Prolog
Przesłuchanie
Pewnego marcowego popołudnia 2009 roku siedziałem w domowym gabinecie pogrążony w lekturze. Moja żona Marhaba zbierała w kuchni naczynia po obiedzie.
Ktoś zapukał do drzwi. Gdy je otwarłem, zobaczyłem troje młodych Ujgurów, dwóch mężczyzn i jedną kobietę. Marhaba wyjrzała z kuchni, stanęła za mną.
- Pan Tahir Hamut? - spytał wysunięty do przodu młodzieniec.
- Tak.
- Chcemy porozmawiać z panem na temat rejestracji gospodarstwa domowego*. Czy może pan pójść z nami na komisariat? - Głos miał spokojny.
Para trzymająca się krok za nim wyglądała na asystentów. Nie ulegało wątpliwości, że przybyszami byli ubrani po cywilnemu funkcjonariusze policji.
W Chinach rejestr gospodarstwa domowego zawiera informacje na temat każdego członka rodziny i jest uznawany za najważniejszy dokument tożsamości. Sprawdzanie go stało się wśród policjantów częstym pretekstem do przeszukania domu albo zatrzymania wybranej osoby.
- Oczywiście - odpowiedziałem równie spokojnie.
- Proszę wziąć ze sobą dowód - dodał funkcjonariusz.
- Mam go przy sobie. - Poklepałem się po kieszeni, w której nosiłem portfel.
Marhaba obserwowała nas z niepokojem.
- Nie martw się, to nic takiego - uspokajałem ją, wkładając kurtkę i buty. - Chodzi tylko o zameldowanie.
Gdy schodziliśmy po schodach, zauważyłem, że funkcjonariusze ustawili się tak, by iść za mną i przede mną, pilnowali mnie. Dzień był pogodny, ale zimny.
Przyjechali cywilnym samochodem, co oznaczało, że działali nieoficjalnie. Usiadłem z tyłu razem z mężczyzną, który ze mną rozmawiał. Drugi mężczyzna prowadził, kobieta zajęła miejsce obok niego.
Oczywiście zastanawiałem się, dlaczego mnie zabrali. Nie przychodziło mi do głowy nic, co mógłbym ostatnio zrobić, by dać im powód do aresztowania.
Wyjechaliśmy z osiedla na główną drogę. Aby dotrzeć do komisariatu, na skrzyżowaniu trzeba było skręcić w lewo. My skręciliśmy w prawo. Dopiero wtedy siedzący koło mnie mężczyzna wyjął z kieszeni legitymację policyjną i niedbale mi ją pokazał.
- Nazywam się Ekber. To jest Mijit. Jesteśmy z Biura Bezpieczeństwa Publicznego w Urumczi. Chcemy z panem chwilkę porozmawiać. - Kobiety nie przedstawił.
Ekber zwracał się do mnie, używając zaimka "siz", znamionującego szacunek, co uznałem za dobry znak. Gdyby uważali mnie za przestępcę, od początku używaliby nieformalnej, szorstkiej formy "sen".
Milczałem i starałem się zachować spokój. Z doświadczenia wiedziałem, że gwałtowne reakcje w takich sytuacjach w niczym nie pomagały. Najlepiej sprawiać wrażenie osoby, która nie ma pojęcia, dlaczego ją zatrzymano. Funkcjonariusze czerpią przyjemność z patrzenia na ludzkie nerwy, strach i zagubienie.
- Czym się pan zajmuje? - dopytywał Ekber. To jeszcze nie było przesłuchanie, chciał mnie najpierw sprawdzić.
- Jestem reżyserem filmowym. - Ograniczyłem się do krótkiej odpowiedzi.
Przytaknął skinieniem głowy i ciągnął:
- Pisze pan też scenariusze?
W tym momencie zacząłem się zastanawiać, czy ich wizyta ma związek z moją działalnością pisarską.
- Nie, reżyseruję scenariusze, które napisali inni.
- Czyje scenariusze pan reżyserował?
Wymieniłem nazwiska trzech autorów. Jednym z nich był mój przyjaciel Perhat Tursun.
- Perhat Tursun, ten, który obraził naszego proroka Mahometa?
Obruszyłem się, słysząc te słowa z ust funkcjonariusza policji, ale szybko odzyskałem równowagę. Zapewne próbował wyrobić sobie jakieś pojęcie o moich poglądach religijnych. Mimo to ta uwaga rozdrażniła mnie.
- Czytał pan powieść, w której Perhat Tursun rzekomo obraził Proroka? - W moim głosie pobrzmiewała irytacja.
Mężczyzna nie dawał za wygraną.
- Nie, ale czytałem esej na temat tej powieści.
- To proponuję, żeby przeczytał pan samą powieść - odparłem. - Urzędnicy państwowi powinni być skrupulatni.
Opublikowana dziesięć lat wcześniej powieść Sztuka samobójstwa dotykała tematów, których tradycyjnie w ujgurskiej literaturze unikano: poczucia wyobcowania, seksualności, samobójstwa. Tekst naruszał zwyczajowe konwencje estetyczne i obyczajowość społeczną, przez co odbił się głośnym echem w środowisku literackim. Pewien konserwatywny krytyk rzucił bezpodstawne oskarżenie, jakoby treść książki obrażała Proroka, przez co Perhat Tursun spotkał się z falą powszechnej krytyki, a podczas zaciekłej debaty społecznej grożono mu nawet śmiercią.
- Pan też jest pisarzem? - spytał Ekber.
- Piszę wiersze.
- Jakie wiersze pan pisze?
- Nie zrozumiałby pan ich.
- Aha, czyli te pokręcone abstrakcyjne poezje? - Uśmiechnął się kpiąco.
Nie odpowiedziałem. W samochodzie zapadła cisza. Jechaliśmy przez znajome ulice.
Nadal nie wiedziałem, dlaczego dzisiaj po mnie przyszli, i zachodziłem w głowę, czy wiąże się to z moim pobytem w więzieniu kilkanaście lat wcześniej. Jeżeli tak, to mogło skończyć się źle.
W 1996 roku chciałem podjąć studia w Turcji, ale zostałem aresztowany na granicy z Kirgistanem pod zarzutem "usiłowania wywiezienia z kraju nielegalnych i poufnych materiałów". Był to okres, gdy Ujgurów aresztowano pod byle pretekstem, i w końcu nadszedł czas na mnie. Półtora roku spędziłem w więzieniu w Urumczi, po czym skazano mnie na trzy lata resocjalizacji poprzez pracę. Ponieważ połowę wyroku odsiedziałem już w zakładzie karnym, na drugą część przeniesiono mnie do reedukacyjnego obozu pracy w Kaszgarze.
Podczas odbywania wyroku straciłem posadę nauczyciela, po powrocie do Urumczi byłem więc bez pracy, bez pieniędzy i bez domu. Miałem jedynie rejestr gospodarstwa domowego. Ciężko pracowałem, by zaczepić się na rynku, i w końcu zdołałem się zatrudnić jako reżyser filmowy. Ponieważ jednak byłem wolnym strzelcem i pozostawałem poza systemem państwowym, najczęściej angażowano mnie do kręcenia niskobudżetowych seriali telewizyjnych, wideoklipów albo reklam. Zarobki ledwie wystarczały na życie, a pozyskiwanie kolejnych zleceń chwilami graniczyło z cudem.
Regionalna stacja telewizyjna Sinciangu szukała w tamtym czasie tłumaczy wiadomości z języka chińskiego na ujgurski. Spośród trzystu kandydatów uzyskałem najlepsze wyniki na teście biegłości językowej, ale przeprowadzone badanie przeszłości politycznej ujawniło, że zostałem zwolniony z poprzedniej pracy. To wystarczyło, aby telewizja odrzuciła moją kandydaturę.
Próbowałem również swoich sił jako pisarz, jednak utrzymanie się z samego tworzenia okazało się niemożliwe. Tak wyglądała moja sytuacja w 2001 roku, gdy Marhaba i ja postanowiliśmy się pobrać.
Poznaliśmy się kilka lat wcześniej, gdy po powrocie z Pekinu podjąłem pracę w Urumczi. Perhat Tursun dorabiał wtedy po godzinach w niewielkiej firmie przekazującej informacje rolnicze ujgurskim gospodarstwom rolnym i zaprosił mnie do współpracy. Zgodziłem się, ponieważ w szkole, w której uczyłem, dostałem niewielką liczbę godzin. Właśnie w tej firmie po raz pierwszy zobaczyłem Marhabę, również nowo zatrudnioną. Zauważyłem, że ta dziewczyna o inteligentnym spojrzeniu często mi się przygląda, jak gdyby chciała wyrobić sobie o mnie zdanie.
Była o pięć lat młodsza, więc zwyczajowo powinna zwracać się do mnie "Tahir aka". Ujgurzy zwykle używają zwrotu "aka" - "starszy brat" - gdy odnoszą się z szacunkiem do starszych mężczyzn, podobnie jak do starszych kobiet zwracają się "hede", co oznacza "starsza siostra". Jednak Marhaba mówiła do mnie po prostu: Tahir. Wiedziałem, że jest w niej coś wyjątkowego.
W tamtym czasie zaczęliśmy coraz częściej ze sobą rozmawiać, czasami jedliśmy razem drugie śniadanie. Pomału zbliżaliśmy się do siebie.
Potem jednak zostałem uwięziony i zupełnie straciłem kontakt z Marhabą. Po wyjściu na wolność i powrocie do Urumczi niemal natychmiast skontaktowałem się z żoną Perhata, aby się upewnić, że Marhaba nie wyszła za mąż. Zaledwie kilka dni później umówiłem się z nią przed Teatrem Ludowym.
Gdy przyszedłem na miejsce, ona już czekała. Spojrzała na mnie i uśmiechnęła się niezwykle uroczo, jednak tuż po przywitaniu spochmurniała. Trzy lata temu poczuła się mocno zraniona, gdy wyjechałem bez pożegnania, a kiedy dowiedziała się, że zostałem aresztowany, przez trzy dni płakała, nie wychodziła z domu, nie mogła jeść.
Staliśmy i rozmawialiśmy na ulicy, samochody mijały nas z warkotem, zapadał zimowy wieczór, robiło się coraz chłodniej. Przez trzy lata więzienia mój organizm stał się mało odporny i bardzo wrażliwy, ale słuchając słów Marhaby, przestałem zwracać uwagę na mróz.
Zaczęliśmy się spotykać. Nasza więź stawała się coraz głębsza i silniejsza, a ja po kilku latach niedoli bardzo potrzebowałem rodzinnego ciepła. Marhaba okazała się troskliwą, pełną dobroci osobą. Często mnie odwiedzała, dbała o mnie, moje sprawy i zmartwienia zaczęła traktować jak swoje.
W końcu zdecydowaliśmy się na ślub. Moi rodzice w Kaszgarze nie byli zamożni, ale podarowali nam pieniądze, które wystarczyły na wynajem mieszkania. Aby zapłacić tradycyjne wiano rodzinie Marhaby, pożyczyłem od przyjaciela pięć tysięcy juanów - była to bardzo skromna zapłata za pannę młodą.
- Nie martw się - uspokajała mnie przyszła żona. - Jeśli oboje będziemy pracować, zarobimy na życie i poradzimy sobie.
Po ślubie wspólnie zaoszczędziliśmy i oddaliśmy przyjacielowi pięć tysięcy juanów.
Wkrótce po zawarciu małżeństwa musieliśmy zaktualizować rejestrację gospodarstwa domowego i zapisać się wspólnie w dzielnicy, w której zamieszkaliśmy. Zabrałem dokumenty z komisariatu, pod który wcześniej podlegałem, by złożyć je w nowym miejscu. Policjantka Han odpowiedzialna za zameldowanie przejrzała moje papiery. Jej szorstka reakcja zaskoczyła mnie.
- Obecny numer pana dowodu jest inny niż numer, który figuruje w archiwach rejestru.
- Jak to możliwe?
- Pierwszy pana numer wskazuje na Pekin, zaczyna się od jedenastu - odparła nieznoszącym sprzeciwu tonem. - A obecny pana numer pochodzi z Urumczi, zaczyna się od sześćdziesięciu pięciu. Tak nie może być. Każdy człowiek ma tylko jeden numer dowodu. W pana wypadku liczy się ten z Pekinu.
Przez chwilę nie wiedziałem, co powiedzieć.
- To co mam teraz zrobić? - spytałem w końcu.
- Proszę iść na komisariat, który pana rejestrował. Poprawić numer, a potem wrócić. Inaczej nie możemy pana tutaj zameldować.
Gdy przeprowadzałem się na studia do Pekinu, zgodnie z wymogami nałożonymi przez władze zabrałem ze sobą rejestr gospodarstwa domowego. Wkrótce potem Chiny wprowadziły pierwszą generację dowodów osobistych w formie plastikowych kart, otrzymałem więc swoją kartę, a ponieważ byłem zameldowany w Pekinie, znalazł się na niej pekiński numer. Po powrocie do Urumczi zarejestrowałem się w miejscowym komisariacie i otrzymałem nowy dowód osobisty z numerem z Urumczi. Nie zwróciłem większej uwagi na tę modyfikację; uznałem, że skoro zmieniam miejsce zameldowania, to zgodnie z tym musi się zmienić również numer mojego dowodu. Przez sześć lat używałem go bez żadnego problemu, a teraz okazało się, że widniejący na nim numer jest niepoprawny.
Następnego dnia wróciłem na swój stary komisariat i opowiedziałem o całej sytuacji. Funkcjonariuszka Han, która odpowiadała za meldunki, zerknęła na dokumenty wydane mi poprzedniego dnia i od razu zobaczyła, w czym problem. Mimo to dłuższą chwilę siedziała w milczeniu.
- Czy rzeczywiście ten numer jest niepoprawny? - dopytywałem, chcąc się upewnić, ona jednak najwyraźniej nie zamierzała przyznać się do błędu. Urzędnicy państwowi, a zwłaszcza funkcjonariusze policji, bardzo niechętnie uznają swoje pomyłki. Pomyślałem, że skoro minęło sześć lat od czasu przyznania mi numeru, to z pewnością odpowiedzialność za uchybienie ponosił inny funkcjonariusz, ale siedząca przede mną kobieta prawdopodobnie czuła, iż powinna bronić honoru całego systemu.
Raptownie podniosła głowę.
- Dlaczego nie zgłosił pan tego wcześniej?
- Sądziłem, że po przeniesieniu zameldowania do Urumczi numer dowodu również się zmienia.
- To pana błąd - oznajmiła stanowczo.
Moja cierpliwość się wyczerpała.
- Nie dopełniliście swoich obowiązków, a teraz przerzucacie winę na mnie? To nie ja zmieniam numery w dowodzie, to tylko i wyłącznie wasza odpowiedzialność.
- Tak nie będziemy rozmawiać - stwierdziła, ignorując moje słowa. - Proszę złożyć pisemnie czynny żal, w którym przyzna się pan do winy, ponieważ powinien pan zgłosić problem o wiele wcześniej. Wtedy rozpatrzymy sprawę.
Rozmowa była zakończona. Wiedziałem, że muszę zadowolić się tym, iż znalazło się rozwiązanie, nawet jeśli oznaczało ono wzięcie przeze mnie odpowiedzialności na siebie. Gdy złożyłem czynny żal, funkcjonariuszka wypełniła druk o nazwie "Poświadczenie zmiany numeru dowodu osobistego mieszkańca regionu Sinciang". Stwierdzał on, że mój obecny numer jest niepoprawny, w związku z czym powinno się przywrócić numer przyznany mi wcześniej. Policjantka podstemplowała formularz.
Przywrócenie dawnego numeru dowodu osobistego oznaczało, że sześć ostatnich lat mojego życia, w tym trzy lata spędzone w więzieniu, zostało pozbawione tożsamości. Było to dla mnie prawdziwe błogosławieństwo. Miałem ogromną nadzieję, iż dzięki temu wszelkie informacje na temat wcześniejszego osadzenia i wyroku skazującego zostaną wymazane z systemu policyjnego. W tamtym okresie istniała na to spora szansa, ponieważ internet jeszcze raczkował.
Przez pewien czas po ślubie ani Marhaba, ani ja nie mieliśmy stałego zatrudnienia, dlatego podejmowaliśmy różne prace, często dorywcze, żeby związać koniec z końcem. Oboje pracowaliśmy w pocie czoła na wszystko, czego potrzebowała młoda rodzina. Byliśmy bardzo zmęczeni, ale szczęśliwi. W końcu dostałem posadę jako reżyser filmów w prywatnej firmie medialnej. Doczekaliśmy się dwójki dzieci, a po siedmiu latach wynajmowania mieszkania, w 2008 roku, zdołaliśmy wziąć kredyt pod hipotekę i kupić własne cztery kąty.
Moja praca reżyserska spotykała się z coraz lepszym przyjęciem w szerszych kręgach. Wciąż pisałem wiersze i również na tym polu udało mi się zdobyć pewne uznanie. Po wielu trudach i przeciwnościach nasze życie wreszcie się ustabilizowało, a my mogliśmy się cieszyć względnym spokojem.
W ciągu dziesięciu lat od wyjścia na wolność policja raz na jakiś czas zatrzymywała mnie pod różnymi pretekstami, ale większość ujgurskich intelektualistów doświadczała tego samego. Zatrzymania nigdy nie wiązały się z moim dawnym pobytem w więzieniu, co prawdopodobnie zawdzięczałem nie tylko zmianie numeru dowodu osobistego, ale i miejscu aresztowania - przed laty ujęto mnie w prefekturze Kizilsu, obecnie zaś byłem zameldowany jako mieszkaniec Urumczi. Policja nie zwykła zajmować się sprawami z innych dystryktów, jeśli nie zyskiwały one najwyższej rangi, było więc mało prawdopodobne, by funkcjonariusze z Kizilsu fatygowali się tysiąc pięćset kilometrów do Urumczi w celu sprawdzenia moich poczynań.
Jeżeli jednak coś się zmieniło i teraz policja z Urumczi wciągnęła mnie na czarną listę z powodu przeszłości politycznej, do końca życia będę pod ścisłą obserwacją. Z trudem osiągnięta równowaga życiowa legnie w gruzach.
Jechaliśmy wąską drogą w centrum miasta, zatrzymaliśmy się przed starym budynkiem mieszczącym komisariat dzielnicy Tengritagh*. Funkcjonariusze zaprowadzili mnie na piętro do nijakiego pokoju, w którym znajdowały się trzy krzesła, trzy stoły i trzy zwykłe komputery stacjonarne. Blaty i monitory pokrywała cienka warstwa kurzu, domyślałem się więc, że nikt tu nie zaglądał przynajmniej od miesiąca.
Ekber wskazał mi krzesło stojące najbliżej drzwi.
- Napije się pan czegoś? - spytał.
- Poproszę colę, jeśli jest - odpowiedziałem.
Mijit wyszedł z pokoju, kobieta już wcześniej gdzieś zniknęła. Ekber włączył ustawiony pod oknem komputer, po czym grzecznie poprosił:
- Mogę zobaczyć pana dowód?
Podałem funkcjonariuszowi dokument, który wyjąłem z portfela. Położył go obok siebie na stole.
Mijit wrócił z trzema puszkami schłodzonej coca-coli, jedną wręczył mnie, drugą Ekberowi. Po chwili Ekber wyszedł bez słowa, a ja, sącząc swój napój, starałem się zachować spokój. Mijit odstawił puszkę na stół, przez jakiś czas gapił się w monitor, na którym migotał instalujący się system, a następnie ruszył w stronę drzwi. Zanim zdążył wyjść, powiedziałem, że muszę skorzystać z toalety. W rzeczywistości zależało mi na tym, aby sprawdzić ich reakcje. Mijit kazał mi iść za nim. Na korytarzu nikogo nie było, minęliśmy kilka par drzwi, po czym stanęliśmy przed toaletą. Wszedłem do środka, funkcjonariusz wszedł za mną, nie spuszczając mnie z oka. Najwyraźniej zostałem uznany za osobę wartą szczególnego zainteresowania.
Dalsza część książki dostępna w wersjipełnej
* Rejestr gospodarstwa domowego - obowiązujący w Chinach system rejestracji gospodarstwa domowego, w którym umieszcza się dane osobowe, podstawowe informacje na temat najbliższych członków rodziny oraz obecnego, a także wcześniejszych miejsc zamieszkania. Dokument ma formę niewielkiej bordowej książeczki.
* Oficjalna chińska nazwa dzielnicy zwanej po ujgursku Tengritagh to Tianshan.