Prolog
Południowa Australia, grudzień 1995
Mary-Alice Delaware jeszcze raz przeczytała list. Był niedorzeczny.
Zupełnie idiotyczny i biorąc pod uwagę okoliczności, nietaktowny. W gruncie rzeczy był tak absurdalny, że wybuchnęła śmiechem. Podniosła
wzrok znad kartki i popatrzyła na ogród. Pośród ostróżek kołysał się
słomkowy kapelusz jej matki, która pochylała się, plewiąc rabaty i mocniej zaciskając sznurki, którymi długie łodygi kwiatów przywiązane
były do palików. Siedemdziesięciosześcioletnia Florence Leveson nie
miała zamiaru zwalniać tempa. Była przekonana, że od bezczynności stawy
by jej zwapniały, tak jak stary samochód rdzewieje od nieużywania.
Utrzymywała, że aktywność pozwoli jej zachować energię. Przez aktywność
rozumiała pracę w ogrodzie, energiczne spacery z bassetem Bazem,
pieczenie ciast, grę na pianinie oraz jogę. Ta ostatnia wprawiała
Mary-Alice w zażenowanie; nikomu na świecie nie życzyłaby widoku własnej
matki ubranej w lycrę.
Czy powinna oddać matce ten list, czy nie?
Postanowiła wstrzymać się z decyzją kilka dni. W końcu nie było
pośpiechu, a Florence zapewne i tak wyrzuci list do kosza. Nie żeby
matce brakowało poczucia humoru; przeciwnie, Mary-Alice nie znała
nikogo, kto mógłby się z nią równać pod tym względem. Florence miała
cudowną zdolność leczenia serca śmiechem. A biorąc pod uwagę tragedie,
które przeżyła, było to godne podziwu. Mary-Alice była pewna, że jeśli
ktokolwiek miałby się śmiać z tego niedorzecznego listu, to właśnie
Florence. A jednak czuła dziwny ucisk w piersi - cień wątpliwości,
ostrzeżenie, że być może tym razem przewrotne poczucie humoru Florence
opuści, a wtedy Mary-Alice pożałuje, że pokazała jej list. Gdy raz go
zobaczy, nie będzie już mogła o nim zapomnieć. Nie, należy działać
ostrożnie.
Kopertę zaadresowano do Mary-Alice Delaware, ale list w środku
przeznaczony był dla Florence Leveson. W dołączonej notce nadawca jasno
dawał do zrozumienia, że pozostawia Mary-Alice decyzję, czy jej matka
powinna to przeczytać. Przynajmniej w tym okazał odrobinę taktu. Chciał,
żeby Mary-Alice przeczytała list pierwsza i podjęła decyzję.
Najwyraźniej długo się nad tym zastanawiał; list był przemyślany i w gruncie rzeczy piękny. Nie mogła zaprzeczyć, że to naprawdę bardzo
piękny list. I to był kolejny powód, dla którego się wahała: nadawca
najwyraźniej nie był szaleńcem ani nie miał złych zamiarów. Wydawał się
wykształconym i uczciwym człowiekiem. Mimo to list był bardzo delikatną
i - no cóż - osobliwą sprawą.
- Masz ochotę na herbatę, mamo? - zawołała Mary-Alice z werandy. Była
piąta po południu, a Florence, wychowana w Anglii, chętnie jadała
podwieczorki. Earl grey, kanapki z jajkiem i szczypiorkiem, kawałek
ciasta lub ulubione tosty z masłem i pastą drożdżową Vegemite. Florence
nie przejmowała się swoją figurą. Kiedyś była szczupła, z wąską talią i długimi, smukłymi nogami, ale teraz jej kształty się zaokrągliły. Cery
nie zepsuło jej ani słońce australijskie, ani indyjskie w czasach
dzieciństwa. Nie wyglądała na swoje lata, choć jej twarz znaczyły
zmarszczki mimiczne. Prawdę mówiąc, Florence nigdy nie była próżna,
nawet w młodości, gdy podziwiano jej urodę. Włosy, zawsze gęste, wciąż
miała imponujące, długie i miękkie. Upinała je w luźny kok, z którego
wysuwały się pojedyncze kosmyki i opadały na szyję i skronie. W dzieciństwie były jasne, ale z czasem ściemniały, a teraz posiwiały.
Szerokie srebrzyste pasmo z przodu zainspirowało jej wnuki do nadania
jej przydomku "Borsuk". Niewiele kobiet ucieszyłoby się z porównania do
borsuka, Florence jednak uznała, że to zabawne.
- Wspaniale - odrzekła, ocierając spocone czoło przedramieniem. Było
gorąco i miała ochotę odpocząć w cieniu. Zdjęła rękawice do prac w ogrodzie i podniosła się z rabaty. Baz, przysypiający pod gruszą, usiadł
wyczekująco. - Wiesz, ten ogród chyba jeszcze nigdy nie wydawał się tak
bujny. Naprawdę, zupełnie jak w Anglii. - Uśmiech przydawał jej twarzy
dziewczęcej słodyczy. - Można by pomyśleć, że tu przez cały czas pada. A te urocze trzmiele są ciągle pijane. Zupełnie jak wujek Raymond, krążący
od pubu do pubu. Nikt nie lubił rundki po pubach bardziej niż wujek
Raymond.
Mary-Alice się roześmiała. Jej matka uwielbiała mówić o przeszłości, a lata spędzone w Anglii wydawały się jej najbliższe. Mary-Alice weszła do
domu, żeby nastawić czajnik. Zdawałoby się, że w taki upał mrożona
lemoniada będzie bardziej orzeźwiająca niż herbata, ale jej matka była
stała w swoich przyzwyczajeniach, więc będzie herbata - po angielsku, z mlekiem. Mary-Alice wrzuciła do imbryka kilka torebek earl greya i wyjęła ciasto z lodówki. Kiedy po chwili wróciła na werandę, Florence
siedziała na huśtawce, a Baz leżał obok, z głową na jej kolanach.
Wachlowała się kolorowym pismem i nuciła jakąś starą melodię, której
Mary-Alice nie znała.
- Wiesz, kiedy byłam mała, w każde Boże Narodzenie wuj Raymond zabierał
nas na gwiazdkowe przedstawienie do Folkestone. - Florence uśmiechała
się ciepło, machinalnie głaszcząc psa po głowie. - To była rodzinna
tradycja i wyczekiwaliśmy tego z wielkim podnieceniem. Prawdziwe
przeżycie. Najbardziej lubiłam Piotrusia Pana. Miałam szczęście
zobaczyć Jeana Forbesa-Robertsona w roli Piotrusia. "Jeśli wierzysz we
wróżki, zaklaszcz w dłonie!" Wszyscy gorliwie klaskaliśmy i Dzwoneczek
ożywała. To było cudowne.
Mary-Alice nalała herbatę do filiżanek i podsunęła matce talerzyk z ciastem. Baz podniósł głowę z kolan Florence i z zainteresowaniem
obwąchał talerz.
- Szkoda, że nie pamiętam Bożego Narodzenia w Anglii - powiedziała
Mary-Alice. - Z mrozem i płonącym ogniem. Sanie Świętego Mikołaja lepiej
wyglądają na śniegu.
- Tak, Boże Narodzenie w gorącym klimacie to zupełnie nie to samo.
Powinno być mroźne, zimne i roziskrzone jak kalendarz adwentowy. Ile
miałaś lat, kiedy się tu przeprowadziliśmy? Cztery?
- Trzy - poprawiła ją Mary-Alice, wzruszając ramionami. - Nie tęskni się
za tym, czego się nie poznało. Święta Bożego Narodzenia w Australii też
są wyjątkowe.
Florence postawiła talerz na niskim stoliku poza zasięgiem Baza i wrzuciła kostkę cukru do herbaty.
- Zwykle spędzaliśmy Boże Narodzenie u dziadków. Uwielbiałam do nich
jeździć. Wiesz, że tato zmarł niedługo po naszym przyjeździe z Indii do
Anglii, więc mama, Winifred i ja jeździłyśmy na święta do jej rodziców,
do Kornwalii. Mieli piękny duży dom w Gulliver's Bay. Nazywał się
Mariners i miał prywatną plażę. Bardzo wątpię, by nadal była prywatna,
ale w tamtych czasach mieliśmy ją tylko dla siebie. Z domu prowadziło
ukryte podziemne przejście do jaskini. W czasie wojen napoleońskich
przemytnicy przerzucali stamtąd bele wełny na łodzie rybackie czekające
w zatoce i wymieniali je na brandy i koronki. To było magiczne miejsce.
- Brzmi wspaniale - powiedziała Mary-Alice, która słyszała już te
opowieści.
- Uwielbiałam Boże Narodzenie. Pamiętam, z jakim podnieceniem
sprawdzałam ciężar pończochy wiszącej w nogach łóżka. Kiedy trącałam ją
stopami, chrzęściła. Babcia była bardzo hojna i okropnie nas
rozpieszczała. Pończochy były pełne prezentów. Obydwie z Winifred
sięgałyśmy na sam dół, gdzie była mandarynka, wciąż owinięta w srebrny
papier z warzywniaka. Teraz nikt nie ceni mandarynek, ale w tamtych
czasach były luksusem przywożonym na statkach aż z Tangeru. - Florence
zaśmiała się, upiła łyk herbaty i westchnęła; na starość nabrała tego
irytującego nawyku. - świąteczny obiad to była prawdziwa uczta. - Jej
policzki okrył rumieniec, wspomnienia popłynęły szeroką falą. -
Najbardziej lubiłam deser. Przynoszono go, zanim zostawiałyśmy mężczyzn
w jadalni, żeby wypili swoje porto, zaraz po świątecznym serze Stilton
udekorowanym selerem i podawanym z biskwitami Romary z Tunbridge Wells.
Zawsze były czekoladki Charbonnel et Walker w kilkuwarstwowych
pudełkach, ze srebrnymi szczypcami i śliwkami z Karlsbadu. No i te
pyszne fruits glacés i marrons glacés, kandyzowane owoce i kasztany
w cukrze z Francji. Moja matka je uwielbiała. - Florence odgryzła
kawałek ciasta i wciągnęła powietrze przez nos. - Mmm, niebiańskie. Nie,
Baz, to nie jest dla ciebie. No dobrze, dostaniesz kawałeczek. -
Odłamała kawałek biszkoptu i rzuciła psu. - W Gulliver's Bay zawsze
podawano biszkopt do herbaty.
- Tyle słyszałam o Gulliver's Bay. Chciałabym tam kiedyś pojechać -
powiedziała Mary-Alice. Miała wrażenie, że zna to miejsce.
- Niestety, jestem już za stara, żeby tam wrócić. Gdyby nie to, sama bym
cię tam zabrała. - Na twarzy Florence pojawiła się tęsknota. - Nie wiem,
do kogo teraz należy dom. Mój Boże, tam może być nawet hotel albo
pensjonat. Czy to nie byłoby okropne? W dzisiejszych czasach ludzie nie
chcą już wielkich domów, gdzie za drzwiami obitymi zielonym suknem
znajdują się kwatery dla służby. Ludzie nie mają już służby, prawda? Kto
może sobie na to pozwolić? Ale w tamtych czasach tak było. Moi
dziadkowie pochodzili z epoki wiktoriańskiej. Byli bardzo konwencjonalni
i muszę dodać, że mieli trochę wielkopańskie maniery. Uważaliśmy służbę
za coś oczywistego, ale kiedy teraz o tym myślę, uderza mnie, jak ciężko
ci służący pracowali. Prawie nigdy nie dostawali wolnego i pewnie też
nie zarabiali zbyt wiele. To był elitarny świat i oczywiście skończył
się wraz z wojną. - Westchnęła i ugryzła kolejny kęs ciasta, delektując
się słodkim smakiem. Baz zaczął się ślinić, ale Florence, niesiona falą
wspomnień, nie zwróciła uwagi na jego pożądliwe spojrzenie. - Dwaj
bracia mojego ojca zginęli w Wielkiej Wojnie. Nikt nie sądził, że
przystąpimy do kolejnej, i to tak szybko. Takie marnotrawstwo. Można by
pomyśleć, że pierwsza wojna czegoś ich nauczyła, ale ludzie niczego się
nie uczą. To jest najtragiczniejsze.
Mary-Alice dolała sobie herbaty.
- Opowiedz mi coś jeszcze o Gulliver's Bay - poprosiła. Nie chciała
podążać za matką ścieżką wiodącą do wojny. Wiedziała, do czego prowadzą
te wspomnienia: unieszczęśliwiały ją.
- Nigdy nie byłam religijna, ale lubiłam chodzić do kościoła - podjęła
Florence. - Podobał mi się pastor, wielebny Millar. Był niski, gruby,
łysy i seplenił, a do tego miał żywiołowy charakter. Cokolwiek
powiedział, brzmiało to niezmiernie ekscytująco. Od tamtej pory nigdy
więcej nie spotkałam takiego pastora. Miał prawdziwą charyzmę i wigor.
Gdyby wszyscy pastorzy byli tacy jak on, kościoły pękałyby w szwach. -
Uśmiechnęła się szelmowsko. - Ale nie zamierzam udawać, że tylko pastor
ożywiał moje niedzielne poranki. Nie, to był Aubrey Dash.
Mary-Alice uśmiechnęła się znad filiżanki. Słyszała tę historię już
setki razy, ale nie zamierzała odmawiać matce przywołania jednego z najdroższych jej wspomnień.
- Nawet jego imię brzmi romantycznie - oświadczyła.
- Kiedyś wiele razy zapisywałam je w pamiętniku, "Aubrey Dash", a potem
pisałam "Florence Dash", żeby sprawdzić, jak nazywałabym się po ślubie.
Biorąc pod uwagę, jak się wszystko ułożyło, to zabawne, prawda? -
Florence roześmiała się i jej zielone oczy rozbłysły. - Ale on ledwie
mnie zauważał. - Lekko wzruszyła ramionami i znów napiła się herbaty.
- Nie rozumiem dlaczego, mamo. Przecież byłaś bardzo ładna.
- Nie zapominaj, że byłam też bardzo młoda, a lubię myśleć, że późno
rozkwitłam. Siedziałam w naszej ławce, a on w swojej, oczywiście z rodziną. Był jak jasna gwiazda na skraju mojego pola widzenia. Z trudem
się powstrzymywałam, żeby się na niego nie gapić. Wyznaczałam sobie, co
ile minut mogę na niego zerkać, żeby to nie było za często. Pięć minut,
sześć, czasami udawało mi się dojść aż do piętnastu. Najlepsza chwila
była wtedy, kiedy szliśmy do komunii. Czasami stawałam tuż przed nim lub
za nim i czułam go blisko siebie, jakby promieniował ciepłem. Gdy na
mnie spojrzał, co się zdarzyło raz czy dwa, oblewałam się rumieńcem. -
Wsunęła do ust ostatni kawałek ciasta i z rozkoszą oblizała palce. -
Przepraszam, Baz, ale nie ma więcej. - Pies z westchnieniem rezygnacji
znów oparł łeb na jej kolanach. - Był bardzo przystojny nawet jako
chłopiec. Widzisz, był wysoki, kiedy jego rówieśnicy jeszcze nie urośli,
i miał przepiękne oczy: szare z długimi, czarnymi rzęsami. I pełne usta.
Przekonałam się, że pełne usta są rzadkie w Anglii. Ale Aubrey miał
śliczne usta.
Mary-Alice się roześmiała.
- Och, mamo, zabawna jesteś.
- Usta są ważne, Mary-Alice. Nie jest miło całować mężczyznę, który ma
usta jak rekin.
Teraz roześmiały się obydwie.
- Pewnie nie - zgodziła się Mary-Alice. - Masz fantastyczną pamięć do
szczegółów.
- A ty, kochanie, nie pamiętasz swojej pierwszej miłości?
- Chyba pamiętam, ale nie tak jak ty.
- Kiedy będziesz w moim wieku, wspomnienia zaczną cię atakować ni stąd,
ni zowąd. Na przykład okopujesz krzak czarnego bzu i nagle pstryk, jakaś
bańka z twojej podświadomości wypływa na powierzchnię i pęka i naraz
pojawia się przed tobą coś, o czym nie myślałaś od lat. A kiedy o tym
myślisz, wracają uczucia, które kiedyś przeżywałaś, i daję słowo, twoje
ciało czuje dokładnie to, co czuło przed laty, zupełnie jakbyś znów
stała w nawie za plecami Aubreya Dasha, czekając na komunię świętą i marząc o tym, że on się odwróci i na ciebie spojrzy. - Florence
potrząsnęła głową, zadziwiona sobą sprzed lat. - Jak niewiele wie serce,
kiedy jest się zaledwie dziewczyną. Ile jeszcze musi się nauczyć.
Mary-Alice odniosła wrażenie, że list w jej kieszeni staje się coraz
cieplejszy i domaga się uwagi. Odstawiła filiżankę i wsunęła rękę do
kieszeni. W tej samej chwili dostrzegła chmurę kurzu na drodze w oddali.
Chmura stawała się coraz większa, w miarę jak ciężarówka się zbliżała.
Metalowe obramowania reflektorów jaskrawo błyszczały w słońcu.
- To na pewno David - powiedziała. Wyjęła rękę z kieszeni i wstała. List
musiał poczekać.
- Wrócę do ogrodu - powiedziała Florence, ze stęknięciem dźwigając się z huśtawki.
- Nie sądzisz, że już wystarczy na dzisiaj?
- Dopiero szósta. Najlepsza część jest jeszcze przed nami. Złote światło
wczesnego wieczoru. To moja ulubiona pora dnia. - Florence z głębokim
westchnieniem satysfakcji spojrzała na ogród. - Uwielbiam głosy ptaków,
które siedzą w gniazdach na drzewach. Przypomina mi się Gulliver's Bay.
Oczywiście ptaki są tu inne, ale tak samo podnoszą na duchu. Nic nie
uszczęśliwia mnie bardziej niż śpiew ptaków.
Mary-Alice zebrała filiżanki i talerzyki na tacę i wróciła do kuchni.
Gdy znów wyszła z domu, David zaparkował już samochód pod eukaliptusem i szedł przez trawnik, żeby się z nią przywitać.
- Udał ci się dzień, kochanie? - zapytała z werandy, wyciągając do niego
puszkę zimnego piwa.
Jej mąż był silnym, wysportowanym mężczyzną po sześćdziesiątce.
Regularnie grał w squasha i w tenisa, a kiedy miał czas, lubił bieganie
i wędrówki. Im był starszy, tym bardziej dbał o sylwetkę i tym więcej
wysiłku wkładał w jej utrzymanie.
Wbiegł na werandę, przeskakując po dwa stopnie, i pocałował żonę.
- Właśnie tego potrzebowałem - powiedział, rzucając torbę na podłogę i biorąc od niej piwo. Opadł na huśtawkę, oparł na stole stopy w czerwonych tenisówkach i z syknięciem otworzył puszkę. Upił łyk i się
oblizał.
- Doskonałe - oświadczył, przeczesując ręką włosy. Jego kędziory nadal
były gęste, choć więcej już w nich było siwych włosów niż ciemnych.
Mary-Alice znów usiadła, by posłuchać, jak minął mu dzień. David i jego
kolega z czasów szkolnych Bruce Dixon byli współwłaścicielami firmy
budowlanej w pobliskim mieście i gdy David wracał do domu, zawsze miał
do opowiedzenia jakąś zabawną historyjkę o którymś z klientów. Normalnie
Mary-Alice pokazałaby mu list - zwykle dzieliła się z mężem wszystkim,
ale tym razem nie mogła tego zrobić. List był zbyt dziwny. David
roześmiałby się i kazałby jej wyrzucić go do kosza. Po części Mary-Alice
również miała ochotę tak zrobić i zapomnieć o wszystkim, ale Florence
powinna zobaczyć ten list. Jakie w końcu Mary-Alice miała prawo
decydować, co jej matka może przeczytać, a co nie?
Florence pomachała do Davida z rabaty i wróciła do pracy, nucąc z zadowoleniem. Znieruchomiała na chwilę, by popatrzeć na pszczoły
brzęczące nad lawendą. Jakie rozkosznie grubiutkie i takie pracowite -
pomyślała z przyjemnością. Potem jedna z pszczół odleciała i Florence
zdumiewała się, jakim cudem tak delikatne skrzydełka mogą unieść jej
ciężar. Głosy Mary-Alice i Davida dźwięczały w oddali, zagłuszane przez
świergot ptaków, które kłóciły się w gałęziach o miejsce na nocleg.
Słońce powoli zachodziło, zalewając równinę ziarnistą, złotoróżową
poświatą. Wkrótce na niebie rozbłyśnie pierwsza gwiazda i nad ogrodem
zapadnie noc, uciszając wszystko oprócz świerszczy i sów. Florence miała
zamiar zostać na dworze tak długo, jak tylko się da. Uwielbiała, gdy
otaczała ją przyroda. Odkąd wyprowadziła się z miasta i zamieszkała z Mary-Alice i Davidem na tym pięknym ranczu w stanie Victoria, każdy
dzień był dla niej wielką radością. W mieście miała mieszkanie z rozległym patio, które zapełniła roślinami i drzewkami owocowymi w doniczkach, ale jej serce tęskniło za wsią, a najbardziej brakowało jej
wiejskiego spokoju: szmeru wiatru w liściach, delikatnego, ożywczego
oddechu natury - i poczucia, że na jakimś głębokim poziomie jest jej
częścią.
Baz podniósł się i przeciągnął. Florence wiedziała, że czas już wracać
do domu.
- Chodź, staruszku - powiedziała do psa. Obydwoje wspięli się na schody
i przez siatkowe drzwi weszli do domu. świerszcze rozpoczęły już swój
koncert, ptaki ucichły. Spokój wieczoru okrywał równinę jak gruba
zasłona w kolorze indygo.
Mary-Alice przygotowywała w kuchni kolację. David poszedł na górę wziąć
prysznic. Florence nalała sobie kieliszek wina i wrzuciła do niego garść
lodu.
- Masz ochotę? - zapytała.
- Bardzo chętnie, dziękuję.
Florence napełniła jeszcze jeden kieliszek.
- Czy mogę ci w czymś pomóc?
- Nie, odpocznij sobie.
- Chyba wezmę kąpiel.
- Dobry pomysł.
- Lubię się kąpać z kieliszkiem wina. To bardzo dekadenckie i sprawia,
że znów czuję się młodo. Wiesz, po wojnie wolno nam było nalewać do
wanny tylko tyle wody, że sięgała do kostek. Pełna wanna wody to dla
mnie nadal luksus.
Mary-Alice odsunęła się od kuchenki i wyjęła z kieszeni list.
- Mamo, przyszedł dzisiaj do ciebie list. Miałam zamiar ci go dać, ale
ciągle zapominałam.
Florence nie była głupia. Jak ktoś mógłby zapomnieć przekazać pocztę?
- Od kogo to? - zapytała, mrużąc oczy. Wyraz twarzy córki świadczył, że
to nie jest zwykły list.
- Najlepiej sama przeczytaj - powiedziała Mary-Alice.
Florence wzięła kopertę i zmarszczyła brwi. Nie znała tego charakteru
pisma.
- Zabiorę go na górę. Kieliszek wina, przyjemna kąpiel, a teraz jeszcze
tajemniczy list. Ten dzień właśnie stał się lepszy.
Mary-Alice zaczerpnęła oddechu.
- Nie jestem tego pewna...
Florence obróciła kopertę i zauważyła, że jest otwarta.
- Czytałaś go?
- Tak.
- I?
- Jest dziwny. Ale i tak powinnaś go przeczytać.
- Teraz mnie zaciekawiłaś. Czy mam go przeczytać tutaj, przy tobie, na
wypadek gdybym miała przewrócić się i umrzeć?
Mary-Alice się zaśmiała.
- Nie, możesz przeczytać w wannie. Ale lepiej weź ze sobą butelkę.
- Jest aż tak źle?
- Po prostu ten list jest dziwny - powtórzyła Mary-Alice.
Florence uwierzyła córce na słowo. Z butelką w jednej ręce, listem i kieliszkiem do wina w drugiej, powoli weszła po schodach. Siedząc w pachnącej wodzie, wytarła ręce we flanelowy ręcznik, włożyła okulary do
czytania i wyjęła list z koperty.
Szanowna pani Leveson, chciałbym się przedstawić...
Rozdział pierwszy
Gulliver's Bay, Kornwalia, 1937
Wielebny Millar stojący na ambonie był drobnej budowy, jednak z powodu
swej żywiołowości wydawał się znacznie większy. Łysa głowa błyszczała
jak kula bilardowa, policzki miał różowe jak młody chórzysta, a gdy
mówił, krzaczaste brwi poruszały się jak pijane gąsienice. Jego
seplenienie mogłoby się wydawać komiczne, gdyby wypowiadane przezeń
słowa nie były tak przesycone pasją i mądrością. Wielebny Millar był
prawdziwie natchnionym pastorem i przyciągał uwagę wszystkich członków
swojej kongregacji, z jednym wyjątkiem.
Florence Lightfoot siedziała pośrodku ławki w towarzystwie swoich
dziadków, Joan i Henry'ego Pinfoldów, wuja Raymonda, siostry Winifred
oraz matki Margaret. Cała rodzina siedziała wyprostowana i skupiona na
pastorze, lecz Florence już od dłuższego czasu patrzyła na drugą stronę
nawy, tam gdzie równie sztywno siedziała rodzina Dashów. Udawała, że
słucha wielebnego Millara, od czasu do czasu lekko kiwała głową lub
śmiała się cicho, by pokazać, jak bardzo jest pochłonięta jego słowami,
ale w istocie treść tych słów w ogóle do niej nie docierała, bo Florence
była bez reszty skupiona na dziewiętnastoletnim Aubreyu.
Według określenia swojej rozsądnej starszej siostry Florence była
"zadurzona". Ona jednak miała już siedemnaście lat i dziewięć miesięcy i wiedziała, że to coś więcej. Zadurzenie sugerowało coś przelotnego i młodzieńczego, jak dziecinne zamiłowanie do lalek, z którego szybko się
wyrasta, a potem głęboko się tego żałuje. Uczucie Florence do Aubreya
Dasha było znacznie głębsze i w jej przekonaniu trwałe. Nie wyobrażała
sobie, by kiedykolwiek mogła się odkochać. Bo to była miłość; Florence
miała co do tego pewność; przeczytała wystarczająco dużo powieści, by
rozpoznać miłość, kiedy ta nadeszła.
Aubrey nie patrzył na Florence. Siedział sztywno, z takim samym poważnym
wyrazem twarzy jak reszta zgromadzenia, ale naraz uśmiechnął się z czegoś, co powiedział pastor, a potem wokół jego ust i oczu pojawiły się
zmarszczki i roześmiał się na głos. Widok jego uśmiechu wywołał we
Florence niezwykłe odczucie. Miała wrażenie, że unosi się z miejsca, a w jej piersi rozprzestrzenia się błogość. Przypominało to przeżycie
religijne i bardzo podniosłoby na duchu pastora, gdyby cokolwiek
zauważył. Jej oczy z nieskrywanym podziwem spoczęły na Aubreyu, usta
rozchyliły się w westchnieniu. Nagłe uderzenie łokciem w żebra
przywiodło jej uwagę z powrotem do rodzinnej ławki. Spojrzała na siostrę
z gniewną miną. Winifred błysnęła oczami i postukała długim, czerwonym
paznokciem w modlitewnik, nakazując siostrze skupić się na nabożeństwie.
Florence jednak nigdy nie lubiła wykonywać rozkazów ani przestrzegać
zasad; w gruncie rzeczy rozkazy i zasady prowokowały ją tylko do
znajdowania sposobów, by je obejść. Przez kilka minut wpatrywała się w pastora, a potem, gdy zauważyła, że siostra przestała zwracać na nią
uwagę, pozwoliła, by jej spojrzenie niczym gołąb pocztowy znów wróciło
do Aubreya.
Był niewątpliwie przystojny. Już w dzieciństwie był ładnym chłopcem i Florence zauważała go, odkąd zdała sobie sprawę z istnienia różnic
między chłopcami a dziewczynkami. Państwo Dash mieli duży dom położony
kilka mil od Gulliver's Bay. Był tam kort tenisowy, basen i mnóstwo
ziemi, bowiem William Dash, ojciec Aubreya, poświęcił się uprawie roli.
Tylko krótka przejażdżka rowerem dzieliła go od domu dziadków Florence,
który, choć mniejszy, mógł się poszczycić wspaniałym widokiem na morze i prywatną zatokę. Ponieważ Winifred była w tym samym wieku co Aubrey, a rodzeństwo Aubreya, bliźnięta Julian i Cynthia, byli rówieśnikami
Florence, rodziny, chcąc nie chcąc, często się spotykały.
Dashowie mieli dużą rodzinę z licznymi kuzynami w różnym wieku, którzy
kolejno odwiedzali ich w czasie szkolnych wakacji. W odróżnieniu od
matki Florence, która większość życia małżeńskiego spędziła w Egipcie, a potem w Indiach i nie miała w Anglii wielu przyjaciół, rodzice Aubreya
urodzili się i wychowali w Kornwalii i znali tu wszystkich. Podczas
długich letnich miesięcy niemal każdego dnia wydawali kolacje,
organizowali pikniki, wyprawy łodzią i turnieje tenisowe z niezrównanym
w całym hrabstwie rozmachem. Niestrudzenie i entuzjastycznie przyjmowali
innych do swojego kręgu. Nic nie było dla nich zbyt wielkim kłopotem i wszyscy byli mile widziani. Gdyby mieli motto rodowe, zapewne brzmiałoby
ono: "Im więcej, tym weselej". Natomiast Margaret Lightfoot była nerwowa
i wpadała w panikę na samą myśl o konieczności zorganizowania choćby
najmniejszego przyjęcia, które musiała wydać, by się zrewanżować za
otrzymywane zaproszenia. W takich sytuacjach w dużym stopniu polegała na
Winifred, która była kompetentna, pewna siebie i niewzruszona jak jej
nieżyjący mąż, oraz na swojej matce Joan, miłej, cierpliwej i wyrozumiałej wobec braków Margaret. Florence była zbyt rozpieszczona i skupiona na sobie, by komukolwiek pomagać.
Choć Margaret udawało się robić dobrą minę do złej gry i od czasu do
czasu wydać lunch czy kolację dla rozmaitych rodzin z Gulliver's Bay,
żadna z tych rodzin nie podkopywała jej pewności siebie bardziej niż
Dashowie. Celia Dash była kruczowłosą pięknością o niezrównanym stylu i wdzięku; Margaret czuła się przy niej jak kuropatwa przy smukłej
łabędzicy. William Dash był równie przystojny jak jego żona, pełen
swobodnego wdzięku i beztroski człowieka, którego największym
zmartwieniem jest to, kogo uda mu się wyciągnąć na kort tenisowy i czy
Hunter, jego czarny labrador, nie uciekł do miasta. Pogoda nie była
zmartwieniem dla takiego farmera jak William Dash. Majątek, który
odziedziczył, nie pochodził z roli; Dash nie kłopotał się sprawami
domowymi, bo Celia zarządzała sprawną maszynerią złożoną z kucharzy,
pokojówek, lokajów, ogrodników i szoferów oddanych swoim pracodawcom.
Celia miała dar i umiała sprawić, że wszyscy służący czuli się mistrzami
w swoich dziedzinach, a dzięki temu każdy z nich był dumny z własnej
pracy i pragnął udowodnić, że jest niezastąpiony. Margaret czuła
przerażenie na myśl, że będzie musiała odwdzięczyć się sąsiadom za
liczne uprzejmości zaproszeniem ich do siebie.
Trudno było uwierzyć, by Aubrey tego ranka w kościele nie czuł na sobie
wzroku Florence. Nie była klasyczną pięknością, ale miała łobuzerski
temperament, który większość chłopców w jej wieku uważała za dziwnie
pociągający. Florence jednak nie wiedziała, że uwagę Aubreya zajęła
nieznajoma, która zupełnie niespodziewanie przyjechała do Dashów z Francji na letnie wakacje, przysłana przez matkę, dawną przyjaciółkę
Celii, aby szlifować swój angielski. Elise Dujardin była drobna i ciemna, przypominała ostrożnego jelonka, który znalazł się w nieznanym
miejscu. Jej urocza powściągliwość przyciągnęła uwagę Aubreya Dasha.
Siedząca w ławce przed nim, między jego zażywnymi kuzynkami Berthą i Jane Clairmont, Elise wydawała się drobna i niezwykła, zupełnie inna pod
względem stylu i urody niż cała reszta zgromadzonych tu kobiet.
Florence jej nie zauważyła. Gdyby nawet zatrzymała spojrzenie na tej
młodej kobiecie o kręconych włosach, nie zwróciłaby na nią uwagi, z miejsca uznając, że nie ma w niej nic interesującego i z pewnością nie
stanowi dla niej zagrożenia. W Gulliver's Bay były oczywiście różne
dziewczyny, które Florence uważała za swoje rywalki - na przykład
wysoka, elegancka Natalie Carter czy płomiennowłosa Ginger Lately. Obie
były o rok starsze od Florence i znacznie bardziej wyrafinowane. Ale ta
kędzierzawa Francuzka nie była warta drugiego spojrzenia i Florence nie
miała pojęcia, że Aubrey w ogóle ją zauważył.
Po nabożeństwie wszyscy jak zwykle zgromadzili się na zewnątrz, żeby
porozmawiać przed powrotem do domu na niedzielny lunch. Jak w większość
niedziel, Dashowie zaprosili do siebie pastora i Florence
słyszała, jak wielebny Millar powiedział do Aubreya, gdy ten zatrzymał
się w drzwiach, by mu podziękować:
- Nie mogę się doczekać, żeby usłyszeć, jak mówisz po francusku.
Aubrey się zaśmiał.
- Obawiam się, że nasza nowa przyjaciółka nie oceni mojej znajomości
języka zbyt wysoko.
Florence nie miała pojęcia, o czym mówią i nie zastanawiała się nad tym,
czekając na swoją kolej, by uścisnąć dłoń wielebnemu Millarowi i podziękować mu za podnoszące na duchu kazanie, z którego nie słyszała
ani słowa.
Był jasny, słoneczny dzień. Jak zwykle w Gulliver's Bay wiatr wiał od
strony morza. Szary kamienny kościół został zbudowany w trzynastym
wieku, ale od tamtej pory przeszedł rozmaite renowacje. Na pochodzącym z dziewiętnastego wieku dachu z kamiennego łupka siedziały trzy srebrzyste
mewy, obserwując z dystansem to, co się działo w dole. Wieża była
oryginalna, zwieńczona blankami. Cztery wysokie pinakle w narożnikach
przetrwały wieki ulewnych deszczy i wichur i teraz pławiły się w promiennym blasku wczesnego lata. Od czasu do czasu przemykał przez nie
cień, gdy biały obłok zasłaniał słońce. Jednak ruch i rozmowy u stóp
wieży przywracały ją do życia. W tej małej społeczności wszyscy się
znali i głosy, zwłaszcza głosy podekscytowanych młodych kobiet, niosły
się w powietrzu jak skrzeczenie mew. W końcu wiele się wydarzyło w miesiącach poprzedzających to beztroskie lato i było o czym rozmawiać:
koronowano króla Jerzego VI, Neville Chamberlain zastąpił Stanleya
Baldwina na stanowisku premiera w rządzie koalicyjnym, a niemiecki
kanclerz Adolf Hitler ogłosił decyzję o inwazji na Czechosłowację. Ale
wojna była ostatnią rzeczą, jaka mogła teraz przyjść im do głowy; z pewnością po ostatniej wojnie nikt nie chciał, by świat znów doznał
takiego spustoszenia. Tylko starzy mędrcy niczym wytrawne psy na tropie
lisa wyczuwali w powietrzu coś groźnego.
Florence patrzyła, jak Aubrey przedziera się przez tłum, z szacunkiem
kiwając głową mijanym, po czym dołącza do trzech młodych kobiet
rozmawiających na trawie. Rozpoznała Berthę i Jane Clairmont, ale tego
ciemnego stworzenia, nieśmiało stojącego między nimi, nie znała. Nawet
nie przyszło jej do głowy, że Aubrey mógł przejść przez dziedziniec
właśnie dla tej dziewczyny.
- To, moja droga Florence, jest Elise Dujardin - powiedziała pani
Warburton, znana w okolicy jako "Radio Sue", zażywna wdowa, na której
można było polegać, że bez cienia skruchy ujawni i rozpowszechni każdą
miejscową plotkę.
- Dzień dobry, pani Warburton - odrzekła Florence. Zwykle starała się
omijać tę kobietę jak najszerszym łukiem, ale teraz Radio Sue miała coś,
czego Florence potrzebowała: informacje. - To nazwisko wydaje się
francuskie - zauważyła i przypomniała sobie, co Aubrey powiedział
pastorowi o swojej znajomości czy też raczej nieznajomości francuskiego.
- Bo ona jest Francuzką - potwierdziła pani Warburton. - Jej matka i Celia poznały się na Sorbonie. Elise przyjechała do nich na całe lato.
Nie wyobrażam sobie, jak można mieć gościa w domu przez tak długi czas.
Zawsze uważałam, że goście są jak ryby, psują się po kilku dniach.
Dashowie wydają się jednak bezgranicznie wytrzymali, prawda? Ta
dziewczyna nie grzeszy urodą, ale Francuzki mają coś w sobie. - Pani
Warburton przymrużyła oczy, zastanawiając się nad tym nieokreślonym
"czymś", co stanowiło o dyskretnym uroku Elise.
Florence była skłonna zgodzić się z pierwszą częścią tego zdania, ale
nie chciała mówić źle o nikim, kogo jeszcze nie poznała i nie miała
okazji wyrobić sobie własnego zdania. A z pewnością nie zamierzała mówić
przy Radiu Sue niczego, co ta mogłaby przekazać dalej. Już w wieku
siedemnastu lat Florence była na tyle bystra, by wyczuć fałsz w życzliwości pani Warburton.
- To miło ze strony Aubreya, że tak się o nią troszczy - powiedziała,
patrząc z czułym uśmiechem na szarmanckie zachowanie chłopaka, który
rozmawiał z nieśmiałą nieznajomą. - Ona pewnie czuje się tutaj zupełnie
nie na miejscu.
Pani Warburton zaśmiała się i guziki jej lawendowego żakietu omal nie
trzasnęły. Cokolwiek miała na sobie, zawsze wydawało się o rozmiar za
małe.
- Na takie spokojne trzeba uważać - powiedziała ściszonym głosem, jakby
knuła jakąś intrygę ze współkonspiratorką. - Ten Aubrey Dash to niezła
partia. Chyba nie wierzysz, że madame Dujardin wysłała swoją ukochaną
córkę na drugą stronę kanału La Manche tylko po to, żeby ćwiczyła
angielski, prawda?
- Aubrey ma dziewiętnaście lat - powiedziała Florence z urazą, bo jak
Radio Sue mogła sugerować, że Aubrey poślubi kogoś takiego jak Elise
Dujardin, skoro było oczywiste, że ożeni się z nią?
- Konkurencja jest duża, a tylko głupia kobieta spuszcza piłkę z oczu.
Takiego kawalera jak Aubrey Dash złapią, zanim się obejrzysz, i będzie
się za tym małżeństwem kryła zdeterminowana, skupiona na celu matka.
Zapamiętaj moje słowa, coś o tym wiem. Bardzo dobrze wydałam za mąż
wszystkie cztery córki. I niczego nie pozostawiłam przypadkowi.
- Wie pani coś o tej rodzinie Dujardinów?
- Są bogaci - prychnęła pani Warburton. - Bardzo bogaci. Oczywiście nie
żyjemy już w dziewiętnastym wieku, ale stare nawyki trudno wykorzenić.
Dobra partia to dobra partia, a pieniądze przemawiają głośniej niż
słowa. To się nie zmieni.
Florence nigdy nie uważała majątku swojej rodziny ani za dobrodziejstwo,
ani za nieszczęście na rynku małżeńskim. W ogóle się nad tym nie
zastanawiała. Jej ojciec był wojskowym. Walczył w Wielkiej Wojnie i stracił dwóch braci. Później, w Indiach, służył w 17 Pułku Pendżabskim i od tego okresu zaczynały się wspomnienia Florence. Poza wspaniałością
ośnieżonych Himalajów, widzianych z domu w Simli, pamiętała chorobę
ojca, jego bladą, wynędzniałą twarz o żółtawym odcieniu. Chorował na
psylozę, rzadką chorobę tropikalną, która zaatakowała jego układ
pokarmowy i zmieniła go w inwalidę. Odesłano go z powrotem do Anglii na
skromną emeryturę. Florence wiedziała, że rodzice jej matki są zamożni,
bo ich dom w Gulliver's Bay jest duży i mają wielu służących, zakładała
zatem, że po śmierci ojca utrzymywał je dziadek, a nie pieniądze po
ojcu. Czy to może się obrócić przeciwko niej? - zastanawiała się teraz,
patrząc na Elise Dujardin z nieco większym zainteresowaniem, a także z odrobiną zazdrości. Czy Celia Dash i madame Dujardin zamierzały uknuć
intrygę, która zepchnie jej rodzinę na margines?
Zapyta siostrę, kiedy wróci do domu; Winifred na pewno będzie wiedziała.
Jednak zatrzymał ją przed kościołem pan Foyle, miejscowy budowniczy, i niegrzecznie byłoby z nim nie porozmawiać. Kiedy Florence dotarła do
Mariners, salon był już wypełniony tytoniowym dymem i zapachem sherry.
Jej dziadek Henry Pinfold i wuj Raymond, nieżonaty brat matki, palili
papierosy przy oknie wykuszowym, a babcia rozmawiała na sofie z Margaret
i Winifred. Tak zwykle dzieliła się rodzina: mężczyźni po jednej stronie
pokoju, panie po drugiej. Henry'ego nie interesowały rozmowy z kobietami, Raymond zaś tak naprawdę lubił tylko jedną kobietę: swoją
matkę.
Florence wiedziała, że nie uda jej się szybko znaleźć sam na sam z Winifred. Niechętnie opadła na sofę obok siostry. Panie bardzo
szczegółowo omawiały kazanie wielebnego Millara. Florence westchnęła i przybrała znudzony wyraz twarzy, bo nie miała cierpliwości do rozmów,
których tematem nie była ona sama.
- Jak ci się podobało kazanie, Flo? - zapytała Winifred z uśmiechem,
doskonale wiedząc, że Florence nie usłyszała z niego ani słowa.
- Dosyć mam tej religii, którą wpychają mi do gardła w szkole. Ostatnią
rzeczą, jakiej potrzebuję na wakacjach, są kolejne wykłady z ambony.
Margaret spojrzała na córkę z niepokojem.
- Nie mów tak przy dziadku, jeśli nie chcesz się wydawać niewdzięczna -
ostrzegła.
- Nie powiedziałam, że nie lubię szkoły, tylko że nie podobają mi się
nabożeństwa w szkole. Szkoda, że nie słyszałyście, jak wielebny stary
Minchin rozwodzi się w nieskończoność w każdą niedzielę. I wiecie co,
niektóre dziewczyny chodziły nie na jedno, ale na trzy nabożeństwa: na
poranne nabożeństwo główne, potem na jutrznię i na modlitwy wieczorne.
Niewiarygodne nudy. Można się od tego nawrócić na inną religię.
Ani Margaret, ani jej łagodna matka Joan nie potrafiły sobie poradzić z Florence. Dziewczyna była uparta, niczego nie traktowała z szacunkiem i wiecznie odgrywała jakieś dramaty. Przede wszystkim dlatego wysłano ją
do szkoły z internatem. Trzeba przyznać, że szkoła wpłynęła na nią
korzystnie - nauczyła ją dobrych manier i etykiety oraz do pewnego
stopnia zdyscyplinowała. Jednak pozbawiona ojca, który mógłby nią
pokierować (a także wziąć ją w karby), zaczynała już stawać się źródłem
trosk.
- Podobno występowałaś w przedstawieniu na koniec roku. - Joan
uśmiechnęła się zachęcająco do wnuczki w nadziei, że nakieruje ją na
bardziej konstruktywny temat.
Oczy Florence rozbłysły, bo wszystko, co związane z teatrem, budziło jej
wielki entuzjazm.
- Tak - odpowiedziała. - Dostałam główną rolę w Wieczorze Trzech
Króli.
- Violę? - spytała Joan.
- Tak. Zagrałam porywająco - dodała Florence z uśmiechem, bo dobrze
wiedziała, że wypadła znakomicie.
Winifred prychnęła nad kieliszkiem sherry.
- Moim zdaniem trochę zbyt dramatycznie.
- Co ty możesz wiedzieć? Nigdy w życiu nie grałaś w sztuce! - odparła
Florence z irytacją.
- Uważam, że byłaś wspaniała - stwierdziła Margaret. - Prawdę mówiąc,
słyszałam, jak jeden z ojców siedzący w rzędzie przede mną, powiedział,
że nigdy w życiu nie widział lepszej Violi, nawet na West Endzie.
- Pewnie żartował - prychnęła Winifred.
- Nie, mówił zupełnie poważnie - zapewniła jej matka.
- Chcę zostać aktorką - przypomniała im Florence.
Joan przeniosła wzrok na męża, który wciąż stał przy oknie, pogrążony w rozmowie z Raymondem.
- Moim zdaniem przekonasz się, że można robić bardziej interesujące
rzeczy - powiedziała łagodnie.
- O nie, na pewno nie. Będę słynną aktorką.
- Twój ojciec nie chciałby, żeby jego córka występowała na scenie. -
Margaret spojrzała na Winifred, szukając u niej wsparcia.
- To niestosowne, Flo - zgodziła się Winifred.
- Niestosowne? Doprawdy, Winnie! Dlatego, że jestem dobrze wychowaną
młodą damą? Pewnie wolałabyś, żebym została przedstawiona na dworze w ślicznej białej sukience, w rękawiczkach na dłoniach i z bukiecikiem
kwiatów. - Florence zaśmiała się pogardliwie. - Utknęłaś w średniowieczu. Podziwiam kobiety, które coś robią ze swoim życiem,
zamiast tylko siedzieć i czekać na ślub.
- Mówiłaś chyba, że chcesz wyjść za Aubreya Dasha?
Florence spojrzała groźnie na siostrę, unosząc podbródek.
- Można wyjść za mąż i mimo to mieć jakieś życie, Winnie!
Joan zauważyła pokojówkę przy drzwiach i uniosła rękę.
- Dziewczęta, czas już na lunch. - Spojrzała na Florence i znów się
uśmiechnęła, próbując ją uspokoić. - Moja droga, jestem pewna, że kiedy
w końcu wyjdziesz za mąż, będziesz miała na głowie inne rzeczy niż bycie
aktorką.
Florence nie chciała się kłócić z babcią. Może nie okazywała wielkiego
respektu matce i siostrze, ale miała głęboko zakorzenione poczucie
szacunku wobec dziadków.
- Co ja tu słyszę o aktorstwie? - odezwał się Henry, gasząc papierosa i wbijając groźne spojrzenie w młodszą wnuczkę. Jego wąsy zadrgały jak u morsa. - Nie chcę o tym słyszeć. Twój ojciec przewróciłby się w grobie.
Brykanie na scenie, jeszcze czego. - Wyszedł z nią do holu i skierował
się w stronę jadalni. Jego wypolerowane półbuty stukały o deski podłogi.
- Nie jestem tak staroświecki, żeby nie pozwalać pracować mojej córce
czy wnuczkom. Przeciwnie, uważam, że bardzo dobrze jest mieć jakieś
zajęcie. Umysł kobiety potrzebuje stymulacji tak samo jak umysł
mężczyzny. - Poklepał Florence po ramieniu. - Nie martw się, znajdziemy
dla ciebie jakieś pożyteczne zajęcie.
- Dziadku, ja chcę grać w teatrze. Nie zmienię zdania.
- Rozmawialiśmy już o tym, moja droga. Przez rok nauczysz się, jak być
damą, a potem wrócimy do tego tematu, jeśli w dalszym ciągu będziesz
uważała, że właśnie to chcesz robić. Śmiem twierdzić, że do tego czasu
twoją uwagę może przyciągnąć coś innego. - Zaśmiał się na myśl o małżeństwie, dzieciach i innych typowo kobiecych sprawach.
- Kiedy byłem w twoim wieku, chciałem zostać strażakiem - powiedział
Raymond za ich plecami.
- Nie wierzę ci! - roześmiała się Florence.
- Może byłem trochę młodszy.
- Raczej dużo młodszy, wujku Raymondzie. Przeskok od chęci obsługiwania
sikawki do wpatrywania się w antyki w domu akcyjnym Bonhams jest dość
duży.
- A teraz ma własny interes - rzekł z dumą Henry. - Zawsze możesz
pracować u niego i wypełniać formularze albo parzyć mu herbatę, prawda,
Raymondzie?
- Oczywiście. Flo, jeżeli tylko będziesz potrzebować pracy, chętnie cię
zatrudnię.
- Nie mogłabym wymyślić nic gorszego - stwierdziła Florence ze śmiechem.
- Nie chodzi o to, że nie chciałabym przebywać w twoim towarzystwie,
wujku Raymondzie. Ale patrzenie przez cały dzień na martwe przedmioty
wydaje mi się niesamowicie nudne. Na samą myśl o tym chce mi się spać.
- Mogę cię zapewnić, że i u nas zdarza się sporo dramatów -
odpowiedział.
Stanęli wokół stołu, by rozpocząć modlitwę.
- Pewnie wszystko jest względne - przyznała Florence, choć wątpiła w to,
że dramat w świecie antyków może się równać z dramatem wystawianym w teatrze.
Dopiero po lunchu Florence udało się zostać sam na sam z Winifred. Były
w ogrodzie i Winifred paliła papierosa matki. Miały stąd rozległy widok
na morze, iskrzące się w słońcu pod jasnym błękitnym niebem.
- Pięknie, prawda? - Winifred westchnęła. - Wiesz, uwielbiam tę porę
roku, kiedy dopiero tu przyjechałyśmy i mamy przed sobą całe lato.
- Ja też - zgodziła się Florence. - Chciałabym, żebyśmy tu mieszkały
przez cały czas. Naprawdę nie wiem, dlaczego tak nie jest. Dlaczego mama
upiera się mieszkać w Kencie, skoro jej rodzina jest tutaj?
- To tam poznali się z tatą i tam mieszkali, kiedy wrócili z Indii.
- To głupie. Mama powinna sprzedać dom i kupić coś tutaj.
- Myślę, że tego nie chce.
- Chyba nie robi tego ze względu na pamięć taty? Nie po tylu latach.
Trudno zrozumieć, dlaczego nie wyszła za mąż po raz drugi.
Winifred potrząsnęła głową.
- Czasami, Flo, zadziwia mnie twoja naiwność.
Florence przygasła.
- Dlaczego? Minęło już wiele lat od śmierci taty.
- Dokładnie siedem.
- To dużo czasu.
- Nie dla dorosłych. Poza tym ona chyba nie chce znów wychodzić za mąż.
Kochała tatę. Nie da się go zastąpić.
- Tęsknisz za nim, Winnie?
Jej siostra skinęła głową.
- Cały czas. - Zaciągnęła się głęboko papierosem i wydmuchnęła dym
kącikiem ust.
Florence zmarszczyła brwi.
- Chciałabym powiedzieć, że cały czas za nim tęsknię, ale tak nie jest.
Wydawał się odległy, nawet kiedy był w domu. Pamiętam tylko, że był
chory.
- Pewnie byłaś jeszcze za mała. Moje wspomnienia są znacznie żywsze.
- Czy on był bogaty?
Winifred spojrzała na nią ze zdumieniem.
- To śmieszne pytanie!
- Ale był? Nikt nigdy nie rozmawia o pieniądzach. Czy dziadek za
wszystko płaci, czy może tato zostawił mamie coś w testamencie?
Winifred przymrużyła oczy.
- Z kim rozmawiałaś?
Florence wbiła wzrok w morze.
- Z nikim, po prostu myślałam o tym w kościele. Czy my, ty i ja,
jesteśmy uważane za "dobre partie"?
- Dobre partie? - Winifred roześmiała się. - Jednak z kimś rozmawiałaś.
- No dobrze. Radio Sue wspomniała o tej Francuzce...
- Elise Dujardin.
- Wiesz o niej?
- Oczywiście. Przyjechała do Dashów.
- Cóż, podobno jest bardzo bogata, a jej matka i pani Dash swatają Elise
z Aubreyem. - Florence naraz poczuła ucisk w piersi i głęboko
zaczerpnęła powietrza.
Wyraz twarzy Winifred złagodniał.
- Ach, rozumiem, skąd to się wzięło. Cóż, nie mam pojęcia, czy Elise
Dujardin jest dobrze uposażona, jak by to nazwała Jane Austen. Ale mogę
ci powiedzieć, że dziadek jest wystarczająco bogaty, by zadowolić
kobietę taką jak Celia Dash.
Nastrój Florence natychmiast się poprawił.
- Czy dziadek jest bardzo bogaty? - zapytała z ekscytacją.
- Nie, ale Celia Dash nie jest snobką i pieniądze nie interesują jej
zanadto. Po prostu ma ich dużo. Sądzę, że gdyby jej syn zakochał się w pokojówce, zaakceptowałaby ją jako swoją synową. Tak więc, droga
siostro, nie chodzi o to, czy jesteś dobrą partią, czy nie, bo bogactwo
ani pochodzenie nie są ważne dla Dashów. Potrzebujesz tylko tego, żeby
Aubrey się w tobie zakochał. - Zaśmiała się życzliwie. - A to, Flo, może
być dla ciebie zbyt duże wyzwanie.
Florence uniosła głowę wyżej. Skoro pieniądze i pozycja nie miały
znaczenia, to szanse były równe.
- Mam całe lato, żeby się o to postarać - powiedziała z przekonaniem.
- Ale wiek nie działa na twoją korzyść - zauważyła Winifred.
Florence uśmiechnęła się.
- Och, kobieto małej wiary - odparła. - Może nie mam odpowiedzi na
wszystko, ale jedno wiem: na pewno dorosnę. We wrześniu skończę
osiemnaście lat, a za rok we wrześniu dziewiętnaście. Potem będę miała
dwadzieścia, potem trzydzieści, potem pięćdziesiąt, potem siedemdziesiąt
i jeśli Bóg pozwoli, może dożyję nawet osiemdziesiątki, a wtedy jakie
znaczenie będzie miała dla mnie i Aubreya różnica dwóch lat?
Rozdział drugi
Florence nie była szczególnie dobrą tenisistką, ale podeszła do
tenisowego turnieju u Dashów z entuzjazmem. Jeśli ktokolwiek mógł wygrać
jedynie dzięki determinacji, z pewnością Florence Lightfoot była taką
osobą.
Turniej tenisowy u Dashów, trwający dwa tygodnie i organizowany w ich
wspaniałym elżbietańskim domu, Pedrevan Park, był jednym z najbardziej
wyczekiwanych wydarzeń lata. William Dash, który w czasach szkolnych był
kapitanem drużyny tenisowej, dobrał pary i ułożył rozstawienie na
podstawie wyników z poprzedniego roku. Florence marzyła o tym, że
znajdzie się w parze z Aubreyem, co nie było niemożliwe, ponieważ Aubrey
był graczem pierwszej klasy, a zatem musiał się znaleźć w parze z graczem trzeciej kategorii, takim jak Florence. Jednak szczęście jej nie
dopisało. Aubreya połączono z Elise, co wzbudziło we Florence
podejrzenia, że kryło się za tym kobiece wyrachowanie. Florence znalazła
się w parze z Johnem Clairmontem, kuzynem Dashów ze strony Celii i doskonałym tenisistą.
Posiadłość Pedrevan Park nie miała widoku na morze, ponieważ leżała
dalej od wybrzeża, w otoczeniu bujnych pastwisk dla bydła i złocistych
pól pszenicy, dom jednak był okazały. Zbudowany w połowie
dziewiętnastego wieku ze srebrzystoszarego kornwalijskiego kamienia,
miał wysokie kominy, szprosowe okna z małymi prostokątnymi szybkami i holenderskie szczyty. Posiadłość była duża, za cisowymi żywopłotami
kryły się tajemne ogrody, wysoki kamienny mur otaczał warzywnik i arboretum, w ozdobnym jeziorze odbijały się neoklasycystyczna rotunda i posąg bogini Amfitryty. Z całą pewnością był to najwspanialszy dom w Gulliver's Bay, ale Dashowie nie byli próżni ani wyniośli; cieszyli się,
że mają wystarczające środki, by móc prowadzić życie towarzyskie i zapewniać gościom rozrywki, oboje bowiem lubili ludzi i nie dzielili ich
według klasy czy wyznania. Chcieli tylko, żeby wszyscy dobrze się
bawili.
W Pedrevan Park nie sposób było nie bawić się dobrze i wszyscy z ekscytacją wyczekiwali zaproszeń. Dashowie byli szczodrymi gospodarzami,
przygotowywali dla gości obfite poczęstunki i otwierali przed nimi dom
wraz ze wszystkimi ogrodami.
- W końcu - mawiała Celia na swój radosny, swobodny sposób - po co, u licha, zadawać sobie tyle kłopotu, żeby wszystko wyglądało tak pięknie,
jeśli nikt tego nie będzie oglądał?
Choć sami Dashowie byli skromni i tolerancyjni, ich swobodny,
nonszalancko arystokratyczny sposób bycia rozbudzał w innych potrzebę,
by się zaprezentować z jak najlepszej strony. Turniej tenisowy był więc
dla młodzieży okazją do pokazania się w najlepszych sportowych
kreacjach; nikt nie ośmieliłby się przybyć do Pedrevan Park w stroju
niespełniającym standardów All England Club. Florence miała na sobie
białe tenisowe szorty ozdobione przy szwach kieszeni rzędem guzików w marynarskim stylu oraz sweterek z wrabianymi warkoczami i krótkimi,
bufiastymi rękawkami. Jasne włosy podpięła po bokach spinkami, luźne
fale opadały jej na ramiona. Bardziej konwencjonalna Winifred włożyła
tenisową sukienkę z plisowaną spódnicą za kolano. Ciemne włosy miała
krótko obcięte i ułożone w fale; Florence uznała, że to jedyny modny
akcent w wyglądzie siostry. Obydwie jechały na rowerach po wąskich
zielonych ścieżkach, ściskając pod pachami rakiety tenisowe.
W końcu, dysząc z wysiłku, wjechały przez wielką żelazną bramę na drogę
dojazdową, wijącą się w płynnych zakrętach przez wypielęgnowane tereny
wokół domu. Naraz spokojny świergot ptaków zagłuszył ryk silnika za ich
plecami. Zaskoczone zjechały na skraj trawnika, żeby przepuścić
samochód. Był to błyszczący czerwony aston martin. Opuszczony dach
ukazywał luksusowe wnętrze wykończone drewnem i skórą oraz kierowcę,
ciemnowłosego młodzieńca w okularach przeciwsłonecznych. Rozpoznały go
od razu: to był Rupert Dash, starszy brat Aubreya.
- Jakież to niegrzeczne! - zawołała Winifred, gdy samochód przemknął
obok nich, kierując się w stronę domu. - Mógł trochę zwolnić.
- I pomachać do nas - dodała Florence, znów wskakując na siodełko
roweru. - Tak czy owak, dokąd tak mu się śpieszy? Przecież turniej nie
zacznie się bez niego!
- Bardzo wątpię, czy będzie grał. Nie jest tenisistą.
- Co on teraz robi?
- Oprócz tego, że się popisuje? - spytała Winifred. - Chyba się uczy w Royal Agricultural College w Cirencester. W końcu ma odziedziczyć tę
posiadłość. Z tego, co słyszałam, zimy spędza na polowaniach, a lata na
południu Francji, pijąc szampana.
- Dobre życie! - stwierdziła Florence.
- Myślę, że Dashom żyje się nieźle.
Florence uśmiechnęła się i mocniej nacisnęła pedały.
- Ja też mam zamiar wejść do tej rodziny - zaśmiała się, na co jej
siostra przewróciła oczami.
Nie podjechały przed dom, lecz wybrały znajomą ścieżkę, która przecinała
lipową aleję i prowadziła prosto na kort tenisowy. Nieskazitelnie
wykoszony i częściowo zacieniony przez kasztanowiec, znajdował się na
skraju rozległego trawnika, który przygotowany był do gry w krokieta i otoczony drewnianymi ławkami dla widzów. Przed pawilonem stał długi stół
na kozłach, zastawiony szklankami, dzbankami z lemoniadą i talerzami
herbatników oraz ciasta biszkoptowego, a na prawo od stołu umieszczono
stojak z wypisaną na dużej tablicy kolejnością gier. Dokoła kręcili się
goście w białych strojach, a na korcie rozgrzewały się dwie pary
mieszane. William Dash, w panamie i lnianej marynarce, przechadzał się
po trawniku, wydając polecenia stanowczym, lecz uprzejmym tonem. Młodsi
kuzyni Dashów, którzy nie brali udziału w turnieju, odgrywali role
chłopców do podawania piłek. Julian Dash, młodszy brat Aubreya, który
zgłosił się na ochotnika do sędziowania, siedział już na zielonym
drewnianym krześle. Florence od razu zauważyła Aubreya: palił papierosa,
rozciągnięty swobodnie na kocu, a obok niego skromnie przycupnęły jego
siostra Cynthia i tenisowa partnerka Elise. Florence już miała do nich
dołączyć, kiedy ktoś dotknął jej ramienia.
- Witaj, partnerko.
To był John Clairmont, kuzyn Aubreya. Patrzył na nią bystro, trzymając
rakietę w górze, jakby miał uderzyć piłkę.
- John. - Uśmiechnęła się. - Kiedy gramy?
- Na razie jeszcze nie, dopiero później. Mamy jednak duże szanse wygrać
pierwszy mecz. Jane jest beznadziejna, a Freddie to wielka zagadka.
Bardzo nierówny, ale od czasu do czasu łapie wiatr w żagle i zdarza mu
się posłać kończącą piłkę. Próbuj po prostu przebijać piłki, a ja się
zajmę resztą.
- świetnie - ucieszyła się Florence. - Nie zawiodę cię.
- Wiem, staruszko. Jesteś bardzo waleczna. - Zerknął na Aubreya, swego
największego rywala. - Mam zamiar zagrać ze Złotym Chłopcem w finale.
- Myślisz, że zajdziemy tak daleko?
- Mamy wielkie szanse. W tym roku jestem w doskonałej formie. Nie wiem
tylko, jak gra ta żabojadka. - Miał na myśli Elise.
- Jeśli jest dobra, to będziemy mieli kłopoty.
- Dam sobie radę. Masz ochotę czegoś się napić?
- Bardzo chętnie.
Ruszyli w stronę pawilonu. Kiedy mijali grupkę siedzącą na kocu, Aubrey
i John pokazali w uśmiechu zęby jak dwa lwy walczące o terytorium.
- Cześć, Cynthio - powiedziała Florence, starając się nie patrzeć na
Aubreya.
- Chodź tu do nas, Flo. - Cynthia poklepała miejsce obok siebie. - Elise
nie chce grać, trzeba jej dodać otuchy.
Florence spojrzała na Johna.
- Przyniesiesz mi lemoniadę? - zapytała, posyłając mu swój najbardziej
czarujący uśmiech, żeby nie miał jej za złe, że porzuca go dla
towarzystwa jego największego rywala. Usiadła i wyciągnęła rękę do
Elise.
- Florence Lightfoot - przedstawiła się.
Elise niepewnie oddała jej uścisk. Jej dłoń w dłoni Florence wydawała
się mała jak mysz. Florence zrobiło się żal tej nieśmiałej dziewczyny.
Nie wyobrażała sobie, by mogła być dobrą tenisistką.
- Flo jest moją najlepszą przyjaciółką - powiedziała Cynthia. - Ale nie
zaprotestuje, jeśli powiem, że kiepsko gra w tenisa.
Florence się roześmiała. Ta uwaga nie mogła jej zaboleć.
Elise wydawała się zaskoczona.
- Wcale w to nie wierzę - powiedziała z silnym francuskim akcentem, bo
długonoga Florence z pewnością wyglądała na wysportowaną.
- Och, to prawda - potwierdziła Florence. - Ale biegam do każdej piłki.
- Witaj, Florence - powiedział Aubrey. Spojrzenie jego szarych oczu było
uprzejme, ale obojętne i świadczyło o tym, że kto inny jest przedmiotem
jego zainteresowania.
- Cześć, Aubrey - odrzekła Florence i uśmiechnęła się do Elise. - Nie
musisz się martwić o partnerowanie Aubreyowi. Jest tu najlepszym
graczem, więc wystarczy, że staniesz przy siatce i będziesz się starała
skurczyć jak najbardziej. Pozwól, żeby zrobił wszystko, co trzeba, i pożeglujecie prosto do finału.
Aubrey roześmiał się i na jego twarzy pojawiły się urocze zmarszczki.
Florence nie potrafiła oderwać od niego wzroku.
- Elise będzie bardzo rozczarowana, kiedy się przekona, że nie jestem
tak niezwyciężony, jak mnie przedstawiasz, Florence.
- Ależ jesteś - upierała się Florence, czując gorąco na twarzy od
napływającego rumieńca. - Doskonale wiesz, że nikt nie gra równie dobrze
jak ty.
Aubrey leniwie zaciągnął się papierosem.
- Johna niełatwo pokonać. Prawdę mówiąc, powiedziałbym, że macie duże
szanse na zdobycie trofeum w tym roku.
- Raczej nie - odparła Florence. - Na pewno go zawiodę.
Cynthia uśmiechnęła się do Elise.
- Widzisz, nie każdy jest czarodziejem na korcie. Chodzi o to, żeby się
dobrze bawić. Nie o wygraną. Nawet Aubrey nie będzie miał nic przeciwko
temu, jeśli przegra, prawda, Aubreyu?
- Na pewno nie w mikście. Chyba jednak miałbym coś przeciwko temu, gdyby
John pokonał mnie w grze pojedynczej. - Spojrzał na Elise życzliwie. -
Nie musisz się martwić. Nie ma dla mnie znaczenia, jak grasz. To tylko
zabawa, trochę rozrywki dla wszystkich podczas tych długich letnich
miesięcy. Jeśli odpadniemy w pierwszej rundzie, możemy zagrać w krokieta.
- No dobrze - powiedziała Elise głosem miękkim jak ser brie. - Zagram.
- Doskonale - ucieszyła się Cynthia.
- Tak, brawo - zgodziła się Florence.
- Wiesz, że krokieta wymyślili Francuzi? - zapytał Aubrey, wciąż patrząc
na Elise, która tylko wzruszyła ramionami.
- Naprawdę?
- Tak. Nazwali tę grę jeu de mail. Brytyjczycy ją ukradli, a Szkoci
przerobili na golfa. - Zaśmiał się. - Proszę, oto kilka zupełnie
nieistotnych informacji.
- Uwielbiam nieistotne informacje - powiedziała Florence. - Podobno
tenis też wywodzi się z Francji. Na początku uderzali piłkę ręką i tak
powstała gra w piątki, fives.
Aubrey był pod wrażeniem.
- Skąd o tym wiesz, Florence?
Wzruszyła ramionami.
- Och, czasem usłyszę gdzieś coś ciekawego. Właściwie powiedział mi to
dziadek. On wie wszystko.
Pojawił się John z lemoniadą dla Florence.
- Przepraszam, ale zatrzymała mnie twoja siostra. Przyjdę po ciebie,
kiedy nadejdzie nasza kolej.
Florence patrzyła za nim, a potem znów przeniosła uwagę na Aubreya,
który jednak ku jej rozczarowaniu zaabsorbowany był rozmową z Elise.
Wydawało się, że próba przyłączenia się do nich byłaby niegrzeczna,
Florence zaczęła więc rozmawiać ze swoją przyjaciółką Cynthią.
Jej uwagę przyciągnął mężczyzna, który powoli szedł przez trawnik. Nie
miał na sobie stroju do tenisa, lecz jasnoszare spodnie z szerokimi
nogawkami i koszulkę polo z niebieskiej dzianiny. Linia ciemnych,
zaczesanych do tyłu włosów tworzyła pośrodku czoła nisko schodzący
trójkąt, który nad jego władczą twarzą jakimś sposobem wyglądał
wspaniale, jak u gwiazdora filmowego. To był Rupert Dash.
Rupert był przystojny i wysoki jak wszyscy Dashowie, z orlim,
arystokratycznym nosem i pełnymi ustami wygiętymi w buntowniczym
grymasie. Jego urodzie brakowało jednak typowej dla Dashów radosnej
lekkości; wydawał się mroczny i niebezpieczny. Florence patrzyła na
niego z zainteresowaniem, bo pośród tłumu graczy wyglądał jak wilk w stadzie owiec.
- Twój brat omal nas nie rozjechał na drodze - powiedziała Cynthii, a ta
się zaśmiała.
- Jest bardzo dumny z nowego samochodu.
- To piękny samochód - zgodziła się Florence. - Ale okropnie hałasuje.
- Wszystkie dziewczyny się nim zachwycają.
- Wyobrażam sobie. - Florence wciąż patrzyła na Ruperta. Wsunął ręce w kieszenie, zatrzymał się przy korcie i patrzył na grę. Spóźnił się
jednak, bo mecz właśnie się skończył i gracze wymieniali uściski dłoni.
Do Florence podbiegł podekscytowany John.
- Teraz my - powiedział z napięciem.
- Powodzenia, Flo! - zawołała Cynthia, gdy Florence podniosła się z miejsca. Aubrey i Elise byli tak zajęci sobą, że nie zauważyli jej
odejścia.
Florence czuła, że dobrze wygląda w swoich szortach. Wiedziała, że ma
ładne nogi, bo często podziwiano ich kształt. Podczas rozgrzewki,
odbijając piłkę z Jane, która grała w tenisa jeszcze gorzej od niej,
zauważyła, że Freddie bombarduje strzałami Johna, który odbijał piłeczkę
spokojnie, na pozór bez żadnego wysiłku. Pomyślała z radością, że John
naprawdę jest doskonałym graczem. Jeśli uda jej się tylko przebijać
piłki na drugą stronę kortu, będzie mogła się zdać na niego przy
zdobywaniu punktów. Zauważyła też Ruperta, który teraz palił papierosa i patrzył na nich zza drucianej siatki ogrodzenia.
Rozpoczął się mecz. Freddie serwował. Florence zacisnęła zęby, z napięciem wpatrując się w lecącą w jej stronę piłkę. Cofnęła nieco
rakietę, wiedząc, że skoro Freddie niegrzecznie zaserwował z całej siły,
to wystarczy, że piłka trafi w jej rakietę, a odbije się i z taką samą
prędkością poleci na drugą stronę kortu. John obserwował ją z niepokojem, obawiając się, by nie popełniła błędu, ale nie musiał się
martwić. Piłka odbiła się od rakiety Florence i przeleciała nad siatką,
tuż obok lewego ucha Jane. Freddie otworzył usta ze zdziwienia.
Najwyraźniej spodziewał się zaserwować asa.
Florence usłyszała za sobą klaskanie.
- Brawo! - To był Rupert; śmiał się na głos. - Tak się odwzajemnia
serwis mężczyzny, który zapomniał o dobrych manierach. Z naddatkiem!
- Bardzo słusznie! - zgodził się William, zatrzymując się przy siatce
obok swego najstarszego syna. - Freddie Laycock, byłbym ci wdzięczny,
gdybyś pamiętał o swoich manierach, kiedy następnym razem będziesz
serwował do damy.
Florence wiedziała, że w Pedrevan Park obowiązują niepisane zasady, a jedną z nich jest galanteria wobec pań.
Mecz trwał dalej. Florence udawało się odbijać większość piłek.
Przeważnie jednak John kazał jej stać przy siatce, gdzie nie miała nic
do roboty, bo nawet gdy piłka przelatywała w jej zasięgu, Florence nie
miała odwagi jej uderzyć. John życzył sobie, żeby jak najmniej włączała
się do gry. Raz czy dwa pochwyciła spojrzenie Jane, która niewątpliwie
otrzymała takie same instrukcje od Freddiego, i wymieniły współczujące
uśmiechy, stojąc na swoich miejscach między bocznymi liniami. To nie był
wyrównany mecz. Freddie tracił panowanie nad sobą, krzyczał na Jane,
kiedy nie wyszedł jej bekhend, i było widać, że gra coraz gorzej. Jego
forhend, który na początku wydawał się tak groźny, teraz stracił moc i większość piłek trafiała na out.
- Znowu przedobrzył - stwierdził Rupert, stojąc w zasięgu słuchu
Florence, która teraz serwowała piłkę setową. - Wystarczy, że trafisz w kort, skarbie, a macie gema, seta i cały mecz.
Florence uderzyła piłkę, która wzniosła się nad siatką powolnym łukiem i uderzyła o ziemię przy linii serwisowej, tuż obok Freddiego.
Rozwścieczony Freddie rzucił się w jej stronę z rakietą, zamierzając
przebić, ale udało mu się tylko uderzyć piłkę płasko i posłać ją za
linię boczną. Rupert wsunął papierosa między zęby i znowu zaklaskał.
- Brawo, Piękna i Bestia! - zawołał. Odwrócił się do ojca i dodał: - Nie
sądziłem, że to takie zabawne. Chyba zostanę tu dłużej.
- Dobra robota, partnerko! - wykrzyknął radośnie John, gdy obydwoje z Florence podchodzili do siatki. - Niezły mecz. Grałaś dobrze. Trzymaj
tak dalej, a wygramy też następną rundę.
Florence uścisnęła dłoń Freddiemu, który się skrzywił, i Jane, która z miłym uśmiechem powiedziała:
- Zasłużyłaś na wygraną, Flo. A swoją drogą, John uważa się za ósmy cud
świata, ale moim zdaniem to ty byłaś jego tajemną bronią.
Zeszli z kortu. Rupert uśmiechał się do Florence. Spojrzenie jego
stalowoniebieskich oczu przesuwało się po jej nogach ze źle skrywanym
uznaniem.
- Przyjemnie było na ciebie patrzeć - powiedział.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki