Blitzkrieg po japońsku
Pięćdziesiąt dwa dni trwała obrona Singapuru - potężnej twierdzy na
południowym cyplu Półwyspu Malajskiego, największej w tej części świata
i uznawanej przez Brytyjczyków za bastion nie do zdobycia. Jej załoga,
licząca z początkiem wojny na Dalekim Wschodzie 40 tysięcy ludzi w oddziałach liniowych i fortecznych oraz blisko 40 tysięcy - w szeroko
rozwiniętych służbach pomocniczych i tyłowych, przygotowana była dobrze
do odparcia każdego ataku wroga od strony morza. Tylko z tego kierunku,
południowego, spodziewano się bowiem uderzenia Japończyków i tam
znajdowała się większość umocnień, pól minowych oraz stanowisk ogniowych
artylerii. Załogę wspierać miała stale stacjonująca w Singapurze grupa
okrętów Royal Navy, które operowały na wysuniętych podejściach do
twierdzy, oraz cztery dywizjony lotnictwa - dwa myśliwskie, jeden
bombowy i jeden torpedowy.
Północna krawędź bastionu oddzielona była od lądu stałego cieśniną Johor
o szerokości zaledwie 1-2 kilometrów, z licznymi wysepkami i płyciznami.
Nikt jednak - nie wyłączając generała Percivala, dowódcy twierdzy - nie
sądził, że i z tego kierunku może zagrozić nieprzyjaciel. Japończycy
musieliby najpierw zepchnąć lub rozbić siły brytyjsko-hinduskie
rozmieszczone na Półwyspie Malajskim i sforsować ogromne przestrzenie
tamtejszej dżungli - teren niezwykle trudny do pokonania. Tak więc ten
odcinek obrony potraktowano drugorzędnie: osłaniały go tylko luźne
pododdziały kolonialnej piechoty i nieliczne schrony polowe z bronią
maszynową. Na wodach cieśniny czuwały patrole, posługujące się łodziami
motorowymi.
W składnicach twierdzy zgromadzono duże zapasy żywności, amunicji,
materiałów pędnych i środków medyczno-sanitarnych. Dzięki nim Singapur
nawet w razie całkowitego odcięcia od dostaw zewnętrznych mógł bronić
się przez okres trzech miesięcy. Taka sytuacja zdawała się być jednak
nieprawdopodobna - wykluczała ją obecność własnych okrętów, które
zapewniały ciągłe uzupełnianie zapasów, gwarantując znacznie dłuższą
żywotność twierdzy.
Atak Japończyków na Pearl Harbor zaskoczył załogę, ale nie wywołał
zaniepokojenia. Panowało przekonanie, że wojna toczyć się będzie z dala
od Singapuru na wodach Pacyfiku, toteż pierwsze sygnały o lądowaniu
nieprzyjacielskiej piechoty na Półwyspie Malajskim - przerzuconej tam
drogą morską - potraktowano zgoła z niedowierzaniem. Bieg wydarzeń
szybko rozwiał te wątpliwości, co więcej - spowodował zdumienie. Okazało
się, że Japończycy wysadzili desanty od razu w kilku miejscach półwyspu
i doszczętnie rozbili znajdujące się tam garnizony. Oszołomione
nagłością ataków napastnika oddziały brytyjsko-hinduskie zaczęły
chaotycznie spływać na południe, ponosząc dotkliwe straty. Na drogach
odwrotu, w gąszczu drzew i wśród grzęzawisk, porzucono ciężki sprzęt,
wszystkie pojazdy mechaniczne, działa i moździerze. Tysiące żołnierzy
wpadło do niewoli, setki poległy lub zginęły wskutek odniesionych ran,
nie otrzymując znikąd żadnej pomocy. Dżungla stała się piekłem dla
żywych. Masa rozbitków - resztki dawnych brygad i batalionów o sławnych
nazwach - z uporem brnęła w stronę twierdzy, licząc, że tam znajdzie
ocalenie.
Postępy Japończyków budziły grozę. Przystosowani do działań w specyficznych warunkach topograficznych, nieobciążeni zbędnym
ekwipunkiem i sprzętem, uzbrojeni tylko w karabiny, pistolety maszynowe
i granaty, poruszali się bez trudu w terenie, którego nie tknęła stopa
człowieka. W walce z nimi całkowicie zawiodła taktyka Brytyjczyków,
którzy nie potrafili stawić napastnikowi czoła bez wsparcia artylerii i lotnictwa, bez służb kwatermistrzowskich zapewniających żołnierzowi
wysoko ceniony w tym wojsku "komfort", bez sprawnej łączności i stałego
kontaktu z przełożonym wyższego szczebla. Ta wojna okazała inne oblicze,
przetasowała utarte schematy sztabowych kalkulacji, przekreśliła dogmaty
regulaminów, rzuciła wszystkich - od szeregowca do generała - w otchłań
wielkiej niewiadomej i na gorąco zrodzonej improwizacji. Przypominała
bardziej działania partyzanckie niż starcie regularnych jednostek, a tej
sztuki Brytyjczycy nie znali.
Nic więc dziwnego, że ugięli się pod naporem wroga, który już 31
stycznia 1942 roku stanął u bram twierdzy. Pojawił się na kierunku
północnym, najmniej przystosowanym do obrony. Wprawdzie generał Percival
zdołał szybko przerzucić na ten zagrożony odcinek większość swoich
wojsk, ale zabrakło tam umocnień i ciężkiej artylerii, a wąska cieśnina
nie dawała żadnej w istocie osłony. Japończycy ustawicznie atakowali
Singapur z powietrza, zatopili torpedami nawet dwa pancerniki - "Prince
of Wales" i "Repulse", dumę królewskiej floty na Dalekim Wschodzie. One
właśnie przybyły na te wody z zadaniem obrony Singapuru i po krótkim
starciu z bombowcami pokładowymi nieprzyjaciela podzieliły los wielu
innych zniszczonych w bazie jednostek. Wiadomość o ich stracie wywołała
głębokie przygnębienie obrońców i szok w dalekiej metropolii. Od tego
czasu japońskie pancerniki nie miały już godnych przeciwników spod znaku
brytyjskiej flagi.
Obrońcom Singapuru zabrakło również lotnictwa. Zaskakującym uderzeniem
Japończycy zniszczyli część samolotów RAF na lotniskach w północnej
strefie twierdzy, reszta wykruszyła się już po kilku dniach walki
wskutek przytłaczającej przewagi wroga. Użyte przez niego myśliwce
Zero - szybkie, niezwykle zwrotne i dobrze uzbrojone - zdeklasowały
przestarzałe samoloty typu Brewster "Bufallo". Na dostawy nowych
maszyn nie można było liczyć. Już w pierwszych dniach lutego pękły
arterie komunikacyjne łączące Singapur z najbliższymi portami,
funkcjonowała tylko łączność radiowa. Krzyżowały się w niej wezwania o pomoc z depeszami nawołującymi oblężonych do mężnego oporu. Tylko na to
mógł się zdobyć brytyjski Sztab Imperialny w dalekim Londynie; na nic
więcej, bo Albion wkraczał dopiero na wojenne tory, rozkręcał produkcję
zbrojeniową i szkolił świeżo wcielone wojska rezerwy. Wszystkie
wartościowe jednostki znajdowały się poza jego granicami, oddalone o tysiące kilometrów od Wyspy.
Nad Singapurem, samotną twierdzą, zawisło niebezpieczeństwo zagłady.
Osaczony z dwóch kierunków - z północy i południa - bronił się
wszystkimi siłami, ale położenie z każdym dniem stawało się trudniejsze.
Nad oblężonymi raz po raz pojawiały się japońskie bombowce, od 4 lutego
weszła do akcji artyleria. Zniszczeniu uległy wszystkie urządzenia
przeładunkowe w porcie, zacumowane statki, które nie zdążyły wyjść w morze, ogień strawił wiele budynków i magazynów, w gruzach znalazło
śmierć setki osób.
Jedenastego lutego generał Yamashitu, dowódca wojsk japońskich
oblegających twierdzę, wezwał obrońców do poddania się. Brytyjczycy
odmówili, bo wtedy jeszcze istniała nadzieja przetrwania. Wróg
spotęgował w odpowiedzi naloty zrzucając na Singapur setki bomb
zapalających. Do walki z pożarami skierowano wszystkich żołnierzy służb
tyłowych, którzy z najwyższym trudem i nie bez ofiar tłumili źródła
ognia.
Najgorsze miało dopiero nastąpić w trzy dni później. Nie bacząc na
ponoszone straty, japońska piechota wspierana pododdziałami saperów
zdołała naprawić groblę łączącą Singapur z lądem stałym. Ta wąska
arteria stała się najbardziej newralgicznym punktem całego systemu
obrony na kierunku północnym. Tu bowiem doszło do zażartych walk o każdy
metr ziemi. Nacisk wroga był tak duży, że Brytyjczycy zmuszeni zostali
do opuszczenia zajmowanych pozycji. Nie zdało się na nic przerzucenie
posiłków z innych odcinków obrony. Japońscy piechurzy wdarli się na
północne krańce wyspy, wprowadzając po raz pierwszy do walki własne
czołgi. Wróg poszedł za ciosem i wydłużając atak, opanował zbiorniki
słodkiej wody oraz stację filtrów. Od tej chwili los całej załogi
Singapuru był już przesądzony. Położenie obrońców stało się
beznadziejne. Dalszy opór tracił nie tylko sens, ale był niemożliwy.
Zadowoleni z sukcesu Japończycy nie ponawiali nawet uderzeń. Umilkła ich
artyleria, zniknęły znad twierdzy samoloty. Na oczach brytyjskich
żołnierzy rozgrywały się teraz sceny zgoła sadystyczne: japońscy
piechurzy oblewali się kubłami słodkiej wody, podczas gdy w Singapurze
każda jej kropla była na wagę złota.
W dowództwie twierdzy zapanował minorowy nastrój. Wszak miała być
bastionem nie do pokonania, najważniejszym strategicznym punktem na
Dalekim Wschodzie, nawet postrachem dla Japonii i jej floty. Od wieków
powiewała nad nią brytyjska flaga i oto teraz - po bez mała dwóch
miesiącach oblężenia, licząc jego początek od dnia, kiedy odcięto jej
połączenia żeglugowe na kierunku południowym - miała ją zastąpić biała
flaga, smutny symbol kapitulacji.
Na radiową depeszę generała Percivala wyrażającego gotowość do złożenia
broni Japończycy nie od razu odpowiedzieli. Cisza w eterze trwała dwie
godziny, wywołując poważny niepokój w dowództwie twierdzy. Nikt bowiem
nie wiedział, jak zareaguje wróg, znany już z bezlitosnego traktowania
pokonanych. Oblężonym mogła grozić masakra lub masowa śmierć z powodu
braku wody. Na samą myśl o takiej agonii ogarniało ludzi przerażenie...
Niepokój minął, gdy generał Yamashitu oznajmił warunki kapitulacji,
które na pozór zdawały się być znośne. Przewidywały one złożenie broni,
oddanie zapasów amunicji, przerwanie łączności radiowej, zbiórkę jeńców
w kilku wyznaczonych miejscach z podziałem na oficerów, podoficerów i szeregowych w zwartych kolumnach po tysiąc żołnierzy, zachowanie
dyscypliny i - co brzmiało zgoła ironicznie - okazanie szacunku wobec
zwycięzców. Tylekroć lekceważeni przez Brytyjczyków i wręcz ośmieszani
Japończycy teraz oto mieli po raz pierwszy wystąpić w roli triumfatorów
z prawem decydowania o życiu lub śmierci jeńców. Nazbyt szybkie
odwrócenie ról doprowadzało wielu flegmatycznych wyspiarzy do głębokiego
szoku.
Wieść o rychłej kapitulacji poruszyła załogę twierdzy. Do już
wstrząśniętych szeregów wdarł się chaos i rozprzężenie, upadła do reszty
dyscyplina. Żołnierze zaczęli plądrować magazyny z żywnością, szukać
ratunku na własną rękę drogą morską w łodziach i kutrach, nie bacząc na
to, że droga na południe była szczelnie zablokowana i kontrolowana przez
japońskie okręty i samoloty. Wielu uciekinierów przypłaciło te próby
życiem, wielu innych wyłowiono z wody i odstawiono na ląd.
Na ostatnią depeszę przed wyłączeniem radiostacji Londyn odpowiedział
nic nieznaczącymi słowami otuchy i żałobnym chorałem, jak zwykle po
dotkliwych klęskach czy stratach. W taki sam sposób przyjęto tam
wiadomość o zatopieniu "Hooda" - gigantycznego pancernika królewskiej
marynarki, który po jednej salwie "Bismarcka" poszedł na dno wraz z całą
załogą. Teraz stanął w obliczu straty stokroć cięższej, godzącej
bezpośrednio w prestiż i mocarstwową pozycję Wielkiej Brytanii na
Dalekim Wschodzie niedającej się niczym wyrównać ani pomniejszyć.
Japończycy jeszcze przed wkroczeniem do Singapuru ogłosili fakt
kapitulacji przed całym światem na falach centralnej rozgłośni radiowej
w Tokio, uznając go - nie bez racji zresztą - za sukces historyczny.
Dokładnie o godzinie 19.00 w dniu 15 lutego 1942 roku z północnych
krańców twierdzy zaczęły nadchodzić pierwsze oddziały japońskiej
piechoty, kierując się do centrum bastionu. W tym samym czasie dobiły do
brzegów bazy okręty z flagą wschodzącego słońca, wysadzając na ląd
spieszonych marynarzy. W Singapurze, który od wieków nie widział na swym
bruku uzbrojonego Japończyka, zaroiło się od szarooliwkowych mundurów
cesarskiej armii i floty. Na zasypanych gruzem i szkłem jezdniach
chrzęściły gąsienice lekkich czołgów, po raz pierwszy użytych w takiej
liczbie do przełamywania umocnionych pozycji. W dniach oblężenia wiele z nich wyleciało w powietrze na minach, ale - jak się okazało - Japończycy
szybko uzupełnili własne straty i obsadzili świeżo wprowadzonymi wozami
najważniejsze punkty twierdzy.
Ceremonia złożenia broni przez generała Percivala i oficerów jego
ścisłego sztabu odbyła się z honorami - jak przewidywały odpowiednie
paragrafy prawa wojennego. Nie obeszło się bez lampki wina, wyrazów
"szczerego ubolewania" z powodu odebrania załodze satysfakcji
długotrwałego oporu i takich samych "szczerych zapewnień", że w cesarskiej niewoli żadnemu żołnierzowi Brytyjskiej Wspólnoty włos z głowy nie spadnie, o ile pogodzi się ze swym losem i nie będzie
demonstrował jakiegokolwiek sprzeciwu wobec narzuconych mu rygorów.
Przebieg tej groteskowej sielanki mąciły jednak odgłosy z pobliskiego
placu, gdzie Japończycy - już podnieceni zdobycznym alkoholem -
strzałami w powietrze i gardłowymi okrzykami usiłowali uporządkować
milczące szeregi jeńców, apatycznie spoglądających na swych nowych
"opiekunów". Karność cesarskiej armii, ponoć ostro respektowana, za
murami twierdzy wzięła zwyczajnie w łeb. Oficerowie gdzieś poginęli w ogólnym rozgardiaszu, zwabieni zapewne widokiem luksusowych willi
brytyjskiej kadry, teraz porzuconych i stojących otworem. Żołnierze nie
chcieli być gorsi i tłumnie wtargnęli do bogato zaopatrzonych magazynów
i składnic, racząc się konserwami, mrożonymi owocami i najprzedniejszymi
gatunkami wódek. Zdawało się, że uniosła ich eksplozja zbiorowej radości
i całkowitej swobody, niemożliwa do okiełznania nawet po przybyciu
pododdziałów żandarmerii polowej, które bez przekonania i z daleko
posuniętą pobłażliwością starały się przywrócić porządek w rozkołysanym
żywiole. W końcu i one dały się porwać osobliwemu entuzjazmowi
zwycięzców, nie reagując wcale na masowe włamania do licznych obiektów i domów, gdzie ofiarą zbiorowych wyczynów padały dziewczęta i młode
kobiety, które - mimo wielokrotnie ponawianych nakazów - nie chciały
bądź już nie mogły opuścić twierdzy na statkach ewakuacyjnych.
W ciągu kilku dni Singapur był widownią ponurych ekscesów,
rozgrywających się w warunkach całkowitego bezprawia. Według zgodnej
opinii jeńców, przesłuchiwanych na tę okoliczność już po wojnie,
oblężenie było niczym w porównaniu z tym, co działo się po kapitulacji.
Dopiero stopniowy odpływ oddziałów japońskich rozzuchwalonych głośnym
zwycięstwem i zastąpienie ich świeżymi jednostkami, które jeszcze nie
brały udziału w walkach, spowodowało zmianę w dramatycznym położeniu
bezbronnych Brytyjczyków i ich hinduskich sojuszników.
Zostali oni przetasowani w składzie nowo utworzonych grup, liczących
teraz po kilka tysięcy ludzi, i rozmieszczeni w pustych składnicach
twierdzy. Większość z nich - uznanych przez Japończyków za element
oporny czy nawet niebezpieczny - trafiła do miejscowego więzienia
Changi, zamienionego na obóz jeniecki. Ponieważ nie mogło pomieścić
wielotysięcznej masy ludzi, na zamkniętym i strzeżonym terenie musieli
oni własnoręcznie postawić drewniane baraki, wykorzystując w tym celu
zgromadzone w porcie ogromne zapasy materiału - desek, okrąglaków, papy,
blachy, okuć i smoły. Uciążliwa praca trwała przez kilka tygodni, a same
baraki zajęły tyle miejsca, że nie starczyło go nawet na plac apelowy i zbiórki jeńców odbywały się w zmienianych grupach.
Tak oto Singapur zmieniał swoją rolę - z warownej twierdzy przekształcał
się w gigantyczny, największy na Dalekim Wschodzie obóz jeniecki,
liczący bez mała 85 tysięcy ludzi - żołnierzy i cywilów, których tuż
przed kapitulacją ubrano w mundury, licząc na "lepsze" traktowanie.
Reszta ludności miasta, złożona przeważnie z tubylców, musiała pogodzić
się z narzuconym jej rygorem okupacyjnym, głodowymi racjami
żywnościowymi i przymusem pracy za nędzne, zgoła symboliczne
wynagrodzenie. Od połowy 1942 roku Japończycy zaczęli ją wywozić i rozmieszczać na innych zajętych obszarach. Po tysiącach tych ludzi
wszelki ślad zaginął i już nigdy nie mieli powrócić do Singapuru.
Jeńcom zamkniętym w Changi okupant pozostawił względną swobodę, jeśli
taka w ogóle mogła istnieć za murami i płotem kolczastym. W każdym razie
mogli "rządzić się" sami po utworzeniu - za zgodą Japończyków - własnej
komendy, która miała utrzymać wewnętrzny porządek i troszczyć się o ich
potrzeby i los. Owa troska była od początku iluzoryczna. Zgłaszane
prośby i żądania Japończycy cierpliwie wysłuchiwali i - na tym się
kończyło.
W pierwszych tygodniach obóz korzystał ze skąpych przydziałów żywności,
którą dowództwo twierdzy zgromadziło na czas oblężenia. Po splądrowaniu
magazynów przez Japończyków pozostało jej niewiele, toteż komenda obozu
stanęła przed nie lada problemem, jak te środki dzielić. Wkrótce jednak
wyczerpano je doszczętnie i jeńcy musieli zadowolić się ryżem, mąką
sojową, sucharami i zwykłą wodą. Od wielkiego dzwonu pojawiała się w obozowej kuchni odrobina suszonych jarzyn, ryb i tłuszczu, lecz ten
rarytas przeznaczony był wyłącznie dla nazbyt licznych pacjentów w prymitywnie urządzonej izbie chorych. Tysiącom młodych, silnych i zdrowych ludzi zaczął coraz bardziej dokuczać głód. Kaloryczna wartość
dziennych należności żywnościowych - "cesarskiego menu", jak nie bez
ironii mówili jeńcy - spadła do takiego poziomu, że w obozie szerzyły
się objawy anemii, szkorbutu i postępującej apatii. Nadzieja na
przetrwanie w tych warunkach malała z każdym dniem. Nikt też nie mógł
liczyć na szanse ucieczki. Japończycy otoczyli obóz gęstą siecią
posterunków i ustawicznie kontrolowali wody wokół Singapuru, zwłaszcza
na północnej krawędzi twierdzy. Kilku jeńców, którzy wymknęli się spod
straży podczas przymusowych robót w mieście, postawiono przed sądem -
wbrew Konwencji Genewskiej - i skazano na karę dożywotniego więzienia.
Protest komendy obozu nie zdał się na nic. Cesarska armia uznawała
wyłącznie własne prawa.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki