Około siódmej wieczór, pan Ludwik Proszkiewicz wyciągniętym
kłusem biegł w kierunku placu Teatralnego; grano dziś "Fausta", a
on choćby za skarby świata musiał mieć dwa bilety na galerję.
Właściwie to on już miał dwa bilety, tylko mu ich nie oddano, więc
nagwałt starał się o inne.
. . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
.
Pan Ludwik, chłopak dwudziestoparoletni, blondynek z
uczciwą twarzą, pracował w jednej z aptek w dzielnicy
łazienkowskiej i w ciągu dnia nie mógł wymknąć się do kasy
teatralnej. Na szczęście podjął się wyręczyć go inny młody
człowiek, imieniem Teodor, przezwiskiem Pomidor, z którym pan
Ludwik poznał się z okazji jakiegoś preparatu siarczanocynkowego.
Pomidor, przyszedłszy z receptą do apteki, był melancholijny i
nieśmiało zapytał Ludwika, czy on sądzi, że lekarstwo będzie
skuteczne. A ponieważ Ludwik potwierdził nietylko z pewnością, lecz
jakby z odcieniem współczucia, więc Pomidor roztkliwił się, zawarł
z nim dozgonną przyjaźń i na drugi dzień pożyczył od niego pół
rubla. Proszkiewicz dopiero od dwu miesięcy bawił w Warszawie;
przedtem odbywał kilkoletnią praktykę w jednem z miast
gubernjalnych, gdzie ukończył szkołę handlową i miał babkę, osobę
dość zamożną a bardzo go kochającą. Gdy wyjeżdżał do Warszawy,
ażeby do dna zgłębić wiedzę farmaceutyczną, babka, oprócz pościeli,
bielizny i garderoby, dała mu jeszcze pięćdziesiąt rubli złotą i
srebrną monetą i obiecała nadsyłać zasiłki miesięczne, o ile wnuk
zechciałby uczyć się konwersacji francuskiej i niemieckiej. Ludwik
był gruntownie uczciwy. Ponieważ nie oddawał się jeszcze
konwersacjom, będąc zajęty analizami chemicznemi, więc nie pisał do
babki o pieniądze, a nawet z otrzymanych nie wydał ani grosza. I
dopiero onegdaj z tej sumy wykopał trzy ruble i wręczył je
Pomidorowi na kupno biletów do teatru. Pomidor nie miał właściwie żadnego zajęcia, a starał się o
debiuty w teatrze Rozmaitości, gdzie umyślił zrobić karjerę. Nieraz
występował w widowiskach amatorskich, a choć nieco seplenił i miał
jedno oko wykrzywione, sądził, że te właśnie znaki szczególne będą
stanowiły jego potęgę przy odtwarzaniu czarnych charakterów. Dużo
przytem opowiadał o swoich stosunkach zakulisowych i upewniał
Ludwika, że za trzy ruble wydobędzie mu takie bilety na galerję,
jakich kto inny nie dostałby za tysiąc.
CIĄG DALSZY TEKSTU W PEŁNEJ WERSJI