- Panie Majewski, proszę
otworzyć! Jest telefon do pana, w fabryce - ponagla nieznajomy
kobiecy głos.
- Niech pani wejdzie. Muszę się
ubrać... - to mój tata. - Dziecko śpi w drugim pokoju.
Przez uchylone drzwi widzę kobietę
w szarym swetrze. Rozgląda się niepewnie po mieszkaniu. Siada
na brzegu kanapy. Wstaje i znów siada. Zaciskam mocno palce. Ojciec
otwiera szafę. Wkłada koszulę, niezgrabnie ją zapina. Gdyby tylko
mnie poprosił, pomogłabym mu. Sama potrafię zapiąć nawet najmniejsze
guziczki. Tacie mylą się dziurki. Wkłada brązowe spodnie i buty,
zapomina o skarpetkach. Tarmosi mnie za rękę.
- Anka, wstawaj! Musimy wyjść.
Przecież nie śpię! Od razu wstaję. Zwykle
zabiera mi to o wiele więcej czasu. Ubieram się tak szybko, jakby
ktoś mnie gonił. Czuję, że coś jest nie tak. Nieznajoma kobieta
rozmawia z ojcem w przedpokoju. Ma dziwnie płaczliwy głos.
- Co się stało? - pytam, ale
dorośli, zajęci rozmową, nie odpowiadają. Słyszę tylko pojedyncze
słowa.
- Dzwonili z Lubiąża, ze szpitala
- mówi kobieta, nabierając powietrza po każdym słowie. - Pańska
żona nie...
- Cicho, nie przy dziecku! - ojciec
odwraca się w moją stronę. - Anka, włóż buty, idziemy do
fabryki.
Zbiegamy ze schodów. Tata idzie szybko,
jakby szedł sam. Nie trzyma mnie za rękę, jak zwykle robi to mama. Tuż
za nim idzie ta nieznajoma kobieta. Próbuję dotrzymać im kroku,
ale nie potrafię. Staram się iść najszybciej, jak tylko mogę,
ale mimo to zostaję w tyle, coraz dalej za nimi.
Ojciec znika za bramą fabryki, nawet nie
patrząc, gdzie jestem. Przez sekundę widzę go w jednym z bocznych
wejść, a potem tracę go z oczu. Z trudem hamuję łzy. Na
szczęście wraca kobieta.
- Poczekaj na tatę koło budki. Zaraz
wróci - nie wiadomo dlaczego mówi szeptem, jakbym leżała ciężko
chora w łóżku, a ona nie chciała mnie obudzić. Kiedy odzywa
się do stróża, pokazując mnie palcem, głos ma donośny i trochę
piskliwy. Jest czymś przejęta. Niespodziewanie mnie przytula, jakby
była moją ciocią.
- Biedna mała - powtarza
kilkakrotnie.
Odchodzi, lekko zgarbiona, kręci głową
i mówi coś do siebie.
Jaka dziwna pani - myślę. O czym ona
rozmawiała z tatą? Dlaczego tata jest taki zdenerwowany? Co się
stało?
Nie znajduję odpowiedzi. Nie mam pojęcia,
co mam teraz ze sobą zrobić. Stoję więc przed bramą, pod napisem:
"Dziś razem budujemy socjalistyczne jutro". Do piersi przyciskam
szmacianą lalkę. Najwyraźniej robię to zbyt mocno, bo przez szwy
sypią się z niej trociny. Z lewej strony widać moje przedszkole. Za
mną osiedle, na którym mieszkam. Szkoda, że nie ma tu Adama, mojego
starszego brata. Byłoby mniej strasznie. Jest już jasno, ale prawie
nie ma ludzi na ulicach. Tylko kilka furmanek jadących na targ. Zdaje
mi się, że widzę syrenkę doktora Pałczyńskiego. Pewnie jedzie
do przychodni.
Co ta kobieta chciała
powiedzieć? "Pańska żona nie..."? Przecież to nie może być
"nie żyje"? Dlaczego miałaby nie żyć? To niemożliwe. Na pewno
nie chodzi o moją mamę. Gdyby było z nią źle, cała parafia babci
pod wezwaniem Najświętszego Serca Marii Panny modliłaby się o jej
zdrowie, a do tej modlitwy dołączyłaby się nasza parafia i parafia
cioci i wujka z Lubina. Podobnie jak wtedy z wujkiem Staszkiem. Miał
operację i wszyscy powtarzali, że jest z nim bardzo źle. Pewnie,
że źle! Wycięto mu połowę żołądka razem z rakiem. Tak mówili,
choć to pewnie bujda na resorach, bo odkąd to raki mieszkają
w brzuchu? Żyją przecież w jeziorach i rzekach. To wiem na pewno,
bo sama widziałam. Raki w brzuchu to taka bajka dla dzieci, żeby
się bały. Mama, wujenka, Adam, ciocia Maria, babcia, Zbyszek, Kazik
i ja klęczeliśmy aż do bólu kolan i modliliśmy się o zdrowie
wujka. Gdyby trzeba było modlić się za mamę, klęczałabym dwa razy
tyle, a może nawet trzy (Adam mógłby wytrzymać i cztery razy!). Nie,
tej pani na pewno nie chodziło o mamę.
Boże! Niebo jest dzisiaj nieobecne. Bawi
się ze mną w chowanego. Tak dobrze kryje się za chmurami, że nie
mogę go zobaczyć. Wszystko wokół wygląda inaczej, jakbym przez
pomyłkę trafiła pod obce niebo, nie z naszego miasteczka.
A jeśli ona naprawdę nie żyje? Nie
żyć to znaczy nie być, tak mi kiedyś tłumaczył tata, a on dużo
wie. Nie ma pytania, na które nie znałby odpowiedzi. Jak może nie
być mamy? Jestem przecież mała. Adam co prawda jest już w drugiej
klasie, ale i o nim nadal - słyszałam wyraźnie - mama mówi
"mój mały synek". A poza tym jest ten miesięczny niemowlak,
który nie potrafi dosłownie nic: ani jeść, ani chodzić, nie
mówiąc już o ubieraniu się. Można nie mieć lalki, masła na
śniadanie czy rowerka, ale mamy? Kto mnie wykąpie i popatrzy na
mnie, tak jak tylko ona potrafi? Kto uspokoi, kiedy się rozpłaczę,
kto pocieszy i przytuli? Kto będzie na mnie czekał w drzwiach,
w sukience w maki przesłonięte kuchennym fartuszkiem? Małe dzieci
zawsze mają mamy. Zosia ma i Beata, i Tomek, wszyscy w przedszkolu,
a nawet moja mama i tata, choć są już dorośli. Nie mam się czego
bać. To niemożliwe, żebym nie miała mamy. Gdybym miała nie mieć,
to ktoś by mi przecież wcześniej o tym powiedział. Ktoś by coś
zrobił. Mama jest przecież wszystkim, co mam.
Chciałabym, żeby tata już
wrócił.
Gdyby jednak... nie chcę nawet dokończyć
tej myśli... dostałabym wieniec. Wybrałabym taki największy. Najlepiej
z czerwonych róż. Szłabym zaraz za trumną. Wszystkie dzieciaki
z podwórka by mi zazdrościły. Mamę pochowano by na cmentarzu za
cegielnią. Na Wszystkich Świętych nie musielibyśmy jeździć autobusem
na wieś. Miałabym w końcu własny grób - tu, w Klonowie. Mama nie
musiałaby narzekać, że przemarzniemy. Nasz cmentarz położony jest
w dolinie. Tam nie wieje... Tak, ale przecież gdyby mama umarła, nie
mogłaby pójść z nami na groby. Nie byłoby jej. Co ja bredzę! Jak
może nie być kogoś, kto był zawsze? Dobrze, że Adam nie potrafi
odczytywać moich myśli na odległość. Bolałby go brzuch ze śmiechu
od tych moich bredni. Co za głupoty. Mama tylko trochę źle się czuje
i to dlatego, że urodziła tego nowego braciszka.
Aniu, nie bój się - mówię do siebie
łagodnym głosem, takim jak mówię do lalek w przedszkolu. Wszystko
będzie dobrze - powtarzam jak dorośli. Tak, musi być. Nie ma innego
wyjścia, będzie dobrze i już! Dlaczego właśnie teraz stoję tu
sama? Przydałaby się Ewka albo ciocia. To wszystko przez tę babę. Po
co do nas przyszła? Kto ją o to prosił?
Panie Boże, spraw, żeby to nie była
prawda, żeby "nie" tej baby nie było... Bardzo Cię proszę, Ty
wszystko możesz. Żaden czarodziej nie ma Twojej mocy. Obiecuję, będę
najgrzeczniejszą dziewczynką na świecie. Nie będę już robiła dziur
w rajtuzach na złość mamie. Nie będę psuła samochodzików Adama,
mogę nawet polubić tego małego braciszka. Proszę Cię, Boże, zrób to
dla mnie. Wiem, napracowałeś się z wujkiem Staszkiem i pewnie jesteś
zmęczony. Może gniewasz się na mnie, że zawracam Ci głowę, ale ja
nie wiedziałam, że tak szybko znowu Cię o coś poproszę. Obiecuję
Ci wszystko, co chcesz!
O, tata! Nareszcie wraca! Idzie wolno,
ze spuszczoną głową. Nie widzę jego twarzy.
- Anka, chodź, idziemy - krótkie,
ostre polecenie.
Czyżby się na mnie gniewał? Za co?
- Tato, co to był za telefon?
- Daj mi spokój.
Zwykle nie zbliżam się do niego, kiedy
trzęsą mu się ręce. Dziś jednak jest mi obojętne, czy oberwę,
czy nie. Martwię się o mamę. Chcę, żeby już była ze mną.
- Czy z mamą wszystko dobrze?
Ojciec nie odpowiada.
- Tato - nie ustępuję - co
z mamą? Co z mamą?
- "Mamą, mamą, mamą". Co
z nią? Nic. Umarła. Kurwa, zostawiła mnie z trójką dzieciaków! Jak
mogła mi to zrobić? Cholera jasna, przestań ryczeć! Pośpiesz
się!
"Umarła". Domy wokół mnie
rosną w górę. Przebijają niebo. Drzewa próbują mnie złapać
konarami. Ulica ucieka gdzieś w bok, a ja się kurczę. Jestem
tak mała, że przechodząc obok mnie, można na mnie nadepnąć,
nawet tego nie zauważając. Nie mogę przełknąć śliny. Niebo
wyszło z kryjówki. Przygniata mnie do ziemi swym ogromem. Jest mi
zimno. Zatrzymuję się. Skąd ta cisza? Nie jestem w stanie zrobić
nawet kroku. Żelazna obręcz zaciska mi się wokół szyi. Nie mogę
oddychać. Dławię się. Krzyczę. Żaden dźwięk jednak nie przedostaje
się na zewnątrz. Rozglądam się. Wstaje dzień. Ludzie śpieszą się
do fabryki na ranną zmianę. Rozmawiają ze sobą, jakby nic się nie
stało. Stara Lewicka otwiera kiosk, obok nas przejeżdża jelcz, jacyś
młodzi ludzie o długich nogach i pająkowatych rękach ścigają
się na rowerach. Śmieją się tak głośno, że mam wrażenie, iż za
chwilę ogłuchnę. Ludzie! Czy wy nie widzicie, co się stało? Świat
umarł i nikt tego nie zauważył oprócz mnie.
- Anka, nie płacz.
W głosie ojca
nie ma już złości, ale co mnie to obchodzi? Tata głaszcze mnie po
głowie. Niepotrzebnie, ja przecież nie płaczę. Ktoś zamienił mnie
w robota lub może śpię i nic mi się nie śni. Zupełnie nic!