Pośród jednej z najpiękniejszych równin świata, w pobliżu
kwitnącego miasta Sardes, lecz pasmem wzgórz kasztanowymi lasami
porosłych z niem rozdzielone, nad błękitnym i złoty piasek toczącym
Paktolem, stało domostwo słynnego z rozumu i bogactw, Lidyjczyka
Pytyona. Nie tylko z bogactw był on słynnym, ale także i z rozumu,
przez który właśnie stał się najmożniejszym obywatelem Lidyi, tej
krainy, wydającej z łona swego najcenniejsze płody natury:
winograd, pszenicę, oliwę i złoto. Sława Pytyona rozchodziła się
daleko i szeroko, bo od ruchliwych, przemyślnych, gęsto nad morzem
Egejskiem osiadłych handlarzy jońskich, do mieszkańców starego
Egiptu i dalszych jeszcze upalnych płaszczyzn Libii, od wielkiego
portu Abydos, przez który Persya, jak przez otwarte okno,
spoglądała na Grecyę, do samej Suzy, starej stolicy olbrzymiego
Perskiego państwa. Na widok prowadzonych przez Pytyona, towarami
obładowanych wielblądów, kupcy jońscy niespokojnie skupiali
wszystką swoją uwagę i biegłość, bo wiedzieli dobrze, iż
najprzenikliwszy z nich i najzręczniejszy w zręczności i
przenikliwości Pytyonowi sprostać nie potrafi; że płynnej jego
wymowie, gibkim ruchom rąb, towary ukazujących, obfitym a wprost do
przekonania trafiającym przedstawieniom i namowom najbardziej nawet
ostrożny i doświadczony umysł, nie zawsze oprzeć się zdoła.
Przywoził on im indyjskie kadzidła i perły, z różnych wysp
zdobywane jedwabie, jak obłok powiewny, z lnów cienkich tkany
bissus, niezrównane w piękności swej hafty frygijskie,
kobierce, których barwy i wzory stanowiły tajemnicę i wyłączną
własność, od niedawna politycznie unicestwionej, Babilonii.
Przywoził on im jeszcze wory złotego piasku, wyłowionego w nurtach
Paktolu, i rzecz najrzadszą, najpożądańszą, najdroższą - ogromne
kły słoniów, po które wysłańcy jego udawali się aż do pustyń Libii,
do silnych, długo żyjących, niepodległych i niepodległości swej
dumnie broniących Etiopów. Nie z tej przecież tylko zamiany
drogocennych przedmiotów na niezmierne ilości drachm i staterów
powstały bogactwa Pytyona. W pobliżu Sardes, nad brzegami Paktolu,
posiadał on pola rozległe i trzody niezliczone, a w ciemnem wnętrzu
niebotycznego Tmolosu, kopalnię złota, którą tysiąc niewolników
napełniało nieustannie stukami motyk i młotów. Wszystkim zaś było
wiadomo, że żadne pola tak dobrze uprawionemi, żadne trzody tak
płodnemi i żadne niewolnicze gromady z takim ładem i taką zarazem
srogością rządzonemi nie były, jak się to działo w dobrach
Pytyonowych. Niegdyś, zdawać się mogło, że posiada on sztukę
czarodziejską znajdowania się jednocześnie na miejscach wielu,
przeglądania rzeczy oddalonych, odgadywania nieznanych, mieszczenia
i rozwiązywania w jednym swoim umyśle mnóstwa naraz zadań i
trudności. Odkąd przecież synowe mu podorastali, uczynił z nich
sobie pomocników, mniej pewno biegłych od niego, jednak gorliwych i
czynnych. Miał pięciu synów; czterej starsi budzili już uszanowanie
w handlarzach, uniżoną uprzejmość we współobywatelach, a strach w
niewolnikach. Na jednego tylko, najmłodszego, kupcy zarówno jak
współobywatele i niewolnicy spoglądali wcale inaczej niż na tamtych
i zdawali się myśleć o nim różne dziwne rzeczy... Jednak nie
dlatego tylko Pytyona rozumnym zwano, że jak nikt inny bogactwa
zgromadzać umiał, lecz i dlatego jeszcze, co o bogactwie mniemał i
mówił. Gdy pośród jednego z wielkich rynków miejskich, w Sardes,
Celanei lub Abydos, na grzbiecie swego starego, ulubionego
wielbląda Mosza siedząc, do otaczających go tłumów o znaczeniu,
pożytkach i potędze bogactwa przemawiał, ludzie rodów różnych i
przybysze ze stron wszelakich słuchali go z zachwyceniem i
zadowolnieniem takiem, że aż z ruchliwych ramion Greków jońskich
zsuwały się fałdy chitonów i chlamid, czerwone czapki drżały na
głowach Frygijczyków, nad czołami Medów, Baktryan i Asyryjczyków
wykrzywiały się ciężkie tyary a Lidyjczycy, uradowani i dumni, na
cześć mądrego współobywatela swego wydawali głośne okrzyki. Nie
były to przecież mowy uczone, wspaniałe, ale raczej dobroduszne i
wesołe, niemniej coś wyższego nad powszedniość, bo przez umysł
mówcy wykształtowaną a w serce głęboko mu wrosłą zasadę głoszące.
Ten starzec siwobrody, rumiany, niewysoki, krzepki, o siwych
źrenicach, ogniście błyszczących pod pomarszczonem czołem i
wznoszącą się nad niem tyarą z oplecionej perłami purpury, małą,
giętką ręką odrzucał na plecy szerokie rękawy swego, indyjskimi
wzorami mieniącego się, kaftana i raźnie, donośnie, jak zwykły
sobie człek z pospólstwa, głosu nie miarkując, wołał: - Na Cybelę silną i płodną, przysięgam! Niech mi
ktokolwiek z was pokaże chrząszcza, któregoby jednem postawieniem
kopyta nie rozmiażdżył bawół, makolągwę, którejby jednem uderzeniem
dzioba nie zamordował jastrząb, zwiędły liść, któregoby nie uniósł
na błędne wędrówki wiatr, kroplę wody, którejby w stronę swojego
płynięcia nie porwała fala - niech mi kto z was, którzy przecież
znaczną gromadą na mowę moją teraz rozdziawiacie gęby, pokaże jakąś
rzecz podobną, a wnet wszystko, co posiadam, wiernie na cztery
części rozdzielę i trzy z nich ukazicielowi oddam, a jedną tylko
dla siebie i pięciu synów swoich zostawię! Rzecz prosta, iż wezwaniu temu nikt zadość uczynić nie
mógł; mówca zaś, drugi rękaw kaftana ku plecom odrzucając, prawił
dalej: - Siłą albo słabością bogowie obdarzyli wszystko, co pod
sklepionem niebem, na płaskiej ziemi żyje. Płaską jest ziemia i
tylko to, co silne, tworzy jej wypukłości, lub wysokie szczyty.
Gdyby Tmolos żył i mową władał, powiedziałby nam z pewnością, jak
mu jest błogo na niziny z wysoka spoglądać. Pośród śmiertelnych
silni to szczyty, a słabi - niziny, lub też i bagna. Niech mi kto
powie, że woli bagnem być aniżeli górą! Kiedy zaś siła najwyższego
stopnia swego dosięże, wtedy zwie się potęgą, i tę Pytyon Lidyjczyk
czci, bo ona jest mądrością i pięknością świata. A bogactwo - to
mocny słup, na którym stoi potęga, jej lemiesz i miecz, dlatego też
Pytyon Lidyjczyk bogactwo czci. Bogacz, jak orzeł, buja w szerokich
przestworzach, w słonecznym blasku skrzydła kąpie i nad rzeszami
drobnego ptactwa króluje siłą i grozą; biedak - to kret, w
podziemnych ciemnościach ryjący sobie ciasne gniazdo i w wiecznej
trwodze oczekujący, azali mu wnet tego schronienia nie zburzy, a
jego samego śmiertelnie w łeb nie ugodzi rydel ogrodnika. Niech mi
kto powie, że wolałby być kretem niźli orłem? Raz, gdy siwobrody, rumiany starzec, na spokojnym
wielblądzie siedzący, pytanie to zadał, a niewielkie oczy jego z
pod pomarszczonego czoła od zapału pobłyskiwały i z tryumfem
rozglądały się po tłumie, z tłumu ozwał się głos: - Ja, Lidyjczyku, przekładam swoją czarną polewkę nad
twoje tuczone bażanty, i swój wieniec laurowy, na olimpijskiem
igrzysku zdobyty, nad twoją tyarę z fenickiej purpury i indyjskich
pereł. Biedakiem będąc, nikomu nie podlegam i przed nikim nie czuję
trwogi; ciebie zaś, bogacza, jedno słowo twego władcy w proch
obrócić może. Lacedemończykiem jestem. Pytyon, do sprzeczek nieprzywykły, bo ludności
napełniające rynki zazwyczaj jednomyślnemi z nim były, a w dodatku,
z tak możnym człekiem któżby się sprzeczać ważył? - ciekawie zrazu
słuchał mowy Lacedemończyka, aż potem śmiechem takim wybuchnął, że
aż na grzbiecie swego wielbląda zakołysał się we wszystkie strony. - Cha, cha, cha! - śmiał się - cha, cha, cha! Na Sabazyosa
klnę się, żem nic jeszcze tak uciesznego w życiu swem nie słyszał!
Wy szczęśliwi, wy, mieszkańcy Peloponezu, na którego skalistej
powierzchni kury nawet jaj znosić nie chcą, a którego przestrzeń
jedne tylko moje barany szczelnie okryć-by mogły, szczęśliwsi od
nas, obywateli rozległej, żyznej, złotorodnej, potężnej Persyi!
Wiem zdawna, żeście zarozumialcy i pyszałki, pychę swoją
poczytujący za siłę, której nie posiadacie ani okrucha. Lecz
poczekajcie, poczekajcie nieco, myszy! Na was-to najwyraźniej
przeznaczenie sprawdzi to, co ja wyznaję, gdy, jak kopyto bawoła
kruszy chrząszcza, nasza potęga skruszy waszą słabość! Mój władca -
niech mu wszystkie dobre duchy Ormuzda, którego jest wyznawcą,
przyjaznymi będą! - mnie w proch nie zamieni, bom dość rozumny, aby
go czcić jak ziemskiego boga, i dość bogaty, aby w potrzebie być mu
użytecznym. Lecz wy, zuchwalcy, piśniecie kiedyś w dłoni mocarza,
jak makolągwa piszczy w szponach jastrzębia, i wtedy dopiero, lecz
już zapóźno, poznacie wolę i zamiary bogów! Śmiał się i zarazem gniewem płonął, Lacedemończyk zaś,
wzgardliwy i obojętny, na bok zszedł, bo wedle obyczaju ojczyzny
swojej, to, co myślał i czuł, raz tylko i słowy krótkiemi zwykł był
wyrażać. Ale w pobliżu stało tam także chłopię ateńskie, młode,
wątłe, z rozpuszczonymi na białą tunikę złotymi włosy i złotem
strun pobłyskującą lirą u piersi. Było to dziecię ubogie, może
sieroce, które do kwitnących miast Lidyi przywędrowało z pieśniami
i czarem ich zdobywało tu sobie kęs chleba. Kiedy, na hardą mowę
Lacedemończyka odpowiadając, Pytyon słabości greckiej urągał a
wysławiał potęgę Persów, młody Ateńczyk palcami struny szczypał,
dźwięczności ich próbując, a potem, pośród chwilowej ciszy,
srebrnym głosem zawiódł pieśń o tem, jako na atyckiej ziemi
szczupła garść Greków mężnych i wolnych, nad wielkiemi wojskami
wrogów nieraz odnosiła zwycięstwa. Śpiewał i oczy zachwycone ku
niebu wznosił, a ludzie różni mniej słowami pieśni niżeli głosem
śpiewaka oczarowani, otaczać i uważnie słuchać go zaczęli. Wtem
Pytyon zawołał: - Hej, gdzie są słudzy wielkorządcy Lidyi, niewolnika
wielkiego króla? Ten malec świętej Persyi i boskiemu jej władcy
bluźni! Do więzienia go tymczasem, a potem, na łodzi byle jakiej z
powrotem do Aten odprawić! Hojnie nagrodzę i przed wielkorządcą
zalecę tych, którzy rozkazu mego usłuchają! Któżby śmiał nieposłusznym okazać się bogaczowi, który z
wielkorządcą poufale do biesiadnego stołu zasiadał, a nie był wcale
skąpym, owszem, szeroko sakwę otwierać umiał wszędzie, gdzie
widział tego potrzebę i korzyść. Wogóle przecież Pytyon Lidyjczyk wrogiem pieśni nie był,
znajdując je miłemi w chwilach odpoczynku dla ucha i serca;
kwiatom, których miał pełne ogrody, przypatrywał się czasem z
lubością i w cnotę ludzką wierzył, mniemając wszakże, że jest ona,
tak jak bogactwo, jednym z lemieszy potęgi. - Łotrom źle się powodzi - powiadał - w kajdany ich
zakuwają, do ciemnic wtrącają i okrywają hańbą. Jak drachma w
talencie, tak cnota mieści się w potędze, lecz ktokolwiekby, jedną
drachmę posiadając, nie dążył do zgromadzenia talentu, wierutnym
głupcem byłby. Może z takiego upatrywania korzyści cnoty - może i z
innych pobudek, których sam w sobie nie czuł - nigdy, w niezmiernie
rozległych czynnościach handlowych, ani na jeden obol nie oszukał
nikogo, a wszyscy wiedzieli, że w całej Lidyi nie było niewiasty
szczęśliwszej nad żonę jego, Gorgę, i młodzieńców troskliwiej
chowanych nad jego synów. Wszakże, ilekroć mu na wadze sądu z
jednej strony spoczęło bogactwo, a z drugiej cnota, łacniej swoją
przychylność i wiarę przechylał na stronę bogactwa. Kiedy mu raz
wspomniano, że jednak w niektórych sercach śmiertelnych istnieje
ten szczyt cnoty, który zwie się wspaniałomyślną litością zwycięzcy
nad zwyciężonym, czego dowód dał wielki Cyrus, z rozpalonego już
stosu przywołując ostatniego z lidyjskich królów, Krezusa, i jak
najmilszego przyjaciela u swego umieszczając go boku, Pytyon myślał
długo, potem uśmiechnął się filuternie i z cicha wyszeptał: - Skłonnym do wierzenia, że przebiegły Krezus kilku dobrze
przechowanemi kiesami zjednał dla siebie przybocznych Cyrusa w ten
sposób, że w nim tę wspaniałomyślność namowami swemi obudzili.
Gdyby był nie posiadał bogactw, któremi sobie obrońców kupił, na
Cybelę! byłby podówczas na stosie zgorzał jak sucha gałązka. Potem jednak, poważnie i z nizkiem schyleniem głowy,
dodał, raczej poprawił się: - Cyrus zresztą, przyjaciele moi, potężnym mocarzem był;
wszystko więc, cokolwiek bogowie najlepszego wymyślili i stworzyli,
w nim mieścić się musiało. Jakkolwiek Pytyon cenił bogactwo przeważnie za to, że
zadawalnia dumę i pożądanie władzy człowieka, jednak nie gardził
też wcale rozkoszami wszelkiemi, których dostarczać może. Niegdyś,
w dalekich i długich wędrówkach, mężnie i wytrwale znosił głód i
pragnienie, skwary i trudy, a lata młodości spędził, częścią pod
wędrownymi namiotami, częścią w wielce skromnem, z niezgrabnych
bierwion skleconem domostwie. Odkąd przecież ze znacznej już
poojcowskiej spuścizny uczynił majątek prawie bajecznej wielkości i
oparł go na niewzruszonych podstawach, siedlisko jego zasłynęło po
świecie ze wspaniałości swojej budowy i z nagromadzonych w niem
skarbów sztuki, zarówno greckiej jak wschodniej. Grecka i wschodnia sztuka budownictwa, greckie i wschodnie
kamienie i metale, łączyły się w domostwie Pytyona, wznoszącem się
u stóp wzgórz kasztanowych. Ściany jego, obyczajem sąsiedniej
Frygii, składały się z odłamów skał, które tysiączne gromady
niewolników, kosztem niezmiernych trudów rozłupywały młotami i w
różne kształty ociosane spajały silnym cementem. Na tych ciemnych i
różnowzorych ścianach spoczywał płaski dach z miedzi korynckiej, tę
posiadającej właściwość, że w blasku słonecznym płonęła jak
roztopione złoto, a szerokie, ze wszech stron obiegające je tarasy
wspierał tłum kolumn z dostarczonych przez jońskie wyspy, białych i
żółtych marmurów. Te same marmury, z asyryjskiemi cegłami
zmieszane, tworzyły szerokie i wspaniałe schody, z wysokich tarasów
spuszczające się ku rozległym trawnikom i ogrodom.
Najprzezroczystsze ze szkieł, obficie przez Fenicyan i na wyspie
Lesbos wyrabianych, w spiżową oprawę ujęte, nakształt wody w
szczelinach skalnych, świeciły w głębi wązkich, ze skały wykutych
nisz, a po tarasach, trawnikach, ogrodach, u stóp schodów i u
rzeźbionych z cennego drzewa, lub z metalów kutych drzwi,
rozsiadały się ciężkie, srogie lub tajemnicze, spiżowe lub
marmurowe lwy, smoki, sfinksy.
Na widok tego niezmiernego gmachu, Ateńczyk, z łona
przyrody genialnym artystą wyszły, uśmiechnąłby się lekceważąco i
wzgardliwie; lecz mijający go Azyaci z krajów różnych szeroko od
zachwycenia rozwierali oczy i nizko pochylali głowy. Nie było w nim
tej boskiej poezyi myśli i uczuć, która z głazów najgrubszych
uplata arcydzieła harmonii, wzniosłości i gracyi; lecz z ogromnej,
ciężkiej, ciemnej, a przecież blaskami płonącej całości, w oczy i
duszę każdego patrzącego biły i w powietrzu unosić się nad nią
zdawały dwa wyrazy, będące nazwami dwu ideałów i pana tego gmachu i
Azyi: bogactwo i potęga!