Czekam - Władysław Reymont
4.49 zł
3.68 zł
(2,90 zł najniższa cena z 30 dni)

Reflow text when sidebars are open.
...i co noc już rozlegały się w podwórzu i na schodach brzęki ostróg i pałaszy, co noc już widziałem w oknach biegające trwożnie światełka i słyszałem dokoła dzwonki alarmujące, przyciszone szepty, głośne stukania, łomot wyważanych drzwi, bieganiny na piętrach, aż się wszystko trzęsło w moim pokoju; przewracanie mebli, rozdzierające krzyki, wybuchy płaczów, ciężkie odgłosy padających ciał, głuche wrzawy szamotań wśród przekleństw, straszne, rozpaczliwe zmagania się wleczonych po schodach - i turkoty dorożek, uwożących daleko, daleko... Nie mogłem już zasnąć ani na chwilę. Nie kładłem się nawet, gasiłem tylko lampę i czekałem, byłem pewny, że lada chwila i przed mojemi drzwiami przycichną ciężkie stąpania i ktoś zawoła: - Telegrama! Ale omijali mnie, jakby na urągowisko. Brali inteligentów, brali robotników, brali kobiety, ba, nawet kilkunastoletnich wyrostków. A ja męczyłem się coraz okropniej. Że wkońcu pragnąłem już z całej siły, żeby i mnie wzięli jak najprędzej, żeby już nie czekać, nie umierać z trwogi, nie słyszeć tych krzyków, co mi przeszywały duszę i nie widzieć tych łez gorzkich, tych palących łez matczynych, żeby wreszcie uciec od własnego szaleństwa. Nie, nie przyszli po mnie. Wyprowadziłem się z tego domu, myśląc, że zapomnę o wszystkiem, ale trwoga poszła za mną... Napróżno przenosiłem się z mieszkania do mieszkania, strach wszędzie czyhał na mnie i brał w swoje szpony piekielne, wciąż nie mogłem spać i wciąż całe noce przesiadywałem w dręczącem oczekiwaniu. I nie wypowiedzieć, co przecierpiałem w te długie, nieskończone noce, kiedy każdy szmer był mi gromem, każda chwila wiecznością, a każde uderzenie serca, każdy ruch myśli wichrem trwogi straszliwej, a wszystkie moje uczucia niezgłębionem przerażeniem. Ale i dnie nie przynosiły ulgi ni uspokojenia. Warszawa bowiem była wówczas wzburzona do dna, dygotała od ogni wewnętrznych, które groziły wybuchem wulkanów. Niepokoje, trwogi i uniesienia, nadzieje i rozpacze, naprzemian targały sercami. A co dnia inne wieści, inne obawy, inne hasła nerwowały ludzi do szaleństwa. Wszyscy już byli pijani marzeniem, pijani krzywdą, i pijani pragnieniem czynów, bohaterstw i poświęceń. Pękały łańcuchy, budziły się dusze, podnosiło się pohańbione człowieczeństwo, nadchodził świt nowych, dostojnych dni, ale ja wciąż jednako cierpiałem, jednako bałem się nocy i jednako rwały mnie wampiry trwóg nieopowiedzianych. Więc jakby w ostatniej ucieczce przed obłędem, prosiłem jednego z przyjaciół, aby mnie kazał uwięzić lub zamknął w szpitalu, gdzie zresztą chce, gdzie uważa, że mi lepiej będzie. Zabrał mnie do siebie. I rzeczywiście zacząłem się uspokajać. Było mi dziwnie dobrze w atmosferze pracy i przyjaźni. Złowroga noc traciła nade mną władzę. Że zwolna wracałem już do zwykłego, normalnego życia. Gdy naraz, jakiejś nocy rozbudziło mnie gwałtowne dzwonienie. - Rewizja! - ktoś zawołał do mnie. Wiedziałem już o tem, przeczułem, że tak się stać musi. Strach znowu wpełznął do serca i powlókł mnie za włosy. Znowu przyszli nie po mnie, znowu nadaremnie czekałem. A kiedy się wszystko skończyło i mego przyjaciela zabrali, i pozostałem znowu sam na sam z trwogą, aż rozpacz rzuciła mnie z piętra na bruk. Chorowałem ciężko przez kilka miesięcy. Jak przez mgłę, niby sen dawny, pamiętam salę szpitalną, i długie, długie noce, i pluski deszczów, i białe fartuchy doktorów, i zapach karbolu, i jakąś twarz kobiecą, pochyloną nade mną, i jakieś ciepłe ręce na czole... Ale potem już nie pamiętam, czy gdzie mieszkałem. Wiem tylko, że włóczyłem się po mieście, jak pies bezdomny. Nie bałem się, już niczego, ale wszystko mnie przerażało. Przerażała mnie noc, ale i dzień przerażał, gdy się wynosił niby blady trup z ciemnicy. Przerażali mnie ludzie i przerażało drzewo samotnie stojące, przerażał cień rozchwiany, głosy niespodziane, chmury stłoczone, domy wyniosłe, gardziele pustych ulic, szum wiatru, lot ptaków, błyski światła, to czyjeś oczy patrzące na mnie - wszystko. A równocześnie parła mnie niepokonana żądza zajrzenia na dno każdej rzeczy, każdej trwogi, każdego niebezpieczeństwa. Że byłem wciąż głodny coraz innych, coraz bardziej przerażających wrażeń. Umierałem z nadmiaru a cofnąć się nie potrafiłem przed niczem; żyłem już wśród ludzi i rzeczy ohydnych, na samem dnie okropności, jakby w obłędnej mgle zgrozy ustawicznej. Aż przyszła błogosławiona chwila wyzwolenia. Moje przerażenie umarło nagle, umarło na zawsze, spaliło się na popiół, opadło ze mnie niby łachman znoszony. Poczułem się znowu wolny, ale zacząłem widzieć dokoła zdumiewające rzeczy. Miastem zatargały spazmy trwogi. A moje przerażenie zmartwychwstawało we wszystkich oczach, we wszystkich sercach, ożyło nawet w domach, nawet w powietrzu. Ja byłem wolny, ale oni cierpieli coraz srożej. Mój strach już bowiem obejmował całe miasto, moje przerażenie krzewiło się w sercach jak płomień niczem nieugaszony. Zaraziłem ich śmiertelną chorobą. Widziałem to, czułem, sprawdzałem w każdej twarzy, na każdym kroku, wszędzie. Upijałem się szaloną, głupią i złą radością. A miasto grążyło się w rozhukanych odmętach. Pamiętam dobrze ten pierwszy dzień chaosu, ten dzień trwogi powszechnej, pierwszy dzień nieszczęsnych, długich dni... Bezbrzeżny smutek tlił się we wszystkich twarzach... Dzień wlókł się ociężale; blady był, mdlejący, podobien do chorego człowieka, wstrząsanego przez dreszcze febryczne. A pierwszy zmrok, ten styczniowy, wczesny mrok sypał się na miasto tumanem przemarzłych, zielonawych cieniów. Jakby pył zlodowaciałych łez zasypywał całe miasto. Wiatr zrywał się co chwila i miotał z jękiem w mroczonych ulicach niby ptak spętany. Niekiedy polatywał suchy i nikły śnieg. Zaś miasto przejmował straszny dygot lęku. Pustoszały ulice. Zamykano gorączkowo sklepy. Ostatnie dorożki uciekały jak oszalałe. Mówiono szeptem, stawano trwożnie na rogach ulic, rozglądano się podejrzliwie, i uciekano z przerażeniem. Wieści z północy dalekiej leciały wciąż, leciały stadem kruków, kraczących coraz okropniejsze rzeczy. Co chwila hukały bramy, zawierane na noc. I co chwila rozlegał się dziki wrzask i brzęki tłuczonych latarń i jakieś wstrząsające, złe ryki. Trwoga wionęła ulicami. Złowróżbne milczenie dygotało w zamarłych domach. Niezliczone okna czerniały niby puste oczodoły. Robiła się ciężka i posępna noc, miasto jakby się zapadło w otchłanie ciemności. Nie zabłysło nawet ani jedno światło, ani jeden błysk nie zatrzepotał się w mrokach, było jak w lesie olbrzymim, pełnym nieodgadnionych szmerów i zjaw nocy zimowej. Ulice stały się labiryntem, kutym w nieprzeniknionych mrokach, niektóre zaledwie szarzały, niby rozwarte gardziele jakichś potworów, a niektóre leżały, niby trupy potopione na dnie przepaści. Jakieś wieże i szczyty majaczyły podobne okrętom pobłąkanym w ciemnościach. Jakieś place rozlewały się w zmartwiałe zatoki, oślepłe i głuche. A nad tem niebo rozpinało swój namiot smutny, niebo bez gwiazd, ołowiane, ciężkie, nieprzeniknione. I wiatr lodowaty przewalał się po niedojrzanych dachach. I jakieś drzewa szumiały żałośnie. Nieopowiedzianą grozą dyszało miasto, jakby ciężkim tchem żywcem zagrzebanych. Poszedłem w noc nieprzeniknioną, bo wołał mnie gdzieś jakiś głos, jakiś nakaz mnie zmuszał, że musiałem iść, musiałem czegoś szukać i czekać na coś niewiadomego. Błąkałem się w pustych, potopionych ulicach, ale czułem, że dokoła zaczynają się stawać rzeczy dziwne, niezrozumiałe i groźne; noc jęła się mrowić i drgać niepojętemi barwami, rwały się jakieś szepty tajemnicze, buchały jakieś wrzawy dalekie, a niekiedy jakieś tętenty przelatywały jak gromy. Wszystko przybierało zarysy halucynacji, że zdawało mi się, iż śnię i nie mogę się przebudzić. Ale chodziłem wciąż, wlokłem się bez przestanku czarnemi tunelami bez końca i nazwy, błądziłem poomacku, jakby w labiryncie bez wyjścia, potykając się o drzewa, o domy, o ludzi, przemykających się wskroś ciemności... RESZTA TEKSTU DOSTĘPNA W PEŁNEJ WERSJI.