Czekając na swojego Mojżesza - Jerzy Raszkowski

-
Proszę czekać

SZYMON

Urodził się w marcu. Kiedy w 1968 roku rozpoczęła się w Polsce fala marcowych represji i antysemicka nagonka, miał ukończone osiemnaście lat. Właśnie przyszła wiadomość o przyjęciu go na wymarzone studia na warszawskiej ASP. Był dumny i szczęśliwy. Aż tu nagle cały świat zwalił mu się na głowę.

Tego dnia jego ojciec wyjątkowo wcześnie wrócił z pracy. Był blady jak ściana i przygarbiony, jakby przytłaczał go jakiś ogromny ciężar. Chłopak przeraził się, że ojciec jest chory, bo nie odpowiedział na pytanie o powód swojego samopoczucia, a mama starała się ukryć łzy w oczach. Szymon poczuł, że wydarzyło się coś złego. Potem wszyscy usiedli w salonie. Ojciec długo zbierał się w sobie, zanim zaczął mówić.

- Właśnie wracam z UB...

- A co ty tam robiłeś, tato?

- Wezwali mnie na przyjacielską pogawędkę.

- Ale o czym?

- Powiedzieli, że dla takich jak ja nie ma miejsca w tym kraju.

- Dla takich jak ty, czyli jakich?

- No dla Żydów...

- To my jesteśmy Żydami???

- Jakaś życzliwa dusza o tym doniosła.

- Ale jak to?! Nic nam nigdy nie mówiłeś...

- Oznajmiono mi też, że jestem podstępnym syjonistą, członkiem żydowskiej "piątej kolumny", która chce obalić ustrój Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej.

- Nic nie rozumiem.

- Ja też nie.

Szymon był w kompletnym szoku.

Przecież to jest moja ojczyzna, tu się urodziłem, tutaj toczy się całe nasze życie. Jacy Żydzi? - pomyślał. - Że niby ja i mój ojciec mamy być tymi znienawidzonymi i wrednymi Żydami? Co my wszyscy mamy wspólnego z Izraelem, bo chyba tam mieszkają Żydzi?

Nigdy nie widział na oczy żadnego Żyda, nie miał pojęcia, jak wyglądają! Owszem, w muzeach oglądał jakieś stare malowidła, widział sceny w filmach, gdzie pojawiały się postacie z pejsami w długich chałatach i w kapeluszach.

Ale ani ja, ani mój ojciec tacy nie jesteśmy! Nie mamy wielkich, krzywych nochali ani chytrego uśmieszku pazernego lichwiarza. Poza tym byłem ochrzczony w katolickim kościele, nigdy nie postawiłem stopy w synagodze, nawet nie wiem, czy coś takiego jest w Warszawie, nie znam żydowskich zwyczajów i zasad ich religii. A tu się okazuje, że mój ojciec jest podejrzewany o udział w antypaństwowym spisku na rzecz Izraela. Gdzie to w ogóle jest? - bił się z własnymi myślami.

Może, gdyby był trochę młodszy, sprawy potoczyłyby się inaczej. Ale już był pełnoletni i musiał sam decydować. Na zawsze zapamiętał te chwile pełne dramatycznych pytań i dylematów. Ojca wyrzucono z partii i pozbawiono stanowiska (co było dla niego wielkim ciosem), siostrę relegowano z uniwersytetu. Od niego zaczęli odsuwać się koledzy, aż w końcu zerwali wszelkie kontakty. Stracił jednocześnie swoje marzenia i swoją ojczyznę.

- Czy powinniśmy opuścić Polskę? - pytał sam siebie.

Naprawdę nie wiedział, co robić. Za to o dwa lata starsza siostra Zosia wiedziała i zdecydowanie odmówiła wyjazdu.

- Nie możecie mnie do niczego zmusić, jestem dorosła - powtarzała.

- Zosiu, ale jak ty sobie wyobrażasz życie tutaj, zupełnie sama, po tym wszystkim, co się stało? - martwił się ojciec.

- Dam sobie radę.

- A z czego będziesz się utrzymywać?

- Wyjdę za mąż za Jacka.

No tak, Jacek... Kolega ze studiów, w którym była śmiertelnie zakochana. Szczupły, wysoki młodzieniec w okularach, o melancholijnym wejrzeniu, z włosami opadającymi na ramiona, który marzył tylko o tym, żeby zostać poetą. Rzeczywiście idealny kandydat na męża i przyszłego ojca rodziny.

JERZY

Piątek. Jerzy spojrzał na zegarek.

Dopiero wpół do piątej, no to mam jeszcze trochę czasu - pomyślał.

Weekendy były najbardziej intensywne, no i najbardziej dochodowe. Jerzy lubił swoją pracę, lubił czuć ten dreszczyk emocji - nigdy nie było wiadomo, co się wydarzy i na kogo się trafi: na celebrytę czy na bandytę. Kogóż on tam nie woził? Mógłby opowiedzieć o tym niejedną pikantną historyjkę. Nie wszystkie były miłe i zabawne, zwłaszcza kiedy trzeba było holować imprezowiczów pod wpływem, jak to się teraz fachowo mówi, substancji psychoaktywnych, którzy uważali, że wszystko im wolno, albo takich, którzy nie mieli zamiaru płacić za kurs. Z biegiem lat wyrobił sobie umiejętność rozpoznawania potencjalnych oszustów i agresorów. Jeśli nabierał podejrzeń co do takich gości, po prostu ich nie zabierał, ale ryzyko zawsze istniało i zdawał sobie z tego doskonale sprawę. Musiał przyznać, że ostatnio coraz częściej zaskakiwały go kobiety, które pod względem używek i skłonności do gwałtownych zachowań wcale nie pozostawały w tyle za mężczyznami.

Jerzy nie wykonywał swojej pracy wyłącznie z pobudek finansowych. Miał także swoje ukryte cele. Od lat pasjonowały go bowiem historia i polityka. Codziennie oglądał wiadomości, śledził wypowiedzi polityków, chodził na różne spotkania i namiętnie wdawał się w polemiki. Wypowiadał się ze swadą i potrafił argumentować. Zauważył nawet, że znajduje posłuch wśród ludzi i potrafi skupić na sobie ich uwagę. Często zachęcał swoich rozmówców do wyrażania opinii na kontrowersyjne tematy, których było w naszym kraju pod dostatkiem. Stworzył sobie dzięki temu prywatny poligon doświadczalny czy może instytut badania opinii publicznej, a zdobytą w ten sposób wiedzę traktował jako bardziej miarodajną od oficjalnie podawanych danych. Kto wie, może kiedyś sam zostanie politykiem? Wtedy będzie jak znalazł.

*

Jerzy był praktykującym katolikiem i uważał się za patriotę. Jego światopogląd z pewnością trudno było nazwać liberalnym. W kwestiach dotyczących rodziny, płci czy aborcji pozostawał wierny konserwatywnym wartościom. Nie należał jednak do grona bezrefleksyjnych wyznawców jakiejś partii i miał krytyczny stosunek do Kościoła. Istniała też pewna sfera, która wyraźnie odróżniała go od środowiska prawicowców. Otóż z jakichś nieznanych sobie powodów fascynowały go Izrael i naród żydowski. Nie starał się afiszować ze swoimi sympatiami i z własnej inicjatywy nigdy nie podejmował tego wątku w rozmowach (żeby oszczędzić sobie epitetów w rodzaju "parszywy żydek"), ale kiedy już spotykał się z przejawami antysemityzmu czy wrogości wobec Żydów, nigdy nie wahał się reagować.

*

W tygodniu Jerzy tylko sporadycznie wyjeżdżał na miasto. Przez cały dzień zajmował się chorą matką, która po udarze była częściowo niepełnosprawna i poruszała się na wózku, no i swoim samochodem - stary Opel wymagał stałej troski, ale Jerzy starał się utrzymywać go w idealnym stanie. Od dziecka interesował się motoryzacją. Obok ich niewielkiego domku w podwarszawskim Aninie znajdował się garaż, w którym ojciec prowadził nieoficjalny warsztat i naprawiał auta po znajomości. Klientów nie brakowało. Chłopak asystował ojcu przy robocie, a potem, po jego śmierci, sam przejął interes. To trwało jakiś czas i nawet nieźle się kręciło, lecz w pewnym momencie miał już dość brudzenia sobie rąk i ukrywania się przed urzędem skarbowym. Nie wyobrażał sobie jednak siedzenia za biurkiem i wykonywania każdego dnia tych samych beznadziejnych czynności w otoczeniu tych samych beznadziejnych ludzi, którzy podlizywali się swoim szefom i podgryzali się nawzajem, walcząc jak psy o kość rzuconą z pańskiego stołu. I tak podjął decyzję, żeby zostać taksówkarzem. Dzięki temu sam sobie był szefem, sam ustalał godziny pracy i mógł swobodnie dysponować swoim czasem.

- Juruś, zrobiłam ci kanapki. - "Juruś"... na dźwięk tego zdrobnienia wzdrygnął się. - Ale po co, mamuś? Zjem coś na mieście, przecież wiesz...

*

Pani Anna, choć teraz sama wymagała opieki, nadal starała się dbać o swojego beniaminka. W czasach, kiedy cieszyła się jeszcze dobrym zdrowiem, spełniała wszystkie jego zachcianki i kompleksowo go obsługiwała, gotując mu ulubione dania, piorąc i prasując jego rzeczy (nawet skarpetki) czy sprzątając jego pokój. Teraz przychodziło jej to z coraz większym trudem, do czego oczywiście nie chciała się przyznać. Jerzy miał ambiwalentne odczucia - z jednej strony rola maminsynka bardzo mu odpowiadała, lecz z drugiej oznaczała oddanie pełnej kontroli nad własnym życiem i kompletny brak prywatności. Wielokrotnie próbował wyzwolić się spod matczynej kurateli i ułożyć sprawy na swoich zasadach. Wynajął nawet kawalerkę w Warszawie, a do Anina wpadał tylko na weekendy. W końcu dobiegał czterdziestki i czuł, że trzeba pomyśleć o założeniu rodziny. Jednak starszej pani za każdym razem udawało się wybić z głowy syna plany, które w jakichkolwiek sposób zakładały odsunięcie jej od władzy. Po krótkich związkach (rekord wynosił pół roku) wybranki Jerzego same odchodziły, nie mogąc znieść ciągłego wtrącania się przyszłej teściowej i złośliwych komentarzy z jej strony. Nie miały ochoty wychodzić za mąż za mężczyznę w zestawie z mamusią. Od samego początku nie było wątpliwości: tylko ona, a nie żona, powinna zajmować pierwsze miejsce w sercu syna, koniec kropka.