się rozprasza. Sprzedawcy pakują swoje płyty i markizy, dzieci pozbywają się kostiumów i karnawałowych gadżetów. W powietrzu unosi się nastrój pewnego zażenowania, jakby zawstydzenia tym nadmiarem barw i hałasów. Jak deszcz w środku lata po części wyparowuje, a po części wnika w spękaną ziemię i pomiędzy wyschnięte kamienie, pozostawiając po sobie ledwie widoczny ślad, tak dwie godziny później Lansquenet-sous-Tannes znów staje się niewidzialne niczym zaczarowana miejscowość, która ożywa tylko raz w roku. Gdyby nie karnawał, nawet byśmy jej nie zauważyły.
Pierwszego wieczoru nie mamy jeszcze prądu, tylko gaz. Smażę Anouk naleśniki przy świecach i zjadamy je przy kominku, korzystając z kartek ze starego czasopisma zamiast talerzy, bo nasze rzeczy dotrą dopiero jutro. Nasz sklep pierwotnie był piekarnią - nad wąskimi drzwiami wyrzeźbiono snopy, a podłogę wciąż pokrywa gruba warstwa mącznego pyłu. Żeby wejść do środka, musiałyśmy się przedrzeć przez stertę ulotek reklamowych. Czynsz wydaje się śmiesznie niski - przywykłam do cen miejskich, a jednak i tak wychwyciłam ostre podejrzliwe spojrzenie kobiety z agencji, gdy odliczałam banknoty. Podpisałam umowę jako Vianne Rocher - hieroglifem, który mógłby oznaczać cokolwiek.
Eksplorujemy nasze nowe terytorium przy świeczce: pokryte warstwami tłuszczu i sadzy stare piece wciąż wydają się zaskakująco solidne, ściany są obite sosnową boazerią, a gliniane płytki zdążyły poczernieć. Anouk znalazła na zapleczu starą złożoną markizę. Wyciągamy ją na zewnątrz, a spod wyblakłego płótna rozbiegają się pająki.
Na piętrze znajduje się nasza niewielka część mieszkalna z łazienką i śmiesznie malutkim balkonikiem z glinianą donicą, w której uschły pelargonie. Anouk krzywi się na ten widok.
- Tu jest tak ciemno, maman - mówi bojaźliwie i niepewnie w reakcji na takie zapuszczenie. - I tak smutno pachnie.
Ma rację. Tutejszy zapach przypomina więzione latami światło dzienne, które skwaśniało i zjełczało, woń mysich odchodów, zapach duchów rzeczy zapomnianych i nieopłakanych. Dźwięki odbijają się echem od ścian jak w jaskini, a nasze małe ciepłe sylwetki tylko uwydatniają wszystkie cienie. Farba, słońce i woda z mydłem poradzą sobie z brudem, ale ten smutek to już inna sprawa - głucha cisza opuszczonego domu, w którym nikt się nie śmiał od lat.
Twarz Anouk wyglądała blado przy świetle świecy, a oczy wydają się ogromne, gdy jej rączka ściska mocniej moją dłoń.
- Czy musimy tutaj spać? - pyta. - Pantofelkowi się tu nie podoba. Boi się.
Uśmiecham się i całuję ją w poważny złocisty policzek.
- Pantofelek nam pomoże.
Zapalamy świece w każdym pokoju: złote, czerwone, białe i pomarańczowe. Wolę robić własne kadzidełka, ale w nagłych przypadkach te kupne patyczki o zapachu lawendy, cedru i trawy cytrynowej wystarczają nam do naszych celów. Ze świecami w ręce robimy przemarsz przez wszystkie pomieszczenia. Anouk dmucha w swoją zabawkową trąbkę, a ja stukam metalową łyżką o stary rondel i obie krzyczymy na cały głos: "Precz! Precz! Precz!", aż ściany drżą, a oburzone duchy uciekają, zostawiając za sobą słaby zapach spalenizny i sporo odpadającego tynku. Wejrzyj pod popękaną i poczerniałą farbę, pod smutek porzuconych rzeczy, a zaczniesz dostrzegać niewyraźne kontury, niczym poświatę zimnego ognia trzymanego w dłoni - tu ściana lśni złotą farbą, tam nieco zniszczony fotel w triumfalnym odcieniu pomarańczy, a tam stara markiza nagle ożywająca kolorami spod warstw brudu.
- Precz! Precz! Precz! - wołają Anouk i Pantofelek, tupiąc dziarsko, a niewyraźne obrazy zdają się jaśnieć: czerwony stołek obok winylowego blatu, sznur dzwoneczków przy drzwiach wejściowych.
Oczywiście wiem, że to tylko zabawa. Iluzje, które mają pocieszyć przestraszone dziecko. Trzeba będzie włożyć dużo ciężkiej pracy, zanim cokolwiek z tego stanie się rzeczywistością. A jednak na razie wystarczy nam świadomość, że dom nas wita, tak jak my witamy jego. Sól kamienna i chleb przy wejściu dla udobruchania wszystkich bogów. Drzewo sandałowe na poduszce dla osłodzenia naszych snów.
Później Anouk mówi mi, że Pantofelek już się nie boi, więc wszystko w porządku. Zasypiamy razem w ubraniach na pokrytym mąką materacu przy zapalonych świecach, a kiedy się budzimy, jest już ranek.
12 lutego
Środa Popielcowa
Właściwie to obudziły nas dzwony. Nie zdawałam sobie sprawy, jak blisko kościoła się znajdujemy, dopóki ich nie usłyszałam - rozległ się pojedynczy niski, głęboki pomruk przechodzący w dźwięczne brzmienie: bommm - bim-bim-bim- bommm.
Spojrzałam na zegarek. Była szósta. Szarozłote światło sączyło się na łóżko przez połamane okiennice. Wstałam i rzuciłam okiem na rynek. Mokra kostka brukowa lśniła, a biała wieża kościelna wyróżniała się w porannym słońcu nad ciemnymi witrynami: piekarni, kwiaciarni oraz sklepu z cmentarnymi akcesoriami, płytami nagrobnymi, kamiennymi aniołami, lakierowanymi wiecznymi różami... Ponad dyskretnie zamkniętymi fasadami sklepów biała wieża przypominała latarnię morską. Wskazówki zegara z rzymskimi cyframi błyszczącymi czerwienią wskazywały szóstą dwadzieścia, pewnie dla zmylenia diabła, a Maryja Dziewica obserwowała plac z lekko zniesmaczonym wyrazem twarzy ze swojej przyprawiającej o zawrót głowy wysokości. Na szczycie krótkiej iglicy z zachodu na północny zachód obracał się wiatrowskaz - postać w długiej szacie z kosą w ręku.
Z balkoniku z uschniętymi pelargoniami zobaczyłam idących na mszę pierwszych wiernych. Rozpoznałam kobietę w płaszczu w szkocką kratę z karnawału i pomachałam jej, ale ona tylko otuliła się nim szczelniej i pośpieszyła dalej. Za nią mężczyzna w filcowym kapeluszu ze smutnym brązowym psem na smyczy posłał mi niepewny uśmiech. Przywitałam się z nim wesoło. Małomiasteczkowa etykieta najwyraźniej jednak nie dopuszcza takiej poufałości, bo nie odpowiedział, tylko przyspieszył kroku i wszedł z psem do kościoła.
Potem nikt już nawet nie spojrzał w moją stronę, choć naliczyłam ponad sześćdziesiąt chust, beretów i kapeluszy naciągniętych na głowy, jakby miały ochronić przed jakimś niewidzialnym wiatrem. Wyczułam jednak ciekawość w ich wyćwiczonej obojętności. "Mamy swoje ważne sprawy" - mówiły ich zgarbione ramiona i spuszczone głowy, a stopy szurały ponuro po bruku jak stopy dzieci idących do szkoły. Patrząc na nich, od razu wiedziałam, kto już dziś rzucił palenie, kto zrezygnował z cotygodniowej wizyty w kawiarni, a kto odpuści sobie swoje ulubione potrawy.
Oczywiście to nie moja sprawa. Mimo to poczułam mocno, że jeśli jakieś miejsce potrzebowało kiedykolwiek odrobiny magii, to...
Stare nawyki trudno wykorzenić. A kiedy choć raz w życiu zajmowałaś się spełnianiem ludzkich życzeń, nie wyzbędziesz się tego impulsu tak łatwo. Poza tym ten wiatr... Wciąż wiał karnawałowy wiatr, niosąc ze sobą słaby zapach tłuszczu, waty cukrowej i prochu, intensywne gorące wonie zmieniających się pór roku. Dłonie aż mnie od niego swędziały, a serce biło mi szybciej.
Na jakiś czas więc tu zostaniemy. Na jakiś czas. Dopóki wiatr się nie zmieni.
Kupiłyśmy farbę w sklepie wielobranżowym, a wraz z nią pędzle, wałki, mydło i wiadra. Zaczęłyśmy porządki od góry. Ściągnęłyśmy zasłony i zaniosłyśmy popsute elementy wyposażenia na rosnący stos w małym ogródku z tyłu. Namydliłyśmy podłogi i z zapamiętaniem spuszczałyśmy fale wody w dół wąskich okopconych schodów, aż obie przemokłyśmy do suchej nitki. Szczotka Anouk zamieniła się w okręt podwodny, a moja w tankowiec, który wystrzeliwał głośne mydlane torpedy na schody i korytarz. W samym środku tego zamieszania usłyszałam dźwięk dzwonka do drzwi. Z mydłem w jednej ręce i szczotką w drugiej podniosłam wzrok na wysoką postać księdza.
A zastanawiałam się, jak szybko się tu zjawi.
Przyglądał się nam przez chwilę z uśmiechem. Takim powściągliwym i łaskawym, jak u pana dworu witającego na włościach nieproszonych gości. Czułam, że zwraca baczną uwagę na moje mokre brudne ogrodniczki, włosy związane czerwonym szalikiem i bose stopy w ociekających wodą sandałach.
- Dzień dobry.
Strużka brudnej wody płynęła prosto w stronę jego wypolerowanego czarnego buta. Jego wzrok powędrował na nią, a potem z powrotem na mnie.
- Francis Reynaud - przedstawił się, uskakując dyskretnie. - Proboszcz parafii.
Nie zdołałam powstrzymać śmiechu.
- A to dobre - skomentowałam z lekkim sarkazmem. - Myślałam, że to było przebranie karnawałowe..
- He, he, he - roześmiał się grzecznie.
Wyciągnęłam do niego rękę w żółtej gumowej rękawicy.
- Vianne Rocher. A ta bombardierka z tyłu to moja córka Anouk.
Dobiegły nas ze schodów odgłosy mydlanych eksplozji i Anouk walczącej z Pantofelkiem. Czułam, że ksiądz czeka na informacje o panu Rocher. O ileż łatwiej byłoby mieć wszystkie oficjalne informacje zapisane na kartce i móc uniknąć takiej niezręcznej, nieprzyjemnej rozmowy.
- Domyślam się, że ma pani dziś dużo pracy.
Nagle zrobiło mi się go żal - tak się dwoił i troił, żeby nawiązać ze mną kontakt. Znów posłał mi ten wymuszony uśmiech.
- Tak, musimy jak najszybciej doprowadzić to miejsce do porządku. Trochę nam to zajmie! Ale i tak nie byłybyśmy dziś w kościele, monsieur le curé. My nie chodzimy do kościoła.
Chciałam tylko uprzejmie pokazać mu nasze stanowisko i jakoś go uspokoić. Wyglądał jednak na zaskoczonego, niemal urażonego.
- Rozumiem.
To było zbyt bezpośrednie z mojej strony. Wolałby, żebyśmy pokrążyli wpierw wokół siebie jak czujne koty.
- Ale to bardzo miło z księdza strony, że nas wita - dodałam pogodnie. - Może nawet pomoże nam ksiądz tu kogoś poznać.
Zauważyłam, że on sam jest trochę jak kot - jego chłodne jasne oczy nie utrzymują kontaktu wzrokowego, a niespokojna czujność wydaje się wystudiowana i pełna rezerwy.
- Zrobię, co w mojej mocy - odpowiedział obojętnie, bo teraz już wiedział, że nie będziemy należały do jego owczarni. A jednak sumienie kazało mu zaoferować więcej, niż był gotów dać. - Ma pani kogoś konkretnego na myśli?
- No cóż, przydałaby nam się pomoc - zauważyłam. - Oczywiście nie od księdza - dodałam szybko, zanim zdążył odpowiedzieć. - Ale może zna ksiądz kogoś, komu przydałby się z kolei dodatkowy zarobek? Tynkarza albo inną osobę, która mogłaby nam pomóc odnowić wnętrze?
To z pewnością był bezpieczny temat rozmowy.
- Nikt taki nie przychodzi mi na myśl.
Był ostrożniejszy niż ktokolwiek, kogo dotąd spotkałam.
- Ale popytam.
Może i naprawdę zamierzał to zrobić. W końcu znał swoje obowiązki wobec nowo przybyłych. Ale ja i tak już wiedziałam, że nikogo nie znajdzie. Nie był z natury człowiekiem chętnie wyświadczającym przysługi. Spojrzał podejrzliwie na chleb i sól przy drzwiach.
- To na szczęście. - Uśmiechnęłam się.
Zachował kamienną twarz. Omiótł spojrzeniem ten drobny dar powitalny, jakby go uraził.
- Maman? - W drzwiach pojawiła się głowa Anouk z włosami sterczącymi na wszystkie strony. - Pantofelek chce się pobawić na dworze. Możemy?
Skinęłam głową.
- Zostań w ogrodzie. - Starłam smugę brudu z grzbietu jej nosa. - Wyglądasz jak mały łobuziak.
Zauważyłam, że zerknęła na księdza, i w porę uchwyciłam jej komiczne spojrzenie.
- To monsieur Reynaud, Anouk. Może się przywitasz?
- Dzień dobry! - krzyknęła Anouk, biegnąc już do drzwi. - Do widzenia!
Żółty sweterek i czerwone ogrodniczki mignęły nam przed oczami i już zniknęła, ślizgając się jak szalona po tłustych płytkach. Nie po raz pierwszy byłam prawie pewna, że widzę Pantofelka biegnącego tuż za nią - ciemniejszą smugę na tle ciemnej framugi.
- Ma dopiero sześć lat - powiedziałam na jej usprawiedliwienie.
Reynaud uśmiechnął się sztywno i kwaśno, jakby jedno spojrzenie na moją córkę potwierdziło wszystkie jego najgorsze podejrzenia wobec mojej osoby.
Czwartek, 13 lutego
Dzięki Bogu, to już za mną. Wizyty wyczerpują mnie do cna. Nie mam oczywiście na myśli ciebie, mon p?re - moje cotygodniowe odwiedziny u ciebie to dla mnie luksus, właściwie chyba jedyny. Mam nadzieję, że podobają ci się kwiaty. Pięknie pachną, choć nie prezentują się okazale. Postawię je tutaj, przy twoim fotelu, żebyś mógł na nie patrzeć.
Rozciąga się stąd piękny widok na pola z Tannes pośrodku i Garonną lśniącą w oddali. Można by niemal uwierzyć, że jesteśmy tu sami.
Och, nie narzekam. No, niezupełnie. Sam wiesz, jak ciężko to wszystko dźwigać jednemu człowiekowi: drobne troski tych ludzi, ich niezadowolenie, głupotę, tysiące błahych problemów...
We wtorek była parada karnawałowa. Można było ich wziąć za roztańczonych i wrzeszczących dzikusów. Ten dzieciak Claude, najmłodszy syn Louisa Perrina, strzelił do mnie z pistoletu na wodę, a jego ojciec skomentował tylko, że dziecko potrzebuje trochę zabawy.
Chciałbym ich poprowadzić, mon p?re, uwolnić od grzechu. Ale oni sprzeciwiają mi się na każdym kroku jak małe dzieci, które odmawiają zdrowego jedzenia i uparcie jedzą dalej to, co im szkodzi. Wiem, że to rozumiesz. Przez pięćdziesiąt lat dźwigałeś to wszystko cierpliwie na swoich silnych barkach. Zdobyłeś ich miłość.
Czyżby czasy aż tak się zmieniły? Oto budzę strach, budzę szacunek... ale nie miłość. Ich twarze są ponure, urażone. Wczoraj wyszli z nabożeństwa z popiołem na czołach oraz z wyrazem ulgi i poczucia winy na twarzach. A potem wrócili do swoich sekretnych przyjemności, samotnych występków.
Czyż nie rozumieją? Pan widzi wszystko. Ja widzę wszystko.
Paul-Marie Muscat bije żonę. Na każdej cotygodniowej spowiedzi dostaje za pokutę dziesięć zdrowasiek, po czym odchodzi i znów robi to samo. Jego żona kradnie. W zeszłym tygodniu ukradła na targu tandetną biżuterię ze straganu. Guillaume Duplessis chce wiedzieć, czy zwierzęta mają duszę, i płacze, kiedy mówię mu, że nie. Charlotte Edouard podejrzewa, że jej mąż ma kochankę - ja wiem, że ma trzy, ale tajemnica spowiedzi zobowiązuje mnie do milczenia.
Jakież z nich dzieciaki! Ich żądania mnie wyniszczają. Nie wolno mi jednak okazać słabości. Owce nie są wcale potulnymi łagodnymi stworzeniami z pasterskiej sielanki. Każdy wieśniak to potwierdzi. Są szczwane, czasem narowiste i wręcz patologicznie głupie. Pobłażliwy pasterz łatwo mógłby stracić kontrolę nad trzodą. Ja nie mogę sobie pozwolić na łagodność. Dlatego tylko raz w tygodniu ulegam tej jednej słabości. Twoje usta są równie szczelnie zamknięte, mon p?re, jak usta spowiednika; twoje uszy zawsze otwarte, a serce dobre. Na godzinę mogę zrzucić z siebie ten ciężar. Mogę być omylny.
Mamy nową parafiankę - Vianne Rocher. Wdowa, jak sądzę, z małym dzieckiem. Pamiętasz starą piekarnię Blaireau? Minęły cztery lata od jego śmierci i lokal popadał już w ruinę. Otóż ona go wynajęła i chce otworzyć biznes do końca tygodnia. Nie sądzę, żeby się utrzymała. Mamy wszak piekarnię Poitou po drugiej stronie rynku, a poza tym ona tu nie pasuje. Całkiem miła kobieta, tylko nic jej z nami nie łączy. Daję jej dwa miesiące i wróci do miasta, gdzie jej miejsce. Dziwne - nie dowiedziałem się, skąd właściwie pochodzi. Myślę, że z Paryża, a może nawet z zagranicy. Jej akcent jest czysty, aż nazbyt czysty jak na Francuzkę. Skraca samogłoski jak ludzie na północy kraju, ale jej oczy sugerują raczej włoskie lub portugalskie pochodzenie, a cera... Właściwie nie miałem okazji się jej przyjrzeć. Cały wczorajszy i dzisiejszy dzień pracowała w piekarni. Zasłoniła okno pomarańczową folią i od czasu do czasu ona lub jej rozbrykana córka wychodziły na zewnątrz wylać wiadro brudnej wody do odpływu lub z ożywieniem porozmawiać z jakimś robotnikiem.
Ta kobieta ma osobliwy dar pozyskiwania pomocników. Choć zaproponowałem, że pomogę jej ich znaleźć, wątpiłem, by zgłosili się chętni wśród naszych mieszkańców. A jednak na własne oczy widziałem, jak Clairmont niósł jej drewno z rana, potem przemknął Pourceau z drabinami, a Poitou przysłał trochę mebli i niósł fotel przez rynek z miną człowieka, który wolałby pozostać niezauważony. Nawet Narcisse - oszczerca o przykrym usposobieniu, który kategorycznie odmówił przekopania ziemi na cmentarzu w listopadzie - poszedł do niej z narzędziami, żeby uporządkować jej ogród.
Dziś rano około ósmej czterdzieści przed lokal podjechał samochód dostawczy. Duplessis, który jak zwykle o tej godzinie wyprowadzał psa, przechodził właśnie obok, a ona zawołała go, żeby pomógł jej wyładować pakunki. Był wyraźnie zaskoczony i przez chwilę myślałem, że odmówi - już unosił uprzejmie dłoń do kapelusza. Ale ona powiedziała wtedy coś, czego nie dosłyszałem, a jej śmiech rozbrzmiał na całym rynku.
Ta kobieta dużo się śmieje i wykonuje przesadne komiczne gesty. Kolejna cecha miastowych, jak sądzę. My jesteśmy przyzwyczajeni do większej powściągliwości. Myślę jednak, że ma dobre intencje. W fioletowym szalu zawiązanym po cygańsku na głowie i umazanymi białą farbą włosami, które się spod niego wymknęły, zdawała się nie przejmować swoim wyglądem.
Duplessis nie mógł sobie później przypomnieć, co takiego mu powiedziała. Stwierdził tylko nieśmiało, że dostawa była niewielka: kilka małych, choć dość ciężkich pudeł i otwartych skrzyń z przyborami kuchennymi. Nie zapytał, co jest w tych pudłach, wątpi jednak, aby tak skromne wyposażenie mogło zapewnić piekarni sukces.
Tylko nie myśl sobie, mon p?re, że cały dzień obserwowałem ten lokal. Po prostu znajduje się praktycznie naprzeciwko mojego domu - tego, który kiedyś należał do ciebie, mon p?re, zanim jeszcze to wszystko się wydarzyło. Przez ostatnie półtora dnia wciąż stukali tam młotkami, malowali, bielili i szorowali, aż mimowolnie jestem ciekaw efektu. Zresztą nie tylko ja - niechcący podsłuchałem, jak madame Clairmont plotkuje zarozumiale z grupką przyjaciółek przed lokalem Poitou na temat pracy męża. Rozmawiały o "czerwonych okiennicach", zanim mnie zauważyły, i ściszyły głos do chytrego szeptu. Jakby mnie to obchodziło. Niemniej nowa przybyszka z pewnością dostarcza pożywki dla plotek.
Ta pomarańczowa zasłona w oknie wystawowym przyciąga mój wzrok w najmniej odpowiednich momentach. Wygląda jak wielki cukierek w papierku czekający na rozpakowanie albo jak jakaś pozostałość z karnawału. Jest w tym coś niepokojącego - w tej jaskrawości i w tym, jak słońce odbija się w plastikowych fałdach. Doprawdy ucieszę się, gdy prace się skończą, a to miejsce znów zamieni się w piekarnię.
Pielęgniarka próbuje złapać moje spojrzenie. Myśli, że cię męczę. Jak ty je znosisz z tymi ich donośnymi głosami i manierami przedszkolanek? "Chyba już pora, żebyśmy sobie odpoczęli" - jej niestosowna kokieteria jest irytująca, nieznośna, choć oczy mówią mi, że chce dobrze. "Wybacz im, bo nie wiedzą, co czynią".
Ja nie jestem dobry. Przychodzę tu dla własnej ulgi, nie dla twojej. A jednak lubię wierzyć, że moje wizyty sprawiają ci przyjemność - pozwalają pozostać w kontakcie z twardą rzeczywistością świata, który stał się dla ciebie miękki, pozbawiony wyrazu. Godzina oglądania telewizji co wieczór, obracanie pięć razy dziennie, jedzenie przez rurkę... Mówią o tobie, jakbyś był przedmiotem - "Czy on nas słyszy? Myślisz, że rozumie?" - twoje opinie są tu nieproszone, odrzucane...
Być odciętym od wszystkiego, a jednak czuć i myśleć to prawdziwe piekło odarte ze średniowiecznego kiczu. Ta utrata kontaktu... A jednak przychodzę do ciebie, żebyś to ty nauczył mnie komunikacji. I nadziei.
Piątek, 14 lutego
Dzień Świętego Walentego
Ten pan od psa ma na imię Guillaume. Pomógł mi wczoraj z wniesieniem pudeł, a dziś rano był moim pierwszym klientem. Oczywiście przyszedł z psem Charlym i powitał mnie z nieśmiałą, niemal dworską uprzejmością.
- Lokal prezentuje się wspaniale - skomentował, rozglądając się dookoła. - Musiała pani pracować tutaj całą noc.
Roześmiałam się.
- To całkowita przemiana - dodał Guillaume. - A wie pani, z jakiegoś powodu byłem pewien, że to będzie kolejna piekarnia.
- Jak to? Miałabym puścić z torbami biednego pana Poitou? Choć pewnie by mi za to podziękował przy tym, jak męczy go lumbago, a biedna żona inwalidka tak źle sypia.
Schylił się, żeby poprawić obrożę Charly'ego, uchwyciłam jednak błysk w jego oku.
- Czyli już się poznaliście - zauważył.
- Tak. Dałam mu przepis na herbatkę na dobranoc.
- Jeśli zadziała, będzie pani wdzięczny do końca życia.
- Zadziała - zapewniłam go, po czym sięgnęłam pod ladę i wyciągnęłam małe różowe pudełeczko ze srebrną walentynkową kokardką. - Proszę. To dla pana. Mojego pierwszego klienta.
Guillaume wyglądał na nieco zaskoczonego.
- Doprawdy, proszę pani, ja...
- Proszę mi mówić Vianne. I nalegam. - Wcisnęłam mu pudełeczko w dłonie. - Posmakują panu. To pana ulubione.
Uśmiechnął się na te słowa.
- Skąd pani wie? - zapytał, chowając pieczołowicie podarunek do kieszeni płaszcza.
- Och, po prostu to czuję - odpowiedziałam figlarnie. - Zawsze wiem, co kto lubi najbardziej. Proszę mi zaufać.
Szkarłatne okiennice pięknie się teraz prezentują na tle świeżo pobielonych ścian. Szyld był gotowy dopiero koło południa. Georges Clairmont przyszedł powiesić go osobiście i przepraszał wylewnie za opóźnienie, a Narcisse, narzekając bez przekonania na późne przymrozki, przyniósł kilka nowych pelargonii ze swojej szkółki ogrodniczej, żebym mogła je wsadzić do donic. Obu odesłałam z walentynkowymi bombonierkami i podobnie zakłopotanymi, acz zadowolonymi minami.
Potem, poza kilkoma dziećmi w wieku szkolnym, miałam niewielu klientów. To normalne, gdy otwiera się nowy sklep w małym miasteczku - w takich sytuacjach obowiązuje ścisły kodeks postępowania. Ludzie są powściągliwi i udają obojętność, choć w głębi duszy aż kipią z ciekawości. Odważyła się zajrzeć do mnie jeszcze staruszka w tradycyjnym czarnym stroju wiejskiej wdowy i mężczyzna o ciemnej rumianej twarzy, który kupił trzy identyczne bombonierki, nie pytając nawet, co jest w środku. Później przez długie godziny nikt się nie pojawił. Spodziewałam się tego - ludzie potrzebują czasu, żeby przystosować się do zmian. I choć wyłapałam kilka bacznych spojrzeń rzucanych na moją witrynę, nikt więcej nie ośmielił się wejść do środka. Pod tą udawaną obojętnością wyczułam jednak buzującą energię szeptów, spekulacji, podglądania i zbierania się na odwagę.
No i w końcu przyszły razem: siedem, nie, osiem kobiet, a wśród nich Caroline Clairmont, żona szyldziarza. Dziewiąta, która pojawiła się za nimi, została na zewnątrz z twarzą niemal przyklejoną do szyby. Rozpoznałam w niej kobietę w płaszczu w szkocką kratę.
Panie oglądały dosłownie wszystko, chichocząc jak podlotki, niepewne, a zarazem rozbawione swoją zbiorową frywolnością.
- I robi pani to wszystko sama? - zapytała Cécile, właścicielka apteki przy głównej ulicy.
- Nie powinnam sobie na to pozwalać w czasie postu - zauważyła Caroline, pulchna blondynka z futrzanym kołnierzem.
- Nic nikomu nie powiem - obiecałam, po czym spojrzałam na tamtą na zewnątrz, wciąż wpatrującą się w witrynę, i spytałam: - A wasza koleżanka do nas nie dołączy?
- Och, ona nie jest z nami - odpowiedziała Joline Drou, kobieta o ostrych rysach twarzy pracująca w miejscowej szkole. Zerknęła przelotnie na tamtą w oknie. - To Joséphine Muscat. - W jej głosie pobrzmiewała nuta litości pomieszanej z pogardą. - Wątpię, żeby weszła do środka.
Joséphine poczerwieniała lekko, jakby to usłyszała, spuściła głowę ku kołnierzowi płaszcza i przycisnęła rękę do brzucha w osobliwym, ochronnym geście. Jej usta ze stale opuszczonymi w dół kącikami poruszyły się lekko, jakby wypowiadała modlitwę lub przekleństwa.
Obsłużyłam panie pośród śmiechów i okrzyków - zażyczyły sobie białą bombonierkę, złotą wstążkę, dwa papierowe rożki, różę i różową walentynkową kokardkę. Na zewnątrz Joséphine Muscat mamrotała coś pod nosem, kołysała się i przyciskała duże niezgrabne pięści do brzucha. Uniosła głowę jakby z buntem i weszła do środka, akurat gdy obsługiwałam ostatnią klientkę, której zamówienie było duże i dość skomplikowane. Madame zażyczyła sobie konkretne czekoladki w okrągłej bombonierce ze wstążkami, kwiatami, złotymi serduszkami i pustą wizytówką, na co panie przewróciły oczami w szelmowskiej ekstazie - hi, hi, hi, hi! O mało przez to nie przegapiłam tego momentu.
Duże dłonie okazały się zaskakująco zręczne - szorstkie, szybkie, zaczerwienione od pracy w domu. Jedna pozostała przy brzuchu, druga poruszyła się błyskawicznie niczym ręka rewolwerowca i już mała srebrna paczuszka z różą - wyceniona na dziesięć franków - zniknęła z półki i trafiła do kieszeni płaszcza.
Dobra robota. Udałam, że niczego nie zauważyłam, dopóki pozostałe panie nie wyszły ze sklepu ze swoimi pakunkami. Joséphine została sama przed ladą - udawała, że ogląda wystawę, obracając w dłoniach nerwowo, acz ostrożnie kilka bombonierek.
Zamknęłam oczy. Myśli, które od niej odbierałam, były pogmatwane, niepokojące. Szybka seria obrazów przemknęła mi przez głowę: dym, garść błyszczących drobiazgów, zakrwawiony knykieć. Za tym wszystkim krył się drżący strumień niepokoju.
- Czy coś podać, madame Muscat? - zapytałam łagodnym, życzliwym głosem. - A może chce się pani tylko rozejrzeć?
Wymamrotała coś pod nosem niewyraźnie i odwróciła się do wyjścia.
- Chyba mam coś, co pani posmakuje. - Sięgnęłam pod ladę i wyjęłam srebrny pakunek podobny do tego, który zwinęła, choć większy, obwiązany białą wstążką z naszytymi na niej żółtymi kwiatuszkami. Spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami, a jej smutne usta opadły jeszcze bardziej z lekką paniką.
Przesunęłam paczuszkę po ladzie w jej stronę.
- Na koszt sklepu, Joséphine - powiedziałam łagodnie. - Proszę wziąć śmiało. To pani ulubione.
Joséphine Muscat odwróciła się i uciekła.
Dalsza część w wersji pełnej