Czego nie widać - Brianna Labuskes

Kup ebooka

34.30 zł
27.78 zł (27,44 zł najniższa cena z 30 dni)

-
Proszę czekać

ROZ­DZIAŁ 1

GRET­CHEN

Te­raz

Ło­mo­ta­nie.

Mu­zy­ka. Świa­tła. Bas dud­ni­ący echem w jej klat­ce pier­sio­wej.

Nie. To nie było w po­rząd­ku.

Gret­chen Whi­te za­mru­ga­ła i zmru­ży­ła oczy przed ostrą, ja­skra­wą bie­lą sło­ńca wle­wa­jące­go się do jej sy­pial­ni.

Ło­mo­ta­nie.

Tym ra­zem w jej gło­wie, nie w pier­si.

I do drzwi.

Mężczy­zna le­żący obok Gret­chen po­ru­szył się, unió­sł na łok­ciu i z roz­tar­gnie­niem po­dra­pał po sta­ran­nie wy­pie­lęgno­wa­nych wło­skach na brzu­chu.

- Złot­ko?

- Nie je­stem two­im złot­kiem - burk­nęła Gret­chen, sia­da­jąc i za­nu­rza­jąc sto­py w pu­szy­stym dy­wa­nie. - Nie pa­ni­kuj. Ja też nie pa­mi­ętam two­je­go imie­nia.

Fa­cet jęk­nął i opu­ścił gło­wę z po­wro­tem na po­dusz­kę. Zmierz­wio­ne ja­sne wło­sy roz­sy­pa­ły się na nie­ska­zi­tel­nej po­włocz­ce w per­ło­wym od­cie­niu. Kost­ka­mi pal­ców prze­su­nął wzdłuż jej na­gich ple­ców.

- Może więc przed­sta­wi­my się so­bie raz jesz­cze?

Nie pa­trząc, Gret­chen si­ęgnęła za sie­bie, chwy­ci­ła go za nad­gar­stek i wy­kręca­ła, aż usły­sza­ła sko­wyt bólu. Nie prze­ry­wa­ła, ma­rząc o dźwi­ęku pęka­jących wi­ęza­deł i ła­ma­nej ko­ści. Mężczy­zna ko­pał no­ga­mi, pró­bu­jąc się uwol­nić, ale nie da­łby rady tego zro­bić, nie przy sile jej na­ci­sku.

Ło­mo­ta­nie.

Po­wstrzy­mu­jąc dzi­ki krzyk, któ­ry wez­brał w jej krta­ni, Gret­chen pu­ści­ła wresz­cie mężczy­znę i wsta­ła.

- Nie chcę cię wi­ęcej wi­dzieć.

- Jak mam...

- Przez okno.

Gret­chen wie­dzia­ła, że fa­cet nie do­ce­ni tej rady tak, jak po­wi­nien. To po­dej­rze­nie po­twier­dzi­ły rzu­ca­ne za nią prze­kle­ństwa, gdy - wci­ąż naga - chwiej­nie szła do drzwi. Zi­gno­ro­wa­ła go, a jej pa­mi­ęć już wy­ma­zy­wa­ła wszyst­ko na jego te­mat poza tym, co dzi­ęki nie­mu po­czu­ło jej cia­ło.

Ło­mo­ta­nie.

Przez mo­ment roz­wa­ża­ła si­ęgni­ęcie po broń, ale in­stynkt, któ­ry za­zwy­czaj trzy­mał ją w ry­zach, ode­zwał się szep­tem gdzieś z głębi jej pier­si. Te­raz, ma­jąc kil­ka mi­nut, by zro­zu­mieć, co się dzie­je, Gret­chen już się do­my­śla­ła, kto stoi przed jej miesz­ka­niem. I nie mia­ła naj­mniej­szej ocho­ty iść do wi­ęzie­nia za za­strze­le­nie funk­cjo­na­riusz­ki bo­sto­ńskie­go wy­dzia­łu po­li­cji.

Pi­ęść de­tek­tyw Lau­ren Mar­co­ni za­trzy­ma­ła się w po­wie­trzu, gdy w ko­ńcu Gret­chen szarp­ni­ęciem otwo­rzy­ła drzwi.

Ko­bie­ta za­cho­wa­ła nie­wzru­szo­ny wy­raz twa­rzy za­rów­no wo­bec na­go­ści Gret­chen, jak i po­wi­ta­nia, któ­re za­wie­ra­ło naj­barw­niej­szą wi­ązan­kę prze­kle­ństw, ja­kie ta mia­ła w swo­im słow­ni­ku.

- Jak zwy­kle za­chwy­ca­jąca - po­wie­dzia­ła Mar­co­ni, pa­ku­jąc się do miesz­ka­nia. - No do­bra, mi­nęły trzy mie­si­ące. Dąsa­łaś się już wy­star­cza­jąco dłu­go.

Gret­chen chwy­ci­ła ją za gar­dło i przy­pa­rła do ścia­ny. Ob­na­ży­ła zęby, a jej wrząca krew pul­so­wa­ła tą miłą, zna­jo­mą wście­kło­ścią, na któ­rą rzad­ko so­bie po­zwa­la­ła.

Te­raz ło­mo­ta­nie czu­ła w ży­łach.

- Wy­da­je ci się, że mnie znasz - wy­szep­ta­ła. Kra­wędzie jej pola wi­dze­nia za­szły mgłą. - My­ślisz, że ob­ci­ęłaś mi pa­zu­ry, mała Bam­bi. Ale nie za­po­mi­naj, kim je­stem.

Mar­co­ni na­wet nie drgnęła w ob­li­czu tej ukry­tej gro­źby, po pro­stu spoj­rza­ła na Gret­chen ja­sny­mi, bursz­ty­no­wy­mi ocza­mi.

- So­cjo­pat­ka "nie­sto­su­jąca prze­mo­cy", je­śli do­brze pa­mi­ętam - stwier­dzi­ła sar­ka­stycz­nie.

Gret­chen przy­ci­snęła kciuk do jej szyi, jed­nak puls po­li­cjant­ki na­dal nie był przy­spie­szo­ny. Być może po­win­no to moc­niej roz­pa­lić bu­zu­jącą w niej wście­kło­ść, ale z ja­kie­goś po­wo­du brak stra­chu u Mar­co­ni był lo­dem, któ­re­go po­trze­bo­wa­ła, by od­zy­skać pa­no­wa­nie na sobą. Mimo to Gret­chen trzy­ma­ła ją przez ko­lej­ną dłu­gą chwi­lę.

- Nie­sto­su­jąca prze­mo­cy z wy­bo­ru - od­pa­rła, pil­nu­jąc, by ka­żde sło­wo wy­brzmia­ło moc­no i gro­źnie.

Po­tem na­gle opu­ści­ła rękę i po­de­szła do sofy, by wzi­ąć wi­szący na niej swe­ter w zbyt du­żym roz­mia­rze. Wło­ży­ła go i skie­ro­wa­ła się do kuch­ni po bło­gą ulgę, jaką daje kawa.

Wy­cho­dząc z sa­lo­nu, usły­sza­ła trza­śni­ęcie drzwi i do­my­śli­ła się, że jej to­wa­rzysz łoża wła­śnie się po­że­gnał. Ża­ło­wa­ła, że za­miast tego nie spró­bo­wał za­wi­snąć na gzym­sie.

- A więc wła­śnie to za­mie­rzasz te­raz ro­bić ze swo­im ży­ciem? - za­py­ta­ła Mar­co­ni, podąża­jąc za nią. - Czy pro­chy i seks nie są co­kol­wiek ba­nal­ne, na­wet dla cie­bie?

- Ba­na­ły ist­nie­ją nie bez po­wo­du, ko­cha­nie - od­pa­ro­wa­ła Gret­chen, ale pod­nie­ce­nie już z niej wy­pa­ro­wa­ło. Te­raz czu­ła tyl­ko ból w mi­ęśniach i ko­ściach. Daw­niej po nocy spędzo­nej w klu­bie ła­two było za­cząć ko­lej­ny dzień, z mi­mo­zą w jed­nej ręce i to­reb­ką po­dej­rza­nych ta­ble­tek w dru­giej, szu­ka­jąc ko­lej­nych ta­ńszych wra­żeń.

Jed­nak już od­wy­kła od ta­kie­go ży­cia. Zła­god­nia­ła. Po la­tach nie­na­gan­ne­go pa­no­wa­nia nad sobą ta zdol­no­ść za­ni­kła.

- Je­steś zbyt do­brym psy­cho­lo­giem, żeby nie wie­dzieć, że w tej chwi­li uda­jesz - po­wie­dzia­ła Mar­co­ni, opie­ra­jąc się o ku­chen­ną wy­spę.

Gret­chen spoj­rza­ła na gład­kie noże ze sta­li nie­rdzew­nej sto­jące obok eks­pre­su do kawy, ale po­trze­ba ko­fe­iny wzi­ęła górę nad pra­gnie­niem prze­bi­cia tej ko­bie­ty ostrym na­rzędziem.

- Masz szczęście, że gło­wa mnie boli - mruk­nęła, nie re­agu­jąc na oska­rże­nie. Oczy­wi­ście, że wie­dzia­ła, co robi. Była nie tyl­ko re­no­mo­wa­ną psy­cho­lo­żką, ale i czo­ło­wą kon­sul­tant­ką bo­sto­ńskiej po­li­cji do spraw prze­stęp­czo­ści i an­ty­spo­łecz­nych za­bu­rzeń oso­bo­wo­ści, ta­kich jak prze­ja­wia­ne przez nią samą. Na­wet gdy­by nie po­trze­bo­wa­ła do­głęb­nej zna­jo­mo­ści wła­snej dia­gno­zy, aby bez­piecz­nie funk­cjo­no­wać, po­zna­ła­by ją, po­nie­waż za­mie­rza­ła być naj­lep­sza w swo­im za­wo­dzie.

Czu­ła, że jest z nią co­raz go­rzej. I tyl­ko jed­na oso­ba była temu win­na.

De­tek­tyw sta­ła w jej kuch­ni z ręka­mi w kie­sze­niach, ob­ser­wu­jąc Gret­chen, jak­by mia­ła pra­wo być nią roz­cza­ro­wa­na.

Gret­chen wzi­ęła dla sie­bie ku­bek, nie pro­po­nu­jąc ni­cze­go Mar­co­ni, i po­de­szła do wiel­kie­go okna wy­cho­dzące­go na ci­chą uli­cę. Miesz­ka­ła w eks­klu­zyw­nej dziel­ni­cy, po­nie­waż śmia­ło ko­rzy­sta­ła z ogrom­nej for­tu­ny, któ­rą odzie­dzi­czy­ła po bab­ce, a któ­ra jej pra­cę dla po­li­cji czy­ni­ła fi­nan­so­wo nie­istot­ną. Usia­dła, pod­ku­la­jąc nogi, na jed­nym z fo­te­li usta­wio­nych tak, by ła­pać pro­mie­nie po­ran­ne­go sło­ńca, i zmie­rzy­ła Mar­co­ni wzro­kiem.

Ko­bie­ta mia­ła na so­bie to, co Gret­chen uzna­wa­ła za jej wer­sję mun­du­ru: dżin­sy, ciem­ną ko­szu­lo­wą bluz­kę, ma­syw­ne bot­ki. Kru­czo­czar­ne wło­sy zwi­ąza­ła w ku­cyk, a jej grzyw­ka była rów­no uci­ęta nad gęsty­mi, nie­wy­re­gu­lo­wa­ny­mi brwia­mi. Gret­chen kiep­sko zno­si­ła fakt, że Mar­co­ni tak do­brze wy­gląda w tym sty­lu.

- Po­trze­bu­jesz spra­wy do roz­wi­ąza­nia - po­wie­dzia­ła po­li­cjant­ka, sia­da­jąc na dru­gim fo­te­lu. Oso­bli­wie śpiew­nym to­nem do­da­ła: - A jaka spra­wa mo­gła­by być lep­sza od two­jej wła­snej?

Gret­chen od­wró­ci­ła wzrok, żeby nie rzu­cić kub­kiem w twarz Mar­co­ni. Su­ge­stia, by prze­pro­wa­dzi­ła śledz­two w spra­wie, któ­ra prze­śla­do­wa­ła ją od dzie­ci­ństwa, nie była nowa. Wła­śnie to trzy mie­si­ące temu, gdy po­li­cjant­ka prze­su­nęła akta po sto­le, zbu­rzy­ło jej sta­ran­nie zbu­do­wa­ny świat.

Te z ty­si­ąc dzie­wi­ęćset dzie­wi­ęćdzie­si­ąte­go trze­cie­go roku. Z na­zwi­skiem Gret­chen wy­dru­ko­wa­nym wer­sa­li­ka­mi na ety­kie­cie.

WHITE, GRET­CHEN ANNE

Wy­da­wa­ło się, że z ja­kie­goś po­wo­du Mar­co­ni chce roz­pruć ją w szwach, żeby zo­ba­czyć wnętrz­no­ści.

Tę chęć Gret­chen ro­zu­mia­ła le­piej niż wi­ęk­szo­ść lu­dzi. Ów ro­dzaj emo­cjo­nal­nej prze­mo­cy zo­stał wmu­ro­wa­ny w same pod­wa­li­ny tego, co uczy­ni­ło ją tym kimś, kim była. Ale wie­dzia­ła też, że nici trzy­ma­jące ją w ca­ło­ści - któ­re ni­g­dy nie były zbyt moc­ne - są te­raz tak po­strzępio­ne, że je­śli Mar­co­ni się po­wie­dzie, ona nie zdo­ła po­zszy­wać się z po­wro­tem.

Na­wet jako so­cjo­pat­ka Gret­chen już daw­no zda­ła so­bie spra­wę, że je­śli będzie żyła, kie­ru­jąc się je­dy­nie po­pęda­mi, sko­ńczy po­zba­wio­na wol­no­ści - albo ży­cia. A wol­no­ść lu­bi­ła. I swo­je ży­cie też. Za­tem wy­na­la­zła spo­sób, by trzy­mać na wo­dzy od­ru­chy zwi­ąza­ne z jej dia­gno­zą.

A to ży­cie za­le­ża­ło od trwa­nia w bło­gim za­prze­cze­niu, je­śli cho­dzi o jej udział w za­bój­stwie ciot­ki.

Te­raz, po ich wspól­nej pra­cy nad jed­ną spra­wą, Mar­co­ni chcia­ła grze­bać w prze­szło­ści, prze­ko­na­na, że mo­gły­by raz na za­wsze oczy­ścić imię Gret­chen.

Jak­by to było ła­twe, ni­czym re­flek­sja po fak­cie. Coś, o czym Gret­chen nie pa­mi­ęta­ła, do­pó­ki Mar­co­ni nie wpa­ko­wa­ła się w jej ży­cie, by na­ci­skać na za­jęcie się tą spra­wą.

Jak­by nie wpły­nęła ona na całe ży­cie Gret­chen.

Wie­dzia­ła, co znaj­dzie, je­śli otwo­rzy akta sprzed pra­wie trzy­dzie­stu lat. Cho­ciaż z nocy, w któ­rej uma­rła jej ciot­ka, nie pa­mi­ęta­ła ni­cze­go poza mgli­sty­mi ob­ra­za­mi cia­ła, cie­nia­mi i krzy­kiem, opis prze­bie­gu wy­da­rzeń sły­sza­ła tyle razy, że ta hi­sto­ria zda­wa­ła się wy­ry­ta w niej aż do ko­ści.

Sen­sa­cyj­ne mor­der­stwo, mło­dziut­ka so­cjo­pat­ka, bo­ga­ta ro­dzi­na i zbyt wie­le na­głów­ków, któ­re za­kła­da­ły winę na dłu­go przed tym, za­nim roz­wa­żo­no po­sta­wie­nie ja­kich­kol­wiek za­rzu­tów.

Ofia­rą bru­tal­ne­go za­kłu­cia no­żem była ciot­ka Gret­chen, Ro­wan Whi­te.

Głów­ną po­dej­rza­ną za­wsze była Gret­chen, po­mi­mo że w chwi­li za­bój­stwa mia­ła za­le­d­wie osiem lat.

Nie mo­gła na­wet ni­ko­go za to wi­nić. Zna­le­zio­no ją z na­rzędziem zbrod­ni w ręce, za­krwa­wio­ną, gdy sta­ła nad cia­łem Ro­wan, pa­ku­jąc pal­ce do jej rany.

Ro­wan uma­rła w swo­im łó­żku i nie mia­ła żad­nych ob­ra­żeń wska­zu­jących na to, że się bro­ni­ła. Wy­gląda­ło to ra­czej tak, jak­by Gret­chen za­kra­dła się w nocy i za­dźga­ła śpi­ącą ciot­kę.

Mor­der­stwo z zim­ną krwią.

Wte­dy w pra­sie za­częły uka­zy­wać się opo­wie­ści. O tym, jak dzi­ka była Gret­chen, jaką wer­bal­ną agre­sję wo­bec in­nych uczniów w kla­sie po­tra­fi­ła prze­ja­wiać, jak dziw­ne zda­niem na­uczy­cie­li były jej pu­ste spoj­rze­nie i dra­pie­żny uśmiech.

Być może de­tek­tyw Pa­trick Shau­gh­nes­sy, kie­ru­jący do­cho­dze­niem w tej spra­wie, spraw­dzał inne tro­py - nie wie­dzia­ła tego. Jed­nak za­wsze wra­cał do niej.

Ża­den inny praw­do­po­dob­ny po­dej­rza­ny ni­g­dy się nie po­ja­wił.

Tej nocy w domu nie było śla­dów wła­ma­nia ani obec­no­ści ni­ko­go poza mat­ką i sio­strą Gret­chen - obie zo­sta­ły wy­klu­czo­ne dzi­ęki eks­per­ty­zie kry­mi­na­li­stycz­nej. Żad­nych od­ci­sków pal­ców na na­rzędziu zbrod­ni - nożu za­bra­nym z kuch­ni Whi­te'ów - poza na­le­żący­mi do człon­ków ro­dzi­ny.

I na­wet je­śli ob­wi­nie­nie Gret­chen było roz­wi­ąza­niem naj­prost­szym, nie zna­czy­ło to, że nie­wła­ści­wym. Nie ka­żde za­bój­stwo jest skom­pli­ko­wa­ne: cza­sa­mi śmie­rć jest do­kład­nie taka, na jaką wy­gląda. Gdy­by Gret­chen dziś do­sta­ła tę spra­wę, po­sta­wi­ła­by na sie­bie jako spraw­czy­nię.

To po­win­na być - by­ła­by - za­mkni­ęta spra­wa, jej wina wy­da­wa­ła się oczy­wi­sta dla ka­żde­go, kto wi­dział miej­sce zbrod­ni. Jed­nak wpły­wo­wa ro­dzi­na Gret­chen po­krzy­żo­wa­ła Shau­gh­nes­sy'emu szy­ki. Edith Whi­te, jej bab­ka, prze­ko­na­ła pro­ku­ra­to­ra, że dziew­czyn­ka mo­gła po pro­stu przy­pad­kiem tra­fić na miej­sce zbrod­ni. Być może ni­ko­mu in­ne­mu by to nie wy­star­czy­ło, ale Whi­te'owie wpom­po­wa­li w po­li­tycz­ne eli­ty mia­sta wy­star­cza­jąco dużo pie­ni­ędzy, aby oska­rży­ciel po­dzie­lił jej ar­gu­men­ty.

To nie po­wstrzy­ma­ło za­cnych miesz­ka­ńców Bo­sto­nu ani resz­ty kra­ju od spe­ku­lo­wa­nia. Ich uwa­gę przy­kuł skan­da­licz­ny, eks­cy­tu­jący cha­rak­ter tego mor­du.

Na­wet gdy za­in­te­re­so­wa­nie opi­nii pu­blicz­nej prze­nio­sło się na ko­lej­ne po­nu­re zbrod­nie z pierw­szych stron ga­zet, wi­ęk­szo­ść lu­dzi uwa­ża­ła, że mor­der­stwo uszło Gret­chen Whi­te pła­zem.

Do dziś, po la­tach pra­cy z Shau­gh­nes­sym w roli ce­nio­nej kon­sul­tant­ki bo­sto­ńskiej po­li­cji, de­tek­tyw ni­g­dy nie dał jej za­po­mnieć, że jest dla nie­go za­bój­czy­nią, któ­ra była wy­star­cza­jąco bo­ga­ta, by unik­nąć wi­ęzie­nia.

- Pa­mi­ętasz, co mi po­wie­dzia­łaś, gdy cię spy­ta­łam, dla­cze­go zaj­mu­jesz się spra­wą Vio­li Kent? - ode­zwa­ła się Mar­co­ni.

Gret­chen nie za­szczy­ci­ła jej od­po­wie­dzią. Oczy­wi­ście, że pa­mi­ęta­ła, tak jak pa­mi­ęta­ła wi­ęk­szo­ść rze­czy. Spra­wa Vio­li Kent była po­wo­dem, dla któ­re­go Mar­co­ni zna­la­zła się w jej ży­ciu, i Gret­chen tęsk­nie my­śla­ła o al­ter­na­tyw­nej se­kwen­cji wy­da­rzeń, w któ­rej nie po­zna­ła­by tej po­li­cjant­ki, sto­jąc nad cia­łem swo­jej przy­ja­ció­łki Leny Bo­oker. Tak czy owak py­ta­nie było re­to­rycz­ne, więc po pro­stu na­dal po­pi­ja­ła kawę. Mar­co­ni za­mie­rza­ła kon­ty­nu­ować bez względu na to, czy Gret­chen uczest­ni­czy­ła w roz­mo­wie, czy nie.

- Po­wie­dzia­łaś: "Z cie­ka­wo­ści" - ci­ągnęła zgod­nie z jej ocze­ki­wa­niem.

- Przej­dź do rze­czy albo wyj­dź. Ale masz czas, do­pó­ki tego nie sko­ńczę - Gret­chen wy­ko­na­ła gest kub­kiem - bo po­tem wy­rzu­cę cię przez okno.

Gdy­by miesz­ka­ła w pen­tho­usie, a nie w prze­bu­do­wa­nej ka­mie­ni­cy, gro­źba by­ła­by pew­nie bar­dziej prze­ko­nu­jąca, nie­mniej naj­istot­niej­sza część tego ko­mu­ni­ka­tu zo­sta­ła prze­ka­za­na: "Wy­no­cha z mo­je­go domu albo kla­sy­fi­ka­cję "nie­sto­su­jąca prze­mo­cy" dia­bli we­zmą".

Mar­co­ni wbi­ła wzrok w jej twarz.

- Cze­mu nie je­steś cie­ka­wa, Gret­chen?

- Dok­tor Whi­te - po­pra­wi­ła ją. Ta ko­bie­ta po­czu­ła się przy niej zbyt swo­bod­nie, a pra­co­wa­ły ra­zem za­le­d­wie kil­ka dni, któ­re za­jęło im wy­świe­tle­nie ta­jem­ni­cy Vio­li Kent. Na­le­ża­ło na nowo wy­ty­czyć, wzmoc­nić i utrzy­mać gra­ni­ce. Z pew­no­ścią nie były przy­ja­ció­łka­mi, na­wet nie part­ner­ka­mi. Były po pro­stu dwie­ma oso­ba­mi, któ­re przy­pad­kiem zo­sta­ły po­łączo­ne przez mar­twe cia­ło i trzy­na­sto­let­nią psy­cho­pat­kę wro­bio­ną w za­bój­stwo.

Nic wi­ęcej, nic mniej.

- Dok­tor Whi­te - po­wtó­rzy­ła za nią Mar­co­ni, prze­chy­la­jąc lek­ko gło­wę. Gret­chen szu­ka­ła w tych sło­wach śla­du sar­ka­zmu lub go­ry­czy, ale nie zna­la­zła. - Dla­cze­go nie cie­ka­wi cię two­ja wła­sna spra­wa?

Od­po­wie­dź, gdy­by Mar­co­ni za­sta­no­wi­ła się nad tym wy­star­cza­jąco dłu­go, by­ła­by oczy­wi­sta.

"Bo my­ślę, że mogę być win­na".

Gret­chen ni­g­dy tego gło­śno nie przy­zna­ła. Na­wet nie zro­bi­ła alu­zji. Ale w głębo­kim za­ka­mar­ku du­szy, gdzie była ze sobą szcze­ra, wie­dzia­ła, że wła­śnie tego się oba­wia.

Wie­dzia­ła, że to dla­te­go w ci­ągu pra­wie trzy­dzie­stu lat, któ­re mi­nęły, od­kąd zna­le­zio­no ją nad mar­twą ciot­ką, ani razu nie spró­bo­wa­ła szu­kać in­ne­go po­dej­rza­ne­go. Że wła­śnie z tego po­wo­du na­wet nie od­szu­ka­ła swo­ich akt, kie­dy uzy­ska­ła do­stęp do po­li­cyj­nej bazy da­nych.

Przy jej wy­szko­le­niu, wy­so­kich stop­niach na­uko­wych z psy­cho­lo­gii i kry­mi­no­lo­gii oraz dzie­si­ęcio­let­nim do­świad­cze­niu jako nie­za­le­żnej kon­sul­tant­ki bo­sto­ńskiej po­li­cji pra­cu­jącej przy śledz­twach zwi­ąza­nych z za­bu­rze­nia­mi oso­bo­wo­ści jed­no spoj­rze­nie na szcze­gó­ły tej spra­wy mo­gło po­twier­dzić, że jej naj­głęb­szy lęk jest uza­sad­nio­ny.

Przed świa­tem Gret­chen kpi­ła z po­glądu, że jest win­na za­bój­stwa swo­jej ciot­ki Ro­wan, szy­dzi­ła z de­tek­ty­wów, któ­rzy za­miast wy­ko­ny­wać swo­ją pra­cę, zro­bi­li ko­zła ofiar­ne­go z ośmio­lat­ki, bez­względ­nie tępi­ła wszyst­kich gli­nia­rzy, któ­rzy od­ma­wia­li wspó­łpra­cy z nią ze względu na jej prze­szło­ść.

W głębi du­szy jed­nak zda­wa­ła so­bie spra­wę, do cze­go jest zdol­na. Jako so­cjo­pat­ka wie­dzia­ła, że po­wab krwi, roz­dar­te­go cia­ła, prze­mo­cy i pa­skud­nych ran jest zbyt ku­szący, by uwie­rzyć, że ni­g­dy by mu nie ule­gła. W ko­ńcu była wte­dy dziec­kiem. Jej ro­zu­mo­wa­nie i lo­gi­ka - wła­śnie to, na czym tak bar­dzo po­le­ga­ła jako do­ro­sła, by trzy­mać swo­je im­pul­sy w ry­zach - jesz­cze się nie roz­wi­nęły.

Co dziew­czyn­ka, któ­ra nie bała się kon­se­kwen­cji, wie­dzia­ła o po­wści­ągli­wo­ści?

Fakt, że Gret­chen nie pa­mi­ęta­ła ni­cze­go z tam­tej nocy, Shau­gh­nes­sy za­wsze uwa­żał za ko­lej­ny do­wód, że to ona za­bi­ła. Uzna­wał, że była zbyt mło­da, by wy­my­ślić lep­sze wy­tłu­ma­cze­nie dla tego, co ro­bi­ła w po­ko­ju Ro­wan.

"Nie było tam ni­ko­go in­ne­go?", drążył bez­li­to­śnie i na roz­ma­ite spo­so­by, jak­by zmia­na py­ta­nia mia­ła od­sło­nić kłam­stwo Gret­chen.

"Nie pa­mi­ętam". To było wszyst­ko, co po­tra­fi­ła po­wie­dzieć. Ad­wo­kat ro­dzi­ny sie­dział obok niej z ka­mien­ną twa­rzą, go­to­wy po­wstrzy­mać Shau­gh­nes­sy'ego, gdy­by usły­szał cho­ćby cień gro­źby.

"Dla­cze­go by­łaś w jej po­ko­ju?".

"Nie pa­mi­ętam".

"Dla­cze­go trzy­ma­łaś nóż?".

"Nie pa­mi­ętam".

Prze­słu­cha­nie prze­bie­ga­ło wła­śnie w taki spo­sób, nie tyl­ko pierw­szej nocy, gdy Gret­chen na­dal mia­ła za pa­znok­cia­mi za­schni­ętą krew, ale i po ty­go­dniach, gdy Shau­gh­nes­sy de­spe­rac­ko pró­bo­wał co­kol­wiek udo­wod­nić. Zła­mać Gret­chen.

W ko­ńcu była to jego pierw­sza wiel­ka spra­wa do­ty­cząca mor­der­stwa, pla­ma w jego ak­tach, któ­rą praw­do­po­dob­nie na­dal uwa­żał za nie­zma­za­ną.

- My­ślisz, że to zro­bi­łaś - stwier­dzi­ła w ko­ńcu Mar­co­ni. To nie brzmia­ło jak stwier­dze­nie praw­dy, było ra­czej ostro­żnym dźgni­ęciem we wra­żli­we miej­sce. - Two­im zda­niem wszy­scy uwa­ża­ją, że to zro­bi­łaś, tyle że po pro­stu cię nie zła­pa­no.

Była to jed­na z pierw­szych rze­czy, ja­kie Mar­co­ni od niej usły­sza­ła, ta ostat­nia część nie­mal sło­wo w sło­wo. I Gret­chen za­sta­no­wi­ła się, czy aby nie jest tak, że - na­wet po za­mkni­ęciu spra­wy Vio­li Kent, na­wet po tym, jak to wszyst­ko się ro­ze­gra­ło - wci­ąż nie do­ce­nia tej ko­bie­ty.

A Mar­co­ni mia­ła ra­cję. Cho­ciaż Gret­chen nie zaj­rza­ła do akt, wie­dzia­ła, że w tej spra­wie fak­ty nie prze­ma­wia­ją na jej ko­rzy­ść. To nie brak do­wo­dów spra­wił, że unik­nęła kon­se­kwen­cji.

Z ja­kie­goś po­wo­du Mar­co­ni była jed­nak prze­ko­na­na o jej nie­win­no­ści. Ten czy­sty opty­mizm, czy­ste prze­ko­na­nie były tak uza­le­żnia­jące, jak wszel­kie nar­ko­ty­ki, któ­rych Gret­chen pró­bo­wa­ła. Czy na­praw­dę mo­żna ją było wi­nić, że chce je so­bie wstrzyk­nąć w żyłę?

- Po­wiedz mi. - Mar­co­ni trąci­ła bu­tem bosą sto­pę Gret­chen. - Spraw, że­bym w to uwie­rzy­ła, a so­bie pój­dę.

Gret­chen nie mo­gła się po­wstrzy­mać, by nie za­py­tać, cho­ciaż nie zno­si­ła być pod­pusz­cza­na:

- Co mam ci po­wie­dzieć?

Mar­co­ni uśmiech­nęła się sze­ro­ko.

- Po­wiedz, że nie chcesz udo­wod­nić, że oni wszy­scy się mylą.

Za­pra­sza­my do za­ku­pu pe­łnej wer­sji ksi­ążki