Tajemnicza postać
Zanim nastąpiło powyższe spotkanie, które pozwoliło otworzyć przede mną rodzinne archiwa aktora, Mieczysława Czechowicza widziałam jako postać rozsypaną, złożoną prowizorycznie z teatralnych recenzji, z zarejestrowanych ról telewizyjnych, filmowych, z piosenek i słynnej dobranocki. Miałam do dyspozycji kilka encyklopedycznych życiorysów i książkę Romana Dziewońskiego, w której autor zmierzył się z czterema wybitnymi komediowymi artystami, w tym z postacią Czechowicza1. Poznanie jego wyrazistych cech jako artysty dramatycznego zawdzięczam sumiennym recenzjom znanych krytyków teatralnych zamieszczanych po premierach w fachowych czasopismach i gazetach codziennych.
Starszym widzom Czechowicz jawił się zdecydowanie jako aktor teatralny, co potwierdzał jego udział w kolejnych sezonach warszawskiego Teatru Współczesnego lat 60. i 70. minionego wieku. Jego dobre początki teatralne zbiegły się z prapremierami sztuk Sławomira Mrożka, które odnosiły się do rzeczywistości z przewrotną ironią, dowcipem, ale czasem także z okrucieństwem. Czechowicz idealnie potrafił w nich zaskakiwać widza, zmieniając się z łagodnego baranka w nieobliczalnego potwora.
Równolegle przyszła telewizyjna popularność i od razu nobilitacja - udział w Kabarecie Starszych Panów, a za nim inne kabarety, estrada, radio i oferty telewizyjne, od postaci misiów i zwierząt o sporych gabarytach w programach dla dzieci, przez śpiewane składanki, po liczne role na scenie Teatru Telewizji. W tamtych czasach niewielka scena w czarnobiałej wersji stanowiła potęgę. Poniedziałkowe spektakle, świetni reżyserzy i tysiące odbiorców potwierdzały przydatność tych realizacji. Dla wielu Teatr Telewizji był jedynym powiewem wysokiej kultury. Bez względu na miniaturowe ekrany telewizorów, złośliwie "śnieżący" obraz i często pojawiającą się tabliczkę "Przepraszamy za usterki", naprawdę powszechnie czekano na teatr w poniedziałki.
W dossier aktora odnajdujemy informacje o setkach ról radiowych. Można wręcz odnieść wrażenie, że nie wychodził z radiowego studia. Oprócz zarchiwizowanych taśm istnieją bodaj trzy wspomnieniowe audycje o nim. Na przykład praca Tomasza Mościckiego i Bartosza Panka, z udziałem Barbary Osterloff i Macieja Englerta, z archiwalnymi wypowiedziami Edwarda Dziewońskiego i Andrzeja Szczepkowskiego2.
Jednak dla biografa role to nie wszystko. Szybko okazało się, że: "Mietka właściwie nikt nie znał. Mieszkał pod Warszawą. Czasami, bardzo rzadko, bywało się u Niego. Był uprzejmy, grzeczny, cichy. [...] Spotkaliśmy się na scenie w Karierze Artura Ui. Zawsze pytał, czy rewolwer, z którego go zabijałem, jest na pewno nie nabity. To on śmiał się najgłośniej w garderobie (i w ogóle) z każdego kawału. Był życzliwy ludziom - ale jakby z oddali. Właściwie nikt nie umie o Nim nic powiedzieć. Prosta, zwyczajna, a jednak dziwna postać". Tak wspominał Edward Dziewoński Czechowicza z czasów wspólnej pracy we Współczesnym.
Jakby na poparcie powyższych słów film dokumentalny o aktorze został zatytułowany Nikt nic o nim nie wiedział (1995, reż. Tadeusz Pawłowicz, 49 minut, TVP 2). Dobrze że jest, ale tworzą go dość chaotycznie sklejone wyimki z ról, wypowiedzi kolegów, migawki z prób. Niewiele w nim osobistych rysów i tylko mglisty przekaz o jego artystycznym nerwie.
Czechowicz mawiał o aktorstwie, że ma bardzo skromne marzenie: chce grać dobre role. Mówił też, że zawód, z którym się mocował, to fragment jego życia. W słowach z prasowych wywiadów nieustannie widać wspomnianą skrytość. Szczerość, czasem przypadkiem przemycona, była skromnym kamyczkiem w lawinie oczywistości, okrągłych zdań i powtarzanych faktów. Z natury nie był człowiekiem głośnego sukcesu, nie godziłoby się to z jego charakterem postaci nieco osobnej. Na szczęście dał się poznać jako aktor wielkiego talentu odkrytego przez reżyserów na użytek najróżniejszych ról. Mówił też, że tyle zostaje po aktorze, ile się o nim pamięta.
Edward Dziewoński uważał, że Czechowicz był aktorem prawdziwym, że jego aktorstwo było pełne. Prawdę o postaci nosił w sobie i tę prawdę łatwo, prawie automatycznie oblekał w odpowiedni gest, ton i podawał publiczności. Podobnie określali go i inni. "To aktor, który nigdy nie kłamał, jego aktorstwo było czyste w formie, w wypowiedzi artystycznej. Czechowicz nie odtwarzał, ale tworzył. [...] Z postaci, które budował, emanowały dobroć i ciepło, nawet wtedy, gdy jego sceniczni bohaterowie byli pozbawieni tej dobroci. Miał w sobie coś z wielkiego dziecka. Był ciepły, liryczny, szczery"3.
On sam przypominał, że aktor jest człowiekiem do wynajęcia, że przecież to nie on dokonuje wyboru. Czeka na zaproszenie reżysera, a potem stara się przekazać to, co jest mu w roli najbliższe. "Postać, którą powierza mi reżyser, przepuszczam przez sobie. Z papieru i literatury tworzę wspólnie ze swoją zewnętrznością i wewnętrznością taką osobę, o którą reżyserowi w danym spektaklu chodzi. "Jest pan człowiekiem ufnym, wierzącym w dobroć bliźnich?". "Taki właśnie jestem. W młodych latach, tych najcięższych dla mojego pokolenia, życie mną poniewierało i gdyby ludzie nie okazali mi życzliwości, gdyby mi nie pomogli, byłoby ze mną fatalnie. Niczego bym nie zrobił. Dlatego uważam, że trzeba ludziom ufać, lubić ich nawet trochę na wyrost. A te ciemne strony? Są z pewnością, ale chciałbym przejść obok nich, nie nosząc w sobie złości, rozgoryczenia""4. I dodawał: "Wydaje mi się, że to, co robię, składa się z mniejszych i większych prawd o życiu. I to staram się przekazać widzowi, trafić do jego świadomości. Oczywiście nie wierzę, że raptem po obejrzeniu spektaklu widz głęboko się zastanowi i stwierdzi "to ja już teraz będę szlachetniejszy". Nie. Chciałbym tylko wywołać choć chwilę refleksji i cieszę się, jeśli to uda mi się osiągnąć"5.
Po jego odejściu wspominano cechy, którymi jednał sobie ludzi. "Biła z niego życzliwość dla świata i ludzi. Właśnie te cechy pozwoliły mu stworzyć prawdziwie wielkie kreacje aktorskie. Nie chciał swoją grą kogokolwiek zaszokować czy wywołać skandal. To byłaby tania i krucha popularność. Obrał drogę trudniejszą - prostotę i zwyczajność w tworzeniu postaci. Był w tym mistrzowsko klarowny i przez to taki bliski, ludzki. [...] Trzeba byłoby też być właśnie Czechowiczem, by z równym powodzeniem podobać się młodej, jak i dorosłej widowni. Wielka to sztuka nie pozostać na zawsze Misiem Uszatkiem, który w dodatku śpiewa Zuzię, i zagrać wiele różnorodnych ról, zawsze innych w swej wymowie"6. Jego emploi nie było jednoznaczne. Nawet gdy widzowie chcieli przyczepić mu etykietkę artysty rozbawiającego, podejmował się ról dramatycznych. Wierzył, że reżyserzy, którzy je proponują, widzą jego dwoisty potencjał.
Zenon Wiktorczyk, pod którego okiem Czechowicz z powodzeniem rozwijał talent estradowy w kabarecie Szpak, ukuł swoistą teorię o jego aktorstwie. Uważał mianowicie, że Czechowicz nie umie... czytać. Był to, rzecz jasna, żart, ale wynikał z tak zwanego podglądactwa. Wiktorczyk nieraz był świadkiem, jak młody Czechowicz przystępował do tekstu, jak bez cienia intonacji "składał" sylaby w całość, by w efekcie dojść do własnej genialnej interpretacji. Zapewne w tym procesie sylabizowania zastanawiał się nad formą.
Z kolei Jerzy Dobrowolski miał zgoła inne zdanie o sednie aktorstwa i tajemniczości Czechowicza. Znali się od zawsze, czyli od szkoły teatralnej. Przeszli razem czas dochodzenia do dorosłości w aktorstwie w symbiozie z erupcją szalonych młodzieńczych pomysłów pod szyldem kabaretu Koń. Według Jerzego sekret Mietka polegał na dwoistości postrzegania siebie samego. I nie chodziło tu o narcyzm, tylko o poczucie siły wewnętrznej. "Mietek w głębi krył mniemanie, że jest wysokim, szczupłym brunetem. Amantem, przy którym wszystkie panie po prostu mdleją, wpadają w jego objęcia... i to jest jego niespełnione marzenie. A on tego amanta naprawdę w sobie miał! Jakie i jak on śpiewał piosenki! Lirycznie, cudownie. I to śpiewał ten amant w Czechowiczu"7.
Dobrowolski z racji wspólnie spędzonego czasu w młodości z pewnością wiedział, że Mietek w życiu też był amantem. Był lirykiem uczulonym na dobro i jak każdy wrażliwy człowiek chciał, żeby świat był idealny. Niejeden świadek jego dobrych spełnionych lat mówił, że długo szedł w życiu "po słonecznej stronie ulicy i uciekał jak najdalej od tej mrocznej, szarej".
Michnikowski niejako powtarzał słowa Dziewońskiego, że Czechowicz mówił bardzo mało, był uprzejmy, grzeczny i cichy. Otwarta, zwyczajna, a jednak trochę dziwna postać. Tymczasem sam Czechowicz, może po to, by zmylić pościg za sformatowaniem jego wizerunku, ucinał sprawę krótko: "Mam taką budowę i taką twarz, że amantem nigdy nie będę"8. Uwzględniając całokształt jego pracy na scenie, myślę, że jest to zdanie z gatunku kokieteryjnych. Znał przecież moc swojego skrytego uroku, a przede wszystkim głosu. I nie chodzi o jego siłę czy nośność, ale o czarowne brzmienie. Uwodził nim, podkreślał ciepłem spojrzenia. Miał i inną umiejętność. Jak pisał Roman Dziewoński, "Mietek potrafił nawiązywać bliski kontakt z widzem w kabarecie, a wyczucie komediowej sytuacji z granic absurdu przenosił do świata teatru. Jego głos, gest, wygląd, pewna niedźwiedziowatość, zwalistość, nuta melancholii, zadumy, refleksji, obcisła marynarka, opięty kostium tworzyły obraz potężnego faceta o zachowanej w sobie duszy małego chłopca. Przy tym był absolutnie wszechstronny. Ciepło, nadzieja, bezradność, dobroć, uśpiona refleksja, świadoma naiwność, nieporadność - bawiły, choć po chwili mogły przejść w agresję. Za tą fizycznością kryło się wszystko. Mylił widza na potęgę"9.
Jeszcze w czasie aktywnego aktorskiego życia doczekał się celnych podsumowań, ocen nie wiedzieć czemu jakby zamykających korowód jego scenicznych postaci. Już w 1967 roku Edward Csató pisał: "Pochodzi on z rasy organicznych, krwistych komediantów, w najlepszym, starodawnym tego słowa sensie, obejmującym i technikę bawienia publiczności, i ów wewnętrzny duchowy nadmiar, wyolbrzymienie, pozwalające ciągnąć za sobą cały świat ku otchłaniom komizmu. [...] Jest duży, tęgi, foremnie, choć nieco byczkowato zaokrąglony, lekki w ruchu, ale nie na tyle, żeby aż nazwać to zgrabnością, co odbierałoby mu jego kanciasty wdzięk. Ma śmieszne oczka, które potrafią się nagle przysłonić szczerą, rzewną i wstrząsająco komiczną rozpaczą; potrafi być przystojny i nawet elegancki, ale również ta jego elegancka przystojność budzi pewien rodzaj uśmiechu"10.
Byczkowato zaokrąglony, śmieszne oczka i lekko falująca ciemna grzywka nad prostokątem twarzy... może dlatego Olga Lipińska mówiła o nim "krówka"? Miał przecież charakterystyczną potężną sylwetkę, wyrazistą twarz "najlepszego z ludzi", zawsze o cokolwiek zatroskanym wyrazie, głos jednakowo dobrze brzmiący na scenie - w dramacie, utworze satyrycznym, skeczu, piosence. Przede wszystkim jednak los obdarzył go poczuciem humoru i dowcipu. Był rozmaicie obsadzany, ale widzimy go w galerii ludzi dobrych, ciepłych, rzewnych. Może dlatego że, jak pamiętają koledzy ze sceny, miał wrodzoną umiejętność dzielenia się z otoczeniem swoją radością... z siebie samego. Miał też nieokreślony sekret osobistego uroku. Nie walcząc z danym od Boga wyglądem, sposobem mówienia, spojrzenia i sobie właściwym ruchem, przez lata tworzył postaci charakterystyczne, w tym okrutne i zaskakująco gwałtowne, ale częściej komediowe, rozbrajające, dobroduszne i liryczne - czarujące.
Wyjątkowo zdarzało mu się otwierać w rozmowie z dziennikarzem. "Dla mnie granie to powołanie innego, żywego człowieka. Mam taki wewnętrzny kalendarz na własny użytek, nie z datą ani porą roku, ale z tym, co się działo w moim życiu. Są role efektowne, często nagradzane oklaskami, aplauzem, ale są i nieefektowne. Publiczność je dostrzega, ale nie stają się głośne. Nakład pracy, zaangażowanie zawsze muszą być największe. Scena zmusza nas do największego wysiłku. Z zapisanej przez autora postaci w literaturze staramy się stworzyć człowieka, tchnąć w bibułę życie, stworzyć taką postać, by była wiarygodna, prawdziwa, przekonywająca. Istotą autora jest stwarzanie wymyślonej postaci. Aktor zżywa się z postacią. W tym zawodzie są okresy, że lepiej się wiedzie, że gorzej, są też okresy przejściowe. Przeżywamy wzloty i upadki, zdarzają się przerwy, podczas których nie ma znaczących ról. Jest to zawód szalenie związany z prywatnością. Bo aktor podświadomie czerpie z własnych przeżyć, co nie znaczy, że kopiuje własne przeżycia - po prostu wybiera najodpowiedniejsze warianty zachowań. Role są zlepkiem zarejestrowań własnych obserwacji"11.
By zamknąć ów wątek pewnej osobności Mieczysława Czechowicza, jego skrytości i nieafiszowania się własną osobą, pomocny będzie fragment Wieczoru IX (Zupełnie inna historia) Kabaretu Starszych Panów. Zaraz po piosence Pani Monika jest scena, w której Jeremi Przybora wyjmuje z kieszeni i unosi na wysokość wzroku kartkę, by przeczytać, jak sam zapowiada, "niektóre wymiary pana Czechowicza". Tak, wymienia prawdziwe nazwisko aktora. Jerzy Wasowski natychmiast głośno protestuje: "Pan sobie tego nie życzy!". Czy to aluzja do tajemnicy, jaką otaczał siebie aktor?
Podsumowując ów rachunek sumienia i odpowiadając na pytanie czytelnika, skąd moja wiedza o wielu szczegółach, nie sposób nie wspomnieć o żywym źródle informacji, niedawno wydobytym na światło dzienne, które latami magazynowało i kompresowało pokłady biograficznych wiadomości. To placówki Instytutu Pamięci Narodowej. Mieczysław Czechowicz, z powodu sprawy sądowej jeszcze we wczesnej młodości, ma tam swoje miejsce, swoje teczki i ślady zainteresowania służb długo po sierpniowej amnestii w 1945 roku, która przestępstwo "puszczała w niepamięć i przebaczała, a karę darowała", ale tylko pozornie zamykała zainteresowanie jego osobą. Niektóre z informacji wplotłam w treść książki, inne zostały przytoczone expressis verbis12.