Czekaj na mnie - Santa Sebag-Montefiore

Kup ebooka

38.90 zł
32.29 zł (30,49 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

Prolog

Połu­dniowa Austra­lia, gru­dzień 1995

Mary-Alice Dela­ware jesz­cze raz prze­czy­tała list. Był nie­do­rzeczny. Zupeł­nie idio­tyczny i bio­rąc pod uwagę oko­licz­no­ści, nie­tak­towny. W grun­cie rze­czy był tak absur­dalny, że wybuch­nęła śmie­chem. Pod­nio­sła wzrok znad kartki i popa­trzyła na ogród. Pośród ostró­żek koły­sał się słom­kowy kape­lusz jej matki, która pochy­lała się, ple­wiąc rabaty i moc­niej zaci­ska­jąc sznurki, któ­rymi dłu­gie łodygi kwia­tów przy­wią­zane były do pali­ków. Sie­dem­dzie­się­cio­sze­ścio­let­nia Flo­rence Leve­son nie miała zamiaru zwal­niać tempa. Była prze­ko­nana, że od bez­czyn­no­ści stawy by jej zwap­niały, tak jak stary samo­chód rdze­wieje od nie­uży­wa­nia. Utrzy­my­wała, że aktyw­ność pozwoli jej zacho­wać ener­gię. Przez aktyw­ność rozu­miała pracę w ogro­dzie, ener­giczne spa­cery z bas­se­tem Bazem, pie­cze­nie ciast, grę na pia­ni­nie oraz jogę. Ta ostat­nia wpra­wiała Mary-Alice w zaże­no­wa­nie; nikomu na świe­cie nie życzy­łaby widoku wła­snej matki ubra­nej w lycrę.

Czy powinna oddać matce ten list, czy nie?

Posta­no­wiła wstrzy­mać się z decy­zją kilka dni. W końcu nie było pośpie­chu, a Flo­rence zapewne i tak wyrzuci list do kosza. Nie żeby matce bra­ko­wało poczu­cia humoru; prze­ciw­nie, Mary-Alice nie znała nikogo, kto mógłby się z nią rów­nać pod tym wzglę­dem. Flo­rence miała cudowną zdol­ność lecze­nia serca śmie­chem. A bio­rąc pod uwagę tra­ge­die, które prze­żyła, było to godne podziwu. Mary-Alice była pewna, że jeśli kto­kol­wiek miałby się śmiać z tego nie­do­rzecz­nego listu, to wła­śnie Flo­rence. A jed­nak czuła dziwny ucisk w piersi - cień wąt­pli­wo­ści, ostrze­że­nie, że być może tym razem prze­wrotne poczu­cie humoru Flo­rence opu­ści, a wtedy Mary-Alice poża­łuje, że poka­zała jej list. Gdy raz go zoba­czy, nie będzie już mogła o nim zapo­mnieć. Nie, należy dzia­łać ostroż­nie.

Kopertę zaadre­so­wano do Mary-Alice Dela­ware, ale list w środku prze­zna­czony był dla Flo­rence Leve­son. W dołą­czo­nej notce nadawca jasno dawał do zro­zu­mie­nia, że pozo­sta­wia Mary-Alice decy­zję, czy jej matka powinna to prze­czy­tać. Przy­naj­mniej w tym oka­zał odro­binę taktu. Chciał, żeby Mary-Alice prze­czy­tała list pierw­sza i pod­jęła decy­zję. Naj­wy­raź­niej długo się nad tym zasta­na­wiał; list był prze­my­ślany i w grun­cie rze­czy piękny. Nie mogła zaprze­czyć, że to naprawdę bar­dzo piękny list. I to był kolejny powód, dla któ­rego się wahała: nadawca naj­wy­raź­niej nie był sza­leń­cem ani nie miał złych zamia­rów. Wyda­wał się wykształ­co­nym i uczci­wym czło­wie­kiem. Mimo to list był bar­dzo deli­katną i - no cóż - oso­bliwą sprawą.

- Masz ochotę na her­batę, mamo? - zawo­łała Mary-Alice z werandy. Była piąta po połu­dniu, a Flo­rence, wycho­wana w Anglii, chęt­nie jadała pod­wie­czorki. Earl grey, kanapki z jaj­kiem i szczy­pior­kiem, kawa­łek cia­sta lub ulu­bione tosty z masłem i pastą droż­dżową Vege­mite. Flo­rence nie przej­mo­wała się swoją figurą. Kie­dyś była szczu­pła, z wąską talią i dłu­gimi, smu­kłymi nogami, ale teraz jej kształty się zaokrą­gliły. Cery nie zepsuło jej ani słońce austra­lij­skie, ani indyj­skie w cza­sach dzie­ciń­stwa. Nie wyglą­dała na swoje lata, choć jej twarz zna­czyły zmarszczki mimiczne. Prawdę mówiąc, Flo­rence ni­gdy nie była próżna, nawet w mło­do­ści, gdy podzi­wiano jej urodę. Włosy, zawsze gęste, wciąż miała impo­nu­jące, dłu­gie i mięk­kie. Upi­nała je w luźny kok, z któ­rego wysu­wały się poje­dyn­cze kosmyki i opa­dały na szyję i skro­nie. W dzie­ciń­stwie były jasne, ale z cza­sem ściem­niały, a teraz posi­wiały. Sze­ro­kie sre­brzy­ste pasmo z przodu zain­spi­ro­wało jej wnuki do nada­nia jej przy­domku "Bor­suk". Nie­wiele kobiet ucie­szy­łoby się z porów­na­nia do bor­suka, Flo­rence jed­nak uznała, że to zabawne.

- Wspa­niale - odrze­kła, ocie­ra­jąc spo­cone czoło przed­ra­mie­niem. Było gorąco i miała ochotę odpo­cząć w cie­niu. Zdjęła ręka­wice do prac w ogro­dzie i pod­nio­sła się z rabaty. Baz, przy­sy­pia­jący pod gru­szą, usiadł wycze­ku­jąco. - Wiesz, ten ogród chyba jesz­cze ni­gdy nie wyda­wał się tak bujny. Naprawdę, zupeł­nie jak w Anglii. - Uśmiech przy­da­wał jej twa­rzy dziew­czę­cej sło­dy­czy. - Można by pomy­śleć, że tu przez cały czas pada. A te uro­cze trzmiele są cią­gle pijane. Zupeł­nie jak wujek Ray­mond, krą­żący od pubu do pubu. Nikt nie lubił rundki po pubach bar­dziej niż wujek Ray­mond.

Mary-Alice się roze­śmiała. Jej matka uwiel­biała mówić o prze­szło­ści, a lata spę­dzone w Anglii wyda­wały się jej naj­bliż­sze. Mary-Alice weszła do domu, żeby nasta­wić czaj­nik. Zda­wa­łoby się, że w taki upał mro­żona lemo­niada będzie bar­dziej orzeź­wia­jąca niż her­bata, ale jej matka była stała w swo­ich przy­zwy­cza­je­niach, więc będzie her­bata - po angiel­sku, z mle­kiem. Mary-Alice wrzu­ciła do imbryka kilka tore­bek earl greya i wyjęła cia­sto z lodówki. Kiedy po chwili wró­ciła na werandę, Flo­rence sie­działa na huś­tawce, a Baz leżał obok, z głową na jej kola­nach. Wachlo­wała się kolo­ro­wym pismem i nuciła jakąś starą melo­dię, któ­rej Mary-Alice nie znała.

- Wiesz, kiedy byłam mała, w każde Boże Naro­dze­nie wuj Ray­mond zabie­rał nas na gwiazd­kowe przed­sta­wie­nie do Fol­ke­stone. - Flo­rence uśmie­chała się cie­pło, machi­nal­nie głasz­cząc psa po gło­wie. - To była rodzinna tra­dy­cja i wycze­ki­wa­li­śmy tego z wiel­kim pod­nie­ce­niem. Praw­dziwe prze­ży­cie. Naj­bar­dziej lubi­łam Pio­tru­sia Pana. Mia­łam szczę­ście zoba­czyć Jeana For­besa-Robert­sona w roli Pio­tru­sia. "Jeśli wie­rzysz we wróżki, zaklaszcz w dło­nie!" Wszy­scy gor­li­wie kla­ska­li­śmy i Dzwo­ne­czek oży­wała. To było cudowne.

Mary-Alice nalała her­batę do fili­ża­nek i pod­su­nęła matce tale­rzyk z cia­stem. Baz pod­niósł głowę z kolan Flo­rence i z zain­te­re­so­wa­niem obwą­chał talerz.

- Szkoda, że nie pamię­tam Bożego Naro­dze­nia w Anglii - powie­działa Mary-Alice. - Z mro­zem i pło­ną­cym ogniem. Sanie Świę­tego Miko­łaja lepiej wyglą­dają na śniegu.

- Tak, Boże Naro­dze­nie w gorą­cym kli­ma­cie to zupeł­nie nie to samo. Powinno być mroźne, zimne i roz­iskrzone jak kalen­darz adwen­towy. Ile mia­łaś lat, kiedy się tu prze­pro­wa­dzi­li­śmy? Cztery?

- Trzy - popra­wiła ją Mary-Alice, wzru­sza­jąc ramio­nami. - Nie tęskni się za tym, czego się nie poznało. Święta Bożego Naro­dze­nia w Austra­lii też są wyjąt­kowe.

Flo­rence posta­wiła talerz na niskim sto­liku poza zasię­giem Baza i wrzu­ciła kostkę cukru do her­baty.

- Zwy­kle spę­dza­li­śmy Boże Naro­dze­nie u dziad­ków. Uwiel­bia­łam do nich jeź­dzić. Wiesz, że tato zmarł nie­długo po naszym przy­jeź­dzie z Indii do Anglii, więc mama, Wini­fred i ja jeź­dzi­ły­śmy na święta do jej rodzi­ców, do Korn­wa­lii. Mieli piękny duży dom w Gul­li­ver's Bay. Nazy­wał się Mari­ners i miał pry­watną plażę. Bar­dzo wąt­pię, by na­dal była pry­watna, ale w tam­tych cza­sach mie­li­śmy ją tylko dla sie­bie. Z domu pro­wa­dziło ukryte pod­ziemne przej­ście do jaskini. W cza­sie wojen napo­le­oń­skich prze­myt­nicy prze­rzu­cali stam­tąd bele wełny na łodzie rybac­kie cze­ka­jące w zatoce i wymie­niali je na brandy i koronki. To było magiczne miej­sce.

- Brzmi wspa­niale - powie­działa Mary-Alice, która sły­szała już te opo­wie­ści.

- Uwiel­bia­łam Boże Naro­dze­nie. Pamię­tam, z jakim pod­nie­ce­niem spraw­dza­łam cię­żar poń­czo­chy wiszą­cej w nogach łóżka. Kiedy trą­ca­łam ją sto­pami, chrzę­ściła. Bab­cia była bar­dzo hojna i okrop­nie nas roz­piesz­czała. Poń­czo­chy były pełne pre­zen­tów. Oby­dwie z Wini­fred się­ga­ły­śmy na sam dół, gdzie była man­da­rynka, wciąż owi­nięta w srebrny papier z warzyw­niaka. Teraz nikt nie ceni man­da­ry­nek, ale w tam­tych cza­sach były luk­su­sem przy­wo­żo­nym na stat­kach aż z Tan­geru. - Flo­rence zaśmiała się, upiła łyk her­baty i wes­tchnęła; na sta­rość nabrała tego iry­tu­ją­cego nawyku. - świą­teczny obiad to była praw­dziwa uczta. - Jej policzki okrył rumie­niec, wspo­mnie­nia popły­nęły sze­roką falą. - Naj­bar­dziej lubi­łam deser. Przy­no­szono go, zanim zosta­wia­ły­śmy męż­czyzn w jadalni, żeby wypili swoje porto, zaraz po świą­tecznym serze Stil­ton ude­ko­ro­wa­nym sele­rem i poda­wa­nym z biskwi­tami Romary z Tun­bridge Wells. Zawsze były cze­ko­ladki Char­bon­nel et Wal­ker w kil­ku­war­stwo­wych pudeł­kach, ze srebr­nymi szczyp­cami i śliw­kami z Karls­badu. No i te pyszne fru­its glacés i mar­rons glacés, kan­dy­zo­wane owoce i kasz­tany w cukrze z Fran­cji. Moja matka je uwiel­biała. - Flo­rence odgry­zła kawa­łek cia­sta i wcią­gnęła powie­trze przez nos. - Mmm, nie­biań­skie. Nie, Baz, to nie jest dla cie­bie. No dobrze, dosta­niesz kawa­łe­czek. - Odła­mała kawa­łek bisz­koptu i rzu­ciła psu. - W Gul­li­ver's Bay zawsze poda­wano bisz­kopt do her­baty.

- Tyle sły­sza­łam o Gul­li­ver's Bay. Chcia­ła­bym tam kie­dyś poje­chać - powie­działa Mary-Alice. Miała wra­że­nie, że zna to miej­sce.

- Nie­stety, jestem już za stara, żeby tam wró­cić. Gdyby nie to, sama bym cię tam zabrała. - Na twa­rzy Flo­rence poja­wiła się tęsk­nota. - Nie wiem, do kogo teraz należy dom. Mój Boże, tam może być nawet hotel albo pen­sjo­nat. Czy to nie byłoby okropne? W dzi­siej­szych cza­sach ludzie nie chcą już wiel­kich domów, gdzie za drzwiami obi­tymi zie­lo­nym suk­nem znaj­dują się kwa­tery dla służby. Ludzie nie mają już służby, prawda? Kto może sobie na to pozwo­lić? Ale w tam­tych cza­sach tak było. Moi dziad­ko­wie pocho­dzili z epoki wik­to­riań­skiej. Byli bar­dzo kon­wen­cjo­nalni i muszę dodać, że mieli tro­chę wiel­ko­pań­skie maniery. Uwa­ża­li­śmy służbę za coś oczy­wi­stego, ale kiedy teraz o tym myślę, ude­rza mnie, jak ciężko ci słu­żący pra­co­wali. Pra­wie ni­gdy nie dosta­wali wol­nego i pew­nie też nie zara­biali zbyt wiele. To był eli­tarny świat i oczy­wi­ście skoń­czył się wraz z wojną. - Wes­tchnęła i ugry­zła kolejny kęs cia­sta, delek­tu­jąc się słod­kim sma­kiem. Baz zaczął się śli­nić, ale Flo­rence, nie­siona falą wspo­mnień, nie zwró­ciła uwagi na jego pożą­dliwe spoj­rze­nie. - Dwaj bra­cia mojego ojca zgi­nęli w Wiel­kiej Woj­nie. Nikt nie sądził, że przy­stą­pimy do kolej­nej, i to tak szybko. Takie mar­no­traw­stwo. Można by pomy­śleć, że pierw­sza wojna cze­goś ich nauczyła, ale ludzie niczego się nie uczą. To jest naj­tra­gicz­niej­sze.

Mary-Alice dolała sobie her­baty.

- Opo­wiedz mi coś jesz­cze o Gul­li­ver's Bay - popro­siła. Nie chciała podą­żać za matką ścieżką wio­dącą do wojny. Wie­działa, do czego pro­wa­dzą te wspo­mnie­nia: uniesz­czę­śli­wiały ją.

- Ni­gdy nie byłam reli­gijna, ale lubi­łam cho­dzić do kościoła - pod­jęła Flo­rence. - Podo­bał mi się pastor, wie­lebny Mil­lar. Był niski, gruby, łysy i seple­nił, a do tego miał żywio­łowy cha­rak­ter. Cokol­wiek powie­dział, brzmiało to nie­zmier­nie eks­cy­tu­jąco. Od tam­tej pory ni­gdy wię­cej nie spo­tka­łam takiego pastora. Miał praw­dziwą cha­ry­zmę i wigor. Gdyby wszy­scy pasto­rzy byli tacy jak on, kościoły pęka­łyby w szwach. - Uśmiech­nęła się szel­mow­sko. - Ale nie zamie­rzam uda­wać, że tylko pastor oży­wiał moje nie­dzielne poranki. Nie, to był Aubrey Dash.

Mary-Alice uśmiech­nęła się znad fili­żanki. Sły­szała tę histo­rię już setki razy, ale nie zamie­rzała odma­wiać matce przy­wo­ła­nia jed­nego z naj­droż­szych jej wspo­mnień.

- Nawet jego imię brzmi roman­tycz­nie - oświad­czyła.

- Kie­dyś wiele razy zapi­sy­wa­łam je w pamięt­niku, "Aubrey Dash", a potem pisa­łam "Flo­rence Dash", żeby spraw­dzić, jak nazy­wa­ła­bym się po ślu­bie. Bio­rąc pod uwagę, jak się wszystko uło­żyło, to zabawne, prawda? - Flo­rence roze­śmiała się i jej zie­lone oczy roz­bły­sły. - Ale on led­wie mnie zauwa­żał. - Lekko wzru­szyła ramio­nami i znów napiła się her­baty.

- Nie rozu­miem dla­czego, mamo. Prze­cież byłaś bar­dzo ładna.

- Nie zapo­mi­naj, że byłam też bar­dzo młoda, a lubię myśleć, że późno roz­kwi­tłam. Sie­dzia­łam w naszej ławce, a on w swo­jej, oczy­wi­ście z rodziną. Był jak jasna gwiazda na skraju mojego pola widze­nia. Z tru­dem się powstrzy­my­wa­łam, żeby się na niego nie gapić. Wyzna­cza­łam sobie, co ile minut mogę na niego zer­kać, żeby to nie było za czę­sto. Pięć minut, sześć, cza­sami uda­wało mi się dojść aż do pięt­na­stu. Naj­lep­sza chwila była wtedy, kiedy szli­śmy do komu­nii. Cza­sami sta­wa­łam tuż przed nim lub za nim i czu­łam go bli­sko sie­bie, jakby pro­mie­nio­wał cie­płem. Gdy na mnie spoj­rzał, co się zda­rzyło raz czy dwa, oble­wa­łam się rumień­cem. - Wsu­nęła do ust ostatni kawa­łek cia­sta i z roz­ko­szą obli­zała palce. - Prze­pra­szam, Baz, ale nie ma wię­cej. - Pies z wes­tchnie­niem rezy­gna­cji znów oparł łeb na jej kola­nach. - Był bar­dzo przy­stojny nawet jako chło­piec. Widzisz, był wysoki, kiedy jego rówie­śnicy jesz­cze nie uro­śli, i miał prze­piękne oczy: szare z dłu­gimi, czar­nymi rzę­sami. I pełne usta. Prze­ko­na­łam się, że pełne usta są rzad­kie w Anglii. Ale Aubrey miał śliczne usta.

Mary-Alice się roze­śmiała.

- Och, mamo, zabawna jesteś.

- Usta są ważne, Mary-Alice. Nie jest miło cało­wać męż­czy­znę, który ma usta jak rekin.

Teraz roze­śmiały się oby­dwie.

- Pew­nie nie - zgo­dziła się Mary-Alice. - Masz fan­ta­styczną pamięć do szcze­gó­łów.

- A ty, kocha­nie, nie pamię­tasz swo­jej pierw­szej miło­ści?

- Chyba pamię­tam, ale nie tak jak ty.

- Kiedy będziesz w moim wieku, wspo­mnie­nia zaczną cię ata­ko­wać ni stąd, ni zowąd. Na przy­kład oko­pu­jesz krzak czar­nego bzu i nagle pstryk, jakaś bańka z two­jej pod­świa­do­mo­ści wypływa na powierzch­nię i pęka i naraz poja­wia się przed tobą coś, o czym nie myśla­łaś od lat. A kiedy o tym myślisz, wra­cają uczu­cia, które kie­dyś prze­ży­wa­łaś, i daję słowo, twoje ciało czuje dokład­nie to, co czuło przed laty, zupeł­nie jak­byś znów stała w nawie za ple­cami Aubreya Dasha, cze­ka­jąc na komu­nię świętą i marząc o tym, że on się odwróci i na cie­bie spoj­rzy. - Flo­rence potrzą­snęła głową, zadzi­wiona sobą sprzed lat. - Jak nie­wiele wie serce, kiedy jest się zale­d­wie dziew­czyną. Ile jesz­cze musi się nauczyć.

Mary-Alice odnio­sła wra­że­nie, że list w jej kie­szeni staje się coraz cie­plej­szy i domaga się uwagi. Odsta­wiła fili­żankę i wsu­nęła rękę do kie­szeni. W tej samej chwili dostrze­gła chmurę kurzu na dro­dze w oddali. Chmura sta­wała się coraz więk­sza, w miarę jak cię­ża­rówka się zbli­żała. Meta­lowe obra­mo­wa­nia reflek­to­rów jaskrawo błysz­czały w słońcu.

- To na pewno David - powie­działa. Wyjęła rękę z kie­szeni i wstała. List musiał pocze­kać.

- Wrócę do ogrodu - powie­działa Flo­rence, ze stęk­nię­ciem dźwi­ga­jąc się z huś­tawki.

- Nie sądzisz, że już wystar­czy na dzi­siaj?

- Dopiero szó­sta. Naj­lep­sza część jest jesz­cze przed nami. Złote świa­tło wcze­snego wie­czoru. To moja ulu­biona pora dnia. - Flo­rence z głę­bo­kim wes­tchnie­niem satys­fak­cji spoj­rzała na ogród. - Uwiel­biam głosy pta­ków, które sie­dzą w gniaz­dach na drze­wach. Przy­po­mina mi się Gul­li­ver's Bay. Oczy­wi­ście ptaki są tu inne, ale tak samo pod­no­szą na duchu. Nic nie uszczę­śli­wia mnie bar­dziej niż śpiew pta­ków.

Mary-Alice zebrała fili­żanki i tale­rzyki na tacę i wró­ciła do kuchni. Gdy znów wyszła z domu, David zapar­ko­wał już samo­chód pod euka­lip­tu­sem i szedł przez traw­nik, żeby się z nią przy­wi­tać.

- Udał ci się dzień, kocha­nie? - zapy­tała z werandy, wycią­ga­jąc do niego puszkę zim­nego piwa.

Jej mąż był sil­nym, wyspor­to­wa­nym męż­czy­zną po sześć­dzie­siątce. Regu­lar­nie grał w squ­asha i w tenisa, a kiedy miał czas, lubił bie­ga­nie i wędrówki. Im był star­szy, tym bar­dziej dbał o syl­wetkę i tym wię­cej wysiłku wkła­dał w jej utrzy­ma­nie.

Wbiegł na werandę, prze­ska­ku­jąc po dwa stop­nie, i poca­ło­wał żonę.

- Wła­śnie tego potrze­bo­wa­łem - powie­dział, rzu­ca­jąc torbę na pod­łogę i bio­rąc od niej piwo. Opadł na huś­tawkę, oparł na stole stopy w czer­wo­nych teni­sów­kach i z syk­nię­ciem otwo­rzył puszkę. Upił łyk i się obli­zał.

- Dosko­nałe - oświad­czył, prze­cze­su­jąc ręką włosy. Jego kędziory na­dal były gęste, choć wię­cej już w nich było siwych wło­sów niż ciem­nych.

Mary-Alice znów usia­dła, by posłu­chać, jak minął mu dzień. David i jego kolega z cza­sów szkol­nych Bruce Dixon byli współ­wła­ści­cie­lami firmy budow­la­nej w pobli­skim mie­ście i gdy David wra­cał do domu, zawsze miał do opo­wie­dze­nia jakąś zabawną histo­ryjkę o któ­rymś z klien­tów. Nor­mal­nie Mary-Alice poka­za­łaby mu list - zwy­kle dzie­liła się z mężem wszyst­kim, ale tym razem nie mogła tego zro­bić. List był zbyt dziwny. David roze­śmiałby się i kazałby jej wyrzu­cić go do kosza. Po czę­ści Mary-Alice rów­nież miała ochotę tak zro­bić i zapo­mnieć o wszyst­kim, ale Flo­rence powinna zoba­czyć ten list. Jakie w końcu Mary-Alice miała prawo decy­do­wać, co jej matka może prze­czy­tać, a co nie?

Flo­rence poma­chała do Davida z rabaty i wró­ciła do pracy, nucąc z zado­wo­le­niem. Znie­ru­cho­miała na chwilę, by popa­trzeć na psz­czoły brzę­czące nad lawendą. Jakie roz­kosz­nie gru­biut­kie i takie pra­co­wite - pomy­ślała z przy­jem­no­ścią. Potem jedna z psz­czół odle­ciała i Flo­rence zdu­mie­wała się, jakim cudem tak deli­katne skrzy­dełka mogą unieść jej cię­żar. Głosy Mary-Alice i Davida dźwię­czały w oddali, zagłu­szane przez świer­got pta­ków, które kłó­ciły się w gałę­ziach o miej­sce na noc­leg. Słońce powoli zacho­dziło, zale­wa­jąc rów­ninę ziar­ni­stą, zło­to­ró­żową poświatą. Wkrótce na nie­bie roz­bły­śnie pierw­sza gwiazda i nad ogro­dem zapad­nie noc, uci­sza­jąc wszystko oprócz świersz­czy i sów. Flo­rence miała zamiar zostać na dwo­rze tak długo, jak tylko się da. Uwiel­biała, gdy ota­czała ją przy­roda. Odkąd wypro­wa­dziła się z mia­sta i zamiesz­kała z Mary-Alice i Davi­dem na tym pięk­nym ran­czu w sta­nie Vic­to­ria, każdy dzień był dla niej wielką rado­ścią. W mie­ście miała miesz­ka­nie z roz­le­głym patio, które zapeł­niła rośli­nami i drzew­kami owo­co­wymi w donicz­kach, ale jej serce tęsk­niło za wsią, a naj­bar­dziej bra­ko­wało jej wiej­skiego spo­koju: szmeru wia­tru w liściach, deli­katnego, ożyw­czego odde­chu natury - i poczu­cia, że na jakimś głę­bo­kim pozio­mie jest jej czę­ścią.

Baz pod­niósł się i prze­cią­gnął. Flo­rence wie­działa, że czas już wra­cać do domu.

- Chodź, sta­ruszku - powie­działa do psa. Oby­dwoje wspięli się na schody i przez siat­kowe drzwi weszli do domu. świersz­cze roz­po­częły już swój kon­cert, ptaki uci­chły. Spo­kój wie­czoru okry­wał rów­ninę jak gruba zasłona w kolo­rze indygo.

Mary-Alice przy­go­to­wy­wała w kuchni kola­cję. David poszedł na górę wziąć prysz­nic. Flo­rence nalała sobie kie­li­szek wina i wrzu­ciła do niego garść lodu.

- Masz ochotę? - zapy­tała.

- Bar­dzo chęt­nie, dzię­kuję.

Flo­rence napeł­niła jesz­cze jeden kie­li­szek.

- Czy mogę ci w czymś pomóc?

- Nie, odpocz­nij sobie.

- Chyba wezmę kąpiel.

- Dobry pomysł.

- Lubię się kąpać z kie­lisz­kiem wina. To bar­dzo deka­denc­kie i spra­wia, że znów czuję się młodo. Wiesz, po woj­nie wolno nam było nale­wać do wanny tylko tyle wody, że się­gała do kostek. Pełna wanna wody to dla mnie na­dal luk­sus.

Mary-Alice odsu­nęła się od kuchenki i wyjęła z kie­szeni list.

- Mamo, przy­szedł dzi­siaj do cie­bie list. Mia­łam zamiar ci go dać, ale cią­gle zapo­mi­na­łam.

Flo­rence nie była głu­pia. Jak ktoś mógłby zapo­mnieć prze­ka­zać pocztę?

- Od kogo to? - zapy­tała, mru­żąc oczy. Wyraz twa­rzy córki świad­czył, że to nie jest zwy­kły list.

- Naj­le­piej sama prze­czy­taj - powie­działa Mary-Alice.

Flo­rence wzięła kopertę i zmarsz­czyła brwi. Nie znała tego cha­rak­teru pisma.

- Zabiorę go na górę. Kie­li­szek wina, przy­jemna kąpiel, a teraz jesz­cze tajem­ni­czy list. Ten dzień wła­śnie stał się lep­szy.

Mary-Alice zaczerp­nęła odde­chu.

- Nie jestem tego pewna...

Flo­rence obró­ciła kopertę i zauwa­żyła, że jest otwarta.

- Czy­ta­łaś go?

- Tak.

- I?

- Jest dziwny. Ale i tak powin­naś go prze­czy­tać.

- Teraz mnie zacie­ka­wi­łaś. Czy mam go prze­czy­tać tutaj, przy tobie, na wypa­dek gdy­bym miała prze­wró­cić się i umrzeć?

Mary-Alice się zaśmiała.

- Nie, możesz prze­czy­tać w wan­nie. Ale lepiej weź ze sobą butelkę.

- Jest aż tak źle?

- Po pro­stu ten list jest dziwny - powtó­rzyła Mary-Alice.

Flo­rence uwie­rzyła córce na słowo. Z butelką w jed­nej ręce, listem i kie­lisz­kiem do wina w dru­giej, powoli weszła po scho­dach. Sie­dząc w pach­ną­cej wodzie, wytarła ręce we fla­ne­lowy ręcz­nik, wło­żyła oku­lary do czy­ta­nia i wyjęła list z koperty.

Sza­nowna pani Leve­son, chciał­bym się przed­sta­wić...

Rozdział pierwszy

Gul­li­ver's Bay, Korn­wa­lia, 1937

Wie­lebny Mil­lar sto­jący na ambo­nie był drob­nej budowy, jed­nak z powodu swej żywio­ło­wo­ści wyda­wał się znacz­nie więk­szy. Łysa głowa błysz­czała jak kula bilar­dowa, policzki miał różowe jak młody chó­rzy­sta, a gdy mówił, krza­cza­ste brwi poru­szały się jak pijane gąsie­nice. Jego seple­nie­nie mogłoby się wyda­wać komiczne, gdyby wypo­wia­dane prze­zeń słowa nie były tak prze­sy­cone pasją i mądro­ścią. Wie­lebny Mil­lar był praw­dzi­wie natchnio­nym pasto­rem i przy­cią­gał uwagę wszyst­kich człon­ków swo­jej kon­gre­ga­cji, z jed­nym wyjąt­kiem.

Flo­rence Light­foot sie­działa pośrodku ławki w towa­rzy­stwie swo­ich dziad­ków, Joan i Henry'ego Pin­fol­dów, wuja Ray­monda, sio­stry Wini­fred oraz matki Mar­ga­ret. Cała rodzina sie­działa wypro­sto­wana i sku­piona na pasto­rze, lecz Flo­rence już od dłuż­szego czasu patrzyła na drugą stronę nawy, tam gdzie rów­nie sztywno sie­działa rodzina Dashów. Uda­wała, że słu­cha wie­leb­nego Mil­lara, od czasu do czasu lekko kiwała głową lub śmiała się cicho, by poka­zać, jak bar­dzo jest pochło­nięta jego sło­wami, ale w isto­cie treść tych słów w ogóle do niej nie docie­rała, bo Flo­rence była bez reszty sku­piona na dzie­więt­na­sto­let­nim Aubreyu.

Według okre­śle­nia swo­jej roz­sąd­nej star­szej sio­stry Flo­rence była "zadu­rzona". Ona jed­nak miała już sie­dem­na­ście lat i dzie­więć mie­sięcy i wie­działa, że to coś wię­cej. Zadu­rze­nie suge­ro­wało coś prze­lot­nego i mło­dzień­czego, jak dzie­cinne zami­ło­wa­nie do lalek, z któ­rego szybko się wyra­sta, a potem głę­boko się tego żałuje. Uczu­cie Flo­rence do Aubreya Dasha było znacz­nie głęb­sze i w jej prze­ko­na­niu trwałe. Nie wyobra­żała sobie, by kie­dy­kol­wiek mogła się odko­chać. Bo to była miłość; Flo­rence miała co do tego pew­ność; prze­czy­tała wystar­cza­jąco dużo powie­ści, by roz­po­znać miłość, kiedy ta nade­szła.

Aubrey nie patrzył na Flo­rence. Sie­dział sztywno, z takim samym poważ­nym wyra­zem twa­rzy jak reszta zgro­ma­dze­nia, ale naraz uśmiech­nął się z cze­goś, co powie­dział pastor, a potem wokół jego ust i oczu poja­wiły się zmarszczki i roze­śmiał się na głos. Widok jego uśmie­chu wywo­łał we Flo­rence nie­zwy­kłe odczu­cie. Miała wra­że­nie, że unosi się z miej­sca, a w jej piersi roz­prze­strze­nia się bło­gość. Przy­po­mi­nało to prze­ży­cie reli­gijne i bar­dzo pod­nio­słoby na duchu pastora, gdyby cokol­wiek zauwa­żył. Jej oczy z nie­skry­wa­nym podzi­wem spo­częły na Aubreyu, usta roz­chy­liły się w wes­tchnie­niu. Nagłe ude­rze­nie łok­ciem w żebra przy­wio­dło jej uwagę z powro­tem do rodzin­nej ławki. Spoj­rzała na sio­strę z gniewną miną. Wini­fred bły­snęła oczami i postu­kała dłu­gim, czer­wo­nym paznok­ciem w modli­tew­nik, naka­zu­jąc sio­strze sku­pić się na nabo­żeń­stwie. Flo­rence jed­nak ni­gdy nie lubiła wyko­ny­wać roz­ka­zów ani prze­strze­gać zasad; w grun­cie rze­czy roz­kazy i zasady pro­wo­ko­wały ją tylko do znaj­do­wa­nia spo­so­bów, by je obejść. Przez kilka minut wpa­try­wała się w pastora, a potem, gdy zauwa­żyła, że sio­stra prze­stała zwra­cać na nią uwagę, pozwo­liła, by jej spoj­rze­nie niczym gołąb pocz­towy znów wró­ciło do Aubreya.

Był nie­wąt­pli­wie przy­stojny. Już w dzie­ciń­stwie był ład­nym chłop­cem i Flo­rence zauwa­żała go, odkąd zdała sobie sprawę z ist­nie­nia róż­nic mię­dzy chłop­cami a dziew­czyn­kami. Pań­stwo Dash mieli duży dom poło­żony kilka mil od Gul­li­ver's Bay. Był tam kort teni­sowy, basen i mnó­stwo ziemi, bowiem Wil­liam Dash, ojciec Aubreya, poświę­cił się upra­wie roli. Tylko krótka prze­jażdżka rowe­rem dzie­liła go od domu dziad­ków Flo­rence, który, choć mniej­szy, mógł się poszczy­cić wspa­nia­łym wido­kiem na morze i pry­watną zatokę. Ponie­waż Wini­fred była w tym samym wieku co Aubrey, a rodzeń­stwo Aubreya, bliź­nięta Julian i Cyn­thia, byli rówie­śni­kami Flo­rence, rodziny, chcąc nie chcąc, czę­sto się spo­ty­kały.

Dasho­wie mieli dużą rodzinę z licz­nymi kuzy­nami w róż­nym wieku, któ­rzy kolejno odwie­dzali ich w cza­sie szkol­nych waka­cji. W odróż­nie­niu od matki Flo­rence, która więk­szość życia mał­żeń­skiego spę­dziła w Egip­cie, a potem w Indiach i nie miała w Anglii wielu przy­ja­ciół, rodzice Aubreya uro­dzili się i wycho­wali w Korn­wa­lii i znali tu wszyst­kich. Pod­czas dłu­gich let­nich mie­sięcy nie­mal każ­dego dnia wyda­wali kola­cje, orga­ni­zo­wali pik­niki, wyprawy łodzią i tur­nieje teni­sowe z nie­zrów­na­nym w całym hrab­stwie roz­ma­chem. Nie­stru­dze­nie i entu­zja­stycz­nie przyj­mo­wali innych do swo­jego kręgu. Nic nie było dla nich zbyt wiel­kim kło­po­tem i wszy­scy byli mile widziani. Gdyby mieli motto rodowe, zapewne brzmia­łoby ono: "Im wię­cej, tym wese­lej". Nato­miast Mar­ga­ret Light­foot była ner­wowa i wpa­dała w panikę na samą myśl o koniecz­no­ści zor­ga­ni­zo­wa­nia choćby naj­mniej­szego przy­ję­cia, które musiała wydać, by się zre­wan­żo­wać za otrzy­my­wane zapro­sze­nia. W takich sytu­acjach w dużym stop­niu pole­gała na Wini­fred, która była kom­pe­tentna, pewna sie­bie i nie­wzru­szona jak jej nie­ży­jący mąż, oraz na swo­jej matce Joan, miłej, cier­pli­wej i wyro­zu­mia­łej wobec bra­ków Mar­ga­ret. Flo­rence była zbyt roz­piesz­czona i sku­piona na sobie, by komu­kol­wiek poma­gać.

Choć Mar­ga­ret uda­wało się robić dobrą minę do złej gry i od czasu do czasu wydać lunch czy kola­cję dla roz­ma­itych rodzin z Gul­li­ver's Bay, żadna z tych rodzin nie pod­ko­py­wała jej pew­no­ści sie­bie bar­dziej niż Dasho­wie. Celia Dash była kru­czo­włosą pięk­no­ścią o nie­zrów­na­nym stylu i wdzięku; Mar­ga­ret czuła się przy niej jak kuro­pa­twa przy smu­kłej łabę­dzicy. Wil­liam Dash był rów­nie przy­stojny jak jego żona, pełen swo­bod­nego wdzięku i bez­tro­ski czło­wieka, któ­rego naj­więk­szym zmar­twie­niem jest to, kogo uda mu się wycią­gnąć na kort teni­sowy i czy Hun­ter, jego czarny labra­dor, nie uciekł do mia­sta. Pogoda nie była zmar­twie­niem dla takiego far­mera jak Wil­liam Dash. Mają­tek, który odzie­dzi­czył, nie pocho­dził z roli; Dash nie kło­po­tał się spra­wami domo­wymi, bo Celia zarzą­dzała sprawną maszy­ne­rią zło­żoną z kucha­rzy, poko­jó­wek, loka­jów, ogrod­ni­ków i szo­fe­rów odda­nych swoim pra­co­daw­com. Celia miała dar i umiała spra­wić, że wszy­scy słu­żący czuli się mistrzami w swo­ich dzie­dzi­nach, a dzięki temu każdy z nich był dumny z wła­snej pracy i pra­gnął udo­wod­nić, że jest nie­za­stą­piony. Mar­ga­ret czuła prze­ra­że­nie na myśl, że będzie musiała odwdzię­czyć się sąsia­dom za liczne uprzej­mo­ści zapro­sze­niem ich do sie­bie.

Trudno było uwie­rzyć, by Aubrey tego ranka w kościele nie czuł na sobie wzroku Flo­rence. Nie była kla­syczną pięk­no­ścią, ale miała łobu­zer­ski tem­pe­ra­ment, który więk­szość chłop­ców w jej wieku uwa­żała za dziw­nie pocią­ga­jący. Flo­rence jed­nak nie wie­działa, że uwagę Aubreya zajęła nie­zna­joma, która zupeł­nie nie­spo­dzie­wa­nie przy­je­chała do Dashów z Fran­cji na let­nie waka­cje, przy­słana przez matkę, dawną przy­ja­ciółkę Celii, aby szli­fo­wać swój angiel­ski. Elise Dujar­din była drobna i ciemna, przy­po­mi­nała ostroż­nego jelonka, który zna­lazł się w nie­zna­nym miej­scu. Jej uro­cza powścią­gli­wość przy­cią­gnęła uwagę Aubreya Dasha. Sie­dząca w ławce przed nim, mię­dzy jego zażyw­nymi kuzyn­kami Ber­thą i Jane Cla­ir­mont, Elise wyda­wała się drobna i nie­zwy­kła, zupeł­nie inna pod wzglę­dem stylu i urody niż cała reszta zgro­ma­dzo­nych tu kobiet.

Flo­rence jej nie zauwa­żyła. Gdyby nawet zatrzy­mała spoj­rze­nie na tej mło­dej kobie­cie o krę­co­nych wło­sach, nie zwró­ci­łaby na nią uwagi, z miej­sca uzna­jąc, że nie ma w niej nic inte­re­su­ją­cego i z pew­no­ścią nie sta­nowi dla niej zagro­że­nia. W Gul­li­ver's Bay były oczy­wi­ście różne dziew­czyny, które Flo­rence uwa­żała za swoje rywalki - na przy­kład wysoka, ele­gancka Nata­lie Car­ter czy pło­mien­no­włosa Gin­ger Lately. Obie były o rok star­sze od Flo­rence i znacz­nie bar­dziej wyra­fi­no­wane. Ale ta kędzie­rzawa Fran­cuzka nie była warta dru­giego spoj­rze­nia i Flo­rence nie miała poję­cia, że Aubrey w ogóle ją zauwa­żył.

Po nabo­żeń­stwie wszy­scy jak zwy­kle zgro­ma­dzili się na zewnątrz, żeby poroz­ma­wiać przed powro­tem do domu na nie­dzielny lunch. Jak w więk­szość nie­dziel, Dasho­wie zapro­sili do sie­bie pastora i Flo­rence

sły­szała, jak wie­lebny Mil­lar powie­dział do Aubreya, gdy ten zatrzy­mał się w drzwiach, by mu podzię­ko­wać:

- Nie mogę się docze­kać, żeby usły­szeć, jak mówisz po fran­cu­sku.

Aubrey się zaśmiał.

- Oba­wiam się, że nasza nowa przy­ja­ciółka nie oceni mojej zna­jo­mo­ści języka zbyt wysoko.

Flo­rence nie miała poję­cia, o czym mówią i nie zasta­na­wiała się nad tym, cze­ka­jąc na swoją kolej, by uści­snąć dłoń wie­leb­nemu Mil­la­rowi i podzię­ko­wać mu za pod­no­szące na duchu kaza­nie, z któ­rego nie sły­szała ani słowa.

Był jasny, sło­neczny dzień. Jak zwy­kle w Gul­li­ver's Bay wiatr wiał od strony morza. Szary kamienny kościół został zbu­do­wany w trzy­na­stym wieku, ale od tam­tej pory prze­szedł roz­ma­ite reno­wa­cje. Na pocho­dzą­cym z dzie­więt­na­stego wieku dachu z kamien­nego łupka sie­działy trzy sre­brzy­ste mewy, obser­wu­jąc z dystan­sem to, co się działo w dole. Wieża była ory­gi­nalna, zwień­czona blan­kami. Cztery wyso­kie pina­kle w naroż­ni­kach prze­trwały wieki ulew­nych desz­czy i wichur i teraz pła­wiły się w pro­mien­nym bla­sku wcze­snego lata. Od czasu do czasu prze­my­kał przez nie cień, gdy biały obłok zasła­niał słońce. Jed­nak ruch i roz­mowy u stóp wieży przy­wra­cały ją do życia. W tej małej spo­łecz­no­ści wszy­scy się znali i głosy, zwłasz­cza głosy pod­eks­cy­to­wa­nych mło­dych kobiet, nio­sły się w powie­trzu jak skrze­cze­nie mew. W końcu wiele się wyda­rzyło w mie­sią­cach poprze­dza­ją­cych to bez­tro­skie lato i było o czym roz­ma­wiać: koro­no­wano króla Jerzego VI, Neville Cham­ber­lain zastą­pił Stan­leya Bal­dwina na sta­no­wi­sku pre­miera w rzą­dzie koali­cyj­nym, a nie­miecki kanc­lerz Adolf Hitler ogło­sił decy­zję o inwa­zji na Cze­cho­sło­wa­cję. Ale wojna była ostat­nią rze­czą, jaka mogła teraz przyjść im do głowy; z pew­no­ścią po ostat­niej woj­nie nikt nie chciał, by świat znów doznał takiego spu­sto­sze­nia. Tylko sta­rzy mędrcy niczym wytrawne psy na tro­pie lisa wyczu­wali w powie­trzu coś groź­nego.

Flo­rence patrzyła, jak Aubrey prze­dziera się przez tłum, z sza­cun­kiem kiwa­jąc głową mija­nym, po czym dołą­cza do trzech mło­dych kobiet roz­ma­wia­ją­cych na tra­wie. Roz­po­znała Ber­thę i Jane Cla­ir­mont, ale tego ciem­nego stwo­rze­nia, nie­śmiało sto­ją­cego mię­dzy nimi, nie znała. Nawet nie przy­szło jej do głowy, że Aubrey mógł przejść przez dzie­dzi­niec wła­śnie dla tej dziew­czyny.

- To, moja droga Flo­rence, jest Elise Dujar­din - powie­działa pani War­bur­ton, znana w oko­licy jako "Radio Sue", zażywna wdowa, na któ­rej można było pole­gać, że bez cie­nia skru­chy ujawni i roz­po­wszechni każdą miej­scową plotkę.

- Dzień dobry, pani War­bur­ton - odrze­kła Flo­rence. Zwy­kle sta­rała się omi­jać tę kobietę jak naj­szer­szym łukiem, ale teraz Radio Sue miała coś, czego Flo­rence potrze­bo­wała: infor­ma­cje. - To nazwi­sko wydaje się fran­cu­skie - zauwa­żyła i przy­po­mniała sobie, co Aubrey powie­dział pasto­rowi o swo­jej zna­jo­mo­ści czy też raczej niezna­jo­mo­ści fran­cu­skiego.

- Bo ona jest Fran­cuzką - potwier­dziła pani War­bur­ton. - Jej matka i Celia poznały się na Sor­bo­nie. Elise przy­je­chała do nich na całe lato. Nie wyobra­żam sobie, jak można mieć gościa w domu przez tak długi czas. Zawsze uwa­ża­łam, że goście są jak ryby, psują się po kilku dniach. Dasho­wie wydają się jed­nak bez­gra­nicz­nie wytrzy­mali, prawda? Ta dziew­czyna nie grze­szy urodą, ale Fran­cuzki mają coś w sobie. - Pani War­bur­ton przy­mru­żyła oczy, zasta­na­wia­jąc się nad tym nie­okre­ślo­nym "czymś", co sta­no­wiło o dys­kret­nym uroku Elise.

Flo­rence była skłonna zgo­dzić się z pierw­szą czę­ścią tego zda­nia, ale nie chciała mówić źle o nikim, kogo jesz­cze nie poznała i nie miała oka­zji wyro­bić sobie wła­snego zda­nia. A z pew­no­ścią nie zamie­rzała mówić przy Radiu Sue niczego, co ta mogłaby prze­ka­zać dalej. Już w wieku sie­dem­na­stu lat Flo­rence była na tyle bystra, by wyczuć fałsz w życz­li­wo­ści pani War­bur­ton.

- To miło ze strony Aubreya, że tak się o nią trosz­czy - powie­działa, patrząc z czu­łym uśmie­chem na szar­manc­kie zacho­wa­nie chło­paka, który roz­ma­wiał z nie­śmiałą nie­zna­jomą. - Ona pew­nie czuje się tutaj zupeł­nie nie na miej­scu.

Pani War­bur­ton zaśmiała się i guziki jej lawen­do­wego żakietu omal nie trza­snęły. Cokol­wiek miała na sobie, zawsze wyda­wało się o roz­miar za małe.

- Na takie spo­kojne trzeba uwa­żać - powie­działa ści­szo­nym gło­sem, jakby knuła jakąś intrygę ze współ­kon­spi­ra­torką. - Ten Aubrey Dash to nie­zła par­tia. Chyba nie wie­rzysz, że madame Dujar­din wysłała swoją uko­chaną córkę na drugą stronę kanału La Man­che tylko po to, żeby ćwi­czyła angiel­ski, prawda?

- Aubrey ma dzie­więt­na­ście lat - powie­działa Flo­rence z urazą, bo jak Radio Sue mogła suge­ro­wać, że Aubrey poślubi kogoś takiego jak Elise Dujar­din, skoro było oczy­wi­ste, że ożeni się z nią?

- Kon­ku­ren­cja jest duża, a tylko głu­pia kobieta spusz­cza piłkę z oczu. Takiego kawa­lera jak Aubrey Dash zła­pią, zanim się obej­rzysz, i będzie się za tym mał­żeń­stwem kryła zde­ter­mi­no­wana, sku­piona na celu matka. Zapa­mię­taj moje słowa, coś o tym wiem. Bar­dzo dobrze wyda­łam za mąż wszyst­kie cztery córki. I niczego nie pozo­sta­wi­łam przy­pad­kowi.

- Wie pani coś o tej rodzi­nie Dujar­di­nów?

- Są bogaci - prych­nęła pani War­bur­ton. - Bar­dzo bogaci. Oczy­wi­ście nie żyjemy już w dzie­więt­na­stym wieku, ale stare nawyki trudno wyko­rze­nić. Dobra par­tia to dobra par­tia, a pie­nią­dze prze­ma­wiają gło­śniej niż słowa. To się nie zmieni.

Flo­rence ni­gdy nie uwa­żała majątku swo­jej rodziny ani za dobro­dziej­stwo, ani za nie­szczę­ście na rynku mał­żeń­skim. W ogóle się nad tym nie zasta­na­wiała. Jej ojciec był woj­sko­wym. Wal­czył w Wiel­kiej Woj­nie i stra­cił dwóch braci. Póź­niej, w Indiach, słu­żył w 17 Pułku Pen­dżab­skim i od tego okresu zaczy­nały się wspo­mnie­nia Flo­rence. Poza wspa­nia­ło­ścią ośnie­żo­nych Hima­la­jów, widzia­nych z domu w Simli, pamię­tała cho­robę ojca, jego bladą, wynędz­niałą twarz o żół­ta­wym odcie­niu. Cho­ro­wał na psy­lozę, rzadką cho­robę tro­pi­kalną, która zaata­ko­wała jego układ pokar­mowy i zmie­niła go w inwa­lidę. Ode­słano go z powro­tem do Anglii na skromną eme­ry­turę. Flo­rence wie­działa, że rodzice jej matki są zamożni, bo ich dom w Gul­li­ver's Bay jest duży i mają wielu słu­żą­cych, zakła­dała zatem, że po śmierci ojca utrzy­my­wał je dzia­dek, a nie pie­nią­dze po ojcu. Czy to może się obró­cić prze­ciwko niej? - zasta­na­wiała się teraz, patrząc na Elise Dujar­din z nieco więk­szym zain­te­re­so­wa­niem, a także z odro­biną zazdro­ści. Czy Celia Dash i madame Dujar­din zamie­rzały uknuć intrygę, która zepchnie jej rodzinę na mar­gi­nes?

Zapyta sio­strę, kiedy wróci do domu; Wini­fred na pewno będzie wie­działa. Jed­nak zatrzy­mał ją przed kościo­łem pan Foyle, miej­scowy budow­ni­czy, i nie­grzecz­nie byłoby z nim nie poroz­ma­wiać. Kiedy Flo­rence dotarła do Mari­ners, salon był już wypeł­niony tyto­nio­wym dymem i zapa­chem sherry. Jej dzia­dek Henry Pin­fold i wuj Ray­mond, nie­żo­naty brat matki, palili papie­rosy przy oknie wyku­szo­wym, a bab­cia roz­ma­wiała na sofie z Mar­ga­ret i Wini­fred. Tak zwy­kle dzie­liła się rodzina: męż­czyźni po jed­nej stro­nie pokoju, panie po dru­giej. Henry'ego nie inte­re­so­wały roz­mowy z kobie­tami, Ray­mond zaś tak naprawdę lubił tylko jedną kobietę: swoją matkę.

Flo­rence wie­działa, że nie uda jej się szybko zna­leźć sam na sam z Wini­fred. Nie­chęt­nie opa­dła na sofę obok sio­stry. Panie bar­dzo szcze­gó­łowo oma­wiały kaza­nie wie­leb­nego Mil­lara. Flo­rence wes­tchnęła i przy­brała znu­dzony wyraz twa­rzy, bo nie miała cier­pli­wo­ści do roz­mów, któ­rych tema­tem nie była ona sama.

- Jak ci się podo­bało kaza­nie, Flo? - zapy­tała Wini­fred z uśmie­chem, dosko­nale wie­dząc, że Flo­rence nie usły­szała z niego ani słowa.

- Dosyć mam tej reli­gii, którą wpy­chają mi do gar­dła w szkole. Ostat­nią rze­czą, jakiej potrze­buję na waka­cjach, są kolejne wykłady z ambony.

Mar­ga­ret spoj­rzała na córkę z nie­po­ko­jem.

- Nie mów tak przy dziadku, jeśli nie chcesz się wyda­wać nie­wdzięczna - ostrze­gła.

- Nie powie­dzia­łam, że nie lubię szkoły, tylko że nie podo­bają mi się nabo­żeń­stwa w szkole. Szkoda, że nie sły­sza­ły­ście, jak wie­lebny stary Min­chin roz­wo­dzi się w nie­skoń­czo­ność w każdą nie­dzielę. I wie­cie co, nie­które dziew­czyny cho­dziły nie na jedno, ale na trzy nabo­żeń­stwa: na poranne nabo­żeń­stwo główne, potem na jutrz­nię i na modli­twy wie­czorne. Nie­wia­ry­godne nudy. Można się od tego nawró­cić na inną reli­gię.

Ani Mar­ga­ret, ani jej łagodna matka Joan nie potra­fiły sobie pora­dzić z Flo­rence. Dziew­czyna była uparta, niczego nie trak­to­wała z sza­cun­kiem i wiecz­nie odgry­wała jakieś dra­maty. Przede wszyst­kim dla­tego wysłano ją do szkoły z inter­na­tem. Trzeba przy­znać, że szkoła wpły­nęła na nią korzyst­nie - nauczyła ją dobrych manier i ety­kiety oraz do pew­nego stop­nia zdy­scy­pli­no­wała. Jed­nak pozba­wiona ojca, który mógłby nią pokie­ro­wać (a także wziąć ją w karby), zaczy­nała już sta­wać się źró­dłem trosk.

- Podobno wystę­po­wa­łaś w przed­sta­wie­niu na koniec roku. - Joan uśmiech­nęła się zachę­ca­jąco do wnuczki w nadziei, że nakie­ruje ją na bar­dziej kon­struk­tywny temat.

Oczy Flo­rence roz­bły­sły, bo wszystko, co zwią­zane z teatrem, budziło jej wielki entu­zjazm.

- Tak - odpo­wie­działa. - Dosta­łam główną rolę w Wie­czo­rze Trzech Króli.

- Violę? - spy­tała Joan.

- Tak. Zagra­łam pory­wa­jąco - dodała Flo­rence z uśmie­chem, bo dobrze wie­działa, że wypa­dła zna­ko­mi­cie.

Wini­fred prych­nęła nad kie­lisz­kiem sherry.

- Moim zda­niem tro­chę zbyt dra­ma­tycz­nie.

- Co ty możesz wie­dzieć? Ni­gdy w życiu nie gra­łaś w sztuce! - odparła Flo­rence z iry­ta­cją.

- Uwa­żam, że byłaś wspa­niała - stwier­dziła Mar­ga­ret. - Prawdę mówiąc, sły­sza­łam, jak jeden z ojców sie­dzący w rzę­dzie przede mną, powie­dział, że ni­gdy w życiu nie widział lep­szej Violi, nawet na West Endzie.

- Pew­nie żar­to­wał - prych­nęła Wini­fred.

- Nie, mówił zupeł­nie poważ­nie - zapew­niła jej matka.

- Chcę zostać aktorką - przy­po­mniała im Flo­rence.

Joan prze­nio­sła wzrok na męża, który wciąż stał przy oknie, pogrą­żony w roz­mo­wie z Ray­mon­dem.

- Moim zda­niem prze­ko­nasz się, że można robić bar­dziej inte­re­su­jące rze­czy - powie­działa łagod­nie.

- O nie, na pewno nie. Będę słynną aktorką.

- Twój ojciec nie chciałby, żeby jego córka wystę­po­wała na sce­nie. - Mar­ga­ret spoj­rzała na Wini­fred, szu­ka­jąc u niej wspar­cia.

- To nie­sto­sowne, Flo - zgo­dziła się Wini­fred.

- Nie­sto­sowne? Doprawdy, Win­nie! Dla­tego, że jestem dobrze wycho­waną młodą damą? Pew­nie wola­ła­byś, żebym została przed­sta­wiona na dwo­rze w ślicz­nej bia­łej sukience, w ręka­wicz­kach na dło­niach i z bukie­ci­kiem kwia­tów. - Flo­rence zaśmiała się pogar­dli­wie. - Utknę­łaś w śre­dnio­wie­czu. Podzi­wiam kobiety, które coś robią ze swoim życiem, zamiast tylko sie­dzieć i cze­kać na ślub.

- Mówi­łaś chyba, że chcesz wyjść za Aubreya Dasha?

Flo­rence spoj­rzała groź­nie na sio­strę, uno­sząc pod­bró­dek.

- Można wyjść za mąż i mimo to mieć jakieś życie, Win­nie!

Joan zauwa­żyła poko­jówkę przy drzwiach i unio­sła rękę.

- Dziew­częta, czas już na lunch. - Spoj­rzała na Flo­rence i znów się uśmiech­nęła, pró­bu­jąc ją uspo­koić. - Moja droga, jestem pewna, że kiedy w końcu wyj­dziesz za mąż, będziesz miała na gło­wie inne rze­czy niż bycie aktorką.

Flo­rence nie chciała się kłó­cić z bab­cią. Może nie oka­zy­wała wiel­kiego respektu matce i sio­strze, ale miała głę­boko zako­rze­nione poczu­cie sza­cunku wobec dziad­ków.

- Co ja tu sły­szę o aktor­stwie? - ode­zwał się Henry, gasząc papie­rosa i wbi­ja­jąc groźne spoj­rze­nie w młod­szą wnuczkę. Jego wąsy zadrgały jak u morsa. - Nie chcę o tym sły­szeć. Twój ojciec prze­wró­ciłby się w gro­bie. Bry­ka­nie na sce­nie, jesz­cze czego. - Wyszedł z nią do holu i skie­ro­wał się w stronę jadalni. Jego wypo­le­ro­wane pół­buty stu­kały o deski pod­łogi. - Nie jestem tak sta­ro­świecki, żeby nie pozwa­lać pra­co­wać mojej córce czy wnucz­kom. Prze­ciw­nie, uwa­żam, że bar­dzo dobrze jest mieć jakieś zaję­cie. Umysł kobiety potrze­buje sty­mu­la­cji tak samo jak umysł męż­czy­zny. - Pokle­pał Flo­rence po ramie­niu. - Nie martw się, znaj­dziemy dla cie­bie jakieś poży­teczne zaję­cie.

- Dziadku, ja chcę grać w teatrze. Nie zmie­nię zda­nia.

- Roz­ma­wia­li­śmy już o tym, moja droga. Przez rok nauczysz się, jak być damą, a potem wró­cimy do tego tematu, jeśli w dal­szym ciągu będziesz uwa­żała, że wła­śnie to chcesz robić. Śmiem twier­dzić, że do tego czasu twoją uwagę może przy­cią­gnąć coś innego. - Zaśmiał się na myśl o mał­żeń­stwie, dzie­ciach i innych typowo kobie­cych spra­wach.

- Kiedy byłem w twoim wieku, chcia­łem zostać stra­ża­kiem - powie­dział Ray­mond za ich ple­cami.

- Nie wie­rzę ci! - roze­śmiała się Flo­rence.

- Może byłem tro­chę młod­szy.

- Raczej dużo młod­szy, wujku Ray­mon­dzie. Prze­skok od chęci obsłu­gi­wa­nia sikawki do wpa­try­wa­nia się w antyki w domu akcyj­nym Bon­hams jest dość duży.

- A teraz ma wła­sny inte­res - rzekł z dumą Henry. - Zawsze możesz pra­co­wać u niego i wypeł­niać for­mu­la­rze albo parzyć mu her­batę, prawda, Ray­mon­dzie?

- Oczy­wi­ście. Flo, jeżeli tylko będziesz potrze­bo­wać pracy, chęt­nie cię zatrud­nię.

- Nie mogła­bym wymy­ślić nic gor­szego - stwier­dziła Flo­rence ze śmie­chem. - Nie cho­dzi o to, że nie chcia­ła­bym prze­by­wać w twoim towa­rzy­stwie, wujku Ray­mon­dzie. Ale patrze­nie przez cały dzień na mar­twe przed­mioty wydaje mi się nie­sa­mo­wi­cie nudne. Na samą myśl o tym chce mi się spać.

- Mogę cię zapew­nić, że i u nas zda­rza się sporo dra­ma­tów - odpo­wie­dział.

Sta­nęli wokół stołu, by roz­po­cząć modli­twę.

- Pew­nie wszystko jest względne - przy­znała Flo­rence, choć wąt­piła w to, że dra­mat w świe­cie anty­ków może się rów­nać z dra­matem wysta­wia­nym w teatrze.

Dopiero po lun­chu Flo­rence udało się zostać sam na sam z Wini­fred. Były w ogro­dzie i Wini­fred paliła papie­rosa matki. Miały stąd roz­le­gły widok na morze, iskrzące się w słońcu pod jasnym błę­kit­nym nie­bem.

- Pięk­nie, prawda? - Wini­fred wes­tchnęła. - Wiesz, uwiel­biam tę porę roku, kiedy dopiero tu przy­je­cha­ły­śmy i mamy przed sobą całe lato.

- Ja też - zgo­dziła się Flo­rence. - Chcia­ła­bym, żeby­śmy tu miesz­kały przez cały czas. Naprawdę nie wiem, dla­czego tak nie jest. Dla­czego mama upiera się miesz­kać w Ken­cie, skoro jej rodzina jest tutaj?

- To tam poznali się z tatą i tam miesz­kali, kiedy wró­cili z Indii.

- To głu­pie. Mama powinna sprze­dać dom i kupić coś tutaj.

- Myślę, że tego nie chce.

- Chyba nie robi tego ze względu na pamięć taty? Nie po tylu latach. Trudno zro­zu­mieć, dla­czego nie wyszła za mąż po raz drugi.

Wini­fred potrzą­snęła głową.

- Cza­sami, Flo, zadzi­wia mnie twoja naiw­ność.

Flo­rence przy­ga­sła.

- Dla­czego? Minęło już wiele lat od śmierci taty.

- Dokład­nie sie­dem.

- To dużo czasu.

- Nie dla doro­słych. Poza tym ona chyba nie chce znów wycho­dzić za mąż. Kochała tatę. Nie da się go zastą­pić.

- Tęsk­nisz za nim, Win­nie?

Jej sio­stra ski­nęła głową.

- Cały czas. - Zacią­gnęła się głę­boko papie­ro­sem i wydmuch­nęła dym kąci­kiem ust.

Flo­rence zmarsz­czyła brwi.

- Chcia­ła­bym powie­dzieć, że cały czas za nim tęsk­nię, ale tak nie jest. Wyda­wał się odle­gły, nawet kiedy był w domu. Pamię­tam tylko, że był chory.

- Pew­nie byłaś jesz­cze za mała. Moje wspo­mnie­nia są znacz­nie żyw­sze.

- Czy on był bogaty?

Wini­fred spoj­rzała na nią ze zdu­mie­niem.

- To śmieszne pyta­nie!

- Ale był? Nikt ni­gdy nie roz­ma­wia o pie­nią­dzach. Czy dzia­dek za wszystko płaci, czy może tato zosta­wił mamie coś w testa­men­cie?

Wini­fred przy­mru­żyła oczy.

- Z kim roz­ma­wia­łaś?

Flo­rence wbiła wzrok w morze.

- Z nikim, po pro­stu myśla­łam o tym w kościele. Czy my, ty i ja, jeste­śmy uwa­żane za "dobre par­tie"?

- Dobre par­tie? - Wini­fred roze­śmiała się. - Jed­nak z kimś roz­ma­wia­łaś.

- No dobrze. Radio Sue wspo­mniała o tej Fran­cuzce...

- Elise Dujar­din.

- Wiesz o niej?

- Oczy­wi­ście. Przy­je­chała do Dashów.

- Cóż, podobno jest bar­dzo bogata, a jej matka i pani Dash swa­tają Elise z Aubreyem. - Flo­rence naraz poczuła ucisk w piersi i głę­boko zaczerp­nęła powie­trza.

Wyraz twa­rzy Wini­fred zła­god­niał.

- Ach, rozu­miem, skąd to się wzięło. Cóż, nie mam poję­cia, czy Elise Dujar­din jest dobrze upo­sa­żona, jak by to nazwała Jane Austen. Ale mogę ci powie­dzieć, że dzia­dek jest wystar­cza­jąco bogaty, by zado­wo­lić kobietę taką jak Celia Dash.

Nastrój Flo­rence natych­miast się popra­wił.

- Czy dzia­dek jest bar­dzo bogaty? - zapy­tała z eks­cy­ta­cją.

- Nie, ale Celia Dash nie jest snobką i pie­nią­dze nie inte­re­sują jej zanadto. Po pro­stu ma ich dużo. Sądzę, że gdyby jej syn zako­chał się w poko­jówce, zaak­cep­to­wa­łaby ją jako swoją synową. Tak więc, droga sio­stro, nie cho­dzi o to, czy jesteś dobrą par­tią, czy nie, bo bogac­two ani pocho­dze­nie nie są ważne dla Dashów. Potrze­bu­jesz tylko tego, żeby Aubrey się w tobie zako­chał. - Zaśmiała się życz­li­wie. - A to, Flo, może być dla cie­bie zbyt duże wyzwa­nie.

Flo­rence unio­sła głowę wyżej. Skoro pie­nią­dze i pozy­cja nie miały zna­cze­nia, to szanse były równe.

- Mam całe lato, żeby się o to posta­rać - powie­działa z prze­ko­na­niem.

- Ale wiek nie działa na twoją korzyść - zauwa­żyła Wini­fred.

Flo­rence uśmiech­nęła się.

- Och, kobieto małej wiary - odparła. - Może nie mam odpo­wie­dzi na wszystko, ale jedno wiem: na pewno doro­snę. We wrze­śniu skoń­czę osiem­na­ście lat, a za rok we wrze­śniu dzie­więt­na­ście. Potem będę miała dwa­dzie­ścia, potem trzy­dzie­ści, potem pięć­dzie­siąt, potem sie­dem­dzie­siąt i jeśli Bóg pozwoli, może dożyję nawet osiem­dzie­siątki, a wtedy jakie zna­cze­nie będzie miała dla mnie i Aubreya róż­nica dwóch lat?

Rozdział drugi

Flo­rence nie była szcze­gól­nie dobrą teni­sistką, ale pode­szła do teni­so­wego tur­nieju u Dashów z entu­zja­zmem. Jeśli kto­kol­wiek mógł wygrać jedy­nie dzięki deter­mi­na­cji, z pew­no­ścią Flo­rence Light­foot była taką osobą.

Tur­niej teni­sowy u Dashów, trwa­jący dwa tygo­dnie i orga­ni­zo­wany w ich wspa­nia­łym elż­bie­tań­skim domu, Pedre­van Park, był jed­nym z naj­bar­dziej wycze­ki­wa­nych wyda­rzeń lata. Wil­liam Dash, który w cza­sach szkol­nych był kapi­ta­nem dru­żyny teni­so­wej, dobrał pary i uło­żył roz­sta­wie­nie na pod­sta­wie wyni­ków z poprzed­niego roku. Flo­rence marzyła o tym, że znaj­dzie się w parze z Aubreyem, co nie było nie­moż­liwe, ponie­waż Aubrey był gra­czem pierw­szej klasy, a zatem musiał się zna­leźć w parze z gra­czem trze­ciej kate­go­rii, takim jak Flo­rence. Jed­nak szczę­ście jej nie dopi­sało. Aubreya połą­czono z Elise, co wzbu­dziło we Flo­rence podej­rze­nia, że kryło się za tym kobiece wyra­cho­wa­nie. Flo­rence zna­la­zła się w parze z Joh­nem Cla­ir­mon­tem, kuzy­nem Dashów ze strony Celii i dosko­na­łym teni­si­stą.

Posia­dłość Pedre­van Park nie miała widoku na morze, ponie­waż leżała dalej od wybrzeża, w oto­cze­niu buj­nych pastwisk dla bydła i zło­ci­stych pól psze­nicy, dom jed­nak był oka­zały. Zbu­do­wany w poło­wie dzie­więt­na­stego wieku ze sre­brzy­sto­sza­rego korn­wa­lij­skiego kamie­nia, miał wyso­kie kominy, szpro­sowe okna z małymi pro­sto­kąt­nymi szyb­kami i holen­der­skie szczyty. Posia­dłość była duża, za ciso­wymi żywo­pło­tami kryły się tajemne ogrody, wysoki kamienny mur ota­czał warzyw­nik i arbo­re­tum, w ozdob­nym jezio­rze odbi­jały się neo­kla­sy­cy­styczna rotunda i posąg bogini Amfi­tryty. Z całą pew­no­ścią był to naj­wspa­nial­szy dom w Gul­li­ver's Bay, ale Dasho­wie nie byli próżni ani wynio­śli; cie­szyli się, że mają wystar­cza­jące środki, by móc pro­wa­dzić życie towa­rzy­skie i zapew­niać gościom roz­rywki, oboje bowiem lubili ludzi i nie dzie­lili ich według klasy czy wyzna­nia. Chcieli tylko, żeby wszy­scy dobrze się bawili.

W Pedre­van Park nie spo­sób było nie bawić się dobrze i wszy­scy z eks­cy­ta­cją wycze­ki­wali zapro­szeń. Dasho­wie byli szczo­drymi gospo­da­rzami, przy­go­to­wy­wali dla gości obfite poczę­stunki i otwie­rali przed nimi dom wraz ze wszyst­kimi ogro­dami.

- W końcu - mawiała Celia na swój rado­sny, swo­bodny spo­sób - po co, u licha, zada­wać sobie tyle kło­potu, żeby wszystko wyglą­dało tak pięk­nie, jeśli nikt tego nie będzie oglą­dał?

Choć sami Dasho­wie byli skromni i tole­ran­cyjni, ich swo­bodny, non­sza­lancko ary­sto­kra­tyczny spo­sób bycia roz­bu­dzał w innych potrzebę, by się zapre­zen­to­wać z jak naj­lep­szej strony. Tur­niej teni­sowy był więc dla mło­dzieży oka­zją do poka­za­nia się w naj­lep­szych spor­to­wych kre­acjach; nikt nie ośmie­liłby się przy­być do Pedre­van Park w stroju nie­speł­nia­ją­cym stan­dar­dów All England Club. Flo­rence miała na sobie białe teni­sowe szorty ozdo­bione przy szwach kie­szeni rzę­dem guzi­ków w mary­nar­skim stylu oraz swe­te­rek z wra­bia­nymi war­ko­czami i krót­kimi, bufia­stymi rękaw­kami. Jasne włosy pod­pięła po bokach spin­kami, luźne fale opa­dały jej na ramiona. Bar­dziej kon­wen­cjo­nalna Wini­fred wło­żyła teni­sową sukienkę z pli­so­waną spód­nicą za kolano. Ciemne włosy miała krótko obcięte i uło­żone w fale; Flo­rence uznała, że to jedyny modny akcent w wyglą­dzie sio­stry. Oby­dwie jechały na rowe­rach po wąskich zie­lo­nych ścież­kach, ści­ska­jąc pod pachami rakiety teni­sowe.

W końcu, dysząc z wysiłku, wje­chały przez wielką żela­zną bramę na drogę dojaz­dową, wijącą się w płyn­nych zakrę­tach przez wypie­lę­gno­wane tereny wokół domu. Naraz spo­kojny świer­got pta­ków zagłu­szył ryk sil­nika za ich ple­cami. Zasko­czone zje­chały na skraj traw­nika, żeby prze­pu­ścić samo­chód. Był to błysz­czący czer­wony aston mar­tin. Opusz­czony dach uka­zy­wał luk­su­sowe wnę­trze wykoń­czone drew­nem i skórą oraz kie­rowcę, ciem­no­wło­sego mło­dzieńca w oku­la­rach prze­ciw­sło­necz­nych. Roz­po­znały go od razu: to był Rupert Dash, star­szy brat Aubreya.

- Jakież to nie­grzeczne! - zawo­łała Wini­fred, gdy samo­chód prze­mknął obok nich, kie­ru­jąc się w stronę domu. - Mógł tro­chę zwol­nić.

- I poma­chać do nas - dodała Flo­rence, znów wska­ku­jąc na sio­dełko roweru. - Tak czy owak, dokąd tak mu się śpie­szy? Prze­cież tur­niej nie zacznie się bez niego!

- Bar­dzo wąt­pię, czy będzie grał. Nie jest teni­si­stą.

- Co on teraz robi?

- Oprócz tego, że się popi­suje? - spy­tała Wini­fred. - Chyba się uczy w Royal Agri­cul­tu­ral Col­lege w Ciren­ce­ster. W końcu ma odzie­dzi­czyć tę posia­dłość. Z tego, co sły­sza­łam, zimy spę­dza na polo­wa­niach, a lata na połu­dniu Fran­cji, pijąc szam­pana.

- Dobre życie! - stwier­dziła Flo­rence.

- Myślę, że Dashom żyje się nie­źle.

Flo­rence uśmiech­nęła się i moc­niej naci­snęła pedały.

- Ja też mam zamiar wejść do tej rodziny - zaśmiała się, na co jej sio­stra prze­wró­ciła oczami.

Nie pod­je­chały przed dom, lecz wybrały zna­jomą ścieżkę, która prze­ci­nała lipową aleję i pro­wa­dziła pro­sto na kort teni­sowy. Nie­ska­zi­tel­nie wyko­szony i czę­ściowo zacie­niony przez kasz­ta­no­wiec, znaj­do­wał się na skraju roz­le­głego traw­nika, który przy­go­to­wany był do gry w kro­kieta i oto­czony drew­nia­nymi ław­kami dla widzów. Przed pawi­lo­nem stał długi stół na kozłach, zasta­wiony szklan­kami, dzban­kami z lemo­niadą i tale­rzami her­bat­ni­ków oraz cia­sta bisz­kop­to­wego, a na prawo od stołu umiesz­czono sto­jak z wypi­saną na dużej tablicy kolej­no­ścią gier. Dokoła krę­cili się goście w bia­łych stro­jach, a na kor­cie roz­grze­wały się dwie pary mie­szane. Wil­liam Dash, w pana­mie i lnia­nej mary­narce, prze­cha­dzał się po traw­niku, wyda­jąc pole­ce­nia sta­now­czym, lecz uprzej­mym tonem. Młodsi kuzyni Dashów, któ­rzy nie brali udziału w tur­nieju, odgry­wali role chłop­ców do poda­wa­nia piłek. Julian Dash, młod­szy brat Aubreya, który zgło­sił się na ochot­nika do sędzio­wa­nia, sie­dział już na zie­lo­nym drew­nia­nym krze­śle. Flo­rence od razu zauwa­żyła Aubreya: palił papie­rosa, roz­cią­gnięty swo­bod­nie na kocu, a obok niego skrom­nie przy­cup­nęły jego sio­stra Cyn­thia i teni­sowa part­nerka Elise. Flo­rence już miała do nich dołą­czyć, kiedy ktoś dotknął jej ramie­nia.

- Witaj, part­nerko.

To był John Cla­ir­mont, kuzyn Aubreya. Patrzył na nią bystro, trzy­ma­jąc rakietę w górze, jakby miał ude­rzyć piłkę.

- John. - Uśmiech­nęła się. - Kiedy gramy?

- Na razie jesz­cze nie, dopiero póź­niej. Mamy jed­nak duże szanse wygrać pierw­szy mecz. Jane jest bez­na­dziejna, a Fred­die to wielka zagadka. Bar­dzo nie­równy, ale od czasu do czasu łapie wiatr w żagle i zda­rza mu się posłać koń­czącą piłkę. Pró­buj po pro­stu prze­bi­jać piłki, a ja się zajmę resztą.

- świet­nie - ucie­szyła się Flo­rence. - Nie zawiodę cię.

- Wiem, sta­ruszko. Jesteś bar­dzo waleczna. - Zer­k­nął na Aubreya, swego naj­więk­szego rywala. - Mam zamiar zagrać ze Zło­tym Chłop­cem w finale.

- Myślisz, że zaj­dziemy tak daleko?

- Mamy wiel­kie szanse. W tym roku jestem w dosko­na­łej for­mie. Nie wiem tylko, jak gra ta żabo­jadka. - Miał na myśli Elise.

- Jeśli jest dobra, to będziemy mieli kło­poty.

- Dam sobie radę. Masz ochotę cze­goś się napić?

- Bar­dzo chęt­nie.

Ruszyli w stronę pawi­lonu. Kiedy mijali grupkę sie­dzącą na kocu, Aubrey i John poka­zali w uśmie­chu zęby jak dwa lwy wal­czące o tery­to­rium.

- Cześć, Cyn­thio - powie­działa Flo­rence, sta­ra­jąc się nie patrzeć na Aubreya.

- Chodź tu do nas, Flo. - Cyn­thia pokle­pała miej­sce obok sie­bie. - Elise nie chce grać, trzeba jej dodać otu­chy.

Flo­rence spoj­rzała na Johna.

- Przy­nie­siesz mi lemo­niadę? - zapy­tała, posy­ła­jąc mu swój naj­bar­dziej cza­ru­jący uśmiech, żeby nie miał jej za złe, że porzuca go dla towa­rzy­stwa jego naj­więk­szego rywala. Usia­dła i wycią­gnęła rękę do Elise.

- Flo­rence Light­foot - przed­sta­wiła się.

Elise nie­pew­nie oddała jej uścisk. Jej dłoń w dłoni Flo­rence wyda­wała się mała jak mysz. Flo­rence zro­biło się żal tej nie­śmia­łej dziew­czyny. Nie wyobra­żała sobie, by mogła być dobrą teni­sistką.

- Flo jest moją naj­lep­szą przy­ja­ciółką - powie­działa Cyn­thia. - Ale nie zapro­te­stuje, jeśli powiem, że kiep­sko gra w tenisa.

Flo­rence się roze­śmiała. Ta uwaga nie mogła jej zabo­leć.

Elise wyda­wała się zasko­czona.

- Wcale w to nie wie­rzę - powie­działa z sil­nym fran­cu­skim akcen­tem, bo dłu­go­noga Flo­rence z pew­no­ścią wyglą­dała na wyspor­to­waną.

- Och, to prawda - potwier­dziła Flo­rence. - Ale bie­gam do każ­dej piłki.

- Witaj, Flo­rence - powie­dział Aubrey. Spoj­rze­nie jego sza­rych oczu było uprzejme, ale obo­jętne i świad­czyło o tym, że kto inny jest przed­mio­tem jego zain­te­re­so­wa­nia.

- Cześć, Aubrey - odrze­kła Flo­rence i uśmiech­nęła się do Elise. - Nie musisz się mar­twić o part­ne­ro­wa­nie Aubrey­owi. Jest tu naj­lep­szym gra­czem, więc wystar­czy, że sta­niesz przy siatce i będziesz się sta­rała skur­czyć jak naj­bar­dziej. Pozwól, żeby zro­bił wszystko, co trzeba, i poże­glu­je­cie pro­sto do finału.

Aubrey roze­śmiał się i na jego twa­rzy poja­wiły się uro­cze zmarszczki. Flo­rence nie potra­fiła ode­rwać od niego wzroku.

- Elise będzie bar­dzo roz­cza­ro­wana, kiedy się prze­kona, że nie jestem tak nie­zwy­cię­żony, jak mnie przed­sta­wiasz, Flo­rence.

- Ależ jesteś - upie­rała się Flo­rence, czu­jąc gorąco na twa­rzy od napły­wa­ją­cego rumieńca. - Dosko­nale wiesz, że nikt nie gra rów­nie dobrze jak ty.

Aubrey leni­wie zacią­gnął się papie­ro­sem.

- Johna nie­ła­two poko­nać. Prawdę mówiąc, powie­dział­bym, że macie duże szanse na zdo­by­cie tro­feum w tym roku.

- Raczej nie - odparła Flo­rence. - Na pewno go zawiodę.

Cyn­thia uśmiech­nęła się do Elise.

- Widzisz, nie każdy jest cza­ro­dzie­jem na kor­cie. Cho­dzi o to, żeby się dobrze bawić. Nie o wygraną. Nawet Aubrey nie będzie miał nic prze­ciwko temu, jeśli prze­gra, prawda, Aubreyu?

- Na pewno nie w mik­ście. Chyba jed­nak miał­bym coś prze­ciwko temu, gdyby John poko­nał mnie w grze poje­dyn­czej. - Spoj­rzał na Elise życz­li­wie. - Nie musisz się mar­twić. Nie ma dla mnie zna­cze­nia, jak grasz. To tylko zabawa, tro­chę roz­rywki dla wszyst­kich pod­czas tych dłu­gich let­nich mie­sięcy. Jeśli odpad­niemy w pierw­szej run­dzie, możemy zagrać w kro­kieta.

- No dobrze - powie­działa Elise gło­sem mięk­kim jak ser brie. - Zagram.

- Dosko­nale - ucie­szyła się Cyn­thia.

- Tak, brawo - zgo­dziła się Flo­rence.

- Wiesz, że kro­kieta wymy­ślili Fran­cuzi? - zapy­tał Aubrey, wciąż patrząc na Elise, która tylko wzru­szyła ramio­nami.

- Naprawdę?

- Tak. Nazwali tę grę jeu de mail. Bry­tyj­czycy ją ukra­dli, a Szkoci prze­ro­bili na golfa. - Zaśmiał się. - Pro­szę, oto kilka zupeł­nie nie­istot­nych infor­ma­cji.

- Uwiel­biam nie­istotne infor­ma­cje - powie­działa Flo­rence. - Podobno tenis też wywo­dzi się z Fran­cji. Na początku ude­rzali piłkę ręką i tak powstała gra w piątki, fives.

Aubrey był pod wra­że­niem.

- Skąd o tym wiesz, Flo­rence?

Wzru­szyła ramio­nami.

- Och, cza­sem usły­szę gdzieś coś cie­ka­wego. Wła­ści­wie powie­dział mi to dzia­dek. On wie wszystko.

Poja­wił się John z lemo­niadą dla Flo­rence.

- Prze­pra­szam, ale zatrzy­mała mnie twoja sio­stra. Przyjdę po cie­bie, kiedy nadej­dzie nasza kolej.

Flo­rence patrzyła za nim, a potem znów prze­nio­sła uwagę na Aubreya, który jed­nak ku jej roz­cza­ro­wa­niu zaab­sor­bo­wany był roz­mową z Elise. Wyda­wało się, że próba przy­łą­cze­nia się do nich byłaby nie­grzeczna, Flo­rence zaczęła więc roz­ma­wiać ze swoją przy­ja­ciółką Cyn­thią.

Jej uwagę przy­cią­gnął męż­czy­zna, który powoli szedł przez traw­nik. Nie miał na sobie stroju do tenisa, lecz jasno­szare spodnie z sze­ro­kimi nogaw­kami i koszulkę polo z nie­bie­skiej dzia­niny. Linia ciem­nych, zacze­sa­nych do tyłu wło­sów two­rzyła pośrodku czoła nisko scho­dzący trój­kąt, który nad jego wład­czą twa­rzą jakimś spo­so­bem wyglą­dał wspa­niale, jak u gwiaz­dora fil­mo­wego. To był Rupert Dash.

Rupert był przy­stojny i wysoki jak wszy­scy Dasho­wie, z orlim, ary­sto­kra­tycz­nym nosem i peł­nymi ustami wygię­tymi w bun­tow­ni­czym gry­ma­sie. Jego uro­dzie bra­ko­wało jed­nak typo­wej dla Dashów rado­snej lek­ko­ści; wyda­wał się mroczny i nie­bez­pieczny. Flo­rence patrzyła na niego z zain­te­re­so­wa­niem, bo pośród tłumu gra­czy wyglą­dał jak wilk w sta­dzie owiec.

- Twój brat omal nas nie roz­je­chał na dro­dze - powie­działa Cyn­thii, a ta się zaśmiała.

- Jest bar­dzo dumny z nowego samo­chodu.

- To piękny samo­chód - zgo­dziła się Flo­rence. - Ale okrop­nie hała­suje.

- Wszyst­kie dziew­czyny się nim zachwy­cają.

- Wyobra­żam sobie. - Flo­rence wciąż patrzyła na Ruperta. Wsu­nął ręce w kie­sze­nie, zatrzy­mał się przy kor­cie i patrzył na grę. Spóź­nił się jed­nak, bo mecz wła­śnie się skoń­czył i gra­cze wymie­niali uści­ski dłoni. Do Flo­rence pod­biegł pod­eks­cy­to­wany John.

- Teraz my - powie­dział z napię­ciem.

- Powo­dze­nia, Flo! - zawo­łała Cyn­thia, gdy Flo­rence pod­nio­sła się z miej­sca. Aubrey i Elise byli tak zajęci sobą, że nie zauwa­żyli jej odej­ścia.

Flo­rence czuła, że dobrze wygląda w swo­ich szor­tach. Wie­działa, że ma ładne nogi, bo czę­sto podzi­wiano ich kształt. Pod­czas roz­grzewki, odbi­ja­jąc piłkę z Jane, która grała w tenisa jesz­cze gorzej od niej, zauwa­żyła, że Fred­die bom­bar­duje strza­łami Johna, który odbi­jał piłeczkę spo­koj­nie, na pozór bez żad­nego wysiłku. Pomy­ślała z rado­ścią, że John naprawdę jest dosko­na­łym gra­czem. Jeśli uda jej się tylko prze­bi­jać piłki na drugą stronę kortu, będzie mogła się zdać na niego przy zdo­by­wa­niu punk­tów. Zauwa­żyła też Ruperta, który teraz palił papie­rosa i patrzył na nich zza dru­cia­nej siatki ogro­dze­nia.

Roz­po­czął się mecz. Fred­die ser­wo­wał. Flo­rence zaci­snęła zęby, z napię­ciem wpa­tru­jąc się w lecącą w jej stronę piłkę. Cof­nęła nieco rakietę, wie­dząc, że skoro Fred­die nie­grzecz­nie zaser­wo­wał z całej siły, to wystar­czy, że piłka trafi w jej rakietę, a odbije się i z taką samą pręd­ko­ścią poleci na drugą stronę kortu. John obser­wo­wał ją z nie­po­ko­jem, oba­wia­jąc się, by nie popeł­niła błędu, ale nie musiał się mar­twić. Piłka odbiła się od rakiety Flo­rence i prze­le­ciała nad siatką, tuż obok lewego ucha Jane. Fred­die otwo­rzył usta ze zdzi­wie­nia. Naj­wy­raź­niej spo­dzie­wał się zaser­wo­wać asa.

Flo­rence usły­szała za sobą kla­ska­nie.

- Brawo! - To był Rupert; śmiał się na głos. - Tak się odwza­jem­nia ser­wis męż­czy­zny, który zapo­mniał o dobrych manie­rach. Z nad­dat­kiem!

- Bar­dzo słusz­nie! - zgo­dził się Wil­liam, zatrzy­mu­jąc się przy siatce obok swego naj­star­szego syna. - Fred­die Lay­cock, był­bym ci wdzięczny, gdy­byś pamię­tał o swo­ich manie­rach, kiedy następ­nym razem będziesz ser­wo­wał do damy.

Flo­rence wie­działa, że w Pedre­van Park obo­wią­zują nie­pi­sane zasady, a jedną z nich jest galan­te­ria wobec pań.

Mecz trwał dalej. Flo­rence uda­wało się odbi­jać więk­szość piłek. Prze­waż­nie jed­nak John kazał jej stać przy siatce, gdzie nie miała nic do roboty, bo nawet gdy piłka prze­la­ty­wała w jej zasięgu, Flo­rence nie miała odwagi jej ude­rzyć. John życzył sobie, żeby jak naj­mniej włą­czała się do gry. Raz czy dwa pochwy­ciła spoj­rze­nie Jane, która nie­wąt­pli­wie otrzy­mała takie same instruk­cje od Fred­diego, i wymie­niły współ­czu­jące uśmie­chy, sto­jąc na swo­ich miej­scach mię­dzy bocz­nymi liniami. To nie był wyrów­nany mecz. Fred­die tra­cił pano­wa­nie nad sobą, krzy­czał na Jane, kiedy nie wyszedł jej bek­hend, i było widać, że gra coraz gorzej. Jego for­hend, który na początku wyda­wał się tak groźny, teraz stra­cił moc i więk­szość piłek tra­fiała na out.

- Znowu prze­do­brzył - stwier­dził Rupert, sto­jąc w zasięgu słu­chu Flo­rence, która teraz ser­wo­wała piłkę setową. - Wystar­czy, że tra­fisz w kort, skar­bie, a macie gema, seta i cały mecz.

Flo­rence ude­rzyła piłkę, która wznio­sła się nad siatką powol­nym łukiem i ude­rzyła o zie­mię przy linii ser­wi­so­wej, tuż obok Fred­diego. Roz­wście­czony Fred­die rzu­cił się w jej stronę z rakietą, zamie­rza­jąc prze­bić, ale udało mu się tylko ude­rzyć piłkę pła­sko i posłać ją za linię boczną. Rupert wsu­nął papie­rosa mię­dzy zęby i znowu zakla­skał.

- Brawo, Piękna i Bestia! - zawo­łał. Odwró­cił się do ojca i dodał: - Nie sądzi­łem, że to takie zabawne. Chyba zostanę tu dłu­żej.

- Dobra robota, part­nerko! - wykrzyk­nął rado­śnie John, gdy oby­dwoje z Flo­rence pod­cho­dzili do siatki. - Nie­zły mecz. Gra­łaś dobrze. Trzy­maj tak dalej, a wygramy też następną rundę.

Flo­rence uści­snęła dłoń Fred­diemu, który się skrzy­wił, i Jane, która z miłym uśmie­chem powie­działa:

- Zasłu­ży­łaś na wygraną, Flo. A swoją drogą, John uważa się za ósmy cud świata, ale moim zda­niem to ty byłaś jego tajemną bro­nią.

Zeszli z kortu. Rupert uśmie­chał się do Flo­rence. Spoj­rze­nie jego sta­lo­wo­nie­bie­skich oczu prze­su­wało się po jej nogach ze źle skry­wa­nym uzna­niem.

- Przy­jem­nie było na cie­bie patrzeć - powie­dział.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki