OBRAZ II
Adrjatyk cicho spał. Lekkie tchnienia poruszały łonem morskiem, niby oddech kobiecej piersi, śniącej sen cudny. Drobne falki były, jak mrugania rzęs na kameowych policzkach. Drżały falki, drżały i nikły a gładka toń morska uśmiechała się przez sen. Księżyc zapalił nad przestrzenią wód swą opalową pochodnię, cisnął łagodnie zdroje światła na morze, by sny jego były promienistsze. Tony perłowe, tony wyjaśnionych fjoletów, nieuchwytnego lazuru wytrysnęły z dna wód i nasyciły sobą ich roztocz.Rozbłękitniał świat w tej mgle bajecznej, w tej kryształowej choć nikłej poświacie księżyca. U góry, hen, w ciemnej otchłani tkwiło opalowe ognisko jego, na wodzie rozsypywały się kaskadą świetlnych pyłów jego promienie; tam on - w swej istocie, tu jego królewski dar.
Śnił Adrjatyk, śnił i marzył; bo szmery płynęły z jego głębin, szmery kojące dusze stęsknione, szmery, które upajają, które namawiają do piękna i szału, a nawet do grzechu. Adrjatyk kusił; tak był niewinny w swym śnie dziewiczym a wołał rozkoszy.
Szeptał słowa czaru pełne tym dwojgu, tam pod wysmukłymi kolumnami ukrytym, których serca równym biły rytmem, lecz tak zgodnym, jakby razem bić zaczęły i razem umrzeć miały. Willa ich tonęła w blaskach perłowo-lazurowych, bieliła się jak alabastrowo różane ciało kobiety, w falach sinego morza. Smukła, lekka willa, o gotyckich portykach., z długą galerją, opartą na artystycznych w swej wykwintności kolumnach, których szereg bieli przeczystej nasuwał myśli o cudach Attyki. Galerję u szczytu wiązały półkoliste arkady, rzeźby i witraże o kolorach, jakie słońce w dzień, a księżyc w nocy wypieścić potrafi. U dołu tuż nad skałą łączyła kolumny dość nizka balustrada biała, krwawiły się na niej zrzadka pnące róże, plamami karminu gorącego nawet w tej błękitnej mgławicy. Willa cała zdawała się wynużać z odmętów zieleni i róż; woni tych kwiatów boskich nie mógł stłumić naw et egoistyczny, słony smak morski. Zapach róż okadzał willę - była rzeźwa, pełna uroku, woń zaledwo rozkwitłych pąków i tchnąca nieprzepartym czarem, pełna drażniącego narkotyku woń rozkwitłej purpury i mdlejąca, duszna woń róż konających, a jeszcze żądnych słońca. Przepych woni, przepych kwiecia, barw i blasków. Koncert!
A dokoła gaj cyprysów ciemnych i baldachimowych pinji; kwitnące, wiośniane barwą, różowe migdały, które nazwaćby można motylami drzew, dziewicze, śnieżne bielą cytryny i pomarańcze w kwieciu i różospady purpurowe, krwistemi strugami spływające z murów opleśniałych i mchem porosłych skał. Więc dzikie skalne pieczary, tryskające zewsząd bujną roślinnością, malowniczo usiane plamami drzew kwiecistych, rumianych, jak zorza, kamelji, białych magnolji, tuberoz, przetkane girlandami bluszczów ciemno-szmaragdowych i delikatnych gałązek strojnych w subtelne kielichy powojów. I znowu nieśmiertelne fontanny róż tęczowych barwą, z przewagą szkarłatu, kaskady wytwornego caprifoljum, zapachem i kolorem przypominających dziewice greckie, wychodzące z kąpieli morskiej na roztocz słoneczną. Tam, gdzie ca prifoljum rzuca swe wonne runa wśród potoków purpurowych róż, tam różowo perłowe grona kwiatów wyglądają, niby oblubienice na malachitowych łożach liści, rozkochane, tęskne i senne, tulące się do płomiennych kochanków...
Wszystko dokoła zdaje się miłować, tęsknić, śnić, a zarazem szaleć i łaknąć rozkoszy i udzielać jej sobie wzajemnie. Szczęście, szał i rozkosz odczuwało się tu plastycznie wraz z bujnym temperamentem południa.. Punkt kulminacyjny - ich dwoje, w głębi galerji, w cieniu środkowych sklepionych filarów. Siedzą naprzeciw siebie, blizko.
Dokoła nich mnóstwo róż i purpurowych goździków. Plączą się na mozajkowej posadzce krwawe i białe kwiaty. Ich zapach odurza. Oni rozmawiają poważnie, jak ludzie, którzy dusze swe zgłębili, wiedzą czego pragną, co jest ich ideą i co osiągnęli, a co jeszcze osiągnąć chcą.On mówi, ona słucha go uważnie, zatopiona w nim duszą i wzrokiem, oddana mu całem sercem; zabrał je samodzielnie i włączył do swego.Nie broniła mu tego skarbu, grabież ta dała jej szczęście. Dała jej więcej, bo pewność zupełną, że szczęście istnieje, że nie jest złudą. Dała jej więcej, bo przekonanie, że są dusze dla siebie stworzone i, że są wśród nich wybrańcy Fortuny, którym dane jest spotkać się z sobą i trwać w ukochaniu.
Dała jej więcej, bo ukazując jej moc uczucia, płynącego z ducha i w nim ześrodkowanego, stworzyła ideału pełen, biały, cudny kwiat miłości duchowej, tylko w jasnym świetle i przejrzystym powietrzu kwitnąć on może. W palącej atmosferze zmysłów, straciłby może czar swój i całe piękno. Więc czuła się magnatką w tej krainie, gdzie bogać twa wybrańcom rozdziela - szczęście. Czuła, że o ile być kochaną, to już tylko dla takiej idei, dla ich idei -osiągniętej.
Oboje pojmowali głębię szczęścia jednakowo. Bo niedość było, że się duchy ich spotkały w odmętach świata, w tumanie życia, niedość, że się ukochały, lecz trzeba było siły i woli męskiej, by zatrzymać koło Fortuny, uciekającej stale nawet przed jej ulubieńcami i skierować na siebie boskie oblicze i wzrok uszczęśliwiającej boginki. To się nie każdemu udaje. Spotkanie szczęścia, to wygranie głównego losu na loterji życiowej, ale zdobycie dla siebie i utrwalenie szczęścia, to salto mortale, po którem zostaje rozbitek, lub wypływa zwycięzca. To klęska, lub tryumf.
Trzeba być twórcą swego szczęścia, aby być jego panem. On mógł to o sobie powiedzieć.Zdobył, utrwalił i dał mu odpowiednie ramy, właściwą obsadę i panuje nad niem wszechwładnie, pewny swej mocy nad ideą swego szczęścia, jak pewny serca tej, dla której zdobywał, by razem z nią pić z tego kielicha. On czuł zadowolenie bezgraniczne i pełne ona bezmierną wdzięczność.
A morze szumiało kołysane lekkim podmuchem nocy, migotliwe iskry lśniły po przezroczej szybie wód lazurowo mglistych, jak mętna źrenica, budzącej się po rozkosznych snach kobiety. A róże purpurowe roniły woń wsiąkającą w żyły, podniecającą nerwy, jak haszysz.
Noc czaru, noc melodji i rytmu dwojga serc szczęśliwych, że danem im było żyć.
W pewnej chwili, gdy blaski srebrno ametystowe zalały całą galerję, ona podniosła się z krzesła i podając m u rękę, rzekła miękko.
- Pójdźmy w światło.
Weszli w księżycowe smugi i sami stali się odrazu jak posągi, takich blaski rzeźbiły, malując pastelowemi farbami ich postacie. Twarze pobladły w perłowym tumanie; jego włosy zalśniły czarnym aksamitem na jej splotach błysnęły złote pasemka. Jego postać ciemna odrzynała się plastycznie od białości jej przytulonej do niego. Oczy ich zatonęły w morzu.
- Patrz, jak się fala iskrzy - szepnęła, wspierając głowę o jego ramię. Morze wygląda, niby olbrzymi zbiornik gwiazd, sezam gwiezdny, wytryskają zeń pojedyńcze gwiaździce i, przekłówając błękitny strop, - świecą ziemi.
- Prócz tych, które zatrzymując się w twoich oczach, świecą dla mnie, tylko dla mnie.
- Powiedziałeś to ładnie - uśmiechnęła się. - Ty mój, ty panie! Lubię szalenie ten twój m ars na czole; oryginalnie ci się czoło fałduje i ten, ten rys brwi, taki dziki a chmurny nad szatańskimi oczami twemi. Czy czujesz, jak pachną róże? ale ty się nasycasz wonią moich włosów? Przestań! drażni mię twój oddech.
- Daj mi usta, kochanie, kryształowe moje dziecko, daj mi usta, pragnę.
Usunęła się lekko przed zaborczością jego ramion.
- Jeszcze nie, pozwól, jeszcze chwilę. Ty wiesz, że skoro zapragniesz, skoro zażądasz, to je weźmiesz, są twoje. Ale teraz słuchaj, jak bełkoce fala, morze m a dziś cudowne sny, promienieje szczęściem. Zaklęte królewny na jego dnie przebudziły się i kołyszą go do snu; tworzą się może nowe perły, wyrastają nowe krzewy korali. Toń wygląda dziś uroczyście.
- Patrz, zdała płynie biały obłok, wygląda jak mewa, to żagiel; barka rybacka, dziób jej zda się roztrącać gwiazdy na swej drodze.
- Byle nie płynęła do nas, zmąci ciszę.Jak dobrze żyć!
- Nie przejęłaś się słodka moja, pesymizmem Hamleta, któregośmy wertowali...? To dobrze, chcę byś mi taką była.
- Hamlet...? wiesz on jest czasem okrutny.A jednak myślę, że gdyby wcielił się w ciebie lub we mnie, porzuciłby swą wątpliwość. Być czy nie być? Pytanie to nie byłoby już dla niego kwestją. Pragnąłby tylko być i trwać. Wszak prawda?...
- I on, mówił: "kochałem Ofelję! Czterdzieści tysięcy braci z całą swą miłością nie mogło memu wyrównać uczuciu." A pomimo to zadawał sobie pytanie."To be or not to be?" A refleksje nad czaszką...? Hamlet, będąc obecnie we mnie, zastanawiałby się może, jak będzie wyglądała jego czaszka; dziś oświecona blaskiem księżyca i twego wzroku, dziś umiłowana przez ciebie, moje ty słodkie kochanie, a kiedyś kiedyś w przyszłości, gdy ją grabarz wyrzuci z dołu, a znajdzie jaki filozof, lub mistyk, czy zgadnie, że to czerep człowieka, za życia istotnie szczęśliwego. Czerep pełen ziemi i mułu, czerep taki sam, jak prostaka, który życie spędził w oborze.
- Nie mów tak, mon maitre chéri, to okropne! Tego nawet Hamlet nie myślałby, nie tylko przy Ofelji, ale... i przy mnie; w taką noc, wiedząc, że jest kochanym nadewszystko. To zbrodnia!
- A może moja czaszka będzie kiedy służyła jakiemu dekadentowi za cukiernicę, lub tytoniarkę. Świat się zmodernizował. Chyba ewolucja jego przyszła wytworzy kult dla ludzkich kości. Chi lo sa?...
Zamknęła mu usta miękką swą pachnącą dłonią. Wtulił w nią pałające swe wargi i trwali tak chwilę, zatopieni w sobie oczami. Jego źrenice nabierały dziwnej grozy, czoło zsunęło się w fałdy, twarz bladła. Jej oczy zmętniały lekko, jak źródlana woda pod wpływem upalnego tu m anu. Chyliła się ku niemu bezwiednie prawie, on ją pociągał powoli lecz stanowczo. Pchała ich ku sobie nieprzeparta siła, której nikt i nic oprzeć się nie zdoła, gdy nadejdzie. Czy nadejdzie, jako błogosławieństwo losu, czy, jako jego przekleństwo, błogosławieństwem staje się zawsze.
- Daj usta, daj mi je sama - szepnął głucho, pochylony tuż nad jej twarzą.
- Weź je, oto są - odszepnęła, drżąc.
Podała mu zwilżony kwiat swych warg rozchylonych, pałających żywą krwią. On je porwał i wessał w swoje. Szał ich ogarnął. Zarzuciła mu na szyję ramiona i przylgnęła doń cała. Zamknął ją w swym męskim uścisku i, chłonąc jej usta, przegiął jej głowę na bok, położył na swej piersi. Jęknęła cicho, z rozkoszy. Nie uważał na to, zapamiętali się, ginęli w upojeniu.Rozwarły się przed nimi purpurowe kielichy szczęścia, oddawały im słodycz swą przedziwną.A księżyc osrebrzał ich głowy, by miłość ich była jeszcze cudniejszą. A morze szumiało cicho, by melodją swą dośpiewywać gorętsze akordy w harmonji ich muzyki. I cisza była wielka, cisza rytualna. Ta noc cudowna, roziskrzone morze, biała, jak nimfa, willa, róże, woń i blaski - wszystko było jakby stworzone tylko dla tych dwojga, by czar ich pocałunku uczynić potężniejszym.
Ona pierwsza wyrwała usta z pod jego mocy.Zadyszana, zakryła rękami zmącone rozkoszą oczy i szepnęła nawpół z zachwytem, nawpół z przerażeniem.
- To szaleństwo, co my robimy. Szaleństwo! - Tylko szał jest naprawdę pięknym! Ukochana moja, miłość i szał chodzą w parze, jedno bez drugiego silnem być nie może, a pocałunek to ich dziecię.
- Twój pocałunek jest szatański - parzy, jak całe piekło.
- Czy wolałabyś, bym ci dał anielskie pocałowanie, takie, wiesz, biblijne, braterskie.
- Och nie! Wolę twój piekielny, chociaż stworzył go napewno szatan!
- Więc się trwożysz...?
- Nie, jeśli to dzieło szatana, niech mu będzie...
- Za to chwała - dokończył, tuląc ją do swej wzburzonej piersi.
- To dzieło naszego szatana, który nam je przepowiadał. Wszak i mnie nazywałaś swym demonem.
- Bo objawiałeś mi się, jak Demon Tamarze w zamku Hudala. I ja wołałam w swej duszy trwożnej: "Ktoś ty, odpowiedz mi, ktoś ty!" A oto jesteś i jam twoja. Okazało się, żeś do Lermontowskiego Demona podobny. Zwalczyłeś i zwalczasz wszystko, jestem w twojej mocy, zdobyłeś mię!
- By na jedwabne rzęsy twe, zlewać rozkoszne, złote przyszłości sny" - zacytował słowa Demona z poematu. A teraz, słuchaj... tyś mój cudowny raj, ty moje niebo i moje piekło, djabelstwo ty moje! Moje marzenie ty, cierpienie moje ty, bez granic szczęście, to ty, udręka moja ty, ty moja śmierć, ty moje życie, ty moje wszystko! Tyś mój biały kwiat i jasna pani.Taki jakiś czar wieje od twej całej osoby, że upijam się nim. Gdy nadejdzie nasz dzień, wtedy...słońce może zgasnąć i swój zmylić bieg. Bo ty musisz być dla mnie, musisz być moją. Słuchaj...musisz! Czy na to, Heljos moje, zgadza się...?
Upadła mu na piersi z wybuchem szczęścia.
- Duchem należę do ciebie dawno. Tamara umiała tylko umrzeć, ja zaś będę cię kochała wiecznie i nawet w piekle chcę z tobą być. Porwałeś mię i uniosłeś. Wtargnąłeś śmiało w mury, w których żyłam. Nie zawahałeś się, nic cię nie powstrzymało od wniknięcia w ich zawory.
Odpowiedział jej znowu słowami Demona:
- "Panuję tu - bo kocham."
- Zaimponowałeś mi swą siłą ogromnie.Musiałam cię podziwiać.
Przygarnął ją do siebie.
- Takiej, jak ty, dziecino, trzeba imponować, chcąc ją mieć.
OBRAZ I
Otaczała ich dwoje atmosfera wyłączna, jaka niekiedy owiewa ludzi niespodziewanie, spada na nich, niby jaskrawa smuga z przelotu demona - nie anioła, lecz demona. Smuga taka zakreśla świetlisty krąg tak wszechwładnie i zaborczo, że zasłania sobą wszystko, pociąga, porywa, przykuwa z despotyczną mocą i bezwzględnie. Ich już porywała. Osrebrzony księżycem, ciepły, wonny wieczór i pysznie rozwinięta natura, tworzyła z nimi rytm zgodny, melodji pełen.
W duszach ich dwojga rozbrzmiewał hejnał wzniosły, pieśń cudna, której nawet harmonja tego wieczoru upiększyć już nie mogła. Muzykalność ich, pobudzona czarem natury, musiała się uzewnętrznić. I oto przez otwarte okna popłynął w głąb parku świetny duet fortepianu i wiolonczeli. Bogate tony rozlały się kaskadą wśród rozkwitłych szczodrze klombów kwiatowych; zadrżały śnieżne lilje, nieskalanie czyste w blaskach księżyca, zapłonęły ogniściej purpurowe róże. Muzyka dopełniała uroku, uszlachetniając niejako wspaniałość wieczoru. Do jego piękna przybył wdzięk, miłość i natchnienie. Grali utwory poważne, narkotyzując się i wypowiadając sobie w muzyce całą genezę swych uczuć, ich wzrost, ich majestat. Bo ta moc twórcza przenikała już ich dusze na wskroś, stawała się ogromem. Serca ich należały do siebie.
Słodkie tony Arji - Bacha - przebrzmiały, rozsnuwając dokoła upojną senność i melancholję, poczem Largo, Händla, rozniosło swe dostojne akordy i rzuciło grad perlisty w osrebrzone księżycem puszcze drzew; rozełkany spazm fortepianu i wiolonczeli wywołał nowe dreszcze, nowe wizje. Akordy toczyły się, jak gromy Jowisza w otchłaniach Olimpu.
Oni oboje porwani siłą utworu, unieśli się w zaświaty, w krainę duchowej ekstazy, gdzie duchy ich, wyzbyte ze wszystkiego, co brudzi i kala, szczęśliwe, oddane sobie, intonowały hymn zachwycenia... A smuga świetlna dokoła nich nabierała purpury w swą tęczę, zacieśniając krąg uroczny. Lilje na kwietnikach pochyliły kornie przeczyste swe korony, owiane subtelnym aromatem. Róże rozżarzyły swą krwawą czerwień i zaniosły się ekstraktem odurzającej woni.
Salon, fortepian i oni oboje zanurzeni byli w powodzi opalowego światła, wszystko dokoła tchnęło mistycznym nastrojem. Tony Larga urosły, wzmocniły się w potęgę i nagle skonały, jeno echo huczało, słabnąc, zanikając...
Ona siedziała cicho z pochyloną głową, zasłuchana w ostatnie dźwięki, on odłożył wiolonczelę i przeszedł się po salonie krokiem nerwowym, prędkim, jakimś niecierpliwym, jakby salon zaciasny był teraz dla niego. Dłonią przetarł czoło. Zbliżył się znowu do niej. Stanął za nią.
- Czy będziemy grali jeszcze? - spytała.
- Może potem. Nasza muzyka dziwnie mię bierze, rozumie ją pani wybornie i kocha... Zgadzamy się na tym punkcie. Trochę ochłoniemy po naszym duecie - dobrze...? - Jak pan chce. Czy pójdziemy do towarzystwa..? Wesoło się tam bawią w parku... słyszy pan... śpiewy.
- Zostańmy tu, co oni wszyscy nas obchodzą? Bądźmy dla siebie. Taka wyjątkowa chwila, taka nasza i nie częsta u nas... Jesteśmy zatopieni w srebrnej łunie. Postać pani biała, w tych świetlanych blaskach, nabiera odcieniów liljowych...
- Może zagramy sonatę księżycową, Bethowena? bardzo byłaby a propos.
Chcąc pokryć wzruszenie, któremu i on widocznie podlegał, zaczęła przewracać kartki w zeszycie z nutami. On jej pomagał. Milczeli oboje, wsłuchując się w szepty własnych serc rozpłomienionych. Szły po nerwach dreszcze fascynujące, oblewał ich prąd wzajemnego oczarowania, że spoglądali na siebie wzrokiem olśnionym i znowu spuszczali oczy na nuty.
Wtem on ruchem stanowczym zamknął zeszyt, dłonią swą przykrył jej rękę na pulpicie i, patrząc w jej oczy z pod lekko zmrużonych powiek, przemówił głosem nabrzmiałym, lecz władczym.
- Pamiętasz wróżbę naszego szatana?.."Dzień wasz już blizki, wasze przestworza, uniosą was na szczyty gór zapomnienia... dokoła zapalę płomienie purpury... iskrami szału was zasypię, wszystko wam zblednie w potopie szkarłatu... w mojej żyć będziecie barwie, obojętni na sprawy Kosmosu... a imię was dwojga, to jedno... Alhalli..."
Głucha panowała w pokoju cisza, jakby urzekła ją tajemnicza jakaś moc. Ona nie śmiała spojrzeć na niego. Słyszeli oboje wzajemne kołatanie serc w piersiach, jak tępy stuk młotka.Czuli w sobie nadmiar uczucia i taką potęgę, że skrzydła im zda się rosły. Ona była, jakby zaniepokojona.
Zauważył jej lęk. Z wazonu, pełnego róż szkarłatnych i alabastrowych lilji, wyjął jeden niepokalanie biały kwiat i złożył przed nią na klawiszach. Zrozumiała go. Jęła ochładzać lilją rozpalone powieki. On zaś zaczął mówić wiersz dla niej ułożony. Wyznawał jej to, co w jego sercu dla niej potężniało. Nie wymienił wyraźnie słowa - kocham - lecz roztaczał przed nią atmosferę, w której ono żyje. Zwierzał, iż w myśl i w serce mu się wkradła, że w niej spostrzega ducha bratniego i że, miłując go i odczuwając, abstrachuje ją od wszelkich podniet ziemskich, że miłuje ją duszą, rozumem, wolą...Zaklinał, by nie posądzała go o szał zmysłów. Uczucie to nazwał pieśnią, która jest mu życiem i jego czarem, że bałby się zakończenia dysonansem, bo jej dźwięki są m u drogie, bo ta pieśń jest jutrzenką, zapowiadającą przyszłe słońce, ta pieśń jest znakiem odrodzenia jego...
Zakończył, pochylając się nieco ku niej:
- Zaufać tedy możesz mi bezpiecznie,
Bo z duchem twoim w sojuszu wiecznie,
Pragnę być, w nim czerpać siłę
Z nim iść przez życie, aż po mogiłę.
Po długiej minucie uroczystej dla nich ciszy, złożyła swe drżące rozpalone dłonie w jego silne ręce i zaczęła mówić, głosem nieco ztremowanym:
"Konieczne było duchów naszych spotkanie. Wierzę w ich spójnię i umiłowanie, Wierzę, iż w sojuszu tym wytrwać zdołamy, Bo wspólne ideały oboje kochamy... Przywarł ustami do jej rąk i trzymał je długo... poczem rzekł:
- To będzie nasz dwugłos, jego początek... Poszybujemy w przestworza... "obojętni na sprawy Kosmosu. A imię nas dwojga, to jedno... Alhalli..."
Posypał się złoty grad akordów na fortepianie, z nerwową brawurą, gorączkowo potoczyło Largo swe tony wzniosłe w przejaśnię księżyca. Po introdukcji ozwała się minorowo wiolonczela. Harmonja popłynęła w dal, w tajemnicze głusze osrebrzonych drzew, na białe lilje, na purpurę róż...